
spowiadam się
bogu najmniejszemu
czasami klękam przed wierzbą
i mówię – dziękuję!
za stancję w oku cyklonu
za gruszki i atrament
amen
18/12/6


spowiadam się
bogu najmniejszemu
czasami klękam przed wierzbą
i mówię – dziękuję!
za stancję w oku cyklonu
za gruszki i atrament
amen
18/12/6

Teresa Rudolf
***
Kwiaty prawie już otwarte
na razie ślepe,
wciąż w pąkach, boją się
pokazać światu…
…człowiek czyha
na ich piękno,
by kraść im
zapach
kolor…
…i zdobić
się nimi.
***
Jeżyk mały
świeci nagością,
bezbronny na dotyk
nim obronią go kolce.
Nie pozna
nigdy pieszczoty
przytulenia,
ale też i bólu?
***
Źrebak stoi już
na świeżo urodzonych,
do galopu silnych nogach,
niecierpliwie wyczekanych…
… o medalach
dużym biznesie,
marzy “stwórca” koni.
***
***
Słychać krzyk
przyjścia na świat
człowieczego dziecka,
ach, ach, ach,
będzie lekarzem
księdzem, piłkarzem
adwokatem, piosenkarzem…
…każdym.
Świat czeka na niego,
a on ciekawy świata,
zrobi ze sobą i z nim
co zechce…
…jest wolny
do codziennego
…błysku,
samoobrony…
też i…
zagłady…
i samozagłady.
***
Już wiosna,
opętana zapachem
odurza, obiecuje,
uwodzi grzechem
zapominania
o odejściu.
I odejdzie
jak przyszła,
(wybije jej dzwon)
rozrzucąjąc
obietnice zmian
jak liście…
zmuszone
umrzeć
dla jesieni.
Anna Dobrzyńska
Nad wielkim, spokojnym bez fal oceanem
Słoneczko się budzi i świeci nad ranem
Odbija się, błyska w kropelkach i w toni
Powoli czas płynie, nie nagli, nie goni
Na wodzie – pływa albatros ospale
I choć lataniem nie zmęczył się wcale
Podziwia widnokrąg i niebo w tej przerwie
Gdy wiatr znów zawieje do lotu się zerwie
Nagle – horyzont gwałtownie się chmurzy
Chyba już dawno nie było tu burzy…
Szarawo się robi i ciemno dokoła
Albatros spokojny, on burzy podoła
Fale wzrastają, obłędnie kołyszą
Wiatr hula a ptaki to czują i słyszą
Dla albatrosa to czas by w przestworza
Wzbić się leciutko, oderwać od morza
Prostuje swe skrzydła olbrzymie, strzeliste
I z góry spogląda na wody faliste
Przy mocnej nawale i silnym podmuchu
On leci bez trudu, zastygły w bezruchu
Gdy wieje, albatros się czuje wspaniale
I dziobem się wbija pod ogromną falę
Swym żółtym i mocnym, jak hak zgiętym dziobem
Kalmara w lot chwyta, wypływa nad wodę
Albatros w locie oczy przymyka
Zasypia w powietrzu, kalmara połyka
Dla niego podniebie to wolność i życie
Usiądzie na wodzie gdy znów będzie ciszej
Teresa Rudolf
***
Jedna ręka w chmurach,
druga w dalekiej pamięci,
jedna noga już w marszu,
druga wciąż na progu domu.
***
Czymż jest tęsknota?
Co i ile w sobie mieści?
Zbliża, czy może oddala?
A do kogo, za czym, po co?
***
Odwracasz się wstecz,
widzisz ślady własnych stóp,
a gdy do przodu patrzysz,
gęstą jak jogurt grecki mgłę.
***
Wiosna
wpada na chwilę,
szeleści zieloną
suknią
budząc cieniutką
nadzieję,
przez byle wiatr
dziurawą.
***
Jutro znów
porankiem
się otworzy,
godzinami
wystukane
ciemnym
wieczorem
zamknie.
Słychać już
przesuwanie
paciorków
liczydła
życia…
na…
wczoraj.
Kornelowi Makuszyńskiemu
Magistro – discipulus
Zebrały się wróble na drzewie
czeredą rozświergotaną;
które wędrują po niebie,
zebrały się wróble rano.
*
Ćwierknął wróbel do wróbla: – Kolego,
na sercu mi jakoś tak lekko!
Ćwierknął drugi: -A ja się nie dziwię.
Wielkanoc, kolego, Wielkanoc.
*
Poczekajcie, co będzie dalej:
zaraz trzeci dowiedział się o tym,
potem czwarty, lśniący wspaniale
swoim dzióbkiem od słońca złotym,
*
potem piąty i szósty, i siódmy,
i ten ósmy z ogonkiem brudnym.
I tańczyły cienie poranne
pod te wielkanocne świergoty.
*
Ale nie myśl, że koniec tutaj,
jeszcze strofy moje falują
i się staje jak jedna nuta
drzewo od ptasiego alleluja,
*
polskie drzewo rosnące w słońce,
święte drzewo rozkwitające,
ptakami obwieszone jak dzwonami.
Alleluja, bracia. Alleluja!
*
Nocny stróż, co wracał z latarką,
zdmuchnął płomyk, pod tym drzewem stanął.
Rzezimieszek z rozciętą wargą
uczuł nagle trwogę niesłychaną,
*
potem słodycz, jakby w sercu zasuwa
odsuwała się, jakby fruwał –
i łzy mu się puściły do oczu.
Wielkanoc. Wielkanoc. Wielkanoc.
*
No i babki zaczęły się budzić
na wielkanocnych obrusach.
Ludzie szli z kwiatem do ludzi
jak do poetów muza.
*
A to drzewo, które opisałem,
zasłużyło na wielką chwalę,
bo tylko nad tymi wróblami grał obłok purpurowy
od szaty wniebowstępującego Chrystusa.


ode an die schnecke (achtung! gefährlich! polnisch!)
Oooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooo
dddddddddddddddddddddddddddddddddddddddddddddddddddddddddddddddddddddd
aaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaa
dddddddddddddddddddddddddddddddddddddddddddddddddddddddddddddddddddddd
oooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooo
śśśśśśśśśśśśśśśśśśśśśśśśśśśśśśśśśśśśśśśśśśśśśśśśśśśśśśśśśśśśśśśśśśśśśśśśśśśśśśśśśś
lllllllllllllllllllllllllllllllllllllllllllllllllllllllllllllllllllllllllllllllllllllllllllllllllllllllllllllllllllllllllllllllllllllllllllllllllllllllllllllllllll
iiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiii
mmmmmmmmmmmmmmmmmmmmmmmmmmmmmmmmmmmmmmmmmmmm
aaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaa
kkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkkk
aaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaa
pierwiosnek
nie pytaj się o apokalipsę – nastąpiła ona jak zwykle wczoraj
dzisiaj budzi się jak zawsze w ruinach snu
i jak pierwiosnek
rozkwita w każdej szczelinie pamięci
wiersz
wiersz
to bursztyn
na fali czasu
życiorys polaka przeciętnego
(od kolebki do usranej śmierci)
1. hydra
2. centaury
3. palenie wołomontowicz
4. obrona jasnej góry
5. sprzątanie stajni augiasza
6. uderzenie w kalendarz

sportnachrichten im kampf der minarette und nordmanntannen
versus grotten mit feuchtgebieten
stellen wir augenblicklich ein unentschieden fest
peitsche als devotionalie einer vergangener epoche hängt an der wand
heute ist die zeit der elekronischen fussfesseln
und digitalen scheiterhaufen
jetzt kämpfen die avatare die schlachten für uns
auch liebe und hass werden virtuell
und nur noch
per knopfdruck
t.j., 2013

Wielki Piątek
Wielkanoc Jana Sebastiana (i Konstantego Ildefonsa, i … moja)

Wielkanoc Jana Sebastiana Bacha
Rodzina wyjechała do Hagen.
Sam zostałem w tym ogromnym domu.
Po galeriach krokami dudnię.
Bardzo śmieszą mnie te złocenia
i te pelikany rzeźbione jak od niechcenia,
i te chmury mknące na południe.
Ja bardzo lubię chmury. I światło pochmurne.
Jak fortece. Jak moje fugi poczwórne.
Cóź to za rozkosz błądzić przez pokoje
z Panią Muzyką we dwoje!
Jak las jesienny świece w lichtarzach czerwone.
A dzisiaj jest Wielkanoc. Dzwon rozmawia z dzwonem.
O, wesołe jest serce moje!
W starych szufladach są stare listy,
a w książkach zasuszone kwiaty,
jak to miło plądrować wśród starych papierów…
O, świąteczne godziny pełne złotych szmerów!
o, natchnienia jak kolumny złote! 0, kantaty!
Ubrany w zielony aksamit
brodzę, błądzę tymi pokojami,
i po galeriach, i po schodach;
o, jeszcze tyle, tyle do wieczora godzin,
żeby mruczeć, żeby nucić, żeby chodzić,
żeby płynąć jak zaczarowana woda!
Ciemne jak noc portrety witają mnie w salach,
jeszcze bardziej ciemniejąc, kiedy się oddalam.
To śmieszne, że niektórzy nazwali mnie mistrzem,
mówią, że w mych kantatach zamknąłem niebiosa.
Szkoda, że tu nie wszyscy znacie mego kosa,
ach, jakże ten kos śpiewa, jakże ten ptak gwiżdże,
jemu wiele zawdzięczam. No i wielkim chmurom.
I wielkim rzekom. I piersiom twoim, Naturo.
Spójrzcie na te niebieskie hiacynty,
na te krzesła z czarnego drzewa,
na te wszystkie złocone sprzęty,
na tę klatkę z papugami, która śpiewa,
na te obłoki jak srebrne okręty,
które wiatr południowy podwiewa.
Tak. Spójrzcie. To jest moje mieszkanie.
Też wspomnienie po Janie Sebastianie.
Mówią, że jestem stary. Jak rzeka.
Że czas coraz bardziej z rąk mi ucieka.
To prawda, że mi wiele godzin przepadło.
Ale to nic. Do diabła! Ja gram na mocnych strunach
i są jeszcze kantaty moje, do pioruna!
Nie czas mnie, ale ja go wziałem na kowadło.
Zaraz przyjdzie rodzina i zacznie się uczta.
Córy moje, nim siadą, przejrzą się do lustra.
I chmara gości ściągnie. I nastąpi taniec.
Podjedzą sobie setnie i podpiją dobrze.
I pasterz z gobelinu też huknie na kobzie.
A potem wieczór przyjdzie. I zniknę w altanie.
Bo lepsza od mych skrzypiec, gdym grywał w Weimarze,
niźli perły, o których dla mej żony marzę,
niż sonaty mych synów, niż wszystkie marzenia,
taka chwila wielkiego, wielkiego wytchnienia,
właśnie teraz, gdy widzę przez altany szparę
rzecz niezwykłą, zawrotną, szaloną nadmiarem:
WIOSENNE GWIAŹDZISTE NIEBO.
Konstanty Ildefons Gałczyński
1950
Teresa Rudolf

Kiedy sobie siedzę na takiej ławeczce, nad rzeką płynącą spokojnie, wtedy my obie wiemy, że bywa też inaczej; może się nagle wszystko zmienić; ona może wyjść z brzegów, lub odwrotnie może też całkiem zniknąć, wysuszona na kamień.
A człowiek?
Podobnie, też ma swoje brzegi, lub okresy suszy…
Musi się bronić, lub poddać walkowerem.
I tak oto obie sobie płyniemy…

Piękny kwiat potrafi udekorować
nawet najbardziej surowe podłoże;
stare mury, stare domy, skały, brzegi rzek, kamienie, piasek…
Rzadko przebije się jednak przez betony miast… Smutne.

Natura wie instynktownie wszystko
o pięknie koloru, formy, zapachu…
Wie i chętnie dzieli się…
Jest absolutnie bezkonkurencyjnie
“wielowymiarowa” i wielkoduszna.

Cienie na niektórych zdjęciach,
to jakby sytuacyjnie towarzyszące “duszki”,
pozostawiające po sobie
zniekształcone, ale piękne odciski.

Każdy przypadkowo “napotkany” dom
otoczony ogrodami, drzewami, sezonową przyrodą,
może być dla kogoś równie przypadkowego inspiracją
do napisania bajki, powieści (romansu, lub kryminału), wiersza
lub do namalowania obrazu.
Obcość tego objektu może być
fascynującą tajemnicą, zachwytem, czasem wzruszeniem, różnie…
Połączenie dzieła jednego człowieka, z fantazją innego.

Ach, tymi schodkami prosto przez góry, do nieba!
A kiedyś dawno temu, przypomina mi się,
że pojechał ktoś “windą do nieba”…

Kurt Marti
Historia, Wielkanoc
1.
Gdyby Bóg kierował tym
co potocznie
nazywa się historią,
to byłby On tym,
którego potocznie
nazywa się sadystą,
brodzącym przez potoki krwi
od zbrodni
do zbrodni.
2.
A dzisiaj?
Oświecenie poniosło porażkę.
Socjalizm bezradny.
Kościoły skorumpowane.
Czyżby człowiek stał się rakiem Ziemi?
Historia połyka naturę.
Głód postępuje.
Rozwój zbrojeń darowuje nam high-tech.
I nawet krew nie musi płynąć w tej wojnie:
Promienie laserowe karbonizują z szybkością światła
krajobrazy, miasta, ludzi,
spalają bez płomieni,
w ułamku sekundy
wszystko czarne
wszystko zwęglone.
3.
Obojętnie jaki Bóg,
obojętnie jaka by to była historia,
przenigdy nie spełnia się Jego wola
w wyścigu z całkowitym zniszczeniem.
Stwierdzam to, ach tak,
bez dowodu,
stary człowiek z pustymi rękami,
raz wściekły
to znów pełen nadziei,
ciągle pytając:
Wielkanoc,
czy to nie była Wielkanoc?
4.
Jednak nie Dżingis Chan,
nie Napoleon,
ani Gulbenkian, czy Krupp
wstali z martwych.
Pewnemu galilejskiemu prowincjuszowi jednakże
(jak krąży niezmordowana plotka)
miało to się zdarzyć,
jednemu,
który był tak ślepy historycznie,
a może owładnięty świętym szałem,
że kochającym i bezbronnym,
przyrzekł ziemię,
która
– od kryzysu do kryzysu
od wojny do wojny –
wydaje się trwać
w pewnych rękach
władców i bankierów,
wraz z ich spekulantami zbrojeniowymi
i pięciogwiazdkowymi biurwami.
5.
Tak idę,
jak idę?
Myśląc, pytając:
czy nie było tam Marii z Magdali,
ostatniej pod krzyżem,
pierwszej o świtaniu,
apostoli apostolorum,
podżegaczki wiary,
serca pierwszej wspólnoty?
I idę,
krok za krokiem,
mrucząc, prosząc:
zaraź nas
twoją wytrwałością,
o ty,
wieloimienna Mario,
uczyń pewniejszymi
nasze codzienne kroki
przez prawdę,
której doświadczyłaś:
CHRYSTUS ZMARTWYCHWSTAŁ.
Spolszczył T.J.


pussy riots
kto jest bohaterem naszych czasów?
dziewczynki z zapałkami,
które wyciąga się za uszy z bajki demokracji
lato 2011
whats up
(piosenka a’la gangstarap;
co zdanie padają słowa niecenzuralne
więc ich tutaj nie zamieszczam)
miliardy puszeczek pandory
o nazwie smartfon 24/7
włożonych do kolebki nowemu pokoleniu;
little sister is watching u
und facebook&twitter
sind unsere hirten
a europa
to ziemia obiecana
gdzie radykalna feministka i proboszcz
(albo pastor, rabin, imam etc)
spotykają się na ukwieconym skwerze
i dyskutują, elegancja francja,
o metodach zapładniania jak i przerywania ciąży,
a na koniec kiwają do siebie przyjaźnie
i rozchodzą się do swoich owieczek;
a na linii elektronicznego frontu harcują
hakerzy, spamerzy, hejterzy i ich przeciwnicy;
alleluja i utopia!
to nie traktory a ajfony
zdobywają
niepewne jutro
lato 2015

ciężarówka w drodze do europy
czterdzieści osiem
metrów sześciennych przestrzeni
siedemdziesiąt jeden
martwych ciał
lato 2015
lastwagen auf der reise nach euroa
achtundvierzig
kubikmeter raum
einundsiebzig
leblose koerper
sommer 2015