Ludzie odchodzą

Andrzej Rejman

Jest jeszcze tyle do zrobienia…

26 sierpnia 2017

Jest jeszcze tyle do zrobienia, a ludzie odchodzą…
Dziś wiadomość o śmierci redaktora Grzegorza Miecugowa.
Nie znałem Go osobiście, miałem jednak raz okazję rozmawiać z Nim przez telefon przy okazji przekazywania materiałów dla telewizji.
Od wielu lat codziennie oglądamy z żoną przy kolacji “Szkło kontaktowe”, program, którego był twórcą.
Dziś, w porze tej audycji, słucham o Nim wspomnień i uświadamiam sobie, jak bardzo był On częścią wieczornego planu dnia wielu polskich rodzin.
I jak bardzo będzie Go brakowało – właśnie w codziennym życiu wielu ludzi.
Nie przesadzam, po prostu red. Grzegorz Miecugow był w jakiś sposób poprzez “szklany ekran” członkiem naszej rodziny.
Ładnie wspominała Go Urszula Sipińska w telefonie do prowadzących program – Grzegorz Miecugow stał się stałym gościem w naszych domach, na którego czekaliśmy i do przyjęcia którego przygotowywaliśmy się wszyscy. Tak, to prawda!

Dobrze, że zdążył tak wiele zrobić dla polskiej rzetelnej i mądrej publicystyki.

***

Przypomniałem sobie o piosence, którą znalazłem na podarowanej mi kiedyś przez Jerzego Menela kasecie magnetofonowej.

Jest jeszcze tyle… (moja propozycja tytułu)

muzyka: Jerzy Menel, słowa: Tadeusz Sadowski

Jest tyle jeszcze dni niezwykłych
i zwyczajnej codzienności
Wieczornych myśli jeszcze tyle,
tyle radości, tyle złości
Jest tyle spraw do przegadania
Do ogarnięcia, załatwienia
Słodyczy moc do przejedzenia
I tańców moc do przetańczenia

Jest jeszcze tyle miejsc nieznanych,
które odwiedzić by się chciało
I tylu jeszcze jest znajomych,
dla których czasu wciąż za mało
Jest tyle ksiąg do pochłonięcia
Jest tyle wódki do wypicia
Jest jeszcze tyle, tyle godzin
Na naszej krętej drodze życia

(Jerzy Menel zmarł w listopadzie 2006 roku w Brukseli)

Tu archiwalne, autorskie, domowe, właściwie robocze wykonanie tej piosenki

***

Z tym wszystkim koresponduje treść wiersza Teresy Bogusławskiej (1929-1945), który stał się inspiracją dla mnie do napisania kolejnej piosenki.

Droga

Płyniesz daleko, daleko poprzez świat roześmiany
Płyniesz biała i cicha, milcząca,
Krokiem każdym rozdzielasz, roztrącasz,
Jako strumień siły niewstrzymany.
Płyniesz cicha, potężna, wszechmocna,
Dziwnie smutna w olbrzymiej swej sile …
Trzeba tobą tak długie iść mile …
Drogo życia, drogo podobłoczna…

Zamieszczam premierowe wykonanie piosenki Droga przez Igę Kałążną, pochodzącą z Wielkopolski, wrażliwą przedstawicielkę tego refleksyjnego nurtu piosenki poetyckiej, który ma swych zwolenników w każdym pokoleniu.

Barataria (31) Leśmian (10) Sindbad (3)

Ewa Maria Slaska

I tę przygodę Sindbada świetnie pamiętam z dzieciństwa. Czytałam tę książkę w najstarszym chyba wydaniu powojennym, z czarno-białymi ilustracjami Szancera. Niestety nie mam jej i w sieci też jej nie ma, w każdym razie na pewno nie ma ilustracji z Górą Magnetyczną.


Przygoda piąta. Diabeł Morski udaje człowieka i zachęca Sindbada do kolejnej podróży. My jednak jesteśmy dopiero przy przygodzie trzeciej:

Góra Magnetyczna

— Baczność! — zawołał kapitan głosem, pełnym rozpaczy. — Widzę z dala czarną plamę, która jest na pewno — Górą Magnetyczną!
Ta sama śmiertelna bladość powlekła natychmiast oblicza wszystkich marynarzy. Nie rozumiałem na razie, ale przekonałem się wkrótce, czym grozi okrętowi najmniejsze zbliżenie się do Góry Magnetycznej. Góra owa ma szatańską własność przyciągania wszelkich przedmiotów metalowych. Nie tylko kotwica, kufry żelazne, noże, łyżki i inne sprzęty, ale nawet gwoździe, którymi zbite są deski okrętowe, wyskakują same ze swych miejsc i odlatują ku owej Górze, aby zwiększyć jeszcze jej objętość. Nadaremnie marynarze starali się skierować okręt w stronę przeciwną. Wicher gnał go wprost ku Górze Magnetycznej. Po chwili dziwaczne i straszliwe działanie na odległość owej Góry dało się odczuć na okręcie. Luneta wyrwała się z rąk kapitana i w ciągu jednej chwili, znikła mu sprzed oczu. Natychmiast i ja, i wszyscy marynarze, i sam kapitan — uczuliśmy szybkie i nerwowe odrywanie się guzików od naszej odzieży. Całe powietrze napełniło się tysiącem metalowych guzików, które, jak chmara drobnych owadów, pofrunęły ku Górze Magnetycznej. Pozostaliśmy bez guzików. Ubranie dolne opadło z nas nagle, obnażając nogi, dygocące od strachu. Wszakże nogi kapitana tkwiły mocno i mężnie na przodzie okrętu. Lecz oto — niestety — gwoździe z desek okrętowych zaczęły wyskakiwać ze rdzawym hałasem i odlatywały niezwłocznie ku straszliwej Górze, której wierzchołek już wyraźnie ukazał się naszym oczom. Okręt, pozbawiony gwoździ, zaczął się z wolna rozpadać. Woda przeniknęła do jego wnętrza. Zbliżaliśmy się coraz bardziej do Góry Magnetycznej. Rondle, noże, widelce i łyżki z kuchni okrętowej, dzwoniąc i pobrzękując, uniosły się w powietrze i z kotwicą na czele pofrunęły ku Górze Magnetycznej. Dziwno mi było i nieswojo, gdy patrzyłem na owe zgoła niezgodne z codziennym ładem — odloty rozmaitego żelastwa, które ptasim obyczajem unosiło się w powietrze. Jeszcze dziwniej i jeszcze bardziej nieswojo czułem się wówczas, gdy w chwili uciszenia wichrów i nagłej pogody, stwierdziłem, iż ostatnia obręcz żelazna, która jako tako trzymała w zespole nasz okręt, zerwała się zeń ku górze, pozwalając mu rozsypać się na drobne części. Zanim to się jednak stało i zanim okręt z całą załogą poszedł na dno, zdążyłem jeszcze spostrzec, iż kocioł, w którym zazwyczaj zupy warzono, wtoczył się sam na schody i podskakując biegł po schodach na pokład. Miałem tyle przytomności umysłu, że do tego kotła wskoczyłem. Kocioł natychmiast wraz ze mną wzbił się w powietrze i pofrunął ku Górze Magnetycznej. Po drodze spotkałem w powietrzu tu i owdzie całe roje spóźnionych rondli, widelców i dukatów. Wszystko to leciało na oślep i na wyścigi ku Górze Magnetycznej. Siedząc wygodnie we wnętrzu kotła, wychyliłem nieco głowę i spojrzałem w stronę naszego okrętu. Atoli nie było po nim ani znaku. Zatonął wraz z całą załogą. Jeno od czasu do czasu wyfruwał jeszcze z wody zgoła spóźniony scyzoryk, guzik lub dukat z kieszeni zapewne samego kapitana, który w tej chwili leżał martwy na dnie morskim. Wreszcie — na ostatku — wyfrunęły z morza ogromne okulary, które widziałem na nosie kucharza okrętowego. Po czym wszystko ucichło.

Jak się domyślamy, góra znajdowała się na wyspie, porośniętej jeno pokrzywą, co mi jako żywo przypomina kolejną moją wyspiarską przygodę – wykopaliska na wyspie  Komorowskiej na jeziorze Bytyńskim w Wielkopolsce. Był upał niemiłosierny, wyspę porastały tylko ogromne pokrzywy, a szef był dobrym archeologiem ale marnym szefem, czyli nie umiał nas zachęcić do zainteresowania się tym, co robimy. Kopaliśmy faktorię rzymską ulokowaną na wyspie, bo wyspa zapewniała większe bezpieczeństwo nagromadzonym tam skarbom – ozdobom i sztyletom z żelaza oraz bursztynom. Kopaliśmy w upale, bzyku gzów i zapachu pokrzyw i nudziliśmy się jak psy… Nikt z nas nie zdołał się zapalić do myśli, że kopiemy świetną rzecz w świetnym miejscu, które dziś zostało zakwalifikowane do kategorii “Polska niezwykła”:

Komorowo. Jezioro na Szlaku Bursztynowym.
Na wysuniętej najbardziej na północ Wyspie Komorowskiej archeolodzy znaleźli ślady osadnictwa mezolitycznego. We wczesnej epoce żelaza istniał tam ważny gród ludności kultury łużyckiej, podobny do słynnej osady w Biskupinie. Otaczał go szeroki owalny wał o drewnianej konstrukcji skrzyniowej. W obrębie grodu znaleziono ponad 900 grudek bursztynu, dlatego nadano mu nazwę “faktoria na szlaku bursztynowym”. Liczne znaleziska archeologiczne świadczą, że wyspa była zamieszkiwana jeszcze w X-XII w.

Około 30 km na zachód od Poznania znajduje się rezerwat ornitologiczny „Wyspy na Jeziorze Bytyńskim”. Utworzony został w 1980 roku i zajmuje powierzchnię około 30 ha. Obejmuje on sześć wysp, wraz z roślinnością szuwarową porastającą ich brzegi. Powierzchnia całego jeziora wynosi około 308 ha.

A my? my czekaliśmy aż będzie wreszcie godzina 16, powiosłujemy do brzegu, schowamy się w cieniu i będziemy spać lub pić piwo, a potem, jak się obudzimy, będziemy myć, suszyć i opisywać to, co tego dnia znaleźliśmy. Nuda, nuda, nuda. Romantyzmem archeologii można mącić w głowie młodym pannom i starszym paniom, ale na co dzień życie archeologa to gzy i pokrzywy. Na wyspie Komorowskiej trwało to miesiąc.

Sindbad natomiast nie zabawił długo na swej pełnej pokrzyw wyspie, bo już wieczorem zgodnie z zaleceniami, jakie przekazała mu w liściku “płomienna Sermina”, stanął na brzegu i zawołał: Bywajcie, bywajcie!, na co otoczył go rój srebrnych ludzików, szewczyków i krwaczyków, którzy go odpowiednio wystroili na spotkanie z księżniczką Serminą. Zaczym, opowiadał potem Sindbad,

…zjawił się przede mną rydwan ognisty, zaprzężony w cztery ogniste rumaki. Wsiadłem do rydwanu i po chwili rumaki ogniste uniosły mnie w powietrze. Słyszałem jedynie szum ognistych kół i parskanie ognistych rumaków, którym ze ślepi i z nozdrzy sypały się nieustanne skry. Zdawało mi się, że ogarnął mnie jakiś pożar zaklęty, w którym za chwilę spłonę na popiół. Nie spłonąłem wszakże. Przeciwnie — ogień, z którego utkany był rydwan oraz czwórka rumaków, — wywiewał z siebie łagodną a pełną różanej woni ochłodę.

Sermina mieszkała zapewne na jakiejś zupełnie innej wyspie, w podziemnym pałacu, do którego naszego kochasia doprowadził jej śpiew:

W podziemiach śnię i marzę,
W ustach mam roje słów.
Podziemne korytarze
Pełne są moich snów.
Dość mi rozkazać snowi:
Śnij mi się tak a tak!
A sen się już różowi,
Podając złoty znak.
Jam tu — z mym snem i losem,
Najpłomienniejsza z dziew!
Idź w ślad za moim głosem,
Dla ciebie nucę śpiew!

Tak Sindbad dotarł do drzwi ukrytych pod krzewem różanym. Zgodnie z instrukcją Serminy zerwał jedną różę i ową różą prowadził po drzwiach tak, jakby pisał — litera po literze — jej imię, a drzwi niezwłocznie się rozwarły. Ujrzał pod nimi schody marmurowe i po tych schodach zszedł do podziemi, gdzie czekała już na niego, bo już od dawna przeznaczyła mu tysiąc pierwszych uderzeń swego serca.

Była oczywiście piękna i była królewną. W bajkach tak już jest. Nawet na wyspach pełnych pokrzyw mieszkają piękne królewny.

Musisz najpierw wysłuchać mojej krótkiej opowieści, która ci wytłumaczy wiele tajemniczych rzeczy. Jestem córką króla tej wyspy, na której znajduje się Góra Magnetyczna. Mała to wysepka, ale dziesięć lat temu istniało na niej cudowne i bogate miasto. Ludność tego miasta składała się z samych poetów, prócz jednego tylko człowieka, który się nazywał Ktokolwiek i który poetą nie był. Ów Ktokolwiek dzięki swemu sprytowi i pomimo wrodzonej głupoty zawładnął wkrótce całym miastem. Wszyscy bowiem uwierzyli w jego wyższość i uważali go za geniusza. Sam król powierzył mu rządy miasta. Ktokolwiek zaczął rządzić. Pod wpływem jego rządów kwiaty, drzewa, pałace i cała ludność — słowem wszystko tak doszczętnie zszarzało, iż szarość owa przyprawiła o melancholię i króla, i jego poddanych. Poeci zaczęli z wolna wymierać i po pewnym czasie wymarli wszyscy co do jednego, zbudowawszy uprzednio pomnik owemu Komukolwiek. Umarł wreszcie król. Zostałam tylko ja i Ktokolwiek oraz jego pomnik. Ktokolwiek chciał mnie pojąć za żonę. Wolałam jednak umrzeć, niż zostać jego żoną. Ponieważ znałam sztukę czarnoksięską, przeto rzuciłam na niego czary śmierci. Ktokolwiek umarł. Byłam sama jedna na wyspie. Pewnego dnia ujrzał mnie przelatujący przypadkowo nad naszym miastem czarodziej Murumadarkos. Upodobał mnie sobie, porwał mnie w objęcia i uniósł do tego właśnie podziemia. Pod wpływem jego czarów, muszę przebywać w tym podziemiu wraz z moim ulubionym białym kotem, któremu przeznaczyłam pięćset uderzeń mego serca.

Murumadarkos odwiedza mnie tylko co trzy lata i wówczas bierze mnie zazwyczaj ze sobą na spacer — po powietrzu, gdyż przepadam za takimi napowietrznymi spacerami. Wczoraj właśnie był dzień jego odwiedzin. Odbyłam już z nim ów spacer napowietrzny, podczas którego ujrzałam ciebie na brzegu wyspy. Znów mam trzy lata zupełnego spokoju. Nie mogę powiedzieć, abym nie lubiła Murumadarkosa. Przeznaczyłam dlań trzy uderzenia mego serca. Jest on wszakże zawzięty, potężny i straszny. Zabiłby każdego, kogokolwiek zastałby w podziemiach. Nikomu bowiem nie wolno zwiedzać tych podziemi. Możesz tu jednak z całym spokojem na trzy lata zamieszkać. Strzeż się jeno tego lustra, które stoi w kącie pokoju, naprzeciwko mego łoża, oraz tego łuku, który wisi w przeciwległym kącie pokoju. Gdybyś strzałą z owego łuku wypuszczoną ugodził w owo lustro — Murumadarkos natychmiast zjawiłby się w podziemiach. Ów łuk i lustro zostawił umyślnie w mym pokoju, abym go mogła przywołać w razie jakiejś nagłej potrzeby lub katastrofy.

Tak jest, wiemy już, co się stanie i wiemy, że, przebóg, ale nie może się stać inaczej. W pałacu było mnóstwo cudownych komnat i ogrodów, gdzie rosły podziemne drzewa, kwitły podziemne kwiaty i śpiewały podziemne ptaki. Jak u Konwickiego – Rzeka podziemna, podziemne ptaki. Właśnie czytam tę książkę, a wsiąka ona wieloma kanałami w inne moje lektury (jeszcze o tym napiszę), nic więc dziwnego, że połączyła się z opowieściami o Sindbadzie.

Sindbad i Sermina zamieszkali w pałacu, ale przepędzili tam wspólnie zaledwie pięć dni (na Baratarii nie przebywa się wszak dłużej). Piątego wieczora do sypialni królewny zakradł się ohydny szczur i waleczny Sindbad porwał łuk i… ach nie, nie uwierzycie jak po stokroć typowe dla Baratarii jest zakończenie tej bajki. Czy pamiętacie opowieść o pięknej Helenie i walce Menelaosa z Proteuszem Wiecznym Zmiennikiem? Oto kolejna wersja tych zmagań z krainy ułudy:

Strzała z łuku trafiła w lustro, przywołując czarownika. Rozzłoszczony mąż zmienił się w olbrzymiego psa…

Pies rozwarł paszczę i chciał się już rzucić na mnie, gdy Sermina przedzierzgnęła się w wilka. Wilk rzucił się na psa i rozpoczęła się wściekła walka. Podczas tej walki pies nagle przeobraził się w tygrysa. Wówczas wilk przemienił się we lwa. Tygrys stał się nagle — żółtym z zazdrości i złości płomieniem. Z niepokojem spojrzałem na lwa, czekając, w co się teraz odmieni. Lew po krótkim namyśle rozwichrzył się w cudowny, purpurowy płomień. Przypomniałem sobie wówczas, iż Sermina słynęła jako płomienna. Dwa te płomienie — żółty i purpurowy — wichrząc się i powiewając jęzorami, splotły się i zgmatwały wzajem ze sobą. Długo trwała walka płomieni. To żółty, to purpurowy unosił się wzwyż, panując nad przeciwnikiem. Mocowały się ze sobą — wijąc się kłębami po ziemi, polatując ku sklepieniu, prześlizgując się po ścianach, paląc po drodze kotary i makaty. Wreszcie znieruchomiały obydwa i zwarły się w jeden ognisty, żółto-purpurowy zamęt. Znać było iż tężą się i zmagają w walce ostatecznej. Zaparłem dech i z zamarłem w piersi sercem śledziłem skutki walki, od której zależało życie moje i Serminy. Nagle płomień żółty zachwiał się, syknął, zadymił i zaczął z wolna wątleć, przygasać, szarzeć, aż w końcu, zamieniony w popiół, opadł na ziemię. Sermina zwyciężyła! W kształcie purpurowego płomienia zbliżyła się do mnie i owiała moją twarz wonnym, czarownym, upojnym żarem. Wyciągnąłem dłonie i pogrążyłem je w purpurowym płomieniu. Nie spaliły się, jeno zadrgały, przejęte wnikliwą spiekotą podobną do spiekoty wiosennego południa. Rozchyliłem wargi i zacząłem wdychać wonny żar, który wywiewał się z płomienia. Spijałem też żar purpurowy chciwie i radośnie, gdyż przelewał mi się do piersi i uderzał do głowy jako wino.
— Sermino! — szepnąłem — tyżeś to jest — taka płomienna?
— Jam jest — odrzekła
— Co się dzieje z tobą? Odpowiedz, bo nie widzę twej postaci?
— Płonę — szepnęła Sermina. (…)
— O, jeżeli możesz, przywróć sobie dawną postać, bo oczy moje stęskniły się do twego widoku!
W tej chwili purpurowy płomień zawichrzył się, rozwiał i na jego miejscu zjawiła się dawna Sermina, ale jakże zmieniona, jakże blada, jakże dziwnie smutna i zadumana!
— Zwyciężyłam Murumadarkosa, spalając go w popiół marny i nikczemny, ale nie wolno zwyciężać — bezkarnie! Przybrałam na się postać płomienia, ale nie wolno płonąć — bezkarnie! Kto raz zapłonął — ten musi spłonąć do końca! Wiedziałam o tym, co mnie czeka, ale nie mogłam uniknąć przeznaczenia! Gdy Murumadarkos zamienił się w płomień musiałam gwoli zwycięstwu przeciwstawić się mu w równie płomiennej postaci. Patrz na mnie, póki jeszcze trwam na ziemi, gdyż oto zbliża się chwila mojej śmierci. Zwyciężając Murumadarkosa — wyratowałam ciebie. Ratując ciebie — musiałam sama siebie unicestwić. Płonę, płonę nadal, płonę beznadziejnie!

Tu przynajmniej bez trudu odczytujemy cztery prawdy, o których pouczać nas ma każda leśmianowska opowieść o Sindbadzie.

Nie wolno zwyciężać — bezkarnie! nie wolno płonąć — bezkarnie! Kto raz zapłonął — ten musi spłonąć do końca! I nie możemy uniknąć przeznaczenia!

Reblog. Nowa polska proza [+18]

Mateusz Skrzyński

Dom stu sposobów na samobójczą śmierć

Pakuję się w parszywe sytuacje.
Nie mam w sobie tego dzwonu, co bije na alarm, kiedy facet z nożem w ręku pyta, czy mam mu jeszcze coś do powiedzenia. Zawsze mam i nigdy nic dobrego.
Nie potrafię wyczuć nadchodzącego zagrożenia.
Nie jest najlepiej, jak dzwonnik postanawia wziąć sobie wolne, kiedy akurat powinienem odrzucić zaproszenie od niewłaściwych ludzi. Bogatych, z willą na przedmieściach i barkiem pękającym od alkoholu.
Chciałem się napić. Starczyłoby mi na pół litra czegoś przyzwoitego, ale wtedy piłem, jakby jutro miało być najgorszym, co może mnie spotkać. Taki głód mógł zaspokoić tylko cały rząd butelek. Dlatego wsiadłem do białego BMW, a pół godziny później piliśmy na przedmieściach w wielkim salonie, na wielkich fotelach przy wielkim stoliku, wykonanym z czegoś trudno dostępnego i drogiego.
Nazywali go Cruise od Toma Cruise’a, bo był niski i posiadał obsesję na punkcie swojej twarzy. Wydawała się nawilżona i świeża jak chusteczka do wycierania niemowlęcych tyłków. Cóż, każdy ma swoje gówno do przerobienia i zabiera się do tego na swój sposób.
– Skoro już tutaj jesteś pokażę ci, co trzyma mnie przy życiu – powiedział.
Wdzięczność. Tak. Właściwe słowo, żeby opisać ten rodzaj skrępowania, jaki rodzi się w nas, kiedy jesteśmy przyjmowani czymś drogim i potrzebnym. Miałem w sobie wdzięczność, dlatego wstaliśmy i ruszyliśmy po schodach na piętro.
Weszliśmy do sypialni. Cruise zapalił światło, później kopnął w łóżko, a dokładnie w skraj materaca szerokiego na trzy metry, na którym leżała kobieta ubrana w szlafrok. Podskoczyła bezwładnie jakby była martwa.
– Wstawaj, kurwo! – krzyknął. – Mamy gości.
Obudziła się. Miała kaca i szczerze nas nienawidziła. Usiadła na skraju łóżka, beknęła, a później rozejrzała się za swoją szklanką. Miała twarz opuchniętą od narkotyków i wódy, ale reszta ciała była jak diament w słońcu. To co działo się z jej policzkami, oczami i ustami nadal było tymczasowe. Nie zdążyła jeszcze zniszczyć się na amen. Szlafrok opadł z ramion, poły rozchyliły się, tak samo nogi, chwilę później pochyliła głowę i puściła pawia.
– Moja żona – powiedział.
W ścianie znajdował się stary sejf. Cruise przekręcił klamkę, usłyszałem jak kupa żelastwa zmienia swoje miejsce, metalowe drzwi otworzyły się, a w środku ujrzałem prawdziwe dziwy.
– Zanim kupiłem dom, samochód i tę kurwę zdychającą na łóżku, zanim zostałem rentierem musiałem odpierdolić cały sznur złamanych kutasów i kąsających suk. Całą tę bandę bawiło doprowadzanie mnie do rozpaczy. Kazali mi robić rzeczy, których nie chciałem, ale robiłem, bo byłem małym człowieczkiem na początku swojej drogi, a wtedy łatwo cię przerazić. Oni o tym wiedzą, skurwysyny, którzy dają ci pieniądze na jedzenie i czynsz. Nie muszą tego robić, ale dają ci popalić, bo ktoś inny zrobił to samo z nimi albo lubią to gówno.
W sejfie leżało z pół kilograma białego proszku oraz leki: valium, tramadol, fenytoina jakieś niezbyt silne barbiturany oraz kilkadziesiąt tabletek vicodinu w charakterystycznych amerykańskich pomarańczowych buteleczkach, wypisanych na nazwisko H. Lee, i wiele, wiele, więcej.
– Miewałem dość, ale znalazłem na nich sposób. Kupiłem sznur, wmontowałem w ścianę hak, ukręciłem pętlę. Jeden koniec przymocowałem do haka, a pętlę zakładałem na szyję. Za każdym razem, gdy ktoś mnie wkurwił, upewniałem się, że sznur dobrze leży na gardle i ciągnąłem tak mocno, aż oczy wychodziły mi na wierzch. Wszystko mogli mi zabrać, ale ja miałem to, władzę nad własnym życiem i mogłem je skończyć, kiedy tylko zechcę.
Dalej przeglądałem zawartość sejfu. Z tyłu stały dwie litrowe butelki spirytusu, między nimi leżał rewolwer, a obok obrzyn ze strzelby na grubą zwierzynę.
Pościel zaszeleściła. Odwróciłem głowę w stronę łóżka.
Kobieta dochodziła do siebie. Znalazła sobie butelkę wódki i zaczęła z niej popijać.
– Bzury! – wrzasnęła. Miała zachrypły głos. Twarz przywodziła na myśl dupę pawiana, którą ktoś nauczył mówić. Razem nie składało się to w nic dobrego. – Same bzdury, Cruise. Jesteś tchórzem. Bierzesz te swoje tabletki, wciągasz kreskę, a później wychodzisz do ogrodu pożegnać się z psami. Wypijasz przy tym litr whisky, czasem zeszczasz się w gacie, ale nigdy nie umierasz.
– Moja żona to rasowa kurwa – powiedział do mnie. – Ale pieprzy się tylko z tymi fagasami, z którymi jej pozwalam. Inaczej zajebałaby się na śmierć.
Roześmiała się, a później splunęła, ale zamiast dosięgnąć Cruise’a, trafiła w nocną lampkę.
– Pierdolę się z całym miastem, Cruise! – zaskrzeczała. – Gdybym chciała mogłabym się pieprzyć ze stadem borsuków i byłoby to lepsze, niż seks z tobą.
Wściekł się. Naprawdę dotknęło go to do żywego. Chodził wokół niej z zaciśniętymi pięściami, ale niewidzialna bariera nie pozwalała mu zrobić niczego podłego i brutalnego.
– Gdyby nie to, co trzymam w sejfie – wskazał palcem butelki, fiolki, woreczki i pistolety. Ostatni raz rzuciłem okiem do środka i dojrzałem coś, co powinno od razu rzucić mi się w oczy. W rogu stał wielki słój z formaliną, a wewnątrz pływała wielka czarna fujara. – Gdyby nie to… – Był czerwony, wściekły i bezbronny jak dobijany byk. – Przysięgam kiedyś wezmę to wszystko, później palnę sobie w łeb, a wtedy będziesz ssała pod mostem za butelkę wina!
Kiedy znów rozległy się jej wrzaski postanowiłem zostawić ich samych i zająć się burbonem czekającym na dole. Niewiele brakowało, a mógłbym wreszcie odpocząć w samotności, ale na schodach zaczepiłem stopą o tralkę i runąłem w dół. Upadając straciłem przytomność.

Obudziłem się w łóżku, bez koszuli, z opatrunkiem na głowie i, od pasa w górę, wysmarowany tłustym świństwem o zapachu indyjskich przypraw. Pachniało paskudnie, ale przyjemnie grzało ciało. Chwilę zajęło mi zrozumienie, gdzie jestem. Wstałem, podniosłem z fotela koszulę, spróbowałem odnaleźć portfel, ale bez skutku.
Tym razem ostrożne zszedłem na parter. Spali na dywanie wtuleni w siebie. Nadzy, wymęczeni przez używki i seks. Ona na wierzchu. Opuchlizna prawie zeszła. Twarz zaczynała pasować do reszty ciała.
Opuściłem ten dom obity i zdruzgotany. Ptaki szybowały nade mną, a ja miałem przed sobą pięć kilometrów marszu i ani grosza w kieszeni. Znałem drogę, wiedziałem, że minę dwudziestoczterogodzinny bar. Wszedłem do środka, stanąłem przy ladzie, nie wiedząc, co dalej.
– Ciężka noc? – zapytał facet w białym garniturze. Włosy zaczesał do tyłu. Na palce założył całą gablotę błyszczących sygnetów. Piąta rano, a on wyglądał jak świeżo odlana sztabka złota. – Piwo dobrze ci zrobi.
Skinął na barmana, rzucił dychę na blat, a ja dostałem swoją zimną butelkę.
– To był ciężki tydzień – powiedział. – Przyjechałem tu, żeby odpocząć. Mam w hotelu skrzynkę whisky. Sam nie dam temu rady. Może znasz jakieś panienki? Ale pewne, żadnego syfa, jestem żonaty.
Westchnąłem.
To nigdy nie zamierzało się skończyć.

Metaforycznie: Mistrz ucieczek

Ojciec był mistrzem ucieczek. Na igrzyskach olimpijskich w Londynie zdobył złoty medal na dystansie pięciu tysięcy metrów, uciekając przed metalową kulą oraz brązowy medal za ucieczkę przez płotki, uchylając się przed nadlatującymi strzałami. Dzień po honorowym udekorowaniu zwycięzców odeszła od nas mama. Nie rozumiałem dlaczego. Ojciec stał się sławny. Powiesił medale w gablotce. Zarobił pieniądze. Nie chciałem go opuszczać. Był moim bohaterem.
Dokładnie rok później odwiedził nas prawnik. Dobrze pamiętam, bo w telewizji leciał reportaż, w którym rozważano, czy nie skreślić ucieczek z listy dyscyplin olimpijskich. Słuchałem tego z niedowierzaniem.
Jeden z dziennikarzy przywołał przykład mojego ojca.
– Syn szwaczki i malarza statków – wymieniał. – Wielokrotny mistrz kraju i zdobywca dwóch medali na ostatnich igrzyskach. Ilu takich jak on nie sięgnie po złoto, gdy zdyskredytujemy ucieczki? Ilu straci swoją szansę na awans społeczny?
Tak mówił, a ja czułem jak rozpiera mnie duma.
– Potrzebujesz trzydziestu tysięcy – powiedział prawnik. Wyciągnął z teczki plik papierów i przesunął palcem po kilku linijkach tekstu. Ojciec czytał z uwagą. Mięśnie żuchwy pracowały z mechaniczną regularnością. Intensywnie się nad czymś zastanawiał. – Oddasz i staniesz się wolnym człowiekiem.
– To tyle, ile wart jest ten dom – odpowiedział ojciec. – Czy mam sprzedać dom?
– Trzydzieści tysięcy – powtórzył. – Ja tylko mówię, że wreszcie mógłbyś się od nich uwolnić.
Serdecznie uścisnęli sobie dłonie. Dopiero, gdy usłyszałem dźwięk odpalanego silnika ponownie oderwałem wzrok od telewizora.
– Może mogliśmy razem pouciekać? – zaproponowałem ojcu.
– To mi dobrze zrobi – czule pogłaskał mnie po głowie. Wyobrażałem sobie, że będzie to jeden z tych gestów, które przejmę od niego, gdy się zestarzeje. Będę podawał mu leki i obejmował dłońmi łysiejącą głowię.
Założyliśmy wygodne buty.
Sąsiad trzymał buldoga amerykańskiego. Wściekły pies. Nienawidził nas z całego szybko bijącego serca. Rozejrzeliśmy się. Ulica była pusta. Ojciec otworzył furtkę.
– Hej, Lincoln! – zawołał i gwizdnął przeciągle na placach. – Chodź tu skurwielu!
Lincoln wybiegł przed dom. Wyszczerzył zęby i rwąc drobne kępy trawy ruszył ku nam.
Zaczęliśmy uciekać.

Scarlett i ja: człowiek z gnijącą aureolą

Tego ranka obudziłem się na lekkim kacu.
To miał być dzień odkryć.
Kiedy zakładałem spodnie zauważyłem, że nad wezgłowiem w miejscu, gdzie układam się do snu, spod żółtej farby zaczyna wyłaniać się coś zielonego o lśniącej powierzchni.
Gdy już zmoczyłem włosy, aby móc je przeczesać, stanąłem na wadze. Tarcza przekręciła się powyżej liczby sto. Koszula opięła się na ramionach i barkach. Od kilku miesięcy przerzucałem worki z kawą. Nie na Karaibach, ale w centrum Poznania, ponieważ w mieście jest palarnia kawy.
Przy śniadaniu usłyszałem, jako moja Scarlett O’Hara wychodzi z łóżka, trzęsąc cyckami przebiega przez korytarz i wchodzi do łazienki, zatrzaskując za sobą drzwi. Nie musiała się nigdzie śpieszyć, a mimo to uwijała się pod prysznicem jak rak parzony we wrzątku. Scarlett tak mają – zaskakują. Świetne z nich nauczycielki, chociaż okrutne. Nie mam pewności, czy są w tym w pełni świadomie.
– Dokąd to, Scarlett? – zapytałem.
– Och! – westchnęła. – Zapomniałam, że umówiłam się z Ashley’em na ósmą. Mieliśmy jechać kupić stolik do kawy. Niesłychanie ważne jest posiadać stolik do kawy, a Ashley go nie ma.
– Mówimy o tym samym Ashley’u, od którego wczoraj odeszłaś?
Wziąłem do ust kęs bekonu. W smaku był wspaniały, idealnie kruchy i odpowiednio słony. Robię naprawdę niezły bekon.
– Wczoraj tak właśnie mówiłam, ale nie jestem pewna, czy rzeczywiście to definitywne – odpowiedziała. – Chyba się nie gniewasz, Rhett?
Minioną noc spędziliśmy w łóżku. Trochę piliśmy. Scarlett zdradziła mi kilka swoich tajemnic. Rumieniła się jak pięciolatka, która podnosi rąbek sukienki do ust, żeby ukryć zakłopotanie. Później zaskoczona zdaje sobie sprawę, że właśnie pokazała majtki. Opuszcza rąbek i najzwyczajniej nie wie, co dalej robić, szukając u ciebie ratunku.
Dostałem swój kawałek ciasta.
Więcej, wyznała mi miłość. Jej mina była najpoważniejszą wśród wszystkich kobiet w tej części miasta. Mogła nawet mówić prawdę, ale miłość to rzecz skomplikowana. W jednym ułamku życia dostajesz wszystko, żeby w kolejnym pozostać z niczym.
– Nie ma sprawy, Scarlett – powiedziałem. – Miło z twojej strony, że chcesz mu pomóc.
Wyciągnąłem piwo z lodówki. Wróciłem do łóżka, oparłem głowę o tę zieloną, świetlistą plamę, która zaczynała przybierać kształt okręgu. Ubrana wyszła z łazienki i dała mi soczystego buziaka.
– Jesteś świetny, Rhett – dodała. – Najlepszy na świecie.
Wiedziałem, że do mnie wróci, kiedy znów poprztyka się z tamtym albo innym, a ja przyjmę ją, ponieważ miło jest mieć swoją Scarlett.
W jednym ułamku życia masz wszystko, żeby za chwilę nie mieć nic.
Piłem piwo i zastanawiałem się, czy tamten Ashley – jeden z miliona Ashley’ów na świecie – zdaje sobie z tego sprawę.

Inne utwory autora

Ze świata podręcznych 5

Zosia pisze:

Ewo,

właśnie mija rok od pierwszej wizyty u prawnika, gdy wraz z synem podjęliśmy decyzję o wszczęciu eksmisji, aby tym samym doprowadzić do przerwania przemocowego łańcucha w moim rodzinnym domu. W pewien sposób moje dzieci wychowały się w bliskim kontakcie z patologią, która przez te wszystkie lata rozwijała się za sprawą bratanka w domu ich dziadków. Wyroki wydawane w tzw. zawiasach (czyli w zawieszeniu) umacniały bratanka w bezkarności, a moją matkę po śmierci ojca zupełnie uzależniły od przemocy. Podlega stałemu praniu mózgu – z taką sytuacją mam dziś do czynienie. Trzeba jednak wziąć pod uwagę, że moja matka ma zaburzenia psychiczne i jest to wielki problem, gdyż podobnie jak bratanek przejawia wobec mnie i moich synów agresję. Takie sytuacje bardzo często się zdarzały w okresie, gdy był on więzieniu, uważam, że była przez niego telefonicznie moderowana. Matka od lat odmawia przeniesienia się do mnie czy dokądkolwiek. Postanowiła nie wychodzić z domu, dziś faktycznie ma z tym problem, porusza się jedynie po mieszkaniu, lata płyną.

Zdjęcie zrobione w letnią niedzielę o godzinie 15.30

Obecnie do wszystkich problemów dochodzi sprawa badań, koniecznych wizyt u psychologa i psychiatry, gdyż zachowanie mojej matki jest groźne dla niej samej. Pranie mózgu, o którym pisze NIEBIESKA LINIA, dokładnie, na 100% tak, funkcjonuje w moim rodzinnym domu. Jak zrobić badanie, gdy matka odmawia? – to jest bardzo trudne. Mimo skierowania na badanie w Olsztynie, umówionej wizyty na rozmowę i badania, na które w naszym systemie czeka się kilka miesięcy, matka odmawia opuszczenia domu i jak dotąd nie udało mi się przewieźć jej na badanie. Mamy specjalistów na miejscu, ale matka także odmawiała badań, jej stan się pogarsza, zmniejsza się sprawność fizyczna, pogłębiają się dolegliwości z owrzodzeniem podudzi. Matka była zesłana na roboty przymusowe, ma za sobą zsyłkę przez władze sowieckie, miała odmrożone nogi. Brak stabilności emocjonalnej i zależność matki od patologii, a może nawet dewiacji jej wnuka, a mojego bratanka, powoduje, że jestem często bezradna, widząc to co dzieje się od lat w moim domu.

Nawet, gdy następuje eskalacja przemocy wobec mojej matki, zdarza się, że ona sama  zaprzecza temu, co oczywiście jeszcze bardziej ośmiela sprawcę. To człowiek wyedukowany w środowisku więzienia, wspierany przez matkę prawniczkę, umacnia się w przekonaniu, że ma prawo do swobodnego zachowania się w moim domu, a nawet zaczyna mu się wydawać, że moje mieszkanie jest jego własnością. Teraz wiąc i ja jestem bezpośrednio poddana jego przemocy, napastowana przez bratanka, który, jak wiesz, urósł w siłę.

Ewa, zatem podjęliśmy się zdecydowanych działań.

Wiedzę, jak działać, zdobywam poprzez smutne doświadczenie. System razem z ustawą sankcjonuje wszelkie patologie, jakie występują na linii przemoc domowa w rodzinie. Jak mamy się bronić, jeśli policja nie stoi na straży prawa, nie broni i w sytuacji przemocy fizycznej pobłaża sprawcy, lekceważąc ofiarę. Komendant KPP nie widzi tu uchybień. Ewa, to jest świat nienormalnych wartości, odwróconego prawa, wszystko jest do góry nogami. Rada pana dzielnicowego – policjanta w KPP – brzmi: “dobrze będzie, jak z nimi zamieszkam, tzn. z bratankiem i moją matką, wtedy będę mogła swobodnie wypełnić wszystkie obowiązki opieki i dopilnować, aby nie działa się przemoc w stosunku do mojej matki”.

Co mogę powiedzieć? Że nie miałam bladego pojęcie, że system działa odwrotnie, że wszyscy tłumaczą sprawcę przemocy, udzielają mu rad, otrzymuje pomoc psychologa, rozmawia się z nim i prosi, by 40-letni facet był grzeczny i starał się babci pomagać. O tym już też tu pisałyśmy: “ofiar nikt nie lubi”.

Oddzielny rozdział tej historii stanowią obecnie toczące się sprawy sadowe, które rozpoczęliśmy rok temu, ale nadal, dziś nie mam pewności, jaki będzie efekt procesów eksmisyjnych.

 4 września odbędzie się ostania rozprawa. W trakcie minionych trzech rozpraw odbyły się liczne przesłuchania świadków, moich oraz pozwanego, wypowiadał się adwokat mojego bratanka (sprawca otrzymał opiekę prawną bezpłatnie z urzędu!), wypowiadała się też  sędzina, przesłuchano moją matkę jako świadka mojego bratanka. Szczególny sprzeciw budzi we mnie fakt, że adwokat bratanka nagrywał zeznania mojej matki, a podważano wartość moich nagrań, jakich dokonałam podczas sporów z bratankiem. Podkreślę też, że w sądzie w M. nie nagrywa się wypowiedzi i zeznań na sali rozpraw. Sędzia dyktuje do protokołu to, co sam uzna za ważne. To jest przerażająca polska rzeczywistość sądowa – a przecież żyję w Polsce i innej rzeczywistości prawnej nie znam.

Ewa,

wszystko to pochłania ogrom czasu i energii, niszczy aktywność życiową, a efekt działań, mimo że się nie poddaję, jest znikomy, sukcesy są trudne do osiągnięcia, a mój syn już wie, że to co jest proste w naszym odczuciu prawa i oczekiwanej sprawiedliwości, jest bardzo względne w sądach. Już  się nie dziwimy, ja i moi synowie, że przemoc pozostaję cicha w czterech ścianach.

Przepraszam, że napiszę mocne słowa.

Jak to jest, że sprawcy wolno mnie szarpać, wyrzucać z mojego domu, mówić: “pizdo jebana, kurwo jebana, suko, chuju pierdolony, suko nie wyruchana, pedały jebane, ścierwo, kurwo, ja was zajebię, jeb się, pierdol się, ni chuja, hitlerowska suko” i nie podlega to karze? Niektóre z tych wyzwisk, naśladując sprawcę, wypowiada pod moim adresem moja matka. Jak to się stało, że zwichrowany umysł mojej matki ujrzał w moim bratanku a jej wnuku,  opiekuna?

Napisałaś na początku tego cyklu, co ci powiedziała policja niemiecka: NASZE BEZPIECZEŃSTWO TO NASZA SPRAWA.

TAK, ZDECYDOWANIE 😦

Gwiazda Dawida (reblog)

Przekraczając granice

Ostatniego dnia pobytu w Warszawie wybrałem się do dwóch miejsc, które przekazują informacje o tej części naszej historii, o której niby wiemy, a która tak naprawdę owiana jest dla wielu z nas tajemnicą.

(…) ruszyłem wzdłuż ulicy Emilii Plater, na której końcu znajduje się 44-piętrowy budynek Cosmopolitan. Ale to nie on był celem mojej wędrówki, a znajdująca się na jego tyłach, jakby schowana Synagoga imienia Małżonków Rywki i Zalmana Nożyków. Świątynia ta jest jedyną czynną przedwojenną synagogą w Warszawie. Nabożeństwa odbywają się w niej codziennie, choć ja niestety miałem pecha i nie udało mi się dostać do środka.

Została ona wybudowana na przełomie XIX i XX wieku i w większości przypadków służyła bogatym żydom. Spytacie czemu bogatym, powód jest prozaiczny, otóż za możliwość uczestniczenia w nabożeństwach trzeba było płacić. Co prawda były też specjalne spotkania dla tych, których nie było stać na opłaty, ale odbywały się one nieregularnie i stosunkowo rzadko.

II wojna światowa obeszła się z budynkiem dość łagodnie, dzięki temu, że urządzono w nim stajnie, nie został zbytnio zniszczony, co pozwoliło już w lipcu 1945 roku przeprowadzić w nim pierwsze nabożeństwo. Później bywało różnie, aż do 1983 roku, od kiedy to synagoga działa już nieprzerwanie.

Pomiędzy budynkiem Cosmopolitan a synagogą ustawiono kilkanaście tablic informacyjnych, z których można dowiedzieć się sporo o kulturze, religii i obyczajach żydów. Bo niby dużo wiemy, ale… no właśnie gdy zacząłem czytać okazało się, jak wiele cennych informacji umyka nam gdzieś bokiem.

Chociażby takie, że w alfabecie hebrajskim, każda litera jest równocześnie jakąś cyfrą bądź liczbą, że w języku polskim często używane są słowa zapożyczone z jidysz (np. ciuch, machlojka, czy plajta). Wyczytałem też dlaczego żydzi noszą pejsy i brody. Wyjaśniono również w sposób przystępny co oznacza koszerny. Raczej wszyscy z nas wiedzą czym jest Tora lub menora, ale pewnie większe problemy byłyby gdybym spytał Was o znaczenie takich słów jak szofar albo kipa.

Gdy już zapoznałem się z tablicami i popodziwiałem świątynię z zewnątrz, ruszyłem, aby zobaczyć główny punkt mojego tego dniowego programu zwiedzania. Było nim otwarte dla zwiedzających w 2013 roku Muzeum Historii Żydów Polskich POLIN.

Duży nowoczesny budynek mieści w swoich trzewiach ponad tysiącletnią historię żydów na terenach Polski. Wydarzenia historyczne przeplatają się z różnymi podaniami ludowymi, ot chociażby z tym jak to prześladowani na zachodzie Europy żydzi udali się w podróż w poszukiwaniu bardziej przyjaznego miejsca do osiedlenia trafili w końcu na nasze ziemie i gdzie ponoć usłyszeli głos z nieba mówiące Po-lin, co w tłumaczeniu na polski oznacza „tutaj odpoczniesz”.

Poza wielowiekową historią polskich żydów w muzeum tym znaleźć można też wiele informacji dotyczących ich kultury, jak na przykład tych dotyczących ceremonii ślubnej. Czy wiecie, że bogobojne żydówki goliły sobie głowy i nosiły peruki, lub czepce? Ja tego nie wiedziałem.

Takich „smaczków” można znaleźć w Muzeum Historii Żydów Polskich POLIN dużo więcej, dlatego uważam, że jest to jedno z ciekawszych miejsc jakie można odwiedzić w Warszawie. A jeśli ciekawi Was czemu wybudowano je właśnie w naszej stolicy to niewątpliwie zaważyło o tym również to, że przed II wojną światową, gdy jeszcze nie istniało państwo Izrael, Warszawa była drugim po Nowym Jorku miastem pod względem mieszkającej w nim populacji wyznania mojżeszowego.

A oto liczne historie i informacje, na które trafiłem w muzeum.

This slideshow requires JavaScript.

Stuart 30

I fear I choke unless I spit it out
Still smell of smoke, although the fire’s gone out
Can’t live with you, but I die without
What’s left to say when every word’s been spoken?
What’s left to see when our eyes won’t open?
What’s left to do when we’ve lost all hope and
What’s left to break when our hearts are broken?

Boję się, że się udławię, muszę to z siebie wyrzucić
Ciągle jeszcze czuję zapach dymu, chociaż ogień dawno już zgasł
Nie mogę żyć z tobą, a bez ciebie umrę
Co pozostało do powiedzenia kiedy powiedziało się już każde słowo?
Co pozostało do zobaczenia kiedy nie potrafisz otworzyć oczu?
Co pozostało do zrobienia po tym jak zgubiliśmy wszelką nadzieję?
Co można jeszcze złamać po tym jak zostały złamane nasze serca?

Golden leaves, Passenger

Joanna Trümner

Ostatnie spotkanie

W trzy dni po powrocie do Sydney Stuart po raz pierwszy wszedł do swojego mieszkania. Kuzynka Toma wyjechała na święta i pierwszy tydzień nowego roku do rodziny w Adelajdzie, mógł więc po wielu miesiącach życia w hotelach znowu pomieszkać. „Jak dobrze jest mieć swój kąt, wyciągać ubranie z szafy, a nie z walizki, spać w swoim łóżku i gotować obiad w kuchni, nie mogę w przyszłości zrezygnować z tego miejsca”, pomyślał ciesząc jednak, że na razie nie musi podejmować decyzji – kuzynka Toma chciała podnajmować jego mieszkanie przez kolejny rok.

Od dawna nie spał tak długo i spokojnie, za oknem padał deszcz i Stuart przeciągając się w łóżku zastanawiał się jak spędzić ten mokry dzień – pierwszy od dawna dzień bez terminów i zobowiązań. Z tych leniwych myśli wyrwał go telefon. „Pewnie ktoś z propozycją występu na Sylwestra”, pomyślał podnosząc słuchawkę. Nie od razu rozpoznał głos Meg. Po krótkiej wymianie uprzejmości dziewczyna zapytała: „Czy moglibyśmy się spotkać? Jest kilka spraw, o których chciałabym z tobą porozmawiać”. Zaproponował jej spotkanie wieczorem u siebie. Kilkakrotnie w ciągu dnia zastanawiał się, czy nie powinien tego odwołać, o czym mieliby jeszcze rozmawiać po zawodzie, który mu sprawiła? Po co? Dopiero od niedawna czuł, że czas złagodził jego smutek, nieraz myślał o tym, że czuje się jak rekonwalescent, który po długiej i ciężkiej chorobie powraca do zdrowia. Bał się, że ponowne spotkanie z Meg może oznaczać nawrót choroby. Z drugiej strony nie chciał być tchórzem. „Może jednak ta rozmowa jest potrzebna po to, żeby raz na zawsze zamknąc rozdział pod tytułem ‘Meg’?”, zastanawiał się czekając. Kiedy Meg punktualnie o szóstej zadzwoniła do drzwi, z trudem udało mu się zapanować nad uczuciami, które nim szarpały – ciekawością, niepewnością, strachem i rozgoryczeniem. Otworzył jej drzwi i z dużym wysiłkiem opanował drżenie głosu podczas. Meg miała nową fryzurę, a krótko obcięte włosy i świeża opalenizna sprawiały, że wyglądała o wiele młodziej niż kobieta, którą Stuart zachował w pamięci.

Opowiedzieli sobie o minionych miesiącach. „Rozmawiamy jak starzy, dobrzy znajomi, którzy się od dawna nie widzieli”, pomyślał Stuart i przyłapał się na tym, że kończy w głowie rozpoczynane przez Meg zdania. Przez cały wiedział, że nie przyszła go odwiedzić w imię starej znajomości i niecierpliwie czekał, aż Meg powie mu, o co jej chodzi. „Nie wiem od czego mam zacząć”, powiedziała Meg, sama z pewnością zaskoczona tym, że właśnie ona, osoba, która dla swoich pacjentów zawsze potrafi znaleźć właściwe słowa, takie, które przywracają im ochotę do życia, w tak ważnej dla siebie chwili nie potrafi wyrazić swoich myśli. „Zrobiłam wielki błąd odchodząc od ciebie”, zaczęła „To ja od ciebie odszedłem”, przerwał jej Stuart i równocześnie zdał sobie sprawę z tego jak dziecinnie to zabrzmiało. Tak jakby w ich sytuacji najważniejsze było to, kto od kogo odszedł, jakby nie chodziło tu o utracone na zawsze zaufanie i rozczarowanie. „Proszę cię o jeszcze jedną szansę dla nas. Ja naprawdę zrozumiałam, że my byliśmy tym, o czym zawsze marzyłam. A on – był po prostu błędem, błędem którego sama nie potrafię sobie wytłumaczyć. Wiem, że czasu nie da się cofnąć i że bardzo się na mnie zawiodłeś. Przepraszam i proszę cię, nie przekreślaj naszych wspólnych czterech lat, daj mi szansę, chcę ci pokazać jak wiele dla mnie znaczysz.” Stuart długo patrzył na nią w milczeniu. Zdawał sobie sprawę z tego, ile ją musiało kosztować przeprowadzenie tej rozmowy, zrozumiał jednak i to, że przez kilkanaście miesięcy od rozstania Meg nie stała się dla niego kimś zupełnie obojętnym. Mimo to nie wyobrażał sobie powrotu do niej i ciągłego strachu przed kolejnym rozczarowaniem. „To mnie zbyt wiele kosztowało, a teraz, kiedy udało mi się zaleczyć rany, chcę po prostu iść dalej sam”, odpowiedział cicho. W momencie, w którym to powiedział, poczuł wielką ulgę, poczuł, że jest tak wolny jak wtedy, kiedy godzinami patrzył na wzburzony ocean i myślał tylko o tym, co jeszcze go może w życiu spotkać. Wiedział, że dopiero teraz skończył się pewien etap w życiu i był przekonany o tym, że było to ich ostatnie spotkanie.

Następnego dnia zadzwonił do matki w Anglii. Nie od razu zorientował się, że jej głos był przygaszony i zrezygnowany. Matka powiedziała mu, że u jego starszej siostry Eve stwierdzono raka i czeka ją amputacja piersi oraz długie leczenie chemioterapią. „Mam nadzieję, że uda jej się z tego wyjść. I nie wiem, jak to wszystko przyjmie George”, powiedziała matka na zakończenie rozmowy. „To niemożliwe, takie rzeczy nie zdarzają się przecież młodym ludziom”, pomyślał Stuart. Przez cały dzień przypominał sobie Eve, po raz pierwszy od dawna nie myślał o niej z niechęcią. Jego niezbyt ładna i wiecznie niezadowolona z życia siostra, którą najmłodsza z ich trójki, Kate, określała jako „chronicznie nieszczęśliwą”, zajmowała się nimi w dzieciństwie. Rodzice pracowali w pubie, a Eve była osobą, która ich karmiła, sprawdzała im lekcje, sprzątała, prała, załatwiała sprawunki. „Nie miała normalnego dzieciństwa”, pomyślał Stuart, zastanawiając się równocześnie nad tym, jak jego pięcioletni, znany mu tylko ze zdjęć siostrzeniec, George, zniesie ciężką chorobę matki.

O wiele spraw czuł do Eve żal, nie potrafił jej darować tego, że za wszelką cenę próbowała wyciągnąć pieniądze i od matki, i od Stuarta-seniora. Była interesowna i zawzięta. Przypomniał sobie, że nie przyjechała na pogrzeb wujka, bo była wściekła, że nie uwzględnił jej w testamencie. Zawsze odcinała się od niego i Kate, zazdrościła im sukcesów. „Jej małżeństwo z Williamem jest też jedną wielką farsą”, pomyślał Stuart przypominając sobie plotki, które krążyły o jego szwagrze w pokoju nauczycielskim w Walton. Stuart nigdy nie powtórzył siostrze ani jednej z zasłyszanych historii, nigdy nie opowiedział jej o tym, że widział wzrok, jakim William wodził za jednym z uczniów najstarszej klasy i o tym, że dwa dni przed ich ślubem przypadkowo zobaczył szwagra trzymającego się za ręce z tym właśnie uczniem na plaży. Zarówno Kate jak i on byli zdania, że małżeństwo z ich siostrą jest dla Williama alibi. Tym większym zaskoczeniem była dla nich wiadomość o ciąży Eve. „To niesamowite, ile kłamstwa potrafi się pomieścić w jednym życiu. Swoją drogą bardzo się przez te lata od niej oddaliłem”, pomyślał Stuart i zdał sobie równocześnie sprawę z tego, że nie jest to prawdą, bo oddalić można się tylko od osoby, z którą było się blisko, a oni nigdy nie byli ze sobą blisko.

Stary rok dobiegał końca, Stuart cieszył się na Sylwestra, którego miał spędzić razem z Tomem i Tess. Chcieli przygotować piknik i pójść razem na plażę. Noce były teraz tak upalne, że z trudem można było wytrzymać w nagrzanym mieszkaniu. Cieszył się na pierwszą noc roku 1984, spotkanie z przyjacielem i jego dziewczyną, pierwszego w życiu Sylwestra pod gołym niebem. Pakował rzeczy na piknik i myślał o tym, co przyniesie mu ten nowy rok. „Jakie to dziwne, że ludzie tak bardzo cieszą się na przyjście nowego roku, tak jakby ten dzień był magiczną różdżką, dzięki której w ciągu jednej nocy, a właściwie w ciągu kilku godzin znikają wszystkie problemy starego roku”.

Stał już w drzwiach, kiedy usłyszał dzwonek telefonu. Niechętnie go odebrał, w słuchawce usłyszał głos nieznanego mężczyzny. „Grałeś u nas przed kilkoma laty koncert. Pilnie szukam kogoś, kto może dzisiaj u mnie wystąpić. Płacę podwójnie, nie mogę się skompromitować przed ludźmi, którzy dawno temu kupili drogie bilety. Nasza dzisiejsza gwiazda jest kompletnie zalana i bełkocze coś w garderobie, ja go po prostu nie mogę wpuścić na scenę.” Zaskoczony niespodziewaną propozycją Stuart nie miał zbyt wielkiej ochoty na zmianę planów. „Nie wiem czy dam radę, umówiłem się z przyjaciółmi”. „Weź ich ze sobą, zapłacę za ich picie i jedzenie, tylko mnie nie zostaw na lodzie, proszę”. Stuart znał piosenkarza, i znał klub, gdzie ten miał dzisiaj wystąpić, jeden z droższych klubów na George Street. Przed kilkoma laty był gwiazdą, nazwiskiem znanym w całej Australii. Ostatnio podczas wizyt w sklepach muzycznych Stuart dziwił się, że na półkach nie ma jego płyt. „Nie wiedziałem, że on teraz zarabia graniem po klubach”, pomyślał, ale wiedział co to znaczy, zwłaszcza, że od dawna muzyk nie nagrał żadnego nowego utworu. Zadzwonił do Toma, żeby powiedzieć mu o zmianie planów, w dwie godziny później wchodził do klubu. Szef nie ukrywał ulgi na jego widok i zaprowadził go od razu do garderoby, gdzie Stuart mógł poćwiczyć przed koncertem. Po drodze minął pokój, w którym na podłodze gwiazda odsypiała pijaństwo. „Już od samych oparów można się upić”, pomyślał Stuart. „Uważaj, nigdy nie możesz tak skończyć.”

Cdn.

 

Szopa w salonie 7

Łukasz Szopa

129 a/b Konsequent

Revolution ist kein Verbrechen!

Lato (eee, jakie tam lato!…), koniec sierpnia, znów na kilka dni w Berlinie. I od razu widać, że coś się zmieniło. Coś. Albo też wiele „cosiów“, to znaczy – Berlin jak nieraz przed jakimiś jesiennymi wyborami – oplakatowany. Politycznie. Ta wyborcza panorama to nie tylko urozmaicenie i tak już kolorowego i politycznego miasta, ale i doskonały temat na pogawędki podczas spaceru lub wypadu do pobliskiej pizzerii.

Najchętniej rozmawiam o treści plakatów i ich treści z moim synem, Samuelem. Zaczęło się to już w wyborach w 2013 roku, gdy przede wszystkim intrygowała go lista i partia „Die Piraten“ (Piraci). Choć nie tylko, gdyż ogólnie lubił też inne lewicowe i liberalne ugrupowania – jak Zielonych czy „Die Linke“ („Lewica“), a najtrudniej było wytłumaczyć mu, co takiego „chrześcijańskiego“ jest w CDU. Najciekawszą rozmowę podjął jednak w odniesieniu do plakatu „Die Linke“ (przyznam, ich plakaty cieszyły się moim najwyższym uznaniem – choć tylko z uwagi na najlepszy design). Spoglądając na plakat z hasłem „Waffenexporte abschaffen“ („Zlikwidować eksporty broni“) po pierwsze wciąż powtarzał „WaffenexporteR abschaffen“. Nawet nie dociekałem, czy ma na myśli likwidację „eksporterów“ (trochę radykalne podejście…), czy też słowo „Exporter“ brzmiało dla niego jak jakieś wspaniałe pojazdy rodem z „Gwiezdnych Wojen“ czy kreskówki „Ninjago“. Lecz właśnie gdy tłumaczyłem mu, że chodzi o sprzedaż broni do innych krajów, zapytał: „A dlaczego nie zlikwidować w ogóle broni?“ Cóż, pomyślałem, racja! Czyżby „Die Linke“ zależało jedynie na zakazie eksportu, nie na samej produkcji i legalności uzbrojenia?

Po części to niestety prawda, jak dowiedziałem się z własnych dyskusji online na lewicującym portalu „Der Freitag“, gdzie niejeden lewicowiec z krwi i kości musiał przyznać, że w niemieckiej realpolitik partia ta co prawda głośno domaga się zakazu eksportu – jednak gdy przyjdzie co do czego, czyli na przykład do ograniczenia czy zamknięcia produkcji w firmach jak EADS czy Heckler & Koch, a co się z tym wiąże – likwidacji miejsc pracy – „Die Linke“ temat woli omijać lub po prostu przemilczeć.

Lecz – idzie na lepsze! W tym roku, po niespełna sześciu latach, partia ta idzie kroczek dalej, rozwieszając hasło „Abrüsten! Waffenexporte stoppen!“ („Demobilizacja! Stop eksportom broni!“), gdzie pierwsze słowo odczuwa się jako odniesienie również do samej produkcji i użytku broni wewnątrz Niemiec.

Tak się składa, że w naszej dzielnicy kandyduje najbardziej znany polityk tej partii, Gregor Gysi. Mój syn miał okazję poznać go dwa lata temu, gdy polityk ten odwiedzał szkołę podstawową Samuela. Jako że było chaotycznie, mój syn nie tylko nie do końca zrozumiał, jaki cel miała ta wizyta (nie tylko on zresztą), ale i przekręcał od tego momentu regularnie nazwisko polityka – nazywając go „Gregor Griesi“ – co w sumie brzmi miło, niemalże jak jakiś pluszowy potworek z Ulicy Sezamkowej. Ale Gregor się nie zraził, i w tym roku plakatuje radośnie „Trotzdem! – Gregor Gysi“ („Mimo wszystko – Gregor Gysi“).

To jednak nie jedyny przykład, że politycy i partie powinny uważać z wchodzeniem w szkoły i w tematy szkolnictwa. Rok temu – znów berlińskie wybory lokalne – aż trzy partie (SPD, Zieloni, „Die Linke“) wybrały sobie temat edukacji, żądając „Więcej szkół!“, „Więcej nauczycieli“, „Lepsze szkoły!“, „Lepsza edukacja!“ – co dla (w międzyczasie) pięcioklasisty Samuela oznaczało, że od tych partii trzeba trzymać się z daleka. Tym razem postawił na humorystyczną listę „Die Partei“, która nie tylko proponowała przebudowę końcowej stacji U1 Warschauer Strasse w looping, ale też rozdawała znaczki z hasłem „Die AfD ist wie DIE LINKE, nur rechts.“ („AfD jest jak LEWICA, tylko prawicowa“).

Pod koniec sierpnia 2017 moim największym ulubieńcem – jeśli chodzi o oryginalność hasła, gdyż jako obywatel Polski nie mam prawa wyboru w wyborach do Bundestagu – jest plakat MLPD. Malutka partia, w tłumaczeniu „Marksistowsko-Leninowska Partia Niemiec“, obwieszcza z jednego z plakatów ni mniej nie więcej: „Revolution ist kein Verbrechen! Weg mit 129 a/b.“ („Rewolucja to nie przestępstwo! Zlikwidować 129 a/b“). Z dodatkiem „Konsequent!“ Przyznam, że albo co do poczucia humoru ironią chcą prześcignąć „Die Partei“, albo – jeśli to na poważnie – są bardziej leninowscy niż sam Włodzimierz Ulicz. Który to, oceniając szanse na rewolucję proletariacką w Niemczech, stwierdził ponoć, iż to w tym kraju wręcz niemożliwe – gdyż Niemcy, gdyby mieli zdobyć szturmem dworzec kolejowy, to uprzednio wykupiliby peronówki.

Cóż, MLPD żąda więc legalizacji rewolucji i zniesienia zakazu organizacji antypaństwowych i terrorystycznych (to ten paragraf 129). No tak, to się nazywa rewolucja w wydaniu niemieckim: powinno się ją najpierw ustawowo zalegalizować, i dopiero wtedy można ruszać do boju, trzymając w jednej dłoni bagnet, w drugiej opasły tom kodeksu karnego!

Tekst o zbliżonej tematyce po niemiecku opublikowany na łamach „Der Freitag“ pod koniec sierpnia 2013: https://www.freitag.de/autoren/lukasz-szopa/militaerische-heuchelei

Barataria (30) Leśmian (9) Sindbad (2)

Ewa Maria Slaska

Przygody Sindbada żeglarza na wyspie ptaka Roka

Bo to jednak wyspa jest, co jednakże autor raz jeden tylko zechciał zauważyć. No ale to starczy, wyspa to wyspa, i należy mi się jak każdemu wiernemu giermkowi podążającemu za Sprawą. Podążam i w zamian oczekuję gubernatorstwa wyspy jakiej, choć wciąż ani takowej nie spotkałam, która by mnie przykuła na dłużej, ale też, przyznaję, nikt mi jak dotąd żadnej insuli nie zaoferował, ani na wodzie ani nawet na lądzie.

Ptaka Roka i całą historię o nim dobrze pamiętałam z dzieciństwa. Był wielki, mieszkał w dziupli ogromnego dębu, gdzie miał gniazdo, a w nim małe, a w głębi dziupli znajdowało się zejście do czarodziejskiej różowej komnaty, gdzie mieszkała czarodziejska księżniczka. Na swoją chwałę muszę dodać, że bycie księżniczką nie nazbyt mnie w dzieciństwie interesowało i, jeżeli w ogóle, to chciałam być księżniczką indiańską, która konno przeskakuje przez wysokie palisady. No jeszcze ewentualnie wchodziło w rachubę bycie samotną księżniczką w ogromnym pałacu otoczonym ogromnym ogrodem, którą odwiedza książę, przynosząc w podarunku poczwarkę motyla. Obie historie zaczerpnęłam oczywiście z książek, tę indiańską z powieści Błękitny ptak, którą przemieszałam chyba z Ziemią Słonych Skał, tę o księżniczce w pałacu – z Tajemnic motyli, uzupełnionych Tajemniczym ogrodem.

Jajo Roka, z którego wykluwa się pisklę (Sindbad znalazł takie jajo na piaszczystym brzegu wyspy, na którą po trzech dniach zmagań z falami wyrzucił go sztorm; jajo musiało zostać dopiero co złożone; przez otwór w skorupie nasz bohater miesiącami najpierw wypijał białko, a potem żółtko, aby wreszcie w pustej skorupie sporządzić sobie mieszkanie)

Rok w Baśniach z 1001 nocy niszczy statek Sindbada. W wersji leśmianowskiej statek zostaje zniszczony przez burzę, a Rok zabiera z pustej plaży jajo z mieszkającym w nim Sindbadem i zanosi je do gniazda w wielkim dębie. Pod drodze odsłania swemu pasażerowi na gapę tajemnicę Diamentowej Kotliny. Naukowcy podejrzewają, że ptaszysko, rodem z orientalnych baśni, podobnie jak smoki, jest jakimś nie dającym się wyjaśnić ludzkim wspomnieniem o dinozaurach (nie dającym się wyjaśnić, bo między wyginięciem dinozaurów a pojawieniem się naszego najstarszego praprzodka australopiteka upłynęło 55 milionów lat)

Za: http://audio-bajki.pl/bajki-z-calego-swiata/item/121-przygody-sindbada-zeglarza-przyg-druga-cz-2

***
Lektura Sindbada po latach tylko uzupełniła zapamiętaną opowieść, a te zapomniane szczegóły, jak na przykład ogromne jajo na plaży czy kotlina pełna diamentów, skrywały się gdzieś bardzo płytko pod warstwą niepamięci i gdy raz się pojawiły, już pierwszym słowem wyciągały na powierzchnię całe zdania zapamiętane w dokładnym brzmieniu. Przypomniały też wszystkie moje własne wyobrażenia, które wtedy przydałam historii pana Leśmianowej. Księżniczka miała więc na sobie złoto-różowe przejrzyste szarawary i spowijały ją różowe szale. Gdy trzydzieści lat potem byłam w Indiach, spotkałam takie księżniczki…

Sięgam do sterty zapisanych zeszytów, większość ma czerwone okładki, ciekawe dlaczego, przecież wcale nie lubię tego koloru. Niemal natychmiast znajduję trzeci zeszyt z podróży do Nepalu i Indii, a pierwszy indyjski. To właśnie ten zeszyt! Księżniczki są prawie na początku; przyjechaliśmy do miasta Bikaner.

Poniedziałek, 18 lipca 1994

Wyjeżdżamy z Delhi. Noc w pociągu sypialnym. Budzi mnie o 7 rano pustynia Thar. Jest dziwnie bogata w ludzi, zwierzęta i rośliny. Jakieś zielone trawy podobne do rdestu i róży jerychońskiej, krzewy, jedyny znany mi to tamaryszek, drzewa.
Stada kóz, krów i garbatych zebu. Wielbłądy ciągną sochy lub małe wózki. Mają szlachetnie uniesione głowy i nie chodzą lecz stąpają, wyglądają bardzo godnie.
Mężczyźni przypominają Arabów z filmów przygodowych. Ciemne płonące oczy, gęste czarne brwi i wąsy, olśniewająco białe zęby. Noszą luźne jasne szaty i zawoje z szali. Kobiety – nawet te, które zbierają wyschnięty nawóz na pustyni – są zawsze w kolorowych sari, tu nawet bardziej kolorowych niż w Delhi.
Na szczycie góry piasku siedzą sępy.

Dojeżdżamy do Bikaner – pięknego miasta barwy pustyni na pustynnym szlaku karawan. Ulice szersze i czystsze niż w Starym Delhi, ale może to tylko suchość powietrza sprawia wrażenie czytości, bo nic nie gnije. Miasto jest piaskowo-biało-różowe, a forty i pałace są jak z bajki, pełne ażurowych wieżyczek, kopulastych dachów na cienkich słupkach i misternie rzeźbionych w arabeski wypełnień okiennych.

Po forcie chodzi z nami grupa Hindusów, w tym trzy kobiety, które natychmiast nazywam w duchu księżniczkami pustyni. Mają ciemnoróżowe szaty z wielkimi przejrzystymi szalami, którymi zakrywają twarz przed obcymi. Szale, spódnice i bluzki są bogato wyszywane srebrem, biust i sutki specjalnie nawet podkreślone haftem. Ale wszystko, rękawy, paski, obrzeża szali, kapie od srebra. Do tego złota biżuteria – bransolety na rękach i nogach, kolczyki, kwiatki w nozdrzach. Najstarsza nosi pod szalem małe dziecko o ogromnych czarnych, podkreślonych henną oczach.
Gdy tak zwiedzają piękne pałace, przechodzą wzdłuż białych basenów, przystają pod mozaikowymi sklepieniami i w niszach okiennych ozdobionych błękitnymi kwiatami – nie mogę się nadziwić, że one, tak jak i my, po prostu zwiedzają te pałace, a nie są ich mieszkankami.

W ogóle całe miasto ma upalną różową atmosferę baśni. Gdyby nie ryksze motorowe, samochody i rowery, można by pomyśleć, że jesteśmy w bajce z tysiąca i jednej nocy. To wrażenie potęguje się jeszcze, gdy na skraju ulicy widzę trzy kobiety w sari o głębokich, czystych barwach – zieloną, pomarańczową i czerwoną. Jak w jednej z opowieści o Sindbadzie żeglarzu w pięknej wersji Leśmiana – cztery księżniczki-rybki; czerwona, żółta, zielona i niebieska.

I trzeba zdmuchnąć ogień, by je odczarować, a nie jest to łatwe, bo czar każe cały czas tańczyć w szaleńczym tempie… Ale to już zupełnie inna historia, jak mawiał kot, który chadzał własnymi drogami. I uwierzcie mi, nie pamiętałam, że wspominałam w zapiskach z Bikaneru prozę pana Leśmiana.

Nie przychodzą mi do głowy cztery pouczenia, jakich nam w tej opowieści udzielił Leśmian, ale jedno, moje własne, wynika z tego wpisu na pewno. Spotkałam w Indiach prawdziwe księżniczki, niewidzialne, spętane pięknymi strojami, otoczone szpalerem krewnych czy służących, pilnujących każdego ich kroku. Ja nie miałam jedwabnych szat haftowanych srebrem, ale byłam wolna i nikt mnie nie pilnował.

Reblog: Louis Lewandowski (Mężczyzna z cmentarza Weissensee w Berlinie)

Napis na nagrobku: Miłość czyni pieśń nieśmiertelną!

Ania i ja już wiele lat temu znalazłyśmy jego nagrobek na cmentarzu żydowskim w Berlinie i dawno już powinnam byłam sprawdzić, czy Louis Lewandowski ma coś wspólnego z Polską czy nie. Ale zrobiłam to dopiero w sierpniu 2017 roku, w dzień przed koncertem jego muzyki w synagodze berlińskiej na Rykestrasse. W pewnym sensie Lewandowski ma z Polską coś wspólnego, ma bowiem polskie nazwisko i urodził się we Wrześni, jednak wszystkie źródła, czy to polskie, czy niemieckie, czy angielskie, określają go jednomyślnie jako słynnego kompozytora “żydowsko-niemieckiego”. Tak więc i jest, zresztą nawet jeśli miał w rodzinie polskich przodków, to spędził całe swe twórcze życie w Berlinie i stworzył muzykę, grywaną w synagogach na całym świecie.

Nota bene, ten wpis mógłby się ukazać na tym blogu również w ramach innego nader nieregularnego cyklu, a mianowicie Reformacja. Koncert w synagodze berlińskiej odbył się jako realizacja idei ekumenizmu po-reformacyjnego: modlimy się wszyscy do tego samego Boga, a wystąpili wspólnie orkiestra radiowa (bezwyznaniowa) z Kolonii, chór z katolickiego klasztoru benedyktyńskiego Maria Laach i zespół śpiewaków synagogalnych z Berlina. 

Louis Lewandowski – żydowski kompozytor z Wrześni
Istnieje stereotyp, zgodnie z którym XIX-wieczna Wielkopolska stanowiła „pustynię kulturową”. Okazuje się jednak, że w regionie pojawiały się osoby o wybitnych talentach artystycznych. Jedną z takich postaci, ze wszech miar wartych przypomnienia, był Louis Lewandowski z Wrześni. Tym bardziej, że twórczość kompozytorska Lewandowskiego zupełnie nie funkcjonuje w świadomości polskiego środowiska muzycznego.

Lewandowski urodził się 23 kwietnia 1821 roku we Wrześni, w rodzinie żydowskiej. Dzieciństwo przyszłego kompozytora było bardzo trudne z uwagi na skrajną nędzę, jaka panowała w jego uzdolnionej muzycznie rodzinie. Mimo wszelkich trudności talent muzyczny Lewandowskiego zaczął objawiać się bardzo wcześnie. Mały Louis towarzyszył ojcu i czterem braciom w wykonaniach muzyki we wrzesińskiej Synagodze..

W wieku 12 lat, po śmierci matki, Louis przeprowadził się do Berlina, gdzie spędził resztę życia. W stolicy Prus utalentowanym Louisem zainteresował się bankier Alexander Mendelssohn (1798-1871), kuzyn wielkiego Felixa Mendelssohna-Bartholdiego (1809-1847). W Berlinie Lewandowski podjął studia muzyczne. Początkowo w klasie fortepianu i wokalistyki. Jako singerel śpiewał też solowe partie sopranowe w chórze kantora Aschera Liona. Następnie przez trzy lata studiował pod kierunkiem A. B. Marxa (1795-1866), pochodzącego również z żydowskiej rodziny. W Berlińskiej Akademii Sztuki, jako pierwszy żydowski student, zgłębiał zagadnienia kompozycji muzycznej pod kierunkiem Karla Rungenhagena (1778-1851) i Eduarda Grella (1800-1886). Choroba neurologiczna spowodowała, że Lewandowski na cztery lata zmuszony był przerwać naukę. Podczas choroby zetknął się z twórczością kantora Hirsha Weintrauba. Wywarła ona na Louisie tak silne wrażenie, że postanowił zająć się komponowaniem muzyki synagogalnej.  Studia ukończył z wyróżnieniem, otrzymując od Berlińskiej Akademii Śpiewu nagrodę za kompozycję

W 1840 roku został zatrudniony na stanowisku dyrygenta chóru Synagogi Starej w Berlinie.  Wykonywał tam muzykę liturgiczną Salomona Sulzera (1804-1890). W tym czasie kantor Abraham J. Lichtenstein zachęcał Lewandowskiego do napisania muzyki do żydowskich modlitw, czego skutkiem była praca nad własnymi kompozycjami. Okres ten zaowocował znaczącym rozwojem formy muzycznej, stosowanej w liturgii synagogalnej. Powstają wówczas liczne kompozycje.

W 1864 roku powstała w Berlinie Synagoga Nowa, wyposażona w organy, co wpłynęło w istotny sposób na rozwój formy muzycznej, w utworach Louisa Lewandowskiego.

Performed by the Zamir Chorale of Boston at Sanders Theatre, June 3, 2007

Rok 1866 przyniósł Lewandowskiemu tytuł Królewskiego Dyrektora Muzyki, nadany mu przez władze pruskie. Krótko później został dyrygentem chóru Synagogi Nowej w Berlinie. Dla celów liturgii w tej synagodze, Lewandowski napisał kolejne ważne kompozycje. Najważniejsze z nich, to: „Kol Rinnah u-Tefillah” (1871) na chór oraz „Todah ve-Zimrah”(1876-82) na głosy solowe, chór i organy oraz opracował 40 Psalmów na głosy solo, chór i organy.

Szczególne znaczenie dla tego okresu jego twórczości miało opracowanie starożytnych „Melodii Hebrajskich”, na głos kantora, chór i organy. Są one uważane za wybitny przejaw geniuszu muzycznego Lewandowskiego. Pisząc je, kompozytor zmagać się musiał z pewnym problemem technicznym. Część członków chóru, nie miała przygotowania muzycznego i nie była w stanie wykonać zbyt trudnych partii, dlatego struktura muzyczna utworu musiała być stosunkowo prosta. Mimo, iż „Melodie Hebrajskie” charakteryzują się pewną prostotą muzyczną, pełne są przejmującego religijnego żaru.

kreuznacher-diakonie-kantorei Live Konzert 27. September 2008 in Volxheim
Kontrabass: Helmut Kickton

Kulminacją w twórczości kompozytora był rok 1882, gdy powstało jego największe dzieło „Todah W’Simrah” na głos kantora, chór i organy – zbiór utworów obejmujący cały roczny cykl liturgiczny.

Kompozytor nie zamknął się wyłącznie w muzyce synagogalnej. W jego dorobku znajdują się też kantaty. Przejawem muzyki świeckiej są uwertury, symfonie, i pieśni.

Louis Lewandowski był nie tylko wybitnym kompozytorem, lecz również pedagogiem. Nauczał w Wolnej Szkole Żydowskiej i Żydowskim Seminarium Nauczycielskim. Wykształcił licznych, wyróżniających się kantorów synagogalnych. Założył i zarządzał Instytutem dla Starych i Niepełnosprawnych Muzyków.

Kompozytor umarł 4 lutego 1894 roku w Berlinie. Grób Louisa i jego żony Heleny przetrwał wszystkie potworne kataklizmy XX wieku i do dnia dzisiejszego znajduje się na Cmentarzu Żydowskim Weissensee w Berlinie. Na kamieniu nagrobnym  kompozytora znajduje się inskrypcja: „Liebe macht das Lied unsterblich!”  (Miłość czyni pieśń nieśmiertelną!)

Na trwałe do liturgii synagogalnej weszły takie dzieła, jak np. „Uvencho Yomar”, „Zacharti Lach”, wykonywane w Święto Rosh Hashana, oraz  „Ve’al. Chata’im” na Yom Kipur.

Z punktu widzenia muzykologicznego, twórczość Lewandowskiego jest w pełni porównywalna z utworami pisanymi przez innych, powszechnie znanych kompozytorów XIX wieku. W porównaniu z innymi kompozytorami epoki, Lewandowski działał w szczególnych uwarunkowaniach judaizmu reformowanego. Jego geniusz potrafił wspaniale łączyć różne tradycje muzyczne – tradycję liturgiczną Żydów askenazyjskich z niemieckim romantyzmem muzycznym. Posługiwał się zasadami harmonii, typowymi dla ówczesnej muzyki europejskiej, wykorzystując często akompaniament orkiestrowy. Partie solowe kantora pozostają jeszcze w sferze tradycji żydowskiej, podczas, gdy partie chóralne wykazują wpływ Felixa Mendelssohna-Bartholdiego (1809-1847). Muzyka Lewandowskiego jest w stylu mniej romantyczna, od twórczości wielkiego poprzednika Salomona Sulzera (1804-1890). Dla twórczości Lewandowskiego niewątpliwą inspiracją artystyczną była literatura kantatowo-oratoryjna kompozytorów chrześcijańskich. Kompozycje religijne Lewandowskiego charakteryzują się wielogłosowością. Są dowodem głębi religijnych przeżyć kompozytora.

Wydaje się, że nadszedł w końcu czas, by muzyka Louisa Lewandowskiego zajęła należne jej miejsce w polskim życiu muzycznym i w salach koncertowych.

Opracowanie: dr Wojciech Meixner  

Ze świata podręcznych 4

Ewa Maria Slaska

Ewa i Zosia się bronią

Berlin, rok 2009

W dzień po włamaniu spotykam się z mieszkańcami domu w obecności adwokata z instytucji broniącej praw mieszkańców. Musiałam się zapisać do tej instytucji, składka będzie wynosiła około 10 euro miesięcznie. Adwokat nawet nie reaguje na moją opowieść, podczas gdy mówię, ukradkiem pod stołem sprawdza pocztę w telefonie. Nie robi notatek, nie wygłosi komentarza. Gdy skończę, wyjdzie z kawiarni mówiąc, że jak będzie coś miał dla mnie, to się zgłosi. Nigdy się nie zgłosi, a jego obecność przy stole kosztowała mnie w miesięcznych ratach 120 euro. Próbowałam się wypisać, ale niech prawo zawsze prawo znaczy, jak się zapisałam, to muszę być przez rok i nie mogę wypisać się od razu czyli z rocznym wyprzedzeniem. Muszę pamiętać, by to zrobić w czwartym miesiącu przed upływem terminu. Jeśli zapomnę, członkostwo przedłuży się automatycznie.

Korzyść ze spotkania nie jest związana z jakąkolwiek instytucją. Sąsiedzi pomagają mi ustalić tożsamość sprawcy. Tak jak sądziłam, jest narkomanem i mieszka u nas w oficynie, w tym naszym popadającym w ruinę domu, z którego nowy właściciel chce nas wszystkich wyrzucić. Czyli włamywacz mówił prawdę, gdy twierdził, że przysłał go właściciel.

Zgłaszamy na policji imię, nazwisko i adres włamywacza. Jeden z sąsiadów dzwoni na policję, gdy widzi światło w jego oknie. Policja przyjeżdża, zabiera go na przesłuchanie i wieczorem wypuszcza. Nie ma podstaw do zatrzymania. Następnego dnia przywiozą go do mnie, żeby mnie… przeprosił.

Mieszkamy więc sobie w jednym domu, włamywacz na górze a ja na dole. Wynoszę się i odtąd przez trzy miesiące, póki nie wyprowadzę się z tego domu na dobre, będę wieczorami wędrowała z koszulą nocną i kosmetyczką od znajomych do znajomych. On mieszka tam, dopóki na podwórko nie wjadą maszyny budowlane. Czyli on na mnie napadł, ale to ja się tułam.

Próbuję dodzwonić się do instytucji opiekującej się ofiarami przemocy. Zawsze włącza się sekretarka i zawsze słyszę to samo: proszę zostawić wiadomość, niezwłocznie oddzwonimy. Nigdy nie oddzwonili.

Nie chce mi się wierzyć, że nic nikogo nie obchodzi. Idę do adwokatki, polecanej jako osoba specjalizująca się w prowadzeniu spraw, w których stroną pokrzywdzoną jest kobieta. Zapłacę jej za pierwszą wizytę 80 euro, za drugą – nic. Więcej wizyt nie będzie. Podczas pierwszego spotkania mówię, że nie widzę powodu, żeby skarżyć włamywacza – chcę skarżyć właściciela domu i policję. Podczas drugiego spotkania adwokatka powie mi, że nie podejmie się tej sprawy i jak chcę, to przecież jestem dziennikarką, mogę napisać o tym, co się stało.

Ale i z tego bezsensownego wydatku jest pewna korzyść – adwokatka daje mi protokoły policyjne. Stąd wiem, że policja mi nie wierzyła i że zarejestrowali sprawę jako włamanie dopiero wtedy, kiedy – o tak! – “ujęli sprawcę”, o tym, że to my, mieszkańcy naszej kamienicy, go zidentyfikowaliśmy i że policja tylko przyjechała na gotowe, ani słowa.

Nikt nie opublikował mojego artykułu. Napisałam o tym na blogu, bardziej po to, żebym  nie musiała już o tym opowiadać, niż żeby coś uzyskać, bo co zresztą miałabym uzyskać? To właściciel kamienicy uzyskał, co chciał, bo trzech miesiącach wszyscy lokatorzy opuścili dom.

***
M., rok 2017

Dziś w w budynku mieszkalnym, który jest jeszcze sprzed wojny, a w którym znajduje się  mieszkanie mojej matki (i to jest mój rodzinny dom) pozawieszałam kartki z informacją, o tym co się stało. Tu mieszkają starzy ludzie i jeśli czegoś nie wiedzą to powstają plotki. Zatem swoją sytuację opisałam wprost. Mama oburzona, uważa że my kobiety powinnyśmy się wstydzić mówić o tym, zwłaszcza, że to przecież rodzina, mój bratanek a jej wnuk.

Z protokołów przesłuchań wynika również, że Mama Zosi nigdzie nie przyznała, że wnuk ją napastował, jeśli w ogóle, to skarżyła się, że był pijany, używał wulgarnego  słownictwa i zachowywał się agresywnie.

Niestety, nurtuje mnie myśl, że moja sprawa, tak jak Twoja, może mieć drugie dno. Dlatego idzie nam tak trudno. Wydaje mi się czasem, że nasz oprawca ma układ z policją. Co jest powodem tego ” wyjątkowego” traktowania naszych zawiadomień. W sądzie toczy się sprawa o eksmisje i tu są dalsze kuriozalne wydarzenia. (…)

Służby twierdzą, że nie mają narzędzi aby nam pomóc. Istnieje zatem szereg możliwości, aby chronić sprawcę przemocy a ofiarę przemocy domowej podawać w świetle prawa i przed sądem wtórnej przemocy, wiktymizacja. Oswajamy to słowo.

Przesłuchanie. To, co się Zosi udaje, to uzyskanie pomocy ze strony Stowarzyszenia na Rzecz Przeciwdziałania Przemocy w Rodzinie Niebieska Linia i tak też czyli z Niebieską Kartą będzie prowadzona jej sprawa. Zosia żąda odszkodowania 2000 złotych na rzecz Stowarzyszenia. Ale z przesłuchania wynika też zdziwienie, bo dowiaduje się, że jeśli ofiara zdołała nagrać akt przemocy, to te dowody będą powodem komplikacji w ocenie wiarygodności. Nagrania stwarzają pole do prowokacji. Porządnym dowodem, nazwijmy to tak, są ślady pobicia, ale jeśli sprawca wiedział, jak bić, żeby nie zostawiać śladów, to co wtedy? A inne rodzaje znęcania, również takie, z którymi zetknęłam się i ja w areszcie, i Zosia w mieszkaniu matki – na przykład nie dopuszczanie do toalety?

Przesłuchań będzie zresztą kilka. Maglowanie tego wszystkiego na nowo, napisze mi Zosia, jest bardzo deprymujące, odbywa się to w atmosferze ciągłego udowadniania, że to ja mówię prawdę. Bo przecież mogłam sprowokować sprawcę przemocy do przemocy… Podczas jednego z przesłuchań zostanie zapytana, dlaczego jej matka nie schowała nożyczek, którymi groził jej sprawca? Zosia odwraca to pytanie: A dlaczegóż w swoim domu mam chować nożyczki?

To ciągłe wracanie do tamtego wydarzenia buduje we mnie emocje bardzo negatywnie wpływające na mój organizm. Przez sen plącze się wciąż tamta napaść i nawet nie mam świadomości, że to się dzieje. Budzę się rano z napięciem mięśni, budzi mnie strach odczuwany przez sen.

Jej matka nadal mieszka ze sprawcą w jednym mieszkaniu, boi się więc wszystkiego co robi i mówi Zosia, bo to może sprowokować sprawcę. Zosia też się boi. Chodzę do matki gdy nie ma bratanka. Myślę sobie, że to nie jest wyjście, unikanie bratanka bandyty. To mój rodzinny dom i mieszka tam moja matka. Bratanek kryminalista nic nie płaci za używanie a ja mam mu schodzić z drogi, aby był spokój? Dlaczego się nad tym zastanawiam? bo słyszę o wspólnej przestrzeni tego mieszkania i wielu prawach tego człowieka w moim własnym domu. Słyszę w prokuraturze rejonowej składając zeznania i w komendzie policji o tzw. prowokacji do przemocy.

Zastanawiam się, jak można w takiej sytuacji nie prowokować sprawcy, skoro już samą moją obecnością czuje się on dostatecznie sprowokowany do przemocy. Co mam zrobić, gdy matka mi mów, że on jest taki biedny i w zasadzie teraz jej nie zaczepia, bo gdy ona czuje, że “wnuczek” (41 lat mający) przyjdzie pijany, to ona schodzi mu z drogi i kładzie się do łóżka, bo z łóżka jej nie wyciągnie i nie wyrzuci przez okno. Ale boi się tego, że on ją popchnie na podłogę i wtedy ona się połamie. Zatem czy to jest przemoc czy nie? Czy matka odpowiednio się zachowuje, schodząc z linii strzału i nie prowokuje sprawcy ???? bo przecież to jest jej normalne życie. A on był wielokrotnie karany i od 10 lat jest pod opieką kuratora.

Możnaby powiedzieć, wyprowadzić sprawcę z mieszkania, które jest “przestrzenią przemocy”, ale idzie to powoli i, jak to gdzieś określiła Zosia, “okazuje się, że meldunek ma większą siłę niż przemoc”. Możnaby powiedzieć resocjalizacja czyli co na to kurator? Na wniosek kolejnych kuratorów sprawca kilkakrotnie odbywał karę więzienia, po czym wracał do tego samego miejsca, społecznego i fizycznego, z którego szedł za kratki. Czyli od lat wiadomo, co się dzieje i nic się nie zmienia. Możnaby powiedzieć – rodzina, ale kto, skoro ojciec prowadzi biznes w Niemczech, matka (prawniczka!) mieszka w odległym mieście, a oboje nie poczuwają się do odpowiedzialności za syna? Zapewne nie muszą…

Co gorsza, istnieje w społeczeństwie jakieś ukryte przyzwolenie dla przemocy, jakieś nie zauważanie, gdy dzieje się na naszych oczach lub, gdy możemy się jej domyślać. Przypominam sobie własne dzieciństwo. Sąsiad na dole, ubek, o którym wszyscy wiedzieli, że ubek, pił i bił swoją żonę i dzieci. Bił je strasznie, krzyczały, uciekały… Nie przypominam, sobie ani jednej interwencji milicji w naszym domu, nie pamiętam też, by ktokolwiek od nas zszedł na dół i spróbował zatrzymać przemoc lub przynajmniej udzielił schronienia sąsiadce i jej dzieciom.

Bo, napisze Zosia, nie dość, że umiemy zawsze wytłumaczyć sprawcę, a robią to zarówno instytucje, jak sąsiedzi i same ofiary, ale jeszcze za tłumaczeniem sprawcy przemocy idzie szereg uprawnień przemocowych, które, paradoksalnie, wzmacniają go w przekonaniu, że jest bezkarny.

Tylko, pyta Zosia, skąd wziąć pomysł na to, jak obronić się przed agresją i przemocą? A jeśli ja mam z tym problem to jaką szansę na to ma moja mama 88 letnia staruszka nie wychodząca z domu ?? Jaką szansę mają kobiety z mniejszych miast, M. to miasto powiatowe. Co mają robić kobiety na wsiach…? Warto o tym pisać, trzeba o tym mówić. Wczoraj powiedziałam o tym w lokalnym radio. Powiedziałam i powiem tyle razy, aż to zadziała. Nie mam obiekcji przed naruszeniem tzw.wizerunku sprawcy przemocy domowej. Nie obchodzą mnie jego problemy, resocjalizacja w moim domu po 17 latach dobiegła końca i sprawa przemocy w tej rodzinie musi się zakończyć.

Demokracja to cenna rzecz, która wymaga nieustannej troski. A sprawy w M. gdzieś tam z boku świata. My w M. żyjemy wolniej,  wszędzie trwa wariactwo. Jesteśmy jak po zamachu stanu.  A przecież sądy trzeba zmuszać do przestrzegania praw. Mnie się zdarzyło zetknąć z absurdem w sądzie obecnym. A kolejne będą jeszcze gorsze. To, co będzie dalej, pokazuje jak mamy ciągle dużo do zdobienia.  I nie wiem czy uda się nam naprawić to wszystko. Mamy taki piękny kraj …

Zosia ma moc, nie wiem, skąd ją ma, ale ma. Zofia podejmuje działania, nagłaśnia sprawę, chodzi i pisze, zadaje pytania. A potem pisze do mnie:

Ewo, podjęłam decyzję, wezmę udział w wyborach do samorządu. Zgodnie z zasadą “nasze bezpieczeństwo to nasza sprawa”.
💚
Ucałowania trzymaj kciuki za mnie

O tak, trzymajmy kciuki za Zosię. Ratujmy kobiety. Ratujmy nas same, bo nikt nam w tym nie pomoże. Nasze bezpieczeństwo to (niestety) tylko nasza sprawa.