Barataria (30) Leśmian (9) Sindbad (2)

Ewa Maria Slaska

Przygody Sindbada żeglarza na wyspie ptaka Roka

Bo to jednak wyspa jest, co jednakże autor raz jeden tylko zechciał zauważyć. No ale to starczy, wyspa to wyspa, i należy mi się jak każdemu wiernemu giermkowi podążającemu za Sprawą. Podążam i w zamian oczekuję gubernatorstwa wyspy jakiej, choć wciąż ani takowej nie spotkałam, która by mnie przykuła na dłużej, ale też, przyznaję, nikt mi jak dotąd żadnej insuli nie zaoferował, ani na wodzie ani nawet na lądzie.

Ptaka Roka i całą historię o nim dobrze pamiętałam z dzieciństwa. Był wielki, mieszkał w dziupli ogromnego dębu, gdzie miał gniazdo, a w nim małe, a w głębi dziupli znajdowało się zejście do czarodziejskiej różowej komnaty, gdzie mieszkała czarodziejska księżniczka. Na swoją chwałę muszę dodać, że bycie księżniczką nie nazbyt mnie w dzieciństwie interesowało i, jeżeli w ogóle, to chciałam być księżniczką indiańską, która konno przeskakuje przez wysokie palisady. No jeszcze ewentualnie wchodziło w rachubę bycie samotną księżniczką w ogromnym pałacu otoczonym ogromnym ogrodem, którą odwiedza książę, przynosząc w podarunku poczwarkę motyla. Obie historie zaczerpnęłam oczywiście z książek, tę indiańską z powieści Błękitny ptak, którą przemieszałam chyba z Ziemią Słonych Skał, tę o księżniczce w pałacu – z Tajemnic motyli, uzupełnionych Tajemniczym ogrodem.

Jajo Roka, z którego wykluwa się pisklę (Sindbad znalazł takie jajo na piaszczystym brzegu wyspy, na którą po trzech dniach zmagań z falami wyrzucił go sztorm; jajo musiało zostać dopiero co złożone; przez otwór w skorupie nasz bohater miesiącami najpierw wypijał białko, a potem żółtko, aby wreszcie w pustej skorupie sporządzić sobie mieszkanie)

Rok w Baśniach z 1001 nocy niszczy statek Sindbada. W wersji leśmianowskiej statek zostaje zniszczony przez burzę, a Rok zabiera z pustej plaży jajo z mieszkającym w nim Sindbadem i zanosi je do gniazda w wielkim dębie. Pod drodze odsłania swemu pasażerowi na gapę tajemnicę Diamentowej Kotliny. Naukowcy podejrzewają, że ptaszysko, rodem z orientalnych baśni, podobnie jak smoki, jest jakimś nie dającym się wyjaśnić ludzkim wspomnieniem o dinozaurach (nie dającym się wyjaśnić, bo między wyginięciem dinozaurów a pojawieniem się naszego najstarszego praprzodka australopiteka upłynęło 55 milionów lat)

Za: http://audio-bajki.pl/bajki-z-calego-swiata/item/121-przygody-sindbada-zeglarza-przyg-druga-cz-2

***
Lektura Sindbada po latach tylko uzupełniła zapamiętaną opowieść, a te zapomniane szczegóły, jak na przykład ogromne jajo na plaży czy kotlina pełna diamentów, skrywały się gdzieś bardzo płytko pod warstwą niepamięci i gdy raz się pojawiły, już pierwszym słowem wyciągały na powierzchnię całe zdania zapamiętane w dokładnym brzmieniu. Przypomniały też wszystkie moje własne wyobrażenia, które wtedy przydałam historii pana Leśmianowej. Księżniczka miała więc na sobie złoto-różowe przejrzyste szarawary i spowijały ją różowe szale. Gdy trzydzieści lat potem byłam w Indiach, spotkałam takie księżniczki…

Sięgam do sterty zapisanych zeszytów, większość ma czerwone okładki, ciekawe dlaczego, przecież wcale nie lubię tego koloru. Niemal natychmiast znajduję trzeci zeszyt z podróży do Nepalu i Indii, a pierwszy indyjski. To właśnie ten zeszyt! Księżniczki są prawie na początku; przyjechaliśmy do miasta Bikaner.

Poniedziałek, 18 lipca 1994

Wyjeżdżamy z Delhi. Noc w pociągu sypialnym. Budzi mnie o 7 rano pustynia Thar. Jest dziwnie bogata w ludzi, zwierzęta i rośliny. Jakieś zielone trawy podobne do rdestu i róży jerychońskiej, krzewy, jedyny znany mi to tamaryszek, drzewa.
Stada kóz, krów i garbatych zebu. Wielbłądy ciągną sochy lub małe wózki. Mają szlachetnie uniesione głowy i nie chodzą lecz stąpają, wyglądają bardzo godnie.
Mężczyźni przypominają Arabów z filmów przygodowych. Ciemne płonące oczy, gęste czarne brwi i wąsy, olśniewająco białe zęby. Noszą luźne jasne szaty i zawoje z szali. Kobiety – nawet te, które zbierają wyschnięty nawóz na pustyni – są zawsze w kolorowych sari, tu nawet bardziej kolorowych niż w Delhi.
Na szczycie góry piasku siedzą sępy.

Dojeżdżamy do Bikaner – pięknego miasta barwy pustyni na pustynnym szlaku karawan. Ulice szersze i czystsze niż w Starym Delhi, ale może to tylko suchość powietrza sprawia wrażenie czytości, bo nic nie gnije. Miasto jest piaskowo-biało-różowe, a forty i pałace są jak z bajki, pełne ażurowych wieżyczek, kopulastych dachów na cienkich słupkach i misternie rzeźbionych w arabeski wypełnień okiennych.

Po forcie chodzi z nami grupa Hindusów, w tym trzy kobiety, które natychmiast nazywam w duchu księżniczkami pustyni. Mają ciemnoróżowe szaty z wielkimi przejrzystymi szalami, którymi zakrywają twarz przed obcymi. Szale, spódnice i bluzki są bogato wyszywane srebrem, biust i sutki specjalnie nawet podkreślone haftem. Ale wszystko, rękawy, paski, obrzeża szali, kapie od srebra. Do tego złota biżuteria – bransolety na rękach i nogach, kolczyki, kwiatki w nozdrzach. Najstarsza nosi pod szalem małe dziecko o ogromnych czarnych, podkreślonych henną oczach.
Gdy tak zwiedzają piękne pałace, przechodzą wzdłuż białych basenów, przystają pod mozaikowymi sklepieniami i w niszach okiennych ozdobionych błękitnymi kwiatami – nie mogę się nadziwić, że one, tak jak i my, po prostu zwiedzają te pałace, a nie są ich mieszkankami.

W ogóle całe miasto ma upalną różową atmosferę baśni. Gdyby nie ryksze motorowe, samochody i rowery, można by pomyśleć, że jesteśmy w bajce z tysiąca i jednej nocy. To wrażenie potęguje się jeszcze, gdy na skraju ulicy widzę trzy kobiety w sari o głębokich, czystych barwach – zieloną, pomarańczową i czerwoną. Jak w jednej z opowieści o Sindbadzie żeglarzu w pięknej wersji Leśmiana – cztery księżniczki-rybki; czerwona, żółta, zielona i niebieska.

I trzeba zdmuchnąć ogień, by je odczarować, a nie jest to łatwe, bo czar każe cały czas tańczyć w szaleńczym tempie… Ale to już zupełnie inna historia, jak mawiał kot, który chadzał własnymi drogami. I uwierzcie mi, nie pamiętałam, że wspominałam w zapiskach z Bikaneru prozę pana Leśmiana.

Nie przychodzą mi do głowy cztery pouczenia, jakich nam w tej opowieści udzielił Leśmian, ale jedno, moje własne, wynika z tego wpisu na pewno. Spotkałam w Indiach prawdziwe księżniczki, niewidzialne, spętane pięknymi strojami, otoczone szpalerem krewnych czy służących, pilnujących każdego ich kroku. Ja nie miałam jedwabnych szat haftowanych srebrem, ale byłam wolna i nikt mnie nie pilnował.

Reblog: Louis Lewandowski (Mężczyzna z cmentarza Weissensee w Berlinie)

Napis na nagrobku: Miłość czyni pieśń nieśmiertelną!

Ania i ja już wiele lat temu znalazłyśmy jego nagrobek na cmentarzu żydowskim w Berlinie i dawno już powinnam byłam sprawdzić, czy Louis Lewandowski ma coś wspólnego z Polską czy nie. Ale zrobiłam to dopiero w sierpniu 2017 roku, w dzień przed koncertem jego muzyki w synagodze berlińskiej na Rykestrasse. W pewnym sensie Lewandowski ma z Polską coś wspólnego, ma bowiem polskie nazwisko i urodził się we Wrześni, jednak wszystkie źródła, czy to polskie, czy niemieckie, czy angielskie, określają go jednomyślnie jako słynnego kompozytora “żydowsko-niemieckiego”. Tak więc i jest, zresztą nawet jeśli miał w rodzinie polskich przodków, to spędził całe swe twórcze życie w Berlinie i stworzył muzykę, grywaną w synagogach na całym świecie.

Nota bene, ten wpis mógłby się ukazać na tym blogu również w ramach innego nader nieregularnego cyklu, a mianowicie Reformacja. Koncert w synagodze berlińskiej odbył się jako realizacja idei ekumenizmu po-reformacyjnego: modlimy się wszyscy do tego samego Boga, a wystąpili wspólnie orkiestra radiowa (bezwyznaniowa) z Kolonii, chór z katolickiego klasztoru benedyktyńskiego Maria Laach i zespół śpiewaków synagogalnych z Berlina. 

Louis Lewandowski – żydowski kompozytor z Wrześni
Istnieje stereotyp, zgodnie z którym XIX-wieczna Wielkopolska stanowiła „pustynię kulturową”. Okazuje się jednak, że w regionie pojawiały się osoby o wybitnych talentach artystycznych. Jedną z takich postaci, ze wszech miar wartych przypomnienia, był Louis Lewandowski z Wrześni. Tym bardziej, że twórczość kompozytorska Lewandowskiego zupełnie nie funkcjonuje w świadomości polskiego środowiska muzycznego.

Lewandowski urodził się 23 kwietnia 1821 roku we Wrześni, w rodzinie żydowskiej. Dzieciństwo przyszłego kompozytora było bardzo trudne z uwagi na skrajną nędzę, jaka panowała w jego uzdolnionej muzycznie rodzinie. Mimo wszelkich trudności talent muzyczny Lewandowskiego zaczął objawiać się bardzo wcześnie. Mały Louis towarzyszył ojcu i czterem braciom w wykonaniach muzyki we wrzesińskiej Synagodze..

W wieku 12 lat, po śmierci matki, Louis przeprowadził się do Berlina, gdzie spędził resztę życia. W stolicy Prus utalentowanym Louisem zainteresował się bankier Alexander Mendelssohn (1798-1871), kuzyn wielkiego Felixa Mendelssohna-Bartholdiego (1809-1847). W Berlinie Lewandowski podjął studia muzyczne. Początkowo w klasie fortepianu i wokalistyki. Jako singerel śpiewał też solowe partie sopranowe w chórze kantora Aschera Liona. Następnie przez trzy lata studiował pod kierunkiem A. B. Marxa (1795-1866), pochodzącego również z żydowskiej rodziny. W Berlińskiej Akademii Sztuki, jako pierwszy żydowski student, zgłębiał zagadnienia kompozycji muzycznej pod kierunkiem Karla Rungenhagena (1778-1851) i Eduarda Grella (1800-1886). Choroba neurologiczna spowodowała, że Lewandowski na cztery lata zmuszony był przerwać naukę. Podczas choroby zetknął się z twórczością kantora Hirsha Weintrauba. Wywarła ona na Louisie tak silne wrażenie, że postanowił zająć się komponowaniem muzyki synagogalnej.  Studia ukończył z wyróżnieniem, otrzymując od Berlińskiej Akademii Śpiewu nagrodę za kompozycję

W 1840 roku został zatrudniony na stanowisku dyrygenta chóru Synagogi Starej w Berlinie.  Wykonywał tam muzykę liturgiczną Salomona Sulzera (1804-1890). W tym czasie kantor Abraham J. Lichtenstein zachęcał Lewandowskiego do napisania muzyki do żydowskich modlitw, czego skutkiem była praca nad własnymi kompozycjami. Okres ten zaowocował znaczącym rozwojem formy muzycznej, stosowanej w liturgii synagogalnej. Powstają wówczas liczne kompozycje.

W 1864 roku powstała w Berlinie Synagoga Nowa, wyposażona w organy, co wpłynęło w istotny sposób na rozwój formy muzycznej, w utworach Louisa Lewandowskiego.

Performed by the Zamir Chorale of Boston at Sanders Theatre, June 3, 2007

Rok 1866 przyniósł Lewandowskiemu tytuł Królewskiego Dyrektora Muzyki, nadany mu przez władze pruskie. Krótko później został dyrygentem chóru Synagogi Nowej w Berlinie. Dla celów liturgii w tej synagodze, Lewandowski napisał kolejne ważne kompozycje. Najważniejsze z nich, to: „Kol Rinnah u-Tefillah” (1871) na chór oraz „Todah ve-Zimrah”(1876-82) na głosy solowe, chór i organy oraz opracował 40 Psalmów na głosy solo, chór i organy.

Szczególne znaczenie dla tego okresu jego twórczości miało opracowanie starożytnych „Melodii Hebrajskich”, na głos kantora, chór i organy. Są one uważane za wybitny przejaw geniuszu muzycznego Lewandowskiego. Pisząc je, kompozytor zmagać się musiał z pewnym problemem technicznym. Część członków chóru, nie miała przygotowania muzycznego i nie była w stanie wykonać zbyt trudnych partii, dlatego struktura muzyczna utworu musiała być stosunkowo prosta. Mimo, iż „Melodie Hebrajskie” charakteryzują się pewną prostotą muzyczną, pełne są przejmującego religijnego żaru.

kreuznacher-diakonie-kantorei Live Konzert 27. September 2008 in Volxheim
Kontrabass: Helmut Kickton

Kulminacją w twórczości kompozytora był rok 1882, gdy powstało jego największe dzieło „Todah W’Simrah” na głos kantora, chór i organy – zbiór utworów obejmujący cały roczny cykl liturgiczny.

Kompozytor nie zamknął się wyłącznie w muzyce synagogalnej. W jego dorobku znajdują się też kantaty. Przejawem muzyki świeckiej są uwertury, symfonie, i pieśni.

Louis Lewandowski był nie tylko wybitnym kompozytorem, lecz również pedagogiem. Nauczał w Wolnej Szkole Żydowskiej i Żydowskim Seminarium Nauczycielskim. Wykształcił licznych, wyróżniających się kantorów synagogalnych. Założył i zarządzał Instytutem dla Starych i Niepełnosprawnych Muzyków.

Kompozytor umarł 4 lutego 1894 roku w Berlinie. Grób Louisa i jego żony Heleny przetrwał wszystkie potworne kataklizmy XX wieku i do dnia dzisiejszego znajduje się na Cmentarzu Żydowskim Weissensee w Berlinie. Na kamieniu nagrobnym  kompozytora znajduje się inskrypcja: „Liebe macht das Lied unsterblich!”  (Miłość czyni pieśń nieśmiertelną!)

Na trwałe do liturgii synagogalnej weszły takie dzieła, jak np. „Uvencho Yomar”, „Zacharti Lach”, wykonywane w Święto Rosh Hashana, oraz  „Ve’al. Chata’im” na Yom Kipur.

Z punktu widzenia muzykologicznego, twórczość Lewandowskiego jest w pełni porównywalna z utworami pisanymi przez innych, powszechnie znanych kompozytorów XIX wieku. W porównaniu z innymi kompozytorami epoki, Lewandowski działał w szczególnych uwarunkowaniach judaizmu reformowanego. Jego geniusz potrafił wspaniale łączyć różne tradycje muzyczne – tradycję liturgiczną Żydów askenazyjskich z niemieckim romantyzmem muzycznym. Posługiwał się zasadami harmonii, typowymi dla ówczesnej muzyki europejskiej, wykorzystując często akompaniament orkiestrowy. Partie solowe kantora pozostają jeszcze w sferze tradycji żydowskiej, podczas, gdy partie chóralne wykazują wpływ Felixa Mendelssohna-Bartholdiego (1809-1847). Muzyka Lewandowskiego jest w stylu mniej romantyczna, od twórczości wielkiego poprzednika Salomona Sulzera (1804-1890). Dla twórczości Lewandowskiego niewątpliwą inspiracją artystyczną była literatura kantatowo-oratoryjna kompozytorów chrześcijańskich. Kompozycje religijne Lewandowskiego charakteryzują się wielogłosowością. Są dowodem głębi religijnych przeżyć kompozytora.

Wydaje się, że nadszedł w końcu czas, by muzyka Louisa Lewandowskiego zajęła należne jej miejsce w polskim życiu muzycznym i w salach koncertowych.

Opracowanie: dr Wojciech Meixner  

Ze świata podręcznych 4

Ewa Maria Slaska

Ewa i Zosia się bronią

Berlin, rok 2009

W dzień po włamaniu spotykam się z mieszkańcami domu w obecności adwokata z instytucji broniącej praw mieszkańców. Musiałam się zapisać do tej instytucji, składka będzie wynosiła około 10 euro miesięcznie. Adwokat nawet nie reaguje na moją opowieść, podczas gdy mówię, ukradkiem pod stołem sprawdza pocztę w telefonie. Nie robi notatek, nie wygłosi komentarza. Gdy skończę, wyjdzie z kawiarni mówiąc, że jak będzie coś miał dla mnie, to się zgłosi. Nigdy się nie zgłosi, a jego obecność przy stole kosztowała mnie w miesięcznych ratach 120 euro. Próbowałam się wypisać, ale niech prawo zawsze prawo znaczy, jak się zapisałam, to muszę być przez rok i nie mogę wypisać się od razu czyli z rocznym wyprzedzeniem. Muszę pamiętać, by to zrobić w czwartym miesiącu przed upływem terminu. Jeśli zapomnę, członkostwo przedłuży się automatycznie.

Korzyść ze spotkania nie jest związana z jakąkolwiek instytucją. Sąsiedzi pomagają mi ustalić tożsamość sprawcy. Tak jak sądziłam, jest narkomanem i mieszka u nas w oficynie, w tym naszym popadającym w ruinę domu, z którego nowy właściciel chce nas wszystkich wyrzucić. Czyli włamywacz mówił prawdę, gdy twierdził, że przysłał go właściciel.

Zgłaszamy na policji imię, nazwisko i adres włamywacza. Jeden z sąsiadów dzwoni na policję, gdy widzi światło w jego oknie. Policja przyjeżdża, zabiera go na przesłuchanie i wieczorem wypuszcza. Nie ma podstaw do zatrzymania. Następnego dnia przywiozą go do mnie, żeby mnie… przeprosił.

Mieszkamy więc sobie w jednym domu, włamywacz na górze a ja na dole. Wynoszę się i odtąd przez trzy miesiące, póki nie wyprowadzę się z tego domu na dobre, będę wieczorami wędrowała z koszulą nocną i kosmetyczką od znajomych do znajomych. On mieszka tam, dopóki na podwórko nie wjadą maszyny budowlane. Czyli on na mnie napadł, ale to ja się tułam.

Próbuję dodzwonić się do instytucji opiekującej się ofiarami przemocy. Zawsze włącza się sekretarka i zawsze słyszę to samo: proszę zostawić wiadomość, niezwłocznie oddzwonimy. Nigdy nie oddzwonili.

Nie chce mi się wierzyć, że nic nikogo nie obchodzi. Idę do adwokatki, polecanej jako osoba specjalizująca się w prowadzeniu spraw, w których stroną pokrzywdzoną jest kobieta. Zapłacę jej za pierwszą wizytę 80 euro, za drugą – nic. Więcej wizyt nie będzie. Podczas pierwszego spotkania mówię, że nie widzę powodu, żeby skarżyć włamywacza – chcę skarżyć właściciela domu i policję. Podczas drugiego spotkania adwokatka powie mi, że nie podejmie się tej sprawy i jak chcę, to przecież jestem dziennikarką, mogę napisać o tym, co się stało.

Ale i z tego bezsensownego wydatku jest pewna korzyść – adwokatka daje mi protokoły policyjne. Stąd wiem, że policja mi nie wierzyła i że zarejestrowali sprawę jako włamanie dopiero wtedy, kiedy – o tak! – “ujęli sprawcę”, o tym, że to my, mieszkańcy naszej kamienicy, go zidentyfikowaliśmy i że policja tylko przyjechała na gotowe, ani słowa.

Nikt nie opublikował mojego artykułu. Napisałam o tym na blogu, bardziej po to, żebym  nie musiała już o tym opowiadać, niż żeby coś uzyskać, bo co zresztą miałabym uzyskać? To właściciel kamienicy uzyskał, co chciał, bo trzech miesiącach wszyscy lokatorzy opuścili dom.

***
M., rok 2017

Dziś w w budynku mieszkalnym, który jest jeszcze sprzed wojny, a w którym znajduje się  mieszkanie mojej matki (i to jest mój rodzinny dom) pozawieszałam kartki z informacją, o tym co się stało. Tu mieszkają starzy ludzie i jeśli czegoś nie wiedzą to powstają plotki. Zatem swoją sytuację opisałam wprost. Mama oburzona, uważa że my kobiety powinnyśmy się wstydzić mówić o tym, zwłaszcza, że to przecież rodzina, mój bratanek a jej wnuk.

Z protokołów przesłuchań wynika również, że Mama Zosi nigdzie nie przyznała, że wnuk ją napastował, jeśli w ogóle, to skarżyła się, że był pijany, używał wulgarnego  słownictwa i zachowywał się agresywnie.

Niestety, nurtuje mnie myśl, że moja sprawa, tak jak Twoja, może mieć drugie dno. Dlatego idzie nam tak trudno. Wydaje mi się czasem, że nasz oprawca ma układ z policją. Co jest powodem tego ” wyjątkowego” traktowania naszych zawiadomień. W sądzie toczy się sprawa o eksmisje i tu są dalsze kuriozalne wydarzenia. (…)

Służby twierdzą, że nie mają narzędzi aby nam pomóc. Istnieje zatem szereg możliwości, aby chronić sprawcę przemocy a ofiarę przemocy domowej podawać w świetle prawa i przed sądem wtórnej przemocy, wiktymizacja. Oswajamy to słowo.

Przesłuchanie. To, co się Zosi udaje, to uzyskanie pomocy ze strony Stowarzyszenia na Rzecz Przeciwdziałania Przemocy w Rodzinie Niebieska Linia i tak też czyli z Niebieską Kartą będzie prowadzona jej sprawa. Zosia żąda odszkodowania 2000 złotych na rzecz Stowarzyszenia. Ale z przesłuchania wynika też zdziwienie, bo dowiaduje się, że jeśli ofiara zdołała nagrać akt przemocy, to te dowody będą powodem komplikacji w ocenie wiarygodności. Nagrania stwarzają pole do prowokacji. Porządnym dowodem, nazwijmy to tak, są ślady pobicia, ale jeśli sprawca wiedział, jak bić, żeby nie zostawiać śladów, to co wtedy? A inne rodzaje znęcania, również takie, z którymi zetknęłam się i ja w areszcie, i Zosia w mieszkaniu matki – na przykład nie dopuszczanie do toalety?

Przesłuchań będzie zresztą kilka. Maglowanie tego wszystkiego na nowo, napisze mi Zosia, jest bardzo deprymujące, odbywa się to w atmosferze ciągłego udowadniania, że to ja mówię prawdę. Bo przecież mogłam sprowokować sprawcę przemocy do przemocy… Podczas jednego z przesłuchań zostanie zapytana, dlaczego jej matka nie schowała nożyczek, którymi groził jej sprawca? Zosia odwraca to pytanie: A dlaczegóż w swoim domu mam chować nożyczki?

To ciągłe wracanie do tamtego wydarzenia buduje we mnie emocje bardzo negatywnie wpływające na mój organizm. Przez sen plącze się wciąż tamta napaść i nawet nie mam świadomości, że to się dzieje. Budzę się rano z napięciem mięśni, budzi mnie strach odczuwany przez sen.

Jej matka nadal mieszka ze sprawcą w jednym mieszkaniu, boi się więc wszystkiego co robi i mówi Zosia, bo to może sprowokować sprawcę. Zosia też się boi. Chodzę do matki gdy nie ma bratanka. Myślę sobie, że to nie jest wyjście, unikanie bratanka bandyty. To mój rodzinny dom i mieszka tam moja matka. Bratanek kryminalista nic nie płaci za używanie a ja mam mu schodzić z drogi, aby był spokój? Dlaczego się nad tym zastanawiam? bo słyszę o wspólnej przestrzeni tego mieszkania i wielu prawach tego człowieka w moim własnym domu. Słyszę w prokuraturze rejonowej składając zeznania i w komendzie policji o tzw. prowokacji do przemocy.

Zastanawiam się, jak można w takiej sytuacji nie prowokować sprawcy, skoro już samą moją obecnością czuje się on dostatecznie sprowokowany do przemocy. Co mam zrobić, gdy matka mi mów, że on jest taki biedny i w zasadzie teraz jej nie zaczepia, bo gdy ona czuje, że “wnuczek” (41 lat mający) przyjdzie pijany, to ona schodzi mu z drogi i kładzie się do łóżka, bo z łóżka jej nie wyciągnie i nie wyrzuci przez okno. Ale boi się tego, że on ją popchnie na podłogę i wtedy ona się połamie. Zatem czy to jest przemoc czy nie? Czy matka odpowiednio się zachowuje, schodząc z linii strzału i nie prowokuje sprawcy ???? bo przecież to jest jej normalne życie. A on był wielokrotnie karany i od 10 lat jest pod opieką kuratora.

Możnaby powiedzieć, wyprowadzić sprawcę z mieszkania, które jest “przestrzenią przemocy”, ale idzie to powoli i, jak to gdzieś określiła Zosia, “okazuje się, że meldunek ma większą siłę niż przemoc”. Możnaby powiedzieć resocjalizacja czyli co na to kurator? Na wniosek kolejnych kuratorów sprawca kilkakrotnie odbywał karę więzienia, po czym wracał do tego samego miejsca, społecznego i fizycznego, z którego szedł za kratki. Czyli od lat wiadomo, co się dzieje i nic się nie zmienia. Możnaby powiedzieć – rodzina, ale kto, skoro ojciec prowadzi biznes w Niemczech, matka (prawniczka!) mieszka w odległym mieście, a oboje nie poczuwają się do odpowiedzialności za syna? Zapewne nie muszą…

Co gorsza, istnieje w społeczeństwie jakieś ukryte przyzwolenie dla przemocy, jakieś nie zauważanie, gdy dzieje się na naszych oczach lub, gdy możemy się jej domyślać. Przypominam sobie własne dzieciństwo. Sąsiad na dole, ubek, o którym wszyscy wiedzieli, że ubek, pił i bił swoją żonę i dzieci. Bił je strasznie, krzyczały, uciekały… Nie przypominam, sobie ani jednej interwencji milicji w naszym domu, nie pamiętam też, by ktokolwiek od nas zszedł na dół i spróbował zatrzymać przemoc lub przynajmniej udzielił schronienia sąsiadce i jej dzieciom.

Bo, napisze Zosia, nie dość, że umiemy zawsze wytłumaczyć sprawcę, a robią to zarówno instytucje, jak sąsiedzi i same ofiary, ale jeszcze za tłumaczeniem sprawcy przemocy idzie szereg uprawnień przemocowych, które, paradoksalnie, wzmacniają go w przekonaniu, że jest bezkarny.

Tylko, pyta Zosia, skąd wziąć pomysł na to, jak obronić się przed agresją i przemocą? A jeśli ja mam z tym problem to jaką szansę na to ma moja mama 88 letnia staruszka nie wychodząca z domu ?? Jaką szansę mają kobiety z mniejszych miast, M. to miasto powiatowe. Co mają robić kobiety na wsiach…? Warto o tym pisać, trzeba o tym mówić. Wczoraj powiedziałam o tym w lokalnym radio. Powiedziałam i powiem tyle razy, aż to zadziała. Nie mam obiekcji przed naruszeniem tzw.wizerunku sprawcy przemocy domowej. Nie obchodzą mnie jego problemy, resocjalizacja w moim domu po 17 latach dobiegła końca i sprawa przemocy w tej rodzinie musi się zakończyć.

Demokracja to cenna rzecz, która wymaga nieustannej troski. A sprawy w M. gdzieś tam z boku świata. My w M. żyjemy wolniej,  wszędzie trwa wariactwo. Jesteśmy jak po zamachu stanu.  A przecież sądy trzeba zmuszać do przestrzegania praw. Mnie się zdarzyło zetknąć z absurdem w sądzie obecnym. A kolejne będą jeszcze gorsze. To, co będzie dalej, pokazuje jak mamy ciągle dużo do zdobienia.  I nie wiem czy uda się nam naprawić to wszystko. Mamy taki piękny kraj …

Zosia ma moc, nie wiem, skąd ją ma, ale ma. Zofia podejmuje działania, nagłaśnia sprawę, chodzi i pisze, zadaje pytania. A potem pisze do mnie:

Ewo, podjęłam decyzję, wezmę udział w wyborach do samorządu. Zgodnie z zasadą “nasze bezpieczeństwo to nasza sprawa”.
💚
Ucałowania trzymaj kciuki za mnie

O tak, trzymajmy kciuki za Zosię. Ratujmy kobiety. Ratujmy nas same, bo nikt nam w tym nie pomoże. Nasze bezpieczeństwo to (niestety) tylko nasza sprawa.

Kobiety Wietnamu

Lech Milewski

Już prawie pół roku minęło od czasu mojej wycieczki do Wietnamu. Wycieczki, z której jestem bardzo zadowolony. Wietnam zrobił na mnie dobre wrażenie. Jednym z pozytywnych akcentów była nieobecność przemysłu erotycznego – sex-industry.

Teraz, prawie pół roku po powrocie, mogę coś wyznać: przywiozłem sobie z Wietnamu kobietę, a nawet dwie…

Kobiety

To nie jest obraz tylko haft. Wykonany w spółdzielni inwalidów, którą odwiedziliśmy  w czasie jednej z wycieczek. W spółdzielni pracowały dziesiątki osób, które malowały, kopiowały, wyszywały.

Fabryka

Wyniki zapierały dech.

Na polu

—

Na bazarze

Ja dostosowałem swój zakup do rozmiarów plecaka, ale można było zamówić z dostawą do domu, choćby i do Genewy, a nawet do Wrocławia.

Do Poznania

Dla przelotnego turysty kobiety są w Wietnamie dużo bardziej widoczne niż mężczyźni.
Co krok jakiś targ…

Targ

…stragan, a choćby pojemniki na chodniku – i obsługująca to kobieta.

Chodnik

—

Na chodniku

A gdy zabraknie miejsca na ziemi, to kobieta znajdzie cię na wodzie.

Na wodzie

—

Nutshell

A mężczyźni?
Oczywiście też ich widać, ale na ogół w jakimś bezpieczniejszym miejscu.
Przepraszam, zdarzało mi się również widywać mężczyzn w akcji na chodniku – grali w karty.

Nie zawsze jednak tak było.

W 16 roku panowania chińskiej dynastii Jian Wu (40 n.e.) dwie siostry – Trưng Trắc i Trưng Nhị – zbuntowały się, zorganizowały powstanie i wyzwoliły spod chińskiego panowania 65 miast.

Siostry Trung

Rebelia trwała trzy lata. W roku 42 Chiny wysłaly silne wojska i po kilku miesiącach stłumiły powstanie. Źródła chińskie podają, że obie siostry zostały zgładzone.
Źródła wietnamskie – spisane w 1492 roku Annały Historyczne – podają, że popełniły samobójstwo, utopiły się. Wersja ludowa utrzymuje, że odleciały na chmurze.

Historia sióstr Trung daje podstawy do refleksji, że w starożytnym Wietnamie istniał bardzo silny wpływ matriarchatu. Dodatkowy argument, to że legendy o siostrach wspominają grób i ducha ich matki a nie ma w nich wzmianki o męskiej części rodziny.

Następna silna kobieta pojawiła się 200 lat później. Rok 243 – Lady Trieu Thi Trinh

Lady Trieu

Jej dewizą było: będę pędzić na burzy, zabijać rekiny na pełnym morzu, wypędzę agresorów, odzyskam kraj, przetnę więzy poddaństwa i nigdy nie zegnę karku, aby stać się konkubiną jakiegokolwiek mężczyzny.
Dziewica-bohater – nazywają ją wietnamską Joanną d’Arc.

Wspomniane już Annały Historyczne podają:
Gdy Chińczycy stłumili powstanie w prowicji Cửu Chân pojawiła się tam kobieta o nazwisku Triệu Ẩu (Lekkomyślna Trieu), zebrała ludzi i zaatakowała siły okupantów.
Miała piersi o długości 1.2 m, gdy jechała na słoniu do ataku zarzucała je na plecy. Co wy na to Amazonki?
Historia Wietnamu spisana na poczatku XX w podaje: jej rodzice zmarli gdy była dzieckiem, żyła z bratem. Gdy miała 20 lat zabiła swoją okrutną bratową. Zebrała 1000 osób. Na perswazje brata odpowiedziała: chce tylko pędzić na wietrze, iść po falach, zabijać wieloryby na Morzu Wschodnim, oczyścić granice, ratować ludzi od utonięcia. Dlaczego mam naśladować innych, zginać kark i być niewolnicą?
Powyższe zostało powtórzone w spisanej w latach 1920-45 relacji amerykańskiego profesora. Dodatkowe istotne szczegóły, to że miała 2.7 m wzrostu, głos silny jak dzwon i mogła przejść dziennie 500 mil.
Nosiła żółty strój i jeździła na wojennym słoniu. Przez pięć miesięcy walczyła dysponując niewielkimi siłami. Została pokonana, zbiegła i popełniła samobójstwo.

Chińskie źródła wspominaja powstanie, ale nie wymieniają Lady Trieu. Wikipedia podaje, że podczas panowania dynastii Le (około roku 1000 n.e.), gdy konfucjanizm stał się główną ideologią Wietnamu, włożono wiele wysiłku aby wymazać wspomnienie Lady Trieu ze świadomości ludzi.

Konfucjanizm a kobiety.
Jedną z moich ulubionych książek w latach szkolnych były Klucze królewstwa J.A. Cronina. W tej książce zwróciło moją uwagę prowokacyjne stwierdzenie: Jezus był człowiekiem doskonałym, lecz Konfucjusz miał lepszy zmysł humoru.
Oczywiste, że zainteresowała mnie osoba Konfucjusza, ale w tamtych czasach nie było łatwo znaleźć tego typu informacje. Spróbowałem kilkadziesiąt lat później, ale nie znalazłem niczego, co potwierdzałoby jego poczucie humoru.
Nastawiłem więc uszu, gdy przewodnik mojej wycieczki w Wietnamie stwierdził, że jest wyznawcą konfucjanizmu.
Niestety jedynym istotnym stwierdzeniem było, że w konfucjanizmie kobieta traktuje mężczyznę jak króla.
Sprawdziłem.
Kobieta ma trzy powinności:
– być posłuszną córką, posłuszną żoną, gdy owdowieje ma być posłuszna synowi.
Nic dziwnego, że podczas chińskiego panowania legenda o Lady Trieu nie miała szans.

Przełom nastąpił dopiro po zakończeniu II Wojny Światowej. Stworzona przez Ho Hi Minha Wietnamska Partia Robotnicza (komunistyczna) deklarowała równość kobiet i mężczyzn. W praktyce nie było to takie oczywiste. W armii kobietom wyznaczano jedynie miejsce na tyłach. W parlamencie na 403 członków było tylko 10 kobiet.
Najbardziej znaczącą kobietą tego okresu była niewątpliwie Nguyen Thi Binh, członkini biura politycznego Partii Komunistycznej Wietnamu, pełniąca funkcję ministra spraw zagranicznych w okresie wojny z Francją. Jej to właśnie przypadło podpisanie paktu pokojowego z Francją w Genewie, w 1969 roku.

Nguyen Thi Binh

Kolejny krok do przodu nastąpił podczas II wojny wietnamskiej (z USA). Partia komunistyczna opublikowała deklarację gwarantującą kobietom udział w zatrudnieniu – 35% w ogóle zatrudnionych, 50-70% w szkolnictwie. W administracji państwowej udział kobiet wzrósł do ponad 40%.
Kobiety pojawiły się również na pierwszej linii frontu.

Vietcong

Po zakończeniu wojny władza komunistów ugruntowała się na tyle, że zaakceptowali ekonomię wolnorynkową. W rezultacie rola kobiet nieco obniżyła się, co potwierdza moja relacja na początku tego wpisu.

Życzę im szczerze, aby jak najszybciej uzyskały równe prawa w każdej dziedzinie życia publicznego i prywatnego.

Źródła:
1. Siostry Trung – KLIK.
2. Lady Trieu – KLIK.
3. Kobiety w Wietnamie – KLIK.

Ludzie z cmentarza w Mrągowie

Zacznijmy od petycji (gdy komponuję ten wpis – jest 12 sierpnia, autorka petycji i wpisu dotarła do mnie w dzień po ulokowaniu petycji na stronie petycjeonline.com). Widziałam ten cmentarz kilka lat temu. Jest piękny.

Petycja w sprawie godnej pamięci dla mieszkańców dawnego Sensburga obecnie miasta Mrągowa

Społeczny Komitet Ratowania Cmentarza Ewangelickiego  w Mrągowie
Mrągowo 10.08.2017 r.  

Burmistrz miasta Mrągowo
Szanowna Pani mgr Otolia Siemieniec  

na podstawie uchwały z dnia 11 lipca 2014 r. O petycjach; Dziennik Ustaw 2014; pozycja 1195; wnosimy sprawę godnej pamięci dla mieszkańców dawnego Sensburga.

Konieczne jest ze względów społecznych i religijnych doprowadzenie do sytuacji szanowania grobów na cmentarzu ewangelickim w Mrągowie.  A konkretnie trzeba zrobić wszystko żeby mieszkańcy miasta nie deptali grobów na tym cmentarzu.

Proszę sobie wyobrazić jak czuje się człowiek, który wie, że ktoś spaceruję po grobie jego matki lub ojca.  

Bardzo prosimy o pomoc w tej sprawie.

PODPISUJĄ
Instytut Zdrowia i Hortiterapii, Stowarzyszenie Zielone Dzieci w Mrągowie, Międzynarodowe Stowarzyszenie Miłośników Twórczości Ernsta Wiecherta, Fundacja Dziedzictwo Nasze, Związek Mazurski oraz inne organizacje i osoby za pośrednictwem podpisu online http://www.petycjeonline.com

***

Przysyłając mi petycję autorka napisała:

Jest taka niesamowita historia o matce dziecka, którego nikt nie ratował, bo było niemieckie…
Na cmentarzu wprost pod nogi wyszedł z ziemi krzyż żeliwny mieszkańca Sensburga, właściciela rzeźni.
Jest tam grobowiec rodzinny włoskiej rodziny.
Pochowani tam są burmistrzowie dawnego Sensburga
Grób wdeptany przez lata w ziemię może należeć zarówno do katolików jak i ewangelickiej wiary.

Ten cmentarz przyjmował wszystkich.

Zofia Wojciechowska

Błękit nie przemija – Cmentarz Ewangelicko-Augsburski w Mrągowie.

Pięć zdjęć z pięciuset. Fotografując w kwietniu tego roku ewangelicki cmentarz w Mrągowie uczyłam się historii, złożonej wielokulturowej, czasami  trudnej, otoczonej przyrodą Warmii  i Mazur. Te pięćset ujęć nie oddaje całości owej historii. A pięć? Są próbą dokonania niezwykle trudnego skrótu, a zatem niedoskonałego. Tu wśród syberyjskiej cebulicy spotykają się polski cmentarz, niemiecki  Friedhof obok żydowski kirkut i rosyjskie кладбище oraz włoskie cimitero.

Wielu ludzi, wiele narodowości, wiele konfliktów, wiele dramatów, wiele miłości. Cebulice syberyjskie kwitną na błękitno. Malowniczo położony cmentarz na wzgórzu Jaenike, u stóp wieży Bismarcka jest świadectwem współżycia wielu kultur. Przyroda charakterystyczna dla tego miejsca utrwaliła miniony czas i pamięć o tych, którzy odeszli.

Zarośnięte drzewami i opuszczone cmentarze ewangelickie stały się dziedzictwem wręcz niepożądanym. Społeczny Komitet Ratowania Cmentarza Ewangelickiego (SKRCE) chce zwrócić  uwagę na potrzebę zachowania tego miejsca.  Komitet powstał w kwietniu 2016 roku. Podsumowując półtora roku naszej działalności, możemy powiedzieć, że zmiana następuje sukcesywnie choć stanowczo zbyt powoli…  Wierzyć wprost się nie chce, że w mieście festiwali troska o zachowanie kultury zabytkowego cmentarza może być tak trudna. W tym roku “moje Mrągowo” obchodzi 670-lecie istnienia, to miasto przecież nie powstało na surowym kamieniu po wojnie, lecz ma swoją wielowiekową tradycję sprzed 1945 roku, a jeśli nic nie zrobimy to usankcjonujemy stan zniszczenia zabytkowego cmentarza, miejsca pamięci o dawnych mieszkańcach. Cmentarz popada w ruinę kompletną, znikają ślady życia dawnych mieszkańców. Zamknięto go w 1981 roku, a od 1986 roku wpisano do Rejestru Zabytków Województwa Warmińsko-Mazurskiego. Świat Mazurów wraz z językiem odchodzi nieuchronnie a  przez zapomnienie  doprowadzono do zniszczenia miejsca unikatowego.

Niezwykłe ukształtowanie tarasowe mazurskiej nekropolii zasługuje na uwagę historyków oraz architektów krajobrazu i przyrodników.

Kultura dziedzictwa niechcianego i tak dzieje się przez minione lata. Uważam, że należy się szacunek do kultury zastanej, dla nas dziś szczególnie ważnej, gdyż wrastając w mazurskość odnajdujemy samych siebie, my, Mazurzy XX wieku, jesteśmy stąd od niedawna.

Muzyka i wiersze

Andrzej Rejman i inni

Muzyka Andrzej Rejman, słowa Tadeusz Sadowski

***

Muzyka: Andrzej Rejman, wiersz: Teresa Bogusławska (1929-1945), wykonanie, nagranie i zdjęcie: A. Rejman

***

Music improvised by Mehdi Gholami and Andrzej Rejman, recorded and mixed by Raf Smoliński, video by Piotr Cieślik 2016 Warsaw, location: Quality Studio Warsaw

***

Music by Mehdi Gholami and Andrzej Rejman, artwork by Monika Szambelan Althamer all rights reserved 2013-2016

***

Słowa: Krystyna Wożniak

Boisz się głosu ulicy,
wciśnięta w ścianę chowasz głowę,
fotel i biel obrusa nie wznowią pamięci.

Kiedy rozczesuję Ci włosy,
chowasz kromkę chleba do kieszeni,
mówisz: jestem głodna.

Dzisiaj płakałaś po stracie nieistniejącego psa,
słyszałam, jak rozmawiasz z lalką,
która została pod gruzami stolicy.
Codziennie topnieje twoja twarz.

Nadal nie wiesz, że masz córkę.

Barataria (29) pana Leśmianowa

Wstęp czyli rokowania doroczne. Wyspiarski cykl Barataria zajął już nam ponad pół roku, a i Leśmian, którego rok się w tym roku jubileuszowo zauroczył, kilkakrotnie już w tym roku wkroczył tu krokiem raczym, przyszło więc, co przyjść musiało, by się tematy oba nadobnie w złoty warkocz sezamowy splotły, Sindbada wędrówkę w poszukiwaniu wysp, skarbów i księżniczek przypominając…

I tak dalej…

Cykl baśni o Sindbadzie żerglarzu składa się z siedmiu opowieści i opowieści wstępnej, a jego motywem są, jak pamiętamy (ale czy aby pamiętamy?), intrygi Diabła Morskiego, który zaczarowanymi listami wywodzi Sindbada z domu, prowadzi na statek i każe mu się włóczyć po morzach, gdzie czekają go niezwykłe przygody. Z każdej Sindbad uchodzi cało, mimo iż list Diabła Morskiego przynosi pecha i jemu, i jego towarzyszom, wraca do domu, gdzie czeka na niego stęskniony wuj Tarabuk, poeta płodny acz mało natchniony czyli po prostu grafoman. Dodajmy jeszcze, że pojęcie “dom” ma w baśni Leśmiana znaczenie umowne i oznacza “sto pałaców i sto ogrodów”, które młodzieniec odziedziczył wraz z tysiącem worów złota i tysiącem beczek srebra oraz sczerniałym zębem pradziadka w hebanowej szkatułce.

Niewykluczone, że postać wuja Tarabuka jest prześmiewczą auto-ironią auto-ra. Wuj Tarabuk miał stolik składany, srebrny kałamarz i złote pióro. Z tymi przyborami chodził na brzeg morza, siadał nad brzegiem i, wsłuchany w szumy morskie, pisał swe wiersze.

Pierwsze zaproszenie do przygody brzmiało tak:

Czeka cię bajka senna w zaklętej krainie,
I królewna stęskniona, co z urody słynie,
I skarby i przepychy i dziwy i czary!
Pędź na lotnym okręcie przez morza obszary,
Zwiedzaj wyspy, półwyspy, lądy i przylądki,
I najdalsze zatoki, najskrytsze zakątki,
Zwalczaj wszelkie przeszkody i wszelkie zawady!
Pędź, leć, płyń bez ustanku! Posłuchaj mej rady!
Tego ci życzy, ukłon przesyłając dworski,
Kochający cię szczerze — twój druh

Diabeł Morski

List został napisany na odwrocie jednego z rękopisów wuja Tarabuka, a przyniosła go Latająca Ryba.

Warszawa: Inst. Wyd. “Bibljoteka Polska”, 1936

Bolesław Leśmian, Przygody Sindbada żeglarza wśród wysp dalekich

Przygoda pierwsza czyli o tym jak okręt, którym płynął Sindbad spotkała złowroga Cisza Morska.

Cisza Morska wzrastała, olbrzymiała, napełniając powietrze coraz większa martwotą. Okręt płynął jeszcze, ale coraz zwalniał biegu. Nagle usłyszałem gromadny i radosny krzyk marynarzy:

— Wyspa! Wyspa! spojrzałem przed siebie i rzeczywiście zobaczyłem w pobliżu zieleniejącą na powierzchni morza małą wysepkę. Okręt, ostatnim wysiłkiem żagli pchnięty, zbliżył się do wysepki i zatrzymał się nagle bez ruchu. Nie było nadziei na to, aby popłynął dalej. Cisza Morska znieruchomiła go zupełnie. Musieliśmy więc stać w miejscu i czekać, aż wiatr jakikolwiek nadejdzie. Część załogi, znudzona bezczynnym wyczekiwaniem wiatru na pokładzie, postanowiła przedostać się na wyspę, aby tam spędzić czas wyczekiwania. Kilkunastu marynarzy wysiadło natychmiast i zaroiło się na wyspie. Wysiadłem i ja za ich przykładem, aby zwiedzić wyspę. Po raz pierwszy bowiem w życiu widziałem wyspę na morzu.

Gdy dotknąłem stopą gruntu wyspy, zdziwiony byłem jego miękkością i sprężystością. Miałem wrażenie, że grunt ten jest żywy i że życie w nim nieustannie pulsuje. Przyłożyłem ucho do ziemi i posłyszałem równomierne odgłosy czy też pukania, podobne do bicia serca. Ponieważ marynarze trzymali się z dala ode mnie, więc samotny błądziłem po wyspie. Zaszedłem na sam jej koniec i stanąłem na brzegu. Wyspa była pokryta dziwacznymi wodorostami i krzewami. Niektóre krzewy były tak gęste i wysokie, że z łatwością mogłem się w nich ukryć. Marynarze zaopatrzyli się w chrust, w pale, a nawet belki, których pod dostatkiem było na okręcie. Rozłożyli ognisko, ażeby upiec kartofle. Wkrótce ognisko wybuchło wesołym, błękitnawo-złotym płomieniem, w którym się kędzierzawiły ruchliwe kłęby burego dymu. Ponieważ nie miałem drzewa i nie mogłem ogniska rozłożyć, wyjąłem z kieszeni nóż podróżny i z lekka zanurzyłem go w ziemi, ażeby zbadać dziwny grunt wyspy. Ledwo dotknąłem gruntu ostrzem swego noża, a natychmiast trysnęła mi w twarz krew zimna, lecz purpurowa. Zdziwiło mnie to zjawisko! Przyszedłem do wniosku, iż zapewne niektóre wyspy posiadają grunt krwisty. Tymczasem dym z ogniska buchał coraz gwałtowniej. Chrust i drzewo rozżarzyły się tak, że upał i żar od głowni napełnił Ciszą Morską przejęte i stężałe powietrze. Spojrzałem w stronę ogniska i zauważyłem, że grunt wyspy, jego żarem i płomieniem dotknięty, zaczyna skwierczeć i syczeć boleśnie, jakby go żywcem smażono lub pieczono. I rzeczywiście, zapach smażonej czy też pieczonej ryby napełnił naraz powietrze. Po chwili zauważyłem, że pod wpływem żarów ogniska, cała wyspa zaczyna kurczyć się, poruszać i chwiać się w swoich posadach. Przyłożyłem znów ucho do ziemi i dosłyszałem szybsze i gwałtowniejsze uderzenia zagadkowego serca, podobne tym razem do niespokojnych uderzeń młota o kielnię. Grunt zakołysał się pode mną i usłyszałem nagle głos kapitana, stojącego na przodzie okrętu:
— Co tchu opuścić wyspę! To nie wyspa, lecz grzbiet wieloryba! Cielsko jego pogrąża się w morzu! Utoniecie wszyscy!
Na ten okrzyk kapitana, marynarze w okamgnieniu przedostali się z domniemanej wyspy na okręt. Nagły i niespodziany wicher powiał od północy. Żagle się wzdęły i okręt począł szybko odpływać. Ponieważ byłem na samym końcu olbrzymiego cielska, pokrytego wodorostami, więc nie zdążyłem wraz z tłumem marynarzy dobiec do okrętu. Kilka razy krzyknąłem, wołając o pomoc, ale nikt mnie nie słyszał. Może wicher zagłuszył dźwięki mego głosu, a może marynarze chcieli się mnie pozbyć i udawali, że wołań moich nie słyszą. Kapitana zaś nie było już na pokładzie. Zszedł zapewne do kajuty. Okręt odpływał tak szybko, że po chwili widniał moim oczom jako łódź drobna, mnóstwem żagli białych nadmiernie oskrzydlona. Zostałem sam na rozedrganym i kołyszącym się cielsku wieloryba.

 

Wieloryb-wyspa to znany motyw baśniowy, bodaj czy nie zapoczątkowany przez wielebnego baśniowego średniowiecznego świętego Brendana, a na wyspie-wielorybie byli też pan Maluśkiewicz i Koziołek Matołek. Jest to oczywiście przygoda odwrotna do tego, co zdarzyło się innemu pechowcowi literackiemu, Jonaszowi, który został połknięty przez wieloryba. I nie myślmy, że to bajka. Każdego z nas może kiedyś połknąć wieloryb, każda wyspa skarbów i rozkoszy może się okazać wielorybem i nas utopić.

Wieloryb pogrążył się w morzu, ale Sindbad zdołał uchwycić porzuconą przez marynarzy belkę (Marynarze zaopatrzyli się w chrust, w pale, a nawet belki, których pod dostatkiem było na okręcie. Aczkolwiek, nasuwa się tu niespokojne pytanie, po co znudzeni ciszą morską marynarze zabrali ze sobą belkę, udając się na zwiedzanie wyspy? Ba? Nie ma odpowiedzi.)

Po upiornej nocy sztormowej, którą Sinbad spędził na belce, pojawi się następna wyspa – nieznana, pokryta zielenią drzew olbrzymich. (…) Zaledwo pół godziny ubiegło od czasu, gdy wyspę zobaczyłem, a już dosięgnąłem jej brzegów. Po chwili belka jednym końcem uderzyła o brzeg wyspy. Chwyciłem dłonią za krzew, który ponad brzegiem zwisał, i wypełzłem z morza na wyspę.

Przepiękne konie z rozwianymi grzywami pasły się na morskim brzegu.

O dziwo, nie była to wyspa bezludna.

Uszedłszy sporo kroków, spostrzegłem grotę. We wnętrzu tej groty siedziało kilkunastu ludzi, bogato ubranych. Zauważyli mnie od razu i wybiegli z groty, aby mnie zatrzymać.
— Stój! — zawołał jeden z tych ludzi — skąd idziesz i dokąd?
— Idę wprost z morza — odrzekłem — zaś dokąd idę — nie wiem.

Ludzie ci zaprosili Sindbada do jaskini i ugościli go.

— Jesteśmy masztalerzami króla Miraża, który jest królem tej wyspy oraz wielu wysp okolicznych. Co rok dzień jeden spędzamy na tej wyspie wraz z tysiącem koni królewskich. Gdybyś o dzień jeden się spóźnił, już byś nas nie zastał, gdyż jutro, skoro świt, wracamy do stolicy. Drogi tej wyspy są tak błędne i tajemnicze, że bez naszej pomocy zabłąkałbyś się niechybnie i zginąłbyś z głodu. (…). O trzeciej minut pięć wynurza się z morza na brzeg wyspy Koń Morski i wyprawia na brzegu swe chełpliwe harce, pląsy i skoki. Konie królewskie przyglądają się tym harcom, pląsom i skokom i mimo woli zaczynają je naśladować, nabierając cudownych ruchów. Tym sposobem kształcimy konie królewskie. Lecz Koń Morski, po ukończeniu swych pląsów, harców i skoków, rzuca się na nasze konie, aby je pożreć. Wówczas odstraszamy go krzykiem, przed którym uchodzi z powrotem do morza. Jeśli chcesz przyjrzeć się temu zjawisku, chodź z nami na brzeg wyspy, gdyż natychmiast wszyscy tam idziemy. (…) Był to niezwykły i prawie czarodziejski koń maści zielonej jak fala morska. Miał zielone ślepie, zieloną grzywę, zielony ogon i zielone kopyta. Poruszył chrapami, zgiął szyję w łuk i zaczął harcować, pląsać i podskakiwać tak cudownie, że nie mogłem oczu od niego oderwać. Falowała mu grzywa i falował grzbiet. Zdawało się chwilami, że to fala morska pląsa na brzegu.

Niebezpieczeństwo groziło zresztą nie tylko koniom, ale i samemu Sindbadowi. Masztalerze królewscy powinni go byli zabić, by nigdy nie zdradził tajemnicy cudownego tańca królewskich wierzchowców. Jak to w bajkach bywa – nie uczynili tego. Odprowadzili go do miasta i tam się z nim rozstali. Widok tego miasta napełnił mnie podziwem! opowie potem Sindbad. Bruki, cegły domów, dachy, okna — wszystko było zielone, koloru fali morskiej. Zdawało mi się, że przez szkło zielone na świat spoglądam.

Sindbad dotarł do wielkiego placu, gdzie poddani króla Miraża jak co roku świętowali urodziny księżniczki Piruzy. To już zdarzenie całkowicie w stylu Baratarii, a Sindbad wpisuje się w długą listę mędrków-cwaniaków, którzy stają do zawodów rozwiązywania zagadek, by zdobyć rękę księżniczki, koronę i pół królestwa. Zagadki to starożytna gra o szczęście i, jak na pewno pamiętamy, zawsze źle się kończy. Edyp żeni się z własną matką i wiadomo, co z tego wynika, Hobbit wygrywa pierścień, który i tak już znalazł, i który potem z najwyższym wysiłkiem trzeba będzie zniszczyć w otchłaniach Mordoru, żeby on z kolei nie zniszczył świata. Nie inaczej będzie z Sindbadem, choć wydaje się, że zagadki zostały ułożone tak, by tylko on jeden mógł je rozwiązać.

Pierwsze pytanie:
jaka pogoda pomimo pogody zwiastuje klęski, nieszczęścia i szkody
?
Drugie pytanie:
co to za tancerz, który pląsa po to, by pożreć innych, gdy tańczą z ochotą?
Trzecie pytanie:
kto listy pisze wpośród fal powodzi, i, będąc diabłem, z piekła nie pochodzi?

Podobnie jak Sindbad my już znamy odpowiedzi: cisza morska, koń morski i diabeł morski. Sindbad zdobywa rękę księżniczki, a ta opowiada mu o kolejnej czarodziejskiej wyspie, gdzie mieszka potwór Degial. Księżniczka Piruza okazuje się kobietą rezolutną i emancypowaną. Gdy tylko wyjdzie za mąż i stanie się samodzielna, zamierza skorzystać z czarodziejskiego amuletu i odwiedzić wyspę Degiala, który ukrywa się…

…przed okiem ludzkim i, sam niewidzialny, widzi wszystkich i wszystko dokoła. Nienawidzi ludzi, roślin i zwierząt — kocha tylko muzykę i napełnia powietrze wyspy nieustannym brzmieniem gongów, podobnym do mosiężnego brzmienia wielkich i potężnych dzwonów. Brzmienie to oszałamia ludzi, zwierzęta, a nawet rośliny, i odbiera im przytomność. Jeden z marynarzy, który tę wyspę zwiedził, opowiadał mi, że zastał tam ostatnią nieprzytomną różę i ostatniego zemdlonego ptaka. Zresztą żadne żywe stworzenie istnieć na tej wyspie nie może. Jest pusta, smutna, pokryta skałami i zasłuchana w nieustanne brzmienia gongów.

Sindbad natychmiast, a więc jeszcze przed ślubem, udaje się na wyspę (to już trzecia wyspa podczas tej podróży), która jest dokładnie taka, jak mu to opowiedziała jego piękna narzeczona (czy powiedziałam już, że była piękna?). Wyspa jest nie tylko bezludna ale pozbawiona wszelkiego życia, a z dziwnego ukrycia nie wiadomo gdzie spogląda na przybysza wszystkowidzący potwór. Sindbad go znieważa, potwór z zemsty produkuje identycznego jak on sobowtóra i… oczywiście, wiemy już, to on wróci do stolicy i zostanie mężem księżniczki. Będzie miał też dla niej niezwykły podarunek ślubny – złotą księgę:

— Nie jest to księga zwykła. Przeciwnie — jest to księga niezwykła. Dziwna, najdziwniejsza ze wszystkich ksiąg na świecie. Zapewne ci wiadomo, piękna Piruzo, że z powodu nieustannego brzmienia gongów żadna roślina, żaden zwierz, żaden człowiek nie mógł istnieć na wyspie Degiala. Wszystko tam powoli zamarło. Lecz potężny Degial zamienił w malowidła — oszołomione dźwiękami gongów rośliny, zwierzęta i mieszkańców tej wyspy. Z tych malowideł duch niewidzialny ułożył księgę i przechowywał ją w szczelinie skalnej, jako pamiątkę kwitnącego niegdyś życia i wesela. A wszystko tu żyje i śpiewa i porusza się w tej książce — tylko w zmniejszeniu. Zobaczysz tu zmniejszone drzewa, zmniejszonych ludzi i zmniejszone zwierzęta. Pomimo zmniejszenia życie w tej księdze płynie tak, jak niegdyś płynęło na wyspie. Za zimą idzie wiosna, za wiosną — lato, za latem jesień. Mieszkańcy tej księgi sieją i orzą, i budują nowe pałace, i wyprawiają huczne wesela, i śmieją się, i płaczą, i grzebią swych umarłych, i witają swych nowo narodzonych. Musiałem walczyć z Degialem, aby mu tę księgę odebrać. Walka była straszna i niebezpieczna. Chętnie jednak naraziłem swe życie, byleby tylko przynieść ci w podarku ślubnym tę księgę. Zajrzyj do niej, a zobaczysz, że jest cudowna.

Sobowtór wygrywa. Sroga to kara.

Podobno każda opowieść o Sindbadzie uczy nas czterech mądrości, a ja na razie nauczyłam się tylko jednej: uważaj, bo każda wyspa może się okazać wielorybem. Gdy się głębiej zastanowię, odkrywam jeszcze jedną myśl, choć może jest to myśl ta sama, tylko inaczej wyrażona: W ciągu jednej chwili straciłem wszystko, co zdobyłem też w ciągu chwili jednej. Straciłem Piruzę, straciłem pół królestwa, straciłem koronę, która za kilka godzin miała ozdobić moje czoło!, mówi Sindbad. A więc: uważaj, bo zawsze możesz stracić wszystko, co właśnie zdobyłeś.

A dwie pozostałe mądrości?

Reblog: Trzęsące się pudła i inne opowiadania

Mateusz Skrzyński

Trzęsące się pudła

Padał deszcz. Dzień należał do gęstego tłumu dób na bezrobociu. Kończyła mi się kasa. Starym zwyczajem kursowałem pomiędzy sklepem z piwem – gdzie kupowałem przeterminowane Heinekeny po 0,99 PLN za butelkę – a swoim wynajętym kilkunastometrowym mieszkaniem. W windzie pół ściany przysłaniało lustro.
Patrzyłem na swoją wysączoną z wilgoci twarz. Butelki dzwoniły. Pudło wiozące mnie do góry trzeszczało. Psy pod numerem szóstym i dziewiątym szczekały. Stuknięcia w sufit, puknięcia w ściany, kroki na korytarzu, każdy niespodziewany dźwięk doprowadzał mnie do szaleństwa, więc kursowałem częściej, wpatrywałem się w siebie mocniej, zastanawiając, czy jestem w stanie wypić więcej piwa, niż organizm mógłby znieść. Nigdy się nie udało, dlatego to bezpieczny alkohol dla pisarzy-wariatów. Oczywiście musisz się wcześniej oćwiczyć, ale, jak sądzę, artyści nie mają z tym problemu.
Trzecia rano. Kursuję, ale w kosmosie pomiędzy galaktykami. Dzwoni telefon. Moja matka płacze. Jej nie żyje. Otwieram lodówkę. Pusta, w sensie niezaopatrzona w alkohol. Siadam sobie na stołeczku.
Zaczyna się kompletowanie długiej listy przewinień. Mogłem częściej dzwonić. Mniej się na nią złość. Przeżyła obóz koncentracyjny w Majdanku, straciła sześcioletnie dziecko pod kołami wozu, z uporem kleiła rozchodzącą się w szwach rodzinę. Sam pojechałem na drugi koniec Polski, tylko dlatego, że właśnie tam się znajdował. Miała w sobie wytrzymałość przeciwatomowego schronu, aurę pewnego azylu.
Zapakowałem się w pociąg i dziesięć godzin później zobaczyłem ją w trumnie. W drodze przetrawiłem alkohol, a na miejscu ją pożegnałem. Później śniła mi się ze sto razy, jak wstaje z trumny i mówi: „To pomyłka! Zabierzcie mnie do domu”. Ale tego domu już nie ma. Zamiast niego są szczekające psy, trzęsące się pudła z lustrem w środku, niezaopatrzone lodówki i kolejne odsłony alkoholowego szaleństwa.

Ciche podszepty skrywanych tajemnic

Układało się całkiem nieźle. Miałem pracę, mieszkałem ze swoją przyszłą żoną. Przewidywalna przyszłość zwalniała i miałem jej właśnie wskoczyć na plecy. Pozostawiłem sobie niewielką przestrzeń, gdzie głaskałem i pocieszałem swoją tęsknotę. Zamknąłem niebieskiego ptaszka w klatce, żar obsypałem popiołem. Włóczyłem się trochę wieczorami. Tyle mi wystarczało.
O trzeciej nad ranem Poznań traci na gęstości. Nie tak, jak w małych miastach, ale jest wystarczająco intymnie, żebyś mógł poczuć postapokaliptyczną melancholię. Możesz iść środkiem światła jak ospały niedźwiedź albo w cieniu przemykać się pod ścianami niczym wychudzony kot. Możesz też napotkać przedziwnych ludzi.
Facet mierzył nie więcej niż metr sześćdziesiąt. Krótka broda, długie włosy, na nosie szerokie szkła w plastikowych oprawkach. Niósł na plecach gitarę w twardym futerale. W ręku plastikowa torba z gratami.
– Wiesz może, gdzie jest najbliższy motel? – zapytał.
Wiedziałem, więc mu powiedziałem.
– Stało się to nagle – zaczął. – Dowiedziałem się, że będę jutro grał. Przyjechałem z Wrocławia. Czego się nie robi, żeby wydać własną płytę.
Chwilę szliśmy razem w tę samą stronę. Opowiedział mi jedną z tych wspaniałych historii o nadchodzącej sławie. Jeszcze miesiąc, dwa i własny krążek, za rok cała Polska o nim usłyszy, o biednym chłopaku, którego stary lał, a matka nie brała jego strony, więc uciekł. Od tamtej pory pomieszkuje na squatach i u świętego Alberta.
– Może byś mnie przenocował? – przeszedł do sedna. – Jedna noc na podłodze. Uratowałbyś mi dupę.
Mam poczciwą twarz, ale posiadam też oczy. Staram się nimi patrzeć skutecznie. Znałem, znam nadal, takich chłopaków jak on. Napięcie w oczach, urywane, gwałtowne ruchy, jakby siedziała w nim ledwo ujarzmiona siła, pragnąca rozerwać świat na strzępy. Na pierwszy rzut oka koleś z sercem na dłoni, który zasługuje, żeby wyciągnąć do niego rękę. Wpuszczasz go do mieszkania, a on okopuje się w kącie i zostaje tam na miesiące. Później dowiadujesz się, że uciekł z innego miasta przed zarzutami za molestowanie seksualne albo, że leje swoje kobiety lub przesiedział pięć lat za pobicie ze skutkiem śmiertelnym. Drenuje cię z kasy i energii, podkrada ci szczęście i kotlety z lodówki. Był czas, kiedy myślałem, że mam z takimi chłopakami wiele punktów zbieżnych, ale z czasem zaliczyłem ich do grona niechcianych narośli, do których sam nie należę. Mam dla nich wiele współczucia, ale taka znajomość zawsze kończy się czymś brutalnym i paskudnym.
Podzieliłem się z nim piwem, które niosłem w plecaku. Dwie butelki, połowa dawki na bezsenność. Tyle mogłem mu dać, żeby oddać światu sprawiedliwość, że wszyscy zasługujemy na odrobinę dobra.

Wszechświaty

Nie posiadłeś samotności, jeżeli nie dopadła cię kompletna cisza. Zakonnicy klasztorni składają śluby milczenia (tak mi się przynajmniej wydaje, że ciągle gdzieś można komuś przysiąc zamknięcie mordy do końca życia). Chociaż nie po drodze mi z żadnym kościołem, od czasu do czasu wpadam w te same pułapki, jakie zastawiają na siebie fanatyczni chrześcijanie. Jakie wnioski z tego płyną? Widać mam tak samo nasrane we łbie, jak mają i oni.
Któregoś dnia – niczym się nie wyróżniał, świeciło słońce albo padał deszcz – przyszło do mnie to milczenie i zostało na jakieś trzy miesiące. Nie składałem sobie przyrzeczenia, nie objąłem drzewa, niczego nie obiecałem naturze, ani nie padłem na twarz przed żadną figurą. Przestałem rozmawiać z ludźmi, a że wiodłem wtedy kawałek popierdolonego życia, mogłem sobie na to pozwolić. Schowałem się w malutkiej ciszy w oderwaniu od ludzkości. Cóż to był za czas.
Myłem się trzy razy dziennie, nie dlatego, że czułem się brudny, ale dla zabicia czasu. Chodziłem na siłownię i raz jeden byłem bliski spalenia całego nadmiaru tłuszczu. Owijałem się w koc, odpalałem farelkę, dwa tysiące wat szczęścia, służącego mi do ogrzewania pokoju i odlatywałem, wyobrażając sobie, że leżę na wielkiej rurze ciepłowniczej, gdzieś w fabryce mięsa na kotlety. Ludzie na dole uwijają się, pot cieknie im po dupach, a ja chowam się nad nimi na tej rurze, uciekam przed nieszczęściem.
Ważne rzeczy działy się wtedy we mnie. Miałem się za skorupę pełną wszechświatów, a rozum zachowywałem rozmawiając z samym sobą za pomocą komputera. Trzaskałem niezbyt długie, sprośne i dekadenckie opowiadania, które przepadły tak samo, jak większość tego, co napisałem. Rozprawiałem się ze skrzyńskim pragnącym porzucić różne ważne sprawy na rzecz straceńczego seksu (hehe) i alkoholu. Tworzyłem malutkie piekiełka, opiekałem się tam na ruszcie i wychodziłem z tego soczysty, pachnący i złoty. Kiedy naprawdę dopadnie mnie pisanie, nie ma niczego ponadto. Budzę się w strachu, oblany potem, z oczami jak dwie świecące uliczne latarnie i MUSZĘ pisać. Sprawdzić się. Ulepszyć. Pragnę dostąpić towarzyszącego temu zachwytu oraz – najistotniejszego – uleczenia.
I mam cię tutaj schwytanego w skorupie, a wszechświaty krążą nam wokół strapionych głów. Wachlują, strzepują pot z naszych ogorzałych karków. Odprężające, nieprawdaż?

***

Autor Mateusz Skrzyński
Poezja i proza, a jakże.

W rubryce “O mnie” Mateusz napisał:

Urodziłem się w 1988 roku w Tomaszowie Lubelskim. Studiowałem, a jakże. Mam żonę, kota i rząd pikantnych papryczek na parapecie. Posiadam telefon, komputer i trochę wiary w siebie.

Publikowałem w „Akancie”, „Fabularie”, internetowej „Histerii”, „Helikopterze”, magazynie „Rzeczy”. Moje wiersze jeszcze w tym roku pojawią się w kwartalniku „Migotania” miesięczniku „Odra” oraz w jesiennej „Krytyce literackiej”. Właśnie się rozpędzam.

Jestem otwarty na każdą współpracę. Chciałbyś opublikować moje wiersze? Napisz. Wyślę ci ich całą kupę. Wybierzesz sobie. Chciałbyś wydać mój tomik albo broszurkę? Koniecznie daj znać. Postawię kratę piwa (paniom mogę wino), pogadamy i zostaniemy przyjaciółmi.

Mam też sporo krótkich opowiadań.

Mogę spróbować napisać tekst na życzenie. Nie ma takiej propozycji, którą odrzuciłbym bez wcześniejszego zastanowienia.

Pisz śmiało:   mz.skrzynski(at)gmail.com.

Trykotaże

Poznałyśmy się na spotkaniach KOD w Berlinie. Poznałam wtedy bardzo wielu znakomitych ludzi. O KOD nawet mówić nie warto, ale o ludziach jak najbardziej. Łukasz Szopa, Andrzej Klukowski, Alicja Molenda, Michał Talma-Sutt, Urszula Ptak, Anna Maria Patane, Monika Saczyńska, Danuta Hossain – wszyscy pojawili się tu na blogu dzięki temu, że powstał KOD Berlin. I to są te prawdziwe, trwałe wartości… Ludzie.

Danuta Hossain

Moje robótki na dzisiejsze czasy

 

Bezsilność, bezradność, to jedno z najdotkliwszych do zniesienia uczuć.
Właściwie mam z tym uczuciem już od zawsze problem.
“Takie życie” – można było by rzec i godzić się na stwierdzenie “cóż ja mogę”.

Na którymś z rzędu spotkaniu naszej Grupy KOD Berlin, kiedy to każdy po kolei przedstawiał się nowo przybyłemu i opowiadał o sobie i o ty, co robi, czy może zrobić dla celu w jakim się zbieramy, organizujemy i poswięcamy – ja, przedstawiając się, powiedzialam:
jestem tu z Wami, ale nie jestem intelektualistką, nie mam szerokich znajomosci, w tak niewielkim stopniu mogę się przyczynić do zrealizowania naszego celu, ratowania naszej polskiej demokracji…..
I wtedy usłyszałam odpowiedź:
Nie ważne, co robisz, ważne że jesteś i wspierasz, i pozytywną aurą dodajesz wielu osobom sił do działania i do dążenia w naszym wspólnym celu, obrony traconej demokracji, w naszym kraju.
Poczułam się na swoim miejscu.

Kiedy tylko mogę – jestem, wspieram, demonstruję, piekę pachnące szarlotki, trzymam naszą flagę tak, aby była widoczna pośród tłumów Pulse of Europe, lajkuję, wspieram słowem, upubliczniam posty godne uwagi i rozpowszechniania.
Wiem, że to kropelka w morzu, ale wiem też, że takich kropli jest masa.
Jestem szczęśliwa, że należę właśnie do tej grupy ludzi i że jest ona tak liczna.

Minęły prawie dwa lata rzadów, które niszczą nasz kraj, nasz wizerunek w oczach zagranicy.
Moja bezsilność nie może się rozszerzać. Muszę wierzyć, że razem pokonamy to zło.
Wolność – Rowność – Demokracja na ustach, moich i wszystkich ludzi, nie tylko z mojego kraju, powinna dodawać siły i nadzieje na normalne życie.
Na całym świecie ludzie sprzeciwiają się złu.
Kiedy zobaczyłam tłumy kobiet, protestujących przeciw Trumpowi, w różowych czapeczkach “konfederatkach”, zainspirowałam się tym wydarzeniem i zaczęłam na drutach tworzyć takie czapeczki, aby je móc w razie czego rozdawać.
Potem był wielki protest w Warszawie. Czemu by nie mialy byc biało – czerwone czapeczki?
Zielona czapeczka w obronie puszczy… Rękawiczka biało-czerwona to przezorna mysl o nadchodzącej jesieni…

Ze świata podręcznych 3

Dalszy ciąg piątkowych wpisów o przemocy wobec kobiet w naszych normalnych cywilizowanych europejskich państwach (a nie w Ruandzie czy Iraku). W ubiegły piątek wpis się nie ukazał, a wierni Czytelnicy wiedzą dlaczego – bo “pierwsze piątki miesiąca” to termin wpisów Romka Brodowskiego. Dziś wracam do tematu.

Ewa Maria Slaska

Równouprawnienie kobiet w policji i milicji

Berlin, czerwiec 2009 (Gdańsk, grudzień 1982)

Gdy wezwałam policję, zaskoczyło mnie, że przyszło w sumie aż sześć osób, w tym jedna kobieta. Uświadomiłam sobie, że zapewne jest jakiś przepis, aby w kontaktach policji z obywatelem uczestniczyły również kobiety, bo zgodnie z zamysłem prawo- i pracodawcy ma to zapewnić równość w traktowaniu. Pochodzę z Polski komunistycznej i równość w traktowaniu przez policję (oczywiście: milicję) przerobiłam na własnej skórze. Zostałam zatrzymana w ramach wielkiej akcji zatrzymań i aresztowań, jaką władze zorganizowały w Gdańsku na pożegnanie stanu wojennego czyli w grudniu 1982 roku. Od stycznia stan wojenny, taki jaki znaliśmy przez cały rok 1982, pozostawał wprawdzie nadal w mocy, ale wiele przepisów zostało zawieszonych. Zanim to jednak nastąpiło, zrobiono nam pokazówkę. W ciągu jednej wieczornej akcji w dzień przed Wigilią 1982 zgarnięto 250 osób. Był to przemiły gest, pozwalający zabrać podejrzanych z samego środka życia rodzinnego – ja akurat mieliłam mak na kutię. Przyszło czterech uzbrojonych “panów”. Najpierw zrobili rewizję czyli przewrócili wszystko do góry nogami (zrobili to nieudolnie i nic nie znaleźli, a zapewniam, że było co znaleźć), a potem zabrali mnie i moją maszynę do pisania, bo przecież coś musieli zabrać wraz ze mną. Gdy już miałam za sobą czekanie na twardym krześle w poczekalni pełnej propagandowych plakatów, wstępne przesłuchanie i inne aresztanckie rozrywki, zostałam wysłana na rewizję osobistą, którą przeprowadziły dwie kobiety – milicjantka i lekarka. Nie były specjalnie brutalne, ale nie można też powiedzieć, że były to osoby delikatne w obejściu. Lekarka mnie obsłuchała, zajrzała mi do gardła  i gdzie indziej, i zadała pytanie, czy jestem zdrowa. “Jestem po serii antybiotyków po ostrym zapaleniu oskrzeli”, odpowiedziałam zgodnie z prawdą. “Nadaje się do zatrzymania w areszcie”, podyktowała kobieta-doktor kobiecie-milicjant.
Wszystko było najzupełniej zgodne z prawem i wytycznymi na rzecz równouprawnienia kobiet, a i dbałości o zdrowie obywatela.

Tym razem niemiecka policjantka jeszcze mniej miała ze mną kontaktu niż obie kobiety z aresztu śledczego na Kurkowej w Gdańsku. Nie zadała mi ani jednego pytania, nawet o to, czy jestem zdrowa. A było o co pytać, w końcu włamał się do mnie facet, który powiedział, że przyszedł mnie zabić, spędziłam z nim cztery godziny i sama się go pozbyłam, żeby zadzwonić po policję. “Mogło mi było coś być”, że się tak wyrażę eufeministycznie-gramatycznie. Nikogo to nie interesowało. Faceci mnie przesłuchiwali, a jak nie umiałam od razu zebrać myśli, żeby im (o 6 rano po nieprzespanej nocy!) sprawnie, poprawnie i logicznie odpowiedzieć na pytania (na przykład, skoro włamywacz powiedział, że chce mnie zabić, to dlaczego mnie nie zabił?), poganiali mnie, a jednocześnie wyciągali sobie wnioski, którymi się jednak ze mną nie dzielili. Zanim się dowiem, jakie to były wnioski minie jeszcze sporo czasu i sporo się w tym międzyczasie zdarzy, powiem więc może już teraz, że uznali, iż wszystko co opowiadam, to jedno wielkie łgarstwo, a tak naprawdę pokłóciłam się z młodszym ode mnie kochankiem i teraz na niego z zemsty donoszę…

To może tłumaczy, dlaczego nikt się mną nie przejmował i nikt nie traktował poważnie swoich obowiązków… No ale ja tego nie wiedziałam i bardzo się dziwiłam… Złożyłam więc skargę i po miesiącu dostałam odpowiedź, że instancje kontrolne nie dopatrzyły się żadnych uchybień w sposobie, w jaki policja potraktowała moją sprawę (a wciąż jeszcze nie wiedziałam, co sobie tak naprawdę myśleli policjanci i co zapisali w protokołach).

***

Mrągowo, lipiec 2017

Nie wiemy, co sobie myśleli policjanci, którzy przyjechali do Zosi, dość, że i nią nikt się nie przejmował i nikt nie traktował poważnie swoich obowiązków. Tak dalece, że Zosia złożyła na nich skargę i założyła stronę na facebooku: Mrągowo bez przemocy.

Na tej specjalnie stworzonej – dodam przez mojego młodszego syna – stronie możecie znaleźć szereg porad wynikających z moich osobistych doświadczeń gdy postanowiłam przestać być ofiarą i powiedziałam dość przemocy domowej. (…) Chcemy żyć w mieście ludzi aktywnych, które może być przyjazne dla swoich mieszańców. Wierzę, że razem skutecznie możemy przeciwdziałać nadaktywności sprawców przemocy i z całego serca dziękuję, że jesteście z nami tej samej myśli. Mrągowo to dobre miejsce do życia

Tak ma być, a na razie jest jednak inaczej.

Znane są mi już personalia i stopnie służbowe policjantów, którzy swoim zachowaniem uniemożliwili mi otrzymanie pomocy zagwarantowanej ustawą o przeciwdziałaniu przemocy w rodzinie – w dniu gdy zostałam ofiarą przemocy w moim mieszkaniu uczestniczący w interwencji patrol policji m.in. nie przyjął naszych zeznań, moich i mojej matki, asystował sprawcy przemocy w poszturchiwaniu mnie i penetracji mieszkania, a na koniec razem ze sprawcą zamknął mnie i moją matkę na klucz w domu.

I tylko skąd wziąć pomysł na to aby obronić się przed agresją i przemocą. A jeśli ja mam z tym problem, to pomyślcie, jaką szansę na to ma moja mama, 88-letnia kobieta, niepełnosprawna i nie wychodząca z domu?? Jaką szansę mają kobiety z mniejszych miast niż nasze Mrągowo, a to jest miasto powiatowe. Co mają robić kobiety na wsiach…?
Warto o tym pisać trzeba o tym mówić. Powiedziałam i powiem tyle razy, aż zadziała ustawa, której nie respektują służby do tego powołane.
Bratanek dokonuje stale przemocy w moim domu, a po 17 latach uznaję, że wszyscy tak naprawdę pomagają sprawcy przemocy, uskrzydlając agresora czynią z niego przestępcę a nas – moją rodzinę – zmuszają do przyjęcia nieustannych tłumaczeń, że przecież musimy zrozumieć, że jest mu ciężko, bo on ma dużo problemów – zatem ja się pytam – czy Państwo sądzą, że my nie mamy problemów? Ustawiczne tłumaczenie sprawców pogłębia patologię i nie rozwiązuje problemu – dlaczego tak jest ? Chcemy żyć w mieście ludzi aktywnych i twórczych, mieście wolnym od przemocy…

(…) Złożyłam zawiadomienie do WKP oraz Prokuratury Rejonowej, składałam już zeznania i na moją prośbę otrzymałam protokół z rozmowy z Panią Prokurator, skorzystałam z prawa złożenia formalnej skargi. Myślę, że warto byśmy wszyscy się uczyli, jak egzekwować swoje prawa, po to powstają ustawy, mamy Konstytucję i to od nas zależy, co się będzie działo z naszą wolnością. Nie widzisz – to nie wiesz, nie słyszysz – to nie musisz nic mówić – bo przecież gdy nie ma sprawy nie trzeba nic robić – im właśnie o to chodzi – aby pozostać bezkarnym. Smutne gdy tę postawę reprezentuje policja. I to oni nas mają chronić, proszą o współdziałanie, by przeciwdziałać patologii i znieczulicy.