GMO

Redakcja

24 lutego wzięłam udział w spotkaniu berlińskiej Polonii z przedstawicielami Konsulatu Generalnego RP w Berlinie. Podczas zebrania uczestnicy podpisali i przekazali Konsulowi Generalnemu list protestacyjny w sprawie GMO. List przedłożyła zebranym Anna Kuśmierska, akcję wspiera Jadwiga Łopata – pierwsza Polka, która otrzymała (w roku 2002) nagrodę Goldmanów czyli tzw. ekologicznego Nobla, aktywistka, zaangażowana w działania na rzecz zachowania wartości kulturowych i przyrodniczych polskiej wsi oraz promocję rolnictwa ekologicznego oraz agroturystyki.

Dr Jerzy Margański
Ambasador Rzeczypospolitej Polskiej
Ambasada Rzeczypospolitej Polskiej
w Republice Federalnej Niemiec
Lassenstraße 19
14193 Berlin

My, obywatele polscy, którzy z różnych powodów zamieszkują na terenie Niemiec, mając nadzieję powrócić do naszego kraju, protestujemy i wyrażamy wielkie obawy w związku z obecnie proponowaną wyprzedażą polskich ziem rolnych międzynarodowym korporacjom. Ziemie te następnie będą udostępniane dla upraw roślin GMO w „specjalnie wyznaczonych strefach“. Doprowadzi to do zniszczenia gospodarstw rodzinnych i do rozprzestrzeniania się wielkoobszarowych monokultur niszczących różnorodność  biologiczną, a w konsekwencji do zniszczenia naturalnego środowiska człowieka
Nie chcemy sałaty  z genami szczura ani ryby z ludzkimi genami!!!
Nie chcemy modyfikowanych ziemniaków, kukurydzy i innych  takich produktów!!!
Nie chcemy amerykańskiego mięsa i przetworów nafaszerowanych hormonami, chemią i przetworzonych genetycznie!    

Jak Panu wiadomo, w tej chwili mają miejsce protesty rolników przeciwko „prywatyzacji i eksploatacji“ polskiej wsi i obecnie staje się to sprawą ogólnonarodową.

W naszej akcji wspierają nas obywatele Niemiec, którzy regularnie odwiedzają Polskę i szczególnie cenią piękno jej wsi  oraz wspaniałą tradycyjną żywność. Razem oczekujemy od Pana interwencji w tej sprawie i wywarcia nacisku na rząd polski, aby uznał zasadność protestu rolników, podejmując działanie, aby ich niżej wymienione postulaty zostały wzięte pod uwagę:

– Powstrzymanie wysprzedaży polskiej ziemi rolnej międzynarodowym korporacjom.

– Wprowadzenie ustawowego zakazu upraw i handlu roślinami GMO na polskiej ziemi.

– Zlikwidowanie uciążliwych przepisów blokujących i zakazujących sprzedażny w miejscowych sklepach produktów wytworzonych w  gospodarstwie.

Oczekujemy również zapoznania polskiej opinii publicznej ze strasznymi skutkami upraw GMO, które ponoszą mieszkańcy krajów, w których już od wielu lat  prowadzona jest uprawa GMO, takich jak Argentyna , Brazylia, Indie, w których to krajach na skutek zwielokrotnionych oprysków upraw GMO środkiem owadobójczym RAUNDAP z zawartością GLIFOSATU doszło do  zatrucia miejscowej ludności, zniekształceń płodu, zmian DNA. Prowadzone są celowe opryski całych wiosek, co zmusza miejscowych rolników do opuszczenia ziem, które od stuleci były w ich posiadaniu.  Doprowadzono do samobójstw tysięcy ludzi.

Badania niezależnych naukowców  potwierdzają zagrożenie na różnych płaszczyznach,  wynikające z wprowadzenia GMO.
Ostrzegamy przed ignorancją i lekceważeniem naszych ostrzeżeń.

Taka perspektywę przygotowuje nam rząd  polski?

Jako przedstawiciele Polaków mieszkających w Niemczech, prosimy Pana również o spotkanie z nami i bezzwłoczne  omówienie tych pilnych spraw.

Z poważaniem

Jeśli też chcesz podpisać ten list, wydrukuj go, podpisz i wyślij na adres:
LUIS LEITNER
SCHILLERPROMENADE 32
12047 BERLIN

Brueghel

Dorota Cygan przysłała zdjęcie z okna. Aktualne, bo w Berlinie pada cichy drobny śnieg. Oczywiście skojarzyło się jej z Brueghelem.

BRUEGHEL
Dorota widzi ten park z okna, ja tam czasem chodzę na spacer z Antosiem. To takie miejsce, gdzie czarne chłopaki z Azji i z Afryki, jak pisze Dorota, “uprawiają cichą spokojną dealerkę pod okiem policji, która przejeżdża tamtędy raz dziennie”, a ja dodam, że wtedy, gdy jesteśmy tam my. Antoś zamiata kijem zamarznięty staw i pyta, dlaczego policja jeździ po parku? Antoś ma trzy lata i wie już bardzo dużo, ale jeszcze nie wszystko.

https://i0.wp.com/upload.wikimedia.org/wikipedia/commons/e/ed/Pieter_Bruegel_d._%C3%84._106b.jpg

Pieter Brueghel Starszy, z cyklu Miesiące, Styczeń, Myśliwi na śniegu,1565, Kunsthistorisches Museum w Wiedniu. Wikipedia Commons, fotograf nieznany.

Okno – Wnętrze – Ściana

Lidia Głuchowska

Jarosław Łukasik “Okno – Wnętrze – Ściana” / “Fenster – Raum – Wand”

Staniszów d. Stonsdorf
Lidia Głuchowska przesłała tekst laudatio znakomitej retrospektywnej wystawy poznańskiego malarza Jarosława Łukasika, który inauguruje cykl ekspozycji „Barometr: Sztuka – Architektura – Społeczeństwo” w dolnośląskim Staniszowie (dawniej Stonsdorf) pod Jelenią Górą

http://www.forumstaniszow.pl/news/261/

http://www.forumstaniszow.pl/artist/77/

>> Übersetzung ins Deutsche: LukasikLaudatioDE

3_Nun, alles vorbei, Oel auf Leinwand, 2009, 140 x 90

Po wszystkim / Nun ist alles vorbei, olej na płótnie /Öl auf Leinwand, 2009

2006, Wspomnienie Wroblewskiegoolej na plotnie, 90x55cm

Wspomnienie Wróblewskiego /Hommage an Wróblewski, olej na płótnie /Öl auf Leinwand, 2009, własność / Eigentum: Lidia Głuchowska

2011 Judyta i Holofernes 2in1, olej na ploltnie, 90x145cm

Judyta i Holofernes. Dwa w jednym & Judith und Holofernes. 2 in 1. olej na płótnie /Öl auf Leinwand, 2011

jarek wenus zielonogorska 2011

Wenus zielonogórska / Venus aus Zielona Góra (Grünberg),  olej na płótnie /Öl auf Leinwand, 2011

jarek konajacy Slowianin 2011

Konający Słowianin / Sterbender Slawe, olej na płótnie /Öl auf Leinwand, 2011

Lidia Głuchowska

Tytuł najnowszej wystawy malarstwa Jarosława Łukasika jest próbą syntezy jego metody twórczej realizowanej w pracach z ostatnich siedmiu lat. Sekwencja pojęć „Okno – Wnętrze – Ściana” odnosi się tak do wizualnej, jak i mentalnej dominanty jego prac. Po pierwsze sygnalizuje ona – w  sensie kompozycyjnym – znaczenie nieortodoksyjne stosowanej przez artystę perspektywy geometrycznej, od czasów renesansu tworzącej złudzenie głębi na płaszczyznie, intencjonalnie zapraszającej widza do wnętrza wykreowanych na płótnie sytuacji. Tytuł „Okno – Wnętrze – Ściana” pozwala więc wyobrazić sobie umowne, zbieżne linie po akademicku komponowanych obrazów, w różny sposób modyfikowane w prezentowanych tu eksperymentach twórczych. Po drugie – w sensie mentalnym – przywołane w tytule okno jest synonimem wolności, wnętrze zaś – bezpieczeństwa bądź osaczenia, i wreszcie ściana – sytuacji bez wyjścia. W obu tych znaczeniach triada pojęć „Okno – Wnętrze – Ściana” wyznacza horyzont interpretacyjny dokonań malarza, który potencjał twórczy łączy ze świadomością krytyka sztuki. Dotychczas prace swe prezentował na kilkunastu wystawach indywidualnych w Polsce i w Niemczech.

Jak wyznaje sam autor, malarstwo jest jego nałogiem – remedium na smutek i pustkę współczesnej egzystencji. „Jako uzależniony – twierdzi – nie potrafię inaczej myśleć o swoim życiu jak tylko poprzez kadry następnych obrazów.”  Jego żmudny, refleksyjny proces koncepcyjny kończy więc nagła, kompulsywna eksplozja malarskich wizji i erupcja optymistycznych barw. Jak Opus quinque dierum Dürera – jedna z renesansowych fascynacji autora – obrazy te dokumentują przełamywanie ograniczeń tworzywa. Ich nieco lunatyczna aura i nokturnowe odrealnienie nie są bynajmniej przypadkiem. Powstają one bowiem w nocy, jak ekran filtrując koturnowe uniesienia i emocje. Stąd i kontur rzeczywistości rozmyty przez sztuczne światło znikąd wskazujące na drugie dno trywialnych sytuacji.

Na pozór panuje tu poetyka dokumentacji, autor stroni jednak od arbitralnych rozstrzygnięć, traktując uwieczniane fakty (czy imaginacje) z przymrużeniem oka. Jest to więc dokument filtrowany przez krytyczne refleksje i finezyjne rozstrzygnięcia formalne, bliższy surrealistycznej niż hiperrealistycznej, parafotograficznej wizji. To polemika z voyeurystycznym duchem postnowoczesności, niwelującej intymność i bezpośredniość doznań, w której wszystko trzeba utrwalić i podejrzeć w internecie.

Jako przyklad niech posłużą tu obrazy z prezentowanego na wystawie częściowo cyklu o przewrotnym tytule „Obrazy nieostatnie”, ukazujące – na wpół żartobliwie, na wpół autoironicznie – do bólu rzeczowy katalog potencjalnych form rozważanych przez artystę form samozagłady. Wspomnę tu tylko trzy prace, przykładowo ilustrujące poetykę zgrzytu i czarny humor twórcy: – wanna krwi ukazana „Po wszystkim” (2008), zielonym cieniem odgrodzona od oswojonego świata, „Autoportret pośmiertny” (2008) – ciemna rozlana plama o amebowatym kształcie – i – „przytulne” różowe(!) kapcie w pomieszczeniu żółtym jak pokój van Gogha na moment przed tym, jak zagarnął go obłęd. I wreszcie – stryczek, cień wisielca w pośmiertnych drgawkach i pomarańczowe siedzisko stołka – oglądany zza węgła kadr filmu – „Po zeskoku taboret się przewrócił” (2008).

Te z pozoru chłodne i hermetyczne, obrazy określa coincidentia oppositiorum – dysonans intelektualnej dyscypliny i liryzmu, oszczędnych w walor, matowych płaszczyzn i fluorescencyjnie połyskujących detali, zwartej kompozycji i rozległych przestrzeni, budowanych na kontraście geometrycznych plam i niespodziewanych w tym kontekście organicznych form – jakby z innego ontologicznie porządku.

Milczące płótna ewokują narrację. Zaskakującą ich cechą jest to, iż nawet gdy rozległe, jednobarwne tło stanowi większość kompozycji, nigdy nie jest głuche. Geometrię rodem z klasycznej awangardy przełamuje pobrzmiewający w tle niepokój i aura magicznego realizmu, filtrowana przez osobiste doświadczenia malarza oraz kilka dziesięcioleci krytycznej i autokrytycznej refleksji innych twórców drugiej połowy XX wieku.

Przestrzeń definiują przedmioty magiczne – lewitujący stół („Stół dla państwa Hopperów”, (2006), „Podniesienie”, 2007/2011)  – substytut nieosiagalnej domowości, i kapcie –„ciepłochody” – na czarodziejskim dywanie ulatujące do krainy wiecznych spełnień („Mały dywanik”, 2008). Mała apokalipsa i mała stabilizacja.

Dominuje atmosfera oczekiwania – napięcia – stagnacji (?), Chiricowski niemal niepokój – choć obrazy te nie ukazują bezkresnych przestrzeni antycznych miast i mitologicznego rekwizytorium, lecz kameralne niemal wnętrza czy ustronne zaułki – kulisy ledwo minionego czy spodziewanego dramatu. Krzesła agresywnie napierające na siebie i widza – ich krwista czerwień przecinająca poszarzały błękit – („Wspomnienie Wróblewskiego”, 2006), przywołują na myśl niezastygłe konflikty, czas nie do cofniecia. Aktorzy opuścili scenę, a może dopiero się pojawią. Pozorny dystans i bezosobowość narracji nie pozwalają wyśledzić tych, których dotyczy ona bezpośrednio. Anonimowy komunikat apeluje jednak do widza, przenikając tyleż zamkniętą co niedookreśloną przestrzeń.

To bezludne i – w swym zdystansowanym okrucieństwie niekiedy nieludzkie – obszary. Niemalże brak tu twarzy. Rzadko jedynie bezgłowe torsa rodem z katastroficznych wizji dwudziestolecia, czy odzianych w zjadliwie pogodną barwę „Rostrzelań” Wróblewskiego dokumentują skarlenie wielkich mitów historii, zatęchły frazes z życia prowincji. „Konający Słowianin” (2011), poległy na chodniku, tuż przed reanimacją na izbie wytrzeźwień – to zdegradowany bohater, parodia narodowej martyrologii. Znakomicie rzeźbiarska, dostojna „Wenus Zielonogórska” en grisaille – parodia Nike z Samotraki – i jej groteskowy pendant –„Adonis Poznański” (oba 2011) w polarze – obnażają zaś farsę pomników „ku czci”, prowincjonalny zmierzch bogów. W tytule „Judyta i Holofernes. Dwa w jednym” (2011) tradycja kultury wysokiej i marketingowy slogan sąsiadują ze sobą w wiwisekcji współczesności. Ta dekapitacja à la Carravaggio ma „feministyczne” dno. Wskazuje na stereotypy walki płci, i spetryfikowane wizje ról społecznych, z binarnym podziałem – intelekt (męski) / (żeński) seks-apealu –„bezmyslność”, materia. Judyta – intelektualistka – ucieleśnia wewnętrznego wroga. Jej obcięta głową obok ponętnego ciała, przygląda mu się z ironią, męskim spojrzeniem „innego“. Niemożność zespolenia obu ról skutkuje autodestrukcją.

Wszędzie tu jednak dominuje niedopowiedzenie, amor vacui i magiczny realizm à la Giorgio Morandi czy Wilhelm Hammevsvøj. Oniryczna atmosfera wypełnia przestrzeń tej przedziwnie uwodzicielskiej ekspozycji.

Głębię modeluje tu nie światłocień lecz kolor. Światło, barwa i baśniowa aura na podszewce z codzienności mają moc narkotyczną. Odurzają, wciągając do intelektualnej i estetycznej gry. Stąd perspektywa jest arbitralna i anty-naukowa, o krok dalej niż w dziełach manierystów i profetów antysztuki rodem z awangardy. Wewnętrzny impuls góruje zatem nad regułą costruzzione leggitima Albertiego, a intuicja nad matematycznym wykresem i werystycznym odwzorowaniem zjawisk. Rozproszone światło konotuje emocje, rozbijając linearny schemat „Okno – Wnętrze – Ściana”  – kontur materialnego konkretu, zapraszajac do mentalnej podróży, ewokowanej przez jej ekwiwalenty – „Perspektywę barową”, „Ołtarz hotelowy” i… „Ostatni tramwaj” (2011).

Monidło

Renata Borowczak-Nasseri niedługo będzie dla nas regularnie pisała. O…? Się okaże! A na razie zapraszamy do obejrzenia jej filmu pt. “Monidło”. To niemy film sprzed kilku lat, trwa 5 minut. Piękny!

Renata Borowczak-Nasseri wird bald für uns regelmässig schreiben. Worüber? Wird sich zeigen. Heute, als Vorgeschmack, ihr Film “Monidlo” – gemacht vor ein paar Jahren; ein Stummfilm; dauert 5 Minuten. Schön!

Atlas chmur

Ewa Maria Slaska

Ranking

W grudniu 2012 roku “Time” opublikował listę najgorszych filmów roku – film “Atlas chmur” rodzeństwa Wachowskich i Toma Tykwera znalazł się na pierwszym miejscu.

Znalazłam tę informację dopiero dziś, gdy zaczęłam pisać ten tekst. A zaczęłam go pisać, bo już od jakiegoś czasu chciałam tu powiedzieć, że film mi się bardzo podobał, a książka według której został nakręcony – powieść Davida Mitchella – jest świetna. Nie chce mi się dyskutować z twórcami opinii publicznej, nawet jeśli reprezentują “Time’a”. Ich opinia nic mnie nie obchodzi, a zresztą podejrzewam ich o taką samą arogancję, jaka cechuje firmy ratingowe. Zawsze sobie myślę, że nikt z nas ich nie wybiera, nie muszą więc grać w grę pozorów współczesnej polityki, która ukrywa żądzę władzy za iluzjami demokracji. Każdy normalny polityk w świecie zachodnim musi grać w tę grę z wyborcami, tylko firmy ratingowe nic nie muszą. Nie muszą, a rządzą nami korzystając z boskich niemal uprawnień. Finansiści o nieznanej nam twarzy dostali od nas tę władzę, choć nie wiem, jak i kiedy to się zdarzyło. Ale zdarzyło się, na naszych oczach, i nawet słówka nie pisnęliśmy.

A zatem “Atlas chmur” – historia poniekąd właśnie o tym. Nie 1:1, oczywiście że nie, ale jednak o tym właśnie, o upadku świata i o tym, że nawet nie zauważyliśmy, jak to się stało. Przyzwoliliśmy, zawsze przyzwalamy, nawet jak się nam wydaje, że jesteśmy nie wiadomo jak mądrzy. W książce Mitchella koniec świata postępuje nieprzerwanie od XVIII wieku, od momentu, gdy umarł Bóg, a jego miejsce zastąpił ludzki rozum. Bierzemy w tym udział i nic nie widzimy. Po to właśnie potrzebujemy pisarzy, żeby widzieli za nas to, czego sami nie widzimy.

Oto fragment, który zrobił na mnie być może największe wrażenie – przełożyła Justyna Gardzińska:

• Wykład: działania rzeczywistej przeszłości + przeszłości wirtualnej można zilustrować  na przykładzie wybranego wydarzenia znanego zbiorowej historii, takiego jak zatonięcie „Titanica”. Faktyczny przebieg katastrofy, taki, jaki miał miejsce, zaciera się i ginie w niepamięci wraz z wymieraniem naocznych świadków, ginięciem dokumentów + wrak statku rozkłada się w grobie na dnie Atlantyku. Lecz wirtualne zatonięcie „Titanica”, powstałe z odtworzonych wspomnień, dokumentów, pogłosek, fikcji – jednym słowem z wierzeń – staje się coraz bardziej „prawdziwe”. Rzeczywista przeszłość jest krucha i coraz mroczniejsza + coraz trudniejszy staje się do niej dostęp i jej rekonstrukcja: z drugiej strony, przeszłość wirtualna, plastyczna i łatwa w kształtowaniu, coraz bardziej się rozjaśnia + coraz trudniej ją obejść/obnażyć jako fałszerstwo.
• Teraźniejszość zmusza wirtualną przeszłość, żeby działała na jej korzyść, nadawała wiarygodność jej mitologiom + uprawomocniała narzuconą wolę. Władza szuka prawa i sama w sobie stanowi prawo „kształtowania krajobrazu” przeszłości wirtualnej. (Racja jest po stronie tego, kto opłaca historyków).
• Symetria wymaga istnienia również faktycznej oraz wirtualnej przyszłości. Wyobrażamy sobie, jak będzie wyglądał przyszły tydzień, przyszły rok, czy rok 2225 – wyobrażamy sobie wirtualną przyszłość zbudowaną z życzeń, przepowiedni + marzeń na jawie. Ta wirtualna przyszłość może wpływać na rzeczywistą przyszłość, jak w samospełniającej się przepowiedni, lecz przyszłość faktyczna zaćmi naszą przyszłość wirtualną w sposób tak oczywisty, jak jutro przyćmiewa nasze dzisiaj. Podobnie jak Utopia, rzeczywista przyszłość + przyszłość wirtualna istnieją jedynie w mglistej dali, gdzie nikomu na nic się nie przydają.
• Pytanie: Czy istnieje znaczące rozróżnienie między mylącą ułudą dymu, luster + cieni – przeszłością faktyczną – od innej równie mylącej ułudy – faktycznej przyszłości?
•  Model czasu: niekończąca się matrioszka z namalowanymi momentami, każdą laleczkę (teraźniejszość) umieszczoną wewnątrz łańcucha laleczek (wcześniejsze teraźniejszości) nazywam faktyczną przeszłością, ale postrzegamy ją jako przeszłość wirtualną. Laleczka „teraz” w podobny sposób obejmuje łańcuch wszystkich teraźniejszości, które dopiero nastąpią, a które ja nazywam faktyczną przyszłością, lecz postrzegamy je jako przyszłość wirtualną.
• Twierdzenie: Kocham Luisę Rey.

Detonator uruchomiony. C-4 wybucha. Odrzutowiec pochłania kula ognia. Metalowe i plastikowe części, kable obwodów, pasażerowie, ich kości, ubrania, notesy i mózgi – wszystko traci określoność w płomieniach, których temperatura przekracza tysiąc dwieście stopni Celsjusza.

Rzeczy od-stworzone i zmarli istnieją wyłącznie w naszej faktycznej i wirtualnej przeszłości. Teraz obydwie przeszłości zaczynają się rozwidlać.

Chłopiec i dziadek

Rys. Krzysztof Pukański

Rys. Krzysztof Pukański, Dziadek

Krzysztof Pukański

Chłopiec

Chłopiec wracał z biblioteki. Pod pachą niósł pierwszą wypożyczoną książkę. Z regału w pokoju rodziców przeczytał już wszystko, co było odpowiednie dla jego wieku, a nawet nieco ponad to. Szedł powoli poboczem, przeglądając ilustracje. Gdy słyszał warkot samochodu, schodził bardziej na bok, nie odrywając wzroku od lektury, a po chwili wracał na skraj asfaltu. Gdyby miał kilka lat więcej, można by
pomyśleć, że jest pijany. Do domu nie było daleko, jakieś pięć minut zygzakowania, w tym tempie może siedem. Zamiast jednak iść prosto, zatrzymał się i jakby z wahaniem skręcił w boczną uliczkę, prowadzącą między zabudowania. Znał tę drogę, ale rzadko tędy chodził. Nie mieszkał tu żaden z jego kolegów, ani nikt z rodziny, ani nawet staruszka, do której codziennie chodził po mleko. Ot po prostu jacyś anonimowi sąsiedzi. Wiedział, że minąwszy kilka domów, walącą się szopę z bardzo tajemniczymi fragmentami maszyn i stojącą trochę z boku pokrzywioną białą chatę, droga skręca ostro w lewo i zaczyna piąć się pod górę, aż w końcu wchodzi w świerkowy zagajnik. Po drugiej stronie wynurzała się z niego i biegła przez zielone o tej porze roku łąki i pola porośnięte młodym zbożem. Nie miał ochoty wracać do domu. Nie gustował też w spacerowaniu po polach, ale teraz coś ciągnęło go w nieznane. Nieznane zaczynało się tuż za zagajnikiem. Z lekko ściśniętym gardłem, z gulą zmieszania i niepewności w żołądku wyszedł spomiędzy budynków i stanął pod rosnącą obok krzywej chaty jabłonią. Zerwał całkiem jeszcze zieloną papierówkę i już chciał wbić w nią mleczaki, gdy spostrzegł, że z ciemnej jamy otwartych teraz drzwi przygląda mu się ubrana na czarno kobieta.
Nie krzyczała, nie przepędzała go od jabłek, co byłoby normalną znaną mu reakcją, nie biegła za nim z kijem. Po prostu stała tam i patrzyła na niego. Mogła mieć ze czterdzieści lat. Czarna suknia, siwiejące włosy i zmęczone rysy twarzy postarzały ją nieco, ale najwięcej urody odbierał jej smutek. Gdyby nie on, byłaby piękną kobietą.
Patrzyli na siebie dłuższą chwilę, gdy w końcu przypomniał sobie o jabłku tuż przed twarzą. Nie odrywając od niej wzroku ugryzł owoc. Czując jego cierpki smak i przełykając pierwszy kęs zobaczył, jak kobieta odwraca się i zamyka za sobą drzwi.
Ruszył dalej.

Wratislavia reblogged

Ernest Dyczek

Wratislavia (1)

(część trylogii)

Dzień pierwszy

25 sierpnia 1980

Przedpiekle

Prolog

     Wydarzyło się to w okresie, kiedy zdołano za przyzwoleniem ogłupionej części inteligencji oraz kasty lumpenproletariatu, wspomaganych najtępszymi robotnikami niewykwalifikowanymi, nazwanymi później przez lokajską elitę “robolami”, urzeczywistnić czarną utopię Marxa i Lenina, pod batutą zbrodniarza wszechczasów Stalina oraz jego zboczonych, sadystycznych wasali, spośród których wywodził się Bierut, który wyhodował Gomułkę na więziennym wikcie, który wyhodował Gierka na górniczym trudzie, który wyhodował Kanię na tłustej milicji, który nie zdołał już nikogo wyhodować, bo wykopał go Jaruzelski, generał, oszlifowany przez Stalina, który wyhodował Malenkowa, Bułganina i Chruszczowa, ale Chruszczow zdołał wykolegować Malenkowa i Bułganina, tego zaś wykolegował później Breżniew, który wyhodował Czernienkę, lecz tego sklerotyka, z pominięciem kolejki, wykolegował Andropow, ale Czernienko przeczekał i doczekał, niestety umarł bezpotomnie, dając przez swoją impotencję polityczną nieopatrznie pola Gorbaczowowi, który ujrzał to, czego inni widzieć nie chcieli, czyli że utopia Marxa i Lenina to nie tylko czarna utopia, ale też czarna rozpacz, przestraszył się nie wiadomo dlaczego tej czarnej utopii i czarnej rozpaczy, postanowił więc usunąć ze sceny politycznej gerantologiczną aktywokrację oraz atrapy czarnoutopijnych kulis, by na ich miejscu ustawić zdroworozsądkowy aktyw i świetlanoutopijne kulisy myślenia życzeniowego, który to proces miał trwać czas jakiś jak czkawka, czyli do chwili aż pozostanie ostatnia kropelka ropy naftowej, ostatni okruszek węgla kamiennego, rudy żelaznej i ostatnia drzazga z bujnego drzewostanu rozległej Syberii. Ale nie przewidział, że generał Jaruzelski, oćwiczony przez Stalina, okaże się zającem i odda berło Rakowskiemu, fajtłapie o nerwach jak gumowe postronki, a ten zamiast wąsaczowi Wałęsie zgolić wąsy, jak ostatni głupek wyprowadził sztandar i tym głupio rozpaczliwym gestem zmobilizował w ojczyźnie rewolucji resztkę gerontokracji na czele ze w sztok pijanym Janajewem, którego jak w pijanym widzie, albo w rozwiewającym się śnie, zmiótł Jelcyn – i stało się, że jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, albo w rozpadającym się śnie o świcie, zapadły się niemal wszystkie Autosje i Mortalie, zaś Wratislavie, dzięki piekielnemu rodowodowi, przetrwały w pamięci tych, których nie zdołano wymóżdzić oraz solidnej, kamiennej i ceglastej strukturze, stworzonej jeszcze w solidnych czasach przedutopijnych, kiedy jeszcze nie budowano miast z papieru, instrukcji i plenarnych posiedzeń.

     Aktywokracja obudziła się z ręką w nocniku. Nieprawda – przez pięćdziesiąt lat trzymała rękę w gównie – teraz część z nich wierzy, że ten spektakl zafundowała im CIA, a część jest święcie przekonana, że to KGB zmiotło ich ze sceny, by osadzić na niej prawowitych internacjonałów, co też niebawem się stanie, kiedy Putiny i Łukaszenki obejmą w dożywotne władanie podupadłe imperium, chociaż z braku marksistowsko-leninowskiej instrukcji, nie bardzo będą wiedzieli co z tą masą upadłościową zrobić, szczególnie wtedy, kiedy wsadzą do więzień oligarchów, jedynych, którzy mieli sensowne, czyli właściwe pomysły ekonomiczno-imperialne.

*

     Ale jedynej prawdy szczególnie nasza polska, rodzimego chowu aktywokracja nie była w stanie nigdy przyjąć do wiadomości, że dzban dopóty wodę nosi, dopóki się ucho nie urwie – i się urwało, i się wylało, i się rozlało całe nagromadzone upokorzenie się rozlało. Krząta się jak w ukropie aktywokracja, a tu upały późnosierpniowe, leje się pot z łysin aktywu, czym tu schłodzić, czym tu uśmierzyć, jak napocząć ten pasztet, cuchnący z oddali, znad morza ten szkwał, aktyw się trapi, aktyw w ukropie, w piekielnym klinczu, jak w paszczęce Lucyfera – ale w tej paszczęce żadnego światełka, ta paszcza jak tunel, bez wyjścia, bez wyjścia.

*

     Kiedy podpisało się cyrograf z partią komunistów, trzeba składać raporty, choć nikt nie ma obowiązku tych raportów czytać. Moich raportów pewnie też nikt nie czyta. Mogę więc nie zważać ani na styl należny raportom, ani na wiarygodność faktów, których ścisłości i tak nikt nigdy nie dociecze.

     Zawsze solidnie i regularnie zanosiłem raporty do swojej macierzystej POP. Ponumerowane, starannie spięte i podpisane nazwiskiem nadanym mi z urzędu. Nigdy nie zhańbiłem się anonimowym donosem, ten rodzaj piśmiennictwa zostawiałem szubrawcom. Nikt nigdy nie budził we mnie większej odrazy, jak płatny lub wywołujący odruch wymiotny, bezinteresowny szpicel.

      …kiedy stwierdziłem
obecność Norberta
Kusia we Wratislavii…

     W momencie, kiedy stwierdziłem obecność Norberta Kusia we Wratislavii, musiałem też przyjąć za pewnik bytność Belli w tym mieście. Wymagała tego wewnętrzna struktura bytu jako takiego. Rozrzedzał się i zanikał zdekretowany świat realbego socjalizmu, w którym nie było miejsca dla Norberta-Wierszoklety, ani tym bardziej dla Belli, której przecież w ogóle nie było. Wratislavia wyłaniała się z niebytu jak nierzeczywistość z rzeczywistości. Kto nie rozumie, nich dalej nie czyta.

     Postanowiłem zatem pisane raporty w nowej sytuacji opatrywać nową numeracją i na razie nigdzie ich nie zanosić. Mój czas dokonał bowiem pełnego obrotu. Znowu znalazłem się w kontrapunkcie swojej i nieswojej biografii. Realność bytu utraciła opokę, którą była wiara w możliwość urealnienia marzeń o progresywnym człowieku jutra, ale owa wiara w rezultacie mnie samego wepchnęła w potrzask archetypowej niemocy ducha, szamocącego się między chciejstwem a realnością gołej egzystencji.

Copyright © by Ernest Dyczek, Wrocław 2011

Uwaga! Ta strona została zreblogowana. Dziękuję autorowi za wyrażenie zgody

Zanurzyć się w tę ciszę

Krzysztof Pukański

na białej mgły poduszce
głowę kładąc
zapach twych perfum poczuć
i skóry radość
gdy dotyka twojej
zawinąć się w ciebie jak w pled
pytasz, czy tego chcę…?

pewnie śpisz dawno
w koci zwinięta kłębek
a noc ci snuje złocistą snu przędzę
wyobraźnia podsuwa nowe wątki fabuł
zamknięte w powiek zdobny inkunabuł

więc śpij okruszku, a we śnie
wtuloną w poduszki lico
niech Cię po włosach głaszcze
wyblakła dłoń księżyca

niech Ci widoki otwiera
na starym chińskim wachlarzu
opowiesz mi wszystko rano
gdy kawę będę parzył

sobie pod skórę

sobie samemu
wejść pod skórę
przerażenie poczuć
je oswoić – psa wiernego
koniec mordęgi ujrzeć
i miłości bezkres
na kamieniu przycupły
omszały czekaniem

zanurzyć się w tę ciszę
bez drzwi bez okien bez słów
zanurzyć się w tę ciemność
zapaść w aksamitną czerń
po to by rano wyjść na dzień
by każdym porem chłonąć światło
by tętnić
by każdą żyłą żyć

Toż nadchodzi Święty Walenty

Zbigniew Milewicz

Na różnicach między płciami zbudowano i stracono w ciągu ludzkich dziejów fortuny, poświęcono im tony rozpraw naukowych, filozoficznych, najpiękniejsze strofy w literaturze i poezji, na nich kwitnie pornografia i najstarszy zawód świata… Każdego ciągnie w te rewiry, chyba, że jest chory, bo wiek jakby odgrywał tutaj mniej znaczącą rolę. Weźmy chociażby moją skromną osobę, jeszcze nie chodziłem, a już podobno puszczałem oczka do co ponętniejszych koleżanek mojej mamy i ten tick został mi do dzisiaj, choć pora byłaby już się ustatkować. Zanim to jednak zrobię, jeszcze trochę poswawolę, piórem przynajmniej, bo i jest ku temu okazja. Toż nadchodzi Święty Walenty, patron zakochanych i epileptyków (można byłoby w związku z tym zastanowić się nad ewentualną zbieżnością obydwu stanów). Fakt, że w tym roku wybrał on sobie porę nieszczególną, bo będzie to już drugi dzień Wielkiego Postu, czasu umartwienia, ale za życia też często był niekonwencjonalny. Pozostaję w tym samym duchu…

Gdy Bozi zdarza się zdrzemnąć
a robi to dosyć rzadko
to diabeł z aniołem tańcują
w miłosnym uścisku
aż hadko
W post lubieżnym być
to wstyd
daj narządy w depozyt

Na Walentynki

Dedykowane paniom na melodię kolędy: W dzień Bożego Narodzenia

W dzień Świętego Walentego
kochaj się do upadłego
bo gdy blady świt nastanie
jemu nawet włos nie stanie
oj nie stanie

a więc gzij się me nieboże
a Walenty dopomoże
by cię zechciał za rok długi
pochędożyć po raz drugi
po raz drugi

morał z pieśni tej jest taki
częściej chędożcie chłopaki
dzień w dzień żwawo przystępujcie
do kochania się nie bójcie
się nie bójcie

A tu on: http://sphotos-b.ak.fbcdn.net/hphotos-ak-ash4/377668_610222625670561_1027231812_n.jpg

Niedziela, 13 grudnia…

Kolejny tekst nadesłany w roku 2011 na konkurs Polskiej Rady w Berlinie “Danke Berlin”.

Wojciech Zawadzki

Niedziela, 13 grudnia 1981 roku, zaczęła sie typowo dla polskiego emigracyjnego Berlina Zachodniego – sen do południa i kac po sobotniej imprezie, kończącej kolejny tydzień ciężkiej pracy. Wstałem pierwszy, nastawiłem wodę na kawę, z prawdziwą przyjemnością wypiłem szklankę wody mineralnej i włączyłem radio.

Dzięki, najwyższemu w Europie, masztowi radiowemu w Gąbinie, pierwszy program Polskiego Radia był odbierany podobno bez problemu na całym świecie – w Berlinie na pewno. Od dłuższego czasu, ze ściśniętym sercem, słuchaliśmy komunikatów o wciąż pogarszającej się (jakby to było jeszcze możliwe!) sytuacji gospodarczej, o kolejnych strajkach, negocjacjach i rozmowach, które nie prowadziły do niczego. Zarówno ja, jak i mieszkający ze mną Andrzej i Krzysztof, byliśmy w Polsce członkami „Solidarności”, przyjechaliśmy do Berlina na kilka miesięcy, zarobić trochę pieniędzy na „czarną godzinę”, która właśnie nadeszła. Na Święta Bożego Narodzenia wszyscy mieliśmy jechać do rodzin w Kraju, kupiłem już bilet kolejowy na 16 grudnia i mam go do dzisiaj…

Woda na kawę już się zagotowała, gorzej było z radiem – najpierw cisza, potem, bez zapowiedzi, Chopin – i to w niedzielę rano?! Koledzy, jako dyplomowani inżynierowie, w dość obcesowy sposób skomentowali wyczyny magistra-humanisty, który nawet radia nie potrafi włączyć – ale i im odechciało się żartów, gdy z głośnika usłyszeli głos generała Jaruzelskiego, informujący rodaczki i rodaków o tym, że nadeszła właśnie godzina ciężkiej próby i na terenie Polski zostaje wprowadzony stan wojenny.

Od tamtego poranka mija 30 lat, a ja wciąż widzę trzech bezradnych dwudziestopięciolatków, siedzących w milczeniu, ze łzami w oczach, próbujących zrozumieć, co się właściwie stało.

Jak napięta była wtedy sytuacja w Polsce, każdy wie. Pytanie  „wejdą – nie wejdą?”, powtarzane było do znudzenia – ale to, że interwencja nastąpi od wewnątrz, że polskie wojsko wystąpi przeciwko własnemu narodowi – nie mieściło nam się, ani wtedy, ani dzisiaj, w głowach! I to wszystko nie w imię (jakkolwiek pojmowanego…) dobra narodu, reformy gospodarczej czy sanacji życia politycznego – a wyłącznie w celu utrzymania władzy.

Kolejnych 8 lat pokazało, aż nadto wyraźnie, jakie były koszty decyzji generała Jaruzelskiego – czy też jego mocodawców.

Początkowe osłupienie i przerażenie szybko przerodziło sie we wsciekłość i chęć działania – jeszcze tego samego dnia, na spotkaniu w większym gronie, podjęto decyzję o zorganizowaniu demonstracji przeciwko wprowadzeniu stanu wojennego. Szliśmy ze świecami w rękach przez centrum, wyjątkowo w tym roku zimnego, Berlina Zachodniego – a nieliczni przechodnie pytali, o co właściwe chodzi … Granice były zamknięte, nie działały telefony – sprzeczne informacje zawyżały w nieskończoność liczbę zabitych, aresztowanych i internowanych – jedno było pewne – kręgosłup narodu został złamany, zmęczeni ludzie nie mieli już ani siły ani ochoty na beznadziejną walkę z komunistycznym reżimem, poza kilkoma ośrodkami, zorganizowany opór nie istniał.

Zaczęło się, również na emigracji, szukanie winnych, rozgorzały dyskusje i spory, co można zrobić w sytuacji bez wyjścia, jak pomóc, wykorzystując fakt, że jest się po tej lepszej stronie „żelaznej kurtyny”? Powstające w Berlinie organizacje i ugrupowania różnie oceniały sytuację w Polsce, negując często potrzebę pomocy charytatywnej i uzasadniając to rzekomym ”wzmacnianiem” reżimu lub, bardziej słusznie, trudnościami z dostarczeniem tej pomocy do właściwych rąk. Kilku bardziej zapalczywych młodzieńców domagało się zbiórki pieniędzy na zakup broni dla partyzantki – hasło „zima wasza – wiosna nasza!” miało pomóc nam przetrwać ten trudny okres!

Nasz trzyosobowy kolektyw również stanął przed dylematem: „co dalej?” Decyzje podjęto szybko: Andrzej postanowił wrócić do Polski, gdzie czekała żona z małym synkiem, zrobil ogromne zakupy, wsiadł w samochód i jeszcze przed Świętami wyruszył w drogę. Przez 300 kilometrów był na szosie sam, już we Wrocławiu, 200 metrów od domu, wpadł na jedyny pojazd wyjeżdżający z bocznej uliczki – wojskowy transporter opancerzony, który kolizji tej zbytnio nie odczuł. Nietrudno się domyślić, że zastawa, którą jechał Andrzej, wyglądała znacznie gorzej… Na szczęście kierowcy nic się nie stało, o własnych siłach wydostał się na zewnątrz, dotarł piechotą do domu, wszedł do mieszkania i pozostał tam aż do maja roku następnego, siedząc w milczeniu w rogu pokoju i wpatrując się w podłogę. Dopiero dochodzące z ulicy odgłosy demonstracji wyrwały go z letargu, podszedł do okna i  odsunął zasłonę.

Pierwsze wypowiedziane po tak długiej przerwie słowo, to, przedstawiając opisowo, liczba mnoga od wulgarnego określenia potomka kobiety trudniącej się nierządem – odnosiło się ono do oddziałów ZOMO pacyfikujących demonstrantów.

Krzysztof uznał, że tylko kwestią czasu jest to, kiedy komuniści opanują całą Europę i trzeba uciekać za ocean. Wyjechał do Monachium, a po kilku miesiącach do USA, gdzie mieszka do dzisiaj. Autor tych wspomnień został w Berlinie Zachodnim, ze wszystkimi wynikającymi z tego faktu konsekwencjami. Było to wówczas fascynujące miasto „frontowe”, hojnie wspierane finansowo przez Republikę Federalną, będące swego rodzaju ”oknem wystawowym” Zachodu – kto raz przejechał pociągiem przez Berlin Wschodni i wysiadł na dworcu Zoologischer Garten, zrozumie to bez słowa…

„Polski Berlin” tymczasem zaczynał się stabilizować, ludzie rozpoczynali lub kontynuowali studia, znajdowali pracę, wielu emigrowało do USA i Kanady, kusiła Australia i RPA. Stan wojenny w Polsce zaczynał być stanem „normalnym”, sytuacja gospodarcza (chociaż trudno to sobie wyobrazić!) pogarszała się systematycznie – w tej sytuacji kwestia pomocy dla Kraju była coraz bardziej aktualna. Wbrew pozorom nie było to takie proste, władze dopuszczały oczywiście pomoc charytatywną, ale kontrolowały ją we właściwy sobie sposób. Krążyły opowieści o transportach z darami, przechwyconych przez wojsko lub milicję i rozdzielonych wśrod „swoich”, o rozkradaniu paczek przez pracowników poczty… Nikt z nas nie mógł wtedy pojechać (i wrócić…) do Polski – zdani byliśmy na innych. Bardzo szybko zareagowała niemiecka poczta i zwolniła paczki do Polski, nie przekraczające wagi 20 kilogramów, ze wszelkich opłat. Powstały prywatne firmy transportowe, które woziły busikami paczki, dostarczajac je bezpośrednio do rąk adresatów.

Uznaliśmy, że pomimo wszelkich trudności i wątpliwości dotyczących tego rodzaju pomocy, naszym obowiązkiem jest ją prowadzić. Jak to krótko wyraził jeden z kolegów: „Zarabiacie na godzinę 12-15 marek, a tabliczka czekolady, której dzieci w Polsce nie widziały na oczy, kosztuje 40-50 fenigów – o czym tu jeszcze dyskutować?!” Finansowaliśmy więc paczki wyłącznie z własnych środków, starając się, aby trafiały naprawdę do tych najbardziej potrzebujących. Prosiliśmy rodziny i znajomych w Polsce o zbieranie konkretnych „zamówień”, żeby wysyłać rzeczy najbardziej potrzebne . Trudno ocenić po latach skalę tej akcji – ale jeśli wysyłało się tygodniowo 2-3 paczki po 20 kilogramów – a rok miał wtedy, podobnie jak dzisiaj, 52 tygodnie – to będą to raczej tony niż setki kilogramów…

Co było w środku? Niezależnie od zamówień specjalnych, standardowy zestaw to oczywiście kawa, herbata, kakao, czekolada, konserwy mięsne, mydło, szampon i proszek do prania. Odżywki dla dzieci i lekarstwa uzupełniały tę listę.

Mało kto pamięta, że przy Platz der Luftbrücke był specjalny punkt wydawania lekarstw dla obywateli Europy Wschodniej, przeznaczony głównie dla emerytów i rencistów z NRD, mogących odwiedzać Berlin Zachodni. Przychodziło się z polskim paszportem i plikiem recept, koniecznie brało się coś do czytania – bo kolejki byly gigantyczne i po kilku godzinach czekania dostawało sie bezpłatnie potrzebne lekarstwa. Były one przekazywane przez hurtownie farmaceutyczne i szpitale, ze sprawdzoną datą ważności i w oryginalnych opakowaniach. Największym problemem było, przy kilkudziesięciu receptach, właściwe posortowanie otrzymanych lekarstw – miła pani z obslugi ułatwiała to bardzo, wypisując grubym flamastrem na opakowaniach tę samą cyfrę, na medykamentach przeznaczonych dla tego samego odbiorcy. Wiele lat później, w Polsce, spotkałem osoby, które opowiadały mi jak to w strasznych latach 1982-1983, dostawały z Niemiec bezpłatne lekarstwa dla ciężko chorych rodziców, z dużymi cyframi wypisanymi na opakowaniach ręcznie grubym, czarnym pisakiem…

Czasami w paczkach znajdowały się artykuły wzbudzające lekkie zdziwienie. „Czy na pewno wiesz co robisz?” – zapytał mnie kolega, widząc, że układam w kartonie karmę dla kotów. „Oczywiście – to specjalne zamówienie – od własnych rodziców” – odpowiedziałem, zgodnie z prawdą. Rodzice skarżyli się, że większość kartkowego przydziału mięsa spożywa nasz ukochany kot o dźwięcznym imieniu Bestia – i takim też charakterze. Rozpuszczone zwierzę nie chciało tknąć puszkowej szynki czy mielonki, jedyną szansą była karma dla kotów – wtedy mięso znowu zagości, przynajmniej od czasu do czasu, u rodziców na stole. Plan powiódł się znakomicie, dopóki mój brat z Ameryki, również nie wpadł na pomysł, aby dożywiać swego ulubieńca. Przewrotny kocur odmówił od tej chwili spożywania niemieckich chrupek, preferujac amerykańskie! Próby wymieszania obu gatunków nie powiodły sie – cierpliwe zwierzę godzinami siedziało przy misce i pazurem (!) wybierało amerykańskie chrupki, resztę pozostawiając nietkniętą. Dzielna nasza kocina godna jest jeszcze wspomnienia, jako jedna z nielicznych istot, która w porę przejrzała niecne knowania generała w ciemnych okularach. W czasie, ostatniej przed ogłoszeniem stanu wojennego, wizyty u rodziców, byłem świadkiem sceny, gdy widząc na ekranie przemawiającego generała, kot wskoczył na telewizor i nie dawał sie stamtąd ściągnąć, waląc w odbiornik łapą i miaucząc przeraźliwie! Przenikliwe zwierzę już wtedy wszystko wiedziało, tylko my nie potrafiliśmy tego zrozumieć – a szkoda…

Pracowałem wtedy w dziale obsługi klientów w dużym domu sprzedaży wysyłkowej. Ułatwiało to dostęp do kartonów i materiałów do pakowania paczek. Ze strony kolegów i kierownictwa spotkałem się z wyrazami współczucia i chęcią pomocy, chociaż sami przyznawali, że nie bardzo rozumieją pojęcie „stanu wojennego” – co to za wojna się toczy i z kim, padały pytania… Jedyną osobą, która wszystko wiedziała i zrozumiała sytuację błyskawicznie, był Boliwijczyk Vargas, który w poniedziałek rano podszedł do mnie, objął mocno i powiedział : „Przeżylem trzy pucze, dwa przewroty, cztery stany wyjątkowe – nic się nie przejmuj, powiem ci jak to będzie – mechanizmy działania tych panów w mundurach są na całym świecie takie same – nawet wyglądają podobnie! Macie o tyle gorzej, że jest ostra zima i przetrzymywani na stadionach mogą tego nie przeżyć…” Polski pucz różnił się jednak minimalnie od tych latynoskich, chociażby miejscem przetrzymywania internowanych.

Vargas przynosił mi południowoamerykańskie gazety i tłumaczył artykuły, w których brazylijscy, argentyńscy czy paragwajscy komentatorzy chwalili dzielnego polskiego generała, który pomimo komunistycznej przeszłości, tak sprawnie wygrał wojnę z własnym narodem. Zimno mi się robiło słuchając tych „pochwał” – ale cóż, ciągnie swój do swego…

Cennym uzupełnieniem zawartości wysyłanych paczek było, jak to nazywaliśmy, ich „faszerowanie”. Nie pamiętam już, kto wpadł na ten, genialny w swojej prostocie, pomysł – stosowaliśmy go długo z powodzeniem .Wykorzystany został fakt, że paryska „Kultura” wydawała reprinty miesięcznika i książek w formacie 8 x 12 cm, na cienkim papierze, bez grubych okładek – właśnie w celu łatwiejszego ich przewożenia do Polski. W czasie wizyty w Maisons-Laffitte otrzymałem dużą ilość tej „przemytniczej literatury” – trzeba było tylko znaleźć sposób na dostarczenie jej do Kraju. Najlepiej do tego celu nadawały się metalowe, okrągłe puszki z kawą, które, po wysypaniu zawartości, „faszerowano” książeczkami, przykrywano kartonikiem i z wierzchu zasypywano cienką warstwą kawy. Funkcjonowało to znakomicie – nigdy nie zdarzyła sie wpadka! Pojawił się inny problem – jak powiadomić odbiorców, że niektóre puszki z kawą zawierają w sobie coś więcej? Nikt z nas do Polski jeszcze nie mógł pojechac, obcym za bardzo nie chcieliśmy się chwalić – jak się okazało po wielu latach, bardzo rozsądnie, biorąc pod uwagę liczbę donosicieli, również wśród rodaków mieszkających w Berlinie Zachodnim…

Telefony juz działały, podobno były jednak na podsłuchu, stąd rozmowy brzmiały trochę dziwnie: „Ciekawa była ta ostatnia kawa? Nie za mocna w treści? Nie bolą was oczy od czytania kawy?” (literki były bardzo małe…) itd. Mocno zdziwieni, często wręcz przerażeni rozmówcy prosili nas, żebyśmy ograniczyli spożycie alkoholu, a narkotyki odstawili całkowicie… Za to potem słyszeliśmy w słuchawce, jaka interesująca była ta Melitta, znacznie ciekawsza od Jacobsa!

Pamięć ludzka ma to do siebie, że skutecznie osłabia i zaciera złe wspomnienia, uwypuklając to co było dobre. Dzisiaj po 30 latach od wprowadzenia stanu wojennego, nie można zapominać, że był to dla Polaków w Kraju i na emigracji czas straszny i ponury, okres o którym i dzisiaj trudno jest mówić bez emocji. Przykro jest czytać wyniki badania opinii publicznej, gdzie połowa ankietowanych nie kojarzy daty 13 grudnia 1981 z żadnym konkretnym wydarzeniem – bo o tym, że w innych badaniach 40% uczestników pozytywnie ocenia wprowadzenie stanu wojennego, lepiej nic nie mówić…

Represje i katastrofalna sytuacja gospodarcza w Polsce, zagubienie i poczucie osamotnienia na przymusowej (lub często przypadkowej emigracji…) – co było gorsze? Paradoksalnie właśnie akcja pomocy, wysyłanie paczek do Polski, było dla obu stron tym „światełkiem w tunelu”, sygnałem, że nie wszystko jest jeszcze stracone! Dla odbiorców tej pomocy, oprócz aspektu materialnego, był to znak, że ktoś o nich pamięta – dla wysyłających najważniejsza była świadomość, że można coś zrobić dla innych – bezpośrednio i bezinteresownie! Piszę tu o indywidualnej akcji pomocy, która była tylko drobnym fragmentem akcji ogólnoniemieckiej. Wysyłał paczki Kościół (katolicki i protestancki), Caritas, związki zawodowe, kluby sportowe, miasta i gminy, niezliczone organizacje społeczne i tysiące osób, które często po raz pierwszy w życiu angażowały się w tego typu działania. To dzięki nim akcja solidarności z Polską przybrała taki wymiar i umożliwiła Niemcom zrozumienie aspiracji i ambicji sąsiedniego narodu, który jakże często i niesprawiedliwie oceniany był w kontekście „europejskiego warchoła”. Dla wielu Polaków był to też, często pierwszy tego typu, sygnał, że w Niemczech wyrosło pierwsze pokolenie, które zasadniczo różni sie od swoich rodziców i dziadków… Wspominając to dzisiaj, trzeba podziękować sobie nawzajem, kto wie jak wyglądałaby dzisiaj Europa bez tamtych doświadczeń? I jak wyglądalibyśmy my sami, bez odkrycia w sobie chęci i potrzeby niezależnego, społecznego działania, bez tej bezcennej wartości, bez której życie nie byłoby pełne.