Haseła

Kochan* Czytelnic*,

zostawiam ten wpis z racji historycznej – bo był i dawał różnym ludziom dużo radości, gdy rozwiązywali polską wersję wordle, czyli haseła.

Niestety w myśl zasady “mój adwokat jest lepszy niż Twój” ta bezpłatna wersja przyjemnej rozrywki (bezpłatna, a więc autor nie zarabiał na niej kroci, nie sprzedawał jej, nie oferował wraz z reklamami) została zakazana ze skutkiem natychmiastowym.

Globalizacja.

Nie wiem, czy jesteśmy w stanie się bronić.

Berlin, kwiecień 2024

***

Wiem, mamy na głowie poważne sprawy i nie wiadomo, co będzie, nawet za 10 minut. Ale może, póki co, poświęćmy ten piątek na sprawy przyjemne.

Otóż…

Adam wymyślił polską wersję Wordle i nazwał ją Haseła. I nie próbujcie mi powiedzieć, że nie wiecie, co to jest wordle, bo się baaardzo zdziwię. Musieliście widzieć u znajomych na Facebooku albo Tweeterze takie obrazeczki.





To jest właśnie Wordle. Angielskie zasady są tu: https://www.nytimes.com/games/wordle/index.html

To nowa pasja dosłownie wszystkich. Tak jak kolorowanki, albo robienie spinaczem bransoletek z zaplecionych małych gumek. To były manie, które stosunkowo szybko mijały. Niewątpliwie królem takich zmieniających się pasji jest od lat Sudoku. No więc – zapomnijcie o Sudoku i wcale nie musicie znać angielskiego, żeby grać w wordle, bo Adam przygotował grę po polsku. Dziękujemy 🙂

Adam Slaski

Informacje o grze

Haseła to klon gry Wordle. Źródła dostępne są tutaj. W oryginalną wersję zagrasz tutaj.

Lista haseł została skompilowana w oparciu o słownik SJP.PL i korpus NKJP.

A tu (wreszcie) link do gry: https://adamslaski.github.io/haseła/

I gramy!

Jak? Można tak: https://adamslaski.github.io/how-to-play-hasela/

Ale nie trzeba się stosować do tych zasad. Ja gram po swojemu i całkiem dobrze mi idzie. Tylko uwaga, ja się uzależniłam. Dzień bez haseła to bardzo marny dzień.

Dla uzależnionych na zakończenie świetna nowina: w Wordle jest codziennie jedna gra! A w Hasełach – do woli! Można grać i grać.

Putin

Reblog ku pokrzepieniu serc

Putin jest rzeczywiście kurewsko skuteczny, wzór zarządzania przez cele. Od momentu rozpoczęcia inwazji na Ukrainę udało mu się zrealizować następujące:

✅ zjednoczyć Ukrainę
✅ dozbroić Ukrainę sprzętem z Zachodu
✅ zjednoczyć Zachód do stopnia niespotykanego od końca II Wojny Światowej
✅ wzmocnić wschodnią flankę NATO
✅ zrobić komika mężem stanu i bohaterem Europy
✅ wyrzucić Rosję praktycznie ze wszystkich rozgrywek sportowych
✅ zatopić własną giełdę
✅ zamknąć Nord Stream 2
✅ zbliżyć Ukrainę do członkostwa w UE
✅ sprawić, że Dudę chwali (słusznie) cały świat, czyniąc go jednym z najważniejszy partnerów Zelenskiego
✅ wyrzucić własny kraj z systemu Swift
✅ zamrozić konta swoje i swoich ziomów Olejgarków
✅ sprawić, że Szwajcaria porzuca neutralność, a Szwecja i Finlandia myślą o wstąpieniu do NATO
✅ sprawić, że Niemcy zmienili swoją politykę obronną i stosunek do Rosji o 180 stopni
✅ sprawić, że w TVP i TVN24 leci to samo

Miszcz. Normalnie miszcz!

Przypowieść

Krzysztof Pukański

Przypowieść mało biblijna

Kiedyś bóg przyszedł do człowieka. Był piękny wiosenny poranek, stwarzanie rzeczy chwilowo mu się znudziło, nowe wspaniałe światy się opatrzyły, nie miał też pomysłu na kolejne prawa fizyki. Ale miał dobry humor. I powiedział:
– Możesz mnie prosić o co chcesz, a dziś to ode mnie dostaniesz. Chcesz mądrości? Dam ci mądrość taką, że najgłębsze tajemnice świata pojmiesz. Chcesz bogactw? Dam ci bogactwa! Więcej złota i diamentów, niż zdołają przepuścić twoje wnuki w dwudziestu pokoleniach. Chcesz sławy? Dam Ci taką sławę, że do końca ludzkiego istnienia nikt o tobie nie zapomni.
Tylko pamiętaj: raz otrzymanego daru nie można zwrócić. Nie możesz przyjść do mnie jutro i powiedzieć, że nie chcesz już mądrości. Że wolisz bogactwa, albo sławę, albo jeszcze coś innego. Dlatego zastanów się dobrze. Masz czas do wieczora.
I poszedł.
Człowiek przez cały boży dzień zachodził w głowę i zastanawiał się co wybrać:
Mądrość prowadzi tylko do samotności. Jeśli jesteś najmądrzejszy, to nikt cię rozumie, z nikim nie możesz sensownie porozmawiać, nikomu się zwierzyć, nie masz przyjaciół. No, kiła!
Bogactwo zaś, to ciągła podejrzliwość, że twoi przyjaciele, rodzina są przy tobie i hołubią cię tylko dlatego, że liczą na twoją hojność. Czyli znowu jesteś sam.
Nieśmiertelność? Ojojojoj! To są dopiero szczyty samotności! Po śmierci wszystkich kumpli i znajomych, po odprowadzeniu na cmentarz własnych dzieci, co wtedy robić? Patrzeć na coraz bardziej obce kolejne pokolenia wnuków, dla których jesteś już tylko zramolałym dziwadłem?
Chodzącym truchłem. Dziękuję, postoję.
Więc może sława? Ale sława to blichtr. Tysiące ludzi było sławnych, ale niewielu z tą sławą szczęśliwych…
I tu człowiekowi zaświeciły się chytre oczka: Szczęście! Szczęście to jest to!
I zaczął kombinować: nikt mi tego nie odbierze, będę to miał na zawsze, będę zawsze zadowolony, uśmiechnięty, będzie mi dobrze. O nic nie będę się musiał troszczyć. Ani martwić. Zero zgryzot, problemów, zero nie-szczęść…
Człowiek myślał i myślał, i jakby by nie obrócił tematu, zawsze wychodziło mu, że SZCZĘŚCIE to najlepszy, najwłaściwszy wybór.
Słońce stało jeszcze wysoko na niebie, a on nie mógł już doczekać wieczora. Kiedy wreszcie zaszło, bóg przywołał go do siebie:
– Cóż więc wybrałeś?
A na to Człowiek:
– Chcę być szczęśliwy! Cokolwiek robię, w jakiejkolwiek sytuacji życiowej jestem, jakiekolwiek decyzje podejmuję, chcę być z tym szczęśliwy.
I bóg wysłuchał, pokiwał z wyrozumieniem głową, pomyślał chwilę. A potem odebrał człowiekowi rozum.

Tak jakoś

Teresa Rudolf

Na skrzydłach

Przyleciała jak ptak
ta melodia znikąd,
trzepotała moim 
sercem jak skrzydłami.

Z zamkniętymi oczyma
patrzę na jej we mnie 
taniec cichy, na palcach
bez żadnych obrotów…

I odleciała niepostrzeżenie,
pomalowawszy mój dzień, 
na przezroczyście, ledwo
postrzegalnie, kryształowo…
…tak jakoś.

Wiem

Pomyślała, 
a kiedyś, kiedy mi już
nic nie zostanie,

wiem, gdzie w sobie 
grzebać kijkiem 
w ogniska popiołach.

A kiedyś, kiedy już
nic mnie nie ogrzeje,
wiem, gdzie znajdę,

w sobie płomień,
i wybuchnie on
życia wzruszeniem,

…wiem, 
wiem, wiem,
ale… nie powiem.

Życie, mój film

Ach wspomnienia,
film to cofany często
do swego początku.

Bez żadnej logiki,
sceny wylatujące
z niego niekiedy

wzruszają, szokują,
cieszą, bolą, drażnią
zawstydzają paląc,

raz lekkie jak motyle,
a raz jak stare granaty, 
wybuchają z potrącenia.

Lub oglądany od tyłu, 
w celowym porządku,
klatka, po klatce,

czasem denerwuje 
swym kiczem, urodą 
pieści, pustką zasmuca.

I nagle scena po scenie 
wskakuje znów w swój 
poprzedni porządek,

dając czas i miejsce,
aktualnym kadrom… 
…mojej codzienności.

Mucha Kierkegaarda 5

Oko trę
czyli ciąg dalszy wpisu o Animalsach (i komunikacji międzypokoleniowej)

Ewa Maria Slaska

W poprzednim wpisie udowodniłam, że przedstawiciele pokolenia Z mają rację, gdy sprawdzają wszystko, co do nich mówimy. Bo my, nawet jak myślimy, że wiemy lepiej, bo przy tym byliśmy, a oni się mieli urodzić dopiero za pół wieku, to jednak okazuje się, że sprawdzając nas w Sieci, Zetowcy wiedzą lepiej, jak było. My mamy dziury w pamięci, pamiętamy niedokładnie, o wielu rzeczach zapomnieliśmy, wiele dokleiliśmy, część została przez nas zracjonalizowana, czasem bo chcemy coś ukryć, eksponując coś innego, ale czasem po to, by chaotycznym fragmentom życia nadać pozór ładu. I wtedy rajstopy, które mi przywiózł z zagranicy ojciec, mini spódniczki, które dostałam od ciotki w Londynie i koncert Animalsów, choć dzieli je kilka lat, sklejają się, tworząc spójny obraz młodej dziewczyny, nadążającej za epoką. A ja nie nadążałam za epoką i miałam z tego powodu mnóstwo kompleksów.

(Nota bene, teraz też nie nadążam.)

Jednocześnie jednak we wpisie o Animalsach udowodniłam coś dokładnie przeciwnego. Przedstawiciele pokolenia Z nie mają racji, gdy myślą, że skoro sprawdzają wszystko, co do nich mówimy, to wiedzą lepiej. Bo jednak nie wiedzą. Bo jednak to my byliśmy na koncercie Animalsów w Hali Stoczni Gdańskiej a nie oni. Hali Stoczni już nie ma, Stoczni też już nie ma. O tym, jak było, piszą w Sieci ludzie młodsi od nas. Piszą to, co im się wydaje, ale sprzedają to jak to, jak było. Np, że znaliśmy angielski. Nie znaliśmy. Albo, że byliśmy super ubrani – nie byliśmy.

Mimo to przegrywamy. Czasem słusznie, czasem niesłusznie, ale zawsze. Jesteś z innego pokolenia, więc nie wiesz.

Rozmowy z osobami z pokolenia Z przypominają mi grę w pokera. Ja coś mówię, a Słuchacz mówi “Sprawdzam”.

Jedną z najgorszych porażek, jakich doświadczyłam w tym pokerze, była sprawa wierszyka, który na swój użytek nazywam oko trę.

Wierszyk ten pojawia się od czasu do czasu w sieci, po czym znika, aż ktoś sobie o nim znowu przypomni. Gdy kiedyś chciałam go pokazać Zetowcowi, nie mogłam go znaleźć, po czym zapomnieliśmy o sprawie na wiele miesięcy. Ostatnio ktoś go znowu przypomniał na Facebooku, niewiele myśląc, skopiowałam go, wysłałam do rozmówcy i napisałam króciutkie wyjaśnienie, że szukałam, że dawno, że znalazłam, że śmieszne.

My, ludzie starej daty, jesteśmy beznadziejni, brak nam jakiegokolwiek poczucia, że WSZYSTKO PODLEGA KONTROLI! WSZYSTKO I OD RAZU! Wobec tego nawet nie przyszło mi do głowy, żeby wysyłając taki żarcik, sprawdzić go i filologicznie, i w zakresie autorstwa.

Gdybym sama stwierdziła, że żarcik jest nieprawdziwy, NIE powinna bym była była go wysyłać.

Nie skontrolowałam prawdziwości tego żartu, wysłałam bezmyślnie i jeszcze próbowałam się stawiać, że wiem, że zawsze, że pamiętam… Zgodnie z zasadą Never Give Up długo się opierałam, posługując się jako główną bronią pytaniem, dlaczego to, co Zetowcy znajdują w sieci jest bardziej miarodajne, niż to, co znajdzie tamże osoba Starej Daty? I jak myślicie dlaczego? Bo oni mają rację!

No i stało się, usłyszałam słowo: “Sprawdzam”.

Co gorsza, jak zostałam sprawdzona, to przegrałam. Wierszyka nie napisał Tuwim tylko niejaki Jaworski, a Tuwim to tylko zacytował w książce o żartach językowych – Pegaz dęba na stronie 300. To porażka numer jeden. Porażka numer dwa – a tak, bo jest jeszcze porażka numer dwa: wiersz w wersji francuskiej nic nie znaczy, a napisany jest tylko po części po francusku, a po części za pomocą różnych francuskopodobnych neologizmów.

Mea culpa.

Przypomniałam sobie początki pobytu w Niemczech. Byłam wówczas dość często zapraszana do różnych instytucji niemieckich, gdzie wygłaszałam wykłady na temat sytuacji Polek. Mur jeszcze stał w najlepsze, opowiadałam historie zza Muru, co do których można było może podejrzewać, że są zmyślone. Pewnie świadomie nikt tego nie zakładał, ale podświadomość nieodmiennie skłaniała dyskutantów (Niemki i Niemców) do wygłoszenia w dyskusji po wykładzie pewnego statementu. Brzmiał on: “pani Slaska ma rację”. Zawsze oddychałam wtedy z ulgą, no bo cóż ja bym, biedactwo, zrobiła, gdyby zgłosił się jakiś dyskutant i powiedział: “pani Slaska nie ma racji”. Niemiec z Niemiec potwierdzał swoim autorytetem, że Polka z Polski opowiedziała prawdę o tym, jak się żyje Polkom w Polsce.

Niestety te piękne czasy się skończyły. Z reguły nie ma koło mnie nikogo, kto potwierdzi, że ja, Osoba Starej Daty, wiem, co mówię o Czasach Starej Daty. A autorytet Internetu zawsze staje po stronie Oponenta.

No cóż. Amicus Plato sed magis amica Veritas. A co to znaczy, możecie sprawdzić TU. Musiałam przyznać, że Sieć mnie pobiła.

W sprawie Animalsów mnie pobiła (nie znałam nawet daty koncertów) i w sprawie Tuwima (bo to naprawdę nie on).

Była jeszcze trzecia próba, a opowiem o niej za tydzień.

Walczyliśmy jak Don Kiszot

List Ireny Bobowskiej, Neni, młodej poznańskiej poetki i konspiratorki, straconej w roku 1942 w Berlinie, opublikowany w książce Stefanii Tokarskiej-Kaszubowej Nenia (Poznań 1999):

Wyrokiem Landgerichtu zostaliśmy, niżej podpisana i dwaj współwinni, Michalski Stanisław i Zakrzewski Radziwój, skazani na karę śmierci. Proszę o ułaskawienie, zwłaszcza dla Michalskiego i Zakrzewskiego oraz – jeśli to możliwe – również dla mnie.
Szczególnie proszę o ułaskawienie dla Michalskiego i Zakrzewskiego, ponieważ czuję się za nich odpowiedzialna.
Oni by nigdy czegoś takiego nie uczynili, gdybym ja z mym kuzynem Kwiatkowskim ich obu nie namówiła.
Bądźcie Panowie ludzcy i uwzględnijcie, iż obaj ci oskarżeni byli młodzi i zawinili nie tyle przez swe przekonania i czyny, a przez swą młodzieńczą żądzę przygód. Nie każcie im płacić tak wysokiej ceny.

Zakrzewski i Michalski nie byli świadomi niebezpieczeństw, jakie wiązały się z zadaniem, które im zleciłam i na pewno dziś gorzko żałują swego czynu. Pomyślcie Panowie także, że cała ta nasza robota była jedynie czystą dziecinadą. Nie można bowiem powiedzieć, iż gazetka pisana na maszynie i drukowana na małym powielaczu w najwyżej 100 egzemplarzach w ciągu tygodnia, gazetka czytana przez z górą kilkuset ludzi, stanowiła zagrożenie dla Niemiec. Walczyliśmy jak Don Kiszot. Bądźcie Panowie wspaniałomyślni i nie każcie nam zapłacić za tę dziecięcą zabawę życiem.

Rozumiem, że w czasie wojny rzeczy takie traktowane są szczególnie surowo, lecz weźcie pod uwagę, iż wspaniałomyślność może nieraz więcej uczynić niż nieubłagana surowość.

I darujcie życie, jeśli już nie prowodyrom, to choćby tym dwóm, Michalskiemu i Zakrzewskiemu, którzy stanowili jedynie nasze narzędzie.

Irena Bobowska

List został napisany w więzieniu Plötzensee w przeddzień wykonania wyroku śmierci, 26 września 1942 roku. Następnego dnia o godzinie 4:36 Irena Bobowska została stracona.

***

Ostatnie pozdrowienie

Przez gwiazdy i księżyc i słońca promienie,
Przez wszystkie blaski istniejące,
Zasyłam w dom mój pozdrowienie,
I moje serce tęskniące.

Przez drzewa i krzewy i przez wiatru tchnienie,
Przez wszystko, co kwitnie i rośnie,
Zasyłam w dom mój pozdrowienie,
I moje sny o wiośnie.

Przez świeżą zieleń, przez błękit nieba,
Przez grę kolorów tęczową, lśnienia,
Zasyłam w dom mój pozdrowienia,
Tchnące miłością purpurową.

Przez bicie dzwonów, przez ptaszęce pienia,
Przez wszystkie śpiewy i dźwięki,
Zasyłam w dom mój pozdrowienia,
W tonach żałosnej piosenki.

Przez sny złote i srebrne marzenia,
I poprzez myśli tęsknych roje…
Zasyłam w dom mój pozdrowienia,
Przyślijcie Wy mi serca swoje.

Niedatowany wiersz Ireny Bobowskiej, napisany zapewne z okazji świąt Bożego Narodzenia 1941 roku, gdy Nenia przebywała w szpitalu więziennym w Berlin-Moabit. Od momentu aresztowania 20 czerwca 1940 roku, Nenia była przetrzymywana w kilku różnych więzieniach – w Poznaniu były to najpierw areszt gestapo w Domu Żołnierza, a potem cela 23 w Forcie VII, potem ciężkie i okrutne więzienie we Wronkach, a w Berlinie kolejno więzienie w Spandau, szpital więzienny na Moabicie, więzienie kobiece na Barnimstrasse i wreszcie miejsce kaźni, ale tylko przez kilkanaście godzin – więzienie Plötzensee.

Nenia chorowała w dzieciństwie na chorobę Heinego-Medina i przez całe życie poruszała się o kulach albo w wózku inwalidzkim.



Wpis o wojnie

Przygotowany na dziś wpis ,”Słodki czwartek 4″ Joasi Rubinroth, zlikwidowałam na prośbę autorki o godzinie 6 rano. Autorka napisała: Putin wszedł do Ukrainy i strzela. No nie wiem, czy można dzisiaj dać słodki czwartek.

***

Na moją prośbę Ela Kargol zapisała pierwsze myśli o wojnie

Ela Kargol

Na poznańskim Zamku, kiedyś cesarskim, wybudowanym dla ostatniego cesarza niemieckiego i króla Prus Wilhelma II, załopotały ukraińskie flagi. Nie byłabym sobą, gdybym nie wspomniała o architekcie zamku, którym był Franz Heinrich Schwechten, znany przede wszystkim berlińczykom z takich budowli jak Kaiser-Wilhelm-Gedächtniskirche czy Anhalter Bahnhof, których ruiny stoją do dzisiaj, straszą wojną, ostrzegają przed wojną i przypominają o wojnie. Schwechten również zaprojektował wieżę stojącą do dzisiaj w berlińskim Grunewaldzie i wieżę upamiętniającą Johannesa Quistropa w Szczecinie. Wieżę wysadzono prawdopodobnie w powietrze w 1945 podczas walk o Szczecin lub zniszczono podczas alianckich nalotów bombowych.

https://poznan.wyborcza.pl/poznan/7,36000,28156612,ukrainskie-flagi-na-zamku-podswietlony-teatr-nowy-zbiorki.html

Wojna niszczy, nie tylko budynki, których ruiny ostrzegają żyjących, wojna niszczy ludzi, ich myśli, dorobek, życie, zostawia trwałe ślady.
Wczoraj byłam w Szczecinie, byłam świadkiem pomocy Szczecinian (tak, wielką literą) i świadkiem przyjazdów, tych, którzy przed wojną uciekają. Czy można uciec przed wojną? Przed tak potężnym wrogiem? Czy nie będzie to kolejna walka z wiatrakami?
Moja mama, która przeżyla II wojnę światową, powiedziała, że już nie będzie uciekać, bo to nic nie dało.

  1. 2. 2022
    Taki dzień, gdy świat się zatrzymał.
    Taki dzień, gdy każdy się zdziwił.
    Taki dzień, gdy wielu spojrzało na mapę.
    Taki dzień, gdy ktoś się pomodlił,
    nawet ten, co nigdy tego nie robił.
    Strach
    Bezsilność
    Niepokój
    Wściekłość
    Powroty i Wyjazdy
    Przeszłość
    Przyszłość
    ?

Dziś premiera

Monika Sznajderman o Annie Bikont

Wydawczyni napisała: Jest to książka znakomita i wstrząsająca, jak tylko może być książka o świecie, w którym nieliczne ocalałe z Zagłady dzieci stają się przedmiotem handlu, rywalizacji, są towarem. O świecie, w którym uratowanego dziecka nie oddaje się ot tak, rodzinie, a nawet rodzicom, tylko trzeba je kupić, a jego wiek często poznać można tylko po zębach. O świecie, w którym dziecko nie jest dzieckiem, lecz tylko zakładnikiem religii i ideologii. I w którym nie ma dobrych wyborów, bo każdy najczęściej prowadzi do tragedii. Znakomicie zriserczowana i napisana z historycznym i reporterskim rozmachem, „Cena. W poszukiwaniu żydowskich dzieci po wojnie” odsłania przed nami całe połacie tego wciąż skrytego w mroku lądu, jakim jest Zagłada. A przy tym jest to książka wciągająca jak rzadko, jak najlepsza powieść detektywistyczna – każde poszukiwanie informacji o kolejnym dziecku zamienia się tu w pasjonujące śledztwo, które autorka za każdym razem stara się doprowadzić do końca. Trudno mi wyrazić moją wdzięczność za tę książkę – jako wydawczyni i osobiście.

Premiera 23 lutego, czyli dziś.

Haiku w Berlinie

Joasia Rubinroth (+ Eva Strasser, Tania Krüger)

Heute ist der merkwürdigste Tag in unserem Jahrhundert: 22.02.2022. Nur ein Punkt stört die (nie erreichbare) vollkommene Symetrie dieses Datums.

Foto Tanja Krüger
Foto aus dem Netz
Haiku von Eva Strasser
Haiku und Foto von Tanja Krüger

Wyjaśnienia dla polskich Czytelników:

Drzewa

Bardzo niepokojące w tych wichurach, które latają przez miasto przez zmiany klimatyczne, jest to, że już coraz mniej bywa Złotej Jesieni ze złotymi i czerwonymi liściami na drzewach, ponieważ jak tylko te liście kolorowieją, to robią się słabsze i wichury je zganiają i łamią duże gałęzie drzew, więc miasto wizualnie robi się coraz bardziej nieprzyjemne i niepokojące z takimi sterczącymi drzewo-badylami.

Pod mostem

Rosjanie tu i Rosjanie tam – to most przy Stuttgart Platz, pod którym mieszkają polscy i rosyjscy bezdomni, a za mostem jest sklep rosyjski otwarty 24 godziny na dobę, gdzie o 2:00 w nocy alfonsi rosyjscy z portfelami napchanymi banknotami po 500 € kupują kawior.

Noce między świętami a dniem Trzech Króli

Naprawdę można się zmartwić, gdy jedna Babcia mówi, że w żadnym razie nie wolno prać między rokiem i rokiem, w te specjalne dni, bo przecież złe duchy mogą się w praniu zawieruszyć i na pewno ktoś umrze, a druga babcia mówił, że w żadnym razie nie wolno iść w Nowy Rok z brudnym praniem. Życie jest po prostu niesprawiedliwe i czasami jesteśmy po jednej, czasami po drugiej stronie.

Basen na zewnątrz

Basen znajduje się na wyspie Hermanswerder w hotelu. W hotelu niby było fajnie, ale jednak koleżanka miała dziwne uczucie. Takie samo, jakie miała, kiedy się uczyła na Uniwersytecie, a potem się okazało, że właśnie pod tym budynkiem, w którym się uczyła i studiowała, znaleziono szkielety tych, na których eksperymentował doktor Mengele (jak jeszcze żyły).

Krogulec

Joasia: To się Tani zdarzyło kilka dni temu!!!!
Ewa: O matko. No, ale krogulec też musi coś jeść.
Joasia: No tak, bo w Rewe nikt mu nic nie sprzeda bez pieniędzy.
Ewa: Ale nawet za pieniądze musiałby kupić mięso, czyli niewidoczną dla kupującego krew. Bo to zapach krwi sprawia, że również my, ludzie tak lubimy jeść mięso. Nie kolor krwi, nie smak – zapach krwi.
Joasia: Na pewno kiedyś będzie dział z żywnością dla krogulców i dla wampirów, gdzie będą mogły kupić mięso z krwią i krew.
Ewa: Sztuczną krew, jak w tym filmie z Tildą Swinton, Only Lovers Left Alive.