Magiczne torebki Kasi

Przyszła po książki. Miała ze sobą śliczną torebkę.
Zaczęłyśmy rozmawiać o tej torebce,
o innych torebkach, o pomysłach na torebki, o pomyśle na życie…

Póki jeszcze nie ma sklepu (będzie za jakieś dwa miesiące), możecie ją znaleźć na Instagramie.

 

Katarzyna Mroczka

Rysować lubiłam odkąd pamiętam. Z biegiem lat rysunki przeradzać zaczęły się w projekty, a projekty wreszcie – w namacalne twory mojej wyobraźni. Był to początek, który miał zaowocować w przyszłości. Czym? Wtedy nie miałam jeszcze pojęcia.

Moje pierwsze projekty powstawały na poczciwej Elnie, którą dostałam od taty. Nie tylko on zresztą nakłaniał mnie do pójścia w tym kierunku – to za namową mamy wybrałam szkołę o profilu krawieckim (Technikum Odzieżowe w Zielonej Górze).

Powstawały kolejne sukienki. Udało mi się odnieść pierwsze sukcesy w sferze mody – zostałam finalistką konkursu projektowania odzieży w Sieradzu. Z tej okazji powstała sukienka, do uszycia której użyłam – poza standardowym materiałem -przezroczystej folii. Nic nie wskazywało jednak na to, że to właśnie na tym elemencie w przyszłości zacznie opierać się moja marka. Czekała na mnie długa i zaskakująca (ale jakże bogata w doświadczenia!) droga, zanim doszłam do momentu, w którym jestem teraz. W tamtym czasie zawodowo zajmowałam się głównie przeróbkami i naprawą różnego rodzaju materiałów i ubrań (jak np. garniturów).

Kolejnym etapem poszukiwania siebie był Berlin – chociaż przyjechałam tu spontanicznie, bez konkretnych planów, a podążając jedynie za głosem serca – od razu obudził we mnie pozytywne emocje. Ten fascynujący zlepek narodowości, stylów i barw stwarzał i nadal tworzy w moich oczach magiczną aurę tego miasta.

Pierwsze miesiące nie były jednak łatwe ze względów praktycznych, jak chociażby braku kwalifikacji językowych, czy problemów z mieszkaniem. Mimo to starałam się pielęgnować swoje pasje i odrywać od momentami trudnej rzeczywistości. Pochłoneła mnie wtedy fotografia, a także zagadnienia związane z duszą, wnętrzem i rozwojem samego siebie. Chciałam jak najwięcej swoich pomysłów i myśli przełożyć na coś realnego. W zdjęciach znajdywałam pewną satysfakcję z tym związaną, realne piękno, jednak nie było to jeszcze „to”. Czułam, że za rogiem czeka coś więcej. 😉

Po jakimś czasie, gdy już poczułam się w Berlinie pewniej, dostałam pracę przy produkcji toreb – takich przez wielkie T.
W miejscu, w którym powstają różnych rodzajów i parametrów futerały, etui, profesjonalne torby (np. na sprzęty elektroniczne lub dla pewnych grup zawodowych, jak dźwiękowcy czy muzycy) itp.

Sam fakt nauki szycia tak niewygodnych, sporych gabarytowo materiałów dał mi dużo doświadczenia i satysfakcji, jednak najważniejsze było coś innego – bycie odpowiedzialną za cały projekt od pomysłu, poprzez design, aż do finalnego produktu. Oprócz oczywistej nauki profesjonalnego projektowania toreb, praca ta uczyła odpowiedzialności i skupienia na powierzonych zadaniach.

Po pięciu latach poczułam jednak wypalenie zawodowe. Satysfakcja z tego co robię, zaczęła ustępować miejsca frustracji, spowodowanej niemożnością rozwinięcia w pełni artystycznych skrzydeł i konieczności podporządkowywania się ustalonym normom.
Postanowiłam więc odejść i szukać inspiracji gdzieś indziej. Podczas mojej przygody w tej firmie poznałam wielu wspaniałych ludzi, którzy poza fachem samym
w sobie, nauczyli mnie innych rzeczy – jak wiary we własne możliwości. W głowie kiełkować zaczęła już myśl – choć jeszcze niesprecyzowana – o stworzeniu czegoś własnego. Już nie w ramach hobby. Tym razem miał to być pomysł na życie.

Aż wiec kipiałam od motywacji i chęci tworzenia.
W zakładzie pracy, z którego właśnie odchodziłam, leżały złoża wyrzuconych resztek materiałów, których używaliśmy do szycia toreb. Były wśród nich kawałki grubej, przezroczystej folii.

Kilka dni poźniej powstała pierwsza torba. Narodziło się MROKO…

…i to było właśnie „TO”.

Początkowo nie bardzo mogłam jednak rzucić się na głęboką wodę. Brakowało mi dosłownie wszystkiego, poza kiepską maszyną i głową pełną pomysłów. Zaczęłam więc kolejną pracę, tym razem nie w branży, po to, by zabezpieczyć się finansowo i móc iść dalej.

Od tego momentu minęło już parę lat. W tym czasie skrzętnie kolekcjonowalam materiały i tworzyłam masę nowych projektów, szukając niepowtarzalnych połączeń. Poznawałam nowych, interesujących ludzi, którzy również mieli wpływ na mój styl. Interesowałam się także jogą, jej idee od długiego już czasu były mi bliskie, zdecydowałam się na roczne zajęcia sztuki medytacji w buddyjskiej świątyni.

To był ostateczny krok do podjęcia podróży w kierunku marzeń. Jestem spontaniczna i już nie boję się ryzyka, tak jak kiedyś – wypowiedziałam więc umowę o pracę w ostatniej firmie i z oszczędnościami w garści przystąpiłam do ostrej pracy nad kolekcją torebek własnej marki.

Większość projektów udało mi się zrealizować. Powstają kolejne.
Powstaje strona internetowa, a wraz z nią sklep on-line.
Powstaje wystawa pierwszej kolekcji.
Powstaje też samo MROKO – tym razem oficjalnie, z błogosławieństwem urzędu podatkowego włącznie. 😉

Moje magiczne torebki… Żywię nadzieję, że dzięki swej unikalności będą stanowić piękną ozdobę i przyciągać wzrok jeszcze przez długi czas.

Katarzyna Mroczka
MROKO Design

Zapytałam Kasię, ile kosztuje taka torebka. Powiedziała, że około 80 euro i dodała, że oczywiście może też uszyć torebkę według czyjegoś projektu.

Barataria 105 Don Kichot w każdej książce

Będzie to wpis rozrastający się samoistnie, zgodnie z tokiem lektur. Don Kichot i Sancho Pansa oraz donkichoteria pojawiają się wszędzie. Ponieważ o dziwo przez dwa lata nie podałam tu definicji donkichoterii, postanawiam to czym prędzej nadrobić.

Wikipedia podaje, że: donkiszoteria to postawa życiowa charakteryzująca się marzycielstwem, brakiem rozsądku w ocenianiu ludzi i sytuacji, pragnieniem walki o nierealne cele, nierozsądnym entuzjazmem w podejmowaniu nieosiągalnych zadań oraz walce z urojonymi przeciwnikami (walka z wiatrakami).

Inne tematy baratarystyczne, wyspy, utopie, szaleńcy, będą dalej przedmiotem osobnych wpisów. Tu po prostu będzie można wpisywać cytaty, by je ewentualnie kiedyś wykorzystać. Uwaga – moje lektury nie są niczym uporządkowane. Ze świata zewnętrznego docierają nowości, ze świata własnego – starocie, czytam jak popadnie, czasem kilka książek na raz. Często jedna z nich jest mała, żeby można ją było nosić ze sobą w torebce i czytać w metrze lub poczekalni. Oczywiście pojawi się tu również prasa, podobnie nieregularnie i nieskładnie jak książki. Czytam po polsku, niemiecku i angielsku.


TIP Berlin, 48. Jahrgang, Heft 01/2019 – der Heft mit der berühmten Liste der 100 peinlichster Berliner. Auf dem Platz 13 Andrea Nahles, SPD-Chefin bezeichnet als “Trauerspielerin”. Sie sitzt im Willy-Brandt-Haus in Kreuzberg ihren eigenen Führungsanspruch ab, wie eine Ritterin der traurigen Gestalt.


Lektüre vom Dezember 2018. Tschingis Aitmatow, Dshamilja, Bibliothek Suhrkamp 1973. Aus dem Russischen von Gisela Drohla. Seite 54.

Eines Tages führte Orsomat einen hochgewachsenen, leicht gebückt gehenden Soldaten, der das linke Bein etwas nachschleppte, zu uns aufs Feld. Er hatte den mantel über den Schulter geworfen und machte große Schritte, um nicht hinter Orsomats stämmiher, kleinen Stute zurückzubleiben, die in kurzem Trab ging. Neben den langen, dürren Danijar sah der kleine, lebhafte Orsomat  wie eine ruhelose Sumpfschnepfe aus. Wir lachten laut, als die beiden an uns zukamen.


Lektura z listopada 2018 roku.

Bogdan Rutha, Nasze ciekawe czasy, Wydawnictwo Literackie Kraków 1972. Opowiadania.

“Hotel pięknych kobiet”
Motto: Czujne dzwony strzegą złota.

Rafael Jimenez jak ów natchniony ingenioso hidalgo ujrzał światło dzienne na ponurych, spalonych słońcem, skalistych pustkowiach la Manchy. Po raz  pierwszy zobaczył błękit hiszpańskiego nieba, taki jak z plakatów zapraszających na Fiesta a Malaga, przez okopcone belki pasterskiej chaty w sercu Kastylii, w tej surowej krainie zamków rozsianych po całym jej obszarze, niegdyś dla obrony przed Arabami. Wychował się w kraju zamków, twierdz i licznych starych rodów szlacheckich, w kraju, który zrodził inkwizycję, do krórego nie dotarły dobrodziejstwa najazdu maurów, a który ominęły strumienie złota Inków i Azteków. (s. 13)

Znowu zerknąłem na księdza i Rafaela.
Przez moment wydali mi się dwoma donkiszotami, którzy nadziawszy się na skrzydła wiatraka obracają się razem z nimi i wygrażają sobie pięściami w nadzie, że wpłynie to w jakiejś mierze na bieg owych skrzydeł. (s. 35)


Lektura z grudnia 2018 roku

Jonathan Caroll, Białe jabłka. Magiczna opowieść o miłości na pograniczu życia i śmierci.  Przełożył Jacek Wietecki. Dom wydawniczy Rebis, Poznań 2003.

– Skoro odsyłają mnie tak szybko, to chyba znaczy, że Vincent dowiedział się czegoś ważnego i że nic mu nie grozi. Musiał nauczyć się z nimi walczyć.
Babka skrzyżowała ramiona na piersi i odwróciła wzrok.
– Nie. To znaczy, że ty musisz wracać, bo nie można dłużej czekać. On cię potrzebuje, jesteś jego podporą i nadzieją. Wczoraj ruszyła nagle lawina zdarzeń, którą trzeba powstrzymać, zanim będzie za późno. – Przypomniała sobie, jak na początku drugiej wojny światowej polska kawaleria rzuciła się do bohaterskiej, donkiszotowskiej obrony kraju przed nadciągającymi czołgami Wehrmachtu. Choć Vincent Ettrich nie będzie zmagał się z chaosem sam, to jednak siedział na koniu, podczas gdy jego przeciwnik jechał na bitwę uzbrojony w najnowocześniejszy sprzęt bojowy, jaki kiedykolwiek wmyślono. (s. 242)


Dezember 2018 / Januar 2019 (ein Weihnachtsgeschenk)

Maria Stepanowa, Nach dem Gedächtnis. Aus dem Russischen von Olga Radetzkaja. Suhrkamp 2018.

Kapitel 3. Einige Fotos.

Foto 8. Die beiden Männern stehen etwas näher zum Betrachter. Der großere hat ein Bein vor das andere gestellt und die Händen in den Hosentaschen; sein über die Hose fallendes Hemd wird von einem schmalen Gürtel zusammengehalten, die Locken sind zerzaust. Das ist Sanka, auch Sancho-Pansa genannt, ein Freund und Vrehrer meiner Urgroßmutter Sarra. Der andere Mann ist etwas älter, er trägt einen Kneifer und ein Arbeitshemd aus grobem Stoff, er wirkt bedrückt. Plötzlich geht mir auf, dass ich sein Gesicht kenne: Der Mann heißt Jakow Swerdlow. Zehn jahre später wird er als Vorsitzender des Zentralen Exekutivkomitees das Dekret über den Roten Terror und die “Verwandlung der Sowjetrepublik in ein geschlossenes Militärlager” unterzeichnen. (S. 58)


Januar 2019
Czytam poświęcony Borgesowi numer szczecińskiego eleWatora z drugiego kwartału 2013 roku.

Od razu w pierwszym artykule – Niewierność oryginału – tłumaczka i autorka Marta Natalia Wróblewska trzykrotnie przywołuje Don Kichota, przy czym dwa razy jest to odwołanie do opowiadania Borgesa Pierre Menard, autor Don Kichota.

Podejście Borgesa do sztuki przekładu było pionierskie w stosunku do wielu nrtów dzisiejszej translatoryki, George Steiner, wpływowy teoretyk sztuki tłumaczenia, stwierdził, że opowiadanie Pierre Menard, autor Don Kichota, to “spośród dotychczas powstałych najbardziej przenikliwy, najbardziej zwarty komentarz omawiający zjawisko przekładu”. (…)

W latach 20 Borges oświadczał z pełnym przekonaniem, że wszelka literatura jest autobiograficzna. Zgodnie z tą koncepcją tłumacz powinien starać się maksymalnie zbliżyć do autora, poznać jego biografię i przeżyć jego emocje. Figurę takiego tłumacza zdaje się ucieleśniać właśnie Pierre Menard, autor Don Kichota, który próbuje na nowo stworzyć napisany przez wielkiego mistrza tekst.

Uświadamiam sobie, że znam przecież  to opowiadanie, przypominam sobie nawet, kiedy i w jakich okolicznościach je czytałam, a przecież, mimo iż od ponad dwóch lat zajmuję się Don Kichotem, wcale sobie tego opowiadania nie przypomniałam. Do tego potrzebna mi była przypadkowa lektura, wyciągnięta na chybił trafił z półki pewnego mokrego styczniowego wieczora.

Kilka akapitów dalej autorka pisze, że

Borges był zwolennikiem analizowania przekładu nie jako “dalekiego krewnego” oryginalnego tekstu, jego skażonej lub niedoskonałej wersji, lecz jako pełnoprawnego tekstu literackiego. Może się zdarzyć, że będzie on gorszy od oryginału, może jednak okazać się lepszy. Co ciekawe i kontrowersyjne, tłumacz winien w tej koncepcji być wierny nie autorowi, czy też oryginalnemu tekstowi, lecz niejako jego idei – ma więc prawo korygować pisarza i poprawiać niedociągnięcia jego stylu. O ile pisarz “wymyśla” swoich poprzedników, ofiarowując nowy klucz do interpretacji ich tekstów (vide Kafka i jego poprzednicy), o tyle złumacz może “wymyślać” swojego autora. Dzieło jest bowiem ważniejsze od pisarza, tłumacza czy czytelnika. Tłumacz winien je potraktować jako szkic, który w przekładzie można udoskonalić. Przykładowo Borges przedkładał hiszpański przekład poematu Paula Valery’ego Cmentarz morski, niemiecki przekład Kwiatów zła i angielskie tłumaczenie Don Kichota nad teksty oryginalne.

Nadal styczeń 2019

Postmodernistyczny żarcik. W filmie Björna Runge Żona grają Glenn Close i Jonathan Pryce. Johnathan grał przedtem rolę Don Kichota w słynnym filmie Terry’ego Gilliama Człowiek, który zabił don Kichota – w filmie Rungego odwołuje się więc do cytatu na temat Don Kichota. Ja, mówi główny bohater, pisarz, który się właśnie dowiedział, że został noblistą, ja… nie mam innego wyjścia, jak powołać się na myśl śródziemnomorską i zacytować medytacje na temat Don Kichota. I am I plus my surroundings, and if I do not preserve the latter, I do not preserve myself.
To fragment pierwszej książki José Ortegi y Gasseta, a jednocześnie temat filmu, ale reżyser nie wyjaśnia tego widzowi.
Ortega y Gasset urodził się 9 maja 1883, zmarł 18 października 1955. Był hiszpańskim filozofem i eseistą. Jego dorosłe życie przypada na ciężki okres w historii Hiszpanii, czas upadku monarchii, powstania republiki, wojny domowej i dyktatury. Stworzył tzw. “filozofię życia” (po polsku nazywa się ją witalną, ale mi się nie podoba ta nazwa). Ortega y Gasset nie krył swoich republikańskich przekonań, zwalczał faszyzm, wykorzystując swój wielki autorytet. Został członkiem Kortezów, ale po wojnie domowej wyjechał na emigrację. Przebywał w Holandii, Argentynie, Francji i Portugalii. W 1946 r. powrócił do Hiszpanii, ale nie skorzystał z propozycji objęcia katedry uniwersyteckiej i poświęcił się całkowicie twórczości naukowej. Wiele rozpraw powstałych w tym czasie ukazało się dopiero po jego śmierci. Jego pierwszą książką, wydaną w roku 1914, były Meditaciones del Quijote. Wydawnictwo pisze, że dla wielu badaczy Medytacje to najważniejsza filozoficznie książka Ortegi, który, wychodząc od lektury powieści Cervantesa, buduje cały przyszły system myślowy i aparat pojęciowy i stawia jednocześnie szereg tez (np. o istocie kultury), które wciąż inspirują.

A pani Bovary to Don Kichot w spódnicy.

Luty 2019

Niemożliwe mi się wydaje, że dopiero teraz, po ponad dwóch latach baratarystki, zajrzałam ponownie do Prousta. Gdzie te czasy, że czytałam go co roku? No ale teraz znowu go czytam i zaczynam, czego już od dziesiątków lat nie robiłam – od wstępu Boya-Żeleńskiego, a tam już od razu na stronie 14 ważny cytat:

Snobizm dostępuje w ujęciu Prousta filozoficznej konsekracji. Nie tylko snobizm towarzyski w tradycyjnym znaczeniu tego słowa: Proust jest prawdziwym mistrzem w kombinowaniu jego odcieni; ale snobizm właściwy wszystkim klasom, wszystkim stanom, będący nie czym innym, jak tylko aurą złudy, w jakiej porusza się każdy człowiek. Nieśmiertelną monografią takiej złudy jest Don Kichot Cervantesa; otóż wyobraźmy sobie stu Kiszotów – każdy odmiennego typu – współżyjących ze sobą, a zrozumiemy intencję Prousta.


To tyle, ale, wiemy, wpis będzie rósł. Nie na darmo Don Kichot jest najpoczytniejszą książką na świecie. Na zakończenie ballada Andrzeja Waligórskiego o Zenobim Dreptaku, bo Dreptak to też Don Kichot:

BŁĘDNY RYCERZ

Rycerz Zenobi Dreptak w szmelcowanej zbroi
Stanął zbrojnie i konno u zamku podwoi,
Miał pancerz, hełm i kopię, jak zwykle rycerze,
I miecz, którym uderzył o zamkowe dźwierze!

Hej, odegrzmiało echo o gotyckie blanki!
Skoczył na nogi książę, spojrzał zza firanki,
Skoczył, spojrzał, oniemiał i zadrżał ze strachu;
Stoi pod drzwiami rycerz Dreptak na wałachu!!!

Stoi Dreptak wśród blasków, szczęków oraz zgrzytań
I zasuwa monolog, co się składa z pytań,
O taki: – Hej, kto mężny, odpowiedzieć musi,
Która z pań jest piękniejsza od mojej Magdusi?

Która ma liczko bielsze, mniej zepsute ząbki?
Czyj biuścik przypomina dwa młode gołąbki
Z ryżem? Która jest taka miła, kochana i ładna?
Tutaj struchlały książę wymamrotał: – Żadna!!!

Wówczas rycerz się zachwiał na swoim bachmacie
I rzekł: – Żadna? To szkoda, o kurtka na wacie,
Bo z Magdą już nie mogę! Jestem u sił kresu…
Tu spiął konia i ruszył w dal, szukać adresów…

Festa del gatto

Dziś włoski dzień kota, obchodzony również w wielu innych krajach, w tym w Polsce. Jest niedziela, wczoraj była sobota, nazwana przez jednego z angielskich miłośników kotów – Caturday…

Koty nadesłane przez Danusię

Tsugouharu Foujita (artysta francusko-japoński, 1886-1968), Portret Emily Crane Chadbourne, 1922

Cóż za wspaniała kolorystyka! Te ciemne i jasne połamane brązy, ten dostatni błękit szlafroka i koca, ta czekoladowa aksamitna kocica o niebieskich oczach…

Henriette Ronner-Knip (artystka holenderska, 1821-1909). Mądry kot, 1904


Jean Metzinger ze strony Retro-Awangarda


To właśnie to zdjęcie dało tytuł całemu dzisiejszemu wpisowi. Posąg parkowy z kotem na Caturday ze strony Jackson Galaxy, którą prowadzi jakiś koci maniak.

Carol Keyes, Kot sjamski

Kobieta z kotem Pabla Picassa ze strony Historia sztuki jest kobietą
i z tej samej strony Kees van Dongen – również Kobieta z kotem

Michalina i Konrad Krzyżanowscy też musieli przepadać za zwierzakami. Krzyżanowski niejeden raz portretował żonę w towarzystwie psa lub kota. Zresztą zobaczcie sami w naszym artykule! https://www.historiaposzukaj.pl/wiedza,obrazy,583,obraz_krz…

Konrad Krzyżanowski, Portret Michaliny Krzyżanowskiej, żony artysty, 1915, Muzeum Narodowe w Warszawie. Poniżej obraz ze szkoły prerafaelitów – John William Godward (malarz angielski, 1861–1922), The Tease (Droczenie się z kotem), 1901

No i na zakończenie czarne kocie oczy i stworzenie świata kota – oba ze strony Eli Weberskirch. Dziękuję Eli, ale przede wszystkim dziękuję Danusi, która te wszystkie koty dla nas znalazła…

Johanna & Tanja w Meksyku / in Mexiko 1

Meksyk / Mexico City

Katedra / Kathedrale

Poczta / Postamt

Oper(a)

So sieht es dort aus. Immer interessant. / I to też… Zawsze ciekawe…

Pomnik Rewolucji / Denkmal der Revolution

Oaxaca

PS od Adminki (from Administratorin): Die Indianerin mit den Zöpfen erinnert mich an Tanja – eine entfernte Cousine? Die kleinen Sittiche wiederum ähneln sehr mir im Gespräch mit meiner jüngeren Schwester 🙂 / Indianka z Oaxaca wygląda trochę jak odległa kuzynka Tani. Z kolei papużki – wypisz, wymaluj jak ja i moja młodsza siostra.

Reblog (po 10 latach): Rok Darwina

Wczoraj miałby urodziny

 Stefan Rieger

Tekst z 25/01/2009

Nie było zapewne w ludzkiej myśli większego przełomu. Nawet przewrót kopernikański był łatwiejszy do przełknięcia, gdyż wstrząsnął jeno dogmatami o naszym miejscu w Kosmosie, podczas gdy darwinowska rewolucja uderza w samą istotę naszego jestestwa: Kim jesteśmy? Skąd się wzięliśmy? Gdzie w tym sens?… Do dzisiaj mało kto to przełknął: jedni się udławili nienawiścią, innym zaś tylko się zdaje, iż liznąwszy coś z teorii ewolucji załatwili sprawę i mogą wrócić do codziennych zajęć i zabobonów. Jest podwójna okazja, by wziąć się do przepierki.

2009 jest w dwójnasób Rokiem Karola Darwina: urodził się 200 lat temu, 12 lutego, a 150 lat temu ukazało się jego wiekopomne dzieło O powstawaniu gatunków drogą doboru naturalnego. Dla niektórych to najważniejsza księga zachodniej cywilizacji, obok Biblii. Czy one się wzajem uzupełniają, czy raczej wykluczają? Każdemu wedle jego sumienia, acz sumienie naukowca, jakim był Darwin, rozstrzygnęło spór za niego: gdy pojął mechanizmy ewolucji, stracił wiarę.

Uniwersalny wróg

W roku swego jubileuszu nieboszczyk, paradoksalnie, bronić się będzie musiał na dwóch frontach. Jak przystało na szanującego się geniusza atakowany jest bowiem przez zajadłe pitbule z dwóch przeciwstawnych stron. W krajach flirtujących z teokracją (od USA demokratycznie, przez Polskę zaściankowo, po imperium islamu, wojowniczo) rywalizuje, odpowiednio, z Bin Ladenem, sodomitą i Georgem Bushem o tytuł Wroga Publicznego Numer Jeden, przeciw któremu wytacza się ciężkie działa kreacjonizmu, lub w najlepszym razie – lżejsze armatki intelligent design.

W krajach o postępowym werbalnie dryfie, jak Francja, wali się z grubej rury w wynalazcę cynicznej walki o byt, z której najsilniejsi wychodzą zwycięsko, co prosto wiedzie – drogą darwinizmu społecznego i socjobiologii – do nazizmu wczoraj, a neoliberalizmu dziś.

Kanonada się zaczęła i jeśli czegoś można sobie życzyć w roku 2009, to tego, by nieuniknionemu przekleństwu kryzysu gospodarczego towarzyszył wreszcie dorodny, zdrowy kryzys umysłowy, zwiastun przełomu. Nie robię sobie większych złudzeń, gdyż siły regresji, mimo Obamy, rosnące mają zaplecze. A poza tym – na co przysięgał Obama, gdy przejmował władzę?

Szkocki prysznic

Francja wita Rok Darwinowski wydawniczym fajerwerkiem swych sprzeczności. Nicolas Witkowski z oficyny Seuil oferuje wreszcie francuskiemu czytelnikowi pełną wersję Autobiografii Darwina, przywracając krytyczne wobec religii akapity, które jego bogobojna żona wolała ocenzurować. Źle nawiedzony historyk André Pichot przypuszcza w kolejnym już, nienawistym dziełku – Źródła rasistowskich teorii. Od Biblii po Darwina – frontalny atak na domniemanego wynalazcę naukowej teorii rasizmu, inspiratora eugenizmu, darwinizmu społecznego Spencera, socjobiologii Wilsona i nade wszystko – hitlerowskiego delirium.

Nie zasługuje to nawet na zmarszczenie brwii, lecz uznał za konieczne pośrednio zareplikować, w książce Efekt Darwina, filozof Patrick Tort, kierujący we Francji Instytutem Darwina. Eugenistyczno-rasistowski dryf w XX wieku, kult „czystości rasy”, „nadczłowieka” albo „siły” – najzupełniej były obce twórcy teorii ewolucji.

Dekalog natury

Darwin odczekał 12 lat, gdyż wiedział, że jego teoria to dynamit. Dopiero w 1871 roku, w dziełku O pochodzeniu człowieka, rozszerzył uniwersalny algorytm ewolucji, wypróbowany na ziębach z Galapagos i potwierdzony na innych gatunkach, na homo sapiens sapiens.

Na przekór swym złym uczniom, którzy zdążyli już wyssać złą krew
z rewolucyjnej teorii – jak Herbert Spencer, prorok społecznego triumfu silnych nad mięczakami, czy jego własny kuzyn Francis Galton, który oprócz genetyki uznał za stosowne odkryć eugenikę, przyszły fetysz nazistów – sędziwy czarnoksiężnik nie omieszkał zadbać o przywrócenie, czy raczej gruntowne odnowienie standardów humanizmu.

Dobór naturalny nie faworyzuje jeno silniejszych, gdyż słabość może być czynnikiem lepszej adaptacji. Selekcji podlegają nie tylko korzystniejsze warianty morfologii, kły
i muskuły, lecz również instynkty, począwszy od „sympatii”, „altruizmu” czy „solidarności”. Ich niezrównane, adaptacyjnie korzyści natura odkryła na długo przed tym, zanim małpa zeszła z drzewa i wykuła je koślawie, z mnóstwem błędów, na kamiennych tablicach.

Znikąd donikąd, byle mądrze

Wbrew interesownym egzegetom darwinowskiego przewrotu, widzącym w nim zachętę do eliminacji słabszych, sam Darwin – dowodzi Patrick Tort – oceniał poziom cywilizacji wedle tego, jak słabych chroni: biednych, kobiety, wariatów, kaleki, więźniów, homoseksualistów, mniejszości takie i owakie… – to już inwentarz naszej ery, w półtora wieku później, lecz kryteria są te same.

Dopóki władzy teologów nie zburzy wiedza o naturalnych źródłach moralności, a władzy ideologów wiedza o wyższej nad ich interesowne fantazmaty, zrodzonej z chaosu mądrości natury, dopóty trwać będziemy w śmiercionośnych objęciach podwójnego fałszu. Darwin i jego kontynuatorzy wskazali drogę wyzwolenia z klinczu, nie ma wciąż jednak wielu śmiałków, gotowych wybrać się w podróż znikąd donikąd, jak polski mikrobiolog i genetyk, Władysław Goldfinger-Kunicki, ujął celnie sens naszego losu.

Wyrzucone zdjęcia

Ewa Maria Slaska

Duży i znany magazyn miejski w Berlinie przeprowadził się właśnie do nowej siedziby. Przeprowadzka jest zawsze okazją do usunięcia zwałów rzeczy, które się nam nagromadziły w ciągu ostatnich kilkunastu lub kilkudziesięciu lat. Gazeta postanowiła usunąć swoje, nikomu, jak rozumiem, niepotrzebne, archiwum fotograficzne.

Groza.

Groza, że usunąć. Groza, że niepotrzebne. Groza, że wyrzucamy materialny zapis naszych czasów, bo myślimy, że wszystko zostało zdigitalizowane i już niczego nie potrzebujemy, a kiedyś, gdy jakaś kometa nie wiadomo skąd przeleci koło ziemi, wszystkie zapisy cyfrowe znikną i nikt nie będzie wiedział, ani jak się nazywamy, ani na co choruje nasze serce… Groza, że tacy byliśmy młodzi (niektórzy nawet byli w tym czasie dziećmi, a niektórych na świecie nie było), a już nie jesteśmy.

Ale też groza, że nic się nie zmieniło, że wciąż nam chodzi o to samo, o to, żeby być szczęśliwym i biec po łące pełnej kwiatów, śpiewać, grać na gitarze i protestować przeciw niesprawiedliwości świata. A świat jaki jest, każdy widzi.

Z ogromnego archiwum ktoś ocalił kilkanaście teczek zdjęć. Z tych kilkunastu teczek dostałam dwa zdjęcia (te na samym dole) wybrane specjalnie dla mnie, a potem jeszcze, na chybił trafił, kilkanaście.

Zdjęcia, jakie dostałam, dotyczą filmów, muzyki i demonstracji, a pochodzą (oprócz Janis Joplin) z lat 80 i 90 w Berlinie. Ciekawe, że moje zainteresowania się od tego czasu właściwie nie zmieniły. Na zdjęciach nie ma książek i pisarzy, ale to pewnie wynika z charakteru archiwum gazety miejskiej.

1980. Czas Solidarności.

Na zdjęciu bójka między policją z Berlina Zachodniego i mieszkańcami nielegalnie zajętych kamienic.

“Spacer wielkanocny” (demonstracja na głównej ulicy Berlina Zachodniego)

1981. Zima, pada śnieg. Demonstranci rzucają śnieżkami w wieżyczkę więzienia Na Moabicie. Kilka domów dalej mieszkają Wirpszowie. Gdy przyjadę do Berlina Zachodniego zamieszkam w domu naprzeciwko więzienia.

Lato. Pani Minister ma kostium, okulary słoneczne, krótko ostrzyżone włosy. Na przyklejonej do zdjęcia kartce ktoś nabazgrolił: Plötzlich geht die Ministerin in die Demo – Nagle Pani Minister wchodzi w demonstrację. Na zdjęciu nie ma demonstracji, jest tylko kilku dużych facetów. To jej obstawa. Szukam takiej pani minister w sieci, ale nie umiem odkryć, kim jest ta kobieta.

1983.

Wir trauen um Kemal Altun. Opłakujemy Kemala Altuna.
I od razu na kolejnym zdjęciu wyjaśnienie, kto to był Kemal Altun i co się z nim stało: Auch jemanden dazu zu treiben aus dem Fenster zu springen ist MORD! Wir klagen die Deutschen Behörden zum Mord an. – Jeśli pastwisz się nad kimś, aż wyskoczy przez okno, to też jest MORD. Oskarżamy niemieckie urzędy.

1984 Menschenkette der Freidenbewegung gegen Hoch-, Nach- und Weiterrüstung – Łańcuch ludzi przeciwko zbrojeniom.

Też rok 1984. Piękne hasło, choć zapewne na potrzeby przekazu stanowczo za długie:

Das grosse Karthago führte 3 Kriege. Es war noch mächtig nach dem 1. Es war noch bewohnbar nach dem 2. Es war nicht mehr auffindbar nach dem 3.
Wielka Kartagina prowadziła trzy wojny. Po pierwszej wciąż jeszcze była potężna. Po drugiej dało się tam jeszcze żyć. Po trzeciej nie dało się jej znaleźć.

1984. Jubelparade der Friedensbewegung. Ruch pokojowy świętuje. No ale jeżeli tak, to skąd następne hasło?: Achtung! der letzte Baum. Uwaga! Ostatnie drzewo!

Tierversuch ist Folter. Doświadczenia na zwierzętach to tortura.

Verzichten Sie auf Ihren Urlaub in einem Land, wo Blutvergießen an der Tagesordnung ist! Zrezygnuj z urlopu w kraju, gdzie na porządku dzienny jest przelewanie krwi.

Styczeń 1985. Za dwa tygodnie przyjedziemy do Berlina.

Gegen Isolation – Für Selbstbestimmung / Solidarität mit den Gefangenen im Hungerstreik. Nie zgadzamy się na izolację. Solidaryzujemy się z więźniami. Chodziło o więźniów RAF-u.

1993

Frauenrecht ist Menschenrecht. Prawa kobiece to prawa człowieka. I § 218 (przekreślony)

Kiedyś.

Schluß mit der Ausländerhetze. Koniec nagonki na cudzoziemców!

Taki był Berlin Zachodni, gdy tu przyjechaliśmy 29 stycznia 1985 roku.

Barataria 104: Weź rdzeń młodej palmy…

Tibor Jagielski już kilkakrotnie raczył nas tu ciekawymi przepisami kulinarnymi; ten został znaleziony przez Autora podczas podróży morskiej.

Weź rdzeń młodej palmy (ok. 0,5 – 0,75 m),
owiń w liście bananowca i umieść w wysmarowanej tłuszczem brytfannie.
Obsyp orzeszkami arachidowymi (0,5 kg, najlepiej świeżo prażone),
dodaj fasolki soi (0,5 kg, najlepiej świeże, ale mogą być z puszki),
dorzuć parę papryczek chili, kilka grzybów (boczniak, shitake, ale mogą być i pieczarki),
dopraw kilkoma ząbkami czosnku i posól (do smaku – każdy ma inny, ale można znaleźć wspólną podstawę),
zalej klasycznym  wywarem z warzyw (0,5 litra).
Brytfannę dobrze przykryj i wstaw do piekarnika (180°C) na  45 minut (próba widelca).
Smacznego!


Ewa Maria Slaska

Zastanawiam się, czym możnaby zastąpić rdzeń młodej palmy? Mam oczywiście trudności, bo nigdy tego nie jadłam, choć raz jadłam potrawę owiniętą w liście bananowca i powiązaną rafią na kształt paczuszki. Liści bananowca się potem nie jadło. Widzę tu pewne pole do popisu dla inwencji kulinarnej autora i postanawiam mu wysłać tych kilka zdań.

Odpowiedź przyszła enigmatyczna:
Jemy, jemy! (jak rozumiem – jemy liście bananowca). Również kwiaty bananowca jemy (nazywa się je „sercami bananów“). Wszystko jemy, a dodatkowo liście mogą służyć jako talerze lub opakowanie potraw.
Rdzeń palmy kupuje się w afroshopie.


Wpis wydaje mi się nieco za mały, postanawiam go samodzielnie uzupełnić, bo autor dosyła wprawdzie świetny przepis (wykorzystam kiedy indziej), ale na sałatkę z kwaśnej kapusty.

Sięgam jeszcze raz do książki Barataria Summer. Pisałam już o niej. To powieść naładowana wesołym swobodnym seksem (każdy śpi z każdym, a w rodzinie to już w ogóle), nie wiadomo też, czy jest to opowieść
o przemycie czy o walce z przemytem, ale na pewno wiadomo, że jest to powieść o tym, jak w ciągu jednego lata, przy pomocy rodzinnego seksu, przemytu, pływania łodziami i statkami po zatoce Barataria oraz  jedzenia można z rozpieszczonego szesnastolatka z miasta zrobić świetnego faceta, a nawet (jak się okaże) – pisarza. Jego imię podczas wakacji zmienia się z Teddie na T’Eddie.

Głównym napojem bohaterów książki jest mocna gorąca kawa, ale oczywiście nie stronią też od whisky. Na łodzi żywią się kiełbaskami i chlebem. Ale już zorganizowany ad hoc posiłek, podany przez LaBelle, młodą, piękną gospodynię w chacie na wodzie będzie wyglądał lepiej:

… piliśmy kawę i jedliśmy chleb żytni, placki, tartę ze słodkich ziemniaków i pudding z chleba. Pychota.

Po przekąsce LaBelle podbiera kurom jajka, zbiera jarzyny w ogrodzie i łowi ryby kaszorkiem. Małe ryby wracają do wody, dziewczyna wybiera na obiad tylko suma. T’Eddie i LaBelle idą do kuchni. Ona ona gotuje, on obiera, sieka i zmywa to, co dziewczyna mu podsunie do obierania, siekania lub zmywania.

LaBelle podaje posiłek. Jedliśmy suma w cieście, chleb żytni, pomidory i succotash, indiańską potrawę z młodego bobu i kukurydzy. Na deser była oczywiście kawa i placek z yamem. (Jako tłumaczka mam tu pewne trudności, bo yam to pochrzyn, ale podejrzewam, że nasi bohaterowie jedli placek ze słodkimi ziemniakami; bo w Ameryce myli się yam z batatami, podobnie zresztą jak radiccio z endywią). O dziwo LaBelle opowiada wprawdzie T’Eddiemu o gumbo, które każdy południowiec musi umieć przyrządzić, ale sama wcale go nie podaje.

Polska blogerka pisze, że z gumbo jest jak z bigosem, mniej więcej wszyscy robimy go podobnie, ale każda rodzina ma swój własny przepis. Gumbo to rodzaj potrawki z mięsa lub owoców morza jarzynami i ewentualnie  kiełbaskami w zagęszczonym np. zasmażką sosie. Gumbo gotuje się przez kilka godzin. Ważne jest, żeby do potrawy dodać trzy święte jarzyny kuchni z południa USA: seler naciowy, cebulę i zieloną paprykę. Zasadniczo można użyć różnych rodzajów mięsa (królik, drób, szop pracz, nutria, wiewiórka) w jednej potrawie lub różnych owoców morza, ale nie należy używać ani wieprzowiny ani wołowiny, i, poza Nowym Orleanem, nie miesza się mięsa z frutti di mare.

Przepisów na gumbo są tysiące. Tu podam przepis ze strony Barataria Spice Company.

Te spices to zestaw przypraw typowych dla kuchni z okolic Luizjany.

Ingredients:
1
TBSP. Salt
3
Bay Leaves
1 1/2
Gallons Water
1 1/2

Pounds Smoked Sausage (Andouille if Available)

2
Medium-Large White Onions – Chopped
2 1/2

Pounds Deboned Chicken (Save carcass for stock)

3
Bunch Green Onions – Chopped
2

TBSP Pickapeppa Sauce (or any Jamaican style sauce)

4
Ribs Celery – Chopped
1

TBSP Lea & Perrins (or any Worsteshire sauce)

4
Toes Garlic – Minced
3
TBSP Captain Mike's cooking seasoning mix
For The Roux:
4 TBSP. Cooking Oil
7 TBSP. Flour
For The Stock:
Add 1 TBSP. salt to 1 1/2 gallons of water, bring to a fast simmer, add Bay leaves and chicken carcass. Simmer for an hour or so. When done, skim off fat, strain debris out. Set aside and keep hot.
Captain’s Log:
How to Make a Roux:

Heat oil in heavy skillet on a low to medium flame. Add flour slowly, stirring, with a whisk or slotted spoon. The Roux cannot be left unattended, it must be constantly stirred so that the flour browns evenly. The process should take about 40 minutes, depending on the amount of heat used. Cook the Roux until it is a deep, dark brown, almost the color of black coffee. Turn off heat, continue stirring until skillet cools for the browning to stop. Set aside and pour off excess oil.

Note: If the Roux burns, discard. Never attempt to salvage a Roux that is burned. Burning a Roux after spending 45 minutes to make it will teach you how far you can go with browning a Roux. This is a valuable skill to have when preparing authentic Cajun and Creole dishes, some of which require the darkest Roux possible, as in this recipe. Some dishes, such as Crawfish Etouffé work better with a Roux that is not so dark.

Procedure:

Debone the chicken and discard the skin. Make a stock with the carcass. You can supplement the deboned chicken you have with Boneless Chicken Breast to get the amount you need. Cut chicken and sausage into bite size pieces. In a heavy stock pot or Dutch oven, brown sausage and chicken in a little oil over a medium flame. Start the Roux at this time in another skillet. (Note: If you are uncomfortable making a Roux and doing the procedure a the same tie, then make the Roux ahead of time.) Start with the sausage first. Brown well, but not harsh, then add chicken. When Chicken begins to brown, sprinkle in about a teaspoon of Captain Mike'sSeasoning. When chicken is lightly browned, remove and set aside. Depending on how much fat was in the sausage, you may have to add a little more oil. Add onions and celery, reduce heat and sauté until clear. Add green onions. When limp stir in garlic, sauté 5 minutes and add stock, raising heat blending well. Bring to a slow boil and stir in Roux, mixing thoroughly for 20 minutes. Add Pickapeppa and Worsteshire sauce and stir in 2 tsps of Captain Mike's cooking seasoning mix. Add the chicken and sausage, cover pot and simmer for 1 hour, stirring occasionally. Turn off heat and let stand 15 minutes, skin off any oil. Serve over Rice.

Approximate serving as entrée 8

Approximate serving as soup 16

Tu znalazłam plus/minus składniki dobrej przyprawy do gumbo, jeśli, co przecież może się zdarzyć, akurat nie mamy pod ręką mieszanki przypraw kapitana Mike.

2 łyżeczki sosu Worcestershire
2 łyżeczki ostrego sosu chili (typu Tabasco)
3 ząbki czosnku przeciśnięte przez praskę i roztarte z 1/2 łyżeczki soli
2 łyżeczki słodkiej papryki w proszku
1/2 łyżeczki świeżo zmielonego czarnego pieprzu
1/2 łyżeczki świeżo zmielonego białego pieprzu
1 łyżeczka suszonego oregano
1/2 łyżeczki suszonego tymianku
1/8 łyżeczki pieprzu cayenne

Roux to oczywiście zasmażka, tylko wysmażona na brązowo, a tu jeszcze przepis na Pickapeppa.

  • 1 łyżka posiekanego czosnku
  • 1 łyżeczka sól
  • 1 łyżeczka mielonego kminku
  • 1 łyżeczka chili mielonego
  • 2 łyżki keczupu
  • 2 łyżki sos Worcester
  • 1 1/2 łyżki sosu Pickapeppa
  • 5 łyżek posiekane papryki jalepano

Czosnek rozetrzeć na pastę z solą. Wszystkie składniki sosu zmiksować w blnderze.
Uwaga: Sos Pickapeppa można zastąpić sosem Worcester.

Myślę, że gdyby zamiast mięsa lub owoców morza dodać podsmażone tofu, to można by wykonać wersję wegetariańską. A może rdzeń młodej palmy?

Smacznego!

Wzloty i zawały serca

Teresa Rudolf

xxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxMalarstwo: Jim Farrant

Szufladka

Zawsze chciałam móc
moje serce wyciągnąć
jak szufladkę,
w której mieści się „kiedyś”,
jak klejnocik malutki
jak setna część ziarnka maku.

Zawsze chciałam móc
moje serce wyciagnąć
jak szufladkę,
przecierając starannie
jedwabną szmatką,
zakurzony ten czas.

Zawsze chciałam móc
moje serce otworzyć,
jak szufladkę odpinając
ten złoty, magiczny
guziczek zapomnień
i wspomnień.

Zawsze chciałam móc
moje serce otworzyć
jak szufladkę,
by znów nakręcić
tę tajemniczą pozytywkę
mej młodości.

xxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxMalarstwo: Avtandil Makharoblidze

Zanim i kiedy i zanim…
xxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxDla Freda

Kiedy Cię zobaczylam pierwszy raz,
zanim dotknęłam Twej ręki,
już wiedziałam…

Zanim zrozumiałam pierwszy raz,
co do mnie mówisz
już wiedziałam…

Kiedy tańczyliśmy ze sobą,
jak motyle na parkiecie
już wiedziałam.

Zanim i kiedy i zanim…
już, wiedziałam i wiem,
że przecież Ty, to Ty!!!!!!

xxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxMalarstwo: Johan Messely

Te miliony, te biliony z Tobą…
xxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxDla Freda

Ach, ach,
kochliwość z tamtych lat
te wzloty i zawały serca,
te udary mózgu.

Ach, ach,
te paraliże myśli,
trzęsienia ziemi,
burze i chmurki.

Ach, ach,
ta gimnastyka
zakochiwania się
i odkochiwania.

Ach, ach,
gdyby nie to,
nie wiedziałabym,
co naprawdę dziś wiem…

Kiedy spojrzę
na te miliony, biliony
wspólnych chwil z Tobą,
mój Kochany.

***
Uwaga: Wszystkie wpisy Teresy Rudolf są jej autorską kompozycją, co oznacza, że jest ona nie tylko autorką wierszy, ale dokonała też wyboru muzyki i filmów wideo lub zdjęć, które towarzyszą jej poezji i ją uzupełniają.

Tekst, który “chodzi za mną” od prawie 30 lat

Ewa Maria Slaska i reblog

Był rok 1991. Byłam młoda, szczupła, z szopą kręconych włosów na głowie. Nosiłam obcisłe dżinsy i jedwabne podkoszulki z niewielkim dekoltem, ale wystarczającym, by koleżanki szeptały mi czasem do ucha, że podczas wieczoru auorskiego faceci w ogóle nie słuchali, co czytam, tylko gapili mi się w dekolt. To było prawie 30 lat temu. Kobiety nie pokazywały jeszcze tyle ciała, co teraz, czyli mało było więcej.
Pojechaliśmy do Ameryki, wynajęliśmy samochód w Los Angeles i jechaliśmy, aż dojechaliśmy do Nowego Jorku. Zapamiętałam z tej podróży piękną przyrodę, wspaniałe muzea w każdej byle wiosce z kilkoma milionami mieszkańców oraz nowoczesną architekturę. Właściwie nie mieliśmy żadnych kontaktów z ludźmi. Sypialiśmy na kampingach, gdzie nie było nikogo i nikt się z nami nie chciał z amerykańską wylewnością zaprzyjaźnić. Pamiętam tylko kilka osób. Czarnoskórego przystojnego urzędnika w banku z krawatem nonszalancko zarzuconym na prawe ramię. Jakąś panią na kampingu w Kosciuszko County, która mnie poinfomowała, że Kościuszko był Amerykaninem, a jego nazwisko wymawia się Coscijasko. Młodego Indianina spotkanego nocą na stacji benzynowej w drodze przez kolorowe góry Colorado. Trasy wybieraliśmy mało uczęszczane. Miał dżinsową bluzę z frędzlami i warkocze.
– Skąd jesteś? – zapytał, co jest oczywiście pierwszym pytaniem, z jakim styka się podróżnik na całym świecie.
– Z Europy.
– Skąd z Europy? Pytanie było dziwne, bo w Idaho Minnesotta jest zagranicą, ale nie zraziłam się.
– Z Polski.
– Skąd z Polski? Uznałam, że facet nieźle się upiera, ale odpowiedziałam.
– Z Gdańska.
– O, ożywił się chłopak. – Znasz Wałęsę?
– Tak.
Pokiwał głową, zadowolony, świat był dokładnie taki, jaki miał być, taki, o jakim on wiedział na swojej małej stacji benzynowej w Colorado. Wydał mi resztę, wyszłam, pojechaliśmy dalej.
Nocowaliśmy w rezerwacie, a rano pojechaliśmy do Junktion na sprawunki, bo w rezerwacie były tylko pamiątki, chipsy i cola. Junktion była rzeczywiście miejscem, w którym spotykali się Indianie z rezerwatu i biali z okolicznych wiosek i miasteczek. Turystów nie było. Na wielkim placu parkingowym stały trzy terenowe jeepy z odkrytymi platformami. Nasz biały samochód rzucał się w oczy z daleka. Był tylko jeden ogromny sklep, w którym było wszystko, od kosiarek po naklejki z supermanem. W lokalnej gazecie przy kasie na okładce było zdjęcie cielęcia z dwoma głowami. W gazecie stanowej Gorbaczow stał na czołgu i tryumfował, bo pokonał pucz komunistycznej jaczejki.

Mąż i syn gdzieś zniknęli w czeluściach sklepu, szłam z wielkim wózkiem między półkami i pakowałam chleb, mleko, brokuły i donaty. Zza regału wysunęła się strasznie blada dziewczyna w spranej sukienczynie z jakiejś bladej wzorzystej bawełny. Sukienczyna była wysmotruchana na brzuchu, a wyglądała tak, jak sukienki Ani z Zielonego Wzgórza, zanim jeszcze Mateusz zainterweniował i stroje dziewczynki zaczęły być kolorowe, bufiaste i ozdobne. Dziewczynina w sklepie miała na czole blade jak ona sama loczki, przyklejone plastrem. Uśmiechnęłam się do niej, ale ona tylko stała i patrzyła na mnie poważnym wzrokiem. Po chwili pojawiła się druga, tak samo ubrana i też młoda. Nie stały obok siebie, każda zatrzymała się tam, gdzie wyszły z przejścia między półkami. Stały i patrzyły, a ich patrzenie było nie tyle poważne co surowe i zimne. Poczułam się, jakbym miała plamę na policzku. Pojawiły się dwie następne kobiety, starsze, grubsze, siwoblond. Na sukienkach miały zawiązane fartuchy w paseczki. Były z innej epoki, z innego świata, może z jakiejś sekty jak amishe czy shakerzy. Było ich coraz więcej i przysuwały się do mnie coraz bliżej. Wciąż nic nie mówiły. Patrzyły na rudą lokowatą kobietę w obcisłych dżinsach zielonych jak wiosenna trawa i jasnoróżowej bluzce bez rękawów i z (małym!) dekoltem. Zanim dotarłam do kasy i zdołałam telepatycznie przywołać mężczyzn, przeżyłam momenty prawdziwej grozy, takiej z filmów. Myślałam o tym, że półki w sklepie poręcznie zawierają wszystko, czym cicho i szybko można zakłuć czarownicę. Jestem zdania, że uratował mnie tylko fakt, że te kobiety po prostu nie miały powodu, żeby to zrobić. Gdyby jednak tej nocy w ich miasteczku na prerii umarło dziecko, na przykład na ospę, a one przecież nie szczepiły dzieci, to było oczywiste, gdyby więc to dziecko umarło, to na pewno ja, ruda wyuzdana przybłęda, musiałabym za to zapłacić.

Nie zapomnę tej sceny póki żyję. Trwa, a my wciąż patrzymy na siebie – nowoczesna Europejka i przeniesione z innej epoki i z innych norm Amerykanki. Nic się nie zmienia. Ich loczki wciąż są przyczepione plastrem do czoła, wciąż mają na sobie sukienki z wzorzystej bawełny.

Te sukienki nazywają się “sukienki z prerii”. Dowiedziałam się tego wczoraj i dlatego przygotowałam ten wpis. Nowojorska gazeta The Cut w artykule o modzie na nadchodzącą wiosnę pisze o sukienkach z prerii.

spring 2019 fashion issue /

The Pleasure of Sitting Out a Trend

Designerka nazywa się Bashewa Hay, a jej sukienki mogą się okazać hitem nadchodzącego sezonu.

These dresses: They look like Laura Ashley exposed to just a touch of nuclear radiation, and, per the Washington Post, they’re “the most provocative thing in fashion right now.” Vogue: “Vintage Laura Ashley, Betsey Johnson’s Alley Cat, and Gunne Sax.” Women’s Wear Daily: “Anne of Green Gables, Laura Ashley, and Eighties neo-Victoriana.” Haaretz: “Amish Meets Laura Ashley With a Bit of Hasidic Chic.” Indeed, the Batsheva line (launched in 2016) began with a beloved and beat-up Laura Ashley dress that Hay had remade. But her specifications made the details more eccentric, extreme. (…) Hay has described finding inspiration in both her mother’s style in the ’70s and the dress codes of religious fundamentalism, from Mennonites and the Amish to Hasidim. A former corporate lawyer educated at Stanford and Georgetown, Hay grew up in a secular family; her husband, a successful fashion photographer, was beginning to embrace Orthodox Judaism around the time they met. Her designs found her grappling with the confines of his faith. During their courtship, the couple staged Hasidic-cosplay photo shoots in South Williamsburg, complete with wig.

Cały tekst TU.

Algorithmus des Facebooks

czyli Algorytm Facebooka

Jest chłodny, niczym nie wyróżniający się poranek, 5 lutego 2019 roku. Wtorek. Nie mamy się dziś obżerać jak np w Tłusty Czwartek, nie mamy się ściskać, nie mamy głodować. Nie strajkujemy. Dzień jak co dzień. Wstajemy, idziemy do pracy. Wracamy. No może niektórzy dotrą na Berlinale, ale może nie. Berlińczyków aż tak to nie bierze, to rozrywka dla przybyszów. Postanawiam sprawdzić, co zjedliśmy tego dnia na śniadanie i co na ten temat przekazaliśmy potomności (bo przecież przechowujemy zdjęcia naszego jedzenia dla potomności). Nie wybieram, nie szukam, patrzę, co przychodzi czyli co podsuwa algorytm.

Es ist ein kühler, unauffälliger Morgen am 5. Februar 2019. Kein Tag an dem das Grosse Fressen angesagt wäre, wie zB am Weiber Donnerstag, wir müssen uns nicht umarmen, auch nicht hungern. Es ist nichs Besonderes für heute vorgeschlagen. Ein Tag wie immer. Dienstag. Wir stehen auf, wir gehen zur Arbeit. Wir kommen zurück. Nun, vielleicht gehen einige zur Berlinale, aber vielleicht auch nicht. Berliner nehmen das nicht so, es ist eh etwas für Ankömmlinge, Kulturturis oder so. Ich beschließe, zu überprüfen, wie wir heute gefrühstück haben und was wir an die Nachwelt weitergegeben haben (weil das tun wir schließlich, oder? Wir halten Bilder unserer Nahrung für die Nachwelt). Ich wähle nicht, ich schaue, was kommt oder was der berühmte Algorithmus vorschlägt.

1. Rosyjskie śniadanie Russisches Frühstück (Aleksij Tichonsson)

DAS 1. RUSSISCHE FASTFOOD IN BERLIN🍗🍛🥟🥧:
https://bit.ly/2sSSwUo
PS: auch mit vegetarischen & veganen Optionen

2. Nowy Rok / Chinesisches Neujahr

No i proszę, od razu się okazuje, że dzień wcale nie taki zwykły. Bo dziś wietnamski i chiński Nowy Rok czyli święto Wiosny.  Zaczął się wczoraj i potrwa do 9 lutego. Skończył się rok psa, zaczyna się rok ziemskiej świni czyli dzika! Ich hasło brzmi: ciężką pracą można osiągnąć każdy cel. Świnia (Dzik) reprezentuje beztroską zabawę, szczęście i bogactwo. No to hop, Biedroń, zaczynamy! Chyba jedzą tę bedną świnię, ale na FB nikt się niczym nie chwali.

Sofort erfahre ich, dass der heutige Tag gar nicht so gewönlich ist – gestern begann der Chinesische Neujahr, Feierlichkeiten werden bis 9. Februar dauern. Auch in Berlin. Es beginnt das Jahr der Erde-Schwein oder des Ebers. Und es beginnt der Frühling, Gestern in Polen hat Robert Biedroń neue Partei gegründet, deren Name Frühling lautet. Alles Gute zum Neujahr Frühling!

3. Wyjedź do Ameryki Południowej i zjedz owocki / Fahr’ nach Südamerika und esse (diese) Früchte

4. Anna Sikora, zdjęcie z cyklu Polska (ale raczej niejadalna) / Foto aus dem Zyklus Polen (eh nicht essbar)

5. Keto dieta

Nie interesuje mnie, ważę 10 kilo mniej i podobno mam BMI super normalny, ale nawet jeśli nie, to właśnie przeczytałam na FB, że grubi żyją lepiej i dłużej… Nota bene ci, co czytają książki też żyją o dwa lata dłużej, a ci co się opiekują wnukami – mniej chorują…

Nix für mich. Zuerst bin ich 10 Kg “leichter” als die Person mit dem Ausgangsgewicht 73; zweitens (und daher) ist mein BMI super normal, aber auch wenn es nicht so wäre, habe ich grade im FB Folgendes gelesen: Die Übergewichtigen leben länger und besser! Die, die lesen, leben auch zwei Jahre länger. Und die Grosseltern, die sich um Enkelkindern kümmern, sind weniger krank… na also!

6. Kolejna firma z algorytmu – sprawdź florę bakteryjną i dowiedz się, co jeść i na pewno okaże się, że mam sobie kupić jakieś suplementy / die Nächste Firma, die für mich mein FB-Algorithmus ausgesuht hat: Hab nachtzuprüfen wie meine Darmflora ist und sicher danach irgendwelche Diäts-Suplements kaufen!

7. Ale Algorytm jest wielostronny, zaraz potem czekolada… / Na ja, der Algorithmus kann auch anders: 7 Sorten feinster belgischer Schokolade warten auf mich…

8. I pierwsze prawdziwe jedzenie prawdziwych ludzi – Kamila Sng w Lizbonie w Baixa-Chiado. Nie widzę dokładnie – bułki, wino, makaron, a w patelni? Może muszle. / Das erste richtige Essen – in Lisabon: Brötchen, Nuddeln, Wein und vielleicht Meeresfrüchte oder Muschel, irgendwas in der Pfanne…


9. Dwie piękne martwe – żywe natury z przeszłości (Wydawnictwo Wielka Izera) / Zwei schöne Stilllebens aus der Vergangenheit (Verlag Wielka Izera)

10. I znowu firma z algorytmu – Pyszności. / Und wieder eine Firma, diesmal polnische Leckereien.

Po kilku godzinach walki z algorytmem mam dość. Nasz świat tonie w obrazach jedzenia,
a NIKT tak naprawdę nic nie ugotował i nikt tak naprawdę nie zjadł śniadania ani nie przygotował prawdziwego lunchu.

Nach ein paar Stunden des Kampfens mit dem Algorithmus höre ich auf. Niemand hat tatsächlich etwas gekocht und nur eine Peson hat überhaupt vor, etwas zu essen. Ich habe fertig und gehe kochen. Smoothie, Champignons mit Blaukäse und Tostada.

Jest godzina 12. Koniec zabawy z Facebookiem. Pora na realne jedzenie. Pójdę sobie ugotować coś smacznego na brunch. Smoothie, pieczarki zapiekane z serem pleśniowym
i tostada.

Smacznego!

PS. Na śniadanie algorytm nic nie dał porządnego do zjedzenia, ale na podwieczorek
– z okazji imienin Agaty (najlepszego, Agato!) – i owszem: