Grenze / Granica

2010 hat Dorota Cygan diesen Text in beiden Sprachversionen zugleich geschrieben. Er wurde auf Deutsch und Polnisch in der Bibliothekenzeitschrift “Pro libris” in Zielona Góra veröffentlicht. Den Text gibt es in beiden Sprachen im Internet, daher hier nur zwei Fragmente, damit man auf den Geschmack kommt.
Achtung: Die Fragmente ergänzen sich.

Dorota Cygan napisała ten tekst w roku 2010. Został on po polsku i po niemiecku opublikowany w czasopiśmie biblioteki w Zielonej Górze “Pro libris”. Ponieważ można go przeczytać w obu językach w internecie, przedrukuję tu tylko dwa fragmenty, zachęcając gości tego blogu do przeczytania całego artykułu w sieci.
Uwaga – fragmenty się uzupełniają.

Dorota Cygan

(…)

Eine Region – zwei Heimat(-)

Der Weg zurück nach Berlin vom Dolmetscheinsatz führt durch ein Dorf im Kreis Lubań/Lauban. Für diesen Beitrag müssen dramatis personae der längst vergessenen Kriegszeit nicht anonymisiert werden – die noch leben, würden vielleicht gern selbst Zeugnis ablegen und ihre Befindlichkeit über all die Jahre schildern. Der Zeitgeist will es aber, dass alle Akte der dramatischen Handlung hinter sich gelassen werden, denn der vollständige szenische Dialog wäre eh nicht mehr zu rekonstruieren – durch den Exitus der ältesten Figur.

Mit 14 Jahren kommt sie als Landarbeiterin aus Südpolen hierher. Zwangsarbeit wäre ausgerechnet in diesem Fall nicht das richtige Wort, denn sie meldet sich – der nationalsozialistischen Werbepropaganda folgend – freiwillig, um dem Hunger zu entkommen, und gibt dazu ein falsches Geburtsdatum an, um als älter eingestuft zu werden. Kurz vor Kriegsende bringt sie ein Kind zur Welt und wird niemandem je verraten, wer der Vater ist. Mit gutem Grund. Denn nach Kriegsende geht sie zu ihren Verwandten zurück, wird zur Heirat gezwungen, lässt für ihre Tochter eine neue Geburtsurkunde ausstellen und muss zu allen Umständen ihres 18-jährigen Lebens einen gehörigen Abstand gewinnen. Es geht niemanden etwas an, das private Drama. Im Mai 1945 muss sie keine Grenze mehr passieren, da ist jetzt Polen.

Es gibt aber auch noch die andere Geschichte. Auf der deutschen Seite hat der Ausgang des Zweiten Weltkrieges und der Epilog der beschriebenen Geschichte eine andere Dramatik und einen anderen Kommentar – die Verdrängung der Vertreibung. Im Falle der in tiefen Westen ziehenden Flüchtlinge wird er gar manchmal politisch instrumentalisiert. Aber hier ist die DDR, und die duldet keine Ressentiments. Notfalls werden sie einem aberzogen. Man thematisiert den Verlust und den erzwungenen Grenzgang allenfalls in Familienkreisen. All das geht die politischen Instanzen nicht viel an. Immerhin können die Umsiedler das Zielort ihres Umzugs wählen – und so erfolgt die Umsiedlung dieser Bauernfamilie um nur 30 km weiter westlich. Ihr neuer Wohnort liegt auf derselben Autobahnstrecke, die jetzt die Dolmetscherin auf dem Weg nach Berlin ansteuert. Der Blick von oben würde den neuen Wohnort derselben Region zuordnen, und das ist geografisch zweifellos korrekt.

Der Epilog des privaten Dramas von deutschen Bauersleuten und der polnischen Landarbeiterin enthält keine spektakulären Momente: Man arrangiert sich mit der Vergangenheit, hält Kontakt zueinander, schickt Weihnachtsgrüße und Päckchen, kann sich beim Besuch selbst nach vielen Jahren noch einigermaßen verständigen, wohnt relativ nahe voneinander, im schlesischen Raum. Bei der Befragung ist von keinem der Akteure zu hören, dass sie bei diesen Treffen ein besonderes Unbehagen empfanden. Sie haben das Wissen um diese Zeiten – eines, das keiner historischen Korrektur und auch keiner Ergänzung bedarf.

Jeden region – dwie małe ojczyzny

Stan duchowy mieszkańców obszaru, na którym po 1945 roku osiedliło się przypuszczalnie wiele niemieckich rodzin – tak blisko, że z nowego domostwa prawie można by dotknąć swojej starej stodoły – jest jako model tożsamościowy trudny do uchwycenia. Zbiorowa tożsamość Wschodnich Niemców nałożyła się na tę indywidualną lub ją wyparła. Kiedy po zjednoczeniu chcieli nawiązać do dyskursu wypędzenia, toczącego się przed laty w społeczeństwie zachodnioniemieckim, reagowano na to uśmiechem zmęczenia – jak na „wiecznie wczorajszych”. Z problemem tym zostali sami. Przystąpienie Polski do Unii po raz pierwszy dało realną szansę zaangażowania się na rzecz regionu i regionalizacji – ze świadomością, że poza dyskursem historycznym chodzi tu o realne współdziałanie, z którego obie strony mogą czerpać korzyści, nie tylko tzw. interkulturowe, ale i realne.

Krajobrazowa jednorodność regionu ma swój odpowiednik w słabości strukturalnej. Nierówności jednak bardziej rzucają się w oczy niż elementy wspólne, i to one określają strategię przy realizacji unijnych programów kooperacji. Już same różnice w rozwoju infrastruktury drogowej sprawiają, że Polacy są bardziej zainteresowani projektami budowlanymi niż wymianą idei i doświadczeń. Nieubłagana statystyka usprawiedliwia rozmijanie się w dyskusji. Polacy zgodni są co do tego, że najpierw trzeba pokonać nierówność w rozwoju gospodarczo-technicznym. Dopiero potem równie chętnie przyjmą projekty na rzecz innowacji technicznych, budujące społeczeństwo informacyjne, jak i studia wykonalności czy regionalne prognozy rozwoju. Te atrakcyjne są dla Niemiec, których zapotrzebowanie na obiekty i projekty infrastrukturalne zostały już, można uznać, zaspokojone, gdyż główna fala modernizacji po zjednoczeniu przyniosła wyrównanie różnic strukturalnych do poziomu standardów zachodnich. O sukcesie będzie więc można mówić wówczas, gdy niemiecka gotowość do dialogu i wspólnej realizacji projektów napotka u Polaków na pełną gotowość do kooperacji, bez automatycznych roszczeń, by trwałość oznaczała to, iż po projekcie pozostaną konkretne obiekty budowlane lub sprzęt techniczny. To deficytami natury materialnej tłumaczyć trzeba fakt, że gotowość do współpracy jest częściowo asymetryczna. Z jednej strony niepokój, że projekty unijne służą sąsiadowi wyłącznie do usunięcia zacofania cywilizacyjnego, a niemiecki partner jest jedynie pretekstem. Po drugiej stronie zaś zachodzą obawy, że występuje się w roli biednego krewnego, który musi się wstydzić za deficyty materialne i dać się zawsze pouczać. Zachodniego sąsiada zdaje się nie obchodzić ta cywilizacyjna nierównoczesność. Jest ona powszechnie znana. Pragmatycznie myślący Niemiec dziwi się raczej temu, jak różne są w obu krajach kultury dyskusji, jak nikły poziom zaufania między konkurującymi regionami Polski – podczas gdy w powiatach i gminach niemieckich regionalizm, struktury federalne i dążenie do konsensusu wręcz tworzą tożsamość zbiorową. Budowanie transgranicznych struktur regionalnych okazuje się więc większym wyzwaniem niż zakładano. Po żmudnych rozmowach nawet polscy uczestnicy pertraktacji sami zastanawiają się, czy my Polacy potrafimy ze sobą kooperować. Praca nad integracją regionu jest pracą u podstaw i nie bez powodu rodzi pytanie, jak to jest ze zdolnością regionów Polski do współtworzenia Europy. Odpowiedź brzmi tak: Tam, gdzie po stronie niemieckiej nie ma konkurenta, a jest – z definicji – partner, polskie regiony konkurują ze sobą niekiedy do tego stopnia, że nawzajem niweczą swoje szanse rozwojowe. Nawet w obrębie Śląska podział interesów jest niekiedy taki, że Wrocław jako stolica Dolnego Śląska mniej zainteresowany jest wspieraniem okolicznych miejscowości – choćby przez wspieranie turystyki wiejskiej – niż administracja komunalna graniczących tu z Polską obszarów Saksonii. Decyzja o tym, czy popierać turystykę w ogóle czy turystykę wiejską w szczególności, zapada w tym wypadku nie w kontekście narodowym, lecz zależy od cech strukturalnych kooperujących regionów. Siła przebicia większej jednostki, np. większego miasta, może w pewnych okolicznościach prowadzić do nowych aliansów, niezależnie od przynależności narodowej. I dobrze, że tak jest. Konkurencja wewnątrz Unii ma właśnie rozluźniać istniejące zależności, by tworzyć efekt synergii. Nowe osie kooperacji mogą równie dobrze nazywać się Wroclaw-Drezno-Berlin-Praga jak i Lubań-Löbau-Jablonec. Obojętnie, czy są to warsztaty, wspólne akcje policyjne czy działania na rzecz poprawy wizerunku regionu – tzw. „miękkie“ kontakty w sferze gospodarczej i społecznej umacniają się dzięki temu, że ludzie zwiększają zasięg swej działalności, bez konieczności szczególnych uzasadnień. Proces orientowania się w tych oczywistych realiach jest niekiedy najtrudniejszym etapem przedsięwzięcia, którego przebieg mamy przywilej obserwować. Największym przywilejem jest przy tym szansa redefinicji pewnych struktur. Fakt, że aktywność obywateli jest pożądana, stanowi zasadę unijną, a jednak tam, gdzie ich mobilność wymyka się spod kontroli państw narodowych, brak nagle ponadgranicznego związku z Europą. Czy zatem trzeba z powodu zwiększonej mobilności redefiniować zbiorową tożsamość? Nazwać ją ogólnoeuropejską osobowością transgraniczną“, która funkcjonuje w zintegrowanym europejskim życiu publicznym?


O komunikacji międzyludzkiej.
Wiele lat temu pracowałam w schronisku dla uciekinierów politycznych jako opiekunka. Schronisko było wielkie, na stanowiskach opiekunów pracowało kilkanaście osób. Mieliśmy na co dzień do czynienia z tysiącami ludzi i wieloma narodowościami. Naszym zadaniem było pomaganie tym ludziom w kontaktach z instytucjami, co oczywiście oznaczało, że najpierw trzeba było zrozumieć, czego potrzebują. Aby temu sprostać, uczyliśmy się podstawowych słów i zdań w każdym języku, ale trzeba przyznać, że i nasi podopieczni starali się przedstawić swój problem jak najbardziej zrozumiale.
Ale nie zawsze naprawdę rozumieliśmy, o co chodzi. Przez dłuższy czas lekkim niepokojem napawał nas fakt, że Arabowie i Arabki po wejściu do biura kilkakrotnie uderzali kantem lewej dłoni w nadgarstek prawej. W opisie brzmi to może niegroźnie, ale naprawdę miało się poczucie, że jakby co, to odrąbią ci dłoń, a może nawet obie. Kiedyś zrozumieliśmy wreszcie, że mamy im coś napisać. Ulżyło nam, ale nie do końca, bo napisać, OK, ale to odrąbywanie rąk?
Dopiero po wielu latach zobaczyłam na filmie, jak uliczny pisarz w Marrakeszu strzepuje z pióra, takiego staroświeckiego, obsadka ze stalówką, a więc – jak strzepuje z pióra nadmiar atramentu, postukując lekko obsadką w nadgarstek.

Dżdżownice

kaschnitzZnalazłam tę książkę, jak wiele innych w ostatnim czasie, na stole z książkami do rozdawania za darmo. W Berlinie taką akcję prowadzi kilka instytucji, w ratuszu, gdzie pracuję, książki na stół wykłada Büchertisch czyli… stół z książkami. Gdy się przed kilku laty przeprowadzałam, oddałam im pół ciężarówki książek, teraz więc bez wyrzutów sumienia coś sobie od czasu do czasu biorę.
Marie Luise Kaschnitz, Das Haus der Kindheit / Dom Dzieciństwa.
Erstausgabe 1956
(c) Claassen Verlag in der Ullstein Buchverlage GmbH, Berlin

Niewielka powieść z roku 1956 – autorka miała wtedy 55 lat.
Niewiele o niej wiem, niewiele czytałam, wstyd się przyznać, bo to Wielka Dama niemieckiej literatury, dorównująca pewnie w naszym kosmosie literackim Marii Dąbrowskiej. Jest w Polsce mało znana, choć oczwiście germaniści na pewno wiedzą o niej wszystko i więcej. „Dom Dzieciństwa“ nie został przetłumaczony na polski. Z pozwoleniem wydawnictwa Ullstein tłumaczę więc kilka fragmentów.

Tłumaczyła Ewa Maria Slaska
1
Zaczęło się od tego, że jakiś nieznajomy zatrzymał mnie na ulicy i coś do mnie powiedział. Zapytał mianowicie, czy znam miasto i czy mogłabym mu powiedzieć, jak dojść do Domu Dzieciństwa. A co by to miało być, zapytałam zaskoczona, muzeum? Nie sądzę, odpowiedział mężczyzna. To może szkoła, drążyłam, albo przedszkole. Mężczyzna wzruszył ramionami. Nie wiem, odpowiedział. Miał siwe włosy i wyglądał z lekka prowincjonalnie. Włożyłam okulary i zaczęłam odczytywać szyldy na pobliskich budynkach. Konserwatorium, kino, ubezpieczalnia. Domu Dzieciństwa nie było. Dlaczego szuka Pan tego domu, spytałam, żeby zyskać jakiś punkt orientacyjny. Mam tam coś do załatwienia, powiedział mężczyzna, jestem stary. Grzecznie uchylił kapelusza. Poszłam dalej, myśląc o jego ostatnich słowach, nieco zagadkowych. Zamyślona skręciłam nie w tę ulicę co trzeba. Przeszłam kilkaset metrów i zobaczyłam ten dom.

2
Oczywiście od razu pobiegłam z powrotem, aby powiadomić tego człowieka, ale już go nie znalazłam. Nic dziwnego, przecież to duże miasto, a w porze obiadowej na ulicach jest mnóstwo ludzi. A jeszcze na dodatek po wojnie wiele ulic odbudowano tak, że człowiek nie wszystkie miejsca rozpoznaje i czasem nawet nie wie, gdzie się właściwie znajduje. Zbudowano wiele budynków publicznych, również takie, jakich przedtem w ogóle nie było, wychodząc naprzeciw potrzebom chwili obecnej. Zakładam, że Dom Dzieciństwa też ma odpowiadać wymaganiom lat powojennych. Jeżeli w pośpiechu cokolwiek zdołałam zauważyć, to jest to duży szary dom bez żadnych ozdób, oprócz jakiegoś secesyjnego ornamentu nad wejściem i nazwą.
(…)

7
Dom Dzieciństwa leży znacznie bliżej mojego domu, niż to mi się początkowo wydawało. Znalazłam się dziś tuż obok zupełnie niespodziewanie i postanowiłam, korzystając z okazji, dokładnie go obejrzeć. W prawo od wielkich drzwi wejściowych znajdował się przycisk dużego białego dzwonka, płyta z mlecznego szkła i wgłębienie, do którego należy mówić. Kiedyś widziałam już taki aparat w jednym z nowych urzędów w mieście. Po naciśnięciu dzwonka zgłaszał się tam nader uprzejmy głos męski i mówił; „proszę się zameldować, podając imię, nazwisko i datę urodzenia”. Byłam przekonana, że to co widzę, to taki właśnie nowoczesny domofon, zapewne z aparatem fotograficznym, ukrytym za matową szybą, który zrobił mi zdjęcie i przesłał je do wnętrza budynku. Nienawidzę takich urządzeń, kojarzą mi się z tajną policją. Dlatego, oczywiście, oddaliłam się, nawet nie próbując nacisnąć dzwonka.
(…)

23
Dziś po raz pierwszy miałam okazję rzucenia okiem do wnętrza tego dziwacznego muzeum. Wcale nie było to takie trudne. Brama w murze, którą zauważyłam już uprzednio, a która była wówczas zamknięta, dziś była lekko uchylona. Powiększyłam nieznacznie tę szczelinę, tak by można było zerknąć do wnętrza. Trudno mi opisać to, co znajdowało się po drugiej stronie muru. Niewątpliwie potwierdziło się moje wcześniejsze poczucie, że wszystko tu przypomina dekoracje, również dom, który jest samą tylko fasadą. Za tą fasadą znajduje się całe mnóstwo jakichś niewielkich budowli, trochę jak na terenie studia filmowego, są nawet ogrody i  zagajniki, ale nie wiem, czy prawdziwe, czy wykonano je z papieru, tkaniny lub drewna. Najbardziej mnie zdumiało, że obiekty te były w różny sposób oświetlone przez jakieś niewidoczne dla mnie reflektory, a niektóre z nich były nawet pogrążone w mroku. Wszystko sprawiało wrażenie nieporządku, może nawet chaosu, ale nie było to wcale straszne, odchodząc śmiałam się więc sama z siebie, że tak długo odsuwałam od siebie moment przyjścia tutaj, bo się bałam.
(…)

53
Znowu coś pięknego, choć już nawet podczas „lekcji” czuję, że wszystko zostało sztucznie zrobione, a mianowicie przez dorosłych, którym przydaje to czarodziejskich cech. Ciemne pomieszczenie, szepty, wiele dzieci siedzących na dywanie, zapach siarki, na maleńkiej scenie w głębi pomieszczenia wąwóz w lesie, rozświetlany blaskiem błyskawic i dziwnie zniekształcony głos mojej matki, przywołujący ducha, aż się pojawi zły duch Samuel. I zaraz potem, w tym samym pomieszczeniu, na prześcieradle zawieszonym jak ekran coś zupełnie innego – obraz gwiazdy, złożonej z barwnych elementów, które się przemieszczają, tworząc coraz to nowe wzory. I jeszcze później kolejny dowód magicznych mocy, jakimi dysponują dorośli, a mianowicie palec mojego ojca, zanurzony w szklance z wodą. Ojciec wyciąga palec ze szklanki i przeciąga nim po krawędzi do połowy napełnionych wodą kieliszków, wydobywając z nich melodię, raz delikatniejszą, to znowu mocniejszą, ale zawsze ulotną.
(…)

83
Nowy przerażający pomysł, przed jakim, nawet wbrew własnej woli, postawiony został człowiek, próbujący zgłębić tajemnice tego muzeum – tym razem mogę zobaczyć sama siebie, ale nie w lustrze, tylko z zewnątrz. Zmiana dokonuje się bez zapowiedzi i już chociażby dlatego jest straszna. Ale dziś było to dla mnie podwójnie nieprzyjemne, bo to co zobaczyłam, w żadnym stopniu nie przypominało niczego, co dotychczas o sobie wiedziałam. Gdy weszłam do budynku, kustosz znowu kazał mi nałożyć szynę na nogę, a potem wyprowadził na podwórko szkolne, gdzie wchodziłam jeszcze z niejakim zaciekawieniem. Ale zaraz potem zobaczyłam sama siebie, grubą, dziesięcioletnią dziewczynkę z dużymi okrągłymi oczami, jak stoi, całkiem sama, na boisku, pośrodku sterty papierów. Inne dzieci stoją wokół tej góry pogniecionego pergaminu, w jaki pakowało się kiedyś śniadania do szkoły, w grupkach lub parami, niektóre obejmują się, żartują lub rzucają kolorowe piłki. Dziewczynka-ja porusza się, choć szyna jej ewidentnie przeszkadza, próbuje wykonać parę nieporadnych kroków, woła coś, nikt jej nie odpowiada, rozgląda się we wszystkich kierunkach, wyciąga ręce do innych dzieci, ale na próżno. Ta sama scena po wielokroć, aż do przesytu, oczywiście napawa mnie smutkiem. Zobaczyć siebie samą w zawstydzającej sytuacji, to zarazem żenujące i irytujące, tym bardziej, że z czasów szkolnych wcale sobie nie przypominam takiego momentu.

Można by powiedzieć, że jest to jedna z wielu książek o dzieciństwie. To prawda. Czytałam ich mnóstwo, sama też coś w tym duchu napisałam, na przykład to: https://ewamaria2013texts.wordpress.com/2013/01/05/die-ewige-judin/
Co mnie jednak zachwyciło w mini powieści Kaschnitz to jeden z ostatnich akapitów tej książeczki. Autorka musi opuścić muzeum, które nazwała „Dom Dzieciństwa”, bo dzieciństwo się skończyło. Dziewczynka się zakochała, a zatem przestała być dzieckiem i jest młodą, bardzo młodą, ale jednak już dorosłą panienką. Jakąż wspaniałą pisarką była Kaschnitz, skoro potrafiła stworzyć taki opis pierwszej miłości:
(…)

murattiklein122
Tak jak wczoraj, tylko znacznie mniej romantycznie, bo znowu jestem na łące, ale moim zadaniem jest tym razem wykopanie dziury w trawie i przesiewanie palcami ziemi zamkniętej w czarnym oplocie korzeni trawy. To polowanie, a zwierzyną są dżdżownice. Łowię szaroróżowe ciała, wzbudzające w mnie odrazę, i wkładam je do blaszanego pudełka z naderwaną etykietką (Muratti), całe albo w kawałkach, bo często rozrywają mi się w palcach i mimo to nadal poruszają się kręto. Jestem niecierpliwa, wyczekuję, nasłuchuję, wypatruję, ale kogo, gdzie, za żywopłotem, to tam słychać krok, stamtąd dobiega śmiech, głos, ale czyj, chłopca, mężczyzny, głos który wykrzyknie moje imię. Dam mu dżdżownice w pudełku, on nabije jedną na haczyk, zarzuci wędkę, która zaplącze się w zielsko na stromym stoku strumienia, ja ją wyplączę, a potem będę stała i patrzyła, jak szybko obraca się kołowrotek. Woda w cieniu będzie ciemnozielona, spokojna, a w słońcu rozigrana i błyskotliwa, będę wypatrywała pstrągów, tych młodych lekkomyślnych i tych starych, które przezornie trzymają się bliżej dna głębokiego wykrotu i wszystko widzą. A przecież tak naprawdę będę patrzyła tylko na niego, wiem, że tak będzie, tak jak wiedziałam, jak to się rozwinie, choć nic się jeszcze nie zdarzyło, czyli nie mogło jeszcze stać się tematem dzisiejszej lekcji, w której najwyraźniej chodziło tylko o dżdżownice, i czekanie, i dobiegający z dali okrzyk.

Das Alter ist für mich kein Kerker, sondern ein Balkon, von dem man zugleich weiter und genauer sieht.
Marie Luise Kaschnitz, Orte

Tysiąc lat

Stosunki polsko-niemieckie według Ewy Marii Slaskiej czyli
interpretacja własna wystawy „Obok. Polska – Niemcy 1000 lat historii w sztuce”. Wystawa trwała od września roku 2011 do stycznia 2012, tekst napisałam późno, za późno, i, powiedzmy, że dlatego nie został nigdzie opublikowany. Ale tak naprawdę to jest to klasyczny salon odrzuconych.

Ewa Maria Slaska
Polska – Niemcy 1000 lat

Zacznijmy od faktów najprostszych – wystawa, ogromna, 1000 lat, 800 eksponatów, 200 instytucji wypożyczających, 10 rozdziałów – ma inny tytuł po polsku i po niemiecku (a także po angielsku).

Po polsku jest mowa o tysiącleciu historii w sztuce, po niemiecku o historii i sztuce.

Piszę to nie z typową dla osób dwujęzycznych satysfakcją, że „przyłapałam” innego dwujęzycznego na błędzie. Odmienność tytułów nie jest bowiem lapsusem, jest na pewno świadoma i zamierzona. Po niemiecku tytuł głosi to, co chcieliby zobaczyć (i zrozumieć) Niemcy, po polsku – to, co interesuje kuratorkę, a nawet – powiedzmy to uczciwie: kreatorkę wystawy.

Od ponad miesiąca przedzieram się przez jednakowy bełkot prasowo-internetowy na temat wystawy. Każdy chwali, używając niemal tych samych słów, bo mimo iż każdy szanujący się dziennikarz wprowadza jakiś własny komentarzyk, jakiś mini-smaczek, ale tak naprawdę nie ma prawdziwych recenzji tej wielkiej wystawy, jest tylko powielanie porządnych, wyczerpujących i banalnych tekstów przygotowanych przez biuro prasowe wystawy. Nie ma tak właściwie żadnej porządnej recenzji, a nie ma, bo być nie może, bo cierpimy na chorobę, która się zwie polskie zadufanie, a jej symptomami są patriotyczne puszenie się połączone z czołobitnością wobec wielkich i uznanych. Przypomnijmy czołobitność wobec wielkich to w świecie odrębna jednostka chorobowa, zwana idolem teatru, w świecie polskim jest lewą stroną patriotycznej prawej rękawiczki.

Tysiąc lat kontra ostatnie sto lat. Los Żydowski.

Andę Rottenberg, kuratorkę wystawy, interesuje przede wszystkim, nade wszystko, a zapewne nawet ponad wszystko tylko sztuka. Historia jest dla Rottenberg tylko ramą dla sztuki, zręcznie podsuwaną jako komplet w celach marketingowych. Marketing dotyczył niewątpliwie Wystawy Andy Rottenberg jako Dzieła! A zabiegi, prowadzone od wielu lat, miały sprawić, by Dzieło stało się flagowym projektem Polskiej Prezydencji. Tak oto w ramach Polskiej Prezydencji (co, umówmy się, już samo w sobie jest z lekka śmieszne) chwalimy Andę Rottenberg, a ponieważ ona chwali przede wszystkim Mirosława Balkę, chwalimy zatem Balkę, bijąc czołem w ziemię.

Pójdźmy jednak jeszcze o krok dalej. Tak naprawdę to nie sztuka interesuje Rottenberg, i nie sztuka polska, ale sztuka obrazoburcza, antykatolicka, modernistyczna, najlepiej jeśli na dodatek żydowska, a właściwie z naciskiem na sztukę żydowską, antyniemiecka, odwołująca się do bólu i okrucieństwa. Temat ten zdominował ostatnie sto lat historii i wystawy, i ją zakłamał, bo tu właśnie kuratorka, wkraczając na teren, najlepiej sobie znany i ten, który rzeczywiście chciała zaprezentować, porzuciła już wszelkie próby udawania, że chodzi o historię. W odcinku wystawy dotyczącym szeroko rozumianej współczesności nie chodzi o Historię. Chodzi tylko o historię sztuki współczesnej i Los Żydowski.

To spójny obraz i artystka (bo osoba układająca wystawę jest niewątpliwie artystą) ma do niego niezaprzeczalne prawo. Tyle że jest to obraz nad wyraz indywidualny. Taki obraz sztuki modernistycznej przedstawiła Rottenberg w wykładzie, towarzyszącym wystawie, zapomniała tylko powiedzieć, że jest to interpretacja indywidualna i osobista Andy Rottenberg. Stała tam przed nami Kuratorka i mówiła nam, że taka jest Sztuka Polska. Modernizm polski w tym ujęciu to sztuka ostatnich stu lat, która zaczęła się w Związku Radzieckim, a nie skończyła nigdy. Jedynymi polskimi jej przedstawicielami są Strzemiński i Kobro, pozostali są Żydami, co Rottenberg podkreśla tak dalece, że zapomina dodać, że to również, a niekiedy przede wszystkim Polacy. Cierpienie żydowskie w sztuce przechodzi bez cezury w okrucieństwo wojny, wojna czyli zagłada, śmierć, obóz, ból, płynnie łączy się z chorobą, ta z kolei z bólem żydowskim w obliczu globalizacji i komercji. Jasna czysta linia, jak ktoś nie wie, jest w stanie uwierzyć, że taka oto była historia sztuki polskiej od roku 1912 do 2012, i zdziwi się, a i nie uwierzy, jak mu się powie, że nie, że nie jest to ani historia sztuki polskiej, ani nawet polskiej sztuki modernistycznej, a już na pewno nie – polskiej sztuki współczesnej, lecz indywidualny wybór Andy Rottenberg, która przeciągnęła straszną czarną nić przez nasze dzieje i wyciągnęła na niej tylko to jedno – Cierpienie jako definicję Losu Żydowskiego. Przejmujący obraz. Szkoda, że Rottenberg nie zrobiła takiej wystawy. Wtedy byłaby prawdziwa.

W dzisiejszych czasach potwornie trudno zaprotestować przeciw takiej wizji, bo praktycznie od razu zarabia się etykietkę antysemity. Jeśli więc nawet znalazł się jakiś umysł wolny od choroby idola teatru, nie zaćmiony polskim zadufaństwem połączonym z kultem panienki przenajświętszej Andy Rottenberg, to i tak zgroza go pewnie ogarnia na myśl o tym, że jak napisze, to co chce napisać, to redaktorzy odrzucą, a jak nie odrzucą, to czytelnicy zeżrą z kościami.

Nawet jeśli autor niniejszego sam jest Żydem albo Żydówką. To nie pomaga. Nic nie pomaga.

Tysiąc lat kontra ćwierć tysiąclecia. Odwieczna wrogość.

Ustaliliśmy już zatem, że Rottenberg zrobiła tę wystawę, żeby pokazać ostatnie sto lat historii sztuki. Pozostałe 900 lat to wehikuł, który wywiózł wystawę Andy Rottenberg na szczyt, ale też po prostu sztafaż, zaprezentowany bez ładu i składu zbiór obiektów, Wunderkammer stosunków polsko-niemieckich. Polakom niepotrzebny, bo wiedzą, dla Niemców niezrozumiały, bo nie wiedzą. A bez wiedzy nie da się go pojąć ani zrozumieć. Widz błąka się od sali do sali, nie rozumiejąc ani logiki ani chronologii, aby posuwając się od zewnętrznych kręgów piekła do samego jego środka dotrzeć do serca wystawy czyli… Krzyżaków.

I nagle stajemy oko w oko z czymś, co jest nam znane aż za dobrze. Nagle czujemy, że i tu osobowość kuratorki odcisnęła swoje piętno. To wystawa o odwiecznej wrogości. Prezentacja komunistycznego mitu odwiecznej wrogości. Mitu z czasów, gdy MY (a więc i Anda) byliśmy w podstawówce. Bo już nawet w liceach można było ewentualnie trafić na nauczyciela historii, który w ten obraz potrafił chyłkiem wprowadzić nieco odmiennych akcentów. Jako licealiści czytaliśmy też różne książki Jasienicy i choć on też był dziecięciem owych czasów, to jednak można było uważnie czytając zobaczyć, że owa odwieczna wrogość nie istniała ani w Polsce Piastów, ani Jagiellonów ani w Rzeczpospolitej Obojga Narodów. A już na pewno jeśli studiowało się nauki humanistyczne, mógł się człowiek dowiedzieć, że odwieczny oznacza ostatnie 250 lat, a nie 1000. Te ćwierć tysiąclecia to wystarczająco złowrogi ciężar i właściwie nie wiadomo, dlaczego Komunie tak bardzo zależało na tym, żeby nam udowodnić, że to lat tysiąc?

Komuna wystylizowała ten obraz ze zręcznością prestidigitatora, który wyciągnął z kapelusza szczerzącego krwawe zęby odwiecznego wroga. Gdy w grudniu 1982 roku w dzień przed Wigilią czekałam na przesłuchanie w poczekalni aresztu na Kurkowej w Gdańsku, patrzył na mnie sześciooki czarno-biały plakat – Krzyżak, Hitler, Adenauer. Ale to właściwie z mało, bo wprawdzie rzeczywiście Krzyżak, wsparty niestety Sienkiewiczem, stanowił centrum owego obrazu odwiecznego wroga, ale zaczynało się to znacznie wcześniej.

Wykład o odwiecznej wrogości

  1. Formowanie nowoczesnej Europy

Walki przygraniczne państw z luźnymi formacjami plemiennymi są jedną z charakterystycznych cech formowania się Europy. Imperium Rzymskie borykało się z tym przez cały okres swego istnienia, a słynny rzymski limes nie był niczym innym, jak próbą osłony cywilizacji przed dzikością ludów spoza tej granicy. Gdy Rzym upadł pod naporem kolejnych dzikich plemion, zaczęła się rodzić dzisiejsza wizja Europy, zaciekle atakowana na wszystkich granicach. Z Południa napływały flotylle saraceńskie, z Północy nadciągali Wikingowie, na Wschodzie kłębiły się masy germańskie i słowiańskie, które jednako nie chciały się dać ujarzmić, ale chciały bogactw tworzonych tam, gdzie ludy dawały się wziąć w karby państw.

  1. Słowianie po obu stronach Odry

”Odwieczna wrogość polsko-niemiecka” zaczęła się od pierwszych Piastów, a symbolem wroga był Albrecht Niedźwiedź, margrabia brandenburski. Nikogo w tej mitotwórczej pasji nie interesowało, że naprawdę Marchia i Polska walczyły z tym samym wrogiem, z dzikimi i nieujarzmionymi plemionami słowiańskimi znad Odry. Obodrzyci, Wenedowie, Wieletowie, Serbowie, Łużyczanie, którzy nie dawali się na stałe włączyć ani do Niemiec ani do Polski, stanowili ustawiczne przygraniczne zagrożenie obu bardziej trwałych formacji państwowych. Jeżeli przypadkiem ludy te zawierały jakiś doraźny sojusz z Polską, Komuna stylizowała ich na Słowian-niemalże-Polaków, jeśli z kolei Polska walczyła ze związkiem plemion słowiańskich, ewentualnie sprzymierzonych z władcami Marchii, patronowały temu skryte knowania Niemca.

  1. Konflikty graniczne

Czy chcemy czy nie chcemy, od czasu gdy Polska i Marchia Brandenburska uporały się ze Słowianami Zachodnimi, granica między Polską a Niemcami na dobre się ustabilizowała, nie tyle w miejscu (bo tu przez tysiąc lat będzie sobie wędrować ze Wschodu na Zachód i z Zachodu na Wschód), ile jako trwała granica językowa, kulturalna i państwowa. Cokolwiek by się nie działo w Rzeszy i w Polsce, zawsze już miały mieć wspólną granicę. To banał. Ale często o nim nie pamiętamy. I mylimy to, co zawsze dzieje się na granicach, z odwieczną wrogością.
Banałem jest też przypominanie, że średniowieczne rozdrobnienie państwowe nie było jakimś złowrogim zdarzeniem, które przydarzyło się Polsce niesprawiedliwie i nie wiadomo czemu, tylko była to typowa faza rozwoju państwowości feudalnej. W całej Europie zwierzchnik rycerstwa czyli suweren czyli aktualnie najsilniejszy władca w całej okolicy oczekiwał hołdów lennych od władców słabszych, a sam składał je władcy silniejszemu. W górę sięgało to poziomu Papież -Cesarz, w dół mogło sięgać do hołdów trzech rycerzy składanych czwartemu.

I ostatnim banałem dotyczącym czasów rozdrobnienia rycerskiej Europy jest to, że każdy mógł zawrzeć z każdym przymierze przeciw każdemu innemu i wezwać na pomoc kogo tylko chciał, żeby poradzić sobie z tym, kto mu w danym momencie nie pasował. Gromady pozbawionych ziemi rycerzy, skupionych w zakonach rycerskich tylko czekały na takie okazje.
Wszystkie średniowieczne konflikty polsko-niemieckie miały dokładnie taki wymiar i nie były niczym wyjątkowym, złowrogim i odwiecznym.

  1. Konflikty przygraniczne – Litwa i Żmudź

W takim kontekście książę Konrad Mazowiecki sprowadza Krzyżaków. Bo od Zachodu boryka się z klasycznymi problemami walk granicznych, a od Wschodu – przygranicznych, takich jak 200 lat wcześniej toczyły się nad Odrą. Od Wschodu, pomiędzy carską Rusią a księstwami polskimi w tzw. Dziczy czyli nietkniętych puszczach czają się dzicy Litwini, Żmudzini i Jadźwingowie. Przypomnijmy sobie trzech mickiewiczowskich budrysów. Zabawny wierszyk. Budrysi. Są groźni i nie ochrzczeni, można ich więc nawracać.

Wszędzie w Europie przez kilkaset lat zakony rycerskie rozrosną się w potężne i bogate organizacje. I wszędzie prędzej czy później władcy w porozumieniu z papieżem dojdą do wniosku, że ich potęgę trzeba zlikwidować. Zwłaszcza, że już w miastach tworzą się pierwsze zalążki uprzemysłowienia. Feudalizm się kończy. Kończy się czas rycerzy. Pierwsi upadną Templariusze, Krzyżacy przetrwają jeszcze ponad 200 lat. Będą się bronić, nie będą chcieli oddać tego, co dostali, zagrabili lub kupili. „Normalka”.

Nic w tym, co się działo między księstwami Polskim, zjednoczoną z powrotem Polską Łokietka i Kazimierza Wielkiego i wreszcie unią mocarstwową Polski i Litwy nie jest dowodem odwiecznej wrogości polsko-niemieckiej. Jesteśmy widownią procesów historycznych. W tym kontekście w Polsce zdarzyła się bitwa. Wielka bitwa rycerstwa zachodniego z nie ochrzczonymi rycerzami Witolda. Ostatnia bitwa średniowiecznej Europy. Dlatego myślimy, że jest słynna. A to po prostu bitwa. Spójrzmy na obraz Matejki. Mistrz wiedział, co maluje. Gdzie są tam Polacy? Gdzie Niemcy? Dwie główne postaci to Witold i Ulrich von Jungingen. I tak dokładnie było.

W 40 lat po bitwie pod Grunwaldem Turcy podbili Konstantynopol. Zatrzasnął się ostatni przesmyk pozwalający przywozić złoto, perły i jedwab z Azji. Synowie szlacheccy bez ziemi już nie chcą się bawić w rycerzy. Część z nich zajmie się produkcją i finansami, tak urośnie siła miast, część będzie nadal szukała przygód. Don Kichot, prawda? To on, rycerz bez pola walki i przeciwnika. Ale inni już wiedzą. Tam gdzie mogą, ruszą na podbój świata. To ci sami chłopcy, już nie rycerze, konkwistadorzy.
W tym kontekście rozwiązał się Zakon Krzyżacki.
To prawda, kiedyś, za następnych dwieście lat, na podwalinach tego, co zbudował Zakon Krzyżacki, urośnie nowa potęga polityczna, Księstwo, potem Królestwo, a potem Cesarstwo Pruskie. I to już stanie się zalążkiem „odwiecznej wrogości”, tej liczonej w stuleciach a nie tysiącletniej. Do tego jeszcze wrócimy.

  1. Granica kwietystyczna

Polska Jagiellonów i Rzesza Niemiecka ustabilizowały swoją potęgę i na długi czas granica państwowa pomiędzy oboma mocarstwami nie ulegała zmianie. Nic się też na niej nie działo. Przyjęło się wręcz uważać ją za najspokojniejszą granicę Europy, chętnie przydając jej przymiotnik „kwietystyczna” – spokojna, ale też piękna. Niemcy szarpane były reformacją, co zresztą nie ominęło też i Polski, Rzesza przeżyła też najbardziej dramatyczną wojnę w swej historii – wojnę stuletnią, zakończoną pokojem westfalskim i swego rodzaju tolerancją religijną. W Polsce walka protestantyzmu z katolicyzmem była znacznie mniej dramatyczna, z kolei zamiast wojny stuletniej przeżyliśmy szereg konfliktów zbrojnych z Turcja i najazd szwedzki. Tym niemniej na zachodniej granicy Polski rzeczywiście nic się nie działo. Działo się za to gospodarczo. Otóż protestantyzm, który w XVI i XVII wieku ugruntował sobie pozycję w zachodniej Europie, był religią rodzącej się właśnie burżuazji, żądnej władzy i możliwości bogacenia się. Przez fakt, że w Polsce wygrał katolicyzm, przegapiliśmy gdzieś zarazem i kapitalizm. Byliśmy nadal państwem feudalnym, podstawą polskiego dobrobytu były dobra natury i płody rolne, a pozyskiwaliśmy je przy pomocy chłopa pańszczyźnianego. To co w XV i XVI wieku zapewniło nam potęgę i bogactwo, w XVII wieku wystarczało by trwać, a w XVIII wieku sprawiło, że upadliśmy. Nie dało się już wyżyć ze zboża, wosku, drewna i futer. Europa Zachodnia zmieniła system rolny i przestała potrzebować żywności, a luksus przypływał na statkach z Meksyku i Brazylii, a nie szkutami po Wiśle. Warcholstwo, sarmatyzm i niechlujstwo nie były przyczyną naszego upadku, tylko skutkiem załamania gospodarczego. Upadliśmy, ponieważ system feudalny w całej Europie musiał upaść. Można mu było pozwolić upaść, zastępując go uprzemysłowieniem. Gdy jednak tego nie zrobiliśmy, upadliśmy razem z nim, przygnieceni gruzami niewydolnej gospodarki.

  1. Rozbiory i odwieczna wrogość

Formalnie to właśnie w roku 1772 rozpoczął się odwieczny konflikt polsko-niemiecki. Rozpoczął się, bo się nie potrafiliśmy unowocześnić. Zajęły nas Rosja, Austria i Prusy, ale tak naprawdę, to zajął (czy rozebrał nas) kapitalizm. Był to jeszcze kapitalizm ekstensywny, potrzebujący wciąż nowych ziem i nowych ludzi. Państwa rozbierające Polskę nie miały znaczących kolonii zamorskich, ich koloniami były słabsze sąsiednie państwa europejskie. Francja, Anglia, Hiszpania, Portugalia i Holandia skierowały swój ekspansywny kapitalizm na podboje zamorskie, Austria, Rosja, Prusy a także na terenach nas nie dotyczących, bo w Skandynawii – Dania, podbiły Europę, a Rosja również dużą część Azji.

Po raz pierwszy w historii staliśmy się rzeczywiście ofiarą pruskiej zachłanności. Nawet to nie był jednak wyraz złowrogiej niechęci Niemca do Polaka, nawet to był proces. Ale trudno oczekiwać, żeby nam jako Polakom to w czymś specjalnie pomagało. Nawet gdybyśmy potrafili spojrzeć na rozbiory i obie wojny światowe jak na nieuniknione procesy gospodarczo-polityczne. Nie potrafiliśmy i nie można nas o to winić. Od roku 1772 Prusy były naszym wrogiem. Bez przerwy. Zawsze. Odwiecznie. Od roku 1772 do roku … którego. 1971? 1980? 1989? 1991? 2005? Wszystko jedno. Któraś z tych dat zakończyła odwieczną wieczność.

Konkluzja
Rozumiem, że nie można wymagać, by pani Anda Rottenberg znała najnowszą wykładnię historii Europy. Ale no cóż… Miała radę konsultacyjną, miała doradców i pracowników. Gdyby zechciała ich słuchać (słyszeć i słuchać!) to może potrafiłaby ułożyć tę wystawę inaczej. Może potrafiłaby się oderwać od wizji Historii, jaką wpojono mądrej dziewczynce w piątej klasie szkoły podstawowej. A może tym bardziej potrafiłaby powiedzieć, nie, to nie jest MÓJ temat, nie będę się zajmowała ani tysiącem lat historii i sztuki, ani tysiącem lat historii w sztuce, bo żadnemu z nich nie sprostam. Moim tematem jest Los Żydowski we współczesnej sztuce polskiej i tym się będę odtąd zajmowała.

Über den Film “Hannah Arendt” von Margarethe von Trotta. Ein guter Film, obwohl es fürchterlich irritiert, dass Hannah Arendt alle 30 Sekunden eine neue Zigarette anzündet. So war es damals, in den 50. und 60., klar, aber diese ewige Zigarette mutiert zum Hauptmerkmal von Hannah, gewinnt Oberhand über ihr Denken und Tun.
Ich muss gestehen, dass ich überhaupt nicht wusste, worüber Arendt geschrieben hat. Banalität des Bösen, ja, das wissen wir doch alle, aber im Film kommt für mich etwas Neues zutage – die Beschuldigung Hannahs Arendt, die jüdischen Räte haben den Holocaust mitgemacht und sind mitschuldig.
Wieso habe ich es nie gehört? http://www.hannaharendt-derfilm.de/

Kotka Schrödingera

Ewa Maria Slaska

Kot czy kotka?

Kotka Schrödingera przeciągnęła się, rozejrzała bacznie po pudełku i walnęła po mordzie psa Pawłowa. Zdanie to brzmiało mniej więcej tak i mam wrażenie, że przeczytałam je w książce Wilsona i Schea „Illuminatus”*, a książkę tę czytałam po niemiecku, stąd utrwaliło mi się w pamięci, że chodzi o kotkę. Niemiecki ma bowiem to do siebie, że gramatyczna płeć kota, die Katze to kocica i dopiero jeśli się powie der Kater, można się dowiedzieć, że chodzi o kocura. Podobnie zresztą jak po angielsku, gdzie niemal wszystkie rzeczy i zwierzęta są rodzaju nijakiego, a kot i statek mają płeć i to żeńską. Czyli odwrotnie niż po polsku, bo gramatyczne kocisko polskie jest męskie i trzeba użyć słowa „kotka”, żeby podkreślić, iż chodzi o stworzenie żeńskie. Wszystko to zresztą są tylko tak zwane uwagi na marginesie, a zatem poemat dygresyjny jak, nie przymierzając, Beniowski, bo naprawdę to w zdaniu o kotce Schrödingera i psie Pawłowa spodobało mi się przede wszystkim zestawienie obu tych zwierząt i ich cech charakterystycznych, co nie ma nic wspólnego z treścią eksperymentów myślowych Schrödingera ani zachowaniami badanych przez Pawłowa psów. Bo nieważne, że Schrödinger tylko sobie pomyślał tego swojego kota, zamkniętego w pudełku i czekającego na nieuchronny wyrok śmierci, a Pawłow rzeczywiście trzymał psy w klatkach i najpierw dawał im jedzenie i zapalał światło, a potem tylko zapalał światło, a psy już się śliniły na myśl o jedzeniu, ale wciąż były głodne. Chodzi o to, że, jak sądzę, ani Schrödinger ani Pawłow nie zastanawiali się specjalnie nad charakterem tych swoich zwierząt. Ot zwierzęta. Dość zapewne przypadkowo wybrane. Choć jest do tego anegdotka, przytaczana przez Marka Abramowicza w artykule o innym kocie, a mianowicie o kocie Hawkinga.** Kot Hawkinga, podobnie zresztą jak kot Schrödingera, jest zwierzęciem wirtualnym, ale przydarza mu się rzecz jeszcze bardziej paradoksalna niż kotce Schrödingera. Kotka Schrödingera, zamknięta w pudełku na godzinę, może być mianowicie albo martwa albo żywa. Natomiast kot Hawkinga żyje, choć nie żyje. Ale o tym za chwilę, na razie wróćmy jeszcze do kotki. Otóż, dopóki nie otworzymy pudełka, nie jesteśmy w stanie przewidzieć, czy przemyślnie wymyślona pułapka myślowa Schrödingera spowodowała, iż w czasie tej godziny rozpadł się atom promieniotwórczy umieszczony wraz z kotką w pudełku czy nie. Jeśli się rozpadł, to energia rozpadu rozbiła ampułkę z trującym gazem i kotka Schrödingera zdechła. Jeśli natomiast się nie rozpadł, to gdy po godzinie otworzymy pudełko, kotka będzie żywa. Abramowicz podaje to w sposób wyszukanie naukowy: „Zanim nie otworzymy pudełka, rozwiązanie równania Schrödingera jest superpozycją dwóch możliwych stanów własnych:
|atom się nie rozpadł, kot jest żywy >
+
|atom się rozpadł, kot jest martwy >.
Nie ma sposobu odseparowania tych stanów, gdy pudełko jest zamknięte. Więc jeśli się zgodzimy, że równanie Schrödingera opisuje wszystkie istotne elementy rzeczywistości w zaistniałej sytuacji, to musimy się zgodzić również z tym, że kot w pudełku żyje, a jednocześnie jest martwy!“ Ot co. Taka sobie męska zabawa. I tak o tym pisze Abramowicz w tej części artykułu, którą poświęcił naszkicowaniu historii mechaniki kwantowej: „Bohr, de Broglie, Dirac, Heisenberg i Pauli, gdy dokonywali swych najważniejszych dla fizyki kwantowej odkryć, byli ludźmi zdecydowanie młodymi, powiedzmy sobie – chłopcami – w wieku dwudziestu kilku lat. Mechanika kwantowa była ich wspaniałą zabawą, a o chłopcach wiadomo, że uwielbiają bawić się i eksperymentować z kotami. Schrödinger, który jako jedyny przekroczył wtedy trzydzieści lat, wyobraził sobie kota zamkniętego w pudełku.” Dalej już wiemy. W pudełku jest atom, gaz i kot. Kot albo żyje albo nie. Na dwoje babka wróżyła, patrząc w szklaną kulę, kiedy obok siedział nastroszony czarny kot i ze złością tłukł ogonem po stole. Złościło go, a właściwie to nie jego tylko mnie, że zabawa Schrödingera, właśnie dlatego, że była eksperymentem intelektualnym, nie podlegała żadnym ograniczeniom fizycznym, mogła więc trwać nie godzinę tylko nie wiadomo jak długo, a jak wsadzimy kota na nie wiadomo jak długo do pudełka, w którym jest ten jakiś teoretyczny atom i jakaś teoretyczna ampułka z trucizną, to kiedyś ten cholerny atom się przecież rozpadnie, rozbije ampułkę, a ta wydzieli z siebie dokładnie tyle gazu, ile potrzeba, żeby uśmiercić kota, ale nie więcej, bo i o ten szczegół zadbał autor eksperymentu, po to, żeby – mimo iż jest to tylko teoria – jakieś resztki nie zatruły teoretycznego obserwatora, który wreszcie otworzy to śmiercionośne pudełko i stwierdzi, że kot jest martwy.
Kiedyś więc kot Schrödingera tak czy owak zostanie zabity. Czysto teoretycznie, czyli nie ma się tak naprawdę o co złościć, a mimo to cała ta historia mnie złości, bo okazuje się, że nawet jak dorośli i bardzo inteligentni chłopcy bawią się w fizykę teoretyczną, to wymyślają sobie jakiś taki cholerny przykład, w którym chodzi o uśmiercenie kota. Teoretycznie można przecież było wymyślić coś innego, chociażby takie samo pudełko, z czystego, przejrzystego szkła, które zachlapie się od środka farbą, jeśli atom się rozpadnie i rozbije umieszczoną w nim ampułkę z czarnym barwnikiem. Teoretyczny wynik teoretycznego eksperymentu byłby identyczny:
|atom się nie rozpadł, pudełko jest czyste >
+
|atom się rozpadł, pudełko jest pochlapane czarną farbą >.
I nawet nie trzeba otwierać tego wstrętnego pudełka, żeby zobaczyć z jakim z dwóch możliwych stanów, jakich istnienie dopuszcza fizyka kwantowa, mamy aktualnie do czynienia. A jest to taka część nauki, która pretenduje do miana starożytnej filozofii czyli „opisania wszystkiego” i podobno, tak twierdzi Abramowicz, opisuje też wszystko oprócz grawitacji. Grawitacja jest wciąż jeszcze poza pudełkiem i stawia opór. Tak jak ja stawiam opór przed próbą uzyskania stanu idealnego czyli opisania wszystkiego za pomocą historyjki o uśmiercaniu kota. Podobnie reaguje zresztą Stephen Hawking, ten od „Krótkiej historii czasu“, choć jak sądzę, z innych powodów. Hawking miał ponoć powiedzieć: “Gdy słyszę o kocie Schrödingera, odbezpieczam rewolwer”.
Abramowicz idzie zresztą jeszcze dalej, choć wciąż tropem kota i jego teoretycznej śmierci. Opisuje mianowicie czarne dziury i pewien kolejny eksperyment teoretyczny, przeprowadzany przez jakiegoś teoretycznego Hawkinga, ponoć nie tego od „Historii czasu” i badania zjawiska promieniowania czarnych dziur, które to zjawisko nazywa się w fizyce promieniowaniem Hawkinga. „Wyobraźmy sobie“, pisze Abramowicz „dra Hawkinga  (jest to osoba fikcyjna, nie mająca nic wspólnego z kimkolwiek), który patrzy, jak jego kot skacze do czarnej dziury. Koty są niezwykle dociekliwe i często robią rzeczy tego typu. Z punktu widzenia dra Hawkinga kot jest stale widoczny na zewnątrz czarnej dziury. (…) A więc według dra Hawkinga kot żyje, według zaś samego kota – nie. Wypada zatem spytać, jak jest naprawdę: kot żyje, czy też nie?“

Otóż to, tak to się właśnie toczy, jeden teoretyk zabawił się myślowo z kotem i teraz wszyscy teoretycy uważają za stosowne teoretycznie uśmiercać teoretyczne koty. Kotka Schrödingera kiedyś zostanie zabita, kot Hawkinga żyje, choć tak naprawdę nie żyje, a psy Pawłowa wciąż są głodne. Dlaczego więc tak spodobało mi się zdanie Wilsona i Schea, o tym, że kotka Schrödingera trzepnęła po pysku psa Pawłowa? Bo zanim jeszcze oddałam się rozważaniom o okrutnych zabawach małych i dużych chłopców z muchami, żabami i kotami, zdanie to skojarzyło mi się przede wszystkim z godnością kota, któremu podsuwa się jedzenie. Kot, a mówię to z wieloletniej obserwacji, nawet jak jest głodny i nawet jak się dopomina o małe conieco (po prostu łyk słodkiej śmietanki, jakaś krewetka czy odrobina posiekanej surowej polędwicy), nigdy nie rzuca się łapczywie do miseczki, podczas gdy pies… no cóż, pies jak widzi żarcie, to musi je natychmiast zjeść. Dlatego wyobraziłam sobie, że kotka Schrödingera karci psa Pawłowa za zachłanną łapczywość. I to mnie w tym zdaniu rozbawiło. Najkrótsza charakterystyka zachowań kota i psa w stosunku do spraw egzystencjalnych czyli pożywienia. Mój syn twierdzi z kolei, że przeczytał gdzieś zdanie, iż psy nie rozumieją ludzi, ale ich ubóstwiają, natomiast koty rozumieją nas aż za dobrze i dlatego nami gardzą.

Jakoś się tak rozfilozofowałam, na zakończenie więc jeszcze zwykła, zgoła niefilozoficzna historyjka o czarnym kocie, chociaż może trochę magiczną. Czarny kot przynosi ponoć pecha, zwłaszcza jak przejdzie człowiekowi tuż przed nosem w poprzek drogi. I oto pewnej dość zimnej sobotniej nocy wracałam sobie w Berlinie do mego wspaniałego berlińskiego mieszkania we wspaniałej berlińskiej kamienicy. A stare, secesyjne kamienice berlińskie mają to do siebie, że wciąż jeszcze wiele z nich zamyka się na noc na klucz. Czasem nawet na taki wielki, bardzo skompliko­wany klucz z dwoma piórami, który trzeba umiejętnie przesuwać w zamku, żeby otworzyć drzwi, wejść, przeciągnąć klucz na drugą stronę, zamknąć drzwi i dopiero go wyjąć (proszę mnie nie pytać, jak to działa, bo po 20 latach mieszkania w Berlinie nie wiem, jak to się dzieje, że udaje mi się tym paskudztwem otworzyć i zamknąć bramę). W każdym razie była trzecia nad ranem, było zimno, a goście, którzy u mnie mieszkali zabrali ze sobą jedyny klucz do bramy. Umówiliśmy się, że zadzwonię, jedno z nich się obudzi, ubierze i wyjdzie, żeby mnie wpuścić. Bardzo piękna teoria. Właśnie rozmyślałam o tym, jak sprawdzi się w praktyce, gdy przed nosem przeszedł mi piękny czarny kot. Nie podoba mi się twierdzenie, że kot przynosi pecha. To jakieś męskie porachunki z czarownicami i moim zdaniem to ewentualnie facetom czarny kot przynosił pecha, a kobietom nie powinien. Nie powinien i już. „No”, powiedziałam w myślach do kota, „pokaż, że z tym pechem to nieprawda, załatw, żebym się dostała do domu, bo zimno.” Doszłam do domu, zadzwoniłam do moich gości, odczekałam ze trzydzieści dzwonków. Rycerzy spod Giewontu by obudziło, a ich nie. Zaczęłam się zastanawiać, co teraz, iść do knajpy i przeczekać, iść do hotelu, pojechać do przyjaciółki, iść do pracy… ale zanim domyśliłam te myśli do końca, brama się otworzyła i radośnie nastrojony sąsiad, wychodzący do pracy na jakąś niesamowitą poranną zmianę (w niedzielę!), powitał mnie uprzejmym „dzień dobry pani”.

Lubię czarne koty.


* Robert Shea, Robert Anton Wilson, The Illuminatus! Trilogy : The Eye in the Pyramid, The Golden Apple, Leviathan

** Delta 06/1998 Marek A. ABRAMOWICZ, Marcus J. PERCIVAL, KOT HAWKINGA: ŻYWY CZY MARTWY? Skrócona wersja tego artykułu ukazała się w szwedzkim miesięczniku “Forskning och framsteg” w numerze 12/1997.

Am Mittwoch, 02.04.2008 las man in der Presse: “Forscher schaffen Hybrid-Embryo aus Mensch und Kuh. Britische Wissenschaftler haben zum ersten Mal Embryonen aus menschlichem Erbgut und Eizellen von Tieren geschaffen. So wollen sie embryonale Stammzellen herstellen – ohne ethische Bedenken.” Also: Sie haben Minotaurus geschafft!

Gumka do majtek

Mirosław Chojecki nie nadesłał tekstu na konkurs o pomocy dla Polski i Polaków po wprowadzeniu stanu wojennego, bo był, wraz z niemiecką pisarką Tanją Dückers, jurorem tegoż konkursu. Dostarczył natomiast tekst na temat. Wczoraj, udzielając mi mailowej zgody na jego publikację, napisał, że był on już wprawdzie tu i ówdzie prezentowany, ale nie był jeszcze publikowany. 

Dziwne. Ale dla mnie lepiej.

Mirosław Chojecki
Jak przy pomocy gumki od majtek obaliliśmy komunizm

Polska ma ogromnie długie tradycje walki o wolne słowo. Zaczęło się wszystko w czasie rozbiorów. Najwybitniejsi polscy poeci wydawali poza Polską. Józef Piłsudski, późniejszy naczelnik państwa 100 lat temu redagował i wydawał w podziemiu periodyk „Robotnik”.
W czasie okupacji hitlerowskiej wychodziły w podziemiu w 1944 roku aż 603 tytuły podziemnej prasy – mimo iż groziła za to kara śmierci. Niezależny ruch wydawniczy w okresie komunizmu został całkowicie zlikwidowany. Jeszcze w 1947 roku ukazywały się 22 czasopisma i wydano 9 książek, ale już w 1952 roku były tylko 3 czasopisma, a od roku 1954 zniknęły one zupełnie.

Stan ten trwał do roku 68, kiedy pojawiły się pierwsze ulotki związane z protestami młodzieży akademickiej, wykorzystanymi przez komunistyczne władze do antysemickiej nagonki.

Ale prawdziwy ruch wydawniczy narodził się w 1976 roku po utworzeniu Komitetu Obrony Robotników. Powstała wówczas Niezależna Oficyna Wydawnicza, której miałem zaszczyt być współorganizatorem.

Dlaczego powstały niezależne, podziemne wydawnictwa. Ano dlatego, że szalała cenzura. Przykładów ingerencji są tysiące. Dotyczą zarówno zakazów podejmowania pewnych tematów (np. rakotwórczego azbestu w polskich szkołach, eksportu mięsa, wypadków w górnictwie, spożycia alkoholu itd.), zakazów publikacji tekstów konkretnych autorów (listy nazwisk zmieniały się i raczej wydłużały aniżeli skracały), a także szczegółowych zaleceń (np., że o pracach Leszka Kołakowskiego można publikować teksty tylko w publikacjach specjalistycznych, ale wyłącznie krytyczne).

O tym wszystkim wiemy dlatego, że jeden z młodych cenzorów – Tomasz Strzyżewski – wywiózł za granicę notatki jakie zrobił podczas kilkumiesięcznej pracy w krakowskim oddziale cenzury.

W końcu lat 70 wychodziło w podziemiu już kilkanaście czasopism i do powstania Solidarności wydaliśmy w podziemiu ponad 100 tytułów książek. NOWA może poszczycić się tym, że opublikowała tomy kilku laureatów nagrody Nobla zanim oni te nagrody dostali np.: rosyjski poeta Josif Brodski, czeski poeta Jaroslav Seifert, żydowski pisarz w języku jidysz Izaak Bashewis Singer, polscy poeci Wisława Szymborska i Czesław Miłosz, niemiecki pisarz Günter Grass.

Z Grassem, laureatem Nobla w 2000 roku miałem specjalną przygodę. Jego „Blaszany bębenek leżał przez blisko 10 lat w wydawnictwie oficjalnym. Co jakiś czas okazywało się, że powinien on coś zmienić. Np. trzeba wykreślić akapit o tym, że Armia Czerwona całkowicie zniszczyła gdańskie Stare Miasto, że przecież niemożliwe jest aby żołnierz sowiecki zgwałcił kobietę. Grass na wszystko się godził, a czas płynął. I raz po raz okazywało się, że jest jeszcze coś, co trzeba zmienić albo wykreślić. Przez 2 lata negocjowałem przez pośredników z Grassem sprawę publikacji w podziemiu. Ale on stale miał nadzieję na wydanie oficjalne: większy nakład, promocja w wysokonakładowej prasie itp. Jednak gdy Volker Schlöndorff kręcił w Gdańsku film na podstawie „Blaszanego bębenka” Grass przyjechał do Polski. Spotkaliśmy się. Odbyliśmy długi spacer po odbudowanej gdańskiej starówce. Powiedział mi wówczas, że cenzura ma nowe propozycje. W jednej ze scen jest opisany sowiecki żołnierz, który ma wesz na kołnierzu. Cenzura zaproponowała skreślenie owej wszy. Günter – mówię wówczas do niego – przecież nie o tę wesz chodzi. Nie znam w literaturze piękniejszego opisu obrony polskiej poczty w Gdańsku w 1939 roku niż ta w „Blaszanym bębenku”. Jest to książka, która próbuje budować nowe stosunki między Polakami i Niemcami, powieść poszukująca porozumienia między naszymi narodami. I dlatego nie może ukazać się w Polsce. Jedynym wytłumaczeniem dla sowieckiej obecności w Polsce jest niemieckie zagrożenie. To przecież Rosjanie, według propagandy, bronią nas przed niemieckimi rewanżystami. W oficjalnej propagandzie nie ma dobrych Niemców i dlatego Twoja powieść nie może się ukazać w Polsce. I przekonałem go.

Poza Grassem wydaliśmy w podziemiu prace niemieckich autorów: Horsta Bienka, Bertolda Brechta, Jurgena Fuchsa, Karla Jaspersa, Reinera Kunze, Hansa Mayera, Maxa Webera, Austriaka Karla Poppera.

Jak to było możliwe aby w totalitarnym państwie, które starało się kontrolować wszystko i wszystkich funkcjonowało wydawnictwo, które publikowało średnio co 2 tygodnie nową książkę w nakładach początkowo kilkuset a później kilku tysięcy egzemplarzy i drukowało kilka czasopism.

a)    Do miejsca, które miało być drukarnią przywoziliśmy papier w ilości potrzebnej na wydrukowanie danej publikacji. Np. na „Blaszany bębenek” Güntera Grassa o objętości 300 stron w nakładzie 3.000 egzemplarzy potrzeba 450 ryz papieru tzn. blisko 1.200 kg.

b)   Skąd braliśmy ten papier? Wówczas w Polsce było reglamentowane prawie wszystko. Na kartki kupowało się mąkę, cukier, papierosy, wódkę, buty. Ale organizacje wspierające reżim nie miały większym problemów z zaopatrzeniem. Wystarczyło więc sprokurować pieczątkę np. oficjalnego Związku Socjalistycznej Młodzieży Polskiej, podjechać do hurtowni z odpowiednim pismem i kupić kilka ton papieru.

c)    Papier ten „leżakował” przez kilka tygodni.

d)   Przywoziliśmy maszynę drukarską. Skąd mieliśmy maszyny drukarskie? Pomagała nam emigracja. Emigracyjny rząd w Londynie, redaktor Jerzy Giedroyc i paryska „Kultura”, Kongres Polonii Amerykańskiej wykładali pieniądze, a dobrzy ludzie szmuglowali sprzęt do Polski.

e)    Potem przyjeżdżali drukarze z gotowymi matrycami.

f)     Drukarze pracowali na 3 zmiany: dwóch pracowało, jeden odpoczywał (po prostu spał). Drukarze nie opuszczali miejsca pracy do czasu zakończenia druku.

g)   Po zakończeniu wywoziło się maszynę do innego miejsca, gdzie już czekał papier.

h)   Wydrukowane luźne strony wywoziło się o tzw. punktów introligatorskich. Jeden punkt otrzymywał po 500 egz. luźnych karteczek do złożenia. Czyli w tym konkretnym przypadku nakład był już podzielony na 6 części.

i)    Przeciętnym punktem introligatorskim było małe mieszkanie w dużym bloku, gdzie młode małżeństwo po położeniu dzieci do snu ręcznie składało książki z luźnych karteczek.

j)    Złożone książki rozwoziło się do magazynów, z których odbierali je kolporterzy. W jednym magazynie, którym zwykle była piwnica (my mieliśmy do niej jeden klucz, zaś kolporter drugi), zostawiało się z reguły nie więcej niż 100 egzemplarzy. Oznacza to, że cały nakład np. tomiku Brodskiego zanim dotarł do odbiorców był już podzielony na około 30 części.

Oczywiście policja polityczna też nie próżnowała. Starała się nas rozpracować. Mieliśmy kilka wpadek.

W czasie stanu wojennego w Polsce, po delegalizacji Solidarności i internowaniu blisko 10 tysięcy osób ukazywało się co najmniej 2.700 czasopism (tyle posiada Biblioteka Narodowa), w tym niektóre przez wiele lat: w Krakowie „Hutnik” – 8 lat, lubelski „Informator NSZZ S” – 9 lat, szczecińska „Jedność” – 8 lat, „Krytyka” – 13 lat, poznański „Obserwator Wielkopolski” – 9 lat, krakowskie pismo młodzieży akademickiej „Promieniści” – 8 lat, „Solidarność” Białystok 10 lat, „Solidarność” w Gdańsku (229 numerów), „Solidarność Walcząca” – 9 lat (237 numerów), Informator Toruński” – 8 lat (242 numery), „Tygodnik Mazowsze” – 8 lat (290 numerów), krakowska „Mała Polska” – 6 lat (291 numerów), ”Z dnia na dzień” – 10 lat (524 numery).

W podziemiu wydano ponad 6.000 tytułów druków zwartych – tyle ma w swoich zbiorach Biblioteka Narodowa.

A co to tego wszystkiego ma gumka do majtek? Ano ma i to dużo.

To, iż w Polsce drukować mógł praktycznie każdy, że drukarnię można było założyć w każdym mieszkaniu zawdzięczamy właśnie gumce od majtek i Witoldowi Łuczywo. Zbudował on nowy typ powielacza. Wystarczyła rama od obrazu z naciągniętą tkaniną. Na nią należało założyć matrycę-szablon, przeciągnąć wałkiem z farbą i odbitka gotowa. Do druku potrzebne były co najmniej 3 osoby: jedna przeciągająca wałek z farbą, druga podnosząca ramkę i trzecia wyciągająca zadrukowaną kartkę. Kiedyś jedna z osób z niewiadomych powodów nie pojawiła się w drukarni. Geniusz nakazał mu po pierwsze przekonać drugiego drukarza, Basię Felicką, aby… zdjęła majtki. Wyciągnął z nich gumkę. Następnie przyczepił do ramki gumkę od majtek a drugi koniec gumki do żyrandola dyndającego nad stołem. Dzięki temu ramka sama odskakiwała. Jeśli więc do podstawy, na której przymocowana jest ramka z matrycą, przykręcić listwę z gumką, wówczas powstaje „automatyczny” powielacz, który może obsługiwać jedna osoba. Najlepsi drukarze drukowali ok. 1.500 odbitek na godzinę.

Hasła: „powielacz w każdym domu”, „każdy może pisać, drukować i kolportować, co chce” musiały obalić totalitarne państwo, którego jednym z podstawowych celów jest pełna kontrola nas i naszych myśli oraz dążenie, aby tych naszych myśli – jeśli już są nieprawomyślne – nikt nie mógł poznać.

Mirosław Chojecki, Jak...

Polska droga do wolności – obalenie komunizmu (filmik – 5 minut)

Transsyb

Zbigniew Milewicz, którego tekst o stanie wojennym publikowałam tu przed paroma dniami przysłał reportaż z podróży koleją transsyberyjską, nie wiedząc, bo skąd mógłby wiedzieć, że ta najdłuższa trasa kolejowa na świecie zawsze mnie fascynowała, a teraz fascynuje mnie jeszcze bardziej, bo to tu właśnie dzieje się Lód Jacka Dukaja, wspaniała powieść, być może najlepsza, jaką zdarzyło mi się czytać w ostatnich latach…

Trasa jest długa, a zatem i tekst jest długi. Tu więc tylko fragment, a link umieszczony na dole odeśle Czytelnika do całego reportażu.

Zbigniew Milewicz

Droga na kościach

Na dworcu ma działać biuro pośrednictwa w wynajmowaniu prywatnych kwater i jest. Wcześnie rano, żadnych interesantów, stajemy więc przy kontuarze i czekamy, aż urzędniczka skończy czytać i zajmie się nami. Minę ma bardzo zaaferowaną, nie widać – czym, kontuar jest dosyć szeroki, a nie wypada zapuszczać żurawia. Od czasu do czasu łypie na nas spoza okularów i dalej czyta. Czekamy cierpliwie może już pół godziny, aż dworcowy sprzątacz, który już jakąś chwile nas obserwuje, tłumaczy szeptem, że sami powinniśmy powiedzieć jej, o co chodzi, bo tak to możemy stać i do sądnego dnia. Skutkuje, bez większych ceregieli i formalności, raz – dwa kwaterujemy się w blokowisku z wielkiej płyty, oddalonym od dworca o parę kroków. Klatka schodowa potwornie brudna i zdewastowana, windą na siódme piętro, mieszkanie jest wyłącznie do naszej dyspozycji. Niewielka, prosta kawalerka za 800 rubli na dobę. Standard radziecki, ale jest się gdzie wyspać, odświeżyć i coś upitrasić. Losujemy miejsca do spania. Dostaje mi się tapczan, Edmund będzie musiał zadowolić się rozkładanym fotelem, w sumie jest sprawiedliwie, trafił na chudszego.

Bez transsybu nie byłoby Nowosybirska, ale po kolei.

Kiedy w górach Ałtaju na początku XIX wieku położono pierwsze w Rosji tory kolejowe, o długości około 2 kilometrów, po których konne zaprzęgi transportowały urobek srebra z kopalni, w Anglii powstawały już pierwsze prototypy parowozów. Prawie kolejnych trzydziestu lat potrzebowała Rosja, żeby na linii Petersburg – Carskie Sioło – Pawłowsk otwarta została pierwsza pasażerska linia kolejowa, obsługiwana przez parowóz. W 1860 roku długość linii kolejowych na świecie wynosiła już 108 tys. km: w Stanach Zjednoczonych – 49 tys., Wielkiej Brytanii – 17 tys., Niemczech – 11 tys., a w ogromnej Rosji ledwie 1590 km. Światłe głowy w państwie rozumiały, że opóźnienia te hamują jego rozwój, ale w budżecie brakowało środków na postęp techniczny. Z pomocy prywatnego i zagranicznego kapitału cesarz nie chciał skorzystać, monopol na kolej miał być niepodzielnie państwowy.

Dopiero przegrana w Wojnie Krymskiej w latach 1853-1856 uświadomiła władzy konieczność pewnych kompromisów. Mogło nie dojść do poddania Sewastopola wojskom sprzymierzonym z imperium osmańskim, gdyby Moskwa miała połączenie kolejowe z Morzem Czarnym, umożliwiające szybki transport wojskowego wsparcia. W czasie wojny zmarł Mikołaj I Romanow. Następca tronu, Aleksander II był politykiem bardziej elastycznym i przewidującym, ale dopiero za panowania następnego z Romanowów koleje w Rosji otrzymały zielone światło. Aleksander III, znany ze skrajnego, politycznego konserwatyzmu, antysemityzmu, tudzież z wielkiej podejrzliwości wobec otoczenia (za jego panowania powstała słynna, carska Ochrana, protoplastka późniejszej Czeka i kolejnych służb bezpieczeństwa w tym kraju), był jednak dobrym gospodarzem. Poszerzył granice państwa o nowe zdobycze terytorialne i stworzył możliwości dla rozwoju technicznego.

Jedno bez drugiego nie mogło się obejść. Na Wielkim Trakcie Syberyjskim, zwanym potocznie moskiewskim, albo irkuckim (w zależności od tego, kto dokąd zmierzał ) ruch był coraz intensywniejszy. Z centralnej części kraju na Wschód docierały towary przemysłowe i poczta, w odwrotnym kierunku – futra, złoto, srebro i herbata z Chin. Trakt kontynuował tradycje Wielkiego Szlaku Herbacianego, sięgające XVII wieku. Towarami najczęściej wysyłanymi do Chin były futra, skóry oraz arkusze żelaza, a najchętniej sprowadzanymi do Rosji, poza herbatą – jedwab, aksamit, cukier, laka. Autorzy dwutomowej pracy p.t. „Transport kolejowy Wschodniej Syberii od XIX do XX wieku“, opublikowanej na stulecie Transsyberyjskiej Magistrali* podają, że w latach 1887 – 1891 przewóz towarów wzrósł na owym trakcie pięciokrotnie. Z Tomska w stronę Irkucka szło co roku do 70 tysięcy wozów, z ładunkami towarów o łącznym ciężarze 1,6-1,7 miliona pudów. Zajęcie przy tym miało 16 tysięcy woźniców. Transport trwał jednak miesiącami, droga była trudna, niebezpieczna, w porze deszczów i roztopów w ogóle nieprzejezdna. Był to także szlak tysięcy zesłańcow, którzy na katorgę wędrowali pieszo, przeważnie zimą i latem, kiedy drogi się do tego nadawały. Ich też przybywało, carska Ochrana dwoiła się i troiła. Kolej miała te ograniczenia wyeliminować.

Pomysłodawcą budowy Wielkiej Syberyjskiej Drogi (tak pierwotnie ją nazywano, ale ostatecznie przyjął się termin pochodzący z angielskiego „Trans – Siberian Railway”) był generał-gubernator Wschodniej Syberii N.N. Murawiow-Amurskij. W roku 1886 został wydany stosowny carski ukaz i w teren ruszyły trzy ekspedycje, aby wytyczyć trasy środkowosyberyjskiej, zabajkalskiej i południowo-ussuryjskiej linii kolejowej. Dzieło miało być sfinansowane przez państwo, bez pomocy zachodniego kapitału, aby ograniczyć obce wpływy na Syberii i Dalekim Wschodzie. Budowę wytyczono jednocześnie z dwóch stron: od Czelabińska, trasą linii Zachodniosyberyjskiej, biegnącej do rzeki Ob i od Władywostoku , linią Ussuryjską aż do Chabarowska. Uroczystość położenia kamienia węgielnego odbyła się 12 maja 1891 roku we Władywostoku, ceremonii dokonał młody następca tronu, przyszły car Mikolaj II.

Zwiedzanie półtoramilionowej stolicy Syberii rozpoczynamy od głównej atrakcji turystycznej miasta – Państwowego Teatru Opery i Baletu, przy pl. Lenina. Pod względem poziomu, repertuaru i wykonawców ma podobno wszelkie dane ku temu, aby konkurować z moskiewskim Teatrem „Bolszoj”. Niestety kanikuła, więc nie sprawdzimy, ale można podziwiać kopułę, która ma rozpiętość 60 m i wisi na wysokości 35 m. Budowę tego największego w Rosji teatru rozpoczęto w 1930 roku, jednak pierwsza premiera odbyła się dopiero w 1945 roku. W czasie wojny przechowywano tutaj dzieła sztuki, pochodzące z ewakuowanych rosyjskich muzeów, w tym ze słynnej Galerii Trietjakowskiej. Potężne są podziemia teatru. Opancerzone dodatkowymi wzmocnieniami z betonu i stali miały służyć za bunkier Stalinowi i ludziom z jego otoczenia, gdyby przyszło im uciekać przed Hitlerem na Syberię. Podziemnymi tunelami dojechać można spod teatru aż do dworca kolejowego.

Pomnik wodza rewolucji, usytuowany nieopodal, zdaje się przewyższać teatr, choć tak nie jest. Stoi tylko bardziej centralnie i stąd to złudzenie. Wznosi się nad pobliskim skrzyżowaniem ulic, w pozie, jakby kierował ruchem. Przypomina mi się bliźniaczy, choć oczywiście dużo skromniejszy, pomnik w Wesołej, koło Mysłowic na Śląsku, który jeszcze w latach 90 pokazywał, jak dojść do sklepu monopolowego. Ten tutaj miał stanąć pierwotnie w Berlinie Wschodnim, towarzysze niemieccy uznali jednak, że nie znajdą dostatecznie godnego miejsca dla jego gabarytów, więc został wśród swoich, wiecznie żywy.

Nowosybirsk po Moskwie i Sankt Petersburgu jest trzecim co do wielkości miastem Federacji i stolicą obwodu. Ma filharmonię, sceny teatrów dramatycznych, trzy uniwersytety, instytuty naukowe, kilkanaście wyższych szkół, muzea i galerie sztuki. Jest wielkim ośrodkiem przemysłowym, m.in. maszynowym, elektronicznym, chemicznym, wodnoenergetycznym i hutniczym oraz ważnym węzłem drogowym i kolejowym. Łączy szlaki turksyberyjskiej kolei (Azja Środkowa – Syberia) z główną, transsyberyjską linią. Miasto dysponuje metrem, portem rzecznym na Obie i międzynarodowym portem lotniczym.

W miejscowym Muzeum Krajoznawczym znajdują się bogate zbiory, poświęcone historii powstania kolei transsyberyjskiej i miasta. Naczelnikiem budowy zachodniej linii był K.J. Michajłowskij, Polak z pochodzenia. Uchodził za jednego z najlepszych budowniczych carskich kolei i mostów. Pod jego nadzorem pracował inny nasz rodak, Wincenty – Ignacy Rojecki, odpowiedzialny za wytyczenie trasy linii, w tym m.in. przeprawy przez rzekę Ob. On więc zdecydował o lokalizacji Nowonikołajewska, późniejszego Nowosybirska. Teren był technicznie bardzo skomplikowany, a odpowiedzialność duża; inżynier wywiązał się ze swoich obowiązków, otrzymał za to znaczący awans, ale zapłacił zdrowiem. Zmarł w drodze do Warszawy, w której czekało na niego miejsce w jednej z klinik. Wśród budowniczych transsybu było wielu polskich inżynierów i urzędników, ich nazwiska widać na listach nagród: Zdziarski, Muchliński, Raciborski, Maliński, Poźniak, Olszewski, Grzybowski… Nazwisk robotników nie ma, wśród nich było naszych pewnie jeszcze więcej, są natomiast liczby.

W najintensywniejszym okresie, w latach 1895-96, przy budowie pracowało około 100 tysięcy chłopów, więźniów, zesłańców, żołnierzy. Najwięcej trudności sprawiały surowe warunki klimatyczne. Trasa przebiegała przez tereny najczęściej bezludne, porośnięte ciężką do przebycia tajgą, przecinały ją potężne rzeki, liczne bagna, jeziora, ziemię skuwał wieczny mróz. Nie było dróg dla dostaw materiałów budowlanych, a transportować trzeba było wszystko, za wyjątkiem drewna. Większość prac wykonywano ręcznie, przy pomocy najprymitywniejszych narzędzi – topora, piły, łopaty, kilofa i taczek. Pomimo tych utrudnień w ciągu niespełna 14 lat powstał odcinek trasy kolejowej od Czelabińska do Władywostoku i chińskiego Port-Artur na wybrzeżu Pacyfiku, będącego w owym czasie główną, ufortyfikowaną bazą morską rosyjskiej floty wojennej Oceanu Spokojnego. Średnia prędkość budowy linii wynosiła 740 kilometrów rocznie. Przekopano 100 milionów m3 ziemi, przygotowano i położono ponad 12 milionów podkładów kolejowych, około 1 miliona ton szyn i złączy, wybudowano około 100 kilometrów mostów i tuneli. Zakończenie prac, łącznie z trasą przez Chiny oraz szczególnie trudnym odcinkiem wokół Bajkału, ze względu na górzyste ukształtowanie terenu i wpadające do jeziora rzeki, nastąpiło w październiku 1904 roku. Ten tranzytowy, chiński wariant nie był pomyślany zbyt szczęśliwie, za Bajkałem zaczynała się Mandżuria, która po przegranej wojnie z Japonią dostała się w ręce przeciwników. W 1905 roku Japończycy zajęli nowo oddaną linię kolejową i twierdze w Port-Artur, więc Rosja musiała zdecydować o budowie obwodowej linii Amurskiej, liczącej 2 tysiące kilometrów, aby zapewnić sobie całkowicie niezależne połączenie z Władywostokiem. Budowa trwała aż do roku 1916.

Narzędzia pracy znajdują się w muzealnych zbiorach, obok nich stroje z tamtej epoki – chłopskie, pańskie, uniformy sołdatów i łachmany więźniów. Ciężkie dyby do zakuwania niepokornych i bizuny, którymi chłostano ich grzbiety, sąsiadują z kołokołami gumieńców, różnej wielkości i przeznaczenia oraz dźwięków. Jeden do ślubu, drugi na pogrzeb dzwonił, innego znowu kupcy używali, swój mieli żandarmi. Ołówkiem jakiegoś rysownika przedstawiony jest szkic łagru, w którym trzymano katorżników. Baraki, pomieszczenia nadzoru, wieżyczki strażnicze, wszystko otoczone wysoką, drewnianą palisadą. Drutu kolczastego jeszcze brak, ten amerykański wynalazek upodoba sobie dopiero następna władza.

W 1895 roku w samym tylko Przyamurskim Kraju, przy budowie transsybu trudziło się ponad 11 tysięcy zesłanych na ciężkie, przymusowe roboty. Dzień roboczy u robotników kontraktowych wynosił od 12 do 14 godzin, więźniowie, podobnie, jak żołnierze, pracowali dłużej, praktycznie aż do kresu sił. Nędznie odziani, zimą temperatury dochodziły do -50 stopni, wytrzymywali tylko nieliczni. Spali w ciasnych, prowizorycznie skleconych barakach, bez podłóg. „Na przestrzeni szerokości trzech sążni i siedmiu długości mieściło się trzydziestu skazanych – odnotowywał reporter jednej z ówczesnych, liberalnych gazet. – Prycze stały w jednym rzędzie, pół arszyna nad ziemią. Brud panował na nich straszny, siedzący na pryczach ludzie co chwile drapali się po bokach, piersi i głowie, najwidoczniej insekty nie dawały im spokoju”. Racje żywnościowe były głodowe, prowiant często zepsuty i brakowało opieki lekarskiej. Szerzyły się więc epidemie, śmiertelność wśród zk-ów była duża. Danych na ten temat nie udało mi się niestety znaleźć, podobnie jak liczb mówiących o łącznych stratach ludzkich, poniesionych w czasie budowy transsybu. Potocznie bywa ona jednak nazywana drogą na kościach.

CAŁY TEKST: transsyb_milewicz

Dzieci rodzą się i wiedzą

Tekst tego opowiadania ukazał się w roku 2011 w dodatku literackim “Kuriera Szczecińskiego”. Bardzo lubię tę gazetę i jej redaktorów, mam więc nadzieję, że nie wezmą mi za złe, jeśli powiem, że być może nie wszyscy moi potencjalni czytelnicy mieli szansę przeczytać ten tekst wtedy, gdy się ukazał. No bo skoro ja nie miałam…

Ewa Maria Slaska

Dzieci rodzą się i wiedzą

Dzieci rodzą się i wiedzą. Nie wiadomo skąd, ale wiedzą. Są tacy, co twierdzą, że to pamięć poprzednich wcieleń. Albo duszy nieśmiertelnej, która póki w momencie porodu nie została przywiązana na stałe do ciała, krążyła swobodnie po świecie. Może jest to zresztą po prostu pamięć genetyczna. Mój syn zapytał mnie kiedyś, co to za wojsko wychodzi zza pieca. Miał cztery lata, mieszkaliśmy w mieszkaniu z kaloryferami i nie jestem pewna, czy on w ogóle kiedykolwiek widział piec. Gdy próbowałam go namówić, żeby mi opowiedział, co to było za wojsko, opisał żołnierzy w granatowych obcisłych kurtkach i białych spodniach z kwadratowymi pudełkami na głowie. Takiego użył słowa – pudełka. Myślę, że musiały to być czaka, czyli za tym jakimś piecem chowali się ułani, których nigdy nie widzieliśmy, ani on, ani my, ani pewnie nawet nasi rodzice, ale nasi dziadkowie, pradziadkowie naszego syna – tak. Jeden z nich sam był ułanem.

Stąd może ja bałam się płonących miast. Gdy byłam dzieckiem, nocami straszył mnie pożar Warszawy. Urodziłam się po wojnie, nie widziałam jak płonie Warszawa, byłam też za mała, żebym mogła znać takie obrazy z filmów o wojnie. Moi rodzice w sprawie wojny milczeli jak zaklęci. A jednak nocami śniły mi się płonące ulice i walące się domy.

Patrzę na tę właśnie urodzoną dziewczynkę i zastanawiam się, co widziały i co wiedzą te smutne oczy. Ma oczy jak smutny lemur. Najsmutniejszy lemur na świecie. Nie widzi mnie, widzi coś.

Jeśli to, co widzi, to pamięć duszy do wczoraj swobodnie poruszającej się po świecie, to nie jest wykluczone, że widziała, jak Muhammad Al-Bibi, sympatycznie wyglądający osiemnastolatek, zabił Kadafiego jego własnym złotym pistoletem. Widziała wielkiego władcę, jak ukrywa się w rurach betonowych. I widziała jego głowę. I to, że ranny Kadafi został sponiewierany, że ktoś go przewracał, bił, szturchał. Widziała, jak krzyczy, jak żebrze o pomoc. Zabito go jak psa. Tak w XXI wieku umierają orientalni tyrani, Sadam Hussain, Osama bin Laden, Kadafi. Wyciągnięci jak wściekłe lisy z ponurych schowków. Nie przynosi to chluby naszym czasom, że pozwalamy na to, ba, wydajemy rozkazy, by tak umierali tyrani.

Tyrani XX wieku mieli lepiej. Hitler popełnił samobójstwo, to wcale jeszcze nienajgorszy koniec. Stalin i Tenno umarli we własnych łóżkach.

Co widziała Ivana, córka Bakiry, zanim się wczoraj urodziła w szpitalu świętego Józefa w Berlinie? Wojnę w Bośni i Hercegowinie z Serbami. Najbardziej krwawy konflikt w Europie od końca II wojny światowej. Bombardowanie Sarajewa i aleję snajperów. Masakrę w Srebrenicy, osiem tysięcy ciał w zbiorowych grobach. Masowe gwałty kobiet w Górach Dynarskich.

W tej rodzinie kobiety wcześnie wychodzą za mąż i wcześnie mają dzieci. Znałam więc nie tylko Bakirę, matkę Ivany, ale także jej babkę, a nawet prababkę. Poznałyśmy się prawie 20 lat temu, kiedy Bakira miała kilka latek i mieszkała z matką i babką w schronisku dla uchodźców. Uciekły z wioski pod Srebrenicą. Same kobiety. Babka, matka i córka.

Był początek wojny w Bośni, wiadomości z frontu były wstrząsające, a to zawsze wzmaga berlińską potrzebę czynienia dobra. W Berlinie czyni się dobro na zawołanie. Do schroniska przynoszono sterty odzieży. Była bardzo potrzebna. Standardowa pomoc dla uciekiniera wojennego obejmowała wprawdzie również komplet ubrań, ale ci ludzie pojawiali się u nas dosłownie bez niczego i jeden komplet odzieży w środku zimy nie załatwiał problemu.

Bakira, jej matka i babka właśnie zostały przyjęte do schroniska, gdy przed wejściem zatrzymała się wypasiona bryczka, z której wysiadł masywny, ubrany na czarno facet z byczym karkiem. W ręku trzymał dwa wielkie niebieskie worki plastikowe, wypchane po brzegi. Portier wysłał go do nas do biura i tak właśnie nastąpiło zrządzenie losu. Facet był Polakiem i pracował „u Państwa”, którzy kazali mu zapakować do worków rzeczy po zmarłej właśnie mamie i zawieźć do nas.

One wychodziły z biura, on wchodził. Zatrzymaliśmy je i poprosiliśmy Henryka, by zaniósł im te worki do pokoju. Miały sobie wybrać, co chcą, a resztę, ewentualnie, oddać. Tak to babka Bakiry została właścicielką czarnego futra z karakułów. Było takie małe, że pasowało tylko na nią. Bo babka była maleńka. Trzeba było zorganizować skrzynki plastikowe, na których musiała stanąć, jeśli chciała gotować, bo nie sięgała pieca. W wolnych chwilach chodziła po okolicy, ubrana w czarne karakuły, i zaglądała do śmietników. Tak ją kiedyś sfotografował jakiś dziennikarz. Zdjęcie babci w karakułach siedzącej na szczycie kontenera śmieci obiegło cały Berlin. Ja sem w nowinach, ogłaszała babka Bakiry wszem i wobec. Jestem w gazecie.

Ale to nie karakuły były zrządzeniem losu, tylko Henryk, barczysty Polak, który je przyniósł. Popatrzył na Amrę, matkę Bakiry, która była prześliczna jak orientalny Anioł (a Anioły muszą być orientalne, pochodzą przecież od biblijnych cherubinów), a z Bakirą na ręce wyglądała jak Madonna i … zakochał się.

Tu trzeba wyjaśnić, że… Ach nie, za dużo by wyjaśniać. Czytelnik musi uwierzyć. Bośnia jest w dużej mierze muzułmańska. Z wojny bośniackiej uciekały początkowo tylko kobiety. Przyjeżdżały do obcego zimnego kraju, w którym nie było bomb, ruin i szczurów, ale nie było też słońca, śpiewu, muzyki, jedzenia czerwonego od papryki, tańców na świeżym powietrzu, zalotnych uśmiechów. To jednak tylko sprawy powierzchowne. Bo jednocześnie w Berlinie nie było patriarchalnych strażników tradycyjnego porządku, surowych ojców, wszechobecnych braci, zazdrosnych mężów. Za to była swoboda wyboru stylu życia i emancypacja kobiet. Kobieta miała prawo być wyemancypowana, a jednocześnie musiała, bo inaczej nie dałaby sobie rady. Musiała nauczyć się języka i nauczyć się, jak sobie radzić w tym świecie, który był tak inny od wszystkiego, co kiedykolwiek znała. Uciekające przed wojną Bośniaczki emancypowały się na naszych oczach. Emancypowały się i rozkwitały. Były piękne i samodzielne. Amrze towarzyszył w tym Henryk. Jak na warunki europejskie polski kochanek to przeraźliwie zacofany maczo, ale dla Amry Henryk był pionierem feminizmu. Nie dlatego, żeby uważał, że tak trzeba, albo że coś się kobiecie należy, po dwóch tysiącach lat patriarchalnego ucisku, nie, Henryk przyznawał Amrze mnóstwo praw, bo był istotą bezrefleksyjną i postępował tak, jak postępowali wszyscy w jego środowisku. Przy Henryku Amra miała więc tyle wolności, ile miewały dziewczyny jego kolegów, a to w pewnych okolicznościach wcale nie było mało. A do tego Henryk był zakochany, a zatem, jak każdy polski kochanek, sentymentalny i romantyczny. Nosił torebkę Amry, otwierał drzwi, pomagał wkładać płaszcz, przynosił kwiaty i czekoladki.

Ale potem, kiedyś, jeśli nie zginęli na wojnie, w Berlinie pojawiali się mężczyźni. Przyjeżdżali, instalowali się w świecie, który zorganizowały im kobiety, szli po ścieżkach, legalnych i nie, które wydeptały dla nich kobiety, korzystali z tego, co osiągnęły i uzyskały kobiety i … odbierali im prawo do jakiejkolwiek decyzji.

Mąż Amry przyjechał w rok po niej, też zimą. Był to dziki wojownik o ponuro przystojnej twarzy, inwalida wojenny, któremu snajper odstrzelił lewe ramię. Miał na imię Zdrawko, co dla polskiego ucha brzmiało lekko i radośnie, ale oczywiście Zdrawko nie był radosny, a jego wejrzenie zapowiadało, że lekko też nie będzie. Mniej więcej po miesiącu Zdrawko dowiedział się, że Amra ma, czy też miała, kochanka. Raczej miała, bo gdy Zdrawko się pojawił, Amra nie miała najmniejszej szansy, żeby spotykać się z Henrykiem. Zdradziły ją dzieci. Jakaś dziewczynka w piaskownicy odebrała Bakirze piłkę. Bakira zaczęła płakać. Amra rzuciła się jej na pomoc. Chwyciła dziewczynkę za włosy, matka dziewczynki doskoczyła do Amry, rozorała jej twarz paznokciami, z pokoi na podwórko wybiegli mężczyźni, już szły w ruch śrubokręty, broń każdego twardziela w kraju, gdzie noszenie przy sobie noża jest karalne. W ciągu kilku minut spokojna zabawa dzieci pod opieką matek zamieniła się w preludium wojny. Portier dzwonił już po policję, my próbowaliśmy okiełznać burzę. I wtedy pokrzywdzona rzekomo dziewczynka krzyknęła do Amry, że jest dziwką. Bludnica, bludnica, kurva… Zdrawko zatrzymał dłoń ze śrubokrętem już już mającym uderzyć w ramię ojca dziewczynki… Zapadła przeraźliwa cisza, a Zdrawko obrócił się i zadał cios Amrze. Jeden, drugi, trzeci… Kochałem cię, kochałem cię ty dziwko, krzyczał, wbijając śrubokręt na oślep.

W każdej społeczności jest zwierzę alfa i jego harem, jest mądrala, jest donosiciel, błazen i wyrzutek. Zdrawko był prymatem alfa. Amra umarła z upływu krwi, Zdrawko poszedł do więzienia, a jak wyszedł nigdy nie pomyślał o tym, że mógłby poszukać córki. Bakirę oddano do domu dziecka. Prababka umarła ze starości. Karakuły ktoś wyrzucił do śmieci.

Minęło 20 lat. Bakira wyrosła, poszła do szkoły, a potem do nauki zawodu. Została fryzjerką. Jest piękna jak Amra. Spotykam się z nią czasami, teraz już rzadziej, ale dawniej bardzo często. Bo to my dwoje, ja, opiekunka jej rodziny z czasów, gdy pojawili się w Berlinie i Henryk, kochanek jej matki, zajmowaliśmy się nią, gdy była samotną sierotą w domu dziecka, gdy wyrastała, wychodziła w świat, brała ślub. A teraz jesteśmy tu, żeby po raz pierwszy popatrzyć na Ivankę. Najsmutniejsze dziecko, jakie kiedykolwiek widziałam.

Co pamięta Ivanka z czasów zanim się urodziła?

Wojnę i pożary? Pożary i mord? Mord i mordercę? Człowieka, który był jej ojcem i zabił jej matkę?

 Październik 2011

Uwaga od Autorki: Społeczność uciekinierów w schronisku, zwłaszcza w dużym schronisku dla uchodźców, jest jak każda inna społeczność. Są w niej zwierzęta alfa i błazny, są geniusze i cwaniacy, jest miłość, mord i przemoc. Schronisko to cały świat. Pracowałam w schroniskach wystarczająco długo, żeby zetknąć się z morderstwem, samobójstwem, porwaniem dzieci i sprzedażą kobiet. Widziałam szczęście i nieszczęście ludzkie. Nieszczęścia było więcej. Często zaczynało się od prostych prawd. On ją kocha, ona jego nie. Albo: ona go kocha, a on jej nie. Często nie była to naprawdę miłość tylko prawo własności lub projekcja. Ale podstawowe słowo, jakiego wszyscy używali brzmiało – miłość.

Buty

Kolejny tekst – tym razem wyróżniony – nadesłany w roku 2011 na ogłoszony przez Polską Radę w Berlinie konkurs literacki: “W 30 lat po wprowadzeniu stanu wojennego. Dziękujemy Berlinowi za pomoc.”

Zanim jednak przejdziemy do stanu wojennego 1981, przypomnę, że dziś rocznica wybuchu Powstania Styczniowego. Nie mam zamiaru włączać się w obelżywe dyskusje z użyciem argumentów takich jak trotyl i wrak lub ich negowanie, bo chodzi mi tylko o Powstanie, o pamięć pierwszej lektury “Nocy i dni” i “Nad Niemnem”, o Grottgera oglądanego w starej książce dziadka, o wspomnienia mojej mamy, która jako mała dziewczynka – a urodziła się w latach 20 XX wieku! – widywała jeszcze na ulicach Warszawy powstańców w czamarach…

Przygotowując ten wpis przypomniałam sobie, że zanim doszło do Powstania w całym zaborze rosyjskim wrzało, a już jesienią 1861 roku car Aleksander II napisał do namiestnika Warszawy, Lamberta: jeżeli wybory w Warszawie ukończone, nie zwlekając ogłosić stan wojenny. W 120 lat później rozkaz też przyszedł z Moskwy.

Dorota Cygan
‘Ich to po butach poznać’

‘Ich to po butach poznać’, rzuciła ciotka przy stole, która Niemców ani znała ani nie znała, ani lubiła ani nie lubiła, ani nie widywała jakoś często. Jakie  dziwne, po czym się niby poznaje  to, co nam obce. I jeszcze w to wierzy. Ale hasło ‘buty plus Niemcy’, raz wrzucone do intranetu pamięci, od razu posłusznie wyrzuciło skojarzenia i obrazy, bez porządku, według jakiegoś pokrętnego algorytmu, przeczącemu logice: ‘pod niemieckim butem’, ‘znów buty, buty, buty’, takie tam śmieci i odpryski pamięci. Ale jedno wrażenie, jakieś wyraźniejsze, odbite w majowym albo kwietniowym słońcu pewnego przedpołudnia w osiemdziesiątym drugim, przypadkiem wywołane, zostało na chwilę dłużej.

Taki oto widok z trzeciego piętra bloku na ścieżkę między domami: Sznureczek ludzi w drodze do kościoła, a co któraś pani w takich samych niebieskich butach. Czy były ładne, trudno powiedzieć, a dlaczego akurat niebieskie, jeszcze trudniej. Nie granatowe ani białe. Bo że buty mają być białe na lato, a brązowe lub czarne na resztę roku, to było oczywiste. Jak i to, że się nie znam na modzie, rzecz jasna. Ale niebieskie? Co to za kraj, te Niemcy, gdzie się nosi taki pośredni kolor? I to jako dorosły człowiek. I jeszcze wysyła ciężarówkami do Polski. Tirami tak ogromnymi, że ledwo się przecisnęły pod plebanię, każda na oko jak nasz Star razy sześć. Rozładowywane potem bez zbędnych słów przez bardziej zaangażowanych parafian.

Ile par nóg potem nosiło te buty, nikt chyba nie policzył. Ani nie zbadał, czy ci ludzie utworzyli jakąś  przejściową wspólnotę, taki sezonowy świecki zakon, ani czy uśmiechali się do siebie na ścieżce do kościoła, lub czy dzisiaj jeszcze siebie pamiętają. Z góry w każdym razie te  nogi w drodze na mszę wyglądały jak niebieskie wahadełka. Iwonka, napotkana innym razem na tej samej dróżce z czteroletnią siostrzenicą, pokazała palcem na buciki małej. Czarne lakierki, też z darów, niby nic zaskakującego. Ale, uwaga, zdjęte z nóg lalce. Coś podobnego. No, żeby produkować buty w niepotrzebnych kolorach, dla zbytku, w kolorze zarezerwowanym dla dziesiątej pary butów w szafie, to jedno. Ale robić lalki wielkości małych dziewczynek i ubierać je w prawdziwe lakierki? Jakiś inny ten kraj. Może nie ma się w sumie co dziwić, skoro można dostać w paczce stamtąd flamastry w trzydziestu sześciu kolorach. Od własnej matki co prawda, którą stan wojenny zastał na Zachodzie, ale taki niepojęty nadmiar barw jakby nabierał znaczenia interkulturowego przekazu. Dzieciom w szkole opowiedzieć nie miało sensu, to trzeba byłoby pokazać. Niemcy to taki kraj, gdzie jest sto kolorów do mazania w zeszytach, pełen indywidualizm, rzeczywistość, w której się takie rzeczy kupuje jako oczywistość, podobnie jak gdzieś indziej, przecież całkiem niedaleko od nich, istnieje sto odcieni szarości lub – to akurat znacznie dalej – rozróżnia się dziesięć odmian białego śniegu. To taki kraj, gdzie ktoś  sam z siebie wpadł na to, że gdzieś indziej potrzebne są buty. Może nie wszystkim, tym rozpieszczonym, mającym krewnych w Berlinie Zachodnim, niekoniecznie. Ale takim jak Jarek z VIa, który całą zimę chodził po śniegu w tenisówkach, bo czegoś innego matka w sklepie nie dostała, to owszem. Bo też szkolne akcje pod nośnym tytułem Buty dla każdego ucznia, dzięki nagłośnieniu na tyle wiarygodne, że na listę zapisywał się bez wyjątku każdy, kończyły się zwykle tym samym, mimowolną lekcją wychowania obywatelskiego – gdy butów przychodziło po jednej parze na klasę, komuna znów musiała lansować hasło kontaktu bosych stóp z Matką Ziemią. A dzieci solidarnie przyznawały tę jedyną parę jakiemuś Jarkowi ze swojej klasy.

Więc jednak przenikliwość darczyńców wielka, a i sprawność logistyczna też. Skądś musieli jednak wiedzieć, że akurat buty, bo kiedy przyjechał Heiner z Berlina w odwiedziny, też pytał, czy by się nie przydały jakieś adidasy. Długo faktycznie służyły, wygodne i wysokie nad  kostkę, można je było nosić do przykrótkich spodni, o których kolega złośliwie mawiał, że jak ktoś nosi za krótkie spodnie, to po to, by się wydawało, że ma bardzo długie nogi. No, albo żeby wyeksponować buty. Długo więc służyły, jeszcze po śmierci Heinera, po którym został także taki niespotykanie długi szalik do kostek oraz – jako dźwiękowy zapis w pamięci – jedyna fraza, którą znał po polsku i wciąż powtarzał, gdy się napił: ‘jeszcze Polska nie zginęła’.

W tirach były pewnie i inne różności, uprzywilejowanym dzieciakom znane skądinąd, ale otaczała je cisza i tajemnica, jak przystało na miejsce – rozdzielane w sąsiedztwie ołtarza wędrowały w ciszy do nowych właścicieli, stając się centrum niemal liturgicznego obrządku. Rytuał to sposób na chaos lub roszczeniowość potrzebujących, a wspólnota rozdzielających zalążkiem hierarchii. Będący poza kręgiem szemrali więc po cichu przeciw uprzywilejowanym, że należy im się więcej, a dary w wyobraźni robiły się coraz bardziej nieprzebrane. Wkrótce miały zaspokoić potrzeby wszystkich i to najlepiej na dłużej, na zawsze. Róg obfitości w kącie kościoła.

‘Pani, a czy to na pewno te zachodnie Niemcy dają? Czy może te tutaj bliżej, demokratyczne? Ach tak? No to jednak przyjaźnie nastawieni do nas, nie tak, jak mówią w telewizji.’ Ktoś inny na to odpowiadał, że Heinz z NRD też się bardzo stara, zawsze jak przyjeżdża, przywozi ze sobą cukier. Czyli wykazuje się o wiele większą przytomnością umysłu niż znajoma Polka z Berlina, przysyłająca swojej rodzinie w paczkach torby makaronu. Szkoda, że nie octu i musztardy. Akurat tego jeszcze nigdy nie brakło. Więc byli ci Niemcy jednak w większości jakoś tam zorientowani nie gorzej niż nasi, dorzucali się spontanicznie do paczek, które sunęły potem Odrą barkami do Kostrzyna,  dalej rozwożone prywatnym samochodem po rodzinach, zaliczywszy po drodze ileś postojów kontrolnych. Te akurat uciążliwe specjalnie nie były, wojskowi szukali raczej towaru z nielegalnego uboju, bo samochód niemal szorował  podwoziem, tak niemiłosiernie obciążony, zaś z paczek z Zachodu patrole interesowały najwyżej jakieś drobiazgi, które dałoby się zjeść od razu. Ciekawą w sumie wspólnotę razem tworzyły, gdy tak  zgodnie razem  podróżowały barką węgiel i czekolada. Czekolada w objęciach węgla, pokaźne paki w potrójnych kartonach, konstruowane – podobnie jak paczki zaszywane w prześcieradła i nadawane na dworcu ZOO do Polski w (nieco ograniczonym) zaufaniu do PKP – przez polskich prekursorów Verpackungskünstler Christo und Jean Claude, minidzieła, które nie znajdą się nigdy w żadnym w muzeum europejskiej współpracy transgranicznej. Zbiory paczek, jak pozasezonowe zbiory plonów międzyludzkiej solidarności, jako regularny transfer dobra symbolicznego w postaci namacalnego, jadalnego konkretu. No, zawartość jak zawartość, wiadomo, ale i te napisy. Łamańce językowe dla dwunastoletniego dzieciaka, jakieś dziwne kreacje spółgłoskowe ‘sch’ i ‘tsch’, nie do wymówienia, ale oglądane na opakowaniach raz po raz, utrwalane wraz z designem jako obraz oderwany od znaczenia. ‘Quelle, da weiß man, was man hat’, białe litery na granatowym tle, ‘kuelle’ brzmiało nawet fajnie. Ja, aber man weiß nicht, was man liest. Dopiero po latach, w miarę nauki języka, stawało się jasne, że ‘Götterspeise’ to nie po prostu nazwa gatunkowa galaretki, ale obietnica boskiej przyjemności, przekaz reklamowy ze zbioru symboli kultury konsumpcyjnej, który mógł faktycznie obsłużyć pewne potrzeby i tęsknoty po tej stronie granicy. I naprawdę stopniowo je wydobywał, by potem otwarcie wyjść im naprzeciw, jak się miało okazać wiele lat później.

A tak poza kwestią butów i ich prozaicznej użyteczności, przetrwały i inne obrazy pamięci, też po tej drugiej stronie. Kupowanie gazetek pod kościołem w pobliżu Osloer Straße, naładowane znaczeniowo do granic wytrzymałości, niewerbalne sygnały poparcia od znajomych Niemców, uśmiech życzliwości w zastępstwie brakujących słów, konwersacja zawężona do haseł ‘Solidarność ist eine tolle Sache’, bo język obcy zawodny, nie-giętki, ale komunikacja o ileż bardziej dynamiczna bez tej protezy języka. Kolacje wigilijne dla Polaków poza ojczyzną, włączanie obcych w kontekst własnych  Weihnachtsfeier, gesty interkulturowe nieświadomie przejęte ze zwyczajów katolickich, uważanych po drugiej stronie granicy za jedyne, własne i niepowtarzalne. Talerz dla każdego, co prawda bez siana pod obrusem, ale kto w tym miejskim krajobrazie widział kiedyś prawdziwe siano. A w kościele jedność i śpiew, potem zbiórka pieniędzy dla kraju. I trzymanie się razem. Ech, serce rosło. Jakiaś wyzwolona energia i u tych, co pakowali swoje VW Transporter do pełna proszkami, konserwami, pastą do zębów i ubraniami, żeby zafundować sobie kilka godzin trzepania na autostradzie i osobliwą przygodę z polską służbą celną, drobiazgowo studiującą konstrukcję niemieckich samochodów aż do zmęczenia materiału, także ludzkiego. Zahartowani znajdowali w tych rytuałach autopotwierdzenie, ‘was uns nicht umbringt, macht uns stärker’. Kto wie, ilu popadło w uzależnienie. Może pożenili się w końcu z Polkami? I przez następne lata praktykowali integrację europejską siedząc za wigilijnym stołem u teściowej, stopniowo włączając barszcz i gołąbki do swojego berlińskiego menu. Ile kilometrów wstęgi autostrady zapisało im się w pamięci, nie odtworzą już dziś, to wielkość niepoliczalna jak te pary niebieskich butów na ścieżce do kościoła w osiemdziesiątym drugim. Po butach ich poznacie.

Znów buty, buty, buty, tupot nóg
i ptaków oszalałych czarny wiatr.
Bułat Okudżawa, tłum. Witold Dąbrowski, Andrzej Mandalian

Godło: Solar plexus

Kolejny tekst, tym razem opowiadanie, nadesłany w roku 2011 na konkurs “Danke Berlin”. Tekst dostał I nagrodę.

Katarzyna Krenz

Splot słoneczny

[Dla potrzeb konkursu pewne fakty oraz imiona zostały zmienione, co jednak nie miało wpływu na obraz opisanej rzeczywistości]

24 grudnia 1982 roku obudziłam się jak zwykle wcześnie, parę minut przed szóstą. To był jedyny moment w ciągu dnia, kiedy mogłam swobodnie pomyśleć. Nie planować, nie wyznaczać sobie zadań. Tylko pomyśleć. Zaraz obudzi się Mania i usłyszę tupot bosych stóp. Dla spokoju sumienia powiem: „A gdzie kapcie, kochanie?” Ale wiem, że to i tak nic nie da. Najpierw przybiegnie ona – boso. W pół godziny później, dokładnie odmierzywszy czas, jakby miała zegarek wmontowany w mózg, zjawi się młodsza Ania, również boso. Ale jeszcze nie teraz, dopiero za kilka chwil. Leżę, nasłuchując spokojnego oddechu mojego męża na poduszce obok, astmatycznego poświstywania teściowej w sąsiednim pokoju i pierwszych zgrzytliwych rejsów naszej windy – zawsze mam wrażenie, że to przedpotopowy okręt podwodny opada na dno ze zgrzytem łańcucha kotwicy. Za oknem ostre porywy grudniowego wiatru raz po raz tłuką w metalowe pręty naszego balkonu, a raczej loggii, jak współcześni projektanci nazywają ten skrawek betonowej płyty o powierzchni nie większej niż półtora metra kwadratowego, wystajacej poza obręb naszego małego mieszkania na dziesiątym piętrze wieżowca, ustawionego niczym klocek lego na jednym z morenowych wzgórz ponad miastem. I wzgórze, i dziesiąte piętro w moim betonowym bloku mają zaletę: stąd widzę morze. To znaczy, przy dobrej widoczności mogę je zobaczyć, a czasem, gdy widoczność jest doskonała i powietrze czyste jak szkło, nawet statki na redzie. To moje okno na świat. Jedyna droga ucieczki, zawsze otwarta dla myśli. Gdyby nie ten widok, gdyby nie ta droga ucieczki…

Z mojego świata trudno się wymknąć Od roku jest szczelnie zamknięty. Szary jak w oku daltonisty. Rozwarstwiony na różne nasycenia szarości, bez marginesu na takie kolory jak radość, wolność i nadzieja. Napór ostatnich wydarzeń sprawił, że staliśmy się ludźmi bez wyboru. Jesteśmy tylko tak, jak nam pozwolono. Jesteśmy. On, ona i ich dwoje dzieci. Dziadkowie. Zanurzeni w codzienności, złożonej z kartek żywnościowych, kolejek po mięso i chleb, po pralkę i lodówkę, i po jedną tabliczkę czekolady z masy czekoladopodobnej miesięcznie, i tylko dla dzieci i młodzieży do lat osiemnastu. Ludzie dorośli nie powinni jeść czekolady, to niezdrowo, zęby się psują. Dentyści i bez tego nie mają dość amalgamatu, żeby załatać wszystkie nasze dziury. Po kawę natomiast nie muszę stać w kolejkach, bo w sklepach jej i tak nie ma, ale jesteśmy szczęściarzami: mojemu mężowi przysługuje raz na miesiąc 250 gramów brunatnych ziarenek z tak zwanej puli zakładu pracy. Kawa jest niedobra, kwaśna, bolą nas po niej żołądki. Jednak ją kupujemy, podobnie jak wódkę, której nie pijemy. Kupujemy, bo nam się należy, przynajmniej tak uważa nasze państwo. Litr przydziałowej wódki miesięcznie, po pół litra na głowę, moją i męża, ani więcej, ani mniej. Moglibyśmy się w niej kąpać, myślę ze złością, posłusznie odstawiajac butelkę do szafki ze szczotkami. Wódki mogę chociaż użyć do nalewek – tylko wytrawnych, oczywiście, bo cukier też na kartki – albo jako środka odkażającego. Ale na naszych kartkach są jeszcze oddzielne krateczki na papierosy. Po co mi, skoro nie palę? Cóż, człowiek szybko się uczy; teraz już wiem, że nie powinnam się buntować, raczej dziękować losowi za tę dodatkową walutę. Bo wódka i papierosy to pieniądz, nieraz nawet od pieniądza lepszy, zwłaszcza, gdy negocjacje toczą się z hydraulikiem, kafelkarzem albo murarzem. To także towar wymienny, za który możemy dostać niemal wszystko, czego akurat potrzebujemy, jak pieluchy, lekarstwa dla dzieci czy ćwiartka cielaka, zakupionego na czarno u zaprzyjaźnionego rolnika na wsi. Wódka i papierosy naoliwiają zardzewiałe tryby naszej socjalistycznej gospodarki. Dzięki nim żyjemy, trwamy, wychodzimy cało z opresji i mroźnych zim.

Morze, które widzę z okna, mówiło mi, że gdzieś tam żyją wolni ludzie. Góry nie dają tego odczucia, zasłaniają, zagradzaja, a morze tak. Przypominałam sobie opowieści o tym, jak przed wiekami po zamarzniętym Bałtyku nasi przodkowie saniami docierali do Szwecji. Albo na Rugię. Nikt ich nie zatrzymywał, nawet morze. A mnie trzyma tu wszystko. Zamknięte granice, brak paszportu, patrole i czołgi na ulicach. Nawet kartki żywnościowe, ponieważ musiałabym oszczędnie jeść, żeby zgromadzić dość zapasów na taką zamorską podróż. Bo u nas nawet w krótką i niedaleką podróż nikt nie wyrusza bez zapasów, które zabezpieczą przed głodem i chłodem, brudem i trudem. Muszą być kanapki i jajka na twardo, i zwitek papieru toaletowego. Nigdy nic nie wiadomo, ale wiadomo na pewno, że papieru w żadnej toalecie, w żadnym pociągu, na żadnym parkingu nie będzie. Co oznacza, że z domowych zapasów papieru toaletowego też musiałabym korzystać z umiarem, gdybym chciała wyruszyć w daleką drogę. Gdybym mogła.

Ale nie mogę. Stan wojenny to nie wojna, to apatyczne trwanie w zamknięciu, pod groźbą użycia broni. Zaciskam mocno powieki na wspomnienie lufy, która została wycelowana w mój splot słoneczny, gdy rok temu, 13 grudnia, zdyszana szybkim marszem, stanęłam przed bramą mojego radia. Rano wybiegłam z domu spóźniona, telefon znów nie działał, a tu nagle okazało się, że z jakiegoś powodu autobusy również nie kursowały. W ostatnich dniach spadło mnóstwo śniegu, wysokie zaspy zasłaniały drugą stronę ulicy, buty grzęzły w gęstej grudzie. A ja nie mogłam się spóźnić. Wchodziliśmy z programem na żywo, spóźnienie oznaczało zwolnienie z pracy.
Na wartowni stał młody żołnierz.
– A gdzież to się podział nasz pan Warecki? – spytałam odruchowo.
Żołnierz nie był skory do rozmowy. Wyszedł z budki wartownika i zagrodził mi drogę.
– Proszę odejść!
Spojrzałam na niego zdziwiona. Odejść? Czy on nie wie, że w radio, jak w teatrze, gramy na żywo? U nas nie ma takiego pojęcia, jak nieusprawiedliwiona nieobecność.
Powiedziałam:
– Ale ja muszę…
Nie dokończyłam. Tamten uniósł broń i skierował lufę w mój brzuch.
Pobielało mi przed oczami, jakby śnieg przedostał się pod powieki. Biało, mroźno. I ta lufa wycelowana w mój splot słoneczny. Rozejrzałam się, oszołomiona. Ulica była pusta. Nikogo. Tylko ja i ten żołnierz przed wartownią. Był młody, młodszy ode mnie, pewnie nie miał jeszcze żony ani dzieci. Ale miał rozkaz, żeby mnie nie wpuścić do budynku radia. Czy miał też rozkaz, żeby do mnie strzelić, gdybym okazała się zbyt uparta? Zbyt obowiązkowa?

Nie wiem, jak długo tak staliśmy, nieporuszeni. Między nami urosła zaspa ciszy. Przeniosłam wzrok z lufy na jego twarz. Chłopak może i miał rozkaz, ale był młody, nie wyglądał na kogoś, kto strzelał do ludzi, przynajmniej nie z tak bliska. Speszył się, zawahał.
– Niech pani idzie do domu, nic tu po pani.
Ja jednak stałam nadal, niezdecydowana, zmrożona. W końcu żołnierz się zdenerwował.
– Kobieto, to nic pani nie wie? – krzyknął.

Odwróciłam się i zaczęłam biec. Biegłam przez opustoszałe ulice, pod moją górę, brnąc w śniegu, ciężko dysząc. Spocona i bez tchu, dopadłam windy. Nie działała. Jeszcze dziesięć pięter, po dwa stopnie, potykając się, płacząc z przerażenia i zmęczenia. Na moje walenie, drzwi otworzyły się niemal natychmiast. W mieszkaniu panowała cisza.To znaczy teściowa głośno szłochała, dziewczynki płakały, ponieważ nie rozumiały, dlaczego babcia szlocha, w telewizji grali marsz żałobny z sonaty b-moll Chopina. Ale ja wszystko to odbierałam jak niemy fiłm o rozpaczy, niezrozumiałej i zagadkowej. Niebezpiecznej!

Opadłam na krzesło. W płaszczu i zaśnieżonych butach. Spazm w gardle, marszowy rytm muzyki, wzrok dzieci. Lufa. Co się stało? Wtedy mój mąż stanął przede mną i wypowiedział dwa słowa, które od tej pory miały stać się kluczem do naszego więzienia: stan wojenny. Dziś w nocy ogłoszono stan wojenny. Telefony nie działają, mamy godzinę policyjną, nie wolno nam wychodzić na ulicę po zmroku. Bez przepustki nie wolno opuszczać miasta. Nie wolno podróżować. Nie wolno.

I tak zamieszkaliśmy na naszej wyspie pośrodku wolnego świata. Rano, pijąc herbatę i szykując śniadanie, raz po raz spoglądałam przez okno na dalekie morze. Wyspy na morzu nie są bezbronne, myślałam, nie są wydane na pastwę żywiołu. To my mieszkamy na wyspie. Samotni, pozostawieni sami sobie.

*

Dziesięć dni poźniej listonosz przyniósł paczkę. Nazwisko i adres się zgadzały: paczka była przeznaczona dla mnie i mojej rodziny. Für… und Familie. Nazwisko nadawcy było mi nieznane. Hildegarda H., Berlin. Nie znałam żadnej Hildegardy z Berlina, nigdy nie byłam w Berlinie. Ale najwidoczniej Hildegarda wiedziała o moim – naszym – istnieniu.

Przecięłam sznurki, otworzyłam karton. Zanurzyłam ręce w warstwy papierowego ręcznika. Był biały i miękki, nie taki jak nasz papier toaletowy, o którym można by sądzić, że to papier ścierny do polerowania drewna, gdyby nie nazwa na opakowaniu. Pierwsza myśl: w jaki sposób nieznana mi Hildegarda domyśliła się, że u nas nie ma takich papierowych ręczników? Są tylko bawełniane ścierki, ale nie mam proszku do prania, dlatego muszę je gotować z kawałkami mydła, żeby nie śmierdziały.

W paczce znajdowały się dwa kilogramy cukru, po dwie paczki makaronu, herbaty, płatków owsianych, z przepisem na chleb i ciasteczka owsiane na opakowaniu. Mąka. Suszone drożdże. Dwie duże puszki mleka w proszku. Kawa! W sumie dziesięć kilogramów. Na dnie kartonu, pod kawałkiem tektury, ukryta była kartka w linie, wyrwana z kołonotatnika, złożona we czworo. Szanowna Pani, nazwisko Pani adres znalazłam w katalogu wystawy, w której i ja brałam udział. Mam nadzieję, że paczka do Pani dotarła i okaże się przydatna. Podpisane: Hildegarda H., Berlin, 14 grudnia 1981 roku.

Tego wieczora, siedząc z kubkiem pachnącej kawy w fotelu, usiłowałam sobie wyobrazić całą sytuację. W niedzielę, 13 grudnia, wszystkie dzienniki podały wiadomość o ogłoszeniu stanu wojennego w Polsce. Hildegarda zamarła przed radioodbiornikiem albo przed telewizorem, a może z gazetą w ręku. Czy piła kawe, tak jak ja teraz? Może zamierzała wyjść z domu? Odstawiła kubek? A jeśli akurat wychodziła… Zrezygnowała? Odwiesiła płaszcz na wieszak? Stała na środku pokoju, niezdecydowana, zastanawiając się, co dla niej osobiście oznaczają te słowa: stan wojenny, Polska. Stan wojenny skojarzył jej się z wojną. Polska? Z jedynym nazwiskiem, jakie znała.

Podeszła do półek z książkami, gdzie trzymała karton z katalogami wystaw, w których uczestniczyła. Odszukała właściwy katalog, po czym zbliżyła sie do okna (a może usiadła na kanapie?)

To było kilka lat temu, w czerwcu, wystawa malarstwa i rzeźby w Weimarze. Spotkanie artystów z krajów Europy wschodniej i zachodniej pod hasłem: „Sztuka ponad granicami”. Jakaś poetka z Polski napisała słowo wstępne. Hildegarda nigdy nie zwracała specjalnej uwagi na teksty w katalogach, ale ten był inny, dziwny – napisany wierszem.

Hildegarda pamiętała, że miała zamiar pojechać do Weimaru, lecz w ostatniej chwili z jakiegoś powodu była zmuszona zrezygnować, dlatego wysłała tylko prace. Wiadomo również, że polska poetka nie dotarła na wernisaż, ponieważ nie otrzymała paszportu. A katalog nigdy do niej nie dotarł. Tym bardziej nie mogła wiedzieć, kim jest ani czym się zajmuje Hildegarda H, zamieszkała w Berlinie Zachodnim. Nie spotkały się, nic o sobie nawzajem nie wiedziały. Jedynym łącznikiem był tamten wernisaż, ten wiersz w katalogu i lista nazwisk i adresów zamieszczona na końcu.

W poniedziałek rano moja nieznajoma weszła do sklepu spożywczego z gotowym planem. Zaczęła wkładać do koszyka: cukier, makaron, przecier pomidorowy w puszkach i kostki rosołowe Knorra, herbatę i płatki owsiane, wszystko po dwa opakowania, dla pewności. Bezwiednie spojrzała na przepis na chleb, umieszczony na opakowaniu płatków owsianych: mąka, suszone drożdże. Zawróciła do działu, gdzie znajdowała się mąka, następnie spytała sprzedawczynię, czy są suszone drożdże; była artystką, niespecjalnie znała się na pieczeniu chleba. Co jeszcze? Kawa, tak, koniecznie. Po drodze do kasy wrzuciła jeszcze do koszyka dwie rolki papierowego ręcznika. Kasjerka podała jej dwa czekoladowe mikołaje – zakupy upoważniły ją do podwójnego świątecznego bonusu. Hildegarda ocknęła się z zamyślenia. Prawda, przecież do świąt już niedaleko, zaledwie dziesięć dni. Rozejrzała się po półkach przy kasie i szybko dokupiła dwie ozdoby choinkowe i dwie torebki pierniczków norymberskich

Nie wróciła do domu, tylko od razu poszła prosto na pocztę. Ustawiła torby z zakupami na parapecie okna, kupiła karton na dziesięciokilową paczkę, następnie zabrała się do pakowania. Owijając starannie każdą rzecz z osobna w papierowy ręcznik, nieoczekiwanie i nieco absurdalnie pomyślała, że w ten sposób lepiej ukryje te rzeczy. Sprawi polskiej poetce mniej kłopotu. W akcie solidarności z nieznaną Polką wyczuwała potencjalne niebezpieczeństwo, jego nieokreśloność dodatkowo wzmagała uczucie niepokoju. Bo Hildegarda nigdy nie była z nikim w stanie wojny, nie miała pojęcia, czy za taką paczkę należy się kara czy nagroda. I dla kogo bardziej: dla nadawcy czy dla adresata? Jest możliwe, że to staranne owijanie kolejnych pudełek ją samą uspokajało.

*

Pod koniec stycznia przyszła następna paczka, pod koniec lutego kolejna. Na stemplach pocztowych zawsze widniała ta sama data, trzynastego. Trzynastego każdego miesiąca Hildegarda zjawiała się w jednym z berlińskich urzędów pocztowych z kolejną przesyłką do Polski. Paczki były zawsze tej samej wagi i wielkości, natomiast zawartość za każdym razem nieco inna. Czuliśmy, że Hildegarda usiłuje się z nami porozumieć telepatycznie. Czego potrzeba komuś w stanie wojny – zimą, wiosną, latem…? Kawy i cukru nigdy dość, wiadomo, mąki na pewno też. Co jeszcze? W “Berliner Morgenpost” przeczytała reportaż o polskich sklepach, gdzie można było kupic tylko ocet i zapałki (octu i tak nie wysyłała, bo szklane opakowanie mogłoby się stłuc, a zapałki przestała dokładać do paczek – skoro są). W marcu, oprócz mąki, cukru, ryżu i makaronu, przyszły nici. Kolorowe, do szycia ręcznego, do maszyny, do haftowania. W kwietniu zamiast papierowego ręcznika Hildegarda użyła ubranek dla dzieci. W jednej z kieszonek ukryła bilet do metra, na którym napisała: All children are ours.

Odczytaliśmy wiadomość: Droga Rodzino, nie znam was, nie wiem, czy macie dzieci, a jeśli tak, to w jakim są wieku. Paczkę majową przeznaczyła na środki czystości. Najwyraźniej nie chciała wysyłać proszku z czekoladą, żeby zapachy się nie zmieszały, poza tym słusznie uznała, że taka dziesięciokilowa porcja proszku do prania, mydeł, szamponów i płynów do kąpieli i szorowania garnków powinna na jakiś czas wystarczyć.

Już w tej pierwszej, grudniowej przesyłce na płatkach owsianych zauważyliśmy w górnym rogu dopisek flamastrem: nr l. Na kolejnych opakowaniach – zawsze były to płatki owsiane, może dlatego, że takie rozgrzewające, sycące, pocieszające – pojawiały sie kolejne cyfry: 2, 3, 4, 5… Przyznać trzeba uczciwie, że żadnej paczki nie brakowało. Czasem przychodziły opieczętowane przez cenzurę, czasem rozdarte i jakby nieco lżejsze niż wskazywał na to zapis na kwicie doręczenia, jednak w numeracji nie było luk. Po otrzymaniu każdej kolejnej wysyłałam pocztówkę. Nie list, tylko właśnie kartkę pocztową z otwartym tekstem: Pozdrowienia z… , podpis. Bez nadziei, że taka kartka przekroczy granice, ale zarazem z nadzieją, że jeśli się uda i Hildegarda ją otrzyma, to sama się domyśli, że jesteśmy jej wdzięczni z całego serca, lecz możemy napisać tylko tyle: pozdrawiamy.

W lipcowej paczce, oprócz stałych już produktów żywnościowych i słodyczy dla dzieci, znalazła się układanka literowa, coś w rodzaju Scrabble`a, tyle że z przesuwanymi kwadracikami. Pierwsze słowo zostało już ułożone, po angielsku – Solidarity. W sierpniu dziewczynki dostały pudełko kredek i szablon z kartonu, z wyciętymi gwiazdkami, księżycami i słońcami. Przez wiele nastepnych dni malowały układ słoneczny, który wciąż trzeba było powiększać o kolejno doklejane arkusze papieru, by w końcu osiągnął rekordowe rozmiary długości podłóg w dwóch pokojach. Wprawdzie tata twierdził, że wszechświat jest o wiele większy, ale zaraz pocieszył zmartwione dziewczynki, że najważniejsze jest słońce, bo wszystko na naszej ziemi kwitnie i rośnie dzięki niemu. To zupełnie jak z nami, dodał, gdy Mania nie chciała się pogodzić z faktem, że wszechświat nie ma końca – każdy z nas jest takim sobie całym kosmosem, bo każdy z nas ma w sobie splot słoneczny, o tutaj.

W czerwcu, a może był to już lipiec, w płatkach owsianych znalazło się zdjecie. Młoda kobieta o błękitnych oczach i ciemnych, krótko ostrzyżonych włosach, piegowata, w za dużej koszuli pochlapanej farbami. Mocna, otwarta. Nasza Hildegarda z Berlina. W tej samej paczce pojawił się także cukier żelujący do konfitur.

Latem, smażąc truskawki i agrest, myślałam o Hildegardzie. Kiedyś zamieszkamy w domku z ogródkiem – nie musi być od razu duży dom i duży ogród, wystarczą całkiem małe. I będziemy wolni. Wtedy odwiedzi nas Hildegarda. Ustawimy pod jabłonią stół nakryty lnianym obrusem, przygotuję dzbanek soku z kwiatów czarnego bzu, z plasterkiem cytryny i listkiem mięty, z pieca wyjmę świeży placek z konfiturą, którą zrobiłyśmy razem z Hildegardą. Bo ona kupiła cukier żelujący, a ja koszyk truskawek. Albo agrestu. Również płócienne woreczki, do których jesienią wkładałam ususzone jabłka i grzyby, były nasze wspólne, bo wprawdzie to ja je uszyłam, ale nici przyszły w paczce marcowej, a kawałek płótna o grubym splocie – w sierpniowej.

*

Tupot bosych nóg wyrwał mnie z zamyślenia. Mania czy Ania? Tym razem, o dziwo, młodsza. Typowy śpioch, ale nie dzisiaj.
– Czy to już dziś? Będzie choinka? Będą prezenty? – wysapała mi do ucha. Jej szept przeszedł zaraz w głośniejsze tony, mała nie mogła opanować ekscytacji.
Tadeusz przeciągnął się z głośnym ziewaniem, po czym wstał i po drodze do łazienki nastawił radio. Program II nadawał audycję „Najpiękniejsze kolędy z różnych stron świata”. Cicha noc, święta noc…

Tak, to już dziś, pomyślałam, cicha noc, święta noc. Powinniśmy się radować. Przeżyliśmy aresztowania naszych bliskich z rodziny i przyjaciół. Przeżyliśmy potajemne przekazywanie wiadomości i paczek do więzień i obozów internowania. Przeżyliśmy ograniczenia naszej wolności, upokarzające racjonowanie kartkowej żywności, wielogodzinne wystawanie w kolejkach, nieraz od świtu, a zdarzało się, że i przez całą noc. Przeżyliśmy choroby bez koniecznych leków, pobyty w szpitalach, brudnych z braku środków do mycia. Przeżyliśmy rewizje i cenzurę naszej prywatnej korespondencji, inwigilacje, indoktrynacje. “My home is my castle” przestało dotyczyć naszych domów, naszą prawdziwą wewnętrzną wolność musieliśmy ograniczyć do tego, co udało nam się ocalić, ukrywając za ścianą milczenia. To prawda, nasze twarze były szare, nasze ubrania były szare, nasze ulice były szare, ale mimo wszystko szarość nas nie pokonała. Mimo wszystko przeżyliśmy.

Śnieg, znowu śnieg. Morze na horyzoncie posiwiało od mrozu, jakby i ono nagle odczuło ciężar minionego roku. Po wieczerzy usiedliśmy wokół choinki. Tata nagle gdzieś zniknął, a pojawił się święty Mikołaj.
– O, pożyczył buty od naszego taty- zauważyła Mania.
Wśród prezentów czekała kolejna paczka od Hildegardy, którą listonosz przyniósł poprzedniego dnia. Für ganze Familie. Bo teraz Hildegarda już sporo o nas wiedziała. Że dziewczynki lubią malować i budować zamki z klocków lego, a ja uwielbiam kawę, że dziadek cierpi na nadciśnienie, a teściowej świetnie robi Buerlecithin. I że na święta nie byłoby pierników z lukrem i polewą czekoladową, gdyby Hildegarda o tym nie pomyślała już w listopadzie, gdy pakowała kolejną paczkę.

Dekorując z dziewczynkami świąteczne pierniczki, układałam w myślach list do Hildegardy. Droga Nieznajoma Przyjaciółko, chcemy, żebyś wiedziała, że Twoje paczki były jak liny, którymi z powrotem połączyłaś naszą zniewoloną wyspę ze światem wolnych ludzi.

Mania przecięła sznurek, a Ania rozerwała papier. W środku było świątecznie i kolorowo, czekoladowo i piernikowo.
– A co to? – Mania wyciągnęła ostatnie pudełko, które pozostało jeszcze na dnie paczki.
Pudełko było sporych rozmiarów, chyba po butach. Na wierzchu pokrywki widniała nazwa firmy: SOLAR PLEXUS. Litery były złote, podobnie jak promienie słoneczne, które je otaczały. Mania otworzyła pudełko. Wewnątrz znajdowało się dwanaście ogarków grubych woskowych świec. Umilkliśmy, zdziwieni, nie bardzo rozumiejąc, jak należało zinterpretować ten prezent. Nagle Ania zawołała:
– Tu jest jeszcze coś!
Do wewnętrznej strony pokrywki taśmą klejącą przymocowana była biała koperta, której wcześniej nie zauważyliśmy. Ostrożnie odkleiliśmy taśmę. W kopercie znajdowała się fotografia przedstawiająca okno. Za szybą bezlistne drzewa tonęły w ostatnich smugach wieczornej czerwieni. Na parapecie stały dzbanki, kubki i szklanki pełne pędzli, ołówków i kredek, bloki rysunkowe i książki o malarstwie.

I jedna płonąca świeca.

Stanik wojenny

W roku 2011 Polska Rada w Berlinie zorganizowała wielką uroczystość, której celem było podziękowanie berlińczykom i Niemcom za bezprzykładną wręcz pomoc, jakiej udzielili Polsce i Polakom po wprowadzeniu stanu wojennego 13 grudnia 1981 roku.

W maju 2011 roku ogłoszony został konkurs na utwór literacki, publicystyczny bądź wspomnienie dotyczące tego okresu. Celem konkursu było zebranie materiałów na temat wprowadzenia stanu wojennego w Polsce i jego odbioru w Berlinie, zachowanie w pamięci faktu, że Berlin w tym historycznym momencie udzielił Polakom pomocy materialnej, która miała również wymiar symboliczny, oraz przypomnienie, że pomoc Berlina dla Polaków była prawdziwą, sprawdzoną w praktyce solidarnością, a zarazem  pierwszym krokiem w kierunku porozumień dobrosąsiedzkich, przyjaźni i integracji europejskiej.

W najbliższych tygodniach publikować tu będę teksty, które napłynęły na konkurs.

Viktoria Korb, Stanik wojenny

Pikanty

Helena już od dawna prowadziła opozycyjną działalność wraz z kilkoma później nader słynnymi kumplami z Uniwersytetu Warszawskiego i chciałam jej ułatwić życie. Już koło 1973 roku, gdy kończyła swe drugie studia, anglistykę, a ja byłam doktorantką w Berlinie, żyjącą ze stypendium, pożyczyłam jej forsę na pierwszy trip do USA. Chciała bowiem zwiedzić ten kraj i szlifować angielski. Jak twierdziła w późniejszych wywiadach, upajała się otwartymi krajobrazami Ameryki i pragnęła stworzyć tak absolutną wolność też w Polsce. Niestety tej pożyczki mi nie zwróciła, mimo że pracowała w amerykańskim szpitalu jako sprzątaczka. Wydała je bowiem na soczewki, by pozbyć się ”znienawidzonych cyngli”, jak je zwała. Gdy po powrocie jej mama, inżynier z FSO, zafundowała jej samochód, zostawiła w nim te soczewki na słońcu i pękły. Potem przejechała nogi komuś, kto leżąc na chodniku naprawiał swoje auto i to był jej koniec jako kierowcy. Mama zabroniła jej dalszych jazd i sprzedała wóz. Na mnie natomiast spadły nowe zadania – wysyłanie Helence, według jej ścisłej listy i własnoręcznych rysunków, pieluch, smoczków, śliniaczków i kubeczków dla jej nowonarodzonej córeczki.

Wracając z Filipin do Europy musiałam omówić w Rzymie i Wiedniu różne projekty i wybrać nowe miejsce pracy. O bladym świcie w tę feralną niedzielę 13 grudnia (dobrze wybrana data!) wpierw sądziłam, że śnię ze zmęczenia długim lotem. Niestety ów rzekomy koszmar senny okazał się prawdą. Mój szok wzrósł, gdy skojarzyłam datę. Biurokraci chyba uwielbiają ten dzień, bo berliński mur też postawiono nocą 13 sierpnia 1961 roku… Po dotarciu do Berlina, zaczęłam wydzwaniać do kumpli w Polsce, by dowiedzieć się, jak im leci. Moje próby okazały się jednak na ogół bezskuteczne. Albo odzywał się automatyczny głos, że rozmowa jest kontrolowana, albo trafiałam na ”głuchy telefon”. Jak się wkrótce dowiedziałam, wielu mym przyjaciołom nielegalnie go wyłączono, by zahamować ich działalność w opozycji. Lub też zrazu ich internowano, czasem nawet wieziono do więzienia samych w śmigłowcu. Zaiste szczyt zaszczytu!

Natomiast Helena Łuczywo żyła w ukryciu przez kilka lat, jak wyznała, między innym u mej apolitycznej sąsiadki, którą poznała w dzieciństwie na moim podwórku. Bo w tym cały był ambaras, żeby dwoje chciało naraz, no i łatwiej było ukrywać się u nieznajomych lub ledwie znajomych.  Na szczęście bezpieka była nieświadoma luźnych kontaktów, nawiązanych przy grze w klasy, ciupy lub pikuty w piaskownicy w wieku kilku lat.

U przyjaciół natomiast natychmiast by ją znaleziono i byłaby łatwym łupem dla ubecji. Ale Helenka i tak musiała zmieniać kryjówkę co kilka tygodni, by nie zaalarmować swym pobytem sąsiadów. Jak dobrze, że na czas uciekła z zebrania Solidarności, które odbywało się w naszej byłej budzie na Mokotowskiej, gdy wtargnęli tam gliniarze i aresztowali większość obecnych. Hela jednak szybko rzekła do prostestujących namiętnie  kumpli ”beze mnie” i wyszła tylnymi drzwiami. W końcu znała wszystkie zakątki naszej szkoły podstawowej. Dała nam ona a propos odpowiednie koligacje i przez to dobre podstawy do wywrotowej roboty!

Berlinek

Przez koniec roku 1981 i pierwszą połowę 1982 kiblowałam w Berlinie, czekając na kontrakt w europejskim centrum ONZ w Genewie lub w światowej siedzibie United Nations Enviroment Program w Nairobi. Raczej skrajny wybór i niełatwa decyzja! W Berlinie natychmiast odnowiłam kontakty sprzed wyjazdu na początku lat siedemdziesiątych. Jednym z nielicznych salonów, gdzie brylowało polskie międzynarodowe towarzystwo emigranckie było już od 1968 roku mieszkanie Lilki Bohle-Szacki i jej męża. Ci, jedni z mych pierwszych polskich znajomych w Berlinie, byli podobnie jak ja ”emigrantami marcowymi”, czyli wypędzonymi z Polski w ramach antysemickiej kampanii 1968 roku.

Szaccy także rozpoczęli swój wygnańczy los 13 grudnia… Tego dnia przybyli do Berlina!

Między innymi dzięki nim nawiązałam też kontakty i współpracę z emigrantami 1968 oraz przeróżnymi mieszańcami, na ogół azylantami politycznymi, w tym studentami,  których bezpieka chciała zmusić do współpracy oraz Polakami z NRD, którzy uciekli do Berlina Zachodniego. Oczywiście nikt z nas nie miał dostępu do polskich przedstawicielstw dyplomatycznych. Za to często grywaliśmy w brydża przy zakrapianych kolacyjkach z profesorem Włodzimierzem Brusem z Londynu,  też pochodzącym z ”marca”,  z którym łączyły mnie wspomnienia o SGPiS-ie (obecnie SGH).  Poznałam tam też znanego pisarza Witolda Wirpszę i jego żonę Marię Kurecką, także  emigrantów ”marcowych”. Oni zaczęli często gościć mnie na balangach w domu, gdzie z kolei zawarłam znajomość z ich synem, literatem o pseudonimie Leszek Szaruga oraz śląskim pisarzem Christianem Skrzyposzkiem, żonatym z dyrygentką, polską emigrantką o nieodpowiedniej w 1968 roku rasie. Opiekowaliśmy się też polskim gejem o pseudonimie Kocica, która czasem zarabiała wróżąc nam z kart. Wprawdzie nie była uciekinierem politycznym, ale z powodu swych skłonności seksualnych nie miała w Polsce lekkiego życia. Jak się dowiedziałam po czasie, była nawet z tego powodu szantażowana przez tajne służby, które chciały ją zmusić do współpracy. Zarówno Szaccy jak i ja prowadziliśmy otwarty dom i często podmieszkiwali u nas goście z Polski. Znałam też od czasów w Studentendorfie Schlachtensee hinduskiego naukowca Petera Rainę, wyrzuconego z Polski w 1967 roku za antykomunistyczne wypowiedzi. Jego polska żona z kolei później ponoć okazała się być polskim szpiegiem. A jednak akurat z nim uprawiałam też współpracę z polskim podziemiem – szmuglowałam bowiem wraz z siostrą samochodem do Polski bibułę, między innymi antyreżimowe, demaskatorskie publikacje Rainy. Do naszego towarzystwa należał  też Wiesiek Wawrzyniak, późniejszy współpracownik Radia Wolna Europa.

Poznałam go w Studentendorfie, gdy pewnego dnia usłyszałam przez na podwórzu  okrzyki “kurwa, kurwa” i natychmiast zgadłam, że muszą to być to moi rodacy

Zaprosiłam go natychmiast na herbatkę wraz z jego towarzyszem Ireneuszem Krzemińskim, późniejszym profesorem socjologii na Uniwersytecie Warszawskim.

Wkrótce, około połowy lat 70, jakimś cudem Polska Misja Wojskowa zaczęła dawać niektórym z nas wizy do kraju. Było to zaskakujące, bo na ogół odmawiano ich dookoła świata pozbawionym polskiego obywatelstwa ”emigrantom marcowym”, niektórym nawet do początku lat 90. Albo dawano wyjątkowo wizy na kilka dni na tak zwany ”stan agonalny”, czyli gdy umierali rodzice. A jeśli nie umarli planowo, krewni musieli i tak wyjechać.

O szansie wyjazdu do Polski dowiedziałam się od Lilki. Zdradziła mi, że poszła z głupia frant do Misji złożyć podanie o wizę. Na to odźwierny szepnął jej do ucha, że mając już niemieckie obywatelstwo, musi jeszcze odczekać, aż upłynie pięć lat od jej emigracji. Wróciła więc za kilka tygodni, gdy ta data minęła i wizę dostała. Na to ja natychmiast pognałam tam złożyć papiery i na odchodnym spytałam stróża, kiedy mam przyjść się o nią dowiedzieć. On na to: ”Za tydzień, i nie dowiedzieć się, lecz odebrać”.

Tak więc od 1974 roku byłam już częstym gościem w Peerelu. Nigdy nie udało nam się odgadnąć, dlaczego tak łaskawie traktowano naszych emigrantów w Berlinie. Może był tu szczególnie nam przychylny ambasador? A może dlatego, że nie była to ściśle rzec biorąc ambasada, lecz Misja Wojskowa zwycięskich aliantów, do których Polska się zaliczała?

Zarówno przed wprowadzeniem stanu wojennego, jak i potem, dawaliśmy producentom podziemnej prasy w Polsce datki pieniężne i fundowaliśmy czasem  prymitywne wyposażenie podziemnych drukarni. No i papier, który ku powszechemu zaskoczeniu nagle zniknął ze wszystkich polskich sklepów i kiosków ”Ruchu”!

Wysyłaliśmy im też zaproszenia do Niemiec, gdy próbowali dostać mimo wszystko paszport zagraniczny.  Z czasem przebywając w Warszawie rozwoziłam podziemne pisma opozycji pod egidą męża Heleny, zupełnie tego nieświadoma. Nie wiedziałam, co znajdowało się w długich worach przyjaciół, którzy mnie poprosili, by ich gdzieś  podrzucić głęboką nocą. Gdy to do mnie dotarło, przeszły mnie ciarki. Gdyby dorwano  mnie przy tym, w mym samochodzie z niemiecką rejestracją i niemieckim paszportem, ani chybi wylądowałabym w kiciu jako zachodni szpieg, podobnie jak pewna Polka z ONZ, która zrobiła postój w Polsce podczas podróży służbowej z Nowego Jorku do Chin.

Wysyłałam też zaproszenia Marynie Ochab, która prowadziła w domu podziemną bibliotekę. Była córką Edwarda Ochaba, ongiś Przewodniczącego Rady Państwa, który już po 1968 roku przeszedł do opozycji.

Gdy ubecja zrobiła w stanie wojennym najazd na mieszkanie Maryny, udało jej się w ostatniej chwili wyrzucić listę użytkowników biblioteki do zsypu na śmieci w klatce schodowej. Tak uratowała ich przed najazdem agentów.

Ale przejdźmy do bardziej intymnych, ale jakże ważnych szczegółów życia codziennego w czasie, gdy ponoć w ramach zemsty na opozycjonistach, w sklepach był niemalże tylko ocet i czasem też mrożone pyzy. A co dopiero z artykułami higieny osobistej, kosmetykami i temu podobnym! Tak więc woziłam masowo mym przyjaciółkom obok medykamentów staniki – o dziwo akurat w czasie, gdy podobnie jak emancypantki na Zachodzie i ja uwalniałam się od tej drapiącej skorupy wzmocnionej metalowymi oraz plastykowymi drutami i fiszbinami. Dawałam im w prezencie też  piżamy, koszule i gatki, by nie musiały nosić obwisłych socjalistycznych majtadałów.

Wspomniałam wtedy dowcip: “Dlaczego radzieckie kąpielówki są niewygodne?” “Bo szybko przepocają się pod pachami i przecierają na kolanach.”

Pewien mój znajomek, znany polski reżyser, pobił mnie jednak na głowę i przeżył w tej dziedzinie prawdziwą niespodziankę. Otóż wysyłał w stanie wojennym znajomemu małżeństwu na ich prośbę jakieś artykuły apteczne, nie wgłębiając się w ich zawartość. Pewnego dnia ogarnęło go poczucie winy, iż nie zainteresował się dolegliwościami tej pary. W ogóle nie wiedział, na jakie choroby cierpią! Może już nawet leżą na łożu śmierci? Gnębiony nieczystym sumieniem otworzył więc przy następnej wysyłce opakowanie i przeczytał instrukcję. Oto co tam znalazł: “K-Y żel nawilżający. Rozpuszczalny w wodzie nawilżacz osobisty. Przezroczysty, nie tłuszczący żel K-Y jest najdoskonalszym uzupełnieniem własnego nawilżania, tak więc wasz stosunek płciowy staje się natychmiast przyjemniejszy.”

No cóż seks to też ważna ludzka potrzeba, nawet w stanie wojennym…

Dla mych politycznie zaangażowanych i nader podpadniętych przyjaciół stan wojenny trwał o wiele dłużej, niż jego oficjalna wersja. Tak na przykład Janek Lityński, jeden z założycieli Komitetu Obrony Robotników – KOR,  któremu przez wiele lat wysyłałam lekarstwa dla niepełnosprawnej córki, po wyjściu z interny na oficjalne zakończenie stanu wojennego, trafił do kicia. Ale o dziwo łaskawie pozwolono mu wyjść z ciupy na jeden dzień na urodziny córeczki, z czego natychmiast skorzystał, by też dać dyla. Zaczął się więc ukrywać i działał w podziemiu jako członek Regionalnego Komitetu Wykonawczego ”Solidarności” regionu Mazowsze. Na dobre ujawnił się dopiero, gdy zaczęły się obrady Okrągłego Stołu. Także Helenę Łuczywo, współzałożycielkę i jedną z najwybitniejszych członkiń Komitetu Obrony Robotników, jeszcze długo po odwołaniu  stanu wojennego ograniczały  jego organizacyjne druty kolczaste, tak więc dopiero koło połowy lat  80 wyszła na dobre na powierzchnię ziemi. Wprawdzie już przedtem żyła jedną nogą na wierzchu, ale nadal redagowała nielegalnie ”Tygodnik Mazowsze”, największe pismo podziemnej ”Solidarności”. Podziwiałam jej bezkompromisową, oddaną sprawie pracę dla prasy od ”Coparodniówka IKS” do ”Gazety Wyborczej” i innych szczytów prasowych w Wolnej Polsce.

Bowiem już w wieku lat 12 założyłyśmy ten “Coparodniówek”, który wydawałyśmy  spontanicznie co kilka dni  w jednym egzemplarzu, i w którym pastwiłyśmy się nad absurdami Peerelu i jego władz. Kontynuowałyśmy tę krecią robotę aż do początków liceum, potem niestety musiałyśmy się zająć innymi sprawami typu matura.

Wkrótce odwiedziła mnie w Genewie, gdzie sypiała do popołudnia i siedziała z upojeniem z nosem w babskim piśmie, wówczas tylko amerykańskim – “Cosmopolitan”. Po paru dniach przeszmuglowałam ją samochodem bez wizy na wakacje do Włoch, by wreszcie naprawdę odetchnęła na plaży po wysiłkach życia  w ukryciu. Po jakimś czasie, w 1986 roku umożliwiłam jej następny wyjazd do USA, tym razem na stypendium z Radcliffe College w Harvardzie. Niestety sama nie mogła go zrealizować, albowiem władze polskie odmówiły jej wydania paszportu do Ameryki. Zorganizowałyśmy więc spisek medyczny wraz z Ewą Schaff, córką profesora Adama Schaffa, wówczas już, po pół-emigracji z roku 1968, lekarką w Ohio. Otóż ona jako medyk wystawiła Helenie zaświadczenie lekarskie, iż  musi leczyć wzrok, z którym faktycznie miała problemy, w USA. Największym problemem było dostarczenie jej tego dokumentu, tak, by nie capnęła go ubecja. Próba przesłania tego atestu do niej była raczej beznadziejna, ponieważ jej poczta nadal była kontrolowana i wiele listów znikało. To samo dotyczyło jej rodziców, którzy wprawdzie nie należeli do kręgów opozycji, wręcz przeciwnie, ale oczywiście też byli inwigilowani.

Tak więc poprosiłam pewnego polskigo dyplomatę, pracownika Polskiej Misji przy ONZ w Genewie, też absolwenta SGPiS, by zawiózł do Warszawy i zaniósł do domu rodziców Heleny moje prezenty dla niej. Chętnie się na to zgodził, może też dlatego, iż nie wiedział, co wiezie. A w torbie, którą mu dałam, wraz z bielizną, szminkami i temu podobnym mieściło się też to zaświadczenie Ewy dla Heleny. Nie była to żadna nielojalność wobec niego, bowiem dyplomatom nie kontrolowano bagażu. Tak więc spełnił swój patriotyczny obowiązek nieświadomie, ale bez problemów. A kontakt z nim nawiązałam na różnych  imprezach i przyjęciach w oparach genewskiej Polonii. Gdy wiosną 1982 podjęłam pracę w ONZ w Genewie, zatrudnieni tam Polacy, często gwiżdżący jako jej pracownicy na polskie władze, szybko wciągnęli mnie do organizacji “Pro Polonia”. W jej ramach systematycznie wysyłaliśmy lekarstwa do Polski, bo w Szwajcarii daje się hojne datki, o których nie śni się ludziom w innych krajach. Także niektórzy napotkani tam lub w cafeterii ONZ polscy znajomi,  nie bali się zapraszać mnie do domu i na balangi. Nawet polska ambasada w Bernie przysyłała mi wizy do Polski z podziękowaniem i komplementami, gdy tylko tego zapragnęłam, co dało mi sporą satysfakcję.

Moja chata

Właśnie. Po dziesięciu latach pracy w Indonezji, na Filipinach i w Szwajcarii wróciłam jak słodka idiotka niemal dokładnie na otwarcie muru do Berlina! Jakbym czuła pismo nosem i chciała się sama pokatować zjednoczeniowym kacem.

Na szczęście zaczęłam pisać jako wolny strzelec dla Radia Wolna Europa, gdzie znalazło schronienie i zarobek kilku moich kumpli, azylantów z emigracji stanu wojennego i innych.  Z radością powitałam zmianę ustroju w Polsce, ale znając, także z pracy w Trzecim Świecie, problemy z reformowaniem systemów, ostrzegałam w serii audycji Wolnej Europy przed pułapkami “transformacji”. Szef polskiego działu uspokajał mnie lekceważąco, że “W Polsce tym razem wszystko odbędzie się całkiem inaczej”.

Niestety, okazało się, że to ja miałam rację i Polska do dziś walczy z problemami pokojowego przejścia od socjalizmu do kapitalizmu, wręcz odwrotnego do tego, co zapowiadał Karol Marks.

Mało tego, właśnie wtedy zaczęto gruntowne, całoroczne odnawianie domu, w którym mieszkałam. Ale to akurat jednak wyszło mi na dobre, ponieważ w innym przypadku zrujnowałby mnie własny remont. Bowiem moi polscy sublokatorzy, którym wynajmowałam (zawsze pojedynczo!) mieszkanie na czas mej nieobecności, zostawili mi powybijane szyby, połamane stoły, zawalającą się wannę i zepsuty piecyk gazowy. Poznikało też wiele mych ubrań oraz ulubionych plakatów. No i ostatni lokator pomalował mi salon na czarno, bo ponoć potrzebował takiego tła do swych artystycznych fotografii.

Za to natknęłam się na kilka polskich czasopism wydawanych w Berlinie w czasie stanu wojennego. Dlatego przestało mnie dziwić, że  niemal każdy berliński Polak, który mnie odwiedzał, stwierdzał, że on przecież skądś zna to mieszkanie… Jak się dowiedziałam, w mej obszernej chacie redagowano ”Archipelag”, spotykała się tam też redakcja ”Poglądu”. Mało tego, tuż obok znajdowała się siedziba i knajpa berlińskich gejów, a za rogiem zarówno siedziba Solidarności, jak i Amnesty International!  Jakże sprzyjające otoczenie dla walki z reżimem stanu wojennego i dla Kocicy. Ale teraz, tuż po powrocie ze Szwajcarii musiałam się błyskawicznie wynieść do przydzielonego mi mieszkania zastępczego – byłam już ostatnią lokatorką!

Po rozpoczęciu procesu transformacji, gdy ambasada polska w Berlinie zaczęła namiętnie zapraszać i integrować Polonusów wszelkiego pokroju, konsul Janek Granat, mój kumpel z obozów narciarskich SGPiS, zaproponował mi napisanie krótkiego życiorysu, twierdząc, że wcale nie straciłam polskiego obywatelstwa w 1968 roku. I to mimo że na ”dokumencie podróży” ważnym przez miesiąc od jego wystawienia, figurował nadruk w trzech językach, po polsku, po rosyjsku i francusku, że jego posiadacz nie jest obywatelem polskim. Wkrótce też przywiózł dokument z MSW w Warszawie, że mam obywatelstwo polskie na podstawie ustawy o obywatelstwie z roku 1961! Okazało się bowiem, że cała  akcja ”wyemigrowania nas” była nielegalna, a nasze wymuszone podania o rezygnację z obywatelstwa, nigdy nie dotarły do Rady Państwa, do której musieliśmy je pisać. Utknęły bowiem w moczarowskich zakamarkach MSW. Jak dobrze, że ani MSW, ani ja nie wiedzieliśmy o tym, gdy rozrabiałam, wspierając polską  opozycję i buszując przy tym po kraju w stanie wojennym. Gdyby znali prawniczą prawdę, łatwo mogłabym trafić za kratki.