Wartości ponadczasowe

Dźwięk kamienia
Wydawnictwo Norbertinum, Lublin, 2016

projekt okładki: Renata Mozołowska

Joanna Szubstarska

Głos

Spięta obręcz lat,
dotyk na twardej skórze,
dojrzałość zastygła,
bursztyn lat pracy nad ego.
Tylko głos pnie się
naśladuje ptaka
rozrywa przestrzeń
topnieje w sanktuariach
w tunelach rozpaczy
rwie ścięgna powietrza
drgający nocną nutą.
O brzasku zbudzony
wylewa krople tchnień
rozciąga linię życia.
Płonie życiem.

Kalejdoskop akcji
zmieniające się klatki nocy i dni
zapełnione pojemniki znaczeń
sensy rozgrzebane w żarze ogniska;
bolące ręce
-świadkowie dźwigania idei,
gdy dzień schyla się ku upojności.

Jak zamknąć dzień
gdy obręcz dwóch naszych światów
nie dopina się,
obydwa zanurzone w półśnie
oczekiwań i płochych spojrzeń.

Jesteśmy ludźmi akcji
układanych w stos dokumentów
kliknięć i treningów.
Omija nas prawda przemijania,
a trwanie nie przyjęło się.
Żyjemy wiadomościami
ze świata i regionu,
nasz byt zasypany cudzym.

Skupienie
napięcie
nacięcie przechodzącej chwili
rozszerzonymi źrenicami.
Przykrycie
płaszczem wahania
uprowadzonych momentów.
Łapanie
oddechów
przebitych troską o byt.
Pochylił się
wobec mojego głosu,
chciał uchwycić mowę,
związać węzłem zrozumienia.
Znaczenie zdania
napotkało na prąd pragnienia.
Zawirowanie sensów i intencji
odepchnęło uwagę,
zwyczajność przeszła korytarzem.

xxxxxxxxxxxxxxxxxxDla E.
Wzywam Imienia
dla niej
odosobnionej, matki.
Nie patrzy w oczy,
obok,
nie poznaje swojego.
Zastyga w budowaniu
myśli,
nie rozwiąże znaków teraźniejszości.
W trudnej symbiozie
z siostrą
w głębinach świata bezwolne.
Woal dnia wydaje
się pasować
do jej pewnego gestu.
Właśnie wskazała
na przyjaźń,
odległą przestrzeń.
Jutro wstanie
ze snu
i kamień obróci w siłę.

Stuart 29

I stare at my reflection in the mirror,
Why am I doing this to myself?
Losing my mind on a tiny error.
I nearly left the real me on the shelf. No.
Don t lose who you are in the blur of the stars.
Seeing is deceiving, dreaming is believing, it s okay not to be okay.
Sometimes it s hard to follow your heart.
Tears don t mean you re losing, everybody s bruising.
Just be true to who you are.

Wpatruję się w swoje odbicie w lustrze…
Dlaczego to sobie robię?
Tracę rozum przy najmniejszym błędzie
I gubię gdzieś samego siebie. Nie.
Nie zgub siebie w plątaninie gwiazd
To, co widzimy jest iluzją, a marzenie oznacza wiarę,
To w porządku, że nie jesteś okay
Czasami ciężko jest podążać za sercem,
Lecz łzy wcale nie znaczą, że przegrywasz, każdy ma przecież jakieś blizny
Bądź po prostu szczery w stosunku do siebie.

Ed Sheeran, Who you are

Joanna Trümner

Powrót

„Jak ten tydzień szybko minął”, pomyślał pakując rzeczy w hotelu. Następnego dnia opuszczał Melbourne i jechał w dalszą trasę koncertową do Canberry. Przed kilkoma dniami dowiedział się od Toma, że mały, nowo otwarty klub w tym mieście zaproponował mu pięć koncertów. Zadzwonił tam natychmiast i potwierdził przyjazd. Był zaskoczony, kiedy właściciel klubu powiedział mu, że dowiedział się o nim od Chucka. Do tej pory Stuart nie mógł oprzeć się wrażeniu, że Chuck nie czuje do niego zbytniej sympatii i że jest dla niego prawdopodobnie tylko jednym z tysięcy muzyków, zapychających dziury pomiędzy występami prawdziwych gwiazd.

Od dnia, w który opuścił Melbourne minęło jedenaście miesięcy. Znowu był w drodze – tym razem była to droga do Sydney. Nie mógł doczekać się spotkania z Tomem. Podczas wielomiesięcznej podróży po Australii zdał sobie sprawę z tego, jak bardzo mu brakuje rozmowy z przyjacielem – sporadyczne rozmowy telefoniczne, wymierzane taktem monet wrzucanych do szczeliny w budce telefonicznej, nie były nawet namiastką prawdziwej rozmowy. Od początku trasy koncertowej przejechał czterdzieści tysięcy kilometrów, poznał dziesiątki miast i miasteczek w Australii i zawarł wiele nowych znajomości. Każdy dzień był nową przygodą, a każdy koncert przed nieznaną publicznością – wielką zagadką z trudnym do przewidzenia rozwiązaniem. Podczas drogi powrotnej do Sydney Stuart przypominał sobie wydarzenia ostatnich miesięcy i ze zdziwieniem zdał sobie sprawę z tego, ile z tych tak bardzo różniących się dni zniknęło z jego pamięci. A tak bardzo chciał opowiedzieć przyjacielowi o dniach w drodze, o sukcesach, porażkach i koszmarnych przeżyciach, które na długo wytrąciły go z równowagi. Jak pierwszy koncert w Perth. Już przy wejściu do sali – największej w jakiej do tej pory występował – na tysiąc osób, wiedział, że jego występ tu jest nieporozumieniem. Muzyka, którą grał, nie pasowała ani do tego pomieszczenia ani do wybitnie młodej publiczności. Było to miejsce, gdzie odbywały się koncerty grup rockowych i Stuart zadał sobie w duchu pytanie, czy właściciel klubu nie sprawdza jego kosztem, czy ta publiczność zaakceptuje w ogóle muzykę innego rodzaju. „Co ja tu robię?”, zastanawiał się, żałując po raz pierwszy, że nie zatrudnił menadżera, który przed każdym koncertem obejrzałby salę i wykłóciłby się o gażę. „I który prawdopodobnie odradziłby mi przyjazdu tutaj”, pomyślał, wiedząc, że znalazł się w sytuacji bez wyjścia.

Ten wieczór był jedną wielką wpadką, już w pół godziny po rozpoczęciu koncertu słuchacze zaczęli masowo opuszczać salę. „Chyba bym wolał, żeby mnie wygwizdali, przynajmniej bym wtedy wiedział, że wywołałem w nim jakiegolwiek emocje”, myślał rozczarowany na widok pustoszejącej sali. W kilka minut przed dziesiątą przestał grać i wyszedł tylnym wyjściem na parking. Wrócił do hotelu i wypił w barze trzy podwójne martini. Wrócił do pokoju i systematycznie zaczął opróżniać hotelowy minibar. Chciał się upić i zapomnieć o tym wieczorze, ale wypity alkohol sprawił tylko, że czuł się coraz podlej. Nie potrafił zwalczyć uczucia porażki i rozgoryczenia. „Jak mam po tym jeszcze kiedykolwiek wyjść na scenę? Po prostu nie mam talentu i sam się oszukuję”, pomyślał i nagle w głowie pojawiło się wspomnienie z dzieciństwa, wspomnienie pierwszej wielkiej porażki – meczu piłkarskiego w czwartej klasie szkoły podstawowej, kiedy on jako jedyny w całej drużynie przestrzelił karnego i przyczynił się do przegranej. Przypomniał sobie powrót z boiska szkolnego do domu i łzy rozczarowania, których nie był w stanie opanować. Po powrocie rzucił się na łóżko w swoim pokoju i zanosił się tak głośnym płaczem, że nie usłyszał kroków ojca. „Co się stało?”, zapytał ojciec obserwując go bacznie. „Nie nadaję się do niczego, przeze mnie przegraliśmy mecz. Już nigdy więcej nie pójdę do szkoły, wszyscy się będą ze mnie do końca życia śmiali”. Ojciec długo patrzył na niego, dziś Stuart wiedział, że ojciec szukał właściwych słów: „Nie wolno ci tak myśleć. Nigdy nie możesz w siebie zwątpić, to jest najważniejsza zasada w życiu. Nie strzeliłeś tej głupiej bramki, ale za to nikt z twoich kolegów nie zna tak dobrze matematyki i nie gra na gitarze. Nigdy nie wolno ci myśleć, że jeteś gorszy od innych, obiecujesz?” „Obiecuję”, odpowiedział Stuart i poczuł, że przestaje płakać. Wspomnienie tej obietnicy z dzieciństwie było tamtego wieczoru jego jedynym pocieszeniem. W Perth spędził jeszcze kilka dni i chociaż dalsze trzy koncerty niczym nie przypominały porażki z pierwszego dnia pobytu, z ulgą opuścił to miasto.

Następny koncert dał w miasteczku Esperance, o którego istnieniu nigdy do tej pory nie słyszał. „To wielki krok w mojej karierze”, pomyślał z przekąsem wchodząc do przytulnej, małej knajpy w centrum miasta. Już po siódmej sala zapełniła się po brzegi. Po koncercie Stuart musiał w duchu przyznać, że w tym małym miasteczku, które z trudnością odszukał na mapie, znalazł najlepszych słuczaczy. Występ zakończył się wieloma bisami, a kiedy Stuart zaczął pakować gitarę do futerału podeszła do niego młoda, ładna dziewczyna. „Mogłabym cię słuchać godzinami”, powiedziała nieśmiało. Stuart spytał, czy pójdzie z nim na drinka do jedynego czynnego o tej porze baru w mieście. Po czwartym drinku wiedział, że po raz pierwszy od dawna nie spędzi nocy sam. Okrągłe, brązowe oczy wpatrzonej w niego dziewczyny były właśnie tym, czego teraz potrzebował. Nieraz później wspominał tamten wieczór i noc z Karen. „Ciekawe, czy po latach będzie wspominać o nocy, którą spędziła ze słynnym muzykiem? A może kiedyś w jedynym hotelu w Esperance będzie wisiała tablica pamiątkowa z moim nazwiskiem?”, pomyślał z uśmiechem na ustach i zapadł w głęboki sen.

Minął prawie rok, zanim wrócił z trasy koncertowej do Sydney. Dotarł do domu przyjaciela i zadzwonił do drzwi.

Rozmawiali do późna w nocy, Stuart dzielił się z Tomem powodzeniami i porażkami, i patrzył na niego z wdzięcznością. Nie wiedział, jak ma powiedzieć przyjacielowi, że często w ciągu ostatnich miesięcy brakowało mu rozmowy z kimś, przy kim można być sobą i nie zastanawiać się nad wypowiadanymi słowami. W ciągu ostatnich jedenastu miesięcy Stuart uświadomił sobie, że życie muzyka oznacza ciągłą drogę i samotność. Toma od kilku miesięcy spotykał się z jedną z nauczycielek ze szkoły, w której pracował. „Tym razem wiem, że to jest to. Jutro ją zresztą poznasz”, powiedział na wstępie. „Ile już razy myślałeś, że to jest to? Tak ci życzę, żebyś nie przeżył kolejnego zawodu”, pomyślał Stuart, przypominając sobie o rozczarowaniach Toma, o dziewczynach, dla których był tylko zabawką, przystankiem, na którym czekały na spotkanie kogoś lepszego.

Przez cały wieczór Stuart czuł, że przyjaciel ma mu jeszcze coś do powiedzenia. Nie mylił się. „Nie bardzo wiem, jak zacząć. Przed kilkoma dniami wpadła do mnie Meg, bardzo chciałaby z tobą się spotkać”, powiedział zaskoczonemu Stuartowi. „Była bardzo przygaszona”, dodał po chwili. „Nie wiem, po co mielibyśmy się spotkać, dla mnie to jest zamknięty rozdział”, odpowiedział Stuart i zdał sobie sprawę, że wcale nie jest do końca przekonany. „Może jednak powinieniem się z nią zobaczyć, od naszego rozstania minął w końcu rok. Już przestało boleć. Może uda mi się raz na zawsze zamknąć tę historię i dowiedzieć się, czy w ogóle dla niej coś znaczyłem?”. pomyślał, czując równocześnie, że zaczyna go opanowywać dziwny niepokój i strach.

Następny dzień spędzili wspólnie. Stuart nie mógł doczekać się spotkania z Tess. Punktualnie o siódmej wieczorem do drzwi ktoś nieśmiało zastukał. Drobna, o kilka lat starsza od Toma Tess była najmniej atrakcyjną z dotychczasowych partnerek Toma. „Wygląda jak typowa nauczycielka matematyki”, pomyślał Stuart, podając jej rękę na przywitanie. Ale w momencie, kiedy zaczęli rozmawiać, zapomniał o pierwszym wrażeniu. Tess miała w sobie dużo optymizmu i radości życia. Na pierwszy rzut oka widać było, jak bardzo wpatrzona jest w Toma. Pod koniec wieczoru Stuart był pewien, że tym razem jego przyjaciel znalazł w końcu kogoś, kto go nie zrani.

Cdn

Szopa w salonie 6

Łukasz Szopa

Ludwik czyli chęć życia

Tydzień temu, w kolejną rocznicę Powstania Warszawskiego, pomyślałem, jak często tego dnia, o Ludwiku. I przypomniałem sobie jego niekoniecznie przez wszystkich lubiane słowa: „Dobrze, że wtedy byłem w Oświęcimiu – gdyż inaczej niechybnie zginąłbym w powstaniu!“

Ale zacznijmy od początku.

Ludwik był wieloletnim, bardzo bliskim przyjacielem – najpierw mojego taty, potem całej naszej rodziny. Niesłychanie ciepły człowiek, zabawny, pełen anegdot, opowieści, ale i wdzięku, którym oczawrowywał nie tylko kobiety – ale dosłownie każdego. O bardzo dobrej twarzy, miękkich oczach, pełen życia i humoru.

Z tatą poznał ich – jak to w Polsce – oczywiście przypadek, zawodowy. Firma, którą Ludwik reprezentował, szukała pod koniec lat 70 kogoś, kto znał się na tworzywach sztucznych, a równocześnie byłby skłonny dużo jeździć po Polsce – i nie tylko. Jakimś cudem Ludwik dowiedział się o facecie, który „właśnie wrócił z Indii, dokąd wyruszył małym fiatem, a który częściowo przebudował dzięki własnym patentom z tworzyw sztucznych“ (jak słynny bagażnik dachowy).

I tak właśnie pewnego letniego wieczoru Ludwik dotarł do Tychów w okolice naszego domu, parkując samochód nieopodal Browaru Książęcego. Niecałe pięćdziesiąt metrów od wielkiej bramy browaru, z której wychodziły tory pociągów regularnie rozwożących „Tyskie“ w Polskę, i ustawionej kilka metrów obok wielkiej tablicy drogowej „Oświęcim – Muzeum Auschwitz, 20 km“.

Podczas kolacji Ludwik zdjął marynarkę, a że lubił nosić koszule z krótkim rękawem, w chwilę potem pewien siedmioletni chłopak zapytał go, widząc tatuaż na ramieniu: „A co to za numerki?“

Rodzice nie zdążyli rzucić na mnie zgorszonego spojrzenia, gdyż Ludwik już zaczął historię swojego życia – czyli że był więźniem Oświęcimia (wiem, powinno się mówić „więźniem obozu Auschwitz“, lecz sam Ludwik tak się wyrażał). I jak do tego doszło.

Dla mnie, dziecka wychowanego nie tylko na telewizyjnych filmach dokumentalnych o II wojnie światowej, temat nie był szokujący. Szokujący był styl, w jakim Ludwik o tym opowiadał. Ani cienia etosu, ani krzty złości na Niemców, żadnej chęci odwetu, żadnej bohaterskiej retoryki. Opowiadał o tym jak o anegdocie, przypadku wakacyjnym, lekko. Właśnie tym podkreślając – że to daleka przeszłość. I owszem – ważna część jego życia, lecz na pewno nie jedyna, na pewno nie ta dominująca. Gdyż – jak było widać – obóz i wojnę przeżył, i siedział tu teraz z nami, opowiadał, zajadał i popijał.

Jak opowiadał Ludwik – miał szczęście, że dostał się do Oświęcimia. A wszystkiemu winna… kobieta, miłość.

Gdyż jako siedemnastolatek, żyjąc w Warszawie, wpadł w 1943 w „kocioł“ zastawiony przez Gestapo. Gdzie tu miłośc, kobieta? Ano, tłumaczył, wszystko jego własna w końcu wina. Gdyż „kocioł“ przygotowany był na spotkanie konspiracyjne grupy AK, w ramach której miał mieć jakieś tajne szkolenie. Ale wypadło tak, że w wieczór szkolenia akurat umówił się z jakąś wspaniałą dziewczyną – no i postanowił zamienić się z kolegą dniem (gdyż te same szkolenia odbywały się w dwa różne dni tygodnia). No i zamienił się – by tego feralnego drugiego maja 1943 zamiast spotkać się z laską – mieć randkę z Gestapo.

W tej chwili opowieści wtrącił się równocześnie nie tylko mój tata (często to robi w rozmowach), ale i polski przypadek. Tata przerwał Ludwikowi, mówiąc, że to niesamowite, gdyż oznacza to, że aresztowanie miało miejsce w dniu jego, taty, urodzin. Nie tyle w dniu, a właśnie w dzień, w którym mój tata przyszedł na świat. To zaskoczyło również samego Ludwika – gdyż dnia urodzin mojego ojca nie znał, jedynym „CV“ które posiadał o nim była wyżej wspomniana „rekomendacja o facecie z maluchem do Indii“. Cóż, był to początek wspaniałej przyjaźni – i Ludwik oczywiście nocował u nas na gościnnej kanapie.

Z Ludwikiem spotykałem się od tamtego czasu sam już nie wiem jak często, jako dorosły już chłopak odwiedzając go, gdy była okazja w Warszawie. Zawsze zafascynowany jego ciepłem, prostotą słów, lekkością z którą opowiadał i wypowiadał najważniejsze rzeczy.

Nigdy nie nienawidził Niemców – a wręcz uwielbiał jeździć do Niemiec, nie miał problemu z faktem, że jego córka poślubiła Niemca.

I zarówno zaszokowamym Niemcom jak i zaszokowanym Polakom tłumaczył, dlaczego dla niego obóz w Oświęcimiu był szczęściem. Bo był większą szansą na przeżycie (oczywiście chodziło o obóz Auschwitz I, gdzie dostał się jako „polityczny Polak“, nie o Birkenau). Gdyż po owym aresztowaniu w 1943 dostał się najpierw na Pawiak. A tu było dla każdego warszawiaka jasne, że szanse przeżycia – niższe niż w Oświęcimiu. Tym bardziej po pierwszych dniach, gdy co dnia stawiano go z grupą więźniów pod ścianę, po czym przypadkowo, wyrywkowo, wyprowadzano co trzeciego na rozstrzelanie. (Ponoć jego rodzice wręcz dali łapówkę, by ich syna po kilku tygodniach przeniesiono do obozu).

A o tym numerze na ramieniu też lubił opowiadać – nie tylko w Niemczech, gdzie oczywiście też jak gdyby nigdy nic lubił chodzić w koszulach z krótkim rękawem. Właśnie opowiadając o tym tatuażu, podkreślał, że nigdy nie chciał go usunąć. Ale też przypominał chwilę, gdy w pierwszym dniu mu ten numerowy tatuaż robiono. Poprosił wtedy oddelegowanego do tej roboty więźnia, by… robił to ładnie, uważnie, by cyferki nie były nakłute byle jak, ale – by to w miarę dobrze wyglądało, kaligraficznie. Tamten zdziwił się. Ludwik wytłumaczył mu: No, bo jeśli stąd wyjdę, a to niewykluczone – to chcę by to moje ramię jakoś przyzwoicie wyglądało!

To właśnie taka Ludwikowa nie tyle sentencja, co esencja: w jednym zdaniu humor, ale i powaga. Gdyż już wtedy powiedział sobie, że chce żyć, że wierzy w to, że kiedyś wyjdzie, że się to skończy, że Hitler przegra. Nigdy nie zwątpił. I ta irracjonalna, błaha wiara, ta optymistyczna wizja – stała się jedną z psychologicznych podstaw do tego, że rzeczywiście te niemal dwa obozowe lata przeżył.

Niecałe dwa lata – gdyż w miarę zbliżającego się frontu wschodniego Ludwika razem z częścią więźniów przenoszono coraz to dalej na zachód – to pociągami, to pieszo. I tu też ani słowa skargi z Ludwikowych ust. A nawet kolejna anegdota: O tym, jak mimo walącej się Trzeciej Rzeszy, nalotów, paniki wśród wojska i ludności – „z niemiecką dokładnością“ działała… niemiecka poczta. Gdyż paczki, wysyłane do niego przez rodzinę do Auschwitz, też szły dalej „za adresatem“ – aż do Dachau, gdzie w końcu przyszło wyzwolenie.

Po którym wcale od razu do Polski nie pojechał. Oczywiście, jako członek AK i będąc w strefie amerykańskiej – ponad półtora roku zastanawiał się, czy do kraju wrócić, czy jest sens, czy warto ryzykować. No i oczywiście również ten epizod swojego życia potrafił opisać na swój sposób: Jak już nauczyłem się niemieckiego, byłem dorosły, do tego korzystając z mojego niemieckiego nazwiska – postanowiłem zakosztować trochę życia, i włóczyłem się trochę po zachodnich zonach Niemiec, poznając masę wspaniałych Niemców.

I tak też należy rozumieć jego „żart – nie żart“, że „dzięki“ obozowi czy w ogóle aresztowaniu, dzięki kobiecie i zakochaniu i własnej naturze lekkoducha – przeżył wojnę. Gdyż dla młodego chłopca z AK w Powstaniu Warszawskim, w którym na pewno brałby udział – szanse na przeżycie były gorsze niż w Auschwitz czy na Pawiaku.

Na koniec dodam tylko, że Ludwik dożył prawie 90 lat. Sami zgadnijcie, czym tłumaczył swoją dobrą kondycję, nie tylko fizyczną. Ale co ważniejsze, i do samego końca, gdy była mowa o czasach II wojny światowej, wolał poruszać temat jako „pełną anegdot gawędę o młodości“, a i tak dużo bardziej wolał rozmawiać o teraźniejszości odnawianej i rozkwitającej w latach 90 i potem rodzinnej Warszawy, o otwierającej i łączącej się Europie, o wreszcie wolnej Polsce, w której po prostu pięknie i spokojnie się żyje.

Tekst po niemiecku / Text auf Deutsch Freitag 29.01.2015
https://www.freitag.de/autoren/lukasz-szopa/ludwik

Barataria 28 Gotlandia (reblog)

Hanza, ukształtowany w XII wieku kartel skupionych wokół Bałtyku miast handlowych, powstała, gdy Arabowie zablokowali wszystkie drogi handlowe wiodące znad Morza Śródziemnego do dalekich krajów, oferujących skarby – porcelanę, jedwab, drogie kamienie, szlachetną stal i wonne przyprawy. Jednym z ważnych centrów Hanzy była Gotlandia. Ciekawe, że byłam przecież sama na tej wyspie i nawet o niej pisałam, ale gdy chcę o niej umieścić wpis w wyspiarskiej serii o Baratarii i innych wyspach, prawdziwych i zmyślonych, łatwiej mi sięgnąć po (w miarę) konkretną relację Piotra niż do moich własnych zapisów, w których ewidentnie nie odróżniam snu od jawy.

Dziękuję, Piotrze.

Piotr Beszczyński

Hanza i wyspy na północy

  • największymi problemami Hanzy w zapewnieniu swobody handlu i żeglugi na Bałtyku i Morzu Północnym były w pierwszych kilkunastu dekadach jej funkcjonowania: kontrola cieśnin łączących oba morza przez Danię, oraz rozpanoszone na wielką skalę piractwo.
  • Głównym centrum operacyjnym piratów była Gotlandia, na której zaistniał mocny związek tych złoczyńców, zwany Bractwem Witalijskim. Witalijczycy pod koniec XIV wieku niemal całkowicie sparaliżowali ruch handlowy Hanzy na Bałtyku, co na tyle zdenerwowało Wielkiego Mistrza Krzyżaków Konrada von Jungingena (brata niefortunnego dowódcy spod Grunwaldu, Ulryka), że w 1397 roku podjął inwazję na Gotlandię i radykalnie rozwiązał (na jakiś czas przynajmniej) problem.
  • (…) Włócząc się po wyspie znaleźliśmy tablicę dziękczynną ku czci Wielkiego Mistrza Konrada; przegnanie piratów i dziesięcioletnia zwierzchność lenna Krzyżaków dobrze widocznie zapisała się w pamięci Gotlandczyków.
    X
    • Niedobitki Bractwa Witalijskiego pod wodzą sławnego Klausa Stortebekera zdołały natomiast przedostać się na Morze Północne, gdzie chłopcy janosikowali przez kilka lat, aż ich złapano i poddano publicznej dekapitacji. Dobra zrabowane z kupieckich statków rozdawali ponoć ludziom ubogim, zyskując ich wdzięczność.Janosikowanie współczesne bywa bardziej wyrafinowane: tu i ówdzie ludzi obdarowuje się ich własnymi, ale też następnych pokoleń (bo z państwowego , zadłużającego się w tym celu budżetu) pieniędzmi, licząc na ich wdzięczność przy urnie wyborczej. I nikt tych obecnych Janosików nie obwiesi za pośrednie ziobro…Wzmiankę o krzyżackim śladzie na Gotlandii zakończę informacją, że w 1409 roku Ulrich von Jungingen, brat i następca Konrada na posadzie Wielkiego Mistrza Zakonu, odsprzedał zwierzchność nad wyspą regentce państw Unii Kalmarskiej (Danii, Szwecji i Norwegii) Małgorzacie (de facto królowej, lecz nie koronowanej), potwierdzając tym gestem pokojowe zamiary wobec Unii.
    • Wyspa znana jest dobrze żeglarzom, natomiast szczury lądowe zaglądają tam rzadziej, bo nie ma bezpośredniego połączenia z Polską (trzeba dostać się do Nyneshamn, a stamtąd promem do Visby). Owo utrudnienie komunikacyjne rekompensowane jest jednak podróżnikom z nawiązką na miejscu, zwłaszcza gdy trafią na dobrą pogodę i sezon kwitnienia bzów.
      X
    • Visby – główne i właściwie jedyne miasto na Gotlandii (reszta to – przynajmniej według polskiej skali – większe lub mniejsze wsie) prezentuje się wyjątkowo malowniczo, zaś swoją średniowieczno – knajpianą atmosferą przewyższa wyraźnie typowy skandynawski standard. Gotlandczycy posiedli umiejętność warzenia dobrego piwa, jednak żądają za ów smakołyk (czy raczej: łyk smaku) cen w prosty sposób nawiązujących do łupieskich tradycji ich przodków.
      X
    • Blisko czterokilometrowej długości mury opasujące stare miasto zachowały się niemal w całości.
      X

      Katedra (protestancka, ma się rozumieć) obsługiwana jest wyłącznie przez personel żeński. Można sobie wyobrazić wzrost zainteresowania aktywnością religijną w krajach katolickich, gdyby posługę przy ołtarzach zaczęły pełnić osoby o walorach urody, intelektu i charyzmy takich, jak prezentowała pani pastor z Visby
      X
    • (…) Katedra jest jedynym czynnym kościołem w Visby. Kilka pozostałych od paruset lat wygląda tak:
      X
    • Samo miasteczko to rynek i kręte zaułki (szkic akwarelowy wykonany przez Anię, żonę autora)
      X
    • Gotlandia zajmuje na Bałtyku równie strategiczne miejsce pod względem handlowym i militarnym, jak Malta na Morzu Śródziemnym. Dysponuje też sporymi obszarami dobrych ziem uprawnych oraz licznymi zatokami dogodnymi dla lokowania portów i przystani. Te walory sprawiły, że była pożądanym miejscem osiedlania się począwszy od epoki kamiennej, gdy tylko ustępowanie lodowca skandynawskiego zaczęło na to pozwalać. Stała się z czasem jedną z kolebek cywilizacji skandynawskiej; tu właśnie (choć niektórzy badacze wskazują na Szwecję kontynentalną) lokalizuje się ojczyznę Gotów, którzy tak wielką rolę odegrali w czasach wędrówek ludów, upadku cesarstwa zachodniorzymskiego i kształtowania postrzymskiej Europy. Tradycyjnie rządy na wyspie sprawowały, podobnie jak w reszcie Skandynawii, „tingi”, czyli  sejmiki lokalne, które pod koniec I tysiąclecia zdecydowały o zawiązaniu bliższych, lecz równoprawnych, związków z kształtującym się królestwem szwedzkim. Gotlandczycy zajmowali się rolnictwem, lecz równolegle także „wikingiem”, czyli pozyskiwaniem dóbr o wartości handlowej poprzez zamorską grabież, jak też – dzięki położeniu na szlakach – pośrednictwem handlowym. Właśnie położenie wyspy zaczęło przyciągać i skłaniać do osiedlania się kupców niemieckich, którzy koncentrowali się w okolicy Visby, lokując z czasem miasto. W XI i XII wieku tamtejsza gildia handlowa, znana jako Związek Gotlandzki (Zjednoczeni Gotlandzcy Kupcy Świętego Cesarstwa Rzymskiego), odgrywała główną rolę w wymianie bałtyckiej, zwłaszcza krain zachodnich z niedawno ukształtowaną (przez szwedzkich wikingów zresztą, o czym później) Rusią, zwłaszcza księstwem Nowogrodu. Później Visby stało się członkiem utworzonej przez Lubekę Hanzy, na rzecz której Związek Gotlandzki utracił w XIII wieku rolę wiodącego stowarzyszenia handlowego. Niemiecka ludność miasta odgrodziła się od reszty wyspy murami, co wzmocniło niechęć jaką żywili wobec niej rdzenni mieszkańcy Gotlandii.
      X
      To ślady działalności średniowiecznych mieszkańców wyspy. A to – klimatu:
      X

      Wapienne ostańce, zwane raukami, a są pozostałością koralowej genezy Gotlandii (…)
    • Mapka Gotlandii przygotowana przez Anię Beszczyńską

***
Całość tego wpisu i inne znakomite teksty Piotra o podróżach i świecie współczesnym TU

Reblog: godzina 8:15

Jest 6 sierpnia. Godzina 8:15. Jeśli się pamięta, co to za dzień i co to za godzina, to czasem myślę, że może lepiej nie pamiętać. Co gorsza od wielu lat, jeśli myślę o tym, co się zdarzyło tego dnia o tej godzinie, przypominam sobie nieodmiennie zdanie z książki Angielski pacjent Michaela Ondaatje. Wygłasza je Kirpal Singh, Hindus.  Zrobili to nam, kolorowym. Nigdy nie odważyliby się zrobić tego białym. (They would never have dropped such a bomb on a white nation). Zrozpaczony zdradą białego człowieka Kip opuszcza willę, w której dzieje się akcja powieści i Hanę, kobietę, którą kocha. Powiem jednak, że na szczęście następnym moim skojarzeniem jest miłorząb japoński. Cztery egzemplarze tego niezwykłego drzewa przetrwały ten dzień, natychmiast zaczęły się odradzać, rosną do dziś we wspaniałym stanie.

Lech Milewski

8 minut 37 sekund

To tytuł utworu muzycznego skomponowanego przez Krzysztofa Pendereckiego w 1960 roku.

Tytuł utworu nie jest nowatorski. Osiem lat wcześniej John Cage “skomponował” utwór pod tytułem 4’33” (4 minuty 33 sekundy). Słowo skomponował napisałem w cudzysłowie gdyż utwór ten to absolutna cisza.
Była to więc muzyczna wersja bajki Nowe szaty króla. Jednak jak dotąd nikt nie zawołał w trakcie wykonywania utworu (a wykonują go dość często) – król jest nagi!
Być może działa maksyma Jerzego Waldorfa – muzyka łagodzi obyczaje.

John Cage nie jest jednak hochsztaplerem, jego rozważania na temat muzyki są ciekawe i poważne, patrz TUTAJ, ale miało być o Pendereckim.

Krzysztof Penderecki darzył Johna Cage dużym uznaniem i chyba zgadzał się z jego wypowiedzią: muzyka jest bezcelową zabawą, afirmacją życia. Nie jest usiłowaniem wprowadzenia porządku w chaosie czy naprawy dzieła stworzenia. Jest po prostu sposobem przebudzenia się na życie, którym żyjemy.

W praktyce oznaczało to eksperymenty muzyczne, między innymi sonoryzm – wymyślony przez polskich kompozytorów kierunek muzyczny, w którym istotą jest dżwięk. Nie ma rytmu, melodii, tylko dżwięk, jak kolorowe plamy na abstrakcyjnym obrazie. Więcej na ten temat tutaj – KLIK.

Właśnie takim eksperymentem miał być utwór 8’37”. Krzysztof Penderecki komponował go w laboratorium, na sprzęcie elektronicznym. Na szczęście w tamtych czasach działalność twórcza nie była zbyt ograniczana limitami finansowymi, w związku z czym Penderecki miał możliwość wysłuchania swojego utworu w wykonaniu orkiestry symfonicznej – 52 instrumenty smyczkowe.
Wysłuchał i był wstrząśnięty. Zmienił tytuł utworu na Tren pamięci ofiar Hiroszimy.

Doświadczenie Pendereckiego wydało mi się bardzo znamienne. Pomyślałem, że może właśnie tak samo dzieje się we wszechświecie. Bóg robi eksperymenty w swoim niebiańskim laboratorium a na Ziemi orkiestra licząca ponad 7 miliardów artystów wykonuje ten utwór.
Efekt jest rzeczywiście wstrząsający.

Wróćmy jednak do Krzysztofa Pendereckiego. Tren pamięci ofiar Hiroszimy został po raz pierwszy wykonany w 1960 roku i zapoczątkował błyskotliwą karierę kompozytora.
Ja wysłuchałem tego utworu w roku 1962. Było to moje pierwsze spotkanie z muzyka awangardową i z jednej strony było szokiem – czy to jest muzyka? Z drugiej jednak dotykało znanych mi strun – alarm przeciwbombowy, tupot stóp ludzi zdążających do schronu, daleki odgłos zbliżającego się samolotu. Pamiętałem jak przez mgłę noce spędzone w schronie, pamiętałem wyraźnie opowieści mojej matki o bombardowaniach.

Następnym utworem Krzysztofa Pendereckiego, jaki usłyszałem, była Polymorphia – KLIK – wikipedia nie zawiera polskiej wersji tej strony.
To był festiwal Warszawska Jesień 1963. Frontalne spotkanie z muzyką awangardową. Zaskoczenie i zawód – muzyka nie wzbudzała żadnych emocji, nudziła mnie. Również Polymorphia – końcowy czysty akord C-dur był miłym zaskoczeniem, ale równocześnie przypieczętowniem mojego rozczarowania.

Jednak nie na darmo Australia nazywana jest krajem drugiej szansy. Kilka miesięcy temu dostał taką szansę i Penderecki i Polymorphia.
Bardzo ucieszyła mnie wiadomość, że już tydzień wcześniej wszystkie bilety zostały wyprzedane.

Ja nie przegapiłem takiej okazji. Tren pamięci ofiar Hiroszimy brzmiał jak 55 lat temu, za to Polymorphia dużo lepiej. Wyraźnie słyszałem w niej nawiązania do poprzedniego utworu.

Już po koncercie, w programie, znalazłem szokującą informację. Polymorphia jest wynikiem współpracy kompozytora z dyrektorem szpitala psychiatrycznego. Grupa pacjentów zgodziła się poddać eksperymentowi – słuchali Trenu a na encelografie rejestrowano reakcję ich mózgów. Penderecki wykorzystał zapisy encelografu przy kompozycji utworu.

To bardzo przypomina mój obecny stan – w głowie szumią odgłosy z dawnych lat, a to co robię i myślę, to już tylko fale przeszłosci.

P.S. Ciekawostka techniczna. Wspomniałem, że w muzyce sonorycznej nie ma rytmu, melodii. Zapis muzyczny przypomina techniczne wykresy.
Bardzo polecam obejrzenie animacji Trenu – KLIK. Mnie skojarzyła się ona nie z bombą atomową, ale z atakiem wirusów.

Ciekawość oka i przyjemność patrzenia (4)

Jak co miesiąc w pierwszą sobotę

Dariusz Kacprzak

Wielki kiermasz według Davida Vinckboonsa

Według Davida Vinckboonsa za pośrednictwem Nicolaesa Bruyna, Wielki kiermasz, 1610, technika mieszana (tłusta tempera, olej), deska dębowa, 120 x 168 cm, Muzeum Narodowe w Szczecinie, fot. G. Solecki, A. Piętak

Stojąc przed jednym z bardziej intrygujących sie­demnastowiecznych obrazów w zbiorach szcze­cińskiego Muzeum Narodowego – Wielkim kier­maszem – widz uczestniczy w wesołym miejskim jarmarku. Dzieło namalowane zostało tłustą tem­perą i wykończone w technice olej­nej na desce dębowej, jest ono sygnowane w partii środkowej u dołu obra­zu: DvB. Data 1610 widnieje zaś na niewielkim proporcu chorągwi unoszącej się na wietrze ponad jednym z kramów w centrum kompozycji (datowanie do­datkowo potwierdzono badaniem dendrochrono­logicznym deski). Przestrzeń radosnego miejskiego festynu wypełnia korowód świętujących postaci, zarówno mieszczan odwiedzających kiermasz w uroczystych strojach, jak i chłopów, sprawiając, że kompozycja niejako zyskuje symboliczny wymiar syntezy życia miejskiego i wiejskiego. W rzeczywistości na takie zabawy na wolnym powietrzu tradycyjnie przybywali jako wi­dzowie zarówno biedni i bogaci mieszczanie, chłopi z oklolicznych wsi, a także burmistrzowie czy książęta.

Jarmark zorganizowany został przez lokalne „to­warzystwo literackie”, tak zwaną izbę retoryczną – camer van retorica. Jej członkowie, „retorycy patrzący w kufle” – rederijkers-kannekijkers, posłu­gujący się kunsztownym i bogatym językiem, właś­nie raczą się w oberży alkoholem z okazji swych suk­cesów poetyckich. Na zewnątrz wisi sztandar ich izby z przedstawieniem patrona, świętego Sebastiana – zgodnie z umieszczoną na obrazie inskrypcją DIT IS SINTE BASTIAEN (To jest święty Sebastian) oraz zawieszoną tablicą z heraldyczną lilią i inskrypcją IN DE GVLDE LELI (Pod złotą lilią). Nieopodal, w skromniejszej gospodzie INT SWANEN (Pod ła­będziem), której widoczny fragment zamyka kom­pozycję obrazu z lewej strony, trwa także wesoła biesiada gości uczestniczących w świątecznym jar­marku na cześć świętego Sebastiana. Z pewnością również aktorzy występujący na scenie w głębi obra­zu, prezentujący bądź talenty krasomówcze, bądź też odgrywający swe role w wystawianym właśnie spek­taklu, rekrutują się spośród lokalnej izby retoryków. Kolejną ulubioną rozrywką bractwa miłośników poezji, poza biesiadą, były zawody łucznicze – na wzgórzu znajdującym się w oddali z lewej strony kompozycji dostrzec można trwające zmagania łuczników. Dodatkowym elementem, symbolicz­nie identyfikującym scenę szczecińskiego Wielkiego kiermaszu jako święta rederijkers-kannekijkers, jest kufel wypełniony strzałami, trzymany przez mężczyznę wyglądającego przez okno z gospody. Zadaniem Camers van retorica, które stanowiły swoiste centrum życia towarzyskiego, było dostarcza­niu rozrywki członkom stowarzyszenia i niezrze­szonym widzom. Służyły temu przede wszystkim zawody teatralne, zabawy i konkursy literackie – zazwyczaj przygotowywano utwory na wybrany temat, tworzono poezję – refrein, charakteryzującą się wyrafinowaną strukturą, skomplikowanym układem rymów i bogatym repertuarem oryginal­nych rozwiązań formalnych. Izby retoryków nie tyl­ko uświetniały uroczystości świeckie i religijne, ale także przez swą aktywność popularyzowały sztukę, poezję i dramat w szerokich grupach odbiorców.

Pośród licznych scen – kiermaszu przed ratuszem, zawodów teatralnych, turnieju łuczniczego w od­dali, radosnej zabawy na placu przed kościołem, biesiad w dwu tworzących kulisy kompozycyjne gospodach oraz scen bijatyk – ukryte zostały za pomocą alegorii i symboli różnorodne treści mo­ralne służące rozrywce i pouczeniu – tot lering en vermaak, których odczytanie, jak się wydaje, ówczesnym odbiorcom sprawiało mniej trudności niźli dziś. Z jednej strony kompozycja piętnowa­ła złe zachowania, z drugiej zaś mogła być także postrzegana jako wyraz wolności. Należy w tym miejscu wspomnieć o cieszącej się dużą popu­larnością tradycji niderlandzkich i niemieckich przedstawień chłopskich scen rodzajowych oraz przywołać dwa dzieła Pietera Bruegla Starszego, powstałe w końcu lat pięćdziesiątych XVI wieku – Kiermasz w Hoboken, znajdujący się w londyń­skim Instytucie Courtaulda oraz dziś nie zachowa­ny w oryginale Kiermasz świętego Jerzego – bę­dące niewątpliwie istotnym źródłem inspiracji. Obie kompozycje funkcjonowały przede wszystkim w wersjach graficznych, a także w różnych wa­riantach malarskich, wykonanych przez kontynuatorów, naśladowców i kopistów Pietera Bruegla Starszego. Oba przed­stawienia ukazują odświętne ożywienie z okazji kiermaszu, radośnie bawiących się ludzi. Pośród scen zabawy i biesiadowania w oberżach dochodzi do konfrontacji karczmy i pojawiającego się w tle kościoła, zestawienia sfe­ry sacrum i profanum.

Obraz przekazany do zbiorów Muzeum Narodo­wego w Szczecinie w 1951 roku z likwidowanego Muzeum Regionalnego w Białogardzie powstał na podstawie opatrzo­nego datą 1602 roku rysunku Davida Vinckboonsa, który dziś znajduje się w Statens Museum for Kunst w Kopenhadze. David Vinckboons urodził się w 1576 roku w Mechelen (Malines), a zmarł w Amsterdamie w 1632 roku. Mieszkał krótko w Antwerpii, później w Middelburgu i wreszcie od 1591 roku osiadł w Amsterdamie. Z wielką swobodą i talentem tworzył umieszczone zazwyczaj w pejzażu sceny rodzajowe – kontynuował w późniejszym okresie artystycznej aktywności styl Pietera Bruegla Starszego i Han­sa Bola, zapowiadając dzieła twórców kolejnej ge­neracji złotego wieku malarstwa holenderskiego: Adriaena Brouwera i związanych z Haarlemem braci Adriaena i Isaaca van Ostade. Wśród ucz­niów Vinckboonsa – poza pięcioma synami – znaleźli się Esaias van de Velde oraz Gillis Claesz. de Hondecoeter.

Jeszcze za życia artysty Karel van Mander pisał o nim w swoich żywotach malarzy niderlandzkich i nie­mieckich: „Za jego piękne i pomysłowe prace – jeśli zważyć ich wartość oraz to, ile kunsztu, pilności i pracy w nie włożył – płacono mu nieste­ty stanowczo zbyt skąpo”. David Vinckboons w swej amsterdamskiej pracowni, w swym domu przy Anthonisbreestraat, malował głównie starannie zakomponowa­ne pejzaże, zazwyczaj z figuralnym, anegdotycz­nym sztafażem, i małoformatowe obrazy biblijne, a przede wszystkim niewielkie sce­ny rodzajowe. Dużym zaintere­sowaniem wśród ówczesnych odbiorców sztuki cieszyły się jego sceny myśliwskie, a także ukła­dające się w cykle tak zwane smutki chłopskie – przedstawienia hiszpańskich żołnierzy zajmują­cych niderlandzkie wsie. Do popularności dzieł malarza bez wątpienia przyczyniały się liczne ryciny powielane według jego kompozycji. Zajmował się również grafiką, wykonywał ryciny, dekoracje marginesów map, tworzył ilu­stracje książkowe, prejektował witraże oraz naścienne tkaniny obiciowe.

Wspomniany rysunek Vinckboonsa z Kopenhagi został wkrótce po powstaniu powielony przez Nicolaesa de Bruyna w formie miedziorytu, później także przez Boëtiusa Adamsza Bolswerta. Produkcja rycin stanowiła za­równo potwierdzenie zainteresowania kompozycją Vinckboonsa i zapotrzebowania rynku. Bez wątpienia graficzne reprodukcje rysunku przyczyni­ły się również do popularności motywu kiermaszu w redakcji Vinckboonsa w malarstwie holenderskim XVII wieku i zaowocowały powstaniem licznej, zróżnicowanej jakościowo serii przedstawień malar­skich.

W zbiorach muzeów europejskich oraz w kolek­cjach prywatnych (część z nich znana jest jedynie z rozmaitych wzmianek w literaturze) znajduje się kilkanaście różnych wersji kompozycji – różnią się one między sobą rozmaitymi detalami, stopniem wierności wobec rysunku i ryciny, wymiarami, podłożem kolorystyką, opracowaniem postaci, sposobem malowania oraz jakością artystyczną. Jednak żaden z obrazów przedstawiających ów kiermasz nie jest jednoznacznie uznany za własno­ręczne dzieło Vinckboonsa, choć opinie atrybucyj­ne badaczy nie zawsze bywają zgodne. Kilka z nich powstało w pierwszych dwu dekadach XVII wieku, są wśród nich zarówno kompozycje wielkoforma­towe, jak i takie, które swym formatem zbliżają się do ryciny i oryginalnego rysunku. Powstały najprawdopodobniej na podstawie grafiki Nicolaesa de Bruyna, wykonane zostały zapewne przez artystów z kręgu rytownika bądź oficyny wydawniczej, bądź też po prostu kręgu oddziaływania sztuki Vinckboonsa, być może w jakiś sposób związanych z jego warsztatem, o którym współczesna wiedza jest nader skromna. Niektóre wersje operują nieco zredukowanym repertuarem. Istnieje również szereg kopii powstałych w epoce, ale prawdopodobnie później, w drugiej połowie XVII i w XVIII wieku.

Wśród niewątpliwie wczesnych prac wyróżniają­cych się jakością malarską są przedstawienia dziś znajdujące się w Muzeum Księcia Antona Ulricha w Brunszwiku, Groeningemuseum – Muzeum Miejskim w Brugii, Królewskim Muzeum Sztuk Pięknych w Antwer­pii oraz notowane w kolekcji prywatnej w Szwajcarii. Do tej właśnie grupy przynależy także szczeciński obraz. Mimo pewnych róż­nic w przedstawieniu detali, odmienności kolorystyki, szczecińskie dzieło najbliższe jest powstałej w 1608 roku kompozycji z Brunszwiku. Obraz z Muzeum Narodowego w Szczecinie wydaje się jednak nieco bardziej malarski, operujący swobod­niejszymi plamami, wersja z Brunszwiku natomiast bardziej akcentuje wartości rysunkowe, formy opi­sane są tam wyrazistszym konturem. Badania nad obrazem trwają nadal, kolejne etapy tego procesu być może pozwolą rozwikłać fenomen Davida Vinckboonsa.

Uwaga: jutrzejszy wpis nie ukaże się jak zwykle o północy tylko o godzinie 08:15

Ze śpiewnika patriotycznego

Roman Brodowski

Słowa Roman Brodowski / Muzyka & wokal Andrzej Klukowski

Ojczyzno

1. Nie oddajmy naszej Polski Kaczyńskiemu
Nie oddajmy Kaczyńskiemu naszych praw
Nie prowokuj Jarosławie swych rodaków
„By nie ostał ci się jeno sznur lub staw”

Między Moskwą a Brukselą jest Warszawa
W której żyją ludu sorty wrogie dwa
Jedni nie chcą dyktatury Jarosława
Drugim dyktatura jego „pasie, Gra”

2. Rządy PiS-u wiodą naród do upadku
Wiodą suwerena nad przepaści skraj
Dobry Boże nie zasypiaj, daj im mądrość
A nam siłę i odwagę ojcze daj.

Byśmy mogli swą Ojczyznę uratować
Od faszyzmu, dyktatury, krwawych dni
Byśmy mogli suwerenność swą zachować
Byśmy nadal w wolnym kraju mogli żyć.

3. Mały poseł wraz ze świtą mu poddaną
Niszczy wszystko co się demokracją zwie
Najpierw TK, teraz sądów niezawisłość
Czego ten szaleniec od rodaków chce.

Nie pozwólmy na kolejne zniewolenie
Rozsiewanie nienawiści pośród nas
Nie pozwólmy aby przyszłe pokolenie
Otrzymało w spadku utracony czas.

4. Nie oddajmy naszej Polski Kaczyńskiemu
Nie oddajmy Kaczyńskiemu naszych praw
Nie prowokuj Jarosławie swych rodaków
„By nie ostał ci się jeno sznur lub staw”

BROM – Berlin 20.07.2017

Andrzej Klukowski

Tekst. Muzyka. Wykonanie: Autor

Z notatnika integralnego pesymisty

Tomasz Fetzki

Jestem pesymistą. Integralnym pesymistą.

Co jakiś czas, mimo moich starań i pielęgnacji, dopada mnie przykra dolegliwość. Mianowicie pęka mi skóra na piętach. Wybitnie nieprzyjemna przypadłość: nie dość że boli i utrudnia chodzenie, to jeszcze uniemożliwia ulubione wizyty na basenie. Wiele bym dał, by się pozbyć cholerstwa. Ale bez przesady – moja desperacja nie jest na tyle głęboka, abym powodu popękanej skórki na piętach pozwolił sobie amputować stopy. Zwłaszcza jeśli wiem, że lekarz, proponujący tę terapię, nie dobro tych nóg ma na uwadze, ale chęć unieruchomienia mnie, abym nie przeszkadzał, gdy pójdzie bezprawnie przywłaszczyć sobie moje mieszkanie.

Jestem integralnym pesymistą.

Gdy zacząłem jeździć na protesty pod budynek zielonogórskiego sądu, nie wierzyłem, że to coś da. Naprawdę – nie wierzyłem! Ale po kilku nocach (bo nie dniach przecież, nie dniach…) oglądania z bezsilną i narastającą rozpaczą, jak w parlamencie Najjaśniejszej Rzeczypospolitej grupa wybrańców narodu pospiesznie, metodycznie, cynicznie i bezczelnie dokonuje dzieła zatłukiwania młotkiem demokracji, uznałem, że inaczej nie mogę. Byłem pewien, że żadne weto nie zostanie postawione. W duchu projektowałem już sobie, na czym będzie polegała moja wewnętrzna emigracja. Uznałem wszelako, że jeśli chcę patrzeć bez wstydu na własne oblicze w lustrze, to muszę tam być. Nie było w tej decyzji patosu, ani poetycznej mgiełki. Była posępna i zgryźliwa determinacja, żeby potem móc z Poetą stwierdzić: Bardzo proszę pamiętać, że ja byłem przeciw. I tyle. No i jeździłem: do Zielonej Góry, bo było najbliżej.

Wydarzenia potoczyły się inaczej. W szalonym tempie. Musiało upłynąć kilka dni, zanim trochę zebrałem się w sobie i przemyślałem to, czego byłem świadkiem. Na tyle by, ku pamięci, skreślić tych kilka słów. Gdybym pisał na gorąco, wyszłaby niechlujna jakaś publicystyka. Tymczasem szacunek dla czytelnika zobowiązuje. Musiałem przeto znaleźć odpowiednią formę. Bowiem, gdy rozpacz otacza z każdej strony, tylko zachowanie formy pozwala, że tak to ujmę, zachować formę…

Ochłonąwszy, wysnuwam oto garść refleksji. Może i banalnych, ale za to własnych.

Primo: dlaczego było nas tak mało? Nie tylko w Zielonej Górze, gdzie faktycznie zgromadzenia liczyły 200, może 300 osób. Ale i w większych miastach, w których zebrały się tłumy. Pozornie. Sprawa jest tego kalibru, że manifestacje powinny być kilku-, kilkunastokrotnie nawet liczniejsze. Czyżby tak niewielu z nas ceniło sobie wolność? Intencje he he legislatorów były jasne, treść ustaw przejrzysta, tryb uchwalania aż nadto bezczelny i gardzący prawem oraz dobrym obyczajem. Urodziłem się i młodość spędziłem w kraju rządzonym po dyktatorsku, odciętym kordonami od wolnego świata. Pamiętam poczucie euforii i szczęścia, gdy mury runęły. A teraz mam spędzić starość i śmierci doczekać znów w izolowanej dyktaturze? Kurde, naprawdę przestaliśmy sobie cenić ten skarb? Spowszedniało? Przejadło się? A może po prostu taki jest cykl życia społeczeństw, że co kilka dekad nieuchronnie, bez uwzględniania przestróg historii, pojawia się etap brunatny? I on właśnie nadszedł? Jeden z parlamentarzystów obozu władzy, zapytany czy skala protestów nie świadczy o konieczności rewizji założeń „reformy”, odparł (cytuję z pamięci): demonstracje dwustutysięczne tak, zmusiłyby do zmian; ale kilkutysięczne? To happening, nie demonstracja. Pomijając butę wyzierającą z owego stwierdzenia trzeba przyznać, że ten pan miał rację. Gdyby nie determinacja happenerów… Tyle primo, czas na secundo.

Secundo: jak przystoi pesymiście, ja właściwie nie lubię ludzi (czemu sami sobie są winni), a tłumów to już zwłaszcza. Emocje, uniesienia, adrenalina, jaka ponoć towarzyszy zgromadzeniom – są mi całkiem obce. Źle się tam czuję. I ten cholerny nawyk obserwacji. Analizy. Nie pozwala, by nastrój porywał, by dostosować krok do marszu gromady. Jeśli się tam pojawiłem to, jakem wspomniał, przymuszony imperatywem, nie dla przyjemności. Nie znałem ludzi, którzy mnie otaczali. Ich motywacji. Intencji. Z pewnością nie ze wszystkimi byłoby mi po drodze. Zapewne nie każdy z mówców miał kryształowe zamiary. Zdarzali się wśród nich także frustraci, którzy zawsze i wszędzie muszą toczyć żółć – obojętne przeciw komu. Ale właśnie dystans pozwala mi stwierdzić: zdecydowana większość stojących pod budynkiem sądu była poważna i zatroskana. Żadnych zadymiarzy. A w wystąpieniach dominowały, i to zdecydowanie, motywy sprzeciwu – owszem – ale odpowiedzialnego, refleksyjnego. Co zaś mi najbardziej pasowało, bo sam mam już od dawna takie przemyślenia, to częste wezwania do zrozumienia oponentów. Nie polityków partii rządzącej, boże broń! Ale ich wyborców. Przecież zdecydowana większość z nich oddała swe głosy w najlepszej wierze. Tu się różnimy: nie byłem, nie jestem i nie będę w stanie wykrzesać w sobie choćby odrobiny zaufania w dobre intencje twórców „dobrej zmiany”. Jednak ze zwolennikami PiS-u łączy mnie przekonanie, że wiele złego się w Ojczyźnie wydarzyło i dużo trzeba zmienić. Wyniki ostatnich wyborów nie wzięły się znikąd. Słowem – rozumiem ich gorycz, ich pragnienie sprawiedliwości. Tylko że niezmiennie twierdzę, iż oddali sprawy w ręce szarlatana, skądinąd inteligentnego i nastroje świetnie czującego, lecz nie dobro popękanych pięt mającego na uwadze. Szarlatana, nie lekarza. Pod budynkiem sądu stali patrioci, którym przyszłość kraju nie jest obojętna – to się rzucało w oczy i było oczywiste nawet dla takiego zdystansowanego mizantropa jak ja. Byłem, widziałem, wiem, co mówię. Zresztą, każdy to mógł zobaczyć. Każdy, kto chciał. Bo nie każdy chciał – i o tym będzie tertio.

Tertio: teraz maznę coś o maziach. Mniej więcej do października 2015 roku funkcjonowała gromada dziennikarzy, którzy sami siebie (a przecież nikt nie może sędzią we własnej…) nazwali niepokornymi. Funkcjonują dalej. Na trochę innych, bardziej eksponowanych posterunkach. I jakoś tak wyszło, że przestali sobie przypisywać to określenie. Słusznie, bo okazało się (zresztą: nie „się okazało”, bo było jasne już wcześniej), że są jak najbardziej pokorni, tylko wobec innego pana. Aż dziw, że się dotąd nie potopili w wazelinie, którą codziennie produkują! Tak to już jakoś jest na tym świecie, że maź przyciąga maź. Dla pryncypała mają wazelinę. Dla nas – ślinę. Jeśli nie da się pokonać merytorycznie, to trzeba opluć. Ostro oceniam, ale jak inaczej nazwać ich komentarze? Sprowadzające się z grubsza, by posłużyć się klasykiem, do takiego oto opisu wydarzeń: Zniknięcie tych parówek spowodowało niemały zamęt. To fakt! Był to jednak zamęt grubymi nićmi szyty i wiemy, lep jakiej propagandy kryje się za tymi nićmi! Dlatego też, te zniknięte parówki zewrą jeszcze bardziej nasze szeregi. To wszystko każe nam powiedzieć mocno i stanowczo: parówkowym skrytożercom mówimy NIE! Tym schematem – choć znacznie bardziej wulgarnie – opisywano w mediach (czego nie mam prawa pamiętać, bo mnie jeszcze na świecie nie było) studentów w marcu 68. Tak oczerniano (czego nie pamiętam osobiście, choć właściwie już mógłbym) robotników z Radomia. Tak też próbowano (co już pamiętam świetnie) zniesławić opozycjonistów Solidarności. Nie mam w żadnym razie zamiaru ośmieszać się, porównując swoje skromne działania do ich dokonań. Nie ta liga, nie ta groza, nie to ryzyko, nie taka potrzeba odwagi (przynajmniej jak dotąd)! Ale schemat propagandowy dokładnie ten sam: w najlepszym razie byliśmy ogłupieni, naiwni i wykorzystani przez cwanych macherów (to się teraz, szanowni państwo, nazywa astroturfing!), a niewykluczone, że powodowała nami zdrada i sprzedajność. Przecież te identyczne świeczki od Sorosa! Faktycznie, były identyczne: każda w kształcie walca i każda miała knotek. Szkoda, że wujcio Soros nie sfinansował nam porządnego nagłośnienia. Gdy w sobotę 22 lipca nad Zieloną Górą przeszła nawałnica, prywatny (i skądinąd niezbyt imponujący) sprzęt organizatorów zalało. I nie było nagłośnienia. Ach ten Soros! Niedobry! Skąpy!

Gadaj tu z takimi niepokornymi. Dla pełnego obrazu: tak, spotkałem się i z uczciwymi, merytorycznymi, choć nieprzychylnymi komentarzami. Czemu nie? Dyskutujmy. Ja na pękające pięty stosuję moczenie stóp i pumeks. Ale jeśli ktoś mi zaproponuje peeling, chętnie posłucham. A ci tylko, panie dziejaszku, cięgiem o tej amputacji! Propagandzista tak musi, toteż specjalnie nie robi to na mnie wrażenia. Takoż spłynęły po mnie wszelkie wytworne komplementy polityków: ci wszyscy spacerowicze, ubeckie wdowy, kanalie etc. Z pesymistycznym realizmem stwierdzam, że jaczejka była, jest i będzie. Nihil novi sub sole. Jednak, gdy Premier mojego kraju obdarza ludzi autentycznie zatroskanych, korzystających w godny sposób z legalnych form wyrażenia swego niepokoju pogardliwym epitetem ulica – to jednak boli. Ale i tak to wszystko betka, michałki i bzdurki, niegodne mojego pesymizmu. Naprawdę liczy się quatro.

Quatro: weta są, ale niebezpieczeństwo bynajmniej nie minęło. To nie koniec. Czeka nas długi marsz. Być może nawet nie wyobrażamy sobie, jak długi. Bo to, że „dobra zmiana” nie odpuści, rzecz pewna! Tylko, że nawet jeśli kolejne wybory (miejmy nadzieję, że jednak wolne) zmienią ekipę, to nikt nie zagwarantuje, iż nowi włodarze oprą się pokusie, by odwołać demolkę, która przecież im też może służyć, dając więcej władzy. Władza to władza, pokusa to pokusa, demoralizacja to demoralizacja. Raz przekroczono granicę i nic już nie będzie jak dawniej. My, pesymiści, wiemy to świetnie. Co więcej, nikt nie zagwarantuje, że dziennikarze z nowego rozdania też nie będą niepokorni inaczej. Kto nas, prostych ludzi, uratuje przed tymi, którzy chcą nam zabrać wolność?! Jan Paweł II pięknie i mądrze stwierdził, iż wolność jest nam dana i zadana. Dana nie na zawsze: właśnie na naszych oczach okazała swą kruchość. Bez patosu i bez przesady, choć z integralnym pesymizmem, muszę stwierdzić: to była przemoc. Naruszono moje poczucie bezpieczeństwa i tak łatwo go nie odzyskam. Nie wiem, jak to się skończy, ale wiem, że o wolność trzeba walczyć, przecież jest zadana… O ten wątły płomyczek należy dbać. Nie, nie boję się. Jestem tylko smutny. Ale wolę być smutny, niż żałosny.

Nasz rok leśmianowski

Plakat wystawy o Bolesławie Leśmianie w Zamościu

„Poeta i Notariusz Bolesław Leśmian w Zamościu”.
Muzeum Zamojskie we współpracy z Archiwum Państwowym w Zamościu
Wernisaż – piątek, 4 sierpnia o godz. 17.00
w Galerii Rzeźby prof. Mariana Koniecznego w Zamościu, przy ul. Łukasińskiego 2b

Bolesław Leśmian

Sen wiejski

Z tomu Dziejba leśna

Śni mi się czasem wieś, którą, wbrew losom,
Wysiłkiem marzeń przymuszam do trwania,
Czując, jak przymus co chwila jej wzbrania
Zniknąć, gdy właśnie zmyślonym niebiosom
Oczyma ledwo naznaczyłem w próżni
Miejsce spotkania snu mego z błękitem.
Drzewa mię nęcą naocznym rozkwitem –
Czasem się tylko jakiś liść opóźni
Lub gałąź, nic tak zjawiona, przez szpary
Snu w mrok wybiegnie ponad snu zamiary…
A zresztą – wieczór żmudny, nieustanny,
Z pola znużone wracają dziewczęta,
Wadząc spódnicą o złote dziewanny,
O których sen mój, że śnią się, pamięta.
A kroki dziewcząt – uparte, bezgłośne
I jednoczesne, i dziwnie nieznośne,
Jakby szły po to, by mi tylko dowieść,
Że idą, dbałe o pył, co się zrywa
Spod stóp ku zorzy. I jak we śnie bywa,
Gdy życie wkracza we własną opowieść,
Wiem o nich wszystko… A one mą wiedzę
Zgadują na wskroś, że nic ta i pusta,
I dalej idą, wypełniając miedzę
I umiejętnie rozchylając usta
jakby do śpiewu. Choć śpiewu nie słyszę,
Wiem, że śpiewają – i wsłuchany w ciszę
Ich warg, niemotą drętwych beznadziejną,
Te słowa chwytam na pozór kolejno:
“Czy kto nas wyśnił? I skąd nasza dola?
I czy to prawda, że wracamy z pola?
I czy to prawda, że my w sobie – żywe?
Śnijmy się nadal – zgodne i cierpliwe!”
Choć słów tych nic ma, lecz słyszę je w chwili,
Kiedy pomyślę, że tak być powinno.
Zorza ku głębiom strumieni się chyli,
Ściekając złotem i purpurą płynną,
Bieleją brzozy, krwawią się czereśnie –
Wszystko to we śnie.

Włodzimierz Przerwa Tetmajer, “Żniwa”, 1902

Wszystko to we śnie. Gdy chylę w sen głowę,
Dziewczęta chylą tak samo swe skronie…
Przechodzą teraz przez nagłą dąbrowę,
Której nic było, a która ustronie
Wprzód upatrzywszy, w sieć snu siebie chwyta
I na spotkanie idącym rozkwita,
Szumiąc zieleni zaklętą pierwszyzną,
Nieprzewidzianą, a bujną i żyzną,
Wśród której życic, przemieszane z zorzą,
Przeświecające wraz z niebem przez liście,
Purpurowieje mętnie i cieniście.
Na widnokręgu obłoki się mnożą.
Od dziewcząt cienie padają ukośne
I jednoczesne, i dziwnie nieznośne,
Jak gdyby po to wysnuły się drogą,
Aby mi dowieść, że mają od kogo
I na co upaść… I błędne motyle
Na pokaz, z trudem swój kształt w zorzy trwałą.
Teraz chcę zliczyć tłum dziewcząt, co falą
Płynie po kwiatach – jest tyle a tyle,
To wszystko – liczby określić nie umiem,
Ale ją na wskroś i żywcem rozumiem,
Jak gdyby była nic liczbą, lecz spadem
Ciał w głąb na oścież rozwartego ducha.
Już czerwiec, skrząc się, biegnie moim sadem,
A w chacie mojej – noc lipcowa, głucha,
A w polu wieczór dogasa sierpniowy.
jakiż to miesiąc zmącił sny mej głowy?
Mijają Lipce i Sierpnie, i Wrześnie…
Wszystko to we śnie.

Kazimierz Sichulski, Pasterz (Hucuł z owcami), 1906

Wszystko to we śnie! I wszystko przemija,
Nie przemijając. I trwa wieś niczyja
I wieczór, złotą znakowany smugą.
O, jakże znikąd i jakże już długo
Idą te z pola znużone dziewczęta!
I ja wraz z nimi! Bo i mnie też peta
Żądza przebycia nad strumieni wodą
Nagłego lasu, co złudnie sie spiętrza,
Ale nie mogę wejść cały do wnętrza
Mego snu: jestem sam sobie przegrodą.
Choć w nim się błąkam, choć dłońmi obiema
Dotykam kwiatów, wiem, że mnie tam nie ma.
Dziewczęta wzajem poprzez mgieł błękitność
Wskazują sobie moją tam niebytność
I sad, gdzie mogłem w cieniu grusz i śliwek
Czekać na przyjście ich wśród drzew bezładu,
I popod płotem tego właśnie sadu
Siadają rzędem na wspólny przyśniwek
O tym, co serce niewoli do bicia –
Czy pozyskanie, czyli strata życia?
I o tym jeszcze, co słodsze dla ciała –
Sen, który gaśnic, czy jawa, co pała?
I o tym jeszcze, skąd przyszła ich dola?
I czy to prawda, że wracają z pola?
I czy to prawda, że zjawiona w ciszy,
Pierś ich tym żyje, że swój oddech słyszy?
I tak śnią chórem chciwie, pracowicie,
Dłonią w swych piersiach przytrzymując życie,
A która dośni do końca – ta gaśnie.
Gasną kolejno, bez żalu. Już właśnie
W ostatniej tli się snu reszta ostatnia,
Która się w zorzy jeszcze wyszkarłatnia,
A i ta z wolna do śmierci nawyka
l w mgle samochcąc bez śladu zanika,
W tej mgle, co w dal się rozwiewa bezkreśnie…
Wszystko to we śnie.

Alfred Wierusz-Kowalski, Dożynki, 1880-1890

Wtorek 1 sierpnia godzina 17

Andrzej Rejman

prezentuje dziś głosy dwóch poetek napisane w przededniu godziny W

Julia Doktorowicz-Hrebnicka

Wołania lipcowe 1944      

Wróg słabość swą kryje pod łuską pancerną,
Z dnia na dzień ucieka zeń życie.
Komendancie – już czeka drużyna Twa wierna
Daj hasło – wyjdziemy z ukrycia.

Zatrutym zębem kąsaliśmy cicho,
Rdza sabotażu wroga pracę żarła…
Czy słyszysz? Bestia już ledwo oddycha…
Daj hasło – skoczymy do gardła!

Świętość celu uzbraja nam ręce,
Krzywda – serca zakuła w żelazo,
Kto mówi żeśmy słabi? My w męce
Niewoli
Twardsi jesteśmy od głazu.

Nitem przysięgi skułeś nas w szeregi
Cudu szukamy w każdym Twym słowie
Czekają na nas uwięzieni bracia
Komendancie!
Meldujemy posłusznie: Jesteśmy gotowi.

(lipiec 1944)

_____________________________________________________________

Pierwszy Sierpnia jest dla mnie jednym z najważniejszych dni w roku.

To okres przełamania lata, gdy słońce robi się bardziej żółte, a niebo bardziej niebieskie. Te dni nastrajają mnie (mimo wszystko) optymistycznie.

Optymistką do końca była też moja matka, uczestniczka Powstania Warszawskiego, rocznik 1915.

Na biurku kładę Jej odznaczenia – Krzyż Armii Krajowej tzw “Londyński”, Warszawski Krzyż Powstańczy oraz Order Virtuti Militari. Brakuje tylko Krzyża Walecznych, który został włożony do trumny, zgodnie z wolą zmarłej.

Pamiętam jak w latach 60, każdego roku w sierpniu, mama z zainteresowaniem czytała nieliczne jeszcze wtedy rocznicowe artykuły o Powstaniu Warszawskim, ukazujące się w niektórych pismach i dziennikach (“Stolica”, “Tygodnik Powszechny”, “Życie Warszawy”).

Opowiadała o pięknym współdziałaniu żołnierzy różnych formacji, o ofiarności ludności cywilnej, o czynach bohaterów tamtych dni.

Nie mówiła jednak zbyt wiele. Wspomnienia były nazbyt swieże.

Potem doczytałem, że ludzie Powstania walcząc o wolność i godność człowieka, wznosili się ponad swe poglądy polityczne, łącząc różne wizje ustroju Polski w jeden idealistyczny obraz Ojczyzny wolnej, demokratycznej i sprawiedliwej.

Dziś, gdy każdy może powiedzieć rzecz dowolną, mówiąc całemu światu w globalnej sieci – że “oto właśnie walczę o prawdę” – niezmienną wartością pozostaje rozumna mądrość nakazująca współdziałanie i solidarność w obliczu wyznaczonych zadań i możliwych do spełnienia marzeń.

Gdy w ostatnim czasie tempo zmian społecznych i politycznych w Polsce przyspieszyło – warto znów odwołać się do wartości Powstania Warszawskiego, które, jakkolwiek nie osiągnęło swych celów, jednak wzmocniło wiarę i nadzieję, że nie wszystko stracone.

Znów trzeba połączyć siły, okiełznać emocje i wspólnie zająć się pracą u podstaw. Wtedy wiele naszych marzeń spełni się.

I przede wszystkim rozmawiać, dochodząc do wspólnej prawdy, wspólnych wniosków, łącząc niejako odrębne światy, które każdy z nas nosi w sobie.

Połączyć TY i JA – tak jak połączone są sylaby w słowie KONSTYTUCJA – i wzywać do wspólnego zastanowienia się, co można zrobić razem, dla siebie i dla Polski.

Warszawa, koniec lipca 2017 roku

***

Zapowiadając dalsze wpis, wspomnienie o młodej poetce okupacyjnej i powstańczej – Teresie Bogusławskiej (1929-1945) przypominam dwa jej wiersze napisane jeszcze przed Powstaniem Warszawskim.

Teresa Bogusławska

Noc idzie        

Już słońce za ciemny schowało się bór
I niebo w zachodu purpurze,
Już ptaków po gniazdach wieczorny zmilkł chór,
W ogrodzie posnęły już róże …

Noc idzie i ciszę rozsiewa wśród pól
I gwiazdy zapala na niebie …
Noc idzie i może ukoi łzy, ból
I ześle sny jasne dla ciebie …

(1942)

moja wersja muzyczna tego wiersza –

Warszawie

Rozciągnęła nad Tobą noc skrzydła,
Rozciągnęły się mgły ponad Tobą,
W burz wichrów spętanaś wędzidła
I płomienie Ci ognia ozdobą

Rozpętały nad Tobą się burze,
Zaświeciły Ci łuną łez krwawą…
Lecz Tyś wyższa, Tyś wzrosła ku górze,
O męczeńska! O, święta Warszawo!

Gdy Ci grały szatańsko szrapnele,
Gdy Ci bomby pękały wśród ognia,
W Tobie wzrosło wielkości tak wiele,
Że nie zmogła jej siła i zbrodnia.

Zhartowałaś się we krwi i ogniu
I moc swoją zachowasz na wieki,
Moc, co w każdym już żyje przechodniu,
Tętni w murach, gra w nurtach tej rzeki…

Takaś dumna, wyniosła i żywa,
Takaś cała promienna i krwawa…
Dzwon się głuchy z oddali odzywa…
… Klękam w prochu przed Tobą, Warszawo…

(1943)

________

Teresa Maria Bogusławska, ps. „Tereska” (ur. 13 lipca 1929 w Warszawie, zm. 1 lutego 1945 w Zakopanem). Córka Antoniego Bogusławskiego oficera WP i poety oraz lekarki Marii Wolszczan. Mieszkała przy ul. Mazowieckiej w Warszawie.

Podczas okupacji hitlerowskiej uczyła się na tajnych kompletach w warszawskim Gimnazjum im. Cecylii Plater-Zybek. Jesienią 1941 wstąpiła do konspiracji – należała do 6. Warszawskiej Żeńskiej Drużyny Harcerskiej Szarych Szeregów. Została aresztowana przez Gestapo w lutym 1944 podczas akcji naklejania na niemiecki afisz z listą rozstrzelanych kartek papieru z hasłami patriotycznymi. Osadzona w więzieniu na Pawiaku, torturowana na przesłuchaniach, nabawiła się gruźlicy. Zwolniona, chora na gruźlicę, do lipca leczyła się w otwockim sanatorium.

Podczas powstania warszawskiego szyła mundury i opaski powstańcze. Tworzyła także ryngrafy z wizerunkiem Matki Boskiej. Po kapitulacji znalazła się w Zakopanem. Zmarła na gruźlicze zapalenie opon mózgowych w lutym 1945 roku.

W 1946 ukazał się tomik jej poezji pt. Mogiłom i cieniom. W 1979 Józef Szczypka opracował antologię Wołanie z nocy. Wiersze najmłodszej poetki warszawskiej czasu wojny.