Morza, oceany, zatoki / Meere, Ozeane, Buchten

Wpisy po polsku
Morza, oceany, zatoki / Meere, Ozeane, Buchten

Magda, polska blogerka z Nowego Jorku (to ona), autorka bloga Little Town Shoes, zaprowadzi nas do nowo otwartej części miasta. Gdy byłam tam, na zaproszenie, Iwonki (Iwona Schweizer), w październiku ubiegłego roku, widziałyśmy te gmachy w budowie. Tydzień temu część nowej dzielnicy została oddana do użytku, a Iwonka przysłała mi linka. Dziękuję!
Kilka dni temu miało miejsce oficjalne otwarcie jednego z najbardziej oczekiwanych a zarazem najbardziej kontrowersyjnych nowojorskich projektów – Hudson Yards. To największa inwestycja w historii Stanów Zjednoczonych, miasto w mieście, las szklanych wieżowców, który pewnego dnia będzie gościć ponad 50 000 nowojorczyków.
Manhattan to niewielka wyspa, więc w mieście, gdzie marzenia i ambicje są nieograniczone, grunt pod budowę (o ironio) jest dużym ograniczeniem. Hudson Yards ma być swego rodzaju odpowiedzią na rosnący popyt na mieszkania.
Inwestycja ma być też atrakcją turystyczną – będzie tu najwyżej położony taras widokowy w Stanach, nowa sala koncertowa, restauracje i hotele.
Dlaczego jest tyle hałasu wokół tego projektu?
Hudson Yards to największa prywatna inwestycja w historii USA. Ostatnim takim wydarzeniem była budowa Rockefeller Center w Nowym Jorku (ponad 80 lat temu). Po zakończeniu budowy Hudson Yards ma przyczynić się do wzrostu PKB miasta o 19 miliardów dolarów.
Sam projekt Hudson Yards jest też postrzegany jako najnowocześniejszy model miast przyszłości tak zwanych inteligentnych miast, tj. takich, które wykorzystują dane do monitorowania i zarządzania obszarami miejskimi.
Cała budowa ma być zakończona dopiero w 2025 roku, ale w tym roku wiele atrakcji turystycznych będzie już otwartych.
Ile to kosztowało?
Koszty budowy oszacowano na ponad 20 miliardów dolarów. Według the New York Times inwestycja otrzymała ulgi podatkowe w wysokości 6 miliardów dolarów.
Kto jest inwestorem w Hudson Yards?
Wśród licznych inwestorów projektu jest Time Warner Center, Equinox oraz Oxford Properties Group.
Co jest już otwarte?
Chociaż 15 marca 2019 roku uznano za wielkie otwarcie inwestycji, to faktycznie teraz otwarte są tylko wybrane galerie handlowe i restauracje (w tym prowadzone przez znanych szefów kuchni, takich jak David Chang i Thomas Keller).
W marcu otwarto też dość niezwykły punkt widokowy – “The Vessel” (ang. pojazd, naczynie) – to konstrukcja składająca się z 154 tarasów o wysokości 46 metrów.
Punkt widokowy roboczo nazwano “The Vessel” ma być nowojorską Wieżą Eiffla. Sami nowojorczycy bardzo sceptycznie podchodzą do tego porównania, the New York Times stwierdził że konstrukcja bardziej przypomina wielki kosz na śmieci.
Budowla gwarantuje niesamowity widok na nową dzielnicę. Wstęp wolny, choć trzeba wcześniej zarezerwować bilet.
Od kwietnia będzie też otwarta nowa sala koncertowa Shed.
A pod koniec tego roku zostanie otwarty też The Edge — trzeci najwyższy budynek w Wielkim Jabłku. Na setnym piętrze tego gmachu znajdzie się wysunięty taras widokowy ze szklaną podłogą. Będzie to piąty najwyżej położony taras widokowy na świecie.
Jak zarezerwować bilet na Vessel?
Bilety można rezerwować z 2 tygodniowym wyprzedzeniem i na dzień wizyty na tej stronie (mamy dwie opcje rezerwacji – na dzień dokładnie za 14 dni i na ten sam dzień). Rezerwacja jest otwierana codziennie o 8 rano. Można rezerwować bilety na dowolną godzinę.


Jak dojechać do Hudson Yards?
Hudson Yards zajmuje powierzchnię 28-hektarów w zachodniej części Manhattanu pomiędzy 34 i 30 ulicą oraz Dziesiątej Aleją na wschodzie i autostradą West Side na zachodzie.
Możne zaplanować zwiedzanie kompleksu i połączyć ze spacerem po High Line (tu przeczytasz więcej o tym najmodniejszym nowojorskim parku). Do osiedla można też dojechać metrem 7 i wysiąść na ostatnim przystanku na Manhattanie (34th str).
W przyszłości będzie tam też lądowisko dla helikopterów. 😉
Jakie są pierwsze wrażenia?
Vessel robi wrażenie. Wprawdzie nie nazwałabym tego punktem widokowym ponieważ nie ma jakiegoś ładnego widoku ani na miasto ani na rzekę Hudson. Natomiast sama konstrukcja jest bardzo ciekawa, bardzo instagramowa i pewnie będzie się cieszyła dużą popularnością.
Byłam zobaczyć też galerię handlową i jestem trochę rozczarowana. Taka zwykła galeria, naprawdę Arkadia czy galeria Mokotów w Warszawie są równie nowoczesne. Nie do końca potwierdza zapowiedzi inwestorów o “najnowocześniejszym mieście”.
Hudson Yards według mnie nie pasuje do Nowego Jorku. Takie osiedle mogłaby się znaleźć w Dubaju albo każdym innym miejscu na świecie.
Zobaczymy, co będzie dalej, ale zdecydowanie ta część miasta wygląda inaczej.



I wcale nie Żeromski. Szkoda, że już tego nie czytamy. Taka piękna wartka proza, gdzie polszczyzna oryginalna ale nieskażona, każde zdanie, każde słowo prawidłowo użyte…
A to zaledwie kilkadziesiąt lat temu. Książka z 1971 roku, znaleziona na półce, opatrzona w poprzek pierwszej strony wielkim, ukośnym podpisem autora.
Andrzej Stojowski
Chłopiec na kucu
Rozdział V
Czy chłopiec wiedział, że w krajobrazie szuka się siebie, własnego odbicia w tej przestrzeni, która cię stworzyła i którą wspłtworzysz, na ziemi, z której powstałeś, na której żyjesz, aby powrócić do niej kiedyś, z nią się złączyć, rozpoczynając nowy cykl, nową formę życia?
Znał cztery pory roku:
zima przychodziła od pól, a kończyła się w górach: topniały śniegi podmywane od spodu do lodowego szkliwa, spływały tysiącznymi strużkami siąpiącymi, ciurkającymi aż po rozlewiska kałuż, rozmiękłych glin, tłustych iłów, skąd woda rowami, drenami odciągana do Baduni płynęła rwącym nurtem ku rzece, ku Wiśle. Wilgotny wiatr od przestrzeni błotnych, od stawów nawisał chmurami, pod którymi marzło się dopiero teraz, nie od mrozu, a od tej wody, co była wszędy, w krajobrazie nasiąkłym, gdzie koła, kopyta, stopy zagłębiają się w mazistą ziemię zasysającą z ćkaniem stąpania – i obroty. Cały człowieczy daremny trud, zwierzęca mordęga podpierania, naciągania, wleczenia, wpierania się w szleje i chomąta, chwytania za podwózki, rwania postronków w daremnej walce z tą rozległą przedwiosenną grzęzią, nad którą tylko drzewa wznoszą konary skręcone, stargane ku tej bezkresnej szarości mżystej, niezmierzonej, niezgłębionej nawet przez ptaki skulone teraz na gałęzi pod nastroszonymi skrzydłami, nad ziemią jeszcze nieprzychylną, nieuległą, nieprzebytą i nieprzebraną aż po pierwsze rozbłyski słońca.
I w słońcu bladym, chłodnym ten wiatr marszczący powierzchnię wód stojących w zagłębieniach. Te ostatnie zwały, potem już tylko spłachcie brudnego śniegu w cienistych rozpadlinach, w dolinkach nad strugami, potem już pierwsza ruń na roli i zeszłoroczna darń zszarzała i odmokła, a w niej pierwsze zielenienie. I koniuszki jaskrawej zieleni łapek świerkowych na drzewach prawie czarnych i błękitnienie mgieł, i ziemia coraz inna – od czarnych topieli błotnych aż po brązowienie się pól uprawnych, i pierwsi ludzie na polach, baczni, spozierający, już myślący, już czuwający nad ziemią, już czekający pory, by wziąć ją we władanie, napocząć skibami wczesnej podorywki.
I ptaki już na niebie.
A gdy nadeszła wiosna, ciepła i pogodna, ziemia, szarobura, obsypana mąką kurzu, pyłu białego, była jak placek żytni prosto z pieca i trwało to chwilę, skórka twardniała, ale ziemia uginała się jeszcze pod stopą i naraz pękała: na pylnej powierzchni biegły te pęknięcia jak linie na dłoni, ciemniejsze od gleby, a dłoń była biała i trzymała człowieka we władaniu swoim, nadchodziły upały i tonęło się w miałkim pyle – aż deszcz i znowu grzęzawisko.
Joanna Trümner
Spacer
„Gdzie tu właściwie stał mur?“, zastanawiam się. W głowie pojawiają mi się obrazy opuszczonych dworców kolejki, dworce-widma linii 8 ze kroczącymi po peronach żołnierzami z bronią w ręku, tak jakby mijające ich pociągi w drodze do zachodnich sektorów miasta były realnym zagrożeniem życia: Alexanderplatz, Jannowitzbrücke, Weinmeisterstraße. „Strażnicy pokoju” chodzili po peronach w milczeniu, zawsze dwójkami, „pewnie jeden drugiego pilnuje”, myślałam mijając ciemne stacje, zastanawiając się równocześnie, co by się stało, gdyby pociąg nagle się zepsuł i pasażerowie zmuszeni byli do opuszczenia wagonu. Moje azylanckie papiery nie były najlepszą rekomendacją po złej stronie muru…
Pod mostem S-Bahnu na Wollankstraße odkrywam na chodniku napis „Berliński Mur, 1961-1989“. Trochę czasu zajmuje mi zorientowanie się, która część ulicy była częścią wschodnią, nigdy nie mogłam polegać na moim zmyśle orientacji. We wschodniej części Wollankstraße kamienice są świeżo odnowione, niektóre z nich wyglądają jak domy patrycjuszy. Idę w kierunku zachodnim, czyli w kierunku dzielnicy Wedding. Mijam kolejne przecznice, próbując odnaleźć ulicę, która była pierwszym z moich szestnastu adresów w Berlinie. Maleńkie, jednopokojowe mieszkanie z toaletą na półpiętrze, które zaprzeczało moim wyobrażeniom o standardzie życia na Zachodzie. Krótki postój w mieszkaniu koleżanki, nieporozumienie i koniec czteroletniej przyjaźni. Pierwsze wielkie rozczarowanie w nowym mieście. „Jak dobrze, że musiałam się wtedy zajmować tysiącem innych spraw”, myślę.
Poddaję się, nie jestem w stanie rozpoznać ani ulicy, ani domu, w którym mieszkałam. Im głębiej zapuszczam się w Wedding, tym mocniej dociera do mnie, że ta kiedyś robotnicza część miasta przemieniła się z biegiem lat w dzielnicę dla ludzi bez pracy i obcokrajowców. Dzielnicę, w której nikt z oburzeniem i niesmakiem nie patrzy na bezdomnych, oblegających w to piękne, wiosenne popołudnie wolne ławki i murki. Zastanawia mnie zaskakująco duża ilość sklepów „Spätkauf” – kiosków z piwem i papierosami – od dawna odnoszę wrażenie, że te usługi wyrastają jak grzyby po deszczu wyłącznie w dzielnicach, których mieszkańcy mogliby dokonać zakupów o każdej porze dnia.
Wracam do wschodniej części ulicy. Dociera do mnie wymiar globalizacji, totalnej globalizacji, której świadkami są zarówno Wschód jak i Zachód. „Usuwanie owłosiena metodą brazylijską”, „Paznokcie z Chicago”, o kilka domów dalej „Paznokcie z Tajlandii”, „Kebab z Ankary” i szczęśliwy Budda machający mi na powitanie ręką z okna indyjskiej restauracji mogliby znaleźć się w każdym mieście świata.

Spaziergang
„Wo stand hier eigentlich die Mauer?“, überlege ich und suche nach der unsichtbaren Grenze. Auf einmal tauchen in meinem Kopf längst vergessene Bilder von verlassenen Bahnhöfen, Geisterbahnhöfen der U-Bahn Linie 8 und bewaffneten Soldaten auf den Bahnsteigen… Alexanderplatz, Jannowitzbrücke, Weinmeisterstraße – Angst, mulmiges Gefühl und die Frage: „Was wäre, wenn der Zug auf einmal halten würde? Eine Panne, ein Notfall?…“ „Nichts wie weg hier, weit weg…“
Kurz vor der S-Bahnbrücke in der Wollankstraße finde ich endlich einen Gedenkstein, der die nicht länger sichtbare Grenze erwähnt: „Berliner Mauer, 1961-1989“. Daten, die jeder in meiner Generation auswendig kennt. Daten, die für die Generation meiner Kinder kaum Bedeutung haben. Für sie gibt es keine geldgierigen und arroganten „Wessis“ und keine unproduktiven „Jammerossis“, die ihr Leben nicht im Griff haben. Unsere Generation vererbte die jahrzehntelang aufgebauten und gepflegten Vorurteile nicht weiter.
Ich mache mich auf den Weg Richtung Wedding, Richtung Westen. Schon wieder… Von dem „goldenen Westen“ blättert das Gold mächtig ab. „Gewinner des berliner Fassadenwettbewerbs“ sind eher im Ostteil der Straße, in Pankow, zu finden. Bis auf ein wunderschönes Backsteinhaus mit weißen Ornamenten in der Wollankstraße 96. Und die „Raucherkneipe mit Pfiff“, die allen Nicht-Rauchern zum Trotz im leuchtenden hellblau fröhlich strahlt.
Ost- und Westteil der Wollankstraße vereinigt inzwischen eine totale, unaufhaltsame Globalisierung, „Haarentfernung brasilianische Art“, „Chicago Nails“ und der lachende Buddha im Schaufenster eines indischen Restaurants könnten ihre Dienstleistungen überall auf der Welt anbieten.
Das Bild / pocztówka: Blick vom S-Bahnhof Wollankstraße (West) Richtung Wollank- und Brehmestraße (Ost) 1988 / Widok ze stacji kolejki Wollankstrasse (Berlin Zachodni) w kierunku Wollankstrasse i Brehmestrasse w Berlinie Wschodnim, 1988
Tibor Jagielski

freitag, der fünfzehnte war in b. sonnig und warm, liebe freundin
noch vor dem sonnenaufgang fuhr ich mit dem fahrrad los, halbe stunde früher als normal,
weil die bvg streikte und ich sollte diesmal ohne tram und untergrundbahn auskommen;
kurz vor der s-bahnstation eichborndamm musste ich plötzlich bremsen und absteigen,
da ein pulk aufgebrachter und sichtlich verwirrter nahverkehrbenutzer, falschlicherweise, hinter mir (in bester laune) ein linienbus zu erblicken
vermochte; na, jedenfalls, es war hart, und ich habe alle meine synapsen, dendriten und alle muskeln angestrengt um die collision zu
vermeiden, uff, das war knapp!
und trotzdem, ich habe mich verspätet, 20 minuten, ja, und das wurde aufgenommen und wohl registriert, da wir nicht in schwabenland sonder in preussenhand wohnen
– stimmt? – frage ich erna
sie miaut zurück.
– …und liebe grüsse an freundin –
– ja, schreibe ich auf!
Erik Satie, Gymnopédie No. 1
errata (3)
ordnundsamt diesmal abgewimmelt
(stehen im parkverbot, habe auf karneval gemacht,
wie das klappte wird mir für ewigkeit ein rätsel bleiben);
am ende der schicht den schlüssel von der letzten tour einfach mitgenommen
doch, dem himmel sei dank, lief der chef hinter mir her als ich richtung s-bahn schlenderte
– herr j.- rief er – der schlüssel von frau d.!!! –
o jeses! den fand ich in meiner linken tasche
peinlich erleichtert fuhr ich nach hause
————————————————————
gewitter kam und hat mich gewaschen
ich blickte gen himmel
und sah den reiher gegen den wind tanzen
und springen mit großer geschwindigkeit
und erst dann merkte ich was ich vergessen habe
mich selbst

Pani Bożenka, pani Hanka i augurowie


Bożenka / Pani Hanka
Tak proszę Państwa, po raz drugi Barataria, “od zawsze” czyli od dwóch lat zajmująca poniedziałki, ustępuje wpisowi, który musi się ukazać właśnie dziś. I naprawdę właśnie dziś, bo tylko jeszcze dziś, jutro i w środę możecie obejrzeć wystawę, o której pisze Ela…
Ela Kargol
Jeszcze przez kilka dni będzie można obejrzeć w Berlinie w ratuszu Kreuzberg wystawę Foto-Spotkanie, wystawę, która połączyła dwa rodzaje fotografii: cyfrową barwną Lupo Finta i moją analogową, czarno-białą.
Zdjęcia analogowe powstały w latach 80 ubiegłego wieku w Polsce i przedstawiają głównie członków rodziny lub moich dobrych znajomych (jest jeden wyjątek, ale rozpoznacie go sami).
Wszyscy oni (z jednym wyjątkiem) patrzą z ufnością w kamerę lub ją zupełnie ignorują. Sceny nie są ustawiane, pokazują wiejskie życie w Małopolsce i Wielkopolsce. Znam historie moich bohaterów na długo przed i po uwolnieniu migawki.
Irzyk, który na fotografii klepie kosę dawno już nie chodzi z końmi do Doliny Pięciu Stawów, a dziewczynka przycupnięta koło pieca to przyszła mistrzyni Polski w gigancie
i wicemistrzyni w slalomie.
O kilku z nich opowiem:
Małopolska, Lachowice, Beskidy
Dziadek Piotr pod koniec swojego życia miał już trudności z chodzeniem. Podczas ciepłych pór roku przesiadywał na ławce przed domem. Jednak to miejsce, a szczególnie widok stamtąd był ograniczony. Stodoła odcinała spojrzenie w dal. Kilka razy na dzień podejmował ten nieludzki już dla niego trud podejścia trochę dalej, gdzie mógł spojrzeć może nie poza widnokrąg, ale na swoje pola i dziedziny, na drogę, las, rzekę. Po chwili zapatrzenia szczęśliwy wracał na swoją ławkę.

Józka od Pudy grabiła skoszoną trawę. Na tym polu, jak sięgnę pamięcią zawsze rosła trawa. W zależności od pogody i umiejętności przerzucania jej lub przegrabiania, trawa po kilku dniach stawała się sianiem. Potem układało się ją na ostwiach. Ponieważ wujek Kazek miał lepsze grabie, były większe i miały więcej zębów, Józka często od niego je pożyczała, a może przychodziła tylko pogadać.
Pole od dawna nieuprawiane i niekoszone jest wystawione od kilku lat na sprzedaż.

Okno, przez które spoglądają dziewczynki, mieściło się w domu, w którym urodził się mój ojciec. Dom drewniany, zbudowany bez użycia gwoździa prawie 200 lat temu, niestety nie zaistniał w żadnym spisie zabytków, a obecny właściciel zniszczył to, co stare i piękne. Drewniane bele zastąpił pustakami, okna wstawił plastikowe, nawet ponad stuletni eternit zastąpił blachą.
Dziewczęta spoglądają do kuchni, wtedy jeszcze z piecem i polepą czyli podłogą z gliny.
W tej kuchni babcia gnieździła się z całą rodziną, urodziła jedenaścioro dzieci.
Ojciec pisał we wspomnieniach:
„Drewniany budynek, w którym ujrzałem światło dzienne 6 października 1929 roku miał już wtedy 103 lata. Na tragarzu drewnianym podtrzymującym pułap widnieje napis 1826. Wydaje mi się, że należy do jednych z najstarszych domów we wsi Lachowice powiat Sucha Beskidzka, i gdyby nie fakt, że w 1914 została nałożona nowa konstrukcja dachu i miejsce oryginalnych góralskich gontów zajął eternit, okaz ten znalazłby się pod ochroną zabytków muzealnych. Kontrast między współczesną techniką a oryginałem sprzed powstania listopadowego pogłębił się jeszcze więcej, gdy w 1960 roku zabłysło w nim światło elektryczne.
Pomieszczenie jakie zajmowała nasza rodzina składało się z jednej kuchni o powierzchni 8 metrów kwadratowych, która zarazem była pokojem i sypialnią. Dzisiaj mówi się o trudnościach mieszkaniowych, ale wątpię czy takie warunki mieszkaniowe jakie zajmowała nasza rodzina można spotkać w obecnej chwili”.
Wielkopolska, Sośnica koło Jarocina

Ciocia Bronia, najukochańsza ciocia, pracowita jak mrówka, skora do żartów jak wszyscy w Sośnicy. Często pamiętam jej złożone ku niebu ręce. Nie wiem, czy dziękowała, czy przepraszała w danym momencie Pana Boga. Była prawą ręką proboszcza. Rano zdążyła posprzątać w kościele, oporządzić gospodarstwo i ukręcić masło. To urządzenie, na którym siedzi, to maselnica korbowa.

Prawdopodobnie była sobota. W niedzielę zawsze był rosół. Że akurat na nią padło, no cóż pech. Kiedyś myślałam, że ten, który przeżył i zdumiony patrzy na pieniek, siekierę i głowę i może opłakuje swoją najdroższą, to kogut. Teraz mam wątpliwości, całkiem możliwe, że to kura i jej ból siostrzeński jest o wiele większy. Ból i strach, bo następnym razem może ona będzie przeznaczona na pieniek i rosół. Kogut, dopóki jest jeden, nie ma się czego obawiać.

Salcia i Baran (Salomea to imię, Baran nazwisko)
Cała rodzina ze strony mojej mamy ciężko pracowała na roli i w gospodarstwie, ale potrafiła w tę pracę, a zwłaszcza w momenty po pracy, wnieść tyle radości, żartu, uciechy, wygłupów, że aż tęsknię do tych chwil. Baran był sąsiadem, lubił wypić, bardzo zdolny, rzeźbił, malował, nie tylko ściany. Śpiewać też umiał i grać na gitarze. Nie przeszkadzało mu, że gitara miała cztery struny, w tym jedną ze sznurka. Salcia śpiewała albo „Koło mego ogródeczka”, albo stare niemieckie piosenki. Nauczyła się ich, pracując podczas wojny
„u Helmutów”.

Pojechaliśmy rowerami z wujkiem Idkiem na otwarcie sklepu, małego “z kolonialką”, jak mówił Idek. Sklep był już jakiś czas otwarty, ale właściciel, kolega Idka, wyznając zasadę „Zastaw się, a postaw się” i wywieszając kartkę ZAMKNIĘTE, zrobił dla nas otwarcie specjalne. Wypiliśmy chyba wszystko procentowe, co miał „na sklepie.” Podobno po miesiącu zbankrutował.
Tatry, Schronisko w Dolinie Roztoki i na Ornaku

Irzyk klepie kosę. Właśnie wrócił ze Stawów, rozprzągł konie, puścił luzem. W zasadzie to nie wiem, po co ją klepie. Przed schroniskiem trawy się nie kosiło, może lubi. Jutro znowu konie wywiozą towar pod kolejkę do schroniska w Stawach (Dolina Pięciu Stawów Polskich). Jak kolejka nawali, to Irzyk uwiąże konie i towar będzie wnosił na plecach. Wieczorem napali w „hajcu” i punktualnie na dobranockę zjawi się w „jadalence”. Uwielbiał kreskówki.

Tadzia poznałam w Roztoce. Chodził po schroniskach i zbierał po ceprach puste „flaszeczki”. Niektórzy go przepędzali, ale w Roztoce zawsze dostał ciepłą strawę i nocleg. Tadziu był sprawny inaczej, trochę żył w swoim świecie, ale doskonale radził sobie poza swoim światem. Do renty dorabiał jak mógł i gdzie tylko mógł. Zbierał grzyby, borówki, jeżyny, makulaturę i wspomniane już flaszeczki. Afera zrobiła się wtedy, gdy pokazał jakiemuś dziennikarzowi dokumentację swoich zbiorów, a zapisywał skrupulatnie, tak jak umiał w 16-kartkowych zeszytach w kratkę, ile flasazek zebrał i z jakiego schroniska. Artykuł podobno się ukazał, no i wiadomo było, gdzie piją najwięcej.

Przyjeżdżał w Tatry z rodzicami, Nie pamiętam jego imienia, małomówny. Siadał przed schroniskiem w charakterystycznej dla wszystkich chłopców w jego wieku pozie. Nie posiadając smartfona nudził się kreatywnie. Miał nożyk i patyk.

Agnieszka dzieciństwo spędziła w schronisku, najczęściej w kuchni wśrod kucharek. Zanim zaczęła chodzić, jeżdziła już na nartach w nosidełku z mamą lub tatą. W 2006 roku została mistrzynią Polski w gigancie i wicemistrzynią w slalomie. W 2010 roku wystartowała na zimowej olimpiadzie w Vancouver.
Niektóre z portretowanych osób już dawno odeszły, niektórzy podrośli i wiodą inne życie, część sprzętów wyrzucono na śmietnik. Ze starego domu ojca uratowaliśmy kilka kawałków drewna, z domu matki kilka kamieni. Oprócz wspomnień i kilkudziesięciu zdjęcio-historii cieszy mnie to, że na posklejanej i na nowo pozbijanej ławce dziadka Piotra usiadł jego praprawnuk, a kosy używa nadal często kuzyn Jarek ze Sośnicy, choć ma w pełni zmechanizowane gospodarstwo.


Ewa Maria Slaska
Es war Donnerstag, kein Feiertag, keine Ferien, aber die Strassen sind leer. Die Sonne scheint und ich beobachte, wie sich Berlin so gibt.
Był czwartek, normalny dzień roboczy, ale ulice dziwnie puste.
Idę sobie wolnym krokiem i patrzę na Berlin.
We dwoje / Zweisamkeit


Najpierw poczytali, a potem wypili po drinku? Pani z panem? / Zuerst haben die beiden gelesen, und dann einen Drink genossen, oder umgekehrt? Sieht nach Frau und Mann, oder?

Koty / Katzen

Ich katze dich


Słoiki czyli Gläser


Imponderabilia


Policja / Polizei

Brawo Bogusław Fleck i cała ekipa UTP czyli Uniwersytetu Trzech Pokoleń!
Szanowni Państwo, drodzy Przyjaciele,
zapraszamy na kolejny wykład UTP, 15 marca 2019, godz. 18.00, w sali 2094, Uniwersytet Humboldtów, Unter den Linden 6.
Wykład wygłosi Jerzy Owsiak, obserwator rzeczy ulotnych i dziwnych. Witrażysta, dziennikarz radiowy i telewizyjny, podróżnik.
Założyciel i prezes Fundacji Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy, pomysłodawca
i organizator corocznego Finału WOŚP oraz Przystanku Woodstock
– od zeszłego roku pod nazwą Pol’and’Rock.
Temat wystąpienia: Jerzy Owsiak powie na przykładzie Orkiestry jak łączyć, a nie dzielić. Jak być razem, jak tworzyć wspólnie piękne rzeczy z wielkim efektem w postaci zbiórki,
która na przestrzeni ostatnich 27 lat zasiliła polską medycynę kwotą ponad miliarda złotych!
To zasługa wielu osób, także Polaków mieszkających za granicą, zwanych przez Jurka podróżnikami i ambasadorami Polski.
Moderacja: prof. UAM dr hab. Brygida Helbig-Mischewski
Z uwagi na dużą ilość zainteresowanych prosimy zgłaszać swoje przybycie na adres: utp@utp.berlin
W pierwszej kolejności będą wchodziły osoby z listy.
Prosimy o dużo wcześniejsze przybycie!
Po wykładzie ok. godz. 19.30
w ramch Galerii UTP swoje prace fotograficzne przedstawi Camilla Lobo
Wprowadzenie: dr Piotr Olszówka
Po wykładzie będzie okazja do rozmów przy lampce wina i preclach.
Życzymy dużo przyjemności.
Rada Programowa UTP

I dodatkowe informacje, jakie otrzymałam 5 marca:
Szanowni Państwo, z uwagi na szczególną sytuację, ogromne zainteresowanie spotkaniem z Panem Jerzym Owsiakiem przesyłam następujące informacje osobom zainteresowanym:
– spotkanie odbędzie się w większej sali 3035, 2 piętro. Droga będzie oznaczona.
– wszyscy, którzy zgłosili swoją obecność i nie dostali ode mnie żadnej wiadomości są wpisani na listę, czyli bez problemu wejdą na salę
– te osoby, którym odpisałem, że nie ma miejsc wpisałem na listę rezerwową. Są to zgłoszenia wysłane do 2 marca (proszę sprawdzić datę wysłania maila). Mimo, że mamy do dyspozycji dużo większą salę wiem, że wszyscy się nie zmieszczą. Największą szanse mają ci, którzy przyjdą wcześniej.
– Wernisaż i spotkanie powykładowe odbędzie się tam gdzie zawsze, obok sali 2094
Wszystkich bardzo proszę o dużo wcześniejsze przybycie.
Dziękujemy za wyrozumiałość.
Serdecznie pozdrawiam
Bogusław Flec
I po imprezie. Ela Kargol:
Jurek Owsiak,
Mały wielki człowiek,
Człowiek w biało-czerwonych okularach,
Człowiek z motylem i dużym sercem,
Człowiek, który przegadał pana Olszówkę,
Człowiek, który założył Towarzystwo Przyjaciół Chińskich Ręczników,
Człowiek, który zna piosenki Demisa Roussosa po niemiecku,
Człowiek od rzeczy ulotnych i dziwnych,
Człowiek, z którym każdy chciał mieć dzisiaj zdjęcie,
Człowiek, z którym każdy ma dzisiaj zdjęcie,
Człowiek, który podpisał moją torbę,
Człowiek w Berlinie, na Uniwersytetcie Humboldtów,
Czlowiek, który chce i może,
Czlowiek, który, gdy upadnie zaraz się podnosi,
Człowiek, dla którego nie ma rzeczy niemożliwych,
Człowiek, który gra do końca świata i o jeden dzień dłużej,
Człowiek orkiestra,
Dziękuję.

Anna Dobrzyńska

O Rafci, która się stała staruszką
Teraz – jakoś tak ciszej do domu przychodzisz,
Właściwie pojawiasz się niespodziewanie,
Bardzo się cieszę gdy stajesz tuż za mną,
Po prostu patrzę co jest na ścianie.
Wieczorem na dworze jest jakoś zbyt szaro,
I to co jest blisko, to jakby jest dalej,
A to co po prawej, jakby po lewej,
…Jednak już wolę w domu się znaleźć.
Niespodziewanie na mojej drodze – pojawia się
miska, co stała pod ścianą,
Chyba złośliwie mi wpada pod nogi,
Chyba się prosi by być zdeptaną.
Ale jak na dwór wybiegnę ochoczo!
Niech wiedzą, że rządzę i szczekam złowrogo!
Czemu mnie karcisz? Czemu uciszasz?
Mówisz, że nie ma tutaj nikogo?
A czasem, to co powinno na dworze się zdarzać,
Tak jakoś się dzieje, że zdarza się w domu,
Tak bardzo mi głupio wtedy i przykro,
Proszę cię tylko – nie mów nikomu.