Konrad
Rok temu poleciałem z Londynu do Kalifornii – pierwszy raz na zachodnią półkulę.
Poza pobytem tam, może równie niezwykły był sam lot – bezchmurny, w godzinach dziennych, najpierw wzdłuż Wielkiej Brytanii, później nad Grenlandią, a w końcu nad północnymi terytoriami Kanady. Krajobrazy rzadko widywane i nieoczekiwane.

Samolot był wspaniale pusty. Oznaczało to ciszę i dostatek soków, herbat, i przekąsek, których linia zapewne miała znacznie więcej, niż pasażerów, i próbowała je jakoś rozdać. Do tego darmowe ładowanie urządzeń przy każdym siedzeniu, nowa poduszka i koc. Żyć nie umierać! A to była przecież linia lotnicza United, która w amerykańskiej popkulturze jest uważana za kiepską. Może loty nadatlantyckie rządzą się lepszymi zasadami.

Śniadanie przyszło na krańcu północnej Szkocji, w kierunku Wysp Owczych. Ponieważ było to „specjalne zamówienie” dostałem je przed innymi, zamiast np. na odwrót – cóż za dbałość o szczegóły! Posiłki jako weganin zawsze dostawałem pierwszy (podobnie inne religie).

Później zaczęła się Grenlandia. Tutaj byliśmy nad jej środkiem – na zdjęciu nie widać, ale gołym okiem można było dostrzec delikatne nierówności terenu. Później te nierówności zamieniły się w większe fałdy.
W oddali było widać jeziora na północy. Według mapy najbliższe jeziora były dopiero na krańcu wyspy – musieliśmy być bardzo wysoko, że widzieliśmy je z takiej odległości. Czy to w ogóle było możliwe? Podobno tak – na odpowiedniej wysokości i przy świetnej pogodzie można zobaczyć góry lub wodę oddaloną o nawet 500 km. Całkiem możliwe, że właśnie wtedy, na środku Grenlandii, zobaczyłem swój największy jednoczesny skrawek Ziemi.

Jednak najbardziej to zaparło mi dech w piersiach to, co zobaczyłem następnie.



Góry. Nieskazitelne, bez śladu życia. Zdawały się ciągnąć w nieskończoność. Przeplatane równie majestatycznymi jeziorami. Ani mchu, ani rośliny. Biały i niebieski, nieskończony pusty ogrom. Nigdy tego nie zapomnę.
Koniec Grenlandii nie był jasny. Mapa w pewnym momencie zaczęła wskazywać, że jesteśmy pomiędzy nią, a daleką północą Kanady, na Morzu Baffina. Ziemia była jednak znacznie bardziej biała, niż niebieska. Okrywała ją pękająca tafla – bardziej krucha, niż sugerowała jej rozległość, i bardziej rozległa, niż sugerowała jej kruchość.


Morze zamieniło się na Wyspę Baffina gdy pęknięcia zamieniły się na delikatne wyboje. To był początek kraju – Kanady. Przynajmniej na mapie – za oknem był to wciąż biały bezkres, pozbawiony ludzi, artefaktów i polityki.
W tej ciszy słychać było jedność planety.


Powyższe zdjęcie po lewej to moment przelotu między wyspą Baffina a właściwym kontynentem. Stąd można by już (oczywiście w teorii) iść nieprzerwanie aż do południowej Argentyny.
Zdjęcie po prawej, z kolei, to być może pierwsza oznaka życia, jaką dostrzegłem po wielu godzinach. Kilka ciemnych kropek nieopodal jezior. Nie wiem na pewno, ale uznałem je za drzewa.


Północne Nunavut. Lecąc stopniowo bardziej na południe, śnieg zaczął powoli znikać i ustępować miejsca skałom. Inne pustkowie.
Życie stało się jednoznaczne właściwie dopiero nad północną Albertą. Najpierw w postaci pojedynczych dróg i działek, później ich coraz bardziej skomplikowanych konstelacji, a na koniec zostały tylko cienkie przerwy pomiędzy polami.


