Matylda Wikland
Kukułka o tej porze milknie
Święty Jan głuchy na kukanie.
(przysłowie)
1. ,,Czy opowiadałem już państwu o kobiecie, która mieszkała z plutonem wermachtu?’’ Zadzieram głowę, widzę więcej liści niż nieba. ,,Raczej nie, panie profesorze.” Wymijam grupkę roztrajkotanych studentek, poprawiając słuchawkę w lepszym uchu (lepszym, czyli tym, które nie zatyka się i sprawia mi tygodniowe epizody połowicznej głuchoty, wersja testowa, pierwokup na starość jeżeli dożyjemy). Nie przepadam za wykładami online, jeszcze bardziej nie przepadam za ludźmi odpowiedzialnymi za tworzenie siatki zajęć.
Wsiadam do tramwaju dziewiętnaście lat temu sprowadzonego z Niemiec (widocznie nie mieliśmy ówcześnie ulic gdańskich, które raziłyby Niemców tak jak obecnie Kielczan ulica Bandery), tak zwanego Helmuta, jak to poinformował mnie artykuł, w którym znalazłam datę ich zakupu.
Historia szła tak: w latach dziewięćdziesiątych ubiegłego wieku grupa lekarzy prowadziła badania na parkinsonikach, w trakcie których podawano im pewne środki farmakologiczne, które jak się okazało, były w stanie wywoływać halucynacje wzrokowe, czego badacze, w tym mój wykładowca, dowiedzieli się, gdy pewnego razu jedna z badanych przyszła i stwierdziła, że w jej poniemieckim domku na Oliwie panoszy się Wehrmacht.
2. Fama niosła, że w tym domku ostrzeliwał się pluton Wehrmachtu, którego cały ostateczni wybili czerwonoarmiści wyzwalając miasto. Jego mieszkanka wiedziała to, choć wprowadziła się tam z rodziną już po tym wydarzeniu, będąc ludnością napływową, spływową (czyż Wilno nie jest geograficznie wyżej położone?). Gdy jej mózg szukał materiału do halucynacji, wybiło metaforyczne szambo historii. Ostatecznie kobieta zdecydowała się nie wyłączyć leku powodującego te przywidzenia, gdyż znacznie poprawiał jej mobilność, likwidował drżenie rąk. Wolała żyć stabilniej, z większą mobilnością, i wojskowymi zwidami, niż bez nich, lecz przykuta do łożka, zdana na łaskę innych. Podobno stwierdziła, że się przyzwyczaiła, i mijani w korytarzu sołdaci byli jedynie niekomfortowi, już nie przerażający.
3. Jest to przeniesienie do dosadnej rzeczywistości podskórnej neurozy, z którą żyło pewnie wielu. Metafora tak absurdalnie perfekcyjna, że nie odważyłabym się umieścić się jej w powieści.

Partyzantka pamięciowa. Tymczasowe upamiętnienie Róży Luksemburg w jej rodzinnym Zamościu, zdjęcie wykonane przez moją mamę podczas zeszłomiesięcznej wizyty w tamtych okolicach.
4. Plac dwóch miast, poranna bryza pachnąca bzem, choć żaden nie rośnie w pobliżu. Być może to objaw lekkiego wstrząśnięcia mózgu, jaki sprawił mi rozklekotany tramwaj, w którym przez godzinę staraliśmy się z A. porozumieć jak kiedyś ludzie telegrafem, szybko wyrzucając z siebie całe myśli w trakcie postojów na przystankach. Koncert, na który przyjechaliśmy na ten pas graniczny, zaczyna się za ponad dziesięć godzin, ale znajdujemy porozrzucanych ludzi przycupniętych na wyłączonej z użytku fontannie. Auch ich war in Arkadien geboren, wyłączona z użytku fontanno. Jest weekend, i my chwilowo wyłączeni jesteśmy z karuzeli kapitalizmu.
5. – Te pociągi, one tak chude te podłogi mają (kobieta przedstawiająca się jako konduktorka zaciąga się tanim papierosem), że jak w stado saren wjechaliśmy, to czuć było każdą kostkę, każde kosteczkę pod składem.
6. — Wiesz, że synagogi, i ta gdańska, i sopocka, zostały przez gminę żydowską sprzedane? W sensie, zburzyli je, ale jest coś innego w tym zburzeniu, co nie. Że mieli coś z tego, chociaż. Nie tyczyło się ich to całe ,,szli biernie”, bo się wcześniej przemogli i prysnęli. Ale to może znowu, genus loci wybrzeża, nie wiem.
— Jesteś przewodniczką lokalną czy coś?
— Broń boże.
Dziewczyna śmieje się i zaciąga. Wszyscy tutaj palą, tradycyjnie. Przepiorę bluzę dwa razy, i wciąż nie będę pewna, czy nie sprawiam sobie pośredniego zaczadzenia, gdy zarzucam kaptur. Przełączam się na konwersację obok, w grupce, przy której siedzi A.
– Dosłownie, spotkanie w pracy, trzech Polaków, ja, i Ukrainka, która od dziesięciu lat mieszka w Warszawie. Musieliśmy to spotkanie prowadzić po angielsku!
7.Teraz odzywa się A. Pyta, czy wiemy, dlaczego ewangelicki cmentarz na naszym osiedlu, dawnej wsi podgdańskiej, nie ma kaplicy, choć zachowane są nagrobki. Nie czeka na odpowiedź, tylko mówi dalej. Gdy Niemcy się ostrzeliwali przed krasnoarmistami, unikali strzelania w kapliczkę. Gott mit uns, und uns mit Gott, najwidoczniej. Więc Ruski, mówi, bo to taki typ człowieka, pomyślały, super, wjedziemy tam czołgiem, i nas nie będą ostrzeliwać. Próbowali się wjebać T-34 i im się rozwaliło na łby, rzuca chłopak w bluzie quasi-wojskowej, z naszytym emblematem z popularnej gry, tzw. strzelanki. A. potwierdza.
8. Starałam się coś znaleźć o tym. Na stronie reformacja-pomorze kropka pl dowiaduję się jedynie, że w rejonie odbywały się ciężkie walki o miasto, w wyniku których zniszczeniu uległ kościół położony przy cmentarzu. Ciekawe, czy gdyby tak się nie stało, przemaglowali by go na katolicki.
9. Tyle malowania jedną farbą na drugiej w tym kraju, bez poprawnego zdjęcia poprzedniej, bez większej próby. Jest ściana już, zamalować, grubo, ciągnąć tym pędzlem. Święto przesilenia letniego, astrologicznego przejścia w okres dłuższych dni i coraz większych temperatur? Pociągnijmy pędzlem, jakaż gruba warstwa monoteizmu, witamy w kalendarzu wigilę św. Jana, chwila, wróć, to kilka dni później, Noc Świętego Jana, noc świętojańską, noc kupały, kupałnockę… Której nie byłam pewna co do lokalizacji w kalendarzu przez jakiś czas, gdyż przekonana byłam, że jest to inna rzecz, niż Sobótka. A tu proszę.
10. W wydanej przed wojną jeszcze Etnografii Dawnych Prus Adam Fischer przypomina, że ,,Pierwszą wiadomość o sobótkach pruskich podaje biskup warmijski Henryk III zabraniający w swojej diecezji urządzania sobótki, zwykle zwanej Heilfeier, jaką z namowy diabła i przy udziale chłopów, niektórzy obchodzą.” Możliwe, wręcz prawdopodobne, że miał on na myśli tutaj Prusaków, nie tych spod berła Hohenzollernów, tych wcześniejszych. Oni istnieli! Drang nach Osten! A skoro o drągach mowa…. Fischer kontynuuje: ,,Lud na Św. Jana Chrzciciela wystawia drąg z uwiązanym pękiem kwiecia i zielska u stodoły, a przy zwożeniu zboża wkładają ów pęk w zboże przeciw myszom i robactwu lub używają go w celach leczniczych a nazywają to kaupole.”

11. W 1936 roku Stanisław Świtniewski relacjonował, że ,,w Kosmaczu (Huculi) w dzień św. Jana idą mężczyźni i kobiety rano przed wschodem słońca na pola, gdzie tarzają się w rosie (aby nie mieli wyrzutów)”. Jakie to proste, jakie to cudowne. Wytarzać się w rosie i nie mieć wyrzutów. Wielkim wyczynem współczesności było odkrycie, że rosę zastąpić można wieloma rzeczami, w tym nawet nicością.
12. Czasami, aby wyzbyć się wyrzutów trzeba wytarzać się we własnym cierpieniu. Częste to w tej okolicy geograficznej. Jak można mieć wyrzuty związane z zadanym przez siebie cierpieniem, gdy jest się zajętym, przejętym, objętym przez cierpienie zdane sobie?
13. Do pytania tego można też nie podejść, odmówić, jak pułkownik Mieczysław Nicefor Więckowski, który tak bardzo nie chciał opowiadać się po żadnej ze stron przewrotu majowego, że się zastrzelił.

14. “Dlatego właśnie ja dziś muszę krzyczeć, że jest to wspaniałe”, deklaruje bohater Dziś w nocy umrze miasto, filmu Rybkowskiego z lat sześdziesiątych. Ja muszę krzyczeć, że wspaniałe, wspaniałe, że Drezno płonie, że Niemcy umierają jak my umieraliśmy pod gruzami Warszawy, jak my umieraliśmy i wciąż umieramy. Muszę krzyczeć dziś, bo wczoraj w wagonie wieźliście do obozu. ,,Wspaniałe… Wspaniałe. To za nas. (…) Zwinger? Zdążył mnie jeszcze nauczyć o nim mój profesor, nim rozstrzelali go pańscy rodacy. To także, wasza cywilizacja.”
15. I o tym krzyczeniu myślę, gdy czekając w stłoczonej kolejce, kwadrans po tym, jak miały być otwarte bramki, po grupowym odśpiewaniu Barki i jednej zwrotki z Zenka Martyniuka, ktoś w tłumie zakrzyknął, a tłum posłusznie odkrzyknął:
– Halo, komora, jak się bawicie?
– Wię-cej gaz-u!
16. Bachtin w eseju Epos a powieść stwierdza, że tak zw. ludowy humor, ludowy śmiech ma początek w procesie wyzbywania się dystansu wobec czegoś obcego i niepokojącego. Obcego, a więc niepokojącego. Niepokojącego, a więc obcego. “To właśnie śmiech niszczy epicki i w ogóle jakikolwiek hierarchiczny, wartościująco-oddalający dystans,” pisze Bachtin. Toć “w obrazie oddalonym przedmiot nie może być śmieszny; chcąc go ośmieszyć, należy go przybliżyć; wszystko co śmieszne, jest bliskie; wszelki śmiech jako twórczość działa w kręgu maksymalnego zbliżenia. Śmiech ma zadziwiającą moc przybliżenia przedmiotu, wprowadzenia go w krąg grubiańskiego kontaktu (…).”
I tutaj myślę o tym żarcie, o tych wszystkich żartach, w kontekście nas, pokoleń którym nigdy nie dane było mieszkać w kraju z populacją żydowską wykraczającą poza jednonumeryczne procenty. Nas, których pierwsza styczność z tym światem odbywała się w dużej części w kontekście lekcji historii tego przeklętego dwudziestego wieku. I w tym kontekście myślę o tym, co Bachtin twierdzi w dalszej części swojego eseju, że ,,śmiech usuwa strach i szacunek wobec przedmiotu, świata, czyni z niego przedmiot poufałego kontaktu, przygotowując w ten sposób jego absolutnie swobodne badanie.”
17. Gdy niedawno moja mama pojechała do sanatorium na Śląsku i zwiedzała okoliczne kościółki, jednego dnia zadzwoniła do mnie zaaferowana, bo przed jedną z tych świątyń katolickich z tyłu auta dostawczego sprzedawali takie drewniane talizmaniki, niesłynne i absurdalne figurki “chasyd trzymający grosik.” Spotkałam się z tezą, że ich popularność wyraża pewną nostalgię Polaków za życiem w społeczeństwie wielokulturowym. Jakoś niezbyt potrafię się z nią zgodzić. Niedawno na zajęciach z obrony cywilnej w kontekście niedoboru lekarzy jedna dziewczyna, studentka czwartego roku stomatologii, powiedziała, że starsi ludzie, w tym jej rodzina, nie ufa i nie czuje się bezpiecznie, gdy lekarz ma wschodni akcent czy ukraińsko-brzmiące nazwisko.

18. Problem często przedstawia się tak: czy oni wiedzieli? Debatowanie nad tym jest bardziej komfortowe niż sformułowanie pytania: gdyby wiedzieli, jeżeli wiedzieli, to czy by to cokolwiek zmieniło? Bo wielu z nich wiedziało. Polskie i żydowskie przedstawicielstwa kolportowały potwierdzone z pierwszej ręki informacje o działalności ludobójczej i formowaniu obozów w trakcie wojny, w 1942, a w kraju nawet już w roku 1941. Holokaust według niektórych definicji się jeszcze nie zaczął; ludzie podejrzewali, czuli, pogromczykowy praecox gefühl wił się pod skórą.
19. Halo, komora, jak się bawicie?! Halo, ciężarówki z gazem, jak się bawicie?! Halo, wileńscy Żydzi, co Was pochłonęły pogromy, którymi polska wileńszczyzna przywitała niepodległość w 1918 roku, jak się bawicie?! Według Kuriera Wileńskiego Gdańsk jest, po Wilnie oczywiście, najbardziej wileńskim miastem na świecie. Czy w tym tłumie czekającym w kolejce, co krzyczał, były gardła potomków tych, o których Piłsudski w liście z 1919 pisał, że ,,tutaj [w Wilnie] z trudnością powstrzymuję wojsko i tłumek miejski od pogromów żydowskich”?
20. Idzie płomień w górę, Sobótka się pali, Sypie iskry szczerozłote Po tej modrej fali, pisze Konopnicka. Sobótka tuż tuż, wrzucajmy do ognia, wrzucajmy. Jak zmęczona by nie była rzecz, jak przeżarte drewno krzesła, wybite koło roweru na którym wywaliłam się prosto w rów ambitnych studiów, gdy wrzuci się do ognia, ogień przyjmie, przetrawi, nawet wodę, ogień jest naprawdę awangardą toleracji, gdy o tym pomyślimy, wrzuci się do ognia i ogień zje, pójdzie w górę, oj dana dana, oj, i sypnie iskrami szczerozłotymi. Złotymi, złotymi, czy też groszami? Tymi groszami, co je trzyma przywieziony z Śląska folklorystyczny drewnany “Chasydek”…
21. Sobótka, Kupalnocka, jest świętem oczyszczenia, jak wiele świąt związanych z ogniem, ale i również świętem przyszłości. Wianek puszczany na wodzie, na rzece… Śpieszmy się puszczać nasze wianki, nim wszystkie rzeki pousychają. Uschną, te kwiaty łodygami niczym wieńcem oplatające Europę. Uschną, na nasze własne życzenie. Tyle pozostanie do wywróżenia ze złożonego w wyschniętym rowie wianka. Wszakże do końca będą puszczane wianki, nawet gdy jedyne ich wróżby będą apokaliptyczne. Wszakże jak głosi galicyjska pieśń spisana przez niejakiego księdza Wójcickiego, Kto na Sobótce nie będzie — Główka go boleć wciąż będzie.
