Barataria 90 Niezależna Republika Gemmy

Już dawno obiecałam Czytelniczce i Czytelnikowi, że jeszcze raz napiszę o książce Antonia Skarmety Wesele poety. Tym razem temat absolutnie baratarystyczny: marzenie o idealnym państwie na wyspie. 

Tekstu nie ma w sieci, nie mam pod ręką skannera, program OCR lekceważy moje zdjęcia. Przez dwa chłodne i słoneczne jesienne poranki w Ramsey koło Nowego Yorku przepisywałam dla Was, Czytelniczko i Czytelniku, ten tekst ręcznie na angielskiej klawiaturze, na której Y i y zamieniły się miejscmi z Z i z, a a,e,s,c i tak dalej w ogóle nie było, wstawiłam je zatem w kolejny poranek, korzystając z pomocy programu spolszcz.pl.

I

Był kiedyś czas obfitości na pewnej maleńkiej wyspie u brzegów Malicji, Winogrona pęczniały w słońcu, krągłe i połyskliwe niczym kocielne dzwony, deszczu oczekiwano jak wizyty krewniaka, którego witamy z radością i żegnamy z ulgą, a panny łagodnie lecz stanowczo wzbraniały swych względów ognistym zalotnikom, dopóki nie połączyły się z nimi świętym węzłem małżeńskim. Najpiękniejszą ze wszystkich była Marta Matarasso i powszechnie czyniono zakłady, komu odda rękę, gdy ukończy siedemnaście wiosen. Żyją jeszcze w owym odległym zakątku wnuki tych, którzy stawali o nią w szranki: tancerzy w lakierkach, rybaków o miedzianej skórze, studentów bardziej jurnych niż pilnych, wystrojonych w surduty urzędników o cudacznych wąsiskach i niezliczonej rzeszy wielbicieli nieokreślonego autoramentu.

Wprawdzie już poczciwy Kartezjusz obwieścił światu, iz zdrowy rozsądek to rzecz ze wszystkich na świecie najlepiej rozdzielona, jednak owa odległa wysepka stanowiła wyjątek od reguły. Wiosenne fluidy były tu tak silne, że mężczyźni doznawali ukojenia dopiero z nadejściem lata, kiedy statki przywoziły na sąsiednie plaże wyblakłe Angielki i mączyste Szwedki, które litościwie udzielały wieśniakom tego, czego miejscowe dziewczęta tak zazdrośnie strzegły, dziergając szydełkiem koronkowe serwetki w oczekiwaniu na chwilę, gdy “czerwona perła cnoty” uwieńczy triumfalnie noc poślubną. jak to lirycznie ujmuje weselna przyśpiewka, którą jeszcze i dziś można usłyszeć.

Chociaż nikomu nie brakło niczego, wszyscy mieli mało, chcąc zatem podbijać kobiece serca, wyspiarze dysponowali jedynie kapitałem własnej inwencji. Wiele się jednak zmieilo, gdy w miasteczku otwarto dom handlowy “Europa”, wzorowany na wielkich magazynach jak “Harrod’s”, “Gath and Chavez”, “Temperley” i “Thompson”. Zważywszy, że jedyne oszczędności mieszkańców wyspy stanowiły pryszcze na tyłku i łupież we włosach, klientela składała się głównie z roztragnionych mężów Szwedek i Angielek, którzy kupując tu “szkocką”, hawańskie cygara, szampana i koszulę z włoskiej popeliny, nie musieli płacić cła.

Tak więc korzyści z handlu czerpał tylko właściciel sklepu oraz władze centralne w odległej metropolii, co stało się zarzewiem buntu przeciwko imperium, inspirowanego przez miejscowych wywrotowców, którzy nabili sobie głowy separatystycznymi mrzonkami. Pod koniec XIX stulecia na wyspie działało kilka tajnych stowarzyszeń, liczących w czasach swej świetności nawet do tuzina bojowników. Przywódcą jednej z owych prężnych organizacji, José Coppeta, przyjęty został w rządowym pałacu, gdzie minister ziem i kolonizacji skwapliwie wręczył mu spisany na ozdobnym papierze dokument, zgodnie z którym przyznawał wyspie Gemmie autonomię oraz wszelkie swobody obywatelskie przysługujące wolnym narodom, w tym prawo do własnej falgi oraz używania lokalnego dialektu jako języka oficjalnego.

Naoczny świadek tej uroczystej sceny mówił potem, iż minister podszedł do wiszącej na ścianie gabinetu mapy, wykonanej w Paryżu, po czym zażądał, by Coppeta wskazał mu nowe państwo. Buntownik z dumą puknął palcem w mikroskopijną kropkę, oddaloną o jakieś dwa tysiące kilometrów od stolicy, na co dygnitarz miał wówczas powiedzieć: “Nie za blisko i nie za daleko” – zdanie sybillińskie i niejednoznaczne, skrywające jakieś niejasne intencje.

Następnie poprosił gościa o podanie dokładnych personaliów i podyktował sekretarzowi edykt, mocą którego mianował z owym dniem Coppete prezydentem rodzącego se państwa. Zapytany, jaką nazwę nosić będzie jego niepodległa ojczyzna, świeżo desugnowany prezydent bąknął nieśmiało , iż pozostanie przy dawnej nazwie, ale uzupełnionej o sformułowanie “Niezależna Republika”.

– Niezależna Republika Gemmy – powtórzył głośno minister, delektując się brzmieniem tych słów. – Nieźle.

Następnie zasugerował Coppecie, aby po upływie rozsądnego terminu pozwolił się wybrać w demokratycznych wyborach, jako że urzędy przyznawane w sposób arbitralny budzą wcześniej czy później niezrozumiały sprzeciw fanatyków demokracji, tej bandy rozwydrzonych ciemniaków, którzy mylą statystykę z inteligencją.

Nominat, uradowany niespodziewanie pomyślnym zakończeniem misji, docenił życzliwą radę i przyrzekłszy wziąć ją sobie do erca, złożył ministrowi wyrazy najgłębszej wdzięczności, płynące z “tellurycznych otchłani malicyjskiej ziemi”, po czym przepraszając za brak dyplomacji, oświadczył, iż musi się zaraz pożegnać, bo ucieknie mu statek, a chciałby jak najprędzej zanieść szczęsną nowinę swojemu ludowi. Dostojnik nie tylko wybaczył ekspodwładnemu zrozumiały pośpiech, ale nawet oddał mu do dyspozycji własny powóz, zapytawszy mimochodem, lecz z wielce obiecującą kurtuazją, jak też nazywa się ów statek. Coppeta wyjął bilet i odczytał na głos: “Charon”. Dygnitarz uśmiechnął się szeroko, prezentując nienaganne uzębienie, a następnie wyrzekł owe jakże enigmatyczne, lecz pamiętne słowa: “Bardzo ad hoc“.

Podczas niezobowiązującej, romatycznej pogawędki, jaką na pokładzie “Charona” odbył w blasku księżyca z Anną Dickmann, niemiecką turystka o roziskrzonych oczach, José Coppeta pochwalił się dokumentem proklamującym niepodległość ojczystej wyspy oraz własną nominacją.

Tymczasem nazajutrz rano, zaledwie kilka godzin po owej idyllicznej konferencji pod gwiazdami, kapitan “Charona” Piotre Heftanovic, ze skandalicznym brakiem taktu, wezwał na pokład wszystkich pasażerów i zademonstrował im głowę, odciętą, jak mniemał, ciosem tureckiej szabli. Niedbale złożywszy do kupy obie części nieboszczyka, zapytał zgromadzonych, czy znają tego człowieka i czy wiedzą, kto tak ostro się z nim rozprawił. Anna Dickmann, nie umiejąc ukryć przerażenia, wstrząśnięta nagłym i przedwczesnym wdowieństwem, że patrzą oto na śmiertelne szczątki prezydenta Niezależnej Republiki Gemmy. Nominację widziała na własne oczy, gdzie zatem podziały się owe dokumenty?

Admirał Piotre Heftanovic poprosił piękną damę, by zechciała podejść do bakburty i wskazując dwie papierowe łódeczki, nakłonił ją, żeby własnoręcznie puściła je na wodę.Kruche stateczki w kilka sekund zatonęły w odmętach morza, którego niezwykły błękit opiewał kiedyś Homer.

– Obawiam się, droga pani, że straciliśmy je bezpowrotnie. Jak zeznała potem Fraulein Dickmann, Heftanovic dorzucił wtedy kilka słów, których znaczenie pojęła tak dobrze, iż powyższe fakty zgodziła się ujawnić dziesięć lat później, już po śmierci admirała.

– Nie muszę chyba mówić, droga Fraulein – iż jej wielbiciele ponieśli by nieodżałowaną stratę, gdyby przez pani nedyskrecje ta śliczna główka odpadła od łabędziej szyi, niwecząc zachwycająca harmonię, opartą na nierozerwalnej jedności wszystkich części ciała.

Z twarzy Anny Dickmann znikł nagle ów miedziany odcień, jakiego jej cera nabrała w pierwszych dniach malicyjskiego lata, a bladą skórę w jednej chwili popstrzyły rude piegi, Poprzysięgłszy sobie w duchu trzymać się z daleka od całej sprawy, skwitowała powyższą wypowiedź jednym pragmatycznym germańskim słówkiem: Verstehe – rozumiem.

Incydent ów stał się dla buntowników pouczającym przykładem, gdy więc wybuchło kolejne powstanie, pertraktacji z metropolią podjął się niejaki José East, żydowski krawiec. któremu obca była wszelka chciwość i dlatego osiedlił się na Gemmie, gdzie przyjęto go z otwartymi ramionami jako wyznawcę anarchizmu i wielkiego erudytę. Od razu dołączył do grona zalotników, kręcących się wokół Marty Matarasso, którą miał nadzieję olśnić trzydziestostronicową broszurą na temat wywrotowych idei Starego Testamentu, publikowaną w odcinkach na łamach gazety “Republika”.

W głównym mieście portowym kontynentu przyjął go na audiencji ten sam minister ziem i kolonizacji, który zamiast nominacji wręczył mu czek in blanco oraz abonament do burdelu madame Gudizy. W murach owej świątyni East z miłosnym zapałem i nader gorliwie głosił rewolucyjne idee Pisma zachwyconym adeptkom, które urządziły mu pożegnanie godne maharadży, kiedy po miesiącu przekonały się, że czek nie był bez pokrycia.

Z wrodzoną swej rasie mądrością East przezornie powstrzymał się od powrotu na Gemmę, a towarzysze anarchiści zamieścili o nim w “Republice” artykuł zredukowany do wiele mówiącego nagłówka: “East wybrał West”.

Przekład Dorota Walasek-Elbanowska

Eli kwietnik jesienny i jabłka Tibora

Ela Kargol

1
Lawendzieją zagony
fioletem barwione,
jeszcze latem pachnące,
jeszcze słońca łaknące,
a już nić babiego lata
za sobą ciągnące.

2
Skąd się wzięła tak nagle
ta nawłoć wszędobylska?
Ozłociła pola, rowy i ugory
i urządza finisaż letniej roku pory.

3
Sloneczniki van Gogha rosną w moim ogrodzie.
Radowałby się Vincent,
gdyby je zobaczył
wziąłby pędzel do ręki,
usiadł przy sztaludze
i na płótnie zatrzymał
ostatnie lata tchnienie
i te słoneczniki ze starości zgarbione,
ku zachodowi slońca się chylące.
i te ostatnie
te za późno kwitnące,
które już nie zdążą,
ptakom ziarnem sypnąć
I te co już nie zakwitną,

4
Petunia jak unia,
ciągnie ku jesieni
i pnie się w prawą stronę.
Choć kwiaty jeszcze w rozkwicie,
liście już przysuszone.
Może na wiosnę,
zmieni zdanie,
i piąć się na prawo
w końcu przestanie.

5
Widzę dalie w oddali
za daliami daleko
też dalie,
Dal się w daliach przegląda,
z oddalenia ogląda
barwy, stroje,
nadobność i czar,
elegancję bez miar.
Jesień minie,
zima minie,
wiosna minie
i znów późnym latem zakwitną…..
georginie.

6
Dąbki zdębiały,
bo dęby takie wielkie,
i zamiast kwiatów żołędzie rozdają.
A dąbki kwiaty tylko mają,
zimna się nie boją,
cmentarze ozdobią,
w wazonie postoją
i podziwiać będą okazałość dęba,
którego korona
aż do nieba sięga.

7
Rdest Auberta
trelem wróbli wypełniony,
obserwowany przez gołębie w locie,
pod autostradą na Szczecin
z powodu ocieplenia klimatu
zakwitł drugi raz.
Był październik
i nie był to kwitnięcia rdestu czas.


Tibor Jagielski

voll der äpfel
der runden speicher der sonnenenergie
und keiner gleicht dem anderen
manche haben rotbäckchen
die in der hand lachen
bis es kitzelt  zwischen den fingern

ein tag
voll von stillen sonnentropfen
gesammelt ausgebreitet
wie gedichte eines buches
genannt
wink des himmels
………………………………………………………………….
mein schrebergarten ist jetzt auf winter bereit
apfelwein ist angesetzt

Reblog: jedno zdjęcie

Kontynuując tematykę święta zmarłych i naszej pamięci o tych, którzy odeszli…

Hanna Szurczak

Pamięci mojej praprababci, Justyny Stengert
i Jej córki, Wandy – kobietom,
którym wyzwolenie odebrało godność i życie

Historia jednego zdjęcia

Był 1 listopada 2017 roku. Jak co roku szłam odwiedzić groby bliskich, krewnych i znajomych, na cmentarzu legnickim. Tym razem do co roku większej liczby zniczy dodałam jeszcze jeden. Chociaż trudno w to uwierzyć, to ja – urodzona i mieszkająca w Legnicy ponad 50 lat – nie wiedziałam nic o murze okalającym cmentarz komunalny przy ulicy Wrocławskiej. Dopiero wywiad z Marcinem Makuchem, obecnym dyrektorem Muzeum Miedzi w Legnicy i założycielem Fundacji Liegnitz.pl uświadomił mi, z czego powstał. A powstał w latach 70 XX wieku z „niepotrzebnych” płyt nagrobnych dawnych mieszkańców Legnicy.

Liegnitz, bo taką nazwę nosiło nasze miasto do 1945 roku, było dużym i znaczącym miastem niemieckim. W 1933 roku miało 76 504 mieszkańców, a w kolejnych latach liczebność ta wzrastała. Szacuje się, że w chwili zakończenia wojny doszła do 85 000.

Idąc wspominać swoich zmarłych postanowiłam zapalić znicz tym zapomnianym przez historię, pozbawionym potomków, bezimiennym legniczanom i legniczankom. Ustawiłam znicz pod murem i jego światło przez kilka godzin przypominało o ich istnieniu. Zdjęcie umieściłam na profilu Ratując pamięć na Facebooku, skąd trafiło na profil Liegnitz.pl. Prawie natychmiast pojawił się pod nim komentarz: „To może być miejsce pochówku mojej prababci…” Serce zabiło mi mocniej, bo choć nazwisko komentującej brzmiało z polska, to tekst był angielski. Odezwałam się do niej i tak zaczęła się jedna z najpiękniejszych przygód w moim życiu.

Korespondencja mailowa, prowadzona moim niezdarnym angielskim, trwa nadal i przynosi wciąż nowe odkrycia. Pozwala na poznanie historii nie tylko rodziny, ale i miasta. Pani Barbara Siwik napisała książkę o historii swojej rodziny, która nierozerwalnie łączy się z historią Legnicy.

***

Barbara Siwik, urodzona w Liegnitz w 1939 roku, pochodzi z rodziny, której przeszłość dała się udokumentować o kilka wieków wstecz. W roku 1939 jednak jej rodzice, Gertruda i Franz Larisch, byli zwykłymi obywatelami swojego miasta. Zajmowali małe mieszkanie na ul. Gerichtstraße 35 (obecnej Żołnierzy II Armii Wojska Polskiego), gdzie mieli wieść spokojne życie. Wkrótce okazało się jednak, że spokojnie nie będzie – 1.09.1939 roku wybuchła wojna, która zmieniła wszystko. Chociaż Liegnitz leżało w granicach III Rzeszy, to i tutaj obowiązywały wojenne reguły. Najpierw z ulic miasta zniknęli młodzi mężczyźni, którzy pojawiali się w rodzinnych domach na krótko, ubrani w mundury. Potem zaczęli znikać dobrze znani sąsiedzi i oni już nie wracali. Tak jak Heinrich Goldmann…

Tylko wieczorem Trudl znajdowała czas, potrzebny do pisania codziennego listu do Franza.
O 10 wieczorem w końcu się położyła, ale przebudziła się o północy. Czy to zadzwonił dzwonek? Tak! Dzwonek się powtórzył – głośno, niecierpliwie.
Włączyła lampkę, włożyła pantofle, założyła podomkę i poszła przez ciemny salon. W korytarzu najpierw zapaliła światło, później otworzyła drzwi wejściowe. Przed nimi stało dwóch mężczyzn, ubranych z mundury SS.
“Żyd Heinrich Goldmann?” – zapytał jeden z nich ochryple.
“Tak, pan Goldmann tu mieszka”. Trudl wskazała na zasłonę za swoimi plecami. “Ale nie wiem, czy on…”
“Wracaj do pokoju i zamknij drzwi!” – Mężczyzna popchnął ją bezceremonialnie i odsunął zasłonę.
Drugi mężczyzna podążył za nim.
Trudl wróciła szybko do sypialni i przyłożyła ucho do okrytych tapetą drzwi do pokoju starego człowieka. Słyszała krzyki… z pewnością głos Goldmanna. Drugi głos wydawał ostre polecenia. Słychać było przewracające się przedmioty.
Czy mężczyźni szukali czegoś w pokoju starego człowieka? Czy miał coś skradzionego?
I Trudl nagle zrozumiała: SS-man powiedział “Żyd”! O Boże! Oni wezmą Goldmanna w środku nocy i gdzieś zabiorą! Co powinna o tym myśleć? Ludzie mówią o takich zdarzeniach tylko za zamkniętymi drzwiami. Ale jak ci dwaj weszli do środka? Od 10 wieczorem drzwi wejściowe są zamknięte. Ktoś ich wpuścił! Z pewnością nie Weigts! Starsi ludzie słabo słyszeli. Pomimo, że mężczyźni robili sporo hałasu na ulicy, nie obudziliby się. Schuster Pohl? Mało prawdopodobne. Rodzinna sypialnia wychodziła na podwórko. I nagle uderzyła ją myśl: to mógł być tylko Trieblich!
[…]
Kilka dni później Alfred poinformował córkę: “’Liegnitzer Tageblatt’ pisał dziś, że ostatni Żyd został usunięty z miasta. Co stało się z waszym Goldmannem? I wtedy Trudl opowiedziała…

Ojciec Barbary, wówczas Basi, włożył mundur Wehrmachtu. I w tym mundurze trafił na wschodni front. W domu pozostała Gertruda, jego młoda żona, z dwiema córeczkami: Basią urodzoną w 1939 i Moniką, urodzoną w 1941. Ostatni raz widzieli się podczas urlopu Franza, w 1942 roku. W styczniu 1943 roku przyszła wiadomość, że trafił do sowieckiej niewoli i kontakt się urwał. Los ojca pani Barbara poznała dopiero wiele lat po wojnie. Udało się ustalić, że zmarł z głodu i wycieńczenia w łagrze na Syberii.

Gdy stało się jasne, że losy wojny są przesądzone, że Niemcy ją przegrywają, nadzieją mieszkańców miasta były zapewnienia władz, że wojska radzieckie zatrzymają sie na granicy polsko-niemieckiej (mam na myśli granicę z roku 1939). Do ostatniej chwili podtrzymywano tę złudną wizję i nie pozwalano mieszkańcom na ewakuację. Aż przyszedł luty 1945 roku. Wojska sowieckie parły na Berlin i żadne stare granice ich nie powstrzymywały. Dopiero w przededniu wejścia Rosjan do miasta zarządzono ewakuację. Mieszkańcy Liegnitz mieli uciec do ówczesnego Sudetengau (obecnie Czechy). Zamierzali w ślad za wojskiem niemieckim przedostać się na linię frontu angielsko-amerykańskiego. Jednak nie zdążyli, bo w miejscowości Komotau (czeski Chomutov) doścignęła ich Armia Czerwona. Tam niemieckie kobiety dowiedziały się, co znaczy wojna… Kobiety w dobie wojny nigdy nie są bezpieczne. Przestają być godnymi szacunku i otoczonymi opieką siostrami, żonami, matkami i babkami. Stają się obiektami seksualnymi, które bierze się gwałtem, by ukarać naród, z którego się wywodzą. By pokazać, kto teraz dzierży władzę; by zabić w sobie człowieczeństwo i tak już nieistniejące od chwili, gdy odbieranie życia innym stało się codziennością. Wojna odczłowiecza, pozbawia hamulców, dopuszcza do głosu najbardziej prymitywne instynkty. A kobiety w tym morzu śmierci i gwałtu muszą przetrwać, by przetrwała nadzieja na odbudowę życia. I Gertruda przetrwała, a los sprowadził ją znowu do Liegnitz. Wróciła do domu pieszo, ze swoimi córeczkami i dwojgiem sąsiadów.

Do Liegnitz dotarli 20 maja w niedzielę Zielonych Świąt. Weszli od strony Goldbergerstraße (dzisiejsza ul. Złotoryjska). Mieli za sobą dwunastodniowy marsz na trasie ok. 300 km z dwójką dzieci, z których młodsze trzeba było przeważnie nieść.
Miasta, jakie zachowali jeszcze w pamięci, już nie było. Ring (Rynek) pokrywały sterty papierów tak gęsto, jakby to był śnieg zimą na rozległych brzegach Katzbach (Kaczawy). Wydawało się, że na placu rozsypano wszystkie dokumenty, jakie tylko były w ratuszu. Wiele budynków przy Frauenstraße (ul. Najświętszej Marii Panny) strawił pożar, wyglądający na skutek celowego podpalenia. Wyposażenie ocalałych jeszcze budynków poniewierało się na ulicy i przeważnie nie nadawało się do użytku. Wszędzie uderzał w nozdrza zapach dymu i odór zgnilizny. Nie było widać żywej duszy.
Wreszcie znaleźli się na Nepomukbrücke (most św. Nepomucena na ul. Wrocławskiej) i trwożnie spojrzeli przed siebie… Boże, nieduży dom przy Gerichtstraße (wówczas ul. Sądowa, obecnie Żołnierzy II Armii Wojska Polskiego) stał na swoim miejscu! Powlekli się więc w jego stronę, mając nad sobą dźwięk dzwonów Dreifaltigkeitskirche (kościoła Świętej Trójcy).
Drzwi wejściowe do ich domostwa były otwarte na oścież. W sieni poniewierał się bezładnie porozrzucany i poniszczony dobytek dozorcy. Zewsząd roznosił się duszący fetor, jakby znaleźli się w jakiejś kloace. W rzeczy samej tak było.
Mieszkania na piętrze także stały otworem. Gertruda z drżeniem serca rozejrzała się po swoim gospodarstwie: wszędzie poniewierała się bielizna, ubrania, książki, potłuczone naczynia i sprzęty. Pierzyny porozrywano, a ich pokrywająca podłogę zawartość była wymieszana z fekaliami. Odór był wręcz nie do zniesienia.

Koniec wojny oznaczał zmianę mapy Europy. Zanim się to jednak stało, nastąpiła kolejna rodzinna tragedia…

Tej nocy Gertruda nie zmrużyła oka, a rano okazało się, że dzieci nie były tylko osłabione: obie córeczki miały wysoką gorączkę i leżały bez przytomności.
Po południu Basia oprzytomniała. Skręcały ją bóle brzucha. Wśród jęków i krzyku wydostawała się z niej krew i śluz. Chociaż wyglądało to strasznie, Gertruda wiele by dała, aby i Monika tak samo odzyskała przytomność. Ale mała leżąc cichutko, słabo oddychała pod mizerną kołderką.
Basi wróciły skurcze. Gertruda położyła ją na ceracie i czekała na rozwój wypadków. Dziecko miało 40° gorączki i nie reagowało nawet na bolesny ucisk.
Pod wieczór zjawił się w końcu weterynarz, który w tym czasie leczył i ludzi. Starszy pan przysiadł na posłaniu Moniki, wziął jej małą, ciepłą jeszcze dłoń w swoją rękę i pogłaskał ją po główce. „Ona nie żyje” – szepnął. „Obie mają tyfus. Prawdopodobnie zaraziły się dopiero tutaj. Wiem, że mieszkania służyły za wychodki, a w sowieckiej armii też grasuje czerwonka i tyfus. Ekskrementy to podstępne wylęgarnie chorób. Mała zmarła tak szybko, bo jej układ krwionośny był niewydolny. Starszej udało się przeżyć.”
Gertruda i sąsiadka owinęły Monikę prześcieradłem, a sąsiad zniósł malutkie zwłoki do piwnicy, gdzie było chłodniej.

Maj 1945 roku był niebezpieczny. Szczególnie dla Niemców. Pojawienie się na ulicy było dużym ryzykiem. Jednak Monikę należało pochować. Udało się to dzięki pomocy stacjonującej w tym samym budynku rosyjskiej żołnierki. Sama zaproponowała, że będzie towarzyszyć konduktowi żałobnemu w osobie matki i sąsiadów, odprowadzającemu dziewczynkę na miejscowy cmentarz. Monika spoczęła w wykopanym naprędce dole, okryta jedynie całunem. Miejsce nie zostało oznaczone, śmierć nie została nigdzie zapisana. Znikła ledwie dostrzegalnie dla świata – boleśnie dla najbliższych.

Podczas konferencji alianckich ministrów spraw zagranicznych na Malcie w lutym 1945 r. była mowa między innymi o przyszłym kształcie granicy niemiecko-polskiej, który miał zacząć obowiązywać od sierpnia 1945 r. po Układzie Poczdamskim. Jednak już w czerwcu od strony polskiej uzbrojeni milicjanci zaczęli wypędzać ludność, zamieszkującą ponad stukilometrowy pas na wschód od Odry i Nysy. Także Liegnitz leżało na tym terenie.

Rankiem 20. czerwca 1945 roku Gertruda otrzymała nakaz wysiedlenia.

Polski rząd nakazuje

Dnia 21 czerwca 1945 r. w godzinach od 6 do 9 odbędzie się wysiedlenie ludności niemieckiej.
Ludność niemiecka zostanie przesiedlona na zachód od rzeki Nysy. Każdy Niemiec może wziąć ze sobą nie więcej niż 20 kg bagażu. Cały inwentarz nieuszkodzony ma pozostać jako własność Rządu Polskiego. Niewykonanie rozkazu będzie najsurowiej karane, do użycia broni włącznie. Wszystkie mieszkania w mieście muszą pozostać otwarte, a klucze od mieszkań i domów pozostawione w zamkach od zewnątrz. Wszyscy mają się zebrać na rynku w kolumnie marszowej. Ci Niemcy, którzy posiadają zaświadczenie o nieobjęciu ewakuacją, nie mogą wraz z rodziną opuszczać mieszkań od godziny 5 do 14.

Następnego dnia około dziewiątej Gertruda z córką i sąsiadami znaleźli się w rynku, który ledwie mieścił wszystkich zgromadzonych. Około dziesiątej kolumna marszowa pod okiem polskiej straży konnej ruszyła wzdłuż Haynauerstraße (ul. Chojnowskiej). W większości szły w niej kobiety i dzieci w różnym wieku oraz nieliczni mężczyźni, starzy i niedołężni. Młody wiek oznaczał niebezpieczeństwo nie tylko dla kobiet, lecz także i mężczyzn, chociaż z innych powodów. Odstawiano ich do obozów albo byli rozstrzeliwani.

Konna milicja była wyposażona w karabiny i w baty, z których nie wahano się robić użytku, kiedy kolumna przystawała albo starcy poruszali się zbyt wolno.

Do Haynau (Chojnowa) było około dwadzieścia kilometrów. Pogodny letni dzień przykro kontrastował z szarym strumieniem ludzi, sunącym mozolnie drogą.
Wielu z idących miało nadzieję, że w Haynau nastąpi odpoczynek, ale konni kazali im ciągnąć dalej. Dopiero pod wieczór zatrzymali się w szczerym polu, gdzie przypadkowo pozostało po zimie sporo płotów przeciwśniegowych. Niejedna z kobiet zaraz rzuciła się na te zapory, aby robić z nich prowizoryczne szałasy. Już po samym sposobie poruszania się można było poznać, że to przebrani mężczyźni. Na szczęście polscy strażnicy nie zwrócili na to uwagi, bo póki było jeszcze jasno, rzucili się na bagaże: wysypywali i przetrząsali zawartość toreb i plecaków, zabierając to, co im przypadło do gustu. Powtórzyła się sytuacja z Chomutowa, tylko teraz nie byli to Rosjanie…

Rewizji nie uniknęli także ani Vogtowie, ani Gertruda, jednak jej wynik rozczarował rabusiów – nie znaleźli niczego godnego uwagi. Basia tymczasem spała niezauważona na porośniętej chwastami ziemi, zawinięta w kołdrę. Przykrywała sobą jak kwoczka na gnieździe kuferek, obrączkę ślubną matki i wyciągniętą z domowej kryjówki biżuterię Vogtówien.

Nazajutrz wczesnym rankiem ruszyli dalej. Kto nie miał ze sobą prowiantu, cierpiał z głodu i pragnienia. Gertruda podała dziecku kilka łyków przegotowanej wody z butelki, po czym towarzysze drogi przytroczyli jej Basię z powrotem do pleców. Niebawem zobaczyli na skraju drogi pierwszych zmarłych – starców i małe dzieci. Widok jak na trasie z Chomutowa do Liegnitz! Lato było gorące, więc zwłoki zaczynały już cuchnąć. Tego dnia kolumna zatrzymała się kilka kilometrów przed miejscowością Bunzlau (Bolesławiec).

„Szliśmy już tędy w lutym”, mruknął Georg Vogt. „Tylko teraz nie ma w mieście nic do jedzenia. Musimy oddalić się od kolumny. Na wsi może szybciej znajdziemy po piwnicach coś do jedzenia.” Wieczorem tak manewrowali w tłumie, aby się znaleźć na skraju obozowiska w miejscu, gdzie dwa pola dzielił wyschnięty strumień. Około północy wykorzystali dogodny moment i niezauważeni przez polską milicję uciekli jego korytem.

[…]

Wreszcie dotarli pieszo do Görlitz i przeszli przez Neiße (Nysę). Most wydawał się drżeć pod ich stopami, ale było to tylko złudzenie, spowodowane wyczerpaniem. Basia od czasu do czasu dreptała znowu na własnych nóżkach, co wydawało się być cudem, bo po drodze nie znajdowali prawie żadnego jedzenia. Marta Vogt i jej córki zbierały po łąkach szczaw, a potem wszyscy żuli gorzkawe liście, walcząc w ten sposób z uczuciem głodu.

Z niejasnego powodu Vogtowie i Gertruda jak i tysiące innych Niemców spodziewali się, że po drugiej stronie rzeki wszystko odzyska jakiś porządek. Jednak w Görlitz nie było żadnej administracji – ani niemieckiej, ani sowieckiej. Nikt nie wiedział, co zrobić z wysiedleńcami, panował jeden wielki chaos. W pobliżu rzeki znaleźli przynajmniej jakieś miejsce na nocleg.

Lato roku 1945 pokazało się na szczęście ze swojej najcieplejszej strony, co było wprawdzie trudne do zniesienia w dzień, ale pomocne w przypadku konieczności spania pod gołym niebem. Gertruda dalej niosła Basię na plecach i puszczała ją na ziemię tylko, kiedy córeczka wyraźnie się tego domagała. Po drodze jedli głównie leśne jagody, które żuli jedną po drugiej, jak chleb, żeby na dłużej starczało. I tak miało trwać jeszcze wiele tygodni…

***

Granica pomiędzy starym i nowym życiem została zamknięta. Uchyliła się dopiero w latach 70 XX wieku i wówczas dorosła już Barbara odwiedziła rodzinne miasto. W 1974 roku z mamą oraz znajomymi znającymi język polski, wybrała się w podróż sentymentalną. Nowa Legnica nie przypominała tej z 1945 roku – na szczęście! Nie przypominała też jednak tej zapisanej w dziecięcej pamięci. O tę pamięć zadbały matka i babka Barbary. Na ich wspomnieniach oparła się pisząc później swoją książkę.

W 1974 roku odwiedziły swoje dawne mieszkanie…

Przyspieszyli kroku, bo ich oczom ukazała się niewielka kamienica. Stała obok dwupiętrowego, świeżo odremontowanego domu i wyglądała na niezamieszkaną. Najprościej było wejść do środka przez podwórze. Zmurszałe drzwi stały otworem, te same co przed trzydziestoma laty…
Korytarz był brudny. Barbara przyglądała się nieufnie schodom na piętro. Między pozostałościami prętów poręczy, z których już dawno zeszła farba, wisiały pajęczyny, ale na zakurzonych schodach widniały ślady czyichś butów. Wreszcie stanęli przed drzwiami, za którymi spędziła pierwsze lata swojego dzieciństwa…
Barbara zapukała z lekkim wahaniem. Cisza. Zapukała znowu, głośniej. Ktoś ostrożnie uchylił drzwi. Ukazała się w nich stara kobieta. Patrzyła na nich nieufnie i spytała o coś po polsku.
Fred zrobił krok naprzód, wskazał Gertrudę i Barbarę a potem wyjaśnił, że mieszkały tu przed trzydziestoma laty, i że bardzo by chciały jeszcze raz popatrzeć na swoje dawne mieszkanie. „Czy można?”
W oczach kobiety zamigotało coś na kształt lęku, lecz otworzyła drzwi, i wskazała gestem, by weszli do salonu po lewej stronie. Gertruda i Barbara nie wierzyły własnym oczom: od pamiętnego czerwca 45 roku zatrzymał się tutaj czas! Wszystkie meble stały na swoich dawnych miejscach. Również w sypialni, do której drzwi były otwarte, zobaczyły oprócz małżeńskiego łóżka także dziecięce łóżeczko Barbary, nad którym wisiał święty obrazek z Jezusem błogosławiącym dzieci. W trzyczęściowym, ślepym lustrze toaletki ujrzały swoje zamglone odbicia. Wyglądały jak duchy.
Barbara zmusiła się, by odwrócić wzrok i wejść do salonu, gdzie wzór na tapecie dawno się wytarł. Dawniej brązowy, teraz raczej czarny, sfatygowany dywan świecił dziurami w miejscach, w których często po nim stąpano. (…) W kredensie za szkłem stało pięć kieliszków do wina i dwie kryształowe miseczki, które oparły się pasji niszczenia radzieckich żołnierzy. Obicie kanapy było mocno sfatygowane. Teraźniejszość ukazywała im przeszłość pod zasłoną z kurzu. Gertruda schowała twarz w dłoniach i rozpłakała się. Tyle zostało z ich rodzinnego życia, które rozpoczęli przed wojną pełni nadziei i planów…
Barbara również walczyła z cisnącymi się do oczu łzami, bo nagle jej wzrok zatrzymał się na dwóch żelaznych hakach przymocowanych do futryny drzwi sypialni. Zobaczyła powieszoną na nich huśtawkę, a w niej małą dziewczynkę…
Nagle poczuła, że ktoś kładzie jej rękę na ramieniu. Stara kobieta mówiła coś do niej cichym głosem. Po jej policzkach także spływały łzy, jakby dobrze wiedziała, co czują jej niespodziewani goście…

Po tej wizycie przyszła kolej na cmentarz. Pani Gertruda chciała jeszcze raz pochylić się nad miejscem spoczynku swojej córeczki, westchnąć przy grobie prababki Barbary. Okazało się to jednak niemożliwe.

„Na cmentarzu matka ruszyła pewnym krokiem i nagle nieoczekiwanie stanęła przed murem. Za nim znajdował się lichy trawnik, na którym kilku chłopców grało w piłkę nożną. „To niemożliwe!”, wymamrotała. „Przecież dziadek Larisch pochował tutaj prababcię Luisę. (Luise Antonia Gocke, urodzona 9.04.1853 w Brzenczkowitz, zmarła 5.09.1945 w Legnicy) Gdzie są te groby?”
„Mamo, Polacy przenieśli po prostu tamte prowizoryczne groby w inne miejsce”, pocieszała matkę. „Chyba nie myślisz, że ci chłopcy grają w piłkę na mogiłach?”
Nie, oczywiście! Tego Gertruda nie była sobie w stanie wyobrazić. Ale gdzie było jej dziecko? „Monika nie żyje od prawie 30 lat. Nawet gdyby jeszcze nadal leżała na tym kawałku ziemi, nic by już po niej nie zostało”, powiedziała tym razem nieco ostrzej Barbara. „Co chciałaś zrobić? Odkopać szczątki?” Udało jej się skłonić matkę do powrotu.

Pani Barbara i jej matka zapragnęły wrócić do domu. Od tej chwili stała się nim ostatecznie Braunsbedra. Śladów pochówków ich bliskich nigdy nie udało się odnaleźć.

***

Legnica, wbrew tym wszystkim wydarzeniom, nigdy nie znikła z serca Barbary Siwik z domu Larisch. Dlatego starsza pani stała się, jako użytkowniczka Facebooka, wierną czytelniczką profilu Fundacji Liegnitz.pl. I to tam w początkach listopada 2017 znalazła zdjęcie znicza płonącego pod murem legnickiego cmentarza…

Kontakt z panią Barbarą od początku dotyczył książki, w której zawarła spory kawałek historii mieszkańców Legnicy. Opowiedziała o powojennym losie jednej rodziny, który był jednak udziałem dziesiątków tysięcy innych Niemców. Szacuje się, że 3,5 mln Niemców opuściło swoje miejsce zamieszkania lub zostało przymusowo wysiedlonych, 200 tys. z nich zginęło podczas deportacji do Związku Socjalistycznych Republik Radzieckich, 40 tys. umarło w obozach radzieckich, a 60 tys. w polskich, 120 tys. osób padło natomiast ofiarą aktów przemocy, najczęściej z rąk czerwonoarmistów (za: Interakcje. Leksykon komunikowania polsko-niemieckiego). Los wielu z tych ofiar nie jest znany. Miejsce ich pochówku – również. Pozostają wciąż żywi w przekazach rodzinnych, opłakiwani przez kolejne pokolenia. Przez wiele lat milczano o tych wydarzeniach, o ich skali. Dopiero pod koniec XX wieku polscy historycy coraz bardziej otwarcie przyznawali, że miały miejsce. Rozpoczęły się badania archiwów, przesłuchania świadków. Zaczęto pisać książki, artykuły prasowe, kręcić filmy fabularne. Po całych dekadach przemilczeń wreszcie dano głos tym, którzy swoimi pojedynczymi losami zapłacili za przynależność do narodu niemieckiego.

Barbara Siwik nie nosi w sobie żalu. Na wszelkie możliwe sposoby przekonuje, że w wojnie nie ma wygranych. Opowiadając o dramatycznych wydarzeniach powojennych daje tego świadectwo.

Książka “Unwegsame Pfad der Zeit” (“Ciernista ścieżka czasu”) miała premierę w marcu 2018 roku. Choć wyszła w języku niemieckim, jej fragmenty, przetłumaczone przez Marię Bubrzycką, trafiły nieomalże równocześnie za pośrednictwem strony Wiejskie cmentarze ewangelickie województwa łódzkiego do polskiego czytelnika. Ciepłe przyjęcie przez legniczan, którzy dotarli do tych fragmentów za pośrednictwem Facebooka Liegnitz.pl, podsunęło pomysł na zaproszenie autorki do rodzinnego miasta. Zajęło się tym Muzeum Miedzi oraz Fundacja Liegnitz.pl, połączone osobą dyrektora Marcina Makucha.

Spotkanie autorskie odbyło się 6.10.18 w siedzibie Muzeum. Prowadziła je pani Karolina Kuszyk, autorka i tłumaczka literatury niemieckiej. Odpowiedzi pani Barbary tłumaczyła na język polski pani Aleksandra Kuśnierz. Dzięki nim opowieść o książce oraz wywiad z autorką dotarły bez jakichkolwiek
problemów do licznie zgromadzonej publiczności. Niestety chętnych do kupienia niemieckiego wydania nie było. Może warto podjąć starania, by wydać tę pozycję w języku polskim?

W tekście wykorzystałam fragmenty powieści “Unwegsame Pfad der Zeit” w tłumaczeniu Marii Bubrzyckiej, Magdaleny Jakowczyk-Styrc oraz Karoliny Kuszyk. Zdjęcia rodzinne pochodzą z archiwum Barbary Siwik.

Tekst i zdjęcia współczesne: Hanna Szurczak, 12 października 2018

Uwaga od adminki: Mały jest ten nasz świat, mały, maleńki. Karolina Kuszyk jest moją koleżanką w Berlinie, autorką, której teksty  o pani Irence ukazywały się kilkakrotnie na tym blogu. Jeden z nich poruszał tę właśnie tematykę… Zaduszki, groby, poszukiwania (zobacz).

Halloween, Wszystkich Świętych, Zaduszki…

Ewa Maria Slaska

Poszłyśmy wczoraj z Krysią “na groby”, Krysia zrobiła piękne zdjęcia polskich grobów – publikuję je dzisiaj, myśląc, że “Wciąż umieramy” i że taki pewnie będzie tytuł mojej drugiej książki o polskich grobach w Berlinie (pierwszą prezentuję np. TU) .
1 listopada jest dobrym dniem, żeby zobaczyć, gdzie są te nasze groby – stoją przy nich ludzie, leżą kwiaty, płoną znicze.
Piękna ta seria świąt, kiedy myślimy o zmarłych – najpierw Halloween, nie wiadomo dlaczego spostponowany przez wszystkich jako amerykańska komercja, skoro to stare piękne celtyckie święto przodków. Potem nasze europejskie ale i nasze własne, rodzime święto Wszystkich Świętych – też powoli postponowane przez nowoczesną lewicę jako masowy objaw płytkiego polskiego katolicyzmu, a ja, niby też lewaczka, przyznaję się wszem i wobec oficjalnie, że lubię i że wcale nie chcę go ukrócić. Pewnie, lepiej by było żeby te nasze polskie światła 1 listopada – widoczne ponoć nawet z Kosmosu jak Wielki Chiński Mur i autostrady w Belgii – powtarzam zatem, że lepiej by było, żeby nie były z plastiku i może jest to nisza, i można zrobić jakieś badania, i zdobyć pieniądze, i pomysł na biznes, i na start up, może nawet w Berlinie, żeby wymyślić eko-znicze, które się same całkowicie spalą, nie zostawiając śladów i nie szkodząc atmosferze, a może nawet ją oczyszczając (a co tam – jak marzyć, to na całego!)
No i wreszcie dzisiejsze Zaduszki czyli Wspomnienie Wszystkich Wiernych Zmarłych (Commemoratio Omnium Fidelium Defunctorum), które przypominają o ludowych uroczystościach ku czci zmarłych, o ich pogańskich tradycjach i o tym, że na całym świecie przed chrześcijaństwem ludzie wierzyli w swoich bogów i inne siły wyższe, i pamiętali o swoich zmarłych.

Krystyna Koziewicz

Zdjęcia z cmentarza św. Jadwigi na Lissenstrasse i św. Jadwigi na Olenhauer Strasse (ten ostatni nazywany jest czasem “polskim cmentarzem”).

A wieczorem poszliśmy tradycyjnie, na grób profesora Brücknera.

Bełżec zaczęli budować w listopadzie

Już w marcu tego roku przez trzy dni Wielkiego Tygodnia cytowałam tu fragmenty powieści Stasiuka. Dziś w dzień Wszystkich Świętych wracam jeszcze raz do tej książki.

Andrzej Stasiuk, Wschód

A teraz ten zimowy chłód w listopadzie. Grodzką wychodzę na zamek, by patrzeć z góry na ciemną wyrwę w środku miasta. Na resztki ognia, na kebab, na czarny wiatr i na niewidzialne igły lodu razem z tym wiatrem gdzieś od Dorohuska. Od Sobiboru wiatr i od Bełżca. Po to się zjeżdża do miasta Lublin – by patrzeć na Sobibór i na Bełżec i wietrzyć jak pies pod wiatr. Wąchać powietrze. Bełżec zaczęli budować w listopadzie. We Wszystkich Świętych zaczęli. Proboszcz wyznaczał robotników. Niemcy kazali i proboszcz wyznaczał razem z Wójtem. Wiedzieli tylko, że budowa, ale nie wiedzieli czego. Globocnik w białej willi przy Bocznej Lubomelskiej stukał palcem w mapę: tu, tu i tu ma być zbudowane. Bełżec zaczęty we Wszystkich Świętych. Do połowy grudnia stały już baraki rozbieralni i komór. „Obok tego baraku budowaliśmy trzeci barak, o wymiarach dwanaście metrów długości, a osiem metrów szerokości. Barak ten był podzielony na trzy części drewnianą ścianą, wobec czego każda część miała po cztery metry szerokości, osiem długości. Wysokość tych części była dwa metry. Wewnątrz ściany tego baraku zrobione były w ten sposób, że zbijaliśmy deski, a próżnię między nimi zapełnialiśmy piaskiem. Sciany wewnątrz baraku były Objfe papą, nadto podłogi i ściany do wysokości metra dziesięciu centymetrów obite blachą cynkową”. Zupełnie jakby budowalo się dom. Stukot młolków, Wizg pił, zapach żywicy W jesiennym powietrzu. Ludzie idą na cmentarz palić ognie. „Każda część tegoż baraku w północnej swej części miała drzwi o wymiarach metr osiemdziesiąt wysokości i metr dziesięć szerokości. Drzwi te, jak również drzwi od korytarza, były szczelnie obite gumą. Wszystkie drzwi w tym baraku otwierały się na zewnątrz. Drzwi były bardzo silnie zbudowane z trzech calowych brusów i zabezpieczone przed wyważeniem od wewnątrz baraku drewnianą zasuwą, którą wciskało się w dwa żelazne haki, gspecjalnie w tym celu zamontowane”. W listopadzie, jak budowa domu i żywiczny zapach trocin. Żeby zdążyć ze schronieniem przed mrozami. Pierwszy raz byłem tam w zimie. Na wszystkim leżał mokry śnieg. W Tomaszowie Lubelskim kupiłem sobie kawę na stacji benzynowej przy siedemnastce już na samym wylocie. Wypiłem ją przez te osiem kilometrów. Minąłem osiemset sześćdziesiątkę piątkę wiodącą do domu i przejechałem tory kolejowe. Skręciłem w lewo na parking. Wysiadłemi od razu zobaczyłem ten czerwono-czarny napis: „Środki czystości import z Niemiec”. Był wymalowany pędzlem, może sprejem na piętrowym budynku z wielkim ceglanym kominem. Zaraz za płotem obozu. Chodziłem z pół godziny i zgarniałem mokry śnieg z napisów po polsku i hebrajsku. Odnajdowałem miejsca, w których byłem: Dukla, Złoczów, Rymanów, Delatyn. Po polsku i po hebrajsku. Ale trzeba było zgarniać śnieg z kamiennych płyt, by odsłonić litery. Cały czas z tym napisem za plecami, że higiena z Niemiec.

Więc co? Mówimy „Lublin”, a myślimy „Bełżec”? (…) Że to się tak splata, że potem nie rozplączesz? Że trzeba by rozciąć, ale wtedy nic nie zostanie, wszystko wycieknie jak krew z żywego ciała? Ciemność i jasność? Wątek i osnowa? Niewinność dzieciństwa i przeklenstwo doświadczenia? Po to tu przyjechałeś? Miałeś po prostu opisać miasto, a się wikłasz i widzisz Bełżec zamiast kaplicy na zamku na przykład, czyli glorii i chwały niegdysiejszej? Widzę jedno i drugie, i trzecie. Kupiłem bilet i poszedłem. Wszyscy szli, cała kolejka, a w środku ciasnawo. Odczekałem, aż trochę się już naoglądało i wyszło. No więc ciasnota i niebo, i świętość z tym światłem gdzieś u samego szczytu. Jak za tamtych czasów, gdy święte i niebieskie napierało ze wszystkich stron. Świat był wielki i groźny i się można było skryć w bożej opatrzności, zawinąć w bożą łaskę, otulić w ten złocisty płaszcz nadprzyrodzoności, która tutaj, w kaplicy, stawała się ciepła i miękka jak jedwab na Słońcu. Żeby groza diabelskiego świata nie miała dostępu. Groza materii strasznej i rozległej aż po Chabarowsk i Właclywostok, po krawędź ziemi, za którą jest ogniste piekło, gdzie diabli palą ludzkie ciała. (…)

Wyszedłem z przegrzanego wnętrza. Czekała już wiejska wycieczka starszych ludzi. Wchodzili jak do prawdziwego kościoła. Może chcieli nawet przyklękać, tak jak ja chciałem zakręcić się i ulecieć. Pochodziłem trochę po salach. Było to, co wszędzie: ubrania, obrazy, stare karabiny, skorupy. W ciemnej sali mieli wystawę o ludowych strachach. Diabły i czarownice świeciły na czerwono. A w największej wisiały obrazy. Usiadłem na chwilę przez Matejką: Przyjęcie Żydów do Polski. Jak to u Matejki – kłąb, wir ludzi i materiałów. Kolory, draperie, załamania, fałdy, opony i opończe. Bardzo bławatny to był malarz, bardzo bławamy. Żydzi wyglądają jak Cyganie na starych rycinach. Trudno powiedzieć, czy obdarci,czy malowniczy. Tworzą rozgestykulowaną, dziką gromadę. Stoją, klęczą, półleżą, wznoszą ręce do nieba i nie wiadomo, czy chcą do tej naszej Polski, czy raczej rwą sobie włosy z głowy. Władysław Herman patrzy na nich w zadumie i jakby sceptycznie. Wpuścić? Nie wpuścić? Jakaś dwuznaczność jest po jednej i po drugiej stronie. No ale jednak wpuścił, a Żydzi weszli.

Wyszedłem przed bramę królewskiego zamku. Był środek jasnego dnia. Solidarności, Tysiąclecia płynęła rzeka aut. Na placu Targowym, na dworcu roił się tłum. Ale ludzie, samochody, smutne kramy, taryfiarze, autobusy, łyse chłopaki stojące na przystankach, czekające na swoją Bychawę, Piaski i Źółkiewkę, to wszystko ślizgało się po powierzchni, po czarnej tafli jak ze ślepego szkła, pod którym ziała otchłań. Żyli,chodzili, sprzedawali, ale jakby na niby. Ponieważ życie nigdy tu nie powróciło. I nie była to wina taksówkarzy ani łysych chłopaków. Po prostu mieli zbyt mało siły, by przemoc pustkę piekieł. Nikt nie miał dość siły. Tego samego dnia, który był zimny, ale jasny, poszedłem w górę Lubartowskiej. Na rogu Unickiej, przy dawnej jesziwie, zawróciłem i zacząłem iść w dół. Prawa strona. Zaglądałem w podwórka. Tam było jak wtedy o świcie, gdy przyjechałem pierwszy raz. Grzyb, wilgoć, szary mur, piwnica, coś gniło, pleśniało bez światła. Komórki, próchno przybudówek, strupiały, wieczny zmierzch. Wyglądało jak niczyje. Jakby wtedy, tamtą wiosną czterdziestego drugiego, straciło oddech i przez dziesięciolecia się dusiło. Siniało. Rozkładało się. Nie było na to siły. Więc szedłem i zaglądałem. Spadziste podwórka. Okienka w cudze życie. Blade dzieci. Psy samopas. Skuleni w kapturach tym swoim szybkim, czujnym krokiem. Brama za bramą. Bury fotoplastykon. Żadnej pamięci poza niejasnym wspomnieniem, że było coś innego. Że to ani już cudze, ani jeszcze własne. I nie wiadomo, czy kiedykolwiek będzie. Bo jak można wziąć coś, co zastało spalone i rozwiane. Zostają resztki, domy przesiąknięte śmiercią, rzeczy przesiąknięte tłustym dymem. Życie w tym ledwo się może tlić. Jak płomień bez tlenu.

Na Lubartowskiej, na dworcu, spacerując z wózkami po błoniu u stóp zamku, biegając w dresach. Czy to się tak bardzo różni od noszenia ubrań po nich? Wsuwać ręce w rękawy, wsuwać ciało w miejsce ich ciał w przestrzeni. Gdzie jest granica między szabrem, koniecznością a oczywístością? Nie do rozstrzygnięcia. Cudze, niczyje, moje. „A co? Miało tak leżeć? A co? Miało tak stać?” Więc weszliśmy w ich życie, nie dzieląc ich losu, bo któż by chciał albo śmiał. Żyjemy na zgliszczach, mamy zwęgloną, martwą pamięć. Pustą. Więc Lubartowskąw dół i potem znów na dworzec. W kółko. Żeby patrzeć na ludzi, którzy wypełniają tę przestrzeń nie do wypełnienia. Są zziębníęci i cisi. Stoją oddzielnie. Młodzi czasem razem. Nie piszę o Żydach. Piszę o nas. O tych, którzy zostali. O tym, że wypełniliśmy przestrzeń, z której zniknęli. Że swoim życiem próbujemy wypełnić miejsce po ich życiu. O moich rodzicach na przykład, którzy mogli przybyć ze wsi do wielkiego miasta, ponieważ w tym mieście zwolniło się miejsce. I mogłem się tam urodzić, by potem pielęgnować naiwną wschodnią nostalgię, zanim pojąłem, że Wschód to też grób. Że im dalej w tamtą stronę, tym mniejsze jest nasze znaczenie, tym łatwiej się nas pozbyć i zamienić w proch albo lód. To kwestia przestrzeni, której jest tu nadmiar. „Wschód należy do ss”, powiedział Himmler i wysłał Globocnika, który w białej willi przy Bocznej Lubomelskiej stukał palcem w mapę i mówił: „Zbudujemy tu, tu i tu”. Ponieważ trzeba było zrobić miejsce, bo do nich miał należeć Wschód. Bo o Wschód nikt się nie upormni. Bo Wschód był zawsze wysypiskiem ciał. I można było je palić, aż tłuszcz osiadał na szybach domów pięć kilometrów dalej. Lecz nikt nie śmiał się upomnieć, tylko kobiety bez słowa myły okna. Tak było w Bełżcu od jesieni czterdziestego drugiego do wiosny czterdziestego trzeciego. Ponieważ trzeba było zrobić miejsce, bo Wschód miał należeć do nich. Ale miejsce zostało dla nas, a nie dla ss. Weszliśmy do cudzych domów i w szafach rozkładaliśmy nasze rzeczy. Mówiliśmy: „To są niczyje domy, niczyje szafy” i układaliśmy nasze rzeczy. Patrzyliśmy przez cudze okna, myśląc, że to jest nasz widok. Nie mieliśmy pojęcia, co skrywa. A skrywał miliony cudzych spojrzeń, które zostały zwęglone i niewidzialny popiół spadł na nasze dni.

No to co w końcu z tą kraina, której bramą był i jest Lublin? Co tam takiego było, że ciągnęło? jaka obietnica? Pustki? Z tym krajobrazem, w który cywilizacja wsiąka jak woda w piasek? Bo co? Miałeś nadzieję, że w końcu znajdziesz się sam i staniesz naprzeciw przedwiecznego jak pierwszy człowiek? Tak? Wyruszając przez Lublin, dalej i dalej na sam skraj ziem? (…) Zostałbym dłużej, ale wyjeżdżałem. Wilgotnawo tam było, ciemnawo, listopadowo. Pachniało węglowym dymem. W każdej bramie urzędował adwokat. Miasto pieniaczy sądowych, można by pomyśleć. Ale potem się dopatrzyłem, że zaraz obok dwie prokuratury oraz urząd skarbowy, więc po prostu obrona konieczna. No więc adwokactwo, mieszczaństwo i ten szary cień kamieni. Trochę jak w Peszcie, ale takie mniejsze, przykoślawione, niższe. Literacko to ulica Krokodyli. Widać Galicję rozcieńczoną Kongresówką, wszystko zanurzone w tym wiecznym zmierzchu listopada, w tym nieco bezbarwnym półśnie strefy rozpostartej między jesienią a przedwiośniem. Pogranicze kultur, języków, religii i pogody. Z okna miałem piękny widok na blaszane dachy i plątaninę staroświeckich anten telewizyjnych. No ale trzeba było się zbierać. Wyjeżdżałem przed świtem. Ruszały pierwsze auto- busy. Jak zwykle chciałem bocznymi. Chciałem bez przeszkód patrzeć, jak wstaje dzień, jak z mroku wynurza się kraj. Najpierw na Bełżyce, potem na Kraśnik. W głąb ojczyzny. W głąb jej ciemnego ciała. I potem, gdy kształty dnieją, w tę szarawość, w te wysmużone dale, na które ktoś ponalepiał domy, płoty, ludzkie
rzeczy, całą tę historię istnienia w listopadzie płaską jak wycinanka. Iak wylepianka. Bełżyce, Kraśnik, Zaklików, gdzie już zaczynało się podkarpackie, ale wolałem myśleć, że to wciąż lubelskie. Nie miałem nic przeciwko. Nie miałem nic przeciwko, żeby Lublin został stolicą całego kraju. Ale nie tak jak w czterdziestym czwartym, tylko naprawdę. Bardziej przypominał Polskę niż Warszawa. Z tymi jej wieżowcami z importu i fontannami, które miały na wieki zetrzeć hańbę prowincjonalizmu, nie dającą jej spać po nocach. Lublin był lepszy. Niczego nie udawał. Lodowaty wiatr ze wschodu o dziesiątej wieczór wymiatał ulice z ludzi. Tylko w sobotę Krakowskim szła młodzież. Nikogo starszego. Szli skuleni i mówili głośno. Klęli i mieli pospolite głosy. Dziewczyny tak samo jak faceci. Przyjechali ze swoich miasteczek i próbowali wypełnić niewypełnialną pustkę tego miasta. Dlatego Lublin bardziej przypominał Polskę z jej nieciągłością, przerwami w zabudowie, z jej zwielokrotnioną, nieoczywistą tożsamością. Na Wyszyńskiego pod czwórką widziałem czarny szyld: „Flagi narodowe, kościelne, unijne”. Więc Lublin walczył. Próbował pozszywać to, co się rozłaziło w palcach. Lublin był bohaterski i pozbawiony ostentacji. I handlował na lodowatym asfalcie w ciemnej dolinie czasu i głosami młodych próbował wypełnić śmiertelną ciszę. Tak myślałem, zostawiając miasto za sobą. Wyobrażałem sobie, że powracam do niego w maju, o zielonym zmierzchu,w gasnącym świetle, w powietrzu pachnącym dzieciństwem, gdy zapadający mrok był obietnicą cudu i tajemnicy. Że powracam do Lublina niczym w jnajdalsze dni, gdy dana nam była łaska niewinności. Tak jak do tamtej wsi nad Bugiem, gdzie w blasku poranka, w wiejskiej izbie wirował złocisty pył. Wjechałem w to Podkarpackie i od razu zaczął się lód. Czterdzieści na godzinę i naprawdę nie dało się więcej. Ci, co próbowali, stali teraz z nosami w rowach i czekali na traktor. To tu, to tam. Wyprzedziła mnie straż na sygnale. Patrzyłem za nimi z podziwem. Była może ósma. Szary, poranny lud stał na przystankach. Faceci palili. Miałem zamknięte okna, ale czułem ten zapach w zimnym, szklistym powietrzu poranka. Tak, było po ósmej, bo w Radiu Maryja leciały godzinki. Ilekroć rano jadę gdzieś poprzez kraj, to słucham i śpiewam na cały głos:

Zacznijcie, wargi nasze, chwalić pannę świętą,
Zacznijcie opiewać cześć jej niepojętą,
Przybądź nam, Miłościwa Pani, ku pomocy,
A wyrwij nas z potężnych nieprzyjaciół mocy.

Śpiewam, by przywołać pamięć swoich babek i dziadków. Tak robiłem i teraz, na tej gołoledzi. Przpominałem sobie ich twarze. Były podobne do tych na przystankach. Ich domy były podobne do tych przy drodze. Zwyczajne, bez ostentacji, kiedy spuściło się z nich wzrok, po prostu przepadały. Ale zapamiętałem z dzieciństwa tę dziwną przemianę, tajemne przeistoczenie, gdy o poranku z ust dziadków zaczynały płynąć słowa pieśni. Zazwyczaj mówili ludową prozą, a raptem, nieoczekiwanie spływał na nich dar poezji. Ich twarze jaśniały, a wzrok sięgał poza codzienność, wysoko, daleko, gdzie okrucieństwo życia nie miało dostępu.

Tyś krzak Mojżeszów boskim ogniem gorejąca,
Tyś różdżka Aronowa śliczny kwiat rodząca,
Bramo rajska zamkniona, różo Gedeona,
Tyś niezwyciężonego plastr miodu Samsona.

Dlatego gdy jadę przez kraj, rano, daleko od domu, zawsze tego słucham. Wyobrażam sobie swoich dziadków kiedyś i tych wszystkich ludzi o szarej godzinie poranka, teraz, w domach, które mijam, wsłuchanych w pieśń, która zdaje się nie mieć końca. W murowanych, starych z drewna, z krzywymi kalenicami, pod eternitem, w nowszych, jak z jakiegoś obcego, odległego snu, z wygonami, zagonami, polami zaraz za ścianą, z tymi wstęgami roli albo już ugoru ciągnącymi się hen pod las, pod zagajnik, po tutejszy horyzont wyniebieszczony, wysiwiały od mgły. Wyobrażam sobie, jak siedzą przy swoich radiach i kołyszą się lekko w tył, w przód, a ich usta bezwiednie podążają za modlitwą. W tył i w przód. W głąb czasu, poza jego wyobrażalne granice nad Jeziora Gorzkie, nad Morze Trzcin, na pustynię Szur, na pustynię Sin, w cień Horebu i dalej aż na górę Nebo, z której otwierał się widok na Kanaan. W tył i w przód, szepcząc, powtarzając, śpiewając o Mojżeszu, Aronie, Gedeonie w polowie listopada minionego roku w Woli Rzeczyckiej, w Musikowie, Bąkowie, Chłopskiej Woli i w Podborku. Śpiewałem razem z nimi. W Stalowej Woli skończyła się gołoledź.

Reblog: Najładniejsze dekoracje halloweenowe w Nowym Jorku

Z blogu:

Little Town Shoes

zapiski o życiu w Nowym Jorku

Filmik nagrała i blog prowadzi Magdalena Muszyńska, która tak pisze o sobie:

O mnie

Przeniosłam się do Nowego Jorku osiem lat temu. Jak większość osób, które mieszkają tutaj jestem zakochana w tym mieście. Czasami trudno uwierzyć dlaczego, bo głośno, bo brudno, bo drogo:) Ale Nowy Jork jest niezwykłym miejscem. Energia, koloryt i tempo tego miasta uzależnia. Jest też jednym z tych niewielu miejs, gdzie każdy, bez względu kim jest i skąd pochodzi, może tu być sobą.

Obecnie pracuję w firmie social media w Soho, Trzy lata temu zostawiłam pracę w Agencji, a moja pasja czyli “opowiadanie o Nowym Jorku”, stała się moją pracą. Zdałam egzamin na przewodnika po NYC i oprowadzam po moim ukochanym mieście.

Jeżeli planujesz wyjazd do Nowego Jorku i szukasz prywatnego przewodnika i pomocy w organizacji wyjazdu tu znajdziesz więcej informacji.

Obecnie jako jedyny polskojęzyczny przewodnik otrzymałam „złotą gwiazdę” od miasta jako dowód uznania wiedzy o NJ.

W marcu została opublikowana moja książka “Z Nowym Jorkiem na NY”, która jest na pierwszym miejscu pod względem sprzedazy w Empiku w kategorii turystyka i przewodniki w 2016 roku.

Moj blog o Nowym Jorku, a życiu w Ameryce, o życiu na emigracji. To trochę subiektywny przewodnik po Nowym Jorku, to trochę zbiór notek o codziennym życiu w Nowym Jorku, to trochę „insiderskich” porad, od kogoś kto tu już kilka lat mieszka.

Moje opowiadania, nowojorskie historie i zdjęcia zostały pokazane między innymi w TVN, Radio Zet, Radio ZET Chilli, Magazynie Gazety Wyborczej, Elle Polska, Twoj Styl, wp.pl. i wielu innych publikacjach prasowych.

Mieszkam na Brooklynie z mężem, psem i dwoma kotami.

Do zobaczenia w Nowym Jorku!

Magda

Travel Channel & LittleTownShoes

Barataria 89 Peru 5

W elitarnym klubie baratarystów pojawia się oto nowa autorka! Na blogu znana od dawna, ale w klubie – nie. 🙂

Joanna Trümner

Wyspy na jeziorze Titicaca

Opuszczamy kanion Colca. Zanim wyruszymy w dalszą podróż do Puno, największego miasta nad jeziorem Titicaca, mamy trochę wolnego czasu na wypicie pysznej herbaty z liśćmi koki i mięty andyjskiej (muña) i zwiedzenie kościoła na głównym placu w Chivay. Obrazy i rzeźby sakralne diametralnie różnią się od europejskich. „To wygląda jak maskarada”, myślę patrząc na niosącego krzyż Jezusa w przepięknym, zdobionym srebrem niebieskim ornacie. Święta rodzina w jednej z bocznych naw kościoła nosi równie bogate stroje. Obok rzeźba popularnego w Peru świętego Izydora  z Madrytu (Św. Izydor Oracz, patron Madrytu i rolników, żył w XI wieku w Hiszpanii, pochodził z bardzo bogobojnej i ubogiej rodziny, a bieda zmusiła go do ciężkiej pracy na roli w charakterze parobka u zamożnych sąsiadów. Według legendy podczas ciężkiej pracy pomagał mu anioł). Na rzeźbie w kościele w Chivay Izydor wygląda na zamożnego i pełnego elegancji mężczyznę.

Podobne dzieła widzę w wielu kościołach w Peru, z każdym dniem spędzonym w podróży po tym kraju coraz bardziej rozumiem tajemnicę „przerobienia” historii Jezusa i życiorysów świętych na potrzeby lokalnej kultury. Nauczeni przez tysiąclecia życia w hierarchicznych strukturach członkowie kultur preinkaskich oraz sami Inkowie, wychowani w systemie, w którym symbolem władzy, mądrości i siły było złoto i bogate stroje, nie potrafiliby się modlić do leżącego w żłobku w stajence u pasterzy Jezusa lub obrabiającego w skwarze cudze pole Izydora. Nie bez powodu Inkowie nazywali swojego głównego boga, stwórcę świata Wirakoczę Wielkim, Wszechwiedzącym i Potężnym. Na wszystkich obrazach sakralnych w Peru Maria nie ukazuje stóp, co oznacza, że jest częścią ziemi, podobnie jak preinkaska Pachamama, matka wszechświata i Ziemi.

Kiedy patrzę na obrazy w kościele w Chivay, przypominam sobie rozmowę sprzed lat, spotkanie z Michaelem, bawarskim dominikaninem, który podjął się prowadzenia parafii w Imbassai (małe miasteczko nad Atlantykiem w Brazylii). Michael opowiadał mi, jak po kilku miesiącach pracy w Imbassai zrezygnował z walki z małym ołtarzem, który wierni z jego parafii ustawili z tyłu kościoła i na którym regularnie znajdował ofiary z ryżu i innych posiłków, wypieków, mlecznych zębów dzieci i kosmyków włosów. „Najważniejsze, że przychodzą na msze”, powiedział z rezygnacją w głosie.

Po godzinnej przerwie ruszamy w dalszą drogę do Puno, która po raz kolejny prowadzi przez Przełęcz Wiatrów (4.910 m). Tym razem nie mam problemów z wysokością, wysiadam z autokaru i rozprostowuję nogi patrząc na dymiący wulkan Sabancaya. Na ostatnim etapie drogi do Puno dużo czasu tracimy na korkach w dużym, kompletnie pozbawionym uroku mieście Juliaca, którego mieszkańcy dorobili się fortun na szmuglowaniu towarów z o wiele tańszej Boliwii.Pod okiem, a prawdopodobnie przy udziale policji, kwitnie tam nielegalny handel podróbkami podróbek, głównie sprzętów elektronicznych i ubrań.

Po noclegu w Puno wyruszamy w podróż statkiem po jeziorze Titicaca. Pierwszym postojem na jeziorze jest archipelag wysp Uros. Jest to 65 małych wysepek, na których mieszka około 2 tysięcy mieszkańców. Wyspy zbudowane są w całości z trzciny tortora, otaczającej Uros, a zakotwiczono je w dno jeziora za pomocą palików i kamieni.

Zwiedzamy jedną z wysp. Jej prezydentką jest Maria, która oprowadza nas po maleńkiej wyspie i opowiada o tym, jakie ma obowiązki. Maria odpowiada za porządek i konserwację wyspy (trzeba regularnie nawarstwiać ją świeżą tortorą). Na wyspie spotykamy tylko kobiety i małe dzieci, mężczyźni za dnia pracują w oddalonym o pięć kilometrów Puno lub zajmują się połowem ryb na jeziorze, a większe dzieci są w szkole na jednej z sąsiednich wysp lub w mieście. Na archipelagu Uros nie ma policji, konflikty wewnętrzne załatwia się porzez odłączenie części wyspy wraz z osobami, które te konflikty wywołały. Każda z wysp sama zadecydowała o wyznawanej przez siebie wierze. Nasza „wyspa kobiet” składa się w 97% z Mormonów, ponieważ przed laty dotarł tutaj misjonarz Mormonów, który do dzisiaj za darmo uczy indiańskie dzieci angielskiego. W duchu myślę, że zaznajomił tę społeczność również z zasadami działania wolnego rynku, ponieważ kobiety dosyć nachalnie próbują sprzedać nam swoje wyroby.

Kolejnym postojem jest wyspa Taquile. Mieszkańcy tej wyspy (około 2.500 osób) zachowali do dzisiaj stare tradycje i żyją w zgodzie z inkaskim kodeksem moralnym: „nie kradnij, nie kłam, nie leń się”. Mężczyźni zajmują się rolnictwem, rybołóstwem oraz wyrobem tekstyliów i produktów tkackich znanych w całym Peru z najwyższej jakości. UNESCO doceniło tę wyspę, nazywaną „Wyspą mężczyzn robiących na drutach”, wpisując ją w  2005 roku na listę niematerialnego dziedzictwa kulturowego. Jeden z mieszkańców Taquile opowiada nam, jak działają rosnące tu zioła. Mnie najbardziej zafascynował szampon z chujo (lokalny kaktus), który zapobiega siwieniu włosów i przywraca pofarbowanym tekstyliom ich naturalny kolor. Na zakończenie oglądamy jeszcze taniec rytualny wykonany przez mężczyzn.

Zarówno archipelag Uros jak i Taquile zostawiły u mnie mieszane uczucia, sposób prezentowania kultury przez mieszkańców miał charakter wyraźnie komercyjny i nie jestem do końca przekonana, że jest to ich tradycyjny sposób życia.

Mile zaskoczyło mnie natomiast docelowe miejsce naszego pobytu – jedyna prywatna wyspa na jeziorze Titicaca Suasi. Tutaj wszystko było autentyczne. Zbudowany z naturalnych materiałów, przypominający hiszpańską haciendę budynek bardzo różnił się od ofert dużych sieci hotelowych. Właścicielka wyspy, Marta, realizowała tutaj swoje ekologiczne wizje – to pierwsze miejsce w Peru, jakie widziałam, gdzie sortowało się śmieci i wykorzystywało energię słoneczną. Suasi jest w czwartym pokoleniu w posiadaniu rodziny Marty, energicznej, nigdy nie uśmiechającej się siedemdziesięciolatki. Wyspa jest zielona (a jesteśmy przecież na wysokości ponad 3.800 m), panuje tu absolutna cisza, a widok na jezioro jest niesamowity. Wieczorem patrzę na niebo pełne gwiazd i myślę o tym, że gdyby nie to przenikliwe, mokre zimno, to wyspa byłaby rajem. W nocy temperatura spada do zera i kiedy kładę się szczękając zębami z zimna do łóżka i odkrywam w nim nagrzaną gorącą wodą butelkę – przypomina mi się dzieciństwo i babcia Weronika.

Rano wstaję szczękając zębami z zimna i myślę: „Marta przesadziła z tą ekologią”.

Cdn.

Lili Marleen

Dla Iwonki

Ewa Maria Slaska

Jedna z opowieści, której nie zdążyłyśmy sobie opowiedzieć, bo trzy tygodnie to stanowczo za mało czasu na dwie opowieści o życiu i tysiąc i jedną opowieść o wszystkim i o niczym.

***
Lili Marleen to niemiecka piosenka z okresu wojny śpiewana przez Lale Andersen.
Pierwotny tytuł piosenki: Lied eines jungen Wachtpostens (Piosenka młodego wartownika).
Lale Andersen, naprawdę Liese-Lotte Helena Berta Bunnenberg (1905 – 1972), była niemiecką piosenkarką, autorką piosenek i aktorką. Na całym świecie znana jest przede wszystkim właśnie jako wykonawczyni piosenki Lili Marleen.

Vor der Kaserne vor dem großen Tor
Stand eine Laterne
Und steht sie noch davor
So wollen wir uns da wiedersehn
Bei der Laterne wollen wir stehen
Wie einst
Lili Marleen
Wie einst
Lili Marleen
XXX
Unsre beiden Schatten sahen wie einer aus;
Dass wir so lieb uns hatten
Das sah man gleich daraus
Und alle Leute sollen es sehen
Wenn wir bei der Laterne stehen
Wie einst
Lili Marleen
Wie einst
Lili Marleen
XXX
Schon rief der Posten: Sie bliesen Zapfenstreich;
Es kann drei Tage kosten!
Kam’rad, ich komm ja gleich
Da sagten wir auf Wiedersehn
Wie gerne würd’ ich mit dir gehn
Mit dir
Lili Marleen
Mit dir
Lili Marleen
XXX
Deine Schritte kennt sie
Deinen schönen Gang
Aller Abend brennt sie
Doch mich vergaß sie lang
Und sollte mir eine Leids geschehn
Wer wird bei der Laterne stehn
Mit dir
Lili Marleen?
Mit dir
Lili Marleen?
XXX
Aus dem stillen Raume
Aus der Erde Grund
Hebt mich wie im Traume dein verliebter Mund
Wenn sich die späten Nebel drehen
Werd’ ich bei der Laterne stehen
Wie einst
Lili Marleen
Wie einst
Lili Marleen
XXX
(Wenn sich die späten Nebel drehen
Werd’ ich bei der Laterne stehen)
Wie einst
Lili Marleen
Wie einst
Lili Marleen
Outside the barracks, by the corner light
I’ll always stand and wait for you at night
We will create a world for two
I’ll wait for you the whole night through
For you, Lili Marlene
For you, Lili Marlene
XXX
Bugler tonight don’t play the call to arms
I want another evening with her charms
Then we will say goodbye and part
I’ll always keep you in my heart
With me, Lili Marlene
With me, Lili Marlene
XXX
Give me a rose to show how much you care
Tie to the stem a lock of golden hair
Surely tomorrow, you’ll feel blue
But then will come a love that’s new
For you, Lili Marlene
For you, Lili Marlene
XXXWhen we are marching in the mud and cold
And when my pack seems more than I can hold
My love for you renews my might
I’m warm again, my pack is light
It’s you, Lili Marlene
It’s you, Lili Marlene
XXXMy love for you renews my might
I’m warm again, my pack is light
It’s you, Lili Marlene
It’s you, Lili Marlene

Tekst piosenki został napisany przez Hansa Leipa już w roku 1915, muzykę ułożył w roku 1939 Norbert Schultze i wtedy też piosenka została zaśpiewana i nagrana przez Lale Andersen (Electrola EG 6993). Podczas II wojny światowej piosenkę spopularyzowało radio dla żołnierzy niemieckich w Belgradzie, które nadawało ją zawsze na zakończenie audycji. Nagranie było ogromnym sukcesem finansowym – Lili Marleen była pierwszym utworem w historii dyskografii niemieckiej, który przekroczył sprzedaż miliona egzemplarzy. Piosenka była tak popularna, że przez jakiś czas śpiewali ja żołnierze po obu stronach frontu, co było jedynym takim wypadkiem w historii (ale nie wiem czy wojen, czy muzyki). To się oczywiście nie spodobało władzom hitlerowskim, które zakazały jej wykonywania – oficjalnie uznana została za utwór deprymujący i podkopujący morale żołnierza niemieckiego. Pod koniec wojny Lili Marleen śpiewali więc przede wszystkim żołnierze wojsk walczących z Niemcami. Wśród żołnierzy amerykańskich piosenkę spopularyzowla Marlene Dietrich.

Popularność piosenki wśród żołnierzy amerykańskich spowodowała, że Lale Andersen, przedtem uważana za ulubienicę Hitlera, popadła w niełaskę. Przez jakiś czas w ogóle nie wolno jej było występować, a gdy już przwrócono jej prawo występów – nie wolno jej było wykonywać Lili Marleen. Piosenka została usunięta z archiwów niemieckich. Lale Andersen wycofała się do końca wojny z życia publicznego. W podziemiu niemieckim i europejskim krążyły legendy o jej aresztowaniu, o tym że była więźniarką obozu koncentracyjnego, że została uwięziona za romans z żydowskimi twórcą. Do tych legend nawiązuje niemiecki film wojenny Lili Marleen z roku 1981 w reżyserii Rainera Wernera Fassbindera. Główne role w filmie zagrali Hanna Schygulla jako piosenkarka Lale Andersen i Giancarlo Giannini jako jej ukochany, żydowski piosenkarz i kompozytor Rolf Liebermann (w filmie Robert Mendelsson). Scenariusz filmu powstał wprawdzie w oparciu o autobiografię piosenkarki pt. Der Himmel hat viele Farben (The Heavens Have Many Colors), ale mąż artystki wielokrotnie podkreślał, że film Fassbindera niewiele ma wspólnego z prawdą.

Lili Marleen po polsku w wykonaniu Kazika.

Barataria 88 Pitcairn

Lech Milewski

Barataria Pacyfiku

Kilka tygodni temu pisałem tu o Wyspach Kokosowych, swoistej Baratarii oceanu Indyjskiego. Myślę zresztą, że nie jedynej.
Logiczne więc, że zerknąłem również na wschodnią stronę Australii, Ocean Spokojny i znalazłem – Pitcairn.

Historia buntu na statku Bounty jest dość szeroko znana. Temat ten wykorzystano w wielu filmach, w których wystąpili tacy aktorzy jak: Errol Flynn, Clark Gable, Marlon Brando, Anthony Hopkins, Mel Gibson.

A więc posłuchajmy od początku…
W październiku 1787 roku statek Bounty pod dowództwem kapitana Wiliama Bligh’a – załoga 43 marynarzy plus 2 botaników – został wysłany na Tahiti z zadaniem zaopatrzenia się w sadzonki chlebowca i przewiezienia ich do Indii Zachodnich. Wyprawa została zorganizowana przez Royal Society – Królewskie Towarzystwo Naukowe. Towarzystwo spodziewało się, że chlebowiec przyjmie się w Zachodnich Indiach, a jego owoce będą doskonałym pokarmem dla niewolników.

Żegluga na Tahiti trwała nieco ponad rok. To była dłuższa trasa, dookoła Afryki. Długość – ponad 50,000 km.
Mieszkańcy Tahiti przyjęli brytyjski statek przyjaźnie, niektórzy pamiętali jeszcze wizytę kapitana Cooka sprzed 15 lat. Kapitan Bligh przywiózł prezenty dla wodza plemienia i z łatwością ustalili miejsce i warunki pobrania sadzonek.
Pobyt na Tahiti trwał aż 5 miesięcy, załoga nie miała zbyt wiele pracy i zadomowiła się na uroczej wyspie. Wielu marynarzy nawiązało bliskie kontakty z miejscowymi kobietami.
Nic dziwnego, że dyscyplina zaczęła się rozluźniać. Kapitan Bligh reagował na takie przypadki ostro – surowa kara, często chłosta.

Bunt.
Wreszcie, w lutym 1789 roku, zakończono załadunek i statek był gotowy do powrotu. Ze względu na charakter towaru większe kabiny na statku zostały przekształcone w inspekty, ludzie musieli się ścieśnić na dużo mniejszej powierzchni. To, połączone z niezadowoleniem z powodu opuszczenia wyspy, spowodowało wiele sarkań załogi i przyczyniło się do niedbałego wykonywania obowiązków. Kapitan Bligh reagował na wszelkie uchybienia paranoidalnym gniewem. Szczególnie upatrzył sobie Fletchera Christiana.

27 kwietnia 1789 roku miarka się przebrała. W nocy Christian z pomocą dwóch marynarzy opanował pokład, a następnie zyskał dostęp do skrzyni z bronią i wdarł się do kabiny kapitana. Kapitanowi związano ręce. Christian zamierzał wysłać kapitana i dwóch jego najbliższych współpracowników w małej łodzi. Ku jego zaskoczeniu okazało się, że wiekszość załogi woli dryfować z kapitanem w łódce niż pozostać na statku pod dowództwem rebeliantów. W tej sytuacji przydzielono uchodźcom największą, 7-metrową, łódź. Ostatecznie na łodzi zmieściło się 19 lojalistów – grubo powyżej jej pojemności, burty łodzi były zaledwie 17 cm nad wodą.

Bunt

Kilku lojalistów musiało zostać na zbuntowanym statku. Kapitan Bligh obiecał, że będzie o nich pamiętać, gdy przyjdzie pora wymierzenia sprawiedliwości.
Wygnańcy otrzymali kompas, sekstant, tablice nawigacyjne oraz zapasy żywności i wody na 5 dni. Kapitan Bligh doprowadził łódź do pobliskiej, wyspy mając nadzieję na lepsze przygotowanie łodzi do dalekiej żeglugi. Jednak po 3 dniach stosunki z mieszkańcami wyspy zaogniły się i wygnańcy musieli pospiesznie uciekać. Kapitan Bligh postanowił nie ponawiać takich prób lecz żeglować 6,600 km do holenderskiej kolonii na wyspie Timor. Załoga jednomyślnie zgodziła się na nowe normy wyżywienia: 1 uncja (28.35 grama) chleba i 1/4 pinty (118 ml) wody dziennie.

28 maja czyli po miesiącu żeglugi łódź dopłynęła do Wielkiej Rafy Koralowej u wybrzeży Australii. Kapitan Bligh zaryzykował lądowanie na niewielkim atolu koralowym, gdzie załoga mogła się nieco odżywić jagodami i ostrygami. Atolowi nadano nazwę Restoration Island i pożeglowano dalej.
14 czerwca wygnańcy zobaczyli brzegi wyspy Timor. Na maszt wciągnięto prowizoryczną flagę brytyjską i dumnie przybito do brzegu.
Po czterech miesiącach kapitan Bligh z dwiema osobami pożeglował na statku handlowym do Anglii, jego towarzysze pozostali w Batawii (obecnie Dżakarta).

Tymczasem na Bounty…
Fletcher Christian słusznie przewidywał, że Tahiti nie jest bezpiecznym miejscem na osiedlenie się. Wcześniej czy później na wyspy przybędzie statek z Wielkiej Brytanii, jeśli nie ekspedycja karna, to misja poszukiwawcza zaginionego statku Bounty.
Gospodarzom, przyjaznym mieszkańcom Tahiti, opowiedziano bajeczkę, że kapitan Bligh spotkał się z kapitanem Cookiem i razem zakładają angielską kolonię na wyspie Aitutaki. Ta opowieść zaowocowała szczodrymi darami ze strony Tahitańczyków i serdecznym pożegnaniem. Około 30 mieszkańców Tahiti, w tym sporo kobiet, dołączyło do załogi Bounty.
Bounty pożeglował zaś na dużo bliższą wyspę Tubuai (650 km na południe od Tahiti). Przyjęcie przez tutejszych mieszkańców nie było przyjazne i wkrótce zamieniło się we wzajemną wrogość. Nowoprzybyli wybudowali sobie obronną twierdzę. To zaostrzyło konflikt. W jednej z bitew 66 tubylców zostało zabitych. Christian czuł, że władza wymyka mu się z rąk – zarządził głosowanie. 8 osób zadeklarowało lojalność, pozostałych 16 głosowało za powrotem na Tahiti. Vox populi, vox dei – Christian posłuchał głosu suwerena.

Jednak na Tahiti czekała ich niemiła niespodzianka. Tubylcy dowiedzieli się, że zostali okłamani, że kapitan Cook od dawna nie żyje, statek Bounty został przywitany z wrogością.
Christian pozwolił 16 członkom załogi opuścić statek. Jednocześnie zwabił na Bounty grupę tubylców, głównie kobiet, i korzystając z ciemności nocy, odpłynął.

Pandora.
Kapitan Bligh dotarł do Anglii w marcu 1790 roku i został powitany jak bohater. Złożył raport z wyprawy przed sądem wojennym, który uwlonił go od odpowiedzialności. Na Tahiti wysłano statek HMS Pandora z zadaniem schwytania buntowników i dostarczenie ich do Anglii na proces.
Pandora dotarła na Tahiti w marcu 1791 roku (och te odległości) i wszyscy byli członkowie załogi Bounty, bez różnicy czy uczestniczyli w buncie, czy nie, zostali schwytani i aresztowani. Na pokładzie statku wybudowano dla nich więzienie, które nazwano Puszką Pandory.
Pandora próbowała początkowo odszukać statek Bounty i główną grupę buntowników, ale wkrótce zrezygnowano z tej misji i statek skierował się w stronę wyspy Timor. Na obrzeżu Wielkiej Rafy Koralowej HMS Pandora rozbił się o rafy. 31 osób utonęło, w tym kilku więźniów. Kilku buntowników uciekło. Pozostali rozbitkowie, podobnie jak 2 lata wcześniej kapitan Bligh, wsiedli do łodzi i pożeglowali na wyspę Timor.
Ostatecznie 10 buntowników stanęło przed sądem w Londynie. Proces był skomplikowany, zeznania oskarżonych trudne do zweryfikowania. Ostatecznie sześciu zostało skazanych na śmierć przez powieszenie. Wyrok wykonano na 3 osobach.

Podczas procesu oceniono bardzo negatywnie postępowanie kapitana Bligh’a: wpadł w niełaskę władz i w 1806 roku został mianowany gubernatorem stanu New South Wales czyli praktycznie całej Australii.
Tutaj też nie akceptowano jego bezwzględnego zachowania i po dwóch latach został obalony podczas Rebelii Rumowej – KLIK. Było to jedyne w historii Australii przejęcie władzy siłą.
Po powrocie do Anglii kapitan Bligh nie wypłynął już na morze, po kilku latach emerytury zmarł.

Pitcairn.
Bounty żeglowało kilka miesięcy po Pacyfiku zanim znalazło bezpieczne miejsce osiedlenia. Pitcairn – KLIK – niewielka wyspa odkryta w 1767 roku przez Anglików. Nazwa wyspy to nazwisko członka załogi, który ją pierwszy zauważył.

Istotne było, że wyspa została błędnie naniesiona na mapy, co zmniejszało szanse znalezienia jej przez angielskie statki. Rozumowanie okazało się słuszne, pierwszy statek (amerykański zresztą) dotarł na Pitcairn dopiero w 1808 roku.
Dygresja: powodem błędu była niedokładność zegarka, używanego do określenia długości geograficznej. Był to istotny problem dla ówczesnych nawigatorów. Rzeczywista pozycja wyspy Pitcairn była prawie 350 km na wschód od pozycji zanotowanej przez odkrywców. Brytyjski parlament wydał specjalną ustawę – Longitude Act – obiecującą nagrodę osobie, która rozwiąże ten problem. Nagrodę otrzymał John Harrison, twórca chronometru pokładowego. Było to jednak rozwiązanie dość drogie i niewiele statków z niego korzystało

Wyspa Pitcairn okazała się bardzo przyjazna dla osadników, jedzenia w bród, żyzna gleba. Odcięli więc sobie drogę powrotu – rozłożyli statek Bounty na czynniki pierwsze. Co się dało wykorzystać przenieśli na ląd, resztę spalili.
Już po kilku miesiącach urodziło się pierwsze dziecko. Ojcem był przywódca rebeliantów Christian, matką kobieta przywieziona z Tahiti. Ponieważ dziecko, chłopiec, urodziło się w czwartek, 14 października, nadano mu imiona Thursday October, gdyż ojciec nie chciał żeby cokolwiek przypominało mu Anglię.
Jednak sielanka nie trwała długo. Wkrótce doszło do konfliktu między angielskimi rebeliantami a Tahitańczykami. Ci ostatni stwiedzili, że są wykorzystywani, traktowani jak własność. W rezultacie Tahitańczycy zabili 5 Anglików, w tym Christiana.

Jak trwoga to do Boga.
Spirala gwałtów kręciła się, w 1799 roku pozostało przy życiu tylko 2 rebeliantów – John Adams i Ned Young. Na dłoniach mieli świeżo przelaną krew swojego towarzysza.
Co robić?
Odpowiedź znaleźli w uratowanej ze statku biblii. Bardzo szybko przemienili się we wzorowych chrześcijan. Po kilku latach cała społeczność wyspy ( 9 Tahitanek i 19 urodzonych na Pitcairn dzieci ) przyjęła chrześcijaństwo.
W 1808 roku na wyspę przez przypadek trafił amerykański statek Topaz i zastał tam wzorcową, kwitnącą społeczność. O swoim odkryciu Topaz powiadomił angielską admiralicję, ale ta nie zwróciła na to uwagi, gdyż była zajęta wojną (z Francją Napoleona).
W 1814 roku, wyspę odwiedziły, również przez przypadek, dwa angielskie statki. Na wyspie zastali 46 mieszkańców żyjących zgodnie pod niekwestionowanym panowaniem Johna Adamsa. Tym razem admiralicja przeczytała raport i zdecydowała pozostawić Johna Adamsa w spokoju.
W 1828 roku na wyspę przybył poszukiwacz przygód – George Hunn Nobbs. John Adams mianował go nauczycielem i pastorem.

W tym czasie liczba mieszkańców wzrosła do 66, zaczęło brakować żywności i materiałów. John Adams wysłał do rządu w Londynie oficjalną prośbę o przeniesienie społeczności do Australii.

Exodus.
John Adams nie doczekał się spełnienia swej prośby, zmarł w 1829 roku, ale biurokratyczna machina działała. Mimo pozytywnych raportów o sytuacji na wyspie, w lutym 1831 roku przybyły z Sydney dwa statki z zadaniem ewakuacji mieszkańców Pitcairn na Tahiti.
Królowa Tahiti – Pomare IV – i jej podwładni przyjęli przybyszy bardzo życzliwie, zaopatrzyli ich w artykuły pierwszej potrzeby, przydzielili tereny na osiedlenie się. Jednak “Pitcairnczycy” nie czuli się jak u siebie w domu. Raziła ich rozwiązłość miejscowej ludności, do tego dołączyły się choroby zakaźne. W ciągu pierwszych 3 miesięcy pobytu zmarło 10 przesiedleńców. Tego było za wiele, zaczęto poszukiwać możliwości powrotu na Pitcairn. W sierpniu 1831 roku trafiła się okazja. Za przejazd trzeba było zapłacić £500, sprzedali więc wszystko co posiadali i wrócili.

Konstytucja.
Byli więc z powrotem w domu. Jednak po nieudanej przeprowadzce na Tahiti czuli się jak owce bez pasterza. Nie mogli się zdecydować na wybór nowego przywódcy, szerzyła się anarchia i pijaństwo.
Natura nie znosi jednak próżni. W październiku 1832 roku na wyspę przybył purytański aktywista, Joshua Hill, oświadczył, że jest wysłannikiem rządu brytyjskiego i mianował się prezydentem wspólnoty Pitcairn.
Jego pierwszym posunięciem był zakaz domowej produkcji alkoholu. Następnie wprowadził surowe kary za najdrobniejsze wykroczenia i doprowadził do usunięcia George’a Nobbsa z wyspy. Te posunięcia wywołały niezadowolenie, które stopniowo rosło. Miarka przebrała się, gdy na wyspę dotarła wiadomość, że Joshua Hill skłamał i nie reprezentuje żadnych instytucji rządowych. W 1838 roku został zmuszony do opuszczenia wyspy. Z wygnania powrócił George Nobbs.
Uwaga: historia Joshua Hill’a prawdopodobnie zainspirowała Marka Twaina do napisania opowiadania – Rewolucja w Pitcairn. W tym opowiadaniu na wyspie pojawia się Amerykanin i proponuje mieszkańcom swoisty Brexit – oderwanie się od Wielkiej Brytanii. Skutki są fatalne.

Te siedem chudych lat uświadomiło mieszkańcom wyspy potrzebę formalnej regulacji stosunków na wyspie. Z pomocą kapitana brytyjskiego statku HMS Fly, który właśnie odwiedził wyspę, opracowali lokalną “konstytucję”. Dokument został zawieziony do Londynu i zatwierdzony przez brytyjski parlament. Z dniem 30 listopada 1838 roku wyspy Pitcairn stały się częścią Imperium Brytyjskiego.
Opracowana lokalnie i zatwierdzona przez brytyjski parlament konstytucja Pitcairn dawała kobietom prawo głosu i wprowadzała obowiązkowe nauczanie.
Uwaga! To był pierwszy w historii przypadek przyznania kobietom powszechnego prawa głosu.

Mając taką konstytucję społeczność Pitcairn funkcjonowała wzorowo. Wyspa była odwiedzana okresowo przez wielorybników, którzy wykonywali tu drobne naprawy sprzętu i zaopatrywali się w żywność. To zachęciło mieszkańców do bardziej systematycznej pracy na roli i do rozwoju drobnego rzemiosła.

I znowu sukces doprowadził do kryzysu. Liczba mieszkańców przekroczyła 190 osób i na wyspie o powierzchni 4.6 km2 zrobiło się ciasno. Przyjaciele w Anglii i Australii radzili ewakuację.
Mając w pamięci doświadczenie sprzed 25 lat mieszkańcy wyspy postawili jeden warunek – przeprowadzą się na jakąś większą wyspę, ale musi być bezludna.

Norfolk Island.
Los zrządził, że kilka miesięcy wcześniej została zlikwidowana kolonia karna na Norfolk Island. Ostatni przebywajacy tam skazańcy zostali przeniesieni na Tasmanię.
Norfolk Island ma powierzchnię 36 km2 . Zamieszkujący ją przez 60 lat skazańcy zostawili po sobie budynki, drogi, dobrze utrzymane pola. Na wyspie pozostało sporo bydła i innych zwierząt domowych.
8 czerwca 1856 roku 194 mieszkańców Pitcairn przybyło na Norfolk Island.
Wydawało się, że to już koniec historii, ale nie. Kilkanaście osób nie mogło wyleczyć się z tęsknoty. Pod koniec 1858 roku trafiła się okazja powrotu i skorzystało z niej 16 osób.
Swoją byłą ojczyznę zastali w ruinie. Okazało się, że przez pewien czas na wyspie zamieszkiwali rozbitkowie ze statku, który rozbił się na pobliskich rafach. Zdewastowali oni zastane budynki.
Z drugiej strony jednak, przybyli tu w bardzo ważnym momencie, gdyż wyspę właśnie odwiedził francuski statek i sadząc, że jest bezludna i niczyja zamierzał zaanektować ją dla Francji.

Zaczęła się praca od podstaw. Po 6 latach, niespodziewanie, na wyspę powróciła kolejna grupa niezadowolona z życia na Norfolk Island. Ludność Pitcairn liczyła 46 osób.

Sytuacja ekonomiczna jednak pogorszyła się. Złote lata wielorybnictwa minęły. Zamiast jak poprzednio 40, wyspę odwiedzało rocznie niewiele ponad 10 statków. Istotną pozycją stały się pobyty rozbitków, którzy czekali na wyspie na okazję zabrania się na jakiś statek, a po powrocie do domu nie omieszkali odwdzięczyć się gościnnym mieszkańcom wyspy. Na wyspę wysyłano sprzęt kuchenny i domowy, ubrania, książki. Przysłano nawet organy.
I tak minęło prawie 30 lat.

Nowe oblicze Boga.
Przez te wszystkie lata społeczność wyspy nie miała silnego przywódcy. Istniejące prawa zapewniały spokojną egzystencję, ale ludzie szukali czegoś więcej.
W roku 1876 na wyspę dotarły z USA publikacje religijne kościoła adwentystów.
Przez prawie 80 lat mieszkańcy wyspy byli gorliwymi wyznawcami religii anglikańskiej. Publikacje adwentystów zachwiały ich wiarą. W październiku 1886 roku zgodzili się na przybycie na Pitcairn misjonarza adwentystów, aby przedstawił swoje argumenty.
Argumenty okazały się przekonujące. W wyniku głosowania przyjęto zasady nowej wiary. Wydarzenie to wzbudziło entuzjazm w centrali Adwentystów w USA, które wysłało na wyspę suto wyposażony statek misyjny.

Nowonawróceni zostali ponownie ochrzczeni (pełne zanurzenie), zabito wszystkie znajdujace sie na wyspie świnie, aby nie wiodły na pokuszenie. Poza tym żadne zmiany fizyczne nie były potrzebne. Mieszkańcy Pitairn nie pili alkoholu, nie palili.
Misjonarze Adwentystów zabrali się za intensywną prace z młodzieżą – nauka historii, gramatyki, gotowanie, pierwsza pomoc. Założyli gazetę i przedszkole.
Ten przykład dodał energii mieszkańcom, którzy wprowadzili poważne zmiany w konstytucji – 7-osobowy parlament, oraz w kodeksie karnym – dodano surowe kary za cudzołóstwo, bicie żony, okrucieństwo, podglądanie sąsiadów.

XX wiek.
W 1904 roku rozbudowno nieco aparat administracyjny wyspy i wprowadzono pierwszy podatek – od posiadania broni palnej.
Istotne dla mieszkańców wyspy było otwarcie Kanału Panamskiego w 1914 roku. Wyspa leży w połowie drogi z Panamy do Australii, więc nieomal co tydzień w okolicy pojawiał się statek pasażerski.
W 1936 roku ilość mieszkańców wyspy osiągnęła szczyt – 260 osób. Od tego czasu zmalała do około 50 osób.

Mee too.
W roku 2004 na wyspie wybuchł skandal – 1/3 mieszkańców płci męskiej została oskarżona o molestowanie i gwałty nieletnich dziewcząt.
Mieszkańcy, popierani przez sporą ilość kobiet, argumentowali, że było to zgodne z polinezyjską tradycją. Sąd nie uznał tych argumentów i prawie wszyscy zostali skazani.

Pozytywną informacją może być to, że od 2015 roku na wyspie dozwolone są małżeństwa osób tej samej płci. Jak dotychczas nikt nie skorzystał z tej możliwości.

Informacje praktyczne.
Na wyspie nie ma lotniska ani portu. Przypływające tu statki muszą zakotwiczyć w bezpiecznym miejscu, ludzie i towary transportowane są na łodziach.
Osoby, które chcą odwiedzić wyspę na ogół na noc wracają na statek, chociaż ostatnio wprowadzono możliwość kilkudniowego pobytu przy tutejszej rodzinie.
Elektryczność – generator zapewnia elektrycznośc w godzinach 8-13 i 17-22. Niepokojący jest fakt, że jedyny elektryk na wyspie ma 68 lat.
Internet – istnieje połączenie satelitarne. Miesięczny abonament kosztuje $100 za 2 GB.

Źródła.
Wikipedia – Bounty Mutiny – KLIK.
Mark Twain – Rewolucja w Pitcairn – zbiór Bajeczki dla starych dzieci – PIW 1950 rok.
Pitcairn Islands Study Center – KLIK.

Peru 4

Joanna Trümner

W kanionie Colca, coraz dalej od Nazca

Kolejnym etapem naszej podróży jest kanion Colca, drugi pod względem głębokości kanion świata (dwa razy głębszy od Wielkiego Kanionu Colorado). Czeka nas wielogodzinna podróż autobusem. Co prawda Arequipę i miasto Chivay, do którego mamy dotrzeć, w linii prostej dzieli tylko ponad sto kilometrów, ale droga prowadzi przez tak wysokie góry (startujemy z wysokości 2.300 metrów w Arequipie, a najwyższe wzniesienie na trasie to Przełęcz Wiatrów na wysokości 4.910 metrów), że na ich pokonanie potrzeba co najmniej sześciu godzin. Na pierwszym postoju nasza przewodniczka, Milagros, namawia pasażerów do kupienia suszonych liści koki i cukierków z koki. Tłumaczy, że liście koki są częścią peruwiańskiej kultury i najskuteczniejszym na świecie naturalnym środkiem na chorobę wysokościową. Kojarzenie liści koki z kokainą (zwaną w Peru „diabłem”) jest, jak twierdzi, kompletnym nieporozumieniem. Do produkcji tego narkotyku potrzebne są odpowiednie procesy chemiczne i mieszanki z innymi składnikami. Milagros robi z naszego pierwszego kontaktu z koką fajną zabawę, radząc nam żuć te niezbyt smaczne suche liście w takt melodii przeboju Despacito (Powoli, powoli). Po pół godzinie żucia przerzucam się na cukierki z koką, które w przeciwieństwie do liści są smaczne i nie mają nieprzyjemnego ziemistego smaku.

Autobus pnie się coraz wyżej, ubywa roślinności, a za oknem coraz częściej widać zaśnieżone wierzchołki gór (granica śniegu leży w Peru na wysokości 5.000 metrów).

Dziwię się, że od czasu do czasu mijamy przypominające stepy polany, na których pasą się stada wikunii.  Te śliczne dzikie lamy żyją na wysokości powyżej 3.500 metrów.

O wartościach zrobionej z ich sierści wełny dowiedziałam jeszcze zanim zobaczy wikunii w naturze. W jednym z eleganckich sklepów w arkadach na rynku w Arequipie wpadło mi w oko beżowe ponczo na wystawie.  Weszłam do sklepu i wzięłam do ręki. Było tak przyjemne w dotyku i miękkie, że od razu zorientowałam się, że trzymam w ręku bardzo dobry i z pewnością drogi gatunek wełny.  Ponczo kosztowało ponad dwa tysiące dolarów, więc z żalem oddałam je z powrotem do rąk sprzedawczyni, która w chwilę później uświadomiła mi (z nieukrywaną wyższością w głosie),  że wełna z wikunii jest najlepszą gatunkowo i najdroższą wełną na świecie. Garnitur z wełny wikunii kosztuje przeciętnie od 10.000 do 20.000 dolarów, a płaszcze wykonane z tego materiału nosił między innymi Al Capone i Aristoteles Onasis. Te dzikie zwierzęta objęte są całkowitą ochroną i tylko dwóm peruwiańskim firmom wolno jest raz do roku schwytać je i ostrzyc. Następnie pod okiem dyżurnych weterynarzy zostaną wypuszczone na wolność.

Po drodze robimy kilka przerw, wysiadamy z autokaru i rozprostowujemy nogi. Na każdym postoju widzimy wulkan Sabancaya (5976 m), z którego nieustannie wydobywa się dym. Po raz pierwszy w życiu widzę czynny wulkan i robi on na mnie tak niesamowite wrażenie, że przez chwilę zapominam o tym, że z godziny na godzinę czuję się coraz bardziej niewyraźnie.

Na najwyższym punkcie drogi, na Przełęczy Wiatrów, mój organizm buntuje się. Wyglądam jak trup, głowa mi pęka, mam poczucie nudności, a po wyjściu z autokaru nie mogę złapać oddechu. Po chwili za pomocą kierowcy wracam na swoje miejsce w autobusie i w duchu modlę się, żeby to się skończyło. Milagros bada mój puls i uspokaja, mówiąc, że w autokarze jest butla tlenowa i powinnam z niej skorzystać. „Poczekajmy dziesięć minut”, odpowiadam i koncentruję wszystkie siły na spokojnym, miarowym oddychaniu. Wiem, że jesteśmy na najwyższym punkcie drogi, że będziemy teraz zjeżdżać w dół i będzie, musi być coraz lepiej. W pół godziny później zaiste czuję się o wiele lepiej.

Któryś z pasażerów pyta przewodniczkę, jak mieszkańcy Andów, szczególnie ci starsi i dzieci radzą sobie z chorobą wysokościową. Jej odpowiedź jest zaskakująca – mieszkańcy Andów różnią się  budową ciała od mieszkańców nizin. Ich klatka piersiowa ma większą pojemność, serce jest o 20% większe od naszego, a co za tym idzie płuca są również większe, dzięki czemu są w stanie chłonąć z powietrza większe ilości tlenu. Mieszkaniec Andów ma dwa litry krwi więcej niż mieszkaniec nizin, struktura tej krwi jest odmienna, zawiera wiecej czerwonych ciałek i dwa razy więcej hemoglobiny. „Jeżeli zostaniecie na tej wysokości przez miesiąc, to też będziecie mieli taką krew”, komentuje Milagros, uśmiechając się do mnie.

Docieramy do miasteczka Chivay (3650 m n.p.m.), bramy do kanionu Colca.

Zatrzymuję się przy tablicy pamiątkowej na głównym placu miasteczka. Z dumą czytam „Z tego miejsca dnia 13 maja 1981 roku wyruszyła polska akademicka wyprawa kajakowa Canoandes 79, która zdobyła i odkryła dla świata najgłębszy na ziemi Kanion – Rio Colca”. Kanion ma długość 120 kilometrów, a różnica poziomów pomiędzy jego wlotem a wylotem wynosi 2.200 metrów. Nie wiedzałam o tym odkryciu Polaków, może dlatego że uczestnicy tej wyprawy po ogłoszeniu stanu wojennego wyemigrowali na stałe z Polski. Do dziś mieszkają w Stanach.

Przed zapadnięciem zmroku docieramy do hotelu położonego w środku kanionu. W drodze do naszego bungalowu szczękam zębami z zimna. Z przerażeniem widzę, że w pokoju nie ma żadnego ogrzewania. Mimo to jest tu ciepło, wszystkie domki w ośrodku ogrzewane są podłogowo przez gorące źródła w okolicy. Po kolacji widzę ludzi w szlafrokach (mamy około pięciu stopni plus) w drodze do gorących źródeł na terenie hotelu. O dziewiątej i my siedzimy w  gorących basenach i wpatrujemy się w pełne gwiazd niebo, w Krzyża Południa. Co mniej więcej półtorej godziny na niebie widać światła Międzynarodowej Stacji Kosmicznej. Atmosfera jest niesamowita – pełna ciemność wokół mnie, rozświetlana jedynie gwiazdami, szum potoku i przyjemne ciepło gorących źródeł.

Z samego rana wyruszamy w drogę do Cruz del Condor (Krzyż Kondora). Kanion ma tutaj głębokość ponad tysiąca metrów i kondory czekają na prądy powietrza, które uniosą je w górę wąwozu. Zatrzymujemy się w Mirador Cruz del Condor (Punkt Widokowy Krzyża Kondora) i  już podczas, gdy kierowcę autobusu parkuje, widzę, że nie jesteśmy jedynymi osobami na świecie, które w tym miejscu chcą zobaczyć kondory. Nie da się opisać ilości ludzi rozmawiających we wszystkich językach świata (słyszałam również polski), czekających na pierwszego kondora. Do hałasu turystów dochodzą odgłosy sprzedawców napoi i jedzenia, pamiątek i nieodzownych koców z sierści lamy. W duchu dziwię się, że te ptaki w ogóle się jeszcze tutaj pokazują. Kanion jest przecież na tyle długi, że mogłyby znaleźć sobie spokojniejsze miejsce.  W kilka minut po przybyciu na miejsce widzimy kondory, jestem zachwycona ich majestatycznym lotem bez poruszania skrzydłami. Cieszę się, że to zobaczyłam i wstydzę się równocześnie za ten punkt widowiskowy (jeden z wielu po drodze) i ludzki hałas, który zakłóca im życie. Kondory nie mają wrogów naturalnych i żyją ponad sześćdziesiąt lat. „Ile jeszcze „miradorów” powstanie tutaj w ciągu sześćdziesięciu lat?”, myślę z przerażeniem.  W kanionie Colca spędzamy trzy dni.

Cdn