Zanurzyć się w tę ciszę

Krzysztof Pukański

na białej mgły poduszce
głowę kładąc
zapach twych perfum poczuć
i skóry radość
gdy dotyka twojej
zawinąć się w ciebie jak w pled
pytasz, czy tego chcę…?

pewnie śpisz dawno
w koci zwinięta kłębek
a noc ci snuje złocistą snu przędzę
wyobraźnia podsuwa nowe wątki fabuł
zamknięte w powiek zdobny inkunabuł

więc śpij okruszku, a we śnie
wtuloną w poduszki lico
niech Cię po włosach głaszcze
wyblakła dłoń księżyca

niech Ci widoki otwiera
na starym chińskim wachlarzu
opowiesz mi wszystko rano
gdy kawę będę parzył

sobie pod skórę

sobie samemu
wejść pod skórę
przerażenie poczuć
je oswoić – psa wiernego
koniec mordęgi ujrzeć
i miłości bezkres
na kamieniu przycupły
omszały czekaniem

zanurzyć się w tę ciszę
bez drzwi bez okien bez słów
zanurzyć się w tę ciemność
zapaść w aksamitną czerń
po to by rano wyjść na dzień
by każdym porem chłonąć światło
by tętnić
by każdą żyłą żyć

Toż nadchodzi Święty Walenty

Zbigniew Milewicz

Na różnicach między płciami zbudowano i stracono w ciągu ludzkich dziejów fortuny, poświęcono im tony rozpraw naukowych, filozoficznych, najpiękniejsze strofy w literaturze i poezji, na nich kwitnie pornografia i najstarszy zawód świata… Każdego ciągnie w te rewiry, chyba, że jest chory, bo wiek jakby odgrywał tutaj mniej znaczącą rolę. Weźmy chociażby moją skromną osobę, jeszcze nie chodziłem, a już podobno puszczałem oczka do co ponętniejszych koleżanek mojej mamy i ten tick został mi do dzisiaj, choć pora byłaby już się ustatkować. Zanim to jednak zrobię, jeszcze trochę poswawolę, piórem przynajmniej, bo i jest ku temu okazja. Toż nadchodzi Święty Walenty, patron zakochanych i epileptyków (można byłoby w związku z tym zastanowić się nad ewentualną zbieżnością obydwu stanów). Fakt, że w tym roku wybrał on sobie porę nieszczególną, bo będzie to już drugi dzień Wielkiego Postu, czasu umartwienia, ale za życia też często był niekonwencjonalny. Pozostaję w tym samym duchu…

Gdy Bozi zdarza się zdrzemnąć
a robi to dosyć rzadko
to diabeł z aniołem tańcują
w miłosnym uścisku
aż hadko
W post lubieżnym być
to wstyd
daj narządy w depozyt

Na Walentynki

Dedykowane paniom na melodię kolędy: W dzień Bożego Narodzenia

W dzień Świętego Walentego
kochaj się do upadłego
bo gdy blady świt nastanie
jemu nawet włos nie stanie
oj nie stanie

a więc gzij się me nieboże
a Walenty dopomoże
by cię zechciał za rok długi
pochędożyć po raz drugi
po raz drugi

morał z pieśni tej jest taki
częściej chędożcie chłopaki
dzień w dzień żwawo przystępujcie
do kochania się nie bójcie
się nie bójcie

A tu on: http://sphotos-b.ak.fbcdn.net/hphotos-ak-ash4/377668_610222625670561_1027231812_n.jpg

Niedziela, 13 grudnia…

Kolejny tekst nadesłany w roku 2011 na konkurs Polskiej Rady w Berlinie “Danke Berlin”.

Wojciech Zawadzki

Niedziela, 13 grudnia 1981 roku, zaczęła sie typowo dla polskiego emigracyjnego Berlina Zachodniego – sen do południa i kac po sobotniej imprezie, kończącej kolejny tydzień ciężkiej pracy. Wstałem pierwszy, nastawiłem wodę na kawę, z prawdziwą przyjemnością wypiłem szklankę wody mineralnej i włączyłem radio.

Dzięki, najwyższemu w Europie, masztowi radiowemu w Gąbinie, pierwszy program Polskiego Radia był odbierany podobno bez problemu na całym świecie – w Berlinie na pewno. Od dłuższego czasu, ze ściśniętym sercem, słuchaliśmy komunikatów o wciąż pogarszającej się (jakby to było jeszcze możliwe!) sytuacji gospodarczej, o kolejnych strajkach, negocjacjach i rozmowach, które nie prowadziły do niczego. Zarówno ja, jak i mieszkający ze mną Andrzej i Krzysztof, byliśmy w Polsce członkami „Solidarności”, przyjechaliśmy do Berlina na kilka miesięcy, zarobić trochę pieniędzy na „czarną godzinę”, która właśnie nadeszła. Na Święta Bożego Narodzenia wszyscy mieliśmy jechać do rodzin w Kraju, kupiłem już bilet kolejowy na 16 grudnia i mam go do dzisiaj…

Woda na kawę już się zagotowała, gorzej było z radiem – najpierw cisza, potem, bez zapowiedzi, Chopin – i to w niedzielę rano?! Koledzy, jako dyplomowani inżynierowie, w dość obcesowy sposób skomentowali wyczyny magistra-humanisty, który nawet radia nie potrafi włączyć – ale i im odechciało się żartów, gdy z głośnika usłyszeli głos generała Jaruzelskiego, informujący rodaczki i rodaków o tym, że nadeszła właśnie godzina ciężkiej próby i na terenie Polski zostaje wprowadzony stan wojenny.

Od tamtego poranka mija 30 lat, a ja wciąż widzę trzech bezradnych dwudziestopięciolatków, siedzących w milczeniu, ze łzami w oczach, próbujących zrozumieć, co się właściwie stało.

Jak napięta była wtedy sytuacja w Polsce, każdy wie. Pytanie  „wejdą – nie wejdą?”, powtarzane było do znudzenia – ale to, że interwencja nastąpi od wewnątrz, że polskie wojsko wystąpi przeciwko własnemu narodowi – nie mieściło nam się, ani wtedy, ani dzisiaj, w głowach! I to wszystko nie w imię (jakkolwiek pojmowanego…) dobra narodu, reformy gospodarczej czy sanacji życia politycznego – a wyłącznie w celu utrzymania władzy.

Kolejnych 8 lat pokazało, aż nadto wyraźnie, jakie były koszty decyzji generała Jaruzelskiego – czy też jego mocodawców.

Początkowe osłupienie i przerażenie szybko przerodziło sie we wsciekłość i chęć działania – jeszcze tego samego dnia, na spotkaniu w większym gronie, podjęto decyzję o zorganizowaniu demonstracji przeciwko wprowadzeniu stanu wojennego. Szliśmy ze świecami w rękach przez centrum, wyjątkowo w tym roku zimnego, Berlina Zachodniego – a nieliczni przechodnie pytali, o co właściwe chodzi … Granice były zamknięte, nie działały telefony – sprzeczne informacje zawyżały w nieskończoność liczbę zabitych, aresztowanych i internowanych – jedno było pewne – kręgosłup narodu został złamany, zmęczeni ludzie nie mieli już ani siły ani ochoty na beznadziejną walkę z komunistycznym reżimem, poza kilkoma ośrodkami, zorganizowany opór nie istniał.

Zaczęło się, również na emigracji, szukanie winnych, rozgorzały dyskusje i spory, co można zrobić w sytuacji bez wyjścia, jak pomóc, wykorzystując fakt, że jest się po tej lepszej stronie „żelaznej kurtyny”? Powstające w Berlinie organizacje i ugrupowania różnie oceniały sytuację w Polsce, negując często potrzebę pomocy charytatywnej i uzasadniając to rzekomym ”wzmacnianiem” reżimu lub, bardziej słusznie, trudnościami z dostarczeniem tej pomocy do właściwych rąk. Kilku bardziej zapalczywych młodzieńców domagało się zbiórki pieniędzy na zakup broni dla partyzantki – hasło „zima wasza – wiosna nasza!” miało pomóc nam przetrwać ten trudny okres!

Nasz trzyosobowy kolektyw również stanął przed dylematem: „co dalej?” Decyzje podjęto szybko: Andrzej postanowił wrócić do Polski, gdzie czekała żona z małym synkiem, zrobil ogromne zakupy, wsiadł w samochód i jeszcze przed Świętami wyruszył w drogę. Przez 300 kilometrów był na szosie sam, już we Wrocławiu, 200 metrów od domu, wpadł na jedyny pojazd wyjeżdżający z bocznej uliczki – wojskowy transporter opancerzony, który kolizji tej zbytnio nie odczuł. Nietrudno się domyślić, że zastawa, którą jechał Andrzej, wyglądała znacznie gorzej… Na szczęście kierowcy nic się nie stało, o własnych siłach wydostał się na zewnątrz, dotarł piechotą do domu, wszedł do mieszkania i pozostał tam aż do maja roku następnego, siedząc w milczeniu w rogu pokoju i wpatrując się w podłogę. Dopiero dochodzące z ulicy odgłosy demonstracji wyrwały go z letargu, podszedł do okna i  odsunął zasłonę.

Pierwsze wypowiedziane po tak długiej przerwie słowo, to, przedstawiając opisowo, liczba mnoga od wulgarnego określenia potomka kobiety trudniącej się nierządem – odnosiło się ono do oddziałów ZOMO pacyfikujących demonstrantów.

Krzysztof uznał, że tylko kwestią czasu jest to, kiedy komuniści opanują całą Europę i trzeba uciekać za ocean. Wyjechał do Monachium, a po kilku miesiącach do USA, gdzie mieszka do dzisiaj. Autor tych wspomnień został w Berlinie Zachodnim, ze wszystkimi wynikającymi z tego faktu konsekwencjami. Było to wówczas fascynujące miasto „frontowe”, hojnie wspierane finansowo przez Republikę Federalną, będące swego rodzaju ”oknem wystawowym” Zachodu – kto raz przejechał pociągiem przez Berlin Wschodni i wysiadł na dworcu Zoologischer Garten, zrozumie to bez słowa…

„Polski Berlin” tymczasem zaczynał się stabilizować, ludzie rozpoczynali lub kontynuowali studia, znajdowali pracę, wielu emigrowało do USA i Kanady, kusiła Australia i RPA. Stan wojenny w Polsce zaczynał być stanem „normalnym”, sytuacja gospodarcza (chociaż trudno to sobie wyobrazić!) pogarszała się systematycznie – w tej sytuacji kwestia pomocy dla Kraju była coraz bardziej aktualna. Wbrew pozorom nie było to takie proste, władze dopuszczały oczywiście pomoc charytatywną, ale kontrolowały ją we właściwy sobie sposób. Krążyły opowieści o transportach z darami, przechwyconych przez wojsko lub milicję i rozdzielonych wśrod „swoich”, o rozkradaniu paczek przez pracowników poczty… Nikt z nas nie mógł wtedy pojechać (i wrócić…) do Polski – zdani byliśmy na innych. Bardzo szybko zareagowała niemiecka poczta i zwolniła paczki do Polski, nie przekraczające wagi 20 kilogramów, ze wszelkich opłat. Powstały prywatne firmy transportowe, które woziły busikami paczki, dostarczajac je bezpośrednio do rąk adresatów.

Uznaliśmy, że pomimo wszelkich trudności i wątpliwości dotyczących tego rodzaju pomocy, naszym obowiązkiem jest ją prowadzić. Jak to krótko wyraził jeden z kolegów: „Zarabiacie na godzinę 12-15 marek, a tabliczka czekolady, której dzieci w Polsce nie widziały na oczy, kosztuje 40-50 fenigów – o czym tu jeszcze dyskutować?!” Finansowaliśmy więc paczki wyłącznie z własnych środków, starając się, aby trafiały naprawdę do tych najbardziej potrzebujących. Prosiliśmy rodziny i znajomych w Polsce o zbieranie konkretnych „zamówień”, żeby wysyłać rzeczy najbardziej potrzebne . Trudno ocenić po latach skalę tej akcji – ale jeśli wysyłało się tygodniowo 2-3 paczki po 20 kilogramów – a rok miał wtedy, podobnie jak dzisiaj, 52 tygodnie – to będą to raczej tony niż setki kilogramów…

Co było w środku? Niezależnie od zamówień specjalnych, standardowy zestaw to oczywiście kawa, herbata, kakao, czekolada, konserwy mięsne, mydło, szampon i proszek do prania. Odżywki dla dzieci i lekarstwa uzupełniały tę listę.

Mało kto pamięta, że przy Platz der Luftbrücke był specjalny punkt wydawania lekarstw dla obywateli Europy Wschodniej, przeznaczony głównie dla emerytów i rencistów z NRD, mogących odwiedzać Berlin Zachodni. Przychodziło się z polskim paszportem i plikiem recept, koniecznie brało się coś do czytania – bo kolejki byly gigantyczne i po kilku godzinach czekania dostawało sie bezpłatnie potrzebne lekarstwa. Były one przekazywane przez hurtownie farmaceutyczne i szpitale, ze sprawdzoną datą ważności i w oryginalnych opakowaniach. Największym problemem było, przy kilkudziesięciu receptach, właściwe posortowanie otrzymanych lekarstw – miła pani z obslugi ułatwiała to bardzo, wypisując grubym flamastrem na opakowaniach tę samą cyfrę, na medykamentach przeznaczonych dla tego samego odbiorcy. Wiele lat później, w Polsce, spotkałem osoby, które opowiadały mi jak to w strasznych latach 1982-1983, dostawały z Niemiec bezpłatne lekarstwa dla ciężko chorych rodziców, z dużymi cyframi wypisanymi na opakowaniach ręcznie grubym, czarnym pisakiem…

Czasami w paczkach znajdowały się artykuły wzbudzające lekkie zdziwienie. „Czy na pewno wiesz co robisz?” – zapytał mnie kolega, widząc, że układam w kartonie karmę dla kotów. „Oczywiście – to specjalne zamówienie – od własnych rodziców” – odpowiedziałem, zgodnie z prawdą. Rodzice skarżyli się, że większość kartkowego przydziału mięsa spożywa nasz ukochany kot o dźwięcznym imieniu Bestia – i takim też charakterze. Rozpuszczone zwierzę nie chciało tknąć puszkowej szynki czy mielonki, jedyną szansą była karma dla kotów – wtedy mięso znowu zagości, przynajmniej od czasu do czasu, u rodziców na stole. Plan powiódł się znakomicie, dopóki mój brat z Ameryki, również nie wpadł na pomysł, aby dożywiać swego ulubieńca. Przewrotny kocur odmówił od tej chwili spożywania niemieckich chrupek, preferujac amerykańskie! Próby wymieszania obu gatunków nie powiodły sie – cierpliwe zwierzę godzinami siedziało przy misce i pazurem (!) wybierało amerykańskie chrupki, resztę pozostawiając nietkniętą. Dzielna nasza kocina godna jest jeszcze wspomnienia, jako jedna z nielicznych istot, która w porę przejrzała niecne knowania generała w ciemnych okularach. W czasie, ostatniej przed ogłoszeniem stanu wojennego, wizyty u rodziców, byłem świadkiem sceny, gdy widząc na ekranie przemawiającego generała, kot wskoczył na telewizor i nie dawał sie stamtąd ściągnąć, waląc w odbiornik łapą i miaucząc przeraźliwie! Przenikliwe zwierzę już wtedy wszystko wiedziało, tylko my nie potrafiliśmy tego zrozumieć – a szkoda…

Pracowałem wtedy w dziale obsługi klientów w dużym domu sprzedaży wysyłkowej. Ułatwiało to dostęp do kartonów i materiałów do pakowania paczek. Ze strony kolegów i kierownictwa spotkałem się z wyrazami współczucia i chęcią pomocy, chociaż sami przyznawali, że nie bardzo rozumieją pojęcie „stanu wojennego” – co to za wojna się toczy i z kim, padały pytania… Jedyną osobą, która wszystko wiedziała i zrozumiała sytuację błyskawicznie, był Boliwijczyk Vargas, który w poniedziałek rano podszedł do mnie, objął mocno i powiedział : „Przeżylem trzy pucze, dwa przewroty, cztery stany wyjątkowe – nic się nie przejmuj, powiem ci jak to będzie – mechanizmy działania tych panów w mundurach są na całym świecie takie same – nawet wyglądają podobnie! Macie o tyle gorzej, że jest ostra zima i przetrzymywani na stadionach mogą tego nie przeżyć…” Polski pucz różnił się jednak minimalnie od tych latynoskich, chociażby miejscem przetrzymywania internowanych.

Vargas przynosił mi południowoamerykańskie gazety i tłumaczył artykuły, w których brazylijscy, argentyńscy czy paragwajscy komentatorzy chwalili dzielnego polskiego generała, który pomimo komunistycznej przeszłości, tak sprawnie wygrał wojnę z własnym narodem. Zimno mi się robiło słuchając tych „pochwał” – ale cóż, ciągnie swój do swego…

Cennym uzupełnieniem zawartości wysyłanych paczek było, jak to nazywaliśmy, ich „faszerowanie”. Nie pamiętam już, kto wpadł na ten, genialny w swojej prostocie, pomysł – stosowaliśmy go długo z powodzeniem .Wykorzystany został fakt, że paryska „Kultura” wydawała reprinty miesięcznika i książek w formacie 8 x 12 cm, na cienkim papierze, bez grubych okładek – właśnie w celu łatwiejszego ich przewożenia do Polski. W czasie wizyty w Maisons-Laffitte otrzymałem dużą ilość tej „przemytniczej literatury” – trzeba było tylko znaleźć sposób na dostarczenie jej do Kraju. Najlepiej do tego celu nadawały się metalowe, okrągłe puszki z kawą, które, po wysypaniu zawartości, „faszerowano” książeczkami, przykrywano kartonikiem i z wierzchu zasypywano cienką warstwą kawy. Funkcjonowało to znakomicie – nigdy nie zdarzyła sie wpadka! Pojawił się inny problem – jak powiadomić odbiorców, że niektóre puszki z kawą zawierają w sobie coś więcej? Nikt z nas do Polski jeszcze nie mógł pojechac, obcym za bardzo nie chcieliśmy się chwalić – jak się okazało po wielu latach, bardzo rozsądnie, biorąc pod uwagę liczbę donosicieli, również wśród rodaków mieszkających w Berlinie Zachodnim…

Telefony juz działały, podobno były jednak na podsłuchu, stąd rozmowy brzmiały trochę dziwnie: „Ciekawa była ta ostatnia kawa? Nie za mocna w treści? Nie bolą was oczy od czytania kawy?” (literki były bardzo małe…) itd. Mocno zdziwieni, często wręcz przerażeni rozmówcy prosili nas, żebyśmy ograniczyli spożycie alkoholu, a narkotyki odstawili całkowicie… Za to potem słyszeliśmy w słuchawce, jaka interesująca była ta Melitta, znacznie ciekawsza od Jacobsa!

Pamięć ludzka ma to do siebie, że skutecznie osłabia i zaciera złe wspomnienia, uwypuklając to co było dobre. Dzisiaj po 30 latach od wprowadzenia stanu wojennego, nie można zapominać, że był to dla Polaków w Kraju i na emigracji czas straszny i ponury, okres o którym i dzisiaj trudno jest mówić bez emocji. Przykro jest czytać wyniki badania opinii publicznej, gdzie połowa ankietowanych nie kojarzy daty 13 grudnia 1981 z żadnym konkretnym wydarzeniem – bo o tym, że w innych badaniach 40% uczestników pozytywnie ocenia wprowadzenie stanu wojennego, lepiej nic nie mówić…

Represje i katastrofalna sytuacja gospodarcza w Polsce, zagubienie i poczucie osamotnienia na przymusowej (lub często przypadkowej emigracji…) – co było gorsze? Paradoksalnie właśnie akcja pomocy, wysyłanie paczek do Polski, było dla obu stron tym „światełkiem w tunelu”, sygnałem, że nie wszystko jest jeszcze stracone! Dla odbiorców tej pomocy, oprócz aspektu materialnego, był to znak, że ktoś o nich pamięta – dla wysyłających najważniejsza była świadomość, że można coś zrobić dla innych – bezpośrednio i bezinteresownie! Piszę tu o indywidualnej akcji pomocy, która była tylko drobnym fragmentem akcji ogólnoniemieckiej. Wysyłał paczki Kościół (katolicki i protestancki), Caritas, związki zawodowe, kluby sportowe, miasta i gminy, niezliczone organizacje społeczne i tysiące osób, które często po raz pierwszy w życiu angażowały się w tego typu działania. To dzięki nim akcja solidarności z Polską przybrała taki wymiar i umożliwiła Niemcom zrozumienie aspiracji i ambicji sąsiedniego narodu, który jakże często i niesprawiedliwie oceniany był w kontekście „europejskiego warchoła”. Dla wielu Polaków był to też, często pierwszy tego typu, sygnał, że w Niemczech wyrosło pierwsze pokolenie, które zasadniczo różni sie od swoich rodziców i dziadków… Wspominając to dzisiaj, trzeba podziękować sobie nawzajem, kto wie jak wyglądałaby dzisiaj Europa bez tamtych doświadczeń? I jak wyglądalibyśmy my sami, bez odkrycia w sobie chęci i potrzeby niezależnego, społecznego działania, bez tej bezcennej wartości, bez której życie nie byłoby pełne.

Przedmioty użytkowe nie do użytku

Dorota Cygan pisze ze Złotego Stoku:

Kiedy wczoraj pojechałam do mieszkania babci w Złotym Stoku, zamienionego przeze mnie w bezładny skład przedmiotów wszelakich, coś i kiedyś mających wspólnego ze mną, spośród ubitych papierów wychylił się Dusiołek Leśmiana – pełen tekst wystukany na maszynie i odbity przez kalkę przez polonistę, materiał dydaktyczny do rozdania licealistom bodajże w roku 1985. Niby nic takiego, dolna warstwa mojego własnego ‘dyluwium peryferyjnego’ w opuszczonym mieszkaniu pod czeską granicą. Już dawno przykryta innymi warstwami, ani życiowo ani politycznie aktualna, nieprzydatna nawet na rozpałkę z powodu wilgoci. I w ogóle obojętna, u Leśmiana przecież piękniejsze rzeczy stoją. Ale skojarzyłam dwa fakty: W tamtych latach w naszym liceum BYŁO KSERO, jak usłyszałam ileś lat później. Dyrektor wydał nauczycielom polecenie, że mogą, gdyby chcieli, złożyć podanie o kserowanie materiałów na lekcje – pod warunkiem zostawienia wcześniej jednej kopii na jego biurku do kontroli. „A takiego …!” – pomyśleli przypuszczalnie pedagodzy, skoro nie przypominam sobie ani jednego materiału skserowanego przez tę nowoczesną maszynę z innego świata. I  tak to wystukany niepokornie na zwyklej Olimpii Dusiołek wydał mi się niemal „bibułą”. Ciekawe, o ile lat przeżył owe ksero pod kluczem, które latami pokrywały kurz i rdza. Wepchnęłam Dusiołka z powrotem między tamte warstwy, niech przetrwa jeszcze kilka przełomów politycznych i technicznych.

A może to jest temat dla nas, blogowcy? Ksero pod kluczem, czyli Przedmioty użytkowe pozbawione swej banalnej funkcji – czyli  podniesione do rangi sztuki, czyli Specjalność socjalistyczna.

UWAGA:

Może znasz coś podobnego i dorzucisz nam do archiwum?

Zaczynam ja, EMS:

Wspomnienia pustych półek w sklepach, gdzie był tylko ocet, makaron i liście laurowe, przyćmiły nam pamięć o tym, że były też czasy komuny, kiedy w sklepach było jeszcze wszystko, może w niewielkim wyborze, ale było – dobra tłusta śmietana, pyszne masło, chrupiący chleb, oliwa z oliwek w małych buteleczkach, walcowaty ser salami i herbata Yunan. Oczywiście wszystko wyglądało szaro, buro i przaśnie, jajka pakowano w szare torebki, resztę zabierało się luzem do siatki lub w ostateczności zapakowaną w szary papier. Papieru było mało, a był bardzo potrzebny, bo sprzedawczynie ołówkiem lub kapiącym długopisem podliczały na nim, ile co kosztuje i ile mamy zapłacić. Aż pewnego razu w spożywczym na rogu Morskiej POJAWIŁA SIĘ KASA FISKALNA. Był to duży szary metalowy grat, sprzedawczynie podliczywszy uprzednio, ile kosztuje 27 deko twarogu i 15 deko pasztetowej, wbijały odpowiednie sumy w klawiaturę, a kasa wypluwała wynik zapisany sinofioletowym tuszem na porubryczkowanym prostokąciku papieru (A6 chyba), po czym przybijała pod sumą datę i numer rachunku. Albo jakoś tak.
Sklep na rogu Morskiej był dalej niż ten najbliższy, ale lubiłam tam chodzić, bo lubiłam patrzyć, jak pracuje kasa, bang bung bung bang, karteczka, suma, data, stempel, bang. Karteczka wcale nie była dla klienta, tylko wędrowała do szuflady w masywnej podstawie kasy.
Szybko jednak kasa się zepsuła. Stała na blacie, zabierając miejsce, ekspedientki znowu podliczały kwoty na szarym papierze, po czym przepisywały sumę końcową na porubryczkowany prostokącik i bang wsuwały karteczkę w szczelinę wagi, a ta, bang bang, przybijała datę i numerek, bang…

Berlinek jak Warszafka

Rozdział z książki “Witaj Ger-Manio!”, wydawnictwo Studio Lissner, Warszawa 2011,  a TU informacje o książce znalezione w Google.

Viktoria Korb, Witaj Germanio

Nie bez powodu Steffen Möller odkrywa w rozdziałe “Wazelina”, że “Polska jest jednym wielkim towarzystwem wzajemnej adoracji”. Moim zdaniem dotyczy to głównie “Warsiawki”. Niestety ja trochę potraciłam stare chody w warszawskiej koterii, bo nie spałam na styro-pijanie. Jednak napatoczyły się nowe… Mimo to nie jestem wazeliniarą, choć tak zwana przez prowincjuszy „Wszawka” słynie z “filcu” i wewnętrznej kokieterii i koterii na równi z Berlinem.
Ale jest też Berlin polski i Berlin prolski, a na szczęście nawet Berlinek!
Ta szkoła polskiego o tej nazwie symbolizuje naszą symbiozę ze stolicą Niemiec. Mogłaby się nawet nazywać Berlin-eck, czyli berliński kąt.
Pod koniec lat sześćdziesiątych aż do epoki stanu wojennego istniał w Berlinie tylko jeden prawdziwy salon, poza kącikami kilku organizacji polonijnych. Był nim dom państwa Szackich, gdzie gościli też liczni polscy VIP-owie, przybywający z zagranicy. Zarówno emigranci jak i krajanie. Nie da się ukryć, że wódeczka lała się szczodrze na ich przyjęciach. Na parapetówach para-pety pełne były po-etów i petów, ale salon nie popadał z tego powodu w tara-paty.
Po latach ostracyzmu ze strony PRL-u, graficzka i projektantka mody, emigrantka z 1968 roku Helena Bohle-Szacki, córka Niemca i polskiej Żydówki, była mieszkanka Łodzi, otrzymała w 1994 roku za zasługi w rozpowszechnianiu kultury polskiej Krzyż Oficerski Orderu Polonia Restituta. W dużym stopniu przyczyniła się do tego jej działalność w KIK – Klubie Inteligencji Katolickiej, gdzie zlecono jej założenie galerii. Klub ten, jak i wiele innych ugrupowań, wzmocnił się aktywnością fali emigracji stanu wojennego. Lilka Bohle-Szacki została powszechnie uznana za ikonę polskiej emigracji w Berlinie.
Z kolei niedawno studenci polonistyki na uniwersytecie Poczdamskim założyli “Polnischer Salon”, który prezentuje wieczorach autorskich w znanym kinie Babylon we wschodnim Berlinie polskich pisarzy. Czasem wydaje mi się, że w Berlinie i wokół powstaje wręcz Polo-mania i Disco Polo.
Jeśli reprezentujemy jakiś nie menelski poziom (choć trafiają tam czasem i żule!), możemy myszkować po polskim Berlinku we wszelakich sferach i spotykać Polonię także na licznych imprezach i przyjęciach u niemieckich gospodarzy – poczynając od organizacji rządowych, naukowych i kulturalnych aż do wielkich banków. W związku z obchodami 20-lecia traktatu polsko-niemieckiego i niemal równolegle partnerstwa Berlina i Warszawy,  Polska stała się szczytowo popularna i mnóstwo instytucji zabiega o nasze względy. Roi się coraz bardziej od imprez, rej wiedzie tu przedstawicielstwo landu Brandenburgii w Berlinie i Ratusz wschodnioberliński.
Tacy podają drinki na tacy i są cacy. Tam spotykamy obok Polaków oczywiście Niemców, przyjaznych Polsce lub nawet nieco spolszczonych. Bywa tam wielu eks-enerdowców, lubiących wyrażać swą wdzięczność dla Polaków za wkład w otwarcie granic. W takich polskich i mieszanych kokonach znajdujemy także ciepełko, bez którego można by tu zamarznąć… W jakimś stopniu ze mnie też jest przecież polska pyza.

Chiński Nowy Rok. Minął Smok, zaczyna się Wąż. Smok był dobry dla silnych i przedsiębiorczych, Wąż sprzyjać będzie przebiegłym. Co nam więc przyniesie?

Wieża i zima

Krzysztof Pukański pisał kiedyś wiersze, rysował, fotografował… Niewykluczone, że jeszcze do tego wróci.

Znowu zima
Rozsiadła się biel za oknem
Oddech wiatru słychać w kominie
Kroki czasu jakby mniej nerwowe
Inaczej brzmią sekundy
Gdy za oknem ciemność

Ściany jakby mniej wrogie
Wyznaczają granice wszechświata
Mniej napierają na czaszkę
Dzięki nim nie grabieje ręka
To ich jest ta godzina
To co najpiękniejsze zostaje na zewnątrz

zbyt rudej czarnej krwi

choć nie chce
wciąż bije serce
kruche i pobliźnione
zbyt oczywiste dziecko
w ruinach cudzej pamięci
codziennie cięższe wciąż tą samą winą
zbyt rudych czarnych włosów
zbyt rudej czarnej krwi

ma jedno oko nieprzejrzyste
patrzy nim w odchłań
i bogu prosto w twarz

uśmiechem skrywa melancholię
pod cienkim lodem, po którym boso
w białej sukni
balansuje między świtem a zmierzchem
królowa dobrych wróżek
królowa dobrych słów

a dookoła pierwszy śnieg

skamieniała kobieta
w mrocznej izbie na piętrze
z jednym martwym oknem
więzionej duszy obiecała
ze wszystkich sił zapomnieć
o rudych czarnych włosach
o rudej czarnej krwi

wieża

Składa się z głosu, nóg i włosów
składa się z czucia, z kociej sierści
składa się z drewna i miłości

Jest, a jednak jej nie ma
żyje, a jednak osobno
kocha, płacze i oddycha

Wszystko zniesie i wszystko przetrzyma
byle ją tulićw ramionach i pieścić
lecz nie wybaczy gdy zwątpisz,
gdy zdradzisz zabije

Jest jak wysmukła wieża z kamienia
nie zajrzysz w jej wysokie okno
nie zniży się i nie pochyli nad tobą
będzie głaskać koty

tytuł:
Kobieta, której nie można pokochać
(sonet odwrócony)

Kto idzie do więzienia?

Ten tekst ukazał się zapewne gdzieś w jakieś polonijnej gazecie, z której nie dostawałam egzemplarzy autorskich ani feedbacku, nie wiedziałam więc, co z tego, co im wysyłałam, zostało opublikowane ani kiedy. Na pewno coś się ukazywało, bo od czasu do czasu wpływało na konto 40 lub 50 euro od jakiegoś nieznanego mi Polaka. Kiedyś znalazłam go w sieci, zadzwoniłam i zapytałam, dlaczego przysyła mi pieniądze. Powiedział, że to honoraria. Dzsiejszy tekst jest uzupełnieniem “Gentryfikacji” 

Ewa Maria Slaska

Kto idzie do więzienia?

Mieszkam na parterze starej berlińskiej kamienicy, która od roku obstawiona jest rusztowaniami. Kilka tygodni temu włamał się do mnie facet, który okradł mnie. Mam mocny sen, obudziłam się dopiero, gdy wszedł do sypialni i zapalił światło. Zanim oprzytomniałam, dowiedziałam się, że gość ma zlecenie z rosyjskiej mafii, żeby mnie zabić, bo właściciel domu chce się pozbyć mieszkańców.

Okazałam się osobą przytomnego umysłu i odważną, bo nie pozwoliłam się zastraszyć, wciągnęłam gościa w rozmowę, przekonałam, że najlepiej będzie, jak pójdziemy do kuchni, napić się kawy, i w końcu pozbyłam się go z mieszkania. Nie zrobił mi krzywdy fizycznej, a straty materialne okazały się niewielkie, ale przeżyłam oczywiście szok psychiczny.

Zadzwoniłam po policję. Nie udało się i był to pierwszy, choć jeszcze niewielki, nowy rodzaj zdziwienia. Telefon, podłączony przez firmę 1&1, nie wybierał numerów specjalnych. Przerażona i roztrzęsiona, patrząc przez okno na włamywacza, który stał na ulicy, palił moje papierosy i przyglądał mi się, przez 40 minut dzwoniłam do koleżanki, żeby ją obudzić i poprosić o wezwanie policji.

Z policją kontaktowałam się w sumie przez trzy dni i moje zdziwienie rosło z dnia na dzień.

Przyjechali dość szybko. Sześciu rosłych mundurowych. Ani jednej kobiety. W czasie rozmowy ze mną facet powiedział, że mieszka w moim domu. Nigdy go wprawdzie nie widziałam, ale on znał mnie i dużo o mnie wiedział. Powiedziałam to policjantom i zaproponowałam, żebyśmy się przeszli po domu i poszukali go. Odmówili. Wypytali mnie ogólnikowo i popędzając. A sprawa była trudna do opowiedzenia, bo historia była dziwna. Patrzyli na mnie jak wariatkę i nie wierzyli ani jednemu słowu. Wyszli, twierdząc, że za godzinę przyjdzie dwóch cywili, żeby zabezpieczyć ślady. Zapytałam, a co przez tę godzinę? Jeśli facet zobaczy, że policja odjechała i wróci? Nie wiem, jak wszedł, więc nie wiem, czy umie wrócić czy nie? Wzruszyli ramionami i poszli. Tropiciele śladów też mi nie wierzyli, ale przynajmniej zabezpieczyli najbardziej oczywiste odciski i traktowali mnie grzecznie. Też odmówili przejścia się ze mną po domu i szukania włamywacza. Wyszli, ja też. Bałam się zostać sama. Z pracy zadzwoniłam na policję, gdzie podano mi nazwisko komisarza, który się będzie mną zajmował. Nie było go jednak. Powiedziałam mojej bardzo miłej rozmówczyni, że się boję. Odpowiedziała, że przykro jej, mogę dostać skierowanie do policyjnego psychologa, ale ogólnie rzecz biorąc moje bezpieczeństwo to moja sprawa. Zdziwiłam się, bo myślałam, że płacę podatki i bezpieczeństwo obywatela to sprawa państwa. Pan komisarz oddzwonił i obiecał, że przyjdzie następnego dnia rano. Powiedziałam, że nie będę nocować u siebie, bo się boję. Powiedział, że dobrze, bylebym była punktualnie.

Komisarz był nadzwyczaj grzeczny i dobrze udawał, że mi wierzy, ale też nie przeszedł się ze mną po domu w poszukiwaniu włamywacza i potencjalnego mordercy.

Spotkałam się z sąsiadami i opisałam owego mężczyznę. Niemiec, Jörg, lat ok. 40, wysoki, szczupły, wysportowany, tatuaż, krótkie włosy, trzydniowa bródka, brak prawej górnej trójki. Rozpoznali go. Nazywa się Jörg G., jest byłym komandosem, mieszka w naszym domu w oficynie za moim mieszkaniem na 2 piętrze. Zadzwoniłam na policję. Przyjechali. Przyznał się od razu. Tak, był u tej pani, tak w nocy, tak, potem sobie poszedł. Ale przeprosił.
– Nieprawda, powiedziałam, nie przeprosił.
– Pewnie chciał – skonstatowali policjanci.

Rano przesłuchano go raz jeszcze, tym razem na policji. Komisarz przyprowadził go do mnie, żeby mnie przeprosił.

I to wszystko.

Mieszkam więc w domu w facetem, który się do mnie włamał, okradł mnie, straszył, że mnie zabije i wie, że to ja oddałam go w łapy policji. Ale wie też, że policja puściła go wolno. Kiedyś podobno będzie miał sprawę, ale nie był karany, pewnie więc dostanie pół roku w zawieszeniu, nie więcej.

Złożyłam skargę w odnośnym urzędzie. Po tygodniu dostałam odpowiedź, że działania policji były prawidłowe. Pewnie tak, ale się boję, mieszkam więc po kolei u przyjaciół, lub oni nocują u mnie. Wyprowadzam się. Ja, nie on.

I dziwię się.

PS 2010 – co gorsza przy lekturze tego tekstu nieodmiennie nasuwa się nieciekawe przypuszczenie, że sprawa sprawiedliwości może wyglądałaby inaczej, gdybym to ja była Niemką, a włamywacz Polakiem. Nie jestem żądną krwi harpią, nie zależy mi na tym, żeby facet poszedł do więzienia, interesujące jest jednak, że dopóki to JA opowiadałam o tym, co się stało, policja uznawała mnie za niespełna rozumu i tak to zostało zapisane w protokołach. Stałam się wiarygodna dopiero, gdy włamywacz, którego JA znalazłam, potwierdził, że się do mnie włamał.

PS 2013 – facet dostał karę pieniężną, nie wiem, jakiej wysokości.

Pączki a sprawa polska

Ewa Maria Slaska

Wprawki opozycyjne

Wyrastałam w Gdańsku w rodzinie, która za czasów mojego dzieciństwa i czasów szkolnych była bardzo powściągliwa w wypowiedziach na temat polityki. Pamiętam czołgi na ulicy w roku 1956, choć zupełnie nie wiedziałam, dlaczego tam były. Poszłam właśnie do szkoły i czołgi były zaraz potem. Pamiętam nazwę “Zatoka Świń” i strach, że zaraz wybuchnie wojna, choć też nie wiedziałam dlaczego. Pamiętam jak moja cioteczna babka Karusia podczas spaceru z koleżanką przyciszonym głosem rozmawiały o “październiku”. W roku 1963 poszłam do liceum, umarła Karusia i zastrzelono Kennedy’ego. Te trzy fakty przeniosły mnie z kraju dzieciństwa, w którym wojska przemieszczały się tylko w tle – historycznym, geograficznym i rodzinnym – do kraju dorosłych, gdzie każdy wiedział, co to jest Katyń i musiał być gotowy, żeby z butelkami benzyny, torbą sanitariuszki i ulotkami za pazuchą pójść na czołgi, które z pozycji w tle przeniosły się na pozycję “taka będzie twoja przyszłość”.
Gdy skończyłam szkołę i poszłam na studia, zdarzył się Marzec. Przyjechałam do Poznania i trafiłam do świata eleganckich pań poznańskich (to parafraza ze Stefana Chwina. W “Hanemannie” napisał o “tych paniach z Dolnej Saksonii”). W niedzielę szło się do kościoła i do kawiarni. Dystyngowane kobiety w czarnych sukniach z broszką pod szyją wspierały się na mahoniowych laskach, zakończonych srebrną głową orła. W mieszkaniach stały meble z okresu Regencji, biedermajerowskie kanapy, na ścianach wisiały szable, ryngrafy, kilimy i portrety. Były ciasteczka na podwieczorek, porcelana, srebra, ale też kolacje, że do picia była tylko wódka, a do jedzenia wędliny. I te rozmowy, zawsze o polityce. Zawsze.

Jeden ze znajomych rodzinnych, dobrze starszy już pan, miał na imię Restytut.  Nazwano go tak w nadziei na to, a urodził się w roku 1911, że Polska odzyska niepodległość i to imię naznaczyło go na całe życie.

Restytut stał się później słynnym działaczem podziemia, Solidarności, znowu podziemia. Ale w latach 70 jego aktywność, przynajmniej my to tak odbieraliśmy, była jeszcze dość skromna.  Czy dobrze pamiętam, że mówiło się o nim Tuńcio? Bo jak nie Tuńcio to jakoś tak podobnie. Mężowie owych poznańskich pań mieli piękne imiona, ale mówiło się o nich Ciś, Siaś, Taś lub Kocio. Tuńcio, przyjmijmy dla uproszczenia, że jednak Tuńcio, organizował w domach u tych poznańskich pań spotkania polityczne. Do pań nie było się łatwo dostać, ale kiedyś zaprosiły i nas, następne pokolenie. A to dlatego że do Poznania miał przyjechać Leszek Moczulski, a to była postać, z którą musieliśmy się spotkać.
Był rok 1974 lub 1975. Nie pamiętam, ale w 1976 roku byłam już z powrotem w Gdańsku, a gdy karmiłam dziecko piersią, Wolna Europa donosiła o Radomiu.
Na razie jednak wciąż jestem w Poznaniu i przyjeżdża Moczulski. W mieście aż huczy. Spotkanie odbędzie się u tej z pań, która ma największe mieszkanie. Trzeba się elegancko ubrać, wkładam czarną spódnicę i bluzkę z resztki materiału, który kupiłam w Londynie na przecenie, a którym w Polsce od kilku lat “zadaję szyku”. Idziemy, a jest to dobrze znana z konspiracji procedura – wyznaczono różne trasy i sposoby dojścia, a i datę wybrano tak, by większe zgromadzenie nie wzbudziło podejrzenia.
Jest Tłusty Czwartek. Wchodzimy, przyciszone głosy, przyciemnione światło, przypudrowane policzki pań i bluzeczki z koronkowymi kołnierzykami. Siadamy. Na stole biała kiełbasa, wódka, kawa zalewajka i pączki. Wszystko razem. Tak jest w Poznaniu. Mięsne i słodkie na jednym stole. Jestem z Gdańska. U nas nigdy nie postawiłoby się mięsnego i słodkiego razem. Ale za to u nas goście palili i popielniczki stały obok bigosu, a w Poznaniu u pań się nie paliło. Zawsze jedna z nich miała astmę.
Tłum ludzi. Czekamy. Przyciszone rozmowy. Wreszcie pojawia się Tuńcio. Szepce coś z panią domu, po czym wychodzą oboje z pokoju.
Jemy pączki. Zresztą co ja mam jeść, skoro w ogóle nie lubię mięsa, a już białej kiełbasy szczególnie – z przyczyn estetycznych. Jest taka szara i blada, jakby było jej słabo, ale to mnie jest słabo.
Tuńcio wraca zaaferowany, niesie magnetofon kasetowy, długo ustawia go na stoliku obok kanapy, trzy razy sprawdza…
Wreszcie jakby zauważa, że jesteśmy, chrząka, wita i mówi, że Moczulskiego zatrzymały sprawy nie cierpiące zwłoki, może to zresztą była po prostu milicja, ale nie trzeba się martwić, mamy bowiem kasetę z nagraniem wystąpienia pana Leszka, a to jest tak samo, jakby i osobiście był z nami.
I Tuńcio z namaszczeniem puszcza kaseciaka. Głos prelegenta lekko chrypi, magnetofon lekko skrzypi. W pokoju nabożna cisza. Czekają nas dwie godziny czczenia magnetofonu. Głos mówi na przemian Polska i Związek Sowiecki.
Jemy pączki.

A to Polska właśnie.
Oczywiście Wyspiański

Krowy

Ewa Maria Slaska

Ja. Stare, a nic się nie zmieniło.

Piszę te zdania w Berlinie 18 kwietnia 1999 roku. Miesiąc temu zaczęła się wojna o Kosowo. Dziś napisałam podanie do Niemieckiego Czerwonego Krzyża o wysłanie mnie do pracy z uciekinierami z Kosowa w Albanii lub Macedonii. Boję się, ale wydaje mi się, że nie mogę postąpić inaczej. Wysyłam to podanie sama dla siebie. Nie wiem, czy mnie przyjmą (nie przyjęli). Mam 50 lat. Ale w chwili gdy je wysyłam muszę być gotowa na to, co w nim napisałam: jeśli dostanę tę pracę, mogę jechać natychmiast. Natychmiast to znaczy jutro. Natychmiast to znaczy zostawić ciekawą pracę, w której spotykam się z inteligentnymi ludźmi i tworzę „kulturę”. Zostawić ślicznego wypielęgnowanego kota, jasny pokój z białymi zasłonami, kwiaty na balkonie. Syna i towarzysza życia (przestał być towarzyszem). Garnki w kuchni, komputer, książki, złote pierścionki z perłami, których nie noszę, ale które mam (już nie mam, oddałam). Wypełnioną wodą szklaną kulę pełną muszli z dalekich mórz, które kiedyś widziałam i być może nigdy więcej nie zobaczę (zobaczę). Bo może nic… Zamykam oczy. (Nie dostałam tej pracy.)

Ta decyzja dotyczy zresztą pewnego, niezgłębionego przeze mnie do końca, aspektu mojego życia. Owa bliskość grozy i ładu, chaosu i kosmosu, przybiera w moim życiu formy niekiedy groteskowe, którym na swój własny użytek nadałam nazwę „krowy”. „Krowy” przydarzyły mi się, a raczej, ściśle biorąc, sprawiłam, że mi się przydarzyły, przed kilku laty, podczas pobytu w Husum, małym miasteczku niemieckim nad Morzem Północnym. W opisie sytuacji zwanej „krowy” najważniejsze są dwa elementy: namacalne sąsiedztwo ładu i grozy oraz samodzielność, ba, niezawisłość podjętej decyzji, by wejść na nieznaną drogę, która, przez sam fakt, że nieznana, może się okazać niebezpieczna. Groteskowość polega na tym, że Niebezpieczeństwo grożące człowiekowi ze strony Nieznanego to nie jakieś odległe od cywilizacji odludzia jak interior południowoamerykański, szczyty Andów, krainy polarne czy pustynie Afryki. Ktoś, kto się decyduje na prawdziwą podróż w takie miejsca, a nie na wycieczkę turystyczną, a priori zakłada, że będzie to wyprawa niebezpieczna. Im dalej od cywilizacji, tym groźniej. Tymczasem „krowy” mieszczą się w ramach małego, oswojonego świata, w którym bezpieczeństwo jest, zda się, wszechogarniające i zewsząd widać wyraźnie jego znaki. „Krowy” to uparta walka na śmierć i życie w biały dzień, w ogródku przed domem.

Nie jestem człowiekiem wielkiej przygody, nie pływam, jak mój ojciec, jachtem po morzach polarnych, nie wędruję na piechotę przez Pireneje jak mój syn. Moje potrzeby są skromne i są to zawsze potrzeby człowieka w sposób być może przesadny cywilizowanego. A przecież coś we mnie każe mi wciąż wchodzić w „krowy”, w coś nieznanego, groźnego, co jednak może się przytrafić na oczach normalnego świata. A gdy się przytrafia, normalny świat nawet nie rejestruje mojej subiektywnej walki o przeżycie. Ikar wpada do morza, oracz obciera pot z czoła.

Przedzieram się przez chaszcze pokrzyw i ostów, pokonuję pastwiska otoczone zamulonymi rowami, wpadam na płoty pod napięciem elektrycznym, szukam chybotliwych kładek przez rowy, których nie potrafię przeskoczyć, atakują mnie gzy, a na każdym pastwisku pasą się stada krów lub samotny, pojedynczy byk. Przed kwadransem stałam jeszcze na zwykłej wiejskiej drodze, wiodącej do miasteczka, od którego dzieliły mnie ze dwa kilometry. W miasteczku mogłam skręcić w prawo i po następnym kilometrze znowu w prawo, aby przejść przez wał przeciwpowodziowy i dojść do campingu. Szeroka bita droga ogrodzona była z obu stron wysokimi bezpiecznymi płotami. Miałam przed sobą godzinę nie męczącego marszu i spokojną pewność, że wiem, gdzie jestem.

File:Aufmdeich.JPG

Wikipedia Commons, autor: Southpark, 2005

W obrębie tego czworoboku, zamkniętego z trzech stron drogami, a z czwartej wałem, za którym odpływało właśnie morze, mieściły się pastwiska. Zobaczyłam je jak na mapie i wydało mi się, że ułożone są prosto i logicznie.

Od drogi, na której stałam, do campingu za wałem był co najwyżej kilometr. I potem z każdego miejsca owej mapy widziałam oba te elementy – drogę i wał. Były cały czas tak niewiarygodnie blisko. Weszłam na ten zwykły kilometr, była tam nawet jakaś namiastka traktu, prosty matematyczny skrót, nawet nie przekątna, zwykły podział czworokąta na dwie części linią pionową, równoległą do jednego z boków. Matematyka ma to do siebie, że nie szarżują w niej byki, a tu ruszył ku mnie byk wspaniały niczym z grot Altamiry. Nie wiem, może był łagodny jak Fernando i chciał się tylko pobawić. Wolałam nie sprawdzać, bo naprawdę szarżował. Dobiegłam do jakiegoś płotu z gościnnie otwartą bramą i w ostatniej chwili zatrzasnęłam ją za sobą. Byk dopędził mnie, zatrzymał się przed bramą, sapiąc i pochylając łeb. Stał na mojej prostej od drogi do wału i wcale mi się nie podobał. Ruszyłam przed siebie mniej więcej równolegle do drogi, którą mi odebrał. Pokonałam pierwsze chaszcze, pierwszy płot pod napięciem, pierwszy kanał i wtedy pojawiły się następne zwierzęta, nie występujące w geometrii. „Krowy”. To właśnie w tym momencie znalazłam się w małej, nieznanej nikomu enklawie grozy. Moja mała groza, w gruncie rzeczy groteskowa – upał, krowa, giez, pokrzywa to nie jaguar, sęp i przepaść – trzymała mnie w uchwycie, czyhając, by wciągnąć w niebyt z dwoma niewiadomymi równie bezpośrednio jak sztorm i góra lodowa. Śmieszna groza. „Krowy”.

Ile razy wychodzę dobrowolnie z kręgu bezpieczeństwa, wiem, że idę w „krowy”. Nauczyłam się już wyczuwać je zawczasu. Znam je, bo istniały już wcześniej, tylko wtedy jeszcze nie wiedziałam, jak się nazywają. Teraz już wiem. A mimo to idę. Wchodzę w bagna, idę wieczorem ulicami, po których kobieta sama nie powinna chodzić, odbywam podróże i podejmuję decyzje, wrzucające mnie w sam środek gniazda os, jakim jest życie społeczne, zbudowane przez małych sfrustrowanych gnojków. Zawsze wiem, że to „krowy”. Wiem i mimo wszystko idę.

Może nie powinnam pisać tego wszystkiego, bo Kosowo te nie pastwisko w niemieckiej wiosce. Ale Kosowo to moje następne „krowy”. Wiem i piszę podanie.

Niekiedy śni mi się, że wypędzają nas z domu. We śnie nie ma mowy o tym, dokąd mamy iść, ale ja wiem to przez cały czas. Powtarza się wtedy wciąż ta sama scena, w której biorą udział tylko kobiety z naszej rodziny. Moja matka zostanie odtransportowana. Moja siostra zabiera córkę i odchodzi, ja dobrowolnie idę razem z matką. Też mogłabym uciec, lecz idę. Pewnej nocy w jednym z tych snów coś się zmienia. Uciekam i natychmiast potem wracam. Lecz Mamy już nie ma.

A może tu nie ma się nad czym zastanawiać, nie warto psychoanalizować, szukać ukrytych motywów. Mój ojciec wywodzi się ze spolonizowanej rodziny tatarskiej. Może to wszystko po prostu geny wędrowania.

Tekst Doroty Cygan o kurach, napisany na pożegnanie blogu QRA. Niestety nie było okazji, żeby się pożegnać. Tu fragment niepotrzebnego  pożegnania:
Gdybym miała czas, na pożegnanie napisałabym pochwałę literatury, bo jej, w przeciwieństwie do nas, wszystko wolno, a niektóre rzeczy nawet musi. Wolno jej mówić prawdę i nazywać rzeczy po imieniu, a musi zrezygnować z mizdrzenia się, udawania, że jesteśmy lepsi od nas samych, kręcenia, przezornego zastrzegania się i kunktatorskiego poddawania się drobnomieszczańskim snobizmom. Bo literatura to nie political correctness. Na szczęście.
Ale tyle czasu nie mam. Gdybym jednak miała choć trochę tego czasu, którego nie mam, to dostalibyście tu ode mnie przynajmniej wpis o zalataniu współczesnego człowieka i o tym, że połyka fastfoody. Bo jednak gotowanie kury wymaga czasu i jest sztuką. Napisałabym też, że nie sztuka zjeść kurę, to nawet ja potrafię, sztuka poświęcić się jej dłużej niż przez 10 minut dziennie.
Chciałabym chyba też napisać, że kura bez soli i innych przypraw, czyli subtekstu, kontekstu i podtekstu, jest zupełnie banalnym białym mięsem bez smaku czyli tym, co połykamy codziennie, włączając telewizor, słuchając idiotycznych smalltalków w radiu i dialogów w tramwaju.
A zakończyłabym manifestem. Nie dajmy z siebie zrobić ersatzu i produktu zastępczego, mielonki wieprzowej ubitej w formę szynki! Już lepiej być kurą tłustą niż bezpłciowym kwadratowym kawałkiem czegoś paskudnego. A zatem: Wkurzajmy się!

Każdy umiera, jak żył

Ewa Maria Slaska
Jedyny zachowany fragment ze zniszczonego blogu Starość

Każdy umiera, jak żył. Moja Mama, z dużej litery, bo będzie to jej imię na zawsze, a pojawi się tu jeszcze tysiące razy, była osobą, która nie lubiła się ruszać, z domu, z krzesła, jeśli pracowała, z fotela, jeśli nie pracowała. Gdy pracowała, pisała, rysowała, cięła grafikę, siedziała skupiona, wyprostowana, na krześle przy biurku, plecami do drzwi. Mało ją znaliśmy w tej sytuacji, bo owe drzwi były zawsze zamknięte i tak naprawdę nie powinniśmy byli tam wchodzić, ani Ojciec, ani moja siostra, ani ja. Mama twierdziła zresztą, że zamknięte drzwi, oddzielające jej świat od świata Ojca, były najlepszą gwarancją trwałości ich małżeństwa. Gdy wychodziła ze swojej pracowni jej trasa po naszym dość dużym mieszkaniu kończyła się prawdę mówiąc zaraz w następnym pokoju, tak zwanym Centralnym, bo położonym pośrodku między jej pracownią czyli Czarną, w której były czarne meble i na wielkim starym maglu odbijało się czarne grafiki, a gabinetem ojca, nazwanym z kolei Białą Pracownią, bo było tam po pierwsze czyściej, po drugie zaś z tego właśnie pokoju Ojciec wyruszał na wielkie polarne (a więc białe) wyprawy żeglarskie. Mama wychodziła z Czarnej i opadała na fotel w Centralnym, gdzie były gazety, książki i z czasem również telewizor. I tam trwała, w starym fotelu, w pozycji niemal półleżącej, czytając, rozmawiając z ludźmi, oglądając telewizję, rozwiązując jolki w „Wyborczej”. Gdy jechali gdzieś z Ojcem samochodem, Mama, w tej samej pozycji spoczywała na miejscu obok kierowcy, półleżąc. I tak ją zastała śmierć. Przyjechała mercedesem obok samochodu rodziców, wymuszając pierwszeństwo i zepchnęła ich z szosy na drzewo. Ojciec, jak zawsze wyprostowany, mocno przypięty pasem, ochroniony airbagiem, wyszedł z tej kolizji ze złamaną nogą i popękanymi żebrami. Po tygodniu był już na nogach, nawet jeżli jedna z nich jeszcze przez dwa miesiące pozostawała w gipsie. Mama podczas kraksy zsunęła się półleżąc pod pasem i poduszką powietrzną. Jazda samochodem nie była pracą, a tylko przy pracy Mama przyjmowała pozycję wyprostowaną, taką, która w momencie wypadku przyniosłaby jej zabezpieczenie. Przyjęła więc na siebie bez jakiejkolwiek ochrony całą siłę zderzenia i odniosła cały szereg poważnych obrażeń wewnętrznych. Po dziesięciu dniach zmarła w szpitalu, nie odzyskując przytomności.
Półleżąc.
Ojciec zmarł w siedem lat później. Był już od pięciu lat ponownie żonaty, przeprowadził się z Gdańska do Bydgoszczy do swojej nowej żony. Przez te lata sporo chorował, mało już udzielał się, czy to w żeglarstwie, czy w pracy zawodowej i pisał ostatnią książkę, autobiografię „Śladami życia”. Ostatniej zimy dał ją nam do przeczytania, latem spotkaliśmy się wszyscy na dwa tygodnie w wiejskim domu mojej siostry i szwagra, omówiliśmy konieczne zmiany. Od powrotu z wakacji ojciec „czesał” tekst w komputerze, zmieniał, poprawiał, skracał, dopisywał. Pracował zawsze rano, gdy Marianna, jego nowa żona jeszcze spała. Czasem wychodził na spacer na łąki lub do pobliskiego lasu, przynosił jej polne kwiaty, kupował bułki, robił kawę i podawał do łóżka. Była niedziela. Wszedł do pokoju żony, powiedział „No, skończyłem. Nic już nie trzeba zmieniać.” Po czym dodał, że jakoś mu trochę zimno, położy się więc na chwilę. Położył się, przytulił do zaspanej żony i… umarł.
Postawił kropkę pod ostatnim zdaniem ostatniej książki.
Ciekawe, że Mama, która nie znosiła się ruszać z domu, a wyjątek stanowiły tylko zagraniczne podróże, które były odrębnym światem, wyjętym ze świata, Mama zatem umarła poza domem. Ojciec natomiast, człowiek, którego przez całe życie rwało do innych światów, do męskiej przygody, odwagi i próby sił w zmaganiu z nieubłaganą naturą polarnego żywiołu, umarł we własnym łóżku, a przed śmiercią poczuł, że zrobiło mu się trochę zimno.
A mimo to twierdzę, że oboje umarli tak, jak żyli. Ona, bo nic poza pracą nie było w stanie zmusić jej do zdyscyplinowanej postawy, on, bo zawsze doprowadzał każdą sprawę do jej ostatecznego końca.

Podobnie jak to było w przypadku pytania o nieśmiertelność, tak i teraz zaczynam pytać siebie i innych o to, czy znają takie historie. Historie ludzi, którzy umarli jak żyli, albo których dopadła choroba odzwierciedlająca ich sposób życia. Przypomina mi się młody chłopak, przystojny, zarozumiały polski macho. Miał śliczną dziewczynę, ledwie po dwudziestce, której dokuczał, że ją zostawi, bo jest dla niego za stara. Cytował przy tym zdanie, o którym, bo już od tylu lat mieszkam w Berlinie, nawet chyba zapomniałam: „Dziewczyna musi mieć lat osiemnaście, potem zaczyna się starzeć”. W Berlinie rzecz jasna też pojawia się to zdanie, ale jednak, jednak… Bo w Berlinie kobieta jest kobietą do czterdziestki, potem, jeśli los ją ukrzywdził, już jej po prostu nie ma. Jeśli był łaskawy – jest człowiekiem. Ale na razie nie to jest moim tematem, na razie jest to młody człowiek, ma 25 lat i właśnie zachorował na… raka prostaty. Seksistowska postawa życiowa i – w tak młodym wieku – choroba, nie znam się na tym, ale chyba jednak utrudniająca życie seksualne. A w każdym razie nieprzyjemnie wiążąca groźną chorobę ze sferą życia seksualnego. Ujmując rzecz najprościej, i niech doktorzy mi wybaczą, prostata wydziela spermę. Związek jest więc ewidentny. A więc symboliczne znaczenie choroby, nawet jeśli nowoczesna sztuka lekarska wyciągnie chłopaka z opresji. Ale… zaglądam do internetu i dowiaduję się, że ponoć medycyna dopiero po 15 latach obserwacji osoby chorej jest w stanie uznać ją za wyleczoną.
Wyleczona prostata wymaga 15 lat obserwacji. Niewyleczona…
Rozmyślam dalej. Jasne, pijacy potrafią umrzeć z przepicia, a narkomani z przedawkowania narkotyku. Kiedyś obżartuchy marły z przeżarcia, teraz nikt już tak naprawdę się nie obżera, ale rzecz jasna, wszyscy wiemy, że prawidłowe odżywianie stanowi o zdrowiu. Mnie jednak nie chodzi o proste przekładnie jak śmierć pewnego ucznia w Berlinie, który wypił 52 tequile i zmarł po czterech tygodniach komy. Mnie interesuje symbolizm naszego życia i śmierci. Symboliczne zdania, jakie wypowiadamy. Ja na przykład twierdzę, że umrę w biegu. Może tak jak ci, którzy biegną w maratonie. Był taki maraton w roku 2000 w Berlinie. Pierwszy dobiegł do mety trzydziestoletni Simon Biwott z Kenii. Biegł 2 godziny, 7 minut i 42 sekundy, a więc poniżej 3 minut na kilometr i wygrał 80 tysiecy marek.
W kategorii kobiet wygrała Japonka, Kazumi Matsuo. Jest o cztery lata młodsza od Simona, biegła o 19 minut dłużej, a jej nagroda wyniosła 55 tysięcy. Ciekawe dlaczego zarobiła mniej, skoro liczy się zwycięzców odrębnie w kategorii kobiet i mężczyzn? W tym maratonie brał również udział ówczesny niemiecki minister spraw zagranicznych, Joschka Fischer i zajął miejsce numer 8919. W kategorii mężczyzn po pięćdziesiątce pan minister zajął miejsce 687, wygrywajac jednocześnie “pojedynek sław” z popularnym piosenkarzem Joeyem Kelly z Kelly Family.
Szwajcar Heinz Frei, inwalida na wózku, wygrał już po raz 13.
Skater Chad Hedrick z USA po raz 41.
42 kilometry 195 metrów.
Milion widzów.
40 000 uczestników z 85 krajów.
Budżet: 3,4 miliona marek.
Dwie osoby, sześćdziesięcioletni Duńczyk i trzydziestoośmioletni Panamczyk nie wytrzymali morderczego wysilku. Panamczyk zmarł w sposób niezwykle spektakularny, przebiegł metę i padł tuż potem. Śmierć należy do historii wszystkich biegów maratońskich, poczynając od tego w roku 490 p.n.e. Goniec, który przyniósł do Aten wieść o zwycięstwie nad Persami, zmarł z wyczerpania. W dziejach maratonu w Berlinie śmierć w biegu zdarzyła się po raz trzeci, a podobno w każdym mieście, urządzającym wielkie biegi zawodnicy umierają.
Jednak gdy mówię, że umrę w biegu mam na myśli raczej symbol niż przeczucie, że stanę do biegu i nie podołam, bo że nie podołam, to jasne. Niby dlaczego w ogóle miałabym podołać, skoro jestem typem wybitnie niesportowym i dostaję zadyszki goniąc uciekające metro. Ale gonię, choć większość osób w moim wieku już dawno tego nie robi. Bo ja w ogóle gonię, pędzę, robię dwieście rzeczy na raz, wykonuję przez miesiąc normę pracy i zadań, która komuś innemu starczyłaby na rok. Dlatego myślę, że umrę w biegu, wpadnę biegiem pod samochód, przelecę w pośpiechu przez szklane drzwi, które nie zdążą się otworzyć, bo będę dla nich za szybka. Podczas wichury dobiegnę do drzewa w chwili, gdy złamie się wielki konar. Chociaż aż tak to może nie, tak umierali nieśmiertelni* i nie mnie mierzyć się z nimi.


* Paryż, 1 czerwca 1938 roku, pisarz austriacki Ödön von Horwath (1901-1938) zmarł przygnieciony konarem drzewa, pod którym schronił się, by przeczekać burzę.

Berlin, 16 stycznia 1912 roku, ekspresjonistyczny poeta niemiecki Georg Heym (1887-1912) tonie w Haweli podczas jazdy na łyżwach, próbując ratować życie swego przyjaciela Ernsta Balcke (1887-1912), także pisarza.