Nad wielkim, spokojnym bez fal oceanem Słoneczko się budzi i świeci nad ranem Odbija się, błyska w kropelkach i w toni Powoli czas płynie, nie nagli, nie goni
Na wodzie – pływa albatros ospale I choć lataniem nie zmęczył się wcale Podziwia widnokrąg i niebo w tej przerwie Gdy wiatr znów zawieje do lotu się zerwie
Nagle – horyzont gwałtownie się chmurzy Chyba już dawno nie było tu burzy… Szarawo się robi i ciemno dokoła Albatros spokojny, on burzy podoła
Fale wzrastają, obłędnie kołyszą Wiatr hula a ptaki to czują i słyszą Dla albatrosa to czas by w przestworza Wzbić się leciutko, oderwać od morza
Prostuje swe skrzydła olbrzymie, strzeliste I z góry spogląda na wody faliste Przy mocnej nawale i silnym podmuchu On leci bez trudu, zastygły w bezruchu
Gdy wieje, albatros się czuje wspaniale I dziobem się wbija pod ogromną falę Swym żółtym i mocnym, jak hak zgiętym dziobem Kalmara w lot chwyta, wypływa nad wodę
Albatros w locie oczy przymyka Zasypia w powietrzu, kalmara połyka Dla niego podniebie to wolność i życie Usiądzie na wodzie gdy znów będzie ciszej
nie pytaj się o apokalipsę – nastąpiła ona jak zwykle wczoraj dzisiaj budzi się jak zawsze w ruinach snu i jak pierwiosnek rozkwita w każdej szczelinie pamięci
wiersz
wiersz to bursztyn na fali czasu
życiorys polaka przeciętnego (od kolebki do usranej śmierci)
1. hydra 2. centaury 3. palenie wołomontowicz 4. obrona jasnej góry 5. sprzątanie stajni augiasza 6. uderzenie w kalendarz
sportnachrichten im kampf der minarette und nordmanntannen versus grotten mit feuchtgebieten stellen wir augenblicklich ein unentschieden fest peitsche als devotionalie einer vergangener epoche hängt an der wand heute ist die zeit der elekronischen fussfesseln und digitalen scheiterhaufen jetzt kämpfen die avatare die schlachten für uns auch liebe und hass werden virtuell und nur noch per knopfdruck
Wielkanoc Jana Sebastiana (i Konstantego Ildefonsa, i … moja)
Konstanty Ildefons Gałczyński
Wielkanoc Jana Sebastiana Bacha
Rodzina wyjechała do Hagen. Sam zostałem w tym ogromnym domu. Po galeriach krokami dudnię.
Bardzo śmieszą mnie te złocenia i te pelikany rzeźbione jak od niechcenia, i te chmury mknące na południe.
Ja bardzo lubię chmury. I światło pochmurne. Jak fortece. Jak moje fugi poczwórne.
Cóź to za rozkosz błądzić przez pokoje z Panią Muzyką we dwoje! Jak las jesienny świece w lichtarzach czerwone.
A dzisiaj jest Wielkanoc. Dzwon rozmawia z dzwonem. O, wesołe jest serce moje!
W starych szufladach są stare listy, a w książkach zasuszone kwiaty, jak to miło plądrować wśród starych papierów… O, świąteczne godziny pełne złotych szmerów! o, natchnienia jak kolumny złote! 0, kantaty!
Ubrany w zielony aksamit brodzę, błądzę tymi pokojami, i po galeriach, i po schodach;
o, jeszcze tyle, tyle do wieczora godzin, żeby mruczeć, żeby nucić, żeby chodzić, żeby płynąć jak zaczarowana woda!
Ciemne jak noc portrety witają mnie w salach, jeszcze bardziej ciemniejąc, kiedy się oddalam.
To śmieszne, że niektórzy nazwali mnie mistrzem, mówią, że w mych kantatach zamknąłem niebiosa. Szkoda, że tu nie wszyscy znacie mego kosa, ach, jakże ten kos śpiewa, jakże ten ptak gwiżdże, jemu wiele zawdzięczam. No i wielkim chmurom. I wielkim rzekom. I piersiom twoim, Naturo.
Spójrzcie na te niebieskie hiacynty, na te krzesła z czarnego drzewa, na te wszystkie złocone sprzęty, na tę klatkę z papugami, która śpiewa, na te obłoki jak srebrne okręty, które wiatr południowy podwiewa. Tak. Spójrzcie. To jest moje mieszkanie. Też wspomnienie po Janie Sebastianie.
Mówią, że jestem stary. Jak rzeka. Że czas coraz bardziej z rąk mi ucieka. To prawda, że mi wiele godzin przepadło. Ale to nic. Do diabła! Ja gram na mocnych strunach i są jeszcze kantaty moje, do pioruna! Nie czas mnie, ale ja go wziałem na kowadło.
Zaraz przyjdzie rodzina i zacznie się uczta. Córy moje, nim siadą, przejrzą się do lustra. I chmara gości ściągnie. I nastąpi taniec. Podjedzą sobie setnie i podpiją dobrze. I pasterz z gobelinu też huknie na kobzie. A potem wieczór przyjdzie. I zniknę w altanie.
Bo lepsza od mych skrzypiec, gdym grywał w Weimarze, niźli perły, o których dla mej żony marzę,
niż sonaty mych synów, niż wszystkie marzenia, taka chwila wielkiego, wielkiego wytchnienia,
właśnie teraz, gdy widzę przez altany szparę rzecz niezwykłą, zawrotną, szaloną nadmiarem: WIOSENNE GWIAŹDZISTE NIEBO.
Kiedy sobie siedzę na takiej ławeczce, nad rzeką płynącą spokojnie, wtedy my obie wiemy, że bywa też inaczej; może się nagle wszystko zmienić; ona może wyjść z brzegów, lub odwrotnie może też całkiem zniknąć, wysuszona na kamień.
A człowiek? Podobnie, też ma swoje brzegi, lub okresy suszy… Musi się bronić, lub poddać walkowerem. I tak oto obie sobie płyniemy…
Piękny kwiat potrafi udekorować nawet najbardziej surowe podłoże; stare mury, stare domy, skały, brzegi rzek, kamienie, piasek… Rzadko przebije się jednak przez betony miast… Smutne.
Natura wie instynktownie wszystko o pięknie koloru, formy, zapachu… Wie i chętnie dzieli się… Jest absolutnie bezkonkurencyjnie “wielowymiarowa” i wielkoduszna.
Cienie na niektórych zdjęciach, to jakby sytuacyjnie towarzyszące “duszki”, pozostawiające po sobie zniekształcone, ale piękne odciski.
Każdy przypadkowo “napotkany” dom otoczony ogrodami, drzewami, sezonową przyrodą, może być dla kogoś równie przypadkowego inspiracją do napisania bajki, powieści (romansu, lub kryminału), wiersza lub do namalowania obrazu.
Obcość tego objektu może być fascynującą tajemnicą, zachwytem, czasem wzruszeniem, różnie… Połączenie dzieła jednego człowieka, z fantazją innego.
Ach, tymi schodkami prosto przez góry, do nieba! A kiedyś dawno temu, przypomina mi się, że pojechał ktoś “windą do nieba”…
Gdyby Bóg kierował tym co potocznie nazywa się historią, to byłby On tym, którego potocznie nazywa się sadystą, brodzącym przez potoki krwi od zbrodni do zbrodni.
2.
A dzisiaj? Oświecenie poniosło porażkę. Socjalizm bezradny. Kościoły skorumpowane. Czyżby człowiek stał się rakiem Ziemi? Historia połyka naturę. Głód postępuje. Rozwój zbrojeń darowuje nam high-tech. I nawet krew nie musi płynąć w tej wojnie: Promienie laserowe karbonizują z szybkością światła krajobrazy, miasta, ludzi, spalają bez płomieni, w ułamku sekundy wszystko czarne wszystko zwęglone.
3.
Obojętnie jaki Bóg, obojętnie jaka by to była historia, przenigdy nie spełnia się Jego wola w wyścigu z całkowitym zniszczeniem. Stwierdzam to, ach tak, bez dowodu, stary człowiek z pustymi rękami, raz wściekły to znów pełen nadziei, ciągle pytając: Wielkanoc, czy to nie była Wielkanoc?
4.
Jednak nie Dżingis Chan, nie Napoleon, ani Gulbenkian, czy Krupp wstali z martwych. Pewnemu galilejskiemu prowincjuszowi jednakże (jak krąży niezmordowana plotka) miało to się zdarzyć, jednemu, który był tak ślepy historycznie, a może owładnięty świętym szałem, że kochającym i bezbronnym, przyrzekł ziemię, która – od kryzysu do kryzysu od wojny do wojny – wydaje się trwać w pewnych rękach władców i bankierów, wraz z ich spekulantami zbrojeniowymi i pięciogwiazdkowymi biurwami.
5.
Tak idę, jak idę? Myśląc, pytając: czy nie było tam Marii z Magdali, ostatniej pod krzyżem, pierwszej o świtaniu, apostoli apostolorum, podżegaczki wiary, serca pierwszej wspólnoty? I idę, krok za krokiem, mrucząc, prosząc: zaraź nas twoją wytrwałością, o ty, wieloimienna Mario, uczyń pewniejszymi nasze codzienne kroki przez prawdę, której doświadczyłaś: CHRYSTUS ZMARTWYCHWSTAŁ.
kto jest bohaterem naszych czasów? dziewczynki z zapałkami, które wyciąga się za uszy z bajki demokracji
lato 2011
whats up
(piosenka a’la gangstarap; co zdanie padają słowa niecenzuralne więc ich tutaj nie zamieszczam)
miliardy puszeczek pandory o nazwie smartfon 24/7 włożonych do kolebki nowemu pokoleniu; little sister is watching u und facebook&twitter sind unsere hirten a europa to ziemia obiecana gdzie radykalna feministka i proboszcz (albo pastor, rabin, imam etc) spotykają się na ukwieconym skwerze i dyskutują, elegancja francja, o metodach zapładniania jak i przerywania ciąży, a na koniec kiwają do siebie przyjaźnie i rozchodzą się do swoich owieczek; a na linii elektronicznego frontu harcują hakerzy, spamerzy, hejterzy i ich przeciwnicy; alleluja i utopia! to nie traktory a ajfony zdobywają niepewne jutro
lato 2015
ciężarówka w drodze do europy
czterdzieści osiem metrów sześciennych przestrzeni siedemdziesiąt jeden martwych ciał
orzech jest nagi syte wrony podskakują na oziminie pod sinym niebem niesie wiatr zapach dymu i mrozu mgła gruba jak kożuch na mleku plam, plam… topnieją sople na okapie ale zima dopiero zasypia
a wiosną tak znowu pójdę w las zrywać młodą koniczynę
*
nussbaum ist nackt die satten krähen hüpfen auf dem wintersaat unter dem violleten himmel trägt der wind geruch von rauch und frost das nebel ist so dick wie saum auf dem milch plam, plam… die eiszapfen tauen auf dem zims winter fängt erst einzuschlafen
doch in frühling ja werde ich in den wald gehen um junges kleeblatt zu pflücken
rabe und fuchs/ilustration wachskreiden auf papier/1999/ alle rechte vorbehalten/ t.j.