30 lat temu upadł Mur Berliński (7)

Joanna Trümner (tekst) & Ela Kargol (zdjęcia)

Marienfelde (odcinek 2)

Dwa pierwsze etapy przyjmowania uchodźców w obozie były obowiązkowe. Po wstępnym badaniu przez lekarza oraz przesłuchaniu przez alianckie służby wywiadowcze, uchodźców kierowano do tzw. punktu sprawdzania zakresu kompetencji. Przesiedleńców i azylantów kierowano tutaj do innych, odpowiedzialnych za ich sprawy instytucji.

Czwartym etapem przyjmowania uchodźców była Służba Socjalna Senatu Berlina, gdzie uchodźcy otrzymywali bony stołówkowe i bilety na przejazd środkami komunikacji miejskiej. Służba pomagała również przy zakupie ubrań i innych niezbędnych przedmiotów oraz informowała o przysługujących uchodźcom świadczeniach socjalnych. Była też odpowiedzialna za wskazanie obozu, w którym mieli zamieszkać.

Piąta stacja w procedurze przyjmowania uchodźców to meldunek policyjny. Nie chodziło jednak o prosty meldunek, lecz o sprawdzenie w dostępnych (niekompletnych) księgach niekaralności danej osoby.

Szóstym etapem było tzw. „badanie wstępne” (Vorprüfung A) i dopiero tu można było w końcu złożyć wniosek o wystawienie pozwolenia na pobyt na terenie Republiki Federalnej oraz Berlina Zachodniego. Wniosek, który w latach 50 liczył kilka stron, z biegiem czasu został zredukowany do kilku punktów.

Nie miałem innego wyjścia, musiałem uciekać.

Po „badaniu wstępnym” następowało dokładniejsze badanie przez pracowników zachodnioniemieckiej służby wywiadowczej (Bundesverfassungsschutz i Bundesnachrichtendienst) tzw. Vorprüfung B. W przesłuchaniach uczestniczyli również pracownicy Ministerstwa ds. Stosunków Wewnątrzniemieckich (w latach 1949-1969 nosiło ono nazwę Ministerstwa Spraw Ogólnoniemieckich). Ta faza przyjmowania uchodźców służyła zbieraniu informacji o Niemieckiej Republice Demokratycznej oraz demaskowaniu potencjalnych szpiegów.

W ósmej stacji, tzw. Terminstelle, uciekinierzy otrzymywali informację, kiedy mają się stawić przed komisją orzekającą o przyjęciu lub odrzuceniu wniosku o przyznanie prawa pobytu na terenie RFN.

Następna, dziewiąta, stacja oznaczała ponowne badanie lekarskie, włącznie ze zrobieniem zdjęć rentgenowskich. W przypadku wykrycia gruźlicy, chorych przenoszono do szpitala, zawieszając na okres leczenia decyzję w sprawie ich przyjęcia przez Republikę Federalną.

Najważniejszą stacją po przesłuchaniu przez służby alianckie było przesłuchanie przez trzyosobową komisję, członków największych w tamtym czasie partii, reprezentowanych w parlamencie niemieckim czyli Bundestagu: CDU, SPD i FDP. Komisja analizowała wszystkie zebrane na temat uciekiniera informacje, włącznie z referencjami (o ile takie były). Po zapoznaniu się z dokumentami i intensywnym przesłuchaniu, członkowie komisji podejmowali decyzję o przyjęciu lub odrzuceniu wniosku.

W przypadku decyzji pozytywnej w kolejnym etapie przyjmowania uciekinierów (tzw. Ländereinweisung) zapadała decyzja, do którego kraju związkowego zostanie skierowany. Istniały tzw. kwoty przyjmowania uchodźców, kierujące się wielkością, liczbą mieszkańców i potencjałem gospodarczym kraju związkowego. W Berlinie Zachodnim mogły pozostać osoby, które mogły udokumentować miejsce pracy lub studiów albo powiązania rodzinne. Przy rozdzielaniu uciekających na poszczególne kraje związkowe starano się uwzględnić ich życzenia. Osoby, które zostały uznane za „przesiedleńców”, otrzymywały inny (lepszy niż osoby ubiegające się o azyl) rodzaj dofinansowania oraz rekompensaty za pozostawione dobra, a ich prawa do renty oraz świadectwa dotyczące wykształcenia poddane zostały dokładnej analizie i częściowo uznane. „Przesiedleńcy” docierali do przydzielonych im krajów związkowych RFN drogą powietrzną, ponieważ w przypadku wkroczenia na teren NRD groziło im więzienie.

Przerażające są dla mnie oficjalne liczby na temat przyjmowania pierwszych uciekinierów z NRD. W pierwszych latach istnienia obozu, do połowy lat pięćdziesiątych, prawie dwie trzecie wniosków o przyjęcie w Niemieckiej Republice Federalnej zostało odrzuconych. Dopiero tzw. „Cud Gospodarczy” (Wirtschaftswunder) w drugiej połowie lat 50 spowodował duże zapotrzebowanie na siłę roboczą i poluzował warunki przyjmowania uciekinierów. Od połowy lat 50 odrzucano już tylko jeden procent wniosków, a nowi obywatele RFN szybko integrowali się i jako wysoko wykwalifikowana siła robocza przyczynili się w znacznej mierze do gospodarczej odbudowy kraju.

Po budowie muru tłumy uciekinierów z NRD przestały masowo przybywać do Marienfelde. Nie oznacza to wcale, że obywatele NRD pogodzili się ze swoim losem. Do upadku muru w enerdowskich więzieniach znalazło się 87 tysięcy obywateli NRD, którzy w latach 1961-1989 podjęli próbę ucieczki na Zachód lub też byli w oczach ernerdowskiego reżimu osobami „niepewnymi” politycznie. Ludzie ci stali się w miarę czasu podmiotem handlu wymiennego: wymiany ludzi na towar. W zależności od tego, jakie deficyty wykazywał rynek NRD, za uciekinierów płacono produktami spożywczymi lub ropą naftową. Wykupywanie ludzi było formą pozyskiwania dewiz. Przez zachodnią granicę do NRD trafiły dobra wartości ponad 3 miliardów marek, co stanowiło “równowartość” prawie 34 tysięcy osób. Wśród nich większość stanowili ludzie, którzy nie chcieli żyć w reżimie, NRD dosyć chętnie dorzucała do „kontyngentów” więźniów politycznych kryminalistów, ludzi, których chętnie się pozbyła.

Znajomy, który miał odsiedzieć czteroletni wyrok za działalność na szkodę państwa enerdowskiego, a został wykupiony przez rząd RFN w roku 1977, odpowiadał mi o tym, jak go odtransportowano do Berlina: w jego dziesięcioosobowej grupie wysłanej z Berlina Wschodniego do Marienfelde było trzech kryminalistów i z dużą pewnością pracownik Stasi (służb bezpieczeństwa), przemycony na Zachód w celach służbowych. Wszystkie reżimy chętnie pozbywały się ludzi nie stanowiących zbyt wielkiej wartości, recydywiści przyjeżdali również w grupach zwolnionych internowanych z Polski. W ten sposób w takiej grupie znajdowali się zarówno ludzie, którzy chcieli za wszelką cenę opuścić swój kraj, jak i osoby, których kraj chętnie się pozbył. Przewodnik po obozie opowiada, że pani kanclerz Merkel chciała swego czasu wyjechać do Republiki Federalnej, a stamtąd do Stanów.

Wystawa w Marienfelde opowiada o wszelkich aspektach ucieczek, również o kwitnącym zawodzie „pomocnika w ucieczkach”. Do tej pory była to dla mnie niemiecka wersja Robin Hooda, który poświęca swoje życie dla wolności innych, jak ów wspomniany już znajomy, który zaraz po przyjeździe do Berlina założył Komitet Samopomocy byłych obywatyli NRD. Ta organizacja zajmowała się nie tylko pomocą osobom, które dopiero co przyjechały do obcego państwa, Komitet pośredniczył w kontaktach z ludźmi organizującymi ucieczki. Mimo lewicowych poglądów uczestniczył on i organizował wiele akcji przeciwko dyktaturze komunistycznej, w tym przeciwko stanowi wojennemu w Polsce. „Robin Hoodem” była również legenda Berlina Zachodniego, założyciel muzeum Checkpoint Charlie, dr Rainer Hildebrandt, Muzeum, które dzisiaj jest jedną z największych atrakcji turystycznych Berlina. Dom Hildebrandta w Nikolassee stał się przytułkiem dla ludzi prześladowanych, a założony przez niego Komitet przeciwko Nieludzkiemu Traktowaniu zbierał latami informacje o więźniach politycznych Bloku Wschodniego i pomagał ludziom w ucieczkach. Życiowe motto Hildebrandta, „nie robienie niczego jest morderstwem”, uczyniło z niego wroga numer 1 w NRD. Trzy razy władze tego państwa próbowały go porwać.

W Marienfelde dowiaduję się, że z biegiem czasu zawód „pomocnika w ucieczkach” stał się jedynie sposobem na zarabianie pieniędzy, pozbawionym jakiegokolwiek romantyzmu i ideałów biznesem. W latach 1964/65 ucieczki kosztowały od 3.000 do 7.000 marek zachodnich za osobę, w roku 1967 cena wzrosła do 15.000 marek. Wiele ucieczek kończyło się fiaskiem i wieloletnim pobytem w więzieniu zarówno dla uciekających jak i dla pomocników, im wyższe było ryzyko, tym wyższe były koszty ucieczki.

Wystawa porusza wiele aspektów ucieczek, nawet te najbardziej dramatyczne jak odgórnie narzucone adopcje dzieci, za które odpowiedzialność ponosiła Minister ds. Młodzieży Margot Honecker. (Nota bene pani minister nosiła tytuł doktor honoris causa Uniwersytetu Adama Mickiewicza w Poznaniu – tytuł otrzymała 18 stycznia 1974). Dla niej sprawa była jasna: „rodzice opuszczają swoje dzieci”. Pierwszą tego typu publicznie nagłośnioną sprawą była adopcja w rodzinie Grübel. Członkowie tej rodziny próbowali w sierpniu 1973 roku wraz z dwójką trzy- i czteroletnich dzieci uciec do Republiki Federalnej Niemiec. Zostali złapani i skazani na wieloletnie kary więzienia. Rodziców wykupiła Republika Federalna Niemiec, dzieci zostały w NRD i pod koniec 1975 roku zaadoptowało je enerdowskie małżeństwo. Dzieci i rodzice zobaczyli się po siedemnastu latach rozłąki. Historia tej rodziny kończy się happy endem, jednak w wielu przypadkach dzieci nigdy nie poznały swoich biologicznych rodziców.

Wiedzieliśmy, że nikomu nie możemy ufać i nie wolno nikomu “podpaść”. Dieter Dubrow, urodzony w roku 1930, uciekł z NRD w roku 1958.

Wychodząc z budynku obozu, myślę, nie po raz pierwszy, o tym, że mimo wszystkiego, co denerwowało mnie w Polsce Ludowej i co doprowadziło do decyzji o wyjeździe, życie tam było godniejsze od piekła NRD.

Cdn.

Adwent

Ewa Maria Slaska

Tyle razy pisałam już o adwencie, że postanowiłam nie powtarzać sama siebie, tylko sama siebie zacytować, przypominając niektóre z opowieści i przepisów.

W Niemczech wszyscy wszystkim składają dziś życzenia, które brzmią ni mniej ni więcej (to jednak dokładny naród) – miłego pierwszego Adwentu! Też Wam życzę.

Opowieść o pomarańczach

Adwent to czekanie. Byliśmy mieszkańcami świata zwanego Komuną, wiedzieliśmy znakomicie, że na wszystko trzeba czekać, często bez obietnicy, że się doczekamy. Nauczyliśmy się stanowczego stania w kolejkach, wytrwałego trwania przed sklepami, zapobiegliwego zapisywania się na listy… I gdy na Zachodzie kolorowy świat z filmów kupując smakołyki i prezenty czekał na przyjście Pana, tak my czekaliśmy na mięso, cukier, masło, mieszkanie, a przed świętami jeszcze na statki z pomarańczami. Statek z pomarańczami wypłynął wczoraj z Kuby… Statek z pomarańczami wpłynie najprawdopodobniej za trzy dni… Statek z pomarańczami stoi na redzie. Takie komunikaty otrzymywaliśmy w gazetach i w radio, a może nawet, przyznaję, że nie pamiętam, w wiadomościach telewizyjnych.
Bywały i inne statki, przywoziły rodzynki, grapefruity, traktory lub paszę dla świń. Ale żadne z nich nie budziły takich emocji jak owe statki z pomarańczami. Nigdy się wtedy nie zastanawiałam nad tym, czy te pomarańcze miały być tylko dla nas, mieszkańców Trójmiasta, czy też dzieliliśmy się dostawą z resztą Polski. Ile w ogóle było tych pomarańczy? Współczesny statek kontenerowy ma ogromną ładowność, przekraczającą nawet 500 tysięcy ton. Największe statki zbudowane dotąd w Polsce to seria masowców o nośności ok. 150 000 ton. No ale to na pewno nie takie kolosy płynęły 40 czy 50 lat temu na Kubę, żeby przywieźć do Gdańska twarde pomarańcze o plamiastej zielono-pomarańczowej skórce. Załóżmy dla prostego rachunku, że przywieziono 20 tysięcy ton tego wspaniałego owocu (który nota bene w kubańskim wydaniu wcale nie był wspaniały). W kilogramie mieściło się pewnie 5 sztuk, co daje łącznie 100 000 000 pomarańczy. Sto milionów? Naprawdę? Po 2,5 sztuki na głowę mieszkańca? Jeden statek zaspokajał adwentowe potrzeby całego kraju??? Nie wiem, w głowie mieszkańca mi się nie mieści. Zawsze się to nam wydawało okropnie mało, taki jeden statek, dlatego chyba nie pyskowaliśmy, że można było kupić tylko po kilogramie, a może nawet po prostu po sztuce na głowę… A przecież jeżeli umiem liczyć, to mogliśmy dostać nawet po dwie pomarańcze na głowę!

Dobrze pamiętam natomiast, co myśmy wtedy z tymi pomarańczami robili – kroiliśmy je w poprzeczne plastry i wkładaliśmy do wigilijnego kompotu z suszonych owoców. I stale ktoś z nas podchodził do dzbanka i wtykał nos pod przykrywającą go ściereczkę. Te pomarańcze w ogóle nie miały smaku, ale pachniały i to już tworzyło nastrój prawdziwych świąt.

Opowieść o 11 listopada

Adwent to cztery ostatnie niedziele przed świętami Bożego Narodzenia. To wie w Polsce każdy katolik, bo pierwsza niedziela adwentu to jednocześnie początek roku liturgicznego. Nie jest to święto ruchome, w takim sensie jak Wielkanoc i inne święta zależne od niej kalendarzowo, ale jednak data jego co roku się zmienia. W tym roku pierwszym dniem adwentu jest dzisiejsza niedziela czyli 2 grudnia. Z lekcji religii każdy z nas na pewno pamięta, że w adwencie “zabaw hucznych nie urządza się”. Dlatego starano się nie brać ślubów w adwencie. Myślałby kto, że jest to zasada obowiązująca w całym świecie katolickim. A bogdaj to…

W Niemczech, i tych katolickich, i tych prostestanckich, i tych ateistycznych, a też i innowiernych, okres adwentu to okres zabawy jak najbardziej hucznej, bo niemiecki karnawał zaczyna się 11 listopada o godzinie 11:11. Co jednemu święto Wyzwolenia a innemu Zakończenia I Wojny Światowej czy wręcz Kapitulacji, to Niemcowi moment wyciągnięcia z szuflady czerwonego nosa na gumce albo srebrnej sukni wieczorowej w złote płomienie jaką miała niedawno na sobie Renée Zellweger (ach!)

Adwent to w krajach protestanckich wieniec adwentowy z czterema świeczkami, domki z piernika, kalendarze adwentowe i ich lokalne odmiany, np. wizyty krasnoludków, ciasteczka adwentowe, dekoracje adwentowe, przygotowania do Bożego Narodzenia (pierniki, figurki do szopki, ozdoby choinkowe, pocztówki świąteczne, prezenty…), w Polsce jeszcze Andrzejki i Barbara, wszędzie Mikołaj, wszędzie tam, gdzie są Żydzi – Chanuka (też się dziś zaczyna!!!), w Skandynawii jeszcze ekstra – Santa Lucia i Julklap…

W każdym razie zaczął się adwent i trzeba upiec ciasteczka. Co najmniej kilka rodzajów. I powinny doczekać przyjścia Pana, ale niektóre ciasteczka kończą się zanim nawet adwent się zacznie. Tak bywa. Albo powiem więcj, tak właśnie jest. A jeśli jest inaczej i raz upieczone ciasteczka starczają bez dalszych wypieków aż do Nowego Roku, to tylko dlatego że (widziałam na własne oczy!) puszcza się w obieg zamkniętą puszką z ciasteczkami, każdy, gość i domownik, otwiera puszkę, wyjmuje ciasteczko, zamyka puszkę i podaje ją dalej. Raz w ciągu wizyty! No ale tego wszak nie będziemy polecać…

Ciasteczka dla Elizy

przepis na niemieckie pierniki “Elisenlebkuchen” z Norymbergi, nazwane tak w XIX wieku ku czci córeczki jednego z piernikarzy. Sam przepis pochodzi z XVI wieku.

elisenlebkuchen

70 g masła
170 g cukru
jajka
200 g mielonych orzechów
łyżka kakao
łyżeczka cynamonu
szczypta mielonych goździków
100 g rodzynek
125 ml mleka
250 g mąki
pół torebki proszku do pieczenia
100 g skórki pomarańczowej usmażonej w cukrze
paczka polewy czekoladowej
posiekane pistacje lub migdały

Tak! To pierniki bez miodu!

Masło, cukier i jajka ukręcić mikserem na masę o konsystencji kremu. Mikser odłożyć. Już go nie będziemy tu potrzebować. Dodać orzechy, skórkę pomarańczową, mleko i przyprawy. Dodać mąkę i proszek do pieczenia. Wymieszać ręcznie.

Posmarować blachę tłuszczem. Wykładać ciasto na blachę – 1 piernik to 1 łyżka stołowa ciasta. Podana porcja ciasta starczy na dwie blachy. Piec 20 minut w temperaturze 220°C.

Ostudzić. Pokryć glazurą, posypać posiekanymi pistacjami lub migdałami.

Te pierniki są nadzwyczaj wręcz pyszne!

Światła w noc

Adwent to najczarniejsza część roku. Tak czarna, że chwała niech będzie protestantom, iż wymyślili, że trzeba ją rozweselić światłami. Oczywiście, chodzi przede wszystkim o światło symboliczne, o to, że przypominamy sobie narodziny Jezusa, ale też oczekujemy jego ponownego przyjścia w chwale. Ale jednak symboliczne światło świeci również jak najbardziej realnie. Jest czarno, zimno i ponuro, a my wracamy do domu i zapalamy światła w noc. Katolicki adwent był czarny, wstawało się rano i szło się czarnymi ulicami do ciemnego kościoła na roraty. Jak jest teraz, oczywiście nie wiem. Niemiecki adwent po prostu tonie w światłach, a od wielu lat świetlne pomysły przekroczyły już granicę i w Polsce też już wszędzie świecą się okna, balkony, ogrody, dachy… Bardzo to lubię. Łańcuchy świateł wokół okien, świeczki pod herbatą, świeczka przy komputerze, grube świece w adwentowym wianku, no i wreszcie ukoronowanie tej świetlnej orgii czyli choinka.
Kicz? No tak, jasne, kicz…

Barataria 93 Sgt. Pepper’s Lonely Hearts Club Band

Dziekuję Jackowi za inspirację

W Wikipedii czytamy: Sgt. Pepper’s Lonely Hearts Club Band (krótko nazywany Sgt. Pepper) to ósmy album studyjny grupy The Beatles, opublikowany 26 maja 1967 roku. 50 lat temu, ale o tym już pisałam. Zresztą wszyscy pisali.

Właśnie zdawałam maturę. Nie wiem, czy w ogóle dotarło do mnie, że Beatlesi wydali coś nowego. Dla mnie świat Beatlesów kończył się na filmie Help. Ale świat nie stoi w miejscu, nawet jeśli my siedzimy i kujemy do matury. Przypomnę nas tu, bo myślę, że nikt nigdy nie zrobił nam wspólnego zdjęcia.

Magda Dankiewicz, Mariusz Barański, Antek Szczepkowski i ja: Ewa Bogucka. Z Magdą spotkałyśmy się w zeszłym roku. Z okazji 50-lecia matury! Z Antkiem (mieszka w Teksasie) rozmawiałam przez telefon. “Nie zdałbym matury, gdyby nie ty”, powiedział Antek. “Nie paliłabym papierosów, gdyby nie ty”, odpowiedziałam. No ale już nie palę. Za słuchanie piosenek odpowiadała Baśka Owsiana (też się z nią spotkałam). Może ona będzie wiedziała, czy słuchałyśmy Sierżanta Pieprza tego lata 1967 roku. Pytam. Baśka twierdzi, że tak i że od tego nam skrzydła rosły.

Sierżant Pieprz był częścią Summer of Love, kiedy to ruch hippisów w USA osiągnął swój złoty szczyt. Zapowiadał przyszły rok i Festiwal Woodstock, ale na razie był maj 1967 i matura, a potem powtórne kucie, ale już osobno, do egzaminu wstępnego na studia. Nie chciałam studiować, chciałam zostać hippiską. Nie wiedziałam, co mogłabym zrobić. Miałam długie potargane włosy, nosiłam długie spódnice, opaski przez czoło i naszyjniki z łańcuchów kupionych w sklepie żelaznym (koło Mody Polskiej). Kosztowały 2 złote za metr. Moje ówczesne marzenia stały w jawnej sprzeczności z tym, jak nasze matki  i nasi ojcowie przygotowali nas do wejścia w dorosłość. Kilka dni temu, dzięki Facebookowej zabawie “w książki”, wymieniłam od ręki kilka pozycji, którymi mama-tata sterowali naszymi ambicjami. Lucy Maud Montgomery “Błękitny zamek”, “Jajko i ja” Betty MacDonald, “Serca Dalili”, co się po polsku zwało “Imitacja życia”, Fanny Hurst i “Tajemniczy opiekun” Jean Webster. Same amerykańskie powieści. Stara panna, panna na wydaniu, wdowa i sierota. Kobiety opisane przez kobiety. To dzięki tym książkom i ich autorkom, zdając maturę, byłyśmy obywatelkami świata, młodymi nowoczesnymi istotami płci żeńskiej, które wzięły życie w swoje ręce. I tak nam to zostało.

Nie pamiętam, żebyśmy ucząc się do matury złapali kiedykolwiek w radio Luxemburg Sierżanta Pieprza. Ale San Francisco (Be Sure to Wear Flowers in Your Hair), hymn tego lata, w wykonaniu Scotta McKenzie, puszczała Trójka, a może nawet przedziwny produkt Komuny – Muzyka i Aktualności. Aktualności były straszne, muzyka – świetna.

If you’re going to San Francisco,
be sure to wear some flowers in your hair.
If you come to San Francisco,
Summertime will be a love-in there.

Ale oczywiście Scott McKenzie to typowy dla naszej młodości wyciskacz nastrojów, tymczasem Sierżant Pieprz Beatlesów oznaczał rewolucję. Jak to ktoś napisał – piosenka i płyta przekroczyły możliwości ówczesnej techniki grania i nagrywania w studio. U szczytu powodzenia kultury hippisów narodził się psychodelic.

It was twenty years ago today,
Sgt. Pepper taught the band to play
They’ve been going in and out of style
But they’re guaranteed to raise a smile
So may I introduce to you
The act you’ve known for all these years
Sgt. Pepper’s Lonely Hearts Club Band
We’re Sgt. Pepper’s Lonely Hearts Club Band
We hope you will enjoy the show
Sgt. Pepper’s Lonely Hearts Club Band
Sit back and let the evening go
Sgt. Pepper’s lonely, Sgt. Pepper’s lonely
Sgt. Pepper’s Lonely Hearts Club Band
It’s wonderful to be here
It’s certainly a thrill
You’re such a lovely audience
We’d like to take you home with us
We’d love to take you home
I don’t really want to stop the show
But I thought that you might like to know
That the singer’s going to sing a song
And he wants you all to sing along
So let me introduce to you
The one and only Billy Shears
And Sgt. Pepper’s Lonely Hearts Club Band

Wszystko pięknie, ale to wciąż nie jest Barataria. Bo Barataria zacznie się zaraz za rogiem czyli w filmie Żółta łódź podwodna, który powstał w roku 1968. No i tam właśnie rozgrywa się typowa baśniowo-utopijna sytuacja.

Jacek Slaski, TIP Berlin

Yellow Submarine als Comic

Bissige Türken, Clowns und der furchtbare fliegende Handschuh, die Blaumiesen schrecken vor nichts zurück. Sie wollen Schrecken verbreiten und das freundliche Pepperland mit ihrer finsteren Blauheit überziehen. Ein mutiger Kapitän will das verhindern, er besteigt sein gelbes Unterseeboot und macht sich auf zu einer fantastischen Reise. Unterwegs trifft er die Fab Four und kehrt mit ihnen, über einige Umwege, zurück ins unterjochte Land. Mit der Kraft der Musik vertreiben sie die blauen Aggressoren und Pepperland wird wieder zum psychedelischen Paradies, das es einst war.

Czyli klasyczna sytuacja.  Jakiś kraj, tu Pepperland (chętnie kraj na wyspie) zostaje zaatakowany przez Złych (tym razem Sine Smutasy, który moim zdaniem mogłybby się nazywać Siniaki – Blue Meanies, Paskudni Turcy, Niebieska żarłoczna Rękawica). Bohaterski super hero (Kapitan) sprowadza pomoc (Beatlesi) – wspólnymi siłami udaje się pokonać zło. Wszyscy tańczą i śpiewają.

Szczęśliwy kraj (Pepperland)

Wrogowie

Narzędzie walki

Super Heros

Yellow Submarine
The Beatles

In the town where I was born
Lived a man who sailed to sea
And he told us of his life
In the land of submarines

So we sailed up to the sun
Till we found a sea of green
And we lived beneath the waves
In our yellow submarine

We all live in a yellow submarine
Yellow submarine, yellow submarine
We all live in a yellow submarine
Yellow submarine, yellow submarine

And our friends are all aboard
Many more of them live next door
And the band begins to play

We all live in a yellow submarine
Yellow submarine, yellow submarine
We all live in a yellow submarine
Yellow submarine, yellow submarine

(Full speed ahead Mr. Boatswain, full speed ahead
Full speed ahead it is, Sergeant.
Cut the cable, drop the cable
Aye, Sir, aye
Captain, captain)

 

Zakończenie. Wszyscy tańczą. All Together Now

Film był gotowy 17 lipca 1968. O godzinie 20 w Londynie w Pawilonie na Piccadilly Circus odbyła się prapremiera z udziałem Beatlesów. Byliśmy już po pierwszym roku studiów.
W marcu studenci Uniwersytetu Warszawskiego rozpoczęli rozruchy (zwane potem wydarzeniami marcowymi) w obronie Dziadów Mickiewicza, co dało asumpt do rozgrywek partyjnych, przekształciło się w propagandę skierowaną przeciwko intelektualistom i nagonkę antysemicką, a w końcu doprowadziło do masowej emigracji Żydów z Polski.
W Pradze od 5 stycznia 1968 roku trwała praska wiosna. Mogliśmy żywić nadzieje, że wreszcie coś się ruszy.
Ruszyło się (w miesiąc po prapremierze filmu) w nocy z 20 na 21 sierpnia tego roku, ale nie tak, jak myśleliśmy. Państwa członkowskie Układu Warszawskiego (ZSRR, Polska, Węgry, NRD i Bułgaria) dokonały inwazji, topiąc we krwi praskie nadzieje.

Na festiwalu w Sopocie w roku 1968 I miejsce zdobyła wykonana przez Urszulę Sipińską piosenka Po ten kwiat czerwony. Jej refren brzmiał:

Żołnierz dziewczynie nie skłamie,
Chociaż nie wszystko jej powie.
Żołnierz zarzuci broń na ramię,
Wróci, to resztę dopowie.

Taki to był rok. Beatlesi nie przybyli do Warszawy ani do Pragi, by wyrwać nas spod władzy Siniaków, polscy żołnierze poszli do Pragi i to o tym się w Polsce śpiewało. A w końcu Praga to też było jakieś nasze marzenie o Baratarii.

Dzień Górnika

Roman Brodowski

Jak to dobrze, że w tym roku dzień św. Barbary wypada w niedzielę. Co prawda od ponad trzydziestu lat, czyli od wyjazdu z kraju, z górnictwem łączą mnie tylko wspomnienia i sentyment do tamtych młodzieńczych chwil spędzonych w kopalnianych czeluściach, ale mimo to zawsze czuję, że jest to moje, także moje święto. Dzień Górnika przypomina mi nie tylko o mojej odległej już przeszłości, o czasie spędzonym w przykopalnianej szkole górniczej oraz technikum, ale przede wszystkim o ludziach, którzy w tamtym okresie towarzyszyli mi w codziennym życiu. Przypomina mi o spędzonych pod powierzchnią ziemi trzydziestu dziewięciu miesiącach ciężkiej, ale jakże interesującej roboty. To właśnie tam rodził się we mnie szacunek do odpowiedzialności za siebie i innych, szacunek do pracy, szacunek do drugiego człowieka. Moja prawdziwa lekcja życia, a tak nazywam czas spędzony pod ziemią, nauczyła mnie postrzegania innych nie przez pryzmat wykonywanej przez nich pracy, ich wykształcenia i obyczajowości, ale przez to jacy są pod zewnętrzną powłoką swojego „jestestwa”. Większość ludzi, których wówczas poznałem, mowa tu o górnikach, to byli mężczyźni na zewnątrz gruboskórni, bez ogłady, często trywializujący otaczającą ich rzeczywistość, którzy tam pod ziemią byli prawdziwą wspólnotą, bractwem gotowym wspierać siebie nawzajem w każdej sytuacji. Byli prawdziwym symbolem tego, co kryje się pod filozoficznym terminem Homo sapiens, obrazem człowieczeństwa…, i to tego rozpoczynającego sie od wielkiego „C”.
Kto nie poczuł unoszącego się w powietrzu smaku człowieczego potu , zmieszanego z wszelkimi zapachami tego, co „mateńka ziemia” skrywa w swoim wnętrzu, kto nie zaznał „dobrodziejstwa” przebywania kilkaset metrów pod ziemią, w miejscu pozbawionym światła i wolnej przestrzeni, kto nie zobaczył trudu rąk wydobywających dla całego naszego społeczeństwa , polskiego „czarnego złota”, na którym od pokoleń opiera się nasza gospodarka, ten nie jest w stanie docenić i zrozumieć wyjątkowości specyfiki zawodu „Górnik”

„Dzień Górnika” – Barbórka – jest dla społeczności zajmującej się na co dzień tym, co kryje się pod wspólnym szyldem „ geologia”, ludzi wykonujących zawody mieszczące się w jej obszarze, dniem radości, zabawy i wdzięczności dla ich codziennego trudu.

Windą do dołu

Windą do dołu
W czeluść ziemi
Pionową drogą
W świat ciemności
W krainę piekieł
Nie do nieba
Po czarne złoto
Dla ojczyzny
Po kromkę
Razowego chleba.

Ciermiężna praca
Ponad siły
Ktoś przecież musi
Ją wykonać.
Tak tam na dole
Czeka pokład
A na powierzchni
Matka żona.

I tak codziennie
Nie dla chwały
Coraz odważniej
Coraz głębiej
Zjeżdżają ludzie,
Brać gòrnicza…
By w twardej skale
Dobyć węgiel
Węgiel potrzebny
Nam do życia.

Windą do dołu
Nie do nieba
Nie dla pochwały
I przestrzeni
Tylko dla siebie
I dla kraju
Dajemy skarby
Naszej ziemi.

Bytom 23.11. 1981

Dla mnie jednak dzień ten jest także dniem smutku i pamięci o tych, którzy w różnych okolicznościach, wykonując powierzone im zadanie, tragicznie od nas odeszli.

Osobiście byłem uczestnikiem jednej z wielu tragedii, kiedy to „natura” upomniała się o „daninę”

Było to 10 października 1979 roku w kopalni Dymitrow w Bytomiu, gdzie wówczas pracowałem.

Na drugiej zmianie, podczas wykonywania robót strzałowych nastąpił zapłon gazu, a po nim wybuch pyłu węglowego. Zginęło wówczas 34 górników. Ja miałem szczęście. Pracowałem na pierwszą zmianę. Niestety mój kolega, który podczas wybuchu znajdował się dokładnie w tym samym miejscu w którym dwie godziny wcześniej byłem ja, kilkaset metrów od epicentrum wybuchu, nie miał tego szczęścia. Podmuch był tak silny, że dotarł wraz z gorącym powietrzem i do niego. Rzucony na „ocios” doznał poparzenia, pęknięcia żeber i urazu głowy. Do pracy wrócił dopiero po kilku tygodniach. W wypadku zginęło jednak dwóch innych moich szkolnych kolegów.

Za wypadek obwiniono ekipę wykonującą roboty strzałowe, począwszy od strzałowego, a na sztygarze i nadsztygarze dozoru skończywszy. Prawda jednak była inna. O tym, że na dole, w wyrobisku, gdzie planowano odstrzał, stężenie gazu wielokrotnie przekraczało normy, nadzór techniczny, wraz z dyrektorem kopalni został poinformowany na dwie godziny przed tragicznym zdarzeniem. Niestety nikt nie podjął decyzji o przesunięciu planowanego odstrzału do czasu przewentylowania wyrobiska i zlikwidowania zagrożenia.

Moim zdaniem pogrążono tych, którzy stali się ofiarami błędnych decyzji, tych którzy zapłacili najwyższą cenę. Prawdziwi winowajcy, wraz z dyrektorem, którego po wypadku, przeniesiono na takie samo stanowisko do innej kopalni, doczekali sowitych emerytur.

Kilka dni po tej tragedii napisałem wiersz poświęcony ofiarom tamtego wydarzenia, tym których znałem, których codziennie witałem i którzy mnie witali naszym górniczym Szczęść Boże. Jest to jeden z tych wierszy, który zakwestionowała „cenzura”, gdy zaproponowano mi udział w projekcie „Życia Literackiego” jakim było wydanie antologii pisarzy młodego pokolenia.
Z projektu mnie wycofano, ale myślę, że bez tego wiersza byłbym w tamtym ich dziele co najmniej „niespełniony”.

Nie wolno milczeć

Właśnie wróciłem do domu
Po rannej szychcie, zmęczony,
Gdy usłyszałem głos syren
To kopalniane są dzwony

Te dzwony biją na trwoge,
Coś się wydarzyć musiało
Strach i niepewność, pytanie
Co tam na dole się stało?

Wrzuciłem kurtkę na plecy
Wybiegłem z domu spocony.
Słysząc koszmary po drodze ,
Wciąż te nieznośne dzwony

Nagle ujrzałem przy szybie
Ludzi stojących w bezruchu
Słowa złowieszcze szeptali.
Wybuch? – już po wybuchu?

Wybuch metanu i pyłu
Na tejże ścianie gdzie byłem.
Stamtąd o Boże drogi…,
Stamtąd niedawno wróciłem.

Liny szybowe jęknęły
Szola* ruszyła ku niebu
Wywożąc z piekła mych Braci
Ileż to będzie pogrzebów

Leżą przed szybem worki
A w każdym worku człowiek
Nikt ich nie liczy, nie pyta
Łzy słone płyną spod powiek

Wszyscy cierpliwie czekają .
W modlitwach rodzi się złość
Jak to się stało, dlaczego
Czy może zawinił ktoś

Nagle przerwano milczenie
Dyrektor z listy wyczytał.
Kto nie powróci do domu
Kogo nie będzie nikt witał

Znalem jednego z imienia
Niedawno z nim rozmawiałem
Był elektrykiem na zmianie.
Kolegą z klasy – płakałem

Nie miał lat jeszcze dwadziestu
Zaczynał spełniać marzenia …
A inni? Trzydziestu czterech
Dusze okryła ziemia.

Jakąż to cenę płacimy
By plan napięty wykonać
Cholerne normy, wymogi
A gdzie tu człowiek? Ma konać?

Nikt się nie liczy z górnikiem
Ważne sukcesy, wskaźniki
Byle z produkcją do przodu
A w skałach ofiar jęk, krzyki

Nigdy nie wolno zapomnieć
Na życie ceny wciąż nie ma
To co się stało źli, smuci
Pozostał tylko – Poemat

Bytom 20.12. 1978

* Szola – w śląskiej gwarze winda szybowa.

Dlaczego właśnie o tamtym wydarzeniu wspominam? Dlatego aby ci, dla których „górnik” znaczy tyle samo co „piekarz” – z pełnym szacunkiem dla tego zawodu – zrozumieli, że tym ludziom należy się szczególny szacunek, bo jak nikt inny codziennie narażają swoje życie, licząc na dobroć „matki natury” dla siebie, dla swoich rodzin, dla nas wszystkich.

PS. W chwili przygotowywania tego materiału do publikacji z kraju dobiegła do mnie informacja o kolejnej tragedii górniczej. Tym razem miało to miejsce w kopalni miedzi. Każdy dramat, każdy wypadek, w którym giną ludzie, dotyka najbliższych ofiar wypadku, ich rodziców, żony, dzieci, ale nie tylko. Widać to na przykładzie wspólnoty, którą zwykliśmy nazywać „górniczą bracią”. Właśnie w takich momentach górnicy, zwłaszcza ze środowiska bezpośrednio związanego z miejscem tragedii, jednocząc się w bólu, organizują wszelką pomoc, nie pozostawiają dotkniętych bezpośrednio dramatem, samym sobie. Stają się dla nich, zwłaszcza w tych najtrudniejszych chwilach, jedną, wielką rodziną.

To smutne, ale jak na ironię, najwięcej kopalnianych wypadków wydarza się w w dniach, tygodniach, poprzedzających „barbórkowe święto”.

Łącząc się z najbliższymi poległych górników w modltwie do św. Barbary, prośmy Ją o ukojenie smutku i otarcie łez tych, którzy dzisiaj płaczą, opiekę dla tych, którzy codziennie ryzykują swoje życie, dla bytu innych i przyjęcie tych którzy odeszli do grona swoich wiecznych przyjaciół.

„Niech się szczęści trud górniczy – Szczęść Boże”.

 

Meine sozrealistische Kindheit

Viktoria Korb

Meine sozrealistische Kindheit: Sex-Missbrauch

Der Vater

Ich wurde seit meiner frühesten soz-realistischen Kindheit missbraucht. Mein Vater badete mich nackt schon als Säugling, einmal bin ich ihm eingeseift aus der Hand gerutscht und bin fast in der Schüssel ertrunken. Darüberhinaus setzte er mich oft auf seinen Schoß, und küsste ab und zu. Mehr noch, er legte mich oft auf seine Handfläche, meine Schwester auf die andere, hob uns in die Luft und sagte: “Meine Kruppen”. Oder er trug mich auf seinem Rücken, wobei ich ihn mit meinen Beinen umarmen musste, um nicht zu fallen.  Manchmal schliefen wir sogar zusammen  in seinem Bett, vor allem wenn ich krank war, oder  im Urlaub, beziehungsweise im Schlafwagen im Zug.

Im Kindergarten

Andere Missbrauchspartner folgten auch bald. Im Kindergarten mussten wir den “Krakowiak” tanzen und ein Junge in meinem Alter wählte mich hartnäckig als Partnerin. Jacek  war äußerst attraktiv mit seinen blonden Locken und seiner Volkstracht – der bestickten Jacke, gestreiften Hosen und dem roten, quadratischen Hut mit einer Pfaufeder. Eigentlich waren wir schon ein festes Tanzpaar, und so ermutigt wagte er sich einmal zu versuchen, mich im Tanz an die Wange zu küssen! Die Erzieherin hat es jedoch leider mitgekriegt und stoppte mit Empörung seine Belästigungsversuche.

In den Ferien

Nach dem Kindergarten kam bald der nächste Versuch. Im Urlaub auf den Masuren hat sich meine Mutter mit einer anderen Mutter angefreundet, die einen Sohn hatte. Mit diesem Muttersöhnchen sollte ich spielen, damit unsere Mütter in Ruhe den grünen Curacao- Liquer trinken könnten (etwas anderes gab es im Getränkekiosk auf den Masuren nicht).  Wir spielten gerne im Gebüsch, am liebsten stellten  wir einen Zelt aus einer Militärpelerine auf, den Antoni von zu Hause mitgebracht hatte. Bis der Tag kam, an dem er versuchte, mich auf den Mund zu küssen. Wütend riss ich einen langen Distelzweig  aus dem Boden und verprügelte ihn so stark, dass die Blumen fast fotografisch genaue, dunkelblaue Flecken auf seinen nackten Oberkörper bildeten. Dann lief ich erschrocken zu unseren Mammis.

Antoni rannte mir rachsüchtig nach. Unsere Mütter verstanden sofort, dass es zwischen uns Krach gegeben hat, wollten aber die Details nicht wissen. Sie lächelten verständnisvoll, meinten dass ein kleiner Streit jedem passieren kann und verlangten, dass wir uns zu Versöhnung küssen …

Und so wurde ich trotz meines Widerstandes gezwungen, von Antoni geküsst zu werden.

3zdjecia-wpisVikiKorb

Quelle: Fotopolska.eu (mit bestem Dank) – © Copyright 2012 Neo & Siloy – Fotos  Piotr Żochowski

Der Nachbar

In unserem Mietshaus in Warschau, im neuen Wola-Viertel, der sich mitten in den Nachkriegsruinen und unbebauter, von Bomben zerstörten Ghetto-Landschaft in Warschau erstreckte, ging es mir auch nicht besser.

Ich spielte oft mit dem Sohn unserer Nachbarn Zygmunt in seiner oder meiner Wohnung, bis er mir eines Tages beim Spiel “Kleiner Ingenieur” eine Liebeserklärung machte. Ich kannte ihn aber recht gut und konnte ihn nicht einfach verprügeln, wie den Antoni. Außerdem hatte ich keine Distel oder andere Waffen zur Hand. Oder vielleicht war ich schon schlauer geworden und ahnte, dass man von dem Verliebten etwas verlangen und ihn auf Probe stellen kann?  Aber wie? Ich schaute herum  und sah die Schienen und Schrauben vom “Kleinen Ingenieur” herumliegen, an denen wir gerade zusammen bastelten.

Ich fragte also: “Liebst du mich sehr?”

“Ja, sehr” bestätigte Zygmunt”

“Kannst Du es mir beweisen? Was würdest du für mich tun?”

“‘Alles was du willst!” brüllte Zygmunt mit Begeisterung.

“Dann schlucke die Schrauben vom ‘Kleinen Ingenieur’!”

Zygmunt hat mich nicht enttäuscht und schluckte die erste Schraube. Ich war jedoch noch nicht ganz  von der Tiefe seiner Gefühle überzeugt und verlangte weiteres Schlucken. Zygmunt setzte es also mit einer etwas sauren Miene fort, bis sich auf einmal die Tür zu seinem Zimmer öffnete und seine Mutter  vor uns stand.

“Was macht ihr denn? Es herrscht bei euch eine so merkwürdige Stille, dass ich schon beunruhigt wurde”.

“Wir, hm…. das heißt Zygmunt, verschluckt einige Schrauben aus ‘kleinem Ingenieur’“, stotterte ich.

Seine Mama holte sofort den Vater zur Beratung. Der rief sobald einen befreundeten Arzt, um ihn nach seinem Rat zu fragen. Der Arzt empfahl ihm, Zygmunt ein Abführmittel zu geben, in der Hoffnung, dass er die Schrauben mit dem Stuhl loswird. Gott sein Dank, waren sie nicht allzu scharf.  Ich wurde nach Hause rausgeschmissen, bekam jedoch kein Hausverbot, schließlich waren unsere Eltern gute Freunde.

Am nächsten Tag besuchten wir alle die Nachbarn und erfuhren mit Erleichterung, dass das Abführmittel das seine getan hat und das Problem  erledigt war.

Auf dem Lande

Bald tauchte ein neuer Missbraucher auf. Stefan war der Sohn von früheren Arbeitgebern unserer Hausangestellten Genowefa, einem Kunstmaler und seiner Frau. Sie lebten in Wilanow, einem kleinen Dorf neben dem könliglichen Sommerschloss in der Nähe von Warschau. Genowefa stammte auch aus diesem Dörflein und hatte dort ein Häuschen mit Garten, wo sie oft einen Teil des Sommers mit mir und meiner Schwester als Gästen verbrachte. Zwischen der Herrschaft und Dienerschaft herrschten nämlich familiär-patriarchalische Verhältnisse, die sich beide Seiten des sonst üblichen  Klassenkampfes hochlobten. Wir besuchten auch oft die Familie von Stefan in ihrer schönen Villa und schauten uns die Bilder seines Vaters an, vor allem die obligatorischen Porträt von Stalin, den damals jeder Maler demonstrativ in seinem Atelierzimmer aufstellen musste.

Aber eines Tages, als ich dabei war, das Hauses von Genowefa zu verlassen, um im naheliegenden kleinen See zu schwimmen, bemerkte ich auf dem Gehweg vor unserem Gartenzaun eine auf der Erde gekritzelte Anschrift: “Stefan liebt Viki”.

Ich begann gerade die Schule und lernte erst zu lesen, aber Stefan konnte ganz gut schreiben, denn er war schon ganze zehn Jahre alt.

Als ich den Satz bestaunte, tauchte er auf und versuchte mich zu küssen. Ich wimmelte aber diesen alten, geilen Bock empört ab. Er hat sich trotzdem von mir nicht für immer abgewandt – er besuchte  öfters Genowefa und mich in Warschau. Er war nicht nur charmant, sondern  machte sich auch bei der Pflege meines Rollerscaters verdient, vor allem konnte er ihn immer vom Springseil befreien, das  sich oft zwischen seine Räder verwickelte. Trotzdem verlangte er nicht nach erotischen  Äquivalenten, vielleicht, weil meine Eltern auch zu Hause waren.

Doch nach einigen Jahren, als ich gerade elf wurde, erschien er mal bei uns mittags, als meine Eltern in der Arbeit verweilten. Er erklärte stolz, dass er zum benachbarten Kino ging, mich aber nicht einladen konnte, weil der Film erst ab dem Alter von zwölf Jahren erlaubt war. Ich schaute ihn wegen dieser arroganten Bemerkung hassvoll an, er warf aber auf mich geile Blicke (ich trug ein sehr ausgefallenes amerikanisches Kleid vom Second-Hand!) Dann drängte er mich in eine Ecke, die er mit der Tür dicht machte und küsste mich leidenschaftlich auf den Kopf. Ich war ratlos. Bald verschwand er zu seiner Kinoseance, denn er war dort mit einem Freund verabredet. Und noch als ich schon studierte, rief er mich gelegentlich an. Rührende Treue.

Dziś 70 rocznica powstania w Gettcie Warszawskim.
Nie umiem o tym pisać. Proszę Czytelników, żeby przeczytali “Campo di Fiori” Miłosza.
http://www.poezjaa.info/index.php?p=2&a=6&u=101

Stalin

Heute jährt er sich zum 60. Mal. Stalins Tod. Ich schrieb den Text vor vielen Jahren auf Deutsch. Jetzt entstand auch eine polnische Version: STALIN-PL

Ewa Maria Slaska

STALIN

Als Stalin starb, mussten die Kinder im Kindergarten eine Minute lang still stehen. Und das war`s. Ein großer Umbruch in der Nachkriegsgeschichte Europas – von unten gesehen.

Jahre später erzählte mir meine Freundin, dass sie diesen historischen Moment ganz bewusst genießen konnte, weil ihre Großmutter alle Kinder aus der Nachbarschaft um sich versammelt hatte und getrocknete Aprikosen verteilte. Die getrockneten Aprikosen waren in den 50er Jahren eine Rarität und ich stelle mir immer vor, ich hätte Stalins Tod womöglich auch anders empfunden, wenn er mir mit ausgesuchten Delikatessen verherrlicht worden wäre.

Für Herrn Z., den Familienschuster … bah … da muss doch zuerst von dem Schuster Z. erzählt werden, bevor man wieder zu Stalins Tod kommen kann, weil er, der Schuster selbstverständlich und nicht Stalin, eine ganz besondere Persönlichkeit gewesen ist.

Herr Z. war dick, groß, kräftig, wahrhaftig ein Bär, mit überwältigender Baritonstimme. Er beschäftigte sich tagsüber mit prosaischen Schuhreparaturen, wobei er von Haus zu Haus mit seiner Leiste wanderte, abends aber sang er im Chor der Danziger Philharmonie.

Herr Z. war derjenige, der mich mit einem idealistischen Image eines noblen Handwerkers geprägt hatte. Er passte übrigens vollkommen zu meinem allgemeinen Weltbild, ich wusste ja nicht, dass es eine teilweise unüberbrückbare Kluft zwischen der Kunst und der Arbeit und der Wissenschaft besteht. Ich dachte mir, jeder sei fähig, alles zu tun. So war mein Vater ein Schlosser und ein Schiffbauingenieur, Onkel Jan ein Beamter und begabter Schnitzer, Tante Karolina eine Naturwissenschaftlerin und  leidenschaftliche Gärtnerin, sogar meine Mama – Künstlerin bis in die Knochenmark – arbeitete sehr hart an ihren Holzschnitten und musste ganz unbescheidene handwerkliche Talente aufweisen. Das Handwerkliche, das Intellektuelle und das Künstlerische bildeten für mich eine untrennbare Einheit, und Herr Z., der singende Schuster, passte sehr gut zu dieser Vorstellung.

1953 in Gdańsk.

In der Philharmonie übte man gerade die “Neunte” von Ludwig van Beethoven und es entstand unter den Musikern eine schöne Gewohnheit, sich mit den Anfangszeilen des berühmten Finale zu begrüßen.

März.

Vielleicht der 5. März (der große Vater der Nationen starb nämlich am 5. März), aber es ist fraglich, ob der Tod des Josef Vissarjonovitsch der Trauergemeinde der sozialistischen Staaten sofort bekannt gemacht wurde. Es musste paar Tage später sein, garantiert aber noch im März.

Ich stehe eine Minute still in meinem Kindergarten in Wrzeszcz.

Herr Z. steigt in die Straßenbahn. Ein Kollege aus dem Chor steht schon auf der hinteren Plattform. “Freude, schöner Götterfunken!” – schallt die donnernde Stimme des Herrn Z. – “Tochter aus Elysium”. “Wir betreten feuertrunken…” – sollte der Kollege antworten, er kommt aber nicht dazu.

Ein  Herr in einem weißen Trenchcoat stellt sich vor Herrn Z., zieht den Kragen seines Mantels schnell hoch und sofort nach unten zurück (man weiß schon, was es zu bedeuten hat). “Und weshalb freuen Sie sich SO?” – fragt der Mann.
So, in einer Untersuchungshaft der polnischen Staatssicherheit hat Herr Z. erfahren, dass Stalin gestorben ist.
Und ich bekam meine schön geflickten Frühlingsschuhe zwei Wochen später als erwartet.

“Wir haben uns Sorgen gemacht” – grüßte Mama Herrn Z., als er sich endlich wieder blicken ließ. “Ach ja” – erwiderte Herr Z. fröhlich – “bei den Sowjets hätte es mich 15 Jahre gekostet und hier nur die dummen 15 Tage. Es ist so schön, dass wir in Polen sind.”

So kam ich der Geschichte entgegen. Mit Schiller und Beethoven, freundlich und fröhlich. Freude schöner Götterfunke, wie schön, dass wir in Polen sind!

A tu jeszcze cudo – flash mob “Oda do radości”/ Und hier noch ein Wunder – flash mob “Ode an die Freude”

Przedmioty użytkowe nie do użytku

Dorota Cygan pisze ze Złotego Stoku:

Kiedy wczoraj pojechałam do mieszkania babci w Złotym Stoku, zamienionego przeze mnie w bezładny skład przedmiotów wszelakich, coś i kiedyś mających wspólnego ze mną, spośród ubitych papierów wychylił się Dusiołek Leśmiana – pełen tekst wystukany na maszynie i odbity przez kalkę przez polonistę, materiał dydaktyczny do rozdania licealistom bodajże w roku 1985. Niby nic takiego, dolna warstwa mojego własnego ‘dyluwium peryferyjnego’ w opuszczonym mieszkaniu pod czeską granicą. Już dawno przykryta innymi warstwami, ani życiowo ani politycznie aktualna, nieprzydatna nawet na rozpałkę z powodu wilgoci. I w ogóle obojętna, u Leśmiana przecież piękniejsze rzeczy stoją. Ale skojarzyłam dwa fakty: W tamtych latach w naszym liceum BYŁO KSERO, jak usłyszałam ileś lat później. Dyrektor wydał nauczycielom polecenie, że mogą, gdyby chcieli, złożyć podanie o kserowanie materiałów na lekcje – pod warunkiem zostawienia wcześniej jednej kopii na jego biurku do kontroli. „A takiego …!” – pomyśleli przypuszczalnie pedagodzy, skoro nie przypominam sobie ani jednego materiału skserowanego przez tę nowoczesną maszynę z innego świata. I  tak to wystukany niepokornie na zwyklej Olimpii Dusiołek wydał mi się niemal „bibułą”. Ciekawe, o ile lat przeżył owe ksero pod kluczem, które latami pokrywały kurz i rdza. Wepchnęłam Dusiołka z powrotem między tamte warstwy, niech przetrwa jeszcze kilka przełomów politycznych i technicznych.

A może to jest temat dla nas, blogowcy? Ksero pod kluczem, czyli Przedmioty użytkowe pozbawione swej banalnej funkcji – czyli  podniesione do rangi sztuki, czyli Specjalność socjalistyczna.

UWAGA:

Może znasz coś podobnego i dorzucisz nam do archiwum?

Zaczynam ja, EMS:

Wspomnienia pustych półek w sklepach, gdzie był tylko ocet, makaron i liście laurowe, przyćmiły nam pamięć o tym, że były też czasy komuny, kiedy w sklepach było jeszcze wszystko, może w niewielkim wyborze, ale było – dobra tłusta śmietana, pyszne masło, chrupiący chleb, oliwa z oliwek w małych buteleczkach, walcowaty ser salami i herbata Yunan. Oczywiście wszystko wyglądało szaro, buro i przaśnie, jajka pakowano w szare torebki, resztę zabierało się luzem do siatki lub w ostateczności zapakowaną w szary papier. Papieru było mało, a był bardzo potrzebny, bo sprzedawczynie ołówkiem lub kapiącym długopisem podliczały na nim, ile co kosztuje i ile mamy zapłacić. Aż pewnego razu w spożywczym na rogu Morskiej POJAWIŁA SIĘ KASA FISKALNA. Był to duży szary metalowy grat, sprzedawczynie podliczywszy uprzednio, ile kosztuje 27 deko twarogu i 15 deko pasztetowej, wbijały odpowiednie sumy w klawiaturę, a kasa wypluwała wynik zapisany sinofioletowym tuszem na porubryczkowanym prostokąciku papieru (A6 chyba), po czym przybijała pod sumą datę i numer rachunku. Albo jakoś tak.
Sklep na rogu Morskiej był dalej niż ten najbliższy, ale lubiłam tam chodzić, bo lubiłam patrzyć, jak pracuje kasa, bang bung bung bang, karteczka, suma, data, stempel, bang. Karteczka wcale nie była dla klienta, tylko wędrowała do szuflady w masywnej podstawie kasy.
Szybko jednak kasa się zepsuła. Stała na blacie, zabierając miejsce, ekspedientki znowu podliczały kwoty na szarym papierze, po czym przepisywały sumę końcową na porubryczkowany prostokącik i bang wsuwały karteczkę w szczelinę wagi, a ta, bang bang, przybijała datę i numerek, bang…