Szopa w salonie 9

Die deutsche Version – siehe Link ganz unten

Łukasz Szopa

Nigdy więcej wojny?

Ledwo co minął 17 września, 78 rocznica napaści na Polskę i tym rozpoczęcia wojny z naszym krajem. Związku Radzieckiego. Nikogo z Polaków mieszkających w Niemczech (ani z post-Sowietów, bo to nie tylko Rosjanie w owej wojnie brali udział) nie dziwi fakt, iż nikt tego dnia tutaj nie wspomina. Nie ich wojna, nie ich rocznica.

Trochę bardziej dziwi fakt, iż ponad dwa tygodnie temu, 1 września, też mało kto w Niemczech wspiminał rozpoczęcie innej, własnej wojny. Też co prawda z Polską, ale to tak na marginesie. Jakoś albo mnie to ominęło, albo za mało oglądam telewizję i czytam gazety, za mało na miasto wychodzę – nic szczególnego nie zauważyłem. Pewnie coś było i wina moja – jednak na pewno, jeśli jakieś wspomnieniowe akademie czy wykłady były, złożenia wieńców i takie tam – to z pewnością mniej rozreklamowane i mniej prominentne niż obchody tamtej wojny zakończenia – czyli 8 maja (albo i dziewiątego, Niemcy w zależności od pochodzenia geopolitycznego, różnie na to patrzą). No tak, Niemcy najwyraźniej, jeśli już o wojnie mówić muszą, wolą jej koniec, niż początek. I bardzo dobrze, są tutaj najwyraźniej bardziej pouczeni historią niż choćby Rosjanie, Amerykanie czy Izraelczycy.

Jednak od dłuższego czasu mam wrażenie, że Niemcy nie lubią wojny do tego stopnia, że unikają nie tylko rocznic jej rozpoczęcia, ale i – samego słowa. Wiadomo, nie unikają kompletnie, tym mniej w kontekstach historycznych, jednak w odniesieniu do wojen aktualnych, jakoś tego słowa nie lubią.

Wystarczy zerknąć do gazet czy TV-Newsów. Taka Ukraina. Wojna trwa tam – z przerwami, ale jednak – od ponad trzech lat, a Niemcy wolą jednak mówić o tym „Konflikt“ czy „Krise“. No tak, nie ma co udawać, błędne to nie jest, bo sytuacja na Ukrainie to niewątpliwie „konflikt“, i jak najbardziej kraj ten znajduje się w sytuacji kryzysowej.

Ponad dwa lata temu (patrz link na dole do artykułu) zrobiłem małe badanie, może nie całkiem obiektywne, ale na pewno wymowne: na ile w kontekście tego, co dzieje się na Ukrainie, media w danych krajach piszą o tym „konflikt“, „kryzys“, czy właśnie „wojna“. Oto wyniki:

Süddeutsche Zeitung: 383 / 543 / 49

Spiegel Online: > 10 Seiten (stron) / > 10 Seiten / 2 Seiten

ARD: 1640 / 2750 / 72

Der Standard (Österreich): 340 / 670 / 15

NZZ (CH): 5930 / 5250 / 10500

Sputnik-News: 1399 / 2283 / 604

Nowaya Gazeta (Russland): 4 Seiten / 3 Seiten / 6 Seiten

The Moscow Times: 2 Seiten / 3 Seiten / 2 Seiten

Kiyiv Post (Ukraine): 353 / 706 / 508

Daily Telegraph (GB): 520 / 643 / 776

Gazeta Wyborcza (Polen): 1690 / 1546 / 421

CNN.com: 565 / 996 / 862

Global Times China: 690 / 723 / 709

Al Arabija: 23 Seiten / 33 Seiten / 34 Seiten

Der Freitag: 258 / 349 / 36

Wychodzi jasno, że nie tylko Niemcy, ale i Austriacy słowa „wojna“ boją się jak samej wojny. Całkiem inaczej Amerykanie, Brytyjczycy, Arabowie, Chińczycy, a nawet taka Szwajcaria. Co znamienne, nawet tak zaangażowany polski dziennik jak „Gazeta Wyborcza“ o wojnie – podobnie jak Niemcy – niechętnie wspomina.

Czyżby więc działał mechanizm, że im bliżej, tym lepiej siedzieć cicho? I – jak tego nie wypowiemy, to tego nie ma?

A może to – przynajmniej w Niemczech, może i w Austrii – efekt „alianckiej reedukacji“ po roku 1945?

Chyba tak, bo wspominałem już tutaj na blogu o pewnej „zielonej“ Niemce, którą spotkałem w świeżo-powojennym Sarajewie w 1996, która – odwrotnie niż ja – była przerażona obecnością niemieckich wojsk (w ramach pokojowej misji IFOR pod egidą UNO) w Bośni-Hercegowinie. Przerażony z kolei był – również w Bośni – niejeden Niemiec mojego lub podobnego rocznika, gdy opowiadałem nie tylko o kolekcjach zabawkowych żołnierzyków czy czołgów, i wspaniałych piaskownicowych bataliach (im rodzice za żadne skarby takich zabawek by nie kupili), ale i o zabawach na podwórku. Które – właśnie zabawy „w wojnę“ – stanowiły 70% naszego czasu przeznaczonego na zabawę, bijąc szukanie skarbów á la Pan Samochodzik, kopanie w piłę, wyścigi kolarskie, wspinanie się po drzewach, pogrzeby martwych żab, ptaków i kotów, czy wkradanie się do pobliskich Browarów Tyskich. A ja z niemal sadystycznym umiłowaniem relacjonowałem im nasze walki indiańskich plemion (Winnetou, Tecumseh), bitwy ze Szwedami, Rosjanami i Tatarami (tak, cała Trylogia), no i oczywiście serię walk – frontowych czy partyzanckich – rodem z II Wojny Światowej (Czterej Pancerni, Kapitan Kloss, itp). Dla nich takie zabawy były nie do pomyślenia.

Dziwili się więc, jak to możliwe, że ktoś tak „wojennie“ (nie)wychowany, znalazł się dobrowolnie na Bałkanach by jako „peacenik“ starać się o pokój i powojenne pojednanie.

A odpowiedź jest może prosta. Bo jednym wyżej wymienione zabawy, inspirowane książkami i filmami z dzieciństwa, a drugim relacja osoby, która to przeżyła.

Jakoś tak się złożyło, i była to jedna jedyna taka rozmowa, że w wieku chyba 11 czy 12 lat zapytałem dziadka (który miał „szczęście“ być i w Wehrmachcie, i u Andersa), jak to było na tej wojnie, jak się człowiek czuje, czy jest się bohaterem, czy i jak odczuwa się „honor za ojczyznę“, czy to tak jak na filmach?

Dziadek odpowiedział spokojnie i dobitnie, i zostało mi to na zawsze w pamięci: nic takiego nie ma, żadnego honoru, bohaterów, miłości do ojczyzny, nawet nienawiści do wroga. Siedzisz przemoknięty i zziębnięty w okopie, portki masz ze strachu pełne wiadomo czego, i tylko czekasz aż się to wszystko skończy.

I powiedział to człowiek, dla mnie największy autorytet w wielu kwestiach (polityka, literatura, filozofia), który jako cywil ani za okupacji niemieckiej, ani za komuny, nie bał się mówić swojego zdania – również organom państwa, który był odważny (ale i równocześnie rozważny), który był patriotą w sensie mądrym, obywatelskim, chrześcijańskim, humanistycznym.

Dlatego i dziś – gdy widzę chłopców czy to w Polsce, czy w Berlinie, latających ze spluwami po ulicy, nie razi mnie to. Uśmiecham się nawet, gdy zauważam, że czasem to właśnie dzieciaki „antywojennych“, „alternatywno-lewicowych“ rodziców, uwielbiają paradować uzbrojone po zęby w okolicach byłego muru. Dadzą sobie radę.

Nie uśmiecham się, gdy w grę (lecz nie „zabawę“) wchodzą chłopcy więksi, jak polski minister obrony Macierewicz i jego „chłopcy od Obrony Terytorialnej“. Im też się najwyraźniej nudzi, lecz w tym przypadku obawiam się, że życie już ich nic nie nauczy, nie zmieni, że oni rady sobie nie dali – i nie dadzą. Też dlatego, że nie mają już żadnego dziadka, a jeśli go mieli, to może niedokładnie słuchali.

Link do artykułu podobnej treści z „Der Freitag“:

https://www.freitag.de/autoren/lukasz-szopa/die-scheu-vor-dem-gewissen-k-wort


PS od Adminki: Tak się złożyło, że mam, od ponad 20 lat ten sam, numer telefonu komórkowego, złożony z prefiksu i końcówki, pomiędzy którymi ulokował się wyraźnie i rozłożyście (rok, no bo jakżeby inaczej) 1939. Jestem osobą publiczną i nader często dyktuję ten numer i Niemcom, i Polakom: 01 tam tam 1939 tam tam tam. Polacy wszyscy (naprawdę wszyscy) wzdragają się, jak słyszą te cztery cyfry, i prawie zawsze to komentują, Niemcy nie komentują tego nigdy, bo przecież, statystycznie rzecz biorąc, trzy lub cztery osoby w ciągu ponad  20 lat po prostu się nie liczą…

Barataria 34 Leśmian 14 Sindbad 6

Ewa Maria Slaska

Zaklęte krainy

Cel mej podróży jest, powiada Sindbad, jak zawsze, niewiadomy. Jadę tam, dokąd mię wicher poniesie i dokąd skieruje mię wola niepokonanych czarów.

Popłynął tam samiutki, zmuszony do opuszczenia okrętu, w łódce wiosłowej. I, rzecz jasna, wspomina, że płynął tak trzy dni i trzy noce, aż dnia czwartego ukazały mu się brzegi nieznanej wyspy porośniętej bujną roślinnością. Tysiące barwnych ptaków napełniało powietrze swym śpiewem. Pobiegłem wesoło w gęstwę leśną w tej myśli, iż znajdę tam pod dostatkiem owoców, którymi zaspokoję głód i pragnienie. I rzeczywiście, znalazłem mnóstwo kokosów, bananów, drzew chlebowych oraz winogron. Nasyciwszy głód owocami postanowiłem zwiedzić wyspę, aby się przekonać, gdzie jestem.

Aczkolwiek wyspa zrazu jawiła się Sindbadowi jako bezludna, rychło jednak spotkał on nieszczęsnego staruszka. Dziadunio umierał z pragnienia i Sindbad ochoczo przystał na propozycję, by zanieść go do źródła, gdzieby mógł swe pragnienie ugasić. Ruszył dziarsko przed siebie, by jednak po niewczasie dowiedzieć się od swego jeźdźca, że jest li tylko jego wierzchowcem i to raczej krnąbrnym i zbyt powolnym, wierzchowcem, którego staruch zamierza zajeździć na śmierć. Przez dwa dni i dwie noce biegł po wyspie bez wypoczynku i wytchnienia. Nasz przemyślny wędrowiec zdołał jednak upić wstrętnego dziadygę sokiem z winogron zrywanych w biegu. Tak to już jest na tych wyspach magicznych, że nawet w nieszczęściu zaoferują nam pomoc, nawet jeśli miałaby byc tak dziwaczna, jak wino rosnące na krzakach. Sindbad pozbył się natrętnego jeźdźca i uciekł odeń jak najszybciej.

Przebiegając koło gęstwiny nieznanych mi krzewów spostrzegłem ukosem kwiat tak dziwny i niezwykły, żem przystanął zwabiony jego widokiem. Był to kwiat drobny, lecz utkany ze złotego płomienia, który jarzył się tak mocno i rzęsiście, że dłonią przesłoniłem oczy, oślepione cudownym blaskiem.
Zerwałem kwiat ostrożnie, bojąc się, że mię sparzy swym płomiennym kielichem. Przekonałem się jednak, że płomień tego kwiecia wcale nie parzy, lecz nieci swym dotykiem siły żywotne i budzi ze wszelkiej ospałości. Natychmiast opuściło mię znużenie i uczułem się niby ockniony z ciężkiego snu.
Schowałem kwiat w zanadrze, aby go mieć bliżej serca, które pod wpływem jego ciepła zabiło mocniej i radośniej. Zdawało mi się, że wciąż i nieustannie ocykam się z rozmaitych przykrych snów. Pełen tych ocknień pobiegłem dalej.

Czarodziejski kwiat pozwolił Sindbadowi zaprzyjaźnić się z czarodziejskim młodzieńcem.

Sen… we mnie, sen… poza mną, sen… po nade mną! – odpowiedział młodzieniec. – Jestem tym, który nie zaznał na ziemi nic prócz snu. Nadaremnie co rok odwiedzam tę wyspę! Nadaremnie szukam płomiennego kwiecia, którego dotyk obdarza ocknieniem! Sen… w pobliżu, sen… z dala, sen… wokół, sen… wszędy! Oczy moje nigdy dotąd nie widziały jawy – jeno dźwięki i szumy, i szelesty, i głosy dolatują mię z tego świata, który jest rzeczywistością. Na północnym brzegu tej wyspy znajduje się gród zaklęty. Król tego grodu nazywa się Mirakles. Tysiące milionów lat temu Mirakles przybył na tę wyspę bezludną i znużony podróżą położył się na jej brzegu zielonym, aby się snem pokrzepić. Położył się i zasnął. I przyśnił mu się ogród olbrzymi i tysiące poddanych, i piękna królewna Chryzeida, i pałace, i ogrody, i góry, i rzeki, i strumienie, i ptaki, i kwiaty, i drzewa. A cokolwiek śnił w sobie, to poza nim działo się na wyspie i dzieje się dotąd. Nie istnieje naprawdę, jeno dzieje się i dzieje bez końca! Od tysiąca milionów lat król się nie zbudził i wciąż leży na północnym brzegu wyspy i śni swój sen odwieczny. Możesz własnymi oczyma oglądać jego gród olbrzymi i jego poddanych, i piękną królewnę Chryzeidę, i pałace, i ogrody… Wszystko to – wyśnione i znużone snem, i spragnione od wieków gromadnego ocknienia! Wszystko to zniknie bez śladu w chwili, gdy król się obudzi. Wszakże król się obudzić nie może i poddani jego nadaremnie zakłócają jego sen wielmożny głośną skargą i lamentem! Oczy ich są błękitne i ślepe jak moje. Nie widzą nic prócz wyśnionych przez króla przedmiotów. Nie widzą nic, tylko słyszą… I znużeni są wieczną ślepotą, i zmęczeni są wiecznym nasłuchiwaniem szumów, szelestów i odgłosów. Trzy tysiące lat temu królewna Chryzeida posłyszała szelest płomiennego kwiecia, które rośnie na tej wyspie, a którego dotyk budzi z najcięższych snów. Od owego czasu ja, poddany króla Miraklesa i ulubiony paź królewny Chryzeidy, co rok udaję się w głąb wyspy, aby błądzić po omacku i szukać zbawiennego kwiecia. Lecz poszukiwania moje pełzną na niczym. O, kiedyż nareszcie obudzi się Mirakles! O, kiedyż nareszcie my – jego poddani – odpoczniemy od jego odwiecznych snów i rozwiejemy się w nic, jak czynią sny innych ludzi!

Sindbad i młodzieniec podążyli czym prędzej do błękitnych ogrodów króla Miraklesa, błękitnych, bo sen króla był wyłącznie błękitny.

Oczywiście nie mogę tu nie przerwać tej bajecznej opowieści i nie powiedzieć, że błękitny ogród to niewątpliwie “mój” zaczarowany ogród, bo błękit to moim zdaniem najbardziej czarodziejski kolor na świecie. Zaczarowany kwiat romantyków, Novalisa, Eichendorfera – chaber, jest też błękitny.

Królewna Chryzeida okazała się (oczywiscie) zjawiskową pięknością. Sindbad, jak zwykle, gotowy zakochać się w pięknej buzi, zaczął się nawet wahać, czy w ogóle chce budzić króla z jego odwiecznego snu, ale królewna, aczkolwiek tylko mara senna, okazała niezłomną wolę.

Królewna zwiewnym krokiem pobiegła naprzód, wlokąc mię za rękę, której nie wypuszczała ze swej dłoni. Tłum falując błękitnymi szatami sunął w ślad za nią i za mną.
Dotarliśmy do północnego brzegu wyspy. Na brzegu owym leżał pogrążony we śnie król Mirakles. Był tak olbrzymi, że robił wrażenie żywego wzgórza, które przez sen poruszało się z lekka od westchnień. Tłumy przezeń wyśnione wzdychały, gdy wzdychał – przecierały oczy, gdy on je dłonią przecierał – płakały, gdy on przez sen płakał.
– Wyjmij kwiat z zanadrza! – rzekła królewna. Wyjąłem kwiat, który płomieni! się na swej łodydze.
– Zbliż się do króla! – rzekła znowu królewna.
– Zbudź go!… Zbudź go!… Zbudź go!… – zawołały tłumy. (…)

Pośpiesznie oddaliłem się od ocknionego olbrzyma, gdyż właśnie spostrzegłem okręt, który płynął tuż koło brzegu. Dałem znak dłonią i okręt zatrzymał się natychmiast.

Wbiegłem szybko na pokład i poradziłem kapitanowi, aby niezwłocznie odbił od brzegu, bałem się bowiem olbrzymiego króla. Odpłynęliśmy już dość daleko, gdym posłyszał nagle głos króla Miraklesa, który znowu mówił sam do siebie:

– Położę się na brzegu swej wyspy i zasnę innym snem. Po śnie błękitnym chcę mieć sen purpurowy!

Król Mirakles ziewnął i znowu położył się na brzegu wyspy. Zapewne zasnął natychmiast, gdyż z pokładu okrętu i ja, i kapitan, i marynarze ujrzeliśmy nagle, że na wyspie powstaje kolejno i stopniowo cudowny gród, pełen purpurowych pałaców, purpurowych drzew i kwiatów, i ptaków. Po chwili gród ten zapełnił się ludnością w purpurowych szatach i zdawało mi się, żem wyróżnił wśród tłumów nowopowstałą królewnę równie piękną jak znikniona Chryzeida.

Nie sądzę, by Wes Anderson kręcąc kultowy The Darjeeling Limited przeczytał uprzednio szósty rozdział Sindbada, a przecież gdy zaczyna się przygoda trzech szalonych braci, wsiadają oni do pociągu, w którym wszystko jest błękitne, również strój księżniczki/stewardessy, gdy przygoda się kończy – pojawia się pociąg, w którym wszystko jest purpurowe.

Wspomnienia o mojej Mamie (3)

Janina Kowalska

Tenis i okulary

Rodzice moi przez szereg lat grali w Klubie Legia w Warszawie w tenisa. Mieli swojego trenera i w okresie wiosny, lata i wczesnej jesieni po pracy popołudniami trenowali. Ojciec był nawet przez jakiś czas prezesem sekcji tenisa w klubie. Oboje nauczyli się dobrze grać, ojciec grał skutecznie, ale, jak mówiono, nieładnie. Natomiast mama grała ładnie i efektownie, trener bardzo ją chwalił, ale było jedno ale… mama zawsze była krótkowidzem i piłeczkę widziała w ostatniej chwili. Trener powiedzial kiedyś: “gra pani tak dobrze, że może pani być mistrzynią Polski, ale musi pani grać w okularach, żeby dobrze i z daleka widzieć piłeczkę”. Halszka nigdy nie nosiła okularów i była do nich nastawiona negatywnie. Kiedy chciała coś dobrze zobaczyć, mrużyła oczy i to jej wystarczało. Teraz jednak stawką było mistrzostwo Polski. Ojciec zaprowadził mamę do dobrego okulisty, ten zbadał oczy i zapisał szkła korekcyjne. Zrobiono okulary, w kórych Halszka dobrze się poruszała po mieszkaniu, ale na ulicę nie chciała w nich wychodzić, mowiła, że się czuje niepewnie. Było lato i rodzice wybierali się na urlop. Ojciec zaproponował, że w czasie urlopu nauczy mamę chodzić w okularach.

Nie pamiętam, dokąd wyjechali, ale ojciec po powrocie opowiadał, że gdy mama wkładała okulary, cały czas szła “uwieszona” jego ramienia i nie przeszła ani kroku sama. Nic z chodzenia w okularach nie wyszlo, no więc nie wyszło nic z mistrzowskiej gry w tenisa.

Wiele, wiele lat później, po wojnie, mama zachorowala na cukrzycę, co sprawiło, że wzrok jej się pogorszył. Chodziła po domu w okularach, ale wychodząc z domu zdejmowała je. Wiadomo, że cukrzyca bardzo szkodzi oczom i następuje progresywne pogarszanie się wzroku. Po kilku latach choroby mama miała już ponad 50% utraty wzroku. Ponieważ w domu zawsze nosiła okulary, nikt z domowników nie zauważył, kiedy zaczęła je nosić i na ulicy, natomiast nadal nie umiała schodzić po schodach w okularach. Schodziła bardzo ostrożnie ze schodów, a na ulicy zakładała okulary. Chodziła już wtedy z laską i może laska dawała jej pewność chodzenia i ułatwiała noszenie okularów.

Dobieranie okularów do wady wzroku też się zmieniło od lat 20 do 60 ubiegłego wieku i to też mogło mieć wpływ na to, że w końcu jednak mama zaakceptowała okulary.


Uwaga od Adminki: wnuczka Halszki twierdzi, że Babcia nie nosiła okularów, bo były nietwarzowe i dlatego w ogóle nie mamy zdjęć Babci w okularach. Znalazła jednak zdjęcie Babci tenisistki. Babcia to ta wysoka młoda kobieta po prawej.

 

Miesiąc temu w Kalwarii Zebrzydowskiej

Elżbieta Kargol

Wakacyjne podróże

Pakuję do plecaka kilka zerwanych w Lachowicach ziół: miętę, wrotycz, nawłoć i dziurawiec. Wiążę gumką, bo nie mam lipowego łyka. Przyzwalam na to, że się poduszą, połamią i zwiędną, ale nie o to przecież chodzi, swojej mocy nie stracą. Dziś 15 sierpnia: święto Matki Boskiej Zielnej, w kalendarzu kościoła katolickiego jest dniem Wniebowzięcia Najświętszej Marii Panny, w kościołach wschodnich to święto obchodzone jest dwa tygodnie później i ma inną nazwę: Zaśnięcia Bogurodzicy.

Pamiętam jak babcia, osoba głęboko wierząca, opowiadała mi, jak to po śmierci Marii apostołowie nie znaleźli w jej grobie ciała, tylko same kwiaty, zioła i kłosy zbóż. Od babci też wiem, że w tym zielnym bukiecie, przygotowanym do poświęcenia, nie powinno być roślin pastewnych: wyki, łubinu, koniczyny, lucerny – być może dlatego, że nie jedli ich ludzie.

Te sierpniowe zioła według tradycji po poświęceniu zyskują moc wręcz magiczną. Będą nas chroniły przed burzami piorunami i gradobiciem przed chorobami i wszelkimi innymi nieszczęściami.

Ksiądz wygłaszający kazanie mówi coś o związku Matki Boskiej Zielnej z porami roku, że połowa sierpnia to czas zbiorów, pierwszych dożynek i dlatego w tym dniu święci się kwiaty, zboża, zioła i warzywa.

Nie wspomina nic o pogańskich wierzeniach staropolskich, o Marzannie – Zbożowej Matce, nazwanej przez Jana Długosza Dziewanną, o rzymskiej bogini Dianie, której wniebowzięcie starożytni Rzymianie obchodzili też 15 sierpnia.

Dojeżdżam busem do Suchej Beskidzkiej i wsiadam do pociągu w kierunku Krakowa, pojadę nową wyremontowaną trasą, choć w dalszym ciągu jednym z odgałęzień kolei transwersalnej z 1884 roku łączącej Kraków z Wiedniem, przez prawie 400-metrowy most w Zembrzycach nad Skawą i nad zalewem wodnym w Świnnej Porębie, skąd roztacza się malowniczy widok na sierpniowy Beskid Makowski.

Pociąg wije się zakosami wśród pól i lasów, wzgórz i pagórków, co po chwila gwiżdże i trąbi. Ponieważ dróżki kalwaryjskie są po obu stronach torów, musi często zwalniać przed przejazdami. Z okna widzę i słyszę grupy pątników chcące przejść z jednej strony torów na drugą, od jednej kaplicy do drugiej.

Zbliżamy się do Kalwarii.

Łacińska Calvaria, po hebrajsku Golgota czyli czaszka utożsamiana jest ze wzgórzem w pobliżu Jerozolimy na którym dokonywano egzekucji skazańców.

Na wzniesieniu, według przesłania religii katolickiej, ukrzyżowano Jezusa Chrystusa, który przed śmiercią przeszedł Drogę Męki Pańskiej, niosąc krzyż od pretorium Piłata do miejsca śmierci.

Kalwaria Zebrzydowska, usytuowana jest w malowniczym Pogórzu Makowskim, w kotlinie rzeki Skawinki u stóp góry Żar i Lanckoronskiej Góry. Sanktuarium pasyjno-maryjne w Kalwarii Zebrzydowskiej jest jedną z najstarszych i największych w Europie kalwarii, jako jedyna kalwaria na świecie, wpisana na listę światowego dziedzictwa UNESCO, jest miejscem kultu Męki Pańskiej i kultu maryjnego, miejscem świętym nie tylko od święta, które przyciąga wierzących i agnostyków, ciekawskich i pielgrzymów, żebraków, kalekich, zdrowych i chorych, świętych i nieświętych, wszystkich.

Początki sanktuarium w Kalwarii Zebrzydowskiej sięgają roku 1600. Fundatorem jej był Mikołaj Zebrzydowski potem jego synowie Jan i Michał, a później rodzina Czartoryskich. Mikołaj Zebrzydowski był zafascynowany powstawaniem w Europie średniowiecznych wzorowanych na Jerozolimie przestrzennych sanktuariów pasyjnych zwanych Kalwariami, a ponieważ dostrzegł w swoich dobrach rozpostartych między Lanckoroną a Żarem znaczne podobieństwo do Jerozolimy postanowił upamiętnić stacje Męki Pańskiej.

Pierwszą kaplicą, która powstała według jerozolimskiej kaplicy św Krzyża była kaplica Ukrzyżowania Jezusa, potem zbudowano jego grób, Wzgórze Żarek zamieniło się w Golgotę, wzniesienie przy kaplicy domu Kajfasza stało się górą Syjon, rzeka Skawinka Cedronem.

Mikołaj Zebrzydowski podpisał też specjalny dokument, który uczynił Zakon Braci Mniejszych czyli Bernardynów opiekunami sanktuarium w Kalwarii.

Przed bramą wjazdową na dziedziniec klasztoru przystojni, młodzi Bernardyni na dużym fotobanerze promują swój zakon, zachęcając płeć męską do wstąpienia w ich szeregi.

Dziadkowie moi z kilkuletnim wtedy ojcem i jego starszym i młodszym rodzeństwem wyruszali pieszo z Lachowic w Wielki Czwartek, żeby dojść przez Mucharz na wielkopiątkowe Misterium Męki Pańskiej do Kalwarii. Szli polami miedzami, potokami, często boso lub wymieniając między rodzeństwem jedną parę butów. 

Mnie nigdy takie ekstremalne pielgrzymki nie pociągały. Zresztą nie uczestniczyłam w żadnej. Z dworca kolejowego w Kalwarii Zebrzydowskiej jest dość spory kawałek do przejścia, cały czas pod górę, mnie to wystarczy.

Jest ciepło, wszyscy z bukietami niczym z kwiaciarni, więc na razie nie wyciągam tych moich zeschniętych badyli.

Idę, coraz więcej ludzi, grup, pielgrzymek, turystów i wszędobylskiej, wszechobecnej komercji, jarmarcznej tandety, kiczu, koników bujanych, cukrowej waty i z piernika chaty, obok dewocjonalia rodem z Chin (nie obrażając Chińczyków) przeplatanych pistolecikami,wiatrówkami a zamiast ołowianych żołnierzyków, plastikowe, metalowe, na baterie czołgające się i strzelające. O tempora, o mores! Dzisiaj jest przecież nie tylko odpust Matki Boskiej Kalwaryjskiej, ale też Święto Wojska Polskiego!

Festyn różności i próżności, gdzie nie może zabraknąć Dziadów Kalwaryjskich. To o nich ojciec opowiadał historie mrożące krew w żyłach. Ci żebracy lub często udający żebraków umiejętnie podwijali nogi lub ręce przywiązując w to miejsce kawały surowego krwistego mięsa, czym wzbudzali ogólny strach, żal i litość.

Kalwarię odkryłam i zobaczyłam i przeżyłam dla siebie będąc już w wieku średnim, towarzysząc ojcu w kolejnej jego podróży do sanktuarium. Do dziś przyjeżdżam tu chętnie. Lubię to miejsce, nie irytują mnie tłumy ludzi, ani pomieszanie sacrum i profanum, to przecież element misterium.

 

Z daleka widzę już figury franciszkańskich świętych, którzy pilnują klasztoru, poznaję Świętego Antoniego z lilią w ręce, a na Placu Rajskim wypatruję kolumny ze świętym Franciszkiem. Nie mogę się nigdy doliczyć tych 11 wież, o których opowiadał dziadek, mnie zawsze wychodzi 7 lub 8.

(Jest i Droga św. Jakuba – dopisała Adminka)

Nigdy nie przeszłam całości dróżek Maryjnych i Chrystusowych, choć myślę, że ciągle jeszcze to przede mną. Nie uczestniczyłam w obrzędzie pogrzebu Matki Boskiej ani w Misterium Męki Pańskiej. Zawsze przyjeżdżałam już po fakcie, gdy łotrzy schodzą z Golgoty wesoło śmiejąc się i gawędząc z Jezusem i sprawdzają najnowsze wpisy na smartfonach. 

Następna msza o 13, a więc zdążę się pomodlić przed obrazem Matki Boskiej Kalwaryjskiej, kupić medalik dla wnuczki, wrzucić pieniążek do fontanny Świętego Franciszka, zdążę jeszcze na Golgotę i do pustelni Świętej Heleny i wpiszę tam różne moje prośby.

Do kościoła nie mogę się już dopchać, więc siadam przy jednym z wielu pustych konfesjonałów w podcieniach Placu Rajskiego. Kazanie jest nieciekawe. Może to tylko wina nagłośnienia i bodźców zewnętrznych albo wina bylejakości mojej wiary, która pozwala mi być uczestnikiem i obserwatorem. Relatywizm moralny naciągam do swoich potrzeb i swojego w sumienia, usprawiedliwia mnie on i rozgrzesza i pozwala mi w pełni uczestniczyć w Eucharystii.

W końcu wyciągam moje zioła po przejściach. Tylko te poświęcone nabiorą cudownej mocy. Te mniejsze zasuszę potem w „Księgach Jakubowych“, a z większymi obejdę trzy razy chałupę dookoła i powieszę na drzwiach, żeby strzegły domostwa do kolejnych wakacji, chyba w październiku, w kolejnym miesiącu maryjnym.

Z Kalwarii blisko do Lanckorony, o której śpiewa Grechuta, do Wadowic, do Stryszowa z jego XVII-wiecznym dworem. Ja wracam do Lachowic, by następnego dnia pojechać do dużo mniejszego sanktuarium w dużo większych górach: na Wiktorówki do Matki Boskiej Jaworzyńskiej.

Przenikanie życia i książek

Ewa Maria Slaska

Krajobraz po bitwie

To kolejny wpis o niczym, nawet nie o liczbie 40, co było przynajmniej tematem tego posta, ale bardzo się z tym swoim poprzednikiem sprzed ponad roku wiąże. Zastanawia mnie, że to już ponad rok temu pisałam tam, że “teraz” zajmują mnie Mongołowie, Mongołowie i Tatarzy. Czyli jakie “teraz”, skoro w moich zainteresowaniach nie posunęłam się ani o krok do przodu? Niczego przez ten rok nie zrobiłam, nie pojawił mi się nawet cień zarysu pomysłu na to, jak mogłaby wyglądać książka o “moich Tatarach”. Nie wiem, jak robią to “normalni” pisarze, jakim cudem udaje się im w jakimś sensownym czasie napisać kolejną powieść. Ja się noszę z tematem latami, zbieram materiały i myśli, notuję w zeszytach i w komputerze, zaczynam, przerywam, sprawdzam, zapominam, czytam. Powstają kolejne wersje, a ja, fanatyczny niszczyciel wersji nieaktualnych, czyszczę pole po raz siódmy, dwunasty, trzydziesty trzeci i czterdziesty. Do niczego, co było, nie można wrócić, bo po moim przejściu trawa nie porośnie, jak po Tatarach, ale też jak po potwornych walkach wszystkich innych wojen, a tej Pierwszej zwanej Wielką może najbardziej…

ypern-18-en-pioniere-DW-Kultur-Ypern-jpg

Ypern, po trzeciej bitwie pozycyjnej na polach Flandrii (fotograf nieznany)

Przejmują mnie te zniszczone krajobrazy, te ruiny miast, te pogorzeliska. Natura zawsze wraca tam, skąd wygonili ją ludzie, dziś w tym miejscu jest piękna zielona trawa, jak to we Flandrii, to przecież kraj najpiękniejszej zieleni w Europie…


Foto Klodien 2014

Miałam pisać o czymś innym, o Żydach i Tatarach, i o książkach, a jednak w ciągu pół godziny pisania dotarłam tu, na cmentarz Bard Hütte Friedhof von Ypern. Sprawdzam z niedowierzaniem, jak to zrobiłam… Tatarzy, spalona ziemia, trawa nie porośnie. Ale porośnie, oczywiście. Kiedyś porośnie.


Panieńska Góra koło Dwikoz, foto Jarosław Kubalski. Tytuł galerii: Tatarzy panny tam mordowali. Trawa rośnie włosowata i powabna

Niewiele więc zrobiłam w sprawie tatarskiej książki, ale ponieważ skończyłam pisanie książki żydowskiej (ukaże się w październiku tego roku), a coś we mnie domaga się głosem wielkim książki o Tatarach, oko wychwytuje Tatarów. Czytam jedną z czarnych książek (wyjaśnienie TU). Konwicki Rzeka podziemna, podziemne ptaki. Wydanie Wydawnictwa Alfa z roku 1989, były jednak dwa wcześniejsze – Krąg, Warszawa 1984 i Aneks, Londyn 1985.  Pierwszy obieg, drugi, trzeci. To ważne. Pasuje ta książka na moją czarną półkę. Portal lubimyczytać.pl pisze, że to chyba najczarniejsza powieść Konwickiego – o stanie wojennym.

Ale w domu czytam van Gulika, jedną z moich ulubionych opowieści o Sędzim Di. Pei-Tscho to miasto na północy Chin. W polskim tłumaczeniu nazywa się Bei Zhou. W czasach dynastii Tang (630-700) gdzieś tu przebiegała granica między cywilizacją a barbarzyństwem. Trzysta mil od miasta stacjonuje wielka armia chińska, której zadaniem jest nie dopuścić barbarzyńców w granice Cesarstwa, ale kiedyś to tu mieszkali barbarzyńcy, a Chińczycy ich wypchnęli na północ. Tam, za obozem zaczyna się Wielki Step, matecznik wszystkich najeźdźców zmierzających do Europy, do Indii, do Chin, od Ariów i Hunów po Mongołów, Słowian i Armię Sowiecką. To dziedziny Tatarów, pustynia Tatarów. Tatarzy są też w mieście, gdzieś pojawia się tatarska garkuchnia, gdzieś tatarska, szamańska magia, morderca boksera to młody tatarski chłopak, boksera otruto tatarską trucizną. W mieście jest zimno, wszyscy marzną, grzeją się przy koszach pełnych rozżarzonych węgli. Tao Gan, jeden z asystentów Sędziego marznie mniej niż reszta, bo ubiera się na modłę tatarską w kaftan ze skór koźlich. Jest zdania, że ta szmatława okryjbida lepiej grzeje niż wszelkie kosztowne szuby.

Rozmyślam przy tej okazji o naszych polskich kożuchach, po które moje pokolenie namiętnie jeździło do Nowego Targu. Dziewczyny nosiły jednak raczej kożuszki, kożuch to była męska sprawa. Nigdy nie pojechałam po kożuszek do Nowego Targu, kroiłam się już na wegetariankę, nie lubiłam mięsa i nie chciałam nosić takiej masy martwego zwierzęcia na grzbiecie. Wtedy to jeszcze mało komu przeszkadzało, ani kożuch, ani futro, nawet karakuły, a zimą wszyscy nosili ogromne czapy ze srebrnego lisa. Jechałam kiedyś tramwajem, zaczytana, niezbyt obecna. Tramwaj szarpnął, podniosłam głowę i zobaczyłam nad sobą stado wielkich, napuszonych srebrnych lisów zwiniętych w kłębki czy może raczej w kłęby. Może się odechcieć na zawsze.

Ta polska miłość do lisich czap – żydowskie to? Do kożuchów i kożuszków – tatarskie? Kozackie?

Ten kożuch bez przeszkód przepływa z opowieści o Chinach w VII wieku naszej ery do pierwszego dnia stanu wojennego w Warszawie. Bohater, Siódmy, budzi się w nocy…

Krótką chwilę walili butami w drzwi. Echo leciało przez wszystkie piętra odbijając się od ścian pokrytych szrenią. Któryś z nich krzyczał, powtarzał płaczliwym głosem jakiś wyuczony rozkaz albo zaklęcie. Wreszcie zajęczała rozdzierająco futryna, poczęły pękać deski drzwi.

Siódmy czekał na tę chwilę od wielu dni. Tak ją sobie właśnie wyobrażał albo może pamiętał z dzieciństwa. Kiedyś ją widział lub usłyszał w opowieści brata, który nie żył już od wielu lat, tak długo nie żył, że w ogóle może nigdy nie żył.

Siódmy odrzucił koce, nie zapalając światła wymacał stopami przygotowane buty, buty jak do więzienia, jak na zesłanie, mocne, o grubej zelówce, z cholewami. Obok butów na podłodze leżał kożuch i ta torba do dalekiej podróży. Na kożuchu spał kot. Nie chciał zejść, jak zwykle, z ulubionego miejsca, czepiał się pazurami kłaków kożucha i grubego swetra na piersiach Siódmego.

(…) Siódmy zobaczył nagle w oszklonej witrynie sklepiku bieliźniarskiego mężczyznę w baranicy z podniesionym kołnierzem. Patrzył przez chwilę na tę nieruchomą postać. To przecież ja, pomyślał. To ja, uciekinier.

Człowiek w kożuchu grzejący się przy prowizorycznym piecu, koksowniku, ognisku, kozie, koszu węgli swobodnie przechodzi między książkami.

Na placu stały transportery opancerzone, kręcili się żołnierze w rosyjskich czapkach zimowych, ale z orzełkami, jakieś skulone cienie grzały się przy prowizorycznym ognisku rozpalonym niedaleko pomniczka. Grzechocząc gąsienicami żywy czołg wlókł na żelaznym drągu martwy czołg. Lecz pod tym gwarem motorów była martwa cisza miasta, które spało albo udawało, że śpi.

Trzej przyboczni sędziego Di siedzieli w strażnicy, dookoła
płonącej na kamiennej podłodze kłody drewna, w milczeniu
wpatrywali się w ogień. (…) Sprawcie, Niebiosa, powiedział Ma Joong, bym już nie musiał oglądać tego wytartego kaftana!
– Przenicuję go, gdy już będziemy w stolicy! – spokojnie
odparł Tao Gan.

Mężczyźni w kożuchach grzeją się przy ogniu. Może myślą o kobietach, Siódmy o Tatarce czy Karaimce, która była jego pierwszą miłością, tak dawną, że on już o niej nie pamięta, ale ona nie zapomniała. Przyboczni Sędziego Di myślą o atrakcyjnej młodej kobiecie i o tym, że zabiła ich przyjaciela, boksera Lan – to wdowa Lu, półkrwi Tatarka, dzika i dumna, która, przebrana za tatarskiego chłopaka, weszła do łaźni. Jakże to jednak chińskie, że tatarska trucizna, którą kobieta wrzuciła mistrzowi do herbaty została włożona do kwiatu jaśminu.

Czy muszę dodawać, że właśnie przyszła koleżanka i pijemy jaśminową herbatę w chińskiej biało-niebieskiej porcelanie? Nie, zapewne nie muszę, cóż w tym zresztą dziwnego? Gorzej, że wychodzę z domu, będę dość długo jechała metrem, zabieram do czytania Konwickiego. I gdy czytam…

Siódmy wgramolił się do wozu, oparł zdrowe biodro o kanapkę pokrytą dermą i tak zamarł z wyciągniętymi sztywno nogami.
– Tylko nie zapomnijcie gdzieś torby – upominał agent, podając sierżantowi zdobycz.
Sierżant z kolegą wskoczyli do wnętrza, zasunęli blaszane drzwi. Sierżant stuknął w druciane okno, za którym widać było plecy kierowcy.
– Do szpitala. Na dyżur – zadysponował.

… słyszę jękliwy głos, który mówi to samo po niemiecku, bitte, helfen Sie mir, ich habe Schmerzen, ich muss ins Krankenhaus… Nie muszę nawet patrzeć, wiem, to ten sam żebrak, którego już kiedyś spotkałam w metrze, Turek, wyglądający jak Żyd z getta warszawskiego, chodzi zgięty w pół, patrzy człowiekowi z dołu prosto w oczy i żebrze jękliwym głosem. Już przez niego kiedyś płakałam, bo wszedł w moje myśli, gdy czytałam w metrze książkę o śmierci w getcie kogoś, kogo nigdy nie znałam, ale kto jest mi bardzo bliski, a wtedy ten Turek… I teraz też ten Turek… daję mu wszystkie pieniądze, jakie mam, nie jest tego dużo, nigdy nie mam przy sobie dużo, i patrzę na tego Turka, który idzie do szpitala, tak jak Siódmy z powieści Konwickiego, Turka, który wygląda jak Żyd, i przypominam sobie, że Tatarzy to wcale nie jest lud mongolski tylko turecki…

***
PS1. “Zupełnie przypadkiem” nagrywałyśmy dziś z Joasią Ratajczak (“piękna Polka w Berlinie”) audycję o tym, kto, kiedy i dlaczego daje (lub nie daje) w Berlinie jałmużnę żebrakom. Jeden z naszych rozmówców powiedział, że Polacy dają znacznie rzadziej i skąpiej niż Niemcy i niż cudzoziemcy. “Jestem dla nich niewidzialny”, skomentował. Sami Polacy są przekonani, że dają dużo i hojniej niż reszta świata.

PS2. Zdarzyło się też przedziwne przenikanie pomiędzy Konwickim a Jaqueline  Susan. Ktoś mógłby zapytać, co mogą mieć ze sobą wspólnego powieścidło amerykańskie wydane w roku 1969, a traktujące o Stanach w latach 50, i polska powieść polityczna z roku 1984. Ale okazuje się, że i tu zdarzają się przetoki i synapsy. W obu książkach bohaterowie, uprawiający seks wszędzie i z kim popadnie, trafiają na przepiękną kobietę, która, co okazuje się jednak dopiero po stosunku, jest zoperowanym mężczyzną. Obie kobiety płaczą, bo czują, że trafiły na wspaniałego mężczyznę, którego mogłyby pokochać na całe życie, ale nic z tego, bo ten, kogo pokochały i tak nie zechce takiej “odmieńczyni”…
Nie znam się na tym, ale podobieństwo tych dwóch tekstów daje do myślenia, nie dlatego bym sądziła, że to prawda, skoro pisze o niej dwoje pisarzy z innych światów. Zaskoczyło mnie, bo oba teksty wydały mi się przede wszystkim pobożnym życzeniem, jakąś męską fantasmagorią o tym, że jestem tak wspaniały, iż transseksualna kobieta uległa memu męskiemu czarowi i mojej seksualnej mocy.
No, ale przecież jedną z tych książek napisała kobieta. Sprawdzam więc, czy może Susan była mężczyzną, ukrywającym się pod kobiecym pseudonimem, ale nie – to na pewno autorka, tyle że pomawiana (takie były czasy, Susan żyła w latach 1918-1974, kobiety się pomawiało) o biseksualizm… Hmmm, nie wiem, co o tym myśleć, i chyba nawet unikam wyciągania wniosku z tej konstatacji, obawiam się, że może tym samym atakuję czyjeś prawo do bycia tym, kim jest, albo może imputuję kobietom transseksualnym, że… Nie będę już brnęła… Ale jakby mi ktoś pomógł, to bym była wdzięczna. Nawet nagrodę bym może dała/ wysłała…

PS3. A może po prostu wszystko, co myślimy, czujemy i wiemy, wpływa do ogromnego rezerwuaru i wszyscy pisząc czerpiemy z tego ogromnego źródła i wszystko jest naszą wspólną myślą, i dlatego właśnie przenikają się bez końca nasze lektury, sny, spotkania i to, co piszemy…

Zapomniane groby / Vergessene Gräber

Für die deutschen Leser: In diesem Post geht es um Identifizieren der Deutschen, die auf dem evangelischen Friedhof im Grömbach  (heute Łaznowska Wola) begraben liegen.  Der Friedhof ist von der lokalen Obrigkeiten und Bewohner gepflegt, man sucht Infos, Bilder, Dokumente – kurzum: Kontakt zu den Angehörigen. Die Liste der Gräber, die identifiziert wurden – hier: Groembach-LaznowskaWola

Nigdy nie wiedziałam, po co właściwie publikuję takie wpisy? Ale już wiem – bo ludzie się szukają! Również na cmentarzach.

Ciekawe rzeczy dzieją się ze starymi cmentarzami ewangelickimi w Polsce. Przez dziesiątki lat zapomniane, zdane na łaskę losu, wykorzystywane jako swoiste “składy surowca” – kamieni i metalu – omijane z daleka i co najwyżej użytkowane przez lokalnych pijaków lub wagarującą młodzież, nagle doczekały się zainteresowania, bywa, że  jednocześnie z dwóch stron, jak to się zdarzyło np. w Mrągowie – czyli społeczności lokalnej zainteresowanej zachowaniem obiektu jako świadectwa historii oraz deweloperów, których skusiła “ziemia niczyja”.

Po wielkiej akcji usuwania niemieckich (poniemieckich, jak się je wtedy określało) cmentarzy w dużych miastach w okresie Komuny, co między innymi opisał Günter Grass w książce Wróżby kumaka, cmentarze ewangelickie popadły w całkowite zapomnienie, aby teraz nagle ożyć. Widziałam to w Szczecinie i w Łobzie, w Grzybowie i Mrągowie, w Sowim Rogu… Cmentarze, którym przywraca się życie, no bo jak inaczej ocenić stosowane w takich wypadkach słowo “rewitalizacja”? Pisałam o takich cmentarzach ja, pisali moi autorzy, Małgosia Płoszaj, Tomasz Fetzki, Michał Rembas, Edda Elsa Frerker… Zapomniane cmentarze, nieznane groby nieznanych ludzi, kiedyś budzące strach lub co najmniej niepokój, stały się nagle tematem dnia.

Ponieważ publikuję tu teksty o tych cmentarzach, to siłą rzeczy pojawiają się następne…

Tym razem Łaznowska Wola:

W wyniku interwencji obywatelskiej, pisze Hanna Szurczak, Urząd Gminy w Rokicinach podjął starania oznakowania istniejącego w Łaznowskiej Woli cmentarza ewangelickiego. Jesienią 2015 roku oczyszczono drogę dojazdową z nadmiernie wybujałej zieleni, ustawiono drogowskaz informujący o cmentarzu, a na murze umieszczono tablicę informującą o tym, że znajduje się on w Gminnej Ewidencji Zabytków i przeto objęty ochroną prawną. Ponieważ nieruchomość nie należy do gminy, niemożliwe są prace interwencyjne na samym cmentarzu. Gmina zainteresowana jest jednak tematem i rozważa kolejne działania, które mogą doprowadzić do poprawy sytuacji.

Tyle na stronie. W mailu pani Hanna pisze więcej:

Załączam wykaz osób tu spoczywających, który udało się sporządzić podczas prac porządkowych. Wykaz “z natury”, nie wszystkie dane udało się z pomników odczytać.

***

Niemieckie groby w okolicach Łodzi. To wymaga jednak pewnego wyjaśnienia. Na byłych ziemiach niemieckich niemieckie groby są czymś oczywistym. Nawet w pobliskiej Łodzi będą OK, bo że w Łodzi byli Niemcy to od czasów Wajdy wiemy, ale w okolicy? To taka informacja, którą trzeba uzupełnić.

***
Łaznowska Wola nazywała się przed I wojną światową Grömbach czy też Grünbach i była osadą z roku 1800, kiedy to wszystkie te tereny wskutek rozbiorów weszły w skład państwa pruskiego. Prusy ściągały kolonistów z Niemiec, w tym wypadku z okolic miasteczka Grömbach w Szwabii, co sprawiło, że nowa osada została nazwana tak jak miejscowość rodzinna.

To to osadnictwo, przez które gdzieniegdzie do dziś Niemców określa się słowem Szwaby, co jest oczywiście obraźliwe. Z nielubianych sąsiadów określenie przeniosło się na karaluchy. W innych miejscach Polski owady te nazywa się Prusakami. Na pocieszenie dodam, że potoczna nazwa karaluchów w Niemczech brzmiała w XIX wieku “Francuz”, a we Francji “Boche” czyli Szkop.

Koloniści otrzymywali nadanie ziemi i zwolnienie z podatków na sześć lat. Akurat, gdy minął termin ulg, wskutek wojen napoleońskich i powstania Księstwa Warszawskiego, Grömbach znalazł się w strefie wpływów francuskich. Koloniści popadli w ubóstwo, wyjechali dalej, na Wołyń lub wręcz wrócili do Szwabii. Po roku 1813 ci, którzy zostali, stali się obywatelami państwa rosyjskiego. Spowodowało to kolejne emigracje kolonistów niemieckich, tym razem w kierunku Besarabii. W roku 1814 wyjechało stąd na zawsze prawie 140 rodzin. Na opuszczone tereny przywędrowała fala kolonistów z Pomorza.

To pod zaborem rosyjskim miejscowość Grömbach przekształciła się Łaznowską Wolę. Rosyjskie słowo Wolja oznaczało osadę, której mieszkańcy byli wolni czyli nie podlegali przymusowi pańszczyźnianemu. W roku 1825 w wiosce były 82 chałup. Po powstaniu Listopadowym nastąpiła kolejna fala relokacji osiedleńców, nie tyle z powodów politycznych, ile z uwagi na głód i nieurodzaj… Podczas I wojny światowej w Woli toczyła się część wielkiej bitwy o Łódź, co sprawiło, że wioska została bardzo zniszczona. W roku 1937 ponad 20 domów strawił wielki pożar. Od końca XIX wieku do wsi napływali też Polacy, przed II wojną w wiosce mieszkało już 10 polskich rodzin. A w ogóole to sprawy ludnościowe miały się, jak następuje:

W roku 1825 w wiosce mieszkało 732 osób
w roku 1835 – 521 (78 kolonistów + 323 członkowie rodzin + służba ok. 30%)
Pod koniec XIX wieku: 986 mieszkańców
1935 – ok. 840 Niemców

Powyższe zestawienie zaczerpnęłam z niemieckiego artykułu w Wikipedii i zastanawiają mnie w nim przeróżne określenia mieszkańców tej miejscowości. W każdym razie w roku 1935 zaznacza się, że mieszkańcami byli Niemcy. Plus, jak rozumiem, tych 10 rodzin polskich, które jednak nie znajdują miejsca w statystyce mieszkańców.

Strona nie podaje, jakie były dzieje wioski po roku 1945, co ciekawe jednak w sieci znajduje się lista sporządzona na podstawie książki “Osadnictwo szwabskie w Polsce w latach 1795-1945”. Wymienia się tu ok. 50 rodzin szwabskich z roku 1800 i listę Niemców z roku 1945, obejmującą też ok. 50 rodzin – czyli dwie listy oznaczające początek i koniec osadnictwa szwabskiego w Polsce.

Jeszcze dziwniejsza jest jednak strona internetowa polska, która nie podaje nic na temat historii wioski. Jak to w Polsce często bywa – nie mamy historii, co w domyśle oznacza – zawsze byliśmy tu my, Polacy, nigdy nie było żadnych Niemców. Znam to znakomicie z czasów Komuny z Pomorza, ale jednak w roku 2017 w Województwie Łódzkim… No no!
***
Wracam do maila pani Hanny:

Próbowałam nawiązać kontakt przez mittelpolen.de, ale poza administratorami nie odezwał się nikt. Chcę odnaleźć nazwę miejscowości, którą podał ktoś właśnie na tym forum, gdzie rzekomo miała osiąść większość przesiedleńców z Łaznowskiej Woli. Istnieje również archiwum ojczyźniane w bibliotece w Herne, ale po początkowo dobrym kontakcie i zapewnieniu o możliwości skorzystania z zasobów wszystko umilkło:(
Czekam tak od zeszłego roku. Na co liczę? Na stare zdjęcia i dokumenty, bo już nie bardzo na realną pomoc. Cmentarz jest jedynym źródłem wiedzy o byłych mieszkańcach, ponieważ spłonęły księgi parafialne, a archiwum nie posiada duplikatów. Odtwarzam więc historię, którą zapisano na nagrobkach…

Tu lista grobów: Groembach-LaznowskaWola

Jak to wszystko nicią powiązać?

Andrzej Rejman

Powiązania

Antoni Bogusławski             Nić
(o Teresie, fragmenty)

Moja mała córeczka, poetka,
wątły promyk na mrocznym Pawiaku,
wije rymy w półsłowach, pólszeptach,
łuska perły w więziennym przetaku…
…
Co to będzie? Hymn buntu i burzy?
Co to będzie? Stęskniona śpiewanka?
– Bóg ze słońca wieczystej podróży
złotą nitkę daj jej tego ranka.

***
Jak to wszystko nicią powiązać?
Dwoje młodych, niewiele różniących się wiekiem, Teresa Bogusławska i Antoni Baniewicz żyli obok siebie w przedwojennej i okupacyjnej Warszawie.
W ostatnich latach swego krótkiego życia zostali wystawieni na ciężką próbę walki za Ojczyznę.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Jakże podobni byli do siebie…

Teresa Bogusławska, (rocznik 1929) wstąpiła do tajnego harcerstwa w 1941 roku. Zbiórki odbywały się w mieszkaniach, a także “w terenie”, gdzie dziewczęta ćwiczono w orientowaniu się w mieście, uczono zapamiętywać szlaki ewentualnej ucieczki, wysyłano z przesyłkami do nieznanych osób.
Młode harcerki patrzyły zazdrośnie na chłopców, których – jak podejrzewały – włączano do ciekawszych i bardziej odpowiedzialnych zadań. Postanowiły ich naśladować, wykonując różne akcje “małego sabotażu”. Nie zawsze o akcjach wiedzała drużynowa. A tymczasem dziewczęta, wymknąwszy się z domów przed godziną policyjną, tłukły gdzie trzeba szyby, rozrzucały ulotki, ochlapywały farbą lub jajkami szyldy, wypisywały hasła. Jesienią 1943 roku, zapragnęły dokonać czegoś szczególnego z okazji przyrzeczenia, które właśnie złożyły przed komendantką hufca, Anną Zawadzką. 17 października idąc na imieniny koleżanki natknęły się na kordony policyjne w okolicy skrzyżowania ulic Piusa XI (dziś Piękna) i Kruczej. Usłyszały salwę, jedną, drugą… Tamtego dnia Niemcy rozstrzelali na Piusa dwudziestu zakładników. Dziewczęta były wstrząśnięte. Zamierzały postawić tam krzyż, ale odradzono im to ze względu na zbyt duże niebezpieczeństwo. Zdołały wszakże położyć przed murem kwiaty. Teresa napisała potem tren poświęcony rozstrzelanym, który zatytułowany jest po prostu “17.X.”

Teresa Bogusławska                   17. X.

Stanęli już szeregiem. Jeszcze czas. Za chwilę.
Głowa pęka od myśli natłoczonych huku…
Jakże drogie są płyty warszawskiego bruku
I jakie o tej porze dziwnie lśniące w pyle…
Po kamiennych kwadratach cień wieczoru kroczy…
Kontur płyt pamięć chłonie, bezwolnie, uparcie…
Ot, tak by dobrze było stać tutaj na warcie
W wygodnej rogatywce zsuniętej na oczy…
Lęk…
Lęk zdradziecki, upiorny, nikczemny,
Wewnętrzną, a żelazną przytłaczany wolą
Nagle wypełza zewsząd nieujęty, ciemny…
Jakże drżą nogi, jak ciążą i bolą…
Już czas…
Jak dobrze by zobaczyć tej chwili ostatniej
Jakiś znak siły własnej i pamięci bratniej,
Choćby maleńki skrawek purpurowo-biały…
Już czas…
Stłum, o miasto, codzienną swą wrzawę,
Stań zamarłe w tę chwilę jedyną…
Wszak za Ciebie, za Ciebie to giną!…
Oni giną za Ciebie, Warszawo…
Czy już?…
………………………………………………………
Miota się oficerek, komendant eskorty,
Zapieniony wściekłością, w chodnik wali nogą:
„Ulica obstawiona!? Nie puszczać nikogo!
Stać tu równo! Warować! Warszawskie wy czorty!”
………………………………………………………
Już czas…
Nie myśleć…
Gdyby tak można skłuć bagnetami,
Bić w gotowe do strzału czarne karabiny
I nie czuć w sobie grozy, lęku przed kulami,
Ani bezsiły strasznej jako tej godziny
Już czas…
Daj Matko Boża, polskiemu ludowi
Przeświętą moc wytrwania na płonące dni,
Daj, niechaj się duch jego wzmocni i odnowi,
I niechaj serce jego czystym ogniem lśni…
Już czas …
Śmierć tuż… przebiega tuż…
…………………………………………………………
Salwa …
Warszawo święta! Warszawo…
… to już …

22.X.1943
Dokładnie tego samego dnia moja babcia, Małgorzata Doktorowicz-Hrebnicka pisze w swoim dzienniku czasu wojny:

Cudne, pogodne, ciepłe dnie październikowe. Zazłociły się liście, rzeźwiący wietrzyk niesie ostry zapach jesieni. Liście zaczynają opadać… Swoich kartofli wyrosło u nas 6 i pół metra, na kartki dali 2 x 80. Na mieście psy gonią zające. Już od tygodnia tak. Blady strach pełznie po ulicach. Jeżdżą budy. To tu, to tam padają strzały. Nie chybione, o nie!… Co to będzie? W głowie zamęt i rozpacz. Tyle co dzień trwogi i obawy o istoty najdroższe. A polowanie wciąż trwa… Jesienne złote pogodne barwy plami czerwień krwi… Bo liście jesienne bywają też czerwone… Boże, odpuść im, bo nie wiedzą, co czynią!
Tak się niepokoję o Kazika, bo wyszedł na miasto. A tu patrzę na ławeczce w ogródku Kazik siedzi. Już wrócił, a ja nie wiedziałam, bo dopiero co też przyszłam. Nie posiadam się z radości. „Chodź pić mleko” wołam. …

Były to najcięższe miesiące okupacji w Warszawie.
W masowych egzekucjach okupanta ginie w samym mieście co najmniej 1200 niewinnych osób, a w całym dystrykcie – co najmniej kilka tysięcy.

Teresa Bogusławska mieszkała z matką podczas okupacji na Mazowieckiej 19.
W tym samym okresie w odległości kilku minut pieszo od Mazowieckiej pracował na Wareckiej* starszy od niej o sześć lat Antoś Baniewicz – potem Powstaniec Warszawski, ps. “Wilczyński”, uczestnik walk na Żoliborzu, poległy w ostatnim dniu Powstania na Placu Henkla.

Matka Antoniego – Salina Baniewicz tak pisze o synu, we wspomnieniach wydanych w 1948 roku nakładem własnym:

…W nocy w niewielkim dwupokojowym mieszkaniu, gdzie nie można było ani ukryć nikogo, ani nic schować – uczył się, przygotowując do egzaminów w podchorążówce, albo powielał odezwy, ulotki, zarządzenia, biuletyny. A w dzień i wieczorami odbywały się także komplety tajnego nauczania oraz zbiórki kolegów z konspiracji. Dla uzyskania niezbędnego wówczas świadectwa, rzekomo gwarantującego pewne bezpieczeństwo, – pracował ostatnio w biurze Związku Rewizyjnego Spółdzielni (ul. Warecka 11) pośród grona rodaków, gorąco popierających bohaterskie czyny młodzieży polskiej. Cieszył się Antoś wśród nich, jak i przed tym wszędzie, sympatią ogólną i zaufaniem. Lubiono jego dowcip zdrowy, pogodny, wesoły, szczery, jednocześnie wyczuwając w nim powagę i stanowczość przedwcześnie dojrzałego i zahartowanego moralnie człowieka…

(Salina Baniewicz, “Na wołanie moje – nie odzywasz się…” Warszawa 1948)

Taka sama była Tereska Bogusławska:

… odznaczała się żywym temperamentem, energią, śmiałością, nawet zuchwalstwem. Lubiła się bawić i żartować. Jako uczennica gimnazjum im. Cecylii Plater-Zyberk (które w czasie wojny oficjalnie występowało pod szyldem szkoły krawiecko-bieliźniarskiej), była duszą klasy. Zdolna, o wyraźnie określonych zainteresowaniach humanistycznych, a przy tym wrażliwa i delikatna, zwróciła na siebie uwagę polonistki prof. Heleny Młynarskiej. Stale otaczało ją grono koleżanek i był ktoś, kto wzbudził jej pierwsze, młodzieńcze uczucie…

Może się znali…
Jest prawdopodobne, że wielokrotnie przechodzili koło siebie…
Salina Baniewicz po wojnie stara się ocalić od zapomnienia pamięć o synu.
Pisze do niego kilkadziesiąt wzruszających, smutnych wierszy-listów, które już tu kilkakrotnie publikowałem.

Salina Baniewicz          Czy jesteś?

Nie trzeba się spieszyć do obcego domu,
W którym od dawna nikt na mnie nie czeka.
Już niepotrzebna jestem nikomu…
Myśl w przeszłość bezładnie ucieka.
Nie trzeba się martwić, że słota na dworze,
Ani się cieszyć z pięknej pogody.
Obojętnością tęsknotę zamrożę..
Gdzie jesteś – Syneczku młody?
Nie trzeba opieką otaczać Twej doli,
troszcząc się wiernie o Twoje zdrowie.
Jakże tu pusto i serce tak boli…
Gdzie jesteś – kto mi odpowie?
Nie trzeba, jak dawniej, z zapałem się trudzić…
Wolno, bez celu idę przed siebie.
O, jakże ciężko codziennie się budzić,
By stwierdzić, że nie ma Ciebie.
Nie trzeba się dziwić, że w wielkim zamęcie.
Z pamięci rodaków zastałeś skreślony;
Wszak oni o własny dobrobyt zawzięcie
Walczą…, Syneczku rodzony.
Za świętą sprawę zginąłeś w męce,
Lecz Twe marzenia sie nie ziściły.
Nie można tej rany dotykać więcej…
Synku, – tak malo mam siły.
Poległeś w ostatnim, nierównym boju;
Konaleś może długie godziny…
Moja samotność – nie zazna spokoju,
Gdyż nie wiem, czy jesteś, jedyny
Na Twojej nieznanej mogile złożę
Z naszego ogrodu kwiaty pachnąc
I jeszcze raz wówczas zapytam w pokorze –
– gdzie serce jest Twoje…płonące?
1951

A Teresa Bogusławska pisze tego samego roku w którym poległ Antoni – wiersz o Matce:

Teresa Bogusławska           Matce

Spłynie ku Tobie jego Anioł Stróż,
By Ci powiadać o wieczornej porze,
Że mu jest dobrze wśród niebieskich zórz,
Gdzie go uśmiechy błogosławią Boże…
A kiedy zaśniesz, da Ci jasne sny,
I nad Twą głową skrzydła swe roztoczy,
I tchnie synowskim pocałunkiem z mgły…
Na Twe matczyne wypłakane oczy…

Wiersz zatytułowany “Matce” wydany przez ojca autorki Antoniego Bogusławskiego po raz pierwszy tuż po wojnie w Londynie, przetłumaczony został także na język angielski przez L.E.Gielguda (First and Last Poems, Frederick Muller, London 1947)
Wiersze T. Bogusławskiej i inne fakty – na podstawie książki “Wołanie z nocy” –
T. Bogusławska, PAX 1979, wstęp Józef Szczypka

Barataria (33) Leśmian (13) Sindbad (5)

Ewa Maria Slaska

Głodnemu ślub na myśli

To już nie zapowiedź śmierci, jak to było jeszcze w poprzednim odcinku, to już śmierć sama szczerzy zęby w kolejnym rozdziale przygód Sindbada żeglarza, śmierć głodowa. Sindbad znowu, zwabiony przez Diabła Morskiego, wsiada na statek, dzierżąc w dłoni przynoszący nieszczęście list potwora.

— Rozkazuję — rzekł kapitan — rozkazuję staremu marynarzowi, aby list niezwłocznie rzucił do morza. Ciebie zaś, krewniaku diabelski, wysadzimy na pierwszym lądzie, który po drodze spotkamy. Przypuszczam iż będzie to ląd, a raczej wyspa bezludna, na której albo zginiesz z głodu, albo umrzesz z nadmiaru samotności, albo skonasz z powodu zbyt wyłącznego przebywania sam na sam ze sobą, ile że jesteś nasieniem diabelskim i obecnością swoją nie tylko innym, lecz i sobie samemu możesz, jak myślę, śmiertelnie dokuczyć.

Już po trzech dniach

…ujrzeliśmy przed sobą wyspę samotną, bezludną i skalistą. Na tej właśnie wyspie wysadzono mnie, a raczej kazano wysiąść. (…) Wyspa pokryta była skałami. Zresztą — ani drzew, ani ptaków, ani strumieni, ani nawet źdźbła trawy. Skały, skały i skały. Pomiędzy skałami wiły się ścieżki zawiłe. Zacząłem się błąkać po tych ścieżkach, rozmyślając o bliskiej śmierci głodowej, która mnie czekała…

Jednak nie było aż tak tragicznie, bo

na zakręcie jednej ścieżki ujrzałem pałac kuty w skale. Miał olbrzymie drzwi z szarego kamienia, które stały otworem. Natychmiast wszedłem do wnętrza pałacu. Wbiegłem po pustych schodach na piętro, a stamtąd do obszernych, złocistych komnat, w których unosił się smaczny zapach rozmaitych potraw. Komnaty jednak były puste, bezludne, samotne. Węsząc zapachy smażonego, pieczonego i duszonego mięsiwa, szedłem dalej — z komnaty w komnatę, aż wreszcie w ostatniej komnacie ujrzałem postać ludzką.

W komnacie siedział samotnie ubrany w jaskrawożółte szaty tłuścioch. Zachowywał się tak, jakby jadł najwspanialsze smakołyki, a przecież, jak to Baratarii, nie jadł nic. Zaprosił Sindbada do stołu i ten stół i krzesło, na którym usiadł wyczerpany i głodny wędrowiec, był w tej opowieści jedynym faktem realnym. Stół i krzesło. Reszta była na niby. Niby lokaj, niby nakrycia, niby talerze, misy i półmiski, niby mięsiwa i niby sosy, ryby, owoce, ciasta, chleby. Gospodarz jadł wraz gościem.

Zjedli urojone sardynki, uważając, żeby się nie poparzyć wypili urojony rosół, zagryzając gorącym pasztecikiem. Są to paszteciki mojego własnego pomysłu, wyznał tłuścioch.

W ich wonnym i parnym wnętrzu tkwi odrobina jarząbka, źdźbło kapłona, naparstek móżdżku i złotawa krztyna szpiku wołowego. Piękna to zaiste chwila, gdy owe z rozmaitej dziedziny mięsiwa i tłuszczyki wejdą pomiędzy sobą w milczące porozumienie, ażeby wspólnie utworzyć jednolity i niepodzielny smakołyk! Jarząbek zapożyczy smaku od kapłona, kapłon — od móżdżku, aż wreszcie wszystko troje przesiąknie na wskroś wnikliwym szpikiem, aby napęcznieć, wyprzejrzyścieć i przysposobić się do ostatecznego roztajania na szlachetnym podniebieniu pożądanego gościa!

Zastanawia mnie, czy Leśmian zjadł kiedykolwiek tak wymyślnie nadziewany pasztecik, czy też już w momencie kreowania owego dania na papierze, tworzył dzieło urojone. Wyimaginowanym a niezliczonym daniom towarzyszyły wyimaginowane wina najprzedniejszych gatunków. Sindbad dobrze się nadawał na gościa przy stole nakrytym w Baratarii. Wspaniale udawał, że się przejadł i spił. A przecież…

…głód i wściekłość wstrząsały moim ciałem. Postanowiłem ukarać dziwacznego a nielitościwego gospodarza.
— Nazwałbym cię osłem, gdybyś nie był podobny do wieprza — rzekłem, udając bełkot pijanego i trzepiąc go płazem dłoni po pulchnych podbródkach.
Tłuścioch pośpiesznie usunął się ode mnie.
— Widzę, że się spiłeś nie na żarty, człowieku nieobliczalny! — zawołał z udanym uśmiechem, (…) miarkuję, że ledwo na nogach się trzymasz! Uprzedź mnie przynajmniej, jakich zazwyczaj wybryków imasz się po pijanemu?
— Biję! — odrzekłem.
— Bijesz? — spytał tłuścioch, najwidoczniej truchlejąc:
— Biję! — powtórzyłem z mocą.
— Kogo? — spytał tłuścioch.
Zamiast odpowiedzi porwałem go za kark, obaliłem na ziemię i jąłem raz po raz okładać go pięścią. Przerażenie jego było tak wielkie, że nawet nie krzyknął. Obdarzywszy go odpowiednią ilością razów, podniosłem z ziemi, chwyciłem za gardło i przyparłem do muru.
— Puść mnie, puść! — zawołał, blednąc ze strachu. — Każę ci podać najprawdziwsze, najrzeczywistsze potrawy! Oddam ci za żonę moją córkę jedynaczkę wraz z połową mego majątku!

A więc pojawiła się wreszcie ta obowiązkowa na każdej wyspie czarodziejskiej królewska córka-jedynaczka, która wnosi narzeczonemu w posagu pół królestwa. Pojawia się też obficie a rzeczywiście zastawiony stół biesiadny.

Podczas, gdy pożerałem potrawę, zda się, dwudziestą czwartą, weszła do pokoju cudowna Stella, córka tłuściocha. Była piękna bez zarzutu, lecz miała jedną wadę, mianowicie zbytnią otyłość, którą po ojcu odziedziczyła. Otyłość ta wszakże nie koślawiła jej urody, ponieważ ruchy miała niezwykle zręczne i zwinne, ruchy wiotkiej i smukłej dziewczyny. W jedzeniu lubowała się tak samo jak ojciec i posiadała podniebienie tak samo wytrawne. (…) Po zjedzonym obiedzie, nie zwlekając ani chwili, poślubiłem piękną, aczkolwiek zbyt otyłą Stellę i zamieszkałem w pałacu dobrodusznego tłuściocha.

Niestety, niestety… Poślubiając Stellę Sindbad zapomniał, że ma już jedną żonę, ową poślubioną we śnie i grającą mu na lutni nieistniejącą senną zjawę, Urgelę… A tymczasem niestety Stella cierpiała na bezsenność… To się nie mogło dobrze skończyć. Stella, ogarnięta potworną zazdrością, nie pozwalała mężowi nawet na najkrótszą drzemkę, szczypała go i szarpała, byle by tylko nie spotkał we śnie Urgeli.

Wreszcie stało się to, czego się najbardziej obawiałem. Stella z pewnej księgi czarodziejskiej dowiedziała się, jakich sposobów trzeba użyć w celu wywleczenia Urgeli z głębiny snów na jawę. Pewnej nocy, gdy zasnąłem, pokropiła mnie wywarem odpowiednich ziół i wymówiła odpowiednie zaklęcie. Pod wpływem owych ziół i zaklęcia Urgela, która właśnie grała w mym śnie na lutni, straciła nagle swoją równowagę senną i wychyliwszy się poza obręb snu w rzeczywistość, znalazła się nagle — drżąca i wylękła — na środku komnaty, przed obliczem gniewnej Stelli. Zbudziłem się natychmiast i ujrzałem scenę, której nigdy nie zapomnę. Żona moja otyłymi dłońmi wpiła się w widmowe, złociste warkocze przerażonej Urgeli. Widziałem, jak dłonie Stelli, nie mogąc rozszarpać zbyt nikłych i niepochwytnych warkoczy, ześlizgnęły się na piersi wróżki i wpiły się paznokciami w jej widmowe, niepochwytne ciało, które było jeno snem zlęknionym. Smukła, powiewna postać Urgeli przepełniła się dreszczem, pod którego przemocą ciało jej tak wyprzejrzyściało, że obicia przeświecały przez nie. Wreszcie dłonie Stelli, nie mogąc wyczuć kształtów Urgeli, podążyły ku lutni złotej, którą w ręku trzymała, wyrwały tę lutnię i poszarpały ją w złote strzępy, które spłonęły jak jęzory ognia i zgasły raz na zawsze. Wówczas jęk i płacz melodyjny wyrwał się z piersi Urgeli.
— Zabiła mnie, pozbawiając lutni! — jęczała Urgela. — Nie dano mi umrzeć, bo nie żyłam, tylko śniłam się ludziom, ale już odtąd nigdy nikomu przyśnić mi się nie wolno!
I z tymi słowy na ustach Urgela znikła, aby już nigdy nie odwiedzić mnie we śnie.
Zbrodnia mojej nieco zbyt otyłej małżonki napełniła mnie takim wstrętem i oburzeniem, że natychmiast opuściłem pałac i, pędząc co tchu przed siebie, skierowałem swój bieg ku morzu.

No i jak zwykle, przy brzegu akurat (akurat! pamiętamy to bajkowe słowo?) przepływał okręt…

Taka to bajka. A cztery prawdy z niej wynikające? Jedną rozpoznaję natychmiast:
Zazdrość to uczucie, które nakarmi się byle czym, nawet zjawą senną.
Jedna jest oczywista i kończy każdą bajkę: Nie ma bajkowych skarbów i bajkowych ożenków, a za każdym bajkowym ślubem czai się zbrodnia lub przynajmniej jej możliwość.
Trzecia prawda głosi, że każdego znienawidzimy kiedyś za to, za co go pokochaliśmy.
I czwarta wreszcie, że każda czarodziejska wyspa jest czarodziejska tylko dopóki nie stanie się naszym życiem, a wtedy nagle będzie formą codziennej niewoli. Doświadczyli tego wszyscy, którzy pogonili kiedyś za jakąkolwiek ułudą. Bo gdy ułuda stanie się życiem, to trzeba będzie robić to co zawsze, żyć swoje życie.

Była taka książka Maria Vargasa Llosy o Gauginie. Nazywała się Raj tuż za rogiem (2003, El paraíso en la otra esquina). Marna książka, ale właśnie o tym. O rajskich wyspach, na których cierpimy nędzę, chorujemy na syfa i nawet samobójstwo się nam nie uda, po prostu żyjemy nasze marne, niekiedy podłe życie. I nic nas nie uratuje. Aż umrzemy.

Paul Gaugin (1848-1903), Kobiety na plaży (Tahiti), 1891

Krzysztof Masłoń napisał o tej książce:
“Najsilniejsze jednak i najpiękniejsze jest autorskie przekonanie o znaczeniu sztuki. Bo to ona, to arcydzieła Gauguina, przetrwały w ludzkiej zbiorowej pamięci, a nie jego marne, niekiedy podłe, życie”.


Maleńka uwaga poza tematem: Ilustratorzy, autorzy okładek, recenzenci książki Llosy (ja też) wyrządzają autorowi paskudną krzywdę. Otóż w powieści cały czas jest mowa o “Paulu”, dopiero na ostatniej stronie czytelnik dowiaduje się, o kogo chodziło.  A my wszyscy tymczasem swobodnie i bez oporów zdradzamy to, co w każdej książce najważniejsze – jej tajemnicę.

Wspomnienia o mojej Mamie (2)

Janina Kowalska

Lampa

Moi rodzice, Halszka i Wiktor, poznali się w Zamościu w 1921 roku, gdzie mama byla nauczycielką i mieszkała ze starszym bratem. Ojciec byl zawodowym oficerem Wojska Polskiego. Po dwóch latach znajomości, w pięknej Katedrze Zmartwychwstania Pańskiego i św. Tomasza Apostoła w Zamościu, odbył się ich ślub.

Oboje mieli rodziny w Warszawie i nie planowali  pozostania w Zamościu. Ojciec wystąpił z wojska i przeszedl do “cywila”, a mama od nowego roku szkolnego wypowiedziała umowę ze szkołą. Wrócili do Warszawy. Rodzice Wiktora, którzy mieli bardzo duże mieszkanie na ulicy Zgoda w centrum Warszawy, zaproponowali im zamieszkanie w pokoju z osobnym wejściem. Młodzi małżonkowie jednak postanowili “pójść na swoje” i wynajęli pokój sublokatorski. Wkrótce oboje znaleźli pracę i taki układ bardzo im odpowiadał. Oczywiście byli częstymi gośćmi w rodzinnym mieszkaniu na ulicy Zgoda. Przychodzili tam na kolacje, ale też, żeby korzystać z nowoczesnej łazienki. Z zamieszkaniem we własnym mieszkaniu czekali, aż pojawi się dziecko.

Latem rodzice grali w klubie Legia w tenisa. Zresztą w lecie mieszkanie na Zgoda pustoszało, wszyscy wyjeżdżali na urlopy i wakacje, zostawała jedynie pokojowka, żeby pilnować dobytku.

W rok czy dwa po ślubie Halina i Wiktor zaproponowali, że mogą pilnować mieszkania, bo i tak nigdzie nie wyjadą. Oczywiście – lato to przecież najlepszy czas rozgrywek tenisowych. Pokojówka dostała urlop, a młodzi zamieszkali w pustym mieszkaniu.

W wielkim, narożnym pokoju Dziadków u sufitu wisiała lampa – duża, alabastrowa, szaro-różowa misa, mieszcząca kilka żarówek. Brzegi misy były ujęte w mosiężną oprawę. Halszka już od jakiegos czasu widziała, że w misie zbiera się kurz i światła jest coraz mniej. W czasie letniego pobytu w mieszkaniu zwróciła mężowi uwagę na “sprawę lampy”. Wiktor zaproponował, że zdemontuje lampę i będzie można ją dokładnie umyć w wannie. Tak też się stało. Zdemontowali lampę, zdjęli mosiężną oprawę, zanieśli misę do łazienki i napalili w piecu, żeby nagrzać wodę. Ostrożnie włożyli misę do wanny napełnionej ciepłą wodą, Halszka namydloną ściereczką umyła dokładnie misę. Gdy wyjmowała ją ostrożnie z wanny, misa wyślizgnęła się jej z rąk i gruchnęła na dno. Oczywiście rozbiła się na kawałki. Alabaster nie był jednolity, miał ciemniejsze żyłki i wzdłuż tych żyłek misa popękała. Na krzyk Haliny nadbiegł Wiktor, uspokoił żonę i wyłowił z wody wszystkie kawałki. Osuszyli je i ulożyli na stole. “Jutro kupię klej i wszystko skleimy”, spokojnie ocenił ojciec. Następnego dnia dopasowali kawalki do siebie i ostrożnie zaczęli kleić misę. Praca szła wolno, bo trzeba było kleić bardzo dokładnie. Po tygodniu wszystko było sklejone i wysuszone. Wiktor zaczął nakładać mosieżną oprawę, ale… oprawa nie weszła na misę, klej powiekszył bowiem jej objętość.  Znowu napalili w piecu i napuścili gorącej wody do wanny. Włożyli misę i czekali z niepokojem, aż woda rozpuści klej. Po jakimś czasie misa rozpadła się na kawałki. Oboje odetchnęli z ulgą. Znów zaczęło się klejenie i dopasowywanie kawałków do siebie. Teraz bardzo uważali, by warstwa kleju była cienka, ale jednak musiała trzymać kawałki razem. Wszystko byloby dobrze, ale kończyl się czas wakacji. Za tydzień wracali Dziadkowie. Pośpiech i zdenerwowanie nie mógł im jednak przeszkadzać w precyzyjnej pracy. Wszystko się udało, obręcz objęła sklejony alabaster, Wiktor zamontował część elektryczną i powiesił lampę. Na dzień przed powrotem Dziadków wszystko działało nienagannie, tylko młodzi malżonkowie padali ze zmeczęnia. Nikt nigdy się o tym nie dowiedział i nikt nic nie zauważył. Babcia po powrocie spytała Wiktora, czy zdołali odpocząć przez ten czas. Wiktor mruknal TAK i uciekł do ich sublokatorskiego pokoiku.

Od adminki: oczywiście tamtej lampy już nie ma i nie ma żadnego zdjęcia, no bo skąd? Poszukałam w internecie, znalazłam kilka lamp, określanych potocznie “lampa art deco”. Autorka wybrała to zdjęcie i napisała: Misa tej lampy jest bardzo podobna, tylko zawieszenie inne. Metalowa obręcz była umieszczona na brzegu misy; od obręczy wewnątrz misy odchodziło bardzo krótkie zawieszenie i żarówki niewidoczne z dołu; miało się wrażenie, że misa “siedzi” na suficie.

Reblog: Madonna z poziomką

Kindze, która wie, że poziomki są najwspanialszym owocem na świecie –
z podziękowaniem

Bezcenna “Madonna z poziomką” dotarła do Krakowa

Wtorek 08 sierpnia 2017 Autor: in-krakow

To absolutnie wyjątkowy, bezcenny gotycki obraz: „Madonna z poziomką”, na co dzień znajdujący się w kolekcji Muzeum Miejskiego w Żywcu, przyjechał właśnie do Krakowa. (…) (Wystawiony został w) Europeum – w Ośrodku Kultury Europejskiej oddziału Muzeum Narodowego w Krakowie.

Jeszcze w latach 80 ubiegłego wieku myślano, że jest to obraz barokowy i dopiero podczas pierwszej konserwacji okazało się, że jest znacznie starszy. Badania, m.in. zdjęcia rentgenowskie, pozwoliły ustalić, że obraz składa się z siedmiu warstw. Zapadła decyzja o odsłonięciu tej najcenniejszej, późnośredniowiecznej. Wtedy wyłoniła się pełna wdzięku, ale i majestatu gotycka Madonna przedstawiająca Marię, subtelną, jasnowłosą kobietę, która jedną ręką przytula Dzieciątko, a w drugiej trzyma kwiat i owoc poziomki. Na rączce małego Jezusa przysiadł zielony ptaszek.

Poziomka, na której występują równocześnie kwiat i owoc, oznacza zarówno czystość Dziewicy, jak i rajski ogród lub pokarm zbawionych występujący właśnie w Raju. Foto J. Szczypiński.

„Madonna z poziomką” została namalowana temperą na desce prawdopodobnie w krakowskiej pracowni przez nieznanego mistrza cechowego, działającego u schyłku średniowiecza.