Four horsemen

Czterech jeźdźców

Wczoraj minęła rocznica śmierci Albrechta Dürera. Urodził się w maju 1479 roku w Norymberdze, umarł tam 6 kwietnia 1528 roku. Miał 49 lat.

Obok reprodukuję jeden z najsłynniejszych sztychów Dürera, Czterech jeźdźców Apokalipsy, czyli Zaraza, Wojna, Głód i Śmierć. Ciekawe, że dziś czterech jeźdźców pojawia się przede wszystkim jako nowe pojęcie społeczno-filozoficzne: czterech jeźdźców ateizmu.

O tym jednak za chwilę, bo najpierw chciałabym oddać hołd jednemu z twórców, którzy pomagali (i pomagają) mi przetrwać najgorsze nawet czasy.  Wikipedia pisze, że był najwybitniejszym artystą niemieckiego renesansu, a ja mam poczucie, że był melancholiaDuerer1514najsłynniejszym artystą niemieckim wszechczasów.

W powieści Güntera Grassa, Z pamiętnika ślimaka, nauczyciel Zweifel (czyli… Wątpliwości), uciekając przed nazistami, zabiera ze sobą reprodukcję sztychu Melancholia. Sztych zainspirował też Edwarda Muncha (który stworzył kilka obrazów o tym samym tytule, wszystkie wzorowane na Dürerze), Jean-Paula Sartra (Mdłości), Thomasa Manna (Doktor Faustus), Dana Browna (Zaginiony symbol) i wreszcie Larsa von Triera, słynnego reżysera, założyciela ruchu Dogma 95, autora filmu… Melancholia.

Najprawdopodobniej jednak Czytelnicy (i Czytelniczki) najlepiej znają jeden ze słynnych autoportretów artysty – ten, który poświadomie uważamy za portret Jezusa. Nikt z nas się do tego oczywiście nie przyzna, bo dobrze wiemy, że Jezus musiał być żydowskim mężczyzną,selbstbildnis-im-pelzrockalbrecht-duerer-1509 miał ciemne oczy, śniadą cerę i czarne włosy, ale nic na to nie poradzimy, lata indoktrynacji zrobiły swoje i wdrukowały nam na zwasze portret Jezusa jako rudawego blondyna, z bródką i długimi lokami, a opowieści o portrecie Zbawiciela na całunie turyńskim tylko ten imprint wzmocniły. (Może zresztą akurat widzieliście wielkanocną transmisję z Katedry w Turynie – po raz drugi z rzędu całun został wystawiony  jako znak nadziei w czasach pandemii.)

Dürer piękny i genialny. Dürer Superstar.

W winecie wpisu umieściłam szkic artysty, ręce złożone do modlitwy, a tu przypomnę jeszcze dwa jego dzieła: Zająca i Nosorożca.

Ten Zając i te Ręce towarzyszyły mi przez całe dzieciństwo, bo wisiały jako reprodukcje w mieszkaniu prababci, oglądałam je co niedzielę i do dziś zając Dürera kojarzy mi się z zapachem świeżo mielonej kawy, pieczonymi w domu herbatnikami, moją maleńką jak lalka prababcią i stołem nakrytym kilimem na werandzie, gdzie kwitły begonie. Prababcia była z domu Karpińska i jest naszym rodzinnym powodem do dumy, gdyż jej stryjecznym dziadkiem był Franciszek, autor Laury i Filona.

Nosorożca wybitnie lubię i zastanawia mnie, że Dürer nigdy go nie widział, a stworzył pierwszy “prawdziwy” portret tego dziwnego zwierzęcia, które wygląda jak żart, albo wprawki demiurga przed stworzeniem słonia.

***
Ci czterej mężczyni to Richard Dawkins, Christopher Hitchens, Sam Harris i Daniel Dennett, a nazywa się ich Czterema Jeźdźcami (Nowego) Ateizmu. Dowiedziałam się tego od Konrada, jak zresztą bardzo wielu innych rzeczy o świecie współczesnym.

Nowy ateizm, pisze Wikipedia, to ruch antyteistycznych pisarzy i naukowców XXI wieku, wyznających pogląd, że „religii nie powinno się jedynie tolerować, lecz należy jej przeciwdziałać, krytykować ją i poddawać racjonalnej argumentacji wszędzie tam, gdzie sięgają jej wpływy”. Nowy ateizm głosi, że współcześnie nauka wymaga mniej przyzwalającej postawy wobec religii, przesądów i religijnego fanatyzmu niż do tej pory. W trakcie dyskusji, która odbyła się w 2007 r. na temat krytyki religii, czterej dyskutanci zostali nazwani Czterema Jeźdźcami i ta nazwa do nich przylgnęła.
Do ruchu Nowego Ateizmu zalicza się też Victora J. Stengera, autora książki: Nowy ateizm: stanowisko wobec nauki i rozumu.

Jest taka książka zalecana przez Neuropę, polski portal “nowych Europejczyków”:

  • Bóg bez znaczenia, Janusz Majcherek
    Pozycja jest polskim wkładem w nurt „nowego ateizmu”, ale skupia się nie na dyskusji o (nie)istnieniu Boga, a na pytaniu, czy to zagadnienie ma współcześnie jeszcze jakieś znaczenie. Książka zawiera szeroki przegląd debaty o religii w anglosferze w ostatnich dekadach i nakierowuje na dalsze lektury. Na polskim rynku wydawniczym przeszła bez większego echa, ale polecamy ją jako rodzimą alternatywę dla książek „czterech jeźdźców nowego ateizmu”.

***
Ilustracje w tym wpisie, dzieła Albrechta Dürera, zostały wzięte z domeny publicznej: Czterech jeźdźców Apokalipsy, sztych, Metropolitan Museum of Art, Nowy Jork; Melancholia, sztych, National Gallery of Art, Waszyngton; Autoportret, obraz olejny, Nowa Pinakotheka w Monachium, Modlitwa (Ręce), szkic, Albertina, Wiedeń. Portret czterech współczesnych filozofów znalazłam w Wikipedii.

***

Oczywiście Czterech jeźdźców Apokalipsy można i bez różnych przenośni łączyć z panującą nam dziś miłościwie pandemią coronawirusa. W końcu jeden z jeźdźców to Zaraza. Ela Kargol po lekturze tego wpisu poszukała jeszcze trochę w sieci i znalazła zeszłoroczny artykuł nt. pandemii i tego, jak sobie z nią radzono. Ciekawe wydaje mi się, że o ile dawniej najlepszym sposobem na zarazę było zalecenie: Uciekaj, o tyle obecnie podstawowy nakaz głosi: Siedź w domu.

wyborcza pandemia

Barataria Wielkanocna & Ostern in Barataria

W Berlinie na święta wielkanocne 2021 pewien pan namówił sąsiadów, kupili wspólnie 6500 plastikowych jajek, wyjęli ze schowków różne ogrodowe ozdoby, jeże, owieczki, prosiaczki, dziadka i babcię na ławeczce, a także Buddę i udekorowali całą swoją ulicę i nawet sąsiednie narożniki.

Die Kunde über Osterallee fand ich in Facebook:
“Büsche und Bäume hängen voll von Tausenden Ostereiern, auf dem gepflegten Rasen sitzen frühlingshafte Tierfiguren. Ein buntes Treiben, über das sich der ganze Kiez freut. Dieser Berliner macht aus der Reußallee die Oster-Allee!
Dariush Dinarvandi (58) lebt dort seit zehn Jahren mit seiner Frau und der Tochter in einem Mehrfamilienhaus. Die Geschichte des Oster-Spektakels reicht fünf Jahre zurück.
„Eine Nachbarin, die mittlerweile weggezogen ist, hatte damals ein paar Eier auf dem Balkon und in den Bäumen“, sagt Dinarvandi, der als Taxifahrer arbeitet. „Als sie umzog, habe ich damit weitergemacht.“

Kilka lekcji na XXI wiek, czyli słowo na Wielkanoc

Ewa Maria Slaska

Przeczytałam ten słynny bestseller, no, może nie jednym tchem, ale na pewno “jednym ciągiem”, a nie, jak to często robimy z takimi książkami – skacząc z tematu na temat i wyszukując co ciekawsze fragmenty. To zresztą książka, którą warto czytać po kolei, bo te lekcje bardzo płynnie i kunsztownie przechodzą jedna w drugą i jeżeli autor pod koniec lekcji 1, Rozczarowanie, mówi o pracy, to następny rozdział będzie poświęcony pracy (czy raczej temu, że nie będziemy tej pracy mieli, a utrzymywać nas będzie państwo, albo bogacze – państwo, bo musi wypełniać swoje wobec nas obowiązki, a bogacze – bo będą się bać, że przegryziemy im gardło ze złości i frustracji).

Patrzę na spis treści i sprawdzam, czy zapamiętałam te 21 lekcji na XXI wiek? A raczej – co z nich zapamiętałam? Kopiuję spis treści, ale odpowiedzi wpisuję, nie zaglądając do książki:

Część I – Wyzwanie techniczne

1. Rozczarowanie, czyli jak straciły sens trzy wielkie opowieści XX wieku: faszyzm, komunizm i opowieść liberalna
2. Praca, czyli nie będzie pracy (patrz wyżej), ale też – nawet jeśli nudzi nas, to co mówi Harari i inni mu podobni, na pewno ożywimy się, gdy ich wykład dojdzie do pytania, czy w przyszłości będziemy mieli pracę? Chociażby dlatego, że natychmiast pojawiają się dwa kolejne pytania: to co będziemy robili z naszym życiem? Oraz: z czego będziemy żyli?
Harari prorokuje jednak, że filozofowie długo jeszcze będą mieli pracę, bo ktoś będzie musiał programować np. samochody SI, tak by umiały na ulicy podejmować decyzje zgodnie z tym, czego by chciał użytkownik. Te decyzje mogą być tak odmienne, że nie jest wykluczone, że już niedługo powstaną dwa rodzaje aut autonomicznych. Harari nazywa je Tesla Altruista i Tesla Egoista. My, ludzie z lewicowo-liberalnej “bańki”, będziemy się oczywiście opowiadali za wyborami Altruisty, ale… Otóż to, ale. Bo jak będziemy kupowali te samochody, to przede wszystkim z uwagi na bezpieczeństwo naszych dzieci, i tak kupimy Teslę Egoistę.
A mnie przychodzi jeszcze do głowy, że będziemy się przecież wstydzili posiadania Tesli Egoisty (może będą miały różne kolory) i spróbujemy np. przekupić salony samochodowe, po to by ten zakup przedstawić jako zakup Altruisty. Jako czytelnicy literatury ScFi myślicie sobie teraz, że atrofia i erozja reżimu SI nie będzie możliwa, ale gdzieś w głębi ducha wiecie, że tak będzie, bo nie ma systemów funkcjonujących idealnie i jeśli zdołaliśmy sobie poradzić z Hitlerem i Stalinem, to poradzimy sobie z Muskiem i Putinem.
Niestety, wcale nie musi tak być. Oczywiście SI na pewno będzie w pierwszych fazach funkcjonowania pełna błędów, złych decyzji i możliwości sabotażu, i pewnie nawet za waszego życia jeszcze nie stanie się nie dającym się poluzować gorsetem. Ale takie czasy nadchodzą… Myślę, że Konrad ma rację, jeśli zaraz nie zabierzecie się za badanie mechanizmów obronnych, to będzie za późno. Może już wy się o tym przekonacie, ale na pewno – wasze dzieci.
Choć może w międzyczasie zaniknie już instynkt rozmnażania się, tak jak to przewidział Michel Houellebecq w Cząstkach elementarnych już w roku 1998, i wtedy nie będziecie zważać na argument “dobro dzieci”. Ba, może nawet nieprzewidywalność tego, jak w sytuacji zagrożenia zareaguje na szosie Tesla Altruista, stanie się jedynym wolnym elementem w życiu, rosyjską ruletką, zapewniającą dreszczyk ryzyka w nudnym świecie SI.

Sztuka przewiduje też inne rozwiązania, pod warunkiem, że potrafimy zachować zdolność samodzielnego myślenia. Obejrzyjcie ten film, choć na pewno myślicie, że to jakaś zamierzchła staroć. Został nakręcony w roku 1981 (a ja pamiętam go do dziś).
3. Wolność, czyli co się z nią stanie w epoce sztucznej inteligencji? Zapewne oddamy ją SI tak samo, jak już w tej chwili oddaliśmy w ręce samochodowych nawigacji pytanie, jak mamy jechać, aby dotrzeć do celu? Gdy rozmawiam o tym z Konradem, mówi, że obrona wolności przed dyktaturami  i nie-dyktaturami wyposażonymi w SI i skłonnymi do korzystania z jej środków zdobywania i umacniania władzy, będzie najprawdopodobniej najważniejszym zadaniem jego pokolenia, jeśli zawiodą – wolność przestanie istnieć.
4. Równość, czyli co się z nią stanie w epoce sztucznej inteligencji? Bo od czasu swego powstania Homo Sapiens nie chce być równy z innymi, chce być lepszy i mieć coraz więcej, a i tak jest wiecznie niezadowolony

Część II – Wyzwanie polityczne

5. Społeczność, czyli co się z nią stanie w epoce sztucznej inteligencji?
6. Cywilizacja, czyli dlaczego jest wygodniej, że mamy obecnie już tylko jedną, a co najwyżej kilka cywilizacji?
7. Nacjonalizm, czyli nikt nie został wybrany (I)
8. Religia, czyli jak opowieści łączą miliony ludzi w celu wykonania tego, czego pojedynczy człowiek nigdy nie osiągnie i jak małe rytuały są siłą napędową wielkich dążeń i osiągnięć
9. Imigracja, czyli najważniejsze wyzwania XXI wieku to globalny postęp techniczny, globalna katastrofa klimatyczna i globalne migracje

Część III – Rozpacz i nadzieja

10. Terroryzm, czyli co się stanie, jak terroryści dostaną do ręki broń atomową?
11. Wojna, czyli nikomu nie opłaca się już toczyć wojen (poza lokalnymi konkfliktami – póki co), bo jedynym dobrem, jakie warto zdobywać są nasze własne dane, a żeby je zdobyć, niepotrzebna jest wojna, bo wystarczy nasza własna głupota, brak czujności, ciekawość bądź chęć zysku
12. Pokora, czyli nikt nie został wybrany (II)
13. Bóg, czyli jak to się stało, że wiara, iż istnieje coś znacznie większego od nas (Bóg Tajemnicy) zmienia się w system nakazów i zakazów (drobiazgowy Bóg Prawodawca)
14. Sekularyzm, czyli najlepsza ludzka opowieść, tylko szkoda, że tak mało pociągająca

Część IV – Prawda

15. Niewiedza, czyli wszyscy jesteśmy durniami
16. Sprawiedliwość, czyli…
17. Postprawda, czyli od zawsze żyjemy w świecie postprawdy, bo wszystkie wielkie opowieści o świecie, ludziach, państwach, religiach i bogach to postprawdy
18. Science Fiction, czyli dlaczego Matriks nie jest prawdziwą opowieścią o przyszłości, a (niestety) W głowie się nie mieści Disneya – tak

Część V – Odporność

19. Edukacja, czyli uczmy dzieci, że mają poznawać siebie i umieć się zmieniać
20. Sens, czyli cierpienie jest najbardziej realną częścią rzeczywistości
21. Medytacja, czyli poznaj sam siebie

Patrzę na tę listę i z zainteresowaniem stwierdzam, że zapamiętałam coś z każdej lekcji Harariego, z każdej oprócz sprawiedliwości. Zaglądam do książki: Nasze poczucie sprawiedliwości może być nieaktualne. No tak, oczywiście, to, co było aktualne podczas wędrówki Żydów z Egiptu do Ziemi Obiecanej albo dla Polaków w okresie rozbiorów, nie sprawdzi się w czasach globalnej katastrofy klimatycznej i powszechnego braku pracy. No ale cieszmy się, bo nadal na rynku pracy będzie praca, np, jak już o tym była mowa, dla filozofów, a przede wszystkim etyków.

Harari pisze o tym, że gdy sztuczne inteligencje będą dominowały na drodze pełnej autonomicznych samochodów, wypadków będzie mniej, niż jest ich wtedy, gdy spotykają się na niej pojazdy kierowane przez ludzi, bo ludzie są nieobliczalni. Ale, dodaje, jeśli samochód autonomiczny będzie musiał wybrać między przejechaniem dziecka, a rozbiciem samochodu pełnego pasażerów, zasadniczo wybierze zabicie dziecka (bo jest jedno), podczas gdy człowiek zawsze odruchowo i nieobliczalnie wybierze zabicie siebie, a ochronienie dziecka. Chyba że zostanie z góry zaprogramowany inaczej. I to właśnie np. tu, w fazie budowania algorytmu samochodów bez kierowcy, filozof będzie musiał podjąć setki drobnych decyzji etycznych. Gdy już powstaną te dwa odmienne samochody – Altruista i  Egoista, chcielibyśmy oczywiście, kupując taki samochód, wybrać Altruistę, doświadczenie jednak podpowiada, że zapewne kupimy Egoistę. “Zwłaszcza, jeśli mamy dzieci”, twierdzi Konrad. “Zwłaszcza, jeśli uda nam się sprawić pozór, że kupiliśmy Altruistę”, chciałabym dodać ja, ale nie czuję, bym miała w tej kwestii cokolwiek do powiedzenia.

PS 1.

Wielka opowieść o człowieku nie może się obyć bez Wielkich Książek. Biblia pojawia się więc 20 razy, Szekspir 7 razy, Don Kichot raz (choć indeks tego nie wykazuje) i Harry Potter też raz, ale indeks go wykazuje, choć pojawiają się obaj w jednym zdaniu na stronie 302:  “Znaczna część Biblii może być fikcją, ale i tak księga ta potrafi nieść radość miliardom ludzi i być dla nich zachętą do współczucia, odwagi i kreatywności – podobnie jak inne dzieła z gatunku fikcji, na przykład Don Kichot, Wojna i pokój i Harry Potter.”

PS 2.

Nowy mural, odsłonięty w Berlinie we wtorek przedwielkanocny, zdaje się dość dobrze ilustrować to, co nas czeka. Ten kto odsłania tajemnice kapitalizmu, jest nowym Jezusem i zostanie ukrzyżowany. Przy okazji dobrze jest może zacytować tu pewne zdanie, wstrząsające w swej oczywistości: Łatwiej jest nam uwierzyć w koniec świata niż w koniec kapitalizmu (Fredric Jameson).

freeAssangeYesterdayCaptainBorderline

Free Assange Yesterday, autor: kolektyw sztuki ulicznej Captain Borderline. Julian Assange, współtwórca WikiLeaks przebywa w więzieniu w Londynie; w USA zaocznie zapadł już na niego wyrok o szpiegostwo i zhakowanie komputerów rządowych. (Foto: Krystyna Koziewicz)

Berlin, Dahlem Dorf, wieś w mieście

Ela Kargol

Kilka dni przed niedzielą palmową wybrałyśmy się z Krysią do Domäne Dahlem w Berlinie i na pobliski cmentarz.

Dahlem była kiedyś osadą, później wsią skupioną wokół średniowiecznego kościoła św. Anny, potem przedmieściem Berlina z dużym gospodarstwem Domäne Dahlem, do dzisiaj działającym, choć uszczuplonym o tereny przeznaczone na początku XX wieku na budowę wspaniałych willi, na które stać było tylko tych bogatszych berlińczyków.

Tak jak kiedyś Dahlem i okolice przyciągały mieszczuchów na łono natury, tak jest do tej pory. Majątek Dahlem jest celem wycieczek rodzin, które swoim dzieciom chcą pokazać żywą krowę, kurę, barana i chcą poczuć zapach stajni, obory lub chlewa.

Nie przyciągała mnie długo ta sztuczna wieś w mieście, może dlatego, że nie była mi obca prawdziwa wieś, na której spędzałam prawie wszystkie wakacje i inne wolne chwile. Nie przychodziłam tu z dziećmi, zaczęłam dopiero z wnukami.

Przyglądaliśmy się krowom, koniom, wiosną cielakom, źrebakom, jagniątkom. Prosiaków moje wnuki nie chciały oglądać, prosiaki śmierdziały. Pokazywałam im oziminę i zboże jare, ziemniaki, kapustę, kukurydzę, kupowaliśmy jabłka z robakami i drogi miód z pobliskich pasiek. Kiedyś urwałam wnuczce kilka kolb kukurydzy i pokazałam jej, jak można robić z nich lalki z długimi włosami. Moje wnuki patrzyły już inaczej niż ja na to muzeum wsi, tym bardziej, że każda wyprawa kończyła się przejażdżką na traktorze lub na karuzeli.

Folwark Domäne był kiedyś majątkiem rycerskim, dużo większym niż teraz. Gospodarstwo w wersji uszczuplonej przetrwało, w dworku wzniesionym w XVI wieku powstało muzeum, w którym można zapoznać się z rozwojem rolnictwa w Dahlem i z historią wsi. W innych budynkach i poza nimi możemy przyglądać się hodowli zwierząt, poznać pracę tkaczy, garncarzy, farbiarzy, kowala. Liczne festyny przyciągają dorosłych i dzieci. Mam nadzieję, że zanim wnuki podrosną, wybierzemy się jeszcze raz na rycerski turniej lub jarmark wielkanocny czy adwentowy, które teraz z wiadomych powodów się nie odbywają.

Pola jednak trzeba zaorać, obsiać, bydło wyprowadzić na pastwisko, a więc jest na co popatrzeć. Spacerujemy powoli i zachwycamy się drewnianym, skrzywionym płotem. Nad stawem kwitną bazie „niedzielnopalmowe”. Choć dorodniejsze znalazłyśmy później w sercu dawnej wsi, przy kościele św. Anny.

Drewniany kościół stanął w tym miejscu prawdopodobnie już w XIII wieku. Na jego miejscu powstał potem budynek murowany z kamienia polnego – kilkakrotnie przebudowywany, powiększany i odbudowany po zniszczeniach wojennych, stoi do dziś.

Kościół otoczony jest starym cmentarzem, do którego na początku XX wieku dołączono nowy. Architekci Friedrich i Wilhelm Henningowie zaprojektowali nową bramę i kaplicę cmentarną oraz otoczyli oba cmentarze, ten kościelny i miejski, równym kamiennym murem. W latach 30 ubiegłego wieku i później kościół był miejscem ruchu oporu przeciw narodowemu socjalizmowi, miejscem spotkań członków i sympatyków Kościoła Wyznającego (Bekennende Kirche). Ówczesna plebania znana jest teraz jako Martin-Niemöller-Haus, w 2017 roku otwarto tu miejsce pamięci Martina Niemöllera.

Martin Niemöller był od 1931 pastorem luterańskim parafii w Dahlem. Początkowo był zwolennikiem partii NSDAP, na którą głosował w 1933 roku. Dopiero ustawy norymberskie skłoniły go do innego myślenia. Odtąd sprzeciwiał się prześladowaniom Żydów. Wraz z teologiem Karlem Barthem był współautorem Deklaracji z Barmen, która negowała współpracę protestantów z nacjonalistami.

Z innym działaczem antyhitlerowskiem, Karlem Bonhoefferem utworzył Kościół Wyznający. Był więźniem Sachsenhausen i Dachau. Po wojnie stał się zdeklarowanym pacyfistą.

W domu parafialnym naprzeciwko kościoła św. Anny też odbywały się spotkania członków Kościoła Wyznającego. Na cmentarzu jest sporo grobów członków ruchu oporu, członków lub sympatyków Kręgu z Krzyżowej (Kreisauer Kreis). Nie wszystkie są grobami honorowymi miasta Berlina. O niektórych opowiadają zaangażowani członkowie parafii. O niektórych wiem bezpośrednio od ich dzieci, którym jeszcze kilka lat temu nie bardzo chciałam wierzyć, myśląc, że teraz to każdy przyznaje się chętnie do znajomości z Bonhoefferem lub do uczestnictwa w zamachu na Hitlera. Tym bardziej, że w Dahlem mieszkało podczas wojny dużo wysokich rangą urzędników państwowych III Rzeszy, jej zwolenników i tzw. Mitläufer (osób wspierających reżim), często zajmujących domy żydowskich właścicieli.

***
Cmentarz, jak każdy berliński cmentarz, wyjątkowy, a sztuka nagrobna jest przekrojem wielu epok sztuki niekoniecznie nagrobnej.
Wspomnę tu o trzech grobach nie związanych z Kościołem Wyznającym. Leżą tu Rudi Dutschke, lewicowy przywódca ruchów studenckich z lat 60, Waldemar Grzimek, rzeźbiarz i Bernhard Heiliger, też rzeźbiarz, urodzony i wykształcony w Szczecinie, o którym napiszę szerzej w innym tekście.
Są też, jak na każdym cmentarzu berlińskim, a może niemieckim, groby wojenne, groby chłopców dwudziestoletnich, często ochotników, którzy zginęli za ojczyznę.


***
Wróćmy jednak do niedzieli palmowej – właśnie tu, na cmentarzu, niedaleko kościółka znalazłyśmy wielkanocne drzewko, w pełnym rozkwicie baź, kotków, które w naszej szerokości geograficznej stają się na tę jedną niedzielę „jerozolimskimi palmami”. Ta wierzba przyciągnęła nas nie tylko bujnym kwiatostanem, ale też szumem pszczół i świergotem ptaków. Gdy podeszłyśmy bliżej, uginała się nie tylko od bazi, ale też od zawieszonych skarbów.

Wspomnę jeszcze o jednym drzewie. Gdzieś między kościołem a domem parafialnym, na skrzyżowaniu dwóch dość ruchliwych ulic, z kilkusetletniego ściętego pnia wiązu wyrasta młode drzewo. Ktoś zadał sobie trud i prosi o zachowanie młodego pędu wyrastajacego ze starego pnia. Stary wiąz był pomnikiem przyrody i niejedno widział. Był świadkiem niejednej wojny, rozwoju wsi, a potem miasta.

Idąc dalej do stacji metra Dahlem Dorf mijamy zabudowania dawnej wsi. Obok pomnika ofiar I wojny światowej jest wejście do piwnicy, w której przechowywano lód, mijamy dawny dom mleczarza (teraz, a prawdopodobnie już na początku XIX wieku, mieści się tu restauracja Alter Krug).


Budynek dworca Dahlem Dorf został zaprojektowany przez braci Friedricha i Wilhelma Henningów (tych, którzy projektowali kaplicę cmentarną) w stylu wiejskiego domu szachulcowego, pokrytego strzechą.

Strzecha po ostatnim pożarze nie jest już strzechą tylko podróbką. Dahlem nie jest już wsią, ale bogatą dzielnicą Berlina, leżącą już nie na jego obrzeżach. Tam gdzie kiedyś stała karczma „Zum Wilden Eber” (Pod dzikim knurem), na Placu przy Dzikim Knurze (Platz am Wilden Eber), na granicy z dawną wsią Schmargendorf, kwitną wiosenne krokusy, a knur z brązu autorstwa Paula Grusona ozdabia plac (z przerwami) już od stu lat.



Odcinek 18

Mieczysław Bonisławski

– A Truda – zapytał Chrenowicz.
– Trudy – odpowiedział Demianiuk – z jej najlepszych czasów nie możesz pamiętać, ciebie jeszcze wtedy na świecie nie było. A ja ją znam z okresu broniszowskiego. Pracowałem wtedy w pałacu, w GieeSie, a ona prowadziła wiejską świetlicę. I dorabiała handlując od tyłu bimbrem. Cały Broniszów i część Radwanowa z Mirocinem u niej chlały. I ci z GS-u, ci z cegielni, i ci z lasu.
– Elegancka pani z niej pewnie była? I silna, musiała być? Tak utrzymać w ryzach tylu chłopaków…
– No, oczywiście. Garsoneczka, kozaczki, parasoleczka. Ondulacja na rudo. W Broniszowie, tam na rogu, przy drodze na cegielnię jej rodzina, rodzina Rose, miała taką dużą murowaną chałupę. Od lat, z dziada pradziada, prowadzili w niej wiejską knajpę, a obok mieli jeszcze murowaną stajnię dla koni i wozownię. A jak zbudowali przez wieś kolej z Grünberga do Sprotau, to zaczęli prowadzić zajazd dla kolei. Cała rodzina uciekła przed Ruskimi, tylko ona została. Można powiedzieć, ostatnia z wielu pokoleń broniszowskich karczmarzy: Bernhard, Paul, no i ona. Ostatnia restauratorka na trasie kolei zielonogórsko-szprotawskiej… Tak, to była bardzo elegancka Niemra. A jaka wyniosła, chodziła z głową wysoko uniesioną w chmurach.
– W Jarogniewicach taką rodziną byli Schultze. Prowadzili ajencję. W swoim sklepie kolonialnym, takim wiejskim domu towarowym, sprzedawali bilety na kolej do Grünberga czy Sprotau i przyjmowali paczki… A dlaczego ona, ta Truda, została?
– Tak, w każdej wsi, przez które poszła ta kolejka, były takie miejscowe rodziny, które rozwinęły dzięki jej powstaniu swoje interesy i nieźle na tym zarobiły. Zresztą, pozostali mieszkańcy wsi, rolnicy, też na kolejce zyskali… Zeszli z drabiniastych wozów i przenieśli się do nowoczesnych Prus… A co do Trudy… Mówili o niej, że mianowali ją na Strażniczkę…
– Niemożliwe, była niemieckim Strażnikiem, tu, pod Zieloną Górą?
– W Lesie Broniszowskim działał wtedy duży oddział Wilkołaków. Nie zrobili żadnego, głośnego sabotażu, zatem musieli zostać, aby czegoś pilnować. Bo chociażby i ta historia z tym hitlerowskim pociągiem z zabytkami z Poznania, co to niby jechał do Szprotawy. Nie dość, że pchał się taką dziwaczną trasą na Czerwieńsk, a potem tą zapyziałą koleją zielonogórsko-szprotawską, zamiast normalnie z Poznania główną linią przez Leszno, Głogów, to jeszcze wszyscy z Broniszowa widzieli jak wjechał do Lasu, ale nikt go już nie zobaczył jak wyjeżdżał…? To co? To niby nic? Tak, Strażnik w takim miejscu, czemu by nie? To się jakoś układa w logiczną całość.
– Strażnicy byli bardziej na południe, na pograniczu Dolnego Śląska i gór – powątpiewał Olek, ale w końcu dał za wygraną. – A jak ona się znalazła w tym parku? Tutaj? Strażnicy umierali, ale nie staczali się tak na margines.

Redaktor jednak zignorował te uwagi. Znowu się nieco odwrócił i nieznacznym ruchem głowy wskazał na trzech pijaczków w brudnych i obdartych ubraniach. Wokół ich połamanej ławki walały się puste butelki po denaturacie, wodzie kolońskiej i wódce. Jeden, siedząc na betonowym słupku, przysypiał z głową opuszczoną między szeroko rozstawione kolana. Buty miał pobrudzone świeżymi rzygowinami. Dwóch pozostałych energicznie wstało z żałosnej pozostałości ławki. Trzymali się, szarpiąc nawzajem za hajdawery. Z ich ust wydobywał się głośny skrzek, nieartykułowany bełkot. Potknęli się i solidarnie runęli na żużlową ścieżkę. Przez chwilę tak leżeli, aż jeden podpierając się na łokciach, niezgrabnie, chwiejąc się powstał. Chwilę sapał z wysiłku. Spojrzał na gramolącego się po żużlu towarzysza i takiego półczołgającego się spróbował raz i drugi kopać. Zamachnął się, nie trafił. Stracił równowagę. Upadł. Wtedy podniósł się wreszcie ten drugi i z całych sił nastąpił mu nogą na głowę…

– Ten obrzygany pracował w „Zastalu”. Całe dnie siedział w biurze konstrukcyjnym. Był tylko technikiem, ale miał niezwykły talent i niesamowitą wrodzoną intuicję. Dzięki jego pomysłom zaczęli produkować takie półautomatyczne, samowyładowujące się węglarki. Wiesz, wagony do przewozu węgla z kopalni. Wszystkie szły na eksport, Rosjanie, Chiny, Ameryka Południowa. Tamci dosłownie zabijali się o nie. Ale facet był bez studiów, nie miał papierów inżyniera…
– Wiem, wiem. Znam tę papierową biurokrację – żachnął się Olek. – Możesz być mistrzem, ale bez dyplomu nie pozwolą ci nic zrobić. Zgnoją cię po prostu. Ukradli mu te pomysły i się załamał, stoczył…?
– No, niezupełnie. Kazali mu iść na to nasze WSI, zrobić dyplom inżyniera. A do tego czasu, jego projekty, projekty według jego pomysłów podpisywali tacy dwaj dyrektorzy.
– I brali pewnie za to niemałe pieniądze.
– Brali. Ale było im mało. Gość pojechał na praktyki studenckie do Związku Radzieckiego, a w tym czasie dyrektor przespał się z jego niby żoną. Gdy wrócił, chciał dyrektorowi obić mordę, ale nie zdążył, pociął tylko tasakiem tę swoją żonę.
– Tak, kobiety, to potrafią być prostytutki. Mówiłem ci, że wydobycie z nich na wierzch tego instynktu, ponad instynkt macierzyński, to pierwszy krok do likwidacji Europy, jaką znamy… Do osłabienia nas i zniszczenia naszych wartości…
– No, nie wszystkie. Chociaż ta chyba była. Pozszywali ją w szpitalu, a faceta wylali i z „Zastalu”, i ze studiów. Dyrektor, chcąc uniknąć skandalu, wybronił go tylko od wyroku. Potem nawet rozwiódł się ze swoją pierwszą żoną i poprowadził do ratusza tę drugą, tę pozszywaną. A nasz niedoszły konstruktor robi pod siebie tu w tych krzakach.
– A tamci dwaj?
– Jeden pracował jako pomocnik na karetce pogotowia, a ten drugi doprowadził do wykolejenia składu z węglem jadącego do Polskiej Wełny. Doszło do śmiertelnego wypadku…
– Nie poszedł siedzieć?
– Nie, w Ciborzu zbadali go i uznali za niespełna rozumu. Teraz tu się tłucze z innymi bywalcami, a gdy ktoś go potrzebuje, na parę dni trzeźwieje i idzie wykonać zadanie.
– Włam, mordobice, czy też mokra robota?

Demianiuk znów się uchylił od jednoznacznej odpowiedzi:

– Jak widzisz ONI nas niszczą na różne sposoby. I takich półżywych, półmyślących wykorzystują potem przeciwko tym, których jeszcze nie dopadli, nie zdążyli udupić. Pola walki z NIMI są różne i w wielu miejscach.
– Z nich już nic nie będzie. Ci ludzie tutaj, to już nie ludzie. Oni się skończyli. Po co mam ich szkolić? Nie dadzą rady…
– Kto ci każe ich szkolić?
– To co miałbym robić?
– Są różne sposoby walki i różne pola bitew. Możesz wykazać się zupełnie inaczej. Walcząc z kim innym i zupełnie gdzie indziej. Machanie pięściami i nogami, też ci się tam przyda, ale nie to będzie najważniejsze…
– Chyba cię rozumiem… – ucieszył się Olek, ale Redaktor szybko go sprowadził na ziemię:
– Nie sądzę, abyś wiedział o czym mówię… Są miejsca i ludzie, gdzie toczy się walka nie na pięści, ale na słabszą psychikę, o to kto, co czuje i jak się ma, tak w ogóle. Są też ludzie, którzy w innych coś sieją, ale inni z kolei wolą, aby to nie wzeszło. Jedni coś robią, inni tylko przeszkadzają, w imię fałszywych idei. Budowniczym trzeba zapewnić spokój i bezpieczeństwo, a burzycielom dać odpór.
– Rozumiem…
– Nic nie rozumiesz. Nawet nie potrafisz odróżnić jednych od drugich. Pomimo szerzących się stereotypów, naiwnych opinii ludzkich, popędów tłumu? Pomożesz komuś, kogo wszyscy uważają za zbira, wsadzają do więzienia, odsądzają od czci i wiary? Wesprzesz w działaniu kogoś, o kim piszą a gazetach, że wichrzyciel, prowokator, wróg powszechny albo takiemu, o którym baby w kolejce przed sklepem gadają, że ubek, Żyd, mason? A jakby w ofierze trzeba było złożyć z pozoru najbardziej niewinną istotę, kobietę, dziecko?
– Do czego ty mnie namawiasz?! – przestraszył się Wojownik.

Minął kwiecień. W maju Redaktor spotkał się z Olkiem na terenie nowej szkoły podstawowej przy ulicy Gwardii Ludowej. Zanim tam poszli, przyniósł mu z milicyjnego klubu sportowego „Gwardia” prawie nowy dres z napisami z nazwą klubu i z emblematami jakichś finałów resortowych mistrzostw Polski.
Chrenowiczowi imponowało to, że miał mieć taki strój. Demianiuk przedstawił Olka dyrekcji szkoły jako instruktora nieznanych jeszcze w mieście, nowych rodzajów sztuk walki, których tenże instruktor miał w ramach programu szerokiego usportowienia dzieci uczyć w Zielonej Górze czwarto- i piątoklasistów. Niedwuznacznie zasugerował, że za programem stoi klub milicyjny i odpowiedni wydział Miejskiej Rady Narodowej. Ale tylko zasugerował, żadnych faktów, dokumentów, konkretów, nazwisk. Niczego, co można by dokładnie sprawdzić, coś potem komuś wypomnieć. Same takie śliskie opowiastki…
Przyszli do szkoły we dwóch. Na sali gimnastycznej mieli rozpocząć spotkanie informacyjne z dziećmi. Przed wejściem Redaktor przedstawił Olka jakiejś trzydziestopięcio- czterdziestoletniej blondynce z włosami przyciętymi tuż nad ramionami:

– To nasz instruktor, pan Aleksander Chrenowicz, świeżo po kursach. Właśnie zaczyna swój nowy program w Zielonej Górze.
– Teresa Barczyńska – z zadowoleniem na twarzy wyrecytowała kobieta.
– Pani magister jest wychowawczynią jednej z czwartych klas, o ile dobrze zapamiętałem…?
– Tak, właśnie przyprowadziłam swoje dziewczęta i chłopców. To te urwisy, co przed chwilą przewaliły się przez wejście do sali gimnastycznej. Zabrałam ich z lekcji matematyki, oni dzisiaj nie mieli w planie godzin wychowania fizycznego. Nie mają strojów do gimnastyki…
– Dzisiaj nie będą jeszcze potrzebne – starał się uspokoić nauczycielkę Olek. Mówił, jak na niego, spokojnie, wyważał słowa. Zachowywał wyjątkową powagę.
– Oj, to dobrze! – zaśmiała się Barczyńska, ale szybko spoważniała – Tak, jak powiedziałam, zabrałam ich z matematyki, nie było wcale tak łatwo. Pan redaktor mnie jednak zapewniał… Mam nadzieję, że pana zajęcia będą tego warte. I że poprowadzi je pan w interesujący sposób, tak, że dzieci zechcą potem skorzystać z tej oferty.
– Będę mówił o bardzo ważnych dla każdego młodego Polaka sprawach. Szczególnie w dzisiejszych czasach. A przychodzę wyłącznie po to, aby namówić jak najwięcej z tych dzieci do pierwszych treningów…
– Tak, tak, pan instruktor ma wyjątkowy dar przekonywania dzieci do ruchu, do sportu – dziennikarz nie pozwolił mu rozwinąć w pełni tej jego szczególnej retoryki. Wiedział już do czego Olek był zdolny w swoich tyradach, a zależało mu na wzbudzeniu w Barczyńskiej zaufania i podziwu wobec Chrenowicza. To stanowiło podstawę jego planów, było dla niego niezbędne. Gdyby kobieta miała możliwość posłuchać Olka jeszcze choć przez chwilę, a nie daj Boże, do końca, Redaktor swojego celu by pewnie, ani w tamtej chwili, ani już nigdy później nie osiągnął.

Z przeprowadzonych na sali gimnastycznej zajęć Olek wyszedł zadowolony. Było to na rękę Demianiukowi. Wprowadzenie Chrenowicza w stan jego specyficznej euforii, było może nie podstawowym, ale bardzo ułatwiającym osiągnięcie celu Redaktora, warunkiem.

– Całą wiosnę rozmawialiśmy o tym, jak różne formy niszczenia Polaków ONI stosują. Pamiętasz, co ci mówiłem, co ci pokazywałem? – zagaił

Olek tymczasem zbierał swoje materiały i szykował się do wyjścia.
– Tak, obaj wiemy to wszystko. Ale tutaj, dzisiaj mieliśmy dobry narybek. Widziałeś, jak te dzieciaki aż się palą do pierwszego treningu?! Byle by tylko wytrwali, to będzie z nich dobrze wyszkolona falanga. A czyż nie o to chodzi?
– No, niezupełnie. Mówiłem ci, że tak jak ONI nas na różne sposoby zabijają, tak i my musimy nauczyć się walczyć, adekwatnie do różnorodności stosowanych przez NICH form.
– Ale o co ci chodzi?
– W klasie Barczyńskiej jest chłopiec, bardzo ważny w prowadzeniu ICH strategii. Jeżeli zdecydujesz się na uderzenie w NICH poprzez tego chłopca, wyrządzimy IM olbrzymie szkody. Powstrzymamy ICH na wiele miesięcy! Uratujemy dziesiątki naszych ludzi!
– Pokażesz mi go? I co ja miałbym zrobić?
– Oczywiście, że ci go pokażę. Po to tu przyszliśmy – Demianiuk, wreszcie zadowolony aż poklepał protekcjonalnie Olka po ramieniu. Ten otrząsnął się. Nie tolerował takich form okazywania, czy demonstrowania poufałości między wojownikami. Mierziło go to, uważał za oznakę słabości, zniewieścienia.

Redaktor spojrzał na mężczyznę w dresie za zdziwieniem, które momentalnie przerodziło się w niepokój. Niepokój o reakcję tego przygłupa, o powodzenie misji. Olek był wyraźnie spłoszony, rozkojarzył się. Jego nieobecny wzrok wskazywał na zupełną dekoncentrację. W takim stanie mógł – zgodnie z wiedzą, jaką dziennikarz nabył o nim przez te cztery ostatnie miesiące – zrobić wszystko, w tym rzeczy głupie i niepożądane z punktu widzenia celów Demianiuka.
Ale Demianiuk nie mógł już przerwać akcji. Raz rozpędzona machina zdarzeń musiała działać nieprzerwanie dalej, niezależnie od stanu Olka i przyszłych konsekwencji tego stanu.

– Oto on, ten chłopiec – syknął mu do ucha.

Olek spojrzał i zamarł. Z sali wyszedł Januszek.

– Przecież to demiurg! – wyrwało mu się – Mój utracony Przewodnik.

I w tym momencie Olka coś zaniepokoiło w Redaktorze. Nie mógł sobie tego uzmysłowić do końca, ale dziennikarz zagrał jakąś fałszywą nutę. Zdecydowanie to był fałsz, niepokojący, wzbudzający strach i nakazujący ostrożność, może nawet ucieczkę od tego wszystkiego – fałsz.

– Słucham, kto?! Co ty mówisz… – nie zrozumiał tamten.

Chrenowicz spojrzał na Demianiuka po raz pierwszy innym, krytycznym okiem. „Jakiż to przypadek sprawił, że go spotkałem?” – zaczął się zastanawiać – „Czyż ludzie na poziomie, na stanowiskach nie mieli dotąd wszyscy zupełnie innych poglądów na ten świat niż ja? A ten od razu tak ze wszystkim się zgodził. Na wszystko miał doskonale pasujące odpowiedzi. To że go spotkałem, to nie był przypadek, ale kolejna próba. To Judasz, zdrajca, który miał mnie na powrót doprowadzić do zgubionego Przewodnika. A ja mam pokazać, czy go przejrzałem? Jeżeli tak, to okażę się godny i Przewodnik już mnie nie opuści. Zostanie ze mną i będzie mnie prowadził aż do samego końca. Ale jeżeli nie wykażę czujności i dam się zwieść podstawionemu zdrajcy, Przewodnik zniknie znowu. Tym razem jednak, gdybym okazał się tak niegodny, opuści mnie na zawsze, już nigdy do mnie nie wróci.”

I w ten oto sposób w maju nastąpił przełom we wzajemnych stosunkach Olka i Redaktora oraz w relacjach Wojownika z jego Przewodnikiem-Kreatorem tworzącym scenę do jego ostatniej walki o los świata.

Bo świat był pełen łasych na pieniądze ludzi. Tacy byli i prości wyrobnicy, i elity władzy, i inteligenci. Różniła ich tylko kwota, za jaką się sprzedawali. Od marnych groszy, starczających na wczasy w Bułgarii czy nad Balatonem, albo tyle, żeby kupić pralkę lub kolorowy telewizor, po prawdziwe kokosy na budowę willi lub sportowy model fiata. Na powierzchni życia, pod świecącym jasno słońcem, pośród osiedli miast, chałup wsi, fabrycznych hal, na polach i łąkach, w lasach i wśród górskich grani, wszędzie było jednakowo niebezpiecznie. Nic nie rozumiejący tłum ludzi stawał się w swojej niewiedzy trwożliwy, a poprzez swój strach – wrogi. Tu w dziennym świetle trzeba było ciągle się rozglądać, uważać na tego, który chciał spojrzeć na ciebie przez ramię, na każdego, kto nagle zatrzymał się, zwolnił kroku, by podsłuchać o czym mówisz, zaglądnąć ci w myśli. Każdy mógł być zdrajcą, wrogi lub obojętny na wszystko poza pieniężną gratyfikacją, donosicielem, mordobijcą lub zabójcą. Nie można już było ufać, czy to prostym ludziom z fabryk, czy doktorom z uniwersytetów, ani nawet drobnym pijaczkom spod wiejskiego sklepu. Każdy z nich mógł się, koniec końców, okazać równie niebezpieczny.

Spokojniej było tylko z dala od ludzi, należało od nich jak najszybciej uciekać, kryć się. Wszyscy nowatorzy, rewolucjoniści, zbawiciele od pierwszych wieków historii, po współczesność, ukrywali się przed bliźnimi w jaskiniach, grotach, katakumbach. W górach, dalekich od ludzkich siedlisk, albo dosłownie pod nimi. W podziemiach miast, w tunelach, systemach korytarzy tworzących zaiste równoległy świat, alternatywne miasta kilka metrów w głąb od rzeczywistych ulic, kwartałów i placów.

Tajemnicze lochy zaprojektowane przed wiekami przez nieznanych architektów wionęły wilgocią i nie odkrytymi tragediami, których były świadkami, niezależnie od tego, czy zbudowano je, po to aby tych dramatów uniknąć, czy też specjalnie, jako sceny do ich realizacji. Naturalne groty, jaskinie, sale i przejścia między nimi, wypłukane przez podziemne potoki lub wykruszone potężnymi siłami, przesuwającymi skalne bloki i płyty skorupy ziemskiej w każdej chwili mogły uwolnić mechanizmy lub stwory natury, czekające od wieków tylko na to, aby powstrzymać marsz człowieka, zapobiec osiągnięciu przez ludzkość wiedzy, która doprowadziłaby do samounicestwienia planety. Które z nich, te zbudowane przez człowieka, czy te urodzone naturalnie, były bardziej bezwzględne?

Kiedy i gdzie byłaby większa szansa na porozumienie, próbę wytłumaczenia się z wtargnięcia poza granice tabu, wyżebrania jeszcze trochę życia? Co dało by większe cierpienie w ostatecznej chwili prawdy: mechanizm do zabijania i torturowania, skonstruowany myślą ludzką, czy zęby, szczęki, szpony, ogień z trzewi stworzone i wyzwolone siłami przyrody?

„Młody demiurg też był posłańcem sił Natury, przyszedł do mnie nie z tego świata. To podziemne jezioro pod sklepieniem litych skał, ta złota od piasku mielizna na jego środku, to był jego naturalny świat. Ale dla mnie, śmiertelnika, który został tu zawezwany, powinno to być równie bezpieczne miejsce. Nie mogło tu mi nic grozić, skoro znalazłem się tutaj nie przez przypadek i nie zostałem wypuszczony przez siły Zła, aby siać zamęt i zniszczenie”. Tylko skąd ta pewność, że znalazłeś się tu dlatego, że na to zasłużyłeś, że cię wybrano właściwie, że TY to na pewno ty, gdy przed Tobą opadała tylko pionowo ściana. I nic więcej, żadnej wskazówki, żadnych stopni, uchwytów czy lin. Jedynie w połowie wysokości, pod Tobą, z tej ściany wypływało źródło i przemienione, spienioną kaskadą spadało w wirujące, kłębiące się wodne szaleństwa.

„Nagły plusk wyrwał mnie z tych rozmyślań. Plusk doszedł z dołu, stamtąd, gdzie spadająca woda znikała w wirach podziemnego jeziora. Tam kołysała się na falach płaskodenna łódź. Pusta, szeroka, dwie ławki w poprzek, a na nich czekały oparte równolegle do siebie wiosła.”

Aby tam się dostać trzeba było skoczyć, bez zbędnych rozmyślań, w otchłań. Łódka, bądź co bądź, była nieduża. „A co by się stało, gdybym w nią nie trafił?” Obok kłębiąca się woda, zapewne bardzo głęboka. A do tego dno najeżone zapewne ostrymi skałami.
To była już naprawdę ostatnia próba. Czy na pewno dobrze odczytał wszystkie znaki? Czy to on został wybrany, czy też został tu wepchnięty przez Redaktora i stojące za nim siły Zła? Te odgłosy dochodzące z zewnątrz mogły świadczyć, iż była to pułapka, a wokół zbierała się obława.
No cóż, aby się przekonać, trzeba było po prostu skoczyć. Czy było mu dane przeżyć, ocenić za chwilę czy warto?
Nie, decyzji nie mógł podjąć po fakcie, na dole. Musiał sobie odpowiedzieć jeszcze tutaj, na górze, w ukryciu, za tym filarem przy którym ktoś zostawił tę gazetę z artykułem Redaktora o śmierci Barczyńskiej na przejeździe…
Olek popatrzył na Januszka. Czy ostatni raz tak na niego spojrzał? Czyżby…? Wziął i zmiął teraz i tę gazetę z wydrukowanymi kłamstwami o wypadku. I przestąpił ponad tą zmiętą kulką z gazety i zrobił to, skoczył.
Skoczył zza filara ku chłopcu stojącemu nad ciężarówką, która przed chwilą spadła z wiaduktu wprost przed ciągnący wagony parowóz.

Warto, odpowiedział sobie.
Czy warto? Tak, warto! – powtórzyło czyjś głos z oddali echo.
Czy warto?
Tak, warto!

– Witaj chłopcze. Pamiętasz mnie?

Januszek odwrócił się w stronę idącego ku niemu mężczyzny w wojskowym mundurze polowym. Tak samo, jak przed kilkoma miesiącami, najpierw na niego spojrzał spode łba, a zaraz potem odwrócił się plecami, przygarbił i zrezygnowany zamarł ze wzrokiem utkwionym w piasku pod jego stopami.
Olek szedł powoli, krok za krokiem ku niemu.

– Nie poznajesz mnie?

Tym razem chłopiec ostatecznie nie zawahał się tak jak wtedy, zimą. Nie stchórzył, tylko zebrał się w sobie i skoczył w przeciwległą stronę niż ta, skąd wyszedł do niego obcy w mundurze.
Jak pech, to pech. Kolejny krok zrobił jednak tak niefortunnie, że stopą zahaczył o porzuconą cegłówkę. Pewnie dałby radę, gdyby tylko druga noga nie trafiła na miękki, usypujący się spod buta piasek. W efekcie tego rymnął na ziemię jak długi.

Olek schylił się i podniósł go za ramiona.

– Panie stróżu, ja tu tylko bawiłem się… – rozpłakał się chłopiec – Ja nic nie kradłem… Samochodziki są moje, z domu…
– Dlaczego uważasz mnie za stróża? – zdziwił się Wojownik.
– No, ten mundur. Nie ma już robociarzy. Jest już po pracy. Teraz i w mundurze, to musi być tylko stróż, który pilnuje budowy… Niech pan mi nic nie robi… – rozbeczał się na dobre. – Ja już sobie pójdę, już więcej nie będę! Tylko niech pan mnie już puści i nic nie mówi pani w szkole…
Wojownik pogłaskał chłopca lekko po głowie. Ten wstrząsnął się cały. Odskoczył na dwa kroki, ale sparaliżowany strachem, zamiast od razu uciekać tylko ryczał jeszcze bardziej.
Dostał spazmów, cały się trząsł i takim uciekającym gdzieś głosem, urywając dramatycznie na wysokich tonach ostatnie słowa, poprzez nawroty tego szlochu i kurczy wykrzyczał:

– Tylko niech pan nikomu nie mówi…! Tylko niech pan nikomu nie mówi! Ja już nie będę… Ale niech pan nikomu nie…! Ja… Nie będę!

Chrenowicz był bezgranicznie zdziwiony. Najchętniej sam rozłożyłby ręce lub uciekł stąd, nie wiedząc jak zareagować. Pchany jakąś intuicją, zrobił jednak coś zupełnie odwrotnego.
Podszedł do chłopca, ale nie dotykał go już, tylko stanął przed nim na pewien dystans, tak by ten dokładnie go widział. I odezwał się spokojnym głosem:

– Spotkaliśmy się wtedy, zimą. Pod balkonami. Zbierałeś swoją armię. Czy masz jeszcze ten fajowy, blaszany transporter?

Chłopiec uspokoił się. Spazmy i łzy minęły. Spojrzał przed siebie, znowu nieco spode łba. Odezwał się, a w jego głosie pobrzmiewała jakby nuta rodzącego się zaufania:

– Mam, ale w domu. Tutaj – wskazał nieznacznym ruchem podbródka przed siebie – to co innego. Nie ma wojny. To miasto, tory w wąwozie i ulica na wiadukcie…
– Stąd ta furgonetka i ciężarówka – Wojownik udał, że się właśnie domyślił i bez chwili zawahania, kontynuował w tej konwencji. – A co jeszcze tu dziś przyniosłeś?
– Autobusik i „fiata”. I jeszcze „warszawę”.

Zbliżyli się do siebie. Chłopiec wrócił do wiaduktu, który, uciekając, niechcący rozwalił.
Teraz przyklękli przy nim obaj i bez słowa zaczęli go naprawiać.
Na twarzy Januszka pojawił się uśmiech. Po chwili zaśmiał się na cały głos.

– Pan naprawdę nie jest stróżem?
– Czy rzeczywiście nie pamiętasz klamerek, które chowałeś po kieszeniach? A ta lalka, która miała się stać marszałkiem całej armii? Czy dostałeś swój znak?

Chłopiec przestał się uśmiechać. Jego twarz przybrała znowu taki zacięty wyraz. Bał się?, wstydził się czegoś? A może od czegoś uciekał, od jakichś wspomnień?
Olek znowu wyciągnął ku niemu przyjaźnie rękę i znowu ją powstrzymał, widząc jak chłopiec zaczął się cały kurczyć się i chować głowę w ramiona. Cofnął rękę i przywołał na twarz szeroki uśmiech. Włożył mnóstwo wysiłku, aby jego głos nabrał radosnego, przyjaznego tonu, aby brzmiał, jakby dzielili się, w stanie zaufania i euforii, czymś istotnym i przyjemnym. Czymś, co rozumieli tylko we dwóch, dzięki jakiejś nieuchwytnej nici porozumienia.

– A czy to, co mi opowiadałeś o „czterech pancernych” w telewizorze, pamiętasz? I ja ci powiedziałem, abyś się nie przejmował, tylko wracał do domu?
Chłopiec nadal nie podnosił głowy. Chociaż drgnął i jakby miał chęć otworzyć ku Olkowi swoją skuloną, zamkniętą postać.
– Czy wróciłeś wtedy do domu? Czy Mama pozwoliła ci włączyć telewizor i obejrzeć tych „pancernych”?
– Tak, przyszedłem do mieszkania. Mama dała mi gorące kakao a potem utarła jeszcze kogel-mogel.
– A co powiedziałeś tacie?
– To, co mi kazałeś, że chciałbym z nim razem obejrzeć „czterech pancernych”, jak syn z ojcem, bo to film dla prawdziwych mężczyzn.
– I co? Czy zasiedliście razem…?
– Zdziwił się! Bardzo. A mama zaczęła się śmiać i powiedziała, że skoro tak, to ona wychodzi do sąsiadki – ciotki, pani Ireny, bo mężczyznom nie wolno w domu przeszkadzać.
– A zapytałeś mnie wtedy jeszcze o to, czy to prawda, że w sklepach jest taki model autobusu „jelcz” z niebieską przyczepą, jakie nieraz jeżdżą na wsi.
– Tak! I z otwieranymi drzwiami! – rozpalał się mały.
– Bo twój kolega z parteru, Sławek, poznał jakiegoś Czarka z drugiej klatki i w tajemnicy przed tobą, bawili się takim modelem u tego drugiego, a tobie pozwolili do nich dołączyć dopiero, jak też będziesz miał podobny autobus…
– A ty mi powiedziałeś, że nigdy takiego nie widziałeś. I że oni pewnie kłamią, abym im zazdrościł…
– Czy zrobiłeś, jak ci radziłem?
– Tak… Ale teraz wróciłeś do mnie?
– No chyba tak?
– Na zawsze?

Olek zamilkł. Wziął do ręki jeden z samochodzików. Postawił na odbudowanym wiadukcie z gałęzi i piasku. Januszek nie patrząc na zabawki stanął na wprost niego. Wyprostował się wreszcie i spojrzał mu w końcu prosto w oczy. Tak zadziornie, po raz pierwszy bez strachu, czy skrępowania.

– A ty kim jesteś? Skąd ty do mnie przyszedłeś?

Chrenowicz milczał. Teraz on się zaciął w sobie. Pochylił całą swoją postać ku żółtej połaci piasku. Bawił się przez chwilę małym autkiem.

– Skąd przyszedłem? Wiesz, to jest taka skomplikowana sprawa… – zaczął i nagle przeraził się tym co usłyszał. Bo oto chłopiec skoczył do niego, złapał go za rękę, szarpnął ku sobie i niemal krzyknął:
– Ale zostaniesz moim przyjacielem?

Ach, to serce

Teresa Rudolf

Litość, współczucie?

Czy to była  litość,
może współczucie,
ale różnica gdzie?

Przecież powinna
wyczuć, wiedzieć,
nie kamienieć.

Patrzyła na starca
o łzach wielkich
jak leśne jagody,

Nie wiedząc: przytulić,
milczeć, płakać,
czy pieniądze ważne?

Gdzie jakiś kapelusz,
lub talerzyk gdzie,
a… tylko te łzy?

Na chodniku obok
zasiadła wygodnie,
pokażę: “mam czas”.

“Czemu, więc czemu?”
pytała, między łzami
wielkimi jego i swoimi,

“Dziś odszedł pies
mój, głodny, chory,
i stary, jak ja…”

Noc

Tajemniczość nocy
otula moje ciało
ciasno jak płaszcz.

Nogi wytresowane
jak konie, prowadzą
w miejsca stare,

a… a tam nie ma nic,
nic dawnego, nowego,
czuję tylko moje serce…

nie więcej tu warte
od tego piernikowego,
z taniego jarmarku…

Z wolnej stopy 40

Zbigniew Milewicz

Bibeloty

Jutro minie rok, jak tutaj co tydzień coś skrobię. O taką dyscyplinę nigdy bym sam siebie nie podejrzewał, więc tym bardziej w nagrodę należy mi się urlop. Oczywiście bezpłatny, jak człowiek pisze coś w czynie społecznym, to grzechem byłoby wyciągać – na przykład do Billa Gatesa – ręce po pieniądze, skoro powszechnie wiadomo, że biedak ma na utrzymaniu cały świat w walce z pandemią korona wirusa. Ponieważ dzisiaj kończy się ustanowiony przez Adminkę miesiąc Kobiet, więc w przedurlopowym prezencie podarowuję moim Czytelniczkom kilka strzał Amora, które trafiły mnie w różnych okresach życia i później wylądowały w szufladzie biurka. Mam wątpliwości, czy są one poezją, co najwyżej – westchnieniami duszy, ubranymi w romantyczne szatki słów.

Miałaś ruchy najlepszej tancerki
z haremu sułtana
głos, który mógłby zwieść na pokuszenie
nawet świętego
zwiewną suknię
a pod spodem taką rzeźbę kobiecości
że pożerając cię wszystkimi zmysłami
dziś, w czasie kontemplacji czasu przeszłego dokonanego
nie mogę sobie przypomnieć
jakie miałaś oczy

Chciałbym jeść z tobą maliny w śmietanie
jeszcze bardziej z ciebie, moje ty kochanie
rozłożyłbym na tobie obrus z malin prosty
rdzawych, jędrnych, pysznych
a z tych cierni ostrych
zrobiłbym zaporę dla wołów i osłów
bom zazdrosny wielce o Ciebie jedyna
i każdego, co tylko mizdrzyć się zaczyna
więc chodźmy w maliny póki Wenus sprzyja
piękna, ale zmienna, wolna i niczyja
jak mi się nie oddasz na malin pościeli
ze śmietaną pośpieszę do innej w niedzielę

Zmarszczek mi nie liczysz
zdrowia, szczęścia życzysz
lecz dlaczego, Pani
gdy jestem na bani
gorszaś niż pokrzywa
albo lewatywa
obie są na zdrowie
ale cierpi człowiek

Bez muzy poeta dupek
źle widzi, pisze i czuje
jeden wiersz z biedą skleci
drugi zupełnie zepsuje
pół roku z okładem chodzi zasmarkany
w nocy zamiast gzić się
przelicza barany
słonko go nie cieszy
tylko w glacę parzy
a gdy coś go wkurzy
nikt mu zmarszczek
nie zliczy na twarzy
dlatego kochajcie dziewczęta poetów
głaskajcie i chwalcie
nawet, jak rym jest do du..
bo jak im grzdylom
waszych wdzięków braknie
kto o Was napisze
tak trafnie, tak ładnie

W zamku z marzeń zbudowanym
gdzieś w Szkocji dalekiej
żyła piękna lady
dojrzała już wiekiem
malował ją Rubens
i Ingres i Goya
Alkifron listy pisał
Balzac dzieła swoje
kruszyli o nią kopie
najmężniejsi z mężnych
fortuny tracili królowie potężni
a Ona to wszystko skrzętnie notowała
i w swojej skarbnicy na klucz zamykała
zwała ją płci pamięcią
albo też mądrością,
którą włodarzyła ze swą pedantyczną
szkocką oszczędnością
dzięki niej do dziś gród stoi i kwitnie
a po lady lat nie widać
…zbyt dobitnie

Myślę o Twoich oczach
są, jak dwie filiżanki
gorącej, aromatycznej czekolady
muszę je wypić
bo umrę z pragnienia

Mówisz, że łapiesz deszcz
bo tylko on na Ciebie leci
a skąd wiesz, czy on zwykły
może w każdej kropli tkwi
zaklęty, spragniony Ciebie mężczyzna
popatrz, jak ich wielu
i każdy chce być tym jedynym
ale łączą się zgodnie
w potoki i rzeki
i spływają po twoim ciele
czasem łagodnie
kiedy indziej pożądliwie
i burzliwie
aż do sargassowego morza swojego przeznaczenia…

A ponieważ za kilka dni piękna Wielkanoc…

Nie wiem, ktoś Ty
ani skąd
lecz pamiętasz, więc dziękuję
pomyślności Ci winszuję
wiosny w sercu
smutki w kąt
Wesołych Świąt!

Matematyka i kobiety

Tabor Regresywny

TWIERDZENIE: Kobiety są dwa razy mądrzejsze od mężczyzn.

ZAŁOŻENIE: Mężczyźni są dwa razy mądrzejsi od kobiet.

DOWÓD: Umysł kobiety składa się z świadomej części natury kobiecej (1 M) i podświadomej części natury męskiej (2M) natomiast umysł mężczyzny składa się z świadomej części natury męskiej (2M) i podświadomej natury żeńskiej (1M). Kobieta nie ignoruje tego co podpowiada jej intuicja czyli M( K) = 1M + 2M = 3M Mężczyźnie wystarcza jego racjonalność i nie słucha podświadomości stąd M(M) = 2M + 0M = 2 M . Mamy 3:2 dla kobiet. Dalej, kobieta używając zarówno logiki jak i intuicji z łatwością podporządkowuje sobie podświadomość męską. Stąd mamy ostatecznie M(K) = 1 M + 2M + 1M = 4M. Ostatecznie mamy 4:2.

CBDU.

WNIOSKI: Bóg stworzył kobietę by była mężczyźnie pomocą. Jak to rozumieć. Po pierwsze by pomogła mężczyźnie poznać samego siebie, a następnie pokazała na czym polega czynienie ziemi sobie poddaną, bo to co robią mężczyźni nie ma z tym nic wspólnego, natomiast woła o pomstę do nieba.
 
(Komentarz autorki bloga: Zgubiłam się na samym początku tej arytmetyki.)

1M to jednostka mądrości. Ponieważ zgodnie z założeniem mężczyzna jest 2 razy mądrzejszy stąd podświadomość kobiety będąc natury męskiej (animus) ma 2M . Kobieta korzysta zarówno ze swojej świadomości jak i podświadomości stąd 3M. Mądrość świadomości mężczyzny to 2M a jego podświadomości to 1M . Ale mężczyzna nie słucha podpowiedzi podświadomości stąd 2M to wartość całej mądrości z jakiej korzysta mężczyzna. Jego podświadomość zostaje niezagospodarowana i tu pojawia się kobieta która ją świetnie umie wykorzystać. Stąd po stronie kobiety 4M. Jedno M swojej świadomości plus 2M swojej podświadomości i 1M podświadomości mężczyzny. razem 4M a nasz biedny chłop tylko 2M.

Jeśli założyć, że kobiety są tak samo mądre jak mężczyźni to wychodzi 3:1 czyli jeszcze gorzej.

(A czy da się to twierdzenie udowodnić?)

Nie, ale to bez znaczenia. Kiedyś w Instytucie Fizyki Teoretycznej przedstawiłem pewne twierdzenie i chciałem je udowadniać, ale mi powiedzieli, żebym dał spokój, bo twierdzenie jest piękne, a zatem musi być prawdziwe. Dowód jest nieważny.

Wczoraj zakończyliśmy naszą trwającą 30 lat przygodę w Kotlinie Kłodzkiej. Zabrałem tylko książki i wózki. Książki przekazuję synowi – zostają mi tylko wózki.

(Piękne podsumowanie, też bym tak chciała, ale nie mam wózków.)

Odcinek 17

Mieczysław Bonisławski

Chrenowicz wiedział, że to nie mógł być tylko nic nie znaczący przypadek. Myślał nad tym ze trzy tygodnie i wreszcie go olśniło. To objawił mu się jego Przewodnik-demiurg! To był ten długo wyczekiwany znak, że TO zaczyna się dziać. To był sygnał dla niego, Olka, aby osiągnął już stan gotowości i trwał, aż nadejdzie TA chwila. I on musiał być wtedy całkowicie gotowy, rzucić momentalnie wszystko, co było dotychczas i zrobić to, czego od niego wymagano!

Tylko jak, skoro demiurg zniknął? Skoro stracił kontakt ze swoim Przewodnikiem? Olek jednak prawidłowo zrozumiał i tę okoliczność. To była ostatnia próba, jakiej go poddawano: miał samodzielnie odszukać Przewodnika, który został specjalnie dla niego zesłany do Zielonej Góry i cały czas przebywał gdzieś w mieście. Schowany i czekający na odnalezienie. I jak tylko on, Olek, go by odnalazł, zaraz wszystko miało się zacząć.

I Olek zaczął szukać Przewodnika-demiurga, takim jakim zobaczył go za pierwszym razem i jakim go wtedy zapamiętał.
I szybko go odnalazł.
Czy było w tym więcej szczęścia, czy przypadku? A może to chęci i determinacja przezwyciężyły zwykły rozsądek i logikę? Nie, nie jesteśmy w stanie tego przesądzić.

Najpierw Olek zaprzyjaźnił się ze starszym wiekiem strażnikiem z Sucharskiego. Zaprzyjaźnił się? Nie, nie można było tego tak określić. Niewysoki, bo już pochylony wiekiem, siwawy, acz jeszcze szpakowaty „Dziadunio”, jak go zwano w Straży Ochrony Kolei, upodobał sobie Olka, nowoprzyjętego, młodego człowieka, który wydał mu się osobą potrzebującą opieki. Jego opieki, doświadczonego fachowca tuż przed emeryturą. Może odezwał się w nim instynkt rodzicielski, a w Olku ujrzał syna, którego nigdy nie miał? Tak, ciężko było ten jednostronny stosunek nazywać przyjaźnią. Chrenowicz zresztą wiedział swoje, traktował staruszka z góry, ze swojej perspektywy, pełnego sił i pomysłów młodzieńca. Nie interesowały go zupełnie intencje starego, chciał tylko wyssać z niego jak najwięcej doświadczenia, wiedzy o zakładzie, o ludziach. Po spotkaniu z pewnym Redaktorem Olek dowiedział się, że w bloku „Dziadunia” mieszkał czwartoklasista Piotrek. Wtedy zaczął częściej bywać w mieszkaniu starego i polować na Piotrka Pasternaka, kolegę z klasy Januszka.

No właśnie, to spotkanie z pewnym Redaktorem…

Redaktor Demianiuk wyczuł Chrenowicza tym swoim dziennikarskim nosem, niczym ogary zwierzynę w mateczniku. Opowieści nieco egzaltowanego, młodego mężczyzny o zagrożeniu Europy, o tym, że Polacy, jako Naród, uratują stary kontynent i jego kulturę od zagłady, odbierał tak jak wszyscy. Wpierw słuchał zaciekawiony, potem z przymrużeniem oka, a na końcu… Nie, Redaktor nie przeszedł do fazy znudzenia rewelacjami Olka, on czekał na to, co Olek jeszcze może zrobić. Nie lekceważył ekscytacji Olka sztukami walki, bo każdy prawdziwy mężczyzna musi być gotowy do obrony siebie i rodziny przed fizycznym atakiem, tylko widział oczami wyobraźni, jak Olek wykorzystuje te umiejętności, atakując jakiegoś dygnitarza. A Redaktor jest przy tym i… opisuje, fotografuje. Albo sam inspiruje, a w ustalonym czasie – wysyła rozchwianego, rozbuchanego emocjonalnie Wojownika do akcji. Dla jego, Demianiuka, korzyści. Redaktor czekał, aż Olek zbierze podobnych do siebie miłośników sztuk walki i zamąci im w głowach tymi swoimi chorymi ideami… To zapowiadało się na interesującą historię z wieloma podtekstami i wątkami do przemyślnego wykorzystania. I co, czy coś takiego mogło by nudzić?! Szczególnie kogoś takiego, jak Demianiuk… Nie, nie mogło, a Redaktor nie mógł do tego podchodzić tak, jak zwykły, pospolity szarak życiowy, jakiś intelektualny niedojda, jakich miasto było pełne.

Do spotkania doszło przy boisku za halą sportową na ulicy Moniuszki. To tam trener, koordynator rozgrywek piłki ręcznej, Sosiński, prowadził szeroki nabór chłopców z miejskich podstawówek.

Chłopcy dokazywali na asfaltowym boisku z bramkami i wyrysowanymi na biało liniami, a Sosiński im się przyglądał. Z początku, na pierwszych, drugich zajęciach nawet jeszcze nie dzielił ich na rywalizujące między sobą zespoły. Oni natomiast wybierali już spośród siebie tych, co woleli być bramkarzami i tych, co ganiając chaotycznie między liniami wyznaczającymi pola dziewięciu metrów, starali się rzucać na obie bramki. Trener obserwował ich zadziorność, koordynację ruchową i motoryczną, sposób myślenia na boisku. To był surowy narybek, ikra, ba, dopiero kandydaci na narybek, gdyż po ogłoszeniu naboru na pierwsze zajęcia mógł przyjść każdy chętny. Sosiński nie oceniał jeszcze siły przychodzących, czy ich predyspozycji do późniejszego opanowania techniki. Jeśli już, to starał się dostrzec w każdym jakiś wrodzony talent. Dopiero gdy na trzecie zajęcia przyprowadzał bramkarzy z drużyn, które już trenowały na poważnie, a złożonych z poprzednio wyselekcjonowanych uczniów, dzielił nowych chłopców na grupy i grupki i kazał „grać”. Było to na razie tylko podobne do piłki ręcznej, ale wtedy już Sosiński zaczynał wyrabiać sobie pierwsze opinie o tym, czego mógłby się spodziewać po każdym z chłopców. A że miał fenomenalną pamięć – co zresztą było jednym z głównych jego atutów jako wtyki – jego wybory, oprócz sukcesów operacyjnych, przynosiły również sukcesy sportowe. Po trzecich, czwartych zajęciach pierwsi chłopcy zaczynali się wykruszać. Po sześciu do ośmiu „treningach” ci, co zostali, zaczynali zajęcia na hali. Sosiński przechodził z nimi już do prawdziwego trenowania szczypiorniaka.

Demianiuk często obserwował pracę słynnego w mieście trenera. Lubił denerwować Sosińskiego, który z kolei, słusznie, uważał, iż Redaktor, znający historię jego ubeckiej kariery, przychodzi go tylko drażnić, sprawdzać, dręczyć domysłem, że go przy pierwszej okazji wyda albo przed chłopcami, albo przed obserwującymi grę ojcami. Treningi były bowiem otwarte i zawsze gromadziły gapiów, spacerujących wokół boiska, albo rozsiadających się na ławkach, ustawionych wzdłuż linii bocznych.

Redaktor przychodził tu zatem, bo lubił drażnić. Chrenowicz przychodził natomiast, żeby namawiać chłopców do trenowania sztuk walki. O naborach Sosińskiego było głośno w Zielonej Górze. Nietrudno było zatem Olkowi pośród znudzonych szczypiorniakiem (a ściślej – mało efektownymi początkowymi zajęciami u mistrza-legendy) chłopców znaleźć posłuch dla swoich opowieści.

Redaktor, choć nastawiony głównie na drażnienie sławnego trenera, miał podzielną uwagę i umiejętnie nadstawiał ucha tam, gdzie tylko mówiono o czymś interesującym lub niespodziewanym. Specjalizował się niejako w wyszukiwaniu okazji do słuchania, a Chrenowicz z kolei cały czas polował na potencjalnych słuchaczy. Jeżeli zatem ci dwaj znaleźli się razem o jednym czasie pomiędzy wiekowymi drzewami, okalającymi asfaltowe boisko z tyłu hali „Zrywu” (był to młodzieżowy klub sportowy), nie mogli trafić lepiej. Nie mogli też nie wejść na siebie. Musieli przyciągnąć się nawzajem, niczym dwa magnesy, a jeżeli już się spotkali, to nieodwołalnie stało się to początkiem dłuższej znajomości, gdyż obaj potrzebowali siebie nawzajem.

– Pan jest ojcem? – zaczepił redaktora Chrenowicz.
– Ojcem? – Demianiuk był zdezorientowany tym pytaniem. Nie wiedział, czego od niego chciał ten młody, dobrze zbudowany mężczyzna, który wyłonił się tuż zza jego pleców, wychodząc spomiędzy drzew.
– Czy przyprowadził pan tu syna, aby potrenował piłkę ręczną?
Redaktor taksował rozmówcę. Nie uszło jego uwagi, iż Olek był „napakowany”, wytrenowany, niewątpliwie sprawny fizycznie. Wrażenie to potęgował dres, w który był ubrany, sportowe buty i takaż torba.
– Tak, to lepsze dla młodego chłopaka niż taka piłka siatkowa, czy koszykowa. O piłce nożnej, która tylko naraża na głupie kontuzje, nawet nie wspomnę – ciągnął Chrenowicz.
Dziennikarz słuchał z uwagą. Zainteresowało go to, do czego też mógł zmierzać ten dziwny młody człowiek?
– Piłka ręczna najbardziej rozwija i to wszystkie partie ciała, po równo. Nie tak jak siatkówka, koszykówka, czy football, ich trenowanie fabrykuje kaleki, które część mięśni mają nienaturalnie rozwinięte, a inne niemal w zaniku. No i to skupianie się na specyficznej, potrzebnej wyłącznie na boisku technice, wybiórczej szybkości i sile. Taki siatkarz, koszykarz, footballista potrafi tylko skoczyć w jednej płaszczyźnie, czy kierunku, albo kopnąć. Ale już na torze przeszkód, czy na polu walki jest kaleką… niedorozwój na wielu płaszczyznach…
– Piłka ręczna jest, według pana, inna?
– Oczywiście, że tak! Tu trenuje się naturalną siłę, ogólną sprawność i moc, koordynację i spryt, zwrotność całego ciała, niezbędne w życiu, a nie tylko podczas typowych zagrań na boisku.
– To bardzo interesujące spostrzeżenia. A co do syna… Nie, nie przyszedłem tu ze swoim dzieckiem. Nazywam się Demianiuk, jestem dziennikarzem – przedstawił się.
– Jest pan dziennikarzem. I o czym pan napisze? Ściągnął pewnie pana tutaj ten słynny trener? Będzie pan rozpowszechniał kolejne kłamliwe laurki, mające oszołomić młodych ludzi…?
– Nie podoba się panu nasz program powszechnego szkolenia chłopców w sporcie…? – Demianiuk spojrzał na człowieka w dresach z dużo większą uwagą. Wyczuł okazję. Ten mężczyzna krył jakąś tajemnicę, w którą mocno wierzył. Dla Redaktora szykował się nowy temat… I Demianiuk wpadł już na trop.ź
– Powszechne szkolenie, tak! Tylko pytanie, po co? A odpowiedź na to, wskazuje też na to, że sport sportowi nierówny. Ucząc młodych ludzi bezmyślnego kopania lub podrzucania piłką do celu niszczymy ich fizyczny potencjał, ich organizmy. Młodzi ludzie potrzebują prawdziwego rozwoju, a kraj – prawidłowo szkolonych mężczyzn.
– Nie bardzo rozumiem. Przecież przed chwilą chwalił pan piłkę ręczną.
– Powiedziałem tylko, że nie ma w sobie tylu złych, szkodliwych ćwiczeń i oddziaływania na organizm, co inne sporty zespołowe. I dlatego na sam początek może być i szczypiorniak. Ale jakakolwiek gra z piłką to dopiero zachęta do pracy nad sobą, nad ćwiczeniem organizmu. Przez zabawę z piłką młody człowiek połyka bakcyla sportowego. Jakimże bowiem celem samym w sobie może być dla człowieka obiegnięcie paru innych ludzi z piłką i umieszczenie jej w celu, jakim jest bramka, kosz, czy pole na boisku?
– Tak…?
– To wszystko powinno być tylko wstępem do prawdziwego treningu, wartościowego doskonalenia techniki, sprawności, siły, skoczności, elastyczności…
– Czyli co…
– Mężczyzna przede wszystkim musi umieć walczyć.
– Proponuje pan, żeby wszystkich ośmio- i dziesięciolatków uczyć judo lub karate?
– Judo i karate są dla mięczaków. To moda na pokaz. Czy pan wie czego uczą w armii izraelskiej? Jakich technik…
– …samoobrony?
– Technik ofensywnych. W dzisiejszych czasach, gdy wróg tylko czyha na narody Europy, jedynie my sami możemy się obronić.
– Każdy z nas? Tu, na osiedlu? Przed kim?
– ONI nas próbują wykończyć od środka. I ma to wyglądać zupełnie niewinnie. Łobuzy będą dewastować urządzenia publiczne i instalacje. Najpierw te zupełnie nie zauważane przez nas na co dzień: kosz na śmieci, znak drogowy na nieużywanym przejeździe kolejowym, starą zepsutą od lat lampę. A potem elementy coraz ważniejsze dla funkcjonowania miast, aż po te newralgiczne, bez których nie da się żyć: zatrują wodociągi, spalą sieć elektryczną. Złodzieje będą okradać domy. Bandyci zaczną napadać i gwałcić kobiety, szczególnie podczas tradycyjnych zbiorowych spotkań, czy zabaw. Tak podważą naszą kulturę, przyzwyczajenia…
– Jakież mamy wyjście?
– Będą mordy… Niewyszkolony mężczyzna, tchórz, podda się im. Nie obroni, ani przed nimi, ani przed prawdziwym wrogiem siebie, swojej kobiety, dzieci, rodziny, własnego domu. Każdy mężczyzna w Europie powinien być na tyle wyszkolony, aby samemu się obronić!
– A najlepszą obroną jest…
– Atak. Dlatego liczy się tylko samoobrona oparta na technikach ofensywnych. Obronimy się przed łobuzem, złodziejem, mordercą czy gwałcicielem nie tak, że sparujemy jego atak, ale gdy sami go pokonamy i zniszczymy, zanim on spróbuje zrobić to z nami lub z naszymi bliskimi.

Jedna taka rozmowa nie mogła wyczerpać tematu. Obaj panowie zaczęli się spotykać regularnie. Nawał obowiązków nigdy nie pozwalał dopowiedzieć wszystkiego do końca, rozwikłać licznych pytań, tak aby nie pozostawały już do udzielenia żadne odpowiedzi. Zawsze pozostawał jeszcze niedosyt informacji i nowy obszar zagadnień do rozważenia. Bo to Redaktor musiał przerwać spotkanie z Olkiem, aby zrobić wywiad z Sosińskim, albo z kolei Olka oderwał od dysputy z Demianiukiem jakiś ojciec, zaciekawiony ofertą jego szkoły walki. Albo i jeszcze coś innego im w danej chwili przerywało tok rozmowy i musieli odwlec jej dokończenie do kolejnego spotkania.

Kiedyś przeszli na ty.

– A ty nie wierzysz w to, że obroni nas wojsko? Przecież do tego jest powołane. Utrzymujemy, jako państwo, taką wielką i nowoczesną armię, chyba przecież właśnie po to, abyśmy mogli się czuć bezpiecznie.
– Zapomnij o wojsku. Czy ty wiesz, czego oni uczą tych rekrutów? Przecież oni by padli przy pierwszym starciu z takim Żydem z obrony cywilnej Izraela. Nasz żołnierz jest słabo szkolony, nie ma ani szybkości, ani skoczności, ani gibkości potrzebnych do indywidualnej walki. U nas dowódcy wydają żołnierzowi rozkazy nie po to by go uczyć, ale żeby dać upust swoim frustracjom, poczuć władzę nad drugim człowiekiem. Dlatego każą robić bezsensowne ćwiczenia, biegać po lesie w pełnym oporządzeniu lub w nieskończoność sprzątać „rejony”. To nie ma takiego młodego człowieka doskonalić do walki wręcz, ale go upodlić, poniżyć, aby taki szef czy dowódca, od sierżanta po generała poczuł się ważny. Sami przywódcy są wytworem pseudoarmii, nie są prawdziwymi mężczyznami i nie mogą wyszkolić prawdziwych mężczyzn.
– Ale są przecież manewry na poligonach, spartakiady żołnierskie, kiedy nasi pokonują Ruskich, Niemców, Czechów…
– Wszystkie te europejskie armie, w porównaniu z Żydami, Arabami, Azjatami to nic nie warte eunuchy. Gdyby teraz przyszło do wojny, to by nas Europejczyków nakryli czapkami. Atak znad Bosforu przeszedłby do Szwecji w dwa dni, bez większego oporu.
– Ale nasi żołnierze…
– Przecież ci mówię. Jakie jest nastawienie poborowych? Najchętniej uciekliby od pójścia do woja. Mało kto chce iść na te dwa lata do jednostki. A wiesz dlaczego? Bo zdają sobie sprawę z tego, że niczego się nie nauczą, że będą tylko mięsem armatnim i ofiarami frustracji. Gdy major nie zadowoli swojej żony w łóżku, rekruci będą musieli mu to zrekompensować ćwicząc całą noc krok defiladowy. Gdy córka pułkownika puści się z plutonowym, pomocnikiem szefa kompanii, to poborowi zapłacą za to czyszczeniem kibli szczoteczkami do zębów. Jak kapitana zruga za nic pułkownik, to kompania w pełnym oporządzeniu będzie biec bez sensu i celu dwadzieścia kilometrów w pełnym słońcu. I jak tu świadomie brać udział w takiej parodii szkolenia?

Z czasem ich rozmowy przeszły na poziom dogłębnych rozważań i analiz. To nie były już obserwacje, emocjonalne wybuchy, czy domorosłe dywagacje, ale dociekanie przyczyn i prognozowanie skutków, determinowane zastosowanym warsztatem socjologicznym.

– Jak myślisz, dlaczego jest taki rozkład moralny w armii? – prowokował Demianiuk.
– To ONI za tym stoją – odpowiadał Olek zgodnie z oczekiwaniami dziennikarza, z początku może nawet ku jego dobrej zabawie – Taki mądry człowiek jak ty, poważny dziennikarz i co, nie wiesz? Żartujesz sobie ze mnie, prawda?
– Rozumiem, że w niczym nie ma przypadku. Mam oczywiście swoją teorię, ale ciekawy jestem twojego osądu.
– Posłuchaj mnie przez chwilę. To, co ci mówię, na pewno sam dobrze wiesz, jesteś naprawdę mądrym człowiekiem. Europę zaleją nie armie żołnierzy, ale hordy wyszkolonych cywilów z Arabii i z Azji. Wejdą tutaj jako normalni ludzie, mieszkańcy naszych miast, pracownicy, wejdą wszędzie: do fabryk, centrów handlowych, do osiedli mieszkaniowych. I nas stamtąd wyrugują. Bez użycia karabinów i czołgów. A my nie będziemy umieć się bronić. Za dziesięć, czy dwadzieścia lat będziemy zniewieściałymi libertynami, rozfilozofowanymi bez celu i wartości. To będzie podjazdowa wojna cywilizacji, którą przegrywamy już dzisiaj.
– Z kim? Kto za tym stoi?
– Wiadomo, że Żydzi. Nie chcą ciągle walczyć i żyć w strachu w Palestynie. Chcą rękami Azjatów i Arabów podbić Europę dla siebie i tu się przenieść, aby żyć. Nie będą przelewać krwi. Zamiast puścić czołgi, czy wziąć do ręki karabin, wolą podgryźć nasze korzenie, abyśmy tak jak drzewo zachwiali się i upadli. Zaczynają od próby zabicia europejskiej kultury, tradycji i wartości. Tego, co nas, Europejczyków, przez sześć tysięcy lat wyróżniało od środkowoazjatyckich hord stepowych barbarzyńców i tłumów afrykańskiej dziczy z dżungli. Co nas jednoczyło, dając nam siłę. Dzięki czemu przetrwaliśmy i mogliśmy sami podporządkowywać sobie niższe w rozwoju zbieraniny ludzkie. Najpierw sprostytuują nasze kobiety, które przestaną być matkami, niosącymi z pokolenia na pokolenie system wartości moralnych. Mężczyźni zrodzeni i wychowani z takich kobiet-niematek będą mieć mentalność niewolników. Nie udało im się za Hitlera, uda się – o ile nic nie zrobimy – teraz, dzięki choremu humanizmowi i humanitaryzmowi. Dzięki MAMONIE, która z elit robi eunuchów i zdrajców. To globalizm, ogólnoświatowy spisek, za którym stoją ci, co dystrybuują pieniądz. Jedynie nie skażeni dobrobytem i nadmiernym bogactwem Polacy, jedynie my jesteśmy w stanie się jeszcze obudzić i uratować starą Europę i jej kulturę. Podstawę cywilizacji człowieka.
– Globalizm?
– Nie mów, że jeszcze nie znasz tego słowa. Niedługo będzie na ustach całej ludzkości…

Tak było w zimowe wczesne popołudnia. Przez cały luty i marzec. W kwietniu Demianiuk wziął Olka za łokieć, podprowadził do starej zardzewiałej furtki i wyszli razem z boiska na ulicę Moniuszki. Skręcili w lewo. Szli pod górę, obok charakterystycznych, zabytkowych zabudowań przemysłowych ostatniej, działającej jeszcze w mieście wytwórni win, w kierunku torów kolejowych, nowych zielonogórskich osiedli i przechodzącego w las – Parku Piastowskiego. Gdy mijali sklepioną murowanym półokręgiem fabryczną bramę i podłużną, otynkowaną halę, gdzie w piwnicach składowano wino, odurzył ich unoszący się wszędzie silny aromat sfermentowanych jabłek.
Minęli potrójne tory kolejowe, przecinające na skos skrzyżowanie pięciu czy sześciu ulic. To był tor szlakowy dawnej kolei szprotawskiej, wtedy już tylko wewnątrzmiejskiej bocznicy przemysłowej, od którego odbijały w tym miejscu dwa krótkie tory odstawcze, znikające za metalowymi wrotami na terenach wytwórni win.
Poszli dalej prosto, trzymając się, lekkim skrętem, swojej prawej strony. Gdyby skręcili w lewo, mieli by przed sobą kłębowisko torów, budynek i magazyn dworcowy, żurawia wodnego i ceglaną parowozownię dawnej stacji kolejowej Grünberg Oberstadt. W czasach powojennych nazywano ją doraźnie i nieoficjalnie albo Zieloną Górą Przedmieściem, albo dworcem południowym. A bywało też i tak – pewnie złośliwym zrządzeniem losu lub za sprawą kpiarskiej natury, podchmielonego młodym winem diabła (lub zgoła samego boga wina Bachusa / Dionizosa) – dworcem… północnym.
Ale Demianiuk nie prowadził ich na dawny dworzec. Poszli prosto, odbijając nieznacznie w prawo, ale nie dochodząc do ulicy Jaskółczej. Tu, między nią a stacją rozciągał się sporych rozmiarów zagajnik, zaniedbany i ponury, mroczna, odpychająca gęstwina zaśmieconych i śmierdzących moczem krzaków oraz zarośniętych od dołu suchymi i połamanymi gałęziami drzew, pamiętających jeszcze połowę XIX wieku. Gdzie niegdzie stały tu zniszczone już dawno ławki, kikuty słupów, do których niegdyś zamontowano, teraz całkowicie zgniłe deski. Gąszcz odstraszał lampami bez żarówek i dawnych ozdobnych osłon, za to z czyhającymi na przechodniów wystającymi drutami przewodów elektrycznych.

Weszli w tę gęstwinę ledwie widoczną ścieżynką. Miny mieli dziarskie. Wyglądali niczym wstępujący w krąg piekieł szatan z diabłem, którzy za chwilę mieli się nawzajem licytować, co do tego, który z nich ściągnął na męczonych tu ludzi więcej zła.
Minęli pijaczków, podstarzałe, przepite kurwy i staruszka, który dla rozrywki przetrząsał całymi dniami śmietniki. Dwóch młodocianych gitowców wprost z butelki poiło tanim winem uczennicę ostatnich klas podstawówki. Wina ubyło już tyle, że bardzo śmiało zaczęli dobierać się jej pod spódniczkę. Tak jak to zaplanowali, odpowiedział im niekontrolowany, głośny śmiech dziewczyny.
Olek chciał ruszyć w ich stronę, obronić małą przed nieuniknionym, ale Redaktor go energicznie powstrzymał:
– Zostaw!
– Ale dlaczego, ja sobie z nimi doskonale poradzę… – nie zrozumiał Chrenowicz. – Dam radę, zaraz zobaczysz jak to się robi w takich sytuacjach.
– Nie, jeszcze nie teraz. Nie dziś.
Olek pokręcił przecząco głową, ale odstąpił. Nie był przekonany. Tymczasem Redaktor przeszedł wreszcie do realizacji swojego celu.
Gdy stanęli w końcu w miejscu, gdzie spomiędzy krzaków i zwisających, nieobcinanych od lat gałęzi nie było już nic widać na zewnątrz zagajnika, Demianiuk rozpostarł nieco ręce i okręcił się wokół własnej osi, wskazując po kolei dłońmi na tych wszystkich ludzi, których minęli i tych, którzy siedzieli jeszcze przed nimi.
– Widzisz to samo, co ja? – spytał Olka.
– Wiem co chcesz mi powiedzieć. To jest obraz naszego upadku, tutaj są złamani ludzie, dla których jest za późno. To jest obraz strat, jakie już się dokonały. Tylu ludzi, w każdym mieście, zdążyli nam pozabijać.
– Widzisz tego dziadka…?
– Dziadka-śmieciarza…
– Tak. Wiesz, ile razy ludzie z bloku, z klatki w której mieszka skarżyli się na smród, szczury?
– Ile?
– Do administracji, przynajmniej raz na miesiąc. Ostatnio… na milicji, aby przyszli, wysprzątali jego mieszkanie, a jemu – zakazali znoszenia rzeczy ze śmietników, albo zamknęli go, gdyby nie posłuchał.
– On mieszka, zdaje się, przy Waszkiewicza, pod trzydziestym…
– Nie, to nie tamten. Jest tylko podobny, ale ten tu, jest stąd, z samej okolicy. Ma syna, lekarza, poza Zielona Górą.
– Rencista?
– Nie, ma emeryturę. A to… Tak mu zostało…
– Mój, z Waszkiewicza, ma rentę. Podobno jego też ktoś odwiedza, tak mówią sąsiedzi. Ale już dawno nikogo nie było, ludzie – tych, co przyjeżdżali – strasznie nagabywali za te śmieci i smród od dziadka z mieszkania… Popatrz, jakie dwie podobne historie…
– Myślałeś, że dziadek-śmieciarz jest w Zielonej Górze tylko jeden?
Odwrócili się w drugą stronę. Ci z zawodówki właśnie wzięli swą towarzyszkę na ręce, podnieśli do góry, wyciągnęli jej spod spódnicy majtki i postawili ją z powrotem na ścieżce. Ale teraz ona już nie śmiała się.
– Ta dziewczynka chodzi do siódmej klasy, do tej podstawówki na rogu Długiej i 1 Maja. Tam teraz dali uczniów z pogotowia opiekuńczego, z Krośnieńskiej. Gdy mieszkała jeszcze przy Tylnej, za każdym razem gdy jej ojczym siedział w więzieniu, a matka wpadała w alkoholowy ciąg, milicjanci zabierali ją ze śmierdzącej meliny do izby dziecka, na Piaskową.
– Słyszałem o niej. Ma na imię Dagmara.
– Być może, chyba tak. Teraz odebrali ja od matki i zamknęli w pogotowiu. Ale dalej nikogo nie interesuje, kiedy i w jakim stanie wraca na noc…
– A te dwa nygusy…?
– Nie, tych akurat nie znam. Popatrz obok, na…
– Helenkę i Trudę? Znam ich historię…
– Właśnie. Helenka pracowała wysoko po urzędach. Wyróżniała się ludzkim podejściem. Mogłeś do niej przyjść, a ona nie zbyła cię, tylko ci poradziła, szepnęła słowo sekretarzowi czy naczelnikowi. Wiesz ilu ludziom pomogła, ilu dzięki niej nie siedzi teraz tu wokół…?
– Wielu, choć sam nikogo z nich nie poznałem. Słyszałem, że jej męża, maszynistę, czy nastawniczego wrobiono w jakiś wypadek kolejowy. Dostałby co najmniej dziesiątkę, ale jeszcze przed ogłoszeniem wyroku skoczył w celi na kratę… Ona była wtedy w szóstym, czy siódmym miesiącu z bliźniakami. Nie wytrzymała tego i poroniła!
– Gdyby pogotowie przyjechało na czas, gdyby w szpitalu nie trzymali jej przez pięć godzin na korytarzu to – mówiono, że bliźniaki można było jeszcze ratować. A jej starego znaleźli na kracie z szelkami, których nigdy w życiu nie nosił. Do tego, podobno znaleźli go przy otwartych drzwiach, pojmujesz to?
– I kobieta nie wyrobiła. Coś się jej przestawiło w głowie. Żyje na ulicy, za ćwiartkę daje każdemu… Zobacz, jak dziś wygląda. Widziałem jakieś jej zdjęcie, nie pamiętam już, w gazecie chyba, z jakiejś akademii, czy czynu społecznego. Jak jeszcze pracowała za biurkiem…
– No to ją możesz jeszcze sobie porównać. Badań zresztą nikt jej nie robił, ale może to i lepiej. Wiesz, jak mogła by się skończyć taka obserwacja w psychiatryku pod ICH kontrolą.
– Wiem, jasne, że wiem. Oddział zamknięty to ich główna broń, narzędzie do niszczenia ludzi. A Truda?

Maryla

Ewa Maria Slaska

Gdy odeszła dwa lata temu, opublikowałam TU na blogu wpis, złożony z tego, co na wiadomość o jej śmierci napisali o niej ludzie Z Berlina, Warszawy, Krakowa…

26 marca 2019 roku odeszła na zawsze znana berlińska tłumaczka, Maria Gast-Ciechomska czyli Maryla lub Marlena. Była wnuczką ostatniego sołtysa Mokotowa, germanistką i świetną tłumaczką, działaczką antykomunistyczną, członkinią Solidarności Mazowsze, działaczką ROPCiO (Ruch Obrony Praw Człowieka i Obywatela). W czasie stanu wojennego była internowana w obozie dla kobiet w Gołdapi – była najmłodszą więźniarką stanu wojennego, internowaną w tym obozie. Później wyjechała do Berlina, gdzie nadal działała na rzecz kobiet i relacji polsko-niemieckich, między innymi w Polsko-Niemieckim Towarzystwie Literackim WIR i w Inicjatywie Kobiecej Berlin-Warszawa. Była współzałożycielką Polskiego Stowarzyszenia Feministycznego i inicjatywy Ruch Przeciw Kryminalizacji Aborcji.
Napisała książkę “Od matriarchatu do feminizmu”.
Jeszcze kilka tygodni przed śmiercią, podczas niemieckiej premiery filmu Siłaczki w Regenbogenfabrik i kinie “Lichtblick”, mogliśmy po raz kolejny zachwycić się jej kunsztem translatorskim. To bowiem ona znakomicie przetłumaczyła ścieżkę dźwiękową filmu. Maryla od zawsze angażowała się w sprawy kobiet i wydaje się znamienne, że ostatnia jej praca też była związana z tą tematyką.

Jutro zatem miną dwa lata od śmierci Maryli, czyli Marii Gast-Ciechomskiej. W zeszłym roku Ania Krenz, Iwona Dadej, Christine Ziegler i ja chciałyśmy zorganizować spotkanie o Maryli w pierwszą rocznicę jej śmierci. Spotkanie miało się odbyć w Regenbogenfabrik, ale stanęła nam na przeszkodzie pandemia, a właściwie wprowadzony 15 marca lockdown. W tym roku już z góry jedna zaproponowałyśmy spotkanie zoomowe. Z jakiegoś względu oficjalne spotkanie nie dojdzie jednak do skutku, zorganizuję je więc ja – nieoficjalnie. Odbędzie się w najbliższy poniedziałek o godzinie 19. Do udziału zaproszę i mam nadzieję, że w rozmowie wezmą udział:

Magdalena Ciechomska, (ukochana) szwagierka Maryli, polonistka, feministka
Karina Garsztecka, archiwistka, archiwum Wydziału Badań Wschodnioeuropejskich na Uniwersytecie w Bremie, feministka; osoba przechowująca archiwum Maryli
Gudrun Koch, kulturoznawczyni, organizatorka kultury, Stowarzyszenie Kobiet Europejskich, feministka
Anna Krenz, architektka wolnego zawodu, założycielka Dziewuch Berlin, Botschaft der Polinnen, współzałożycielka Polonijnej Rady Kobiet, aktywistka, feministka
Monika Wrzosek-Müller, autorka, tłumaczka

Christine Ziegler, organizatorka kultury, Regenbogenfabrik, feministka

Mam też nadzieję, że poruszymy następujące tematy:

  1. Wspomnienie o Maryli
  2. Dokonania Maryli
  3. Jak upamiętniać kobiety takie jak Maryla – zaangażowane, emancypowane, kreatywne, ale skromne i (przeto?) nie z pierwszych stron gazet?
  4. Co zrobimy na stałe, aby takie kobiety jak Maryla, zostały na trwałe w świadomości i pamięci?

Als sie vor zwei Jahren starb, veröffentlichte ich HIER einen Blogeintrag, der sich aus dem zusammensetzte, was Menschen aus Berlin, Warschau, Krakau und sonstwo her über sie geschrieben haben, als sie erfuhren, dass sie gestorben ist…

Am 26. März 2019 verstarb die bekannte Berliner Übersetzerin Maria Gast-Ciechomska, Maryla oder Marlena genannt. Sie war die Enkelin des letzten Bürgermeisters von Warschauer Stadtteil Mokotów, eine Germanistin, hervorragende Übersetzerin, antikommunistische Aktivistin, Mitglied von Solidarność Masoviens, Aktivistin der Bewegung zur Verteidigung der Menschen- und Bürgerrechte. Während des Kriegszustands wurde sie im Frauenlager in Gołdap interniert – sie war die jüngste Gefangenen in diesem Lager. Später zog sie nach Berlin, wo sie sich weiterhin für Frauen und polnisch-deutsche Beziehungen einsetzte. Sie war unter anderem in der deutsch-polnischen Literaturverein WIR tätig und in der Berlin-Warschauer Fraueninitiative. Sie war Mitbegründerin der Polnischen Feministischen Vereinigung und der Initiative Bewegung gegen die Kriminalisierung der Abtreibung.
Sie schrieb das Buch Vom Matriarchat zum Feminismus.
Einige Wochen vor ihrem Tod wurde ihre Arbeit in der Regenbogenfabrik und dann im “Lichtblick”-Kino bei der deutschen Premiere des Films von Marta Dzido und Piotr Śliwowski Siłaczki / Frauen der ersten Stunde präsentiert. Sie hat den Soundtrack des Films perfekt übersetzt. Maryla war schon immer in Frauenangelegenheiten involviert, daher ist es kein Wunder, dass ihre letzte großartige Arbeit auch mit diesem Thema zu tun hatte.

Morgen sind also zwei Jahre her, als Maria (Maryla Gast-Ciechomska) gangen ist. Letztes Jahr wollten Anna Krenz, Iwona Dadej, Christine Ziegler und ich ein Treffen zu Marias ersten Todestag in der Regenbogenfabrik organisieren; leider wurden wir durch die Pandemie oder vielmehr die am 15. März eingeführten Lockdown verhindert. In diesem Jahr schlug Iwona Dadej im Voraus ein Zoom-Meeting vor, das jedoch aus irgendeinem Grund wahrscheinlich nicht stattfinden wird. Das Treffen werde also ich ganz privat organisieren. Es wird nächsten Montag um 19 Uhr stattfinden. Ich lade Sie zur Teilnahme ein und hoffe, dass die folgenden Gesprächspartnerinnen daran teilnehmen werden:

Magdalena Ciechomska, Marylas (geliebte) Schwägerin, polnische Philologin, Feministin
Karina Garsztecka, Archivarin, Archiv der Fakultät für Osteuropastudien an der Universität Bremen, Feministin
Gudrun Koch, Kulturwissenschaftlerin, Kulturorganisatorin, Association of European Women, Feministin
Anna Krenz, freischaffende Architektin, Gründerin von Dziewuchy Berlin  und Botschaft der Polinnen, Mitbegründerin des Polnischen Frauenrats im Ausland, Aktivistin, Feministin
Monika Wrzosek-Müller, Autorin, Übersetzerin
Christine Ziegler, Kulturorganisatorin, Regenbogenfabrik, Feministin

Ich hoffe auch, die folgenden Themen zu besprechen:

  1. Erinnerung an Maria
  2. Marias Leistungen und Erfolge
  3. Wie kann man Frauen wie Maria gedenken – Frauen, die engagiert, emanzipiert und kreativ sind, aber bescheiden und (daher?) nicht von den ersten Reihen?
  4. Was werden wir tun, damit Frauen wie Maria dauerhaft in unseren Gedanken und Erinnerungen bleiben?

    I na marginesie ciekawostka – grusza posadzona we wsi Mokotów przez dziadka Maryli, Walentego Ciechomskiego w roku 1870; dziś na ruchliwym skrzyżowaniu ulic Bałuckiego i Racławickiej. / Dieser Birnbaum im Zentrum Warschaus wurde von Marias Großvater 1870 gepflanzt.