Polska proza spoza Polski (Austria)

Teresa Rudolf

Podróż…

Jechał pociągiem.

I rozmyślał sobie, że siedzi się teraz pewnie dokładnie tak samo jak w XX wieku, ale te kulisy dzwiękowe…
Te najróżniejsze melodie, dźwięki, sygnały dochodzące z komórek, te różnorakie języki, najintymniejsze wyznania, najważniejsze sprawy ludzkie latajace w powietrzu nad głowami jak insekty, wlatujące do uszu…
Taki zbiorowy tinitus na czas jazdy, myślał, wychodzi również z tobą na ulicę, do kawiarni, ubikacji, wszędzie. Nie możesz nic zrobić, nie możesz wyłączyć, wyciszyć, uciec do wewnątrz.
Nawet kiedy zamykasz oczy jak drzwi do pokoju, bo chcesz być sam, wdzierają się różne penetrujące dźwięki, namolne, natrętne, borujące aż do duszy.
Mieszają się sprawy zawodowe, prywatne, intymne, wszystko…
Ludzkość pokazuje sobie nawzajem goły tyłek prywatności na trasie Wiedeń – St.Pölten, Kraków – Wiedeń, Paryż-Lasek Buloński, Nowy Jork – Waszyngton, Kraków – Wieliczka.
Bezwstydność gadających, brzęczących komórek, omotuje, bierze w niewolę, wbija się w mózg, serce.
Kiedy tak sobie rozmyślał, nagle wpadł zamaskowany człowiek z pistoletem w ręku, wściekłością w oczach, krzycząc w językach całego świata rownocześnie: „wszystkie komórki na ziemię, bo strzelam!“
Zaczął je deptać, skakał po nich, niektóre wyrzucił przez okno. Nagle rozległo się świergolenie jakiejś komórki, która uchowała się w czyjejś torbie.
Mężczyzna znów krzyknął w językach caąego świata rownocześnie: „powiedziałem, że strzelam!“
I strzelił.
Z pistoletu wydostał się dźwięk jak syrena alarmowa, coraz głośniejszy, tak głośny, że zamarł cały świat, zwierzęta zaczęły wygrzebywać nory w ziemi, by się schować, zdezorientowane ptaki latały w kółko, ryby wypłynęły, a dno morskie zaczęło się kotłować, przygotowując się do tsunami…
Ludzie naiwnie zatykali uszy…
Głos syreny osiągnął nie znane światu natężenie…
Teraz był to już tylko jeden ton.
Na wszystkich mózgach świata pokazała się prosta linia EEG.
Monitor niebieski pokazał światu wyznaczoną linię śmierci!
W drzwiach wagonu pojawił się młody człowiek. Zdziwił go wyraz twarzy podróżnych, którzy z otwartymi ustami i oczyma wyglądali jak w jakimś strasznym zbiorowym śnie.
Spojrzał na stojącego nieruchomo jak figura woskowa mężczyznę, trzymającego w jednym ręku kartkę z napisem: “terrorysta samobójca”, a w drugim pistolet.
Nieśmiało wyciagnął swoją tabliczkę: “jestem głuchoniemy, zbieram pieniądze na aparat słuchowy.”
Nikt nie wrzucił ani grosza.

Barataria 92 Królik po kanaryjsku

W poprzednim wpisie baratarystycznym podałam przepis na królika pieczonego, takiego, jakim być może z polecenia okrutnej księżnej uraczono nowo mianowanego gubernatora Baratarii – Sancho Pansę – po to tylko, aby mu tę pięknie pachnącą potrawę natychmiast sprzątnąć sprzed nosa. Dziś przepis na królika, o którym autor napisał w komentarzu pod poprzednim wpisem, że królika łatwo wykonać, brakuje niestety tylko jednego – wulkanicznego skwaru.

No cóż…

Do przyrządzenia słynnej carbonary czyli makaronu, jaki przygotowywali sobie włoscy partyzanci – karbonariusze – też są potrzebne wściekle gorące, nagrzane słońcem, kamienie, a jednak jakoś sobie radzimy…

Siddartha

Tibor Jagielski

Zaginiony notatnik z podróży do Afryki Zachodniej (1)

Większość podróży zapominam natychmiast, szkoda czasu, ale tamtej nie jestem w stanie, bo zostałem wtedy ochrzczony przez Neptuna, a tego się nie da zapomnieć.

Jak zwykle notowałem i malowałem to, co najważniejsze w pamiętniku: czas, miejsce, kurs statku, porty, dźwigi, statki, latające ryby, delfiny, twarz umierającego szympansa, rękę chorego na malarię oficera, przepisy kulinarne dla matki, znaczki dla brata, etc.
W każdym razie po opuszczeniu Zatoki Biskajskiej statek nasz wziął kurs na Wyspy Kanaryjskie. Wiatry były sprzyjające i już po pięciu dniach ujrzeliśmy największą wyspę archipelagu, Gran Canarię, i stanęliśmy na redzie portu w Las Palmas.

Tym razem zamiast czarnej brygady (jak w San Sebastian) przypłynął w motorówce czarny jak smoła pilot, uśmiechnięty szeroko wspiął się szybko po drabince na burcie i zawołał po polsku – Witamy! A wtedy, jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, obudziły się maszyny, kotwica ruszyła do góry, a bryła statku drgnęła i zaczęła poruszać się w kierunku portu, który niczym otwarta dłoń leżał przed nami.

Czarny masyw wulkanu przecinała formacja śnieżnobialych chmur, miało to wygląd fantazji rodem z filmu Disneya.

Tylko żebyś mi nie został człowiekiem!

Królik po kanaryjsku

Sprawionego i poćwiartowanego królika umieścić w naczyniu
z szałwią, tymiankiem, rozmarynem, oregano i liściem laurowym
dodać sok z jednej cytryny i 2 łyżki stołowe oliwy
lekko posolić, wymieszać, przykryć i odstawić na pół godziny w chłodne miejsce

Pół kilo ziemniaków obrać i pokroić w cząstki wielkości męskiego kciuka
2 duże cebule obrać i pokroić w grube plastry

Piekarnik rozgrzać do tempertury 180° C
na wysmarowanej masłem blasze położyć części królika
między nimi umieścić kawałki kartofli, a całość pokryć plastrami cebuli
piec ok. 30 –45 min (sprawdzić, czy mięso jest kruche i odchodzi od kości)
podlać kieliszkiem białego wina
i na ostatnie 7 minut podwyższyć temperaturę do 220° C

Hillsong… wejdźmy na wzgórze i śpiewajmy na chwałę Pana

Hillsong to kościół, tzw. “mega kościół”, który powstał w Australii, ale w międzyczasie rozprzestrzenił się po świecie. Kościół nie jest właściwie nowy – jeśli wierzyć danym, które znalazłam w sieci, to jest to “chrześcijański zespół muzyczny duszpasterstwa młodzieży” i jest przez niektórych traktowany jako “wolny kościół” (bez liturgii i komunii), przez innych jako część kościoła zielonoświątkowców, który w Polsce uważany jest, jak sądzę, za sektę. “Ludzie z Hillsong United zajmują się duszpasterstwem młodzieży i robią to bardzo interesująco”, pisze Gość Niedzielny, gazeta bezwzględnie katolicka, która uważa, że warto się zapoznać z ich działalnością, “bo teksty ich piosenek są mądre i przepełnione miłością do Boga”. Np piosenka I surrenderPoddaj się woli Bożej.

Na platformie jezuici.pl ktoś, zatroskany, pisze, że “ich piosenki są proste, a zarazem bardzo mocne, ale gdy oglądam klipy, mam nieodparte wrażenie, że ktoś na tym nieźle zarabia, a Jezus jest raczej traktowany jako gwiazda popkultury. Ludzie przychodzą tam pośpiewać, potańczyć, na zewnątrz może wydawać się to takie płytkie”, na co ktoś z platformy odpowiada: “Hilsong to tradycja protestancka i o tym należy pamiętać, słuchając i śpiewając piosenki promowane przez tę wspólnotę. Żadnych zakazów i nakazów. Warto jednak być ostrożnym i czujnym, pamiętając, że wyrastające jak grzyby po deszczu wolne Kościoły orientacji ‘ponaddominacyjnej’, stanowią swoistą formę Kościoła zredukowanego (np. brak sakramentów, sukcesji apostolskiej, magisterium nauczania)”. Spotkałam się też ze zdaniem, że Hillsong promuje “ewangelię sukcesu”, ale z kolei pozytywne wydaje mi się, że ich przywódca (“uwielbieniowy” – czyli co? taki, którego mamy uwielbiać?) jest gejem i zawarł (lub zamierza zawrzeć) małżeństwo homoseksualne.

Hillsong jest częścią ekumenicznego ruchu odnowy kościoła, któremu patronuje m.in. papież Franciszek. W nagraniu poniżej występuje m.in. uwielbiany w Polsce Andrea Bocelli.

Spotkałam ten kościół w Ameryce. Byłam na niedzielnym nabożeństwie. Było miło i wzruszająco, choć po prawdzie – wszędzie w Ameryce jest miło, bo (już to pisałam), Amerykanie są na ogół – choć może tylko na pozór – znacznie milsi niż Europejczycy; widomy efekt stosowanej od kilku pokoleń polityki “keep smiling”; to co się kiedyś wydawało sztuczne i wymuszone, stało się drugą naturą i to jak najbardziej autentyczną.

Postanowiłam zobaczyć, jaki jest kościół Hillsong w Berlinie. Nabożeństwa odbywają się o 11:00, 13:00 & 17:00 w kinie nr 3 w Kulturbrauerei na Schönhauser Allee. Nie zdziwiło mnie to zbytnio. W Ameryce spotkaliśmy się w teatrze, a kiedyś, dawno temu, byłam na afrykańskiej mszy ewangelickiej w nieużywanych magazynach sklepu Lidl w Berlinie. Kościoły bez własnych kościołów wszędzie korzystają z innych, często przypadkowych pomieszczeń.

Jak było?

Powiedziałabym, że tak jak w Ameryce – wspólnie i przyjemnie, ale była też wielka różnica. W Ameryce spotykają się na pewno ludzie dobrze sytuowani. W Berlinie – Hillsong jest schronieniem dla samotnych i najwyraźniej niezamożnych people of colors. Czyli – niby wszystko tak samo, a przecież zupełnie inaczej. Samotni. Smutni.

O tak, wejdźmy na wzgórze i śpiewajmy na chwałę Pana, niech nam da pracę, pieniądze i przyjaciół…

Jeszcze Ameryka…

Ewa Maria Slaska

Wilkojoty i marmolada

Wróciłam już wprawdzie ponad dwa tygodnie temu, ale głowę mam oczywiście wciąż pełną wrażeń, wspomnień i przemyśleń z Ameryki.

Wszyscy mnie pytają co mi się najbardziej podobało, a odpowiedź brzmi: Ameryka. (Nota bene na pytanie, co mi się NIE podobało, odpowiadam to samo: Ameryka).

Podobała mi się architektura, muzea, natura i ludzie. Architektura jest wspaniała, a już zwłaszcza to, co się teraz buduje – cieniutkie wysokie budynki błyszczące w słońcu, dokładnie  takie jak miasta przyszłości, które wyobrażaliśmy sobie, jak byliśmy mali, a opowieści SF nie były okrutne tylko obiecywały piękny świat bez wojen. Muzea są równie wspaniałe i za darmo, coś, co jeszcze w latach 80 było regułą i w Europie, ale niestety padło ofiarą globalizacji. Natura w Ameryce jest skarbem wręcz niewyobrażalnym. W Europie już chyba po prostu nigdzie nie ma takich ogromnych przestrzeni natury – nie wiem, może się mylę, może w Finlandii, może w Rosji. Nie byłam, nie wiem. W Ameryce nietknięta natura to nie jest jakaś kraina gdzieś daleko, w Ameryce natura jest pod ręką. Jedziesz 5 minut i wjeżdżasz w góry, porośnięte wspaniałym lasem, gdzie zaczyna się szlak dla pieszych wędrowców, którzy mogą tak iść przez trzy tysiące kilometrów!
No i ludzie. Ludzie są nadwyczajnie wręcz mili, grzeczni, uprzejmi, pomocni. Rozmawiają ze sobą, uśmiechają się.

Odwiedzamy w niedzielę mały lokalny targ na placu koło stacji kolejowej. Pierwszej niedzieli na targu śpiewają uczniowie lokalnej highschool. Po tygodniu ich nie ma, wdajemy się za to w rozmowę z Lynne, która produkuje marmolady i galaretki.

Wszystkiego możemy pokosztować. Każdy otwarty słoiczek z łyżeczką jednorazową do pokosztowania jest przykryty niebieskim plastikowym kubeczkiem. (To mi się w Ameryce NIE podoba – wszędzie mnóstwo plastiku).

Jednoosobowa firma produkcyjna Lynne nazywa się “kuchnia kojota”.

Ale zwierzę na zdjęciu to nie kojot. “Wilk?” pytamy. Nie, nie wilk. Lynne sama zrobiła to zdjęcie, które zdobi jej wizytówkę i naklejki na słoiczki. Akurat nikogo nie było w domu, gdy pod okno podeszła gromadka tych zwierzaków. Gdy były już blisko, Lynne stwierdziła ze zdumieniem, że nie są to wprawdzie wilki, ale jak na kojoty stworzenia są za duże i mają zbyt puszyste futro. Okazało się, że “upolowała” fotograficznie kojota wilkowatego / wilka kojota – który po angielsku nazywa się coywolf co ja osobiście przetłumaczyłam sobie na wilkojota. Rzadkie zwierzę i Lynne jest bardzo dumna, że tak się jej udało “strzelić” fotkę.
“No ale jednak jak zakładałaś firmę, to wzięłaś zdjęcie wilkojota, ale użyłaś nazwy kojot. Dlaczego?” “Bo nazwa była zbyt dziwna, a wilkojot jest zbyt rzadki.”

Lynne ma oczywiście stronę internetową i fanpage na Facebooku, gdzie podaje też przepisy. Kupiłam jeden słoiczek jej wyrobów. Pumpkin Spice Apple Butter, masło jabłkowo-dyniowe, wyprodukowane chyba bez… dyni! W każdym razie na etykietce są podane składniki i dyni wśród nich nie ma: jabłka, cytryny, cukier, z dodatkiem cynamonu, gałki muszkatołowej, ziela angielskiego i pektyn jabłkowych. Czy w środku jest dynia  czy też nie, okaże się dopiero po otwarciu słoiczka, ale to prezent i trzeba poczekać, aż “prezentobiorca” się zgłosi po odbiór.

Na fanpagu czytam:

Seasonal small batch, handmade jams, jellies, and marmalades.
Product is freshly kettled with the availability of local fruit.

Czyli – przetwory sezonowe w małych domowych ilościach z produktów lokalnych, aktualnie dostępnych. Po czym znajduję zaproszenie, że możemy się zgłosić i nauczyć od Lynn… szydełkowania.

Na stronie Coyote Kitchen nie ma przepisu na masło dyniowo-jabłkowe, ale znajduję go bez trudu po postu na innej stronie w internecie:

 

Ingredients / Składniki

  • 15 ounces preserved or fresh pumpkin (ok. 0,5 kilo dyni gotowanej lub konserwowej)
  • 1 medium apple, peeled and grated (1 średniej wielkości jabłko, obrane i utarte)
  • 1 cup apple juice (filiżanka soku jabłkowego)
  • 1/2 cup firmly packed brown sugar (pół filiżanki cukru brązowego)
  • 3/4 teaspoon pumpkin pie spice (3/4 łyżeczki przypraw do placka dyniowego – czyli to co podaje Lynn na etykietce: cynamon, gałka muszkatołowa, ziele angielskie)

How to prepare / Przygotowanie

Combine pumpkin, apple, apple juice, sugar and pumpkin pie spice in medium saucepan (Wrzuć wszystkie składniki do rondla). Bring to a boil; reduce heat to low (Zagotuj, po czym zmniejsz płomień). Cook, stirring occasionally, for 1,5 hours (Gotuj, od czasu do czasu mieszając, przez 1,5 godziny). Serve with buttermilk biscuits, breads, corn muffins or hot cereal (podawaj z krakersami, grzankami itp). Store in airtight container in refrigerator for up to 2 months (Zakonserwowane smarowidło dyniowe można przechowywać w lodówce do 2 miesięcy).

Recipe makes 3 cups. (Z podanej porcji otrzymamy 3 filiżanki smarowidła).

Tu jeszcze cookies z dynią i żurawiną z Coyote’s Kitchen (to inna firma – “nasza” jest bez apostrofu.) Nie będę tłumaczyć, sami sobie przetłumaczcie.

Smacznego!

Peru 7

Joanna Trümner

Machu Picchu

Szkoda, że tak leje”, myślę patrząc na krople deszczu spływające strugami po panoramicznym dachu pociągu do Aguas Calientes (miejscowości, z której odjeżdżają autobusy do ruin Machu Picchu). W wagonie jest tak ciasno, że nie mogę nawet rozprostować nóg, nie mówiąc już o wyjęciu książki z plecaka, przytulam więc policzek do trzymanej kurczowo w rękach zimowej kurtki i próbuję się zdrzemnąć. Ze stanu półsnu wyrywa mnie gwizd lokomotywy za oknem. Na sąsiednim torze mija nas „Belmond Hiram Bingham Train”, luksusowy pociąg w kolonialnym stylu, wiozący pasażerów z Cuzco do Aguas Calientes. Pociąg jedzie na tyle wolno, że mam okazję przyjrzeć się utrzymanym w stylu eleganckich pulmanowskich wagonów z lat dwudziestych ubiegłego wieku wagonom, przytulnie oświetlonej restauracji, wagonowi-kuchni, w którym cała armia kucharzy przygotowuje posiłek, barowi i wagonowi-obserwatorium. Po zobaczeniu tego przepychu, luksusu, który nie pozostawia nic do życzenia, ciasnota mojego turystycznego pociągu jeszcze mocniej działa mi na nerwy.

Rano z hotelu odbiera nas Wiktor, nasz przewodnik po Machu Picchu. Przyglądam się temu jak na Peruwiańczyka dosyć wysokiemu i przystojnemu starszemu mężczyźnie i myślę o tym, że podobnie mogli wyglądać królowie Inków. Podczas godzinnego czekania na autobus do ruin Machu Picchu obserwuję czekających w kolejce turystów i przysłuchuję się ich rozmowom. Stojący o kilka kroków przed nami Kanadyjczyk opowiada o swojej pierwszej wizycie w tajemniczym mieście, podczas której padał tak mocny deszcz, że ruiny widoczne były tylko w zarysie. Pogoda i teraz nie jest rewelacyjna, lekko mży. Wiktor próbuje nas uspokoić: „Za godzinę pojawi się słońce”. Co chwila podchodzą do niego inni przewodnicy, ze strzępków ich rozmów domyślam się, że Wiktor cieszy się wielkim autorytetem wśród kolegów. Niebawem dowiadujemy się od niego, że przed kilkoma dniami wrócił z Cuzco, gdzie w imieniu przewodników przedstawił lokalnym władzom turystycznym regionu żądania kolegów oprowadzających turystów po Machu Picchu.

Dla nas oprowadzanie po ruinach miasta i prowadzenie grup przez Szlak Inków to jedyne źródła utrzymania”, mówi, dodając, że wykonywanie tej pracy jest ze względu na porę deszczową możliwe tylko przez kilka miesięcy w roku. Agencje turystyczne próbują wykorzystać przewodników w sposób bezwzględny, z roku na rok pogarszają się ich warunki pracy, poza tym od kilku lat powstaje silna konkurencja w postaci przewodników przyjeżdżających tutaj z innych części kraju. W szczycie sezonu Machu Picchu odwiedza dziennie do pięciu tysięcy ludzi. „Dzięki naszej interwencji zredukowano ilość turystów z siedmiu do pięciu tysięcy”, opowiada Wiktor. „Bilety wstępu kosztują 70 dolarów, do tego dochodzi 18 dolarów za autobus w obie strony, czyli każdy turysta zostawia w Machu Picchu co najmniej 90 dolarów. Te pieniądze przepadają w nieznanych nikomu kanałach, tylko część z nich wykorzystywana jest do utrzymania jednego z siedmiu cudów świata, nie mówiąc już o poprawie warunków pracy lokalnych przewodników”, dodaje.


Po dwudziestominutowej jeździe autobusem serpentynami wśród gór docieramy na miejsce. Przepowiednia Wiktora się spełniła i na niebie pokazało się słońce. U wejścia do tajemniczego miasta stoi pomnik Hirama Binghama, amerykańskiego archeologa i polityka, który 24 lipca 1911 r. odnalazł to opustoszałe miejsce pośród gór i dżungli, podczas wyprawy w poszukiwaniu ostatniej stolicy Inków, Vilcabamby. Machu Picchu oznacza w języku keczua „stary szczyt”. To najbardziej tajemnicze miasto świata, do dzisiaj naukowcy nie potrafią odpowiedzieć na pytanie, kto tam mieszkał i dlaczego tak nagle miasto opustoszało. Wiadomo, że wybudowane zostało w XV wieku, a opuszczone zaledwie 100 lat później, około 1535 roku. Jego władcą był Pachacuti, dziewiąty z kolei król Inków. W Machu Picchu mieszkało prawdopodobnie około 1000 mieszkańców, chociaż i to nie jest zupełnie pewne, bo Wiktor operuje liczbą od 700 do 1200 mieszkańców. Miasto składało się z dwóch części, wiejskiej i miejskiej. W wiejskiej znajdowały się pola uprawne, nawadniane specjalnym systemem kanałów, w miejskiej mieściły się pałace, świątynie i domy mieszkalne. Różne poziomy miasta połączone były ze sobą schodami liczącymi 1200 stopni, wszystkie budowle idealnie wkomponowano w górskie otoczenie. Trudno dostępne położenie Machu Picchu sprawiło, że hiszpańscy kolonizatorzy nigdy nie zdobyli, a prawdopodobnie po prostu nie znaleźli tego ukrytego wśród gór miasta. Gdyby je znaleźli, to na pewno zniszczyliby je tak samo bezwzględnie i bezmyślnie jak tysiące innych inkaskich i prekolumbijskich miast, świątyń i warowni na terenie całego Peru i świat nie miałby możliwości poznania tego przepięknego miejsca.

Następnego dnia wybieramy się do Machu Picchu na własną rękę, z niezbędną do wejścia na teren ruin pieczątką na bilecie, poświadczającą że zwiedzanie z przewodnikiem mamy za sobą. Spędzamy pięć godzin na oglądaniu miejsc, które wczoraj pokazywał nam Wiktor, odkrywamy również nowe miejsca. Dzisiaj jest tu więcej turystów. Ze zdumieniem patrzę na dwóch strażników niosących na jeden z najniższych poziomów ruin starszą kobietę na wózku inwalidzkim, cieszę się, że i ona ma możliwość zobaczenia jednego z najbardziej znanych i bez wątpienia najpiękniejszych miejsc na świecie. Po powrocie do hotelu nogi odmawiają mi posłuszeństwa, popołudnie spędzam w pozycji półleżącej na balkonie. Przy okazji sprawdzam koszt podróży pociągiem „Belmond Hiram Bingham Train”, który zrobił na mnie tak wielkie wrażenie. Podróż w obydwie strony i bilet wejścia na teren riuin Machu Picchu kosztuje od ośmiuset do tysiąca dolarów.

Następnego dnia wracamy pociągiem do Ollantaytambo, gdzie czeka na nas Martin z kierowcą. Ruszamy w dalszą podróż po Świętej Dolinie Inków. Pierwszym przystankiem na naszej drodze są Salineras de Maras, kompleks ponad 5000 salin na stromych zboczach doliny rzeki Urubamby, niedaleko miasta Maras. Zbudowane w formie tarasów saliny powstały w początkowym okresie rozwoju imperium Inków i produkują sól do dzisiaj. Możliwe jest to dzięki sieci otwartych kanałów, które rozprowadzają wodę mineralną z podziemnego strumienia. Pod wpływem słońca woda odparowuje, a sól się krystalizuje. Właścicielami salin są rodziny pochodzące z Maras i okolicy. W porze suchej z jednego poletka można uzyskać dziesięciocentymetrową warstwę soli w ciągu miesiąca. Na licznych straganach można kupić oryginalne pamiątki z soli, Martin twierdzi, że mieszkańcy sąsiedniego miasta i okolic w międzyczasie więcej zarabiają na sprzedaży pamiątek niż na produkcji soli, co jest możliwe tylko podczas pory suchej.

Kolejnym naszym postojem są tarasy rolnicze w Moray. Mają one kształt pierścieni, które na mnie robią wrażenie amfiteatru, a wybudowane zostały w czasach imperium Inków i spełniały rolę laboratoriów rolniczych. W tych „laboratoriach” pod gołym niebem badano wpływ klimatu na wzrost roślin uprawnych, głównie kartofli i kukurydzy. Uprawy były nawadniane poprzez skomplikowany system doprowadzania wody, a różnica temperatur pomiędzy najniższym a najwyższym tarasem dochodziła do 10 stopni. Martin opowiada nam, że Inkowie zwozili do laboratoriów w Moray oraz podobnych miejsc na terenie imperium ziemię z całego kraju i przez mieszankę ziemi z różnych regionów testowali możliwości uprawiania konkretnych gatunków na innych terenach państwa. Objuczone workami z ziemią lamy musiały nieraz pokonać kilkaset kilometrów. Myślę, że te eksperymenty przyczyniły się w dużej mierze do tego, że Peru posiada tyle odmian ziemniaka, iloma nie może pochwalić się żadne inne państwo na świecie. Jest tu około 3800 odmian tej rośliny, a sprawami dla niej istotnymi zajmuje się założone w 1971 z siedzibą w Limie największe na świecie centrum badań naukowych nad ziemniakami, maniokiem i innymi bulwami i korzeniami jadalnymi.

Wieczorem w hotelu w Cuzco myślę o tym, że w Świętej Dolinie Inków można byłoby spędzić jeszcze co najmniej kilka tygodni.

Frida i inne wiersze

Teresa Rudolf twierdzi, że do napisania tego wiersza zainspirował ją autoportret Fridy Kahlo z czarnym kotem i małpką, znaleziony u mnie na blogu

Teresa Rudolf

Frida

Patrzę na nią, podpatruję,
siedzę  na jej ramieniu
zamieniona w kotkę Lili,

chcę coś powiedzieć,
ale nie mogę już
zamieniona w kotkę Lili,

mizdrzę się do niej
robię małpie miny,
zamieniona w małpkę.

Robię wszystko,
by ją bawić
zamieniona w małpkę,

nie chcę jej wzroku
i zamieniać się w nią,
patrzącą w pustkę…

Ten wiersz Teresa przysłała specjalnie, gdy dowiedziała się, że jej wiersze zostaną opublikowane w dniu pogrzebu Ewy Bielskiej

W obliczu czyjejś śmierci

W aspekcie czyjejś śmierci,
każde wypowiedziane zdanie
czyn, ruch,
ma inny wymiar.

Nie ma tam banalności
gdzie był czlowiek
nam bliski,
pozostawiając  ślady,

które bledną z czasem,
a my uczymy się ciągle
z nich czytać,
by nie zapomnieć…

Motyl lat 17

Nieraz myślę,
że byłam kiedyś
motylem w Twym życiu
żyłam tak jak one żyją
intensywnie i barwnie.

Siadałam
raz na Twojej głowie,
raz na Twoim sercu,
w silnej wierze
w pozagrobowe życie motyli.

Nie zauważyłam kiedy,
po prostu zmarłam
i dalej siadałam
raz na Twojej glowie
raz na Twoim sercu.

Nie wiedziałam, że jestem
już dawno
niepostrzegalna
niewyczuwalna
po prostu duch motyla.

A Ty zrobiłeś z siebie
łąkę dla innych motyli
które przemijały,
pozostawiając Ci
uczucie Twej nieprzemijalności.

A jak wyglada zazdrość motyla?…

W mgnieniu oka

Mgnienie oka jest kadrem
na teraz i tutaj…
przedtem i gdzie indziej.
Słucham
kubańskiej piosenkarki,
która tańcząc i śpiewając
przebiera się za mnie
w moją twarz i duszę.

Przetańczę
przestrzenie
tęsknoty za sobą samą
za niespełnieniem,
za niedoścignieniem,
za niedotańczeniem,
szalonego tańca zmysłów,
tęsknoty za tęsknotą.

I nagle jest znów to
tu i teraz
przedtem i gdzie indziej,
we mnie i poza mną,
wszędzie i nigdzie,
w niebie i w piekle
Czy tylko we mnie?
czy tylko?

Labirynty

Labirynty pokrętne
we mnie,
ciemne korytarze,
potykam się
jak w tym
życiu rzeczywistym

one właśnie
bardziej bliskie,
niż to wszystko inne.
A przecież
A właśnie
A przecież…

wychodzę na słońce,
by sie pogrzać
na gorących
kamieniach
lub w zieleni,
by nie pamiętać

kiedy nagle potknę się
pod błękitnym niebem,
plecami do słońca…

Groby

Byłam dziś na mym wewnętrznym cmentarzu,
dużo grobów małych,
większych, bardziej i mniej zadbanych.

O, ten na przyklad, grobik mnie siedmioletniej,
świat usunął się spod nóg,
zabiłam się wtedy wpadając w czarną otchłań.

Nikt nie zauważył, więc mnie nie szukano…

Albo ten, umarłam wtedy majac lat czternaście,
ze wstydu, kiedy moją tajemnicę,
wydarto i wyśmiano.

Albo ten malutki o tu, dwudniowa nadzieja
umarła ze słabości cielesnej i umysłowej
niezdolna do przeżycia..

Nikt nie zauważył, więc mnie nie szukano…

A ten mały, to śmierć przez wbicie
noża w plecy, a ten w serce,
a ten… a ten…

A wszystkie te…
zapaliłam swieczki, złożyłam chryzantemy,
postałam zamrożona, zdumiona.

Nikt nie zauważył, więc mnie nie szukano.

I boję się grobów tych nie moich,
w ludziach umarłych przeze mnie,
gdy ja żyję nie wiedząc nic o tym.

Więc zapalę świeczkę…
mówiąc, że gdybym tylko mogła,
jak nie mogłam,

choćbym chciała…

Nie zauważyłam, więc
nic nie wiedziałam.

O świętym Marcinie (ale nie “tym”)

Ewa Maria Slaska

Dla Joanny Trümner

11 listopada

Jego święto było tydzień temu, 3 listopada, ale z przyczyn właściwie wiadomych, a jak komuś niewiadomych, to wszystko jeszcze wyjaśnię, piszę o nim dziś. Bo dziś też jest dzień św. Marcina, a myślę o świętym Marcinie Peruwiańskim.

W Peru żył i działał najsympatyczniejszy święty, z jakim się kiedykolwiek spotkałam. Myślę, że Franciszek z Asyżu też był taki miły, ale tak go wszyscy cytujemy i interpretujemy od kilkuset lat, że w tym całym zamieszaniu całkiem zniknął człowiek. A Martin de Porres to przede wszystkim i tylko człowiek. Skromny i miły. Pisałam o nim już dwukrotnie, raz, gdy odkryłam, że jest patronem Uniwersytetu w Limie, i drugi raz 27 kwietnia 2014 roku (przypomnę, że był to dzień kanonizacji “naszego” papieża) w cyklu Ewa Maria Slaska i Maryna Over o kotach. Piszę o nim dziś, bo dziś święto świętego Marcina. Wprawdzie wcale nie Peruwiańczyka, Martina de Porres, tylko świętego Martina z Tours, Francuza, ale tego świętego wszyscy znają – dlatego postanowiłam dziś – w dniu świętego Marcina, gdy w Poznaniu obowiązkowo je się rogale, a w całej Polsce – szkoda gadać, wstyd i hańba, choć mogłoby być tak jak w Niemczech, gdzie dzieci chodzą w pochodach z lampionami – wspomnieć świętego Marcina z Peru. Kościół wspomina go wprawdzie 18 stycznia, ale kto z nas wtedy westchnie w intencji tego miłego i skromnego czarnoskórego braciszka z klasztoru św. Dominika w Limie? No kto?

Wzruszająca postać – żył w latach 1579-1639, był nieślubnym dzieckiem, mulatem, balwierzem, ogrodnikiem, mnichem z zakonu dominikanów, opiekunem chorych i sierot, dla których zakładał przytułki. Nazywano go świętym z miotłą i przedstawiano z kotem i psem. Został beatyfikowany w roku 1837 i kanonizowany przez Jana XXIII w roku 1962.
Z tej okazji Peru wydało specjalny znaczek pocztowy.

W czasach dzisiejszych uważany jest za świętego patrona tych, którzy walczą o sprawiedliwość społeczną, tolerancję i równe prawa dla wszystkich bez względu na okoliczności urodzenia.

Peru - św. Marcin de Porres
W Peru opowiada się o Marcinie wiele historii. Tak jak w każdym kraju ludzie opowiadają sobie historie o “swoich” świętych. Rozmawiał ze zwierzętami, a one z nim. Najbardziej lubił koty i psy.

Rzeźba w kościele parafialnym św. Józefa  w Limie (Miraflores). Foto: Josef Bordat

W dzisiejszych czasach otrzymał nowe zadanie: objawia się chirurgom, jeśli podczas operacji tracą pewność, co dalej można zrobić, żeby pomóc pacjentowi. W takich wypadkach Marcin pojawia się niekiedy i prowadzi rękę chirurga.

Marcin uratował życie pewnemu robotnikowi. Jako skromny braciszek nie miał prawa mieszać się w sprawy swojego zakonu, a już w żadnym wypadku nie wolno mu było czynić cudów. To był przywilej zastrzeżony dla ojców i to oczywiście  – białych (i nie chodzi mi tylko o kolor ich habitów). Marcin był posłuszny i zajmował się tym, czym miał się zajmować – czyli zamiataniem. Pewnego dnia był jednak świadkiem, że mężczyzna, który naprawiał coś w budynku klasztornym, zaczął spadać z drabiny. Zanim jednak roztrzaskał się na ziemi, Marcin zatrzymał go w powietrzu. Zostawił go tak w stanie hibernacji i pobiegł do przeora, żeby zapytać co ma zrobić – uratować mężczyznę, przekraczając przy tym reguły zakonu, czy pozwolić mu spaść na ziemię i zginąć. Przeor zezwolił na dokonanie cudu, Marcin biegiem wrócił na podwórze i uratował człowieka przed upadkiem.


Mam pomysł – zrobimy tak: zatrzymamy ten nieszczęsny pochód w Warszawie (św. Marcinie Peruwiański wspomagaj nas w tym dziele!), pójdziemy do domu na szarlotkę, a jak pozwolimy mu ruszyć, to będzie już 13 listopada (bo jutro też jeszcze jest święto) i wszyscy spokojnie wrócą do pracy, a tym jak Polska ma obchodzić święto odzyskania Niepodległości, będziemy się mogli zająć ponownie za rok.

100 zdjęć na 100 lat / 100 Fotos für 100 Jahre

Elżbieta Kargol

Białoczerwień

Wszystko zaczęło się na wernisażu wystawy w Klubie Polskich Nieudaczników w Berlinie, wystawie zorganizowanej z okazji 100-lecia odzyskania niepodległości przez Polskę.

Fotografowałam dzieła sztuki, artystów i zwiedzających, widok ogólny i szczególny, z przodu i z tyłu, wewnątrz i zewnątrz. Jedno zdjęcie zrobione na obrzeżach klubu, w zasadzie już w innym budynku, wzbudziło ogólne zainteresowanie. Pytano mnie, czyje to? Podejrzewano znaną berlińską artystkę, ale ona wyparła się dzieła. Dzieło było niczyje, niezamierzone, stworzyło się właściwie samo i wpasowalo w temat wystawy. Okno z białą firanką, od dołu zalepione do połowy czerwoną folią. W ten sposób powstał bialo-czerwony prostokąt, który mógłby, gdyby nie krata i wymiary, od biedy uchodzić za polską flagę.

Dziesiątki flag oprócz innych barw szczycą się białoczerwienią, a kilkanaście z nich samą białoczerwienią. We fladze Cesarstwa Niemieckiego oprócz czerni występowała też białoczerwień.

Rozejrzałam się wokół. Wszędzie białoczerwień, w naturze i nienaturze, jakby była ulubionym zestawem kolorów miasta, w moim przypadku Berlina, choć nie musiałaby to być wcale stolica Niemiec. Dowolne większe miasto dostarczyłoby tyle samo motywów białoczerwieni.

Biało-czerwone róże kwitną w parkach, na oknach pelargonie, dzikie wino w jesiennej bordowej barwie pnie się po białej ścianie, robię notatki biało-czerwonym długopisem i zajadam pomidory z mozzarellą.

Biały samochód zaparkował za czerwonym, albo odwrotnie, białe okna na tle czerwonej cegły, ktoś zapiął biały rower czerwonym łańcuchem, koło ratunkowe przy Teltowkanal, czerwona książka przy białej ścianie, czerwona maska na białej ścianie, czerwona zakładka w białych kartkach śpiewnika w kościele przy Bergheimer Platz.

Ścieżka rowerowa, którą podążam w poszukiwaniu białoczerwieni, też jest biało-czerwona, znaki zakazu, barierki i słupki ostrzegawcze, biało-czerwone jest logo napoju, który często piję. Biało-czerwony jest statek płynący po Szprewie, biało-czerwona antena na berlińskiej wieży telewizyjnej, najwyższym niemieckim budynku, biało-czerwony niedźwiedź na plakacie reklamującym berlińskie Berlinale, aż wreszcie biało-czerwony transparent znanej berlińskiej artystki na ulicach Berlina i biała tablica przy Reichstagu, upamiętniająca Solidarność, przytwierdzona do fragmentu czerwonego muru Stoczni Gdańskiej, muru przez który przeskoczył Lech Wałęsa.

Wymieniać można bez końca.

Białoczerwień jest wszechobecna, tak jak wszechobecni są Polacy na całym świecie.

Prawie wszystkie fotki zrobiłam w przeciągu dwóch dni, co świadczy o popularności obu barw. Częstotliwość i prawdopodobieństwo ich występowania przeogromne.

100 FOTEK NA STO LAT!

Einzeln sind all diese rot-weiße Fotos zu sehen: / pojedynczo wszystkie biało czerwone zdjęcia Eli są

HIER / TU

Peru 6

Joanna Trümner

Cuzco

Po zapadnięciu zmierzchu na wyspie Suasi robi się tak zimno i mokro, że nieliczni goście hotelu uciekają z nieogrzewanych pokoi i gromadzą się w jedynym pomieszczeniu z kominkiem, dużym lobby, będącym równocześnie i recepcją i jadalnią. Pierwszego wieczoru na wyspie wpadła mi tam w ręce gruba książka „Pintura Peruana contemporanea” (Współczesne malarstwo peruwiańskie). Ten pięknie wydany album poświęcony był prawie w całości najbardziej znanemu peruwiańskiemu malarzowi, rzeźbiarzowi i grafikowi Fernando de Szyszlo (1925-2017), synowi Peruwianki i polskiego geografa, podróżnika i konsula polskiego w Peru w latach 1918-1939, Witolda Szyszły. Nie mogłam oderwać oczu od jego pięknych, kolorowych i lirycznych obrazów, na których bez trudu rozpoznałam motywy z kultur prekolumbijskich. „Więc nawet na tym drugim końcu świata Polacy zostawili swój ślad”, myślę z dumą i odkładam książkę na bok. Pobyt na wyspie Suasi kończymy opłynięciem jej w ciągu niecałych dwóch godzin kajakiem. Silny wiatr znosił nas do oddalonej o kilka kilometrów Boliwii, wiosłownie na wysokości 3.800 metrów kosztowało mnie tyle siły, że w drodze powrotnej statkiem do Puno zapadam w kamienny sen.

Następnego dnia ruszamy miejscowym autobusem do Cuzco. Do legendarnej stolicy państwa Inków docieramy późnym popołudniem. Skąpane w promieniach zachodzącego słońca i położone w dolinie miasto wygląda pięknie. Po rozpakowaniu bagaży w (ku mojej wielkiej radości) przegrzanym pokoju hotelowym wyruszamy na zwiedzanie. Chodząc wąskimi uliczkami tego wpisanego na listę światowego dziedzictwa UNESCO miasta odnoszę wrażenie, że znalazłam się we Włoszech lub w Hiszpanii, a nie w centrum byłego wielkiego imperium Inków.

Po dwóch tygodniach podróżowania dojrzałam do tego, żeby zjeść narodową potrawę peruwiańską, cuy (świnkę morską), będącą dla mieszkańców tego państwa daniem na specjalne okazje. Do tej pory coś we mnie wzbraniało się przed zamówieniem talerza z przekrojoną na pół, rozpłaszczoną na talerzu i niemalże patrzącą mi w oczy świnką, proszę więc kelnerkę o radę. Z jej rozbawionej miny wnioskuję, że turyści bombardują ją pytaniami na temat tego specjału. Cuy, które wylądowało na moim talerzu, jest tak zakamuflowane, że nie można dopatrzyć się w nim żadnej analogii z małym, słodkim, włochatym zwierzątkiem. Potrawa jest przepyszna i smakuje jak mieszanka cielęciny z królikiem.

Następnego dnia z hotelu odbiera nas przewodnik po Cuzco i Świętej Dolinie Inków, Martin. Mój początkowy sceptycyzm na widok tego młodego, na mój gust zbyt bezpośredniego mężczyzny szybko przechodzi. Martin ma dużą wiedzę, którą przekazuje z wielkim entuzjazmem i dowcipem. Wspólne zwiedzanie zaczynamy od słynnej fortecy Inków za miastem, Sacsayhuamán. Przed wejściem na teren ruin zatrzymujemy się na chwilę na górze, skąd mamy piękny widok na Cuzco. „Cuzco znaczy w naszym języku ‘pępek świata’”, mówi Martin. „Nasz język” („język ludzi”) to keczua, język urzędowy imperium Inków, którym nadal posługuje się około 11 milionów ludzi (w Argentynie, Ekwadorze, Kolumbii, Peru oraz Boliwii). Gdyby nie inwazja konkwistadorów byłby on głównym językiem urzędowym w liczącym ponad 12 milionów mieszkańców państwie Inków.

Twierdza Sacsayhuamán powstała w miejscu, w którym za czasów preinkaskich znajdowała się świątynia. Zbudowano ją z głazów, których waga osiąga do 17 ton. Przy jej budowie pracowało w drugiej połowie XV wieku przez siedemdziesiąt lat 20 do 40 tysięcy ludzi. „Skąd Inkowie wzięli tylu niewolników?”, pytam. Dowiaduję się, że Inkowie, podobnie jak większość kultur preinkaskich nie mieli niewolników. Każdy dorosły mężczyzna, mieszkający na terenie imperium miał obowiązek przepracowania miesiąca w roku na rzecz króla jako rolnik lub budowniczy. Ta „dobrowolna” danina na rzecz króla była motorem inkaskiej gospodarki.

Martin opowiada mi o mszy, którą w tym miejscu celebrował papież Jan Paweł II. „To był najlepszy z papieży”, dodaje z entuzjazmem. W Sacsayhuamán papież zwrócił się do wiernych w języku keczua, a jego kazanie było prawie w całości poświęcone godności ludzkiej i obowiązkowi przechowywania tradycji.

Wracamy do Cuzco i zwiedzamy katedrę, a właściwie kompleks trzech kościołów, zbudowany w miejscu, w którym przed przybyciem konkwistadorów znajdowała się inkaska świątynia. Wyraźnie widać różnice w sposobie układania cegieł. Mur inkaski jest układany tak perfekcyjnie, że pomiędzy idealnie dopasowanymi bez użycia zaprawy cegłami nie ma prawie żadnej przerwy. „Hiszpanie nie mieli zielonego pojęcia o trzęsieniach ziemi, dlatego w całym kraju nasze ruiny przetrwały, a ich nie”, mówi Martin z wyraźną dumą i wyjaśnia nam zasady inkaskiej architektury: pochyłe ściany, przemiennie wypukłość i wklęsłość cegieł, okna i drzwi w kształcie trapezu.

W katedrze znajduję kolejne obrazy z tzw. kuzkeńskiej szkoły malarskiej. Myślałam, że po widzianym w Arequipie obrazie Ostatniej Wieczerzy ze świnką morską na półmisku przed Chrystusem nic mnie już nie może zaskoczyć, okazuje się, że się mylę. W katedrze widzę obraz Marii z Józefem – oboje mają policzki wypełnione liśćmi koki, nieco dalej obraz Marii ciężarnej i na koniec otoczonej aniołami Marii na łożu śmierci. Najważniejszym obrazem w katedrze jest obraz Pana Jezusa od Trzęsień Ziemi, obnoszony co roku po mieście w procesji wielkanocnej. Obraz ten w roku 1650 według legendy uchronił miasto przed zniszczeniem podczas powtarzających się trzęsień ziemi. „Jak tu nie wierzyć w cuda?”, zastanawiam się na wspomnienie legendy wokół obrazu Matki Boskiej Częstochowskiej.

Po południu rozstajemy się z Martinem i chodzimy po mieście na własną rękę. Pakujemy plecaki na trzydniową podróż do Machu Picchu (nie prowadzą tam żadne drogi, aby tam dotrzeć trzeba korzystać z usług kolei, która ogranicza bagaż do plecaka o wadze do 5 kg).

Po śniadaniu Martin zabiera nas do Świętej Doliny Inków. Zwiedzamy ruiny w Pisac i Chinchero, zatrzymujemy się, żeby zobaczyć tarasy uprawne w dolinie rzeki Urubamba. Święta Dolina jest tak piękna, że zastanawiam się, czy samo Machu Picchu jest w stanie mnie jeszcze czymkolwiek zaskoczyć.

Ostatnim miejscem, które wspólnie zwiedzamy, jest miasteczko Ollantaytambo. Stąd odchodzą pociągi do Machu Picchu (a właściwie do miejscowości Aguas Callientes).

Śliczne, zabytkowe miasteczko pełne jest turystów, głównie Amerykanów w koszulkach z napisem „I survived Inka trail” (przeżyłem szlak Inków). Martin nie może się powstrzymać od komentarza „To przeważnie ci, co przeszli trasę o długości czterech godzin”. Szlak Inków można zaczynać w kilku miejscach i w zależności od programu iść nim od czterech godzin do siedmiu dni. Trasa prowadzi przez wysokie góry systemem dróg, którzy stworzyli Inkowie (jest to około 5 tysięcy km dróg, które dzisiaj są wpisane na listę UNESCO). Rozstawieni w sztafety chasqui (posłańcy w czasach Inków) potrafili przebyć dzięki systemowi zbudowanych z lin i koszy mostów w ciągu dnia 200 km po górskich ścieżkach.

Wokół szlaku Inków powstał cały przemysł, turystom towarzyszą podczas drogi tragarze (każdy uczestnik ma swojego prywatnego tragarza), przewodnicy, kucharze, pomocnicy, niekiedy tłumacze itp. Martin pokazuje nam objuczonych ciężkimi ładunkami tragarzy, którzy niosą wąskimi górskimi ścieżkami na plecach do 30 kg. „Często dźwigają przez góry kompletnie niepotrzebne rzeczy”, dodaje i mówi o tym, że turyści, którzy „przeżyli” szlak Inków, mają na trasie co najmniej jedną zatrudnioną na swoje potrzeby osobę. Po południu wsiadamy do pociągu do Aguas Calliente. Po raz pierwszy od przyjazdu do Peru pogoda nam nie sprzyja. Deszcz miarowo stuka w okna panoramicznego pociągu. Podobno jedziemy piękną drogą przez góry.

Cdn.

Przychodzimy, odchodzimy 3

Przychodzimy, odchodzimy
leciuteńko na paluszkach
Szczotkujemy wycieramy
Buty nasze twarze nasze
Żeby śladów nie zostawić
Żeby śladów nie zostało
Miasta nasze domy nasze
Na uwięzi się kołyszą
Tuż nad ziemią ledwo ledwo
Jak wiatr mały to nie widać
A jak wielki wiatr się zdarzy
Wielka bieda puszczą cumy
Zatrzepocą się zatańczą
Miasta nasze domy nasze
I polecą w stratosferę
Przygarbionych w pustym polu
Bez oparcia bez osłony
Bez niteczki choćby coby
Przytwierdzała nas do ziemi
Wiatr nas porwie i poniesie
Za kołnierze podniesione
Porozrzuca gdzieś w przestrzeni
Nam to nic przeczekamy
A jak skończy jak ucichnie
To wstaniemy otrzepiemy
klapy nasze rączki nasze
Żeby śladu nie zostało
Od początku zbudujemy
Miasta nasze domy nasze
Sprzęty nasze lampy nasze
Żeby wiatr miał czym kołysać

Słowa J. Jęczmyk
Muzyka Z. Konieczny

Ewa Maria Slaska

4 listopada 2018 roku odeszła od nas, leciuteńko, na paluszkach, nasza wieloletnia przyjaciółka Ewa Bielska, germanistka, tłumaczka, nauczycielka. Współpracowała z nami od założenia Polsko-Niemieckiego Towarzystwa Literackiego WIR.

Od kilku lat ciężko chorowała, dlatego jesteśmy szczęśliwi, że możemy tu napisać, iż odeszła w spokoju, tak właśnie jak w tej piosence Piwnicy pod Baranami: leciuteńko na paluszkach…

Przedstawiała się światu powściągliwie – taka była jej strona internetowa – dalej na stronie były już tylko dane kontaktowe, dziś niepotrzebne.


Monika Wrzosek-Müller

Była gorliwą czytelniczką, czytała książki z niesamowitym zapałem i zaparciem, dyskutowała żarliwie; najczęściej miała własne oryginalne zdanie na większość tematów, czasami nie pozwalała mieć innego, jeśli była bardzo przekonana o słuszności swojego.

Była kochającą matką, która uwielbiała swojego syna-przyjaciela; wymagała też od niego bardzo dużo, ale i dawała mu całą swoją uwagę, poświęcenie i serce.

Była wspaniałą nauczycielką, którą uwielbiały generacje obcokrajowców przybywających do Berlina. Miała dla nich często więcej wyrozumiałości niż dla znajomych i przyjaciół, od których dużo wymagała ale też i wyjątkowo dużo im dawała.

Była towarzyska, lubiła życie codzienne, z kawą, papierosem i kieliszkiem czerwonego wina. Wspaniale gotowała i z wielkim poświęceniem przygotowywała uroczystości i małe spotkania, na których śmialiśmy się, gadaliśmy i dyskutowaliśmy do późnych godzin nocnych.

Była towarzyszką dla wielu osób, którym było dane ją spotkać. Potrafiła słuchać i próbowała pomagać w rozwiązaniu problemów, zapominając często o swoich własnych.

Choroba przyszła niespodziewanie, walczyła z nią przez kilka lat, nie poddając się pesmistycznym diagnozom większości lekarzy.

Dla mnie odeszła moja bardzo bliska przyjaciółka, osoba wielkiej kultury
i charyzmy.


Pogrzeb odbył się 13 listopada 2018 o godzinie 11
St. Simeon u. St. Lukas – Friedhof
Tempelhofer Weg 9
12347 Berlin