Odcinek 4

Ale zanim przejdziemy do historii chłopaczka w podziemiach zielonogórskich, to jednak przypomnijmy – dziś święta, a więc kochani WSZYSTKIEGO NAJLEPSZEGO! FROHE WEIHNACHTEN! MERRY CHRISTMAS! BUON NATALE! GOD JUL! FELIZ NAVIDAD! JOYEUX NOËL! I piękna ilustracja z księgi godzinek z 1450 roku, i piękne nawiązanie do mojego wpisu o tym, kto i kiedy malował kobiety czytające książkę lub, jak tu, Księgę. Maria czyta Torę, Józef lula dzieciątko. Mocny obraz, który można (będzie) obejrzeć (po lockdownie) w Muzeum w Cambridge.

MARIA CHE STUDIA. GIUSEPPE CHE CULLA.
Una incredibile icona della natività.
È una miniatura in tempera e oro da un Libro d’Ore composto a Besançon, in Francia, nel 1450.
Ora si trova nel Fitzwilliam Museum di Cambridge.
Maria studia la Torah, mentre Giuseppe tiene tra le braccia il bambino.
Una radicale uscita dagli schemi che genera tutt’ altro che tensione! Qui c’è il respiro lieto della serenità che proviene anche dal bue e dall’asinello curiosi…

A teraz już ad rem:

Mieczysław Bonisławski

– No, sąsiedzi, jak smakuje, to komu smakuje – ja proponuję – na drugą nóżkę…!
Posmakowali znowu. Tym razem było słychać tylko cmoknięcia i odgłos głośnego przełykania. Przepędzone kilka razy domowej roboty wino, czyli de facto własny winiak, dodatkowo wzmocniony spirytusem, naprawdę wszystkim dogodził.

Tak się kończył poprzedni odcinek, opisujący małą popijawę w piwnicy.

– A czy ktoś z państwa, miał może okazję przejechać się przez Westerplatte? Chodzi mi o taki niedawny przejazd, tak w ostatnim czasie – profesor zwrócił się do pozostałych.
Przez chwilę przytakiwali po kolei.
– Tam już otwarto ten dom towarowy. Wiem, bo syn pytał nas o stoisko z modelami kolejek.
– Czy chodzi wam, drodzy ludzie, o „Centrum”?
– Tak, o tym rozmawialiśmy z synem.
– E, to już kochany dobre trzy miesiące będzie, jak w marcu otwierali.
– I jak to byście państwo ocenili?
– Panowie sąsiedzi i sąsiadka, wyższa klasa. Kupiłam wagony jak w Warszawie albo w NRD.
Identiko, światowa rzecz…
– Dużym miastem zapachniało, oj dużym i ja to widzę i czuję.
– Chcieliśmy czegoś takiego w Zielonej Górze, spróbowaliśmy i mamy, sąsiady.
– Proszę państwa, nie narzekajmy tak. Wszakże nie tak dawno towarzysz Mamak zbudował ten wiadukt nad torami. To dla takiego miasta jak Zielona Góra doniosła inwestycja!
– Potwierdzam, Sulechowską teraz jadę, niczym w jakiejś światowej metropolii.
– Zechciej jeszcze sąsiad, próbować dużego świata, idąc na striptiz do „Topazu”. Też mamy.
– Drodzy państwo, zapominajmy o tym, że wśród nas są damy! – zaoponował profesor.
– A niech że! Tu tylko identiko przeprosić teraz panie… – szarmancko skłonił się elektryk.
– Ha, ha, ha! – zaśmiała się pielęgniarka – A słyszało się, słyszało, to i owo. Ach, wy, mężczyźni… Ale i ja coś dodam, od mojego męża. Czy wiecie, że mamy w Zielonej Górze również pisarza. Zbigniew Ryndak, słyszeliście państwo o jego nowej powieści?
– Co prawda, to prawda, ale wygodniej mi się teraz będzie jeździć, wygodniej. Mówię wam!
– Co to nasze wozy się tam przed szlabanem przy „Lumelu” naczekały!
– A jak dodamy jeszcze dwupasmową Wojska Polskiego, proszę państwa? Też z wiaduktem kolejowym. Zauważcie państwo, to już drugi nowy wiadukt w tak krótkim czasie!
– Chcemy tego czy nie, całe miasto się zmienia. Łatwiej i szybciej teraz się będzie jeździło, a to niezwykle ważne. Bo popróbujcie, sąsiady przejechać z jednego końca miasta na drugi. Zobaczycie wtedy jak ta Zielona Góra się nam rozrosła. Przed wojną… Jeszcze niedawno…
– A propos Ryndaka, to ta powieść ma już kilka lat. Nie jest więc już taka nowa – profesor zwrócił się, ponad męskim tematem motoryzacyjno-komunikacyjnym, ku kobietom – Bodaj sześć lat temu ją wydano? A sam Ryndak dostał za nią nawet nagrodę Piętaka.
– Mąż mi mówił, że w tym roku przygotowują dla niego Lubuską Nagrodę Kulturalną – zadowolona z zainteresowania, jakie wywołała, tym że może jednak na coś się przydać, pielęgniarka na powrót odstawiła kobiałkę. – To jest dobry przykład dla naszych dzieci!
– Ciekawość, ile taka nagroda, od tego tam Piętka, ile to ona wynosi w pieniądzu…? – nagle zainteresował się literaturą elektryk.
– Szacuje się ją na dwadzieścia tysięcy. Jak widać, do Nobla sporo brakuje, to nie jest jeszcze taki światowy poziom – uśmiechnął się profesor, ale zaraz dodał – Jednak to nie pieniądze są ważne. O poziomie nagrody świadczy to, kogo do tej pory nią nagradzano. I tu Zielona Góra, rzeczywiście, osiągnęła poziom krajowy. Przed Ryndakiem w gronie laureatów, wprawdzie w kategorii poezji, byli i Nowak, i Harasymowicz, Stachura. Jednak i w kategorii powieści nagradzano doniosłe nazwiska – Newerly, Redliński…
– Nijakiego z takich kawałków nie znam, identiko… – pokręcił głową zdegustowany elektryk – Co to za ludzie?
– Nagrodę przyznaje Ludowa Spółdzielnia Wydawnicza i Związek Młodzieży Wiejskiej, głównie początkującym pisarzom… – zaczął profesor, ale wszedł mu w słowo milicjant:
– To co, polewamy, polewamy jeszcze po jednemu! A ty, sąsiad, ja pytam, co czytałeś ostatnio, książkę telefoniczną? – roześmiał się, biorąc szklanki od buchaltera i strażnika.
Ten ostatni skorzystał szybko z okazji, że na moment znalazł się pośrodku grupy, na widoku wszystkich.
– Oprócz pisarzy, mamy i mnóstwo łobuzów, drodzy panowie. I tu też dorównujemy wielkim miastom, bo łobuzeria u nas niemal jak w Warszawie czy Katowicach.
– I można się rozpędzić, rozpędzić, prosta, szeroka ulica – zachwalał milicjant nową Wojska Polskiego, jakby ignorując kwestię wielkomiejskiego chuligaństwa. – A jak widzę pod nowym wiaduktem ten panoramiczny prześwit! No i bezpiecznie, bezpiecznie jest niczym na pasie startowym na lotnisku. Co ja się namęczyłem przy tym starym mosteczku na Krakusa…
– Tam całe niebezpieczeństwo przeniosło się teraz obok. Na ten stary przejazd przez Krośnieńską. Obok Świętej Trójcy – niespodziewanie wtrąciła konduktorka. – Co też nasi kierowcy musieli się tam z nagła nahamować…
– Ruch na Krośnieńskiej, mimo oddania tej Wojska Polskiego, jest, rzeczywiście jest jeszcze nadal spory. Z kolei tymi torami, tak jeżdżą, bo jeżdżą, niby tylko towarowe do browaru, czy „wełny”, a nie ma tygodnia byśmy my w tym miejscu nie wlepili mandatu – podjął milicjant. – Kierowcy wymuszają pierwszeństwo, wymuszają, pod sam parowóz by wjechali…!
– Właśnie o tym mówię, drogi człowieku – nie poddawał się strażnik. – Są łobuzy na tych torach i łobuzy kierowcy, i łobuzy w autobusach. Co na gapę by jeździli. A wszystko to pewnie ci sami gówniarze… Bo mandaty to mało. Do więzienia ich! I zamykasz takich na Łużyckiej i już zamiast chuligaństwa, budują grzecznie, od szóstej do czternastej, nowe bloki.

– To nie jest właściwe podejście do zagadnienia, szanowny panie! – obruszył się profesor.
Strażnik spojrzał pogardliwie na adwersarza. Pospiesznie szykował w myślach jakąś szorstką ripostę. Ale nie zdążył…
– Dobrze sąsiady, ja chcę powolutku wracać do roboty – energicznie podniósł się z krzesełka buchalter. – Jak profesor chce jutro gdzieś pojechać, to ja muszę spróbować wziąć ten gaźnik.
Wprawdzie musztardówki pokazały dno dopiero po raz trzeci, co tylko nieznacznie wpłynęło na wnętrze gąsiora, gospodarz zaczął zwijać wężyk. Było to jaskrawe pogwałcenie obowiązującej w bloku zasady, według której, ostatnia musztardówka to była ta, po której w baniaku pokazywało się dno, niezależnie od tego ilu sąsiadów i w jakim stanie, dotrwało do tego momentu. Szok i niedowierzanie! Mimo poczucia bezgłębnej krzywdy i rozczarowania, chcąc nie chcąc wszyscy wstali na ten zew ze swoich miejsc.

Strażnik manewrował tak, aby cały czas być blisko przy profesorze. Gdy znaleźli się już na zewnątrz, zanim jeszcze doszli do samochodu, zaatakował go przy ławce:
– Zdecydowanie już czas zlikwidować tę łobuzerię, panie profesorze. Bo oni najpierw sobie pomyślą, że można jeździć dla zabawy tymi pociągami towarowymi po zielonogórskich bocznicach. A potem będzie im tego za mało – i zaczną jeździć na gapę autobusami!
– Do czego pan zmierza? – spokojnie, ściszając głos, ukłuł go Profesor, siadając na ławce.
Strażnik nie poszedł za tym przykładem, za to jeszcze bardziej podniósł głos:
– Do czego oni zmierzają, panie profesorze! I czym, to co oni zrobią, się skończy!?

Dopiero teraz profesor zauważył syna, Piotra. Siedział razem z koleżanką z klasy na ławce tuż obok. To była Beata Dunaj. I Beata, i Piotrek byli wyraźnie zaintrygowani rozmową, prowadzoną w tak niecodzienny, jak na profesora, sposób. Ten nie zareagował na obecność syna.
– Zechce pan usiąść – spokojnie poprosił byłego strażnika, który spojrzał wprawdzie zdziwiony, ale odruchowo przysiadł obok Profesora.

Piotrek z Beatą pozostali na swojej ławce, przysuwając się tylko najbliżej jak było można, tak aby nie uronić ani słowa.

– Znakiem tego, szanowny pan uważa, że należy zaczynać od najsurowszych restrykcji? Od tych najbardziej represyjnych?
– Czy pan profesor chciałby inaczej? To jest niemożliwe. Czy może mamy ich jeszcze zachęcać? I pochwalać za pomysł?
– Rutynowo w takich sytuacjach stosuje się jedną, podstawową zasadę – nie uruchomiamy mechanizmu obronnego, zanim nie zdiagnozujemy dogłębnie przyczyny zagrożenia.
– Czy to my powinniśmy się bronić? My przed łobuzami, panie profesorze? To tak, jakby przyjąć, że ustępujemy pola. Nie, panie profesorze, bo ich trzeba wyplenić! A przy okazji można im i dokopać.
– Tutaj mowa jest o mechanizmie obronnym, jako o zjawisku reakcji społecznej. Społeczeństwo, organizm złożony, ale odrębny jako całość, musi wdrożyć proces obrony swoich składowych jednostek przed skutkami łobuzerii. W tym celu, aby ją wyplenić jako zjawisko w skali makro, a nie działanie pojedynczego chuligana.
Strażnik zrozumiał z tego tylko tyle, że wygenerował myśl dość ograniczoną a specyficzną – „właśnie w tej chwili profesor zapętlił się, wszedł w zastawioną przez siebie samego pułapkę.” Wycedził zatem z nie ukrywając satysfakcji:
– Czyli obaj chcemy to wypleniać, pan profesor się ze mną zgadza. Ale ja chcę to wypalać gorącym żelazem. Bo inaczej spodoba się to innym. Tym, co jeszcze nie są łobuzami!
– Nie zohydzimy potencjalnym naśladowcom owocu, jeżeli go zakażemy. Zakazany owoc zawsze kusi najbardziej i zawsze znajdzie tych, którzy w końcu zaczną po niego sięgać.
– To bardzo ciekawe. I jaki, pan profesor, znajdzie na to sposób?
– Człowiekowi łatwiej jest uwierzyć w to, że jest zły, jeżeli mu to wszyscy bez przerwy powtarzają. Trudniej natomiast uwierzyć w siebie. Gdy tymczasem nikt nie jest zły sam z siebie, natomiast w każdym z nas tkwi pozytywny potencjał.
– Panie profesorze, to jest prosta historia. A to, co pan profesor mówi jest bardzo zawiłe. Kto łobuzuje, ten jest po prostu łobuzem. I trzeba go karać.
– W ten sposób łatwo zrobić z takiego ukaranego łobuza męczennika. A męczeństwo prosi się o wyznawców. Czy pan zdaje sobie sprawę z tego, czym to się kończy, szanowny panie?
– Ja tego nie rozumiem. A czym się skończy?
– Jeszcze większym gronem sfanatyzowanych naśladowców. I to będzie znacznie gorsze.
– Ja tego nie rozumiem. A czemu to będzie gorsze? – strażnik powoli rozwlekał słowa.
– Ponieważ ten nasz, pierwotny łobuz, czerpał przyjemność tylko z samego czynu. A wyznawcy męczeństwa, zrobią z tego czynu ideologię, religię, rytuał. Jak długo łobuz będzie czepiał się wagonów, zanim mu się to nie znudzi? Jak pan myśli?
– Ja tego nie wiem. Czy on będzie czepiać się rok, pół roku?
– Niestety, ja też nie mogę tego wiedzieć, ale raczej krótko. Łobuz realizuje się poprzez bezwartościowe, puste czyny, a te szybko przestają być atrakcyjne. Tymczasem heroizm męczeństwa, rytuały są bardzo trwałe, o ile tylko padną na podatny grunt…
Od dłuższej chwili tej rozmowie przysłuchiwali się nie tylko Piotrek i Beata z czwartej „c”, ale i milicjant. Obok niego stanął też buchalter, dzierżący w dłoni gaźnik.
– Zatem chodziło by, chodziło o to, aby rozgraniczyć osobę przestępstwa od samego czynu przestępczego? I ja wtedy zohydzę społeczeństwu treść tego czynu, bo ograniczę do minimum ocenę samego przestępcy?
– Dostrzegam w tej wypowiedzi efekt niedawno wprowadzonych w milicji zajęć z psychologii i socjologii. Tak, to prawda, zemsta na sprawcy nic państwu nie przynosi, grozi natomiast pobudzeniem naśladowców. Nie przestępstwa. Przestępcy – męczennika i idola. A wtedy trudno o skuteczną reakcję. Jak metodycznie, odpowiednio szybko wykreować, pozostającą pod kontrolą, kulturową niechęć tłumu do kogoś, komu jest nie po drodze z władzą? A przecież my, jako państwo, mamy metody o wymaganej skuteczności i przewidywalnej skali w stosowaniu wobec czynów, które uważamy za społecznie szkodliwe i niepożądane.
– Co sąsiad konkretnie chciałby zaproponować? – nie wytrzymał zawsze praktyczny w działaniu buchalter. – Spróbowałby sąsiad, nie karać tych gapowiczów w ogóle?
– Drogi człowieku, a to będzie już zupełnie nie do przyjęcia! – warknął strażnik.
– Ja bym pokazał, tak, pokazałbym publicznie skutki wieszania się na tych wagonach, pokazałbym kaleki z obciętymi rękami i nogami – podpowiedział milicjant.
Profesor uśmiechnął się tylko.
– Nie, proszę państwa, nie. Nie tędy droga.
– Trzeba im wytłumaczyć, tym chłopcom. Ale co? – dał się słyszeć dziewczęcy głosik.
Wszyscy spojrzeli zaskoczeni na Beatę Dunaj. Ale jakoś nikt nie zaoponował przeciwko obecności dzieciaka w tej, bądź co bądź, wychowawczej dyskusji. Gromadka zamarła, w oczekiwaniu, że profesor objawi im teraz niezwykłą prawdę.
– Należy pójść w takich oto dwóch kierunkach. Po pierwsze, potencjalnym naśladowcom i reszcie społeczeństwa trzeba pokazać nie negatywne skutki szkodliwego czynu, ale pozytywne aspekty życia każdego zainteresowanego człowieka, będące następstwem braku takich czynów.
Badania pokazują, że lepsze efekty uzyskuje się nie epatując złem, chorobą, kalectwem, biedą, ale podsuwając wyobraźni dobro, zdrowie, bogactwo, które są w zasięgu ręki. Bodźce pozytywne, zamiast negatywnych. Popychajmy ludzi ku temu co mogą zyskać, zamiast powstrzymywać ich przed tym, co może im przynieść stratę.
– Profesorze, tu chodzi, mi chodzi, nam, o konkrety.
– I druga droga, to praca z samym sprawcą. Nie karać, bo to albo go złamie, albo wywoła bunt, poczucie niesprawiedliwości, która go spotkała. Jednostka złamana moralnie lub oblężona w poczuciu doznanej krzywdy, przestaje być kreatywna, staje się balastem dla społeczeństwa. Sprawca musi ewentualną karę zrozumieć, pogodzić się tak z jej nieuchronnością, jak i sensem. Nie mówiąc już o tym, że czasem najlepszy skutek odnosi zaniechanie kary…
– Tu profesorze, tego do końca nawet ja nie rozumiem, nie rozumiem! – żachnął się milicjant.
– Należy zacząć od tego, co pcha sprawcę do niepożądanych czynów? To są najczęściej jakieś jego osobiste, indywidualne deficyty. Czegoś mu brakuje, jakichś dóbr, albo relacji społecznych, zwykle akceptacji otoczenia, właściwych ról, które ma potrzebę pełnić…
– Sąsiad chciałby spróbować poznać, dlaczego on to robi, a potem starać się likwidować te przyczyny? – zaryzykował zniecierpliwiony buchalter.
– To by było za mało. Trzeba poznać te przyczyny, a nimi są po prostu jakieś braki, a następnie odnaleźć, dopasować im ich odpowiedniki po stronie posiadania. Jeżeli ktoś się czuje opuszczony, samotny, to przeciwieństwem tego stanu jest ktoś, kto stanowi duszę towarzystwa, jest ciągle w centrum uwagi, ma wokół siebie oddanych przyjaciół.
– I wtedy należy mu to dać? – spytała trzeźwo, dorośle, Beata Dunaj.
– Najlepiej byłoby tak właśnie zrobić. Często jednak jest to niemożliwe. Z różnych zresztą względów, nawet z powodu buntu pokrzywdzonych ludzi. Wtedy taką wartością posiadania może okazać się odstąpienie od wymierzenia zasądzonej kary.
– Ale ten chłopak musi to najpierw zrozumieć – parła dalej dziewczynka.
– Tak, oczywiście. Ten imperatyw stanowi warunek podstawowy zagadnienia.
– A kto ma mu to powiedzieć…?

czwartek, godz. 11:10

Kobieta spogląda natarczywie na mężczyznę. Z jej twarzy epatuje nie wypowiadane, acz oczywiste dla nich obojga pytanie. Mężczyzna nie każe jej długo czekać. Zaspokaja jej ciekawość.

– I odpowiedź na to pytanie przyszła wtedy, na tamtej przerwie.
Tak? W jakiż to sposób?

– Beata, idziemy namoczyć gąbkę.
– Chłopaki, kto pierwszy przy…
– Ćwiczysz dzisiaj? Nie? To pożycz mi…

Zatem wiesz, że masz na to niemal połowę przerwy. Chłopaki wybiegli na dwór, bo „kto pierwszy…”, a te dyżurne wrócą z ubikacji dopiero jak się nagadają. Rozumiesz? Całą lekcję siedziały z daleka od siebie, jedna w ławce w pierwszym rzędzie, druga – w trzecim…
Zwieszasz głowę. Udajesz, że czegoś jeszcze szukasz w tornistrze. Niepotrzebnie, prawie nikt nie zwraca na ciebie uwagi, nie zamierza wyganiać cię z klasy na korytarz. Prawie nikt.
Niepotrzebnie, gdybyś podniósł głowę, zobaczyłbyś, że Beata Dunaj, nie pobiegła, jak to miała w zwyczaju, z gąbką do umywalki. Zatrzymała się przy ławce Piotrka Pasternaka i coś tam się namawiają. Skoro ty nie patrzysz na nich, oni spoglądają ukradkiem na ciebie.
Zaczynasz się denerwować. Przecież nie możesz całą przerwę grzebać za czymś w swoim tornistrze. Niech oni już wyjdą! Wreszcie. Wychodzą, gdy ty tymczasem chowasz głowę jeszcze bardziej. Niepotrzebnie, bo nie widzisz, gdzie oni patrzą i jak patrzą. Jak się skradają rozemocjonowani, zamiast wyjść normalnie z klasy. Nie potrafią ukryć czegoś, co ich przed tą przerwą połączyło, ale ich też nikt nie obserwuje. Choć tego nie wiedzą, nie muszą się kryć ze swoimi zamiarami, ale się kryją. Nie wiedząc, że absolutnie im to nie wychodzi.

W końcu wydaje ci się, że jesteś w klasie już sam. Zostawiasz tornister szeroko otwarty, tak aby można było do niego szybko i łatwo ładować. Podbiegasz do ostatnich ławek, ale mimo tego, że Kapała i Szczepański pozostawili JE zupełnie na widoku, ogarnia cię jakiś paraliż. Po prostu boisz się wyciągnąć rękę, położyć dłoń na ich ławce.
„Nie, ich nie. Takie brzydkie.”
Czujesz, jak wielką przyjemność ci sprawia to tak łatwo znalezione usprawiedliwienie, składane przed samym sobą, przed ucieleśnioną ideą, przygodą, sacrum któremu się oddajesz.
Do tej ławki przed ławką Kapały i Szczepańskiego też nie sięgasz.
„Eee, takie już mam, kilka takich, z zeszłego tygodnia. Nie może być tak, że się powtarzają, że będzie mnóstwo takich samych… Od dzisiaj tylko nowe, nie powtarzające się rodzaje.”
I w ten sposób masz z głowy tych czterech największych klasowych rozbójników, łobuzów, którzy jak cię złapią, jak odkryją to co robisz i że właśnie IM zabrałeś, nie będą zastanawiać się ani chwili, tylko od razu ci wleją, pobiją cię.

Mariusz Sieja, o ten ma coś innego. Łaps do ręki. Z wielką satysfakcją. To on wymyśla ci coraz to nowe przezwiska i puszcza, tak skutecznie je puszcza w obieg. Pojedyncze słowa, a nawet krótkie powiedzonka, „przywołania”, coraz bardziej przykre, coraz większy sprawiające ból. Czemu tak mu się one udają, co w nich takiego śmiesznego, że wszyscy je z takim entuzjazmem podłapują i tak ich chętnie i bez przerwy używają?

Kolejne ławki. Nawet nie kojarzysz, kto w nich siedzi. Widzisz tylko te małe przedmioty, których szukasz, które są celem twojej kolejnej wyprawy po skarb. Widzisz kolory i kształty. Porównujesz z obrazami, które zakodowały ci się głęboko w głowie. Nie musisz specjalnie myśleć, długo zastanawiać się, niemal odruchowo oceniasz i robisz to co trzeba – jesteś tego pewien – dobrze, niedobrze. Dokładnie, bez pomyłki. Czerwony z zielonym, cały pomarańczowy, skala od błękitu do granatowego: już mam – jeszcze nie mam. Obrazki, napisy, konkretne, wymyślne kształty albo zwyczajna bezkształtna bryła, niczego nie imitująca – brać, czy zostawić? Działasz bez zbędnej straty czasu, bez namysłu, ale z pewnością dobrego, nieomylnego wyboru.

Stop! Tu siedzi ta szuja Kotlarski. Poprzednio najdłużej, najgłośniej ze wszystkich przeżywał stratę. Niczego go życie nie nauczyło, znowu przyniósł coś wyjątkowego. Cóż to za oryginalny pomysł: wewnątrz przezroczystego korpusu w kształcie rurki pływa mały okręcik. Podnosisz obsadką do góry – spływa w dół. Obracasz do góry nogami – stateczek wraca ku obsadce. Łaps. Niechby Kotlarski znowu rozpaczał tak jak ostatnio. Albo jeszcze bardziej.
Piórnik na ławce Beaty Dunaj. Łaps.
Rzeczy Arlety Gratyniuk. Łaps.
Krzesło Kamy Graczyk. Nagłe ukłucie. Czujesz jak cieknie ci pot. Zrobiło się gorąco? Usiadłbyś tu koło niej i tak siedział na wszystkich lekcjach, w każdej szkole świata, po kres tego świata. Gdyby to tylko było możliwe, żeby pozwoliła choćby do siebie podejść, zbliżyć się do ławek z dziewczynami, odsunąć krzesło obok niej, zanurzyć się w dziewczyńskie klimaty, panoszące się w jej włosach, w jej swetrze. Otwierasz JEJ piórnik, ale wszystko, co w nim widzisz, wydaje się zbyt małe, nie oddające całej Kamy, choćby cząstki dziewczynki.
Otwierałeś dzisiaj, podczas tej przerwy, tydzień temu, trzy tygodnie już tyle tornistrów, teczek, toreb. Rozpinałeś tyle piórników, zaglądałeś pod tyle zeszytów lub w ich głąb. To istota tych wypraw po trofea, podstawowa technika poszukiwania i zaboru – idziesz wzdłuż rzędu ławek i otwierasz, zaglądasz, przesuwasz, szperasz. I łaps.

Siateczka z przyborami i rzeczami Kamy Graczyk. Siadasz na jej krześle, choć nigdy tak nie działasz, nie siadasz w ławce, bo to niebezpieczne. Możesz nie zdążyć wstać, uskoczyć, jak ktoś niespodziewanie wejdzie do klasy. Ale na krześle Kamy Graczyk siadasz. Jej siateczkę układasz sobie na kolanach. Zanurzasz w niej dłonie. Lecz co to? Co się dzieje? Wyczuwasz jakby jakiś zapach. Czyżby jedenastoletnia dziewczynka z czwartej klasy mogła… pachnieć?
Matka się perfumuje, ciotki też. Kuzynka Elka z Kołobrzegu, jak raz szła z chłopakiem wieczorem na plażę, siedziała w łazience półtorej godziny. Gdy przeszła przez drzwi wychodzące na kuchnię, akurat wszyscy siedzieli przy stole, dorośli popijali bimber wujka Edka i dopingowali ciotkę, która smażyła świeże ryby, prosto od rybaka. Jak Elka otworzyła drzwi od łazienki, od razu sypnęły się żarciki i docinki na temat pindrzenia się i „pachniołkowania”, i tych chłopaków, którzy na nią czekają przy plaży. Ale kuzynka Elka była dorosła, miała osiemnaście lat i kończyła zawodówkę…
Czy dziewczynka w czwartej klasie też może pachnieć? Wszystko wskazuje na to, że Kama ma swój zapach. Niezwykle przyjemny. Nic wokół nie pachnie, a przecież z każdej strony są miejsca jej koleżanek z klasy. Ale one nie pachną, wyczuwasz tylko ją, Kamę Graczyk.
Na blacie ławki leży JEJ zeszyt. Coś cię pcha do tego, aby go otworzyć. A w środku jest… JEJ pismo…
Z siateczki Kamili wyciągasz jakąś książkę. Otwierasz na chybił trafił i… widzisz na marginesach, obok wydrukowanego tekstu bazgrołki uczynione JEJ ręką… Dotykasz tego miejsca. Czyżby było jakieś cieplejsze, czyżbyś wyczuwał miły dotyk ciepłych wilgotnych palców małej dziewczynki…?

Wtem otwierają się drzwi od klasy.
Podrywasz głowę. Zanim zrozumiesz co się dzieje, do klasy wchodzą Beata Dunaj a za nią Piotrek Pasternak. Zamykają drzwi na klucz. Od środka.
Zanim podejdą do ciebie, zdążysz jeszcze wyskoczyć z ławki Kamili, ale spadają ci ukradzione długopisy i głośno toczą się po podłodze.
– Nie chowaj ich, wiemy o wszystkim – łagodnie odzywa się do ciebie Beata.
– Nie uciekaj, nie uciekniesz od prawdy – wyraża jakąś głębszą myśl młody Pasternak.
Zapada głupia cisza. Głupia, bo tobie jest głupio, a tamci stoją z głupimi minami. Ty spuszczasz głowę i nie wiesz jak się bronić, jak zaprzeczać, a tamtym brakuje pomysłu na to, co dalej?
Zaczyna Piotrek:
– Nikt inny nie wie, tylko my dwoje. Obserwujemy cię już od dawna. Ze dwa miesiące.
– Czemu to robisz? – w pytaniu dziewczynki kryje się jakiś żal, ale taki wynikający ze współczucia, a nie kierowania się doznaną (przecież) krzywdą.
– Ja nic nie robię! Czego chcecie! – obierasz postawę obrony przez atak. Odruchowo najłatwiej ci jest wszystkiemu zaprzeczyć. Tylko odruchowo, bo fakty są przecież tak widoczne i oczywiste.
– I po co kłamiesz…? – Beata próbuje swoją łagodnością naprowadzić cię na drogę porozumienia z nimi.
Piotr pokazuje, że myśli jak chłopak:
– Nie kłam. Odkryliśmy to, że podkradasz nam wszystkim długopisy. Nie chcemy o tym nikomu mówić. Musisz tylko powiedzieć, dlaczego to robisz, a potem oddasz je wszystkie nam.
– My je rozdamy chłopcom i dziewczętom. Powiemy, że je znaleźliśmy w skrytce pod schodami przy pakamerze woźnego – snuje plan ratunkowy Beatka. – Od strony podwórka, tak że mógł je tam ukryć każdy. A zatem nikt.
– A potem razem, w trójkę zastanowimy się co zrobić, abyś już nie kradł?
– Nie zostawimy cię tak, samego, z tym co zrobiłeś przeciwko całej klasie, przeciwko nam wszystkim.
– Pomożemy i tobie, i reszcie klasy, i będzie spokój.
– I zgoda między nami.
– Nie powiecie?
– Nie powiemy.
– Ale ja nic nie zrobiłem! Nic nie rozumiecie, nic nie wiecie, jesteście po prostu wstrętni. Wymyślacie na mnie, tak jak Mariusz…!
Sam nie wiesz skąd masz w sobie tyle energii, aby doskoczyć do Piotra, odepchnąć go, porwać po drodze swój tornister, dopaść drzwi, otworzyć je z klucza i wybiec przed siebie.

Potem nie będziesz nawet pamiętać nic z tego, jak i którędy wybiegasz ze szkoły. Jak przez mgłę będziesz kojarzyć tylko to, że klęczysz w gorącym słońcu przy schodach prowadzących do pakamery woźnego, o których mówiła Beata. Chyba zastanawiasz się, czy nie wysypać tam z tornistra ukradzionych przed chwilą długopisów? Tamci na pewno cię zaraz, na lekcji oskarżą. Nauczycielka polskiego zrobi ci rewizję, ale w tornistrze nic nie będzie. Piotrek albo Beata, powiedzą o skrytce pod schodami, wszyscy do niej pójdą i znajdą długopisy. Ale ty przecież masz inną skrytkę, zupełnie gdzie indziej. Powiesz prawdę, że nigdy nic pod schodami nie chowałeś… I nauczycielka polskiego uwierzy ci i zakończy sprawę, a tamci wyjdą na kłamców, którzy się ciebie tylko czepiają…

I nagle uświadamiasz sobie, że po lekcji polskiego jest przecież w-f. Pasternak ma poważanie u klasowych łobuzów, chociaż sam nie należy do ich paczki, wręcz stroni od nich. A jednak poważają go, to co robi i jak coś powie. Namówi ich, aby zmusili cię w szatni do przyznania się. A szatnia przy sali gimnastycznej to już jest inny świat, ich świat. Tu nie ma już szkoły. Tu wyśmieją głupotę polonistki, a uniewinnienie z jej strony nic nie znaczy. Pobiją cię, zrobią ci krzywdę, abyś tylko powiedział to, co chcą usłyszeć. Bo Pasternakowi uwierzą całkowicie. Bo oni po prostu potrzebują kogoś, aby go zbić za te ich długopisy, które im poznikały.
Oblatuje cię strach. Fizyczny strach przed tym pobiciem.
Hej ty! Do ciebie mówię. Rozejrzyj się, gdzie jesteś? Tak, z powrotem tutaj, w mroku budowy. Czyż to nie twój azyl na kupie żółtego, leżącego pod sklepieniem z betonu piasku? Grota demiurga, na środku tajemniczego podziemnego jeziora, gdzie czeka na ciebie druga część odpowiedzi, o której opowiadał, tam na ławce, profesor Pasternak, tata Piotrka?

Piosenki i wiersze na grudzień

Piosenkę Ralpha Kaminskiego wybrali na dziś Konrad i Ewa Maria, wiersze nadesłały Ewa Karbowska – jej tegoroczny wiersz napisany w rocznicę wydarzeń grudniowych 1970 roku i Anna Dobrzyńska – wiersz anonimowy pt. Wigilia w stepie

Ralph Kaminski


Ewa Karbowska

KOLĘDA? – CO I BEZ ŚWIĄT?

– wszystkim dzielnym – a i Grażynce – Grażyna Orlińska
– zwłaszcza
/Jej w rewanżu za KOLĘDĘ BEZDOMNĄ/

kolęda – bez wiary?
dla młodszych, dla starych
co dłużej wytrzymać nie chcieli
*
chwycili transparent
by dzielić się darem
z rąk do rąk, bez kłamstw, po kolei
*
kolęda niedoli
na więcej pozwolić
nie mogła i umieć nie chciała
*
i solo i w tłumie
próbując zrozumieć
szła naprzód, choć trochę się bała
*
kolęda serdeczna
choć pozaświąteczna
znaczona protestu piorunem
*
szarpiąca za serca
na z gniewu kobiercach
na tego co przeciągnął strunę
*
kolęda ulicy
z nią znak błyskawicy
z modlitwą o godność w miłości
*
kolęda nadziei
że coś da się skleić
ulepszyć, dogadać, uprościć…
*
na płatach opłatka
gdzie córka i matka
szukają dla siebie ratunku
*
Bóg oczy odwraca?
ma wybór, czy kaca?
zostaje na posterunku?
*
wie, jeśli się nie da, to wojna i bieda
kryjąca ból
w lochach podziemi
*
w stajence? – jak Chrystus?
intencji, łez czystość
Królowie? – Ci Trzej? – jakby niemi…

17.12.2020

***


Jan Malczewski, Wigilia zesłańców

Wigilia w stepie

na melodię pieśni „Moja matko, ja wiem…”
śpiewanej przez Bernarda Ładysza
https://www.youtube.com/watch?v=e2yvjatUjpY

Dziki wiatr, dziki step, mroźna noc, w sercu trwoga.
Mróz w ziemiance, a śmierć kosi swój żniwny łan.
Stara matka różaniec wyszeptała na palcach do Boga,
Żeby łaskę nadziei w tę Noc Świętą dał.
Stara matka różaniec wyszeptała na palcach do Boga,
Żeby łaskę nadziei w tę Noc Świętą dał.

Tam daleko ten dom, gdzie opłatkiem się dzielą,
Gdzie wieczerza na stole i świerk pachnie w krąg.
A tu wśród nocnej ciszy, suchą kromką podzielą się wszyscy –
Garść obierzyn i wrzątku i nasion na ząb.
A tu wśród nocnej ciszy, suchą kromką podzielą się wszyscy –
Garść obierzyn i wrzątku i nasion na ząb.

Panno Święta, ja wiem, żeś Ty była uboga,
Że Król Herod Dzieciątko zatracić Twe chciał,
Jeśli w niebie nad stepem, jest okienko i droga do Boga –
To je wskaż i wytrwałość niezłomną nam daj!
Jeśli w niebie nad stepem, jest okienko i droga do Boga –
To je wskaż i wytrwałość niezłomną nam daj!

Z wolnej stopy 26

Zbigniew Milewicz

Gwiazdka króla Jana

Nie pamiętam już, jaką książkę w życiu przeczytałem samodzielnie jako pierwszą, ale cieszyłem się z każdej, którą dostałem w prezencie. Książkowe upominki należały kiedyś do standardów dobrego smaku, otrzymywało się je z okazji urodzin, imienin i pod choinkę, zwykle papier był kiepski, poligrafia nie dorównywała dzisiejszej, ale to była jedyna przepustka do kolorowego świata fantazji. Telewizji jeszcze w Polsce nie mieliśmy, do kina dzieci chodziły od święta, więc w wolnym czasie kopało się piłkę, albo czytało, wolałem to drugie. Przygody Kubusia Puchatka A.A. Milne´a stały na etażerce z książkami w mieszkaniu mamy, przy Wolności w Chorzowie, obok Słówek Boya-Żeleńskiego, wierszy Tuwima, Gałczyńskiego, a rozczytywał się w nich głównie mój ojczym, Stefan. Chętnie je czytał na głos lub recytował, na przykład po niedzielnym obiedzie, na którym bywali czasem zaproszeni goście; czytał i śmiał się z innymi dorosłymi z dialogów Krzysia i jego przyjaciół ze stumilowego lasu, a ja zastanawiałem się w duchu, co ich tak bawi. Dopiero jak sam dorosłem, zrozumiałem, że Milne pisał książki dla dzieci, które najbardziej docenić potrafią ich mamy i ojcowie.

Kiedy moja córka Ania dostała ode mnie w prezencie, na któreś swoje naste urodziny, Alicję w krainie czarów Lewisa Carrolla i później zapytałem ją, czy książka jej przypadła do gustu, odparła, że średnio. Spodobała jej się dopiero, kiedy sama została mamą. Oczywiście, dając komuś prezent, nigdy do końca nie wiemy, czy nie będzie to totalne pudło, dlatego mam dla Was w świątecznym upominku, do wyboru, dwa wiersze Alana Alexandra Milne´a, z kilkakrotnie już w tym blogu cytowanej Księgi Nonsensu Antoniego Marianowicza i Andrzeja Nowickiego. Obydwa pochodzą z rozdziału Wyższe sfery i wyobraźni Czytelników pozostawiam, czy mają one jakiś przypadkowy związek z naszą rodzimą szopką polityczną.

Gwiazdka króla Jana

Król Jan był królem bardzo złym
I cierpiał nad tym stale, bo
Nikt się nie bawił nigdy z nim
I ludzie unikali go.
Spostrzegłszy go, przechodnie
szli nadal bardzo godnie,
Jak gdyby nigdy nic.
A Jan rumieńcem płonął
Pod ciężką swą koroną
I pot mu spływał z lic.

Omijał pałac każdy człek,
Nawet z kulawą nogą pies,
Choć kucharz pyszne pączki piekł
i mnóstwo smakowitych bez.
Więc kiedy przyszła gwiazdka,
Król zjadał wszystkie ciastka
A gdy się poczuł źle
Zwykł czytać uroczyście
Życzenia list po liście
(Sam przedtem nadał je).

Król Jan był królem bardzo złym
I cierpiał nad tym stale, bo
Nikt się nie bawił nigdy z nim
I ludzie unikali go.
Nawet Mikołaj stary
Roznosząc swoje dary
I taszcząc pełny wór,
Choć wszędzie, wszędzie wstąpił,
Choć darów swych nie skąpił
Omijał Jana dwór.

Raz, kiedy pałac tonął w mgłach
I słychać było wichru gwizd,
Król potajemnie wszedł na dach
I do komina przybił list.
“Jeżeli M. się głowi,
Co przynieść ma królowi,
Niech wie, że może kłaść
Do worka marcepany
Orzechy, nóż składany.
A zwłaszcza piłkę. Jaś.”

Król Jan był królem bardzo złym
I cierpiał nad tym stale, bo
Nikt się nie bawił nigdy z nim
I ludzie unikali go.
Więc czuwał całe doby
I myślał sobie: “Oby
Nareszcie przyszedł M.!”
A potem się rozpłakał
I rzekł: “Dla takich zakał,
Jak ja – nic nie ma, wiem!

Słodyczy żadnych nie chcę już,
Bananów też wyrzekam się
I zbędny mi składany nóż.
Jednego tylko – piłki chcę!
Jeżeli dziś przy święcie,
Dostanę ją w prezencie
(Tak mówił Jan przez łzy)
To składam ślubowanie,
Że król od dziś przestanie
Być taki bardzo zły.”

Przez okno wyjrzał Jan na świat
I spostrzegł chłopców chyba stu,
“Ach, jakże – myślał – byłbym rad,
Gdyby choć jeden przyszedł tu””
Pląsają sobie wkoło,
Beztrosko i wesoło,
Nie skarżąc się na los,
A Jan rozpacza i łka,
Gdy nagle wpada piłka
I trafia go w sam nos!

Jan myślał wpierw, że pewnie śnię,
Lecz nos bolący nie jest snem,
Więc krzyknął: “To na pewno mi
Przysyła w darze zacny M.!”

I odtąd tak się zmienił;
Że wszyscy są zdumieni,
– Spotkałem go w tych dniach
Zupełnie przypadkowo
I mogę dać Wam słowo:
Jaś grzeczny jest aż strach.

Opowieść o złym lordzie Gburze

Lord Gbur miał toporzystko
Długości metra blisko
I wielu miał poddanych,
A bić potrafił też.
We czwartki i w soboty
Najwięcej miał roboty,
Po wszystkich chatach łaził
I ryczał niby zwierz:

“Lordowska Mość – to ja!
Kto nie zna mnie ten kiep!
Haha, haha, haha!
A teraz macie w łeb!”

Miał buty ten Gbur nasz srogi
Po dziadku – i ostrogi,
Kłuć nimi zwykł przechodniów
I śmiał się, wielce rad.
W niedziele i we środy
Nad brzegiem stawał wody
I ryczał aż z radości,
Gdy ktoś do wody wpadł.

“Lordowska Mość – to ja!
Jam Gbur – hehe! hehe!
Kto jeszcze – ha! ha! ha!
Wykąpać się dziś chce?”

Lecz raz przy piątku rano
Buciory mu zabrano.
Chce topór wyjąć z szafy –
Topora także brak.
Do swoich pędzi włości,
Lecz tutaj z Jegomności
Kto żyw pokpiwa sobie
I ludzie mówią tak:

“Lordowska Mość – to on?
Czy aby to ten sam?
Popatrzmy z wszystkich stron!
Ach! Jakże miło nam!”

Nie pomógł wygląd srogi,
Złapali go za nogi,
Wrzucili do sadzawki
I po łbie dali mu.
Gdy oblepiony błotem
Wyłaził z wody potem,
Pękało wprost ze śmiechu
Poddanych jego stu:

“Dość głupią minę ma
Lordowska Mość – no nie?
Haha! haha! haha!
Hehe! hehe! hehe!”

Gdy chyłkiem po kryjomu
Gbur wśliznął się do domu,
Gdy się osuszył troszkę
I przemył na łbie guz,
Wyrzucił stare zbroje,
Ubrania wyjął swoje
I rzekł: “Dość tej zabawy,
Nie będę Lordem już.

Prastary Gburów klan
Niech na mnie skończy się.
Ja się nazywać PAN
CAŁKIEMZWYCZAJNY chcę!”

A więc chciałoby się życzyć tym u władzy: myślcie o jutrze, zanim wam kto nosa utrze. Niestety na ogół o nim nie myślą zawczasu, dlatego pisze się takie wierszyki, albo robi rewolucje.

Jeszcze będzie pięknie, jeszcze będzie normalnie!

Krystyna Koziewicz

Na całym świecie grudzień jest najbardziej świątecznym miesiącem w kalendarzu, w którym rozpoczyna się nieustające święto zakupów. Zaczyna się od kupowania prezentów na Mikołaja, którego postać kojarzona jest z brodatym staruszkiem, z torbą wypełnioną prezentami. Ów staruszek, wedle legendy z XV wieku, przemierza świat w saniach zaprzężonych w renifery, wchodzi do domu przez komin i wypełnia dziecięce skarpety zabawkami i słodyczami. Czasem to on przynosi też prezenty „pod choinkę”, czasem Aniołek, Dzieciątko Jezus, Gwiazdor czy Dziadek Mróz.

Wielką radością jest też czas odświętnego dekorowania całego domu. Czarowne są te wszystkie fantazyjnie migocące światełka, kolorowe ozdoby choinkowe oraz wypiek ciast i gotowanie wigilijnych potraw. Co jak co, ale to ważne, nie da się uciec od tego wszystkiego, co stało się już odwiecznym rytuałem i wciąż trwa. Bo to magiczny i pełen wzruszeń czas. W tę niezwykłość, jaką są Święta Bożego Narodzenia, wpisane są cudowne aromaty, których pełno snuje się po kątach wypucowanego mieszkania. Któż oprze się egzotycznym zapachom cynamonu, kardamonu, gorących pierników, gotowanych uszek z grzybkami, smażonego karpia? Na to wszystko nakłada się pachnące igliwie choinki i cieszący oczy widok palących się świec. Świąteczna krzątanina udziela się wszystkim i szczęśliwy jest ten, kto nie musi się zastanawiać, z kim zasiądzie do wigilijnego stołu, albo czy Mikołaj i jemu przyniesie prezenty.

Ale bywa i inaczej. Nie każdemu spełnią się marzenia. Na przykład wnuczka Asia pisze w liście do „Gwiazdki”, że chce, zamiast prezentu, by „babcia wyzdrowiała po ciężkiej chorobie raka…” Kolega z klasy Asi chciałby, aby wszystkie prezenty zostały wysłane do Domu Dziecka w Opolu. Tylko pozazdrościć rodzicom, że mają dzieci o tak wielkim sercu. To wielki dar od losu! Bo DAJĄC, uszczęśliwiamy samych siebie, bo właśnie w dzieleniu się z innymi odnajdujemy radość. To taki rodzaj dziwnej arytmetyki, w której nie ubywa nam z tego, co mamy, mimo że się tym dzielimy. Przy okazji niejako wzbogacamy samych siebie, bo otrzymujemy w zamian coś znacznie droższego, coś, czego nie można kupić za żadne pieniądze świata, czyli – RADOŚĆ osoby obdarowanej, jej UŚMIECH i SERCE. W wielu domach te oczekiwane cudeńka spoczywają pod choinką. Bywa, że jakieś ciekawskie oczy zajrzą do środka i CZAR niespodzianki gdzieś pryska, generalnie jednak każdy chce dotrwać „pierwszej gwiazdki”, by tradycji stało się zadość. Nawet dorośli ze wzruszeniem oczekują tej magicznej wręcz chwili i cieszą się jak dzieci, gdy wreszcie nadejdzie…

Każdy dzień zbliża nas do Świąt Bożego Narodzenia. Magiczna moc świąt, wyjątkowy czas rodzinnych spotkań powodują, że dzięki tradycji odrabiamy stracony czas. Nasze myśli skierowane są ku najbliższym i kiedy łamiemy się opłatkiem pozwólmy wszystkim żalom i smutkom odpłynąć w siną dal. Podarujmy sobie wzajemną życzliwość i radość z pojednania. To właśnie dzięki zwyczajom świątecznym zbliżamy się do siebie otwierając serca z tej najlepszej strony. Niechaj wigilijny stół połączy nas rodzinnymi opowieściami, wspomnieniami i pamięcią o tych, którzy od nas odeszli. Radujmy się, świętujmy, niech wspólny czas pozostanie niezapomniany w naszej pamięci!

Przytoczony powyższy tekst napisany został w 2005 roku, kiedy na świecie życie toczyło się w miarę normalnie. Grudzień 2020 to zupełnie inna rzeczywistość, z którą każdy z osobna musi na swój sposób zmierzyć się, zaaranżować święta mając na uwadze obowiązujący reżim sanitarny. Magiczne iluminacje świąteczne, które wprowadzały nas w nastrój świętowania w tym roku wieczorową porą czarują jedynie puste, bezludne place i ulice. Jarmarki Bożonarodzeniowe, cieszące się zawsze ogromną popularnością wśród mieszkańców Niemiec, przeniosły się do Internetu, gdzie można zakupić dekoracje, prezenty, smakołyki. Tylko w gdzie niegdzie ostał się jakiś świąteczny targ, ale już bez możliwości wypicia wina korzennego. W domach towarowych gołym okiem widać ograniczoną ilość kupujących, większość przerzuciła się na zakupy online, czyli kupowanie „kota w worku”. Tak samo koncerty adwentowe, spotkania wigilijne w zakładach pracy czy spotkania Mikołajowe, wszystkie rozrywki przedświąteczne ostały się w tym roku jedynie w formie cyfrowej. Człowiek człowieka musi unikać, jak diabeł święconej wody, bo nuż złapie koronowirusa, którego nie obchodzą święta. Media coraz głośniej donoszą o prawdopodobnym wprowadzeniu całkowitego lockdownu jeszcze przed świętami. Czeka nas zatem perspektywa pozostania w domu czyli celebrowania okresu świąteczno-sylwestrowego w okrojonym składzie, często bez najbliższych, często samotnie. Nasze zwyczaje świąteczne musimy zweryfikować w zgodzie z „pakietem regulacyjnym”. Zabraknie nam ducha świąt, nie traćmy jednak nadziei, jeszcze będzie pięknie, jeszcze będzie normalnie!

Wesołych Świąt!

Zmieniamy czas? Czy on nas?

Boże, jak Ci mogę podziękować inaczej niż własną śmiercią?
Jak mogę się pogodzić z Tobą inaczej niż umierając?

Mietek Węglewicz

Wiersze funeralne: Z cyklu ,,pożegnania”

***
Na orbitach i na drodze mlecznej
W galaktyce obdarzonej łaskami
Słyszysz teraz
witamy serdecznie
wybierz chmurkę
usiądź, zostań z nami…
Niech Ci będzie tam Mamo lekko
świeża pościel i bielizna czysta
niebo niech będzie gwiezdne, księżycowe
i kołysze Cię cisza srebrzysta
czasem pozdrów z góry
nas ukradkiem
żegnaj Mamo
Mirka z Adkiem

Mama Mirusi Bednarczyk zmarła 18 02 2018

Ciociu,

Ziemia niech lekką będzie
I droga przed Tobą mleczna
poproszę Księżyc niech Cię kołysze
A Ciszę…
niech będzie serdeczna

,,Ciocia” Klara Kleberhof zmarła w Kolonii 01 01 2017

***
Byłeś mężny
Wymagania
miałeś
twarde
Wobec siebie
byłeś
twardym
Edwardem
Czasem trudnym
jak pisanie podania
W mgły i deszcze
brakowało Ci powietrza
nie wiem ,może
czegoś jeszcze
co kochałeś
nie zabrakło Ci
(bo miałeś)
jednego
Tej
serdecznej
mądrej
troski
o chorego

dr Edward Chrostek zmarł 21 stycznia 2019

Igor i Dedal

Zabrakło mi ciebie
tak bardzo
bo na zawsze
Na twoich skrzydłach
zwiedzałem krainę
upadłych bogów
antycznego ładu
ty dałeś je
drugi raz
Dedalowi

pamięci Igora Mitoraja
1944-2014

***
wychyliły się dzwony farne
wydzwoniły jęki żałobne
kwiaty biedne polne, łąkowe
zamożniejsze bukiety nadobne
dumne wieńce z pisanym
słowem
najróżniejsze
wianki, wiązanki
szarfy lśniące
czarno pisane
Drogiej Ani
dla Ani kochanej
najkochańszej
Pani Doktor naszej
wszystkie smutne
jak świata koniec
żegnam twoje kochane serce
mądre oczy
i dobre dłonie

dr Anna Obojska zmarla 5 10 2018r

W listopadzie

chryzantemy się złocą
to już listopad, popatrz
nocą cmentarze płoną
wielką łuną czerwoną
czas tak minął jak mgly
nie uśmiechasz się wcale
w zielonych oczach masz łzy

kocham Cię

Boże dzięki Ci za to
że była
taka dobra, mądra, kochana
czasem ciężko ale pięknie żyła
Za to posadź Ją u siebie na kolanach
i ukołysz migotaniem gwiazd,
żeby spała kiedy nie boli
żeby wstała kiedy przyjdzie czas

pamięci pani doktor Danuty Bogdanowicz
zmarła 11 10 2018

Noc listopadowa

O nocy listopadowa
co się ogniem rozgrzewasz
łuną z milionów zniczy
oświetlasz groby i drzewa
Patrz, tu grób ciemny, niczyj
Bądź prośbom naszym łaskawa
Zanieś zaduszki
do Pana
Na łące niebieskiej pospołu
gwiazdy z modlitwą połóż

 

Odchodzenie

Teresa Rudolf

Coraz więcej zdjęć

Coraz więcej zdjęć
we mnie, twarze, twarze,
coraz wiecej dźwięków,,
głosy, głosy  głosy.

Tylu ludzi odeszło,
porozbiegani teraz
po zaświatach szarych,
lub kolorowych…

Dziś ich święto,
spotykają się jedni,
omijają się inni,
jak kiedyś w życiu???

A ja,

czekam, czekam
na niektórych dzisiaj,
przy przebogatym
stole mej pamięci.

Zaduszki

Zapach świeczek,
kwiatów cmentarnych,
gdzieś się unosisz,
tuż nade mną?

Patrz, tak kolorowo
dzisiaj, to chryzantemy,
białe, a te łososiowe,
to dla Ciebie…

Siądę na troszkę,
posłuchaj moich myśli,
ich muzyki uroczystej
na dzisiejszy dzień.

Słyszysz? Słyszysz?
Liście szeleszczą…
chłód już zimowy…
znów odchodzisz…

Reblog Rosh Hashana Mazel Tov

Konrad Sałagan

Akedat Jicchak

Jutro Rosz Haszana – żydowski Nowy Rok 5787. שנה טובה ומתוקה  schana tova u’metuka.

Rosz Haszana nawiązuje do narodzin i poświęcenia Izaaka (Akedat Jicchak), przede wszystkim jednak jest to święto upamiętniające zakończenie boskiego aktu stwórczego, jego szósty dzień, w którym stworzony został człowiek.

Nowy Rok obchodzony jest zupełnie inaczej niż Nowy Rok w większości kultur. Nie jest okazją do radosnej celebracji, alkoholu i zabawy. Jest Dniem Sądu. Przygotowania do tego dnia polegają na analizowaniu własnych uczynków, szczególnie tych złych – skierowanych przeciwko ludziom i Bogu. Celem etycznym Rosz Haszana i następującego po nim (dziesiątego dnia tiszri) Jom Kipur jest analizowanie własnego życia, dostrzeżenie win, okazanie skruchy, przebłaganie Boga i skrzywdzonych bliźnich. Jest szczególną cechą judaizmu, że Nowy Rok staje się okazją do rozliczenia swojego życia, ocenienia własnej postawy wobec Boga i ludzi.

Zadałam autorowi pytanie, co ostatnio pisze. Przyszła odpowiedź, a do niej jeszcze dwuczęściowe wyjaśnienie

Wyjaśnienie I

Ewo

ten tekst, czyli post, napisałem
dla Ciebie – może, by Cię trochę
zainspirować.

Ciebie da się tak inspirować, bo jesteś
człowiekiem księgi i książki. A takich
ludzi jest coraz mniej na świecie.

Jeśli tak uważasz, Ewo, opublikuj ten
tekst na twoim blogu.

Proszę tylko zachowaj formatowanie tego
tekstu – właśnie w smukłej kolumnie
w dół; tak, jak rozkładają się wersy poezji.
Zresztą, za tym tekstem, jak za zasłoną,
ukrywa się tchnienie poetyckiej inspiracji.

***

Co piszę?

Ewo

pisałem od końcowych dni lipca 2017 r.
poema o Powstańcach Warszawy 44 r.,
mając w zamiarze również pisanie
o Powstańcach Warszawy 43 r.
w Getcie (także o symbolu tego powstania,
symbolu wolności, rabinie Menachemie
Ziębie). Szukałem połączenia tych dwóch
Powstań Warszawy. Ale przerwałem.

W sierpniu 2017 r. w Warszawie na Żoliborzu
przypadkowo spotkałem Jerzego Maksymiuka.
Może to nie był przypadek. Między nami
wywiązała się rozmowa – między innymi
przestrzegł mnie przed “mitologizacją”
Powstania Warszawskiego. Dał przykład
z podobnego zamiaru twórczego
Krzysztofa Pendereckiego z końca lat 60
XX w. Przestrzegł, że pisząc poema
o Powstaniu Warszawskim 44 r.,
sprowadzę na siebie nieopacznie “sprawy
niezałatwione panoszącej się nad
Warszawą bestii, jeszcze teraz” – coś w tym
stylu. Penderecki w tamtych latach (latach 60)
ponoć popadł przy pisaniu takiej muzyki
w ciężką depresję. I nie napisał.

Nie posłuchałem od razu sugestii Jerzego Maksymiuka
i dalej pisałem poema we wspomnianym temacie.
No, ale gdy zacząłem “ostro odjeżdżać” jak przy
psychodelicznej grze komputerowej (np. przy
Morrowind), dałem spokój.

Z zasady jestem przeciwnikiem wszelkiego
mesjanizmu – więc dałem spokój. Pytanie
o człowieczeństwo. Ile istot ludzkich obchodzi
idea człowieka? Przedtem lub teraz w kręgach
Hadesu. Czytam opowiadanie Stanisława Lema
“Kongres Futurologiczny. Ze wspomnień Iliona Tichego”.
Taka powtórka z lektury.

Choć dalej marzy mi się posąg rabina Menachema Zięby
w Warszawie, w miejscu gdzie zginął, biegnący
ze Zwojami Tory. Bez naszywki żółtej gwiazdy tak,
jak zwykle się nosił rabin Menachem Zięba,
godny obywatel Rzeczpospolitej. A zarazem “mój”
symbol Wolności.

W te dni pospolite, gdy świat chybocze się nad
przepaścią (co jest chyba stałym elementem
gry – od zarania); wypijam oceany zielonej
herbaty tu w Warszawie, w lokum na Bielanach
warszawskich; na przełomie sierpnia a września
2017 r.

***

Wyjaśnienie II

Polacy i Polacy izraelskiego pochodzenia
nie wiedzą kim był rabin Menachem Zięba
– w ogóle nie znają tej osoby.

Angielski tekst biografii rabina Menachema Zięby
na Wikipedii, mówiąc delikatnie, ma zasadnicze
błędy. Ale dobrze, że jest.

Najwięcej i najsensowniej można poznać działalność
rabina Menachema Zięby w Żydowskim Instytucie
Historycznym w Warszawie (ul. Tłomackie 3/4)
– np. o jego zasadniczej roli w Powstaniu Getta
Warszawskiego 43 r. Piszę o tym na wszelki wypadek.

Nieprawdą jest, że Kościół Katolicki nie chciał
go wyciągnąć z Getta (ale naukowe organizacje
międzynarodowe również chciały go uchronić
wraz z rodziną od śmierci) – rabin Menachem Zięba
odmówił, a jego rodzina również. Odpowiadał wciąż
z uporem, że w takiej chwili musi zostać ze swoimi.

Właśnie rabin, jeden z największych rabinów w historii
Izraela, rabin i chasyd, zsakralizował walkę Żydów,
obywateli Rzeczpospolitej, o wolność i prawo do życia.

Niemcy podpalili budynek, gdzie rezydował (a nie
ukrywał się) – i rabin Menachem Zięba wybiegł
ratując swego wnuka i Zwoje Tory w drugiej ręce.
I Niemcy go zabili.

Wybacz długi post, ale musiałem kilka spraw wyjaśnić.
Dla mnie postawa rabina i chasyda Menachema Zięby
jest kluczowa wobec bestii – jakiejkolwiek nacji.
To był ten szczególny wyjątek od reguły ahinsy.

Mięliśmy jeszcze w miarę dobrą sytuację, lat 1981-1989,
że walczyliśmy metodą Mahatma Gandhiego – przede wszystkim
wolnym słowem i pomocą dla prześladowanych.

PS. Gdy postawią pomnik Menachema Zięby
w Warszawie, “dobiegną końca” Powstania: 43 i 44,
tam w górze nad Warszawą – jak mi się wydaje.
Ot, poetycka intuicja.

Spotkania z Księciem Ciemności 20

Ksawery Kopański

Jam jest Książę Ciemności!

Popatrz Książę, jak to życie się plecie… Trwamy sobie cicho i na uboczu, ciesząc się nawzajem swą obecnością – to znaczy ja cieszę się Twoją, bo Ty mnie traktujesz instrumentalnie; za to jednak, ile radości dajesz Kropce i mojej Żonie, jestem Ci w stanie wszystko wybaczyć – słowem, żyjemy sobie na uboczu, marząc, by świat o nas zapomniał, ale gdzie tam. Drań jest pamiętliwy, że hej! Z zasady i konsekwentnie omijamy aktualia, lecz one nachalnie pchają się na karty naszej opowieści. A kto temu winien? Wiadomo – Adminka! Podobnie jak Ty wyczuła, iż serce mam miękkie i pomocy nie odmówię. No i obciążyła mnie pewnymi aktualiami, wartymi przywołania. Inna sprawa, że chyba faktycznie warto je wspomnieć, bo są, co by nie mówić, dość nietypowe i w sumie miłe.

Pierwsze primo: dziś Dzień Dziecka. Ciebie on nie dotyczy: Ty wyrosłeś, nie wiadomo jak i kiedy, gdzieś w trakcie snucia się naszej opowieści, na prawdziwego i dorodnego mężczyznę. Po wypłoszonej, włochatej kuleczce, z oczyskami wielkimi na pół twarzy, nie pozostało ani śladu!

Ale za to ja mogę się cieszyć jak dziecko, patrząc na Twoje zabawy z Kropką, te zapasy lub gonitwy, które urządzacie po całym domu. Skoro dotąd – a stoję wszak na progu starości – nie spoważniałem, to chyba już nigdy się to nie stanie. Może i dobrze. Owszem: jestem jak dziecko bezbronny wobec świata, ale za to dziecięcej radości nikt mi nie zabierze. Chwilo trwaj, jesteś taka piękna! A ona trwa… już kilkadziesiąt lat. Między innymi dzięki Tobie, Książę. Dziękuję.

Ale co tam doktor Faust, gdy na karty naszej opowieści pcha się inny niemiecki bohater literacki! I to jest drugie primo, to są te drugie „aktualia”: świeżutka, bo trzechsetna, rocznica urodzin! Po prawdzie wypadła ona dwadzieścia dni temu, ale cóż znaczy marne dwadzieścia dni obsuwy wobec trzech wieków! Zresztą zawsze możemy, powołując się na klasyka, stwierdzić, iż oto brygada młodzieżowa zobowiązuje się zaciągnąć wartę młodzieżową przy nowo zakupionych parówkach, dla uczczenia trzydziestej pierwszej okrągłej rocznicy… lub coś równie absurdalnego. Bowiem kto jak kto, ale nasz Jubilat miał – do czego jak do czego, ale do prawdy – stosunek wyjątkowo swobodny i niefrasobliwy: oto 11 maja 1720 na świat przyszedł Hieronymus Carl Friedrich, Freiherr von Münchhausen!

No dobrze, to wielka uroczystość. Tylko jak zlepić tę rocznicę z opowiastką o Tobie, Czarnuszku? Nie będzie to chyba zbyt trudne. Wszak Ty jesteś poniekąd Prinz von Münchhausen. Prawdziwy Prinz!

Tylko może trochę mniej świadomy tego faktu. Baron manipulował, zmyślał, mistyfikował co się da i ile wlezie. Ty Książę czynisz to samo. Intencje, trzeba przyznać, macie odmienne. Baron robił to, aby życie było ciekawsze, piękniejsze, by miało smak i aromat. Ty Książę postępujesz tak, by nas wykiwać i wykorzystać, ale efekt osiągasz odwrotny do zamierzonego: masz się za króla oszustów, lecz jedynie wzruszasz i bawisz.

Obaj, czy to świadomie, czy też w sposób niezamierzony, dajecie innym radość oraz szczęście. I tego się trzymajmy. Macieju Kocie, idź tą drogą!

Zakończę dzisiejsze obchody wniesieniem drobnego protestu. Kto wpadł na głupi pomysł, aby zaburzenie psychiczne, polegające na wywoływaniu u siebie objawów somatycznych, nazwać Zespołem Münchhausena!? Zespół Münchhausena tyle ma wspólnego z Baronem Münchhausenem, co, nie przymierzając, marksiści z Marksem, a kanciarze z Kantem, jak mawiało się za nieboszczki Komuny; trochę już żyję, stoję na progu starości, więc pamiętam takie sentencje. Wszak, jako się rzekło, Baron robił to, co robił, dla zabawy. By łatwiej było znosić przykrości życia. Zaś ktoś dotknięty Zespołem sobie i innym robi jedynie krzywdę. Czyż nie?

Mój Ty Książę von Münchhausen, cieszę się, że jesteś!

W oktawę Wielkiej Nocy

Ciekawe, my też w tym roku słuchaliśmy Bacha przez całą Wielkanoc.

Lech Milewski

Wielkanoc Jana Sebastiana Bacha

Tegoroczną Wielkanoc mieliśmy okazję spędzić w ograniczonym gronie i przestrzeni.
To specyficzna sytuacja, dlatego nie chciałem przedwcześnie rozpraszać niczyjej uwagi opowiastkami, jak to kiedyś bywało, jak to mogłoby być?

Teraz chyba właściwsza na to pora.

W okresie Wielkanocy, w naszym domu wyraźnie obecna była muzyka Jana Sebastiana Bacha, przede wszystkim Oratorium WielkanocneKLIK.

Nic dziwnego zatem, że zastanowiłem się – jak J.S. Bach spędzał Święta?

Odpowiedź znalazłem natychmiast u Konstantego Ildefonsa Gałczyńskiego – Wielkanoc Jana Sebastiana BachaKLIK. Napisane w 1950 roku.

Przyjemna opowieść – kantor to ma klawe życie – pomyślałem parafrazując tytuł popularnej kiedyś piosenki (Przypisy – 1).

Swoją drogą, panie Konstanty – czy Pan nie zafantazjował?
Postanowiłem sprawdzić nieco dokładniej.
Stanowisko – kantor w Lipsku.
Wrzuciłem to hasło do google – oto jedna z czołowych odpowiedzi – KLIK.

“Jeśli nie za wybitnie się pragnie… uczynić bez wychodzenia z domu…” – to rzeczywiście doskonałe rozwiązanie na czas pandemii.
J.S. Bach chyba by sobie z tym tak łatwo nie poradził (((.

Na szczęście żył w łatwiejszych niż obecne czasach i do jego obowiązków należało:
– przygotować oprawę muzyczną na każdą niedzielę i święto kościelne.
Bach, chyba w pierwszym napływie entuzjazmu, by zrobić dobre wrażenie na pracodawcy, zdecydował, że będzie to kantata. W ciągu pierwszych 7 lat służby napisał ich więcej niż 300 – każda to ponad 20 minut muzyki, większość zaginęła.
Zachowała się ta napisana na pierwszą niedzielę w okresie zatrudnienia – Święto Trójcy Świętej – 30 maja 1723 – Die Elenden sollen essen (Biedni powinni jeść) – przypisy 2.
– prowadzenie chóru w katedrze św. Tomasza – Thomasenchor.
– obsługa muzyczna kościołów Thomaskirche, Nikolaskirche, Neue Kirche i Petrikirche.
– nauka łaciny – ten obowiązek odstraszył Georga Filipa Telemanna, któremu rada miasta Lipska oferowała wcześniej stanowisko kantora, Bach to był już wybór “drugiego sortu”.
W praktyce okazało się, że J. S. Bach miał prawo zatrudnić czterech prefektów do pomocy. Jeden z nich odpowiadał za naukę łaciny.
Do obowiązków służbowych J. S. Bacha NIE należała gra na organach. Tego podjął się już na własną rekę, w czterech wymienionych wyżej kościołach.

Wrócę na chwilę do Oratorium Wielkanocnego. Wykonane na Wielkanoc, 1 kwietnia 1725 roku. W tym samym roku mieszkańcy Lipska mieli okazję wysłuchać Pasji wg św Jana – Przypisy 3.
Dwa monumentalne dzieła w odstępie kilku tygodni. To był drugi kompozytora w Lipsku, może Bach chciał pokazać pracodawcy swoją wartość.

Po siedmiu latach pracy J. S. Bach jakoś chyba unormował warunki zatrudnienia na etacie i to może wtedy miał czas, by krążyć po pustym domu, jak to opowiedział Gałczyński.

Trubadur – tak określił Gałczyńskiego Czesław Miłosz w Zniewolonym Umyśle – rozdział 7. Delta.
Delta zawsze potrzebował mecenasa. Teraz znalazł wreszcie mecenasa naprawdę hojnego: państwo. Cokolwiek teraz napisał, przynosiło mu obfite dochody. Jego pióro było zaiste złote…

Rok 1950, w tym roku Gałczyński został mocno skrytykowany na Zjeździe Związku Literatów Polskich i usunął się w cień, do leśniczówki.
Może właśnie tam krążył, wpatrując się w niebo i przywołał do towarzystwa Jana Sebastiana Bacha.

Wrócę na chwilę do Zniewolonego umysłu i klawego życia cysorza.
Delta potrzebował mecenasa… – pomyślałem sobie, że Mecenas, którym w tych czasach było państwo, potrzebował Delty – kogoś dostarczającego “opium dla mas“, i nie mógł to być Kościół.
Natomiast – cysorz w kalesonach i koszuli flanelowej?
Myślę, że to był dobry środek znieczulający dla ludu czekającego na mieszkanie rozwojowe z kuchnią bez okna.
Bardzo przepraszam Tadeusza Chyłę za wplątanie go w te rozważania.

Jednak w 1966 roku, roku tysiąclecia, roku, kiedy władza dokładała wielkich starań, aby wymazać, ze świadomości ludu skojarzenia z chrztem, w tym właśnie roku wykonano w Polsce wielkie dzieło muzyczne o zdecydowanie religijnym charakterze – Pasja wg św Łukasza – jedyna której nie napisał J. S. Bach.
Zgodnie z zasadami dialektyki marksistowwskiej, to nie rząd PRL był tu mecenasem. Krzysztof Penderecki napisał ją na zamówienie Westdeutcher Rundfunk a premiera odbyła się w obchodzącej siedemsetlecie katedrze Münster.
Polska premiera Pasji odbyła się prawie dwa miesiące później w Krakowie i to nagranie towarzyszyło nam w tegorocznym Wielkim Tygodniu. Przypis 4.

Przypisy:
1. Cysorz to ma klawe życieKLIK.
2. Kantata Die Ellenden sollen esssenKLIK.
3. J.S. Bach – Pasja wg św JanaKLIK – polecam przynajmniej pierwsze 4 minuty.
4. K. Penderecki – Pasja wg św ŁukaszaKLIK.