But flying doesn’t let the traces on the surface of the world. Walking does.
Mostly she is alone, there are no words and no real traces. Just space.
long duration performance 12 h, 2018
(…) it was 12-hour walk around Berlin during which, thanks tu the connection to Google Maps and an application for drawing a route, I enter the word FORCE in the City map. My path is defined by the order of the letters. No mapping out the route contributed to any inadvertent breaking of laws and arrest by the police(force) and consequently, the necessity to choose another path, which could be observed in the letter F.
When walking, I followed the principle of “keep walking”. I hat twelve envelopes prepared with a link to the performance and the phrase “keep walking” written on each, which I would hand out on the hour, every hour, on random to different people, without any additional explanation.
performance, experience, action in public area exlusive ecological art, 2017
Felicja meaning “happy”. Here is one of that has not finished up in the broth (in Poland, the obligatory dish served on Sunday’s lunch) was what we manifested during our Sunday walks, that we took in Old Town, in Kraków. The price for saving her life was an adaptation to new conditions. Fela took up residence in one of Cracow tenements houses on Lea Street with myself. MT, Lumiér’s cat and several plants including two ficuses benjamins. In the kitchen by the balcony, there was a wooden chicken coop arranged for her.
Walking with Felicja and the experience of sharing a living space with her aroused a lot of emotions. McDonald’s environs aroused the most critical underbelly point. Our walks turned to be devastating.
Ten spacer odgrywa tu bardzo ważną rolę, spacer po Nowym Jorku, ale i po wyspie Baratarii. W opisie książki przeczytałam bowiem, że pierwsza część trylogii, Szklane miasto, charakteryzuje sie intertekstualnymi nawiązaniami do Don Kichota. Nie wiem, czy sama bym na to wpadła. Wybrałam tę książkę z uwagi na niezwykłe chodzenie po mieście. Ale skoro Wikipedia tak twierdzi, to możemy rzucić najpierw okiem na nawiązania intertekstualne do dzieła Cervantesa. Przede wszystkim główny bohater tej części, Daniel Quinn ma inicjały swojego pierwowzoru. Ten aspekt oczywiście znika w tłumaczeniu, bo Quinn musiałby mieć po polsku nazwisko zaczynające się na K. Z drugiej jednak strony – czy rzeczywiście inicjały DQ na pewno muszą oznaczać nawiązanie do Don Kichota? No, ale z kolei jeden z bohaterów powieści, “Paul Auster pisarz” (nie mylić z Paulem Austerem autorem) pisze artykuł o tym, kto napisał Don Kichota, a pielęgniarka innego z bohaterów nazywa się Saavedra, nosi więc matrylinerane nazwisko Cervantesa, a jej mąż policjant w odległy sposób spełnia rolę boga z maszyny w tej opowieści.
Quinn dostaje zadanie śledzenia Stillmana. Ten wychodził z hotelu nie później niż o ósmej, zawsze w tym samym brązowym płaszczu, z dużym, staroświeckim sakwojażem. Powtarzało się to dzień w dzień przez dwa tygodnie. Krążył po okolicznych ulicach, bez pośpiechu, czasem tylko minimalnie posuwał się naprzód, przystawał, ruszał dalej, znowu przystawał, jakby musiał zważyć i zmierzyć każdy krok, zanim wyznaczy mu miejsce wśród sumy wszystkich kroków. Quinn źle to znosił. Przywykł chodzić szybko, więc całe to dreptanie, przystawanie, powłóczenie nogami zaczęło go w końcu męczyć, gwałciło jego naturalny rytm. Był zającem w pogoni za żółwiem i raz po raz musiał się hamować.
Dla Quinna pozostawało tajemnicą, co właściwie Stillman robi podczas tych spacerów. Oczywiście widział wszystko na własne oczy i sumiennie zapisywał w czerwonym notesie każdy drobny fakt. Ale ich sens wciąż mu się wymykał. Zawsze miał wrażenie, że Stillman zmierza donikąd i nie bardzo nawet wie, gdzie jest. A jednak – jakby z rozmysłem – trzymał się skąpo wytyczonego terenu, którego północną granicą była Sto Dziesiąta, południową Siedemdziesiąta Druga, zachodnią Riverside Park, a wschodnią Amsterdam Avenue. I choć wędrował na pozór całkiem przypadkową, co dzień inną trasą, nigdy tych granic nie przekraczał. Precyzja ta zbijała Quinna z tropu, bo pod każdym innym względem Stillman zdawał się nie mieć celu. (…) czasem się schylał, podnosił coś z ziemi i uważnie oglądał, obracając w palcach. (…) Niekiedy po długich badaniach ciskał przedmiot z powrotem na chodnik. Przeważnie jednak otwierał torbę i ostrożnie chował znalezisko. Potem sięgał do kieszeni płaszcza po czerwony notes – podobny do notatnika Quinna, choć mniejszy – i z wielkim skupieniem pisał w nim przez parę minut. Kończąc tę operację, wkładał notes z powrotem do kieszeni, brał sakwojaż i ruszał w dalszą drogę. Na oko sądząc, zbierał przedmioty bez żadnej wartości: popsute, wyrzucone drobiazgi, niechciane rupiecie. (…) Quinn postanowił notować możliwie najwięcej. (…) Opisywał każdy gest Stillmana, każdy przedmiot wrzucony do torby lub ciśnięty z powrotem na ziemię, prowadził szczegółowy grafik wszelkich zdarzeń, a w dodatku z pedantyczną drobiazgowością odnotowywał zygzakowatą marszrutę, zapisując każdą ulicę, skręt i postój. (…)
Quinn postanawia przestudiować notatki, jakie napisał podczas śledzenia Stillmana.
Szło mu jak po grudzie, zwłaszcza na pierwszych stronach. Tam, gdzie w ogóle zdołał odcyfrować poszczególne słowa, rzecz wydawała się niewarta zachodu. „W połowie drogi między przecznicami podnosi z ziemi ołówek. Ogląda, waha się, chowa do torby… Kupuje w sklepie sandwicza… Siada na ławce w parku i czyta czerwony notes”. Brzmiało to jak stek bzdur. Bez wyraźnego powodu Quinn przewrócił kartkę i na czystej stronie naszkicował mapkę terytorium Stillmana.
Potem uważnie przejrzał notatki i zaczął nanosić długopisem trasę, którą starzec przebył w ciągu jednego dnia – tego właśnie, gdy Quinn postanowił dokładnie odnotować wszystkie meandry jego wędrówki. Wynik był następujący:
Rysunek ten przypominał Quinnowi ptaka, być może drapieżnego, szybującego w powietrzu z rozpostartymi skrzydłami. Lecz po chwili wydało mu się, że to nadinterpretacja. Ptak znikł i zostały tylko dwie abstrakcyjne figury, połączone mostkiem, który Stillman wstawił w środek, idąc na zachód Osiemdziesiątą Trzecią. Quinn zajął się kolejnym dniem, żeby zobaczyć, co to da. Otrzymał zupełnie inny wynik.
Diagram wyglądał trochę jak mapa urojonego stanu, który można by pewnie jakoś wklinować między dwa już istniejące na Środkowym Zachodzie. Tego dnia Stillman ruszył prosto do Riverside Drive, skręcił w stronę Harlemu, minąwszy jedenaście przecznic, zrobił w lewo zwrot i wszedł do parku, gdzie zaraz zawrócił na południe. Figura, którą nakreślił, byłaby prawie idealnym, wąskim prostokątem, gdyby pominąć nitkę między Broadwayem a Riverside Drive, parę lekkich zygzaków w parku oraz to, że kilkakrotnie okrążył pomnik żołnierzy i marynarzy, jakby stawiał kropkę nad – a raczej pod – I. Wrócił do hotelu prawym chodnikiem Riverside Drive.
Quinn oderwał się na chwilę od rysunku, żeby sobie uzmysłowić, co właściwie wyprawia. Bazgrze od niechcenia? Trwoni czas, jak pierwszy lepszy głupek, czy próbuje coś ustalić? Zrozumiał, że obie odpowiedzi są nie do przyjęcia. Jeśli po prostu zabija czas, to czemu w tak mozolny sposób? Czyżby do tego stopnia go zamroczyło, że nie ma już odwagi myśleć? A skoro nie gryzmoli dla zabawy, do czego naprawdę zmierza? Wydawało mu się, że szuka znaku, przedziera się przez chaotyczny labirynt wędrówek starca w poszukiwaniu iskry sensu. Wniosek mógł być tylko jeden: ten mianowicie, że Quinn uparcie nie wierzy w przypadkowość poczynań Stillmana. Chce nadać im sens, niechby najbardziej mętny. Już choćby to samo w sobie było nie do przyjęcia. Znaczyło bowiem, iż Quinn ośmiela się przeczyć faktom, a przecież dobrze wiedział, że nic gorszego detektyw zrobić nie może.
Postanowił jednak brnąć dalej. Nie było jeszcze późno, dochodziła dopiero jedenasta, a zresztą zaszkodzić te spekulacje na pewno nie mogły. Trzecia mapka ani trochę nie przypominała dwóch poprzednich.
Nagle Quinn wyzbył się wszelkich wątpliwości. Wydawało się jasne, że – pomijając wydreptane w parku esy-floresy – ma przed sobą literę E. Przyjąwszy, że drugi diagram to rzeczywiście litera I, można było bez wielkiego ryzyka uznać ptasie skrzydła z pierwszego za literę W. Nawet tylko te trzy ułożone w kolejności, w jakiej powstały, tworzyły już sensowne słowo, ale Quinn wolał wstrzymać się z wyciąganiem wniosków. Następny dzień zaowocował diagramem zbliżonym do litery Ż. Podobnie jak poprzednie, również i ten w części parkowej wzbogacały rozmaite nieregularności, przybliżenia i kunsztowne ozdobniki. Czepiając się resztek obiektywizmu, Quinn usiłował spojrzeć na rysunek tak, jakby wcale nie oczekiwał, że ujrzy literę alfabetu łacińskiego. Mówiąc uczciwie, niczego nie był pewien: diagram równie dobrze mógł być czystą abstrakcją. Może tylko zwidują mu się obrazki, tak jak w dzieciństwie, kiedy wpatrywał się w chmury? Lecz zbieżność była uderzająca. Gdyby kształt litery miała jedna mapka, a choćby i dwie, mógłby je zbagatelizować jako kaprys losu. Ale seria czterech takich przypadków? To już wydawało się mocno naciągane.
Kolejny dzień dał kanciaste A: podkowę przekreśloną w połowie, jak zwykle z całą masą rokokowych farfocli. Następnie pojawiło się B: dwa pudła stały krzywo jedno na drugim, a wierzchem sypały się wióry chroniące zawartość. Potem drugie A, trochę chwiejne, odrobinę drabiniaste, z malejącymi ku górze schodkami po bokach. I drugie B: w ryzykownym przechyle, perwersyjnie podparte w jednym tylko punkcie, niby piramida ustawiona na wierzchołku.
Quinn wypisał litery w porządku chronologicznym: WIEŻA BAB. Bawił się nimi przez pół godziny, dzielił je na różne sposoby, zmieniał szyk, aż wreszcie powrócił do pierwotnego i napisał: WIEŻA BAB. Rozwiązanie to trąciło taką groteską, że ledwie śmiał je uznać. Chociaż Stillman jeszcze nie skończył, odpowiedź wydawała się jasna: WIEŻA BABEL. (…)
A jednak istniały zarysy liter – nie na ulicach, na których powstały, lecz w czerwonym notatniku Quinna. Sam Quinn właśnie się zastanawiał, czy Stillman co wieczór obmyśla w swym pokoju marszrutę na następny dzień, czy też improwizuje w ruchu. Obie możliwości były prawdopodobne. (…) Myśl o literach przerażała Quinna. Wersja, zgodnie z którą Stillman wydeptywał właśnie litery, wydawała się tak pokrętna, pełna tak szatańskich niedomówień, że nie chciał jej uznać.
Postanowił się położyć; spał niespokojnie, zbudził się, przez pół godziny pisał w czerwonym notatniku, wrócił do łóżka. Tuż przed zaśnięciem zdążył pomyśleć, że ma pewnie jeszcze dwa dni, bo Stillman nie dokończył przesłania. Pozostały dwie ostatnie litery – E i L. Myśli Quinna rozbiegły się. Wylądował w urojonej krainie okruchów, ojczyźnie niesłownych rzeczy i niedorzecznych słów. Po raz ostatni pokonując senne odrętwienie, przypomniał sobie, że El po starohebrajsku znaczy Bóg.
Następnego dnia Quinn rozmawia wreszcie ze Stillmanem. Starzec przyznaje, że to, co robi, ma, jego zdaniem, doniosły sens.
– Codziennie wstaję skoro świt, mówi starzec. Muszę wychodzić bez względu na pogodę, stale być w ruchu, bez przerwy na nogach, co chwila pędzić z miejsca na miejsce. Niech mi pan wierzy, to człowieka po prostu wykańcza. (…) Widzi pan, świat rozpadł się na kawałki. A moja rola polega na tym, żeby go z powrotem poskładać. (…) szukam tylko najogólniejszej zasady, a to leży w zasięgu możliwości pojedynczego człowieka. Jeśli zdołam położyć podwaliny, samego dzieła odbudowy mogą dokonać inne ręce. Najważniejsza jest główna przesłanka, pierwszy krok w sferze teorii. A w tym niestety nikt mnie nie wyręczy. (…) Zrozumiałem, że muszę się ograniczyć. Pracować na terenie dość małym, żeby wszystkie wyniki były niepodważalne.
Stillman odtwarza spacerami tezy swojej pracy doktorskiej o tym, że Ameryka jest Nowym Światem i w swoich spacerach po Nowym Jorku, po tym małym wycinku miasta między Riverside a Amsterdam Avenue buduje ten świat jeszcze raz, tworzy jego dwie części, najpierw Raj, który był obietnicą szczęścia, a potem Wieżę Babel, która sprawiła, że raj się rozpadł. I jak Adam w Raju – podnosi pogubione przez przechodniow przedmioty i nadaje im nowe nazwy.
Spacer jako tworzenie świata, którego budulcem są wydeptane na ulicach słowa.
Cytaty z wydania Znaku (2012), przekład Michał Kłobukowski, rozdziały 8, 9
Jeszcze jeden kurs na Mariacką (dwa poprzednie były TU i TU), a to z powodu różnych oryginałów, którzy tam mieszkali, lub bywali i miejsc. Ludzie nadają miejscom charakter, na przykład bar, który mieścił się przy Mariackiej 3 i nazywał Pod Trójką, gromadził typy ze śródmiejskiego półświatka. Tam przychodzili złodzieje, paserzy, sutenerzy ze swoimi kobietami, ale także zwyczajni ludzie, którzy chcieli napić się taniej wódki, bo na droższy lokal nie było ich stać. W ramach PRL-owskiej kampanii o wzrost kultury spożycia alkoholu, w lokalach gastronomicznych trzeba było charę zakąszać, obowiązywały określone normy; na jedną pięćdziesiątkę przypadał o ile pamiętam co najmniej koreczek serowy, albo pół jajka na twardo, ale ser był trochę tańszy i jak się wchodziło do baru, to jechało gołdą w płynie i naturze, a w powietrzu można było zawiesić siekierę, bo wszyscy palili. Nie pamiętam, żeby stały tam stoliki z krzesłami, jak w restauracji Fahrenbruch, która była w tym miejscu w czasie okupacji. Chyba konsumowało się tylko na stojąco. Z powodu częstych, pijackich awantur i bijatyk Trójka miała wśród katowiczan ogólnie złą opinię.
Lepsze towarzystwo przychodziło do dawnego Savoyu, naprzeciw mordowni, który stał się restauracją Hungaria, wyspecjalizowaną w wybornych daniach węgierskich dla smakoszów. Dla niej w swoim czasie ułożyłem wierszowane jadłospisy, do rysunków malarki Heleny Goldy-Błachut, mojej dobrej koleżanki z Tychów. Jadłospisy stale trzeba było dodrukowywać, ponieważ klientela restauracji regularnie zabierała je sobie do domu na pamiątkę, z czego wniosek, że takie zupełnie nieskazitelne to towarzystwo nie było.
Swoją klientelę miała kawiarnia hotelu Śląskiego, pod numerem 15, działającego w miejscu dawnego Europejskiego. Zachodzili tam m.in. ludzie znani z katowickich scen, artyści plastycy, dziennikarze i ładne pielęgniarki z kliniki przy pobliskiej Francuskiej. Kiedy była żona reżysera Janusza Kidawy została moją narzeczoną i siedzieliśmy, jak ta para gołąbeczków, przy stoliku, znienacka zjawił się On z groźną miną i butelką szampana. Wycelował korek najpierw w Elżbietę, później we mnie, ale nikogo nie zastrzelił, bo trunek był mocno zmrożony. Opowiedział mi niedawno Bogdan Kułakowski, o którym pisałem w poście Fotopstryk nieuleczalny, że po wojnie w budynku pod Piętnastką działał Urząd Bezpieczeństwa z aresztem, gdzie przetrzymywano przez jakiś czas jego przyjaciela, Jacka Cieszewskiego. Tym sposobem dowiedziałem się, gdzie pewnego dnia wylądował również mój ojciec Edward.
Towarzysko najmocniej kojarzy mi się ta ulica z rodziną Hocków, przyjaciół mamy, u których bywaliśmy “w gościach” jeszcze w moich czasach studenckich, kiedy przyjeżdżałem z Krakowa do domu. Mieszkali na poddaszu kamienicy, gdzie był bar Pod Trójką – Maks, kierowca miejskich autobusów z żoną Agnieszką i dziećmi, Ewą i Heńkiem. Maks, pogodny gaduła, kiedy Agnieszka przygotowywała dla nas kolację, chwalił się, jak podrywają go pasażerki w pracy, albo opowiadał, co ostatnio wypatrzył przez lornetkę w pokojach Savoyu, który miał akurat naprzeciw swojego domu. Hotel oficjalnie już nie działał, ale jak parom rozgrzanym węgierskimi potrawami zbierało się na miłość, to za odpowiednią opłatą można było dostać klucz do któregoś z apartamentów na górze. Korzystały z nich również luksusowe kurtyzany* i forsiaści prywaciarze, których w ówczesnych Katowicach też nie brakowało. Żona Maksa znała jego opowieści na pamięć, ale nie chciała psuć nam przyjemności słuchania i dyplomatycznie udawała, że słyszy je po raz pierwszy.
Jak sobie wypił, nieodmiennie przypominała mu się wojna. O swojej służbie w Wehrmachcie mówił niechętnie, za to, jak w Normandii uciekł do pancerniaków generała Maczka, mógł godzinami. Robiło się muzycznie; brał do ręki dwie, trzy łyżeczki i wybijając nimi rytm, przy akompaniamencie mojej gitary, śpiewał Marynarskie tango, które wszyscy żołnierze w dywizji znali na pamięć.
Nigdy nie dowiedziałem się, co mieli wspólnego czołgiści z marynarzami, ale piosenka była taka rzewna, że często Maks się przy niej rozklejał i nie było człowieka przy stole, żeby mu nie wtórował przy refrenie. Był w dywizji, kiedy pod koniec wojny, pod Łukiem Tryumfalnym w Paryżu, generał Stanisław Maczek za swoje wojenne zasługi został odznaczony Komandorią Krzyża Legii Honorowej. Generał pozostał na Zachodzie, Maks wrócił do Polski, ale czy dobrze zrobił, tego nie był pewien.
Różni ludzie siadywali przy gościnnym stole Hocków. Agnieszka świetnie gotowała, na jej krupnioki, żurki i bogracze przychodził owdowiały profesor matematyki z sąsiedztwa, młoda niewidoma, którą zawsze przyprowadzał i odprowadzał Heniek, do tego Cygan ze złotymi zębami, zwany Jasiem-Urke, bo był zawodowym złodziejem i czasem pewien małomówny malarz, chyba w moim wieku. Nie wiem, jak się nazywał, ale dziś myślę, że to mógł być Jerzy Duda-Gracz, który w tamtym czasie studiował sztuki piękne w Katowicach. A więc przychodzili ludzie z różnych środowisk, nie tylko po to, aby zjeść i wypić, ale także żeby pobyć ze sobą, pośmiać się, ponarzekać, wymienić myśli. Wówczas nikt nie musiał się zapowiadać z wizytą, w gości szliśmy z marszu, spontanicznie. Nawiedzaliśmy się wzajemnie, żeby pożyczyć soli, albo cukru, podzielić swoimi problemami i radościami i tak było również u Hocków. Czasami Agnieszka miała w spiżarni tylko domowy smalec ze spyrką i ogórki, albo wodzionkę na blasze, ale zawsze czas i życzliwość dla ludzi, którzy przechodzili przez jej próg.
Profesor z niewidomą dziewczyną nieodmiennie dyskutowali o astronomii, zwłaszcza jak pamiętam o Drodze Mlecznej, Jasiu i Maks mieli swoje sekrety, wymieniane grypserą, moja mama plotkowała z Agnieszką w kuchni, ja brzdąkałem na gitarze, którą wtedy wszędzie ze sobą woziłem, a malarz wszystkiemu się tylko przyglądał. Najweselej było, kiedy wpadali dwaj lalkarze z dziecięcego teatru Ateneum przy Wieczorka, zwykle już pod dobrą datą i naśladowali różne głosy – zwierząt, dzieci, starzyków, albo wymarzonego do żartów Władysława Gomułki i sypali teatralnymi anegdotami, jak z rękawa.
Dla mnie był to rodzaj salonu artystycznego, który niestety nagle i nieoczekiwanie chyba dla wszystkich jego gości zakończył swój żywot. Agnieszka z Maksem rozwiedli się. Maks wyjechał do RFN, a jego żona i dzieci przeprowadziły się do innego mieszkania. Po latach, kiedy już pracowałem w Wieczorze, Maks ni stąd ni zowąd odwiedził mnie w redakcji. Postarzały, jakby niższy niż kiedyś, ale nadal jak zwykle pogodny. Powiedział, że mieszka w Hamburgu, prowadzi nocny lokal i materialnie wiedzie mu się dobrze, ale zamierza wszystko zlikwidować i wrócić do Polski, bo jednak tutaj jest jego miejsce. Znalazł parcelę gdzieś na granicy Katowic i Chorzowa, niedaleko Stadionu Śląskiego, tam się wybuduje i zamieszka. To było parę miesięcy przed ogłoszeniem stanu wojennego w Polsce; więcej już go nie zobaczyłem. Raz do mnie jeszcze zatelefonował, powiedział, że wszystko idzie zgodnie z planem, tylko musi dbać o swoje zdrowie, bo jest na insulinie. Później, kiedyś spotkałem w Katowicach Jasia-Urke, który powiedział mi, że Maks wybudował ten dom i niedługo po tym zmarł. Agnieszki też już nie było, odeszła wcześniej; ułożyła sobie życie z kimś innym, ale wykończył ją rak, a Ewa i Heniek wyjechali do Niemiec.
Tyle o Mariackiej i ludziach, których tam znałem. Na zakończenie powiem tylko, że ta ulica i jej okolice przyciągają artystów z bliska i daleka. Na wielu domach, od ich zaplecza, na tak zwanej Mariackiej Tylnej, od lat widnieją ciekawe instalacje i murale, a wciąż powstają nowe. Zresztą popatrzcie Państwo sami.
* Jedną z tych pań była słynna pięćsetka, warta odrębnego wpisu. Niestety brakuje mi szeregu informacji na jej temat, jeżeli więc żyje jeszcze ktoś, kto pięćsetkę znał, bodaj z opowieści, to bardzo proszę o kontakt.
Wybrałam się z mojej zachodniej części Berlina w kierunku wschodnim do dzielnicy, która po ponownym zjednoczeniu miasta połączyła się z dzielnicą zachodnią i teraz razem nazywają się Friedrichshain-Kreuzberg. Friedrichshain od Kreuzbergu dzieli Szprewa, a most Oberbaumbrücke kiedyś dzielący miasto, państwo i Europę połączył obie dzielnice i stał się ich herbem.
Volkspark Friedrichshain jest najstarszym parkiem publicznym w Berlinie, drugim co do wielkości po Parku Tiergarten, a początek dał mu Peter Joseph Lenné w setną rocznicę koronacji Fryderyka Wielkiego. Zaprojektowany przez Johanna Heinricha Gustava Meyera rozciąga się na powierzchni ponad 52 hektarów.
Nigdy tu nie byłam. A dzisiaj jest 13 grudnia, data dla każdego Polaka bardzo ważna, bo jak powiedział szczeciński poeta Marek Maj: „Wszyscy jesteśmy trochę grudniowi…” Przyjechałam wcześniej, żeby się rozglądnąć. Chciałam koniecznie zobaczyć te baśniowe rzeźby przy baśniowej fontannie. Märchenbrunnen, fontanna zaprojektowana została przez Ludwiga Hoffmanna, a postaci z baśni braci Grimm są dłuta przede wszystkim Ignatiusa Taschnera. Nie pomyślałam, że to nie ta pora roku, że grudzień, a do tego 13. Czerwonego Kapturka, Śpiącą Królewnę, Kopciuszka i inne baśniowe figury internowano. Wsadzono do pudeł i muszą czekać do wiosny. Ja też muszę poczekać.
Z drugiej strony parku inne postaci, już nie z bajki, stoją w braterskim uścisku i stoją na straży pamięci o radzieckim wyzwolicielu, jego polskim pomocniku i dobrym Niemcu antyfaszście. Pomnik Żołnierza Polskiego i Niemieckiego Antyfaszysty pojawił się w Parku Friedrichshain w 1972 roku. Szumnie i dumnie został odsłonięty przez ówczesne władze obu krajów. W centrum pomnika stoją dwie wysokie betonowe kolumny, które u góry otacza powiewająca na wietrze flaga. Flaga jest z brązu, ale patrząc na godła państw zamieszczone poniżej, możemy się domyślać, jakie ustroje państwowe reprezentuje. Dalej, z tyłu pomnika na poziomej ścianie wykuty jest napis w dwóch językach: „Za wolność naszą i waszą”.
Zawsze ktoś będzie za naszą wolność walczył, od powstania listopadowego, kiedy te słowa Lelewela (też w dwóch językach, tym drugim był rosyjski) pojawiły się na sztandarch, aż do dzisiaj, cały czas są aktualne.
W 39 rocznicę wprowadzenia stanu wojennego w Polsce na ulicę nie tylko polskich miast wyszły Kobiety i to one dzisiaj stają do walki. „Dziewuchy Berlin” były inicjatorkami spotkania przy pomniku, spotkania rocznicowego z błyskawicą w tle. Brawo Dziewuchy Berlin!!!
Nad pomnikiem zagrzmiało.
Tuż za pomnikiem, jednak mocno męskim, zadbanym, wyeksponowanym jest bardzo zaniedbany ogród „Duft- und Behindertengarten“ (ogród zapachowy dla niepełnosprawnych!?!?). Od razu poczułam zapach pewnego ziela i zobaczyłam grupę młodych ludzi, którzy choć nielegalnie ze względu na pandemię i to drugie dbają o to, żeby korzystać z ogrodu zgodnie z jego przeznaczeniem, mając na uwadze pierwszą część nazwy ogrodu. Mnie zainteresowało coś innego, a mianowicie rzeźba w podobnym jak ogród zaniedbanym stanie, rzeźba kobiety z dzieckiem „Mutter mit Kind”. Autorem rzeźby jest urodzony w Szczecinie Edmund Gomanski (1854-1930, Gomanski jest też twórcą Fontanny Ceres w Opolu). Szkoda, że o matce z dzieckiem nikt nie pamięta. Nie spodziewałam się takiego zakończenia mojej wyprawy na drugi koniec Berlina. 30 lat po upadku muru odczułam, że to miasto jest ciągle podzielone.
Ale od początku. Zamawiając taksówkę we Friedrichshainie nie pomyślałam, że taksówkarz będzie też z tego fyrtla. Jechaliśmy w moim kierunku do Berlina Zachodniego, do Wilmersdorfu. Wsiadałam do taksówki tuż pod pomnikiem, z daleka słychać było głośną muzykę. Dziewuchy biły piorunami. Grzmiało. Taksówkarz zbulwersowany zapytał, czy tam odbywa się jakieś party. Odpowiedziałam zgodnie z prawdą, że nie, że jest to impreza okolicznościowo-rocznicowa, nie wyjaśniając niczego.
Dojechaliśmy do Schönebergu i dalej ani rusz.
„Pani to chyba często nie jeździ taksówkami?”
„Dopiero się uczę”, odpowiadam.
„No bo takiemu taksówkarzowi z ostu trzeba chociaż w przybliżeniu dać jakiś punkt zaczepienia, gdzie ma jechać, sam adres nie wystarczy.”
Pan kierowca nie korzystał, zresztą tak samo jak ja, z najnowszych osiągnięć techniki.
„Tu już każdą ścieżkę znam, poprowadzę.”
Nie pomyślałam tylko, że znam każdą ścieżkę, ale rowerową. Pokluczyliśmy znowu trochę, szukając
drogi do domu, mojego.
„Co pani robiła w tej części miasta?”
Więc opowiadam, że najpierw chciałam zobaczyć te baśniowe figury przy Baśniowej Fontannie, że nigdy tam nie byłam, a potem poszłam pod pomnik, który znam tylko ze zdjęć i opowieści, że dzisiaj 13 grudnia, rocznica wprowadzenia stanu wojennego, że pod pomnikiem, „Dziewuchy Berlin“ (tu wyjaśniłam, co to za grupa) zorganizowały performance i rocznicowe obchody.
Chyba nie był zachwycony, w dalszym ciągu był zbulwersowany głośną muzyką, którą słyszał. Znał na pewno inne ceremonie obchodzenia rocznic.
„Żołnierze obracają się chyba w grobie. Tak nie można”, ja na to, że pod pomnikiem raczej nie jest nikt pochowany.
„Oni są wszędzie, wszędzie są ich kości, w całych Niemczech”, po chwili uściśla, „w całych wschodnich Niemczech“.
Jedziemy dalej w milczeniu, drogą główną, co by już nie błądzić.
I nagle „wschodni taksówkarz” znowu przerywa milczenie,
„Vier Panzersoldaten und ein Hund“.
Chwilę nie wiem, o co chodzi, czy znowu pogubił drogę. Nie, to przecież czterej pancerni, on ich kojarzy z tym pomnikiem.
„Skąd pan to zna?”
„To że znam, jest odpowiedzią. Myśmy ten serial bardzo chętnie oglądali.”
„My też, my chyba chętniej. Jak można oglądać chętnie film, o swoich ziomkach, którzy przegrywają wojnę, są mordercami i jakby tego było za mało na każdym kroku są wyśmiewani?”, pytam odważnie.
On na to, że w Niemczech byli też niemieccy antyfaszyści:
„Zna pani chyba historię?”
„Historią można łatwo manipulować”, odpowiadam.
Milczymy, czuję, że stąpam po kruchym lodzie, ale on też jest ostrożny.
Nagle taksówkarz zaczyna nucić, po chwili ja z nim. Mówi, że słów nie pamięta, ale to piękna piosenka. Więc zaczynam śpiewać po polsku, „Deszcze niespokojne potargały sad…”
Niemieckiej wersji nie znam, dopiero w domu znajduję.
Stürmisch ziehen Wolken
Bis zum Horizont
Und wir werden folgen
Wir ziehen an die Front.
Wird der Feind bezwungen
Ist der Sieg errungen
Und der Krieg ist aus.
Und die Welt wird schön sein
Und der Mensch wird frei sein.
Kehren wir nach Haus.
Kiedy we wrześniu 2020 roku znalazłem w sieci informację, że pod katowickim kościołem Mariackim w Katowicach jakaś młoda para w biały dzień odbyła stosunek płciowy (co ilustrowało odpowiednie zdjęcie), przyjąłem to krytycznie, ale bez wielkiego zdziwienia. Ulicy Mariackiej zawsze towarzyszyły jakieś obyczajowe skandale. Ich wyzwalaczem zwykle był alkohol, który lał się strumieniami w miejscowych knajpach i melinach, bardzo licznych na tym krótkim trakcie. Za czasów PRL-u, z których go pamiętam, była to dosyć chacharska ulica, choć miała ciekawe komisy odzieżowe, sklepy z antykami i miejsca, gdzie dobrze karmili. W opowieściach starych katowiczan wyglądała ona jednak kiedyś dużo korzystniej.
Została zabudowana w drugiej połowie lat siedemdziesiątych XIX wieku, według planu Nepilly`ego, na długości 378 metrów, na wschód od pobliskiego Rynku – między dzisiejszą ulicą Dworcową i kościołem p.w. Niepokalanego Poczęcia NMP, który wzniesiono w roku 1870. Ulicy nadano imię Richard Holtzestraße, na cześć przewodniczącego ówczesnej Rady Miejskiej Katowic, obchodzącego wtedy dwudziestopięciolecie pracy w zawodzie lekarskim.
27 stycznia 1901 w domu przy Holtzestraße 18 urodził się Willy Fritsch − jedna z najważniejszych gwiazd dawnego kina niemieckiego. Przed I wojną światową pod numerem 4−6 założono elegancki hotel Savoy. W restauracji hotelu, 20 czerwca 1922, na uroczystym śniadaniu spotkali się przywódcy III Powstania Śląskiego Wojciech Korfanty i Józef Rymer z generałem Stanisławem Szeptyckim, przyszłym ministrem spraw wojskowych II RP. Wtedy był to już adres przy ulicy Mariackiej. W dwudziestoleciu międzywojennym przy ulicy swoją siedzibę miały m.in. Bank Śląski – Banque de Silésie SA, hotel Europejski, winiarnia Kessel Juliusza Grundmanna, z dancingiem i pięknym, letnim ogródkiem od strony ulicy Francuskiej, restauracja Józefa Adamaszka, wytworna cukiernia Astoria Walentego Rybki, konsulat Brazylii, redakcje różnych czasopism oraz biura znanych instytucji przemysłowo-handlowych i powierniczych. Na rogu ulic Mariackiej i Dworcowej, obok Astorii, zlokalizowany był początkowy przystanek linii atobusowej Katowice − Sosnowiec, uruchomionej we wrześniu 1925 roku. W dwudziestoleciu międzywojennym na ulicy Mariackiej pojawiły się również damy uprawiające najstarszy zawód świata; głównie były one zainteresowane bogatą klientelą hotelu Europejskiego, usytuowanego na rogu z ul. Stanisława, ale można je było spotkać również koło Savoyu, a nawet pod cukiernią Walentego Rybki, która za niemieckich czasów nazywała się Kaiser Cafe. Były to podobno panie bardzo atrakcyjne, takie bardziej salonowe kurtyzany, niż pospolite prostytutki, do tego drogie w pozysku, na które zwykły zjadacz chleba nie mógł sobie pozwolić, ale po drugiej wojnie światowej to się zmieniło na gorsze. Jeżeli chodzi o te panie, bo ceny zrobiły się bardziej ludzkie.
Na stronie internetowej ulicy (mariacka.eu) czytamy:
„Przed wojną była to piękna i reprezentacyjna ulica miasta, gdzie mieściły się eleganckie lokale i siedziby wielu ważnych instytucji. Po drugiej wojnie została zasiedlona przez lokatorów z tzw. półświatka i zyskała bardzo złą opinię. Powstał nawet swoisty azyl dla kobiet lekkich obyczajów, gdyż jedynie na tej ulicy nie były one karane za prostytucję. Kobiety porządne wiedziały, że nie wolno spacerować prawą stroną Mariackiej zbyt opieszale. Zaraz nawijał się klient, najczęściej w aucie, odchylał szybę i pytał: „Ile bierzesz?” Na Mariackiej zawsze był najtańszy sort w Katowicach. Miały po 40 i 50 lat albo na tyle wyglądały. Zniszczone, niezadbane. Przyjmowały pod piątką w pokoju od frontu i w oficynie.”
Przy Mariackiej 5 faktycznie funkcjonował kiedyś tani burdel. Stąd na Śląsku znane było powiedzenie: Mosz chynć, to idź na Mariacko piynć. Dziś na parterze tej zabytkowej kamienicy, w miejscu dawnego antykwariatu Desy, mieści się pub Lorneta z Meduzą, bo Mariacka się w ostatnich latach znowu zmieniła. Nie ma już ruchu kołowego i powstał ładny deptak z mnóstwem różnych barów, piwniczek, kawiarń i ogródków letnich, ogrzewanych zimą, gdzie można się kulturalnie zrelaksować po pracy, albo nużących wykładach na uczelni. Tylko po piątej lornecie, albo siódmym kuflu ta kultura odpryskuje, jak źle położony lakier z samochodowego błotnika i wtedy ludzie robią różne niemądre rzeczy. Lokatorzy domu przy ul. Mariackiej 5 skarżą się, że często nad ranem, kiedy zamykają pub, jego goście dzwonią domofonem do ich mieszkań i bełkoczą, że mają chęć.
Niemożliwe, żeby to byli dawni klienci burdelu, tak długo libido nie żyje, może więc są to ich synowie, wnukowie, albo nawet prawnukowie, którzy w schedzie po swoich ojcach odziedziczyli ten adres. Dawni klienci byli zadowoleni z cen oraz jakości usług i czasami taka laurka żyje dłużej niż laureat. A więc, mili panowie, radzę uważać na Mariackiej, zatrute strzały Amora latają tam gęsto, a porządnym kobietom mogę tylko doradzić, żeby na wszelki wypadek chodziły lewą stroną, tak szybko, na ile potrafią. Może również dobrze byłoby, gdyby proboszcz miejscowego kościoła odprawił na Mariackiej stosowne egzorcyzmy, nie wiadomo, czy pomogą, ale na pewno nie zaszkodzą. O tej ulicy jeszcze będzie, w przyszłym wpisie.
Ja, heute ist der 3. Oktober. Ja, vor 30 Jahren begann eine neue Zeitrechnung. In Kollwitzplatz wurde eine Utopia gegründet. Darüber aber erst morgen mehr…
Ela Kargol
Czując pociąg do kultury, wsiedliśmy w pewien upalny sierpniowy weekend w pociąg do kultury i pojechaliśmy do Wrocławia.
Zamieszkaliśmy na Szewskiej, tam gdzie kiedyś szewcy mieli swoje kramy, warsztaty, sklepiki, chociaż może nie, bo kiedyś ta ulica nazywała się Schuhbrücke i przecinała dawny teren książęcy, a więc może była tylko pomostem, dla szewców, którzy dostarczali swój towar księciu. Dopiero niedawno zamówiłam książkę Wolfa Kampmanna Schuhbrücke: Ein Breslau-Roman, wcześniej jej nawet nie znałam. Zamieszkaliśmy, to za dużo powiedziane. To było mieszkanie Airbnb na jedną noc. Blok socjalistyczny z ciekawym podwórkiem, tak mi się wydawało, do czasu, gdy rano w dzień wyjazdu nie spotkałam pana sikającego w bramie. Blok, który zajął miejsce zburzonego podczas wojny starego budynku. Tuż obok nas, w kamienicy, która miała więcej szczęścia, może dlatego, że jeszcze przed wojną nazywała się, jak się nazywała, a mianowicie Kamienica pod Błogosławieństwem Bożym na dole jest Antykwariat Naukowy, dość znany w mieście, dla mnie odkrycie. W antykwariacie mieszka kot. Wygrzewa się w witrynie sklepowej wśród książek. Podobno biblię Lutra upodobał sobie najbardziej. Jest następcą Dantego, upamiętnionego na zewnętrznym parapecie, myślę, zamiast krasnala, a może to jest koci krasnal.
A naprzeciwko, już po drugiej stronie ulicy, zardzewiały jeździec na koniu. Pomyślałam od razu o Don Kichocie. Nie, Tomek powiedział do mnie, spoglądając na jeźdźca bez rąk, patrz Don Kichot! To nie był Don Kichot, choć mógłby nim być, po potyczce z kotem. Bo co to za nazwa Koń 87, tym bardziej, ze najbliższa rzeźba Don Kichota stoi sobie w Jeleniej Górze (proszę zobaczyć – TU). Z rzeźbą Koń 87, jeśli to prawda, co piszą w internecie, wiąże się bardzo smutna historia. Koń, ten prawdziwy, który pozował artyście (Zbigniew Frączkiewicz) nagle przestraszony, uciekł, a uciekając złamał nogę. Nie było w pobliżu zaklinacza koni, ani nikogo, kto by się podjął leczenia rumaka, a że rzeźba była na ukończeniu i koń nie był już potrzebny, nikt się nie zastanawiał. Został uśmiercony. Niefart prześladował konia nawet śmierci, już tego konia z brązu.
Przy ustawianiu rzeźby operator dźwigu opuścił zwierzę z dość dużej wysokości. Koń ponownie połamał nogi. Artysta uczynił z tego sztukę i na rdzawym postumencie stąpa koń, niecały jeździec i konia nogi. Wypisz wymaluj Don Kichot, niecały. Również niecały Don Kichot, bo tylko sam Kichot bez Dona pojawił się we wrocławskim teatrze lalkowym. Widziałam na rynku plakaty.
*** Wystarczyłaby ulica Szewska, żeby zaspokoić nasz pociąg do kultury, ze swoją historią i tym co po niej pozostało.
Jednak kulturę i historię oferuje Wrocław na najwyższym poziomie i na każdym kroku. Wszędzie o niej głośno, wszędzie ją widać i wszędzie można o niej przeczytać, można jej dotknąć.
Oprócz kota i Don Kichota, i tych wszystkich miejsc pięknych i oczywistych, warto pójść na wrocławskie Nadodrze. Gdy się popatrzy na mapę, widać, że jest to wyspa otoczona zewsząd Odrą, a więc w pojęciu szerszym i węższym jest Baratarią Wrocławia. Wystarczy wejść do jednej z bram przy ulicy Roosvelta, a tym samym do świata malowanych podwórek.
Nadodrze to dzielnica, w którą mniej inwestują krasnale, dlatego postanowiły inaczej ją upiększyć. W byłej stolarni powstał Okap, Ośrodek Kulturalnej Animacji Podwórkowej, no i się zaczęło. Prawdziwi artyści i ci prawdziwsi zaczęli rzeźbić malować, projektować ku uciesze własnej i z zaangażowaniem mieszkańców. Że każdy jest artystą, mówił już Joseph Beuys. Jakim? Każdy innym, ale w każdym z nas kryje się potrzeba wyrażania swojej twórczości, bo sztuka to wolność. Podwórka tętnią życiem i sztuką, są autentyczne ze swoimi mieszkańcami, którzy w ciepły sierpniowy dzień wyszli z kamienic, usiedli na ławkach i murkach, przy garażach, trzepaku. Dzieci dokazują, mniejsze śpią w wózkach. Ci co nie wyszli, otworzyli okna na oścież i rozmawiają z tymi na podwórku. Samochody parkują, zasłaniają sztukę. Ale o to przecież chodzi. Te malunki nie nadają się do klasycznych galerii. One wraz z podwórkowym życiem są “galerią”, czasem zasłonięte, czasem ukryte, mniej wyeksponowane, ale wszystkie piękne, a gdy liście drżą na wietrze, a słońce próbuje się przez nie przedostać, malowidła ożywają i biorą udział w podwórkowym życiu. Dzieła tych wielkich, których zna wikipedia, takich jak van Gogh, Wyspiański, Chagall, Frida Kahlo, Mondrian i wielu innych, na nowo namalowanych, są tak samo ważne jak portrety mieszkańców, ich prace, jak malowidła ich dzieci.
Nas patrzących, zwiedzajacych, zachwycających się jest jeszcze stosunkowo mało, choć pani w oknie, którą zagaduję, mówi, że czasem przychodzą wycieczki i wtedy nie wie, co oglądać, czy telewizję, czy ludzi spacerujacych pod oknem.
Chciałabym tam wrócić, bo nie zobaczyłam wszystkiego, bo oprócz pani w oknie, nie rozmawiałam z nikim, chciałabym wejść do tych domów z ażurowymi schodami, chciałabym jeszcze raz się zachwycić.
Narażę się na pewno niejednemu, gdy powiem, co tam Aula Leopoldina, co tam Panorama Racławicka, co tam Stary Ratusz we Wrocławiu lub Sky Tower, dopiero te malowane podwórka oczarowały mnie tak samo jak widok śpiącego kota wśród baśni braci Grimm, wierszy Barańczaka, Listów Jamesa Joyce’a i innych książek w oknie antykwariatu na Szewskiej we Wrocławiu.
Przypisek Adminki: To ciekawe, jak niekiedy pewna myśl pojawia się na blogu dzień po dniu, tak jak ta, że sztuka i wolność… Wczoraj pisał TU o tym Mietek Węglewicz, dziś – Ela Kargol i umieszcza zdjęcie kartki (a może obrazu, który wygląda jak kartka), gdzie jakiś artysta uliczny to samo obwieszcza wszem i wobec…
Rozmowa facebookowa 24 sierpnia po wycieczce do Szczecina. Urywany charakter rozmowy, powtarzanie się zdań i nieprzystawalność argumentów w dyskusji, bo w międzyczasie pojawiają się inne uwagi, należą do symptomów aktualnego stanu komunikacji międzyludzkiej, więc nie próbowałam tego zmienić tak, by nasza debata z Elą była jasna i czytelna. Proszę Czytelników o wyrozumiałość i podążanie za meandrowym sposobem komunikacji.
Ela: Byłyśmy z siostrą na placu Solidarności, obejrzałyśmy mural wykonany na 40 lecie sierpnia.
Ela: Byłyśmy też przy przygotowaniach do ponownego odsłonięcia muralu Iwaszkiewicza. Odsłonięty w czerwcu, po kilku dniach zamalowany czerwoną farbą, miał być odsłonięty dzisiaj i był (tylko w innej formie), bo w przeddzień został znowu potraktowany, tym razem czarną, farbą.
Ela: Mural z cytatem Iwaszkiewicza w Szczecinie zniszczony
Ela: https://images.app.goo.gl/fbVetjEsCeQrob5y8
Ela: To był ten oryginalny:
Ela: Inna sztuka pod trasą zamkową trzyma się dobrze.
Ewa: Gejowski list miłosny… oburzające akty wandalizmu i agresji anty wiadomo co. Ale z drugiej strony jest też pytanie o szacunek dla intymnych spraw innych ludzi. Ciekawe, czy Iwaszkiewicz by chciał, żeby ten list (i inne) w ogóle został opublikowany, a co dopiero z nazwiskiem jego i jego kochanka znalazł się na muralu…?
Ewa: On był dyskretny, ukrywał się ze swoim homoseksualizmem. Jak Tomasz Mann. Obaj mieli żony, dzieci, pozory normalnego życia.
Ela: O tym samym myślałam w czerwcu, ale potem było mi bardziej przykro, że go zniszczyli. Teraz to będzie już taka przepychanka.
Ela: Każda z nas pisała (chyba) listy miłosne.
Podwórko koło Café Berlin w Szczecinie
Ewa: No, ale nie wiem, czy bym chciała obejrzeć cytaty z moich listów na muralu.
Ewa: Z naszymi nazwiskami i zdjęciami i informacją, że mój kochanek był o kilkanaście lat młodszym gejem.
Ewa: Oboje się tego do dziś nie wstydzimy, ale czy to ma iść na mural?
Ela: No i trochę masz rację, że to prywatne sprawy, ale one były już publikowane.
Ela: Te sprawy nie wyszły na jaw na tym muralu.
Ewa: Dla naukowców nie, ale dla zwykłych ludzi na pewno.
Ewa: Rozumiem, że to jest element walki o tolerancję, ale czuję się z tą sprawą niedobrze.
Ela: Ale to wyznanie miłosne jest piękne, mnie się w sumie pomysł podobał.
Ela: Cytujemy cały czas, że ich tak nazwę, “wipów”
Ewa: Każde prawdziwe wyznanie miłosne jest piękne, ale jako mural wydaje mi się nadużyciem.
Ewa: Trzeba było zapytać np. “Michaśkę” Witkowskiego i jego kochanka, czy by dali wyznanie, nazwiska i zdjęcia na mural!?
Ewa: Albo Dehnela i jego męża
Ela: Do moich chłopaków (dużo ich nie było) pisałam: “a gdy będę zakochana, wyślę panu list i klucz”, może teraz cytowałabym Iwaszkiewicza.
Ewa: Dla naukowców nie było to nic nowego, ale dla zwykłych ludzi na pewno.
Ela: Zwykli ludzie nie będą szukać malunków pod trasą zamkową, choć teraz po tych kolejnych zamalowywaniach media nagłośniły sprawę.
Ewa: On był dyskretny, ukrywał się ze swoim homoseksualizmem. Jak Tomasz Mann, jak Marcel Proust, jak Federico Garcia Lorca.
Ela: Masz racje, tę dyskretność należałoby uszanować. Z tym szanowaniem pewnych zasad młodzi mają problem. Jest przyzwolenie na przekraczanie pewnych zasad, ale w tym przypadku nie widzę niczego złego. W dzisiejszych czasach on nie musiałby się ukrywać.
Ewa: Ale mógłby chcieć. Mam kilku znajomych, którzy to robią… Nawet w Berlinie.
Ewa: Oni nie mogą w tej sprawie sami o sobie zadecydować
Ewa: A my naruszamy ich intymność.
Ewa: Poza tym w Polsce jednak ludzie nadal się ukrywają.
Ela: Tak.
Ewa: Czy mogę zrobić wpis z tej naszej dyskusji o Iwaszkiewiczu?
Ela: Pewnie, że tak, podeślę Ci zdjęcia
Ewa: Super. Mogę napisać, że ty to ty?
Ela: Napisz, że ja to ja i że jestem za. Teraz przez to wszystko, co się stało i stanie, i jakie wipy mają w tym udział, cała rzecz się inaczej potoczy. Pomysł z chatem na komórce jest super. I tak jak chyba pisałam: sztuka, czyli te inne malunki pod trasą zamkową mają się dobrze. A jest ich dużo.
Ela: Otwarcie było w czerwcu i ja w ten dzień byłam w Szczecinie, ale o tym nie wiedziałam, no więc jak przeczytałam, że jest drugie otwarcie, chciałam zobaczyć. Do otwarcia nie dotrwałyśmy, bo siostra już nie chciała.
Ela: Jak o tym piszesz, że to zbyt osobiste… To wyobrażam sobie, że to ręka z zaświatów, albo ręce zamalowują chat, no bo inaczej nie mogą usunąć.
Ela: Ale spójrz na fb czy innego instagrama, ile tam jest treści osobistych, nie tylko naszych, wstawiamy zdjęcia dziadków, którzy nie żyją. Ja opowiadam o miłostkach moich rodziców, o tym, że za Niemca ojcu było lepiej, że dziadek budował Oświęcim… Nie wiemy, jak by Iwaszkiewicz postąpił w naszych czasach. Ten odstęp tylu lat pozwala nam inaczej na wszystko spojrzeć.
Ela: Teraz doczytałam, że wnuczka Iwaszkiewicza była też potem w Trafo (galeria, która zainicjowała namalowanie muralu o Iwaszkiewiczu – przyp. EMS). Z małej chmury duży deszcz. Teraz to już cały świat się dowiedział.
Ewa: Ale przecież o to chodziło!
Ela: Tak, tak, ale nie wiem, czy od początku o to chodziło, rozmawiałam krótko z Moniką Tichy (aktywistką LGBT w Szczecinie – przyp. EMS), pytając, co dalej. Jakoś tak krótko odpowiedziała, że sama nie wie, że wszystko potoczy się samo dalej i że to na pewno nie koniec całej akcji.
Nie zapomnijcie maseczek / Masken nicht vergessen!
Monika Szymanik i jej pasje, stare domy, zdjęcia, poznawanie ludzi, wydawanie książek… O Szczecinie, spacerach i książkach będziemy dziś rozmawiać z Moniką w Sprachcafé Polnisch
Monika zaczęła opowiadać o “stareńkich” (“stareńki” to jej ulubione słowo) detalach szczecińskich kamienic na Instagramie i to oczywiście widać w tym, co pisze. Wczoraj na przykład zamieściła na Instagramie powyższe zdjęcie i taki oto opis:
My, ludzie Facebooka w znacznie mniejszym stopniu używamy hasztagów, ale co tam, skoro będę prezentowała dziś (po niemiecku) autorkę z Instagramu, to poszaleję i ja. Zaczynam:
Niestety, nic się, jak widać, nie wydarzyło, informacje, których chciałam Wam udzielić, nie zlinkowały się w magiczny sposób, czyli jednak oprzeć się muszę na tradycyjnej metodzie pisania wszystkiego, co musicie wiedzieć, żeby przyjść dziś na spotkanie z Moniką Szymanik:
na spotkanie z Moniką Szymanik, szczecinianką, która po polsku i po niemiecku wydała książkę o starych szczecińskich kamienicach i tajemnicach…
Altbauliebe einer Stettinerin – Begegnung mit der Autorin
Ein Abend mit Monika Szymanik, Buchautorin: „Altbauliebe einer Stettinerin“. Beginn: 19 Uhr, SprachCafé Polnisch – mit Streaming.
Eine Einladung zu einer Reise durch Stettin, bei der die Wegweiser Intuition und künstlerische Sensibilität sind. Zusammen mit Monika Szymanik entdecken Sie alte magische Straßen und Gassen, historische Gebäude mit ihren Fassaden. Alles, was sichtbar und verborgen ist. Alles in einem Fotoalbum und vor allem in einem bezaubernden Gespräch.
Monika Szymanik ist Stettinerin, die eines Tages ihre Wohnung verließ, um einen Spaziergang zu machen. Dieser erwies sich dann als erster aus einer ganzen Reihe von Foto-Spaziergängen. So begann Monika Szymanik aus Eintönigkeit des Daseins der Architektur und ihrer Natur mit ihrem Smartphone Augenblicke einzufangen. Aber diese Eintönigkeit war lediglich eine scheinbare. Die von Monika Szymanik festgehaltenen Bilder erzählen Geschichten. Welche Geschichten? Darüber erzählt die Buchautorin selbst.
Herzlich willkommen!
Da Treffen war gestreamt (), jeder kann uns hören und sehen, wie wir uns lebendig und fröhlich über die Leidenschaften von Monika Szymanek unterhalten. / Spotkanie było streamowane, każdy może nas obejrzeć i posłuchać jak żywo i radośnie rozmawiamy o licznych pasjach naszej referentki. Tu tylko kilka migawek, okiem Eli Kargol:
Tak się czasem zdarza, że nasze myśli spotykają się gdzieś poza nami. W książce, którą akurat czytałam (Judith Schalansky, Verzeichnis einiger Verluste), której fragment we wtorek TU cytowałam, była na stronie 108 maleńka wzmianka o Billym Wilderze, a w indeksie osób informacja, że urodził się w Suchej. Pomyślałam, że muszę zapytać Elę Kargol, czy chodzi o tę Suchą, do której ona co roku jeździ, bo stamtąd pochodzi jej rodzina. Ale nie zdążyłam. Weszłam bowiem na Facebooka, a tam…
Ela Kargol o nimnapisała. Potem kilkakrotnie ten tekst przerabiała, aż powstał taki wpis:
Billy Wilder ze Suchej
Fejsbuka używam aktywnie od kilku lat. W Suchej Beskidzkiej bywam trzy razy w roku, czasem częściej, ale nie przyszło mi nigdy do głowy, aż do lipca 2020 roku, żeby oznajmić światu, że Sucha była miejscem, gdzie na świat przyszedł Samuel Wilder, nazwany przez swoją mamę Billiem, prawdopodobnie na cześć Buffalo Billa. W 1906 roku widowisko, które wyreżyserował Buffalo Bill Wild West Show pokazywano na terenach dzisiejszej Polski, między innymi w Krakowie, Tarnowie, Bielsku-Białej. Jest prawdopodobne, że Eugenia, już chyba wtedy Wilder, oglądała z zachwytem to przedstawienie o Dzikim Zachodzie. Do Samuela mówiła z niemiecka Billie, później dopiero został Billym. Po krótkiej fejsbukowej notce, że Billy Wilder jest ze Suchej, odezwali się fejsbukowi przyjaciele z komentarzami, że nie tylko Billy jest z Polski, wtedy jeszcze Austro-Węgier, ale wielu innych artystów i twórców Hollywood i z Hollywood ma polskie lub zaborowe korzenie. Najbardziej zaskakującym zdarzeniem i komentarzem były słowa adminki, która w momencie, gdy ja pisałam o Billym, o nim czytała i chciała mnie właśnie zapytać, czy ja to wiem, że Billy Wilder urodził się w Suchej Beskidzkiej: „Ela! To niemożliwe! Ja dziś rano odkryłam, że Wilder urodził się w Suchej i chciałam Ci to napisać, wchodzę więc na FB, a tam Ty o tym piszesz!!!!“
Wyprzedziłam jej pytanie fejsbukową odpowiedzią.
O tym, że Billy Wilder, mistrz światowego kina, urodził się w Suchej (Suchą Beskidzką została dopiero 1965 roku) wiedziałam od zawsze, a na pewno od roku 1996, od wtedy, gdy cały świat się o tym dowiedział, a jedną z ulic w Suchej Beskidzkiej nazwano ulicą Billy’ego Wildera.
Pamiętam dzień, gdy tata usłyszał o tym ważnym dla bliskiego mu miasta wydarzeniu w jakichś telewizyjnych wiadomościach. Byłam wtedy w pokoju, ale nie słuchałam głosu z telewizora. Ojciec powiedział, że bardzo znany amerykański aktor przyjedzie do Suchej i może da jakieś pieniądze miastu.
Billy Wilder do Suchej nie przyjechał.Już wtedy miał 90 lat, a miasto Sucha niewiele od niego starsze obchodziło setny jubileusz nadania praw miejskich. Odłożył przyjazd na wiosnę następnego roku, ale zdrowie nie pozwoliło mu przylecieć do miasteczka, w którym “wszystko się zaczęło. Podobno był bardzo wzruszony faktem, że w rodzinnym mieście nazwano ulicę jego imieniem i nazwiskiem. Wtedy w Suchej reprezentował go jego przyjaciel, Zbigniew Karol Rogowski, dziennikarz, publicysta, i krytyk filmowy, który całą sprawę nagłośnił i doprowadził do końca, albo początku, jak kto woli.
Ulica Billy’ego Wildera znajduje się niedaleko suskiego dworca, w górnej Suchej, tam gdzie Billy spędził dzieciństwo, a jego rodzice prowadzili dworcową restaurację albo tam gdzie mieszkali i mieli może cukiernię i prawdopodobnie tam, gdzie Billy przyszedł na świat. Pewnych faktów nie znam, w internecie krążą sprzeczne wiadomości. Często wymieniany jest budynek dworca w Suchej Beskidzkiej jako miejsce restauracji dworcowej Wilderów. Jeśli rzeczywiście to ta restauracja, to pamiętam jej elegancki jeszcze wystrój, kelnerów jakby przedwojennych i to, że rzadko tam zaglądaliśmy ze względu na wysokie ceny. Do autorki jednego z rozdziałów książki Billy Wilder, mistrz kina z Suchej Beskidzkiej, pani Barbary Woźniak, nie mogłam dotrzeć, z muzeum suskiego otrzymałam kopię artykułu, z którego pani Woźniak prawdopodobnie korzystała. I, jak sama pisze, jedynym namacalnym dowodem, że Billy Wilder urodził się w Suchej Beskidzkiej, są notatki suskiego lekarza, doktora Karola Spannbauera, który leczył małego Samuela.
Matka Billy’ego pochodziła z Nowego Targu, jej rodzice pracowali w branży restauracyjno-hotelarskiej, Ojciec był z Krakowa. Po ślubie zaczął prowadzić interesy z rodziną żony, otwierali kawiarnie i restauracje przy dworcach i na trasie Galicyjskiej Kolei Transwersalnej. Otwarcie tej linii kolejowej, w której budowie uczestniczyli też mój prapradziadek i jego koń, przyczyniło się do wszechstronnego rozwoju miejscowości przy trasie kolejowej, szczególnie przy dworcach, gdzie zatrzymywał się pociąg. Powstawały mieszkania dla pracowników kolejowych, rozwijał się handel. A ponieważ pociągi stały dłużej, niż jest to praktykowane obecnie, choć jeszcze dzisiaj przepina się na niektórych przystankach lokomotywę, podróżni chętnie korzystali z dworcowych jadłodajni, restauracji, kawiarni. Mały Billy pamięta, że Sucha musiała być dużym węzłem kolejowym, że postoje na dworcu podróżni wykorzystywali na krótki posiłek, a pracownik dworca dzwonkiem oznajmiał koniec postoju, a tym samym i posiłku. Billy oprócz Suchej zapamiętał Kraków i hotel, w którym grał w bilard, Nowy Targ, gdzie spędzał wakacje u dziadków, już po wyjeździe do Wiednia. Być może, że wracał do Suchej, albo przez nią przejeżdżał lub zatrzymywał się na krótki posiłek w dworcowej restauracji.
Billy Wilder zmarł w 2006 roku w Los Angeles i został tam pochowany. Do Suchej Beskidzkiej już nie przyjechał. Sucha o nim pamięta i jest dumna z faktu, że Billy Wilder tu się właśnie urodził. Organizuje się festiwale filmowe i wystawy. W stulecie urodzin oprócz przeglądu filmowego odbyły się też wybory sobowtóra Marylin Monroe, aktorki nie do końca lubianej przez reżysera Pół żartem, pół serio. W 105 urodziny reżysera wmurowano płaskorzeźbę w płytę suskiego rynku, upamiętniającą Wildera, a obok niej postawiono drogowskaz na którym wymienione zostały cztery miejsca: Wiedeń, Berlin, Paryż i Hollywood.
Szukając śladów Samuela Wildera spotkałam panią, która dokładnie wiedziała, gdzie mieszkała Maria Konopnicka, ale też przypomniała sobie opowieści swojej babci, która znała Billy’ego Wildera i opowiadała, jak przyjeżdżał do Suchej z żoną i ta żona była taka… i tu nie umiała jej określić, albo nie umiała przypomnieć sobie słów babci, ale wiem, że chciała powiedzieć coś sympatycznego o żonie Billy’ego.
Ale nie wiem, czy pani miała bujną wyobraźnię, czy po swojemu interpretowała wspomnienia babci, czy też jeszcze wiele tajemnic kryje życiorys Wildera. Pokazała mi też miejsce, gdzie była bożnica, której nadaremnie szukałam i żydowskie kamienice. Bożnica była nad rzeką Młynówką, częściowo zasypaną, a częściowo schowaną za Karczmą Rzym, którą to karczmę Billy musiał znać. Dom modlitwy zbudowano dopiero w 1914 roku, a więc już po wyjeździe Wilderów do Wiednia. Przedtem suscy Żydzi należeli do Gminy Wyznaniowej Żywiec-Zabłocie. Billy musiał znać zamek, wtedy niedostępny, ze wspaniałą biblioteką ówczesnych właścicieli Branickich, może bywał z mamą na suskim jarmarku, tak jak mój dziadek ze swoją mamą.
Naprzeciwko dworca jest stary budynek, pamiętający jeszcze czasy zaborów. Od zawsze była w nim karczma, restauracja. W tej chwili też, Kebab Ahmed, najbliższa jadłodajnia przy dworcu. Czy prowadzili ją Wilderowie albo ktoś z ich rodziny?
Kto mógł przypuszczać, że te pięć lat życia Billy’ego i te pięć lat z życia miasta będą tak ważne dla ustalenia faktów z życia artysty.
Może lepiej wszystkiego nie wiedzieć i dalej szukać.
A tu ów tekst autorki z Facebooka: Billy Wilder urodził się w Suchej Beskidzkiej. Jego rodzice prowadzili restaurację dworcową. Jeśli była to restauracja na piętrze, to jeszcze ją pamiętam, oczywiście tę dużo późniejszą. Inne źródła podają, że mieli cukiernię przy dworcu, którą chcieli przekazać w przyszłości synom.
Skończyło się na planach.
Wyjechali do Wiednia, a synowie nie wyrażali chęci sprzedaży ciastek.
Billy Wilder mieszkał jakiś czas w Berlinie, później wyjechał do Hollywood. W Suchej Beskidzkiej obok płaskorzeźby wmurowanej w płytę suskiego rynku, upamiętniającej reżysera, stoi drogowskaz wskazujący miejsca, z którymi związany był twórca takich filmów jak “Słomiany wdowiec”, “Pół żartem, pół serio”,”Garsoniera”, “Bulwar Zachodzącego Słońca” i wielu innych.
W Suchej jest też ulica Wildera, imię nadano jej w 1995 roku, Wildera zaproszono, ale z powodów zdrowotnych nie przyjechał. Podobno się wzruszył.
W Suchej odbywają się festiwale z jego filmami, od jakiegoś czasu Sucha jest dumna z Wildera, choć jeszcze dzisiaj na murach domów można zobaczyć antysemickie bazgroły.
Wikipedia: Nazywał się Samuel Wilder. Urodził się 22 czerwca 1906 roku. Zmarł 27 marca 2002 roku w Los Angeles. Jego ojciec Max Wilder był właścicielem krakowskiego hotelu „City“ i wielu restauracji dworcowych w okolicach Krakowa.
Uważa się go za twórcę pewnego nader indywidualnego stylu komedii filmowej. Jednak najbardziej znane jego filmy to nie tylko komedie jak Pół żartem pół serio, Raz, dwa, trzy czy Słodka Irma, lecz również dramaty: Bulwar Zachodzącego Słońca, Stracony weekend, Świadek oskarżenia, Garsoniera.
W ciągu pół wieku stworzył ponad 60 filmów. Był 21 razy nominowany do Oscara, a sześć razy otrzymał tę nagrodę, w tym w roku 1961 jednocześnie jako producent, scenarzysta i reżyser filmu Garsoniera.
Jeden z komentatorów na FB: Na Victoria-Louise-Platz w Berlinie jest tablica na domu, w którym mieszkał “odkrywca” Marylin Monroe…
Ela: podobno bardzo jej nie lubił. Spóźniała się, była rozkapryszona, zapominała tekstu. Wątpił w jej talent i intelekt. Po nakręceniu z MM filmu Pół żartem… miał powiedzieć: “Rozmawiałem z moim lekarzem i psychiatrą – obaj powiedzieli mi, że jestem zbyt stary i zbyt bogaty, by ponownie przez to przechodzić”.
Adminka:W każdym razie ma w Berlinie i tablicę pamiątkową, i ulicę, a raczej promenadę.
W Berlinie, wśród tysiąca atrakcji turystycznych są miejsca, gdzie trudniej trafić, choć dostęp do nich nie jest ograniczony. Jedno z takich miejsc ukryte jest w dzielnicy Steglitz niedaleko Hermann-Ehlers-Platz w pobliżu na nowo powstającego “Nowego Kreisela”, wieżowca, oferującego luksusowe mieszkania, jak głosi reklama “w berlińskim niebie”, niedaleko dość znanej willi Schwartzów, w miejscu przecięcia się wielu linii komunikacyjnych, metra, kolejki podmiejskiej i chyba aż kilkunastu autobusów.
Biało-czerwona flaga łopocze wśród innych flag, przytwierdzona do gzymsu Hotelu Steglitz International, pamiętającego z pewnością lepsze czasy.
Prawie codziennie, jadąc tamtędy rowerem do pracy, mijam pałac, wielki, okazały, z ornamentami, przyklejony z obu stron do czerwonego ratusza z wieżą. Wieżę ma ratusz, ale chętnie użycza jej pałacowi. Pałac bez wieży nie byłby pałacem. Ratusz zbudowano jakieś 120 lat temu, kiedy jeszcze berlińska dzielnica Steglitz była wsią i leżała poza granicami Berlina.
Pałac jest współczesny, choć udaje baśniowy. Króla i królowej nigdy nie widziałam, może ukrywają się przed tłumem zwiedzających, kupujących, pijących kawę, wędrujących w pośpiechu przez kolejne pałacowe komnaty konsumpcji lub tych wypoczywających pod niebem wirtualnego akwarium pełnego morskich stworzeń. Pałac (Das Schloss) jest jedną z wielu galerii handlowych, które zaczęły powstawać jak grzyby po deszczu w latach 90 ubiegłego wieku, nie tylko w Berlinie.
Prawdziwy pałac, od którego wzięła nazwę ulica i galeria handlowa, stoi kawałek dalej. Okazały dworek (Gutshaus Steglitz), pieczołowicie odrestaurowany, z przylegającymi do niego budynkami, które mieszczą teatr i kino, powstał na przełomie XVIII i XIX wieku i należał do pruskiego polityka Carla Friedricha Beyma. Posiadłość zawdzięcza swą nazwę jednak następnemu mieszkańcowi dworku, urodzonemu w Szczecinie feldmarszałkowi Friedrichowi Heinrichowi von Wrangel. Papa Wrangel, bo tak nazywano potocznie generała, spędzał chętnie letnie miesiące w pałacyku. Był osobą na tyle wpływową, że w godzinach popołudniowych, podczas poobiedniej drzemki generała, pociągi przejeżdżające w pobliżu nie mogły wydawać żadnych akustycznych sygnałów, by go nie zbudzić.
Generał urodził się w Szczecinie. Dożył sędziwego wieku, zmarł w 1877 roku w Berlinie. Pochowany jednak został w swoim rodzinnym mieście na szczecińskim Cmentarzu Wojskowym, który znajdował się na terenie obecnego Placu Generała Andersa. Niedawno próbowałam odnaleźć przybliżone miejsce rodzinnego grobowca Wrangelów. Pomniki nagrobne zostały zniszczone już po wojnie, wiadomo jednak dość dokładnie, gdzie znajdowała się kwatera rodzinna generała von Wrangel.
We Wrangelschlösschen odbywają się obecnie wystawy, bankiety, przyjęcia, udziela się ślubów, pomieszczenia można też wynająć na różne uroczystości. Sam budynek stoi u zbiegu ruchliwej ulicy Pałacowej, niedaleko wjazdu na autostradę 103 i tylko z jednej strony graniczy z krótką, dość spokojną ulicą nazwaną też na cześć generała Wrangelstraße.
Ale wróćmy do Pałacu, czyli do miejsca, gdzie Grunewaldstraße przecina Schloßstraße, do miejsca, którego jako rowerzystka z nie do końca sprawnym rowerem nie lubię. Wprawdzie od niedawna jeżdżę specjalnym na zielono pomalowanym pasem dla rowerów, ale zawsze z duszą na ramieniu, otoczona ze wszystkich stron zgiełkiem, wrzawą i pośpiechem miasta. Na drogowskazy informujace o ważnych miejscach w pobliżu nikt nie zwraca uwagi.
Hermann-Ehlers-Platz, kiedyś zwany po prostu Placem Ratuszowym, od 1958 roku przyjął nazwę od nazwiska znanego berlińskiego polityka. To plac z bardzo bogatą historią, nie zauważaną jednak przez przechodniów, skracających sobie tędy drogę, czekających na przystankach autobusowych, kupujących świeże warzywa i kwiaty na rynku albo inne różności na niedzielnym pchlim targu. Nikt nie zwraca uwagi na kierunkowskaz z wypisanymi miastami partnerskimi, niczym rozłożyste drzewo stojący na środku placu. Nałęczów, Kazimierz Dolny, Poniatowa to polskie miasta partnerskie tej dzielnicy. Są jeszcze inni partnerzy – w Izraelu, Szwecji, Danii, na Węgrzech, we Włoszech, Korei Południowej, Grecji.
Na placu, po lewej stronie od ratusza, ustawiona jest tablica z informacją o “powieszonym żołnierzu” (Der erhängte Soldat). Żołnierz był dezerterem, powieszonym przez nazistów na kilka dni przed ostateczną kapitulacją.
Spiegel gegen das Vergessen lub w skrócie Spiegelwand czyli Ściana przeciw Zapomnieniu inaczej Ściana Lustrzana upamiętnia tysiące Żydów deportowanych z Berlina. Lustra, w których odzwierciedla się współczesne życie dzielnicy, przypominają o Żydach współtworzących i zamieszkujących kiedyś Steglitz.
Jednym z nich i bardzo ważnym był Moses Wolfenstein (urodzony w roku 1838 niedaleko Poznania, zmarły w roku 1907 w Steglitz). Moses Wolfenstein był kupcem i czynnym organizotorem żydowskiego życia w obecnej dzielnicy, wedy jeszcze wsi. Przy dzisiejszym Hermann-Ehlers-Platz (Düppelstraße 41) wybudował dom i sklep z odzieżą, a stajnię w podwórzu rozbudował tak, że stała się małą synagogą. Gdy synagoga nie mogła już pomieścić wiernych, nabożeństwa i spotkania odbywały się w innych miejscach, między innymi w Żydowskim Domu dla Niewidomych przy Wrangelstraße, przed którym dopiero niedawno odkryłam 28 kamieni pamięci. Wszyscy mieszkańcy tego domu zginęli w obozach zagłady.
Budynek synagogi przy Düppelstraße 41 stoi do dzisiaj, choć w latach 80 był o krok od wyburzenia. Nie jest wprawdzie łatwo dostępny, w zasadzie publicznie nie jest wcale dostępny, ale zawsze można poprosić kogoś z mieszkańców kamienicy (już nowej, bo dom Wolfensteina nie przetrwal wojny) o otwarcie drzwi wejściowych i tych od podwórza. Dwa tygodnie temu poprosiłam młodą dziewczynę wychodzącą z wózkiem z tego domu, żeby wpuściła mnie do środka, a nawet na podwórze, bo chcialam zrobić zdjęcia synagogi. Dziewczyna zaczęła mnie zapewniać, że tu nie ma żadnej synagogi, że na placu w miejscu, gdzie stoi Lustrzana Ściana stała kiedyś synagoga.
Faktem jest, że na to bardzo wymowne miejsce pamięci mało kto zwraca uwagę, a tym bardziej mało kto wie, że budynek synagogi zwany też Domem Wolfensteina (Haus Wolfenstein) zachował się do dzisiaj, a Ściana przeciw Zapomnieniu o tej samej długości co synagoga ma o nim przypominać.
Podczas nocy kryształowej synagoga została splądrowana i zbeszczeszczona. Ścisła zabudowa i sąsiedztwo ze stolarnią ocalily budynek przed podpaleniem. W przeddzień udało się wynieść z synagogi zwoje tory, które rodzina Wolfensteina zabrała ze sobą, wyjeżdżając w 1939 roku do USA. Teren na którym stała synagoga zmuszeni jednak zostali sprzedać. Powojenne losy budynku byly rozmaite. Budynek był magazynem, mieszkaniem, o mały włos nie został wyburzony, by w jego miejscu zbudować pasaż handlowy. Dzięki inicjatywie obywatelskiej Haus Wolfenstein został wpisany na listę zabytków, ale dopiero w roku 1989. Zamiar, żeby udostępnić synagogę na miejsce spotkań i studiów nie powiódł się. Dlatego na Hermann-Ehlers-Platz, tuż przed miejscem, gdzie stała kamienica Wolfensteina, a za nią synagoga, ustawiono ten przejmujący pomnik pamięci jakim jest Lustrzana Ściana, Lustro Przeciw Zapomnieniu.
Moses Wolfenstein został upamiętniony w latach 60 ubiegłego wieku. Część ulicy, która łączy Schloßstraße z Hindenburgdamm, nazwano Wolfensteindamm. Gdy zobaczylam szyldy nazw ulic Wolfensteindamm i Hindenburgdamm obok siebie, uznałam je za dość niefortunny żart historii. Hindenburgowi odebrano w tym roku honorowe obywatelstwo miasta Berlina. Protesty, żeby zmienić nazwę ulicy Hindenburga nie powiodły się.
Na Lustrzanej Ścianie oprócz tysięcy nazwisk deportowanych berlińskich Żydów, oprócz zdjęć synagogi i zdjęcia Abrahama Pisarka, na którym są jego dzieci przy chanukowym świeczniku, jest tekst Roberta Kempnera:
Man hat ihnen die Berufe genommen, das Besitztum gestohlen, sie durften keinen Kanarienvogel halten, keine Konzerte oder Kinos besuchen, ihre Menschenrechte und ihre Menschenwürde wurde in den Staub getreten, bis sie in Konzentrationslager deportiert wurden und in die Gaskammern kamen.
Zakazano im wykonywania ich zawodów, zabrano majątek, nie mogli hodować kanarka, nie mogli pójść na koncert, ani do kina, zabrano im prawa człowieka, a godność człowieka zmieszano z błotem, aż w końcu wywieziono ich do obozów koncentracyjnych, gdzie poszli do komór gazowych.
Ostatnio w Poznaniu odbywał sie cykl spotkań i spacerów pt. “Byli Żydzi w Poznaniu”. To samo mogłabym powiedzieć o Steglitz: “Byli Żydzi w Steglitz”.