Adwent

Ewa Maria Slaska

Tyle razy pisałam już o adwencie, że postanowiłam nie powtarzać sama siebie, tylko sama siebie zacytować, przypominając niektóre z opowieści i przepisów.

W Niemczech wszyscy wszystkim składają dziś życzenia, które brzmią ni mniej ni więcej (to jednak dokładny naród) – miłego pierwszego Adwentu! Też Wam życzę.

Opowieść o pomarańczach

Adwent to czekanie. Byliśmy mieszkańcami świata zwanego Komuną, wiedzieliśmy znakomicie, że na wszystko trzeba czekać, często bez obietnicy, że się doczekamy. Nauczyliśmy się stanowczego stania w kolejkach, wytrwałego trwania przed sklepami, zapobiegliwego zapisywania się na listy… I gdy na Zachodzie kolorowy świat z filmów kupując smakołyki i prezenty czekał na przyjście Pana, tak my czekaliśmy na mięso, cukier, masło, mieszkanie, a przed świętami jeszcze na statki z pomarańczami. Statek z pomarańczami wypłynął wczoraj z Kuby… Statek z pomarańczami wpłynie najprawdopodobniej za trzy dni… Statek z pomarańczami stoi na redzie. Takie komunikaty otrzymywaliśmy w gazetach i w radio, a może nawet, przyznaję, że nie pamiętam, w wiadomościach telewizyjnych.
Bywały i inne statki, przywoziły rodzynki, grapefruity, traktory lub paszę dla świń. Ale żadne z nich nie budziły takich emocji jak owe statki z pomarańczami. Nigdy się wtedy nie zastanawiałam nad tym, czy te pomarańcze miały być tylko dla nas, mieszkańców Trójmiasta, czy też dzieliliśmy się dostawą z resztą Polski. Ile w ogóle było tych pomarańczy? Współczesny statek kontenerowy ma ogromną ładowność, przekraczającą nawet 500 tysięcy ton. Największe statki zbudowane dotąd w Polsce to seria masowców o nośności ok. 150 000 ton. No ale to na pewno nie takie kolosy płynęły 40 czy 50 lat temu na Kubę, żeby przywieźć do Gdańska twarde pomarańcze o plamiastej zielono-pomarańczowej skórce. Załóżmy dla prostego rachunku, że przywieziono 20 tysięcy ton tego wspaniałego owocu (który nota bene w kubańskim wydaniu wcale nie był wspaniały). W kilogramie mieściło się pewnie 5 sztuk, co daje łącznie 100 000 000 pomarańczy. Sto milionów? Naprawdę? Po 2,5 sztuki na głowę mieszkańca? Jeden statek zaspokajał adwentowe potrzeby całego kraju??? Nie wiem, w głowie mieszkańca mi się nie mieści. Zawsze się to nam wydawało okropnie mało, taki jeden statek, dlatego chyba nie pyskowaliśmy, że można było kupić tylko po kilogramie, a może nawet po prostu po sztuce na głowę… A przecież jeżeli umiem liczyć, to mogliśmy dostać nawet po dwie pomarańcze na głowę!

Dobrze pamiętam natomiast, co myśmy wtedy z tymi pomarańczami robili – kroiliśmy je w poprzeczne plastry i wkładaliśmy do wigilijnego kompotu z suszonych owoców. I stale ktoś z nas podchodził do dzbanka i wtykał nos pod przykrywającą go ściereczkę. Te pomarańcze w ogóle nie miały smaku, ale pachniały i to już tworzyło nastrój prawdziwych świąt.

Opowieść o 11 listopada

Adwent to cztery ostatnie niedziele przed świętami Bożego Narodzenia. To wie w Polsce każdy katolik, bo pierwsza niedziela adwentu to jednocześnie początek roku liturgicznego. Nie jest to święto ruchome, w takim sensie jak Wielkanoc i inne święta zależne od niej kalendarzowo, ale jednak data jego co roku się zmienia. W tym roku pierwszym dniem adwentu jest dzisiejsza niedziela czyli 2 grudnia. Z lekcji religii każdy z nas na pewno pamięta, że w adwencie “zabaw hucznych nie urządza się”. Dlatego starano się nie brać ślubów w adwencie. Myślałby kto, że jest to zasada obowiązująca w całym świecie katolickim. A bogdaj to…

W Niemczech, i tych katolickich, i tych prostestanckich, i tych ateistycznych, a też i innowiernych, okres adwentu to okres zabawy jak najbardziej hucznej, bo niemiecki karnawał zaczyna się 11 listopada o godzinie 11:11. Co jednemu święto Wyzwolenia a innemu Zakończenia I Wojny Światowej czy wręcz Kapitulacji, to Niemcowi moment wyciągnięcia z szuflady czerwonego nosa na gumce albo srebrnej sukni wieczorowej w złote płomienie jaką miała niedawno na sobie Renée Zellweger (ach!)

Adwent to w krajach protestanckich wieniec adwentowy z czterema świeczkami, domki z piernika, kalendarze adwentowe i ich lokalne odmiany, np. wizyty krasnoludków, ciasteczka adwentowe, dekoracje adwentowe, przygotowania do Bożego Narodzenia (pierniki, figurki do szopki, ozdoby choinkowe, pocztówki świąteczne, prezenty…), w Polsce jeszcze Andrzejki i Barbara, wszędzie Mikołaj, wszędzie tam, gdzie są Żydzi – Chanuka (też się dziś zaczyna!!!), w Skandynawii jeszcze ekstra – Santa Lucia i Julklap…

W każdym razie zaczął się adwent i trzeba upiec ciasteczka. Co najmniej kilka rodzajów. I powinny doczekać przyjścia Pana, ale niektóre ciasteczka kończą się zanim nawet adwent się zacznie. Tak bywa. Albo powiem więcj, tak właśnie jest. A jeśli jest inaczej i raz upieczone ciasteczka starczają bez dalszych wypieków aż do Nowego Roku, to tylko dlatego że (widziałam na własne oczy!) puszcza się w obieg zamkniętą puszką z ciasteczkami, każdy, gość i domownik, otwiera puszkę, wyjmuje ciasteczko, zamyka puszkę i podaje ją dalej. Raz w ciągu wizyty! No ale tego wszak nie będziemy polecać…

Ciasteczka dla Elizy

przepis na niemieckie pierniki “Elisenlebkuchen” z Norymbergi, nazwane tak w XIX wieku ku czci córeczki jednego z piernikarzy. Sam przepis pochodzi z XVI wieku.

elisenlebkuchen

70 g masła
170 g cukru
jajka
200 g mielonych orzechów
łyżka kakao
łyżeczka cynamonu
szczypta mielonych goździków
100 g rodzynek
125 ml mleka
250 g mąki
pół torebki proszku do pieczenia
100 g skórki pomarańczowej usmażonej w cukrze
paczka polewy czekoladowej
posiekane pistacje lub migdały

Tak! To pierniki bez miodu!

Masło, cukier i jajka ukręcić mikserem na masę o konsystencji kremu. Mikser odłożyć. Już go nie będziemy tu potrzebować. Dodać orzechy, skórkę pomarańczową, mleko i przyprawy. Dodać mąkę i proszek do pieczenia. Wymieszać ręcznie.

Posmarować blachę tłuszczem. Wykładać ciasto na blachę – 1 piernik to 1 łyżka stołowa ciasta. Podana porcja ciasta starczy na dwie blachy. Piec 20 minut w temperaturze 220°C.

Ostudzić. Pokryć glazurą, posypać posiekanymi pistacjami lub migdałami.

Te pierniki są nadzwyczaj wręcz pyszne!

Światła w noc

Adwent to najczarniejsza część roku. Tak czarna, że chwała niech będzie protestantom, iż wymyślili, że trzeba ją rozweselić światłami. Oczywiście, chodzi przede wszystkim o światło symboliczne, o to, że przypominamy sobie narodziny Jezusa, ale też oczekujemy jego ponownego przyjścia w chwale. Ale jednak symboliczne światło świeci również jak najbardziej realnie. Jest czarno, zimno i ponuro, a my wracamy do domu i zapalamy światła w noc. Katolicki adwent był czarny, wstawało się rano i szło się czarnymi ulicami do ciemnego kościoła na roraty. Jak jest teraz, oczywiście nie wiem. Niemiecki adwent po prostu tonie w światłach, a od wielu lat świetlne pomysły przekroczyły już granicę i w Polsce też już wszędzie świecą się okna, balkony, ogrody, dachy… Bardzo to lubię. Łańcuchy świateł wokół okien, świeczki pod herbatą, świeczka przy komputerze, grube świece w adwentowym wianku, no i wreszcie ukoronowanie tej świetlnej orgii czyli choinka.
Kicz? No tak, jasne, kicz…

Peru 9

Joanna Trümner

Dżungla i Lima

Następnego dnia wstajemy o świcie. Ronaldo czeka na nas przed bungalowem. W świetle latarki wspólnie pokonujemy drogę do miejsca postoju naszej łodzi. W ciemnościach odpływamy od brzegu, przez godzinę płyniemy przez pola mgły przy akompaniamencie odgłosów dżungli. Kiedy docieramy na miejsce, Ronaldo opowiada nam, że niedaleko stąd widział przed rokiem „uncontacted person”, czyli indygennego Indianina, który nie miał do tej pory żadnego kontaktu z naszą cywilizacją. „Co się w takim przypadku robi?”, pytam z ciekawością. „Nie wolno podejmować żadnych prób nawiązania kontaktu, Indianie mogą poczuć się zagrożeni i zareagować agresywnie.  Należy niezwłocznie poinformować dyrekcję parku”. Ronaldo dodaje, że naukowcy szacują, że na terenie parku Manu mieszka od tysiąca do trzech tysięcy Indian, którzy nie mieli do tej pory żadnego kontaktu z naszą cywilizacją. Dlatego też duża część parku (ponad 80 %) to tzw. „zona restringida”, czyli strefa, do której turyści nie mają prawa wstępu. Indygenni mieszkańcy dżungli mieszkają w grupach, posługują się własnymi językami i mają swoje zwyczaje. Opowiadanie Ronalda, spacer w porannej mgle przez dżunglę i jej odgłosy, wszystko to   jest dla mnie tamtego ranka tak niesamowitę, że odczuwam ulgę na widok celu naszej wyprawy, punktu obserwacji ptaków. Moja ulga jest jeszcze większa, kiedy na służącej do oglądania ptaków platformie rozpoznaję Amerykanów, z którymi przegadaliśmy wczorajszy wieczór w lodge. Platforma, z której obserwujemy setki różnokolorowych papug, które wcześnie rano i późnym popołudniem zbierają się wokół tzw. „clay lick”,  czyli „lizawki” z gliny, jest luksusowa. Podzielona jest na dwie części z ośmioma stanowiskami obserwacyjnymi, ma dwie turystyczne toalety, stoliki i krzesła. Robimy pierwsze zdjęcia, a potem Ronaldo zaprasza nas na śniadanie.

Spędzamy kilka godzin na obserwowaniu papug, po powrocie do ośrodka jemy obiad, pakujemy rzeczy i wyruszamy w dalszą drogę po rzece. Po kilku godzinach w docieramy do Manu Learning Center, gdzie spędzimy noc. W ośrodku mieszkają wyłącznie młodzi ludzie. Patrząc na nich, odnoszę wrażenie, że jesteśmy tutaj jedynymi płacącymi gośćmi. Moje przypuszczenia niebawem się potwierdzają. Siadamy na ganku przed domkiem, gdy odwiedza nas Sharon, jedna z osób odpowiedzialnych za projekt fundacji „Crees” na terenie ośrodka. W ramach tego projektu młodzi ludzie z całego świata, głównie ochotnicy, prowadzą badania fauny i flory w tej części dżungli i informują miejscową ludność o tym, jak zachować dżunglę dla przyszłych pokoleń i wykorzystać jej zasoby, nie niszcząc natury. Dziewczyna zaprasza nas na krótką prezentację na temat projektu po kolacji i pokazuje drzewo, na którym odpoczywa leniwiec.

Wieczorem dowiadujemy się od niej, że w ośrodku mieszka około trzydziestu młodych ludzi (19-35 lat) z całego świata. Okres pobytu w dżungli trwa od dwóch tygodni do dwunastu miesięcy. Ochotnicy i naukowcy z różnych uczelni świata badają stopień odbudowania się fauny i flory na dużym terenie parku, który przed trzydziestoma laty został nielegalnie wykarczowany. Pomagają przyrodzie odrodzić się po kataklizmie, jaki przeszła z ręki człowieka. Sharon przyjechała z Vancouveru – po ukończeniu biologii szukała dla siebie wyzwania -i z koleżanką, przemiłą Holenderką (której iminia niestety zapomniałam), prowadzi ten ośrodek od dwóch lat. Oglądamy jeszcze krótki  filmik nagrany na terenie ośrodka – kamera na podczerwień nagrała wędrującą nocą  pumę.

Po chwili podchodzi Ben, który przed kilkoma dniami przyjechał z Perth. Robi mi się nieswojo, kiedy widzę, że po jego ramieniu spaceruje wielka tarantula. „Tylko idiota myśli, że w dżungli nie ma zwierząt”, próbuję opanować swój strach. Jestem pod wrażeniem młodych ludzi, którzy na długi czas pozbawiają się wszelkich wygód współczesnego świata i  płacą na dodatek niemałe pieniądze, by spędzić kilka miesięcy na kompletnym odludziu, po to by ratować przyrodę przed bezmyślnym zniszczeniem z ręki człowieka. Na pożegnanie sponsorujemy ośrodkowi pojemnik z przedziałkami, w którym wolontariusze zbierają owady na terenie parku. To nasza mini cegiełka do ratowania dżungli.

Następnego dnia zapuszczamy się łodzią jeszcze głębiej w dżunglę. Po wielu godzinach docieramy do kolejnej „lodge”. Po obiedzie i godzinnej przerwie Ronaldo zabiera nas na spacer. Opowiada o faunie i florze dżungli i o tym, że 10% występujących na terenie parku roślin to rośliny nieznane i niezbadane.  W godzinę później przeżywam wielki sukces, dostrzegam  gatunek małpy (jest ich łącznie 14), której Ronaldo nie zobaczył podczas dziesięciu lat swojej pracy jako przewodnik. Z wędrówki wracamy po zapadnięciu zmierzchu, drogę co chwila rozświetlają robaczki świętojańskie, które w tej szerokości geograficznej mają wielkość trzmieli. Dużo wysiłku kosztuje mnie opanowanie strachu, odgłosy dookoła nas są niesamowite, przpomina mi się obejrzany wczoraj film z pumą spacerującą po ośrodku. Cieszę się, kiedy po dwugodzinnej wędrówce rozpoznaję w świetle latarki domki naszej “lodge”.

Zasypiamy natychmiast, następnego dnia wstajemy przed świtem, bo czeka nas wyprawa łodzią po bocznej odnodze rzeki. Wyprawa na łodzi zajmuje pół godziny. „Opłacało się”, myślę, patrząc na unoszącą się nad jeziorem mgłę. Panuje absolutna cisza, przerywana jedynie odgłosami hoacynów, ptaków, które miejscowi nazywają „śmierdzącymi ptakami”. Hoacyny mają wyjątkowy w świecie ptaków układ trawienny, pokarm roślinny (jedzą wyłącznie liście) rozkłada się w wolu dzięki fermetacji bakteryjnej. Ten sposób trawienia powoduje, że ptaki obrzydliwie śmierdzą, co sprawia, że nie mają naturalnych wrogów. Nie mają też żadnych przyjaciół w świecie zwierząt. Nie dość tego, bo jeszcze są głośne i wydają z siebie obrzydliwy odgłos przypominający mi w tej scenerii filmy horroru.

Siedzimy na zbitej z desek platformie, którą transportują dwie łodzie i przyglądamy się budzącej się dżungli. Na brzegu widzimy stada małp buszujących po wierzchołkach drzew, oprócz hoacynów słyszymy i widzimy dziesiątki innych ptaków, pobyt nad laguną kończy krótkie spotkanie z kajmanem, wygrzewającym się na brzegu na słońcu. „Szkoda, że niedługo wracamy do cywilizacji”, myślę patrząc na ten raj.

Podczas obiadu spotykamy Anglika Gary’ego Prescota, obieżyświata, który od miesięcy podróżuje po Peru bez używania pojazdów napędzanych silnikiem. Pierwszy etap drogi przebył rowerem, który podarował później indiańskim dzieciakom, teraz spływa w dół rzeką na pontonie. Patrzę na jego suszący się na trawie ponton i nie chce mi się wierzyć, że udało mu się przepłynąć  dziką, nieokiełznaną rzekę tą zabawką dla dzieci. Podziwiam go za poczucie humoru, gdy opowiada o mijaniu pontonem uskoków i głazów na rzece. Gary próbuje pobić rekord Guinessa w ilości zobaczonych w ciągu trzech miesięcy w drodze ptaków. Od naszego pierwszego spotkania przy śniadaniu w jadalni “lodge” mam wrażenie, że znam go od lat. Opowiada nam o swej półrocznej podróży przez Polskę, Słowację i Czechy, wyprawie, której celem było również oglądanie ptaków. O „aresztowaniu” przez kontrolerów biletów w Warszawie, wspaniałej polskiej kuchni i gościnności ludzi.

W Peru Gary jest po raz drugi, młodzi przewodnicy, w tym nasz Ronaldo, znają go, widać, że cieszy się wśród nich dużym szacunkiem. Już od dzieciństwa był ornitologiem-hobbystą. Przez wiele lat pracował jako nauczyciel i organizował dla miejskich dzieci wyprawy za miasto w celu pokazania im przyrody. Od kilku lat nie pracuje, jeździ po świecie, ogląda zmiany w ekologii naszej planety i swoje ukochane ptaki, realizując równocześnie wiele projektów socjalnych. Biedny Gary jest potwornie pogryziony przez różne owady. Na widok jego nóg od razu darujemy mu nasze zapasy środków przeciwko moskitom i lekarstw łagodzących zakażenia. Niemieckie medykamenty działają tak dobrze, że następnego ranka przy śniadaniu Gary prosi nas o dokładną pisownię naszych imion, a  po kilku dniach wymieni nas na swym blogu (www.biknig birder) jako „uzdrowicieli z Berlina”.

Przy pożegnaniu życzę mu, żeby pobił ten swój rekord i zrealizował  w życiu jeszcze wiele projektów. Gary jest najlepszym dowodem na to, że świat pełen jest ciekawych, optymistycznych ludzi, którym los naszej Ziemi nie jest obojętny.

Nadszedł czas powrotu do cywilizacji. Podróż z dżungli do Puerto Maldonado, w której oprócz przewodników towarzyszą nam Myra i Helen, zajmuje siedem godzin. Na lotnisko docieramy głodni i zmęczeni, na szczęście przypomina nam się paczka z suchym prowiantem, którą rano wręczył nam Ronaldo. Przyznaję, że nie jestem w stanie zrozumieć, dlaczego samolot z lotniska w Puerto Maldonado, które obsługuje cztery loty dziennie, ma ponad godzinę spóźnienia. Na lotnisku w Limie żegnamy się z dziewczynami, które jeszcze tego samego dnia lecą do San Francisco.

Lima. Przed powrotem do Berlina spędzamy tutaj dwie noce. Pierwszego dnia z hotelu odbiera nas Percy (ten sam, z którym na początku podróży oglądaliśmy ruiny Pachacamac) i pokazuje nam starówkę stolicy, która od 1988 r zapisana jest na listę dziedzictwa UNESCO. Największe wrażenie robi na mnie katedra, w której leżą zwłoki znienawidzonego przez mieszkańców Peru Francisco Pizarro. Większość budynków starówki, podobnie jak katedra, zostało kilkakrotnie kompletnie zburzonych przez trzęsienia ziemi. Lima, ukochane miasto Pizarra, jego „oczko w głowie”, ma kilka pięknych zakątków, jak na przykład Pałac Prezydencki, Pałac Biskupów, plac wyzwoliciela Peru Jose de San Martin. Tu też założony został w 1551 r.  najstarszy uniwersytet na kontynencie – Uniwersytet San Marcos.

W dzień naszego powrotu do Europy miasto jest tak zapchane, że wbiegamy na lotnisko z obawą, że nie zdążymy na odprawę i samolot odleci bez nas. „Czas wracać do siebie”, myślę, czekając na odlot i obiecuję sobie, że spróbuję kiedyś wrócić do tego fascynującego kraju.

Koniec

Nowy kot, nowe wpisy o kotach

Ewa Maria Slaska

Rysia

Wierni czytelnicy tego bloga wiedzą, że bardzo lubię koty i że przez ponad 20 lat miałam piękną kocicę imieniem Schyzia (nomen był niestety omen) i że często pisałam o kotach – kotach w domu, kotach w mieście, kotach w sztuce. Moja siostra, moje przyjaciółki warszawskie, Maryna i Danusia, i berlińskie (a czasem i przyjaciele, ale rzadziej), znając moje upodobania, przysyłają mi różne dawne, albo przeciwnie – nowe i spod igły – kocie konterfekty. O tym, że koty są ważne, niech świadczy fakt, że na blogu nie ma odnośnika (tagu) “pies”, ale “kot” oczywiście jest – a ściślej rzecz biorąc: “koty”. Był czas, że tak często znaleźć tu można było wpisy o kotach, że jedna z odległych znajomych, zachęcana przez jedną z bliskich znajomych do czytania mojego bloga (bo ponoć ciekawy), miała odpowiedzieć, że nie ma ochoty, “bo ta Slaska to tylko o kotach pisze”…

Po czym, po 21 latach, Schyzia odeszła do krainy wiecznych kocich łowów, a ja przez długi czas nie pisałam o kotach (no, nie przesadzajmy – ale jednak pisałam rzadziej), bo bardzo mi było brak bliskiej kociej duszy w domu i nie chciałam “rozdrapywać ran”. Twierdziłam przy tym, że już nie chcę brać żadnego nowego kota, bo jeśli i ten miałby przeżyć dwie dekady, to może się zdarzyć, że mnie przeżyje, i co się wtedy z nim stanie. No ale kot przyszedł sam, a właściwie przyszła kotka – mój wnuk nadał jej świetne imię Rysia (choć kicia bardziej żbikowata jest niż rysiowata), no i tak to mogę spokojnie oddać się ulubionej rozrywce czyli pisaniu o kotach.

To Rysia sfotografowana przez moją synową, a to – banalnie – przeze mnie.

Ernę przysłał Tibor Jagielski, choć wcale nie wiem, czy on wie, że ja bardzo lubię koty. A może teraz już wie, ale nie wiem, czy wiedział, jak mi te swoje rysunki podsyłał.

Ten kocur (kocica) śpi w identycznej pozycji co Erna (i generuje ozon):


Takimi kotami powitał mnie pewnego dnia Mieczysław Węglewicz:

Ale przyznaję, że nie mam pojęcia, kto mi podrzucił dwa kolejne koty (autorką pierwszego jest na pewno Katharina Nenning):

Zaglądam dalej w zakamarki tego, co sobie ostatnio zapisałam. To znowu koty Miecia. Przyznajmy, że kot (jako taki) wie, co robi – na większości obrazków albo je albo śpi. Ouachhh… Kotom to dobrze. Tym dwóm jeszcze lepiej niż Rysi, bo Rysi zasadniczo nie wolno łazić po stole. A już spać na stole!

Kota na torebce miała pewna Arabka w autobusie. Musiała lubić koty, bo na opakowaniu komórki też miała kocie oczy i wąsiska, ale już nie chciałam przesadzać z nagabywaniem obcych ludzi o zgodę na fotografowanie.

A tu kubeczek sfotografowany podczas herbatki u mojego siostrzeńca (też autor).

No i okazuje się, że zwykłe koty zajęły tyle miejsca, że właściwie nie starczyło go na koty w dziełach sztuki. Dziś pokażę zatem tylko jeden obrazek z kotami, nadesłany przez moją warszawską przyjaciółkę Danusię. Ale nie martwcie się, na pewno za niedługo znowu napiszę o kotach, bo ja przecież zawsze “tylko o kotach”.


To koty z bestiariusza (Worksop Bestiary, England c. 1185 – NY, The Morgan Library & Museum, MS M.81, fol. 46v) i zaiste, ogromne wielokolorowe bestie, jeden z nich upolował szczura też jak bestia. W internecie ktoś sklasyfikował te koty: Irish Green Shorthair (now very rare), Pictish Woad Blue, and the Mercian Café au Lait Ragdoll.

Ulice Berlina. Moja ulica.

Ewa Maria Slaska

Kochani, dawno temu prosiłam, żebyście mi przysyłali wpisy o tym, co wiecie o swojej ulicy. Dziś przypominam tę prośbę i zaczynam od mojej własnej ulicy. Paradestrasse, ulica Parad. Bardzo śmieszna nazwa, gdy się popatrzy na tę niewielką, obsadzoną grubymi platanami ulicę, na której parady mogły by co najwyżej urządzać wiewiórki, lisy albo jeże. Bo choć ulica leży właściwie w samym centrum miasta, jest jednak częścią cichego, spokojnego osiedla domków jednorodzinnych, otoczonych murem niewysokich bloków mieszkalnych. Osiedle jest częścią Gärtenstadt, miasta ogrodu, zbudowanego w ostatnim ćwierćwieczu XIX wieku. Zgodnie z nazwą osiedle jest pełne drzew i ogrodów, kwitną tu masy kwiatów, mieszkają różne zwierzęta, łącznie z szopami praczami. Od lat 30 XX wieku, czyli od czasów, gdy do władzy doszedł mały facet z wąsikiem, osiedle przemianowano na Fliegersiedlung – Osiedle Lotników, a ulice zmieniły nazwy – z geograficzno-historycznych na bojowe: nazwano je na cześć pilotów, zasłużonych podczas I wojny światowej. Osiedle miało (i nadal ma) piękne półkoliste ulice, przecina je linia zieleńców ze strumieniem i dwoma stawami, a w samym centrum posadzono piękny ogród różany. Od północy, południa i wschodu do osiedla przylegają piękne parki – Viktoria Park, Park Tempelhof i zamienione na chroniony prawem nieużytek dawne lotnisko Tempelhof*, oddzielone od nas wielką przelotową ulicą – Tempelhofer Damm**.

Na osiedlu nie ma kina, wielkich domów towarowych, właściwie nie ma kawiarni czy klubów, co nas chroni przed plagą Berlina – masami turystów, którzy ciągnąc za sobą walizki na kółkach, zalewają miasto w poszukiwaniu “nie tkniętych ludzką stopą” zakątków. Mamy za to dwa kościoły, kwadratowy katolicki i okrągły ewangelicki, oba modernistyczne, mamy piękny plac z modernistyczną fontanną bocianów, wielki dworzec kolejki i kolei, kilka szkół i przedszkoli oraz plac zabaw z samolotami. Projektant placu odwołał się do nazwy osiedla, nie zastanawiając się nad tym, że Boelcke czy Manfred von Richthoffen, patroni naszych ulic, w niczym nie przypominają uśmiechniętego lotnika z książeczek dla dzieci.

Ale nie myślę o tym, gdy patrzę z balkonu na ogrody pode mną, gdy wiosną piję kawę, podziwiając cudowną ogromną kwitnącą na różowo wiśnię, gdy już w lutym widzę pierwsze kwitnące kwiaty tegoroczne, a w styczniu widzę, że te grudniowe wciąż jeszcze kwitną, albo gdy nad balkonem rozpina się tęcza, myślę sobie, że mam ogromne szczęście, że mieszkam właśnie tu.

7:40 rano, 11 listopada 2018 roku – tak na mojej ulicy uczciliśmy koniec I wojny światowej


Rozpędziłam się w zachwytach. Tu więc trochę trzeźwych i prozaicznych informacji na temat mojej ulicy:

Wiadomości ogólne
Kod pocztowy 12101
Dzielnica miasta Tempelhof
Komunikacja Strefa A autobusy 104, 248 — metro (U‑Bahn) nr 6 stacja Paradestr
Przebieg ulicy od Tempelhofer Damm do Placu Adolfa Scheidta (Adolf-Scheidt-Platz)
Historia
Dzielnica historyczna Tempelhof
Nazwa ulicy od roku 1913

Nazwa związana z faktem, że ulicę wytyczono na terenie wojskowego placu ćwiczeń (poligonu). Wiosną 1722 roku król Fryderyk Wilhelm I przyjął w tym miejscu pierwszą paradę wojskową. Od roku 1905 stacjonował tu regiment wojsk kolejowych, a teren nadal był przeznaczony na apele, capstrzyki i parady. Rósł tu, na rogu dzisiejszej Paradestrasse i Tempelhofer Damm, jeden z licznych swego czasu tzw. dębów cesarskich (Kaiser-Eiche), pod którym stały trybuny dla cesarza odbbierającego paradę.

* To to lotnisko, na które przylatywały polskie samoloty.
** Trakt na Tempelhof czyli terenów w średniowieczu należących do zakonu Templariuszy, a od renesansu oddanych do użytku militarnego.

Siada, chodzi, leży…

Teresa Rudolf

Zmęczenie

W głowie wata cukrowa,
gruba jak ta
z jarmarków,
oblepiająca mózg, rozciągliwa
pustka w głowie.

Ciało swoje, choć obce,
niosące i niesione
przez siebie samo,
jakoś ciężko idzie,
wzdychając cichutko.

Siada, chodzi, leży,
jak znów swoje,
choć nie swoje.
język nie chce
skladać się do mówienia.

Powoli cedzi
błahe zdania,
jak odkrycia
najważniejsze,
kolumbowe.

Wszystko w środku
zwija się
do spania
jak kot Moritz
przy piecu.

A piec, a ten piec,
cholera jasna,
nie chce przyjść
sam do czlowieka,
leniwy,

nie chce położyć
człowieka przy kocie,
który mruczy śniąc
o bieganiu,
w dzień po łąkach,

a w nocy po kocich
dyskotekach.

Samotność

Zagubienie w sobie,
wystawione czułki ludzkie,
by znaleść kogoś bliskiego,
uczucie dziecka zgubionego
w ogromnym supermarkecie,
które czeka, by ktoś glośno
krzyknał jego imię.
Chce mieć pewność,
że ktoś go szuka,
bez pewności,
że ktoś je znajdzie.

Panika psa,
wywiezionego do lasu
na pożarcie dzikich zwierząt,
niech się sam broni, bo nie uchodzi,
zastrzelić,niech przeżyje,
ale nie u mnie i nie ze mną,
myśli ten,
kto wyprowadza się z willi
do mieszkania w bloku,
gdzie nie wolno mieć psów,
a wolno mieć samotność.

Strach starej kobiety,
grzebiącej po koszach na śmieci,
w rękawiczkach,
by było higienicznie,
strach chorego człowieka,
bo nie wie co się stanie,
gdy zapomni kim jest,
kto należy do niego,
i gdzie zaczyna się on sam,
a gdzie kończy.
I inni też zapomną.

Samotność siedzi przed domem
i boi się wejść do środka,
bo tam cholernie samotnie.
Siedzi i wyje jak wilk,
wzywając stado,
które nie wiadomo kiedy,
rozpadło się już na kawałki
jak kometa.
W pełni ksieżyca wyją
samotne wilki
które o północy,

mają twarze
i łzy ludzkie.


Pustka w głowie

Przerażająca pustka
w głowie jakby
huragan przeleciał
przez nią,
wszystko zostało
wessane
przez jakiś odkurzacz,
wszystko.

To znaczy, co wszystko?
A co było i czego nie ma?
Wszystko,
a było tego dużo, czy mało?
Wszystko,
czy był to ogród myśli i kwiatów?
chwasty,
czy kamienie?

Było, to moje, czy czyjeś?
Kobieta trzyma się za głowę,
bezradnie szuka czegoś,
coraz szybciej…
Zaczyna się kręcić w kólko
szuka siebie, szuka siebie,
karuzela…
spada…

Budzi się z krzykiem,
przerażona,
zimnym potem zlana,
i nagle
czuje potworną
pustkę w głowie,
pustkę w głowie…
pustkę w głowie.

Niepokój

Zwierzę niespokojne,
nigdzie miejsca
nie zagrzeje,
miota się jak w klatce,
chociaż żadnej nie ma…

Szczerzy
bez potrzeby zęby,
patrzy z paniką,
za siebie
i przed siebie.

Nie może jeść
nie może spać,
nie może chodzić,
nie może usiąść,
nie może…

Nie zasypia,
chce snić o spokoju,
a w dzień marzyć
o nim też nie może.
ach, ten spokój.

Spokój, jak
kochanka,
za którą się tęskni
idzie, jak pies
na smyczy wszędzie.

Spokój, spokój
o, chciałoby się
tak mało,
bo nic więcej,
nic więcej.

Taka elegancja
bez trzęsienia rąk,
bicia serca,
ze spokojną twarzą
normalności.

Smutek

Obraz Madonny płaczącej,
trzymającej się za serce,
jej usta składają się do słów
milczących i martwych.

Oczy
jak ogromne jeziora,
z kłębowiskami
jakichś obcych roślin.

Bladość alabastru, twarzy
przykuwa wzrok,
który z zawstydzeniem
ucieka,

od tej ogromnej
intymności.
bez pojęcia, co to
za jedna.

Usta jej cienkie spadają
stromo w dół jak rzeki,
i nie wiadomo gdzie
mają swe ujścia do morza.

Staw zamarznięty,
po którym,
lepiej się nie poruszać,
nie wiadomo, czy uniesie,

ta zamaskowana,
zdradziecka kruchość
jego lustra,
która wciąga w głąb.

Radość

Nieustająca
złota kaskada,
porywcza i nieobliczalna
co zabierze ze sobą.

Infekcja
rozchodząca się
blyskawicznie, zataczając
coraz większe kręgi.

Nie potrzeba maski,
by się przed nią chronić.
każdy naraża się chętnie
na to zarażenie,

kąpiąc się całym sobą
w szaleństwie,
które jest najżywszym
żywym życiem…

Tęsknota

Wróżenie z fusów,
płatków margaretki,
wiara w białego kota,
który oby przeleciał nam drogę.

Malowanie
akwarelkami pastelowymi
wszystko, co powinno się
zdarzyć, jak tylko…

Retuszowanie rzeczywistości,
by nie miała
żadnej zmarszczki,
gdy tylko…

Pragnienie niespełnione,
głód nie zagłuszony,
pustynia, pustynia
ból serca,

na który się ciągle
na nowo zgadzamy,
gdy się na horyzoncie pokaże,
jak jakaś fatamorgana…

Bezsenna noc

Z jednej strony dźwięczy
tą swoją ciszą w przestrzeni,
a z drugiej tak naprawdę,
narzuca się człowiekowi,

by się nią zajmować.
i być niepodzielnie
w centrum uwagi,
jak próżna kobieta.

Nie godzi się by jej
nie zauważać
bez chaotycznych pytań,
nie czekając odpowiedzi.

Pędzi jakby wystraszona,
że czegoś zapomni, opuści…
bo wszystko to niby takie
strasznie ważne…

I jak w bajce o świcie znika,
zabierając swoje lalki i gałganki,
by znów następnym razem
biegać po mózgu i sercu.

Pytając,sycząc
perfidnie cicho,
by nikt nie uslyszał,
bawi się do łez…

Już jesień

Jesień…
deszcz z łez skazanych na śmierć letnich zwierząt,
przesunięte melancholijnie liście pod nogami,
chłodny wiatr niosący śnieg w plecaku.

Jesień…
tysiące twarzy kolorowych, liściastych plemion
uśmiechajacych się na wzgórzach, w lasach,
bez lęku że każdy jest inny…

Jesień…
Przedsmak nieuniknionego,
tego co musi przyjść, co stoi
tuż, tuż, za drzwiami liściastymi
życia.

Miss Świata, Jesień
piękna kobieta
w wykwintnej sukni,
bardzo gustownie
prze-kolorowej.

Wyszła z ukrycia
pokazała się
na polach, łakach
i w lasach.

W zadziwieniu
świat cały
ogląda się za nią,
zachwyca,

tą szatą zielono-
pomarańczowo-żółtą,
ustami czerwonymi
od dzikiego wina,

oplatającego drzewa,
mury, cmentarze,
ogrody, balkony,
po najwyzsze góry.

Szeleści ta suknia,
luciutkim podmuchem
wiatru, szeptem,
śpiewem liści.

Miss Urody,
będzie twarzą roku,
pobłyskujac
czerwoną szminką.

A gdy znów odda
koronę Zimie,
rozebrana do naga,
schowana w szarości,

będzie się leczyć z depresji
w przemijaniu,
licząc spadajace liście,
by usnąć spokojnie.

Barataria 93 Sgt. Pepper’s Lonely Hearts Club Band

Dziekuję Jackowi za inspirację

W Wikipedii czytamy: Sgt. Pepper’s Lonely Hearts Club Band (krótko nazywany Sgt. Pepper) to ósmy album studyjny grupy The Beatles, opublikowany 26 maja 1967 roku. 50 lat temu, ale o tym już pisałam. Zresztą wszyscy pisali.

Właśnie zdawałam maturę. Nie wiem, czy w ogóle dotarło do mnie, że Beatlesi wydali coś nowego. Dla mnie świat Beatlesów kończył się na filmie Help. Ale świat nie stoi w miejscu, nawet jeśli my siedzimy i kujemy do matury. Przypomnę nas tu, bo myślę, że nikt nigdy nie zrobił nam wspólnego zdjęcia.

Magda Dankiewicz, Mariusz Barański, Antek Szczepkowski i ja: Ewa Bogucka. Z Magdą spotkałyśmy się w zeszłym roku. Z okazji 50-lecia matury! Z Antkiem (mieszka w Teksasie) rozmawiałam przez telefon. “Nie zdałbym matury, gdyby nie ty”, powiedział Antek. “Nie paliłabym papierosów, gdyby nie ty”, odpowiedziałam. No ale już nie palę. Za słuchanie piosenek odpowiadała Baśka Owsiana (też się z nią spotkałam). Może ona będzie wiedziała, czy słuchałyśmy Sierżanta Pieprza tego lata 1967 roku. Pytam. Baśka twierdzi, że tak i że od tego nam skrzydła rosły.

Sierżant Pieprz był częścią Summer of Love, kiedy to ruch hippisów w USA osiągnął swój złoty szczyt. Zapowiadał przyszły rok i Festiwal Woodstock, ale na razie był maj 1967 i matura, a potem powtórne kucie, ale już osobno, do egzaminu wstępnego na studia. Nie chciałam studiować, chciałam zostać hippiską. Nie wiedziałam, co mogłabym zrobić. Miałam długie potargane włosy, nosiłam długie spódnice, opaski przez czoło i naszyjniki z łańcuchów kupionych w sklepie żelaznym (koło Mody Polskiej). Kosztowały 2 złote za metr. Moje ówczesne marzenia stały w jawnej sprzeczności z tym, jak nasze matki  i nasi ojcowie przygotowali nas do wejścia w dorosłość. Kilka dni temu, dzięki Facebookowej zabawie “w książki”, wymieniłam od ręki kilka pozycji, którymi mama-tata sterowali naszymi ambicjami. Lucy Maud Montgomery “Błękitny zamek”, “Jajko i ja” Betty MacDonald, “Serca Dalili”, co się po polsku zwało “Imitacja życia”, Fanny Hurst i “Tajemniczy opiekun” Jean Webster. Same amerykańskie powieści. Stara panna, panna na wydaniu, wdowa i sierota. Kobiety opisane przez kobiety. To dzięki tym książkom i ich autorkom, zdając maturę, byłyśmy obywatelkami świata, młodymi nowoczesnymi istotami płci żeńskiej, które wzięły życie w swoje ręce. I tak nam to zostało.

Nie pamiętam, żebyśmy ucząc się do matury złapali kiedykolwiek w radio Luxemburg Sierżanta Pieprza. Ale San Francisco (Be Sure to Wear Flowers in Your Hair), hymn tego lata, w wykonaniu Scotta McKenzie, puszczała Trójka, a może nawet przedziwny produkt Komuny – Muzyka i Aktualności. Aktualności były straszne, muzyka – świetna.

If you’re going to San Francisco,
be sure to wear some flowers in your hair.
If you come to San Francisco,
Summertime will be a love-in there.

Ale oczywiście Scott McKenzie to typowy dla naszej młodości wyciskacz nastrojów, tymczasem Sierżant Pieprz Beatlesów oznaczał rewolucję. Jak to ktoś napisał – piosenka i płyta przekroczyły możliwości ówczesnej techniki grania i nagrywania w studio. U szczytu powodzenia kultury hippisów narodził się psychodelic.

It was twenty years ago today,
Sgt. Pepper taught the band to play
They’ve been going in and out of style
But they’re guaranteed to raise a smile
So may I introduce to you
The act you’ve known for all these years
Sgt. Pepper’s Lonely Hearts Club Band
We’re Sgt. Pepper’s Lonely Hearts Club Band
We hope you will enjoy the show
Sgt. Pepper’s Lonely Hearts Club Band
Sit back and let the evening go
Sgt. Pepper’s lonely, Sgt. Pepper’s lonely
Sgt. Pepper’s Lonely Hearts Club Band
It’s wonderful to be here
It’s certainly a thrill
You’re such a lovely audience
We’d like to take you home with us
We’d love to take you home
I don’t really want to stop the show
But I thought that you might like to know
That the singer’s going to sing a song
And he wants you all to sing along
So let me introduce to you
The one and only Billy Shears
And Sgt. Pepper’s Lonely Hearts Club Band

Wszystko pięknie, ale to wciąż nie jest Barataria. Bo Barataria zacznie się zaraz za rogiem czyli w filmie Żółta łódź podwodna, który powstał w roku 1968. No i tam właśnie rozgrywa się typowa baśniowo-utopijna sytuacja.

Jacek Slaski, TIP Berlin

Yellow Submarine als Comic

Bissige Türken, Clowns und der furchtbare fliegende Handschuh, die Blaumiesen schrecken vor nichts zurück. Sie wollen Schrecken verbreiten und das freundliche Pepperland mit ihrer finsteren Blauheit überziehen. Ein mutiger Kapitän will das verhindern, er besteigt sein gelbes Unterseeboot und macht sich auf zu einer fantastischen Reise. Unterwegs trifft er die Fab Four und kehrt mit ihnen, über einige Umwege, zurück ins unterjochte Land. Mit der Kraft der Musik vertreiben sie die blauen Aggressoren und Pepperland wird wieder zum psychedelischen Paradies, das es einst war.

Czyli klasyczna sytuacja.  Jakiś kraj, tu Pepperland (chętnie kraj na wyspie) zostaje zaatakowany przez Złych (tym razem Sine Smutasy, który moim zdaniem mogłybby się nazywać Siniaki – Blue Meanies, Paskudni Turcy, Niebieska żarłoczna Rękawica). Bohaterski super hero (Kapitan) sprowadza pomoc (Beatlesi) – wspólnymi siłami udaje się pokonać zło. Wszyscy tańczą i śpiewają.

Szczęśliwy kraj (Pepperland)

Wrogowie

Narzędzie walki

Super Heros

Yellow Submarine
The Beatles

In the town where I was born
Lived a man who sailed to sea
And he told us of his life
In the land of submarines

So we sailed up to the sun
Till we found a sea of green
And we lived beneath the waves
In our yellow submarine

We all live in a yellow submarine
Yellow submarine, yellow submarine
We all live in a yellow submarine
Yellow submarine, yellow submarine

And our friends are all aboard
Many more of them live next door
And the band begins to play

We all live in a yellow submarine
Yellow submarine, yellow submarine
We all live in a yellow submarine
Yellow submarine, yellow submarine

(Full speed ahead Mr. Boatswain, full speed ahead
Full speed ahead it is, Sergeant.
Cut the cable, drop the cable
Aye, Sir, aye
Captain, captain)

 

Zakończenie. Wszyscy tańczą. All Together Now

Film był gotowy 17 lipca 1968. O godzinie 20 w Londynie w Pawilonie na Piccadilly Circus odbyła się prapremiera z udziałem Beatlesów. Byliśmy już po pierwszym roku studiów.
W marcu studenci Uniwersytetu Warszawskiego rozpoczęli rozruchy (zwane potem wydarzeniami marcowymi) w obronie Dziadów Mickiewicza, co dało asumpt do rozgrywek partyjnych, przekształciło się w propagandę skierowaną przeciwko intelektualistom i nagonkę antysemicką, a w końcu doprowadziło do masowej emigracji Żydów z Polski.
W Pradze od 5 stycznia 1968 roku trwała praska wiosna. Mogliśmy żywić nadzieje, że wreszcie coś się ruszy.
Ruszyło się (w miesiąc po prapremierze filmu) w nocy z 20 na 21 sierpnia tego roku, ale nie tak, jak myśleliśmy. Państwa członkowskie Układu Warszawskiego (ZSRR, Polska, Węgry, NRD i Bułgaria) dokonały inwazji, topiąc we krwi praskie nadzieje.

Na festiwalu w Sopocie w roku 1968 I miejsce zdobyła wykonana przez Urszulę Sipińską piosenka Po ten kwiat czerwony. Jej refren brzmiał:

Żołnierz dziewczynie nie skłamie,
Chociaż nie wszystko jej powie.
Żołnierz zarzuci broń na ramię,
Wróci, to resztę dopowie.

Taki to był rok. Beatlesi nie przybyli do Warszawy ani do Pragi, by wyrwać nas spod władzy Siniaków, polscy żołnierze poszli do Pragi i to o tym się w Polsce śpiewało. A w końcu Praga to też było jakieś nasze marzenie o Baratarii.

Professor Brückner – Ende einer Geschichte

Am 23. November (Thanksgiving Day!) bekomme ich per Mail folgendes Schreiben:

Sehr geehrte Frau Slaska, sehr geehrte Frau Kuzio-Weber,

heute möchte ich auf den im Jahr 2013 mit der damaligen Senatsverwaltung für Stadtentwicklung und Umwelt geführten Schriftwechsel zurückkommen und Ihnen die erfreuliche Mitteilung machen, dass der Senat von Berlin in seiner Sitzung am 6. November 2018 mit Senatsbeschluss Nr. S-1667/2018 unter anderem auch die Verlängerung der Grabstätte von Professor Aleksander Brückner (1856-1939) auf dem Parkfriedhof Tempelhof als Ehrengrabstätte des Landes Berlin für die Dauer von weiteren 20 Jahren beschlossen hat.

Die Presserklärung des Senats finden Sie hier:

https://www.berlin.de/…/pr…/2018/pressemitteilung.755287.php

Ich bedanke mich für Ihr Engagement in Bezug auf diese Ehrengrabstätte des Landes Berlin.

Mit freundlichen Grüßen
Christian Krüger

Senatskanzlei / Senate Chancellery

Also doch… Ich spüre ein Kribbel im Bauch. Die Sache mit dem Grab von Profesor Brückner beschäftigte mich schon lange. Es war mühsam, manchmal, wenn es um Kontakte mit den Obrigkeiten in Polen ging, recht unangenehm, in Deutschland dafür immer freundlich, aber, oje, wie langwierig und scheinbar ergebnisslos. Die Bürokratische Mühlen mahlen sehr sehr langsam. Die Senatssitzung, auf der es entschieden wurde fand am 14. August statt. Die zweite, die es bestättigte – am 6. November, zu mir kam die Mitteilung am 23. November.

Höhepunkt unserer Bemühungen ums Grab von Prof. Brückner. Am 14. März 2014 der Marschall des Polnischen Sejms, Bogdan Borusewicz, in Begleitung von den polnischen und deutschen Parlamentarier sowie des Generalkonsuls der RP in Berlin bei der Niederlegung der Blumen auf dem Grab. Anna Kuzio-Weber und ich waren dabei. Ich stehe ganz klein dahinten, Anna machte das Bild.

Irgendwie kann ich es nicht wahrnehmen, dass es jetzt erledigt idt.

Aber, o happy Thanksgiving Day!, es ist wahr, ein hohgestellter Beamter des Berliner Sentas wird sich doch keine kleine Scherze mit Frau Slaska und Frau Kuzio-Weber erlauben.

Ich studiere alle weiterführende links. Er ist da. Nach Hans Baluschek und Willy Brandt.

Auch der Arnold Słucki ist immer noch da, obwohl mathematisch-technisch gesehen, ist seine Zeit auch abgelaufen. Die Entscheidung über Ehrengrab fiel nämlich am 2.09.1997.  20 Jahre der Gültigkeit von Ehrengrab-Entscheidung sind somit schon mehr als ein Jahr hin. Wird sich jetzt jemand es zum Herz nehmen, sich demnächst auch um Słucki zu bemühen? Polnische Botschaft? Polnisches Institut in Berlin? Stowarzyszenie Pisarzy Polskich w Polsce? Polska Akademia Nauk w Berlinie? Polski Instytut Pamięci Narodowej? Uniwersytet Warszawski? Alles Institutionen, die wir wegen des Grabs von Prof. Brückner vergeblich “abgeklappert” haben.

Ich habe mehrere male hier auf dem Blog über das problem mit dem Grab vom Professor Brückner geschrieben, habe unseren Glanz und unseren Elend “besungen”. Jetzt ist es getan.

Ich rufe Anna Kuzio-Weber an. Es ist doch “unser Ding”.
– Wir haben es! schrie ich ins Handy.
Sie weiss noch vom nix.
– Schau in die Post, antworte ich.
Eine Minute Ruhe und nach dem schlichten Anerkennungsausdruck, kommt eine schlichte nüchterne Frage:
– 20 Jahre. Und was wird danach geschehen?
Shit. Sie hat Recht. Und was wird danach geschehen? Der Friedhof wird 2027 völlig aufgelöst. Ist eigentlich schon fast leer. Das Grab wird bis 2038 gepflegt. Dort? Umgebetet? Nach Polen übergebracht, wie während der Diskussion schon manche vorgeschlagen haben.
– Vielleicht, sage ich zögernd, vielleicht… werden sich die von uns damals angeschriebenen Institutionen doch rechtzeitig darum kümmern. Vielleich die Universitäten Halle und Jena, die doch seit 2012 gemeinsam ein Alexander-Brückner-Zentrum führen? Wer weiß.
– Wir werden es nicht mehr erleben, antwortet sie.
Da hat sie recht.


Andere Beiträge (auch die, wo das nur am Rande erwähnt ist) von diesem Blog über das Problem mit dem Grab von Professor Brücken (auf Deutsch und/oder Polnisch) habe ich hier aufgelistet:

https://ewamaria2013texts.wordpress.com/2012/12/30/bruckner/

https://ewamaria2013texts.wordpress.com/2014/11/01/profesor-bruckner-jak-co-roku/

https://ewamaria2013texts.wordpress.com/2015/10/31/bruckner-raz-jeszcze-wieder-prof-bruckner/

https://ewamaria2013texts.wordpress.com/2017/06/10/gron-na-cmentarzu-w-berlinie/

https://ewamaria2013texts.wordpress.com/2018/09/16/gesichter-berlins/

https://ewamaria2013texts.wordpress.com/2018/10/30/ich-bin-nicht-tot-nie-umarlem-ne-son-gia-morto/

https://ewamaria2013texts.wordpress.com/2018/11/02/halloween-wszystkich-swietych-zaduszki/

https://ewamaria2013texts.wordpress.com/2018/11/08/reblog-nachts-am-meer/


Und hier noch eine auf Polnisch für Facebook verfasste Liste von all denen, die uns auf dem Weg zum Erfolg tätlich unterstützt haben:

Ewa Maria Slaska Pięć lat walczyłyśmy – Anna Kuzio-Weber i ja – o przyznanie grobowi Profesora Brücknera statusu grobu honorowego. W tej walce wspierały nas przez te lata liczne osoby, a niekiedy również instytucje. Postaram się wymienić tu wszystkich, ale jeśli o kimś zapomniałam, to niech się nie obraża, tylko natychmiast sam siebie dopisze:
Ewa Maria Slaska Bzdurę napisałam powyżej. Zaczęłyśmy z Anią samotną walkę znacznie wcześniej, bo w roku 2011 – czyli 7 lat temu. Po tym, jak żadna z instytucji i żadna z ważnych osobistości, do których się zwróciłyśmy, nie zwróciły na nas uwagi, poskarżyłam się na FB, że tak jest – wtedy dopiero (dzięki Fejsbuczku kochany) zrobił się raban, znalazłyśmy osoby wspierające nasze wysiłki. I wtedy też postanowiłyśmy machnąć ręką na instytucje i osobiście we dwie, w imieniu WIR-u, który już przestał istnieć, i całej zaangażowanej Polonii, złożyłyśmy wniosek do Senatu o (najpierw) przedłużenie i (potem) przywrócenie grobowi profesora statusu grobu honorowego, pozostającego pod opieką władz Berlina. Było to 5 lat temu! I to na TEN LIST otrzymałyśmy właśnie tę fantastyczną odpowiedź… Tak było
Ewa Maria Slaska Dawid Jung poeta i Łukasz Narolski, rekonstruktor historii, którzy założyli stronę internetową Profesor Aleksander Brückner In Memoriam. Moi kochani, dziękuję!!! Ta strona poruszyła w Polsce niebo i ziemię!
Ewa Maria Slaska Jacek Tyblewski i Monika Stefanek z Radia Funkhaus Europa (dziś Cosmo) oraz Bogdan Twardochleb, z redakcji Kuriera Szczecińskiego!!!!
Ewa Maria Slaska Wiem, wszyscy mieliście i mieliśmy, masę problemów i nieprzyjemności z powody naszych starań. Ale uzyskaliśmy to, co chcieliśmy uzyskać, i to sami, my, powiem szumnie – obywatele! i nasze obywatelskie instytucje!
Ewa Maria Slaska Maria Gast-Ciechomska i (nie istniejące już) Stowarzyszenie Frauen Initiative Berlin-Warschau.
Ewa Maria Slaska Jeśli mowa o Stowarzyszeniach Już Nieistniejących, to muszę tu przypomnieć, że Anna Kuzio-Weber i ja reprezentowałyśmy w momencie rozpoczęcia starań Polsko-Niemieckie Towarzystwo Literackie WIR.

Ewa Maria Slaska Bardzo dziękujemy panu (wówczas) Marszałkowi Sejmu RP, Bogdanowi Borusewiczowi, który wraz z delegacją parlamentarzystów polskich i niemieckich odwiedził grób w marcu 2014 roku

Ewa Maria Slaska Od lat w staraniach o zachowanie grobu wspierało nas również Stowarzyszenie Städtepartner Stettin e.V., a zwłaszcza Wolfgang Hahn, Anne i Folker Schmidt oraz Dorota Kot
Ewa Maria Slaska Wielkie zasługi “dla sprawy” położyła też Szewczyk Maria prowadząca od lat program polski w Volkshochschule Wedding oraz jej liczni kursanci.
Ewa Maria Slaska I wreszcie (choć wcale nie na końcu) moi przyjaciele, znajomi i nieznajomi, którzy od lat chodzili z nami 1 listopada na grób profesora: Roman Brodowski, Krystyna Koziewicz, Krystyna Jesse, Andreas M. Völker, Tereska Michońska, Tibor Jagielski, Monika Wrzosek-Mueller… Och mój ty Boże, na pewno o kimś zapomniałam…        

Reblog o dwóch wojnach z komentarzem

Jacek Wesołowski

dzien-nik_fb.obrazy/teksty, 19 listopada 2018

D w i e   W o j n y

Wielkie wzburzenie w Niemczech wzbudziły onegdaj słowa p. Gaulanda, nestora-aktywisty Alternative für Deutschland (partia prawicowo-populistyczna jak PiS w Polsce), o uszanowaniu dla żołnierskiego trudu niemieckiego Wehrmachtu. Dlaczego? Ponieważ w niemieckiej pamięci historycznej pierwsza i druga wojny światowe inną mają pozycję. Poległych swoich w pierwszej wojnie Niemcy uczcili po niej niezliczoną liczbą rozmaitych denkmali i mahnmali (Denkmal – pomnik, Mahnmal – budowla ku pamięci). Były one rozsiane po całych Niemczech, od wielkich miast do najmniejszych wsi. (Mahnmal ku uczczeniu swych poległych w wojnie postawili i mieszkańcy mojej wsi Billendorf, dzisiejsze Białowice: stoi do dziś, tyle że Polacy zdjęli z cokołu orła Cesarza i postawili krzyż, zaś nazwiska poległych jego żołnierzy usunęli, umieszczając w zamian napis ku chwale bożej). Żołnierzy Reichswehry zatem czczono, a żołnierzy Wehrmachtu nie – takich pomników w Republice Federalnej nie znajdziesz. Dlaczego, odpowiedź jest prosta. Pierwsza wojna była rozprawą między państwami europejskimi, w której Niemcy uczestniczyły w składzie jednej ze stron obok Austro-Węgier i początkowo Włoch przeciw Francji, Anglii i Rosji. Do wojny przystąpiły w ramach prawa międzynarodowego, zgodnie z literą układu militarnego z k.u.k Oesterreich-Ungarn, które to państwo było pierwszej wojny inicjatorem. Inaczej w drugiej wojnie. Druga wojna nie wybuchła jak pierwsza jako rozprawa między państwami, które zdecydowały się na krok militarny, gdy nie potrafiły już rozwiązać swoich problemów politycznych i gospodarczych. Jeśli mówić o odpowiedzialności za pierwszą wojnę, to rozkłada się ona mniej lub bardziej równo na wszystkich jej uczestników. Drugą wojnę rozpoczęły Niemcy – by zapanować nad światem. Uciekły się do napaści (akcja militarna bez wypowiedzenia wojny) – najpierw na Polskę, następnie inne państwa w Europie. Różnicę między pozycją Niemiec w pierwszej a drugiej wojnie światowej stwarza również fakt, że w drugiej państwo niemieckie (III Rzesza) dopuściło się niesłychanego terroru wobec ludności cywilnej. Specjalne w nim miejsce zajmuje zagłada Zydów. W zbrodniach III Rzeszy Niemieckiej uczestniczył Wehrmacht – stąd w Republice Federalnej nie ma miejsca na honorowanie „trudu i znoju niemieckiego żołnierza” drugiej wojny. Można zadumać się nad tragicznym losem wielu zwykłych ludzi, wplątanych w pęta Historii, to tyle. Ich kości leżą w glebach Europy. Co powiedzieć na zakończenie refleksji o dwóch wojnach? Zacytuję z pamięci słowa pieśni Bułata Okudżawy:

Pierwsza wojna, mówisz: ech, to już tyle lat…
Druga wojna, jeszcze dziś winnych szuka świat.
A tej trzeciej, co chce przerwać nasze dni,
Winien będziesz ty, winien będziesz ty…


/Obraz: Pom-Niki, wybór ze zbioru 1988-2011. Strona katalogu wystawy„Jacek Wesolowski, Denk-Mal/Pom-Nik”, Zielona Góra-Dresden 2011. Moje Pom-Niki widz powinien sobie wyobrazić jako budowle, stojące w przestrzeni publicznej: na placach, ulicach, w parkach. Na wystawie pokazałem 44 obiekty wys. 20-50 cm plus aneks fotograficzny 44 zdjęć (10 x 15 cm) realnych pomników, fotografowanych przeze mnie w Polsce, w Niemczech i we Włoszech 2010-11./

Komentarz:

Krzysztof Bronowski Nie do końca mogę się z tym wywodem Pana Jacka zgodzić. Wina nie rozkłada się po równo. Niemiecki cesarz parł do wojny, bardzo chciał wojny, dawał gwarancje Austro-Węgrom i obiecywał, że obroni je przed Rosją. W pierwszej wojnie zwanej Wielką Wojną – Niemcy już dopuścili się kilku aktów barbarzyństwa (Kalisz, Belgia), już wtedy zaczęli tworzyć wzorem Brytyjczyków z wojny burskiej obozy. O jednym z takich obozów pisze Stefan Zweig w powieści Intronizacja. Dość dziwnym faktem jest też to, że Rosja i Austro-Węgry wypowiedziały sobie wojnę ostatnie, jak inni już wzięli się za łby. Rosja wtedy występowała jako obrońca prawosławnej Serbii (następcę tronu z żoną zastrzelił Serb), którą Habsburg upokorzył, a ona te warunki przyjęła, Habsburg uznał, że własne ultimatum to za mało. Rosja jako kraj prawosławny się za Serbią wstawiała, Francja była sojusznikiem Rosji, Wielka Brytania Francji, teoretycznie Rosji, ale jej nie kochała. A w tle mamy jeszcze sprzyjające Rzeszy Imperium Osmańskie…

Jacek Wesołowski jest polskim artystą, mieszka w Berlinie i na poniemieckiej wsi w Polsce (jest o niej mowa w tekście).

Peru 8

Wczoraj pisałam o tym, jak ciekawie dzięki Facebookowi układa się nam życie towarzyskie. Dziś nasza autorka w ostatnim akapicie też porusza ten temat…

Joanna Trümner

Dżungla Amazońska

W ostatnią noc w Cuzco długo nie mogę zasnąć. Myślę o ostatnim dniu spędzonym z Martinem w Świętej Dolinie Inków i o mojej porannej rozmowie z nim. Mijaliśmy właśnie kolejne małe miasteczko w Świętej Dolinie, kiedy z okna samochodu zobaczyłam korowód pogrzebowy, idący główną ulicą miejscowości. Tym razem nikt z żałobników nie kołysał trumny w rytm muzyki, a uczestnicy procesji ubrani byli na czarno. Opowiadam Martinowi o pogrzebie młodej dziewczyny, który widzieliśmy na drugim końcu Peru, w okolicy Nazca, i pytam go, czy rzeczywiście tradycje pogrzebowe w tym samym kraju tak bardzo się różnią. Po chwili namysłu Martin wyjaśnia, że różnica polega na innej interpretacji katolicyzmu w różnych regionach. „Zanim staliśmy się katolikami, mieliśmy w różnych regionach przez tysiące lat swoje własne kultury, religie i wartości”, mówi. „Potem przyszli Inkowie, w pewnym sensie pierwsi „konkwistadorzy”, którzy przywłaszczyli sobie osiągnięcia innych kultur, nieraz nazywając je swoimi”, dodaje. „Inkowie to kultura, która trwała tylko przez niecałe 300 lat, jej popularność wynika tylko z tego, że udało jej się podbić duże tereny i stworzyć Imperium Czterech Części. Panowali na tyle krótko, że zabrakło im czasu do zniesienia lokalnych wpływów i tradycji”. Od Martina dowiaduję się, że obrządki pogrzebowe na terenie całego kraju mają jeden wspólny mianownik, mianownik, który prawdopodobnie dotyczy też terenów innych państw, będących kiedyś częściami Imperium Inków, czyli Ekwadoru, Boliwii, Kolumbii, Chile i Argentyny. Tym mianownikiem jest przekonanie, że spalenie ciała zmarłego jest karą za niegodne życie, karą równoznaczną ze znalezieniem się w piekle. Dzięki temu przekonaniu Hiszpanom udało się podbić Imperium. Trzynasty władca Inków, Atahualpa, odmówił początkowo poddania się władzy hiszpańskiej i nawrócenia na chrześcijaństwo. Po wielomiesięcznym pobycie w areszcie domowym został, pomimo zgromadzenia obiecanego okupu (ponad 6 ton złota i 11 ton srebra), oskarżony przez Hiszpanów o brak współpracy, kazirodctwo i poligamię i skazany na karę śmierci przez spalenie na stosie. Była to dla niego tak niepojęta i najgorsza z wszystkich kar, że w jej obliczu Atahualpa zgodził się na przyjęcie przed śmiercią chrztu, a za nim podążyli jego poddani.To posłuszeństwo wobec Hiszpanów nie opłaciło się, Atahualpa i tak został niebawem uduszony. Martin opowiada mi o jeszcze innym zwyczaju pogrzebowym, typowym dla regionu And. W rok po pogrzebie rodzina wygrzebuje trumnę z ziemi i wyjmuje z niej czaszki zmarłych, które stają się częścią urządzenia domu wiszą na eksponowanym miejscu w jadalni i uczestniczą poniękąd dalej w życiu rodziny. Martin rozbraja mnie, dodając: „u mnie w domu też wis babcia z dziadkiem”. Nie wnikam już w to, jak można w biały dzień po prostu wygrzebać sobie trumny na cmentarzu i coś z nich wyjąć, gdzie są strażnicy, administracja cmentarza? „Co kraj to obyczaj”, myślę uśmiechając się do Martina.

Jestem pewna, że będzie mi brakowało jego poczucia humoru, podobnie jak bbędzie mi brakowało jego przepełnionego historią miasta i jego tęczowej flagi, która na początku wywołała u mnie zaskoczenie.

Rano ruszamy w podróż do Parku Narodowego Manu, na pograniczu Kordylierów Wschodnich i peruwiańskiej części dżungli amazońskiej. Tym razem jesteśmy częścią małej ekspedycji, w samochodzie oprócz nas jedzie kierowca, dwóch przewodników i dwie amerykańskie turystki. Przed wjazdem na teren parku zatrzymujemy się w małym, malowniczym miasteczku, Paucartambo. Zwiedzamy muzeum historii parku, gdzie znajdujemy też informacje o indygennej ludności tych terenów. Tu też natykam się na kolejny polski akcent. Rezerwat Biosfery Manu zawdzięcza wpisanie na listę UNESCO w r. 1987 Celestino Kalinowskiemu. Ojciec Celestina, Jan, pracował na zlecenie Konstantyna i Aleksandra Branickich przy tworzeniu w XIX wieku Muzeum Zoologicznego w Warszawie. Jeździł po świecie w poszukiwaniu interesujących okazów, dwa lata spędził w okolicach Władywostoku, skąd wyruszył w drogę po Korei i Japonii. W roku 1889 bracia Braniccy sfinansowali mu wyjazd do Ameryki Południowej. Tu ożenił się z Peruwianką, Marią Villamonte, i nigdy już nie wrócił do Polski. Zamieszkał w rejonie Manu, gdzie prowadził badania naukowe. W pracach często towarzyszył mu syn Celestino (jeden z czternaściorga dzieci!!), który niestety nie mówił już po polsku. Podobnie jak ojciec Celestino Kalinowski jako dorosły mężczyzna zarabiał na chleb zbierając i preparując rozmaite okazy roślin i zwierząt, które sprzedawał następnie do muzeów i placówek naukowych w różnych zakątkach świata.

Oglądamy jeszcze mały, piękny kościółek w Paucartambo, w którym widzę kolejną wersję Matki Boskiej. Tym razem jest to Matka Boska sprawująca pieczę nad dżunglą, otoczona papugami.

Za miasteczkiem droga staje się coraz gorsza, jedziemy po strasznych wertepach, przy każdym mijanym kilometrze coraz bardziej żałuję, że przed wyjazdem z Cuzco zjadłam wielkie śniadanie w hotelu. Cieszę się z piętnastominutowej przerwy przy tablicy informacyjnej przy wjeździe do parku, jednego z najbogatszych pod względem przyrodniczym rejonów Nowego Świata. Na terenie o powierzchni połowy Szwajcarii żyją tutaj dwa tysiące gatunków zwierząt, jak tapiry, mrówkojady, małpy i leniwce, oraz ponad tysiąc gatunków ptaków.

Według legendy na terenie parku znajdują się też pozostałości tajemniczego inkaskiego państwa-miasta Paititi. Miasta, do którego uciekli przed konkwistadorami członkowie klas panujących Inków, zabierając ze sobą wszystkie bogactwa (sztaby złota, biżuteria, monety, figurki oraz inne przedmioty ze szczerego złota). Wartość poszukiwanego od r. 1572 miasta szacuje się na 10 milardów dolarów.

Ruszamy w dalszą drogę. Przysypiam, marząc o znalezieniu tajemniczego miasta. Stan rozmarzenia przerywa nam niezapowiedziany postój. Przejeżdżamy przez miasteczko, w którym odbywa się czterodniowa fiesta z okazji dnia Świętej Róży z Limy, prekursorki służby społecznej w Peru i pierwszej świętej kościoła katolickiego pochodzącej z Ameryki. Droga wyjazdowa z miasteczka zablokowana jest dwoma ciężarówkami. Nasz przewodnik Ronaldo wraca do samochodu z niewyraźną miną. „Nie chcą nas przepuścić, a zanosi się na kilkudniowe świętowanie”. „Innej drogi nie ma”, dodaje po chwili. Wychodzimy z samochodu rozprostować nogi i popatrzeć na świętowanie. Na ulicy zebrali się chyba wszyscy mieszkańcy okolic, od małego dziecka do starych dziadków i babć. Są tu stoiska z jedzeniem, dewocjonaliami, piciem (mężczyźni kupują piwo skrzynkami). Nie zabrakło też miejscowych polityków, którzy walczą o ostatnie głosy (wybory lokalne tuż tuż). Jest głośno i kolorowo, jestem pewna, że podobnie wyglądają fiesty w całym byłym imperium Inków. „W sumie to by była niezła przygoda, gdybyśmy zostali tutaj na noc”, myślę. W tym samym momencie widzę przed nami wyraźnie spokojniejszego Ronaldo. „Udało się, możemy jechać dalej”, informuje.

Wsiadamy z powrotem do auta przy akopaniamencie gwizdów. Po kolejnej godzinie jazdy po wertepach drugi z przewodników, Cecile daje kierowcy ręką znak, żeby się zatrzymał. Wysiadamy i nie robiąc żadnego hałasu zbliżamy się do miejsca, w którym patrzy nam w oczy idealnie zielona żmija.

Przez kilka minut przyglądamy się sobie, każdy z naszej grupy ma szanse na zrobienie zdjęcia. „To tak, jakby chciała przywitać nas w parku”, komentuje Cecile. Zanim ruszymy dalej, mamy jeszcze szczęście zobaczyć narodowego ptaka Peru, cock-of-the-rock (rupicola), którego uroda jest moim zdaniem dosyć kontrowersyjna.

Mijamy różne rodzaje dżungli, las górki, las mglisty i las równikowy, zjeżdżamy samochodem coraz niżej (zaczęliśmy na 2.400 m). Zmieniamy środek lokomocji, żegnamy się z kierowcą, który tak brawurowo przewiózł nas przez te wszystkie wertepy, rowy i strumyki, aby wsiąść do łodzi, a właściwie dwóch łodzi. Nasze współtowarzyszki z Kaliforni, Myra i Helen jadą do innej „lodge”, spotkamy je ponownie dopiero za kilka dni. Kiedy docieramy do miejsca noclegu, dosyć szybko zapada zmrok. Na szczęście od razu udaje nam się znaleźć latarki. Mimo to nieznane mi odgłosy na zewnątrz domku trochę mnie na początku przerażają. Wieczorem siedzimy przy świeczkach w jadalni ośrodka. Nawiązujemy kontakt z pięcioosobową grupą Amerykanów, których spotkaliśmy już wcześniej w drodze do dżungli. Już wtedy wpadły mi w oko ich aparaty fotograficzne z niesamowicie długimi obiektywami. To grupa biologów, którzy wspólnie studiowali na University of Massachussets przed dwudziestu kilku laty. Następnie zgubili się z oczu i znaleźli przypadkowo przez Facebooka. Peru to ich wspólna, trzecia wyprawa. Wyjaśnia się też tajemnica długich obiektywów. Jeden z nich, Brian, pracuje jako fotograf dla National Geographic i stąd ten w pełni profesjonalny sprzęt. Wszyscy są bardzo sympatyczni, ale tak bardzo się między sobą różnią – w grupie jest emerytowany urzędnik państwowy, dwóch profesorów uniwersyteckich, jeden autor i fotograf – że zastanawiam się, czy byliby w stanie bez konfliktów spędzić więcej niż dwa wspólne tygodnie w roku. Po świetnej kolacji i kilku drinkach wracamy do naszego domku przy akompaniamencie tylu odgłosów, że mam wątpliwości, że uda mi się przespać noc.

Cdn

 

Ludzie z Facebooka

Ewa Maria Slaska

Spotkania w sieci

Nikt z nas nie zastanawia się już zapewne nad tym, co naprawdę znaczy angielska nazwa Facebook – twarzoksiążka. Facebook to Facebook. Tymczasem, podobnie jak w autentycznych twarzoksiążkach, tak i na facebooku tak naprawdę wcale (a w każdym razie mniej) nie chodzi o twarz osoby, a bardziej o to, co robi. Facebooki były spisem ludzi, których coś łączyło (praca, studia, klub, szkoła), spisem z imieniem, nazwiskiem, datą urodzenia, zdjęciem i krótką informacją o człowieku. Takie książki robili na przykład maturzyści lub absolwenci pewnego rocznika studiów. Ludzie z twarzoksiążek wiedzieli, że byli razem, a teraz się rozchodzą. I wiedzieli, że z czasem o sobie zapomną, a facebooki miały temu zapobiec. Mogły też posłużyć tym, którzy po latach chcieli się odnaleźć. Twarzoksiążki ułatwiały zatem pamiętanie i spotkanie. I pod tym względem Facebook spełnia swoją rolę fantastycznie, naprawdę pomaga się odnaleźć i naprawdę umożliwia nieoczekiwane spotkania, lepiej chyba nawet niż to kiedyś zapewniały pociągi i bary hotelowe.

Chciałabym od czasu do czasu napisać o takich ludziach, których spotkałam dzięki Facebookowi. Dziś jeden z nich. Mars Wawrzyn

marswawrzyn

Mars prowadzi stronę o starych drzewach i taki oto obrazek tytułowy ma na swoim profilu facebookowym. Uważam, że obraz jest zachwycający, ale ja chyba po prostu lubię obrazy przedstawiające zimę. Dopiero jak się człowiek dokładniej przyjrzy, to zobaczy, że facet po lewej stronie małą siekierką zamierza ściąć ścięte mrozem, a więc twarde, stare, grube drzewo.

Gijsbrecht_Leytens_-_A_winter_landscape_with_woodcutter

Zanim przejdę do opowieści o człowieku, który sam siebie nazywa Mars, nie mogę się oprzeć pokusie, by znaleźć autora obrazu. Zajmuje mi to pół godziny i wiem już, że obraz namalował Flamand Gijsbrecht Leytens (1586–1656), zwany malarzem zimowych krajobrazów. Artysta nazwał swe dzieło najprościej, jak to możliwe: Krajobraz zimowy z drwalem i wędrowcami.

A więc Mars, blog o drzewach, najlepiej starych, ale to właśnie tam jest też historia o kieliszku szklanym z obrazu Gerarda ter Borcha, z kolei na FB znajduję opowieść o Złotych Jamach. Ta zaczyna się tak:

Dawna leśniczówka w Górzyńcu, tu zapewne urzędował “stary Mannich”, co widział Złote Jamy, kiedy były jeszcze na dwadzieścia metrów głębokie.

A potem już na całego:

“W Grzbiecie Kamienickim Gór Izerskich, nad rzeką Małą Kamienną, około dwóch kilometrów na zachód od budki i krzyżówki kolejowej Kopaniec [Kreuz-Station Seifershau], strumień Wilcze Płuczki wpada do Małej Kamiennej. Na zachód stamtąd, w oddziale 16, na południowym zboczu Gaika [Hainchen], znajdziemy na mapach leśnych miejsce zwane „Złote Jamy”. W księdze Wenecjanina Johannesa Wale [Jana Wlacha, „walończyka”] czytamy: „Pomiędzy Małą Kamienną i Wilczymi Płuczkami jest w ziemi dziura, a w niej złoto”. Cogho [Robert Cogho, 1835-1902] dodaje: „Wyrobisko – stary, na wpół zawalony szyb – wciąż tam jest. Wypełniony wodą do poziomu dwóch metrów poniżej gruntu ma, jak wskazuje pion, około dziesięciu metrów głębokości, a za czasów starego Männicha, który był leśniczym w Górzyńcu czterdzieści lat temu, miał być głęboki na ponad dwadzieścia metrów. Otwór jest zabezpieczony. W głębi szybu, pod wodą, znajdują się pewnie stare drewniane mechanizmy. Oprócz tego w pobliżu widoczne są wyrobiska również wskazujące na roboty górnicze.” (1938)

No i jeszcze najważniejsze:

14 grudnia w siedzibie wydawnictwa Wielka Izera w Chromcu koło Jeleniej Góry odbędzie się premiera książki
Michelsbaude
To książka Marsa o jego rodzinie


Mars poleca mi też dwie strony na Facebooku, jedną z lalkami niejakiej Matyldy, drugą z rysunkami pewnej Leny. Matylda, jak się okaże, to żona. Lena – to córka. A omalże głowę bym dała, że jest na odwrót, że Lena jest poważna i surowa, Matylda młoda i niepoważna.

No bo proszę, to Matylda.

lalkamatyldaw

A to Lena

Bardzo jestem zadowolona z tych spotkań, z Marsem, z Matyldą, z Leną. Wiem, że FB bruździ, a jego metody pozostawiają, łagodnie mówiąc, wiele do życzenia. Ale to właśnie FB pozwolił mi spotkać ich troje. 🙂