Ciekawość oka i przyjemność patrzenia (10)

Dariusz Kacprzak

Max Liebermann, Portret tajnego radcy dworu Wilhelma von Bodego

Autora dzieła, które jest tematem obecnego, dziesiątego już odcinka cyklu pośwęconego przyjemności patrzenia na dzieła sztuki, przedstawiać szczególnie nie trzeba – to Max Liebermann – malarz, grafik, rysownik, należący do najwyżej cenionych twórców w kanonie sztuki niemieckiej. W 1897 roku, w pięćdziesiątą rocznicę urodzin artysty, odbyła się pierwsza zorganizowana przez Królewsko-Pruską Akademię Sztuk Pięknych w Berlinie wystawa jego prac, malarz otrzymał wówczas także złoty medal, tytuł profesora i został członkiem akademii. Jako pięćdziesięcioczterolatek doczekał się pierwszego opracowania swej twórczości – w 1911 roku w prestiżowej serii Klassiker der Kunst ukazała się monografia autorstwa Gustava Pauliego. Z okazji siedemdziesiątej i osiemdziesiątej rocznicy urodzin artysty odbyły się kolejne retrospektywne wystawy jego dzieł w Królewsko-Pruskiej Akademii Sztuk Pięknych, w której w latach 1920–1932 sprawował funkcję przewodniczącego, a następnie funkcję honorowego przewodniczącego. W 1933 roku złożył urząd w akademii w rezultacie narastającego antysemityzmu i postępującej faszyzacji Niemiec.

Zarówno w swoich obrazach, jak i pracach graficznych interesował się zmieniającą się naturą, zręcznie odtwarzał efekty światła przedzierającego się przez listowie, słonecznego światła holenderskich plaż, celował w oddawaniu za pomocą szybkich, nerwowych dotknięć pędzla najbardziej ulotnych przejawów obserwowanego ruchu. Jako grafik uprawiał techniki metalowe i litografię, jego dorobek w tej dziedzinie liczy blisko 500 plansz wyróżnających się kunsztem i biegłością warsztatową.

Graficzny portret przedstawia ukazanego w profilowym popiersiu, dojrzałego mężczyznę o wysokim czole, mocno wysuniętej brodzie, z krótkimi wąsami, noszącego binokle. Ubrany w koszulę ze sztywnym kołnierzykiem i garnitur model, sportretowany został w chwili skupienia i namysłu, z wnikliwym spojrzeniem skoncentrowanym zapewne na jakimś przedmiocie, który jednak znalazł się „poza ramą” kompozycji. W ten sposób Max Liebermann utrwalił wizerunek swego przyjaciela – Wilhelma von Bodego (1845–1929). To znany historyk sztuki, znawca malarstwa holenderskiego, który w latach 1906–1920 piastował stanowisko dyrektora generalnego muzeów berlińskich. Wkrótce po śmierci badacza ukazały się jego dwutomowe wspomnienia, będące nie tylko autobiograficznym szkicem do portretu, swoistym rejestrem dorobku, ale także interesującym przyczynkiem do badań historii berlińskiego muzealnictwa i kolekcjonerstwa.

Liebermann parokrotnie portretował Wilhelma von Bodego, z którym znał się od młodości, gdy obaj uczęszczali na lekcje rysunku u Karla Steffecka. Bode darzył malarza uznaniem, o czym może świadczyć fakt, że kiedy zapytano go, kto ma wykonać portret do jego dyrektorskiego gabinetu w gmachu Neues Museum, natychmiast wystrzelił, „jak z pistoletu” – Liebermann. W zbiorach berlińskiej Starej Galerii Narodowej znajduje się portret olejny Bodego z 1904 roku autorstwa Liebermanna, pochodzący z dawnych zbiorów Muzeum Cesarza Fryderyka. Nieco inny nabyty został do tychże zbiorów w 1960 roku. Oba przedstawiają historyka sztuki w w półpostaci, w pozycji siedzącej, z trzymaną w ręku książką. Postać Bodego, który siedzi w pracowni i trzyma w ręku statuetkę, przedstawia również powstały w 1890 roku rysunek czarną kredką z refleksami światła naniesionymi kredką białą, znajdujący się dziś w zbiorach prywatnych. Wreszcie przy tej okazji należy wspomnieć o litograficznym portrecie Bodego z 1909 roku. Prace nad płytą artysta rozpoczął w 1914 roku i już wówczas powstały odbitki pierwszych stanów. Odbitki ryciny „stanu ostatecznego”, V, zostały wykonane na zamówienie oficyny E. A. Seemanna – wydano je w 1915 roku w liczbie 30 sygnowanych i numerowanych egzemplarzy. Wkrótce, po drobnych retuszach i korektach płyty, zwłaszcza w partii kości policzkowej i w obrębie oka, kompozycja ukazała się w formie niesygnowanych odbitek stanu VI. Zostały one opublikowane w „Zeitschrift für bildende Kunst” w 1915 roku. Praca, odmiennie niż w dotychczas wspomnianych wizerunkach, ukazuje Wilhelma von Bodego w prawym profilu. W nazwisku pojawia się “von”, gdyż Bode w 1914 roku uzyskał tytuł szlachecki.

Warto przywołać tutaj trzy rysunki z 1914 roku, które można uznać za szkice przygotowawcze do kompozycji graficznej (dwa w niemieckich zbiorach prywatnych, trzeci w zbiorach Hamburger Kunsthalle w Hamburgu).

Przypominając przyjaźnie Liebermanna z berlińskimi historykami sztuki należy przypomnieć także Maksa Jakoba Friedländera, którego portret Liebermann wykonał w 1927 roku. W następnym roku powstał portret Cornelisa Hofstedego de Groot, dyrektora Gabinetu Rycin w amsterdamskim Rijksmuseum. Zapewne znajomości i przyjaźnie w kręgu historyków sztuki nie pozostały bez znaczenia dla zgromadzonej przez Maksa Liebermanna imponującej prywatnej kolekcji dzieł innych malarzy. W salonach Marthy i Maksa Liebermannów, w domach zarówno przy placu Paryskim, jak i w Wannsee, wisiały prace Rembrandta van Rijn, Carla Blechena, Adolpha Menzla i Franza Krügera, a także współczesnych Liebermannowi kolegów z Francji – Paula Cézanne’a, Edgara Degasa, Henri de Toulouse-Lautreca czy Édouarda Maneta.

 

 

 

 

 

 


Max Liebermann (1847 – Berlin – 1935), Portret tajnego radcy dworu Wilhelma von Bodego, 1914–1915, akwaforta, sucha igła, gruby papier czerpany, 24 x 18,8 cm (43 x 32,2 cm), Muzeum Narodowe w Szczecinie, fot. Grzegorz Solecki, Arkadiusz Piętak

Bezpłód poety

Roman Brodowski

Kiedy

Chciałem napisać pogodny w optymistycznym tonie wiersz o naszej Ojczyźnie. Zadanie to jednak okazało się dla mnie nazbyt trudne do wykonania. Powiedziałbym nawet, że w obecnej sytuacji naszego kraju, niemożliwe. Za każdym razem, kiedy próbowałem coś sensownego, w łagodnym tonie stworzyć, odzywał się, szepczący głosem sumienia pierwiastek naszej dzisiejszej rzeczywistości, powtarzający jak mantrę „pisz prawdę, prawdę, prawdę…“

A więc mam napisać wiersz o prawdzie, o naszej ojczyźnianej prawdzie? Jaki on będzie? Z pewnością ani pogodny, ani optymistyczny, a wprost przeciwnie, żałosny w rytmie pogrzebowego marsza, granego podczas ostatniego aktu, jakim jest w naszym przypadku pożegnanie naszej polskiej, historycznej tożsamości.

Właściwie powinienem napisać kilka nagrobnych epitafiów przypominających urbi et orbi o ofiarach masowej zbrodni, jakiej dokonała i nadal dokonuje w imieniu swojego Führera PiS oraz nieświadoma, a kolaborująca z nim część polskiego społeczeństwa.

Na granitowej płycie zakrywającej czeluść zbiorowej mogiły powinien powstać napis: „Kimkolwiek jesteś przechodniu, zatrzymaj się w tym miejscu i oddaj cześć Tym, którzy z twoją wolą czekają wskrzeszenia“.

Dalej należałoby umieścić imiona zacnych postaci dramatu, czyli to, co pisowska gawiedź zniszczyła: demokrację, wolne sądy, Trybunał Konstytucyjny, prawdę o naszej historii, o naszych narodowych bohaterach, jak też nadzieję na pokojowe i przyjacielskie współistnienie z innymi, otaczającymi nas narodami.

Tak, dzisiaj jeszcze nie jestem gotowy do pisania o przyrodzie, miłości, kobietach…

Moja romantyczna, łagodna wena, przeobraziła się w słowo drapieżne, gotowe do walki przeciwko wszystkiemu i wszyskim, którzy swoimi działaniami zagrażają wolności, demokracji, jedności narodowej w suwerennym prawdziwym państwie prawa, ostre jak miecz.

Ponoć nadzieja umiera ostania, a więc:

Kiedy odnajdę moją wenę
Zagubioną w nieładzie
Brunatnej rzeczywistości
Polskiego doświadczenia

Kiedy dojdą do głosu myśli
Romantycznej treści
Napiszę wiersz o ziemi
Bogatej w Człowieczeństwo.

Napiszę o ludzkiej radości
Kolorami tęczy nowej
Nadwiślańskiej jutrzenki
Ojczyźnianej wspólnoty.

Przypomnę smak prawdy
Zagłuszonej ustami fałszu
W oceanie cuchnących fekali
Polsko pisowskiego bezprawia.

I wypuszczę gołębim lotem
Oczyszczoną z kłamstwa
Naszą narodową tożsamość.
Historię napisaną mową faktów.

Kiedy odnajdę czas przeszły
Pośród ruin polskiego spokoju
Czas nadziei budowany zgodą
Dla lepszej narodu przyszłości

Odnajdę odwagę przebudzenia,
Czas wskrzeszania godności,
Normalności i jedności narodu
Odnajdę ? … Jednostka jest niczym

27.01.2018

Nieodwołalny koniec świąt

Tadeusz Rogala

Święta, święta i po świętach…

Jutro 2 lutego, święto Matki Boskiej Gromnicznej, znane jako święto Ofiarowania Pańskiego, które zamyka cykl świąt Bożego Narodzenia i jest ostatnim dniem, kiedy koniecznie trzeba rozebrać świąteczne choinki.

O ile z domów już w większości poznikały pięknie ustrojone drzewka, to w kościołach katolickich w Polsce wystrój bożonarodzeniowy utrzymuje się do końca okresu świąt Bożego Narodzenia czyli właśnie do święta Ofiarowania Pańskiego. Z kościołów znikają tego dnia żłóbki, zdejmuje się dekorację świąteczną, przestaje się śpiewać kolędy. Kończy się też okres wizyt duszpasterskich w domach.

Jeszcze trzydzieści lat temu, kiedy wielka machina konsumpcyjna jeszcze nie weszła do polskich sklepów, przygotowania do świąt rozpoczynały się krótko przed świętami.

W adwencie obowiązywał post, w kościele odbywały się wcześnie rano lub wieczorem msze święte tzw. roraty. W okresie adwentu nie tańczyło się, ani nie urządzało wystawnych uroczystości. O prezentach pod choinkę trzeba było pomyśleć nieco wcześniej, ale to w ostatnie przedświąteczne dni kupowało się żywego karpia, nie za wcześnie jednak, aby nie blokował niepotrzebnie wanny w łazience. Odwiedzało się bazary i sklepy, zaopatrując się w potrzebne na święta artykuły żywnościowe.

W wigilię świąt Bożego Narodzenia rozpoczynał się okres świąteczny czyli trwający 12 dni okres Godów. Gody to szczególne, niecodzienne słowo. Znaczy więcej niż uczta, biesiada. To stan szczęśliwości. Uroczystość Trzech Króli zamyka okres Godów, następnego dnia rozpoczynają się zapusty, te zaś kończą się we wtorek przed Środą Popielcową. Zaczyna się czas Wielkiego Postu i czekania na Wielkanoc.

Od Trzech Króli bawiono się w Polsce na całego. Urządzano bale choinkowe, wielkie i wystawne dla dorosłych, ale także znacznie jednak skromniejsze zabawy choinkowe w szkołach. Nieodłącznym elementem takiej imprezy była zawsze swiątecznie wystrojona choinka. Przy parafiach urządzano spotkania opłatkowe. Szczególnie na emigracji Polacy pielęgnują tradycję spotkań opłatkowych i urządzanie zabaw karnawałowych.

Rok 1947, obóz przejściowy dla Polaków w Ludwigsburgu. Jasełka w wykonaniu polskich dzieci.

Rok 1947. Obóz przejściowy dla Polaków. Spotkanie choinkowe dla polskich dzieci.

Rok 1947. Obóz przejściowy dla Polaków. Spotkanie choinkowe dla polskich dzieci. Dzieci dostały nawet banany.

Rok 1967. Ludwigsburg-Grünbühl – Polska Misja Katolicka – Parafialne spotkanie opłatkowe.

***
W Niemczech sytuacja wygląda trochę inaczej. W zasadzie okres świąt Bożego Narodzenia rozpoczyna się w pierwszą niedzielę adwentu. W miastach i miasteczkach odbywają się jarmarki bożonarodzeniowe, w sklepach obecnie już w październiku pojawiają się artykuły świąteczne. Na ulicach stoją wystojone udekorowane choinki, a i w domach często też od pierwszego dnia adwentu. Restauracje i sale bankietowe już dawno są zarezewowane dla zakładów pracy i innych organizacji na tzw. Weihnachtsfeier. I wreszcie po czterech tygodniach przychodzą wyczekiwane święta Bożego Narodzenia. Okres ten kończy się w święto Trzech Króli. Jak na komendę rozbiera się choinki i wynosi do punktu zbiorczego, gdzie służby miejskie wywożą je i przerabiają na kompost. W Berlinie choinki wynosi się – lub nawet wyrzuca przez okno lub z balkonu – po prostu na ulicę i to niekiedy już w drugie święto Bożego Narodzenia. W sklepach znikają ostatnie świąteczne słodycze, a na półkach sklepowych pojawiają się pierwsze słodycze wielknocne, dawniej przerabione z nie sprzedanych Mikołajów. Po jakichś protestach konsumentów zaprzestano jednak praktyki prostego przepakowywania Świętego Mikołaja w sreberko Świętego Zająca, teraz figurki się jednak przetapia i przeformowuje.

***

Święto Matki Boskiej Gromnicznej nawiązuje do znanego nam z Ewangelii opisu ofiarowania Jezusa, czyli momentu, kiedy 40 dni po narodzinach dziecka, Maryja i Józef zanieśli dzieciątko do świątyni w Jerozolimie, by zgodnie z prawem mojżeszowym ofiarować je Bogu w hołdzie dziękczynienia za darowanie Izraelitom życia podczas przejścia przez Egipt Anioła Zniszczenia.

Tego dnia Kościół obchodzi również Światowy Dzień Życia Konsekrowanego, wprowadzony przez papieża Jana Pawła II w 1997 roku.

Tradycyjnie od IX wieku tego dnia w kościołach święci się świece tzw. gromnice – które mają chronić domostwa przez piorunami i innymi nieszczęściami. Odbywa się również procesja z płonącymi świecami, symbolizująca życie w jedności z Chrystusem. Dawniej po uroczystościach przynoszono płonące świece do domów i wypalano nimi znak krzyża w belce na suficie – miał on chronić przed nieszczęściem i żywiołami. Wierni przynosili do kościołów swoje własne świece, te same, przy których ich ochrzczono, i które towarzyszyły im przez całe życie, bo wręczano je również konającym.

Ze świętem Matki Boskiej Gromnicznej wiąże się wiele opowieści.

Stare legendy ukazują nam Panią Niebieskiego Dworu z gromnicą zapaloną w dłoni, strzegącą chat przed wilkami pośród mroźnej zawieruchy. To znów głodny i zły wilk, postrach okolicy, zdąża pokornie świętymi śladami, już obłaskawiony. Pani gromniczna ratuje sierotkę zabłąkaną w boru, rozpędzając stado wilków gotowe pożreć dziewczynkę

pisze Zofia Kossak w „Roku polskim”.

Z tym świętem związanych jest też kilka przysłów, a oto niektóre z nich:

Gdy na Gromnicę roztaje, rzadkie będą urodzaje.
Gdy w Gromnicę pięknie wszędzie, tedy dobra wiosna będzie.
Gdy w Gromniczną jest ładnie, dużo śniegu jeszcze spadnie.
Gdy w Gromnicę z dachów ciecze, zima jeszcze się przewlecze…”

Obecnie w epoce ocieplenia klimatu, te przysłowia mogą się już nie sprawdzać.

Super blue blood moon

The event may sound like a complicated tongue twister, but it’s really just the confluence of three celestial occurrences.

A blue moon is the second full moon of a month — in January, there will be a full moon on New Year’s Day and on Jan. 31 — while a supermoon is when the full moon appears larger and brighter to the naked eye.

These two events will coincide with a total lunar eclipse, or blood moon, on Jan. 31.

Most days the moon is nearly 238,855 miles from Earth, but during the supermoon it will be approximately 223,068 miles away, according to NASA. During a supermoon, the moon can appear up to 14 percent larger and 30 percent brighter than usual.

A total lunar eclipse occurs when a full moon passes into Earth’s shadow, making the moon appear red — hence the nickname blood moon.

Altogether, the three events — a blue moon, a supermoon and a blood moon — will make for a spectacular show the last night of January. (Or day! In Berlin since 16:58)

Weiter so, Deutschland! Vier Monate ohne Regierung… (Reblog)

Vier Monate nach der Wahl sind wir wieder da, wo wir gestartet sind: bei der Großen Koalition. Gewünscht hat sich das kaum einer. Aber wenn es nun so sein muss, dann sind hier sieben Bitten an die GroKo-Verhandler.

Spiegel online

Stefan Kuzmany

GroKo-Verhandlungen: Sieben Bitten eines müden Bürgers

Es war ein schöner Traum: Dass sich etwas ändert. Dass es eine Art Aufbruch geben könnte, je nach politischer Perspektive mehr Gerechtigkeit oder mehr Sicherheit. Oder vollen Einsatz fürs Klima oder vielleicht auch nur schnelleres Internet.

Sie war da, die Sehnsucht nach etwas Neuem. Nach einem mutigen Entwurf für ein neues Europa, das strahlt und lockt und dem unglückseligen Nationalismus ringsum etwas entgegensetzt. Oder auch die Sehnsucht nach einer Regierung, die die Grenzen sichert und die Anschläge verhindert. Es gab den Traum von mehr Debatte im Parlament, vom demokratischen Streit zwischen den Volksparteien, klaren Positionen und scharfen Auseinandersetzungen. Dieser Traum ist aus, jetzt kommt die neue GroKo. Schön ist das nicht, aber da müssen wir wohl durch. Bevor jetzt die offiziellen Verhandlungen beginnen, hier noch ein paar Bitten eines ermatteten Bürgers an die mitwirkenden Politiker:

1. Bitte keine Nachtsitzungen mehr. Sie können alles, was Sie zu klären haben, auch tagsüber entscheiden, vielleicht sogar vor Feierabend. Es ist ja nicht so, dass Sie über die offenen Fragen noch nie geredet hätten, geben Sie es doch zu: Eigentlich wissen Sie schon recht genau, wo Sie sich treffen werden. Das ist hier kein Wettbewerb um die tiefsten Augenringe, wir glauben Ihnen auch so, dass Sie sich sehr anstrengen. Zugegeben: Nachtsitzungen sind ein bewährtes Stilmittel des Politikbetriebs, sie vermitteln den Eindruck von Durchhaltewillen, Druckresistenz und Dramatik. Aber ehrlich gesagt, hat sich diese Inszenierung langsam etwas abgenutzt. Außerdem sitzen einige von Ihnen noch in der geschäftsführenden Regierung, und es wäre doch beruhigend, wenn Sie Ihr Amt einigermaßen wach ausüben könnten. Nicht dass Sie am Ende aus Versehen doch wieder ein paar Waffenlieferungen mehr genehmigen oder ähnlichen Unsinn. Bitte seien Sie vernünftig!

2. Bitte unterlassen Sie jegliche Aufplusterungen abseits der tatsächlichen Verhandlungen. Klar, das ist nicht so einfach: Mancher von Ihnen will noch was werden in der Partei, mancher will noch etwas bleiben, und da fällt es schwer, der Versuchung zu widerstehen, sich mit Klartext-Interviews und Provo-Tweets zu profilieren. Durchaus verständlich, dass Sie Ihren Parteimitgliedern und den Wählern zeigen wollen, dass Sie noch wissen, was Sie im Wahlkampf alles versprochen haben. Aber die Wahl ist jetzt vier Monate her, und bedenken Sie bitte: Sie haben nicht die absolute Mehrheit geholt – deshalb sind diese leidigen Koalitionsverhandlungen ja erst nötig geworden. Es geht jetzt um Kompromisse. Oder wollen Sie gar keine Kompromisse? Dann springen Sie bitte direkt zu Punkt 7.

3. Die CSU könnte ja bitte vielleicht doch nochmal in ihrem Herzen wühlen und dabei entdecken, dass Familie nicht nur bayerischen Wesen wichtig ist, sondern den meisten Menschen jeglicher Herkunft und Hautfarbe, was auch Flüchtlinge mit eingeschränktem Schutzstatus einschließt. Sie könnten in ihrem eigenen Bundestagswahlprogramm nachschauen und feststellen, dass Sie dort einer Zwei- oder Mehrklassenmedizin “eine Absage” erteilen – da geht doch was! Gut, eine Bürgerversicherung lehnen Sie ebenfalls ab, aber die muss ja am Ende nicht so heißen. Die Obergrenze heißt ja jetzt auch nicht mehr so. Und bis zur Landtagswahl können Sie dann noch genug Krach schlagen, wenn die Koalition erst einmal steht. Der Markus macht das schon.

4. Die SPD könnte bitte mal kurz damit aufhören, sich mit sich selbst zu beschäftigen . Sicher, die eigenen Probleme sind immer die größten, aber langsam ist es auch mal gut. Sie haben doch wunderbar demokratisch debattiert auf Ihrem Sonderparteitag. Sie haben zwei Dinge geschafft, die niemand für möglich gehalten hätte: Bonn war für einen Tag wieder Hauptstadt. Und die SPD hat tatsächlich Spannung verbreitet mit ihrer Abstimmung über die Aufnahme von Koalitionsverhandlungen. Sie haben sich dafür entschieden, lassen Sie es damit gut sein. Dass Sie sich seither mehr mit der eigenen Jugendorganisation streiten als mit dem politischen Gegner, macht keinen besonders guten Eindruck.

Lassen Sie die Jungen doch machen! Vielleicht kommt ja sogar so etwas wie die Zukunft der SPD dabei heraus, für die Zeit nach dieser und der nächsten und der übernächsten GroKo, eine Zukunft, in der die SPD möglicherweise wieder etwas mehr Zuspruch bekommt, weil sie linker und entschlossener auftritt. Freuen Sie sich doch über neue Mitglieder, anstatt sie zu fürchten. Sie haben über 400.000, glauben Sie im Ernst, dass ein paar NoGroKo-Neuankömmlinge den Mitgliederentscheid kippen werden? Vielleicht sollten Sie besser gar nicht mehr so viel über diese Abstimmung reden. Sonst könnte noch jemand auf die Idee kommen, sich zu fragen, warum eigentlich ein halbes Prozent der deutschen Bevölkerung über Regierungsbildung oder Neuwahlen entscheiden soll.

5. Und die CDU könnte…… Ach, wissen Sie was, es ist eigentlich vollkommen egal, was die CDU macht, am Ende wird ja doch wieder Angela Merkel Kanzlerin. Aber weil das so ist und Sie im Grunde ja auch keine anderen Forderungen, Erwartungen, Visionen oder Ideen bei diesen Koalitionsverhandlungen haben, könnten Sie die Zeit nützen und sich, während die anderen beiden streiten, mal Gedanken darüber machen, wie es eigentlich nach Angela Merkel bei Ihnen weitergehen könnte. Dann ist es nämlich erstmal vorbei mit der automatischen Kanzlerschaft, daher sollten Sie einen Plan haben, was Sie mit dem sozialdemokratischen Erbe Merkels anstellen wollen. Vielleicht geben Sie es ja den Sozialdemokraten zurück?

6. Und weil wir gerade bei der Zukunft sind: Bitte tun Sie nicht so, als ob jetzt alles in diesem Koalitionsvertrag festgeschrieben werden könnte, was in den nächsten vier Jahren passiert. Wer weiß, mit welchen Krisen und Kriegen wir noch zu tun bekommen, welche revolutionäre Technik uns alle überrollt und was Trump noch so einfällt. Ein Vertrag als Grundlage einer stabilen Regierung ist schön und gut, aber es reicht nicht, so eine Vereinbarung Punkt für Punkt abzuarbeiten. Es darf keine Alternativlosigkeit mehr geben, es muss schon noch Raum für Debatten da sein. Aber eben auch das grundsätzliche Vertrauen, dass Sie auch dann zu guten Ergebnissen kommen, wenn die Realität über Ihren Vertrag hinauswächst.

7. Ach ja, und noch eine letzte Bitte: Wenn Sie das alles nicht hinbekommen, wenn die Gemeinsamkeiten doch fehlen und ganz grundsätzlich der Wille, gemeinsam zu regieren – dann sagen Sie uns das bitte schnell. Dann wählen wir eben neu. Aber glauben Sie bloß nicht, dass es danach einfacher wird.

Skrawki i strzępki (Barataria 50)

Ewa Maria Slaska

Dziś to, co leżało po drodze, znalazło się lub napatoczyło.

Sergiej Rimashewskij.
Czy mi się wydaje, czy to kobieta jest Cervantesem? A nawet nie kobieta, lecz dziewczynka. A jej kapelusz to wyspa Barataria.

Piana złudzeń czyli Dziewczyna z lilią (reblog z siebie samej)

Ewa Maria Slaska dla Adama Slaskiego

W Pianie złudzeń oglądamy i rejestrujemy zniszczenie świata. Był to świat specyficzny, idealistyczne wyspy szczęśliwości, tak jak je widział człowiek lat 40, zaraz po okrucieństwie wojny – nawet tej mniej okrutnej, francuskiej. To świat kolorowy, lekki jak obłoczek, stworzony i zamieszkiwany przez młodych, pięknych, zdrowych i bogatych. Jest to zarazem świat a-naturalny, a w zamian za to pełen ciekawostek technicznych, ułatwiających życie człowiekowi. W filmie zresztą ten aspekt został zdecydowanie przesadzony, co zlikwidowało filozofię, zamieniając ją burleskę. Tym niemniej i film i książka pokazują, że człowiek może być szczęśliwy tylko w otoczeniu cywilizacji. Natura to potwór – niewiadome zagrożenie, które czai się wszędzie, to wiatr, który zdmuchnie kolory z chusteczki Chloe i obsypie Chloe i Colina piórami gołębi w tunelu, gdzie przygotowuje się rekwizyty do ozdoby miejskich placów.

Zawsze twierdziłam, że żywię ogromny szacunek dla (traktowanych symbolicznie) inżynierów, bo świat stworzony przez Boga, to była kula błota, pełna deszczu, wybujałych skrzypów, dinozaurów i komarów, a dopiero oni wymyślili agrafkę, penicylinę, kino i samochód, czyli zamienili błoto w wygodny świat. Ale na Wyspach Andamańskich na Oceanie Indyjskim widziałam też, jak natura odbiera swoje, jak po kilkudziesięciu latach miasto opuszczone przez ludzi jest już z powrotem dżunglą.

Sięgam do notatek z podróży do Indii. Niedziela, 24 lipca 1994 roku. Port Blair, dodajmy – stolica archipelagu, który znany był już podróżnikom chińskim i arabskim od IX wieku naszej ery. Andamany to archipelag długości 352 km i szerokości do 51 km składający się z 576 wysp, z których 26 jest zamieszkanych. Mieszka tam około 340.000 ludzi, z tego tylko około 5 tysięcy to pierwotni, negroidalni, mieszkańcy wysp, tzw. Negritos. Arabowie, Malajowie i Chińczycy przybywali tu przede wszystkim po niewolników, a dopiero Anglicy w XIX wieku zasiedlili wyspy, tworząc z nich po części kolonię karną.


Negritos ok. r. 1900

Jedziemy na wycieczkę na wyspę Red Shin, która odpowiada wszystkim wyobrażeniom o wyspie tropikalnej. Jest mała, bezludna, skalista, porośnięta dżunglą, otoczona białą plażą i ciepłym morzem, pełnym kolorowych raf koralowych i równie kolorowych ryb.

Piękna jest też godzinna droga ze stolicy do przystani na wyspie Wielki Andaman. Mijamy pola ryżowe, niewielkie egzotyczne lasy, szerokie mętne rzeki, kwitnące ogrody i małe wioski złożone z drewnianych domów, w których mieszkają rzemieślnicy, stolarze, snycerze, wyplatacze. Na płytkich stawach kwitną cyklamenowo-różowe lotosy i ten róż w połączeniu z zielenią drzew to jedyne mocne barwy tych wiosek, bo ludzie są ubrani nie tak kolorowo i raczej ubogo. Wyspy spowija łagodny szaroniebieski, nieco mglisty woal. Idziemy na targ pełen dorodnych jarzyn o nieznanych fakturach i kolorach, a potem na obiad do luksusowego hotelu. Siedzimy na ogromnym drewnianym tarasie bezpośrednio nad zatoką. Jest 7 wieczorem i jest już całkiem czarno. Ocean szumi w ciemności, a potem spada krótki ostry deszcz.

Poniedziałek.
Płyniemy statkiem na Ross Island. Kiedyś stacjonowały tu oddziały angielskiej marynarki wojennej, na wyspie mieszkali angielscy oficerowie i żołnierze Hindusi. Dziś wyspa jest pusta, ale pozostało tu małe miasteczko wojskowe – koszary, mieszkania oficerów, klub, uliczka sklepików, kościół neogotycki, świątynia. Po wojnie, gdy wojsko opuóciło wyspę, za miasteczko zabrała się dżungla. Budynki popadały w ruinę, postradały dachy, szyby, ściany, przerosły je korzenie mangrowców i areki. Teraz Ross Island to ghost town. Małe łódki dowożą i odwożą nielicznych turystów. Po wylądowaniu na wyspie trzeba się wpisać do księgi gości i można sobie iść, dokąd nogi poniosą. Nie ma właściwie informacji dla turystów, co najwyżej tu i ówdzie znaleźć można tabliczki z nader treściwymi napisami: kościół, klub, zbiornik wody.

Niesłychany i rzadki to widok, cywilizacja wydana na pastwę drzew, słońca i deszczu. Łuki okien oplecione powojem lub przesłonięte siatką mocnych białych korzeni. Omszałe schody donikąd. W górę i w dół. Przechodzimy schodami na drugą stronę wyspy, gdzie nie ma już ani ścieżek ani szyldów. Zbliżamy się do ruin kościoła. Łuki gotyckich okien, wieża w oplotach bluszczu. Stada małych cętkowanych jelonków przemykają pomiędzy palmami. W dole błękitne morze. Białe grzywy przyboju rozbijają się o czarne skały. Cisza.

Rozmowy polskie zimą 2018

W 35 lat po wydaniu słynnej książki naszych (tamtych) czasów proponuję, byśmy zaczęli spisywać rozmowy polskie jako dokument naszych (tych) czasów. Bo to, co mówimy, umyka, a co zostało zapisane na wszelkich możliwych nośnikach i we wszystkich mediach, jest politycznie ukierunkowane. A gdy rozmawiamy, gdy przekazujemy sobie myśli, a nie skaczemy do gardła przeciwnikom politycznym, nie poruszamy się na linii MY i ONI, lecz interesuje nas nasze wspólne MY. Rozmowy polskie latem 1983 to zapis pewnych wakacji w czasie stanu wojennego w pensjonacie pani Anieli, nad jeziorem Wigry. Grupa urlopowiczów, zaprzyjaźnionych ze sobą intelektualistów, rozmawia o zwykłych  sprawach codziennych, ale też o polityce, filozofii, sensie historii i o przyszłości, czyli o tym przecież, co przeżywamy dziś.

A więc zima 2018 roku. Spotykamy się w domu na wsi u Kasi i Tomka. Kasia jest psycholożką i pisarką, Tomek informatykiem, ogrodnikiem i pszczelarzem. Są też Adam, również informatyk i ostry krytyk wszystkiego i wszystkich, Michalina i Ewa, wegetarianki. W spotkaniu biorą również udział Marta, słynna polska psycholożka, i Piotr, autor książek o wychowaniu przez sztukę. Jest też cudownie piękny biały kot… Reprezentujemy kilka pokoleń. Należymy plus minus do rodziny, chociaż oczywiście ja tam jestem prawem kaduka.

Marta jest naukowczynią, napisała dziesiątki książek, setki referatów i tysiące artykułów.
Pamiętam, że mieszkali z mężem i dwójką małych dzieci w peerelowskim bloku, w mieszkaniu, w którym – tak się to wtedy robiło – połączone zostały kuchnia z salonem, który nazywało się zresztą raczej pokojem gościnnym, i jadalnią. Na owe czasy było to rewelacyjne. Między częścią kuchenną a drzwiami prowadzącymi do łazienki i sypialni stał maleńki stolik, przy którym Marta pisała doktorat. Nie znałam wtedy jeszcze książki Virginii Woolf Własny pokój i świadomie nie miałam pojęcia, że coś tu jest nie tak, podświadomie jednak dostawałam gęsiej skórki myśląc o tym stoliku. To przy tym mebelku, za małym na cokolwiek, ta kobieta zaczęła światową karierę naukową.

Ale to były tamte czasy, rozmowy polskie i latem, i zimą 1976 roku.

Dziś Marta mówi mi, że ma nowego partnera życiowego, który nazywa się Parkinson. Gdy lekarz sformułował diagnozę, Marta zapytała, czym się charakteryzuje ta choroba. “Nogi nie nadążają za głową”, odpowiedział lekarz.

Patrzę na Martę i wiem, że na pewno w duchu, a może i w rzeczwistości, gapię się na nią z rozdziawionymi ustami. Nie wierzę! Oczywiście natychmiast przypomina mi się słynna ongiś książka, napisana przez dwóch niemieckich naukowców, Thorwalda Dethlefsena i Ruediger Dahlke, zatytułowana Choroba jako droga. O znaczeniu i interpretowaniu choroby.

Autorzy twierdzą, że to, jak mówimy o naszej chorobie, informuje nas, co naprawdę wiemy o jej przyczynach. Jeśli mówimy, że “serce nam pęka”, to pęka nam serce, a jeśli myślimy, że to “sęp nam wyżera wątrobę” lub trzustkę, to sęp nam wyżera wątrobę. Serce pęka, bo kochamy za bardzo, a za mało myślimy o sobie, chorujemy na wątrobę, bo dużo chcieliśmy w życiu osiągnąć i wielkie mieliśmy o sobie mniemanie, prometejskie wręcz.

Ale to jednak symbole. Metaforyczne myśli o nas samych.

Tymczasem jednak zimą 2018 roku kobieta, która jest najlepiej mi znanym człowiekiem myśli, głowy, mądrości, wiedzy, nauki, mówi mi, że nogi nie nadążają jej za głową. “No”, mówi, “wolisz rozlać kawę czy, zapomnieć, że miałaś ją wypić? Taka jest różnica między Parkinsonem a Alzheimerem”.

W tym momencie postanawiam notować, o czym rozmawiamy. Marta cytuje właśnie zdanie Wojciecha Oczki: “Ruch może zastąpić każde lekarstwo, ale wszystkie lekarstwa razem wzięte nie zastąpią ruchu”.
“Oczko?”, pytam.
“Lekarz Batorego”, odpowiada Marta.
Wikipedia dopowiada “(1537-1599), syn stelmacha, doktor medycyny i filozofii, nadworny lekarz królów polskich: Zygmunta Augusta, Stefana Batorego i Zygmunta III Wazy (sekretarz królewski tego pierwszego). Jeden z twórców medycyny polskiej, syfilidiolog i pisarz medyczny. Propagował uprawianie kultury fizycznej widząc w niej korzyści zarówno dla ciała, jak i dla ducha.”
W sposób niezauważalny Oczko doprowadza nas, a właściwie Martę, do Erazma z Rotterdamu, który, wszak dydaktyk z powołania, miał napisać dzieło, o czym powinni wiedzieć chłopcy i drugie – o czym powinny wiedzieć dziewczęta.
Po czym książeczka dla dziewcząt została zakazana, żeby nie wywoływać w panieńskich głowach zdrożnych myśli. Oczywiście tytuły tych dzieł, pisanych zresztą po łacinie, musiały być zbarokizowane, ale z Wikipedii się tego nie dowiemy, bo być może jest to jedno z tych dwóch dziełek – ale o dziewczynkach mowy nie ma: Mowa o konieczności kształcenia chłopców zaraz od urodzenia w cnocie i naukach – 1529 oraz O wytworności obyczajów chłopięcych – 1530.

Poszukiwania słowa puella – dziewczyna – w łacińskim indeksie Opera omnia Erasmusa nie przynoszą rezultatu.

Wyciągam komórkę i czytam zebranym pełen zdrożnych myśli wiersz, który ktoś 26 listopada 2016 roku zapisał na falochronie ostrogi molo w Sopocie.
Świetnie wodziłaś
Tymi oczami
w których ja miałem ABSOLUT
Grzechem mówić że były jak gwiazdy
Kiedy równały się galaktykom
SN73M

Nie wiemy, co to za skrót, owo SN73M, google sugeruje, że mógłby to być model citroena, ale z dalszych zwrotek tego białego wiersza wynika, że jednak chodzi o seks, Piotrowi i Marcie przypomina się więc natychmiast rymowanka na tenżeż temat: “Bosko było gdym powściągnął sprośną żędzę, tkwiącą we mnie, lecz gdym tego nie uczynił, też było bardzo przyjemnie.”

Zmieniamy temat i rozmawiamy o metodzie ruchu rozwijającego. Opowiadam o badaniach prowadzonych przez dwie niemieckie psychoanalityczki – Esther Schuld-Goldstein i Annekatrin Mendel, które odkryły, zapomniane i zepchnięte, ale przecież wciąż istniejące, niezwykle ciepłe wspomnienia nazistowskich dzieci, którymi zajmowały się, najczęściej bardzo młode dziewczęta, robotnice przymusowe z Polski, Rosji, Ukrainy.

Pojawia się temat psychologicznych eksperymentów, badających “mechanizm plotki”, jako żywo przypominających zabawę w głuchy telefon czyli co jedna pani powiedziała drugiej pani. Uczę się jeszcze, że istnieje słowo od-pamiętać (co jest możliwe) i jego derywat od-zobaczyć (co jest niemożliwe).

Rozmowa przenosi się do pewnych wakacji letnich w roku 1959, które Marta spędzała  w Dębkach nad Piaśnicą. Osiem kilkunastoletnich harcerek mieszkało wtedy samotnie w dziesięcioosobowym namiocie. Dziewczyny cztery razy na dobę, a więc również nocą i o świcie, chodziły do stacji meteorologicznej, gdzie odczytywały i notowały temperaturę gleby, siłę wiatru i wysokość opadów.

Inicjatorką tej pracy harcersko-naukowej była moja cioteczna babka, Karolina Lubliner-Mianowska. Z pomiarów zapisanych przez Martę i jej koleżanki Karusia miała wyciągnąć wnioski, dlaczego mikołajek nadmorski rośnie na Helu (tam był obóz dla chłopców), a nie rośnie tam, gdzie badania prowadzą dziewczynki.

Drużynowa, Krystyna Trapp, i Karusia przyjechały pewnego dnia odwiedzić owe samotne harcerki.

Przyjechałam tam z Karusią. Bardzo dobrze pamiętam ten wyjazd, a zwłaszcza wycieczkę na wydmy w Łebie, gdzie mikołajek jednak rósł.

Miałam 10 lat.

Gdy przygotowuję ten wpis, niemieckie wydanie google’a przypomina, że 136 lat temu urodziła się Virginia Woolf. W książce Własny pokój twierdziła, że jest mniej słynnych kobiet pisarek niż mężczyzn, bo nie miały własnego pokoju.

42 stopnie dookoła Globu

U nich lato i upały, a my nie zawsze o tym pamiętamy…

Lech Milewski

Piątek, 19 stycznia

Obudziłem się dość wcześnie (6:30) i miałem szansę przez chwilę rozkoszować się świeżym porannym powietrzem. Temperatura 24 stopnie. Wczoraj popołudniu było 40, dzisiaj ma być 42.

Przed wyjściem z domu włączyłem na chwilę telewizor, a tam już łomotanie tenisowej piłki. Australian Open. Chyba z powodu upałów zaczęli nieco wcześniej.

Spakowałem się, termometr pokazuje 38 stoni, i poturlałem się tramwajem do miasta. Czytam obecnie grubą książkę, więc podróż nie dłużyła się.

Centrum Melbourne – anglikańska katedra św Pawła – na wieży po lewej transparent Let’s Fully Welcome Refugees, ale na budynku po drugiej stronie ulicy wyraźna wskazówka, że przez najbliższe dwa tygodnie Australia jest otwarta dla kogoś innego – Australian Open – wielkoszlemowy turniej tenisowy.

Katedra

Odwracam się, zachodni wiatr zwiastuje piękną pogodę.

Melbourne

Zwracam się we właściwym kierunku, wieże oświetleniowe nad Melbourne Cricket Ground (MCG) – jeden z największych stadionów świata, pojemność ponad 100.000 widzów. Na świecie mówi się o tenisie i Australian Open, ale miejscowi wiedzą swoje – letnia seria rozgrywek krykieta przyciąga więcej widzów niż tenis.

Yarra

Kontynuuję swoje obroty – rowerowa riksza oferuje darmowe podwiezienie pod korty tenisowe.

Riksza

Dziękuję, przespaceruję się. To niedaleko.

Rod Laver

Po kilku minutach jestem naprzeciwko Rod Laver Arena – głównego miejsca tenisowych rozgrywek.

Arena

Nie to jednak jest celem mojej dzisiejszej wyprawy.

Rozglądam się jeszcze dookoła, naprzeciwko Rod Laver Arena znajduje się druga, równie solidna hala sportowa – Hisense Arena, na której również rozgrywają obecnie mecze Australian Open.

Hisense

Po drugiej stronie ulicy hala do koszykówki.

Hala kosza

Nieco w dali kształt kopuł sygnalizuje stadion do piłki nożnej.

AAMI

Powyższe, razem z położonym opodal MCG, oznacza możliwość jednoczesnego obsłużenia ponad ćwierć miliona kibiców. To wszystko w samym centrum miasta.

Co stwierdziwszy odwracam się plecami do sportu i kieruję kroki za rzekę, w cień drzew.

W cieniu

Jak miło, wygląda na to, że czasami los bezdomnego nie jest taki zły.

Ale oto docieram do celu mojej dzisiejszej wyprawy…

Globe

Teatr Globe. Wszak rok temu obchodziliśmy 400-setną rocznicę śmierci Wiliama Szekspira, pamiętacie?

Sztuki teatralne Szekspira trafiły pod londyńskie strzechy w 1592 roku. Tamtejszy rynek teatralny był zdominowany przez wykształconych na uniwersytetach pisarzy – Christopher Marlowe, Robert Greene, Thomas Nashe (grupa ta zyskała później nazwę University Wits – KLIK ). Szekspir znalazł oparcie w grupie teatralnej Lord Chamberlain’s Men – KLIK . Grupa nie miała stałej siedziby aż do roku 1599, kiedy to wybudowała sobie własny teatr – Globe Theatre – KLIK.
W 1613 roku teatr spłonął, odbudowno go za rok, ale 6 września 1642 roku zdominowany przez zwolenników Oliwera Cromwella parlament nakazał zamknięcie londyńskich teatrów, gdyż uznał, że demoralizują one publiczność lubieżną rozrywką. Dwa lata później Globe został zburzony.
W 1660 roku, po kilkuletniej wojnie domowej, do władzy wróciła dynastia Stuartów i król Karol II wydał pozwolenie na otwarcie dwóch teatrów w Londynie, ale ani Szekspira ani The Globe już nie było.

W 1997 roku londyński teatr The Globe odbudowano – KLIK.

W 2016 roku w Nowej Zelandii wybudowano replikę tego teatru – Pop-up Globe – KLIK, i właśnie on góruje obecnie nad centrum Melbourne.

Co też dzisiaj dzieje się w naszym Globie?

Menu

Pani kierowniczka właśnie odwołuje popołudniowe przedstawienie As you like it. Powód – upał. Jak wam się (to) podoba?
Dla mnie to wiele hałasu o nic. Zbliża się godzina 11 czas na W 60 minut dokoła Globu.

Wchodzę do środka…

The Globe

Nad głową loże dla publiczności. Warto zaznaczyć, że na parterze były (i są) tylko miejsca stojące. Trochę to niewygodne, ale w szekspirowskich czasach dawało to szansę na bezpośredni kontakt z aktorami, którzy często mieszali się z publiką.

Loże

Zadzieram głowę do góry, zimne to angielskie słońce. W dachu jest dziura i tamtędy biją w nas promienie słońca australijskiego.

Sufit

Zaczyna się przedstawienie.
Rok 1643, teatr zamknięty. Na scenę wkracza William Davenant, poeta, zwolennik dynastii Stuartów, uznany przez parlament za zdrajcę i skazany na śmierć, uciekł do Francji, gdzie przyjął katolicyzm. Zmodyfikował też swoje nazwisko na d’Avenant – KLIK.

W Davenant

Następną godzinę wypełnia fikcyjna historia próby przekonania władz, żeby teatr otworzyły. Czego tam nie ma – urzędnicy państwowi, wojsko, tortury, księżniczka Elżbieta Stuart, błagalne modły…

Modły

Tu istotna wskazówka, cromwellowcy nie lubią, gdy się odmawia Zdrowaś Maria.
Wszystko kończy się dobrze, William Davenant obiecuje łapówkę komu trzeba i otrzymuje pozwolenie na wystawienie swojej sztuki.

Ruszam w drogę powrotnę, po drodze zauważam ekran z relacją z Australian Open – Francuzka, Alize Cornet, nie wytrzymała upału.

Gorąco

To znaczy, że prognoza się sprawdziła, 42C w cieniu, a na słońcu blisko 50C. A jak moja kondycja?
Oooo – co te palce u stóp mnie tak pieką? No tak, przed wyjściem z domu posmarowałem się tu i ówdzie kremem, ale o stopach zapomniałem. W teatrze była dziura w dachu, słońce padało mi na stopę i przypiekło. Nic takiego.

Chwileczkę, co za przestarzałe podejście. Jeśli jest potrzeba, to musi być odpowiedź. Tu można się nasmarować – i to za darmo.

Klim

Miła ulga. Zwróćcie państwo uwagę na nazwę dobroczyńcy, pionowy napis po lewej stronie – KLIM. Czy Wam to coś mówi?
Australijczykom mówi to wiele – Klim – Michael Klim – KLIK. Urodzony w Gdyni pływak, reprezentant Australii, wielokrotny mistrz i rekordzista świata, dwukrotny złoty mistrz olimpijski.

Błogosławiąc w duchu rodaka, dojeżdżam do swojej dzielnicy, w głowie nadal szumią mi sceny z teatru, nie moge się oprzeć i nie zboczyć nieco z drogi.

Skrzyżowanie

Ulice Ireland i Cromwell – trudno sobie wyobrazić bardziej konfliktowe skrzyżowanie.
Nie mogę się nadziwić, że miliony mieszkających w Australii Irlandczyków to tolerują, że nie zażądali decromwelizacji nazw ulic.

Co kraj to obyczaj.

Reblog: Karl Holtei (ulice Berlina)

Znałam go przede wszystkim jako patrona ulicy, Karl-Holtei-Strasse. Kiedy wnuk był mały i godzinami chodziłam z wózkiem po okolicy, zdeptałam cały Friedrichshain, i ulica Holteia była ważnym etapem tych wędrówek, jeśli postanawiałam, że będę szła na Wschód, w stronę dworca Ostkreuz.

Publikuję tu artykuł z Gazety Wyborczej znaleziony przypadkiem w sieci, bo akurat wczoraj minęła 120 rocznica urodzin Holteia. Okazja taka sama dobra jak każda inna 🙂

Historia Wrocławia

Beata Maciejewska

Wawrzynowe drzewo i żebraczy kij Karla von Holteia

Gazeta Wyborcza Wrocław,

holtei

Karl von Holtei (Muzeum Miejskie Wrocławia)
niestety ani Gazeta Wyborcza online ani wszystkie możliwe strony internetowe nie podają, kto jest autorem tego obrazu. 31 grudnia 2017 roku napisałam w tej sprawie do muzeum.

Pamiętasz, Karl, jak w Berlinie tłum twojego Kościuszkę na rękach niósł? Albo jak w świdnickim więzieniu polskich powstańców odwiedzałeś? – Mnie się mój domek w Obornikach śni, jego dach z gontów, także ta jodła, co rośnie tuż koło furtki

Dla starego człowieka spacer z klasztoru Bonifratrów na Bastion Ceglarski to wielka wyprawa. Ale 80-letni Karl von Holtei idzie tam niemal codziennie. Długie włosy, broda krzaczasta jak u rozbójników z baśni braci Grimm, kapelusz z szerokim rondem… Wagabunda – tak sam o sobie mówi i tak chce wyglądać. Czeka na niego ławka, widok na Święty Krzyż i katedrę, czasem przyjdzie Albert, przyjaciel rzeźbiarz. Jak ławka pusta, to też dobrze. Można spokojnie pomyśleć o życiu. Długim, barwnym i trudnym. Ciągle był w drodze, może chciał uciec od prześladujących go nieszczęść, do Wrocławia zawsze jednak wracał. Tu się urodził w 1798 roku.

Ojciec… nigdy go nie zobaczył. Pruski oficer huzarów umarł, gdy żona była w ciąży. Matka nie przeżyła porodu. Dom… kamienica nazywana “Pod uskrzydlonym rumakiem” albo “Czerwonym domem” (miała dwie bramy) przy Reuschestrasse 45. Za ścianą był zajazd, w którym zatrzymał się Goethe. Może ten Pegaz i wizyta poety to był znak, że i jego muzy polubią. A najbardziej Melpomena.

Kogo kocha Mortimer

– Małego Karla wzięli na wychowanie krewni mieszkający w Wielkiej Lipie, a potem wuj Karl von Schaubert, który miał dwór w Obornikach Śląskich. Pomagał rozwijać się literackim talentom nastolatka i finansował redagowanego przez Karla “Gońca Obornickiego”. Holtei pisywał wiersze i sztuki, a swoich bohaterów szukał często wśród Polaków. Byli dla niego uosobieniem romantyzmu i patriotyzmu – opowiada dr Maciej Łagiewski, dyrektor Muzeum Miejskiego Wrocławia.

Wcześnie upomniał się o niego teatr. Zadebiutował w dramacie Schillera “Maria Stuart” rolą młodziutkiego Mortimera zakochanego w królowej, wystawionym we wrocławskim teatrze Kalte Asche (stał u zbiegu dzisiejszych ulic Oławskiej i Piotra Skargi). Miał 21 lat. Dostał też posadę dramaturga oraz sekretarza tej sceny i zaczął wystawiać własne sztuki, m.in. dramat “Stanisław” o porwaniu króla Stanisława Augusta Poniatowskiego przez konfederatów barskich. Napisał również sonet poświęcony polskiemu skrzypkowi Karolowi Lipińskiemu, który opublikowała “Breslauer Zeitung”. Lipiński zrobił na nim ogromne wrażenie, uważał, że jest większym talentem niż Paganini.

Ciągnęło go do Polaków – został nawet członkiem delegacji występującej w obronie studenta Benedykta Kalinowskiego aresztowanego za działalność polityczną, ale jeszcze bardziej do pięknej aktorki Luizy Rogee. Powiedziała mu: “Biorę Cię za męża” w kościele w Obornikach Śląskich.

Był 1821 rok i wszystko tak pięknie się układało. Domek z gontowym dachem, żona uwielbiana jako kochanka i muza, dwójka dzieci, których narodziny uczcił, sadząc jodły koło furtki, oraz udane życie zawodowe.

Luiza dostała angaż do berlińskiego Teatru Nadwornego, Karl pisał cieszące się powodzeniem wodewile. Wesołe historyjki z melodyjnymi piosenkami, które ludzie nucili, wychodząc z przedstawień, a za które nieźle płacono. Sielanka, ale życie przygotowało scenariusz dramatu.

Stary wódz do was woła

Po czterech latach małżeństwa von Holtei został wdowcem. Pustkę musiały mu zapełnić dzieci i praca. Objął kierownictwo berlińskiej sceny i napisał dla niej dwie swoje najsłynniejsze sztuki: “Lenore” i “Stary Wódz”. Niemieccy widzowie, którzy 1 grudnia 1825 roku rozłożyli się wygodnie w pluszowych fotelach, usłyszeli płomienny apel naczelnika polskiego powstania Tadeusza Kościuszki: “Acz Polska na ćwierci rozdarta dzisiaj, to przejściowa chwila! Walka o wolność niech wam będzie zbroją, a jej moc zniszczy przemocy czas zły!”

Dali się przekonać Kościuszce, czy raczej Holteiowi, i wychodząc z teatru wznosili okrzyki na cześć Polski. A pieśń starego wiarusa Łagienki (imię, na którym Niemcy łamali języki) błyskawicznie opanowała ulicę: “Czy pomnisz, jako pod Racławicami, / nie szczędząc krwi swej, bez troski o łup / szliśmy w bój straszny mocarni kosami, / a gdzie broń błysła, krwawy padał trup”.

Holtei z pomocą starego wodza odniósł sukces. Także w Breslau, gdzie wystawił sztukę w Kalte Asche cztery miesiące po premierze. “W wielu miejscach huczne oklaski przerywały grę aktorów. Brawo! Wybornie! Doskonale! – dawały się słyszeć bez końca, a finał budził entuzjazm ogólny” – tak wrocławskie przedstawienie opisywał w pamiętniku Karol Kaczkowski. Tym finałem było odegranie “Mazurka Dąbrowskiego”.

Pan Adam u pana Wolfganga

Wiosną 1834 roku Holtei pokazał “Starego Wodza” w Świdnicy i zagrał tytułową rolę. Po opadnięciu kurtyny do garderoby zapukali nieznajomi ludzie i zaproponowali aktorowi odwiedziny więźniów – Polaków i pruskich poddanych, którzy walczyli w powstaniu listopadowym. Holtei-Kościuszko nie odmówił.

Z Polakami utrzymywał bliskie kontakty. Jesienią 1828 roku poznał w Weimarze w domu Goethego Adama Mickiewicza. Byli rówieśnikami, Holtei podziwiał jego talent i charyzmę, tłumaczył utwory – choć sceptycy utrzymywali, że nie podawał, czyje one są. Podobne pretensje mógł mieć do Holteia Aleksander Fredro. Szczególnie gdy życzliwi przysłali mu prezent z Wrocławia: był to afisz teatralny zapowiadający sztukę Karla von Holteia “Ona pisze do siebie”. Miała być plagiatem “Ślubów panieńskich” (wtórnym, bo pierwszy plagiat wystawiono w paryskim teatrze). Czy Fredro oglądał przeróbkę Holteia? Na to pytanie nie znamy odpowiedzi. Ale wiemy, że prawo autorskie było przed 200 laty bardziej liberalne. Hrabia raczej nie próbował wystawić na szwank przyjaźni polsko-holteiowskiej.

Wagabunda na szlaku

Oprócz przyjaźni było jeszcze w życiu Holteia miejsce na miłość. Po pięciu latach wdowieństwa poprosił o rękę aktorkę Julię Holzbecher. Zostali artystycznym małżeństwem. Wspólne tournée, praca w tych samych teatrach, najpierw w Wiedniu, potem w Rydze (gdzie Julia cieszyła się statusem dyrektorowej), i znowu cios. W 1836 roku umiera nastoletni syn Karla, a trzy lata później żona. Załamany Holtei rusza w podróż po Europie. Recenzenci piszą, że trzeba posłuchać, jak deklamuje Szekspira.

Dopiero w 1847 roku osiada u córki Marii Henrietty w Gratzu. Zaczyna wieść spokojne życie. Przy barokowej sekreterze, na której stoi spóźniający się ciągle brzuchaty zegar, Karl von Holtei pisze m.in. swoją pierwszą powieść (romans) “Vagabunden”, a potem jeden z pierwszych niemieckich kryminałów “Ein Mord in Riga” i wspomnienia, wydane później w ośmiu tomach, w których wspomina swoje miłości: Śląsk, Polaków i kobiety teatru.

– Do Wrocławia wrócił w 1865 roku, i to na zawsze. Najpierw mieszkał na mansardzie hotelu Pod Trzema Górami, który stał przy dzisiejszej ul. Rzeźniczej 32/33. Ostatnie cztery lata życia spędził u bonifratrów, korzystając z troskliwej opieki zakonników – mówi Łagiewski. – Wiem, że był to pokój nr 21, mam zdjęcie Holteia zrobione w tym wnętrzu, ale nie udało się ustalić, gdzie to dokładnie jest. Ta sama numeracja występuje w różnych skrzydłach.

Ale coś po Holteiu u bonifratrów jednak zostało. Popiersie z grzecznie wygładzonymi włosami i kunsztownie utrefioną brodą. Trochę obtłuczone.
– Pewnie stało w jego pokoju. Po śmierci Holteia urządzono w niej coś w rodzaju izby pamięci. W 1946 roku przechowywane tam listy, zdjęcia i dokumenty związane z artystą zostały wywiezione przez opuszczających Wrocław Niemców. Popiersie zostało, bo jego wartość artystyczna jest nikła – mówi dr Łagiewski.

Kochamy Cię, Karl

Ślązacy uwielbiali Karla von Holteia. Był uosobieniem śląskiego patriotyzmu. – Legenda. Wszyscy wiedzieli, kim jest ten brodacz w ogromnym kapeluszu. Dzieci uczyły się w szkołach jego wierszy napisanych śląskim dialektem z okolic Sobótki – tłumaczy Łagiewski.

Gdy von Holtei umarł w 1880 roku, do grobu na cmentarzu ewangelickim pw. św. Bernardyna odprowadzały go tłumy wrocławian. W szkołach ogłoszono dzień wolny, żeby młodzież miała szansę pożegnać ukochanego poetę. A na nagrobku wyryto cytat z jego wiersza: “Suste nischt ock heem”. – W wolnym tłumaczeniu: “Wszędzie dobrze, ale w domu najlepiej”. To śląski dialekt, gościłem u siebie wielu Niemców, którzy nie wiedzieli, co to znaczy – mówi Łagiewski.

Po śmierci popularność Holteia jeszcze wzrosła. Bastion Ceglarski, gdzie siadywał na ławce, nazwano Wzgórzem Holteia i wystawiono tam pomnik. Zrobił go Albert Rachner, ten z którym Holtei tu się spotykał. A w ratuszowym gabinecie nadburmistrza Wrocławia obok obrazu przedstawiającego Sukiennice pędzla sławnego Adolfa Menzla zawisł młodzieńczy portret Holteia. Wszystko skończyło się w 1945 roku.

Przyjacielowi – Polacy

– Jego pomnik rozwalono w 1945 roku. Ironia losu, ślady po polonofilu zostały zatarte przez Polaków. Nie ma nawet grobu na cmentarzu Bernardyńskim przy ul. Krakowskiej. Splantowano go w 1970 roku wraz z całym cmentarzem – opowiada Łagiewski.

Holteiowskich pamiątek, które pokazuje teraz w Pałacu Królewskim na wystawie “1000 lat Wrocławia”, szukał po całych Niemczech. – Te, które zostały wywiezione z Wrocławia, trafiły najpierw do Londynu i tam przeleżały cztery lata w jakimś schowku. Potem trafiły do wioski artystów w Wangen i tam znalazły troskliwe opiekunki: siostry Annę Korn i Elisabethę Gisevius. Stworzyły w Wangen dom Holteia. Pomagały im w tym prawnuczki artysty. Wśród rękopisów, portretów, medali i zdjęć znalazł się też barokowy stojący zegar – dzieło zegarmistrza z Gratzu Johanna Pihla – i barokowa sekretera z mieszkania córki Holteia – mówi dyrektor Łagiewski.

W 1998 roku została odsłonięta tablica na budynku przy ul. Rzeźniczej 32/33, gdzie stał kiedyś hotel Pod Trzema Górami, a do ratuszowej galerii sławnych wrocławian wstawiono popiersie poety. – Bardzo chciałbym, żeby na Wzgórzu Polskim, czyli dawnym Bastionie Ceglarskim, stanęła choć ławeczka Holteia. Jesteśmy mu to winni – mówi Łagiewski.

W domu najlepiej

Stary człowiek patrzy z Bastionu Ceglarskiego na katedrę i powtarza bezwiednie: “Suste nischt ock heem”. Choć to nie domek z dachem gontowym w Obornikach, tylko pokój u bonifratrów, ale rodzinne miasto też kocha. I ono to uczucie odwzajemnia. Urządziło mu wielką uroczystość na 80. urodziny. Wprawdzie tak się źle czuł, że nie mógł na niej być, ale docenił te starania. Ba, nawet ulicę mu już przyznali.

Napisał kiedyś wodewil “Wawrzynowe drzewo i żebraczy kij”. Żebraczy kij miał przez całe życie, wawrzynowe drzewo wyrosło mu na stare lata we Wrocławiu. Myślał kiedyś, że “w naturze ukochanego rodzinnego miasta tkwi niedocenianie jego synów, którzy z wielkimi uczuciami i niejednymi ofiarami działają dla jego dobra”. Tak, był niesprawiedliwy.

Tablica pamiątkowa Karla von Holteia we Wrocławiu na ulicy Rzeźniczej 32/33
autor: artysta rzeźbiarz Tomasz Rodziński