Park

Ewa Maria Slaska

Park Krzyż Południa. Naturgelände Südkreuz. Takich parków jest w Berlinie coraz więcej. Gdy zabieram tam gości z Polski, to albo są zachwyceni, albo wstrząśnięci i oburzeni. Nic dziwnego. To całkiem nowe traktowanie zieleni w mieście. Odejście od idei parku jako adaptacji, powtórki lub imitacji ogrodu arystokratycznego. Czy to francuskiego, czy włoskiego lub angielskiego. Nowa zieleń w Berlinie jest… Zresztą popatrzmy i oceńmy sami.

pion1        pion2

poziom01

poziom02

poziom03

poziom05

poziom06

poziom07

poziom08

Zdjęcia Anna K. (lokomotywa Dorota C.), grudzień 2012

Magii łąki nie tworzy jeden kwiat ale cała roślinność połączona zgodą w cudownym pięknie wzrastania.
Warto tę zgodę przelać na ludzką łąkę, by we wzajemnej akceptacji swych wad i różnic rozwijać się obok siebie jak piękne kwiaty w ziemskiej wędrówce ku radości.
Seneka

Wędrówka

Wiersz Racheli Rubinroth napisany przez nią po hebrajsku, polsku i niemiecku.
Ein Gedicht von Rachela Rubinroth, geschrieben von ihr auf Hebräisch, Polnisch und Deutsch.

נדידה

*
במצדה
אחד מתשע מאות ושישים גיבורים
לא נכנעת
בחרת במוות
באהבת חופש
*
מגורש מהעיר הרב לשונית טולדו
מאצת מחסה בתוך חומות
פס של ימי הביניים
*
בבית קברות
על גבעה מעל העיר
אני מוצאת
את עקבות הדמעות שלך
מאובנות במצבות
*
ואני רצה
ורצה
*
דרך מדבריות
*
מזילה דמעות
הן מרסקות  אבנים
*
עד
שבמימי חפירים
חשוכים וסוערים
אמצא
פרח עדין
בצבע
תכלת
*

wędrówka
*
w Masadzie
jeden z dziewięciuset sześćdziesięciu bohaterów
nie poddałes się
wybrałeś smierć
w ukochaniu wolności
*
wygnany z wielojęzycznego miasta Toledo
znalazłeś schronienie
w średniowiecznych murach Fez
*
na cmentarzu
na wzgórzu ponad miastem
znajduję ślady Twoich łez
skamieniałe w nagrobki
*
a ja biegnę
i biegnę
*
przez pustynie
*
wylewam łzy
które drążą kamienie
*
aż
w burzliwych ciemnych wodach fos
znajdę
drobny kwiat
o barwie
błękitu

wanderer

in Masada
einer von den neunhundertsechzig helden
gabst du dich nicht geschlagen
hast du den tod gewählt
in der liebe zur freiheit

vertrieben aus der stadt der vielen sprachen Toledo
hast du zuflucht gefunden
in den mittelalterlichen mauern der Fes

auf dem friedhof
auf dem hügel über der stadt
finde ich spuren deiner tränen
versteinert in grabmale

und ich renne
und renne
durch wüsten

vergieße tränen
die steine brechen

bis ich
in den düsteren stürmischen
wasser des burggrabens
eine zarte blume
finde

in der farbe
des himmels

Reblog: O pisaniu

Tekst napisany 13 sierpnia 2011 roku w pociągu. Jechałam na wieczór autorski, pt. “Rodzinne pisanie”, który zorganizowała Biblioteka Miejska w Łebie w niedzielę 14 sierpnia. Opublikowałam ten tekst 15 sierpnia na blogu „Jak udusić kurę…” Pożyczam go więc sama od siebie, ale wydaje mi się, że bez niego w TYM blogu ani rusz.

Aha, w owym spotkaniu wzięli udział Katarzyna Krenz, Jacek Krenz i ja czyli dwie siostry i szwagier.

Ewa Maria Slaska, O pisaniu

Człowiek próbuje się bronić. Ja próbowałam. Uciec przed Matką, która tworzy i Ojcem, który pływa i pisze o tym, że pływa. A potem było już tylko gorzej. Matka zaczęła tłumaczyć. Ojciec pisać o życiu, a nie tylko o tym, że pływa. Siostra pisze, tańczy, maluje, tłumaczy. Szwagier maluje. Syn pisze. I maluje. Synowa pisze i maluje. Siostrzeniec pisze i maluje. Cóż za prostota, że teściowie mojego syna zajmują się tylko sztuką. On maluje, a raczej malował, bo nie żyje już, ona swe prace wypełnia kredkami do powiek lub zszywa. Niektórzy używają przedmiotów innych niż płótno i papier. Niż farba, kredka, ołówek. Znajdują rzeczy i robią z nich coś innego, nadając im tym rangę dzieła.

A ja, co ja? Co miało być ze mną?

Też chciałam, ale przytłoczona otoczeniem, również  nie chciałam. Jak to w ogóle dałoby się wytłumaczyć? Jestem istotą mitologiczną i symboliczną. Być osobno, to jeden mit, ale być częścią Rodziny, która tworzy, to też mit, pojemny i kuszący. Jak Kossakowie. Rostworowscy. Morawscy. Karpińscy. To zresztą również rodzina. Mamy wśród przodków Filona i Laurę, spotykają się pod jaworem i ewidentnie coś się tam dzieje pod tym jaworem, co skwierczy i iskrzy do dziś.

Ten obraz. Każdy w swoim pokoju. Zamknięte drzwi. Za drzwiami stukają maszyny do pisania. Każdy ma swoją. Kiedyś Ojciec podarował nam pod choinkę podkładki, takie z pianogumy, nowoczesne, pod maszyny. Na paczuszkach napisał Olimpia, Continental, Erika… Dziś przy komputerze. Moja siostra i ja jeździmy czasem na wspólne pisanie i tak siedzimy obok siebie, przy jednym stole, czasem przy dwóch i piszemy na dwóch laptopach. Byłyśmy już tak w Szwecji i w Grecji, jak w piosence, zarobić do Szwecji, wypocząć do Grecji, ale też w Niemczech i w Polsce… Latem i jesienią, wiosną, chyba zimą jeszcze nie byłyśmy nigdzie razem… Piszemy, chodzimy na długie spacery, gotujemy. Zawsze. Teraz jeszcze wspólnie piszemy o tym, że piszemy i gotujemy. Tyle, że K. jeszcze maluje, a ja nic, ja tylko piszę. Jak nudno. Nic innego nie potrafię. Tylko pisać i gotować. I rozmawiać, tak, na pewno rozmawiać, ale to i wszystko.

Jak się człowiek zajmuje słowami, powinnien też umieć tkać, dziergać i robić na drutach. To ten sam zródłosłów, teksty i tekstylia. Osnowa dzieła, splątany wątek. Po niemiecku istnieje jeszcze pojęcie “roter Faden” czerwony wątek – nitka wplatana wzdłuż jednego brzegu, żeby po ucięciu kawałka tkaniny z beli widać było, gdzie jest wzdłuż a gdzie w poprzek. Glówny sens przekazu literackiego. I jeszcze cudowne niemieckie słowo “Dichtung”, też zaczerpnięte z warsztatu tkackiego. Gdy przeplatamy wątek przez osnowę, co pewien czas, czasem po każdym ruchu, musimy go przycisnąć grzebieniem, zacieśnić, ścisnąć nitki, żeby tkanina była zwarta, równa, gładka. I to właśnie poeta ma robić ze słowami, zacisnąć znaczenia, skrócić odleglości, przybliżyć synapsy. Ale „Dichtung” to również kit do uszczelniania okien i w ogóle uszczelka. Kit, niesolidny materiał, wepchnięty między szybę okna a drewno ramy. Nieautentyczna proza, nieszczelny wiersz, dopchnięty materiałem, który, gdyby rzemieślnik miał czas, albo umiał pracować idealnie, w ogóle nie byłby potrzebny. Tak pisać, żeby zacieśniać a nie uszczelniać.

Zresztą i po polsku jest to splątanie w poezji – mowa wiązana, przywiązana i zobowiązana wobec metrum, rytmu i rymu.

Pisać można szybko, ale myśleć o tym, co się napisze, trzeba tak strasznie długo. Ile czasu zużyjesz na NIC, po to żeby potem, tak jak dziś w pociągu, pozornie od ręki i naprędce powstał tekst. O niektórych jego fragmentach myślę już chyba całe życie. Na przykład o tym, jakim cudem są wszelkie techniki tkackie, podobno zresztą wynalezione przez kobiety. Litery też. I słowa. Nic dziwnego, że gdy mężczyźni postanowili ze słów stworzyć teksty, co podobno z kolei jest ich wynalazkiem, wzięli nazwę techniki splatania nici w tkaniny.

Moim zadaniem jest pisanie i gotowanie. Kobiety wymyśliły tkaniny, wymyśliły też garnek. Był to wypełniony wodą dół w ziemi, do którego wrzucało się gorące kamienie. Nie pozwalało to może uzyskać klarownego rosołu, ale na pewno ugotować kawał mięsa z jarzynami. Wróćmy jednak do tkanin. Jedna nitka, dwuwymiarowy przedmiot, ale im dłuższy tym bardziej jest jednowymiarowy, zamieniając się z kawałka w niewyobrażalną i właściwie bezgraniczną długość. Jeden wymiar, który dopiero utkany, udziergany zyskuje dwie strony, lewo prawo, góra dół, na boki. Ale można te dwa wymiary postawić obok siebie, zeszyć lub zagiąć, zwinąć w rurę, uzyskać ściany, cembrowiny, dach i podlogę. Nitka, z której powstał świat. Bóg był na pewno kobietą i utkał świat. Dlatego tak podobają mi się napisy sprzed 20 – 30 lat, „God is black, yes she is”. Dziś w epoce „political correctness” już nikogo nie stać by było na niewinne słowo „black” napisane na ścianie bez żadnej złej myśli. I na pewnym poziomie kosmicznej zabawy chyba już wszyscy wiemy, że ona była czarna, wyszła z morza i została naszym bogiem, bo morze, łzy i wody płodowe to te same płyny. Ale w politycznie poprawnej nowomowie XXI wieku musielibyśmy napisać o niej, że jest “of colour” i że jest “ms” – nie „mrs”, ani „mr”, ani „miss”. „Ms”. Jak już może być femina, traci wszelkie cechy. Bezpłciowa „Ms God of colour”. Ciekawe, co ta istota może o nas wiedzieć? Ale utkała nasz świat, wydziergała nam okna w murze ścian i dachów Kosmosu, dlatego widzimy gwiazdy, prześwitujące przez ażur, wieczne światło „Ms God”.

Inną zadawnioną myślą o pisaniu jest wspomnienie tego, co Kazimierz Brandys napisał w “Miesiącach”, że jego żona… owa M., która kiedyś zwróciła na siebie uwagę pisarza, bo jak ją po raz pierwszy zobaczył, miała na sobie serdak. Kożuszkowy, góralski. Przyszła w serdaku i została żoną. Podobno jestem do niej podobna. Widziałam ją na zdjęciach. No tak, jestem podobna. Jej imię wcale nie zaczyna się od M, ale nazwisko – tak. M zatem miała ponoć wydziwiać, że mąż tyle czasu spędza na kanapie i NIC nie robi. Mąż się tłumaczy, pisze, jak ważne jest, żeby (pozornie) NIC nie robić, bo tylko wtedy składają się myśli, litery dziergają się w słowa, słowa w zdania. Bo po polsku trzeba się z tego tłumaczyć, mimo że polski jest językiem Polaków, którzy przez stulecia słynęli z tego, że niby to leniwi. A tu tymczasem po niemiecku (a twórcy Tego języka przez wieki głosili o sobie, że są porządni i pracowici), po niemiecku zatem po prostu istnieje idiom „gepflegtes Sofaliegen“ – kultywowane leżenie na kanapie. Zresztą jakież to słowo to „gepflegtes“, dosłownie wypielęgnowany, można być „gepflegte Frau“, wypielęgnowaną kobietą, ale istnieje też „gepflegter Umgang“, eleganckie, pelne kultury obejście i są nawet „gepflegte Biere“ czyli wyborowe gatunki piwa. No i takie jest właśnie to leżenie na kanapie, co to je pisarz powinien kultywować, żeby mu się zamiast sadła na brzuchu zawiązywały słowa w głowie, pełne kultury, wyborowe i doborowe, eleganckie… To już nie jest wylegiwanie się, co dziwnie przypomina wyleniałego psa i jakąś paskudną kanapę z brązowego sztruksu, wygniecioną po środku, a może nawet z tej dziury wyłazi jakieś włosie albo sprężyna. Takie jest polskie leżenie na kanapie, a tu niemieckie, ta obita dwubarwnym jedwabiem, szaro-srebrzysta kanapa na cienkich wygiętych nóżkach. Rokoko – ostatnia epoka, kiedy Niemcy byli jeszcze naprawdę mili, serdeczni i inteligentni. Potem już tylko wojna, przemoc, grabież i mord albo udawanie, że tego wszystkiego nie było i to nie oni. Ale rokoko, o tak, Polak zakłada im w Berlinie fabryki jedwabiu, aksamitu i porcelany. Przyjeżdżają Francuzi, którzy umieją produkować rękawiczki z cieniutkiej białej skórki, atłasowe kapelusze i desery bezowe z poziomkami. To bardzo wypielęgnowany czas. Szkoda, że wszawy.

Bo jednak mój zachwyt nad instytucją kanapy nie jest tu pełny. Piękna jest ta brandysowska kanapa, po niemiecku rokokowa, albo teleportujaca po rosyjsku kanapa Strugackich w instytucie „chatka na kurzej nóżce”. Ale ja jestem z tej rasy, która myśli, gdy chodzi. Leżenie nam na nic. Wstać i iść. Najlepiej przed siebie, ale jak nie da rady inaczej, to i w kółko. Iść. Z każdym krokiem układam warstwami słowo na słowie, idę górską drogą, przede mną inkaska kobieta z maleńkim warsztatem tkackim w dłoni. Robi w nieskończoność kolorowe krajki, z których zszywa torby, spódnice i poncza. W wąskiej listwie przenośnej deseczki tkackiej, wymyślonej dokładnie po to, żeby ją przenosić, zamienia jeden wymiar w dwa, w czerwono- zielono-czarno-granatowe tasiemki. Wplata trawy i kolorowe pióra. Buduje w trzech wymiarach dom dla filozofa.

W grudniu 1801 roku niejaki Johann Gottfried Seume wstał od biurka w jakimś urzędzie saskim w Dreźnie, wyszedł, nie mówiąc nikomu, że jutro nie wróci do pracy, i poszedł na piechotę przez pół Europy, żeby dojść na Sycylię, skosztować pomarańczy, które dojrzewają na zboczu Etny. Przeszedł zimą przez Alpy, zamieszkane przez rozbójników, wiosną we Florencji poszedł do teatru… NIC nie zapowiadało tej wędrówki. Miał za sobą trudną ale i szaloną młodość, teraz ustatkował się, został urzędnikiem niemieckim. A jednak poszedł do Włoch, wracał przez Paryż, a w kilka lat pózniej był jeszcze w Polsce i na Inflantach, też na piechotę.

Nie wierzcie pozorom. Zawsze się może zdarzyć, że ktoś wstanie i pójdzie, i zostanie pisarzem jak Seume. Nawet jeśli NIC tego nie zapowiada. NIC, filozoficzna dziura, NIC. Nie ma być, nie ma nie być. NIC. NIC, materia z której rodzi się wszystko. Potrzebna pisarzowi jak woda, powietrze i gorzka czekolada. Trzeba móc myśleć o NIC, żeby stworzyć nowy świat. „Ms God” potrzebowała na to całej przedwieczności. My – godziny o poranku, paru godzin na kanapie, kilku dni, by przejść pieszo z Gdańska do Gdyni, dwóch tygodni na zimnej plaży…

PS 1. Pod tekstem znalazło się kilkanaście komentarzy, ale tylko jeden dotyczył tego, o czym piszę. Osoba skrywająca się pod pseudonimem Danstarossa napisała:
I jeszcze jedna wieczorna refleksja. Prof. Maria Poprzęcka pisząc o jednej z książek prof. Mieczysława Porębskiego pt. “
Polskość jako sytuacja” przypomniała anegdotę: “Przed laty Anna Porębska, relacjonując w liście do przyjaciółki zajęcia uczonych kolegów, tak skwitowała zatrudnienie swego męża: ‘co zaś do Mietka, to zajmuje się on myśleniem’”.

PS 2. Kilka razy w tygodniu opiekuję się moim wnukiem, zwanym Buba. Rozmowa, którą tu zacytuję, odbyła się jak miał 2,5 roku. Był listopad zeszłego roku. Poszliśmy na spacer nad kanał dla statków (tak się nazywa: “Schifffahrtskanal”), gdzie od wielu lat istnieje osiedle bezdomnych (dziś należy o nim mówić „osiedle alternatywnych form życia”) – “Wagenburg Lohmühle”. Osiedle było puste, choć, sądząc z wpisów na stronie internetowej, nadal funkcjonuje.
http://www.lohmuehle-berlin.de/blubb/
Opowiedziałam dziecku o bezdomnych i o alternatywnych formach życia. Usiadło na schodkach pod jednym z baraków i zażądało: „Babcia opowie jeszcze raz o bezdomnych, a Buba będzie myślał.”   

Czemu szarpiecie mnie na wszystkie strony, ignoranci? Nie dla was pisałem, ale dla tego, kto potrafi mnie zrozumieć.
Heraklit z Efezu

O źródłach historycznych

Ewa Maria Slaska

Punktem wyjścia tego posta były preliminaria do prolegomeny oraz  prolegomena do wstępu do pewnego referatu, jaki wygłosiłam na Uniwersytecie Jagiellońskim w roku 2008. Referat dotyczył historii rodzin, jakie przybyły do Berlina w drugiej połowie XIX wieku. Udowadniałam w nim, że cokolwiek napiszę o tych rodzinach i tak będę pisała o sobie.

Bo…

Jestem pisarką a nie naukowcem, procesy społeczne i historyczne interesują mnie więc dopiero wtedy, gdy widzę w nich ludzi. Ich klęski i sukcesy, miłość, dzieci, zdradę, groby i zastawione stoły, szczęście i rozgoryczenie. Decyzje. To może najważniejsze. Jak podejmowali decyzje? Dlaczego tak? Gdy patrzę na piękne rzeźbione stalle gotyckie, widzę nie tylko obiekt badawczy, którym zajmie się historyk sztuki i który podziwiać będzie jej miłośnik, lecz przede wszystkim widzę owego rzeźbiarza, który otrzymał zlecenie, owego średniowiecznego Colas Breugnon, który, dzięki temu zleceniu, kupił płaszcz dla siebie, suknię dla żony i kołyskę dla dziecka.

Oczywiście, a z punktu widzenia historyka nie wolno łączyć faktów i odczuć. Pisarz ma tu znacznie większą swobodę, co przecież nie znaczy, że obserwacja pisarska jest gorsza od historycznej. Historycy wiedzą zapewne znacznie lepiej niż ja, że okres pomiędzy datą napisania dzieła literackiego a  uznaniem go za źródło naukowe znacznie się skurczył w ostatnich latach. O ile bowiem nauka nigdy nie kwestionowała faktu, że „Iliada” i „Odyseja” są jedynymi źródłami pisanymi jakimi dysponujemy na temat wojny trojańskiej, a rejowska „Rozmowa między trzema osobami, panem, wójtem i plebanem” jest również dokumentem historycznym, o tyle historyk XIX-wieczny nie sięgnąłby po „Latarnika” czy „Pana Balcera w Brazylii”, żeby dokonać opisu współczesnego sobie życia Polaków na obczyźnie, co zrobi już historyk XX-wieczny. „Bo ile czasu trzeba, aż się temat świeży, jak figa ucukruje, jak tytoń uleży?” Sądzę, że jeszcze do niedawna dystans czasowy powinien był wynosić co najmniej 100 lat, a im był większy – tym lepiej i że dopiero w latach 70. ta głębia czasowa uległa znacznemu spłaszczeniu, co między innymi wiąże się zapewne z wysiłkami zmierzającymi do opisu historii z perspektywy innej niż polityka i władza. Mnie osobiście bliski jest tu dyskurs feministyczny i próba stworzenia „her-story” w miejsce „his-story” na podstawie literatury pięknej, pamiętników i oral history.

Literackie źródła historyczne nie są wysoko cenione przez metodologię i praktykę historyczną, uważa się, że literatura piękna nie jest wiarygodnym źródłem historycznym, gdyż autor może wymyślić sobie, co tylko mu przyjdzie do głowy. Jest to oczywiście prawda, ale z drugiej strony autor jest w stanie pisać tylko o tym, co wie, może to wprawdzie nie wiadomo jak przeinaczyć, ale nawet autor s-f wymyślając potwora skleja go, dokładnie tak samo jak czynili to starożytni, z łap lwa, ogona kozy, cielska niedźwiedzia i pyska węża. Czyli w trójpodziale na fikcję, fakty rzeczywiste i tzw. klasę faktów historycznych, fikcją będzie „zwierzoczłekoupiór”, ale jego elementy składowe są faktami historycznymi, takimi samymi jak tarcza Achillesa i wachlarz Izabeli Łęckiej. Jerzy Topolski zakłada, że autor dzieła literackiego to szczególnego rodzaju kronikarz, modelujący rzeczywistość w sposób idealizacyjny, czyli zwracający uwagę na jej istotne cechy. Rzeczywistość przedstawiona dzieła literackiego może być zatem źródłem dla historyka, bowiem może informować go (w płaszczyźnie prawdy esencjalnej) o istotnych strukturach świata realnego.

Oczywiście najbardziej podoba mi się tu podejście Bronisława Geremka, który uważa literaturę za najlepsze zwierciadło zainteresowań, trosk i radości określonej epoki lub społecznej zbiorowości, a historia mentalności znajduje w literaturze swoją podstawową dokumentację dla badania zbiorowych postaw i zachowań, wrażliwości i sposobu myślenia.

Zachwyca mnie też teza Wojciecha Wrzoska, że historiografia, wywodząc się z literatury, obrała w czasach nowożytnych brzemienny w skutki kurs identyfikowania się z nauką, usuwając w cień to co w tej tożsamości było z tą tendencją niezgodne lub sprzeczne.

To wszystko po to, żeby powiedzieć, że cokolwiek napisałam lub zamierzam napisać, w gruncie rzeczy jest pisaniem o mnie samej, ale i tak nie należy tego deprecjonować, bo nawet wtedy mogę się ewentualnie stać źródłem historycznym.

Literatura to niewygodny świadek wszystkiego, czego dopuszcza się świat.
Tadeusz Konwicki

Noga słoniowa

Ewa Maria Slaska

Oto ona:

nogasloniowa
Trzeba przyznać, że nazwa potoczna jest o wiele trafniejsza niż oficjalna…

noga słoniowa oficjalnie

… która brzmi “Schwerbelastungskörper” – dosłownie “obiekt dużego obciążenia”, a jeszcze dosłowniej trzeba by było powiedzieć, że nie “obiekt”, a “ciało”. Ciekawe, że “ciało dużego obciążenia” ustawione w berlińskiej dzielnicy Tempelhof stoi na ulicy pruskiego generała Pape, którą wierny lud pruski przechrzcił natychmiast na ulicę Pappkartonu czyli Tektury.

A tak naprawdę to noga słoniowa na ulicy Tekturowej to zaczątek wielkiego, na szczęście nigdy nie zrealizowanego projektu, Germania.

Miała być stolicą świata (Welthaupstadt) – tak ją nazwał Hitler – a jej twórcą był Albert Speer, „pierwszy architekt Trzeciej Rzeszy”. Speer zaplanował całe nowe miasto, nałożone jak plaster na ranę, na stary Berlin, czy raczej na to, co miało z niego pozostać po niezbędnym wyburzaniu całych dzielnic. Zanim jednak do tego doszło, trzeba było sprawdzić, czy podłoże miasta, czyli błoto i piach, wytrzyma szalony monumentalizm.

Stąd właśnie pomysł zbudowania owej “nogi słoniowej”.

Klemperer

Ten wpis był częścią wpisu wczorajszego, dlatego kilka zdań się w nim powtórzy. Z tekstu o języku wyjęłam część poświęconą Klempererowi, bo wydało mi się, że zasługuje na osobnego posta, zwłaszcza, że wpominała też o nim Dorota w uzupełnieniu do wpisu o “Gleis 17”.

Ewa Maria Slaska

Przed 50 laty, tuż po wojnie, wydano w NRD książkę niemieckiego romanisty z żydowskiej rodziny – Victora Klemperera. To autor, który w 40 lat po śmierci (zmarł w roku 1960) nagle stał się sławny, a jego sława sięgnęła i Polski, bo Gorzów Wielkopolski przypomniał sobie – czy na fali popularności w Niemczech? – że Klemperer, jak Christa Wolf,  urodził się w roku 1881 w Landsbergu an der Warthe. Christa Wolf w swej powieści „Wzorce dzieciństwa“ używa tylko pierwszych liter, pisze o L. i o G. Wspominam L., ale jadę do G.

Litery.

Pierwsza książka, którą Klemperer przed laty wszedł na trwałe do współczesnej kultury niemieckiej została wydana w NRD i nazywała się „LTI“, co oznaczało Lingua Tertii Imperii – Język Trzeciej Rzeszy. Była to niezwykła książka. Napisana przez człowieka, któremu fachowe wykształcenie lingwisty pozwalało oceniać obiektywnie procesy zachodzące w języku używanym w Niemczech w latach 1933-1945, ale jednocześnie książka bardzo osobista, na którą składają się własne doświadczenia, przeżycia i przemyślenia autora.

Klemperer jest jednym z niewielu niemieckich Żydów, którzy – mimo iż się nie ukrywali – uniknęli wywiezienia do obozu i śmierci, co jednak nie znaczy, że uniknął prześladowań i zagrożeń. Status Żyda na specjalnych prawach zawdzięczał Klemperer swojej aryjskiej żonie. Nota bene, wszyscy współmałżonkowie żydowskich kobiet i mężczyzn mieli prawo chronić swych bliskich, swoich mężów, żony i dzieci. Niestety wielu z nich nie wytrzymało nacisku. Nie trzeba było nawet rozwodu czy zrzeczenia się praw ojcowskich. Wystarczyło zgłosić władzom, że człowiek nie poczuwa się do odpowiedzialności za męża, żonę czy dzieci. Zdarzało się to często, choć nie nagminnie. Trwanie przy żydowskiej rodzinie wiązało się z szykanami ze strony władz i otoczenia, oznaczało też życie w nędzy – żydowscy członkowie rodzin otrzymywali zmniejszone racje wyżywienia lub nie otrzymywali ich wcale. Tym niemniej niemal do końca wojny można było chronić swego współmałżonka i dopiero w roku 1944 zaczęto takie osoby aresztować i wywozić lub skazywać na śmierć. Klempererowie przeżyli również i ten czas, bo korzystając z chaosu, w jakim znajdowały się już wówczas Niemcy, sfałszowali nazwisko w dokumentach – z niearyjskiego Klemperera przez dodanie kropki i kreseczki uzyskali „czysto niemieckiego“ Kleinpetera – i uciekli z Saksonii do Bawarii. Większość przepisów antyżydowskich wprowadzanych systematycznie od roku 1933 rozciągała się automatycznie na całą taką „mieszaną“ rodzinę, również na jej aryjskich członków. Pozbawienie majątku, zakaz pracy naukowej, zakaz kupowania, posiadania i czytania książek, zakaz korzystania z instytucji publicznych, takich jak kino, biblioteka, plac zabaw dla dzieci, a nawet park, w którym nie wolno było spacerować czy siadać na ławkach. Oczywiście twórców obejmował też zakaz publikacji, a niekiedy – jak w przypadku Klemperera – również pisania. Było to kontrolowane często i surowo. Zapisywanie notatek, które potem złożyły się na „LTI“ było zagrożone więzieniem. Wszystkich też obowiązywał przymus pracy, ciężkiej fizycznej pracy. Klemperer, starszy pan, naukowiec, przed wojną ceniony profesor uniwersytecki, pracował jako tragarz i robotnik fizyczny. Często pojawia się w jego książce uwaga – sprawdzić po wojnie, wymagana kwerenda biblioteczna itp.

„LTI“ to fascynująca książka. Najdrobniejsze fragmenty słowa pisanego i mówionego, z którymi mógł mieć jeszcze kontakt wyzuty z praw człowiek, pisma urzędowe, zdania wypowiadane przez robotników w fabryce, strzępy gazet, w które zapakowano śledzie, dobiegające przez otwarte okno urywki przemówień radiowych, wszystko staje się materiałem, który analityczny umysł językoznawcy zamienia w cenny surowiec pracy naukowej. „LTI“ to nie tylko, jakby się można było spodziewać, zapis aktualnego stanu języka, to zarazem analiza uwarunkowań, tradycji, również literackich, zachodzących przemian, a jednocześnie opis stanu ducha społeczeństwa, poddania terrorowi, bezmyślności i słabości, reaktywnych zachowań, mimikry, a przecież i systemów obronnych.

I jakże często pojawia się błaha z pozoru obserwacja: oto osoba ze wszech miar godna zaufania, uczciwa i niby świadoma zachodzących zdarzeń zaczyna automatycznie używać słów, sformułowań i argumentów władzy. Nie musi, ba, nawet nie chce, a przecież ten nowy język jest silniejszy od niej. Jest jak rak lub zaraza. Rządzi, rości sobie – jak filozofia – prawo do objęcia swym zasięgiem wszelkich zjawisk rzeczywistości, a wreszcie tę rzeczywistość pożera. Można by rzec, że ten kto podlega stałemu naciskowi rzeczywistości, nie może się od niej uwolnić i że nieuchronnie skazani jesteśmy na to, by atakował nas rak języka totalitarnej władzy. A przecież Klemperer wie i podkreśla, że może być inaczej. Może czyli naprawdę musi. Po prostu trzeba uważać.

Język

Ewa Maria Slaska

Tekst ten napisałam 10 lat temu, w lutym 2002 roku. Nie mam pojęcia po co, pewnie po nic. Ale jak go wczoraj przeczytałam, szukając kolejnego pomysłu na wpis do blogu, to pomyślałam, że mam jednak bardzo stałe poglądy. Niezmiennie uważam, że psujemy język (nie rozwijamy! psujemy), nic nie wiemy i bezkarnie się do tego możemy przyznać.

Zdziwiłam się natomiast, że sformułowałam tu prognozy polityczne i gospodarcze, które okazały się trafne. Jakim cudem udało mi się napisać takie zdania: „Żyjemy w miejscu i czasie, w którym państwo staje się kapitalistyczną maszyną do produkcji pieniędzy, a władza niepostrzeżenie przechodzi w ręce przedstawicieli kapitału. Następuje demontaż osiągnięć socjalnych i nowy podział kapitału, a przecież nic się nie dzieje, społeczeństwo milczy i przyjmuje nowe warunki bez mrugnięcia okiem. Poddaje się, nawet wtedy, gdy myśli, że protestuje.”

Ewa Maria Slaska

O bezsensie wszelkich dobrych poczynań ludzkich

Zaczęło się niewinnie. Ba. Zaczęło się dobrze i w dobrych intencjach. A niestety nie ma nic gorszego, niż „chcieć dobrze“.
Była kiedyś taka teza, że wszystko, co zrobi „komuna“, nawet jeżeli ma na celu naprawdę tylko i wyłącznie dobro obywatela, obróci się prędzej czy później przeciw temuż obywatelowi. Teza ta, wspierana poczuciem, że gdzie indziej, czyli na Zachodzie, jest jednak inaczej, niosła nam pociechę w ciężkich chwilach. Teraz, gdy od wielu lat żyję w Niemczech, wiem, że gdzie indziej jest wprawdzie inaczej, ale wcale nie znaczy to, że różne wady i bezsensy ludzkiej egzystencji są symptomatycznie przywiązane tylko do „komuny“. Bezsens podejmowania jakichkolwiek działań w dobrej intencji jest nieodłączną cechą ludzką. Starożytność znała pewne znamienne przekleństwo, które było zarazem ostrzeżeniem: nie ma nic gorszego niż spełnienie się marzeń. A Tao głosi: biada, jeśli chciałeś uczynić dobro, bo zawsze okaże się, że sprawiłeś zło.

Od dłuższego czasu zastanawia mnie, co dzieje się z językiem rządzącym naszym Teraz. Do Gdańska przyjeżdża cyrk i rozbija namioty na ulicy Jana Pawła II. W drobnych ogłoszeniach warszawskich anons, że na ulicy Poezji odbędzie się aukcja rur i złączek. Na odległej greckiej wyspie Santorini, w klasztorze dominikanek, polski plakat „missio”: Papieskie Dzieła Misyjne, Skwer Kardynała Wyszyńskiego 9, Warszawa. Tyle świętości na raz, papież, kardynał i chlubne dzieło misyjnych zadań Kościoła katolickiego wydały wspólnie takiego oto potworka językowego: Duch Święty czyni misyjnym cały kościół. Układam to zdanie z lewa na prawo, przestawiam mu szyk, tłumaczę z powrotem na angielski, niemiecki i włoski. Nic nie wychodzi, zawsze coś nie pasuje. Skąd ten szyk, ta obca polszczyźnie strona bierna, to nieadekwatne użycie przymiotnika i jeszcze kościół z małej litery? Więc co ten Duch zrobił – umisyjnił na siłę jakiś budynek? Papieskie Dzieła Misyjne. Nie mogę się oderwać od ducha tej nazwy – ma w niej być wzniosłe powołanie, a objawił się tępy gryzipiórek, kościelny tekściarz reklamowy, jak neo-menadżer wykrzykujący odlotową nowomowę w komórkę komórki. Jak chcesz wypić twoją herbatę…? Moje pieniądze na mój samochód… Ten szampon wybieram dla moich włosów… Ja myślę o mojej przyszłości… Cudowny smak jogurtu czyni misyjnym cały kościół…
Zbawmy się, abyśmy nie zostali zbawieni.

W języku reklamy od lat wyraz oszczędzać oznacza, że masz wejść do sklepu i kupić. W audycji kulturalnej krytyk literacki mówi o książkach wypełniających luki na rynku i ocenia strategie pisarskie autora. Ludzie karmiący ptaki w rezerwacie wypełniają zadania i realizują projekt karmienia ptaków. Nowootwarty kościół Świętego Krzyża w Monachium zostaje przez władze kościelne określony jako „ferrari wśród kościołów“.

Język dopasowuje się do swego czasu, ulega globalizacji, którą trzeba pewnie określić jako prymitywną i unifikującą komercjalizację. Oczywiście, nowe sytuacje wymagają nowych instrumentów, dzięki którym wchodzą jednak w użycie nie tylko nowe myśli, ale i nowe słowa, nowa budowa zdań. Tym niemniej kultura nie jest sytuacją nową, a pisarz gdy pisze, niezależnie od tego czy używa piór łabędzich czy komputera, wciąż tak samo przekazuje myśli, doznania i uczucia. Stąd zapewne mówiąc o rynku książki należy używać określeń nowej ery, ale jednak pisząc o pisarzu, zmagającym się z tematem, pozostawać przy terminach dotyczących nauki o literaturze, psychologii czy stylistyki. Czyli ogólnie kultury. I wartości.

Słucham radia, czytam gazety i widzę, jak ludzie odpowiedzialni za myśli społeczeństwa o kulturze przestają zważać na to, co się dzieje z ich językiem, a zatem i z ich myślami. Wciąż jeszcze są to zapewne osoby o tzw. dobrych intencjach, a przecież zostały zarażone i wcale o tym nie wiedzą. Komercja ich kupiła i to za darmo. Bez przymusu i terroru,  tak łatwo zmienia się świat, a wraz z nim nasz język. A może jest nawet odwrotnie – przez fakt, że nie uważamy i nie pilnujemy, że pozwalamy na językowe potwory, dopuszczamy też zmiany świata. Żyjemy w miejscu i czasie, w którym państwo staje się kapitalistyczną maszyną do produkcji pieniędzy, a władza niepostrzeżenie przechodzi w ręce przedstawicieli kapitału. Następuje demontaż osiągnięć socjalnych i nowy podział kapitału, a przecież nic się nie dzieje, społeczeństwo milczy i przyjmuje nowe warunki bez mrugnięcia okiem. Poddaje się, nawet wtedy, gdy myśli, że protestuje. Tak naprawdę poddaje się wtedy, gdy po raz pierwszy swobodnie i bez przymusu sięga po stylistykę, terminologię i argumentację systemu.

To już daleko idące rozważania. To o czym opowiem teraz jest znacznie prostsze. Proste, a nawet być może śmieszne. Chcę bowiem zająć się jednym tylko aspektem zmian językowych, które dokonują się na naszych oczach, i do których my sami, tłumacze pracujący na styku kultur przyłożyliśmy ręki. W jak najlepszej intencji zresztą. Przypominam: nie daj Bóg chcieć zrobić coś dobrego, na pewno wyniknie z tego samo paskudztwo.

Zaczęło się niewinnie, a dobrze. Od tęsknoty kulturalnego czytelnika za słowem oryginału. Powoli, zaczynając bodaj od języka rosyjskiego i francuskiego, wydawnictwa „pe-er-elowskie“ zaczęły wydawać książki dwujęzyczne. Do dziś pamiętam zachwyt, gdy wzięłam do ręki Villona po polsku i po francusku. Potem był na pewno „Hamlet“ i zaraz potem „enerdowskie“ wydanie „Fausta“. Już na Zachodzie, ale jeszcze za czasów „komuny“ dostałam w prezencie dwujęzyczne wydanie wierszy Osipa Mandelsztama. Do przyjemności czytania w dwóch językach dołączyło zbożne zdziwienie i rodzaj ponadkomunistycznej, ogólnopatriotycznej dumy, że Polska może sobie pozwolić na dwujęzyczne wydanie Mandelsztama, że w ogóle może sobie pozwolić na wydanie Mandelsztama w czasie, gdy w Rosji mowy o tym być nie może.

Wydanie dwujęzyczne dawało nie tylko przyjemność obcowania z językiem oryginału i wgląd w metody pracy tłumacza, nie tylko było spotkaniem czytelnika z dwoma (lub więcej) osobowościami twórczo zmagającymi się z językiem, było czymś znacznie więcej – powiewem wolności, swobody intelektualnej i swoistym luksusem.

Po roku 1989 zmiany polityczne stworzyły świat, który teoretycznie jest rajem dla tłumaczy. Każdy, kto kupuje i sprzedaje, ze świata w Polsce i z Polski na świat, potrzebuje innego języka, a więc tłumacza. Ludzie jeżdżą po świecie, służbowo i prywatnie, uczą się, załatwiają stypendia. Wraz z otwieraniem się polityki i gospodarki na świat w ogóle wzrosło zapotrzebowanie na wszelkie publikacje przybliżające obce języki i inne kultury. Na tym podłożu nastąpił gwałtowny wzrost ilości wydań dwujęzycznych. I to też wiązało się z ogólną sytuacją rynkową – swobodą publikowania książek w dowolnym języku, w dowolnym nakładzie. Pragmatycznie wzrastał też popyt na dwujęzyczne książki literackie, traktowane w biznesie jako znakomity prezent dla cudzoziemskiego partnera, a w kraju jako interesujący sposób pogłębiania znajomości obcego języka.

Ale po roku 1989 zmiany polityczne stworzyły świat, który jest piekłem dla tłumaczy z powołania i pasji. Wolny rynek, opierając się na kilku prostych zasadach, efektywności, ekonomiczności, szybkości, tworząc raj dla tłumaczy, zrezygnował z tłumaczy na rzecz ludzi jako tako znających oba języki (albo co gorsza oddał je w ręce maszyn i robotów – przyp. styczeń 2013). W przyspieszonym tempie produkują oni najprostsze i najdziwaczniejsze przekłady, bez dbałości o jakiekolwiek zasady kultury językowej. Każdy krok na ulicy jest dla tłumacza z krwi i kości prawdziwą udręką. Każda tablica reklamowa rani oko, każdy slogan radiowy – ucho.

Producenci potworków językowych, położywszy łapska na rynku reklamy w sposób automatyczny opanowali kolejne dziedziny słowa tłumaczonego – książki i prasę dla tłumu, wszelkie harlekiny, brawa, dziewczęta, girls, style, dla ciebie, dla mnie, dla niego, życie kobiety, prawdziwe historie, skandale… Poradniki jak jeść, jak spać, jak trwać, teorie gotowania, prasowania, nurkowania, rozważania o diecie, Tybecie i kobiecie… A potem wzięli się za literaturę.

Po części wydawanie literackich bełkotów dwujęzycznych jest podyktowane przepisami różnorakich fundacji zachodnich, w tym głównie niemieckich, przyznających pieniądze na rozmaite projekty, w tym wydanie dwujęzycznych książek literackich. Moje doświadczenia, którymi w tym miejscu chcę się podzielić, dotyczą tej właśnie działalności na rynku kontaktów polsko-niemieckich. Od sześciu lat wydaję dwujęzyczny almanach literacki „WIR“. W ciągu tych sześciu lat spotkałam dziesiątki tłumaczy i tych, którzy myślą, że są tłumaczami i przeczytałam setki, a może tysiące różnorakich tłumaczeń. I…

Ale może zacznijmy od kilku przykładów. We wszystkich pominę autorów tłumaczeń, bo nie chodzi mi o piętnowanie osób, lecz o skalę zjawiska. Przykłady pozwolę sobie podzielić na grupy.

Nieznajomość języka własnego

Łoś chodzący po lesie zmienia się po niemiecku w łososia (Lachs zamiast Elch) i tłumacz nie zastanawia się nad tym, że łososie nie chodzą po lesie, silne i wyprostowane
„Rotdorn vor der Kirche“, krzak czerwonego głogu przed kościołem staje się „czerwonym rożkiem na kościele“, a właściciel galerii – „galernikiem“ (w roku 2018 – to oczywiście przypis – takie słowa są już na porządku dziennym; i tak narciarz uprawiający jazdę kombinowaną to… kombinator!)

Nieznajomość języka nabytego

„Putti auf der Gartenmauer“ to w tłumaczeniu „indyki chodzące po murze ogrodowym“, choć putti to putta, małe aniołki, wyraz znany i po polsku
„Lache“ przetłumaczone jako śmiech, choć „Lache“ to kałuża, a „lachen“ – śmiać się
„Tonne“ przetłumaczone jako tona, a powinno być beczka
Gdy poeta pisze „Pozorna wolność toczy się wyzwaniem“ tłumacz pozwala sobie na zamianę wyzwania („Herausforderung“) na zapowiedź! – „Durchsage“
I wreszcie mój ukochany przykład „Jade“- jadeit,  przetłumaczony jako jad

Nieznajomość kontekstu kulturalnego

„Ich bin so subjektiv. Familie Schall, Familie Rauch gehen mir nicht aus dem Sinn“ pisze poeta, odwołując się do słynnego cytatu z „Fausta“: Was ist der Name, nur Schall und Rauch. Czyli imię jest bez znaczenia. A co robi tłumacz? Pisze: „Państwo Schall i państwo Rauch“, a w przypisie dodaje, że słowa te znaczą dźwięk i dym.

Dosłowność tłumaczeń, zwłaszcza niemieckich wyrazów złożonych z kilku elementów

„Ferngespräch“ czyli rozmowa przez telefon to w tłumaczeniu „mowa daleka“
„Jungfernhaut“ – błona dziewicza to „daleka skóra mojej młodości“
Szczyt zaś to śniadanie – „Frühstück“, przetłumaczone jako „wczesna sztuczka“

Nadużywanie obcych polszczyźnie form gramatycznych, w tym przede wszystkim charakterystycznej dla języków germańskich strony biernej

„Ja byłem postrzegany“, choć ewidentnie po polsku sformułowanie to powinno brzmieć – postrzegano mnie, a jeszcze poprawniej: moje otoczenie postrzegało mnie
„Biuro nie było wynajmowane“

Przesuwanie znaczeń wyrazów

Niemiecki wyraz „Farbe“, który oznacza i kolor, i farbę, jest już nagminnie używany w tłumaczeniach na polski na określenie koloru. „Jaką farbę lubisz?“ pyta tłumacz i choć chodzi o kolor, naprawdę mam ochotę odpowiedzieć „olejną“

Przejmowanie błędnych znaczeń

Tak jak Polacy z uporem maniaka twierdzą, że hetera to złośliwy babsztyl, choć jest to jako żywo ladacznica, tak i Niemcy stosują w języku potocznym różne słowa w błędnym znaczeniu – klasyczny przykład to „Säulenheiliger“ czyli święty słupnik, na przykład Szymon, wyraz używany obecnie w znaczeniu „symbolicznej wielkości”, a zatem świętego za zasługi wyniesionego na piedestał

Dosłowne tłumaczenie idiomów

„Auf Eis legen“ czyli zrezygnować zostaje przetłumaczone jako „położyć coś na lodzie“
„W kuchni panuje bezustannie gęste powietrze“ pisze tłumacz, czyli, jakby kto nie wiedział, „napięta atmosfera“

Nadużywanie zaimków osobowych, niezbędnych w zdaniach niemieckich

„Wyspecjalizowali się oni w“… choć w zupełności wystarczyłoby: wyspecjalizowali się
„pokazują mi oni gołe, białe ściany“
„ja schodzę z góry, na której ty siedzisz“

Terror zaimków własnościowych
„Chory król. Jego głowa nosi koronę…“
„Rodzice ciągną za sobą swoje potomstwo i śnią o tym, że do ich latorośli zbliża się kariera…“
czyli jak w dawnych żartach o Polonii amerykańskiej – „moje ręce w mojej kieszeni“ i „czy mogę teraz dostać moją herbatkę“

Nieprawidłowe ustawianie przymiotnika w stosunku do rzeczownika
„Niemiecko-polska antologia“ zamiast ewidentnie wymaganej antologii polsko-niemieckiej
„Polsko-sakońska antologia poetycka“ – tu jeszcze dodatkowo przymiotnik został użyty w złej formie, bo powinno być „antologia polsko-saska“

I wreszcie ogólne niechlujstwo językowe
„Ten fascynujący opis przyciąga wystarczająco chętnych obejrzenia, że owi galernicy mogą przynajmniej opłacić czynsz. Ponadto nie będzie już o tym nic więcej, przynajmniej dają mi przy sposobności swoje graty z drugiej ręki, co też daje do myślenia. Najpierw muszę przyszykować ten opis otoczenia mojej dzisiejszej pracy, aby uwyraźnić, jak złożone mogą być kaprysy lokatorów.“

W tłumaczeniach wierszy dołączy jeszcze kolejny grzech – tłumaczenie wierszy rymowanych bez rymu – o rytmie w ogóle nie warto wspominać, bo tego już niemal nikt nie przestrzega.

Przykładów mogłabym mnożyć. Nie czynię tego, bo nie warto.

Tłumaczenie, mam tu na myśli tłumaczenie tekstów polskich na niemiecki i niemieckich na polski, bo tylko na tym się jako tako znam, stało się zatem w ostatnim czasie i tak dość marnym produktem, ale nie sposób sobie wyobrazić ile dodatkowych krzywd wyrządził sztuce tłumaczenia panoszący się zwyczaj publikowania tekstów dwujęzycznych! I to zawsze i wszędzie. Wydaje się wszystko, nie tylko te teksty, co do których spragniony czytelnik po prostu marzy o tym, by zaczerpnąć z przejrzystych wód, ze źródeł oryginału, nie, tłumaczenia dwujęzyczne to w ostatnim czasie przede wszystkim dwujęzyczna marnota i bełkot, wiersze, które już w języku oryginału nic nie wnoszą do kultury kraju i odbiorcy, a które wydaje się tylko dzięki systemowi dotacji, pozostającego w gestii urzędników a nie poetów. Prawdziwych…

Zgrozą dwujęzycznych wydań poezji jest wszechobecny, a wynikający z konieczności estetycznego ułożenia stron w książce, terror równej ilości linijek, ba, wręcz równej ich długości, co jest zresztą prawie niemożliwe, jako że niemiecki jest z reguły o dobrą jedną trzecią dłuższy niż tekst polski. Prowadzi to oczywiście do dalszych konsekwencji – do tłumaczenia linijka w linijkę, słowo w słowo, znaczenie w znaczenie. Przekład wiersza zostaje sprowadzony do interlinearnego tłumaczenia słów, do tzw. „rybki“, surowca, z którego dopiero powinien powstać nowy wiersz, i to surowca, wcale nie cenionego w prawdziwej ars translatoria.

„Rybka“ jest być może dobra na poziomie tłumaczeń w samouczkach, ale nigdy w poezji i literaturze, i gdy popatrzymy na beznadziejne teksty reklam, na nieudolne tłumaczenia książek, na niechlujstwo prasy brukowej, przejętej z niemieckiej ręki, to musimy obiektywnie stwierdzić, że już i na tym poziomie tłumaczenie słowo w słowo powinno być prawnie zakazane. Ale nie możemy zgłaszać pretensji do nieudolnych gryzipiórków i cwanych pisarczyków z różnych agencji reklamowych, skoro zaraza rozlazła się z samych szczytów – z poezji.

Pozwolę sobie przytoczyć tylko jeden przykład, udowadniający chyba wszystko, co chciałam tu powiedzieć – piękny wiersz Krzysztofa Paczuskiego, „Nad ranem. Kołysanka“:

Nie bój się miła, śmierć przyjdzie na pewno,
by opiekuńczym otoczyć ramieniem
wszystkie złe myśli: śmiech, płacz i znużenie
i świt złowrogi, i żelazną ciemność.

Nie bój się. Mówisz, że dni wolno biegną,
że czas bezczasem upił się i drzemie.
Z drzew już wyczesał wiatru mokry grzebień
Ostatnie liście. Śmierć przyjdzie na pewno.

Śpij, miła, we śnie upadną reżimy,
a wolność rosą zabłyśnie na łąkach.
Z banicji wrócą zapomniane rymy,
by zdradę z kłamstwem postawić do kąta.

Tymczasem uśnij. Śmierć przyjdzie tej zimy.
Spójrz, oto ona z ganku biała stąpa.

I jego przesłanie niemieckie:

„Gegen morgen. Schlaflied“

Fürchte dich nicht, Liebe, der Tod kommt gewiß,
um mit seinem fürsorglichen Arm alle linken Gedanken
das Lachen, das Weinen, die Müdigkeit
die unheilvollen Morgen und die eiserne Finsternis zu umschließen.

Fürchte dich nicht. Langsam vergehen die Tage, sagst du
und die Zeit hat sich betrunken mit Zeitlosigkeit. Sie döst.
Von den Bäumen hat der nasse Kamm des Winds
schon ausgekämmt die Blätter. Der Tod kommt gewiß.

Schlaf, Liebe. Im Schlaf fallen die Regime
Und die Freiheit erstrahlt als Tau auf den Wiesen.
Aus der Verbannung kehren vergessene Reime zurück,
um den Verrat mit der Lüge in die Ecke zu stelln.

Schlaf also ein. Der Tod kommt. Im Winter.
Sieh: weiß kommt er aus dem Korridor.

C.b.d.u. Co było do udowodnienia. Bo tak oto udało mi się wykazać prawdziwość tezy wyjściowej – wszystko co pomyślimy jako dobre okaże się w realizacji nie-dobre. A im „chcieliśmy lepiej, tym okaże się gorzej“.

Ferngespräch czyli – skoro już tłumaczymy super-hiper-naddokładnie – daleka rozmowa. I tak właśnie jest. Im bliżej i dokładniej tłumaczymy słowa, wersy, linijki tym dalsza jest rozmowa, jaką toczyć będzie czytelnik tłumaczenia z autorem.

Dziękuję.

Gleis 17

Ewa Maria Slaska

Książka, która ostatnio zrobiła na mnie największe wrażenie to “Bebelplatz” izraelskiego pisarza Chaima Be’era. Książka dzieje się w Berlinie, a Bebelplatz, dawniej plac Opery, to plac przy najsłynniejszej ulicy Berlina – Unter den Linden, obok gmachu Opery i naprzeciwko Uniwersytetu im. Humboldtów. To tu 10 maja 1933 roku, 80 lat temu hitlerowcy urządzili pierwsze palenie książek.

Książka zaczyna się od opisu kilku miejsc, które autor-narrator odwiedza w towarzystwie starszego o pokolenie bukinisty żydowskiego, Rappoporta. W domu Rappoporta Chaim zamiast biblioteki ogląda pusty pokój, w którym na pulpicie leży jedna jedyna książka, egzemplarz sprawozdania Szymona An-skiego z jego podróży po żydowskiej Galicji. To jedyna książka jaka zachowała się z biblioteki ojca Rappoporta. Relikwia, a w niej nadpalona kartka z Przemiany Kafki, podniesiona przez ojca na Bebelplatz, w dzień po paleniu książek.

Chaim i jego cicerone idą też na Bebelplatz, nawet dwa razy, raz nocą, a raz w dzień, i oglądają pomnik spalonych książek Michy Ullmana. I wreszcie na stacji kolejki Grunewald idą na peron 17.

Gleis 17

Wspomnienia bukinisty o ojcu, które zaczynają się sceną, jak starszy pan na Bebelplatz podnosi kartkę z książki Kafki, kończą się w miejscu, skąd odjeżdżały pociągi na Wschód, do Auschwitz, do Łodzi, do Teresina. Nie wiadomo, kiedy i dokąd odjechał. Chłopiec z matką byli już w Ameryce. Ale wiadomo, że odjechał. Z tego peronu. Najprawdopodobniej. A na obrzeżach peronu napisy, kiedy, ile osób, dokąd.
Gleis 17

Byłam tam wczoraj, 6 stycznia 2013 roku. Dlatego zrobiłam akurat to zdjęcie. Maj 1933, 80 lat temu, styczeń 1943, 70 lat temu. Tyle czasu mógł mieć jeszcze ten stary człowiek z powieści Chaima Be’era.

Gleis 17

Dwa tory, które dziś wiodą do nikąd.

Gleis 17

Jak to dobrze, że do nikąd.

Nocą dopisane przez Dorotę Cygan:

Mowa tu o tekstach zarzuconych i porzuconych. Ten, który tu poszatkowalam poniżej, licząc na to, że znajdą się chętni do przeczytania całosci (wersja polska 2006, niemiecka 2009 pt. Nachrichten aus Berlin 1933-1936) przypomniał mi się m.in. dlatego, że miałam ‘poważny zamiar’ przetłumaczenia go na niemiecki dla przyjaciół i znajomych – zamysł  porzucony, jak widać (tłumaczenie: Barbara Kulinska-Krautmann). Ale też pomysł wydania w całości tych felietonow z Wiadomości Literackich (z lat 1934 i 1936) musial być porzucany wielokrotnie przez większych ode mnie, skoro reedycja nastąpiła tyle lat po wojnie. Przepisałam tu zaledwie kilka skrawków, bo wpis na blogu odnosi się akurat do akcji palenia książek na Bebelplatz. A czemu całość jest ważna? Bo pisana przez polskiego obserwatora, na gorąco, bez wiedzy, którą mamy dzisiaj, także bez przekłamań powojennych, zacietrzewienia ideologicznego i besserwisserstwa, z dystansem dużego formatu. Dla mnie lektura podobnie zajmujaca jak pamiętniki Viktora Klemperera z okresu III Rzeszy, wydane dopiero w 1996 roku (ile razy zarzucana wobec wielkości przedsiewziecia?) Bo w tym zbliżeniu, w tych szczegółach i migawkach z życia jest potęga realizmu. Nigdy nie wierzyłam w potęgę syntezy, a zwłaszcza w  prawdę takich syntez. Wiem skąd inąd, jak śmieszny jest los wielkich zamierzeń, nie obiecuję więc, że przepiszę Państwu na potrzeby blogu całej tej książki. Tę pokusę odrzucam.  Natomiast nie potrafię porzucić nadziei, jaką mam od dawna: że uda mi się (z Waszą pomocą?) przeczytać kiedyś równie prawdziwe teksty o tamtych mrocznych czasach. Nie odrzucajcie  tej malutkiej prośby. Powertujmy trochę w katalogach pamięci, dobrze?

Antoni Sobański: Cywil w Berlinie. Warszawa 2006.

Rozdzial: Cywile, Reichstag i książki. Cytaty ze stron 56-62.

„Historia ze spaleniem książek uczy nas, że nie to jest ważne w następstwach, co jest ważne samo przez się, ale tylko to, co zapładnia ludzką wyobraźnię.”

„Wskazówek [jak palić książki] udzielono nadzwyczaj dokładnie i szczegółowo. Można też było osobiście odnieść książki do lokalu, gdzie je zbierano. Ale mowy nie było nigdzie, żeby ktoś na przykład palil u siebie w kuchni pod płytą lub na kominku zbiorowe dziela Heinego czy Spinozy. Bez demonstracji taki akt wewnętrznej, domowej moralności nie byłby nic wart.”

„Żal tego narodu, który okrywa się wstydem. Wstyd, że ja, cudzoziemiec, gapię się na tę ich „rodzinną” hańbę. W jednej chwili ten wspólny wstyd zasymilował mnie. Chyba nigdy nie poczułem się za granica tak bardzo miejscowym, tak bardzo Niemcem.”

„Ogień dogasa. Strażacy pomagają sikawką. Z popiołu robi się błoto. W tym błocie wszyscy szukają pamiątek. (…) Ja osobiście zdobyłem dwa trofea.”

„Jako pocieszający szczegół tej smutnej historii można przytoczyć, że w czasie pochodu studenci na ciężarówkach wyszukiwali i odkładali dla siebie na bok co pikantniejsze dzieła.”

Znalezione w Internecie, dla moich niemieckich czytelników:

http://www.berlin-judentum.de/denkmal/rampe-gleis-17.htm

Am Bahnhof Grunewald wurde der ermordeten Juden gedacht, die von hier zwischen 1941 und 1945 deportiert wurden. Die Schriftstellerin Inge Deutschkron rief dazu auf, nie die Frage zu vergessen, warum der Holocaust möglich war.
Tagesspiegel,19. Oktober 2012, Thomas Lackmann

Jak powstają legendy?

Dedykuję ten wpis dzisiejszemu Solenizantowi, który miał to szczęście, że urodził się w dzień Trzech Króli, a mieszkał w pokoju na poddaszu, z którego był widok na Trzy Korony. Według kalendarza celtyckiego jego znakiem zodiakalnym był Biały Jeleń, nie mydło, tylko Królewskie Zwierzę. Takie znaki zobowiązują, życzę mu więc, żeby też kiedyś udało mu się stworzyć legendę. Jego powinna być królewska, tak jak moja stała się feministyczna.

Ewa Maria Slaska

Od wielu lat koleżanka moja, SW, znana polska feministka, podaje mój adres mailowy różnym kobietom, zapewne młodym, które piszą do mnie maile. Z reguły już w linijce tytułowej od razu znajdzie się zdanie wyjaśniające, o co im chodzi. „Kobiety nie przeszkadzajcie nam, my walczymy o Polskę”. Gdy widzę tę linijkę, wiem już dokładnie, co będzie dalej. Ostatni taki mail dotarł do mnie przedwczoraj i tu go zacytuję:

„Dzień dobry,

nazywam się … i piszę do Pani, ponieważ pracuję nad filmem dokumentalnym / artykułem / pracą magisterską / pracą licencjacką o roli kobiet w „Solidarności”. Od dłuższego czasu poszukuję informacji o napisie, który podczas strajków został namalowany na murze Stoczni Gdańskiej: ‘Kobiety nie przeszkadzajcie nam, my walczymy o Polskę’. Od  pani SW, z którą kontaktowałam się w tej sprawie, dostałam informację, że zdjęcie przedstawiające ten napis pod koniec lat 80-tych zamieściła Pani w piśmie berlińskich emigrantów z Polski.
Czy może mi Pani pomóc w dotarciu do tej fotografii?

Z pozdrowieniami“

A ja, czasem ze smutkiem, czasem ze złością odpowiadam:

„Droga Pani…,

przepraszam / przykro mi, ale od ponad 20 lat próbuję wytłumaczyć pani SW, że NIE MAM zdjęcia przedstawiającego ten napis, a tylko WIDZIAŁAM taki napis i to nie na murze stoczni, tylko namalowany szminką na lustrze w windzie w bloku, w którym mieszkała moja teściowa.

Pozdrawiam

Ewa Maria Slaska“

Z reguły korespondencja na tym się kończy. Tym razem przyszła jednak jeszcze odpowiedź, mam wrażenie, że nieco nieufna i podirytowana. Jakbym miała to zdjęcie, tylko nie chciała go dać. A w ogóle kłamała. Albo wtedy albo teraz.

„Dziękuję za odpowiedź,
muszę przyznać, że zaskoczyła mnie Pani; w wielu artykułach na temat Sierpnia 80 cytowany jest ten napis, transparent z nim stał się już legendarny… niektóre z moich rozmówczyń podzieliły sie ze mną różnymi teoriami w jaki sposób ten transparent się znalazł na Stoczni (n.p.robotnicy zostali sprowokowani przez kobiety z Ligii Kobiet Polskich…) Przejrzałam setki zdjęć z tamtego okresu i na żadnym nie ma takiego napisu…
Ten ‘legendarny napis’ był jedną z przyczyn, które sprowokowały mnie, żeby zabrać się za realizację filmu…
🙂
dziękuję za wyjaśnienie i pozdrawiam.”

Rozmyślam o tym, co widziałam trzydzieści kilka lat temu. Pisałam o tym? Skoro kolejna młoda panna, która próbuje dotrzeć do tego napisu, twierdzi, że napisałam, to może i napisałam.

A jak napisałam, to czy to, co napisałam, stało się źródłem legendy? Jak mam to sprawdzić?

Czytelnicy tego bloga już się na pewno zorientowali, że nie mam pojęcia, co się z moimi tekstami dzieje. Piszę, daję do druku. Już. Czasem dostaję egzemplarz autorski, częściej – nie. Czasem ktoś mi płaci jakieś honorarium. Niekiedy ktoś mi mówi, że czytał mój artykuł w piśmie kościelnym z Okocimia albo lewicowym z Wanne-Eickel. Czasem jest to nawet jeden i ten sam tekst. Ciekawe, czy taka jestem „poręczna”, czy odwrotnie, każdy przeciwnik znajdzie w moim pisaniu coś, o co będzie mógł kły naostrzyć i zaczepić pazury?

Informację o napisie opublikowałam „w piśmie berlińskich emigrantów z Polski” – tak napisała owa panna. Wydaje mi się, że raczej tego nie czytała, bo wtedy napisała by, że w „Poglądzie” albo „Archipelagu”. Ale czy ja w tych pismach w ogóle coś wspominałam? Wydaje mi się, że zajmowałam się raczej zakazaną kulturą lub bieżącym komentarzem politycznym. Pamiętam je? Mam je jeszcze? Część mam, na pewno, ale równie na pewno wiem, że nie wszystkie.

Ale może napisałam o tym w biuletynie stoczniowym jeszcze w czasie strajków? A może potem? Pisałam dla „biuletynu z lewkami” do wyjazdu z Polski czyli do stycznia 1985 roku. Kilka lat temu, gdy musiałam udowodnić, że byłam działaczką podziemia, poszłam do archiwum Solidarności i skopiowałam sobie te wszystkie artykuły, podpisywane „Z boku” albo „ZB”. Ale czy je przeczytałam? Mam je jeszcze?

Był taki artykuł, wiem na pewno, który napisałam jeszcze przed wyjazdem z Polski, a który ukazał się, jak już byłam w Berlinie. Pisałam w nim, to nawet, o dziwo, dobrze pamiętam, że dobrze by było, gdybyśmy walcząc zawzięcie o „swoje” czyli wolność, niepodległość i suwerenność, pamiętali, że na świecie istnieją inne projekty i realizacje świata i społeczeństwa. Na przykład bezrobocie jest rzeczywistym problemem, a nie czymś, co sobie wydumali lewacy spod znaku Che Guevary. A też i sam Che Guevara to niekoniecznie pies łańcuchowy Moskwy. Że aborcja nie musi być traktowana jak ludobójstwo, bo można na nią spojrzeć jak na prawo kobiety, że feministki to nie idiotki, które palą staniki, tylko naprawdę im o coś chodzi i że to coś jest ważne. I tak dalej…

Jest jeszcze trzecia możliwość, że napisałam o tym w jednym czy drugim artykule, jakie opublikowałam w biuletynach i pismach feministycznych, ukazujących się w Polsce. Te oczywiście powinna posiadać owa SW, upowszechniająca tezę, że widziałam ten napis i mam zdjęcie. Ale jakby tak było, to te panny wszystkie machałyby mi przed nosem cytatem i adresem bibliograficznym.

Najbardziej prawdopodobne wydaje mi się jednak, że napisałam kiedyś taki artykuł, który ukazał się w „Archipelagu” (ale czy aby na pewno?), w którym twierdziłam, że nie mogę się poczuć integralną częścią wielkiego zrywu, który przyniósł „Solidarność”, a w konsekwencji powstanie wolnej i demokratycznej Polski, upadek Muru, Jesień Narodów i likwidację światowego komunizmu, polityki bloków oraz zimnej wojny. A nie mogę dlatego, że w ogólnym pojęciu „Solidarność” zrobili trzydziestoletni mężczyźni z brodami, podczas ja byłam kobietą i miałam wrażenie, że „Solidarność” zrobili post-hippisi.

Może jak będę miała czas, pójdę do biblioteki i poczytam „Archipelagi”.

Tak czy owak pozostaje pytanie, jak powstała ta legenda? Czy to z moich opowieści (bo na pewno kilkakrotnie opowiadałam o tym napisie na lustrze) wyrósł w przeszłość konflikt kobiety-mężczyźni i przybrał postać wielkiego transparentu? Czy może jednak był naprawdę taki napis na Murze Stoczni, albo transparent, i to nie to, co napisałam, stało się źródłem legendy, tylko to, co napisał jakiś zezłoszczony facet, którego żona przychodziła pod Bramę Stoczni, przynosiła mu bułki i kiełbasę, ale marudziła.

A może było takich napisów na lustrach więcej i pisała je ubecja, żeby zaognić konflikt i skłócić tych, co dotychczas nie wpadli jeszcze na pomysł, że sobie nawzajem przeszkadzają, a i cele mają różne?

Czy ktoś wie, jak było, skoro ja tam byłam i widziałam, a nie wiem?

Pan dał siłę swojemu ludowi
Pan dał swojemu ludowi błogosławieństwo pokoju
Psalm mądrości – napis na murze Stoczni Gdańskiej im. Lenina, wybrany przez Czesława Miłosza

Chicken Kiev

Es ist ein Post von meinem Freund, Autor, Fotograf und engagierten Mensch aus Berlin, Karsten Hein.
Er hat auch den Blog “Bilder für die Blinde” konzipiert und verwaltet ihn.

Den Post “Chicken Kiev” schrieb Karsten für meinen Blog “QRA”.
Daher geht es in ihm auch ums Essen und einen Kochrezept gibt.
Der zugesandte Text landete jedoch im Spam-Ordner (och, dieser gmx!) und da ich dorthin lange nicht geschaut hatte – ging verloren. Erst jetzt, bei dem Austausch der Neujahrswünschen, kamen wir beide darauf, dass es Mal einen Text gab…

… den ich jetzt präsentiere.

Karsten Hein

Chicken Kiev

Lately I’ve been to Donetsk again. Donetsk is a not-so-pretty city in eastern Ukraine, you might heard of since it was one of the stages of the UEFA Euro 2012 (Trademark). In the world of football, at least in that of Ukrainian football, Donetsk is notorious for being the one Ukrainian city-where-the-Ukrainian-side-always-looses. Its also notorious for suffering from a combined Aids-Tuberculosis-Drug-Addiction epidemic. Thats why I’ve been there, I attended a conference on Aids, tuberculosis and drug addiction. All three of them are problems of the impoverished 99% of Ukrainian society (and in Ukraine you may take the “99%” literally) and consequences of the underlying problem of mass poverty. Conferences on theses subjects always take place in quite expensive hotels (“international standard”), such as the hotel Praga (Prague) in Donetsk:

Foto Karsten Hein

Alas I’m quite frequently attending such conferences. Big problem – many conferences. Many Aids conferences – many expensive hotels, many hotel restaurants, many conference lunches, many opportunities to enjoy “chicken kiev”. Every conference lunch in every damned hotel in Ukraine serves chicken kiev. But why? Chicken kiev means chicken breast filled with butter, fried in oil. Close to tasteless. Do they regard it as the acme of Ukrainian cuisine? But Ukrainian cuisine is manyfold and can be really excellent. Or do they? As far as I can tell, its not their national dish. Or is it? I’ll have to ask them next. Maybe they think that foreigners think it is and thus feel obliged…  Anyway, the recipe:

4 chicken breasts
250 g butter
lemon juice
garlic
salt & pepper

flour, an egg & breadcrumbs for the coating

oil for frying

Mix the butter and the seasoning. Cut a pocket in the chicken breast, stuff in the butter. Bread the filled chicken breasts. Preheat the oven (200°). Fry the chicken breasts in a pan until lightly browned, then bake them in the oven for 20 minutes until they look like croquettes.

(I’m sorry I forgot to take a life picture of my last chicken kiev, so I have to borrow this one from Wikipedia: http://en.wikipedia.org/wiki/File:Chicken_Kiev_Flickr.jpg
And I must say I hardly could have done it better. It’s so realistic.)

PS of Ewa Maria Slaska: Karsten, thanks for writing about that wonderful eating. It seems I forget it and it was so important! Chicken Kiev it is Polish “dewolaj” – in communistic Poland it was a “must have” dish in any elegant restaurant or hotel. Actually a common symbol of luxury.