Z wolnej stopy 15

Zbigniew Milewicz

Uśmiechnij się i trwaj…

Jednak nie mogę książki o Mordechaju Gebirtigu tak zostawić, jak to zrobiłem dwa wpisy wstecz. Krakowski bard śpiewał z rozpaczy nad ginącym, żydowskim światem, bo kochał swój ubogi sztetl, jego życie i ludzi. Poświęcił im tomik Majne lider, wydany w Wilnie, w 1936 roku, staraniem przyjaciół poety, którego nie było stać na samodzielne opublikowanie swoich wierszy. Miał na utrzymaniu żonę Blumę i trzy córki, i zupełnie nie dbał o sławę, ani o pozyskiwanie mecenasów dla swojej twórczości. Ukochana żona często strofowała go, że za mało zajmuje się domem i poświęca czas na błahostki i ten wątek poeta również wykorzystał w kilku humorystycznych wierszach. Tomik zawierał ponad pięćdziesiąt piosenek wraz z załączonymi nutami, opowiadających o dzieciństwie poety, jego rówieśnikach, chederze, czasach kawalerskich. Są w nim zakochani, klezmerzy, zatroskane matki i rozbrykane dzieci, świetne dialogi i puenty*.

Oto próbka talentu Gebirtiga z tomiku Majne lider, pieśni Motl, Rejzele i Trzy córki:

W późniejszej, okupacyjnej twórczości autora te jaśniejsze nutki giną, rodzi się dramat. Jak dla mnie najsmutniejsza, ale jednocześnie najbardziej przepełniona miłością jest kołysanka – Hungerik dajn kecele, Głodny kotek, do której muzykę napisał Juliusz Hoffman. Nie wiadomo, kiedy powstała ta piosenka, autor na ogół nie datował swoich utworów, ale myślę, że już w ostatnim okresie życia Mordechaja Gebirtiga, między jego pobytem w podkrakowskich Łagiewnikach i murach getta w Podgórzu.

Na koniec tego krótkiego przeglądu twórczości krakowskiego poety, mocne Minuten fun bitochn, Minuty otuchy:


* Za Wstępem Marleny Pacześ do książki Bądź mi zdrów Krakowie, Wydawnictwo Austeria Kraków – Budapeszt 2012

Autor napisał: To zdjęcie z okładki książki, widać, że jeszcze z przedwojnia, bo tchnie pogodą ducha.

Z wolnej stopy 13

Zbigniew Milewicz

Bądź mi zdrów, Krakowie
Blajb gezunt mir, Kroke

Diabeł czasu Holocaustu pracował ściśle według planu, jak to typowy Niemiec. „Problem żydowski“ rozwiązywał  skrupulatnie odmierzonymi  krokami, daty lubiły się powtarzać. Dokładnie 79 lat temu wykonano pierwsze egzekucje w komorach gazowych Auschwitz. Rok później, również 23 września, zlikwidowano getto żydowskie w Szydłowcu, a w 1943 roku, w ten sam dzień, zaczęła się zagłada getta w Wilnie. Mordechaj Gebirtig – znakomity, żydowski poeta z Krakowa, świadek i ofiara Holocaustu, pisał z rozpaczą:

 

 

 

 

Tworzył w jidysz, języku żydowskiego proletariatu, jego sztetli i naprawdę nazywał się Markus Bertig. Mieszkał na Kazimierzu, w znanej żydowskiej dzielnicy, miał podobno zaledwie elementarne wykształcenie i materialnie wiódł bardzo ubogie życie, a należał do najważniejszych postaci międzywojennej elity intelektualnej tej diaspory miasta Krakowa. Kiedy zdecydował się przyjąć nowe nazwisko, użył niemieckiej pisowni Gebürtig, od słowa Geburt – narodziny, jakby sugerując, że oto narodzi się ktoś nowy:

Tłumaczem utworów Mordechaja Gebirtiga na język polski i autorem wyżej zamieszczonego wiersza jest poeta i autor tekstów piosenek, Jacek Cygan. Jest on również jednym z autorów wstępu do książki o żydowskim bardzie z dawnego Krakowa, która od kilku dni leży u mnie stole. Oprawę muzyczną do swoich wierszy Gebirtig układał głównie sam, ale często przyciągały one również uznanych kompozytorów. Na przykład Manfreda Lemma, niemieckiego kompozytora, który napisał muzykę do tytułowego wiersza Blajb gezunt mir Kroke, czyli Bądź mi zdrów Krakowie:

Jego pieśni znane były nie tylko na Kazimierzu, śpiewała je ulica we wszystkich galicyjskich osiedlach i miasteczkach żydowskich. Były dowcipne, romantyczne i lekkie, opowiadały o zwyczajnym życiu, ale były też pełne zadumy, smutku. Najbardziej znana jest ekspresyjna S`brent, Pali się, skomponowana jako odzew na pogrom w Przytyku, który miał miejsce w 1936 roku. Uznaje się ją za pieśń proroczą, zapowiadającą nadejście Zagłady. Była ona hymnem gett na okupowanych ziemiach polskich, dzisiaj dalej śpiewanym przy okazji rocznic związanych z Holocaustem:

Es brennt… Pali się nasz sztetl

Жыве Беларусь!

Pieśń solidarności z narodem Białorusi w wykonaniu z 15 września 2020 roku, publikowana tu dziś w rocznicę napaści związku Radzieckiego na Polskę, z nadzieją, że Жыве Беларусь! Zwrotki śpiewane po polsku, refren po białorusku. Za śpiewanie tej piosenki na Białorusi grozi do 5 lat więzienia.

Słowa: Brom
Melodia i wykonanie: Ryszard Maczel i Krzysztof Malinowski

Жыве Беларусь

Zostało dwóch na placu boju
Białoruś walczy dla przyszłości
Już czas rozliczyć Łukaszenkę!
Nareszcie powiał wiatr wolności

Ja wciąż nadzieję jeszcze mam
Więc wspieram białoruski gniew
Wiem że wybierze demokrację
Nie Saszy rząd, nie jego chlew.

Ды ёсць надзея у мяне
Я бачу беларускі гнеў
Мы скажам Бацьку разам “Не”
Не пойдзем у ягоны хлеў.

“Żywie Bieloruś” krzyczą ulice
Dzisiaj jest szansa na normalność
Wygrajcie bracia z “Baćką”, gdyż
W was żyje jedność, solidarność.

Ja wciąż nadzieję jeszcze mam
Więc wspieram białoruski gniew
Wiem że wybierze demokrację
Nie Saszy rząd, nie jego chlew

Zostało wam ostatnie koło
Pięćdziesiąt procent pół na pół
Odziana w godność praworządność
Lub zniewolenie, bezprawia muł

Ja wciąż nadzieję jeszcze mam
Więc wspieram białoruski gniew
Wiem że, wybierze demokrację
Nie Saszy rząd, nie jego chlew

Słowiańska duszo, w Tobie jutro
Twój głos, to droga ku wolności
Od tego jak postąpisz dziś
Zależy przyszłość potomności.

Ja wciąż nadzieję jeszcze mam
Więc wspieram białoruski gniew
Wiem że, wybierze demokrację
Nie Saszy rząd, nie jego chlew

Ды ёсць надзея у мяне
Я бачу беларускі гнеў
Мы скажам Бацьку разам “Не”
Не пойдзем у ягоны хлеў.

Wy wciąż nadzieję jeszcze macie
Na życie w wolnej Białorusi
Lecz by tak było, tak się stało
Krwawy dyktator odejść musi.

Надзея ў вас яшчэ не згасла
На шчасце вашай Беларусі
На шчасце вашай Беларусі
Рэжым крывавы знікнуць мусіць.

Wiersze jesienne

Teresa Rudolf

Już jesień…

Pachnie jesienią w ludziach,
opadają już w nich liście,
żegnają się pikantne tajemnice,
odlatują letnie już w nich ptaki.

Urywa się nagle, “jak z choinki”
w płaczu czarne niebo, plując
wyrzutami gorzkimi za ziemię,
za tę chorą, z żalu bezbronną.

Nie wiadomo, co znów dalej
mówią jedni, lęk bzdurami
nazywając, chichoczą gorzko
clowny ostro malowane.

Pełno oczu nad maskami,
wiecej niż język mówiących,
komplementy, obelgi, wyznania,
karnawał iście wenecjański.

Mgła nad świata pewnością,
jak i przed maskami dawniej,
przed odległością bliskości,
a ręka też myła rękę, choć…

nie swoją.

Tango

Tango lata z jesienią,
zdrowia z chorobą
bólu z uśmierzeniem,

życia ze śmiercią…

Tango kłamstwa z prawdą,
ciszy z hałasem,
szacunku z pogardą,

deptanie sobie po piętach…

Tango czystości z brudem,
chamstwa z kulturą,
młodości ze starością,

mylenie ciągle kroków…

Tango wiary z nadzieją,
religii “lepszej” z tą inną,
brzydoty z elegancją,

zdziwienie tańczących…

Tango ślepych z głuchymi,
tango sytych z głodnymi,
tango głupich z mądrymi.

Tango miłości z nienawiścią,

– Czy mogę prosić do tanga?
– Proszę bardzo, oczywiście…
muzyka zagłusza intuicję…

“bo… do tanga trzeba dwojga”.

Z wolnej stopy 11

Zbigniew Milewicz

Krzipista na wierzbie

Fizycznie stanowili dokładnie swoje przeciwieństwo. Pokrzywdzony, Marcin B., przez dawnych kolegów szkolnych nazwany krupniokiem, z racji zawsze zaczerwienionej twarzy i krępej budowy ciała siedział naprzeciw chudego jak tyka, znacznie wyższego od siebie Józefa S., który miał być rzekomym sprawcą jego nieszczęścia. Pan mecenas Berezowski, o którym już TU wspominałem, próbował ich pogodzić, ale Marcin B. pragnął tylko jednego – zemsty.

Obydwaj przyjaźnili się od najmłodszych lat. Mieszkali w jednej ze wsi pod Mikołowem koło Katowic, razem chodzili do szkoły podstawowej, później Józek, bardziej znany jako Zefel, poszedł się uczyć na elektryka, a Marcin został na gospodarstwie, żeby pomagać ojcu. Łączyła ich miłość do muzyki, Zefel miał po swoim dziadku skrzypce i uczył się na nich grać w miejscowym domu kultury, Marcinowi rodzice kupili na urodziny akordeon, miał dobry słuch, ale brakowało mu cierpliwości do nauki. Instruktor w domu kultury robił, co mógł, żeby go do niej zachęcić, jednak uczeń był wyjątkowo oporny, więc w końcu odpuścili sobie obaj. Zefel natomiast, jak zaczęła się moda na regionalne kapele na Śląsku, wstąpił do jednej z nich i zaczął występować na różnych estradach, koncertach, weselach, jakieś pieniądze z tego były, stał się ulubieńcem dziewczyn w całej wsi i okolicach. Marcina z zazdrości o mało szlag nie trafił, ale w końcu jakoś się z tym pogodził. Tym bardziej, że Józek prywatnie pozostał sobą, skromnym, życzliwym chłopakiem, który nie wywyższał się nad innymi z tej racji, że został muzykantem. Na podtrzymanie starej przyjaźni podarował nawet Marcinowi taśmę magnetofonową z nagraniami śląskich pieśniczek w wykonaniu jego zespołu i ten chętnie jej słuchał.

Feralnego dnia nic nie układało mu się, jak należy. Wyjechał w pole traktorem, żeby przygotować kartoflisko do zbioru i zepsuła mu się maszyna. Jak ją naprawił, przyszła matka z wiadomością, że iluś tam ludzi odmówiło pomocy na polu. Wsiedli więc do ich rodzinnej Syrenki, żeby poszukać innych pomocników, ale był już tak zmęczony, że tylko jakaś dobra muzyka mogła go ożywić. Wsunął więc do radiomagnetofonu w pulpicie taśmę kapeli. Bezrobotni go ożywili, Na Ślonsk przijechali gorole jak zwykle rozśmieszyli, ale później zabrzmiała ta nieszczęsna Niedzieliczka… Była taka smętna, a te skrzypce Zefla tak zawodziły, że w momencie zasnął. Obudziło go mocne uderzenie w pień przydrożnej wierzby, jak spojrzał w górę, to wydało mu się, że krzipista Zefel siedzi na gałęzi i śpiewa: wczoraj była niedzieliczka, dziś jest smutny dzień, zabolała mnie głowiczka na cały tydzień, głowiczka mnie zabolała, oczkam sobie wypłakała, matusiu moja… Ale to był tylko szok pourazowy. Ani matka, ani on nie zapięli pasów, na szczęście jechali bardzo wolno, ze względu na wyboje w drodze i skończyło się na poobijanych głowach i kończynach, ale przód auta był zmiażdżony. Całą winę za wypadek Marcin przypisywał Zeflowi i chociaż najbliższa rodzina mu to odradzała, za podszeptem konkurencyjnej kapeli, postanowił wytoczyć mu sprawę sądową z powództwa cywilnego o odszkodowanie.

Prowadzenie sprawy powierzył mecenasowi Berezowskiemu, którego znałem, jako radcę prawnego w handlowym przedsiębiorstwie, w którym pracowała moja ś.p. mama. Prowadziła tam dział organizacyjno-prawny, a ponieważ było to dosłownie kilka kroków od gmachu prasy w katowickim rynku, zaglądałem do niej często. Któregoś dnia dowiedziałem się od Pana Mecenasa, o ile się nie mylę, nosił imię Maksymilian, że miałby dla mnie ciekawą obyczajowo sprawę i jeżeli chcę, to mogę w niej uczestniczyć. W ciemno kupiłem temat i poszedłem z nim do zespołu adwokackiego. Zaniedługo zjawili się Marcin B., alias Krupniok i Józef S., pseudo Zefel.

– Bez to, że tyn krzipista tak smyntnie groł, to żech zasnoł za kierownicom i dupnoł w drzewo i teroz jest mi winien za cało reperatura auta – powtórzył swój zarzut Marcin B.
Niedzieliczka opowiada o smutnym losie dziewczyny, która skarży się swojej mamie, że wyszła za mąż za pijaka i sadystę, który trwoni każdy grosz, takiej piosenki nie da się grać skocznie i wesoło, mógł jej nie słuchać, jak był zmęczony – odparł czystą polszczyzną Józef S.

Żadna strona nie dawała za wygraną. W tej sytuacji Pan Mecenas Berezowski zaproponował, żeby Józef S. odegrał na żywo ów utwór, abyśmy wszyscy słuchacze doświadczyli, jak on na nas oddziaływuje. Muzyk miał skrzypce ze sobą. Skinął głową i proszę sobie wyobrazić, że słuchając chyba dziesięciu smutnych zwrotek Niedzieliczki sam prawie nie zasnąłem, podobnie inni słuchacze. Zefel sprawnie posługiwał się instrumentem i śpiewał niezgorzej, ale jakoś tak zawodząco, że nic tylko płakać nad losem biednej dziewczyny, albo właśnie zasnąć. Poza powodem, pozwanym, Panem Mecenasem i mną, w tym całkowicie nieformalnym spotkaniu brało udział jeszcze kilku kolegów z zespołu. Jeden z nich, będąc po małym koniaczku, po odsłuchaniu utworu opowiedział nam następującą anegdotę:

Przychodzi skrzypek do lekarza internisty i narzeka, że kiedy gra na swoim instrumencie, to doznaje erekcji. Pyta, dlaczego tak się dzieje, medyk mówi, żeby zagrał i… stwierdza, że zauważa u siebie podobne objawy, ale powodów nie jest w stanie podać. Następują wizyty pacjenta u seksuologa i muzykologa, wszędzie koncertuje i wszędzie kończy się tym samym, ale dopiero muzykolog doznaje olśnienia i na pytanie „dlaczego”, wykrzykuje: wiem, bo pan grasz, jak pi…

Gruchnęliśmy zdrowym, żołnierskim śmiechem. Najgłośniej rżał krupniok, tylko Zefel sprawiał wrażenie jakby trochę urażonego, ale jak jego kompan w pewnym momencie oświadczył, że idzie z nim na ugodę, pod warunkiem, że ten go od czasu do czasu zabierze ze sobą na występy za kulisy, to lody stopniały. Pan Mecenas Berezowski był dobrym specjalistą prawa cywilnego i prywatnie dobrym człowiekiem, lubił godzić powaśnionych ze sobą ludzi, jeżeli widział, że jest ku temu szansa, choć finansowo często źle na tym wychodził. Jego zawodowi rywale zarzucali mu, że lubi posługiwać się w swojej pracy różnymi nieformalnymi metodami, ale czyż dobry cel nie uświęca środków?

Ilustracja pochodzi z utworu Wilhelma Ratuszyńskiego “Skrzypek”, zamieszczonego w Magazynie Twórczym “Polska Canada”.

Sierpień umarłych 3

Zbigniew Milewicz

Post scriptum

Kiedy miałem już gotowy sobotni wpis Non omnis moriar, żegnający troje polskich artystów, natknąłem się w internecie na wywiad z Ewą Demarczyk – Ja nie jestem na sprzedaż. Tego spodziewałem się najmniej. Czarny Anioł przez ostatnie 20 lat swojego życia konsekwentnie unikał kontaktów z mediami i być może ten, z 1998 roku, który znalazłem był ostatnią publiczną wypowiedzią wybitnej artystki. Trochę wyjaśnia ona powody, dla których Ewa Demarczyk w pewnym momencie wycofała się z życia publicznego i sporo mówi o prawie każdego z nas do prywatności. W przypadku znanych ludzi tę sferę bardzo trudno ochronić, bo są w pewnym sensie publiczną własnością, ale przecież nie dosłownie.

Sierpień umarłych 2

Zbigniew Milewicz

Non omnis moriar…

Ciężko. Polska scena muzyczna ponosi duże straty. 25 lipca, dzień po swoich 98 urodzinach odszedł Bernard Ładysz, 14 sierpnia – Ewa Demarczyk, sześć dni później – Piotr Szczepanik, troje bardzo różnych artystów. Ostatniego z nich poznałem osobiście, około 2000 roku, kiedy wspólnie z moją byłą żoną zajmowałem się jeszcze organizacją polonijnych imprez kulturalnych. Ciepły i skromny człowiek z nieodłączną fajką i gitarą, przyjechał swoim starym Saabem do Monachium, zgodził na nocleg w tanim pensjonacie i jeden koncert za niewygórowaną gażę. Do Weyprechthofu na Harthofie, knajpy, której też już nie ma, przyszło tylko około 30 wielbicieli jego talentu, a głównie wielbicielek. Nikt z równie piękną zadumą i melancholią nie potrafił bowiem tak śpiewać o miłości, jak właśnie On. To był już wieczór kariery artystycznej Pana Piotra, ale jego Kormorany, Żółte Kalendarze i Kochać, brzmiały równie pięknie, jak niegdyś i nagradzaliśmy je szczerym aplauzem.

Piotr Szczepanik

Piwnica pod Baranami, krakowski kabaret, z którym Ewa Demarczyk była przed laty związana, pożegnał ją na facebooku tylko dwoma słowami: Odeszła największa.

Wokalistka miała 79 lat. Kilku pokoleniom prezentowała to, co w piosence najszlachetniejsze, najbardziej wartościowe. Nie zostawiła po sobie zbyt wielu nagrań, ale – same perły. One będą z nami, przypominając o fenomenie Ewy Demarczyk, napisał Wacław Krupiński, dziennikarz i krytyk. Urodziła się w Krakowie i z tym miastem była związana najbliżej. Myślała o studiach medycznych, później o karierze pianistki, ostatecznie dostała się do krakowskiej Państwowej Wyższej Szkoły Teatralnej i jeszcze w trakcie studiów dołączyła do ekipy Piwnicy pod Baranami. Wcześniej w klubie Cyrulik wypatrzyli ją Piotr Skrzynecki i Zygmunt Konieczny, kompozytor, dla którego Demarczyk stała się muzą. W 1963 roku, niedługo po debiucie w Piwnicy, wystąpiła na I Krajowym Festiwalu Piosenki Polskiej w Opolu. Zaśpiewała tam Taki pejzaż i Czarne anioły Koniecznego i publiczność oszalała na jej punkcie. Ewa Demarczyk miała za sobą już pierwszy artystyczny sukces na większą skalę, na również pierwszym Ogólnopolskim Festiwalu Piosenki Studenckiej w Krakowie, gdzie zaśpiewała porywającą Karuzelę z madonnami, później przyszło zaproszenie na trzeci Międzynarodowy Festiwal Piosenki do Sopotu, gdzie zdobyła nagrodę specjalną “za oryginalność utworu” Czarne Anioły. Ten tytuł został z nią do końca – miłośnicy jej talentu mówili o niej właśnie Czarny Anioł.

Po recitalu w Sopocie dostała szansę, żeby wyjechać do Paryża i robić międzynarodową karierę, ale odmówiła – chciała najpierw ukończyć studia w PWST. Paryż nie czekał na nią długo, zaśpiewała tam po raz pierwszy w roku 1964 i oczarowała publiczność nad Sekwaną. W tym samym roku festiwal w Sopocie przyniósł jej główną nagrodę za wykonanie Grande valse brillante. Żyła w pełnym pędzie – śpiewała w Polsce, za granicą, odnosiła coraz więcej sukcesów. Wiele zmian przyniósł rok 1966. Skończyła studia, założyła własny zespół i zakończyła współpracę z Zygmuntem Koniecznym. To jej owocem była nagrana na początku 1967 roku debiutancka płyta Ewa Demarczyk śpiewa piosenki Zygmunta Koniecznego, która pomogła utwierdzić jej status wielkiej gwiazdy. Nastąpiły wyjazdy na koncerty do Włoch, Meksyku, USA, Australii i Japonii, do największych sal koncertowych, a śpiewała tylko… po polsku. Twierdziła, że muzyka i poezja, a jej interpretacje były najwyższej próby, są językiem duszy i nie ma znaczenia, w jakim języku się je wykonuje. Hipnotyzowała sobą publiczność, brała ją w absolutne władanie. Porównywano ją do Edith Piaff i Juliette Greco. Po każdym utworze, który śpiewała, najpierw trwała na widowni nabożna cisza, później publiczność wstawała z miejsc i rozbrzmiewały oklaski. Tak było wszędzie. Na koncertach, w których osobiście miałem zaszczyt i przyjemność uczestniczyć, jak i tych, o których tylko słyszałem.

Z Piwnicą pod Baranami ostatecznie rozstała się w 1976 roku. Trzy lata później światło dzienne ujrzał wyczekiwany przez wielu podwójny album koncertowy – ostatni w jej dyskografii. Demarczyk stopniowo zawieszała karierę muzyczną – w latach 80 prowadziła w Krakowie Teatr Muzyki i Poezji, który pochłonął ją bez reszty. Dwadzieścia lat temu zniknęła, bez słowa. Szkoda.

Bernard Ładysz

Droga życia najznakomitszego polskiego basa wszech czasów, Bernarda Ładysza, rozpoczęła się w 1922 roku, w Wilnie.

„Gdy wybuchła wojna – wspominał po latach – wstąpiłem do Armii Krajowej. A potem do Wilna wkroczyły wojska radzieckie. W 1944 roku w Wilnie kilka tysięcy mężczyzn przeszło przeszkolenie do służby wojskowej. Mieliśmy zostać wysłani na front, odbijać Warszawę. Postawiono nam jeden warunek: musieliśmy złożyć przysięgę Związkowi Radzieckiemu. Na to się nie zgodziliśmy. Za karę wywieziono nas na Syberię, w różne miejsca. Próbowałem uciekać, ale mnie złapano. Wylądowałem w słynnym obozie pracy w Kałudze. Wysłano mnie do pracy do lasu przy wyrębie drzewa. Mróz był straszliwy, głodzono nas, pracowaliśmy w nieludzkich warunkach. Bardzo wtedy podupadłem na zdrowiu”.

Po wojnie, w 1947 roku, miastem Bernarda Ładysza stała się Warszawa. Niestety do Wilna, gdzie ciągnęła dusza, nie mógł wrócić, nie było go już po polskiej stronie. „Zakochałem się w Warszawie – kontynuował – gdy wróciliśmy z Rosji. Wjechaliśmy do miasta gruzów. I ono nas przyjęło, bo byliśmy partyzantami i wróciliśmy stamtąd. Ta biedna Warszawa oddała nam serce. Oddała 20-metrowy pokój dwudziestu osobom, chociaż miejsca było tylko dla czterech. Pamiętam: siedzieliśmy w kawiarni Maxim i gdy zaczęliśmy śpiewać, ludzie płakali. Płakaliśmy wspólnie nad polskim losem. Dlatego kocham Warszawę”.

Dysponował znakomitym głosem, miało więc sens, że przez dwa lata studiował wokal w Wyższej Szkole Muzycznej w Warszawie, a potem wstąpił do Centralnego Zespołu Artystycznego Wojska Polskiego, z którym jeździł również na zagraniczne koncerty. W 1950 roku zaangażowała go Opera Warszawska, zadebiutował rolą Griemina w Eugeniuszu Onieginie Piotra Czajkowskiego. Później olśnił publiczność rolą Mefista w Fauście Charlesa Gounoda, która dała mu możliwość pokazania w pełni, na co go głosowo stać oraz jaki ma temperament i talent sceniczny. Zwrotnym momentem w karierze Bernarda Ładysza stał się konkurs śpiewaczy w Vercelli we Włoszech, w 1956 roku. Odniósł tam tryumf, zdobył I nagrodę i zyskał międzynarodową popularność. Sukces ten otwarł mu drogę na włoskie sceny operowe i możliwość współpracy z artystami tej miary co Victoria de los Angeles, Antonietta Stella, Anita Cerquetti, Tullio Serafin. Zgodnie z regulaminem konkursu w Vercelli laureat mógł zadebiutować w mediolańskiej La Scali. Bernard Ładysz nie zdecydował się jednak na ten krok – zaangażował się natomiast do występów w Teatro Massimo w Palermo. W 1959 roku nagrał w Londynie Łucję z Lammermoor Gaetano Donizettiego, wspólnie z Marią Callas, pod dyrekcją Tullio Serafina.

Sukcesem artystycznym w karierze Bernarda Ładysza była kreacja roli tytułowej w Borysie Godunowie Modesta Musorgskiego w Operze Warszawskiej (1960), a także w nowej inscenizacji tej sztuki w Teatrze Wielkim w Warszawie (1972). Najbardziej jednak znanym polskiej publiczności będzie jego rewelacyjna aria Skołuby Ten zegar stary, z moniuszkowskiego Strasznego Dworu. W operach Stanisława Moniuszki występował bowiem chętnie. Ładysz wziął udział w nagraniach sztuki Król Roger Karola Szymanowskiego oraz opery radiowej Usziko Tadeusza Paciorkiewicza, w prawykonaniach Pasji według Św. Łukasza i Jutrzni oraz w prapremierze opery Diabły z Loudun (w roli Ojca Barre) Krzysztofa Pendereckiego.

Występował również w filmach, m.in. w Ziemi obiecanej, Znachorze, w musicalach, m.in. w roli Tewiego w Skrzypku na dachu Josepha Steina i Jerry’ego Bocka oraz na estradzie piosenkarskiej. Współpracował z Teatrem Syrena w Warszawie.

Pytany o to, co jest jego zdaniem najważniejsze w śpiewaniu artysta odpowiadał: “Wrażliwość, dusza, serce i dar od Boga: głos. A najważniejsze, to umieć to docenić”.

W 98 urodziny Bernarda Ładysza, czyli dzień przed śmiercią, jedna ze słuchaczek Radia Maryja poprosiła o zadedykowanie Solenizantowi pieśni, którą chętnie wykonywał i darzył szczególną estymą: Matko moja, ja wiem. Śpiewał ten utwór wspólnie ze swoją ukochaną żoną, Leokadią Rymkiewicz-Ładysz. Niestety nie wiadomo, czy zdołał jeszcze przyjąć ten prezent, który miał zaakcentować szczególną miłość jego życia, miłość do matki. Dlatego pozwolę sobie teraz załączyć ten utwór.

P.S. Pogrzeb Piotra Szczepanika odbędzie się 31 sierpnia na Starych Powązkach w Warszawie.

Wróżby i koty

Teresa Rudolf

Takie wróżby…

Otwórz  rękę,
ależ pokiereszowana
losem, zamknij…

Otwórz rękę,
ależ bardzo pracowita
zawsze, zamknij…

Otwórz rękę,
gwiazda tam znów
świeci, zamknij…

Otwórz rękę, znów
księżyc tam w pełni,
dzisiaj??? zamknij…

Otwórz rękę,
serce czyjeś z piernika
ci wpadło, zamknij…

Znudziło się?
Nie otworzysz?
Biegniesz do wróżki?

Otwórz rękę, ten
jeden, ostatni, jedyny
znów raz…

Jestem  tylko Cyganką,
to wiesz, ohooo… wróżka,
zmarła, zamknij.

Kotka Lili

Piękny,
elegancki chód,
cichej pantery…

Oczy
szmaragdy,
z ironią wyższości.

Błysk
czarnego aksamitu
odbijał księżyc,

w dzien
lśnił w słońcu
wielokaratowo…

Położyła się
na mym sercu
jak w łóżku…

I nie pozwala
mi go na długo,
teraz zaścielić.

Samotność kota

Moritz, mój kot, nastroszona sierść,
nos przy parkiece
i na balkonu betonie.

Moritz mały tygrys,
zagrzebuje łapą swą
“podłość”, błaga wciąż
o kocie wybaczenie.

Moritz, koci macho,
nie chce niczego,
a jedynie, by wyszła,
by weszła, przeszła,

by spadła znów
z nieba, ta sama,
z tej samej mamy,
czarna kotka Lili.

A ona? A Lili?
Na tęczowym moście
wciąż, zanim przejdzie,
najpierw chce wybaczyć.

I calkiem niewinna,
szybsza jak człowiek,
jak zawzięty człowiek,
da mu sygnał: OK.

Dzisiaj,
bo dziś
niedziela…

Melancholia

Teresa Rudolf

A przecież…

Uleciało z niej powietrze,
zapadła się jej dusza,
zaniedbany grób nadziei.

Nie wie, jak to możliwe,
by za życia już fruwać
nad sobą jak ptak,

patrząc ciekawie z góry
na to ciało obolałe,
od zastygłej niemocy.

Czy to już Ty, pytała
ze smutkiem patrząc
jak po sekundzie,

po milimetrze jej ubywa,
czuła to, będąc dla siebie
wścibską podglądaczką.

Kogo pytać o azyl,
argumenty dla duszy,
że czas już gdzieś osiąść?

Obudziła się, o co chodzi,
gdzie jest, przerażona,
kot polożył się na poduszce.

To jest mój kot przecież,
moja poduszka przecież,
mój ból serca przecież.

Żyję ciągle… przecież…
i przecież… to dobrze…
kot zeskoczył na podłogę.

Jest kotem… przecież.

Modlitwa inaczej…

Twój wskazujący palec
zamiast długiej, siwej
brody na dużej chmurce?

Twój wskazujący palec
nad ziemią deptaną
brutalnie przez ludzkość?

Twój wskazujący palec
na sumieniach ludzi,
bez krztyny sumienia?

Twój wskazujący palec
hamujący usta, aby
przestały wciąż kłamać?

Twój wskazujący palec,
zaciskany na rękach, by
piszac, też nie kłamały?

Twój wskazujący palec
trzymający za serca,
by zaczęły coś czuć?

Karcisz, dotykasz, prosisz,
“a teraz będą same plagi”
mówią, “teoria spiskowa”…

I woleliby Cię znów ujrzeć,
z uśmiechem, na chmurce,
z długą brodą, a Ty Panie?

A Ty Panie?
Co chciałbyś powiedziec?
Byśmy zrozumieli?