Mój 1968 rok

Okrągła rocznica marca była w zeszłym roku, a teraz to nawet marzec już minął. Ale to chyba bez znaczenia, bo Marzec 68 to pojęcie bardzo szerokie, obejmujące co najmniej dwa lata. Nie bacząc więc na brak konkretnej okazji, publikuję tu tekst Tomasza Prota “Mój rok 1968…” Bardzo ciekawy. Ukazał się w V tomie publikacji “Dzieci Holocaustu mówią” na str. 240 – 256.

tomaszprot

Foto: To­masz Ozdo­ba / newspix.​pl w: http://www.fakt.pl/Tomasz-Prot-dla-Faktu-Ocalalem-dzieki-milczeniu-Polakow,artykuly,161076,1.html

Tomasz Prot
… czyli jak zostałem Żydem

Urodziłem się jako syn Jana Prota, który zmienił swoje rodowe nazwisko Berlinerblau na pseudonim, którego używał w Związku Strzeleckim i w Legionach, oraz matki z domu Deiches, z osiadłej od XVI wieku w Krakowie rodziny żydowskiej.
Rodzina Deiches już w XVI wieku osiągnęli poważną pozycję społeczną, skoro w 1608 roku Dawid Deiches jest jednym z seniorów kahału w Krakowie, a od sierpnia 1866 Salomon Deiches był radnym miejskim i w 1870 roku został wiceprzewodniczącym Rady Wyznaniowej Krakowa. Nazwisko Deiches jest hebrajskie i oznacza ”daj” – pod dostatkiem a „iches” – pochodzenie zobowiązujące do godnego zachowania się.
Tak więc już od urodzenia byłem i jestem Żydem, ale przez znaczną część mojego życia nie miało to dla mnie więk¬szego znaczenia. Obie rodziny, tak Deichesowie jak i Berlinerblau były od lat zasy¬milowane, nie przywiązujące większej wagi do spraw religijnych, a zatem ich kontakty z ortodoksyjnymi gru¬pami żydowskimi, zachowującymi obrzędowe obyczaje przodków, ich stroje i język, były luźne. Sądzę, że moja babka od strony ojca, Jadwiga z domu Chwat, znała jidysz, ale nigdy nie słyszałem jej mówiącej w tym języku, natomiast, kiedy chciała porozmawiać z ojcem tak, żeby dzieci czy służba ich nie rozumiały, przechodziła na francuski. Ojciec całe swoje życie był polskim patriotą, począwszy od strajku szkolnego w 1905 roku w obronie języka polskiego, za co został wydalony z „wilczym biletem” z gimnazjum w Warszawie, przez walkę o niepodległą Polskę w legionach i wojsku polskim w wojnie 1920 roku, gdzie dosłużył się rangi majora i krzyża virtuti militari, aż do budowy przemysłu obronnego w Niepodległej Polsce jako naczelny dyrektor Państwowej Wytwórni Prochu w Pionkach. Oboje rodzice przeszli na katolicyzm i w młodości moje życie religijne było zawsze związane z kościołem Rzymsko-Katolickim. A zatem, od urodzenia do października 1939 roku, byłem Polakiem i katolikiem. Wiedziałem oczywiście, że moi przodkowie byli Żydami, ale uważałem, że jest to nieistotne. Wprawdzie w szkole przed wojną spotykałem się z przykrościami ze strony moich szkolnych kolegów ze względu na mój semicki wygląd, ale uważałem to za nieprzyjemne wybryki, i nie przywiązywałem do tego większej wagi.
Moja rodzinna sytuacja zmieniła się po rozpoczęciu wojny w 1939 roku. Zostaliśmy przez okupanta zaszeregowani do społeczności żydowskiej i nasze dalsze okupacyjne losy zostały temu podporządkowane. Ja jednak nadal nie czułem się Żydem, tylko Polakiem żydowskiego pochodzenia. Wprawdzie represje stosowane przez okupanta wobec narodu żydowskiego dotyczyły również mnie i mojej rodziny, ale tak postanowił wróg, a jego decyzje nie obowiązywały ani nas, ani przyzwoitych Polaków. A zatem Niemiec mógł zadekretować każde głupstwo, co mogło stawiać ludzi w niebezpiecznych sytuacjach, ale zawsze było to bezprawie wymuszone przez okupanta. Na tej zasadzie, ukrywając się przez całą okupację po „aryjskiej” stronie, nie czułem się Żydem, czułem się Polakiem, którego wróg mój i wszystkich Polaków uznał za Żyda. Mój osąd sytuacji nie uległ zmianie po wojnie. Wprawdzie wtedy przyznanie się do swoich korzeni nie groziło już śmiercią, ale ani ja ani moi najbliżsi nie poczuwaliśmy się do wspólnoty z narodem żydowskim. Oczywiście, boleliśmy nad tym, że część naszej rodziny zginęła zamordowana przez okupanta, z odrazą dowiadywaliśmy się o działaniach „Ognia” na Podhalu, czy o pogromie w Kielcach, ale nadal czuliśmy się częścią narodu polskiego, a w każdym razie tą częścią, która tak w czasie okupacji jak i po niej nie splamiła się współpracą z Niemcami czy antysemityzmem. Stąd, jak sądzę, bierze się mój stosunek do tzw. „Sprawiedliwych”. Uważam, że obowiązkiem Polaków w czasie wojny, było zaangażowanie się w walkę z okupantem. W zależności od możliwości walka ta mogła być prowadzona w różny sposób, od bezpośredniej walki np. w oddziałach partyzanckich czy zamachach na gestapowców i konfidentów, do udziału w konspiracji przez przechowywanie broni, kolportaż „gazetek”, prowadzenie małego sabotażu czy chronienie ludzi poszukiwanych przez okupanta, w tym także obywateli polskich prześladowanych za to, że byli Żydami. Za każdy z tych czynów groziła kara śmierci, i rozumiem, że łatwiej jest przechować karabin niż Żyda, jednak tak jedno jak i drugie powinno być uważane za obowiązek patriotyczny, nie wymagający fanfar i odznaczeń, szczególnie ze strony Polski. I wyczuwam w tym często nutę polityczną, szczególnie prawicowi działacze pragną nierzadko podkreślić, że w czasie okupacji byli liczni, poza szmalcownikami i obojętnymi na los Żydów, Polacy niosący pomoc swoim żydowskim współobywatelom. Ale odszedłem od zasadniczego tematu.
Po Powstaniu Warszawskim koniec wojny spędziłem w internacie RGO (Rada Główna Opiekuńcza) w Bochni, a po wyzwoleniu, wraz z matką i siostrą zamieszkaliśmy od grudnia 1945 roku we Wrocławiu. W początkowym okresie było tu niewielu Żydów można podzielić na trzy grupy, mające ze sobą słabe kontakty.
Jedną z nich stanowili ludzie tacy jak moja rodzina, tj. zasymilowani, stanowiący przed wojną inteligencję polsko-żydowską. W większości spędzili oni okupację po „aryjskiej” stronie, bądź przybyli z „Zachodu” i nadal ukrywali swoje korzenie, albo, nie wypierając się swojego pochodzenia, nie uważali tego w obecnym ustroju za istotny problem. Chyba byliśmy naiwni, ale to inna sprawa. Z reguły byli to ludzie posiadający wyższe wykształcenie.
Drugą, dosyć liczną, grupę stanowili repatrianci żydowscy ze Wschodu. Ludzie, którzy przed wojną zamieszkiwali wschodnie rubieże Polski i którzy uratowali się przed eksterminacją w ZSRR. Przeżyli oni wojnę nie widząc niemieckiego żołnierza i znali okupację jedynie z opowiadań, często negatywnych, jeżeli chodzi o stosunek Polaków do Zagłady narodu żydowskiego. Trzymali się razem, nie asymilując się z napływową ludnością polską. Zakładali gminy żydowskie, domy modlitwy, a także szkoły i kluby sportowe. Nie czuli się związani z Polską i w większości uważali, że Polacy przyczynili się do Holocaustu. Byli to często ludzie prości, zarabiający na życie jako robotnicy czy rzemieślnicy. Praktycznie wszyscy oni opuścili Polskę pod koniec lat 40.
I na koniec trzecią grupę tworzyli komuniści żydowskiego pochodzenia, również przybyli ze Wschodu, w większości z I Armią, którzy zaliczyli szlak bojowy „od Lenino do Berlina”. Nie integrowali się z ortodoksyjnymi Żydami (byli z reguły bezwyznaniowi) i zajmowali wiele kierowniczych stanowisk w tworzącej się administracji rządowej i partyjnej.
Moja rodzina należała do pierwszej grupy. Nic nas nie łączyło ze strukturami administracyjnymi i kulturalnymi organizowanymi przez żydowskich ortodoksyjnych przybyszy ze Wschodu, natomiast nasze kontakty z grupą tworzącą podwaliny komunizmu w Polsce nie były związane z naszymi żydowskimi korzeniami, a raczej były to kontakty towarzyskie. Byliśmy zaabsorbowani nowymi, powojennymi warunkami egzystencji i musieliśmy z czegoś żyć. Głównym środkiem utrzymania była praca mamy w Bibliotece Głównej Politechniki Wrocławskiej, gdzie dostawała jakieś grosze, siostra studiowała, a ja chodziłem do szkoły. Żyliśmy bardzo skromnie. Nasza przeszłość wojenna tak żydowska jak akowska, nie miały, jak sądziliśmy, znaczenia. Oczywiście mieliśmy świadomość napływu Żydów ze Wschodu, ale tak ich przybycie na „ziemie odzyskane” jak ich późniejszy, masowy wyjazd do Palestyny, nie budził naszego zainteresowania. Również to, że szereg kierowniczych stanowisk w Partii i ZMP było obsadzonych przez żydowskich komunistów, uważaliśmy za naturalne, ale nie ze względu na ich pochodzenie, ale wyznawaną, przeniesioną ze Wschodu, ideologię. I tak np. I sekretarzem PPR na wrocławskiej Akademii Medycznej był Ignacy Wald, (oficer I armii WP), analogiczne stanowisko na Politechnice posiadał również człowiek o żydowskich korzeniach, kolega chemik – Paweł Rozdział, szefem miejskiego ZMP był tow. Goldberg (tak zwany powszechnie Złotogórski), a w mojej grupie ZMP na studiach także prym wiedli młodzi żydowscy komuniści. Ale to nie było istotne, naszych znajomych i przyjaciół nie dobieraliśmy według ich pochodzenia, odwrotnie, pewną niechęć budziły we mnie osoby, które uważały żydowską krew za sprawę pierwszej wagi, co było częste wśród przybyszy ze Wschodu.
Tak biegły lata, w szkole, na uczelni we Wrocławiu i Łodzi, potem w pracy w Warszawie, nie przynosząc większych zmian. Nadal nie rozróżniałem wśród moich kolegów i współpracowników, czy ich korzenie są polskie czy żydowskie, i uważałem, że to samo dotyczy i mnie. Oczywiście, jeżeli ktoś miał typowe niemiecko-żydowskie nazwisko jak np. Feigin, Wajnryb, Rubin itp, to wiedziałem, że są to Żydzi, jednak w 1956 roku ze zdziwieniem przyjmowałem wyjazd z Polski moich kolegów z pracy, o których pochodzeniu dopiero wtedy się dowiadywałem. Po prostu nie miało to dla mnie żadnego znaczenia. Oczywiście spotykałem się czasami z objawami antysemityzmu, ale były to sporadyczne wypadki, przykre, ale, w moim pojęciu, nie mające znaczenia. Takim incydentem był np. mój spór z konduktorem w autobusie, który na moje uwagi dotyczące jazdy powiedział: „W Palestynie będziesz się rządził, ty Żydzie”.
Po 1956 roku wstąpiłem do PZPR, wierząc, pod wpływem Klubu Krzywego Koła, którego zostałem członkiem, że przemiany demokratyczne są w tym ustroju możliwe i będą przez partię kontynuowane.
W 1963 roku, zaraz po doktoracie, jako świeżo upieczony adiunkt, rozpocząłem pracę na Politechnice Warszawskiej w Katedrze Fizyki Ogólnej A. Byłem dosyć zdziwiony, kiedy w parę miesięcy po rozpoczęciu pracy, zaproponowano mi żebym został sekretarzem OOP PZPR na Wydziale Elektrycznym. Katedra Fizyki A była wówczas powołana do obsługi dydaktycznej paru Wydziałów Politechniki, ale przypisana do Wydziału Elektrycznego. Stąd ta komórka partyjna obejmowała członków partii tego wydziału, jak również partyjnych mojej katedry fizyki, oraz Katedry Matematyki D, także przypisanej do Wydziału Elektrycznego. Wprowadzającą mnie do tej komórki partyjnej i proponującą zgodę kandydowania na jej sekretarza była Krystyna Bieńkowska z katedry matematyki. Oczywiście wybory były wtedy formalnością. Moja kandydatura musiała być uzgodniona z Komitetem Zakładowym PZPR i wyniki wyborów były z góry wiadome. I tak w 1964 roku zostałem sekretarzem OOP przy Wydziale Elektrycznym. Cała grupa liczyła 40 osób, zaś egzekutywa 7 osób.
Dziekanem Wydziału Elektrycznego w tym okresie był profesor Jan Podoski. Był to nadzwyczaj mądry i miły człowiek o barwnym życiorysie. Był synem Romana Podoskiego, znanego profesora, specjalisty od trakcji elektrycznej, który pracował na Wydziale Elektrycznym Politechniki Warszawskiej od roku akademickiego 1919/1920. Równocześnie z pracą na uczelni Roman Podoski zajmował się elektryfikacją polskich kolei. W roku 1918 wystąpił ze znacznie wybiegającym w przyszłość projektem elektryfikacji trzech magistrali: z Warszawy do Krakowa i Katowic, z Warszawy do Poznania i z Krakowa przez Przemyśl do Lwowa, a także zaprojektował trakcję elektryczną z Krakowa do Zakopanego. Z kolei jego syn – Jan Podoski w latach 1928-1933 kontynuując pracę ojca opracował projekt elektryfikacji warszawskiego węzła kolejowego. Od 1933 do 1939 roku był dyrektorem naczelnym Bydgoskich Zakładów Przemysłowych, jednocześnie pracując na pół etatu jako asystent na Wydziale Elektrycznym PW. W okresie wojny był oficerem, członkiem Polskich Sił Zbrojnych na Zachodzie, m.in. był szefem wydziału zajmującego się przerzutami „cichociemnych” do kraju, a następie walczył w 1 Dywizji Pancernej gen. Stanisława Maczka. Po powrocie do kraju w latach 1947-1949 wykładał w Szkole Inżynierskiej „Wawelberga” i był dyrektorem naukowym Instytutu Elektrotechniki. Aresztowany pod koniec 1949 roku, został oskarżony o szpiegostwo i skazany w 1951 roku na 8 lat więzienia oraz pozbawienia praw obywatelskich i honorowych na trzy lata. Uzyskał ułaskawienie w roku 1954 i podjął pracę na Wydziale Elektrycznym Politechniki Warszawskiej, a następnie został wybrany przez Radę Wydziału na stanowisko dziekana.
Będąc sekretarzem OOP przy Wydziale Elektrycznym, byłem członkiem Rady Wydziału i miałem zaszczyt kontaktować się często z Dziekanem w wielu bieżących sprawach. Wśród profesorów było paru członków partii. Współpraca układała się nam dobrze, profesorowie partyjni nie wtrącali się do bieżącej pracy OOP, a ja miałem na tyle rozumu, że na zebraniach szacownej Rady Wydziału nie zabierałem głosu, a jeżeli były jakieś sprawy do omówienia, to zgłaszałem się bezpośrednio do Dziekana.
Tymczasem w Polsce po „odwilży”, w pierwszej połowie lat 60 nastrój coraz bardziej się zmieniał i w wielu wypadkach dochodziło do inspirowanych przez partię działań antyinteligenckich i antykościelnych, często z podtekstem antysemickim. Okres ten jest opisany przez wielu historyków, dlatego pozwolę sobie przypomnieć tylko niektóre zdarzenia. Każde z nich, jak się wydawało, było tylko epizodem o małym znaczeniu i ani ja ani nikt z moich bliskich, nie przewidywał ogólnopolskiej nagonki antysemickiej. Tak więc można wymienić:
* Sprawa Wielkiej Encyklopedii wydanej przez PWN. Gdy ukazał się tom z hasłem “obozy hitlerowskie”, podającym zgodnie z prawdą, że dzieliły się na “obozy koncentracyjne” i “obozy zagłady” (Żydów), partia rozpętała nagonkę na PWN. Rozgłoszono, że większość redaktorów to Żydzi, oskarżono ich o spisek syjonistyczny, mający na celu “umniejszenie cierpienia narodu polskiego”.
* Gwałtowna i nieprzychylna reakcja partii na orędzie biskupów polskich do biskupów niemieckich z 18 listopada 1965 roku, „Przepraszamy i prosimy o przebaczenie”.
* Wyrzucenie z partii 27 X 1966 roku filozofa Leszka Kołakowskiego, byłego działacza komunistycznego, za krytykę władz i odchodzenie w nauczaniu studentów od oficjalnego kanonu marksizmu, a także ostra reakcja partii na list w jego obronie wysłany do KC, sygnowany przez piętnastu literatów i intelektualistów, w którym domagano się przywrócenia Kołakowskiego w prawach członka. Pod listem podpisali się czołowi intelektualiści, między innymi: Paweł Beylin, Marian Brandys, Jacek Bocheński, Tadeusz Konwicki, Igor Newerly, Julian Stryjkowski i Wiktor Woroszylski.
* Zezwolenie na granie w teatrach sztuk sugerujących, że UB stalinowskie to Żydzi, (np. „Pruski mur” wystawiony w 1966 roku przez Ireneusza Kanickiego w Teatrze Klasycznym), czy ośmieszających Żydów, jak to miało miejsce w „Lalce” w Teatrze Powszechnym, reżyserowanej przez Adama Hanuszkiewicza w 1966 roku, oraz spektakle jednoznacznie antysemickie wystawiane w teatrze „Eref”, założonym i kierowanym od 1966 roku przez Ryszarda Filipskiego.
* „Dziady” Adama Mickiewicza w reżyserii Kazimierza Dejmka, wystawione pod koniec 1967 roku w Teatrze Narodowym ze scenografią Andrzeja Stopki. Przedstawienie zyskało wymiar polityczny, zaniepokojone jego odbiorem społecznym i antyradziecką wymową władze komunistyczne nakazały zdjęcie spektaklu z afisza. Decyzja spowodowała protesty, które zapoczątkowały wydarzenia Marca 1968.
Można by wymieniać dalej różne wydarzenia stanowiące pierwsze sygnały nadchodzących wydarzeń marcowych. Ale pragnę wrócić do spraw związanych z moją działalnością partyjną. Konstatuję to teraz z pewnym zdziwieniem, ale nie odczuwałem tych wszystkich symptomów nadchodzącej burzy jako stanu zagrożenia.
Oczywiście zapłonem do wydarzeń marcowych nie były te, wymienione przeze mnie epizody, lecz napór zwolenników Moczara i jego poplecznika, generała Grzegorza Korczyńskiego na Gomułkę oraz, przede wszystkim, wygrana przez Izrael w dniach 5 do 11 czerwca 1967 roku tzw. Wojna Sześciodniowa. Izrael, sojusznik USA, pokonał kraje arabskie, popierane przez ZSRR. Wtedy dużą część żołnierzy Izraela, służących pod dowództwem Mosze Dajana, stanowili emigranci żydowscy z Polski, i wielu Polaków okazywało zadowolenie, że „nasi” Żydzi dali w dupę Arabom, co z kolei bardzo denerwowało Komitet Centralny z Gomułką na czele. Ale jednocześnie, po cichu wymawiano towarzyszowi Gomułce pochodzenie jego małżonki Liwy Szoken, polskiej komunistki z żydowskiej rodziny osiedlonej na warszawskiej Pelcowiźnie (nawiasem mówiąc – „Dziecka Holocaustu”). Próbę ratowania proarabskich nastrojów podjął Gomułka już 19 czerwca 1967 na kongresie Związków Zawodowych w Warszawie w Sali Kongresowe. Wygłosił tam przemówienie, w którym powiedział między innymi: W związku z tym, że agresja Izraela na kraje arabskie spotkała się z aplauzem w syjonistycznych środowiskach Żydów – obywateli polskich, którzy nawet z tej okazji urządzali libacje, pragnę oświadczyć, co następuje: nie czynimy przeszkód obywatelom polskim narodowości żydowskiej w przeniesieniu się do Izraela, jeżeli tego pragnęli. Stoimy na stanowisku, że każdy obywatel Polski powinien mieć tylko jedną ojczyznę – Polskę Ludową (oklaski). Podziela to olbrzymia większość obywateli polskich narodowości żydowskiej i służy wiernie naszemu krajowi. Władze państwowe traktują jednakowo wszystkich obywateli Polski Ludowej bez względu na ich narodowość. Każdy obywatel naszego kraju korzysta z równych praw i na każdym ciążą jednakowo obywatelskie obowiązki wobec Polski Ludowej. Ale nie chcemy, aby w naszym kraju powstała piąta kolumna (oklaski). Nie możemy pozostać obojętni wobec ludzi, którzy w obliczu zagrożenia pokoju światowego, a więc również bezpieczeństwa Polski i pokojowej pracy naszego narodu polskiego, opowiadają się za agresorem, za burzycielem pokoju i za imperializmem. Niech ci, którzy odczuwają, że słowa te skierowane są pod ich adresem – niezależnie od ich narodowości – wyciągną z nich właściwe dla siebie wnioski (oklaski).
Niewątpliwie meldunki przekazywane Gomułce celowo wyolbrzymiały problem żydowski, a często go zakłamywały, aby pokazać w jak najgorszym świetle polskich obywateli pochodzenia żydowskiego. Wykorzystywano każdy zamieszczony w prasie komentarz czy przejawy oburzenia z powodu tendencyjnej i kłamliwej propagandy antyizraelskiej. Cel, jaki przyświecał Mieczysławowi Moczarowi, ówczesnemu ministrowi spraw wewnętrznych, był prosty – chodziło o to, aby przekonać Gomułkę, że istnieje rzekome “zagrożenie wewnętrzne”, że konflikt bliskowschodni ma też polski wymiar. Dawało to pretekst do przeprowadzenia czystek kadrowych, na co mocno naciskała frakcja “partyzantów”. Zamiar Moczara przynajmniej częściowo powiódł się. Między innymi przeprowadzono czystkę w wojsku i w Ministerstwie Bezpieczeństwa Publicznego usuwając lub przenosząc na emeryturę oficerów pochodzenia żydowskiego. Tylko w 1967 roku zwolniono ponad 200 wysokich stopniem i funkcją oficerów Ludowego Wojska Polskiego, w tym 14 generałów.
Może zaskakiwać fakt, że wszystkie te sprawy nie znajdowały odzwierciedlenia tak w działalności mojej wydziałowej organizacji partyjnej jak i Komitetu Zakładowego PZPR Politechniki. Oczywiście przekazywano nam informacje o bieżących sprawach, jak np. o wyrzuceniu z partii Leszka Kołakowskiego i proteście partyjnych pisarzy i intelektualistów, czy akcenty „antysyjonistyczne” z cytowanego przeze mnie przemówienia Gomułki, ale nie było w tym objawów późniejszej agresji. Sytuację tę na terenie Politechniki zmieniły dwa zdarzenia – referat sekretarza KW PZPR Józefa Kępy na Plenum Komitetu Warszawskiego PZPR 25 września 1967 roku oraz manifestacja pod pomnikiem Mickiewicza po zakazie wystawiania w teatrze „Dziadów” Adama Mickiewicza. Ale do tego jeszcze wrócę.
W lutym, w przerwie semestralnej, wszyscy członkowie Komitetu Zakładowego wyjeżdżali na kursokonferencję do Zakopanego. Na tym spotkaniu omawialiśmy różne partyjne zadania, braliśmy udział w wycieczkach, jeździliśmy na nartach, a także integrowaliśmy się w czasie wspólnej zabawy. Zabawa ta, jeden raz w ciągu konferencji, odbywała się wieczorem i w nocy w restauracji, przy dużej ilości alkoholu.
Spotkanie w 1967 miało miejsce w orbisowskim domu „Świt”, natomiast wieczorna zabawa miała miejsce w restauracji „Janosik” parę kroków od Krupówek. Te szczegóły nie są istotne, ale doskonale pamiętam, że wtedy nie było żadnych ostrzegawczych znaków, dotyczących późniejszych wydarzeń, tylko typowe dla tamtych czasów rozmowy na temat wzrostu partii i pracy partyjnej z młodzieżą akademicką. Nawet z tego, co pamiętam nie było jakiejś dyskusji na temat wydalenia z partii Leszka Kołakowskiego. Po powrocie do Warszawy i rozpoczęciu nowego semestru panował spokój, zajęcia toczyły się normalnie i nie było żadnych specjalnych zaleceń ze strony partii. Może być, że egzekutywa KZ dostawała jakieś instrukcje, ale pracownicy Politechniki realizowali w spokoju swoje zajęcia, wykłady i ćwiczenia, sesję, egzaminy na I rok studiów itp. A potem zaraz rozpoczęły się wakacje i Uczelnia zamarła na prawie trzy miesiące.
Cała sprawa wystąpienia w czerwcu Gomułki, a następnie referatu o problemach ideologicznych i zadaniach warszawskiej organizacji partyjnej Józefa Kępy (sekretarza KW PZPR) i przemówienia na zakończenie Plenum KW PZPR I sekretarza Stanisława Kociołka powinna przygotować mnie na dalszy bieg spraw, jednak wydawało się, że są to w dużej mierze rozgrywki wewnątrzpartyjne. Wprawdzie mówiło się o czystkach w wojsku, a np. nasz daleki krewny, kapitan statku handlowego, który przepływał w czerwcu przez kanał Sueski i którego załoga zaopiekowała się rannymi na półwyspie Synaj – tak Żydami jak i Arabami – został pozbawiony stanowiska, ale ciągle myślałem, że są to pojedyncze incydenty, a nie jakaś zakrojona na szeroką skalę akcja. A przecież na tym Plenum padły sformułowania: W niektórych środowiskach usiłowano w miejsce problemu politycznego stosunku do imperialistycznej agresji postawić problem rzekomego antysemityzmu, insynuując instancjom partyjnym rzekome „rozpętywanie fali antysemityzmu”, kierowanie się w ocenie wystąpień niektórych członków partii kryteriami narodowościowymi, a nie jak to jest w rzeczywistości – politycznymi i klasowymi, a także: …należy z całą mocą podkreślić, że określenie „antysemityzm”, oskarżenia o antysemityzm podnoszone niekiedy w stosunku do organizacji partyjnych, instancji partyjnych – są nadużywane.
Można powiedzieć „uderz w stół – nożyce się odezwą”.
Jednak po wakacjach odczułem pewną zmianę stosunku moich towarzyszy partyjnych do mnie. Trudno, szczególnie po tylu latach, powiedzieć, na czym to polegało, ale wyczuwałem, że czekają oni na jakiś ruch z mojej strony, który pozwoliłby zakwalifikować mnie jako „syjonistę”. Z drugiej stronny inni, przede wszystkim I sekretarz KZ, Tadeusz Kalewski, akceptowali mnie, bo byłem wygodny jako „dobry Żyd”, członek KZ’tu, a zatem ewentualne zarzuty o antysemickim nastawieniu Komitetu można by uznać za bezpodstawne. Wszystko razem było dla mnie bardzo trudne. Mój szwagier, wieloletni działacz partyjny, milczał jak zaklęty, natomiast moja bezpartyjna siostra, pracownica Katedry i Kliniki Neurologii Akademii Medycznej prowadzonej przez prof. Hausmanową-Petrusewicz, była coraz bardziej zdenerwowana i przebąkiwała o emigracji, pomimo złożonej pracy habilitacyjnej. Tak, że z ich strony trudno było mi liczyć na jakąś radę. Z kolei nie wyobrażałem sobie wyjazdu z Polski, wiedziałem, że nie będę przyjęty na Zachodzie z otwartymi rękami, zaś wyjazd do Izraela w ogóle nie wchodził w grę.
Jeszcze jako tako wszystko przebiegało spokojnie do końca listopada 1967 roku, aż do zdjęcia przedstawień „Dziadów” w reżyserii Kazimierza Dejmka, wystawionych z okazji 50 rocznicy Rewolucji Październikowej, protestacyjnej manifestacji pod pomnikiem Mickiewicza dnia 30 stycznia 1968 r. i wreszcie pamiętnego nadzwyczajnego posiedzenia oddziału warszawskiego Związku Literatów Polskich pod koniec lutego 1968 roku.
Tymczasem w lutym, w czasie przerwy semestralnej, komitet Zakładowy PZPR Politechniki Warszawskiej wyjechał jak zwykle do Zakopanego na kursokonferencję. Tym razem mieszkaliśmy i obradowaliśmy w schronisku na Kalatówkach. To był dla mnie bardzo trudny okres. Na nasze spotkanie przyjechał z referatem tow. Tadeusz Walichnowski, uznawany ówcześnie za specjalistę od spraw syjonizmu. Jego wystąpienie można byłoby porównać do tekstów ze znanej antysemickiej publikacji „Protokoły Mędrców Syjonu”. Mówił, że w obecnych założeniach ruchu syjonistycznego miejsce państwa żydowskiego jako celu, wokół którego obraca się działalność organizacji syjonistycznych, zajął światowy naród żydowski, a celem ruchu syjonistycznego jest odtąd jego utrzymanie i umocnienie. Całość przemówienia była tak jawnie antysemicka, że byłem przerażony jej jednoznaczną wymową. Po prostu nie mieściło mi się w głowie, że można wygłosić tak ewidentnie antysemickie wystąpienie i że wszyscy moi partyjni koledzy spokojnie tego słuchają i nawet przytakują. Zdawałem sobie jednak sprawę, że gdybym wystąpił w dyskusji i powiedział, co o tym myślę, to nie tylko zostałbym usunięty z partii, ale z pewnością także z pracy na Politechnice. Więc milczałem, ale wstyd mi było, że spokojnie wysłuchuję tych bzdur. W kiepskim nastroju wróciłem do Warszawy i zająłem się swoją pracą – realizowałem badania mające stanowić podstawę mojej pracy habilitacyjnej. Ale nie opuszczała mnie obawa, co będzie dalej.
8 marca w południe wstąpiłem z jakąś sprawą do sekretarki KZ pani Barbary Kuszewskiej i spotkałem jednego z członków egzekutywy, który zapytał mnie z krzywym uśmiechem: „Ty tutaj, a nie na Uniwersytecie?” Zdziwiłem się i zapytałem, dlaczego miałbym tam być, ale nie otrzymałem odpowiedzi. Dopiero jak wróciłem do domu i żona opowiedziała mi, co widziała z okien Pałacu Staszica wychodzących na Krakowskie Przedmieście, zrozumiałem intencję pytania.
Następnego dnia – 9 marca – rozpoczęły się zebrania protestacyjne na wielu uczelniach, także na Politechnice, dotyczące brutalnej ingerencji milicji, ORMO (Ochotnicza Rezerwa Milicji Obywatelskiej) i tzw. „aktywu robotniczego” na wiecu studentów Uniwersytetu. Ciekawe, że tego dnia spotkałem w Komitecie Zakładowym syna naszych przyjaciół, aktywnego działacza ruchów młodzieżowych – Pawła Bąkowskiego, późniejszego znanego opozycjonistę i członka KOR. Próbował on jakoś dogadać się z T. Kalewskim w sprawie protestów studenckich, ale, o ile wiem, bezskutecznie. Na początku Komitet Zakładowy starał się uspokoić nastroje, wierząc, że można powstrzymać narastającą falę protestu. Ja nie wtrącałem się do działań na szczeblu Komitetu, a współdziałałem z Dziekanem, prof. Podoskim, starając się chronić studentów naszego Wydziału. Może to zobrazować jeden epizod. Do Dziekana, w mojej obecności, zwrócił się student, który brał udział w którejś z ulicznych manifestacji, został zagarnięty przez ZOMO (Zmotoryzowane Oddziały Milicji Obywatelskiej) i przewieziony do Pałacu Mostowskich. Tam go tak nastraszono, że zgodził się być donosicielem i podpisał jakiś cyrograf, a teraz prosi Dziekana i mnie o interwencję, żeby zwolnić go z tej funkcji. Mieliśmy dylemat, czy to jest prawda, ale też może prowokacja w celu skompromitowania dziekana, byłego politycznego więźnia i mnie, człowieka podejrzanego pochodzenia. Co robić? Studenta odesłaliśmy, mówiąc, że jest dorosły i jak coś podpisał, to jego sprawa. Ale jednocześnie zatelefonowałem do Kalewskiego i powiedziałem, że wiem, że wśród studentów są ludzie zwerbowani przez MO, ale ani dziekan ani ja nie chcemy wiedzieć, kto pełni te funkcje, a milicja musi tak sobie dobierać współpracowników, żeby nie przychodzili wypłakiwać się w mankiet dziekana. Na tym sprawa się skończyła, ale wierzę, że po tym telefonie MO zrezygnowało z werbunku nowego donosiciela. Moją postawę tak opisuje prof. Jacek Przygodzki, wówczas asystent i Przewodniczący Rady Oddziałowej ZNP (Miesięcznik Politechniki Warszawskiej, wydanie specjalne, marzec 2008, str.6) Pamiętam spotkanie w dziekanacie, na którym oprócz władz wydziału byli przedstawiciele organizacji młodzieżowych… Był oczywiście sekretarz wydziałowej komórki PZPR i, co ciekawe, jak na owe czasy, on także chciał chronić studentów, mimo wytycznych partyjnych i z pełną świadomością tego, że może ponieść konsekwencje takiego działania. Tak też się stało. Po wydarzeniach marcowych przestał być sekretarzem i wkrótce odszedł z uczelni. Tu drobna nieścisłość, z uczelni odszedłem nie zaraz, a dopiero w 1978 roku (po habilitacji), na skutek delikatnie mówiąc braku przychylności ówczesnego rektora PW, a w 1968 członka egzekutywy – Stanisława Pasynkiewicza (plotkowano o nim, że ma matkę Żydówkę i dlatego musi być bardziej papieski niż papież).
Nie będę opisywał po kolei historii marca 1968 roku na Politechnice Warszawskiej. Tzw. „wypadki marcowe” trwały przez wiele dni i trudno mi odtworzyć ich dokładną chronologię. Pamiętam, że po wiecu 9 marca, Zarząd Uczelniany ZMS w dniu 12 marca podjął na plenum uchwałę, w której na wstępie napisano: Na przestrzeni ostatnich kilku lat narastała na Uniwersytecie Warszawskim działalność zorganizowanej grupy antypartyjnych demagogów, których powiązania rodzinne i towarzyskie z ludźmi o ambicjach politycznych sprzecznych z interesami PRL, są w świetle ostatnich wydarzeń oczywiste. (Uchwała Plenum Zarządu Uczelnianego ZMS Politechniki Warszawskiej podjęta w dniu 12 marca 1968 r. ) I tak dalej w tym duchu.
Następnie 13 marca odbył się legalny wiec studentów PW, na którym podjęto trzynastopunktową rezolucję. Odpowiedzią było „Stanowisko Komitetu Zakładowego PZPR Politechniki Warszawskiej w sprawie ostatnich wydarzeń w środowisku studenckim zaprezentowane w dniu 17 III 1968 r. na zebraniu aktywu partyjnego Uczelni, zaś w dniu 18 III 1968 na zebraniach studenckich” oraz Uchwała Senatu PW z dnia 15 III, podpisana przez Rektora prof. Dionizego Smoleńskiego. W kilka dni potem, 19 III radio i telewizja transmitowały pięciogodzinne przemówienie Władysława Gomułki z wyraźnymi akcentami antyinteligenckimi i antysemickimi. Teraz już nic nie mogło zatrzymać popieranej przez partię hecy antysemickiej, a z drugiej strony strajków studenckich.
Strajk okupacyjny na Politechnice rozpoczął się 21 marca, na teren nie wpuszczano obcych, ale pracownicy mogli wchodzić i wychodzić bez kłopotu. Wszyscy członkowie partii pełnili całodobowe dyżury. Na Gmachu Głównym PW wisiał olbrzymi plakat, na którym były wypisane żądania studentów.
W trakcie strajku doszło do ataku ZOMO na Gmach Wydziału Elektroniki. Nie byłem przy tym, ponieważ parę godzin wcześniej poszedłem do domu chwilę się przespać, ale opowiedziano mi, że wywiązała się bijatyka i oddziały milicji zostały odparte. Gdy wróciłem, zobaczyłem zabarykadowane wejście do Gmachu Głównego i całkowicie pusty plac przed Politechniką, obstawiony milicją. Nie wiedziałem, czy dotrę bezpiecznie do Gmachu, ale jakoś nie zaczepiany zostałem wpuszczony przez dyżurujących studentów. Narastało poczucie zagrożenia, Politechnika była otoczona oddziałami ZOMO i było wiadomo, że jeżeli dojdzie do ataku, to wielu studentów zostanie ciężko pobitych. Rektor, zdając sobie sprawę z sytuacji, wydał 22 marca odezwę do studentów, żądając zakończenia strajku i przystąpienia do zajęć od rana 23 III. Sytuacja była trudna, z jednej strony wielu pracowników bezpartyjnych i partyjnych namawiało studentów do zakończenia strajku i opuszczenia terenu Politechniki, z drugiej strony studenci obawiali się, że gdy będą wychodzili z budynku, milicja będzie ich wyłapywać i bić. Typowa dla nastrojów wśród studentów może być moja rozmowa z jednym ze studentów wydziału Elektrycznego, który w drodze do domu musiał dojść do stacji kolejki. Kiedy namawiałem go do opuszczenia gmachu Politechniki, on zapytał, czy nie zostanie pobity? Na co odpowiedziałem, że nie mogę za to ręczyć, ale jeżeli chce, to mogę go odprowadzić na dworzec, ryzykując, że jeżeli przyjdzie co do czego, to zostaniemy obaj pobici. Zrezygnował z mojej propozycji i jak się potem dowiedziałem szczęśliwie dotarł do domu. Ale to oddaje atmosferę tych ostatnich godzin strajkowych.
Po 23 marca na Politechnice niby wszystko wróciło do normy, ale nadal trwała nagonka antysemicka i antyinteligencka. W prasie ukazywały się artykuły pisane przez „ludzi marca” takich jak Kazimierz Kąkol, Tadeusz Walichnowski, Ryszard Gontarz, Wiesław Mysłek, Tadeusz Kur i inni, piętnujących profesorów z Uniwersytetu Warszawskiego, „komandosów marcowych” i tzw. ‘encyklopedystów” i dających do zrozumienia, że wszystko razem jest wielkim spiskiem żydowskim. W tym tonie także odbywały się zebrania Komitetu Zakładowego. Z tego okresu utkwiły mi w pamięci pewne zdarzenia, które zaważyły na tym, że nagle poczułem się stuprocentowym Żydem. Nie pamiętam ich kolejności w czasie, ale miały one miejsce po marcu 1968 roku.
W kwietniu, szczególnie po sławetnym przemówieniu Gomułki w Sali Kongresowej w dniu 19 marca, w ramach kampanii antysemickiej zaczęto poszukiwać Żydów, których można zmusić do emigracji. Objęło to także Politechnikę, chociaż w znacznie mniejszym stopniu niż Uniwersytet. Wynikało to z faktu, że pracownicy Uniwersytetu to humaniści, mający dobre podstawy do dyskusji ideologicznych w odróżnieniu od inżynierów z Politechniki. Jednak i tu rozpoczęto sabat czarownic.
Nastrój jaki mnie wtedy otaczał dobrze oddaje następujące zdarzenie. Jak już wspomniałem pierwsza propozycja, żebym został sekretarzem OOP, wyszła od dr Krystyny Bieńkowskiej – adiunkta w Katedrze Matematyki D. Krystyna była żoną Edmunda Lipińskiego, pracownika na Wydziale Elektrycznym, który w 1966 roku zrobił habilitację, ale miał jakieś kłopoty z uzyskaniem etatu docenta. Państwo Lipińscy deklarowali mnie i mojej żonie swoją przyjaźń, bywali u nas na Saskiej Kępie i zapraszali do siebie. Ta sielanka trwała do marca 1968, kiedy pewnego dnia spotkałem Krystynę, która powiedziała mi wprost: „przykro mi Tomku, ale musisz zrozumieć, że nasza znajomość musi się skończyć, ponieważ dalsze jej trwanie może wpłynąć negatywnie na nasze kariery na Politechnice”. Takich sytuacji w owym czasie miałem więcej, tylko że w większości wypadków nikt nie stawiał sprawy tak otwarcie.
Jednak najważniejsze dla mnie znaczenie miał incydent na jednym z zebrań Komitetu Zakładowego. I sekretarz Tadeusz Kalewski, informując towarzyszy o tym jak to Żydzi szkalują naród polski, opowiedział, że jedna z Żydówek napisała w swoim pamiętniku, że getto warszawskie było obstawione nie tylko żandarmerią niemiecką, ale również polską granatową policją. Miało to być stwierdzenie oburzające i kłamliwe. Ja z kolei pamiętałem, że moją siostrę w czasie okupacji zaczepił na ulicy i odprowadził na posterunek przy getcie właśnie „granatowy” policjant, a moją kuzynkę również polski policjant przepytywał ze znajomości pacierza. I wtedy nie wytrzymałem i po głosach oburzenia moich kolegów z KZ, powiedziałem, że syjonizm syjonizmem, ale niektóre wypowiedzi są zwyczajnie antysemickie. Zapadło milczenie, po czym jeden z członków egzekutywy KZ powiedział, że widać, iż tow. Prot nie rozumie aspektów politycznych przemian dokonujących się w kraju i my towarzyszowi możemy to wytłumaczyć. I wtedy, wstyd się przyznać, tak się przestraszyłem, że mnie wyrzucą z Politechniki i zmuszą do emigracji, że zacząłem coś bredzić, o moim węgierskim pochodzeniu, o mamie z Kossuthów (zmienione, fałszywe okupacyjne nazwisko rodowe mamy) oraz o potrzebie właściwego przedstawienia partyjnych racji. Ale po tym zebraniu odczułem straszne upokorzenie, że dałem się tak zastraszyć, że wyparłem się moich przodków i moich bliskich, którzy ponieśli śmierć w czasie Zagłady i postanowiłem, że nigdy więcej tego nie zrobię, że odtąd na zawsze będę Żydem. I tak dla mnie zakończyły się dni marcowe.
Zresztą wkrótce odbyły się wybory i zostałem szeregowym członkiem partii. Wszyscy moi towarzysze z Komitetu Zakładowego PZPR z okresu marca 1968 zostali nagrodzeni za właściwą postawę. Adiunkci, którzy mieli jaki taki dorobek, zostali docentami, J. Buć został Dyrektorem Instytutu Mechaniki Precyzyjnej, S. Pasynkiewicz został Rektorem PW (kadencja 1973-1981), podobnie Z. Grabowski (kadencja 1985-1988 – po odwołaniu Władysława Findeisena), H. Frąckiewicz został rektorem Kielecko-Radomskiej WSI, przemianowanej później na Politechnikę Świętokrzyską itp.
A ja, zgodnie z tytułem tych wspomnień, zostałem już na zawsze Żydem!

Papierowych rycerzy ciąg dalszy…

Po publikacji u nas na blogu tekst “Papierowych rycerzy ciąg dalszy…” ukazał się drukiem w monachijskim kwartalniku dla Polonii “Po prostu” (Wiosna 2013)

Zbigniew Milewicz

Papierowych rycerzy ciąg dalszy…  

Krążyły wśród tłumu wymiętoszone i brudne… On też wśród nas krążył, w przeciwieństwie do NICH, jak zwykle elegancki, gładko wygolony, z tym swoim charakterystycznym, nonszalanckim  uśmieszkiem dobrego wujaszka. Pozował trochę na premiera Cyrankiewicza, w czym pomagała mu niewątpliwie tęga sylwetka, łysina i celebrowanie wystawnego trybu życia. Zastanawialiśmy się z Ryśkiem, skąd on bierze pieniądze na te drogie kolacje w Cracovii, ale nie wypadało pytać, tym bardziej, że nas czasami zapraszał do swojego samotnego stolika. Przyjmowaliśmy więc, że wzięci dziennikarze tyle w Krakowie zarabiają, że ich stać.

Oczywiście sam nie głodowałem. Miałem w “Żaku”, w studenckiej stołówce,  całodzienne wyżywienie i przynajmniej raz w miesiącu jeździłem do domu, do Tychów. Wracałem tak zaopatrzony w wałówę, że cały pokój w akademiku miał co jeść. W marcu przypadały moje imieniny, na Śląsku święto mniejszej rangi niż urodziny, ale  mama obiecała, że przyjedzie do Krakowa i poucztujemy razem, w miłym gronie moich przyjaciół. Nie pojechałem więc do domu, ale i czas temu nie sprzyjał.

Z początkiem stycznia 1968 roku w Pradze nowym I sekretarzem Komunistycznej Partii Czechosłowacji został Aleksander Dubczek, rozpoczęła się Praska Wiosna – próba reformy systemu i budowy “socjalizmu z ludzką twarzą”, można powiedzieć zaraźliwa. Wkrótce nad Wisłą pojawiło się hasło: “Cała Polska czeka na swego Dubczeka”. W kraju od dłuższego czasu narastało niezadowolenie z polityki tak popularnego jeszcze niedawno towarzysza “Wiesława” czyli Władysława Gomułki, wyniesionego na stanowisko I sekretarza KC PZPR burzliwą jesienią 1956 r., który wbrew oczekiwaniom bardzo szybko rozpoczął proces odchodzenia od zmian, wywalczonych przez społeczeństwo. Coraz bardziej kulała gospodarka,  coraz mniej można było znowu mówić i pisać, coraz gorliwiej pracowała Służba Bezpieczeństwa, wznowiono walkę z kościołem. Reformatorzy wywodzili się głównie ze środowisk intelektualnych, sfrustrowanych wszechobecną cenzurą, nasilającymi się represjami, ograniczeniami w  kulturze i nauce, wielu miało za sobą partyjny staż. Miara dopełniła się pod koniec stycznia 68 roku, kiedy z afisza Teatru Narodowego w Warszawie zdjęto “Dziady” w reżyserii Kazimierza Dejmka, przygotowane dla uczczenia 50 rocznicy Rewolucji Październikowej, ponieważ władza dopatrzyła się w  inscenizacji akcentów antyradzieckich. Na znak sprzeciwu kolejna grupa partyjnych intelektualistów oddała czerwone legitymacje, w Warszawie i Wrocławiu rozpoczęło się zbieranie podpisów w sprawie przywrócenia “Dziadów”, Kraków w swojej kontestacji na większą skalę dołączył później.

My z Ryśkiem Goszczyńskim weszliśmy do konspiracji chyba pod koniec lutego. Kolega z akademika dał nam ulotkę, z której wynikało, że Janusz Szpotański za napisanie utworów satyrycznych, a głównie opery “Cisi i gęgacze”, wyszydzających panujący w Polsce ustrój i rządzącą ekipę, został skazany na trzy lata więzienia. Na ulotce były urywki wierszy, nazwisko autora nic nam wtedy jeszcze nie mówiło,  ale satyra była trafna i parę lat więzienia za zasłużony śmiech wołały o pomstę do nieba, zgodziliśmy się więc robić za chiński powielacz. Przepisaliśmy z przyjacielem ręcznie po piećdziesiąt razy treść ulotki, na kartkach wyrwanych z brulionów, a później ukradkiem rozłożyliśmy je w pobliskim gmachu AGH i Wyższej Szkole Rolniczej oraz na Plantach, rezygnując z pokusy, żeby i w naszym Collegium Paderevianum co nieco posiać. Tam znali nasze charaktery pisma. Oczywiście trochę baliśmy się, że jakiś  tajniak nas zatrzyma, ale tak się przecież nie stało i następnym razem też poszło gładko. Kiedy relegowano z Uniwersytetu Warszawskiego Adama Michnika i Henryka Szlajfera, którzy kierowali studencką opozycją, w stolicy rozpoczęły się wiece protestacyjne, władza użyła siły i zatrzymała kilkudziesięciu uczestników. Donieśli o tym do Krakowa stołeczni emisariusze i trzeba było rozpowszechnić w mieście wiadomości, tym razem z prawdziwego powielacza. Świadomość, że jesteśmy niezbędni w tej robocie, była silniejsza od obawy przed dekonspiracją. Poza tym mieliśmy szybkie nogi, po 23 lata i bezczelną pewność młodości, że komu, jak komu, ale takim dwom mądralom, jak my, nic się złego nie może stać.

Obydwaj z Ryśkiem byliśmy na V roku slawistyki UJ i ten, który krążył po sali znał nas dobrze, mówiliśmy sobie po imieniu. Kiedyś, ale to było wcześniej, przed marcem, nawet waletował w naszym pokoju w akademiku. Miał bezpośredni, gawędziarski styl rodem z “Przygód dobrego wojaka Szwejka”, które zresztą znał na pamięć, można się z niego było zdrowo pośmiać, lubił się napić i chętnie stawiał, w sumie nie pasował do stereotypu konfidenta. Tylko co wtedy robił w  klubie “Żaka”, kiedy wiara przygotowywała się do wiecu i był wyraźny zakaz wpuszczania obcych, w jakim celu przeglądał ulotki, które przygotowane były do rozdania na ulicy? Tego nie wiedziałem. Może – myślałem – zbiera materiały do artykułu, albo przyszedł z ciekawości…

Leszek Mazan, znany krakowski dziennikarz, bo o nim mowa, przyznał się do swoich “Papierowych Rycerzy”, opublikowanych w “Echu Krakowa” 19 marca 1968 r., dopiero 40 lat później. Przechowuję ten egzemplarz dawnej popołudniówki w domowym archiwum, dał mi go ktoś, już nie pamiętam kto, kiedy wyszedłem z Montelupich. Materiał jest anonimowy i zaczyna się właśnie tak: “Krążyły wśród tłumu wymiętoszone i brudne, pisane ręcznie, lub na maszynie. Ludzie, którym wciśnięto je do rąk, czytali, wzruszali ramionami gestem wyrażającym bądź dezaprobatę, bądź zupełne niezrozumienie, połączone z ironią i ciekawością zakazanego owocu. Ulotki. Było ich dużo. Zredagowane mniej lub bardziej demagogicznie, mniej lub bardziej stylistycznie i ortograficznie, apelujące do jakowegoś poczucia sprawiedliwości dziejowej, nawołujące do solidarności z czymś bliżej nieokreślonym, melodramatyczne i pompatyczne: Ratujcie wasze dzieci! Giniemy! Ulotki. Świstki papieru, który jak wiadomo, wszystko przyjmie. Ulotki, które kłamały, jątrzyły, psuły krew. Kto je pisał? Kto je kolportował? Dziś wiemy już kto.”

Autor wymienia nazwiska zatrzymanych i skazanych w trybie natychmiastowym, głównie studentów krakowskich uczelni, ale jest i dwóch pracowników Państwowego Archiwum: Aleksander Litewka, Maria Kasperska, Michał Wrześniewski, Łukasz Furmanek, Tadeusz Szwedzicki, Karol Herisz, Andrzej Piasecki, Tadeusz Wojciechowski, Stefan Glazer, Zbigniew Milewicz, Ryszard Goszczyński, Andrzej Jania, Bartłomiej Rałowicz, Zbigniew Połoniec, Ireneusz Lisiak, Andrzej Górkiewicz, Wojciech Skulski, Antoni Zawada, Piotr Biela, Danuta Wieczorek, Tadeusz Cesarz, Ireneusz Blicharski… Kary od miesiąca aresztu do dwóch, w kilku przypadkach tylko grzywny. Niektórym ze skazanych przypatruje się wnikliwiej, ubolewa nad ich, niestety, mieszczańskimi albo inteligenckimi korzeniami, nad tym, że rodzic jednego też już należał kiedyś do nielegalnej, wywrotowej organizacji, drugi był adwokatem, a  trzeci tapicerem.

Wpadliśmy z Ryśkiem bardzo głupio. Chodziliśmy po krakowskich akademikach z informacjami, kiedy i gdzie zbieramy się na wiecach, najpierw 11 a później 13 marca i włos nam z głowy nie spadł. Przeżyliśmy szturm milicji na Collegium Novum, w którym użyła pałek, armatek wodnych i gazu łzawiącego (w marcu nosiłem przy sobie, do obrony, na wszelki wypadek, kuchenną sól na oczy, której  nigdy nie sypnąłem, ale było raźniej) i zatrzymała sporo osób, a daliśmy się nabrać na prowokację. 15 marca, z okazji nadchodzących imienin, zaprosiłem Ryśka i paru innych kolegów na piwo do kawiarni w sąsiednim hotelu “Cracovia”. Stawiałem jedną kolejkę, ewentualne następne miały być składkowe. Grzecznie poprzestaliśmy na trzech “żywcach”, ale  napój był moczopędny, przed wyjściem więc skorzystaliśmy z  toalety. Pod lustrem, nad umywalką leżał plik ulotek; myjąc dłonie czytałem tekst o śmierci ciężarnej studentki z UW, Marii Woronieckiej, skatowanej po jednym z warszawskich wieców przez milicję. Na tym zastał mnie Rysiek, a później portier hotelowy, który też zszedł do toalety.
– Co piszą? – zainteresował się cieć.
– Nie przeczytałem jeszcze dokladnie – odparłem wymijająco, bo typ mi się nie podobał.

Zanim wyszliśmy wszyscy z hotelu, minęła chwila, a  smutni już na nas czekali. Ryśka wsadzili do jednej Wołgi, mnie do drugiej i zawieźli najpierw na komendę na Batorego. Stamtąd do prokuratury  na krótkie przesłuchanie, a następnie na Grodzką. Ostatni odcinek obsłużyła zatłoczona, milicyjna Nysa z zakratowanymi oknami; stojąc mogłem sobie popatrzeć przez okno na pogodny, wieczorny Kraków i nagle bardzo zapragnąłem znaleźć się na zewnątrz.  Wszyscy  mieliśmy na rękach kajdanki, nikogo nie znałem, ale zarzuty były podobne. Ryśka przywieźli następnym kursem. Na Grodzkiej urzędowało Kolegium d/s wykroczeń w osobie urzędnika w średnim wieku – zapamiętałem, że miał zmęczoną twarz, szelki i rozchełstaną, białą koszulę – oraz drugiego, który przysypiał. Ten pierwszy siedział nad kartką wyrwaną z kodeksu karnego i stosem różnych karteluszków z odręcznymi zapiskami, które donosili mu milicjanci z konwoju i monotonnym głosem wymieniał kolejne nazwisko zatrzymanego, o co jest obwiniony, po czym wymierzał karę. Wszyscy byli obwinieni z tego samego paragrafu 28 Prawa o wykroczeniach, my z Ryśkiem dostaliśmy po miesiącu aresztu. Za rozpowszechnianie ulotek o wrogiej treści państwowej w hotelu Cracovia.

Prof. Jerzy Eisler*, naukowiec zajmujący się badaniem wydarzeń marcowych, uważa, że informacja o śmierci ciężarnej studentki została najprawdopodobniej sfabrykowana przez MSW. Według oficjalnej propagandy autorami prowokacji byli oczywiście studenccy “komandosi” z grupy kontestatorów, skupionych wokół Adama Michnika. Władzy zależało na ich kompromitacji. >>Można było bowiem przypuszczać – pisze badacz – iż studenci uwierzą w takie bestialstwo milicji. Równocześnie można było liczyć, że prawda wyjdzie na jaw w ciągu 2-3 dni i wówczas okaże się, jak “wiarygodne” są  informacje rozpuszczane przez “komandosów”.<< Nazwisko ofiary brzmiało na ulotkach różnie,  najpierw Barańska, później Baraniecka, do Krakowa dotarła jako Woroniecka. Maria Baraniecka, studentka IV roku Pedagogiki UW, ukazała się cała i zdrowa na ekranach telewizyjnych w sobotę 16 marca, w cotygodniowym programie “Monitor”. PRL-owscy specjaliści w dziedzinie manipulacji osiągnęli swój cel.

Ożyła tego samego dnia, kiedy znalazłem się przez nią w kryminale, ale skąd mogłem o tym wiedzieć. Telewizorów jeszcze wtedy w celach nie było. a prasa kłamała, więc nawet wstyd było się o nią upomnieć. Telewizja zawitała do nas w następnym tygodniu, pod celę przyszedł klawisz i zakomunikował, że Rysiek i ja mamy widzenie, wtedy już siedzieliśmy razem.

– To jest redaktor Mazan – dodał.  – Zgadzacie się?

Przytaknęliśmy, liczyliśmy na to, że po starej znajomości, coś dla nas załatwi. Przywitał nas wyrazami współczucia i zaproponował prosty, męski układ: on przygotowuje materiał o wypadkach marcowych w Krakowie, możemy więc wystąpić przed kamerą, a przy okazji powiedzieć, o co walczymy, jaki jest nasz program, itd. Zapytałem go wtedy, czy nie zatelefonowałby do mnie do domu i tylko przekazał wiadomość, gdzie jestem i co się ze mną dzieje, ale nie odpowiedział.

Była okazja, by powiedzieć publicznie, co myślimy o braku wolności słowa w Polsce i brutalności milicji, o potrzebie poprawienia systemu, bo o jego zmianie nikt wtedy nie myślał. Postanowiliśmy więc z niej skorzystać. Nie pamiętam, czy zaraz przyjechał z całą ekipą, czy dopiero na drugi dzień. Wejść mieliśmy kilka, a to udawaliśmy, że rozmawiamy, a to zamykały się za nami jakieś kraty, to znowu szliśmy długim korytarzem z blaszanymi miskami – niektóre ujęcia trzeba było powtarzać, ale  w końcu Mazan uznał, że wystarczy. Czekałem na mikrofon, po zdjęciach miała być fonia.

– My już wiemy, co myślicie i sami dorobimy  komentarz – uśmiechnął się.
– Mógłbyś Leszku zadzwonić do mnie do domu? – ponowiłem dyskretnie prośbę, kiedy zbierał się już do wyjścia i przez chwilę byliśmy sami.
– Muszę zapytać funkcjonariusza, czy mi wolno – odparł oficjalnie i na tyle głośno, że klawisz sam się zainteresował, o co chodzi.

Grypsera, w jakiejkolwiek formie, była jednak zakazana. Mama dowiedziała się, gdzie jestem, kiedy materiał z Monte pokazano w głównym wydaniu dziennika telewizyjnego. Można się domyślić, jakim komentarzem był opatrzony. Dwóch wichrzycieli, bez mała współodpowiedzialnych za próbę obalenia ustroju socjalistycznego w Krakowie, zasługiwało na najwyższe potępienie. Nigdy mi później nie odpowiedziała dokładnie na pytanie, jak w pierwszym momencie zareagowała na ten przekaz. Kiedy ochłonęła, zaczęła działać. Poprzez osobiste kontakty, jakże cenne wtedy w Polsce, dotarła do dobrej obrończyni w Krakowie, która zaraz kazała mi zaskarżyć orzeczenie kolegium przed sądem. Później Mama dotarła na uczelnię, która w międzyczasie już zdążyła  mnie skreślić z listy studentów, ale tam w ogóle nie chcieli z nią rozmawiać. Przez panią adwokat dostałem jedną paczkę z domu, później drugą, na widzeniach, w czasie których ustalaliśmy linię obrony, szmuglowała dla mnie papierosy; o telefonowaniu z aresztu nie było wtedy zupełnie mowy. Mogliśmy pisać listy do domu i swoich dziewczyn, ale wszystkie listy były oczywiście cenzurowane przez odnośne służby, podobnie jak i odpowiedzi. Można było doczekać się krótkiego widzenia z bliskimi. Mama dwukrotnie do mnie przyszła, za pierwszym razem rozmawialiśmy przez kraty, za drugim przy stoliku, też pod czujnym nadzorem służby więziennej i może dlatego rozmowa się niezbyt kleiła. Obydwoje udawaliśmy za to zadowolonych z życia, na zasadzie, że nic się nie stało.

Najtrudniejsze na Monte były początki. Rygor, ciasnota w celach, otwarte ubikacje, trzeba się było do tego przyzwyczaić. Przez pierwsze dni kwaterowano nas z kryminalnymi, ale żaden ze studentów na tym nie ucierpiał. Byliśmy z innej półki i oni to respektowali, a my z kolei staraliśmy się nie pytać: za co siedzisz? Jak nabrali  zaufania, to otwierali się sami. Uczyli nas grypsery, a my im opowiadaliśmy o naszych wiecach, starciach z milicją, profesorach i dziewczynach, tak się nawiązywała komitywa. Kiedy dostaliśmy “swoje” cele, czas zaczął jakby szybciej płynąć. W mojej, poza Ryśkiem, “garowali” Tadzio Szwedzicki, Andrzej Piasecki, Tadzio Wojciechowski i chyba Bartek Rałowicz, ale tego ostatniego nie jestem pewien. Andrzej był uzdolnionym artystą, studiował na PWSM i wspólnie układaliśmy różne śpiewane teksty, na temat naszego losu. Zapamiętałem dwa, dziś dźwięczą mi one trochę naiwnie i sentymentalnie, ale wtedy byliśmy wszyscy dumni  ze wspólnego dzieła.  Jeden napisany został w rytmie tanga “Szkoda twoich łez dziewczyno”, a słowa były następujące:

Siedzimy  tu na Monte Lupich, ja i ty
a z twoich oczu niespokojnych idą skry
i płyną słowa pełne gniewu, pełne skarg
z twych jeszcze wczoraj uśmiechniętych warg
lecz nie bądź taki smutny
nie bądź taki zły
posłuchaj, już nasz klawisz nam otwiera drzwi
więźniowie snują się po celach swych
czekając kiedy wyjdziem z nich

szkoda twoich łez studencie
miesiąc, dwa lub trzy tu będziem
za ulotek treść
proponujących wolność słowa
kopsnij szluga więc
bo tylko to ma tutaj sens

komunały z prasy w skręty zamieniły się
stań na lipku, miej na względzie
siedem kabaryny będzie
gdy piosenki treść
usłyszy czujne ucho śledzia

Drugi, balladowy bardziej, był melodycznie składanką, wziętą między innymi z romansu “Oczy cziornyje”:

Gdzieś na Monte w Grodzie Kraka
tam, gdzie żyli króle
stoi strasznie wielka paka i zaprasza czule
już pensjonat wysprzątany brać studencką czeka
chlebuś świeżo wypalany
margaryny deko

Ej raz, jeszczio raz
jeszczio mnogo, mno raz
ej raz , jeszczio raz
jeszczio mnogo, mnogo raz

Cela mała, ściany blisko
siedzi tutaj studencisko
jeden, drugi, trzeci, czwarty
za to, że był tak uparty

demokracja mu się śniła
konstytucja uwodziła
tą swobodą prasy, radia
za to siedzi dzisiaj tu

ta rara raj raj raj raj ra ra
ta rara rara
ta rara rara
tarara raj raj raj raj ra ra
tarara rara tarara raj

a dziewczyny takie hoże
innych ciałem cieszą swym

ta rara raj raj raj raj ra ra…

Raz próbowaliśmy zaśpiewać tę pierwszą piosenkę na spacerniaku, do którego mieliśmy prawo przez godzinę dziennie, bo nie ma artystów bez publiczności, niestety klawisze nie znali się na sztuce. Jedyną muzyką, którą nam codziennie, po wieczornym raporcie, puszczano przez megafon w celi była “Cisza” na trąbce. Do dziś nie cierpię tego utworu. Parę lat temu, na pogrzebie jednego z moich krewnych, muzyk z zamówionej orkiestry zagrał to nad grobem i musiałem opuścić uroczystość. Inaczej dostałby ode mnie po gębie.

Termin rozprawy rewizyjnej przed krakowskim sądem zbiegał się z zakończeniem aresztu. Mój przyjaciel też złożył odwołanie od orzeczenia kolegium i stanęliśmy razem. W tym samym konwoju jechali także inni studenci, którzy próbowali ratować swoją skórę, a cel był jeden: w razie uniewinnienia można było wrócić na uczelnię, wszyscy bowiem byliśmy relegowani. Dowieziono nas do sądu w cywilnych ubraniach, ale przepisowo skutych. Korytarz przed salą rozpraw był zatłoczony bliskimi i przyjaciółmi aresztantów.

– Trzymaj się, guerra! – usłyszałem znajomy głos.

To był “dziadek” czyli Jurek Kowalski, mój serdeczny druh i największy jajcarz w Krakowie. Od razu zrobiło mi się raźniej. Moja i Ryśka sprawa była któraś tam w kolejce, czas w pomieszczeniu dla aresztantów się dłużył, rozmowy z bliskimi były zakazane, ale wreszcie doczekaliśmy się. Prokurator mówił nawet lepiej od naszej pani adwokat, oskarżenie tonęło w gąszczu różnych czynników łagodzących, sąd nas uniewinnił. Z proceduralnych względów musieliśmy jednak pojechać z powrotem na Montelupich, jeszcze na kilka dni, które pozostawały do końca kary. Na sądowym korytarzu zdążyłem tylko wyściskać moją kochaną mamę Ninę i wtedy żeśmy sobie trochę obydwoje popłakali, już bez pozy.

Po wyjściu na wolność straciłem na jakiś czas Ryśka z oczu, zaszył się w krakowskich, domowych pieleszach u narzeczonej a może już żony Agnieszki, która była naszą koleżanką z roku. Moja Magda mieszkała i studiowała w Warszawie, tęskniłem za nią, ale wcześniej chciałem pojechać do domu, na Śląsk. Rozsądek podpowiadał, żeby mimo wszystko zacząć od uczelni. Najpierw odbył się jednak uroczysty, choć skromny obiad u Polera, z udziałem pani adwokat i kilku moich przyjaciół, który zafundowała mama Nina. Za zaległe imieniny i z okazji powrotu na wolność. W akademiku poczułem się jak trędowaty. Znajomi unikali wspólnych spotkań, rozmów, w oczach niektórych widziałem lęk. Tylko “dziadek”, Andrzej Rygorowicz i Wiesiek Fiszer, z którymi byłem mocniej zżyty, zachowywali się normalnie. Na uczelni wstępnie niczego nie załatwiłem, obiecali rozpatrzyć moją sprawę, jak uprawomocni się wyrok, mogłem jechać do Tychów.

– Ile cię to wszystko kosztowało? – zapytałem mamę.
– Sprzedałam całe złoto, jakie było w domu – odpowiedziała pogodnie.

Udało mi się skończyć studia, pracę dyplomową obroniłem z lekkim poślizgiem. Można powiedzieć, że wyszedłem z wydarzeń marcowych zaledwie lekko draśnięty. “Komandosom” (nazwa wzięła się z początkowych form ich działalności – pojawiali się nieoczekiwanie na zebraniach partyjnych i organizacji młodzieżowych i zadawali działaczom niewygodne pytania) wymierzano dużo wyższe kary, do 3 lat pozbawienia wolności. Jacek Kuroń i Karol Modzelewski, uznani za inspiratorów wydarzeń, zostali skazani na 3,5 roku więzienia. Według danych Ministerstwa Spraw Wewnętrznych w całym kraju do 25 marca 1968 r. zatrzymano 2549 osób; w październiku, według danych Prokuratury Generalnej, była mowa już o 2732 zatrzymanych. Poza środowiskiem inteligenckim represje, choćby pośrednio, odczuły wszystkie warstwy społeczeństwa. Najbliżsi ukaranych otrzymywali nagany w swoich zakładach pracy, byli degradowani lub wyrzucani na bruk – w ramach współodpowiedzialności rodzinnej za popełniony czyn. U mojej mamy, która pracowała w biurze dużego przedsiębiorstwa handlowego, skończyło się na pisemnych wyjaśnieniach, bo zostałem oczyszczony z zarzutów.

Do dziś nie ustalono oficjalnie, czy wśród marcowych manifestantów były ofiary śmiertelne. Nawet, jeżeli dla potrzeb propagandy telewizja znalazła również żywą Marię Woroniecką, studentkę medycyny (dziewczyna nie zgodziła się jednak na wystąpienie przed kamerami, więc przepadła okazja do kolejnego ataku na kontestatorów) , nie znaczy, że marzec nie zebrał swojego tragicznego żniwa. Wiele osób, w tym wybitnych intelektualistów, zmuszonych zostało do pozostawienia swoich domów, bliskich, zrezygnowali z karier i wyemigrowali na Zachód, w tym zwłaszcza wielu Polaków pochodzenia żydowskiego. Prowadzono wówczas tzw. kampanię “antysyjonistyczną”, skierowaną przeciw Izraelowi, ale w rzeczywistości była to często antysemicka czystka. Ile samobójstw wówczas popełniono w Polsce? Pewnie istnieją jakieś dane na ten temat, niezmanipulowane dane…

KONICA MINOLTA DIGITAL CAMERA
Autor dziś

Pięć lat temu redaktor Leszek Mazan zgodził się na udzielenie wywiadu swojemu koledze po fachu, redaktorowi Stanisławowi Mancewiczowi z “Gazety Wyborczej”. Okazją była okrągła, 40, rocznica marcowych wydarzeń i fakt, że “Wyborcza” kiedyś dostała w prezencie plik archiwalnych publikacji “Echa Krakowa” na ten temat, w tym “Papierowych Rycerzy”. Na ów materiał natrafiłem dopiero niedawno, ale ponieważ dostrzegłem w nim jedną nieścisłość, muszę się do niego, w trosce o tzw. prawdę historyczną, odnieść, bo zbliża się kolejna, okrągła rocznica marca . Wywiad nosi datę 10.03.2008 i tytuł: “Spowiedź marcowego grzesznika”. Red. Mancewicz cytuje obszerne fragmenty anonimowego paszkwilu, na którym ktoś odręcznie dopisał, że autorem jest Leszek Mazan. W pierwszej rozmowie zaprzeczył temu. W drugiej zmienił zdanie i zwalił winę na Ryszarda Sławeckiego z KW PZPR w Krakowie, który rządził wtedy mediami i dał mu już gotowca, z poleceniem, żeby go opracował do druku. Gdyby się nie zgodził, miałby poważne problemy. Zacytuję ostatnie fragmenty rozmowy:

– Poprawiłem, napisałem, co napisałem, daję słowo honoru, że tekst dostałem do ręki. Zrobiłem z nim tyle, że był drukowalny. Okropne.
– Znał pan ludzi, których pan opisał? To prawie pana rówieśnicy.
– Młodsi. Nie, nie znałem nikogo.
– Może banalne pytanie: co pan czuł, co pan czuje?
– Okrutne pytanie. Czułem się, jak szmata. 40 lat z tym żyję, 40 lat mam zgagę. I wystarczy.

No tak, a znał choćby mnie i Ryśka. Nawet o nas materiał do telewizji nakręcił, ale może o tym zapomniał powiedzieć w wywiadzie, jest w końcu starszy, ma prawo do niepamięci. Przy uporczywej zgadze to się podobno często zdarza. Co do szmaty, to rozumiem, że próbuje ją wyprać, żeby ładniej się prezentowała, ale ona zawsze pozostanie szmatą.


* J. Eisler. Marzec 1968. Geneza, przebieg, konsekwencje, Warszawa 1991

Ni pies, ni wydra…

okladka3Kolejny nasz tekst o wypadkach marcowych sprzed 45 lat.
Viktoria Korb
jest  “uciekinierką marcową”. Swoje przeżycia z tamtych czasów opisała w książce “Ni pies, ni wydra…” (aktualnie dostępna jako audio book wydany przez studio Lissner, Warszawa  2011), która po niemiecku ukazała się pod tytułem: „…kein polnischer Staatsbürger” (Trafo Verlag 2010). Okładkę do niemieckiego wydania wg projektu autorki wykonała Beata Ochmann, zaprzyjaźniona polska  graficzka z Berlina.

Viktoria pisze o tym: mam nadzieję, że dzięki tej okładce dobrze, moim zdaniem, prezentującej „pomieszanie z poplątaniem”, udało  mi się też oddać atmosferę studenckiej rewolty i polityki w Polsce w roku 1968. Nad Polską krążyły bowiem wówczas duchowo gwiazdy Dawida – żółte i niebieskie, symbole żydostwa i Izraela, przydzielone opozycji studenckiej przez polskie władze wrogie Izraelowi, a obok nich gwiazdy czerwone – sześcio- i  pięcioramienne,  reprezentujące komunistyczną władzę, oraz biało-czerwone dla oznaczenia polskich pseudopatriotów zajmujacych pozycje antysemickie. A wszystkie lecą wokół chwiejącego się Pałacu Kultury, niegdyś imienia Stalina, jednego z symboli komuny, której groził  kompletny rozpad z powodu rewolucji w Czechosłowacji i inwazji Paktu Warszawskiego.
Jednak nie chciałam napisać książki śmiertelnie poważnej, lecz pokazać też atmosferę euforii, typowej dla wspólnych działań „rewolucyjnych” oraz zabawowe życie studenckie, którym wstrząsnął nagle terror bezpieki. Na szczęście polskie media pojęły moje intencje i podczas licznych prezentacji w polskiej telewizji często pytano mnie, jak można spojrzeć na te ponure zdarzenia z takim humorem?
Także prasa z zainteresowaniem zaareagowała na moją książkę, stawiajac pod znakiem zapytania standardowe opinie o klasycznym polskim antysemityzmie. Tymczasem media niemieckie ledwie raczyły zwrócić uwagę na niemiecką wersję powieści, a jeżeli, to ciekawiła ona głównie młodych. Trochę rozumiem jednak dystans starszych, bo Niemcom nie wypada krytykować antysemickich wyskoków w Polsce – sami mają gorsze na sumieniu!
Jednak nie powinni przesadzać. Najdziwniej zachował się popularny tygodnik „Stern”,  bo pięć lat temu, w 40 rocznicę Marca, opublikował w obszernej serii „Wie eine Generation die Welt veränderte” (Jak pewne pokolenie zmieniło świat)  artykuly o rozruchach dookoła świata, łącznie z imprezami hippisów w USA, a o Polsce nie bylo nawet wzmianki! Oczywiście czołgi w CSRR są bardziej kuszące medialnie, i słusznie, ale tańczące golasy niekoniecznie są ważniejsze od antysemickiej kampanii, która niemal zakończyła żydowskie życie w Polsce. Jak podkreślił sam „Stern”, w Niemczech chodziło głównie o seks i rock and rolla.
A oto fragment z mej książki, dokumentujący polski luz nawet w koszmarnych momentach:
„Zapukałam i weszłam do pokoju rzecznika z kołaczącym sercem. Dość młody, nieznany mi pracownik naukowy, (…)  wskazał na krzesło po przeciwnej stronie biurka i wyciągnął z szuflady jakiś papier, jak się domyśliłam, list z MSW.
Zagłębił się w lekturze, po czym zapytał z powagą w głosie:
– Przygotowuje się postępowanie dyscyplinarne przeciwko pani. Co pani zrobiła? Czy nawoływała pani do wieców na SGPiS–ie? Organizowała je pani?
– Nikt nie organizował wieców, były  spontanicznie..
– Hm – mruknął profesor. – Ale brała pani udział w wiecach? Jest pani elementem wichrzycielskim?
– Brałam udział w wiecach jak prawie wszyscy studenci. Nie jestem żadnym elementem, naturalnym czy innym, jestem skromną jednostką ludzką.
– Czy zabierała pani głos, wzywała pani studentów do wyjścia na ulicę?
– Nigdy nie zabierałam głosu na wiecach, nie mogłam więc do niczego nawoływać.
– Ale tu pisze, że jest pani wichrzycielem.
Zapadła długa chwila milczenia. Zastanawiałam się właśnie, jak odeprzeć ten ciężki zarzut, gdy rzecznik dodał:
– Pisze tu też, że wyrażała się pani z przekąsem o polityce partii i rządu.
Spojrzeliśmy sobie długo i niepewnie w oczy, po czym nagle ciałem profesora zaczął wstrząsać konwulsyjny śmiech. Delektując się swymi słowami i bijąc się z zachwytu po udach powtarzał raz za razem:
– Wyrażała się z przekąsem… Wyrażała się z przekąsem… ha ha ha!
Jego śmiech był wręcz zaraźliwy. Zaskoczona w końcu nie wytrzymałam i też zaczęłam chichotać. Śmialiśmy się razem, aż rzecznik zakończył orgię parskania słowami:
– Dziękuję, do widzenia, przesłuchanie jest skończone.
– A co będzie dalej? – zapytałam niepewnie.
– Zakomunikuję swą opinię komisji dyscyplinarnej i decyzja zostanie wywieszona na dziekanacie.”
Niestety ten humorystyczny element mnie nie uratowal, bo wprawdzie dyscyplinarkę mi umorzono, ale jednocześnie zaczęła się seria prześladowań naszej rodziny, która zmusiła nas do emigracji.

Arnold Słucki

Ewa Maria Slaska
Ilekroć myślę o wypadkach marcowych, a obchodzimy właśnie ich 45 rocznicę, nieuchronnie przypomina mi się historia o Arnoldzie Słuckim, być może cytowana w filmie “Dworzec Gdański” Marii Zmarz-Koczanowicz i Teresy Torańskiej, nie wiem, bo film wprawdzie znajduje się w sieci, ale w Niemczech nie można go obejrzeć.  Zresztą nieważne, znam ją, bo była opowiadana “od zawsze”. Wspomina ją między innymi Aleksander Rozenfeld. Józef Prutkowski pędzi, żeby pożegnać Słuckiego, wbiega na schody dworca, tego słynnego dworca, z którego po Marcu 1968 roku wyjeżdżali z Polski wszyscy Żydzi. Jechali wieczornym pociągiem do Wiednia.  Prutkowski zatem… jest spóźniony, biegnie i w biegu woła do kogoś – “z którego peronu odchodzi pociąg do Auschwitz?”

Na ścianie dworca w 30 lat potem odsłonięto tablicę przypominającą owe odjazdy, z cytatem z Henryka Grynberga:

Plik:Tablica Marzec 1968 Dworzec Gdański.JPG

Wikipedia Commons, autor Boston9

W Warszawie, skąd wyjechał do Wiednia, nie był specjalnie lubiany czy szanowany, Wat miał o nim mówić “ten poeta chasyd”, a Słonimski – „Żyd stepowy”. Od najwcześniejszej młodości zapamiętale lewicowy, siłą rzeczy uważany był za poetę partyjnego, ale w roku 1966 roku podpisał list protestacyjny przeciw wyrzuceniu Leszka Kołakowskiego z partii, a w lutym 1968 list w sprawie usunięcia “Dziadów” z repertuaru Teatru Narodowego. Jak wszyscy Żydzi polscy tragicznie przeżył wypadki marcowe. Wyjechał we wrześniu 1968 roku. Pojechał do Izraela, jednak już w roku 1970 wrócił do Europy – do Niemiec Zachodnich, a dokładniej – do Bonn i Berlina. Był ciężko chory (“serce, płuca” napisze w jednym z listów) i tak naprawdę większość czasu spędzał w sanatoriach. Krótko przed śmiercią w liście do Ficowskiego napisał: “(…) niewiele zmieniłem się, przybyło mi tylko (jak wszystkim jeszcze żyjącym) parę lat i dużo rozczarowań. Z nich się przecież lepi to ciasto, które innym rośnie na pośmiertne podziwy.” Zmarł 15 listopada 1972 roku w Berlinie. Pochowano go na cmentarzu Ruhleben.

slucki-grob

Jerzy Ficowski

Dworzec Gdański 1968

pamięci Arnolda Słuckiego

Odjazd Już odjazd
wchodzić Drzwi zamykać
Odjazd na wyspy zatopione
w głąb wyschłych mórz

to tam w komorze serca
wchodzić drzwi zamykać
spotka swą śmierć zaległą
wmiesza się w jej tłum
spóźniony sam jeden

żegnaj Arnoldzie

a on powiewa z okna
naglejącej dali
zrazu chusteczką tylko
a teraz już niebem
w którym chmura się dłuży
nad nami i trwa

i bezpowrotnie zostajemy

z tomiku „Gryps i Errata”, 1982