Barataria (32) Leśmian (12) Sindbad (4)

Ewa Maria Slaska

Zapowiedź śmierci

Tym razem Sindbad dostał się na wyspę, bo akurat w pobliżu kolejnej wyspy zgraja Pił napadła okręt, którym płynął w nieznane, i

… sprawnie przepiłowała dno. Załoga przesłaniała dziury, jak i czym można było, ale walka była zbyt trudna. O ile bowiem łatwo sobie z jedną Piłą poradzić, o tyle trudno z gromadą. Zresztą doraźne zasklepienie i zalanie smołą przepiłowanych szczelin i otworów nie pomaga, gdyż niestrudzona i niczym niezrażona Piła przepiłowuje je na nowo ze zdwojoną szybkością. Zwątpiliśmy o ocaleniu! Woda strumieniami wrywała się do okrętu, szumiąc, pieniąc się i sycząc. Okręt szedł na dno. Czekała nas okrutna śmierć wśród Pił.

Na szczęście skacząc udało się załodze, a było na okręcie trzystu chłopa, dostać na ową wyspę, a tam, okazało się, mieszkał karłowaty lud wyglądem przypominający ni to czarne psy ni diabły.

W okamgnieniu roje karłów zakrzątnęły się wokół i natychmiast jedne z nich ustawiły przed nami stół, drugie — zydle, a reszta pobiegła do pobliskiej lepianki, z której wypadła gwarnie, niosąc dziwaczne kielichy i pokrętne butle. Zasiedliśmy do stołu w oczekiwaniu jadła i napoju. Karły podały nam kielichy i ze wstrętnym uśmiechem na twarzy napełniły zielonkawym trunkiem z pokrętnych butli. Trunek ten wydzielał woń tak gęstą, ponętną, upajającą i oszałamiającą, że kapitan i wszyscy marynarze z zachwytem wychylili do dna swe kielichy, zanim zdążyłem ich ostrzec. Byłem pewien, że trunek ten zawierał jakieś zioła senne, które odbierały przytomność i obezwładniały najzupełniej tych, co się nie oparli jego wonnym urokom. Toteż nie opróżniłem swego kielicha. I dobrze uczyniłem. Domysły moje sprawdziły się niebawem. Kapitan pierwszy, a po nim kolejno wszyscy marynarze nabrali dziwnych, obłędnych, nieprzytomnych wyrazów twarzy. A był to obłęd dziwny i nieprzytomność osobliwa, zaczęli bowiem mówić rzeczy tak niespodziane, że włosy dęba stanęły mi na głowie! Oto ni mniej, ni więcej, ale z wielkim znawstwem i amatorstwem jęli doradzać rozmaite przyprawy i sposoby smażenia, najbardziej odpowiadające gatunkowi ich ciał. Zauważyłem z przerażeniem, iż karły nasłuchują uważnie tego, co mówią owi nieprzytomni. Widocznie świadome były naszego języka, chociaż udawały, że nic nie rozumieją.
Kapitan, macając swe pulchne policzki i pomlaskując przy tym językiem, mówił na wpół do nas, na wpół do siebie:— Z takich policzków warto dwa befsztyki na świeżym masełku usmażyć. Z lekka po wierzchu obrzuciłbym je struganym chrzanem i otoczyłbym wieńcem z rumianych, tymże masłem przepojonych kartofelków. Na to jeden ze starych marynarzy, uderzając się po żylastych udach, zawołał:— Z takich udźców szynkę bym uwędził nie na zwykłym dymie, lecz na jałowcowym, gdyż ten ostatni dodaje osobliwego smaku, odsmaku i posmaku. Wówczas jeden z młodszych marynarzy, przyglądając się swym dłoniom kościstym, rzekł z uśmiechem zadowolenia: — Dobry byłby ze mnie rosołek — rosołek na kościach z dodatkiem pietruchy, marchwi, selerów tudzież kilku wonnych liści kapuścianych.

Sindbad uniknął pożarcia przez karły-łakomczuchy i oczywiście spotkał na owej karlej wyspie kolejną przepiękną księżniczkę. Piękna była lecz czarna, co jest oczywistym odwróceniem przez pana Leśmiana słynnego wersu Oblubienicy z Pieśni nad pieśniami. Nigra sum sed formosa. Królewna, podobnie jak nasz bohater, nie wypiła trunku, uniknęła więc śmierci, ale jej ojciec zginął marnie. Przeżył życie jako król, opowiedziała dziewczyna, a umarł jako potrawka z kaparami w sosie śmietanowym. Wcale zresztą nie była naprawdę czarna, przeciwnie biała była jak alabaster, ale jeden z karłów przymusił ją do małżeństwa i pomalował na czarno, żeby go nie oślepiała.

— Jestem dość kochliwy — mówiłem dalej — i bardzo być może, iż pokocham ciebie, gdy poznam bliżej. Trudno mi teraz zapewnić tobie moją miłość, ponieważ czarność twej twarzy przesłania mym oczom całkowity czar twej postaci, myślę jednak, że da się tę czarność odmyć lub odbarwić.
— Nie da się — szepnęła smutnie Armina,
— Czemu? — spytałem.
— Potworny karzeł poczernił mnie taką maścią, że wszelkie odmycie lub odbarwienie może mnie o śmierć przyprawić. Rozwieję się w nic i zniknę ci sprzed oczu jako sen.

Czyli, podobnie jak wszystkie inne królewny z bajek, tak i ta nosiła w sobie swe własne zniknięcie. Wszystkie one, nie tylko te, które spotykał Sindbad, nie istniały naprawdę, były ułudą, tak typową dla mieszkanek Baratarii.

Motyw pastuszka, który żeni się z królewną pojawia się w baśniach, mitach i legendach  założycielskich na całym świecie i jest oczywistą pozostałością matriarchatu. Nie pamiętam już, gdzie przeczytałam tezę, że gdy księżniczka ożeni się z pastuszkiem, podciągnie go na swój poziom i uczyni z niego króla, gdy jednak to król poszuka sobie prostej dziewczyny, zabawi się tylko i zostawi tam, gdzie była, najczęściej z dzieckiem… Zresztą co tam król, w końcu Faust też zabawia się, można by rzec, po królewsku, z Małgorzatą, po czym zostawia ją na pastwę Losu i nieubłaganego Prawa. Ciekawe, że paskudna historia uwiedzenia pobożnej dziewczyny i porzucenia jej z dzieckiem zyskała sobie miano Dzieła!

Wróćmy jednak do naszych baranów. Sindbad i Armina uciekają z wioski ludożerców i  docierają na brzeg wyspy, gdzie akurat przepływa okręt, który zabierze ich na pokład. Tam staje się, co się stać musiało, kapitan okrętu ma akurat przy sobie maść odbielającą (akurat to takie poręczne baśniowe słowo) no i…

Nie byłaż to jednak jedyna wyspa w tej opowieści. Okręt zawiózł bowiem Sindbada do wyspy króla Pawica, gdzie w życiu Sindbada pojawiła się kolejna kobieta nosząca w sobie zapowiedź śmierci. Miała na imię Kaskada i tym razem nie była to księżniczka, lecz zwykła mieszczka, tyle że bardzo ponętna, co jednak nie było zbyt dziwne, bo wszystkie kobiety na wyspie króla Pawica były nadzwyczaj ponętne. Kaskada miała przedziwny obyczaj, że lubiła wbiegać na skały i rzucać się z nich w dół, siłą rzeczy musiała więc nie tylko żyć w zgodzie z imieniem, ale też tak właśnie umrzeć. Niestety w królestwie króla Pawica mąż kobiety, która umarła, musiał zostać wraz z nią pogrzebany w skalnej jaskini. Biedny Sindbad nie wiedział o tym, gdy decydował się na ślub z Kaskadą.

Sindbad nie podaje się tak łatwo, korzystając z faktu, że jest przecież cudzoziemcem, pertraktuje z królem: Czy nie mógłby uzyskać — na przykład — przywilejów zwłoki, przewłoki lub odwłoki? Nie uzyskuje jednak żadnych specjalnych względów. Gdy Kaskada zabije się lecąc ze skały, Sindbad na własnym grzbiecie poniesie w góry szklaną trumnę ze zwłokami żony, a za nim wozy powiozą cały jego ruchomy dobytek. Spuszczą go na dno sztolni grobowej wraz z trumną, po czym zwalą mu na głowę wszystko, co posiadał, na zakończenie zaś obrzędu dadzą mu na drogę w zaświaty siedem bochnów chleba i siedem dzbanów wody.

Tak się grzebało kiedyś władców, a przedtem jeszcze  – władczynie, ze sługami i dobytkiem, a w królestwie króla Pawica królewski pogrzeb przysługuje każdej zmarłej kobiecie. Mąż jest ofiarowanym zmarłej sługą. W bajce nie ma mowy o tym, by w sytuacji odwrotnej postępowano podobnie i jak w Indiach wraz ze zmarłym mężem grzebano jego małżonkę. Nasuwa się tu jednak nieuchronnie myśl, że im mniej posiadasz, tym większą masz szansę, że uniesiesz cało głowę z samego obrządku pogrzebowego.

A jeśli czytelnik pomyśli sobie, że szkoda wrzucać do grobu wszystko, co zmarła posiadała, i że lepiej by było zostawić coś dla dzieci, powiem, że i to znane jest w kulturach świata, na przykład jako indiański potlach (potlacz) czyli przymusowa wymiana lub przymusowe rozdawanie dóbr. Potlacz był przymusową redystrybucją, wzmagał wydajność pracy, ale skłaniał też do zachowania umiaru w posiadaniu. Badacze podkreślają społeczne funkcje potlaczu jako środka wymuszającego wyrównanie szans. Na wyspach melanezyjskich podobny obrzęd nazywał się kula.

Dom do sprawiania obrzędów potlaczu, tzw. Wielki Dom Wawadit’la w Thunderbird Park, w British Columbia, wybudowany przez szefa potlaczów, rzeźbiarza i śpiewaka, Mungo Martina, zwanego Nakapenkem, w roku 1953.

Po kilku dniach błąkania się w podziemnym mieście pełnym szklanych trumien i wszelkiego ludzkiego dobytku, Sindbad trafia na szklaną trumnę stojącą w pustej niszy. Ciało pięknej zmarłej jest nienaruszone. Młoda kobieta trzyma w ręku lutnię. Na wieku trumny wyryty został napis: Rozbij szklaną trumnę uderzeniem pięści, a co ma się szczęścić, to ci się poszczęści.

To już trzecia kobieta w tej opowieści, i najbardziej ułudna z nich wszystkich. Nie zapowiada śmierci, bo wprawdzie jest, ale jej nie ma, nie umrze więc…

Uniosłem pięść do góry i z całych sił uderzyłem w szklaną trumnę. Rozpadła się z jękiem i dzwonieniem na drobne kawałki. W tej samej chwili postać kobiety jakby ocknęła się ze snu. Jedną dłonią przetarła oczy, a drugą zmacała lutnię, jakby chcąc się przekonać, czy jej nie zgubiła. Wreszcie, przyciskając lutnię do piersi, powstała i z wolna zeszła z głazu na ziemię. Wówczas wzrok jej padł na mnie.
— Tyś rozbił trumnę? — spytała głosem tak śpiewnym, że nie śmiałem na razie odpowiedzieć, wydało mi się bowiem, iż winienem w odpowiedzi zanucić jakąś pieśń cudowną. Otrząsnąwszy się z pierwszego wrażenia, odrzekłem:
— Tak — rozbiłem twą trumnę, odczytawszy napis na głazie.
— Należę przecież do ciebie, bo przyrzekłam, iż poślubię człowieka, który rozbiję moją trumnę i przywróci życie memu ciału.
— Dawno temu umarłaś? — spytałem.
— Nie umierałam nigdy — odrzekła.
— Czy nigdy nie żyłaś na ziemi?
— Nie żyłam nigdy.
— Powiedz, kim jesteś?
— Nie jestem. Nie ma mnie wcale. Nie istnieję. Nie umiem istnieć. Umiem się tylko śnić tym, którzy są snu spragnieni. I oto teraz śnię się tobie. Śniłam się dawniej królowi Pawicowi, gdy był jeszcze młodzieńcem, lecz go tak męczył ów sen, że kazał mnie jakiemuś czarownikowi przyłapać na gorącym uczynku zjawiania się we śnie i — przyłapaną — zamknął w szklanej trumnie, którą spuszczono w podziemia i utwierdzono w niszy na tym oto głazie. Wówczas wyśniłam napis, któryś na głazie odczytał, a dość mi wyśnić cokolwiek, aby się to spełniło. Napis się spełnił. Obiecałam sobie w duchu poślubić tego, kto ów napis odczyta i trumnę rozbije, aby mnie znowu powołać do czynności sennych. Poślubić znaczy dla mnie tyle, co śnić się. Będę się tobie odtąd śniła wiernie, posłusznie i dozgonnie. Będę ci we śnie grała na mojej lutni pieśni rozmaite. A lutnia moja jest dziwna — dość pieśnią wzruszyć jej struny, aby żarzyły się blaskiem rozmaitym, który wszelkie mroki rozwidnia. (…)
— Nazywam się Urgela.
Powtórzyłem kilkakroć jej imię, aby je zapamiętać, ona zaś, grając, prowadziła mnie dalej po korytarzach podziemnych. Struny pod dotykiem jej smukłych palców rozbłyskiwały tysiącem rozmaitych świateł. Posuwaliśmy się naprzód to w szkarłatnym, to w zielonym, to w błękitnym oświetleniu, aż wreszcie zatrzymaliśmy się w miejscu, gdzie ujrzałem skaliste wschody, prowadzące do otworu, przez który przenikało światło słoneczne. Pod wpływem promieni słonecznych postać Urgeli zbladła, a dźwięki jej lutni stały się stłumione i jakby dalekie. Wspiąłem się po wschodach ku górze. Urgela szła za mną. Po chwili wydostałem się przez otwór na powierzchnię ziemi i radośnie stanąłem w słońcu, gdyż było właśnie południe. Obejrzałem się za siebie. Urgela stała przede mną zaledwo widzialna, zaledwo zarysowana na błękitnym powietrzu. Dźwięki jej lutni były już tak dalekie, że nie mogłem ich dosłyszeć. Wyciągnąłem ku niej dłonie, lecz Urgela znikła.

Pozdrowienia z Baratarii…

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out /  Change )

Google photo

You are commenting using your Google account. Log Out /  Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out /  Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out /  Change )

Connecting to %s

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.