Łucja, żaden autorytet (12)

Łucja Fice

Urywek powieści science fiction

W czasie czekania na obiad dalej rozmyśla:
– Żeby przygotowanie tego planu ochrony nie doprowadziło mnie do nerwicy lub jakiś natręctw. Nie! Nie poddam się. To przecież od naszej grupy zależy odwrócenie sytuacji. Tej walki już nie cofniemy. Musimy na nowo kupić nasz CZAS i emocje, zaangażować się w to, co widzimy i słyszymy. Boję się tak, jak kiedyś bano się śmierci, walczymy z Wielkimi. Z dawnego życia zostały tylko odpryski. Czas przywrócić prawdziwego człowieka.
Jest zadowolona, nawet szczęśliwa, że została wybrana do programu naprawy świata. Jeszcze nie ma pojęcia z czym i z kim będzie musiała się zmierzyć, jako jednostka. Myślami powróciła do śpiącego Gerarda, który od kilku dni nie wychodzi z pokoju.
– Czyżby zakupił super nowość i zamontował sobie komputer w źrenicy?
Okna wychodziły na północ i wionęło zimnem, pomimo pełni lata, ale blask zaglądał do okien, poszukując jakiegoś kształtu obleczonego w materiał, czy bladej gęsiej skórki śpiącego. Znajdował jednak tylko aparaturę laboratoryjną ze szkła i niklu. Szkło, nikiel. To z tych rurek i mikroskopów światło czerpało nieco chłodu. Chłód natrafiał na chłód. Marii to światło wydawało się lodowate, martwe, upiorne. Weszła do pokoju w momencie, kiedy Lila kończyła posiłek.
– Jesteś! To dobrze. Zrobimy sobie dzisiaj dzień wspomnień, ale najpierw przetoczymy ci krew, dostaniesz nową, czystą. Po transfuzji odzyskasz swoje wspomnienia – odezwała się spokojnym tonem, jakby Maria znała ją od zawsze, a przecież widzi ją po raz pierwszy. Lila wyciągnęła szufladę z tradycyjnej szafki, która należała kiedyś do jej praprababki i znalazła stertę zdjęć. Leżały w rozsypce. Usłyszały kroki na korytarzu, więc odruchowo zatrzasnęła szufladę.
W drzwiach stanął Gerard. Wpatrywał się przez moment w twarze dwóch kobiet. Na kilka sekund zapanowała cisza, którą przerwał.
– Sorry, że nie mogę cię objąć, ale zaraza wciąż panuje. Witamy.
Słowa nie pozbawione jednak tej czułości, z jaką witają się bliskie osoby. Odwrócił wzrok i spojrzał na Lilę, u której z mimiki twarzy wyczuł nutę zazdrości. Nie kochał już tej kobiety, chociaż jeszcze niedawno tyle ich łączyło.
– To ja przeprowadzę ci transfuzję – zwrócił się ponownie do Marii. Teraz napiję się kawy. Od jutra mamy dużo pracy. Czekają na nas zagadki i plany.
Rozsiadł się wygodnie na stworzonym przez własny umysł fotelu. Maria usiadła na zwykłym, a Lila podała kawę w filiżankach, stawiając je na tradycyjnym materialnym stole. Gerard zrobił gest ręką w momencie, kiedy Maria chciała otworzyć usta i zadać kilka pytań. Z telepatią miała problemy i nie wiedziała dlaczego. Na moment zapanowała cisza, która drażniła. Po chwili Lila odezwała się ze złością: – Nie baw się w telepatię, Maria jeszcze nie rozumie wielu rzeczy.
– Ja tylko mentalnie przygotowuje się do zabiegu, przecież wiesz, że to nie takie proste w naszych warunkach – odpowiedział szorstko.
– Ale nie niemożliwe – dogadała mu, odgarniając długie blond włosy. Był to rodzaj kokieterii, taki, który miał wymusił jego uwagę. Gerard przekręcił się na fotelu. Jego ruchy były elastyczne. Wyglądał sexy. Spodobał się Marii.
– Nie mogę na razie ci nic powiedzieć. Powiem ci później, kim jest ta kobieta na wózku – odezwał się do niej, odgadując celnie myśli Marii – ale powiem tylko to, co uważam za stosowne.
Miał dźwięczny bas, taki, co może zrobić wrażenie na kobiecie.
– Gerard jest tu szefem i musimy się wszystkiemu podporządkować – odezwała się Lila, przyglądając się intensywnie twarzy Marii, co ją nieco speszyło. No, ale była tu nowa, właśnie przybyła do tego tajemniczego domu. Nie miała wyjścia, mogła tylko czekać na wyjaśnienia, bo miała mętlik w głowie. Przede wszystkim nie wiedziała dokładnie, po co tu przyjechała? Ani skąd przyjechała? Wiedziała tylko, że jej wspomnienia zostały wymazane. Przez kogo? Nie wiedziała, więc trwała w niemym oczekiwaniu. Gerard przysłuchiwał się jej myślom i powiedział:
– Czekaj, mała, na wszystko starczy ci czasu.

Chodzenie po mieście. Profesor Brückner

Ela Kargol

Tempelhofer Parkfriedhof i Aleksander Brückner

Jeśli ktoś lubi spacery cmentarne, to Berlin jest na pewno tym właściwym miejscem. Oferuje taką liczbę cmentarzy, jak rzadko, które miasto. Oprócz znanych, objętych ochroną zabytków, są mniej znane, mniejsze, do których trudno trafić, interesujące ze względu na położenie, historię, wielkość, brak dostępności, przeznaczenie, tajemniczość. Pisałam już na łamach blogu o cmentarzu na ogródkach działkowych, cmentarzu samobójców, cmentarzach murem podzielonych i innych.

Na berlińskich cmentarzach zaczyna brakować grobów, przeczytałam w berlińskiej gazecie Morgenpost. Brakuje grobów, a nie odwrotnie. Kremacja stała się rozpowszechnioną formą pochówku. Minęły już czasy, kiedy berlińczycy chowani byli głównie w trumnach. Nekropolie się kurczą, cmentarze znikają z mapy miasta. Nie staje się to z dnia na dzień, proces trwa latami. Zgodnie z berlińską ustawą tereny cmentarne mogą być wykorzystywane w inny sposób po upływie okresów spoczynku i czci (pietyzmu) – co najmniej 30 lat od ostatniego pochówku. Zaleca się jednak, żeby teren po-cmentarny przeznaczyć na park, biotop lub teren zielony w szerokim rozumieniu słowa. Istnieje jednak prawo nadrzędnego interesu publicznego, które pozwala na zagospodarowanie byłych cmentarzy inaczej. Znikających cmentarzy jest podobno w Berlinie 39. Nie są parkiem, nie są już cmentarzem, są czymś pomiędzy, gdzie niegdzie pojedyncza mogiła, albo ślad po niej, szerokie aleje, stare drzewa. Żaden z tych znikających cmentarzy nie zrobił na mnie takiego wrażenia, jak cmentarz Parkfriedhof Tempelhof.

Niedawno przyszłam tu drugi raz, żeby się upewnić, czy moje odczucia z pierwszego razu się powtórzą.

2 listopada, w Zaduszki odwiedziłam pierwszy raz grób wybitnego naukowca slawisty, historyka literatury, językoznawcy profesora Aleksandra Brücknera, grób, o którego zachowanie walczyła dzielnie adminka tego bloga.
Gdy cmentarz w 1997 roku zamknięto i oddano na 30 lat naturze, poproszono zainteresowanych o decyzję w sprawie ewentualnych przenosin grobów, urn itp.
Adminka wraz ze swoją przyjaciółką Anną Kuzio-Weber znalazły grób Aleksandra Brücknera i zaczęły starania o jego zachowanie. Pisały podania, telefonowały, pukały do różnych drzwi, łapały polityków za rękaw. Wywalczyły 20 lat honoru dla profesora i jego żony, bo grób na tyle właśnie lat stał się mogiłą honorową miasta Berlina. Co dalej? Nie wiadomo. Okres karencji dla cmentarza wtedy już minie. W czasach, gdy mieszkań ciągle brakuje, jest szansa, że na miejscu mogił, tej niezlikwidowanej – profesora i tych innych, już niewidocznych, powstaną bloki z mieszkaniami dla żywych, ale być może powstaną tu fabryki i magazyny, jakich w okolicy dużo.

Dlaczego profesor Brückner został pochowany na tym właśnie cmentarzu? Mieszkał w innej dzielnicy, na Wilmersdorfie, przy ulicy Wilhelmsaue 18, w samym środku dawnej wsi Wilmersdorf. Po śmierci jego ciało skremowano w krematorium Wilmersdorf. Mowę pogrzebową właśnie tam wygłosił 30 maja 1939 roku jego następca Max Vasmer. Dlaczego nie pochowano urny na cmentarzu Wilmersdorf, przy krematorium?, tym bardziej, że był to cmentarz przeznaczony w latach 1935 do 1945 tylko na pochówki urnowe? Wybitni sąsiedzi z jego ulicy i okolic znaleźli tu swoje ostatnie miejsce spoczynku – rodzina Blisse, rodzina Schramm i wielu innych. Budynek krematorium od 1990 roku nie spełnia już swoich pierwotnych funkcji, służy gościom żałobnym w ceremoniach pożegnania zmarłych. A może jednak pierwotnym miejscem złożenia urny było kolumbarium na cmentarzu w Wilmersdorfie?
Emma Brückner, żona profesora przeżyła męża o rok. Czy jej życzeniem było pochowanie męża na cmentarzu w Berlinie-Tempelhof? Może tam istniał grób rodzinny żony, albo rodziny Brücknerów?

Zaczęłam szukać. Jeszcze dużo szukania przede mną, jeśli się nie zniechęcę. W księgach adresowych znalazłam dwa adresy, Lankwitzstr 1 (obecnie Ruhlsdorfer Straße na Kreuzbergu) i Wilhelmsaue 18 na Wilmersdorfie.. Alexander Brückner ze swoich 83 lat życia 58 spędził w Berlinie, z czego 43 jako profesor filologii słowiańskiej na utworzonym w 1810 roku Uniwersytecie Fryderyka Wilhelma (obecny Uniwersytet Humboldtów w Berlinie).

Był jednym z pierwszych slawistów w Berlinie, uczonym, który podniósł slawistykę do rangi równej filologii angielskiej czy romańskiej.

Nomen omen profesor nazywał się Brückner, Brücke znaczy most. Nie dociekam, skąd pochodzi jego nazwisko, od jakich budowniczych mostów się wywodzi. Profesor Brückner te mosty budował, między narodami, kulturami, językami. Nieuwikłany w politykę, choć tego od niego wymagano, mianując go profesorem pruskiej uczelni, był tytanem pracy, a przy tym człowiekiem niezwykle skromnym, nieśmiałym, podobno cierpiącym na agorafobię, nie szukającym kontaktów z innymi. Swoje wykłady planował rzekomo na 7 rano licząc na to, że nikt nie przyjdzie. Gdy jednak wykładał, robił to doskonale. Los oszczędził mu dramatu wybuchu wojny. Przeczuwał jednak nadchodzące zagrożenie. Umarł wieczorem 24 maja 1939 roku. Rok później umarła jego żona. Oboje leżą na cmentarzu Parkfriedhof Tempelhof, na polu 34.


Grób okala żywopłot, w tej chwili prosto i dokładnie przecinany przez pracowników już nie cmentarza tylko zieleni miejskiej. Pomnik, raczej niepierwotny, odnowiony podobno w latach 60 lub 70, napis na pewno z tego właśnie czasu, po niemiecku z błędem, szkoda. A może profesor machnąłby na to ręką. Sam mówił podobno z obcym akcentem i z obco brzmiącą fonetyką. Wymawiał die Dejtschen und die Prejsen (zamiast die Deutschen und die Preußen), żegnając się mówił zum Wiedersehen, zamiast auf Wiedersehen.

Grób się ostał dzięki zaangażowaniu i determinacji Ewy Marii Slaskiej i Ani Kuzio-Weber, do których potem dołączyło kilka innych osób, tu niewymienionych.
Jest małą wyspą wśród złotych liści tegorocznej jesieni. Osamotniony trwa wśród grobów, których już nie ma. Cmentarz już nie jest cmentarzem, a jeszcze nie jest parkiem. W okolicy nie ma dużo kamienic, bloków, domów, a więc mało jest tu spacerujących.


Pierwszy raz, gdy tu przyjechałam, wchodząc od ulicy Schätzelbergstraße, miałam trochę czasu, żeby znaleźć grób, rozejrzeć się wokół i poczekać na adminkę i innych, którzy przynajmniej raz do roku odwiedzają grób profesora. Czekałam i czułam się bardzo nieswojo, patrząc na złote liście, które zaległy wszędzie. Myślałam o mogiłach, których już tu nie ma, po których stąpałam.

Drugi raz, gdy tu przyszłam, weszłam od strony Gottlieb-Dunkel-Straße, głównym wejściem, tak samo opuszczonym jak budynek biura cmentarnego i ławki porośnięte mchem i pokryte liśćmi. Czytelny jest napis Tempelhofer Friedhof, mniej czytelny Zur Feierhalle (do domu pogrzebowego). Dom pogrzebowy jak i budynek cmentarny niszczeją, oddane naturze, choć nie wiem jakie przeznaczenie ma Feierhalle, bo nagle, gdy szłam, bardzo cicho podjechał do domu pogrzebowego czarny samochód. Od razu przypomniały mi się opowieści o czarnej wołdze, ale to nie była Wołga, to czarny SUV, chyba elektryczny. Za kierownicą siedziała młoda kobieta.


Nie opuszczałam głównej alei, po drodze mijałam numery pól, ujęcia z wodą, mogiły porośnięte bluszczem, opuszczone po części kolumbaria z napisem na zawsze w pamięci. Jak długo trwa zawsze?

W środku cmentarza są groby wojenne, które według prawa pozostaną na zawsze. Jeszcze raz zapytam, jak długo potrwa zawsze? Nad grobami drzewa gubią liście i odznaczają pośmiertnie poległych żołnierzy, ofiary obu wojen dębowym liściem.


Pozostawiono ich samych, profesora i żonę, na 20 honorowych lat. Co będzie dalej? Nie wiemy. Z inicjatywy profesora Tadeusza Ulewicza umieszczono w Krypcie Zasłużonych Na Skałce tablicę upamiętniającą Aleksandra Brücknera. Profesor był samotnikiem z wyboru. Los sprawił, że takim pozostał nawet po śmierci.

Korzystałam z wiadomości znalezionych w sieci, własnych przemyśleń, obserwacji i jedynej publikacji, którą posiadam: Aleksander Brückner / Ein polnischer Slawist in Berlin, herausgegeben von Witold Kośny.


Wiedzę tę na pewno będę uzupełniać w przyszłości. Jeżeli ktoś mógłby mi w tym pomóc, chętnie skorzystam. Profesor większą część życia spędził w Berlinie. Był wybitną postacią, która zasługuje na tablicę upamiętniającą jego zasługi, umieszczoną na przykład na kamienicy przy Wilhelmsaue 18 na Wilmersdorfie – inny znany adres profesora to dom przy byłej Lankwitzstr, niedaleko Hallesches Tor, który został zniszczony podczas wojny. Ale może w pobliżu jest jakiś skwer, który chciałby być nazwany jego imieniem.


Wspomnienia o Maryli 27

Magdalena Ciechomska

Z takiej perspektywy

Ostatnio dużo rozmyślam nad tym, jak Maryla czułaby się w Polsce dziś, co myślałaby, albo jak przeżywałaby to wszystko, co obecnie dzieje się w kraju. Oczywistym jest, że wydarzenia polityczne byłyby tu najważniejsze.

Maryla zawsze, odkąd pamiętam, interesowała się polityką. Świadoma tego, że przed polityką uciec się nie da, aktywnie uczestniczyła w tym, co było dla niej priorytetem. Przede wszystkim działalność w organizacjach feministycznych, budowanie kobiecej współpracy polsko-niemieckiej. Rok temu, podczas protestów Strajku Kobiet na pewno przypięłaby „piorun”. Mimo stałego pobytu w Berlinie, zawsze pozostała obywatelką Polski. Uczestniczyła w każdych wyborach – i tych do parlamentu, i prezydenckich. Przed każdym świętem państwowym dzwoniła do nas, żeby przypomnieć o wywieszeniu flagi. Było to dla niej bardzo ważne, jak sama mówiła, pamiętała czasy, gdy flagi narodowej nie wolno było wywieszać, co sprawiało, że była ona symbolem sprzeciwu i walki o suwerenność. Traktowała akt wywieszenia flagi jak symboliczny znak życia w wolnym kraju.

Dotkliwie odczuwała w Polsce brak społeczeństwa obywatelskiego, cieszyły ja wszelkie jego, nawet najdrobniejsze przejawy, doceniała na przykład fakt powstawania Rodzin Radia Maryja. Podobały jej się jako oddolnie tworzone organizacje samopomocy, mimo tego, że jako osoba wierząca, absolutnie nie zgadzała się ani z odmianą dewocyjnej religijności rozpowszechnianej przez toruńską radiostację, ani tym bardziej nie akceptowała jej upolitycznienia. Często jednak słuchała audycji w Radiu Maryja, lubiła niektóre nabożeństwa, interesowały ją też audycje z udziałem słuchaczy, poruszające różne sprawy życia codziennego, problemy tzw. zwykłych ludzi.

Choć wyjeżdżając z kraju, dawała wyraz swojemu rozczarowaniu, powtarzając sparafrazowane słowa Lecha Wałęsy: „Nie o take Polske walczyłam”, to kiedy rozpoczęła się budowa Świątyni Opatrzności Bożej, dziękczynnego wotum za odzyskanie niepodległości, wspierała budowę, dokonując systematycznych wpłat na ten cel. Otrzymała za to oficjalne podziękowanie w postaci okolicznościowego medalu.

Najbardziej cieszyły ją pozytywne zmiany, które dostrzegała podczas każdego kolejnego przyjazdu do kraju. Coraz liczniejsze, ładniejsze, czyste sklepy, coraz lepiej zaopatrzone w dobra konsumpcyjne. Pierwsze przejażdżki warszawskim metrem, gdy pojechałyśmy na bazarek przy Wałbrzyskiej i wróciłyśmy z pełnymi wózkami, zadowolone, że zakupy staja się prawie tak łatwe, jak w Berlinie.

Oczywiście absolutnym przełomem było przyjęcie Polski do Unii Europejskiej. Maryla często powtarzała, że dla Polski najlepsze byłoby jak najściślejsze związanie się z Unią. Dziś pewnie z przerażeniem patrzyłaby na to, co się z Polską stało. Zastanawiam się, czy starczyłoby jej tego poczucia humoru, które pozwalało oceniać nawet najtrudniejszą rzeczywistość z dystansem i pobłażliwym uśmiechem?

Kochaj bliźniego swego jak siebie samego

Zdjęcie z sieci

Aleksandra Puciłowska

Mówią w mojej Ojczyźnie, że stoją #muremzapolskimmundurem. Mówią, że ważny jest #szacunekdlamunduru. A ja sobie tak myślę, czy nie lepszy może byłby jednak #szacunekdlaczłowieka? Niezależnie od tego, czy ma na sobie mundur, stare łachmany czy jeszcze coś zupełnie innego…? Mundur i stare łachmany można ściągnąć – w każdym z tych wypadków kryje się za nimi człowiek. I to chyba jemu należy się szacunek i to jemu przypisujemy godność, do której ma święte prawo?

W mojej Ojczyźnie mówią też, że trzeba bronić granic Ojczyzny. Że trzeba stawiać mury i druty kolczaste. A ja tak sobie myślę, że przecież nie tak dawno świętowaliśmy rocznicę upadku pewnego muru. I że chyba historia nauczyła nas już wielokrotnie i to dość boleśnie, że stawianie murów niczego nie załatwia? One padną prędzej czy później. A groby tych, którzy przypłacili lub jeszcze przypłacą to życiem, pozostaną. Na jak długo wystarczą, by przypominać nam, że stawianie murów niczego nie załatwia…? Na ile wycenimy wartość tych ofiar? I czy ten drut kolczasty też stanie kiedyś gdzieś jako pomnik niechlubnej karty historii człowieczeństwa?

W mojej Ojczyźnie twierdzą też, że wedrzeć chcą się do nas siłą głównie terroryści i gwałciciele, bo to przecież „źli muzułmanie”. A ja czytam relacje z granicy tych, którzy starają się pomóc drugiemu człowiekowi. Nie tych, którzy stoją tam z armatkami wodnymi uzbrojeni po zęby, ale tych, którzy potajemnie nocą przynoszą ludziom do lasu jedzenie, picie i śpiwory. I widzę te zdjęcia tych dzieci, kobiet i mężczyzn którzy od tygodni koczują w środku lasu. I tak sobie myślę: to są ci terroryści..? To oni mają nam zagrozić? Czy zagrażają nam tak samo, jak porównywane już do najgorszych zbrodniczych ideologii osoby LGBT, które chcą zniszczyć polską rodzinę…? To czyli ja – lesbijka – będę niszczyć i terroryzować wraz z nimi Polskę i całą Europę…?

I na myśl przychodzi mi moja koleżanka z pracy – muzułmanka. Świetnie się z nią dogaduję, choć mamy zupełnie inny pomysł na życie. Ona doskonale wie, że mam dziewczynę, którą zawsze serdecznie pozdrawia i wie, że jestem ateistką o mocno sceptycznych poglądach w stosunku do religii każdej maści. Ja wiem, że ona modli się do Allaha. I nie przeszkadza nam to wspólnie śmiać się przy kawie. I przypomina mi się też Muhammad, od którego kupowałam w tym roku auto. I pamiętam, jak załatwił dla mnie z uśmiechem na ustach całą papierkową robotę bez dodatkowej opłaty, bo trzeba sobie przecież pomagać. Ale pamiętam też, jak w moim własnym kraju mówiono o mnie, że nie jestem człowiekiem. Że jestem ideologią. I widziałam Polaków lżących i plujących na innych, bo to „pedały”, z którymi najlepiej od razu „do gazu”. I tak sobie myślę, że zagrożenie czuję bardziej ze strony tych drugich właśnie. Ani moja koleżanka z pracy, ani Muhammad, ani spotykani na co dzień muzułmanie nie chcieli mnie zagazować. Obawiam się, że ci którzy organizowali jeszcze nie tak dawno pewien marsz w Warszawie, zrobiliby to z ogromną przyjemnością…

Mówi się też w mojej Ojczyźnie, że życie jest święte i trzeba go bronić aż od poczęcia. I tak sobie myślę, że skoro aż od poczęcia to chyba również i po narodzinach…? Czy życie Izabeli, której śmierć wstrząsnęła ostatnio całą Polską, nie było święte? Czy życie tych ludzi na polsko-białoruskiej granicy nie jest ważne? Jego nie trzeba bronić? Czy życie tysięcy osób nieheteronormatywnych, które spotykają się na codzień z dyskryminacją we własnym kraju nie jest warte, by go bronić…? Co mamy powiedzieć rodzicom tych młodych ludzi, którzy popełnili samobójstwo, bo nie mogli już tego wytrzymać? Tej dyskryminacji, przemocy psychicznej, często fizycznej? Jadu, który wylewa się na nich dzień w dzień, tylko dlatego że ktoś tak sobie wymyślił w imię swoich chorych przekonań i fobii…?

Wiele osób w mojej Ojczyźnie mówi też, że polityka ich nie dotyczy. Że się nie interesują, nie chodzą na wybory, bo i tak nic od nich nie zależy. I myślę sobie wówczas tak: ci, którzy są u władzy, znaleźli się tam nie tylko dlatego, że ktoś na nich zagłosował. Oni są tam również (a w zasadzie w dużej mierze właśnie dlatego), że ktoś inny na wybory nie poszedł wcale.

I wcale nie chodzi o to, by „interesować się polityką”. Wystarczy zainteresować się drugim człowiekiem – bo to właśnie ludzie ponoszą konsekwencje decyzji, które podejmuje władza.

I jeśli ktokolwiek myśli, że „polityka ich nie dotyczy”, to niech przypomni sobie tłumy ludzi na ulicach po śmierci Izabeli. To mogła być wasza siostra, córka, przyjaciółka.

Niech spojrzy w oczy rodzicom dzieciaków, które nie chciały już słuchać o tym, że „nie są ludźmi”, „że są zarazą” i wolały skoczyć z mostu. To mogło być Wasze dziecko. Niech pojadą z organizacjami humanitarnymi na polsko-białoruską granicę i poszukają w lesie dzieci, które nie rozumieją, dlaczego muszą tam koczować i marzą o ciepłym schronieniu i posiłku. Niech przypomną sobie wówczas polską historię – gdy to my, Polacy uciekaliśmy z naszego kraju przed komuną, prześladowaniami i niewolą. Nas nie pytano wówczas, czy dostaliśmy się do Niemiec, USA czy Kanady legalnie. Wyciągnięto do nas pomocną dłoń. Dziś to my możemy pomóc.

Jestem córką mojej Ojczyzny – Polski. Kraju uchodźców, migrantów i bolesnej historii. Uczmy się z niej. Ona od zarania dziejów pokazuje nam, że nie liczy się ani wyznanie, ani kolor skóry, ani orientacja seksualna ani światopogląd. Liczy się człowiek. Tylko i wyłącznie.

Świat stanie się lepszy, jeśli zamiast munduru czy koloru skóry lub orientacji seksualnej będziemy w drugim widzieć człowieka.

Jezus też był uchodźcą.Ten fakt jest chyba wart przypomnienia w kraju, w którym tak wielu deklaruje przynależność do Kościoła katolickiego. Ja do niego nie należę, ale przesłanie Jezusa, by miłować bliźniego jak siebie samego, zrozumiałam bardzo dobrze. Czas, by zrobili to także jego wyznawcy. I nie zapomnieli przy tym, że Jezus nie stworzył listy osób, których uznać można za owych „bliźnich”. On widział bliźniego w każdym napotkanym człowieku.

Interpretacja humanistyczna mechaniki kwantowej

Tabor Regresywny

Przewrotnie najważniejsze w opowiadaniu o zakupach w sklepie samoobsługowym jest to, o czym nie pisałem, czyli paragon świadczący o zawarciu transakcji. Ten paragon jest znakiem kulturowym, jest znakiem z innego świata niż plamka na kliszy w miejscu, gdzie dotarł foton, bo ta plamka jest znakiem naturalnym. Tu kończy się analogia między zakupami w sklepie a eksperymentem z fotonami i zaczyna się przepaść.

Przepaść między humanistyką a naukami przyrodniczymi, która jest wyznaczona przez dwa rodzaje znaków. Nauki przyrodnicze zajmują się znakami naturalnymi, nazwijmy je śladami. Ślady kopyt na piasku, ślad po uderzeniu pioruna, smugi kondensacyjne, ciągnące się za odrzutowcem czy w końcu plamka na kliszy fotograficznej w miejscu gdzie dotarł promień światła. Z kolei humanistyka zajmuje się znakami kulturowymi nastawionymi na interpretacje – by je odczytać, trzeba znać reguły interpretacji. Obrączka na palcu serdecznym, insygnia oficerskie, dzieła sztuki i w końcu paragon świadczący o transakcji. Tego rodzaju znaki nazwijmy komunikatami.

Przygody mężczyzny i kobiety w sklepie samoobsługowym tak skonstruowałem, aby ich zachowanie było analogiczne do zachowania fotonu, gdy ma do wyboru dwie drogi. Załóżmy, że laser emituje jeden foton, który jest cząstką aż do płytki półprzepuszczalnej. Dalej nasz foton zmienia swoją naturę i jest teraz falą biegnącą równocześnie dwiema drogami, by następnie na jednym z czujników ruchu zameldować się jako cząstka i jako cząstka biec dalej, a na drugim czujniku ruchu zniknąć niczym duch. Nikt tego nie rozumie.

To samo w wykonaniu naszego małżeństwa w sklepie samoobsługowym jest dziecinnie proste i nikt niczemu się nie dziwi. Pominę pytanie, ile trzeba zmienić w fizycznym obrazie świata, by rozsądnie dopuścić myśl, że znak świadczący o fotonie jest komunikatem, podobnie jak paragon, a nie śladem. Ta zmiana nie byłaby tak nadzwyczajna, jak się w pierwszej chwili wydaje. Istotniejsze jest pytanie, jakie miałaby skutki? Już stoicy wiedzieli, że zmianom w fizyce towarzyszą zmiany w etyce, a Carl Friedrich von Weizsäcker we wstępie do Część i całość rozmowy o fizyce atomu Wenera Heisenberga napisał „Zdarza się niekiedy, że nauka nabiera znaczenia dla dziejów świata: nie z powodu konsekwencji technicznych, lecz przez przemianę myślenia.”

W zasadzie wszystko co robię i co piszę, podporządkowane jest temu pytaniu.

PS 1 od Adminki: słyszałam ostatnio od Krizza (czyli sama tego nie przeczytałam), że te elektrony lecą jak fala, jeśli ich NIE obserwujemy i jak cząsteczki, jeśli je obserwujemy. Podobno fizycy jak dotąd nie rozwiązali pytania – dlaczego tak jest? Krizz, nota bene jeden z blogowych autorów, zastanawia się, czy wiąże się to ze światłem (jeśli obserwujemy, to znaczy, że na to patrzymy, a żeby widzieć, potrzebujemy światła).

PS 2 Krizz przypomina tu, że w fizyce znane są inne zjawiska, nazwijmy to, rozłącznie dwoiste. Np. nie można jednocześnie zmierzyć spinu i położenia elektronu. Można określić ALBO spin, ALBO położenie. I wyjaśnia się to w ten sposób, że żeby zmierzyć daną wielkość, trzeba jakoś wpłynąć na stan elektronu, który się wtedy automatycznie zmienia.

PS 3, czyli kolejny przypis Krizza: Oczywiście Carl Friedrich von Weizsäcker ma rację. Wystarczy spojrzeć na nasze życie. I tak – ilość informacji, swoboda wypowiadania się posunięta do skrajności powodują na naszych oczach “przenicowanie” świata i nie jesteśmy w stanie nawet określić, jaka jest natura tej przemiany.

PS 4, czyli tako też rzecze Krizz: A konsekwencją tego jest to, że niektórzy fizycy twierdzą wręcz, iż informacje można traktować jako wielkość fizyczną, czyli czynnik wpływający na rzeczywistość.

Grzyby listopadowe

Tibor Jagielski

Papryka nadziewana grzybami

4 – 6 dorodnych papryk
odciąć górną cześć z ogonkiem i odstawić na bok
oczyścić z gniazd nasiennych i wypełnić nadzieniem.

Nadzienie
1 funt świeżych grzybów (najlepiej podgrzybki z lasu,
ale mogą być i pieczarki, albo shitake od biedronki)
4 dorodne cebule
4 ząbki czosnku
pokroić i podsmażyć dobrze na patelni z ulubionym tłuszczem
(używam chętnie węgierskiego oleju słonecznikowego, mielonego na zimno)
i odstawić aby ostygło
a w tym czasie
1 wiązkę pietruszki
1 wiązkę herbes fines
2 namoczone w rosole warzywnym bułki (albo ryż ugotowany al dente)
drobno posiekać
dodać do ostygłego farszu i dobrze wymieszać
(sól, cukier, pieprz i mielona słodka papryka do smaku)

wypełnić nadzieniem wnętrze papryk
przykryć i przymocować (np. przy pomocy wykałaczek) odcięte kapelusiki
wsadzić do garnka z przygotowanym sosem pomidorowym***
(*** patrz poniżej: przepis na sos pomidorowy)
i gotować na wolnym ogniu ca 1 mszę i 4 zdrowaśki

podawać z  gotowanymi ziemniakami albo kaszą gryczaną
i dobrym kleksem kwaśnej śmietany a na koniec posypać posiekanym świeżym koperkiem

smacznego!

spolszczył  T.J.

***

Sos pomidorowy

4 dorodne cebule
4 ząbki czosnku
2 papryki duże
1 papryka mała ostra
1 funt pomidorów
posiekać i podsmażyć, wg podanej kolejności, na patelni (na ulubionym tłuszczu)
i wkładać do przygotowanego garnka
dodać sok z dwóch cytryn (ewentualnie kieliszek czerwonego wina)
sól, cukier, pietruszkę, pieprz, oregano i rozmaryn do smaku

gotować na wolnym ogniu aż do osiągnięcia oczekiwanej konsystencji, od czasu do czasu ostrożnie mieszając

PS od Adminki: A na zakończenie pewien wpis o Oldze Tokarczuk i grzybach, bo Olga Tokarczuk znana jest z tego, że pisze niezwykłe rzeczy o grzybach: https://ewamaria.blog/2019/11/08/salon-odrzuconych-grzyby/

Łucja, wiersze 2

Łucja Fice

Pytanie

Plądruję książki starożytnych
Na wzór sępa polującego na gęsi
W pośpiechu intelektualnej zachłanności
Wkładam głowę intruza w te dzieła
I pogrążam się w ich ciemności
Spieram się w różnych kwestiach z Arystotelesem
Nie potrafię rozróżnić promieni świetlnych od cieplnych
Szkoda że nie mogę podjąć sporu z uczonym
Zadałabym ważne pytanie
CZYM JEST ŚMIERĆ?
Czy to aby nie abstrakcja?
Nawet myślenie umiera szybciej

Z tomiku Boska Matryca 2016, wydanego po śmierci męża

Odejdę późną jesienią
Stanę w boskiej bramie
Wiem jeszcze daleko bo szaleją słowa
Dziwne i powabne kwarki tańczą we mnie
Jeszcze napiszę sto listów
Stawać będę na głowie jak sobie radzić
Może poprzestawiam atomy i wrócę do własnego szkicu
Aż wypluję wszystkie słowa
Choć zamienisz mnie w kwarki
Wiem że żyć będę

Wspomnienia o Maryli 26

Magdalena Ciechomska

Napisane wczoraj

Dziś będzie krótko. Jest 11 listopada, Święto Niepodległości. 103 lata temu Polska odzyskała swój byt jako niepodległe państwo. Dziś przez Warszawę i inne duże miasta Polski przeszły pochody nazywane „Marszem Niepodległości”, organizowane przez stowarzyszenia nazywające się patriotycznymi, a mające wyraźny rys nacjonalistyczny i ksenofobiczny. Pojawiają się na tych marszach akcenty faszystowskie, choć organizatorzy oficjalnie się do nich nie przyznają. W tym roku Marszowi Niepodległości nadano status formalny decyzją szefa Urzędu do Spraw Kombatantów i Osób Represjonowanych.

Pomyślałam sobie, co na to powiedziałaby Maryla, gdyby żyła? Ona, jako była działaczka opozycji antykomunistycznej, internowana, bardzo długo nie chciała starać się o status kombatancki, zwłaszcza gdy widziała polityczną wojnę polsko-polską wznieconą i prowadzoną przez naszych polityków. Wojnę, w której brał udział także IPN. Wreszcie, namówiona przeze mnie, zgłosiła się, otrzymała stosowne dokumenty i pieniężne świadczenie kombatanckie… To było na rok przed jej śmiercią…

I tak sobie myślę, co zrobiłaby dziś z tą legitymacją kombatancką?

Shut down 7

Tibor Jagielski

covid 19  split (10/10):

macierzanka (3/10)
szałwia (2/10)
babka lancetowata (2/10)
prawoślaz lekarski (2/10)
lukrecja gładka (1/10)
+ booster
płucnica islandzka (+2)

T.J. XI 2021

gest kozakiewicza
(ballada)  

1.   w sierpniu 80-tego roku w polsce nie byłem;
jako ówczesny student spędzałem wakacje pracując (głównie na saksach) tym razem w austrii, we wiedniu;
tematem tamtego lata była początkowo olimpiada w moskwie,
no i jej bojkot przez USA i wiele innych krajów  z powodu sowieckiej interwencji w afganistanie;
pod koniec lipca zaczęły docierać na zachód informacje o strajkach
w centralnej polsce, które władze nazywały eufemistycznie “przerwami w pracy”;
jako powód podawano postulaty polepszenia zaopatrzenia i natury finansowej;
ciekawe, ale sprawa zaczęła się polityzować dopiero od momentu,  jak kozakiewicz skoczył po złoto i pokazał swój słynny “gest”;
tak więc, moim zdaniem, to jego właśnie powinno się uważać
za ojca “sierpniowej rewolucji”.  

2.   koczowałem wtedy w namiocie na kahlenbergu,  w tym miejscu,
gdzie stała przed atakiem husaria sobieskiego patrz: https://pl.wikipedia.org/wiki/Bitwa_pod_Wiedniem,
a w namiocie obok mieszkali… turcy z samowarem i telewizorem!!
w ogóle nacji na tym polu namiotowym była chyba setka,
cale bałkany, pół zamojszczyzny i prawie cały białystok
a w ciągu dwóch miesięcy zdarzyło się, jak pamiętam, tylko jedno mordobicie
i parę,zresztą drobnych, kradzieży;
był to zresztą raczej obóz robotniczy niż biwak

o świcie spływali wszyscy w dolinę dunaju do pracy,
by powrócić dopiero przed zmrokiem;
na lewo i prawo winnice, grinzing, a w dole miasto,
na progu bezkresnej zdałoby się równiny panońskiej.
(c.d.n.)

***

Pociąg do butelki

Tegoroczny Ig Nobel z biologii został przyznany po trzydziestu latach od publikacji nagrodzonych badań – to kolejny krok zbliżania się tej rozrywkowej nagrody do jej poważnego odpowiednika. W zeszłym roku laureatem Nagrody Nobla był wszak fizyk uhonorowany wcześniej właśnie jej parodią. W tym roku zaś nagroda z biologii została przyznana za obserwacje, które potwierdzają inne obserwacje, z jak najbardziej poważnej części biologii ewolucyjnej. Biologiczny Ig Nobel został przyznany Darrylowi Gwynne’owi i Davidowi Rentzowi za „stwierdzenie, że pewne gatunki chrząszczy kopulują z pewnymi gatunkami butelek” (w języku angielskim jest tu jeszcze gra słów „beetle-bottle”). Brzmi zabawnie, bo taki jest cel tej imprezy, ale w gruncie rzeczy stwierdzenie, że samce pewnego gatunku chrząszczy bogatkowatych próbują kopulować z odpowiednio wyglądającymi tworami nieożywionymi, jest poważną obserwacją naukową. Może nie obserwacją zasługującą na prawdziwego Nobla, ale z powodzeniem mogącą trafić nie tylko na łamy kolorowych pism, ale i do podręczników. Obserwacja na Nobla nie zasługuje właśnie nie dlatego, że jest bardzo niezwykła, ale w pewnym sensie – trywialna. To, że w przyrodzie osobniki różnych gatunków traktują inne organizmy albo i obiekty nieożywione jak przedstawicieli własnego gatunku, jest całkiem częste. Czasem relacje psów i ludzi trywializuje się stwierdzeniami, że pies traktuje człowieka jak członka własnego stada, czyli psa, a człowiek traktuje psa jak dziecko, czyli człowieka. Czasem pisklę, wychowane przez osobnika innego gatunku, po dojrzeniu zaleca się do przedstawiciela gatunku właśnie swojej matki zastępczej (nawet jeśli jej rolę pełnił człowiek czy – są znane takie przypadki – żółw). Zalecając się jednak, zachowuje gesty własnego gatunku, które przez to zwykle nie zostają właściwie zrozumiane. W takim wypadku popęd seksualny nie zostanie zaspokojony, ale są też sytuacje, gdy brak wspólnej płaszczyzny komunikacyjnej prowadzi do śmierci, gdy jedna ze stron nie rozumie gestu kapitulacji (np. odsłonięcia brzucha przez psa). Są jednak sytuacje, gdy mylnie skierowany popęd płciowy zostaje zaspokojony. U płazów występuje zapłodnienie zewnętrzne, a do spełnienia wystarcza pseudokopulacja, po której obie strony wypuszczają gamety, które robią swoje już w środowisku zewnętrznym (stąd u naszych żab dość częsta jest hybrydyzacja międzygatunkowa). Z tego powodu nagminne jest obłapianie samic jednego gatunku żab czy ropuch, przez samce innego gatunku. Nierzadkie jest wzajemne obłapianie się samców różnych gatunków (zwykle mniejszego przez większego), a zdarza się i obłapianie kamieni. O tym, aby samce płazów obściskiwały butelki nie słyszałem, ale nie wykluczam takiej możliwości. Wystarczy, aby te butelki przypominały ich samice w odpowiednim stopniu. Odpowiednim dla percepcji żabich samców. Percepcja samców pewnych owadów pozwala im na rozpoznanie samic dzięki zapachowi i wzorkom na plecach. Zwykle to wystarcza do właściwej identyfikacji, ale ponad 100 gatunków storczyków w toku ewolucji wykształciło kwiaty, których fragment wygląda i pachnie jak samica danego gatunku osy czy mrówki. Samiec lokalizuje taką udawaną samicę, kopuluje z nią (tzn. tak mu się wydaje), a na narządzie kopulacyjnym przenosi pyłek na kolejną atrapę. W tym kontekście fakt, że znalazł się gatunek chrząszcza, dla którego samców kawałek szkła o odpowiedniej barwie (koniecznie brązowej, zielona nie jest atrakcyjna), krzywiźnie i fakturze (guzki służące tyleż ozdobie, ile zapobieganiu wyślizgnięciu butelki z ręki piwosza) okazał się wierną imitacją samicy, nie powinien zaskakiwać. Nie patrzmy jednak z pobłażaniem na percepcję chrząszczy. Ostatecznie pornografia jest też tylko imitacją. Człowieka podniecić może ciąg śladów zostawionych na papierze przez ołówek albo odpowiedni układ pikseli. Zwłaszcza, kiedy ten układ przypomina kształt od pewnej butelki. Oczywiście, preferencje ludzi, obojga płci, są bardziej skomplikowane niż niż samców Julodimorpha bakewelli, więc mimo pewnych statystycznych trendów, atrakcyjne dla nich mogą być różnorodne butelki. Piotr Panek

  1. tibor pisze:
    2011-10-22 o godz. 14:29

dobre!
uśmiałem się, co w ostatnim czasie rzadkie…

  1. fizykomaniak pisze:
    2011-10-24 o godz. 06:46

ten Geim, to obserwacje mógł robić prawidłowo, chociaż samo zjawisko [związek między polem grawitacyjnym a magnetycznym] nie istnieje.

  1. Meruńka pisze:
    2011-10-24 o godz. 12:31

No, dobrze. Idźmy śladem języka. Jeśli zaobserwował prawidłowo, to związek jest, tylko nieznany nauce. Jasne, że najlepiej takiego wyśmiać, głośno, żeby wrócił na bezpieczne tory znanego i już w głębokich annałach nauki zapisanego.

  1. panek pisze:
    2011-10-26 o godz. 18:14

@byk
Owszem, ma to swój zabawny wymiar. Niestety, jest też wymiar niewesoły. W artykule tylko to zarysowano, ale w wywiadach autorzy zaznaczali, że takie pomyłki dla samców często były tragiczne. W koewolucji kwiatów storczyków i samców błonkówek, którą wspomniałem, samce te (pseudo)kopulują z jednym kwiatem, drugim, ale prędzej, czy później trafiają na samicę. Tymczasem w tym przypadku samce spędzały na butelkach dużo czasu. Autorzy opowiadają, że w zasadzie nie schodziły z nich, chyba że ściągnięto je przemocą. W tym czasie ich narządy kopulacyjne były obiektem ataku mrówek, tak że znajdowano też martwe samce obok butelek, zjadane przez mrówki. Być może brak odpowiedniego otworu do kopulacji tak wydłużał ten marnowany czas. Tak więc butelki te nie tylko są po prostu nieestetycznymi śmieciami, ale – przynajmniej w jakimś stopniu – pułapkami.

  1. tibor pisze:
    2011-10-27 o godz. 09:59

@merunka:
wiem, wiem, śmiech zabroniony.
(wyjątek z listy proskrypcyjnej 1981/10/polska/europa:
czeczot, krauze ,mleczko).
jak ktoś dokona ciekawego odkrycia należy natychmiast paść na kolana
a śledząc wzrokiem pełnym psiej wierności pański palec,
wzdychać cicho: cuda, cuda, ogłaszają…
p.s.
dla wyjaśnienia,
czyli co poeta miał na myśli,
fakt opisany przez @panka był mi już z prasy fachowej znany;
uradowała mnie forma podejścia do tematu!

  1. tibor pisze:
    2011-10-27 o godz. 10:12

@panek:
w moim wypadku wyważa pan otwarte drzwi;
jestem fenomenologiem;
bylem nawet na paru wykładach profesora imielińskiego.
miech nie był tam zabroniony,
a nawet, tuszę się spostponować, konieczny.
salute!

Challenger

Śladami Berlińskiego Muru

Ela Kargol

Między Rudow a Altglienicke, między sektorem amerykańskim a sowieckim

Altglienicke jest dzielnicą Berlina, administracyjnie przynależną do Treptow-Köpenick, w czasie podziału Niemiec – do sektora sowieckiego. Historyczna gmina Altglienicke z końca XIX wieku wywodzi się z miejscowości Glinik z XIV wieku. Nazwa pochodzi z języka słowiańskiego, od słowa glina i oznacza miejsce lub osiedle na gliniastej ziemi.

I może właśnie glina sprawiła, że planowana ucieczka na drugą stronę miasta w lutym 1987 roku skończyła się dla Lutza Schmidta tragicznie.

Lutz Schmidt urodził się w Zittau, uprawiał kolarstwo wyścigowe, odnosił sukcesy do czasu, gdy odmówił wstąpienia do SED (Socjalistyczna Partia Jedności Niemiec). Ożenił się dość młodo, przekwalifikował zawodowo, zaczął budować dom pod Berlinem w Mahlow. Ani on, ani jego żona Karin nie widzieli jednak swojej przyszłości w NRD.

Jest początek lat 80 ubiegłego wieku.

Z obawy przed szykanami ze strony władz enerdowskich Schmidtowie nie ubiegają się o wyjazd z kraju. Chcą wykorzystać wizytę u rodziny w Bremie, aby pozostać na Zachodzie. Jednak kolejne wnioski o zezwolenie na odwiedziny krewnych w Niemczech Zachodnich zostają rozpatrzone odmownie. Wtedy Lutz Schmidt zaczyna snuć plany wydostania się z NRD, najpierw dość spektakularne, później już bardziej realne. Wraz ze swoim kolegą z pracy, z firmy transportowej VEB Autotrans, podejmują wspólną decyzję ucieczki. Korzystając z oficjalnych wyjazdów w rejon granicy, szukają dogodnego miejsca. 12 lutego 1987 roku mają nocną zmianę, ładują dwie ukryte już wcześniej drabiny na ciężarówkę i jadą na południowo-wschodnie obrzeża Berlina, do granicy sektorów między Altglienicke a Rudow. Rheingoldstraße, a od roku 2009 ulica Lutza Schmidta, prowadzi bezpośrednio na pas śmierci, który w tym miejscu ma szerokość zaledwie 50 metrów. Niestety ich ciężarówka w którymś momencie szybkiej jazdy zbacza z drogi, koła grzęzną w ziemi, a może w altglienickiej glinie. Obaj mężczyźni wyskakują z ciężarówki i znikają we mgle z drabinami.

A potem wszystko potoczyło się już bardzo szybko.

Ucieczka przez płot sygnalizacyjny wywołuje alarm, jedna z drabin zaplątuje się w zwoje drutu kolczastego. Druga znowu grzęźnie w glinie i nie dosięga rury na szczycie muru. Lutz Schmidt pomaga koledze wdrapać się na mur. Niestety ten traci równowagę i spada na zachodnioberlińską stronę, podczas gdy Lutz Schmidt osuwa się na terytorium NRD. Gdy wstaje, kula strażnika granicznego trafia go prosto w serce. Żona Lutza Schmidta jest zmuszona do milczenia i przedstawienia innej wersji wydarzeń (wypadek samochodowy), w przeciwnym razie władze odbiorą jej dzieci, a ona zostanie umieszczona w zakładzie psychiatrycznym. Dopiero w roku 1995 skazano sprawców zabójstwa Lutza Schmidta, zresztą na dość niską karę i to w zawieszeniu. W dniu 13 sierpnia 2009 roku dawna ulica Rheingoldstraße w Berlinie-Altglienicke, gdzie Lutz został zastrzelony, otrzymała nazwę Lutz-Schmidt-Straße.

Niedaleko ulicy Lutza Schmidta jest cmentarz (Friedhof Altglienicke), jeden z tych murem podzielonych, którego część za kaplicą po roku 1961, czyli po podziale miasta, zlikwidowano i zamieniono na pas graniczny. Prawdopodobnie stamtąd wezwano straż graniczną, gdy Lutz z kolegą uciekali przez mur. Kaplicę i otaczające ją kolumnady niedawno odnowiono, w dużej części zrekonstruowano. Za kaplicą, na dawnym pasie granicznym ułożone są w półkolach głazy narzutowe, upamiętniające żołnierzy z parafii Niederschöneweide, poległych podczas I wojny światowej. Na obelisku widnieją 144 nazwiska.

Przy wejściu na cmentarz po lewej stronie od niedawna znajduje się też inne miejsce pamięci, pamięci o ofiarach nazistowskiej przemocy. Ponad 1360 nazwisk, w tym 430 Polaków. Każde zapisane innym charakterem pisma przez współcześnie żyjących, później przeniesione na szklaną zieloną ścianę, ustawioną na cmentarzu w kształcie litery L. Autorami miejsca pamięci są artystka Katharina Struber oraz architekt Klaus Gruber.

W latach 1940-1943 ofiary z obozów koncentracyjnych i ośrodków zagłady chowano w anonimowych grobach urnowych w zbiorowej mogile przy wejściu cmentarza. Do dzisiaj na polu urnowym zachowany jest pomnik z lat 50 ubiegłego wieku z napisem Den 1234 ermordeten Antifaschisten, deren Asche hier bestattet ist (Pamięci 1234 zamordowanych antyfaszystów, których prochy spoczywają w tym miejscu). Dzięki zaangażowaniu emerytowanego inżyniera kolejnictwa Klausa Leutnera i innych osób prochy ofiar z obozów koncentracyjnych z Dachau, Sachsenhausen, Buchenwald i wielu innych miejsc zbrodni hitlerowskich odzyskały swoją tożsamość.

https://www.porta-polonica.de/pl/atlas-miejsc-pami%C4%99ci/ocalanie-od-zapomnienia-cmentarz-altglienicke-w-berlinie?page=1#body-top

https://www.erinnerungsort-altglienicke.de/

Za cmentarzem w kierunku zachodnim droga muru przebiega nad tunelem autostrady A 113. W latach 50 ubiegłego wieku inny tunel wywołał sporo sensacji i zamieszania. Był to tunel szpiegowski, a zbudowali go Amerykanie i Anglicy, pod kryptonimem Operacja Gold.

Przebiegał on na odcinku około 450 metrów wzdłuż cmentarza po jego północnej stronie, łączył Rudow w sektorze amerykańskim Berlina z Altglienicke w sektorze radzieckim. Zbudowany został po to, żeby podsłuchiwać rozmowy telefoniczne pomiędzy radziecką administracją wojskową w Karlshorst, lotniskiem Schönefeld, Poczdamem, Wünsdorfem i Moskwą.

Po podłączeniu się do kabli telefonów w strefie sowieckiej, nagrywano rozmowy dowódców wojsk radzieckich. Nagrane taśmy wysyłano codziennie do Waszyngtonu i Londynu. Tunel szpiegowski działał przez 11 miesięcy i 11 dni. Rosjanie twierdzili, że odkryli go całkiem przypadkowo. Prawda jednak była zupełnie inna. Dzięki oficerowi brytyjskiego wywiadu, który pracował również dla KGB, Sowieci poznali plany Operacji Gold jeszcze przed jej rozpoczęciem, mogli więc przygotować inne połączenia telefoniczne, przez inne kable albo przekazywać zachodnim aliantom fałszywe informacje.

Do części tunelu dokopano się podczas budowy owej wspomnianej już autostrady. Część, którą wykopano, przewieziono do Muzeum Alianckiego (AlliiertenMuseum) przy Clayallee. Siedem metrów stalowej rury o średnicy około dwóch metrów zajmuje jedno pomieszczenie w dawnej bibliotece im. Nicholsona, w której obecnie mieści się muzeum aliantów.

Prawdopodobnie reszta rury, tworzącej tunelu nadal tkwi sześć metrów pod ziemią i skrywa swoje tajemnice, które od początku były znane.

https://de.wikipedia.org/wiki/Operation_Gold

Park Krajobrazowy Rudow-Altglienicke w Berlinie został otwarty w 2009 roku i jest zadośćuczynieniem za zbudowaną w tym miejscu autostradę A 113. Duża część autostrady biegnie drogą dawnego muru, kiedyś dzielącego miasto. I żeby nie wyglądało, że miasto jest znowu podzielone, przy parku powstały tunele, aż do Rudower Höhe, a nad tunelem na nowo oznaczono drogę muru, łąki obsiano szałwią i lawendą, posadzono drzewa owocowe. Między Rudow (kiedyś w Berlinie Zachodnim) a Altglienicke (kiedyś w Berlinie Wschodnim) nie ma już granicy, wież obserwacyjnych, zasiek, patroli. Przy Rudower Höhe, wzniesieniu, jednym z wielu, które powstały z powojennych gruzów miasta, została jeszcze część muru wewnętrznego (Hinterlandmauer), ze względów bezpieczeństwa i ochrony przed dzięciołami w tej chwili już za płotem. Na dawnym pasie granicznym pasą się owce, a nową drogą muru mkną rowerzyści, zapaleńcy uprawiają jogging, spacerują rodziny z dziećmi.