Kobieta i koń. Rewers

Jurija Gashaka, „Kobieta i koń” w synagodze w Drohobyczu

Deutsche Fassung unten // English version below

Film Jurija Gashaka „Kobieta i koń” zrealizowany został jesienią 2012 w Starej Synagodze w Drohobyczu przy okazji festiwalu Brunona Schulza. Inspiracją była fotografia Mariusza Kubielasa „Kobieta karcąca fortepian w obecności trzech świadków” wykonana w 2006 roku w Iłownicy i należąca do tworzonego przez niego od 2004 roku cyklu fotograficznego „U Schulza“. Na cykl ten składa się około 40 prac czarno-białych wykonywanych metodą określaną przez autora „fotografią czystą, bezpośrednią”, a więc wolną od jakichkolwiek modyfikacji komputerowych i fotomontażu, opartą wyłącznie na tradycyjnych procedurach manualnych. Niekiedy ostateczny efekt poprzedza kilkanaście zdjęć jednego ujęcia, niekiedy zaś nawet kilka filmów. Te jedyne w swoim rodzaju fotografie zawierają wizualną kwintesencję scenariuszy i wielotygodniowych „teatralizacji” wnętrz oraz studiów światła, pozwalających wykreować oniryczną aurę.

Film Gashaka, który w spektakularny sposób ilustruje ewokowana przez dzieła Kubielasa strategie zaproszenia do wejścia w obraz fotograficzny, istnieje w dwóch wersjach. Za zgodą autora filmu przekazaną nam przez autora inspirującej go fotografii prezentujemy tu „rewers”.

Podczas wernisażu wystawy planuje się prapremierę obu wersji –  „Awersu” i „Rewersu”:

“Bruno Schulz – Klisza Werk – Transgresiones”  w Galerii Dolnośląskiego Centrum Fotografii „Domek Romański” (18.04.-29.05.2013).

Druga odsłona wystawy przewidywana jest jesienią i zimą 2013/2014 (listopad-styczeń) we wrocławskiej Synagodze pod Białym Bocianem.

Kuratorka wystawy i redaktorka katalogu w języku polskim i angielskim: drXLidia Głuchowska.



Jurij Gashaks „Frau und Pferd” in der Synagoge zu Drohobycz

Film Jurij Gashaks „Frau und Pferd” wurde im Herbst 2012 in der alten Synagoge zu Drohobycz realisiert. Der Anlaß dazu war das dortige Bruno-Schulz-Festival. Der Film wiederum wurde von der Fotografie Mariusz Kubielas’ „Eine Frau ein Klavier in Anwesenheit dreier Zeugen tadelnd” inspiriert, welche 2006 in Iłownica/Polen entstanden ist und zu einer von Kubielas geschaffenen Fotoserie „Bei Schulz“ gehört. Dazu zählen ca. 40 Schwarz-Weiß-Fotos, die anhand einer Methode, durch ihren Gestalter „Dirketfotografie” genannt, ausgeführt wurden: Das heißt, dass dabei keine Computerverarbeitung oder -Korrektur sowie keine Fotomontage angewandt wird. Die Basis dafür bilden ausschließlich manuelle Prozeduren. Manchmal gehen dem Endeffekt einige Aufnahmen eines und desselben Shots, manchmal sogar einige Filmrollen. Diese einzigartige Fotografien enthalten eine visuelle Essenz der lange hergestellten Drehbücher und der mehrwöchigen „Theatralisierung” von Innenräumen sowie der Lichtstudien, die die Grundlage einer traumartigen Aura bilden.

Der Film Gashaks, welches in einer spektakuläre Weise die vom Werk Kubielas evozierte Strategie der Einladung zum „Hereingehen ins Bild”, besteht in zwei Fassungen.

Dank der Genehmigung des Filmmachers, die uns vom Fotografen weitergeleitet wurde, präsentieren wir hier dessen „Revers” (Kehrseite).

Die Uraufführung der beiden Versionen – sowohl des „Avers”, als auch des „Revers” – ist für die Vernissage der Fotoausstellung in Wrocław/Breslau geplant:

“Bruno Schulz – Klisza Werk – Transgresiones”

Galerie des Niederschlesischen Zentrums für Fotografie „Domek Romański”/“Romanisches Haus“ (18.04.-29.05.2013).

Als zweiter Ausstellungsort wird die Schau die Breslauer Synagoge zum Weißen Storch zeigen (November 2013 – Januar 2014).

Ausstellungskuratorin und Herausgeberin des dazu gehörigen Katalogs, welches in der polnischen wie englischer Sprache erscheinen wird, ist: Dr. Lidia Głuchowska.

***

Jurij Gashaks, „Woman and Horse” in the synagogue in Drohobycz

Film Jurij Gashaks „Woman and Horse” was produced in Fall 2012 in the Old Synagogue in Drohobycz. The inspiration for it was the photography by Mariusz Kubielas „Woman rebuking a piano at a presence of three witnesses” realised 2006 in Iłownica/Poland. It belongs to the photographical series “At the Schulz place” consisting of c. 40 black and white images created since 2004 according to the method described by its author as “direct photography”. That means, that he uses neither computer modifications or corrections nor photomontage.

The technical basis hier are only manual procedures. Sometimes the final effect follows several shots of the same scene, sometimes even several photo scrolls. These unique photographs are visual essence of the special scenarios and many weeks of the „theatrical stylisation” of interiors or light studies, which allow to create a dream-like atmosphere.

The Gashak’s film, which in a spectacular way illustrates a strategy of invitation the spectator to „come into the photographical image”, exists in two versions.

With permission of its authors, which was forwarded to us by the photographer, which  work inspired him, we present here its „Reverse”.

Presentation of its both versions, “Awers” & “Rewers”, is prepared for the opening of the exhibition:

“Bruno Schulz – Klisza Werk – Transgresiones” at the Gallery of the Lower Silesian Centre for Photography „Domek Romański”/”The Roman House”
(18.04.-29.05.2013).

Its second show is previewed for the Fall and Winter 2013/2014 (November-January) in the White Stork Synagogue in Wroclaw

Curator of the Exhibition and Editor of its Catalogue in Polish and English: dr Lidia Głuchowska

***

© Film: Jurij Gashak, „Kobieta i koń”/„Frau und Pferd” / „Woman and Horse“ in der Synagoge zu Drohobycz (2012)

© Foto: Mariusz Kubielas (2006)

http://www.okis.pl/site/home/605/n.html

http://www.dcik.pl/wydarzenie/0,0,8427,wystawa-bruno-schulz-klisza-werk-transgresiones/

Potrzebny mi jest towarzysz. Potrzebna mi jest bliskość pokrewnego człowieka. Pragnę jakiejś poręki świata wewnętrznego, którego istnienie postuluję. Wciąż tylko trzymać go na własnej wierze, dźwigać go wbrew wszystkiemu siłą swej przekory – jest trudem i udręką Atlasa. Czasem zdaje mi się, że tym wytężonym ges­tem dźwigania trzymam nic na swoich barkach. Chciałbym móc na chwilę złożyć ten ciężar na czyichś ramionach, rozprostować kark i spojrzeć na to, co dźwigałem
Bruno Schulz, list do Tadeusza Brezy

Halle poza sezonem

Dorota Cygan

Halle, Kaminer i my. Albo odwrotnie.

Halle to wyzwanie. Nie tylko dla inwestorów, którzy, jak pisał przed 10 laty Władimir Kaminer w zbiorku historyjek Moja niemiecka księga dżungli, odeszli jeden po drugim, zostawiając to niebywałe eldorado na pastwę kolejnych inwestorów, w efekcie czego miasto przez chwilę o mały włos nie zasłużyłoby na przemianowanie go na Spielhalle. To wyzwanie także dla turystów, którzy wszak przyjeżdżają, żeby coś podziwiać, a nie pokrytykować dla zabawy. Lepiej sobie nie używać na takim mieście jak Halle i nie bawić się na koszt tych niewielu mieszkańców, którzy jeszcze się opierają trendowi migracyjnemu w zachodnim kierunku i trzymają fason. A że trudno się tej (poniekąd tradycji) oprzeć, skoro już Haendel opuścił Halle w wieku 17 lat, trzeba przyjąć, że tak to już jest.

halle1

Jako że pisarze bynajmniej nie rozpieszczają Halle opisami literackich podróży (a do traumatyzującej prozy rozliczeniowej Edgara Hilsenratha po prostu bałybyśmy się sięgnąć, by sprawdzić, czy Halle tam się w ogóle pojawi),  poczułyśmy trochę z przekory chęć okazania temu miastu spoza znanych tras turystycznych choć na krótko trochę uwagi. Jak tu nie poczuć solidarności na widok wielkopłytowych pomników socjalizmu, o których Kaminer pisał, że przeniosły go w myślach w czasy jego moskiewskiej młodości? Wiedzione tym impulsem i  prawdę mówiąc  trochę po to, aby z bezpiecznego dystansu naszych berlińskich domostw poczuć za darmo lekki horrorek, pojechałyśmy szukać Neustadt, spodziewając się, że dzielnica robotnicza będzie miała coś z dawnej zwartości, dumy i siły wczesnego socjalizmu. Ale nie. Rozstrzelona w przestrzeni na wiele kilometrów, może być jedynie metaforą dysocjacji osobowości lub jej zapowiedzią – dla tych eksperymentatorów, którzy jednak chcieliby autentyzmu na dłużej niż nasza krótka i intensywna przejażdżka.

halle2

Dajemy jednak miastu szansę, inaczej niż nasz wspomniany berliński autor o rosyjskich korzeniach (i uprzedzeniach). I widzimy: bogate wille  z czasów grynderskich, na wielu ozdobne fasady z przełomu wieków, bardziej wyważone proporcje niż ich odpowiedniki w Berlinie, czyli takie trochę jak w Dreźnie, widzimy starania konserwatorskie całkiem nowej daty i (mniej lub bardziej udane) próby adaptacji starych murów zamkowych do potrzeb wystawienniczych, tereny spacerowe i – no niestety, nie da się  skłamać – zupełny, uderzający i bolesny… brak ludzi. Jest oczywiście jakieś prawdopodobieństwo, że w niedzielne popołudnie w swoich czterech ścianach popijają lokalnego (!) szampana marki Rotkäppchen lub Mumm, testując realną lub fikcyjną różnicę między nimi po fuzji obu firm, ale nie jest ono wielkie. Ale być może w tej degustacji (fakcie kulturowym!), którą zawdzięczam właśnie Kaminerowi i którą regularnie praktykuję  na lekcjach niemieckiego, prosząc uczniów o arbitralne rozstrzygnięcie wewnątrzniemieckiego sporu intrakulturowego o wyższości jednego trunku nad drugim, tkwi rozwiązanie? Nie wiem, co pijał Lyonel Feininger, kiedy jeszcze przed dojściem nazistów do władzy i wymuszoną emigracją mieszkał półtora roku w Halle i malował tutejsze kościoły i wieże, ale w tym, co zostawił naszym oczom, jest magiczne zaklęcie rzeczywistości tego miasta – zaklęcie tych uliczek i placów, wyniesienie ich ponad realizm w rejony magiczne. Bo po pierwsze trzeba umieć patrzeć, żeby widzieć. Ale po drugie można nałożyć filtr wyobraźni i dopiero ruszyć w miasto. Albo wrócić jeszcze kiedy indziej, o innej porze roku. Zobaczymy.

Lidia Głuchowska

„Martwy sezon” w Halle

– we wszystkich tego słowa znaczeniach – nie tak mało wcale ma do zaoferowania. Niemal nie zniszczone podczas wojny, w pewnych zakątkach przypomina nie tylko zamożny niegdyś Lipsk, rezydencjonale Drezno, lecz i kurortową Jelenią Górę.

Hallepodwojne1

Jeśli nieopatrznie rozpocząć wycieczkę przy tutejszej Leopoldinie (niemiecka Akademia Nauk, założona w roku 1652, mieszcząca się w dawnym budynku loży masońskiej z roku 1820; informacja dla wrocławiaków – ich Aula Leopoldina jest starsza, bo zbudowano ją w latach 1728-1741), przez zamkniętą bramę będzie można popatrzeć na dziedziniec pełen róż chronionych przez pałuby, posępnie emanujący pustką.

Leopoldina

Po chwili jednak, nawet przy pochmurnej pogodzie, dostrzec można i „spolia” z lepszych czasów, które budzą refleksje i prawdziwy zachwyt.

Pobliski Moritzburg pozostawia wrażenie jeszcze bardziej ambiwalentne. Z tą perłą późnogotycko-renesansowej architektury, z portalami przywodzącymi na myśl i Wawel, i Chocim, i Lwówek Śląski, nie nazbyt życzliwie bowiem obeszli się konserwatorzy.

2_Halle pieknebrzydkieTak jedno ze skrzydeł wewnętrznych dziedzińca, ogołocone z balkonów, jak i monumentalne, zewnętrzne mury od strony „fosy”, z pewnościa odstraszą jak obronny gród…

Wewnątrz – podobna konsternacja – przyjazna obcokrajowcom obsługa „na piękne oczy” uwzględnia zniżkę dla dziennikarzy i historyków sztuki, stoi w kontraście z kubistyczno-więzienną szatnią i prowizorium aranżacji znakomitej skądinad wystawy fotografii z arcydziełami podpisanymi: Sudek, Sander, Man Ray, Witkacy, Rodczenko, Cindy Shermann…

Za chwilę znów zaskoczenie – stała ekspozycja: Die Brücke – Nowa Rzeczowość, konstruktywizm – przyciąga i koi wyważonym rytmem barw poprzecznych ścian – z początku dyktowanym staccato tonów harmonizujących z obrazami Schmidta-Rottluffa – stopniowo wyciszanych monochromią prounów Lissitzky’ego, rzeźb Lemmbrücka i protorenesansowych okien z marionetkami tutejszego teatru, rodem z wczesnych lat trzydziestych.

4 halle ekspopodw

Za progiem uwagę przykuwają Meduzy-maszkarony, i te z dziedzinca zamku, i te z bram wyburzanych kamienic

5 halle MaszkaronypodwojneKolejna perła to kościół w rynku – i jego cztery wieże – dwie od frontu i dwie z tyłu. Piąta, ta na zewnątrz, góruje ponad placem, za wielkim jakby dziś wobec rangi miasta.

8 halle-kosciolWewnątrz – arcydzieło proporcji – zgrabne i maleńkie – regencyjno-rokokowe organy dźwigają atlanty. A naprzeciw – jak żart architekta – „organki” – cukierkowe jak z dziecinnego pokoju, no i strojne w herby – na tle malowanej protestanckiej przypowieści.

Ponad wszystkim – sieciowe sklepienie, wykreślone regularnie, rodem z wzornika. Jest tu i ambona – kryta rozgwiazdą, jak po jubilersku zdobiona wieńcem manierystycznych putt.

10 ambona-sklepienie

Znak czasu to wystawa: a jakże –  ruch oporu – rodzeństwo Scholl – przestroga – byliśmy tu – raz jeszcze.

Trzecią odsłonę sztuki określa inny duch – „Piękno niewidomych”. To wystawa mody projektowanej wyłącznie z myślą o nich – ze smakiem i społecznym zmysłem – niewątpliwie potrzebnym.

gorset
Designerskie ubrania w minimalistycznym zestawie barw – bieli i czerni – zdobi tekst w alfabecie Braille’a, często wiersze lub myśli niewidomych modeli, dla widzących tłumaczone w folderach.

To przesłanie imponuje – idea integracji – czy dostrzeże ją świat poza Halle? Media? Internet?

12 moda-podwoj

Ewa Maria Slaska

Halle monochromatyczne

To ja byłam praprzyczyną wyjazdu do tego zimnego i pustego miasta, ponieważ miałam swój (bardzo skromny) udział w przygotowaniu wystawy mody dla niewidomych – pięknej mody dla pięknych niewidomych. Obejrzałyśmy wystawę, owszem, ale spóźniłyśmy się na wernisaż. Ale nie żałujemy. Wchłonęło nas miasto, miasto poza sezonem, martwe miasto, miasto monochromatyczne. Halle. Monochromatyczne z plamami czerwieni w strojach dwóch kobiet na moście.

***
O wystawie były już na blogu dwa wpisy:
https://ewamaria2013texts.wordpress.com/2013/02/26/die-schonheit-der-blinden/

https://ewamaria2013texts.wordpress.com/2013/03/09/modenschau-fur-blinden/

I jeszcze tu (choć już nie u nas): http://www.kunstforum-halle.de/veranstaltungen/die-schoenheit-der-blinden.html

halle-koniec

Yiddishland

Lidia Głuchowska

Yiddishland and the utopie of Avant-Garde

adler-berlewi-chagall-lissitzky(…) …„Yiddishland“, the patria of the new, secular Yiddish culture of the Central East European Diaspora. To its inhabitants or rather residents belonged pro-Russian Litvaks, sympathising with socialism and rooted in the misnagda tradition; pro-Austrian Galitsianers influenced by Haskala and open to assimilation; and Hasidic pious Polakes, loyal to the pre-partioned Poland. This population was subject to migration and urbanisation processes, which additionally differentiated it. The cultural revival of the “Yiddishland” depicts in an especially evident way the problem of the deterriorisation of the international avant-garde.The interdisciplinary and transborder Yiddish avant-garde was active mainly in the former “Ansiedlungsrayon” of the Russian Empire, which means in Poland, Ukraine and Belarus, but also in other parts of Central Europe – like in Latvia, Romania or Germany – and in the United States. Its representatives emphasised ties with the Yiddish language and culture – common among the inhabitants of these areas, so called Yiddishism. This movement was considered to be a conception opposite to the Haskala renaissance, the revival of Hebrew and Zionism, aiming at founding an independent Jewish state and based on the restitution of Hebrew as an official literary language.

The following essay presents the structure of Yiddish avant-garde within the universal network of international avant-garde consisting of such components as art groups, magazines exhibitions, cafés, cabaret and theatre, and communicating with its own lingua franca. (…)

The avant-garde network has been often compared with the Diaspora. A paradigmatic avant-garde artist was cosmopolitan, multilingual and mobile – acting in the transborder cultural space and the distribution radius of the avant-garde manifestos extending from Scandinavia to the Balkans, and from Paris to Moscow. Against this background, Central Eastern Europe, which could be geographically identified with the area of the utopian “Yiddishland“, was more specifically “a region of constant migration, immigration and emigration, of people arriving, departing and moving around”. “Nomadic modernism” was another essential phenomenon of artistic internationalism in this period. (…)

katznelson-golfaden-borderzon… it has to be pointed out, that while, in general, in looking for the realisation of the utopia of a borderless “new world”, most of the émigrés were outsiders acting as insiders, the members of the Yiddish avant-garde were always outsiders, acting in foreign national or international contexts.

According to the political limitations, for example after a period of the flourishing of the avant-garde tendencies in the Soviet Union, several Jewish artists felt pushed to emigration. As a consequence of less or more convenient political or economical conditions the process of the deterriorisation considered not only actors of the cultural process themselves, but also their works. A number of art journals also appeared initially at one, then at another place, sometimes abroad (…) or been published in the German Metropolis parallel in Yiddish and Hebrew and was addressed to the different competing fractions of the Jewish national-artistic movement, divided between the Yiddishists and Zionists.  Lissitzky, Berlewi or Marc Chagall – who in opposition to his two colleagues did not explicitly support the idea of Yiddishism – were active in different countries and published their manifestoes in various languages.

The fact of a great relevance is that in a way, the Yiddish avant-garde was a Diaspora in a double sense. It participated in an avant-garde network on two levels. On an international level its members cooperated locally with Russian, Polish, Romanian or German groups in the singular national “household” countries and their representatives abroad. Simultaneously, on the national level they had several other local and cross-border contacts and were involved in the artistic life of their Yiddish-speaking communities. (…)

Some characteristics of the international avant-garde as a utopian borderless “new world” seem to fit to the Yiddish avant-garde in a particular way. The “Yiddishland” as a political utopia generated several images of the cultural transfer associated with its maps as a whole. (…) Such maps gave a glimpse of a major myth for a whole generation of artists, their collaborative project, a dream like imago mundi. Attempts in creating the artistic topography, sometimes in a comprehensive global way, sometimes on a smaller scale, were also the Panslavism, the zenitist aim of the Balkanisation of Europe or – much less researched idea of Yiddishism concerning the bigger part of Central-Eastern Europe. (…)

aronson-ravitch-markish-segalowiczThe echo of these historical maps or symbols of the cultural transfer are the schemes of the network, which correspond with the current historiographical concepts (…). While the first one seems to symbolize the stable construction of the right angled lines, the other one, through the usage of the diagonals, suggest the dynamic of the exchange-processes, a motion. (They are) not identical; this means on the one side that the Yiddish network has got partly other exchange centres, and, on the other side it also evaluated in the time. After the limitations of the artistic autonomy in the Soviet Union, the Yiddish avant-garde network became smaller and shifted to the West… (…)

In the past two decades, the avant-garde have been examined as an intellectual and spiritual alliance, as a model of a “new community” pursuing a “new world”, consisting of the interconnected locations of cosmopolitan artistic life in Central Europe such as Bucharest, Budapest, Łódź, Prague and Zagreb, with links to Amsterdam, Berlin, Dessau, Moscow, Paris, Vienna and many other cities in other parts of Europe and the world. In this way the newer narratives contribute to overcoming the previous dualistic approach to the European avant-garde, which divided the artistic map of the continent between Western “centres” and Eastern “peripheries”. The old canon has meanwhile been replaced by a more sophisticated approach, in which the geographical centre of the continent is no longer perceived as its periphery. In opposition to that the visualisations of the network of the Yiddish avant-garde, with its centres in Minsk, Kiev, Kharkov, Riga, Odessa, Saint-Petersburg, Odessa, Moscow, Vilna, Łódź and Warsaw, as well as in Berlin, Paris and New York, are of a much younger datum and the discussion on it in the more general, supranational context is still a desideratum of new cultural historiography.

Apart of the comparison of the imaginative maps of the avant-garde and Yiddish avant-garde universe, also a closer glance at another self-advertising strategy of the(se) movement(s), shows both interesting similarities and differences. One of their major media promoting the universal spirit of art were the little magazines, which all together contributed to a “worldwide network of periodicals”. (…)

Warsaw thereby acquired the status of a European centre for Yiddish literature, with Paris and Berlin serving as its satellites. (…) However, what has to be pointed out is that, even if Yiddish as a language was represented here, the magazine popularised not the idea of Yiddishism, but the opposite one – Zionism. (…)

Paradoxically, both in the case of the international avant-garde and the Yiddish one as its very specific case, their cartography, manifestos and the network of magazines presented a new sphere of the transborder artistic exchange, which can be seen as the anticipation of a future perfect, of modernisation projects characterised by new forms, frequently with an emphasis on ethics rather than aesthetics. In both cases they refer to a utopian community, neglecting the political reality of the period.

Almanac Yung-Yidish – Songs in word and image (…)

One of its innovative qualities was the breaking the rules of the Jewish tradition, such as the biblical ban on images. The typical avant-garde integration of word and image, (…) the domination of the forbidden image over the word was a kind of redefinition of a cultural code and its extension into the zone of taboo. (…) The three issues of Yung-Yidish were published on packing paper between February and December 1919 with a print-run of 350 to 500 copies. (…) Like most avant-garde periodicals, it was an ephemeral publication, even if it grew more interesting and bigger with each new issue. (…) Despite the advanced plans, the 4th issue, dedicated to the biblical Ruth, never came out because of financial reasons. (…)

The Yung-Yidish magazine, representing the main ideas of Yiddish avant-garde, set out its programme in two manifestos. The first, unsigned, in the periodical’s first issue, rebelled against the chaos and materialistic character of the present, and defended the eternal values of God, beauty, and truth. Yung-Yidish artists defined themselves as realists in a mystical faith, admiring art and both Jewish languages: the young one – Yiddish – and the ancient one – Hebrew – the language of the prophets. In the manifesto of the second issue, Broderzon stressed the ties of the Yiddish avant-garde with the millennium tradition of universal culture. Invoking the Bible, including the Psalms and “The Song of Songs”, and thus the tradition of Judaism, he once again pointed to the metaphysical concept of art. Adler too, in the same issue, evoked the Chasidic tradition in his “Prayer”. (…)

Historiography of the avant-garde, written by representatives themselves or by specialised scholars since World War II, often assumes that at the end of the first decade of the twentieth century an internationalist inclination superseded nationalist tendencies which had typified the nineteenth century, when art and architecture were instrumentalised as true manifestations of nationhood. In Central Eastern Europe the internationalist avant-garde conception of a “new world” had to compete with the predominance of conceptions of national modernisation and the idea of a national responsibility of the arts in the “new states”. (…) Internationalism, multiculturalism and multilingualism though not desired in the official life, belonged to the reality of art and present life. (…)

turkow-rotbaum-schwarz-weichertOne of the consequences of this process, intensified by the multilingualism and multiculturalism on a personal level, was the cultural syncretism both in the form and content of artistic production. Among others, this syncretism is apparent in a non-confessional religiousness which combined Christianity or Jewish religious conceptions, via theosophy, with Buddhism and other Eastern religions. (…) there was an explicit demand for a plurality of styles (…) and it was Futurism that played the key role in “new art”. (…)

The problem of the national awakening (…) concerns, however, not only the real existing “new” national states in Central Eastern Europe, but also (re)constructing the national consciousness and culture of the “Yiddishland” being in general the “underground structure” of the really existing political organisms in the interwar period, the same way as the literature of the Yiddish avant-garde was an exterritorial one, which but did not have any foundation in any specific national country.

Yiddish, which since the 1908 conference in Czernowitz was recognised as the language of Jewish culture on a par with Hebrew, was here the prime token of identity. In contrast to it, other languages like German, Russian and Polish, were the means of communication of assimilated Jews, whereas Hebrew, the language of religion, was unknown to the general Jewish population and was removed from its Central and Eastern European roots. The style of the poetry of the Yiddish avant-garde is characteristic of the entire literature of a community that survived the atrocities of World War I and a history of pogroms and revolutions. It expressed less the beauty than the horror. Its poetics bear the imprint of Yiddish Expressionism. (…)

In this context one has to maintain a paradoxical fact: not only as a literary but also as a communicative medium Yiddish often has to be constituted/restituted among the members of the Yiddishist movement. (…) And – which is not a well known fact – they mostly communicated in the languages of the “household” states (…). On the other hand, the Yiddish poets, like e.g. Peretz Markish, creatively used the polysemiotic senses of the Slavic languages, even in their programmatic manifestoes.

Yiddish as a language of the Diaspora which before World War II appealed to readers in most parts of Central Eastern Europe (…) …transgressed political borders, but at the same time had a national function. Because of that, with time however some of the representatives of the Yiddish avant-garde (…) looking for broader recognition decided to use mainly other languages and in a way lost this part of their identity, at least as a means of artistic expression. (…)

barcinski-kaminska-horowitz-nazoIn Central Eastern Europe the tensions between the universal and the particular, the international and national, were stronger than elsewhere on the continent. The modernisation impulse from the respective political centres in the single new states contributed to hybrid results privileging local materials, ornaments and themes. Artists tried (…) to transform foreign artistic patterns, creating local idioms of the international avant-garde code (…). Sometimes these permutations and hybridisations of Central European art are perceived as a consequence of the Jewish influence, with the affinity to richness and orientalism. Sometimes, however, both the whole (Central) Eastern European art and the new secular Jewish one being one of the main aims of the Yiddish avant-garde, has been associated with the hybrid components and the biomorphic metaphor of a world in statu nascendi (…)

In a special way, the avant-garde interest in new universal signs in the visual arts and design also resulted in a standardised typography. Innumerable examples which can be found in books, little magazines or posters, including collages or photomontages and especially exotic and impressive when printed in Cyrillic or Hebrew letters, established “a sort of international hieroglyph”. And often – only this one component of the Jewish identity, the language being, next to the culture and religion – Judaism a proof of “Jewishness”. In its written form it was used not only as and artistic medium, but also as a symbol of identity (…)

Efforts to create a universal style and an avant-garde corporate identity were crowned with an International Art Collection in Łódź in 1931, the first presentation of contemporary art to be permanently exhibited in a state museum in Europe. (…)

Jankel Adler in his article (1920) about expressionism which at that the time was still generally identified with the whole of progressive art stressed out its links with the sacral sphere: “We are the children of the 20th century. […] Stuffy air was our first breath. Our first walk are accompanied by the thousand fold by a choir of ringing trams, the staccato of horse-cabs, whimpering freight trains, speeding automobiles and a choir and noisy passages with criss-cross the streets with a thousand diagonals […] Art of the 20th century, the art of expressionism was born at that longing [after the God LG] and became the seventh day of the working week.”

Two years later his colleague Berlewi already after his return from Germany became a follower of the “new form” and meant: “I had to give up purely Yiddish problems completely and then I devoted myself to cubists and the constructivist’s experiments. Currently my task is to create something European”. (…)

lindenfeld-zarnower-aronson-altmanTo the general components of the avant-garde paradigm belongs the performative character of its manifests and manifestations. Regarding the Yiddish avant-garde, the most authentic and most long lasting emanations of its identity was, next to the programmatic texts and new secular visual art, the theatre, reflecting the every day life experience of the Yiddish population. In its carnival-like art (…) it appeared as especially attractive to a wide audience in Central Europe. In this sense, being even a mirror and mimicry of life and the part of life itself, it can be considered as the most and thus effective, performative manifesto of the Yiddish avant-garde.

Due to the hostility of orthodox religious communities it was formed relatively late, in 1876 in Jassy (Romania). The name of its founder, Graham Goldfaden, inspired the description of the whole genre, inspired by such folk songs and the traditions like the Purim-spiel of Biblical motifs. Between 1878 and 1905 the Tsar had forbidden the staging of performances in Yiddish, but Goldfaden’s theatre still used this “Jargon”. It was partly disregarded also among Jewish intellectuals, opting for the revival of Hebrew or the assimilation, concerning it as shund (garbage). (…) As an alternative to it several other theatre groups were grounded (…) (also) small artistic theatres and cabarets…(…), performances (…).

If internationalism is generally considered a conditio sine qua non of the avant-garde, the national question can be perceived as the contrasting intertext, as a negative point of reference for an international avant-garde ideology, or at least as a set of ideas which had to be addressed. The artists of the Yiddish avant-garde gathered e.g. around such magazines as Yung-Yidish or Yung-Vilne (…) deserve special attention. They were major platforms of Yiddishism, (…) unlike the rest of the Jewish artists who were often assimilated (…). They represented a second generation of new Jewish culture. Whereas the first one tried to create a European opening for Yiddish culture, the second, on the contrary, strove to introduce “the Jewish world” into European culture. As such, the Yiddish avant-garde operated “in-between”, addressing the issue of “the other” in a more poignant way than the rest of the avant-garde, provoking a deconstruction of the official conception of the “new state” as an ethnic and cultural monad, which they considered to be merely a political construct. As “universal others”, they were predestined to become spokespeople for an ‘inter-national’ avant-garde. The motivation for their stylistic choices was, however, not underpinned by a universal aesthetic based in an “escape from history”, but rather by a symbolic discourse of the marginalised in relation to the relevant national cultural context and historiography.(…)

shor-shifrin-ryback-ingerTheir common work and the three issues of Yung-Yidish over the previous two decades are treasured by a handful of libraries in the world as an imposing body of work by the Yiddish avant-garde, arriving at its dire epilogue in the Nazi Entartete Kunst (Degenerate Art) exhibition of 1937 and the Holocaust. (…)

Because of its national aims and structures, but possibly also a missing recognition from the outside, it can be, on the one hand perceived as a hermetic or maybe separate/isolated network, parallel to a universal one and not its subdivision. On the other hand, its exterritorial character and numerous transborder links predestined it to be even a model of the international network as its pars pro toto.

In opposition to the predominant meanings it was not isolated from the local context of the “household” countries. In contrary, following the own national aims, it also looked for the universal perspectives and acceptance in Central Eastern European “new states”, which in opposition to the “Yiddishland” became real political organisms. (…)

For the Yiddish avant-garde attempts of the transmission of their own heritage and ideological proposals were a difficult compromise. Often the transfer from the different “householders’” cultures appeared as dominant and the transmission turned out into cultural transgression. (…)

In fact, in a great scale, after the revolution in the Soviet Union the Yiddish avant-garde network became smaller and its idea of an independent national modern culture failed. It was misused by the propaganda and became “an art for the masses”. According to the Lissitzky’s conception it was the third stage of the transgression. The fourth one was represented by the stylistic turn of the Yiddish avant-garde, e.g. by his own pangeometry. (…)

Not only the idea of Jewish art, but also – in particular, the message transferred in the name of the prominent group of the Yiddish avant-garde – Jung Vilne – were perceived as oxymorons. The last one, created in the old centre of Jewish culture – the Jerusalem of the North ceased to exist much later than the other groups of the Yiddish avant-garde movement – in the Nazi time (…)

Arie Ben-Menachem created an album of photomontages Ghetto. Terra Incognita (…) Its title seems to define the status of the “Yiddishland” and its new secular art, as well as its little reception in the international avant-garde studies.

All the mentioned examples of the contradictory attitude towards the perspectives of the proper milieu for the development of their own identity stand on the one side for the tendency to transgress and as a consequence a compromise of partly assimilation and acculturation in the foreign context, and on the other side – for a strong opposition against it. In this sense the history of the Yiddish avant-garde is a document of both – plurality of Judaism on the one side and of the – (pre)modern liquid identity of Jewish artists in general – on the other one.

albatros-khalistra-jung-jidysz

Yiddishland Image captions:
Pola Lindenfeld with her sister Eugenia, Photo, courtesy S. Karol Kubicki, Berlin
Teresa Żarnower, c. 1920, Photo from: Andrzej Turowski, Budowniczowie swiata, Cracow 2000.
Other photos:
Nathalie Hazan-Brunet and Ada Ackerman (eds.): Futur antérieur: L’avant-garde et le livre yiddish (1914–1939), Paris 2009.
& Wikipedia Commons, http://www.ecoledeparis.org, http://www.infocenter.co, http://www.e-teatr.pl, http://www.rp.pl, US Holocaust Memorial Museum, http://www.museumoffamilyhistory.com, http://www.jewishgen.org

Full text version with footnotes published in: Lidia Głuchowska, From Transfer to Transgression. Yiddish Avant-Garde – a Network within the Universal Network of the International Movement or a Complementary One? In: Harri Veivo (ed.): Transferts, appriopriations et fonctions de l’avant-garde dans l’Europe intermédiataire et du Nord [Cahiers de la nouvelle Europe, hors serie], Paris 2012, pp. 143-168.
http://www.fabula.org/actualites/harri-veivo-sous-la-dir-de-transferts-appropriations-et-fonctions-de-l-avant-garde-dans-l_52704.php

Also to read: about “Jidyszland” in Polish press

Jego nowa twarz

Sigil of Scream

Jego nowa twarz

Chciał przymknąć okno, gdy nagły powiew wiatru poinformował go o przylocie matki. Zrezygnował więc ze swego zamiaru i usiadł z powrotem na kanapie, patrząc jak Maria przefruwa przez parapet. Kilka zgubionych ptasich piór oderwało się z jej magicznej szaty i sfrunęło na podłogę, gdzie zastygły w ostatnich promieniach pomarańczowego słońca.
– Znów nic nie robisz? – Maria spojrzała badawczo na syna, obserwującego ją z wyrazem apatii, charakterystycznym dla młodych bezrobotnych i arystokratów. – Wyglądasz jak z krzyża zdjęty.
– Bardzo zabawne – mruknął Jezus sarkastycznie i wyszedł do kuchni. Przechodząc przez korytarz słyszał jak Maria rozpina czarodziejską szatę. Widok jej nagiego ciała byłby czymś więcej, niż mógłby teraz znieść. Nigdy nie nosiła bielizny. Podszedł do zlewu i odkręcił wodę, napełniając nią nieduży puchar.
– Jest Magda? – krzyknęła Maria z drugiego pokoju.
– Nie ma – odkrzyknął ochryple. Ruchem ręki zamienił wodę w pucharze w czerwone półwytrawne. Odczekał jeszcze chwilę stojąc przy odkręconym zlewie i dając czas matce na założenie sari. Ostatnio w domu pojawiało się coraz więcej tych indyjskich bzdur. Rano budził go często zapach szafranu i olibaum. Jezus zastanawiał się jak się to skończy. Przepłukał gardło łykiem wina i wrócił do pokoju. Maria stała przed lustrem zakładając dziwne, brzęczące bransolety.
– Gdzie poszła? – zapytała nie przerywając czynności.
– Wyszła – stwierdził po prostu i wrócił na miejsce na kanapie, za stolikiem. Leżała tam duża, ciężka serweta, tkana w róże i pobrudzona woskiem. W tle na niej widniał krzyż.
– Skąd mam wiedzieć gdzie ją nosi? – „Dziwka” dodał w myślach z ponurą mściwością, ale i lekkim posmakiem przyjemności.
Maria odwróciła się od lustra i wbiła wzrok w wyblakłe oczy syna.
– Nieładnie o niej myślisz. Nie zapominaj, że jesteśmy jednością – uśmiechnęła się.
Jezus wzruszył ramionami.
– Możliwe, niemniej mogłaś mi zostawić jakąś lepszą część siebie. Wiesz, wolałbym nieco troski i uwagi, niż wieczną nimfomanię.
– Troska i opieka jest dla ludzi – odparła Maria z irytującą pewnością Wielkiej Matki. – A propos ludzi. Dzwonił ktoś do ciebie dziś rano, ale spałeś, więc cię nie budziłam.
– Kto? Przecież mamy zastrzeżony numer.
– Jakiś mistyk. Nie wiem skąd wziął nasz telefon. Wiesz jacy oni są, ci mistycy, zawsze pchają nos nie tam gdzie trzeba.
– Pewnie Franciszkanin – skwitował Jezus kwaśno. Franciszkanie irytowali go, za dużo duchowości. Zdecydowanie wolał Jezuitów – oni przynajmniej nigdy nie próbowali się z nim skontaktować.
– Będziemy musieli zmienić numer – dodał po chwili. – Jeśli jeden człowiek go zna, zaraz będziemy mieć na karku całą ich bandę. Wiesz jacy są ludzie. Wydaje im się chyba że prowadzę jakąś akcję charytatywną.
Zapobiegawczo pominął przekleństwa nawet w myślach. Wyjął z kieszeni na piersi cygaro i odgryzł końcówkę. Zapalił.
Maria usiadła na krześle naprzeciwko niego i złożyła ręce na kolanach. Gdy podniósł wzrok napotkał jej spojrzenie poza błękitnawymi oparami dymu. W pokoju robiło się powoli coraz bardziej modro. Zmierzch kładł się na sprzętach grubym kocem szarości. Aureole matki i syna świeciły coraz jaśniej w mroku, rozpraszając cienie.
– Wypalasz się – stwierdziła w końcu matka, po chwili milczenia. – Zrobiłeś się sarkastyczny i zblazowany. Kiedyś tak nie było.
– Świat jest sarkastyczny i zblazowany. Jestem mesjaszem na jego miarę. Poza tym ludzie lubią takich, to teraz modne. Może nawet zajmę się filozofią?  – odparł drwiąco, zaciągając się dymem.
– I zacząłeś palić…
– Część mojego image. W końcu jestem naczelnym magiem tego świata. Palenie zawsze było czynnością magiczną… Wiesz, władza nad ogniem i takie tam…
– Nie wiem, gdzie to cię zaprowadzi. Mógłbyś być bardziej taki… No wiesz…
– Jak Budda? – przerwał jej Jezus z ironią w głosie.
– Chociażby…
– A gdzie ten Budda, co? Facet którego nie było, nie będzie i nie ma. Pieprzone „wszędzie i nigdzie”. Sam się chyba znaleźć nie może. Wygoda dla deistów i ateistów. Mam dość tego wschodniego chrzanienia, oświecenia na haszyszowym haju…
– Jak chcesz. Nie namawiałam cię do powrotu do Indii – wzruszyła ramionami Maria – Po prostu mógłbyś mieć czasem bardziej pozytywne nastawienie. To ty sam sobie robisz gorzej…
Chciał coś odpowiedzieć ale w tym momencie oboje usłyszeli zgrzyt klucza w zamku i dźwięk drzwi uderzających o ścianę. Na klatce rozległ się śmiech, który jednak szybko zgasł. Chwila szeptów, szelest ocierających się o siebie ubrań. Odgłos oddalających się kroków i zamykanych drzwi zlały się w jedno.
– Magda wróciła – stwierdziła Maria po prostu i wyszła do przedpokoju. Za drzwiami zabłysło światło, kładąc się na dywanie w pokoju. Jezus pociągnął kolejny łyk wina, kobiece głosy w korytarzu szeleściły przez chwilę. Nie wsłuchiwał się w to. Zamknął oczy. Dobiegły go tylko urwane słowa: „znowu”, „wujek”, „porozmawiaj”, „wieczór”, „pije”… Cmoknięcie i oddalające się kroki Marii w głąb domu. Zawsze umiał poznać jej chód, nawet po dźwięku, nieśpieszny i w pewien sposób pełen klasy. Drgnął nagle gdy ktoś wyjął mu z ręki kielich. Otworzył oczy. Stała obok niego, w purpurowej, prowokująco krótkiej sukni i uśmiechała się z mieszanką troski i przekory. Choć tej drugiej było zdecydowanie więcej. Jej włosy lśniły lekko odbijając dyskretnie blask aureoli.
– Nie powinieneś pić z Graala – powiedziała miękko – Znów gnostycy i wizjonerzy będą chodzili przez miesiąc do tyłu.
Nie odpowiedział, zaskoczony jej bolesną namacalnością. Czuł teraz zapach jej perfum, zmieszany z wonią alkoholu, papierosów i dymem cygara. Mrugnęła i przysunęła sobie krzesło, siadając obok stołu, przed Jezusem. Prowokacyjnie odwróciła je oparciem w jego kierunku, tak iż widział koronkowe zakończenia jej pończoch, opinające ciasno pełne uda. Wiedział, że ma tę świadomość. Magdalena uwielbiała takie drobne zabawy, czerpała z nich przyjemność, nieodmiennie czy znajdowała się akurat w domu, w knajpie czy na wystawnym przyjęciu. Obserwowała go z rozbawieniem, bawiąc się resztką wina w kielichu. Przełknął ślinę.
– Gdzie byłaś? – zapytał wreszcie.
– Przecież wiesz. Chodziliśmy z Szatanem, tu i tam. Chciałam go zaprosić teraz, ale mówił, że ma sporo pracy.
– Nie lubię, jak się z nim zadajesz.
– Oj, daj spokój, wujek nie jest taki zły – uśmiechnęła się, mrugając z udawaną niewinnością. Była ubawiona jego reakcją. – Poza tym dobrze wiesz, że on płaci za większość naszych potrzeb. Chyba że chcesz opłacać mieszkanie ze swoich sztuczek magicznych…
Nie zripostował, nie miał na to sił. Wiedział, że miała rację. W sumie ich akcje na Ziemi szły coraz gorzej. Nie tragicznie jeszcze, niemniej kierunek był ewidentnie spadkowy. Kiedyś miał do tego więcej serca. Kiedyś go to bawiło nawet, wykorzystywanie magii do leczenia, spełniania życzeń czy zadziwiania śmiertelnych. Napędzał całą tę zabawę. Ostatecznie jednak pewne rzeczy znudziły mu się, a cuda wyszły z mody. Westchnął.
– Wypalasz się – zauważyła z troską.
– Już mi ktoś dziś to mówił.
Nie odpowiedziała, wiedziała kto. Chwilę trwała cisza, przerywana tylko tykaniem zegara, który dostał kiedyś od Ojca. W sumie nie przypominał sobie, by otrzymał więcej prezentów od niego.
– Powinniśmy wyjechać – powiedziała nagle Magdalena. – Wiesz, zmienić klimat, zmienić styl. Może coś bardziej pod Erę Wodnika? Teraz ludzie lubią takie rzeczy. Wiesz, moglibyśmy się wyluzować. Jak kiedyś. Za długo już jesteś czarownikiem dla ubogich, co to za klasa? Szkoda gadać. Pamiętasz jak byłeś Krishną? Coś takiego mam na myśli, wiesz – nowa twarz, nowe symbole, nowe imię… Coś na czasie, coś anty… O rany, zróbmy coś szalonego!
Ciemność gęstniała w pokoju. Dym zdawał się wirować i tworzyć jakieś dziwne symbole. „Może rzeczywiście,” pomyślał Jezus mętnie, czując jak głowa staje się coraz cięższa. „Może ona ma rację. Szkoda trzymać się przegranych spraw. Faktycznie ostatnio straciłem na rozmachu. Trzeba z tego wybrnąć… Tylko co wybrać? Francję? Magdalenę tam lubią. Może Stany, tam mają wielu bogów udających śmiertelników… I śmiertelników udających bogów… Będą musieli to przemyśleć… Może rano, jak się wyśpię… Nowa twarz… Nowe imię… Coś nowego? Anty…? Antyteza…? Antychryst…? Antychryst! Tak, to może być to…”
Magdalena dopiła wina z kielicha patrząc spod przymrużonych powiek na zasypiającego mesjasza.

***

Strona internetowa autora

Seeds

Waldemar Okoń
SEEDS – NASIONA

dendelion

Kolejna wystawa malarstwa Natalii Okoń-Rudnickiej dedykowana jest rzeczom ulotnym i ludziom wrażliwym, którzy nadal wierzą, że sztuka ma sens, a jej uprawianie i oglądanie nie jest jedynie w miarę wygodną i zanikającą formą spędzania czasu. Jak wiemy malarstwo potrafi zatrzymać na wieczność jedną chwilę, ale umie ją również zintensyfikować, jest trwałe  i nieustannie przypomina o nietrwałości tego świata poprzez swa kruchość oraz istnienie jedynie w świetle, które tak łatwo jest zniszczyć lub unicestwić. Malarstwo wskazuje na naturę, którą powinniśmy naśladować i spod praw tej natury stara się wyzwolić, łącząc na obrazach to, co w rzeczywistości nigdy połączeniu nie podlega, stwarzając światy groteskowe i poprzez to prawdziwe, surrealne i dzięki temu sięgające w głąb wewnętrznej, a nie jedynie zewnętrznej kondycji świata.
OutSideTheRiver

Wystarczy również popatrzeć na obrazy Natalii, aby zrozumieć, że najwyższa ze sztuk – poezja może objawiać się w tym co wizualne, nie tracąc przy tym walorów jak najbardziej sensualnych i dekoracyjnych.
Nasiona

Piszę o tym, ponieważ w malarstwie tej młodej artystki dostrzegamy niemal barokowy przepych kolorów w połączeniu z bardzo precyzyjną formą rysunkową, odniesienia do tego co najtrwalsze i najważniejsze w naszym życiu: naszego wizerunku – twarzy, naszych bliskich, naszej sztuki, która niekiedy prowadzi nas w stronę odwiecznych symboli – polecam „Głowę na talerzu”, „Motyle”  i „Bliźnięta”, jednocześnie nie zapominając o tym, że malarstwo jest próbą odpowiedzi na wyzwanie rzucane nam przez sensualność świata i właśnie w tej zmysłowej i cokolwiek aintelektualnej sferze powinno się najpełniej spełniać i realizować.
Warhol2013

Stąd zaistniałe na naszej wystawie piękne „Trzy zmysłowe kury”, ale też „Posiłek kaczki” i rozliczne „Zabawy”, których głównym bohaterem jest dziecko zanurzone w cokolwiek metafizycznej przestrzeni tego co dzieje się tu i teraz będące również projekcją całej, miejmy nadzieję, szczęśliwej i dobrej przyszłości.
W_ogrodzie

Malarstwo Natalii Okoń-Rudnickiej zawiera bowiem w sobie opowieść o życiu, które winno być dobre i szlachetne, o zabawach, które wprawdzie przemijają, ale pozostawiają w nas na długo delikatną pamięć szczęścia, o przeciwnościach, które można pokonać, a wszystko podane w urokliwej, lekko ironicznej poetyce charakteryzującej sztukę, z którą dobrze się mieszka i która może być dla nas źródłem nieustannie odkrywanych malarskich i poetyckich radości. Taką radość w dzieciństwie przynosiły nam dmuchawce, które potrafiliśmy zamienić w deszcz unoszących się ku słońcu nasion, ulotny i jednocześnie bardzo konkretny, służący zabawie i powstawaniu nowego życia. Pamiętajmy, że sztuka to według słynnej definicji Szekspira „powietrzne nic” i być może dlatego warto ją uprawiać i o niej myśleć.

zabawy

I zupełnie na koniec – w dzisiejszym konsumpcyjnie nastawionym świecie artyści niekiedy wybierają właśnie konsumpcjonizm jako temat i swoistą strategię swojej sztuki. Obrazy Natalii też starają się ukazać niebezpieczeństwa (liczne) i zalety (nieliczne) takiego stylu życia. Można je kupić, można też zamówić u Artystki „odręczne” wykonanie szeregu projektów pokazanych w formie „maszynowych” wydruków na płótnie. Nowe technologie nie zmieniają jednak podstaw sztuki malarskiej, w której liczą się przebłysk  wyobraźni utrwalony w trwalszym niż ona sama medium oraz, tak od początku istnienia ludzkości, oko i ręka malarza.

***
Inne prace można zobaczyć na stronie Natalii Okoń

Jajko czy kura?

Dorota Cygan

Jajko czy kura? Pascal Mercier i Bille August: Nocny pociąg do Lizbony

Niemiecki  ma poręczną formułę na to, do czego Was będę namawiać:  sich auf den Film einlassen, czyli po naszemu: poddać się akcji filmu. Usiąść i pozwolić się nieść obrazom. Nie tylko dlatego, że obrazem film żyje, ale i dlatego, że dzisiejszy film kinowy w zasadzie na obraz stawia bardziej niż kiedykolwiek w przeszłości, a to dzięki oszałamiającym możliwościom technicznym,  przyzwyczajeniom odbiorców wychowanych w kulturze obrazkowej oraz coraz młodszej widowni. Skoro więc obraz dominuje, to dialogowi pozostaje rola dekoracji. Nawet niedawny debiut reżyserski Dustina Hoffmanna, skądinąd niezły, chwalony z powodu trafnych dialogów pełnych celnych ripost, ostatecznie nieco pozostaje w tyle za rozbudzonymi oczekiwaniami. Na dialog (ale i na obraz też!) postawił  ostatnio jedynie Tarantino: niezłe dialogi, ale z kolei podlane ostrym sosem bryzgającym z odstrzeliwanych na ekranie strzępów ludzkich.  No cóż, jak Genuss to Tarantino.

Na filmie, o którym tu mowa, taki atak na wrażliwość Wam nie grozi. Więc spokojnie pójdźcie na Nocny pociąg do Lizbony, wygórowane oczekiwania zostawiając w domu – najlepiej dla własnej kreatywnej działalności. Siadając w fotelu na 150 minut z okładem  dajcie się nieść obrazom.

A jak to osiągnąć?

  1. Nie brać przedtem do ręki żadnej recenzji – a jeśli już, to najwyżej po to, by zawinąć weń kromkę chleba z pasztetem udając się do muzeum NRD.
  2. Patrzeć w zachwycie na ładne twarze – bo to one są punktem wyjścia (i dojścia), a także głównym uzasadnieniem dla stworzenia tego filmu (zresztą fascynacja portretem najwyraźniej była  także dla autora powieści istotnym impulsem). Jedne twarze piękne świeżością i arystokracją ducha –  a inne dlatego, że przeorane życiem i doświadczeniem.
  3. Uzupełniać z pamięci kadry ze szwajcarskiego Berna i Lizbony – a jako ludzie bywali w świecie doskonale to potraficie zrobić. Nawet słabsza pamięć podsunie Wam niejedną inspirującą impresję – a jak wiemy proces patrzenia (podobnie jak proces czytania) jest aktem twórczym i polega także na dopowiadaniu, dokłamaniu itp. Nawet sam autor powieści przyznaje, że nie musi znać dobrze Lizbony (i w zasadzie jeździ w takie miejsca tylko dla porządku), aby ją uczynić miejscem akcji. Pamiętamy wszak, że miasto to też bohater – któremu przypisujemy cechy materii ożywionej lub nawet ludzkie (miasto jako markę spopularyzował u nas jako pierwszy Marek Krajewski w serii kryminałów z Wrocławia, zaś w międzyczasie i Berlin – nieco spóźniony – ma już pokaźną półkę kryminałów swojej marki, nie mówiąc o odcinkach telewizyjnych Tatort kręconych na przemian w stolicach niemieckich Landów (tak, wiem,  ja też nie lubię tego spolszczenia)).
  4. Wyłączyć umiejętności analityczne i strukturalistyczne ciągoty, czyli to, czego nabyliście na studiach lub w trakcie praktyki zawodowej. One bowiem pozbawią Was podwójnej przyjemności.

Dlaczego podwójnej?

Otóż dlatego, że zaraz namówię Was na  lekturę książki po – a nie przed filmem.  Nie dlatego, że jestem z generacji kupującej Das Buch zum Film (czy istnieje w Polsce tak idiotyczna kategoria?)  z wyeksponowanymi fotosami aktorów na okładce. Tym bym sobie (w moim wieku) akurat schlebiła, he he, bo jednak na ogół patrzę z dezaprobatą na tzw. światło strony w takich publikacjach i rozdmuchaną czcionkę. Zatem dlaczego?  Z wewnętrznego przekonania, że należy z obu mediów czerpać to, co najlepsze. Jeśli film ma do zaoferowania twarze i obrazy, to należy po nie sięgnąć i je sobie przyswoić. A następnie wypełnić tę piękną pustą formę ambitniejszą treścią – bo tu akurat ta powieściowa nas nie rozczaruje. Czy to ma szansę zafunkcjonować, a media nie pokłócą (nie zakłócą) się w tym odbiorze? Nie, raczej świetnie się uzupełnią. Z pomocą przyjdzie Wam doskonała i wielkoduszna przypadłość ludzkiej pamięci – zdolność do zapominania i uzupełniania braków i luk. Człowiek przy co drugiej stronie pomyśli: mhm, dziwne, nie pamiętałem tego epizodu. Czyli będzie działać! Ten nowy epizod  wejdzie w alians z obrazem i stworzy udaną całość – czyli nową jakość.

A czy potem się będziecie zastanawiać nad intertekstualnością niektórych pomysłów narracyjnych szwajcarskiego autora, nad filozoficznymi implikacjami sceptycyzmu językowego i jego literackimi prefiguracjami w literaturze światowej, to już zależy od kulturowego stempla, który odcisnęły w Waszych głowach uniwersytety i inne miejsca znane z trwałego acz nadmiernego nacisku na osobowość. Film Wam tego nie odbierze – ani tej rozrywki intelektualnej, ani tej męki analitycznej. Nie dajcie więc sobie odebrać tej prostej przyjemności obejrzenia filmu, dla samego sprzeciwu nie stając po stronie malkontentów i samozwańczych znawców kina, którzy zapominają, iż jego główna siła tkwi nie w konstrukcji akcji, tylko w tworzeniu iluzji – jeśli trzeba, to nawet iluzji dobrego filmu. Nie żałujcie paru groszy na tę podróż w inną estetykę, inne miejsca i inne czasy. Niech żyje średni produkt o dużej sile uwodzenia!

Skąd ta siła, nie pytajcie mnie. Nawet sam autor, po ciężkich walkach ze sobą zawarłszy pokój z reżyserem, przyznaje, że  z  tego, co dają z siebie wszyscy twórcy produktu finalnego, zostaje bynajmniej nie indywidualny i niepowtarzalny touch każdego z nich, ale coś, co naukowcy nazywają stałą antropologiczną, dzięki której produkt jest czytelny w każdym zakątku świata. To dzięki tej ścieżce odbioru mogę przypuszczać, że wyjdziecie z filmu z podobnymi uczuciami jak ja.

A jaka jest sama książka? A o to – to już zapytajcie Ewę. To ona mi to uczyniła.

Wojna z Niemcami

Dramatyczny koniec dzieciństwa. Dwa tygodnie temu moja teściowa Zofia Slaska we wpisie “1945” opowiedziała o tym, jak stała się dorosła, gdy umarła jej matka, przedwczoraj wiersze Romana Brodowskiego zaprowadziły nas w świat 15-letniej dziewczyny zesłanej do obozu pracy na Syberię, a mnie przypomniał się fragment książki mojego Ojca, opowieść o 12-letnim chłopaku, który ściął drzewo.

Dariusz Bogucki, z autobiografii “Śladami życia”

Od początku roku 1939 zagrożenie wojną zaczęło się coraz bardziej uwidaczniać, a latem bardzo się nasiliło. W maju, kiedy miał przemawiać w Sejmie minister Beck, zawieszono w szkole lekcje i zebrano nas w świetlicy, abyśmy mogli wspólnie wysłuchać jego mowy nadawanej przez radio. Podczas wakacji tego lata często chodziliśmy na stację kolejową i obserwowaliśmy przejeżdżające transporty wojska. Był to czas, gdy całe nasze kieszonkowe przeznaczaliśmy na papierosy, które małymi paczuszkami wrzucaliśmy żołnierzom na wagony. Pod koniec sierpnia Mama i babcia Krynicka, która zjechała do nas na wakacje, okleiły wszystkie okna paskami papieru na krzyż, a ja razem z Jackiem wykopałem w otaczającym dom lasku schron przeciwlotniczy, który na razie służył nam do zabawy, czasem jako kryjówka, a czasem okop czy przeszkoda do pokonania w harcerskim biegu patrolowym. Pomimo tych przygotowań żyliśmy spokojnie, tym bardziej, że nie mieliśmy radia, a gazetę kupowało się raz na tydzień.
Tak więc w piątek 1 września, nic jeszcze o wybuchu wojny nie wiedząc, Mama z samego rana pojechała do Pruszkowa, a my po śniadaniu poszliśmy z Babcią do dosyć odległego sklepu. W pewnej chwili na niebie zaroiło się od samolotów, usłyszeliśmy strzały i odległe wybuchy, a potem poczuliśmy wstrząs. Bliski wybuch ogłuszył nas zupełnie, a w powietrzu pojawił się biały gryzący dym. Babcia, wyraźnie przerażona, porwała nas za ręce i biegiem wróciliśmy do domu. W panice zamknęła okna i zaczęła nakładać nam na twarze mokre tampony, myśląc, że biała chmura to gaz, ale to był tylko swąd spalonego ładunku wybuchowego i kurz. Sprawdziliśmy później, że niedaleko nas, spadł na łąkę zestrzelony niemiecki bombowiec, a wyrzucona przez niego tuż przed upadkiem bomba, wybuchła w lasku, leżącym za płotem naszej parceli.

Taki był, zapamiętany przez niespełna dwunastoletniego chłopca, początek wojennego okresu, objawionego strachem przed bombami i dławiącym niepokojem o Mamę, bo nie była z nami, tylko tkwiła w dalekim Pruszkowie. Dla nas wyobrażalną miarą odległości była Warszawa, a dalej to już było tylko nieokreślone “gdzieś tam” i tam utkwiła Mama. Jednak, choć w najbliższym zasięgu nic się nie działo, groza wojny zagarniała nas powoli, docierając odgłosami bombardowania Warszawy i widokiem walk powietrznych, które często mogliśmy obserwować. Natomiast, jak ta wojna w rzeczywistości przebiegała, wiedzieliśmy tylko ze słyszenia, od sąsiadów, którzy mieli radio i od nich dowiedzieliśmy się, że Anglia i Francja wypowiedziały Niemcom wojnę. To jednakże było gdzieś daleko, a tu leciały na Warszawę bomby i zaczęły doskwierać braki, bo od pierwszych dni załamało się zaopatrzenie i ustalone formy życia. Szkoła była zamknięta, przestała działać elektryczność, skończyła się nafta i nie było chleba. Jednak Babcia potrafiła jakieś pożywienie zdobywać, jeszcze więc nie odczuwaliśmy głodu, tylko niedostatek.

Po tygodniu wróciła Mama, idąc z Pruszkowa przez Warszawę piechotą. Przyprowadziła kilku znajomych z pracy i przyniosła wiadomości o tym, co się dzieje. Dla dorosłych był to na pewno obraz bardziej przerażający niż dla nas, dzieci, bo choć mieliśmy wyobraźnię rozwiniętą, ale przecież nie znaliśmy tego realnego świata, który w huku bombardowań walił się w gruzy. Przybycie Mamy zmniejszyło jednak poczucie zagrożenia i wprowadziło jakby element ładu do naszego życia. A w ślad za Mamą zaczęli przewijać się przez nasz dom znajomi czy nawet obcy, uciekinierzy czy ewakuowani przed nadchodzącymi Niemcami. Każdy zostawiał jakieś wiadomości, które pogłębiały poczucie chaosu i zagrożenia, spotęgowane wieścią, że wojska sowieckie wkroczyły do Polski i bijemy się na dwa fronty. Wszystko to brzmiało strasznie, ale było jakby abstrakcyjne, zaś najbardziej przeraziła nas opowieść Wuja Jasia Krynickiego, który zajrzał do nas, aby chwilę wytchnąć. Szedł z brygadą remontową, piechotą od Torunia, przed cofającymi się polskimi oddziałami, cały czas naprawiając, niekiedy pod ostrzałem, linie kolejowe niszczone bombami Niemców. To już była relacja bezpośrednia od kogoś kto w tym koszmarze brał udział.

Dzień wkroczenia Niemców zapowiadał się taki sam jak poprzednie, dostaliśmy już swoją poranną porcję placków kartoflanych, smażonych na suchej patelni, bo chleba ani tłuszczy od dawna już nie było, i siedząc na ganku przed domem słuchaliśmy dalekiej kanonady artyleryjskiej, która od kilku dni do nas docierała, świadcząc, że front się zbliżył. I wtedy, w ten stan bezruchu jakby, kiedy wszystkie zmysły nastawione były na słuchanie, wtargnęli Niemcy. Zaroiło się wokół od groźnych postaci w hełmach i szarozielonych mundurach, z wycelowanymi w nas karabinami. Zamarliśmy i dopiero po chwili Mama powiedziała do nich parę słów po niemiecku, na co opuścili broń, zawrócili ku drodze i odeszli. A zanim zdążyliśmy ochłonąć, ulica wypełniła się wojskiem. Szła piechota, ciężko toczyły się działa i jeden za drugim sunęły wielkie ciężarowe samochody. Pod wieczór ten wojenny walec zatrzymał się, Niemcy zajęli szkołę i okoliczne domy, ale nas zostawiono w spokoju.

I tak, mimochodem jakby, znaleźliśmy się w łapach okupacji niemieckiej. Wprawdzie gdzieś niedaleko nas wojna trwała nadal, jednak myśmy tu na miejscu, już ją przegrali. Wciąż słyszeliśmy artyleryjską kanonadę i ciężkie wybuchy bomb od strony Warszawy, i to znaczyło że miasto się broni. A kiedy te odgłosy po kilku dniach ustały, wiedzieliśmy – Warszawa padła. Potem dotarła do nas wiadomość, że działania wojenne się skończyły i że teraz nasze wyzwolenie zależy tylko od Francji i Anglii, ale o tym co się tam dzieje żadne wiadomości do nas nie docierały. O bliższym nam świecie dowiadywaliśmy się z ust do ust, bo ani prasa ani radio nie działały. Tym sposobem dotarło do nas, że Warszawa jest bardzo zniszczona, ale można się dostać za Wisłę, bo Niemcy uruchomili most pontonowy. Sulejówek stopniowo pustoszał. Odeszli najpierw przyprowadzeni przez Mamę znajomi, a potem Ona sama wyruszyła do Pruszkowa, bo tu na miejscu żadnej pracy by nie znalazła. I tak jak w pierwszych dniach wojny, zostały dwie stare kobiety i trzech chłopaków.

Byłem najstarszy, więc siłą rzeczy, ile mogłem i potrafiłem, pomagałem Babci w zdobywaniu pożywienia i opału. Przede wszystkim zbierałem informacje, gdzie można coś kupić i pomagałem dźwigać. Oczywiście w żywność można się było zaopatrywać tylko bezpośrednio “u chłopa”, tworzyły się więc małe grupki sąsiadów i ruszaliśmy gromadnie na wieś, skąd przynosiło się ziemniaki i warzywa, a czasem nawet jajka czy kurę.  Zbierałem też po domu i sąsiadach resztki stearyny i robiłem z tego nowe świece, bo elektryczności i nafty do lamp wciąż brakowało. No i zaopatrywałem dom w drewno na opał.

Ściągałem z okolicznych lasków suche gałęzie i wyrywane z ziemi korzenie, a nawet całe kłody czy pniaki. Co było za grube, żeby można było przenieść, ciąłem piłką stolarską lub rąbałem siekierą na miejscu, a młodsi bracia ściągali to pod dom. Część szła od razu na opał, ale rosła też duża sterta zapasu na zimę. Kiedy okoliczne laski oczyściłem, ściąłem jedna po drugiej dwie dorodne sosny, rosnące tuż pod domem. Wybrałem je, bo zasłaniały światło w oknie naszego pokoju. Nie miałem dużo siły ani odpowiednich narzędzi, więc położenie jednego drzewa zajmowało mi cały dzień, a potem wiele dni rąbałem i piłowałem, aby wszystko mogło służyć na opał. Babcia Krynicka patrzyła na to co robię z troską, ale widocznie uznała moją działalność za konieczną, bo nie protestowała.

Nie wiem, czy starczyłoby tego drewna na całą zimę, bo pod koniec października przyszedł sołtys i powiedział żebyśmy sobie szukali mieszkania gdzie indziej, bo Niemcy zajmują tą część Sulejówka i wszyscy Polacy mają się wynosić. Babcia Krynicka, która do tego momentu działała sprawnie i skutecznie, wyraźnie załamała się w bezsilnej bezradności, a ciocia Bronia, od początku wojny jakby otumaniona, teraz zapadła się w całkowite, bezradne otępienie. Na szczęście zanim nadszedł zapowiedziany dzień wysiedlenia, wróciła Mama z wiadomością, że dostała mieszkanie w Pruszkowie i że się tam zaraz przenosimy.

Mama wynajęła na wsi dwie furmanki, załadowaliśmy na nie cały nasz dobytek z meblami i pościelą i ruszyliśmy. Po drodze, kiedy już pod wieczór czekaliśmy w kolejce furmanek i samochodów na przejazd mostem pontonowym, z jadącej z tyłu furmanki złodzieje ukradli nam tobół z lepszą pościelą, ale była to jedyna strata poniesiona w tej podróży. Przenocowaliśmy w Warszawie u Karpińskich i następnego dnia, pobieżnie odgruzowanymi po bombardowaniach i oblężeniu  ulicami, wśród ruin zniszczonych domów, pojechaliśmy do Pruszkowa.

Cała książka: Wydawnictwo Bernardinum (seria Poznaj Świat), Pelplin 2009 ISBN 978-83-7380-741-9

Szaleństwo Szamana (reblog)

swiatynia-krzyku

Autor, Sigil od Scream, odezwał się na tym blogu komentując wiersze Krzysztofa Pukańskiego. Oczywiście – zawsze się tak robi – zajrzałam z kolei ja na jego stronę i znalazłam tajemnicze wiersze tajemniczego poety. Wczoraj była tu u nas poezja “prosto od serca”, dziś proponuję w charakterze reblogu wiersz z mrocznych głębin:

Sigil of Scream
Szaleństwo Szamana

Matko-Chmuro
Czy pamiętasz?
– Nocą jadłem mięso twoje –
Tam, na Szklanej Górze, cmentarz
Był mym dziecinnym pokojem.

Ojcze-Gromie,
Ojcze-Ptaku,
– Zdarłeś z żeber moją skórę –
Trzydzieści kamiennych haków
Otacza mnie dzisiaj murem.

Babko-Czaszko
Wyszczerzona,
Zębami bielejesz w mroku.
Z twego kościstego łona
Czerpię garść klątw i uroków.

Dziadku-Głazie
Od krwi rudy,
Co nie widzisz – jednak słuchasz.
Na twym grzbiecie, palcem chudym
Wydrapuję glify ducha.

Słów mych córki,
Żono-Rzeko
Ciemny deszczu, zimny grobie
Śpiewam wam dzisiaj dlatego,
Że nic nie wiem już o sobie.

Pamięć moją mchy porosły,
Ciotka-Zamieć ją porwała.
W moim domu rosną osty,
Duch się włóczy gdzieś, bez ciała.

Chichocze, wiatr chwyta w ręce,
Piachem miota w strony obie…
Czym ja snem, czy potępieńcem?
Nic już nie wiem,
Nic o sobie…

28 stycznia 2013

Syberia

Dramatyczny koniec dzieciństwa. Ten temat był już u nas na blogu i na pewno będzie jeszcze wielokrotnie powracać.

Po publikacji u nas na blogu tekst “Cioteczka Lidzia” ukazał się drukiem w monachijskim kwartalniku dla Polonii “Po prostu” (Lato 2013)

Roman Brodowski
Cioteczka Lidzia

Kiedy przed wielu laty, pewnego letniego popołudnia 1975 roku, odwiedziła moją rodzinę nieznana mi dotąd Cioteczka Lidzia, mój dotychczasowy świat, świat zbudowany na tzw. fundamencie faktów historycznych oraz prawd ideowych, jakie otrzymałem w procesie kształcenia, runął jak przysłowiowy domek z kart.

Kim była Cioteczka Lidzia? Dlaczego jej wcześniej nie widziałem? Dlaczego ojciec mój nigdy nikomu o niej nie opowiadał?

Odpowiedzi na te jak i wiele innych a dotyczących jego przeszłości pytań zabrał na zawsze ze sobą w drogę ku niebiosom. Wiem, że była jego przyjaciółką, towarzyszką dziecięcych zabaw, ukochaną kuzynką, pierwszym obiektem miłosnych westchnień.

Niestety, wojenna zawierucha rozdzieliła oboje na wiele, wiele lat. Rozstali sie bowiem w okresie beztroskiego dzieciństwa, by ponownie się spotkać, gdy ich życie zaczęło nabierać barw wczesnojesiennych, a ich zegar biologiczny dawno przekroczywszy półmetek odmierzał czas szybciej i szybciej, przybliżając się do coraz mniej odległej granicy przemijania.

Na ich drodze zabrakło niestety najpiękniejszego z okresów, a mianowicie lata.

Sytuacja i miejsce, w jakim się znaleźli nie pozwoliły im cieszyć się owocami dorastania, nie pozwoliły na pierwsze miłosne uniesienia i rozterki, na niczym nie zakłócane kształtowanie się ich osobowości czy światopoglądu, na ukończenie wybranych szkół, na postrzeganie rzeczywistości poprzez pryzmat różowych jeszcze szkiełek, na marzenia.

Zamiast tego rzuceni zostali na wezbrane wody bezlitosnej, krwawej historii.

Ich pokolenie uwikłane w największy spektakl zbrodniczego teatru ery nowożytnej,  wyreżyserowanego przez fanatycznych zbrodniarzy jakimi byli Hitler i Stalin, zmuszone było do walki, o przetrwanie, o chleb, o godność człowieka, o wolność.

Na początku 1940 roku, na mocy dekretu Stalina, okupująca nasze ziemie wschodnie, Armia Czerwona, a ściślej mówiąc NKWD rozpoczęła czystki etniczne i wysiedlania. Tysiące Polaków wymordowano lub zesłano na wieloletnią tułaczkę w głąb Związku Radzieckiego, do Kraju Krasnojarskiego, do Komi, na Ziemię Irkucką, do Omska, Kraju Ałtajskiego czy też do Kazachstanu, nie wspominając znanej i znienawidzonej Kołymy.

Wszędzie, gdzie w niewolniczej pracy, z głodu, z wyczerpania, zimna oraz chorób umierali zesłańcy, w każdym zakątku Syberii można było spotkać naszych rodaków. Także członków mojej rodziny, także niespełna piętnastoletnią Ciocię Lidzię wraz z matką i bratem (ktòry nie przeżył zesłania).

Do kraju powróciła (wraz z mężem, którego poznała na Dalekim Wschodzie, oraz małą córeczką) w 1961 roku. Jako repatriantka otrzymała mały domek na ziemiach odzyskanych (niedaleko Brzegu Dolnego) tuż nad Odrą, gdzie spędziła resztę swojego życia, z dala od mrozu, poniewierki, oraz nieludzkiego traktowania.

Przy każdym spotkaniu ze mną wspominała o tym co nigdy nie powinno było się wydarzyć w człowieczej, bogowiernej rzeczywistości. Wspomnienia te utrwaliłem w wierszach.

Ojca mojego Niemcy wysłali do pracy przymusowej w kopalni soli w Salzburgu w 1942 roku, w ramach pacyfikacji Zamojszczyzny oraz oczyszczania terenów z „grup bandyckich“ czyli polskich partyzantów.

Nawet nie próbuję sobie wyobrazić tego, co musiał przeżywać ten (wòwczas) niespełna szesnastoletni chłopiec. Z dala od najbliższych, w obcym wrogim kraju, zmuszony do wykonywania najcięższych prac, poniżany i bity.

Wiem jedno, że trauma spowodowana przeżyciami tamtych dni pozostała w nim do śmierci. Był zamknięty w sobie, nieufny, szukał wewnętrznego wyzwolenia, ale był jednocześnie dobry, troskliwy i opiekuńczy. Tak go można opisać w kilku słowach. Chociaż nie potrafił tego okazać, wiedziałem, że w jego sercu zawsze było miejsce na miłość.

Na początku 1945 roku, kiedy wojska hitlerowskie przegrywały na wszystkich frontach, a losy wojny zostały już przesądzona, udało mu się wraz z kilkoma towarzyszami niedoli uciec z obozu pracy, przedostać na Zachód i w końcu dotrzeć do wojsk alianckich, do armii francuskiej generała de Gaulle’a. Tam doczekał zwycięstwa nad faszyzmem, oddając swój wkład nienawiści z bronią w ręku. Nie wiedział wówczas, że zwycięstwo nie oznaczało wolności i suwerenności naszej ojczyzny.

Ufny powrocie do Polski wiosną 1946 roku i jako repatriant z Zachodu musiał odbyć wielomiesięczną „kwarantannę“ pod opiekuńczym i czujnym okiem funkcjonariuszy UB.

Te dwie krótkie biografie, dwie pisane łzami i cierpieniem historie są podobne tysiącom innych, jakie zdarzyły się w okresie drugiej wojny światowej oraz podczas hegemonii sowieckiej również po jej zakończeniu. Te historie stały się dla mnie inspiracją do powstania cyklu wierszy upamiętniających wydarzenia tamtego okresu.

Historia listu z piekła

Wyrzucona z ciemnego wagonu
Pofrunęła niby piórko, płatek
Poszarzała, zapisana kartka
List w nieznane do nieba, do świata.

Wiatr ją porwał wysoko obłokiem
Nad korony drzew stojących wieki.
Byle dalej od drogi cierniowej,
Byle bliżej syberyjskiej rzeki.

Rzeka wzięła w chłodne swe ramiona
I kołysząc poniosła ku brzegom.
Ku przystani wiecznego spoczynku
Zostawiając na srebrzystym śniegu.

Ktoś ją znalazł po latach nad wodą
I przeczytał słowa, w pośpiechu pisane.
Łzy spłynęły po twarzy rzęsiście…,
To był list do mateńki kochanej.

Takich listów można znaleźć wiele
W syberyjskiej nieznanej przestrzeni.
To leżące, prawdziwe historie,
Dramat ludzi na nieludzkiej ziemi.

Żory, 17.11.1985

Sen.

Białe łabędzie podobne aniołom
Tańczyły po błękitnobiałym
Jak na wodach oceanu bezkresie.
Niby kujawiaka, niby walczyka.

Drzewa okryły swe nagie ramiona
Barwami wiosennego kwiecia
Zaprosiły pszczelą armię robotnic
Na ucztę pańskiego zwiastowania.

A w kuchni moja mateńka
Świątecznym, słodkim porankiem
Moich kolejnych urodzin,
Kroi pachnący miłością chleb.

I tylko czekać kiedy wejdzie?

Wstawać! Na rabotu swołocz,
Obudziła mnie rzeczywistość,
Mojej sybirackiej niewoli,
Głosem czarnego anioła piekieł

A we mnie pozostał sen.

Żory, 21.11.1982

Zsyłkowe Boże Narodzenie

Dzisiaj jest u nas chyba święto.
Na dworze zimno, mróz siarczysty.
A do brukwianki dołożono smalec
I kromkę chleba z prawdziwego ziarna.

Sąsiad leżący na pryczy złożył ręce
W modlitwę ku wiecznej nadziei.
Nie wiedział do kogo kierować słowa…,
W baraku brak miejsca dla Bożej łaski

A jeszcze wczoraj było tu piekło
Ludzie kopali rowy w zmarzlinie
Dłonie podobne szkieletom
Pieściły łono syberyjskiej ziemi.

Wiatr chłostał człowiecze ciała,
Wrzody jak wulkan sączyły krew
Gasnące oczy błagały o sen
A sałdaty niby bogowie tego świata
Cierpliwie czekali pokłonu upadłych

Tak, dzisiaj na pewno jest święto
Cienie całują sklecony brzozowy krzyż
Ktoś zaintonował wyrwaną z pamięci pieśń
Pamiątkę po ojczyźnianej wigilijne nocy

Bóg się rodzi, moc truchleje.., a potem!
– Cichy syberyjski szloch –

Żory, 18.12.1984

 Pokłon nieznanej historii.

Jeszcze nie poznałem jednej zbrodni,
Jeszcze nie pojąłem bezsensu cierpień,
Jeszcze nie zwarłem rąk w modlitwie
A tu Miednoje, Katyń, Charków.

Nazwy ukryte w ustach milcząco
Czekały czasu swego objawienia.
Szept wypełniał pustą przestrzeń,
Chroniąc tajemnice jednej prawdy.

Wspomnienia cieni stojących za drzwiami,
Historie pisane strachem bezimiennych
Elegie czytane przy świecach, w półmroku,
I krew pachnąca ofiarą dla ojczyzny,

Kłamstwo jest dzisiaj w nas niby prawda,
A prawda, nasza prawda nadal w konspiracji.
Tam umarli od lat krzyczą spowici niesławą.
Czekając kolejnej odsłony bożego zamierzenia

Żory,  24.11.1985

Dlaczego?

Wysłałem prośbę do Boga
W bieli odzianą niewinność
Ocaloną cudem z przedołtarza
Na ofiarę wiecznego przymierza

Na śniegu ślady martwych okrętów
Ramiona sosen rzucone starością
Niby symbol ostatniej posługi.
W modlitewnym splocie konarów

A na małej ukrytej wysepce
Życie kiełkuje prostą nadzieją,
Jak ziarno na wietrznej skale
Rzucone bezmyślnie, w ekstazie.

Tu nikt nikogo nie pyta o Żywych.
Syberia zaciera ślady nienawiści,
Zmurszałe krzyże przestają płakać,
I nikt już nie mówi o czasie zagłady.

Wysłałem moją duszę do Boga
Z pytaniem o sens cierpienia…,
Bez odpowiedzi wciąż milczy,
A na pòłnocy pod śniegiem
Świadek koronny – ziemia.

Żory, 14.09.1986

Syberia

Powiadają że Syberia jest bogata,
Że kto szuka długo i wytrwale
Może znaleźć złoto, gaz, diamenty…,
Ja znalazłem – krople krwi na skale.

Powiadają, na Syberii rośnie tajga
Pośród sosen ślady dzikich zwierząt…,
Ja spotkałem krzyże przy konarach,
Pamięć po tych co pod nimi leżą.

Powiadają że Syberię pokrywają śniegi,
Białe, srebrzą się w promieniach słońca,
Na tym śniegu perły z łez powstałe…,
I cierpienie, cierpienie bez końca.

Tak, w Syberii można spotkać wszystko
Lecz najwięcej człowieczej niedoli
Ciężka praca, głód, śmierć na zesłaniu…,
Gorycz życia w sowieckiej niewoli.

Bo Syberia jest jak jak Bóg, jak wiara.
Wszyscy wiedzom że ona istnieje.
Każdy pragnie, lecz nikt się nie stara…,
Wiatr roznosi ludzkich losów dzieje.

Berlin, 21.09.2002

 Przy gwiazd orszaku

Jak zwykle w nocy pracowałeś,
Dłonie twe brudne są od ziemi
Kopałeś doły mój kochany?…,
Jesteś dziś taki dziwnie niemy.

Chowasz twą smutną tajemnicę
W duszy goryczą wypełnionej
I nie wiesz, że ja wszystko czuję
Kochanie masz przed sobą żonę.

Wiem, ty chowałeś naszych braci
Przy gwiazd orszaku w ciszy mroku
Ty oddawałeś wolnych niebu
Oni tam mają czas na spokój.

Przytul się do mnie i odpocznij,
Pomyśl, nam kiedyś będzie lepiej
Myśleć nam wolno, nikt nie słyszy
Jak dobrze że my mamy siebie.

Tak bardzo chciałabym pomarzyć
Pieścić ustami słodkie czereśnie,
Poleżeć w trawie tam, w Zamościu,
A nie umierać tu, przedwcześnie.

Niestety nie wiem jak się marzy
W sercu mym pustka, beznadzieja
Historia może nas zapomnieć,
Lecz nie zapomni matka ziemia.

*

Moja Cioteczko, Ciociu Lidziu
Czarę goryczy którą sączyłaś
Wylałem w strofach mej poezji
Na pamięć tego, coś przeżyła.

Dziś, długo w nocy pracowałem
Myślałem o tym coś mi rzekła
Dziękując Bogu że wróciłaś
A mówią, – nikt nie wraca z piekła!

Berlin 21.01.1993

Prawie modlitwa

Napisałem jeszcze jeden prosty wiersz
Syberyjskim korytem rzeki popłynęły myśli
Wypełniając pustą, białą śnieżną przestrzeń
Mieszanką dziwnie niepojętej gry w historię.

Sakro-profanne siły uwięzione we wnętrzu
Błędnej interpretacji ludzkiego sumienia
Jak dzwon wzywający na anioł pański,
Zagłuszały łkanie bezpańskiego logosu.

A wiara wypływając z proroczych ust
Tańczyła między strofami psalmów.
Chwytając ledwo słyszalne „Gloria“
Oddalała się coraz bardziej od źródła.

Tylko na ziemi już dawno umarłej
Na której śnieg pachniał szkarłatem
Błąkały się zagubione dusze przeszłości
Wołając o pamięć dla miejsc świętych

Berlin 11.07.2003

Wiosna

Lubię patrzeć przed siebie,
Gdy zima roztopem odpływa
Wystarczy rękę wyciągnąć
By złapać w dłonie wiosnę.

Lubię patrzeć przed siebie,
Gdy tajga do życia się budzi
Wystarczy podejść do sosen
By ujrzeć czas przebudzenia.

Lubię patrzeć przed siebie
Gdy wokół wrzawa wiosenna
Wystarczy posłuchać wiatru
By słyszeć ptasie śpiewanie.

Lubię patrzeć przed siebie
Zamknąwszy oczy, marzyć
By poczuć dom mój rodzinny
Kwitnące jabłonie i bez.

Berlin, 21.04. 2012