Jaipur

Joasia Rubinroth

Über den Lebensentwurf Busfahrer*in in Indien

Als Busfahrer*in sitzt du dann so in der Kabine und neben dir ist ein großes weiches podestbett auf dem der Schaffner im Schneidersitz barfüßig mit dir sitzt und aufpasst wo Du hin fährst.


Auf dem Weg kannst du immer ganz genüsslich und ganz laut den Rotz hoch holen und aus dem Fenster rotzen.

Dann lässt du dir durch das Bus Fensterchen einen Tee reingeben trinkst ihn aus und wirfst das Becherchen aus dem Fenster

Und während der Fahrt rauchst du natürlich die ganze Zeit eine nach der anderen.

Und du fährst in einem wahnsinnigen Slalom deine 150 kmh weil du musst die ganze Zeit den Kühen, den Schweinen und den Hunden ausweichen; dabei siehst du auch noch 13 Kamele und musst nicht in den Zoo gehen.

Die Schweine die Kühe und die Hunde hatten nämlich keine Verkehrsschule und laufen die ganze Zeit einfach auf die Straße rauf.

Und da das ganze recht gefährlich ist hast du vorne in deinem Bus einen Gott.

Ab und zu kommt jemand rein und schmückt deinen Gott mit frischen Blüten (vielleicht ist es auch nur ein vorsichtiger Fahrgast der hofft zu überleben…).

Und wenn du dann in Jaipur heil angekommen bist gehst du in den Park und guckst Affen im Blumenbeet an.

Oder beim Eisessen zu…

Quer durch Berlin

Samstag, 16. Juli um 16:00 Uhr

oder/lub: 16.07 um 16.07

Wir laden zu einem Sommerspaziergang auf dem Alter St.-Matthäus-Kirchhof ein:
Zum Besuch bei Gebrüder Grimm, Rio Reiser und Ovo Maltine

Alter St.-Matthäus-Kirchhof
Großgörschenstraße 12-14
10829 Berlin

Po polsku do poczytania tu: https://ewamaria.blog/2019/02/26/mezczyzni-na-starym-cmentarzu-sw-mateusza/

Ela, Ewa, Krysia

9-Euro-Ticket (5)

Christine Ziegler

Liebe Ewa,

in Duisburg wird aus BVG die DVG und wieder reisen wir mit unserem heimischen Ticket. Heute hat uns die „D-Bahn“, die zwischen Düsseldorf und Duisburg verkehrt, in die Innenstadt gebracht. Wir besuchten das Museum Küppersmühle (https://museum-kueppersmuehle.de/).

Kunst aus Deutschland nach 1945 wird gezeigt. Ziemlich reiche Sammler haben es sich leisten können, eine alte Speicheranlage ganz und gar prächtig auszubauen zu erweitern.

Bernhard Heiliger (Foto Christine Ziegler)

Das Gebäude ist absolut faszinierend.

Die Anbauten von Herzog und de Meuron haben nicht nur die alten Gebäudeteile (Mühle und Speicher) wunderbar ergänzt. Vor allem die Treppenhäuser hatten es mir angetan.

In der Ausstellung waren auch Fotos von Bernd und Hilla Becher und da gab es ein Foto vom alten Elewator-Gebäude.

Der Weg zwischen Neu- und Altbau führt mitten durch den alten Speicher. Ich wünschte, sowas könnte ich fotografieren. Selber schauen kann ich nur empfehlen.

Liebe Grüße

Christine

Haiku gegen Krieg

Joasia Rubinroth

lügen-diktator

putin der kranke eunuch.
eines nachts: angriff.

alles ausverkauft: 

gaskocher. mehl. batterien. 
deutschland war bereit. 
 
ein grässlicher ton.

ein widerliches klirren. 
eiserner vorhang.

die sonne lacht so,

als wären alle nachrichten vom krieg
fake news

putin droht mit knopf.

und die ganze welt zittert. 
während charkiew stirbt. 

wie kann es schön sein

wie können blumen blühen
wenn nebenan krieg

gesprengte brücken. 

asche und schutt. übrig: 
patriotismus. 

der kopf rafft es nicht,

dass ein mann soviel macht hat. 
und die welt bedroht. 

man sagt dass putin 

mit goldener klo-bürste 
die kindheit wett-macht

STOP MAIL EGO DESTROY THE WORLD!
(to nie haiku) 

manchmal ein funke

ein kleiner funke hoffnung
dass es noch gut wird

Hiob / Auschwitz

Bogdan Twardochleb

Autor przysłał kilka dni temu takiego maila:

Kochani,

Gero Hellmuth, artysta z Singen, prawie znad jeziora Bodeńskiego, dziecko wojny (ur. w 1940 w Neustrelitz, Mecklenburg) przywiózł do Gdańska swoją wystawę, której otwarcie będzie w czwartek, czyli pojutrze, 14 lipca 2022 roku w Muzeum Drugiej Wojny Światowej. Termin otwarcia wystawy był z powodu pandemii kilkakrotnie przekładany. Hellmuth bardzo chciał tę wystawę w Gdańsku zorganizować. Początkowo była mowa o innym miejscu, ostatecznie jest Muzeum Drugiej Wojny. Nieważne. Bardzo ważne jest to, że postanowił przekazać Gdańskowi (Polsce) swą symboliczną rzeźbę – Tryptyk z Auschwitz.

Na wernisażu miałem wygłosić mowę, o którą Gero Hellmuth mnie prosił. Jestem po operacji i niestety nie mogę pojechać do Gdańska. O ile wiem, moją mowę przeczyta pani konsul generalna Cornelia Pieper. Przesyłam Wam tekst tej mowy i katalog wystawy.

Wydaje mi się, że to, co Gero Hellmuth postanowił zrobić, jest bardzo, bardzo ważne. A dziś, ze względu na to, co się w Polsce opowiada o Niemczech, jeszcze ważniejsze. Dlatego chciałem się z Wami podzielić tą ważną wiadomością. Może Was zainteresuje.

Serdecznie pozdrawiam

Bogdan


Bogdan Twardochleb

Otwierajmy drzwi

Gero Hellmuth urodził się w 1940 roku w urokliwym miasteczku Neustrelitz w Meklemburgii. Od ponad pięćdziesięciu lat mieszka w Singen am Hohentwiel blisko granicy niemiecko-szwajcarskiej. Maturę zdał w Stuttgarcie. Studiował w Akademii Sztuk Pięknych w Karlsruhe. Ukończył też historię sztuki i filozofię.

Cykl jego prac „Hiob” był w Niemczech prezentowany wielokrotnie. Przed czterema laty został po raz pierwszy pokazany w Polsce, w nowej filharmonii w Szczecinie. Muzeum Drugiej Wojny Światowej jest drugim w Polsce miejscem, gdzie można go zobaczyć. Przygotowując wystawę w Gdańsku autor poszerzył go o cykl „Auschwitz”. Dołączył też obrazy z cyklu „Dzieci wojny” w innym wyborze niż w Szczecinie, podkreślającym przerażenie jego dzisiejszą aktualnością.

Wystawa w Gdańsku ma znacznie symboliczne, bo tu, od napaści Niemiec na Polskę, wojna się zaczęła. Jest to również miasto, gdzie powstał ruch, kierowany ideą solidarności, jakże inną od wszystkiego, co niesie ze sobą wojna. Solidarność nie szuka wrogów, nie przynosi cierpienia, lecz przezwyciężając je przynosi nadzieję.

Dla Gero Hellmutha wystawa w Gdańsku jest szczególnie ważna. Sugeruje to jej nowy tytuł: „Hiob – lament i przezwyciężenie”.

W twórczość artysty z Siengen, która wynika z przemyśleń nad współczesnością, wpisane jest przekonanie o zanurzeniu człowieka w odwiecznym losie świata, rozpiętym między życiem a śmiercią, cierpieniem a nadzieją. Dlatego tak ważna jest dla niego Księga Hioba – dramat o cierpieniu i nadziei. Przeżycia i wątpliwości Hioba są w naszej kulturze doświadczeniem każdego człowieka, bo jego cierpienie jest wpisane w los każdego.

Ale jest też cierpienie, nie wynikające z losu. Cierpienie, jakie jeden człowiek świadomie zadaje drugiemu człowiekowi, decydując o jego bólu i śmierci. Lata drugiej wojny światowej były nabrzmiałe od takiego cierpienia. Jesteśmy jego dziedzicami.

Gero Hellmuth sięga po najbardziej bolesny czas w historii człowieka. Obrazuje to cykl „Auschwitz”, inspirowany filmem dokumentalnym, pokazującym więźniów tego obozu śmierci w dniu jego wyzwolenia. Na ręce jednego z nich artysta dostrzegł wytatuowany numer 19… Uznał go za symbol XX wieku, w którym ludzie zostali obrabowani przez innych ludzi z nazwisk i godności, sprowadzeni do kilkucyfrowego numeru.

Na wystawie jest też obraz „Straße der Trauer II – Weg zum Vernichtungslager“, w który wpisane są strzępy słów z Księgi Hioba, jakby wyryte na świadectwo w obozowej celi śmierci.

Częścią cyklu „Auschwitz” jest tryptyk „Auschwitz – Uwolnienie 1945”, przypominający krzyż. Powstał na 50. rocznicę wyzwolenia więźniów Auschwitz i końca wojny. Gdy był pokazywany w Berlinie, w znanym kościele św. Mateusza, został ustawiony na ołtarzu. Było to symboliczne utożsamienie ofiar Auschwitz z ukrzyżowaniem Chrystusa. Ludzie, którzy w Auschwitz decydowali o cierpieniu i śmierci innych, przywłaszczyli sobie prawo Boskie, bo nie Bóg przecież, a – jak napisała w 1946 roku polska pisarka Zofia Nałkowska – to „ludzie ludziom zgotowali ten los”. Nad sprawcami takich cierpień nie wolno roztaczać parasola milczenia. Poprzez swoje prace Gero Hellmuth, przenosząc w przyszłość ból i cierpienie więźniów Auschwitz, staje się świadkiem ich losu, a jednocześnie świadkiem czynów tych ludzi, którzy taki los im zgotowali. Napisał: „Tryptyk Auschwitz (…) ma przypominać barbarzyństwo niemieckiego narodowego socjalizmu, pod panowaniem którego Polacy i wiele innych narodowości doznało niewysłowionych cierpień, a poprzez to ma ożywiać potrzebę wyciągania nauk z przeszłości”.

Tryptyk przypomina krzyż. Jest symbolicznym przedstawieniem przejścia od mroków wojny do światła przyszłości. Jego lewa część to obraz zagłady, centrum to drzewce krzyża, zwieńczone symbolicznymi drzwiami z numerem 19, a część prawa, jasna, to obraz nowego życia, w które wpisana jest pamięć o zagładzie.

Prologiem do wystawy jest niewielka rzeźba „Znalezisko” – metalowa kołatka, ocalona z drzwi domu, który utracił swych mieszkańców. Na co dzień kołatka służy do tego, aby ktoś, kto chce wejść do domu, mógł zapukać do drzwi. Po drugiej ich stronie musi jednak być ktoś, kto zechce te drzwi otworzyć.

W latach 1939-1945 drzwi między Polakami a Niemcami były szczelnie zamknięte. Nikt do nich nie pukał – nikt nie otwierał. Kołatki i klucze do wielu domów były i pozostały bezdomne, niczyje. W tym sensie również są metaforą cierpienia.

Od wielu lat między Polakami i Niemcami jest inaczej. Drzwi są otwarte. Nie znaczy to jednak, że tak musi być zawsze. Gero Hellmuth podpowiada więc, aby korzystając z tego, co dobre w polsko-niemieckim sąsiedztwie, umacniając je, nie zapominać o czasach dla niego najgorszych. By przypominać drogę, jaką przeszliśmy od nich do wzajemnego zaufania, otwierania drzwi i symbolicznie ją powtarzać. Nie wolno nam zapomnieć, jak była trudna, bo tylko pamiętając, będziemy odczuwać, jak bezcenne jest to, co mamy dziś.

Takie przesłanie jest w pracach Gero Hellmutha. Ma wymiar ogólnoludzki, bo też w ogólnoludzkim wymiarze trzeba widzieć historyczne doświadczenie polsko-niemieckie. Wtedy będzie niczym Księga Nadziei.

W 2015 roku artysta pisał: „Kołatka wskazuje na niezwykłą wartość zaufania, jakie pomimo (…) nieszczęsnej przeszłości zrodziło się między naszymi narodami w ciągu ostatniego siedemdziesięciolecia. Częstokroć zaczynało się od tego, że ktoś pukał do czyjegoś domu”.

Wystawa Gero Hellmutha jest właśnie pukaniem do drzwi naszego domu. Zostały otwarte w Szczecinie, a teraz w Gdańsku. Dlatego tak symbolicznie ważna jest zarówno otwierana dziś wystawa, jak i jej przyjęcie.

Do wystawy artysta włączył obrazy, symbolizujące cierpienia dzieci wojny. W katalogu wystawy szczecińskiej pisał: „Dziecięce oczy (…) stawiają nieme, przeszywające pytania: Co myśmy wam zrobiły? Co skłania was do tego, by zabierać nam pokój, poczucie bezpieczeństwa, miłość, otaczające nas ramiona rodziców…”.

W 1945 roku Gero Hellmuth miał pięć lat, gdy musiał uciekać z rodzinnego domu w idyllicznym Neustrelitz. Jak wszystkie dzieci wszystkich wojen poznał niewysłowiony dziecięcy strach. Dzieci wojny, które na pewno nie się niczemu winne, doświadczają losu Hioba.

Gdy pokolenie niemieckich dzieci wojny zaczęło rozliczać się z pokoleniem swoich rodziców, wzięło na siebie odpowiedzialność za jego winy i cierpienia, jakie wyrządziło innym. Świadectw tej odpowiedzialności, której symbolem stała się Akcji Pokuty, jest w niemieckiej sztuce współczesnej i życiu społecznym bardzo wiele. Za mało je w Polsce znamy. Należą do nich prace Gero Hellmutha.

Na wystawę w Gdańsku artysta przygotował nowy obraz „Krzyk dzieci wojny”, który powstał niedawno, pod wpływem wiadomości o wojnie w Ukrainie. Los Hioba znów jest losem dzieci. Cierpią, uciekają z matkami ze swych domów, chronią się także u nas, w Polsce i Niemczech. Ich cierpienie nas łączy.

Jest też na wystawie obraz „Oczy”. Gero Hellmuth umieścił w nim fragment wiersza Hilde Domin, poetki bardzo znanej w Niemczech, zatytułowanego „Napalm-Lazarett” (1970). Wstrząsający jest opisany słowami jakby pokrewnymi stylistyce Tadeusza Różewicza obraz dziecięcego cierpienia.

„Hiob” Gero Hellmutha jest zmetaforyzowaną opowieścią o upadku ludzi i dźwiganiu się z upadku. W obrazy z tego cyklu wpisana jest sylwetka człowieka, uwikłanego w biel i czerń, odcienie szarości, wieloznaczność budzącej się czerwieni.

Po drugiej wojnie światowej ludzkość z trudem dźwigała się z upadku. Europejczycy zaczęli budować nowy dom na fundamentach obrony godności człowieka, jego praw, zgody narodów, pojednania, dialogu, solidarności, wzajemnej odpowiedzialności za świat – nasze dobro wspólne. Mimo to po drugiej wojnie światowej nie było na świecie dnia bez wojny. Dziś boleśnie uświadamia to agresja Rosji na Ukrainę. W tym kontekście wystawa Gero Hellmutha zmusza do przemyśleń, czy te wartości, w oparciu o które budujemy nasz dom, mogą zatrzymać morze zła i cierpienia? Czy są na tyle silne, by odebrać im siłę? Jak to zrobić?

Na te pytania wciąż nie ma odpowiedzi, której szuka także Gero Hellmuth. Nie zakończył swej pracy. W szkicu „Przekraczanie granic” Hans Gercke pisał, że punktem wyjścia dla jego sztuki jest „empatyczne cierpienie wobec cierpienia innych” oraz „ufność, że w tym wszystkim musi być (…) perspektywa światła i nadziei”.

Taka perspektywa jest także we wspólnych przedsięwzięciach artystów polskich i niemieckich. Przykładem tego jest dzisiejszy wernisaż, podczas którego prace Gero Hellmutha dopełniają utwory młodego polskiego kompozytora, Michała Dobrzyńskiego oraz improwizacje jego żony Ewy Gruszki-Dobrzyńskiej do Tryptyku Auschwitz, który artysta z Siengen postanowił podarować Polsce tu, w Gdańsku.

Gdańsk to miasto, gdzie od napadu Niemiec na Polskę zaczęła się druga wojna światowa, która przyniosła ludziom bezbrzeżne morze cierpień. Wciąż słychać bolesny lament, jaki spowodowała. Mocno wybrzmiewa on m.in. w słynnej „Symfonii pieśni żałosnych” Henryka Mikołaja Góreckiego.

Ideą Muzeum Drugiej Wojny Światowej jest dokumentować owo morze zła i cierpienia, a poprzez to uczyć i ostrzegać, że wojna to najwyższy przejaw zła.

Jest to tym bardziej ważne, że wciąż są ludzie, którzy uznając wojnę za metodę rozwiązywania problemów, pomnażają morze cierpień.

Gdańsk to również miasto idei solidarności. Ona wyrosła w Polsce, zrodziła się tu, w Gdańsku, i stąd rozlała się po Europie morzem nadziei, co dokumentuje Europejskie Centrum Solidarności. Przezwyciężając lament Hioba, obalając mury i kurtyny, dotarła także do Niemiec.

Rozważając to wszystko, wyraźniej możemy dostrzec głęboki sens gdańskiej wystawy Gero Hellmutha, mającej tytuł „Hiob. Lament i przezwyciężenie”. W darze artysty z Siengen widzę symbol osobiście doświadczanego przezwyciężania zła.

Gero Hellmuth puka do drzwi. Otwórzmy mu je.

Dalai Lama

GRATULIERE DALAI LAMA ZUM GEBURTSTAG! ZŁÓŻ ŻYCZENIA DALAJ LAMIE! WISH DALAI LAMA A HAPPY BIRTHDAY!

Am 6. Juli 2022 hat der Dalai Lama Geburtstag: Das geistliche Oberhaupt der Tibeter wird 87 – hier könnt Ihr Eure Grußbotschaft hinterlassen!
Die Anzahl aller gesammelten Glückwünsche und einzelne, ausgewählte Wünsche werden dem Dalai Lama übermittelt.

Dalaj Lama obchodzi urodziny 6 lipca 2022: Duchowy przywódca Tybetańczyków kończy 87 lat – tutaj możesz zostawić wiadomość z życzeniami!
Dalaj Lama otrzyma informację, ile osób złożyło mu życzania, otrzyma też kilka wybranych życzeń.

The Dalai Lama’s birthday is on 6 July 2022: The spiritual leader of the Tibetans turns 87 – you can leave your greeting message here!
The number of all collected wishes and some individual ones are sent to him.

https://savetibet.de/dalai-lama-geburtstag

Aktion / Akcja / Action of International Campaign for Tibet Deutschland e. V.

Menschenrechtsorganisation, International Campaign for Tibet (ICT) wurde 1988 gegründet und hat ihre Büros in Washington, Amsterdam, Brüssel, Berlin und in Dharamsala, Indien. Internationaler Vorsitzender ist der Schauspieler Richard Gere.

Wir wollen, dass das tibetische Volk in Freiheit und Selbstbestimmung lebt und die Menschenrechte geachtet werden. Wir treten für

– ein demokratisches Selbstbestimmungsrecht

– die Sicherung der Menschenrechte

– den Schutz der landeseigenen Kultur und Umwelt in Tibet ein.

International Campaign for Tibet Deutschland e. V.
Schönhauser Allee 163
10435 Berlin
E-Mail: info@savetibet.de
Tel.: 030 / 27 87 90 86

			

Ein Loblied auf die Mittelmäßigkeit und den gesunden Menschenverstand


Monika Wrzosek-Müller

Seit Jahren, eher seit Jahrzehnten leben wir in immer spezialisierteren, effizienteren und exzellenteren Umständen. Immer schneller wechseln die Moden, die Ansichten, die Diäten; ja, der Fortschritt oder das Neue ist der Motor der kapitalistischen Welt, damit wird schnelles Geld verdient oder auch verloren. Wir sind von Professionalisten und Experten aller Couleur umgeben, die diesen Wechsel ermöglichen, erklären und vorantreiben. Sie sind so etwas wie früher die Pfarrer auf der Kanzel, deren Stimmen wir gelauscht haben. Dabei verlieren wir selbst immer mehr die Verbindung zu unserem gesunden Menschenverstand oder, noch tiefer und genauer, zu unserem instinktiven Bauchgefühl, dass uns in existentiellen Notlagen früherer Zeiten oft auch gerettet haben.

Die Pandemie hat gezeigt, wie wenig wir inzwischen bereit oder auch in der Lage sind, den eigenen Verstand einzusetzen, die Lage ernst zu nehmen und danach zu handeln. Es bedurfte einer Reihe von Maßnahmen, die von oben verordnet werden mussten, damit sich viele selbstverständliche Corona-Maßnahmen doch durchsetzen und etablieren konnten. Um zu verstehen, dass Masken bei einer über die Atemwege übertragenen Krankheit hilfreich sind, musste man nicht Epidemiologe und Chefarzt einer Klinik für Infektionskrankheiten sein. Warum musste das erst ganz ernst verkündet und dann doch manchmal wieder verwerfen werden; dass Abstand und Isolation helfen würden gegen die Ausbreitung der Krankheit, müssten eigentlich sogar Kinder schon wissen. Trotzdem erinnere ich mich genau, dass ungefähr halbes Jahr nach dem Pandemieausbruch ein holländischer Freund uns mit großem Ernst erklärte, dass Masken nicht helfen würden und dass es aus wissenschaftlicher Sicht völlig unnütz wäre, sie zu tragen; also trage er sie auch nicht. Auch aus Schweden hörte ich ähnliche Stimmen, die mit sehr ausgefeilten und zugespitzten wissenschaftlichen Expertisen und Zahlen gegen die Schutzmaßnahmen argumentierten, bis dann irgendwann klar war, dass eben nur Masken, Abstand und Lüften, dann die Impfung und das Testen etwas helfen.

Warum sind wir eher geneigt, komplizierten wissenschaftlichen Ausführungen Glauben zu schenken als der eigenen Intuition und Überzeugung? Warum beugen wir uns so schnell dem Diktat des Expertenwissens, anstatt den eigenen gesunden Menschenverstand einzuschalten? Geht es um Verantwortung, um Bequemlichkeit, um das oberflächliche Abhaken der Wirklichkeit, wenn man sich eben einfach schnell auf die Expertise verlässt? Wir, die Mittelmäßigen, können doch nicht gegen die Hochgebildeten, Aufgeklärten aufbegehren. Die Mittelmäßigkeit wurde derart gründlich schlecht geredet, dass die Menschen alles versuchen, um eben nicht dem Mittelmaß zu entsprechen; und das sind wir, in der überwiegenden Mehrzahl, eben doch, auch wenn viele Eltern meinen, ihre Kinder zu Genies erziehen und ihre besonderen Talente fördern zu müssen.

Jetzt, bei dem Krieg in der Ukraine, fällt mir wieder auf, wie schnell Experten, Militärs, Philosophen, Politiker, Journalisten, ganze Armeen von Professionalisten bemüht werden, um die richtige Strategie zu entwerfen, während die Zeit, die dort Menschenleben kostet, verrinnt. Eigentlich wissen wir doch alle, dass in einem solchen Krieg nur Waffen und schnelle Hilfe angesagt sind; alles andere sind Ausreden und Hirngespinste, doch es wird kräftig diskutiert und verschiedenen Optionen werden erörtert, offene Briefe hin und her geschrieben. Bis sich irgendwann die Einsicht auch bei den Politikern durchsetzt, dass es nur hilft, die Ukraine militärisch zu unterstützen und damit wird auch uns selbst schützen; wir verteidigen doch damit auch unsere Sichtweise, unsere Werte – von dem Leben unserer Mitmenschen gar nicht zu reden. Doch viele sind wie befangen in schon überholten Vorstellungen von Pazifismus, von historischen Konstruktionen, von Verpflichtungen gegenüber der Gesellschaft, der Sicherheit, dem Wohlstand, befangen letztendlich in veralteten Denkstrukturen, die jetzt herausgefordert werden.
Ist dieses Augenverschließen eigentlich nur durch politische und wirtschaftliche Faktoren bedingt, oder haben wir inzwischen selbst wirklich verlernt, intuitiv und aus dem Herzen zu entscheiden? Und ja, das Herz ist dabei eine wichtige Komponente; mit dem Herzen sehen, bedeutet etwas ganz Anderes als rational etwas zu konzipieren, zu erfinden und durchzuführen.

Was hat aber Mittelmäßigkeit damit zu tun? Nun, ich glaube, dass eben das Streben nach Individualität und Einmaligkeit zu sehr extremen und oft unlogischen Gedankengängen und Verhaltensweisen verführt und dass es dabei auch um die Qualität „Herzensgüte“ geht.

Vor Jahren beklagte Milan Kundera „die unerträgliche Leichtigkeit des Seins“, die Künstlichkeit, die Technokratie und die Unmenschlichkeit unserer Zeiten; brauchte man den Blick von der anderen Seite des Eisernen Vorhangs, um zu bemerken, dass die Welt zu schnell, zu gierig in eine Katastrophe rast? Leider ist in Deutschland die Erfahrung der DDR mit der Vereinigung völlig weggewischt worden, man hat nichts mitnehmen wollen aus der früheren Zeit, obwohl einiges dem „goldenen Westen“ doch gutgetan hätte. Es gab in Polen so ein Sprichwort „Ob im Stehen oder Liegen, zwei Tausender wird man kriegen!“; das war natürlich ein Lobgesang auf die Mittelmäßigkeit und nicht gerade ein Ansporn zu großen Anstrengungen, bedeutete aber auch einen kleinen Schritt in Richtung Bescheidenheit, für die es in der heutigen Welt eigentlich kaum Platz gibt.

Zu der Mittelmäßigkeit habe ich ein Lied von Klaus Hoffmann gefunden, nicht gerade meine Musik, aber der Text vielleicht nicht schlecht; auch eine ganz verrückte Punkband: Acht Eimer Hühnerherzen
hat mit dem Lied über das Mittelmaß einen Beitrag geleistet.


„Es muß nicht immer Kaviar sein“, hat schon Johannes Mario Simmel geschrieben, und William
Somerset Maugham hat sogar behauptet: „Nur ein mittelmäßiger Mensch ist in Hochform“.

9-Euro-Ticket (3)

Christine Ziegler

Ja, auch das ist 9-Euro-Ticket

Liebe Ewa,

die Langstrecke Berlin – Pfalz haben wir natürlich mit einem schön früh gebuchten Fahrschein absolviert. Doch als wir mal in der Pfalz angekommen waren, sind wir tagtäglich von Landau aus mit Bus oder Bahn zu den schönsten Wanderrouten gefahren.

Auf dem Weg nach Kaiserslautern war es dann besonders nett. Da wurden wir nämlich auch mal kontrolliert. Und trotz Maske war zu sehen, dass sich die Schaffnerin freute, dass sie Gäste aus Berlin im Zug hatte. Sie fragte uns aus, was wir so machen und schwärmte davon, auch bald mal nach Berlin zu fahren. Wirklich: bin schon lang nicht mehr so gerne kontrolliert worden!

Es ist eine feine Sache, allüberall im Land für jeden Bus, für jeden Zug ein gültiges Ticket zu haben. Einfach einsteigen, das war noch nicht mal in den Förderbedingungen für die BahnCard 100 enthalten.

Schiefgehen kann es mit der Bahn natürlich auch: Am Sonntagmorgen wurde uns verkündet, dass der Zug nach Bern verspätet eingesetzt wird, er war einfach noch nicht fertig geputzt. Alles steigerte sich ins Absurde, als am Gleis eine Zugdurchfahrt angekündigt wurde. Dieser Zug rollte auch gleich herein in den Bahnhof – und blieb stehen. Ok, also doch unser Zug? Alle schnappten Kind und Kegel und enterten den Zug, um dann verunsichert in der Tür stehen zu bleiben. Den ganzen Bahnsteig entlang, alle zwischen Tür und Angel. Da trabte J. zum Zuganfang, wenigstens der Fahrer musste doch wissen, was es mit dem Zug auf sich hatte. Nach gefühltes zehn Minuten Rätselraten war dann geklärt, dass dies ein Zug nach Frankfurt sei, der müsse aber mit der Abfahrt warten, bis der Zug nach Bern sich auf den Weg gemacht hat. Aber wohin kommt nun der Zug nach Bern? Keiner hatte Ahnung, auch nicht die Schaffnerinnen, die auf ihren Zug warteten. Na dann endlich die Auflösung am Gleis „direkt gegenüber“:
Ach, endlich dann ein Platz ergattert und das ruhige Leben an Bord konnte einsetzen.

Doch dann wurden die Informationen immer wilder. Wann würden wir in Heidelberg sein? Welche Anschlüsse können wir erreichen? Ab Hanau war keine Gewissheit mehr. Frankfurt selber wurde nicht angefahren, irgendwo wird gebaut. Die DB-App behauptete steif und fest die alten Zeiten, die längst nicht mehr erreichbar waren. Plötzlich fuhr nach Frankfurt Süd der Zug noch durch Mannheim, ohne zu halten. Aber wieso? Jetzt war selbst der Schaffner baff. Später hörten wir von Feuerwehreinsatz am Gleis. In der Nähe von Darmstadt war ein Weizenfeld in Flammen aufgegangen.

In Heidelberg war jegliche Gewissheit über hereinkommende Züge zu Zeit und Gleis ausgesetzt. Die Hitze war unerträglich, das Gepäck schwer, die Kinder müde, eine unglaubliche Melange. Und alle treppauf, treppab auf der Suche nach dem verlegten Zug.

Doch waren es dann doch nur zwei Stunden, in anderen Gegenden der Welt kann das noch ganz anders enden.

Ist das der Sommer, in dem wir lieber zuhause bleiben? Die, die noch fliegen, können sich im Moment auch nicht sicher sein, ihren Flug tatsächlich angeboten zu bekommen. Zu wenig Personal für Service und Sicherheit. Die Ferien beginnen und die Staumeldungen vervielfachen sich.

Und trotzdem, der Tapetenwechsel tut der Seele gut.


In der Pfalz leben liebe Freude, manche kenne ich schon seit den 80er Jahren. Im Wald sein war sowieso eine Erholung. Die gelegentlichen Aussichten immer eine Freude. Jedes Mal, wenn ich die erste Hügelkette erklommen hab und ins weite Waldland schaue, werde ich ganz froh und glücklich. Na und Essen und Trinken ist dort auch von bester Qualität. Lange Gespräche in lauen Sommernächten, wir hatten von Allem das Beste. Pünktlich um viertel nach zehn flog die Eule jeden Abend über das Haus.


Neun-Euro-Ticket ist super, wenn es genug Züge und genug Personal gibt. Wenn die Bahn auch in die Lage versetzt wird, unserer Reiselust zu begegnen. Die meisten, die wir trafen, hatten Spaß an ihrer Arbeit und behielten trotz Hitze und genervter Menschen ringsum die Contenance. Ok, nicht alle, einen Stinkstiefel haben wir in Neustadt schon auch getroffen. Aber die Aufgabe war durchaus schwer. Da stand der ersehnte Zug am richtigen Gleis und sollte plötzlich nicht mehr im Einsatz sein? Alle wieder raus, wieso das? Antworten gab es da sowieso nicht, nur schlechte Laune.

Doch sowas gleich doch die Schaffnerin bei Kaiserslautern locker aus, oder?

Liebe Grüße

Christine

Stulecie przeszkód / Jahrhundert der Hindernisse

Trzeci piątek miesiąca. Od początku roku to już tradycyjny termin, kiedy my trzy, Ela Kargol, Krystyna Koziewicz i ja, zapraszamy do Polskiej Kafejki Językowej na spotkanie z literaturą.

Piątek, 17 czerwca 2022 o godzinie 19
Daniel Lis, Stulecie przeszkód
SprachCafé Polnisch
Schulzestr. 1
13187 Berlin-Pankow, direkt am S-Bhf Wollankstr


https://sprachcafe-polnisch.org/

__________________________________

To nie jest tylko opowieść o sporcie i wielkich ideach.

To wciągająca historia ludzkich nadziei i ambicji, lęków, słabości i dramatycznych wyborów oraz najtrudniejszych walk, które toczą się poza stadionami.

Książka Daniela Lisa daje niespotykanie szeroki i świeży wgląd w historie polskich olimpijczyków i paraolimpijczyków. Autor konfrontuje z sobą źródła, wyszukuje nieznane dokumenty i rzuca nowe światło na historie – wydawałoby się – już opowiedziane. Jako pierwszy opisuje polski wątek najkrwawszego wydarzenia w historii igrzysk – zamachu w Monachium. Zastanawia się z polskimi narciarkami, czy wesprzeć radziecki protest i dostać medal, czy powiedzieć prawdę i zająć czwarte miejsce. Tropi wojenne losy mistrza boksu, które ten w czasach stalinizmu wolałby przemilczeć: siedział w więzieniu, obozie, pracował na kolei, a może służył w Wehrmachcie? Ze sztangistą Ryszardem Tomaszewskim, multimedalistą paraolimpijskim, wraca do stanu wojennego i uścisku dłoni z księciem Karolem.

“Na pierwszym planie walka Polaków o złoto, srebro lub brąz, a w tle – wielka historia i wielki teatr kolejnych olimpiad. Legionista Adam otrzepał się z pyłu wojennego i bierze przeszkody na paryskim hipodromie, oszczepniczka Marysia przemawia się z Hitlerem w loży honorowej, sędzia sportowy Jakub z Kalisza – Jakow z Izraela ginie w zamachu terrorystycznym w Monachium. Detektywistyczne rekonstrukcje, nowe, żywe wiadomości o wydarzeniach i charakterach. Czytam i zamieniam się w świadka. Gorąco polecam.”


Małgorzata Szejnert

“Daniel Lis od lat jest redaktorem moich książek, najlepszym z trenerów. Tym razem to on startował w zawodach, pisząc książkę, a ja dopingowałam, ile wlezie. Dobiegł do mety ze znakomitym wynikiem. „Stulecie przeszkód” jest świetnie napisane, a dbałość autora o szczegół, wyciąganie na światło dzienne faktów zapomnianych, choć fascynujących, i prostowanie przekłamań zasługują na złoty medal. Proszę też przygotować chusteczki, bo jest tu masa wzruszeń. A poza tym trudno nie płakać, kiedy na olimpijskim podium staje polski sportowiec.”


Magdalena Grzebałkowska

***

Daniel Lis – redaktor książek non-fiction, reportaży i biografii, absolwent Wydziału Studiów Międzynarodowych i Politycznych Uniwersytetu Jagiellońskiego. „Stulecie przeszkód. Polacy na igrzyskach” to jego reporterski debiut.

***

Fragment tekstu:

Przygotowania do igrzysk olimpijskich w Berlinie:

Jerzy Rogowicz, korespondent „Kuriera Warszawskiego”(…) pisze: „I oto, przybywszy do Berlina odnoszę wrażenie, iż zmieniło się tak wiele, że niemal podróż moja okazuje się niecelowa. Jakże bowiem inaczej myśleć ma ktoś, kto pragnie obserwować dalszy rozwój rewolucji hitlerowskiej, skoro tej rewolucji – w ogóle nie zastaje. Tak jest: w Berlinie dzisiaj hitleryzmu w dotychczasowym znaczeniu tego słowa właściwie nie ma. (…) Nie sądźcie, że Berlin wygląda dziś tak, jak gdyby nie istniał narodowy socjalizm. Nie. Widać, że istnieje i widać, że rządzi. Ba, dawno nie było tylu swastyk, spływających na czerwonych wstęgach z okien, drzewiec i masztów, co teraz. Ale płyną one w jednej, wielkiej fali olimpijskiej z innymi sztandarami. Dziś w Berlinie to nie oznaka hitlerowska, lecz niemiecka. Wszak zdobi ona już dziś chorągiew państwową”.

Rogowicz odnotowuje, że gazety przestały pisać o polityce wewnętrznej Rzeszy, a z ulic zniknęli polityczni agitatorzy oraz wielkie samochody głoszące propagandę przez megafony. Sklepy i restauracje przybrane są niezliczonymi chorągiewkami, gości witają napisy w różnych językach – najczęściej po angielsku i francusku, potem po polsku i włosku. Rogowicz dostrzega tabliczki: „Tu się mówi po polsku”, a nawet „Serdecznie witamy polskich gości”.

____

Unser Gast ist Daniel Lis, Trainer und Redakteur. Das Buch “Ein Jahrhundert der Hindernisse. Polen bei den Olympischen Spielen” ist das Buchdebüt des Autors.

Auf der Website des Verlags ist zu lesen:
Dies ist eine fesselnde Geschichte über menschliche Hoffnungen und Ambitionen, Ängste, Schwächen, dramatische Entscheidungen und die härtesten Kämpfe, die außerhalb der Stadien stattfinden.
Das Buch von Daniel Lis gibt einen breiten und sehr frischen Einblick in die Geschichte der polnischen Olympioniken und Paralympioniken. Der Autor recherchiert akribisch, findet massenweise unbekannte Quellen und Dokument, wirft ein neues Licht auf Geschichten, die man bereits erzählte, nur eben anders und überhaupt nicht so spannend. Er ist der erste, der den polnischen Faden des blutigsten Ereignisses in der Geschichte der Spiele – des Münchner Bombenanschlags – beschreibt. Er fragt sich mit den polnischen Skifahrerinnen, ob sie den sowjetischen Protest unterstützen und eine Medaille bekommen oder die Wahrheit sagen und nur Vierte werden sollen. Er zeichnet das Kriegsschicksal eines Boxchampions nach, über das der in der stalinistischen Zeit lieber geschwiegen hätte: War er im Gefängnis, in einem Lager, bei der Eisenbahn oder vielleicht bei der Wehrmacht? Mit Ryszard Tomaszewski, einem Paralympics-Athleten und Medaillengewinner, kehrt er zum Kriegsrecht und zum Händedruck mit Prinz Charles zurück.


Das Treffen findet auf Deutsch statt.