Łucja, wiersze 2

Łucja Fice

Pytanie

Plądruję książki starożytnych
Na wzór sępa polującego na gęsi
W pośpiechu intelektualnej zachłanności
Wkładam głowę intruza w te dzieła
I pogrążam się w ich ciemności
Spieram się w różnych kwestiach z Arystotelesem
Nie potrafię rozróżnić promieni świetlnych od cieplnych
Szkoda że nie mogę podjąć sporu z uczonym
Zadałabym ważne pytanie
CZYM JEST ŚMIERĆ?
Czy to aby nie abstrakcja?
Nawet myślenie umiera szybciej

Z tomiku Boska Matryca 2016, wydanego po śmierci męża

Odejdę późną jesienią
Stanę w boskiej bramie
Wiem jeszcze daleko bo szaleją słowa
Dziwne i powabne kwarki tańczą we mnie
Jeszcze napiszę sto listów
Stawać będę na głowie jak sobie radzić
Może poprzestawiam atomy i wrócę do własnego szkicu
Aż wypluję wszystkie słowa
Choć zamienisz mnie w kwarki
Wiem że żyć będę

5 thoughts on “Łucja, wiersze 2”

  1. Jakże trafne są słowa Wisławy Szymborskiej:
    “Umarłych wieczność dotąd trwa dokąd pamięcią im się płaci”.
    Jak kiedyś z nami będzie?
    Mam osobiście różne obrazy wyobraźni, różnych ludzkich, kiedyś odchodzeń:
    -cicho, z pęłną akceptacją otwieranie i zamykanie za sobą jakiś drzwi, a tam….???
    – głośno, wbrew własnej woli, otwieranie i zatrzaskiwanie za sobą drzwi, a tam….???
    – nieoczekiwane porwanie nas gdzieś, przez jakąś trąbę powietrzną, a wtedy tu…???
    a tam…???
    Tak, czy tak, lub jeszcze całkiem inaczej, ale napewno fenomen śmierci dla żyjących pozostanie do końca tajemnicą,
    z przekonaniem, że inni, już ją znają i już wiedzą.
    Stąd ten ogromny respekt dla zmarłych, bo wtajemniczonych.
    I tak to sobie pofilozowałam, dość bezfilozoficznie 😅
    Pozdrawiam Łucjo, dziękuję za
    wiersze, Teresa.

  2. pocztówka z hadesu

    pamięci andrzeja zaleskiego

    kto spamięta połbogów?
    też śmiertelni
    odeszli na olimp;
    czujemy ich cienie

    dłoń sypie piasek na pancerz
    a oni już wolni
    siadają przy biesiadzie

    niewiele nam z nich zostaje:
    echo czynów

    pozostajemy jak ślepi
    opuszczeni przez jednookich

    kto uwolni teraz andoromedę?
    sprzątnie stajnię augiasza
    urwie łeb hydrze
    zaprosi do sybaris

    odchodzimy
    wiatr zaciera nasze ślady

    t.j. 1998/2004/2021

  3. i jeszcze jedna poetycka pocztówka do szanownej pani, dziekuje za wiersze!

    XXV SEPTEMBER

    zuletzt schleppte sich eitelberg auf das dach und sprang in die tiefe
    er lebte im siebten stock und unter seiner loggia wuchsen die zwergkiefern
    er wollte auf nummer sicher gehen, darum erklomm er die sechs etagen und stürzte sich
    auf die betonplatten; genau dort wo siebenhundert bewohner des hauses tagein tagaus
    vorbeigehen; einen monat lang trat aus den poren des steines sein blut heraus
    und färbte rostrot das grau, zwei handflächen gross.

    neunundvierzig tage wollte ich an ihn denken.

    manchmal legte ich eine wildrose, zog die mütze ab und blieb eine minute stehen,
    doch meistens blieb es nur beim rose werfen und mütze ziehen(szybciej, franek, szybciej);
    einmal wachte ich in der nacht auf, genau um die zeit als er sprang, und fragte mich: warum?
    (ich suchte dann die brahmsplatte aus, weil bei ihm die träne, die von dem auge fällt
    das herz erleichtert); ein paar mal sprach ich für ihn das vaterunser (so wie ich es die ganze kindheit und jugend tat, wenn jemand starb);manchmal meditierte ich am seeufer oder dachte an ihn beim schwimmen; doch es gab auch tage wo ich eitelberg komplett vergass;es ging schnell – so reisst sich leben von dem tode weg und versucht zu fliehen.

    es ging schnell: zuerst verschwand die leiche, dann die polizei, die gaffer und die reporter;reinigungsarbeiter schütteten den sand und kamen drei tage hintereinander mit den besen;keiner legte einen blumenstrauss oder zündete eine kerze – tschüss, erledigt;- eeyyy!!! lasst es liegen…- rief ich einmal so laut wie ich konnte, als irgendwelche idioten meine blume zertreten wollten (sie wurden plötzlich zehn zentimeter kleiner und bogen im rudel brav um die ecke), es war mitternacht und später, viel später, kurz vor dem sonnenaufgang,
    flog das reiherpaar mit dem jungen am rostroten himmel dahin.

    am siebenunddreissigsten tag fing es zu regnen an; die wolken kamen aus dem westen
    und brachten nässe drei tage lang; dann fuhr ich weg auf die insel gepeitscht vom wind
    und von zweifeln; doch die ließen bald nach, als ich die wellen umarmte, sanddorn pflückte und schnitt ab den flundern die köpfe; es wurde stiller und stiller; bis die feuerquallen an den strand kamen und tanzten im seichten gewässer; sie waren rostrot;

    doch ich ging am fünfzigsten tag
    mit undine
    in das blau
    an ihnen vorbei.

  4. Wszystkim, którzy mnie czytają serdecznie dziękuję. Czytam Wasze komentarze, które czystą poezją. Sama jestem już bliżej tej bramy Andromedy i gram w szachy o ostatniego kwarka. Myślę, że jestem już w poczekalni, by w niedalekiej przyszłości stać się materią przeźroczystą. Chyba się boję, dlatego oswajam własne myśli pisaniem, że ja kiedyś też. Pozdrawiam.

    1. szanowna pani, fizyka kwantowa nas nie uratuje,
      ale humor poprawi bezwzglednie,
      tak jak to co jest zielone, wisi na scianie i spiewa…
      never surrender!

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out /  Change )

Google photo

You are commenting using your Google account. Log Out /  Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out /  Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out /  Change )

Connecting to %s

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.