Stuart 39

Wasted years been brainwashed by lies
Oh yes, I have, oh, wasted years
I’m talking about wasted years
Oh, I’m not seeing eye to eye
I just can’t see the things I should see
Wasted years, baby

Zmarnowane lata, kłamstwem wyprane z mózgu,
Tak, o tak, zmarnowane lata –
Mówię o zmarnowanych latach
Wciąż jeszcze nie potrafię objąć ich wzrokiem
Zobaczyć tego, co powinno się widzieć
Zmarnowane lata, dziecino

“Wasted Years” Joe Lee Hooker i Van Morrison

Joanna Trümner

Zmarnowany czas

„Co ja tu robię?“, zastanawiał się Brian czekając na  peronie na legendarnego „Ghana”, najsłynniejszy pociąg australijski, z Adelaide do Darwin. Brian przyglądał się pasażerom na peronie, „Wyglądają jak wycieczka z domu starców”, pomyślał w duchu. „Podróż jednym z najstarszych pociągów na świecie ma swoją cenę, młodych na to nie stać. Oni pewnie zwiedzają Australię wynajętym samochodem albo autostopem i śpią w tanich schroniskach albo pod gołym niebiem”.

Obok Briana stanęło starsze małżeństwo z dwiema olbrzymimi walizkami. „Mam nadzieję, że tym razem pamiętałaś o lornetce?”, zwrócił się do żony mężczyzna. „Ostatnim razem zapomniałaś i nie mogłem obserwować ptaków. To był zmarnowany czas, można było równie dobrze zostać w domu.”  „Zrobiłeś mi takie piekło, że tym razem była to pierwsza rzecz,  o której pomyślałam”, odpowiedziała kobieta. „Zamiast marudzić rozejrzyj się lepiej za kimś, kto nam wniesie walizki do przedziału”, dodała z pretensją w głosie. Brian zastanawiał się nad wiekiem tej pary. „On może zbliżać się do osiemdziesiątki, ona jest o parę lat młodsza”, pomyślał w duchu. „Są ze zobą od kilkudziesięciu lat, od wieczności i powiedzieli już sobie wszystko, co ważne. Wszystko, co mają sobie jeszcze do powiedzenia, to pretensje i złośliwości. Ciekawe, jaki ja będę za dziesięć albo piętnaście lat? Może też będę złośliwym starcem – samotnym i niezadowolonym z życia marudą?” Z myśli wyrwał go przyjazd pociągu. Na widok luksusu w przedziale sypialnym humor Briana poprawił się.

Po kilku godzinach podróży zgłodniał i wybrał się na poszukiwanie wagonu restrauracyjnego. Wkrótce potem oglądał z okna zielone wzgórza w okolicach Adelajdy i czekał na zamówiony stek z baraniny. „Czy mogę się przysiąść”, zypytał nieśmiało nieznajomy mężczyzna, którego Brian nie widział wcześniej wśród czekających na peronie. W pół godziny później na stole stała butelka chłodnego bialego wina, a Brian i Phil zatopili się rozmowie. Dla Phila była to podobnie jak dla Briana pierwsza w życiu podróż „Ghanem”. „Do tego luksusu można się przyzwyczaić”, skomentował cierpko i zaczął opowiadać o sobie. Do Ausrtalii przyjechał ponad trzydzieści lat temu z północnej Anglii. Znalazł pracę na uniwersyteckiej bibliotece w Adelajdzie, przez ostatnich dziesięć lat pracy był jej kierownikiem. Przed rokiem przeszedł na emeryturę i postanowił, że dokładnie pozna kontynent, który stał się jego drugim domem.   „Masz rodzinę, dzieci, wnuki?”, zapytał Brian i w tym samym momencie dotało do niego, że to pytanie było nietaktem wobec dopiero co poznanego człowieka. „Jakoś się nie ułożyło”, odpowiedział Phil. Brian przypomniał sobie w duchu dziesiątki razy, kiedy on sam wykręcał się od odpowiedzi na takie pytanie i zmienił temat. „Jestem w Australii od kilku miesięcy i spotkałem tylko dwie osoby, ktśre się tu urodziły. To mi się wydaje nieprawdopodobne. Przecież wszyscy nie mogą się wyprowadzić z naszej Anglii, ktoś musi tam zostać.”- powiedział. „Ja chciałem uciec od skomplikowanej rodzinnej historii”, odpowiedział Phil. „Szczerze mówiąc od obsesji, od krórej się chciałem przez ten wyjazd uwolnić”. Zapadło milczenie. Widać było, że Phil zastanawia się nad tym, czy opowiedzieć Brianowi swoją historię.

„Wyjechałem z Anglii w momencie, kiedy pozornie życie zaczęło mi się układać”, zaczął. „Miałem dobrą pracę na uczelni w Glasgow i powoli zapuszczałem korzenie. Ale nie mogłem sobie poradzić z obsesją szukania ojca. Kiedy byłem dzieckiem, matka nic mi nie chciała powiedzieć, a dziadkowie, u których się wychowywałem, unikali tego tematu jak ognia.  Nieznany ojciec zawsze mi w myślach towarzyszył. Kiedy miałem dwanaście, a może trzynaście lat założyłem zeszyt, w którym zapisywałem wszystko, czego dowiedziałem się o matce, w nadziei, że w ten sposób uda mi się znaleźć Wielkiego Nieznajomego. Nieznajomego, o którym nikt nie chciał ze mną rozmawiać i o którym nic nie wiedziałem. Kartki podzieliłem kreską na dwie części – fakty ważne i mniej ważne. Po stronie „ważne” zapisałem złamanie przez matkę ręki kiedy miała szesnaście lat i była uczennicą szkoły pielęgniarskiej. Wkrótce po zapisaniu tego wydarzenia doszedłem do wniosku, że On musiał być kierowcą karetki, która zawiozła matkę po wypadku do szpitala. Nawet nie wiesz, ile czasu spędziłem na chodzeniu od szpitala do szpitala i wpatrywaniu się w twarze kierowców karetek. O każdym z nich myślałem, że może być moim ojcem. Pamiętam, że kilku z nich nawet zapytałem, czy wieźli przed laty do szpitala młodą dziewczynę ze złamaną ręką.

Kiedy ten trop zawiódł, szukałem innych, latami szukałem swoich rysów twarzy w każdym napotkanym mężczyźnie. Byłem naiwnym głupkiem, opanowanym obsesją. Sam się dziwię, że udało mi się mimo to skończyć szkołę i studia. Dziadkowie przywoływali mnie do porządku: „Daj spokój, to nieważne, kto jest twoim ojcem. Masz nas i mamę.” Może podświadomie zdawałem sobie sprawę z tego, że prawda o tym, skąd się wziąłem, może być straszna. Czułem, że rodzina coś ukrywa. Kiedy miałem piętnaście lat, matka poznała kogoś i wyszła za mąż. Mam brata, a w zasadzie pół-brata, który jest ode mnie o osiemnaście lat młodszy. Po jego urodzeniu zdałem sobie sprawę z tego, że on jest dzieckiem chcianym i kochanym, a ja byłem i jestem jakimś złem koniecznym. Nie narzekam, miałem w miarę normalne dzieciństwo, były uroczyste urodziny, sprawdzanie lekcji, prezenty pod choinką, nigdy nie byłem głodny ale zawsze wiedziałem, że coś jest ze mną nie tak.

Prawdę poznałem dopiero po studiach, babcia zachorowała na raka i zdecydowała się, powiedzieć mi prawdę. Matka została zgwałcona przez nieznajomego mężczyznę w pociągu, którym wracała do domu. Nigdy nie udało się ustalić, kim był ten nieznajomy. Policja rozkładała ręce, a dziadkowie zdecydowali się mną zająć i umożliwić matce skończenie szkoły. W tamtych czasach nikt nie chodził po porady do psychologów, ale teraz z perspektywy czasu mogę powiedzieć, że matka zachowywała się czasami irracjonalnie – jak ktoś, kto się boi. Pamiętam, że prawie nigdy nie wychodziła z domu po ciemku, nie zamykała drzwi, gdy szła do ubikacji, a do pracy zawsze przywoził i odwoził ją mąż. Po tym, jak dowiedziałem się prawdy, zdałem sobie sprawę z tego, jak dziecinnie okrutne były moje poszukiwania. Byłem zły na siebie i na czas, który poszedł na marne – lata pełne kłamstw i niedopowiedzeń. Bezpowrotnie stracony czas. W dniu trzydziestych urodzin postanowiłem diametralnie zmienić życie i zacząć wszystko od nowa, w innym miejscu, jak najdalej od domu. Przyjechałem do Alelajdy”.

Brian nie zdziwił się. Wiedział, że rzeczy intymne, bardzo osobiste łatwiej jest opowiedzieć osobie zupełnie obcej.

Wkrótce potem na dworze zrobiło się ciemno, Brian wrócił do swojego przedziału i długo myślał o nowo poznanym mężczyźnie i jego poszukiwaniach. Od dawna nie rozmawiał z nikim tak długo i intensywnie. Zdał sobie sprawę, że po raz pierwszy od dawna nie czuł się samotnie. „Dobrze, że zdecydowałem się na tą podróż”, pomyślał i wziął do ręki gazetę ze stolika przy łóżku. Pobieżnie przeczytał wiadomości z pierwszej strony i tytuły artykułów z kolejnych stron: pożary lasów w Wiktorii, tysiące ofiar suszy w Somalii, wyniki gier australijskiego futbolu, napad na sklep jubilerski w Adelajdzie: „Co mnie to wszystko obchodzi? Przecież jestem na urlopie”, pomyślał i już chciał odłożyć gazetę, gdy zatrzymał wzrok na zdjęciu roześmianej, młodej rodziny – rodziców z dwójką dzieci i wielkim labradorem, stojących przed pomalowanym na żółto domem. „Czy są na świecie w ogóle takie naprawdę szczęśliwe rodziny?”, zastanawiał się, przyglądając się reklamie kredytu budowlanego dla młodych małżeństw.

Otrząsnął się i pomyślał, że to chyba najwłaściwszy moment, żeby otworzyć… list. Jego korespondencja najczęściej nie była żadnym zaskoczeniem. Dozorca domu w Anglii raz na miesiąc pakował wszystkie listy do koperty i przysyłał je na pocztę w Sydney. Były to zazwyczaj listy z banku, zaproszenia na wystawy, reklamy, ale tym razem był również tajemniczy list, zaadresowany kobiecym charakterem pisma, list bez nadawcy. Brian przypomniał sobie scenę z jakiegoś kryminału, w której komisarz próbuje po zapachu koperty odgadnąć,  czy list na pewno napisała kobieta. „Co za bzdura!”, pomyślał, ale odłożyć moment otwarcia listu na niekreślone „kiedyś”. Tym razem bez zastanowienia sięgnął po list i otworzył kopertę. Po przeczytaniu pierwszego zdania miał ochotę odłożyć list na bok. „To ja, twoja siostra, Jane, mam nadzieję, że mnie jeszcze pamiętasz”. Brian nie był pewien, czy chce czytać dalej.  Nigdy nie zapomniał o tym, że miał dom, nigdy nie zapomniał o siostrze i rodzicach. W jednej z londyńskich gazet znalazł przed kilkoma laty nekrolog ojca. Nie poszedł na pogrzeb, bał się tego, co mogłoby tam spotkać. Bał się, że mógłby znowu usłyszeć: „Już nie należysz do naszej rodziny”. Takie były przecież ostatnie słowa ojca. Dopiero w kilka dni po pogrzebie poszedł na grób. Położył kwiaty i długo stał, tocząc w myślach decydującą rozmowę z ojcem. Opowiadał mu o trzydziestu latach, które minęły od ich ostatniego spotkania i z każdym słowem rosło w nim poczucie, że nie zmarnował tego czasu. „Przez większą część życia byłem szczęśliwy”, powiedział do siebie wychodząc z cmentarza. Przez wiele dni po tej wizycie zastanawiał się, czy nie popełnił błędu, czy nie trzeba było chociaż raz w ciągu tych trzydziestu lat odezwać się do rodziców lub do siostry, zadzwonić do nich z życzeniami świątecznymi, przejechać się samochodem pod rodzinny dom, zobaczyć, co zmieniło się od dnia jego niedobrowolnej wyprowadzki. Przypomniał sobie pierwsze lata po zerwaniu stosunków z rodziną, ból, jaki odczuwał podczas odwiedzin u rodziny Stuarta w Walton. On sam nigdy nie poznał ani męża ani dzieci swojej siostry, nawet nie wiedział, czy wyszła za mąż i miała dzieci. Był człowiekiem pozbawionym korzeni.  Po chwili zastanowienia Brian wziął ponownie list do ręki.

Cdn.

Szopa w salonie 18

Łukasz Szopa

Loteria finansowa

Przez jakiś czas, jeszcze do końca ubiegłego roku, byłem wiernym abonentem niemieckiego dziennika „Süddeutsche Zeitung“. I nadal lubię tę gazetę, nie tylko za obszerność i głębię tekstów i informacji, za bliskie mi światopoglądy, za krytyczne nastawienie, za humor, za inteligencję.

Szczególnie zaś lubię, gdy wszystkie te wspaniałe cechy skupiają się skoncentrowane, a właściwie – sprytnie schowane (a może nieświadomie? o tym zaraz) – w jednym małym tekście.

„Tekst“ to właściwie już za dużo powiedziane. Gdyż chodzi o tabelkę z kilkoma słowami i wieloma cyframi. Publikowaną regularnie dwa razy na tydzień. Czyli… wyniki loteryjne (różne loterie podane wspólnie, właśnie w tabelce).

I co tu takiego ciekawego, inteligentnego, gdzie tu humor? A co dopiero – światopogląd i krytyka?

Ano, poczekajcie kochani.

Gdyż godna uwagi nie jest sama treść publikacji (suche fakty wylosowanych w loteriach przypadkowo numerów), a miejsce jej zamieszczenia. Czyli jeśli kogoś chwalić, to nie tyle autora, co panią/pana (zespół?… konspiratorów?…) ds. layoutu.

Gdyż – prostokącik ten o wymiarach nie więcej niż 4 na 7 centymetrów od lat ukazuje się regularnie – wciśnięty jak niejedno ogłoszenie – w dziale… „Börse und Finanzen“ (czyli “Giełda i finanse”)!

Czy można o bardziej subtelny „komentarz“ do artykułów o „atmosferze na giełdzie“ czy „oczekiwaniach inwestorów“? Umieszczenie tabelki z wynikami loterii tuż w sąsiedztwie wielkich tabel z wynikami giełdowymi setek przedsiębiorstw, funduszy inwestycyjnych i kursów walut – uważam za po prostu genialne! Nic dodać, nic ująć. Piękne zobrazowanie faktu, do którego żaden minister finansów, bankier, inwestor, a pewnie – kto wie? – sama redakcja „Süddeutsche Zeitung“ niechętnie by się przyznała: że „finanse“, giełda papierów wartościowych, huśtawka i sinusoida kursów – to podobnie jak cyferki wylosowane w Lotto – po prostu irracjonalna loteria.

A teraz się przyznam. Bo tekst o powyższym spostrzeżeniu napisałem już ileś lat temu, w dodatku wysłałem redakcji „SZ“ maila – gdyż oni niemal zawsze odpowiadają. Napisałem więc mniej więcej powyższe słowa, formułując je jako uznanie dla „partyzanckiej działalności“ (ale i edukacyjnej!) nieznanych layouterów. Na co mi krótko i dyplomatycznie, wręcz zdawkowo odpowiedziano, że dziekują za moją uwagę, i że… rzeczywiście od jakiegoś czasu redakcja postanowiła wyniki loterii umieszczać właśnie gdzieś w dziale „Finanse“. Już myślałem: Aleś nabroił, naprowadziłeś ich na trop tego „partyzanta“, teraz go wyleją, a wyniki loterii znikną z „Finansów“ gdzieś do „Sportu“ czy w sąsiedztwo „Pogody“. Ale… Ale nie. Nadal, choć minęło kilka lat, regularnie pojawiają się tam – gdzie powinny.

Reblog z rebloga z rebloga (Barataria 49)

Podczas prawie rocznych wędrówek palcem po mapach i książkach w poszukiwaniu Baratarii co i raz trafiam na własne zapiski z pobytów na wyspach.

Ewa Maria Slaska

Santorini. Wtorek, 20.10.1998

Wstajemy wcześnie, żeby zdążyć obejrzeć wykopaliska, otwarte, jak podaje przewodnik, tylko do 15.00. Już przed 10.00, po śniadaniu i kawie wsiadamy na motorek i ruszamy. Przedtem próbuję jeszcze dowiedzieć się czegoś w Muzeum Archeologicznym, ale bez skutku. W portierni siedzi kobieta o tępawej minie. Nie, nie ma żadnego archeologa. Nie, nikt nie mówi lepiej po angielsku. Do wykopalisk jedzie się na plac i w lewo. Nie, nie poda mi numeru telefonu, dojadę na miejsce, to zapytam. Po czwartym pytaniu, na które i tak znam odpowiedź, rezygnuję. Moja wina – nie znam greckiego. Albo znam za mało.

Na plac, w lewo, jak dojadę na miejsce, to się dowiem.

Do placu, w lewo, prosto, w prawo, długo prosto i w dół, w prawo, w lewo, w lewo, 25 kilometrów, jesteśmy na miejscu, w Akrotiri, mieście minojskim, zachowanym znacznie lepiej niż Knossos i Malia na Krecie. Akrotiri odkrył szalony archeolog Spiro Marinatos, który na pewno w dzieciństwie naczytał się i Platona, i życiorysów Schliemanna i Evansa. Od Platona dowiedział się o Atlantydzie, od Schliemanna, że bajki są prawdziwe, od Evansa, jak piękne są minojskie pałace-labirynty. Marinatos poświęcił całe życie na szukanie śladów Atlantydy, a jak je wreszcie znalazł – umarł. Akrotiri jest zresztą dalekie od platońskich ideałów, zapewne żyli tu i kapłani (a raczej kapłanki) i uczeni, ale dobrobyt zapewnił miastu nie tyle idealizm, ile zamożni rzemieślnicy i kupcy. Głównym ich zajęciem był eksport wina, zboża i oliwy, które transportowano w ogromnych glinianych naczyniach, malowanych w delfiny, mątwy, ryby, kwiaty i muszle. Świetne są te naczynia. Archeolodzy nazywają je, o ile dobrze pamiętam, Kamares, od pewnej jaskini na Krecie. Miasto robi wrażenie. Proste, brukowane ulice, równe ciągi schodów, a wewnątrz tej sieci, harmonijnej jak kryształ, kłębowiska domów, duże i małe izby, płaskie dachy, tarasy, piwnice, zakamarki. Ściany nośne z równych bloków kamiennych, reszta z gliny lub kamienistej drobnicy. Wiele domów zdobiły czarujące malowidła ścienne, przedstawiające ludzi zajętych połowem ryb, uprawą roli, zbiorami, brązowe postacie na jasnoniebieskim tle, wody, nieba. Miasto posiadało system kanalizacyjny i ciepłą wodę, osiągnięcia, którymi wiele greckich miasteczek i wsi do dzisiaj nie może się poszczycić. Wybuch wulkanu na Santorini nie zaskoczył mieszkańców znienacka, jak Wezuwiusz Pompeję. Mieszkańcy zdążyli opuścić wyspę, odpłynęli na sąsiednią Kretę. Akrotiri to wykopaliska a nie, jak w Knossos, skansen. Można dyskutować, co jest lepsze, bo żadne rozwiązanie nie jest idealne. Z punktu widzenia nauki rekonstrukcja pałacu w Knossos odzwierciedla raczej estetykę czasu odkryć, dziewiętnastowieczną fascynację archeologią, niż epoki zwanej okresem pałaców minojskich, jednakże Akrotiri w swej naukowej skromności także nie przypomina ludnego i barwnego miasta sprzed czterech tysięcy lat. Wykopaliska pokrywa dach z falistej blachy, domy otoczone są płotkami, w bocznych przejściach stoją potężne szafy, skrywające odkopany inwentarz, barwne freski zabrano do muzeum sztuki cykladzkiej w Atenach.

Dość szybko opuszczamy Akrotiri, objeżdżamy potężną górę i skręcamy ku morzu. Musimy pędzić, bo, jak podaje przewodnik, drugie starożytne miasto, jakie chcemy jeszcze dziś zwiedzić, Aρχαία θίρα, Stara Thera też jest otwarte tylko do 15.00. Już i tak nie wiemy, czy można wierzyć przewodnikom, czy nie, bo Akrotiri było czynne do 19.00, no i mieliśmy rację, albowiem panta rei i panta metamorfo, Starą Therę można zwiedzać tylko do 14.00. Klniemy, bo przynajmniej tyle mogła nam powiedzieć owa kobieta w Muzeum Archeologicznym, ułożylibyśmy plan dnia na odwrót. Po raz kolejny przekonujemy się, że Grecja to kraj informacji zaledwie przybliżonych. Drogowskaz wskazujący odległość 100 metrów oznacza jedynie kierunek, a godziny otwarcia zapewniają tylko, że obiekt kiedyś można zwiedzać. Trudno. Przelecieliśmy przez Akrotiri w tempie godnym uczciwego turysty, a teraz jesteśmy u stóp Starej Thery i też musimy się spieszyć.

Miasto założyli Rzymianie, a ściślej biorąc, niejaki Ptolomeusz, w III wieku naszej ery, gdy wyspa ostygła po kolejnych wybuchach i ponownie nadawała się do zasiedlenia. Na wysokim, stromym skalnym cyplu powstało tu coś w rodzaju, jakbyśmy to dzisiaj powiedzieli, rzymskiej bazy wojskowej, pozwalającej kontrolować wschodnią część Morza Śródziemnego. Regularnymi, porządnie brukowanymi serpentynami wjeżdżamy na przełęcz między cyplem a masywem góry Proroka Eliasza. Prof. Ilia, podają mapy, a my, myśląc o naszym koledze, dumnym ze swego  tytułu, przemianowaliśmy ją na Profesora Eliasza. Motorek pokonuje górę heroicznie i nieulękle, ja, przyczepiona na tylnym siodełku, nie patrzę w dół, ale i tak dostaje mi wyobraźni, by się bać. Zwiedzanie Starej Thery w ogóle wymaga pewnej dozy nieustraszonej odwagi, bo było to prawdziwe obronne gniazdo dzielnych wojowników, posadowione tak, by wrogom trudno było je podejść. Turystom też dech zapiera, a w każdym razie mnie, gdy kozią ścieżką idziemy od parkingu do twierdzy. A skoro jest trudno, i podejść, i dojechać, skoro nie ma restauracji ani sklepów z pamiątkami, to nie ma i turystów. Thera – pusta, przejrzysta, zawieszona w błękicie orgia kamieni. Kamienne miasto na kamiennej opoce, kamienne ulice wśród kamiennych murów. Radość kontaktu ze starożytnym miastem, może nie tak starym jak Akrotiri, nie tak owianym legendą jak Ateny, nie tak pełnym wspaniałych budowli jak Rzym. Ale Thera to nie miasto trwające nieprzerwanie i nie wykopaliska, zasypane przez wieki, a potem odgrzebane. Thera jest. Nic jej nie zakłóca. Kiedyś była miastem, dziś jest ruiną, jest może skromna, ale taka już była w chwili stawania się, mała faktoria wielkiego imperium, skromne lustro Rzymu. Zgodnie z rzymską zasadą wzniesiono tu wszystko, co obywatelowi Rzymu było niezbędne do kulturalnego życia: pałace, domy, agorę z kolumnadą, termy, teatr, gymnasion, stadion, a także burdel, do którego prowadzi drogowskaz w kształcie fallusa. Na skraju miasta znajdują się też ozdobione nieprzyzwoitymi malunkami groty, gdzie odbywały się orgiastyczne misteria. Nie wolno ich jednak zwiedzać. Otacza je niepozorny płotek, na pozór łatwy do pokonania, ale gdy tylko próbujemy, pojawia się niewidoczny dotąd strażnik i odgania ciekawskich. Brak wyjaśnień, dlaczego. Nie wolno. Względy przyzwoitości czy wymogi konserwatora?

Zjeżdżamy do wioski. Usiłuję załatwić sprawunki, kierując się wskazówkami tubylców, że super-market jest „tam”. Faktycznie jest, ale zamknięty na głucho. Rozmyślam leniwie o stosunku tubylca do turysty, który wie przecież, że jest po sezonie i sklep zamknięty, a przecież wszyscy odsyłali mnie „tam” jednomyślnie i uparcie. Ciekawe, gdzie oni sami kupują pieczywo i mleko? Wracam na promenadę, w sklepiku z pamiątkami dostaję czekoladę i fantę. W Berlinie, gdy w restauracji poprosiłam o chleb i wodę, przyniesiono mi grzanki z pomidorami i butelkę luksusowego perriera. Trudno jest praktykować skromność. Szlachetna prostota życia Ghandiego wymagała ciężkiej pracy dziesiątków ludzi. Nie będziemy już nikogo fatygować. Zjadamy lepką od upału czekoladę i jedziemy w głąb wyspy.

Książę Montefeletri i jego ukochana żona  Batista Sforza – portrety namalowane przez Piero della Francescę – w tle wzgórza otaczające księstwo Urbino

Winnice, góry, miasta i kościoły, mały świat, jak wyjęty z głębokiego planu renesansowych portretów. Renesansowy koloryt, słynna włoska perspektywa powietrzna, na pierwszym planie brązy i złote beże wysuszonej ziemi, w głębi zieleń winnic i gajów, daleko w tle błękit nieba, morza, oddalenia. Podobne jest też zagęszczenie życia. Z pozoru bezludny krajobraz, zaledwie tło ważnych, pierwszoplanowych zdarzeń, jest jednak pełen sztafażowych scenek rodzajowych. W zakamarkach gór, za zakrętem drogi wyłania się przyczepione do skały, otoczone murami miasto, zwieńczone nieodłączną ruiną fortecy, pasterz odpoczywa w cieniu, stara kobieta w czarnej sukni i chusteczce wiesza bieliznę na podwórku, w oknie krzywego domu koronkowa firanka, kot, dziecko, pelargonia. Wielkie drzewo, donice rozmarynu i bazylii, oleandry, żółty, brzydko otynkowany kościół. Podjeżdżamy pod bramę. Stara kobieta bez słowa porzuca pranie i prowadzi nas do wnętrza. Pisarz nie powinien używać przymiotników oceniających, jego rola w opisie świata winna się ograniczać do wskazania cech i związków, ale nie bardzo można bez przymiotnika opisać wnętrze wiejskiego kościoła na odległej cykladzkiej wyspie, wnętrze, które po prostu zwala z nóg.

Kościół zbudowano w XI, a może XII wieku, budulca dostarczyły ruiny Starej Thery, ale technika budowlana w średniowieczu była znacznie bardziej zacofana niż w czasach helleńskich, surowiec pocięto więc na kawałki i z wyrafinowanej rzeźby kamiennej sklejono nieporadnie grube kolumny romańskie, małe, krępe triforia, beczkowate sklepienia. Coś jednak rozsadza tę przysadzistość. Dawna baza zmienia się w głowicę, orientalna arabeska korynckich kapiteli układa się niespodziewanie w roślinne wici jak z francuskich katedr, pojawiają się nieświadome echa renesansu karolińskiego, helleńskie cytaty z architektury egipskiej i nagle kawałek portalu, który antycypuje już kunszt wysokiego średniowiecza. Bizantyjska zasada główna, plan w kształcie krzyża greckiego, zwieńczony płaską pseudokopułą, została wypełniona zaskakującym chaosem szczegółów o cechach architektury i orientalnej, i zachodnio-latyńskiej. W XIX wieku Panagia Episkopi byłaby eklektyczna, w XX postmodernistyczna, zbudowano ją jednak w wieku XI, na obrzeżach świata, na granicy chrześcijaństwa i jest przede wszystkim wzruszająca. Każdy detal architektoniczny naznaczony został niezwykłym wysiłkiem osiągnięcia pewnego ideału, który nie wiadomo w ogóle, jak wyglądał, ani skąd się tu wziął. Może to tylko antyczne dziedzictwo uwysmukliło tu i ówdzie, oderwało od ziemi ku niebu sylwetkę kościoła, ale jest w niej też wpływ Orientu, daleki, lekki.

Więc może zawieruszył się tu jakiś, wracający z Jerozolimy statek Krzyżowców, bo mieli chorych na pokładzie. Wyobraźmy sobie epidemię biegunki, bardzo powszechną chorobę. Statek dobija do brzegu gdzieś w okolicy Kamari, wysłannicy szukają przytułku i, co za szczęśliwy zbieg okoliczności, z „Profesora Eliasza” schodzi właśnie w dół niewielka karawana obładowanych kamieniami osłów. Do klasztoru dość jeszcze daleko, w końcu jednak jest i dach nad głową, i przysłowiowa łyżka ciepłej strawy. Pobyt przeciąga się. Nadchodzą jesienne sztormy, i tak nie da się przed wiosną ruszyć dalej. Ozdrowieńcy pomagają w budowie kościoła, takie zadanie przystoi i rycerzom. Od ponad stu lat, od czasu gdy chrześcijański Zachód przetrwał grozę końca świata, która mogła była nadejść wraz z rokiem tysięcznym, budowa wielkich i wspaniałych katedr stała się zadaniem i zarazem szaleństwem całej Europy. Księżniczki noszą kamienie, biskupi pchają taczki z wapnem, możni pokutnicy oddają złoto, zbrodniarzom zamienia się karę śmierci na muratorską pracę ad maiorem Dei gloria. Zawiązują się pierwsze europejskie tajne związki, Bauhütten, loże masońskie, baraki budowlańców, gdzie majster i architekt, murator i mason pospołu strzegą ogromnej  tajemnicy: jak wznieść mur tak, by był smukły, piął się wysoko i otwierał w wielkie okna, przemieniające mroczne wnętrza budowli romańskich i zapowiadające już gotyckie świątynie pełne światła. Ta wiedza dopiero się rodzi, tajemnice dopiero można zacząć zbierać. Kościoły wciąż jeszcze są przyciężkawe, mury się walą, dachy zapadają, zdarza się, że na całe dziesiątki lat trzeba zaniechać podjętej budowy, bo nagle pojawia się jakiś jeszcze nie dający się rozwiązać problem techniczny. Wielkie belki potrzebne do dźwigania dachów i dzwonów nie mieszczą się na schodach wewnątrz wież kościelnych, wiotkich jak średniowieczne piękności. Cienkie mury trzeba podpierać od zewnątrz, rozsuwające się ściany spinać potężnymi kotwami lub owijać taśmami blachy. Wiek XI ogarnięty gorączką wznoszenia kościołów jawi się z daleka niby jakiś największy w historii cywilizacji zachodniej plac budowy, a jednocześnie pierwszy od czasu antyku wielki techniczny skok do przodu. Idea jako podnieta innowacji technicznych. Nowe pojęcie Boga jako światła nareszcie, po tysiącu lat, wydobywa chrześcijaństwo z ukrycia, z podziemia, z przytłaczającego mroku budynków wciąż jeszcze przypominających katakumby starożytnego Rzymu, w których chronili się prześladowani wyznawcy Chrystusa.

I jeszcze pełne zgrozy zachłyśnięcie się potępionym, diabelskim, ale uwodzicielskim pięknem orientalnego luksusu. Meczet Omara w Jerozolimie – żaden król, cesarz ani papież w Europie nie wznieśli jeszcze budowli tej miary, co inkrustowany tysiącami błękitnych i zielonych kafelków meczet na skale, gdzie Abraham miał złożyć w ofierze Izaaka, lecz Bóg, sprawdziwszy jego gotowość, powstrzymał wzniesioną już do ciosu ojcowską rękę.

W klasztorze jeden z rycerzy pokazuje zabrany z Jerozolimy puchar srebrny z wizerunkiem meczetu, zbudowanego w VII wieku. Opisuje mozaiki, opowiada, co to jest prawdziwa kopuła, wielka, lekka, lecąca ku niebu jak żagle czy skrzydła cherubinów. Rysuje na piasku. Zna się na budowlach. Rozmawia z mnichami o świątyni Salomona, którą zburzył Tytus przed tysiącem lat.

Więc czasem w trakcie prac murarskich zdarzyło mu się zauważyć, że w Jerozolimie, ale i w Reims, Lüneburgu, a może w jakiejś wiosce nieopodal Salisbury, odrzwia wyglądają inaczej. Rysował jakieś fragmenty, ot, okno, jakby wyższe, węższe i spiczasto zakończone, jakaś inna symetria, oparta nie na czworokątności niebiańskiej Jerozolimy i poczwórności greckiego krzyża, czterech Ewangelistów, czterech stron świata, lecz na jednej pionowej osi, na niewidzialnej linii łączącej trzy światy, podziemną domenę Zła, Ziemię zamieszkaną przez ludzi i wysoko boskie niebo. Poziom odchodzi, rodzi się pion. Coś z tych opowieści przeszło w materię budynku Panagia Episkopi, jest w niej wciąż Bizancjum, ale jest i Francja, i Jerozolima wyzwolona. Jest ciężki konkret kamienia, ale jest wzlot zachodniej katedry i wschodniej kopuły ku górze.

Wędrówka wzorów, motywów, obcy świat poznawany w niedokładności przekazu, w opowieści pielgrzyma, w śmiesznie nieudolnym rysunku. Gdy kamieniarz z Ulm przedstawia stworzenie świata na portalu katedry, wie już, że świat jest wielki i nieogarniony. Wie, że Bóg stworzył nie tylko i mnie, i wołu, i ciołka, lecz, że stworzył także słonia. I mały, zaaferowany Bóg z kamienia tworzy na portalu słonika z wieżą na grzbiecie, figurę szachową, jedyne znane i konkretne odniesienie twórcy do bajań podróżników. Dzięki Krzyżowcom, którzy wrócili ze Wschodu, słoń, lew, meczet Omara z czasz srebrnych pucharów stały się wspólną własnością Europy. Przez następnych kilkaset lat na obrazach przedstawiających Jerozolimę i sceny z życia Jezusa pojawia się w miejsce Świątyni, której już nie było, meczet Omara, najpiękniejsza budowla średniowiecznego świata.

Kościół Panagia Episkopi jest eklektyczny, zdobiące go freski natomiast wykonano w czystym, chciałoby się powiedzieć, nieskazitelnym stylu bizantyjskim. Chrystus spożywa ostatnią wieczerzę. Wie, że umrze, dlatego artysta namalował go z zamkniętymi oczami. Po drugiej stronie umierająca Matka Boska ma oczy otwarte, czarne i przepastne, bo nie umrze, lecz tylko zaśnie i żywa pójdzie do nieba. U jej łoża apostołowie, jeden z okutaną w powijaki laleczką w ręku – to dusza Panagii, Wszechświętej.

Staruszka w czarnej sukience wymownie informuje nas, co jeszcze musimy zobaczyć. Jeśli się opieramy lub nie rozumiemy, mocnym chwytem suchej kościstej ręki wpija się w ramię, prowadzi i rozkazująco wskazuje kolejny obiekt podziwu. Kyria Pantokratoria gestem palca stwarzająca świat.

Wychodząc dajemy jej 400 drachm w dwóch banknotach. Spogląda na nas podejrzliwie, upewnia się, że banknoty są jednak dwa i bez słowa znika w krzywym domku za koronkową zasłoną.

Pyrgos, wysoko w górach, średniowieczna stolica wyspy. Jej nazwa znaczy tyle co twierdza, samą twierdzę natomiast mieszkańcy pieszczotliwie nazwali Kasteli. Kasteli jest dość dobrze zachowane i puste. Grube mury, przejścia, bramy, pozamykane wnęki, zejścia do piwnic, nisze, komory, dwa czy trzy kościoły. Cisza. Cisza popołudnia, cisza po sezonie.

Poniżej w mieście jest jednak jakieś życie. Przed biało otynkowaną kafejką siedzą na ławeczce starzy mężczyźni, szeregiem, jakby pozowali do pocztówki. Wąsate twarze, fajka, beret albo kaszkiet, czarna marynarka, szare spodnie, pokręcone ręce mocno wsparte na wysłużonej lasce. Na kamienistym podwóreczku przed dużym oryginalnym domem, o fasadzie wyłożonej ciemnokrwistym marmurem, jakiś chłopak z łoskotem prostuje blaszaną rynnę. Uderzenia młotka przeplatają się z dźwiękiem niespiesznej rozmowy, prowadzonej po niemiecku. Grüß Gott. Grüß Gott, prześmiewcza Bawaria, nie wiadomo dlaczego, skoro my przyjeżdżamy z Berlina, właściciel pochodzi z Hamburga, a jego młody przyjaciel jest Grekiem. Lekarz na przyspieszonej emeryturze, młody jeszcze, rentier, powiedzieliby Francuzi. Dorobił się dość, by kupić ten dom, który nie był droższy niż samochód. Jaki samochód, dopytujemy się, wciąż w żartobliwym tonie, bo nasz kosztował sześć tysięcy. Bywają różne samochody, odpowiada gospodarz, niektóre są może droższe od waszego. Może. Jest piąta po południu, pora na herbatę, którą wypijamy na płaskim dachu willi. Elegancka porcelana w stylu art deco, nierealna atmosfera lat 20. Starannie wyszukana estetyka, daleka od powiązań z pocztówkowym wizerunkiem greckich wysp. Przyciszony głos, wytworny sposób wyrażania się, pełne umiaru poczucie humoru, dyskretna rezerwa. Najwyższe osiągnięcie europejskiej kultury homoseksualnej, pałac zbudowany na czarnej otchłani seksu, potępionej i boskiej. Greckiej.

Głęboko w dole na popielatosrebrzystym morzu, za czarnymi sylwetkami wysp Kameni pojawia się zwiewna sylwetka czteromasztowego żaglowca. Cisza, kot się łasi i stygnie herbata, w purpurowej łunie nad bladą wodą Caldery zachodzi pomarańczowe słońce. Nie ma w tym zachodzeniu chmurzastej feeri barw, znanej tak dobrze znad Bałtyku. W pogodnych krajach południa na tle bezchmurnego nieba kula Słońca zachodzi konkretna i samotna, pojedyncza i zarazem wyniosła, jakby mówiła – to ja, Słońce.

Ich bin ein aufgehörter Schriftsteller

Gedenkveranstaltung zum Internationalen Holocaust-Gedenktag


Bild: Projekt: Wir waren Nachbarn

Im Mittelpunkt:
Kurt Tucholsky − „Ich bin ein aufgehörter Schriftsteller“

 Sonntag, 21. Januar 2018, 17 Uhr
 Rückert-Gymnasium, Aula, Mettestr. 8, 10825 Berlin
Neben dem ehemaligen Rias-Gebäude am Stadtpark,
Parkplätze vorhanden
U 4 Innsbrucker Platz, Bus 248

2005 wurde der 27. Januar, zur Erinnerung an den Tag der Befreiung von Auschwitz, von den Vereinten Nationen zum Internationalen Tag des Gedenkens an die Opfer des Holocaust erklärt. Seither führen das Ausstellungsprojekt WIR WAREN NACHBARN, das Bezirksamt Tempelhof-Schöneberg, die Gesellschaft für Christlich-Jüdische Zusammenarbeit (GCJZ Berlin) und die Deutsch-Israelische Gesellschaft (DIG Berlin) eine gemeinsame Gedenkveranstaltung durch.

Programm

Begrüßung

Dr. Jörg Balke, Schulleiter
Angelika Schöttler, Bezirksbürgermeisterin
Jutta Kaddatz, Bezirksstadträtin Bildung, Kultur und Soziales

Grußworte

Jael Botsch-Fitterling (GCJZ Berlin)
Dr. Nikoline Hansen (DIG Berlin)
Zum Auftakt des Jahresschwerpunkts 2018 „Unerhörte Stimmen“:

Kurt Tucholsky − „Ich bin ein aufgehörter Schriftsteller“
Heinrich Rolfing trägt Texte und Briefe von Kurt Tucholsky vor

Musik

„Siebzehn Augenblicke des Frühlings“ (Mikael Tariwerdijew):
Maxime Parmentier (Schüler)
Lieder von Kurt Tucholsky, Peter Fischer und Peter Janssens
sowie Hildebrandt/Schneyder und Robert Opratko:
Andreas Kling (Musiklehrer),
Klavier: Bendict Goebel (Musiklehrer)

Moderation

Andreas Kling

An diesem Abend bleibt die Ausstellung in der Ausstellungshalle im Rathaus Schöneberg bis 20 Uhr geöffnet.


Kurt Tucholsky (1890-1935) war einer der bekanntesten und vielseitigsten Publizisten und Gesellschaftskritiker seiner Zeit. Er schrieb zahlreiche satirische Gedichte, zeit- und sozialkritische Glossen, Buch- und Theaterkritiken, Romane und Chansons. Er fürchtete den Niedergang der Weimarer Republik und schrieb unermüdlich dagegen an. In der renommierten Wochenschrift „Die Weltbühne“ erschienen unter seinen verschiedenen Pseudonymen oft mehrere Beiträge in einem Heft, deren Ton zunehmend schärfer wurde. Nach einem ersten Prozess gegen den Herausgeber Carl von Ossietzky, verlegte Tucholsky
seinen Wohnsitz nach Hindås in Schweden. Zutiefst enttäuscht von der politischen Entwicklung und der geringen Wirkungsmacht seiner, wie der politischen Aufklärungsarbeit überhaupt, verstummte er ab 1931 publizistisch zunehmend und unterzeichnete seine Briefe fortan mit „aufgehörter Schriftsteller“ oder „aufgehörter Deutscher“.
Erich Kästner charakterisierte ihn 1946 als „kleinen dicken Berliner, der mit der Schreibmaschine eine Katastrophe aufhalten wollte“.

Heinrich Rolfing
Der Berliner Schauspieler und Regisseur Heinrich Rolfing (*1958) hat in zahlreichen Theater- und Filmproduktionen mitgewirkt, regelmäßig trägt er bei unterschiedlichen Lesungen literarische Texte vor.


Und zum Schluss ein der bekanntesten gedichte Tuchoskys, allerdings vorgetragen von Bernhard Scheller:

Es fügte sich so…

Ewa Maria Slaska

Über die Zufälle

Ab und zu schrieb ich oder meine AutorInnen über Zufälle. Aber das Thema kehrt immer wieder zurück. Die Pragmatiker sagen, man lebe umgeben von sovielen Eindrücken, Items, Menschen, Ideen, Gedanken, Bildern oder Zahlen, dass IMMER irgendetwas zu irgendetwas anderen “passt”. Die Irrationalisten kontern, dass doch jeder von uns selber beweisen kann, dass ab und zu hintern den bizzarren Zufällen ein Sinn steckt, der für uns von Bedeutung ist  oder uns gar in unserem Leben weiter führt und neue Perspektiven öffnet. Es fügt sich, so zu sagen…

Diesmal fügte sich zuerst ein Telefongespräch mit einem Unbekannten.
“Mein Name ist Peter Kleinfeld”, sagte er auf Polnisch mit leichten deutschen Akzent. “Ich habe für sie eine Graphik von ihrer Mutter. Wollen Sie sie haben?”
“Ja”, sagte ich. “Klar will ich sie haben.”
Es war Mitte Dezember.
“Ist wunderbar”, sagte Herr Kleinfeld, “jetzt habe ich aber keine Zeit. Ich melde mich wieder im Januar”.

Er tat es. Wir trafen uns vorgestern, gingen im Fliegersiedlung spazieren, die voller Blumen war. Ich zeigte meinem Gast verwelkte, aber immer noch volle Blumen Sommerrosen,  Herbstaster, blühende Winterjasminsträuche und schon Frühling ansagende Winterlinge. Kaffee habe ich zuhause, wir kauften untwerwegs Milch und Berliner und gingen hoch in meine Wohnung.

Erst dann sah ich mir, was Peter (wir nannten uns noch Frau Slaska und Herr Kleinfeld) mir mitgebracht hat. Es war die alte Graphik meiner Mutter, Irena Kuran-Bogucka, eine der ersten schwarz-weissen grob gehauenen Holzschnitte. Vorher waren die Bilder, die Mama machte, entweder ja schon schwarz-weiss, sie wirkten aber eigentlich grau – es waren Stahlstiche und so wie die Technik es verlangt mit dichten dünnen Linien aufgebaut, oder waren sie schon Holzschnitte, aber immer noch mit sehr dünnen Linien gezeichnet und im weissgesprenkelten Hintergrund leuchtend hlellblau. Von der ersten Technik habe ich eigentlich in Erinnerung nur Mamas Diplomarbeit, ein Bild von ihr im Atelier, wo man diese Stahlstiche fertigte. Die blauen müssten mehrere gewesen sein, ich weiss aber heute nur noch von zwei, ein laubloser Baum in einer Schneelandschaft und die Treppen von Veliko Tarnovo, die älteste und hübscheste Stadt in Gebirgen Bulgariens. Jetzt erkenne ich die Treppen wieder, aber das Bild ist völlig anders, schwarz-weiß, mit breiten Meisel im weichen dicken Lindenbrett gehauen. Ich weiss es nicht, aber durch Wiederholung des Themas in einem anderem Metier komme ich an Gedanke, das es vielleict das erste Mal gewesen ist, dass Mama die neue Technik und neue Arbeitsweise benutzte. Danach sollte sie mindestens zwei Jahrzehnte so gearbeitet haben.

Peter und Ewa (wir dutzen uns schon) und dazwischen, hinter an der Wand das Bild Veliko Trnovo.

Das ist mehr oder weniger diese Strasse:

Es bleibt natürlich zuerst unbeantwortet die Frage, woher Peter das Bild hat? Wir dutzen uns schon und sprechen abwechselnd Deutsch un Polnisch. Peters Polnisch ist erstaunlich gut, obwohl er die Sprache vor halbem Jahrhundert erlernt hat und seitdem selten benutzte. Um sich an das Treffen mit mir vorzubereiten las er vier Tage lang das einzige Polnische, was er zu Hand hatte und dies war ein Polnisches Büchlein: Rozmówki Polsko-Francuskie, eine aus kommunistischen Polen stammende Erfindung, kleine Bücher, die alle Rozmówki hiessen, Gespräche also in verschiedenen Sprachen, kleine Produkte der kommunistischen Buchindustrie, Sprachführer, die allesamt die rauhe Tatsache nicht beachten wollten, dass wir in der Volksrepublik Polen kaum wohin fahren dürften.

Das war in der DDR noch schlimmer. Es war das Jahr 1965, Peter, Geburtsjahr 1939, hat gerade sein Studium der Anglistik und Germanistik an der Humboldt-Universität zu Berlin abgeschlossen und wollte per Anhalter nach Polen. Er kannte dort niemanden und auch die Sprache nicht, dazu noch per Anhalter, etwas was in Polen zu dieser Zeit absolut “in” war und Autostop hiess. Wir hatten sogar ein Lied darüber, gesungen von Karin Stanek, erster polnischen Sängerin, die sich von der Politik gar nichts machte. Jede vor uns wollte so sein wie sie.

Text versprach, dass man per Anhalter in ganz Europa fahren konnte. Es war das Jahr 1963, ob Peter dank Karin Stanek nach Polen kam?
Weiß ich nicht und kann nicht nachfragen. Erst jetzt, als ich das schreibe, stelle ich fest, dass Peter zwar meine Adresse und Telefonnummer kennt, ich aber seine Contacting-Angaben nicht habe. Ich weiss nur, dass er weder Handy noch Internetzugang besitzt und irgendwo in der thüringischen Pampa wohnt. Und ist in Thüringen der Erste im 100-Meter-Lauf in seiner Alters-Klasse. Muss stimmen, fit ist er.

Bevor er nach Polen fuhr, fand man doch irgendein Kontakt dort. Die Familie wohnte in Sommerfeldsiedlung in Kleinmachnow und war, wie viele dort, antroposofisch im Sinne von Rudolf Steiner orientiert  (sind sie eigentlich bis heute). Dort kannte man einen polnischen Mathematik-Professor, Moren, der unter den gleichgesinnten polnischen Gärtner die antroposofischen Kalender verteilte. So kam der Junge unter die polnischen Antroposophen. Der Professor schickte ihn weiter zu Maria Hiszpanska-Neuman, selber Antroposophin, aber dazu noch Grafikerin und obendrein Freundin meiner Mutter. Daher gab es schon in diesem Blog zwei Beiträge über sie: HIER und HIER.

So hat es sich eben gefügt, dass Peter, den man schon in Warschau Piotr nannte und dem man schon einen Spitznamen zugab: Kot Poliglot, zu uns nach Danzig kam. “Kennst du mich? erinnerst du dich an mich?” fragt Piotr. Ich schaue ihn an und sehe nichts Familieres zu dem, was ich 1965 kannte. “Nee”, sag ich. Er war damals 26, ich 16 – ein Generationsunterschied. Er behauptet aber, er kann sich an mich erinnern und an meinen ersten Freund, Zygmunt. Ich entdecke ihn erst, als wir über komischen Sprachfehler sprechen, die jede macht, wenn er die fremde Sprache lernt. Ich erinnere mich an einen jungen Mann aus der DDR, der schon bißl Polnisch sprach und schönes Versprechen produzierte: statt na razie zu sagen, was “bis bald” bedeutet, sagte er zarazie – was im Dativ, Ansteckung ist.

Er kaufte sich tonnenweise Bücher, vor allem englische, die man bei uns im Klub Międzynarodowej Książki i Prasy kaufen konnte, dem Klub der Internationalen Presse-und Buch, aber auch in Antiquariat, und die in der DDR nie und nirgendwo z haben waren, und die Mauer stand schon da, dh. nach Westberlin konnte man schon auch nicht mehr. Als er nach Hause fuhr, packte er seine Reisetasche voll mit den English Books und deckte obendrauf nur sparsam mit der schmutzigen Wäsche. Eine Methode, die wir im Osten damals alle benutzten.

Als er wegfuhr, gab ihm meine Mama ihre Graphik, die ich jetzt, nach mehr als 50 Jahren, bekommen habe. Es fügte sich so…

So weit für heute, zarazie…

Zagadka / Riddle / Rätsel

Co ja paczę? No, co to jest? / Was ist das? / What is that???



Na? And? I co?
Paczki świąteczne, co? Xmas Packages maybe? Ich glaub, Pakete. Weihnachtsgeschenke?

Aha!

Look! Schau! To popatrz.

Sztuka! Kunst! Art!!!!! And the Artist. A to artysta. Der Künstler!

Yrjö Edelmann (1941-2016)

Wiki auf Deutsch

artnet in English

a po polsku niestety jakiś dziwny portal, gdzie obraz olejny nazywa się “obraz olejowy” 😦
womanadvice.pl

New York, New York

Andrzej Rejman

Nowy Jork śni mi się conajmniej kilka razy w roku…

Nie byłem tam i nie wiem, czy będę, ale związki czuję jakieś duchowe, nieokreślone, metafizyczne…

Własciwie jakbym tam był. W snach przechadzam się ulicami, wchodzę do mieszkań, spoglądam w górę na szczyty wieżowców, prowadzę samochód, dokądś się udaję, spotykam się z kimś… światło nieokreślone, czasem noc lub zmierzch, półmrok lub pełne słońce…

Wszystko tak realnie, że czasami wydaje mi się (we śnie), że tym razem już naprawdę nie śnię…

Jedną z moich ulubionych pocztówek (zbierałem pocztówki kiedyś…) jest ta, przedstawiająca Empire State Building o zmierzchu, (pewnie widok z Rockefeller Plaza).

Pocztówka przyszła pocztą lotniczą od ojca, który podróżował po USA latem 1966 roku, gdy miałem niespełna 10 lat.

Empire State Building ukończony w 1931 roku, był w 1966 roku wciąż najwyższym budynkiem na świecie. Dziś jest wciąż trzecim najwyższym budynkiem w Nowym Jorku.

Rozpoznawalna iglica budynku, w stylu art déco, pierwotnie była zaprojektowana jako punkt cumowania sterowców. Testy wykonane ze sterowcami dowiodły jednak, że jest to niepraktyczne i niebezpieczne ze względu na silne podmuchy wiatru oraz wielkość budynku.

Empire State Bulding stoi na roku Piątej Alei i 33 ulicy Zachodniej.

Adres budynku to 350, 5th Ave, New York, NY 10118.

W odległości dwóch mil na tej samej Piątej Alei jest budynek w którym do ostatnich chwil życia mieszkała Sara Teasdale, poetka, o której pisałem tu już kilkakrotnie.

To początek Piątej Alei – 1, 5th Ave, New York, NY 10003, czyli budynek nazywa się po prostu ONE Fifth Avenue…

Gdy Sara Teasdale tu zamieszkała, Empire State Building miał być zbudowany dopiero za kilka lat.

Widok obecny – apartamenty przy Piątej Alei, numer 1

Ten dwudziesto-siedmio-piętrowy budynek, ukończony w 1927 roku stoi do dziś.

Tu swoje atelier miał znany fotograf Robert Mapplethorpe.

Tu była restauracja “One Fifth” która występuje w filmie Woody Allena “Crimes and Misdemeanors” (“Zbrodnie i wykroczenia”, 1989) teraz o nazwie “Otto” .

http://ny.ottopizzeria.com

Przedtem stał tam elegancki czteropiętrowy dom, którego ciekawą historię można przeczytać tu:

http://daytoninmanhattan.blogspot.com/2015/02/the-lost-wm-butler-duncan-house-no-1.html

W domu tym mieściła się znana szkoła dla dziewcząt, prowadzona przez Lucy and Mary Green. W szkole wykładał współpracownik prezydenta Theodore Roosevelta, Sekretarz Stanu Elihu Root, laureat Pokojowej Nagrody Nobla, oraz uczęszczała Jennie Jerome (ur. w 1854 r. w N. Jorku) – matka Winstona Churchilla.

A jeden z wierszy Sary Teasdale o Nowym Jorku odnosi się w jakimś sensie do widoku ze wspomnianej na wstepie pocztówki…

Evening: New York (Sara Teasdale)

Blue dust of evening over my city,
Over the ocean of roofs and the tall towers
Where the window-lights, myriads and myriads,
Bloom from the walls like climbing flowers.

Wieczór: Nowy Jork

Niebieski kurz wieczoru ponad moim miastem,
Nad oceanem dachów i wysokich wież
Gdzie światła okien, miriady i miriady,
Oplatają ściany jak kwitnący rdest.

(tłum. Anna Ciciszwili)

Nowy Jork. Widok z Empire State Building w stronę East River, widoczny budynek ONZ; sierpień 1966 fot Aleksander Rejman (zeskanowane ze slajdu…);

grudzień 2017 fot Tomasz Rejman

Reblog z dyskusją. Pomnik polskich ofiar wojny w Berlinie

Krzysztof Ruchniewicz

Reblog  Po co jeszcze jeden pomnik w Berlinie?

Czy w Berlinie powinien powstać jeszcze jeden pomnik poświęcony ofiarom II wojny światowej? Chodzi o obywateli polskich, którzy cierpieli i ginęli podczas ostatniej wojny z rąk niemieckiego okupanta. Czy można poświęcić tylko jednej grupie narodowej (lub państwowej) osobny pomnik? Co z innymi pomysłami upamiętnienia, które pojawiły się już wcześniej? Czy nie powinno się postawić pomnika wszystkim ofiarom niemieckiej agresji w krajach Europy Środkowo-Wschodniej?

Niechęć do pomników?

To prawda, że po 1945 roku w podzielonych Niemczech niechętnie stawiano pomniki ofiarom nazizmu z krajów okupowanych. Pewnego rodzaju wyjątkiem jest pomnik „Polskiego Żołnierza i Niemieckiego Antyfaszysty“, który odsłonięto w 1972 roku w Berlinie Friedrichshain1. Nie jest on jednak związany z upamiętnieniem ofiar nazizmu, a raczej oporu przeciw nim. Dzisiaj pomnik ten jest jedynie świadkiem historii i przykładem dawnej polityki historycznej. Także przebudowa niczego nie zmieni, bo jego symboliczne przesłanie jest jasno określone.

W połowie listopada 2017 roku grupa ponad 80 niemieckich osobistości wystąpiła z nowym / starym pomysłem budowy pomnika poświęconego zamordowanym polskim obywatelom, który miałby stanąć w centrum Berlina. Apel wystosowano do nowego Bundestagu2, trwa obecnie dyskusja na ten temat. W mediach przypomniano, że istnieje już inna inicjatywa upamiętnienia ofiar nazistowskiej okupacji Wschodu3, a pomnik ofiar holokaustu obejmuje także dużą część polskich ofiar4. Każda z tych propozycji jest ważna i godna podkreślenia, jednak moim zdaniem nie oddaje specyfiki problemu.

Vernichtungskrieg

Atak Niemiec hitlerowskich na Polskę w 1939 r., pierwszą ofiarę nowej wojny światowej, różnił się od dotychczasowych konfliktów. Od pierwszego dnia była to wojna zbrodnicza5. Celem była likwidacja polskich elit oraz podporządkowanie reszty społeczeństwa. Symbolem barbarzyństwa jest niewielkie miasto Wieluń, leżące wtedy na pograniczu polsko-niemieckim, które zniszczono niemal całkowicie z powietrza. Następne miesiące stały pod znakiem celowej eksterminacji (egzekucje w Lasach Piaśnickich na Pomorzu, podwarszawskich miejscowościach Wawer i Palmiry) i niszczenia polskiego majątku.

Rozpoczęto szeroko zakrojone przesiedlenia, które trwały całą wojnę. Do pracy przymusowej skierowano miliony obywateli polskich, także w obozach koncentracyjnych. Mimo istnienia silnego oporu, Niemcom udało się dokonać licznych akcji pacyfikacyjnych, mordów na ludności cywilnej. Siłą zdławiono powstanie w getcie w 1943 r., rozpaczliwą walkę resztki polskich Żydów, a w 1944 r. powstanie warszawskie. Podczas jego trwania wymordowano ponad 150 tys. cywilnych mieszkańców.

Zbrodnie ZSRR

Straty z rąk niemieckich nie były przy tym jedynymi. Dwa tygodnie po napaści niemieckiej do wojny przyłączył się ZSRR, który na ziemiach wschodnich Polski rozpoczął – podobnie jak wcześniej Niemcy – politykę eksterminacji i represji, która trwała do czerwca 1941 r. Aresztowania i deportacje objęły ok. 500 tys. osób. Symbolem zbrodni jest Katyń. Tam wiosną 1940 r. zabito strzałem w tył głowy kilka tysięcy Polaków. Stanowili oni część z 22 tysięcy oficerów i cywilów, o których rozstrzelaniu zadecydowało wtedy kierownictwo radzieckie. Warto pamiętać o zmieniającej się roli ZSRR w czasie wojny, w tym właśnie o latach współpracy między Hitlerem a Stalinem w 1939-1941 r.6

Propozycja budowy pomnika poświęconego polskim ofiarom niemieckiej okupacji w centrum Berlina odpowiada skali i znaczeniu w polskiej historii lat II wojny. W wyniku niemieckiego terroru prawie 6 mln. obywateli polskich straciło życie, w tym ok. 3 mln Żydów. Od początku ziemie polskie były laboratorium zbrodni na Żydach i Słowianach, którego „osiągnięcia” zastosowano po napaści na ZSRR.

Pomysłodawcy (wzniesienia nowego pomnika w Berlin – przyp. red. ) jako miejsce lokalizacji pomnika wskazują Askanischer Platz przed ruinami Anhalter Bahnhof. Przypomnijmy, że właśnie tu w 1940 r., okresie niemiecko-radzieckiego współdziałania, spotkali się Joachim von Ribbentrop i Wiaczesław Mołotow. Upamiętnienie polskich ofiar może poszerzyć wiedzę o przebiegu okupacji niemieckiemu społeczeństwu. Często bowiem ogranicza się ona do ofiar Zagłady, a pomija polskich obywateli innych narodowości i wyznania7.

Upamiętniać i przypominać

Wzniesienie pomnika jest potrzebne dla relacji polsko-niemieckich. Jak widać, wojna mimo upływu czasu odgrywa w nich nadal znaczącą rolę. Obiekt powinien jednak wyrażać dwie rzeczy, upamiętniać i przypominać. Po 1945 roku, w warunkach głębokich podziałów i wrogości, znalazły się w Polsce i Niemczech osoby, które mimo wszystko dążyły do nawiązania dialogu i pojednania. Ten aspekt powinen być także obecny w przestrzeni publicznej. Do dzisiaj w Niemczech nie ma miejsca pamięci, które byłoby poświęcone takim osobom. A przecież nie chodzi tylko o przypominanie zbrodni i ofiar, ale także o znaki pamięci, dające nadzieje i umacniające wiarę, że możliwy jest pokojowy, przyjazny byt narodów-sąsiadów. Mimo ciężaru historii, nie jesteśmy przecież skazani na konflikt.


Kochani Czytelnicy, przypisy do tekstu Krzysztofa Ruchniewicza znajdziecie na samym końcu tego wpisu. Na razie jeszcze sobie z autorem podyskutuję. Przeczytałam bowiem zreblogowany tu tekst z bardzo mieszanymi uczuciami. I to co najmniej z dwóch powodów.

Po pierwsze nie lubię pomników i to z tak wielu powodów, że nie sposób ich wszystkich tu przytoczyć. Generalnie jestem zdania, że – oczywiście, musimy pamiętać, o tym co było, aby uczcić tych, których uczcić trzeba i przypomnieć o winie tych, których winy nie daje się zmazać. Ale znacznie ważniejsze wydaje mi się Pojednanie, a najważniejsze jest to, co dzieje się teraz i co zdarzy się w przyszłości. Najważniejsze jest to, że po 250 latach wrogości przez ostatnie 25 lat docieraliśmy krok po kroku do normalności. Zaczęło się od przebaczenia, poprzez likwidowanie uprzedzeń i resentymentów, po współpracę partnerską i dobrosąsiedzką, a zakończyło się przyjaźnią.

I groza mnie ogarnia na myśl, że możemy to wszystko zaprzepaścić wskutek politycznych przepychanek polsko-niemieckich, w których polska strona atakuje stronę niemiecką, a te posunięcia polityki zagranicznej są jednocześnie kolejnym sposobem zniewalania własnego wyborcy w kraju – bo podsuwają mu wroga zewnętrznego, rozdrapując jednocześnie ledwo co zaleczone rany i obiecując za to gratyfikację finansową. Oczywiście od wroga.    

Ale, po drugie, równie straszne mi się wydaje, że polityka niemiecka, która dokładnie wie, co się teraz w Polsce dzieje, zamiast twardo stanąć po stronie najważniejszych wartości europejskich – demokracji, tolerancji, otwartości i poczucia odpowiedzialności, podsuwa politykom polskim kąsek na ułagodzenie ich zajadłej i zapiekłej antyniemieckości. Po co? Bo Niemcy pragmatycznie już dawno rozpoznali, co my Polacy z przerażeniem przełknęliśmy dopiero 10 stycznia – że w Polsce nie ma żadnej opozycji, co oznacza, że sprawująca obecnie władzę formacja polityczna będzie rządziła przez najbliższych 10, 15 a może nawet 20 lat. I że w związku z tym trzeba z nią ustalić nowy model stosunków. Zaaranżować się!
PiS też to zresztą wie, stąd aktualna rekonstrukcja rządu, w której usunięto tych polityków, którzy najgorzej zapisali się w Niemczech i w Europie.

Obie strony porządnie odrobiły lekcję i mogą sobie teraz spokojnie spoglądać w przyszłość. A widomym znakiem odrobionych lekcji będzie pomnik na placu Askańskim w Berlinie. Pomnik postawiony ofiarom koszmarnej wojny w ponad 70 lat po jej zakończeniu. Czy to nie jest ironiczny grymas Historii? I naigrywanie się z ofiar?

Wolałabym, żebyśmy jakoś uhonorowali Pojednanie, List Biskupów, Bartoszewskiego, Mazowieckiego, żebyśmy postawili pomnik Bartoszewskiemu albo nazwali w Berlinie szkołę jego imieniem (to sugestie Krzysztofa Ruchniewicza i bardzo mi się podobają), żebyśmy zorganizowali więcej wyjazdów szkolnych dla młodzieży z Polski do Niemiec i z Niemiec do Polski, żebyśmy w każdej polskiej wiosce, w każdym miasteczku i w każdej dzielnicy w dużych miastach zorganizowali warsztaty demokracji i tolerancji… W takim kontekście ów pomnik wydaje mi się zorganizowanym z przyczyn merkantylnych czołobitnym pokłonem przed konserwatywnym antyeuropejskim nacjonalistycznym opartym na poczuciu krzywdy i tylko krzywdy pseudopatriotyzmem polskim.

PS.

Nie chcę dociekać, czy projekt nowego pomnika w Berlinie jest naprawdę inicjatywą oddolną grupy Niemców, którzy “tylko” znaleźli wsparcie ze strony polityków, bo szczerze powiem – nie wierzę w to. Uważam tę niemiecką narrację za element ugłaskiwania z kolei własnych wyborców. 


Przypisy do artykułu Krzysztofa Ruchniewicza:

  1. Zob. Rafał Żytyniec, „Pomniki polityczne ‘czerwonego Berlina’”, w: Siedlisko. Dziedzictwo kulturowe i tożsamość społeczności na Ziemiach Zachodnich i Północnych, nr 4/2007, s. 24-30; tenże, „Symbol myśli i czynu najlepszych sił obu narodów“ czy „historia polskiej walki z faszyzmem“? Pomnik Polskiego Żołnierza i Niemieckiego Antyfaszysty w Berlinie-Friedrichhain (1965-1989), w: Historie wzajemnych oddziaływań, pod red. Roberta Traby, Berlin-Warszawa 2014, s. 125-172. ↩
  2. Zob. Bartosz T. Wieliński, Niemcy chcą postawić pomnik Polakom zamordowanym podczas drugiej wojny światowej, „Gazeta Wyborcza“, 7.11.2017. ↩
  3. Zob. Peter Jahn, Erinnern! Aber woran?, „Die Zeit“, 22.11.2017.  ↩
  4. Przykładowo zob. Gabrielle Lesser, Ein Museum der Okkupation tut not, „Jüdische Allgemeine“, 23.11.2017. Stefan Lehnstaedt, Ein Denkmal nur für polnische NS-Opfer? Das wäre ein falsches Signal, „TAZ“, 7.12.2017.↩
  5. Ostatnio: Jochen Böhler, Zbrodnie Wehrmachtu w Polsce. Wrzesień 1939. Wojna totalna, Kraków 2009. ↩
  6. Zob. Sławomir Dębski, Między Berlinem a Moskwą. Stosunki niemiecko-sowieckie 1939-1941, wyd. II poprawione, Warszawa 2007. ↩
  7. Zob. Katarzyna Woniak, Niemiecka okupacja Polski w niemieckich podręcznikach szkolnych, w: „Fikcyjna rzeczywistość“. Codzienność, światy przeżywane i pamięć niemieckiej okupacji w Polsce, pod red. Roberta Traby, Katarzyny Woniak i Anny Wolff-Powęskiej, Warszawa-Berlin 2016, s. 281-307. ↩

Przedruk: 60 lat temu na lotnisku Orly

Marek Hłasko, rys. Zbigniew Kresowaty

Urodził się 14 stycznia 1934 roku. W niedzielę miałby urodziny. Ale czy to ważne. Ten temat się tu pojawi. Był rok 1966. Napisał powieść, kultową, której przez 22 lata w Polsce nie wydawano, a mimo to wszyscy piękni dwudziestoletni mówili cytatami z tej książki. Chyba, że to Hłasko pisał tak, jak oni mówili. Ten temat też się tu pojawi. W tekście, na samym dole, znajdziecie najlepszą poradę dla pisarzy, jaką w życiu słyszałam.

Tekst za I wydaniem polskim, wyd. Alfa, Warszawa 1988.

Marek Hłasko

Piękni dwudziestoletni. Sznurowadełka, paseczki, krawacik

W roku tysiąc dziewięćset pięćdziesiątym ósmym, w lutym, wysiadłem na lotnisku Orly z samolotu, który wystartował z Warszawy. Miałem przy sobie osiem dolarów; miałem dwadzieścia cztery lata; byłem autorem wydanego tomu opowiadań oraz dwóch książek, których wydać mi nie chciano. Byłem także laureatem Nagrody Wydawców, którą otrzymałem na kilka tygodni przed wyjazdem z Warszawy.
I jeszcze jedno: zostałem uznany za człowieka skończonego i stwierdzone zostało ponad wszelką wątpliwość, że niczego już nigdy nie napiszę. Jak powiedziałem, miałem dwadzieścia cztery lata – ci, którzy pogrzebali mnie szybko z wprawą zawodowych grabarzy, byli ludźmi starszymi ode mnie o lat trzydzieści lub więcej. Adolf Rudnicki napisał kiedyś, że najmodniejszym kierunkiem w literaturze polskiej jest miażdżenie i niszczenie. Ten sam Adolf Rudnicki, kiedy wydrukowałem swoje pierwsze opowiadanie, zapytał mnie: „Czy pańscy koledzy mówią już, że pan się skończył? – „Dlaczego?” zapytałem. „Bo ja,” powiedział Rudnicki, „kiedy napisałem Szczury, moją pierwszą książkę, spotkałem Karola Irzykowskiego i Irzykowski spytał: „Czy pańscy koledzy mówią już, że pan się skończył?”
Wysiadając z samolotu na lotnisku w Orly myślałem, że najpóźniej za rok będę z
powrotem w Warszawie. Dzisiaj wiem, że nie wrócę do Polski już nigdy; pisząc to jednak
wiem także, że chciałbym się omylić. Przez wiele lat nie mówiłem po polsku; żona moja jest
Niemką; wszyscy moi przyjaciele są Amerykanami lub Szwajcarami i z przerażeniem
zauważyłem, że począłem myśleć w obcym języku i tłumaczyć to sobie na polski! Wiem, że
to oznacza mój koniec; moi grabarze z Warszawy nie pomylili się. W tym zawodzie człowiek myli się najrzadziej.
Nie mówiłem nigdy nikomu o motywach, które skłoniły mnie do pozostania na
Zachodzie. Kiedy pytali mnie dziennikarze – odpowiadałem im najgłupiej jak tylko umiałem; wreszcie odczepili się ode mnie. Nie umiałem odpowiedzieć, dlaczego opuściłem mój kraj, ponieważ nie opuściłem go nigdy. Spróbuję jednak napisać o tym, dlaczego mieszkam w innym kraju, a właściwie w innych krajach: mieszkałem już w Anglii, Hiszpanii, w Niemczech, w Szwajcarii, Francji, Austrii, Danii, Izraelu i jeszcze paru innych.
Zacząłem pisać mając lat osiemnaście; winna jest moja matka, która dawała mi książki
do czytania – tak, że stało się to moim drugim nałogiem. Szkoły nie ukończyłem; częściowo
na skutek komplikacji rodzinnych, częściowo na skutek idiotyzmu, stwierdzonego przez
nauczycieli. Nie jestem pewien do dzisiaj, czy między fizyką, algebrą i matematyką i chemią
zachodzi jakakolwiek różnica i nigdy się tego nie dowiem. Nie wiem, czy czterdzieści dziewięć da się w ogóle podzielić przez jakąś cyfrę; jęli się to w ogóle jakimś cudem uda, to na pewno nie mnie. Przez szkołę powszechną przepychałem się tylko dlatego, że nauczycielem matematyki był ten sam nauczyciel, który uczył języka polskiego. Kiedy w czasie wojny chodziłem do szkół sióstr zakonnych w Warszawie na Tamce, panował tam zwyczaj, że najgorszemu uczniowi przyczepiano olbrzymie ośle uszy z papieru; nosiłem je przez cały czas. Po wojnie, „jak wybuchła nowa Polska”, sytuacja moja polepszyła się nieco; nie potrzebowałem nosić oślich uszu – po prostu stałem sobie w kącie, odwrócony twarzą do ściany. W tych warunkach ciężko nauczyć się czegokolwiek; ale do ósmej klasy dawałem sobie jakoś radę, „jadąc” na wypracowaniach z polskiego.
Potem zaczęła się katorga. Ze szkoły ogólnokształcącej wyrzucono mnie za głupotę:
była to szkoła numer dwa imienia La Gauradii, potem – Marii Konopnickiej. Na wniosek
kuratora posłano mnie do poradni – nie jestem pewien, czy dobrze zacytuję nazwę –
psychotechnicznej czy coś takiego.
Kazano mi układać jakieś klocki, kazano mi do jakichś idiotycznych tekstów wpisywać brakujące słowa, zadawano mi szokujące pytania dotyczące moich rodziców i krewnych; wreszcie kazano mi się rozebrać do naga i uznano za niezdolnego do nauki w szkole typu humanistycznego; posłano mnie do szkoły handlowej we Wrocławiu – czy też do Spółdzielni Handlowej, wychodząc widocznie z założenia, że idioci niezbędni są w handlu;
być może chodziło tu o dobro kupujących. Nie wiem. Kariera moja skończyła się po paru lekcjach matematyki. W tym czasie utworzono w Warszawie Szkołę Techniczno-Teatralną; pojechaliśmy tam z moim bratem Józefem – przez trzy miesiące mój brat odrabiał za mnie zadania z matematyki, chemii i algebry, jednak na skutek tak zwanej waśni rodowej zaprzestał; wyrzucono mnie znowu. Była to dobra szkoła; mieściła się w gmachu YMCA w Warszawie i mieliśmy basen. Dyrektorem szkoły był – o ile pamiętam – Żmigrodzki, imponujący brodacz, który mógłby grać kapitana statku z opowiadania Conrada „U kresu sił”. Tam też poznałem Basię Świdzińską, ślicznego, rubensowskiego aniołka, i zapałałem ku niej uczuciem. Bez wzajemności.
Wróciłem do Wrocławia, gdzie zacząłem pracować i chodzić jednocześnie do wieczorowej szkoły rzemieślniczej; już nie pamiętam, dlaczego mnie wyrzucono. Wtedy zacząłem grać w klubie sportowym jako środkowy napastnik. Nie byłem utalentowanym graczem, ale na boisku odznaczałem się zwierzęcym okrucieństwem. Jak w tym opowiadaniu Capka, przed każdym meczem sekretarz klubu wzywał mnie, mówiąc: „Hłasko – jeśli nie skosisz przynajmniej dwóch, zostaniecie usunięci z
klubu dyscyplinarnie”. W tymże klubie sportowym nauczyłem się również grać w pokera; tamże poznałem Tadka Mazura, który był „bratankiem” jednego z pisarzy nie ulegającego w sposób przesadny wdziękom kobiecym. Tadek sam próbował pisać; przychodziłem do niego i w ten sposób poznałem jego „wuja” – był to pierwszy człowiek piszący, którego poznałem osobiście. Tam też poznałem „Kape” – innego kolegę, który był potem naszym lewym napastnikiem i który umiał kopać przeciwnika najpierw w piszczel, a padającego już – w twarz. Kape – to strzał prawą lub lewą stroną buta; oczywiście zewnętrzną. Kape potrafił tak kopnąć przeciwnika, że sędzia nie mógł tego zauważyć. Był przy tym bardzo grzeczny: zawsze podnosił skopanego i kłaniał się sędziemu. Widziałem potem podobnego gościa: był to bokser wagi lekkiej, Debisz z Łodzi. „Gentelman ringu”; potrafił w mgnieniu oka uderzyć jednocześnie poniżej pasa i doprawić łokciem w łuk brwiowy; po czym ze skruszoną miną kłaniał się sędziemu. Wygrywał dziewięćdziesiąt procent walk przez techniczne K.O.
Tadek, Kape i ja chodziliśmy co niedziela do Hali Stulecia we Wrocławiu, gdzie odbywały się mecze bokserskie. Nie dysponując jednak funduszami chodziliśmy przez dach, co nie wykluczało utraty życia. Gospodarzem hali był wtedy sędzia Mikuła – atletyczny grubas, który wyrzucał nas kopniakiem; potem jednak polubił nas wszystkich za fanatyzm i wpuszczał nas bez biletów. Naszym ideałem był wówczas Ryszard Waluga – chyba z IKS
Wrocław.
Był to dobry figber o silnym ciosie i świetnej technice; potem jednak kochaliśmy wszyscy Kaspereczka „Laleczkę”, naszego pierwszego powojennego Mistrza Europy. Chodząc na mecze poznałem – z daleka – dwóch innych pisarzy. Jednym był Staś Dygat, siedzący zawsze w pierwszym rzędzie z miną pełną dezaprobaty; a w czasie mistrzostw Polski w roku 1949 ujrzałem „Strasznego Józia” Prutkowskiego. Widziałem wtedy najpiękniejszą walkę mojego życia: Antkiewicz – Bazarnik w piórkowej. Ale ideałem naszym był „Tolek”. Żeby zobaczyć walkę Tolka z Czechosłowakiem Tormą jechaliśmy, weszliśmy na salę i bez biletów wróciliśmy do Wrocławia.
My wszyscy: Tadek, Tolek i ja żyliśmy z pokera, grając – jak to się mówiło – na RGO. Pomału interesy zaczęły się psuć: za hazard usunięto nas z klubu; Tadek poszedł do
więzienia, a ja z Kapem wzięliśmy się za bandytyzm. Pierwszą poważną pracę przeprowadziliśmy w szkole handlowej; o możliwościach tej imprezy poinformował nas inny kolega klubowy, „Kaczor”.
Kaczor wybił, niby to niechcący, okno w szatni szkolnej wychodzące na sąsiednią ulicę. Następnego dnia Kape czekał już tam, a ja wziąwszy teczkę wszedłem z innymi uczniami do szatni i ukryłem się za paltami. Byłem wtedy chłopcem małym, o szczerym
spojrzeniu Słowianina, który kłamie. Lekcja się zaczęła; woźny zamknął szatnię na klucz, a wtedy ja wybierałem co cenniejsze sztuki z garderoby i podawałem je Kapemu; potem wyszedłem przez okno z garderoby i już po godzinie sprzedaliśmy wszystko na Placu Biskupa Nankiera, gdzie mieścił się czarny rynek. Dowiedzieliśmy się pewnego dnia, że w drugim ogólnokształcącym gimnazjum, przy ulicy Stalina, odbędzie się zabawa szkolna i że
będzie tam porucznik UB, który kochał się w jednej z uczennic. Wierzyliśmy głęboko, że
porucznik zostawi pistolet w szatni, a ja już tam byłem. Broń przydała nam się parę razy,
potem jednak Kape upił się i zgubił pistolet i rozwiązaliśmy spółkę.
Skończyłem wtedy szesnaście lat i ustawowo, jako nie uczący się, musiałem zacząć pracować. Pracowałem jako pomocnik szofera w PPB; potem w firmie „Paged”, w bazie
Bystrzyca Kłodzka. Napisałem o tym książkę; wiele lat później Krzysztof Toeplitz, w swym
artykule „Święci Młodziankowie”, napisał, że jest to opowieść o ludziach, jak to sobie wyobraża mały Mareczek. Pytano mnie wielokrotnie, czy rzeczywiście było tam tak, jak o
tym napisałem. Nie, nie było tak. Było o wiele gorzej: wstawaliśmy rano o czwartej, a o
dziesiątej wieczór kończyliśmy rozładunek na stacji; potem jechało się jeszcze czterdzieści
kilometrów do domu, co przy samochodzie typu GMC z przyczepą, po górskich drogach,
zabierało około dwóch godzin.
Potem jeszcze gotowaliśmy sobie jeść, a potem dopiero kładliśmy się spać.
Niedziel i świąt nie było; pod koniec miesiąca kierownik bazy w Bystrzycy Kłodzkiej
oświadczał nam, że wyrobiliśmy około czterdziestu, czasami około czterdziestu pięciu
procent normy. Pracowałem tam stosunkowo niedługo; odszedłem, gdyż groziło mi więzienie za sabotaż i jeden wypadek złamania kręgosłupa; zresztą ten też zdaje się umarł już w szpitalu, gdyż nie byliśmy w stanie odtransportować go natychmiast; nasze samochody przystosowane były do wozu kłonic, więc nie można go było położyć.
Zarabiałem wtedy około siedmiuset złotych miesięcznie.
Tadeusz Konwicki powiedział mi: to nie jest książka, to jest western. Miał rację. Nigdy nie mogłem zrozumieć, na czym polega nieszczęście literatury polskiej. Logicznie rzecz biorąc, mało który naród ma tak wiele szans na dobrą literaturę jak my, Polacy. Mamy wszystko: nieszczęścia, mordy polityczne, wieczną okupację, donosicielstwo, nędzę, rozpacz, pijaństwo – czegóż jeszcze trzeba na Boga? Żyjąc w Izraelu, mieszkałem z najgorszymi szumowinami, nigdy jednak nie spotkałem ludzi tak zrozpaczonych, zwierzęcych i nieszczęśliwych jak w Polsce. Genezą westernu jest obsesja sprawiedliwości: samotny człowiek, który musi niszczyć zło i przemoc. To nieważne, że robi się tysiące szmir, ale Jesse James, Earp i inni szybkoręcy są postaciami prawdziwymi. Taką
postacią mógłby być komunista; człowiek który wprowadza ład i spokój w spalonym kraju i wśród ludzi zdeprawowanych nieszczęściami – gdyby o to chodziło commies. Wśród tysięcy śmieci, które przeczytałem o commies, nie spotkałem takiego człowieka. Tylko jeden Jerzy Andrzejewski pokazał komunistę: to Podgórski z Popiołu i Diamentu.
Podgórski sądzi człowieka, który był kapo w więzieniu, ale ten pierwszy pojedynek
przegrywa. Jest jeszcze człowiekiem; w parę lat później stałby się prawdopodobnie majorem z arcydzieła Andrzeja Mandaliana. Lub sędzią Gletkinem z Koestera. Ale
najprawdopodobniej Rubaszowem którego sądzi Gletkin.
Jeśli o mnie chodzi, nie mam nic przeciw commies. Tak długo jak oni popełniają
świństwa, a ja mogę o tym pisać – wszystko jest dla mnie O.K.
Jestem tylko świadkiem w procesie oskarżenia; sprawa jest dla mnie obojętna, byleby
proces był ciekawy. To wszystko. Życie które mi dano, jest tylko opowieścią; ale jak ja ją
opowiem, to już moja sprawa. Jedynie o to mi chodzi.
Pisząc to, zapytałem jednego ze swych przyjaciół, czy mam rację mówiąc, że my,
Polacy, mamy wszystko co trzeba, żeby dobrze mówić. Powiedział, że nie; powiedział, że
Polacy są zbyt zmęczeni i ogłupieni; i zbyt zrezygnowani. Nie rozumiem; czy chirurg ma
prawo do zmęczenia, jeśli przywiozą mu kogoś, kogo trzeba operować. Nie wiem. Pamiętam, że stojąc kiedyś z Pawłem Hertzem w barze, skarżyłem się kiedyś na kłopoty, na brak pieniędzy, na trudności z redaktorami. Hertz spojrzał na mnie z niesmakiem.
Powiedział: „O ile dobrze pana zrozumiałem, pan chce się zająć pisaniem. To nie jest
zajęcie przyjemne ani dla pana, ani dla ludzi, którzy będą pana czytać. Czegóż pan oczekuje?”
Odwrócił się wzruszywszy uprzednio ramionami; nasza rozmowa była zakończona.
Więc odszedłem wtedy z lasu i wróciłem do Warszawy; zacząłem pracować w firmie
„Metrobudowa”. Pracowałem jako ładowacz; po jakimś czasie zacząłem pracować w dziale
zaopatrzenia. Była to świetna praca; po prostu chodziłem po mieście z zamówieniami na
części samochodowe do rozmaitych firm i tam przybijano mi pieczątkę: CZĘŚCI BRAK.
Potem szło się do tak zwanego sektora uspołecznionego – czyli do małych wytwórni
rzemieślniczych. Jedyna różnica między sektorem państwowym a uspołecznionym polegała na tym, że w państwowym przybijali pieczątkę: CZĘŚCI BRAK, a w uspołecznionym – CZĘŚCI NIE MA. To wszystko. Wtedy robiło się tak zwany „protokół konieczności zakupu”, który podpisywali kierownik zaopatrzenia, kierownik rady zakładowej i sekretarz partii oraz kierowca unieruchomionego samochodu, jak również kierownik warsztatu. Potem ja brałem
butelkę wódki i jechałem do znajomego magazyniera z innej firmy, który mi dawał brakującą część.
Następnie szedłem do sklepu komisowego na Chmielnej, gdzie część tę zastawiałem, mój wspólnik przychodził za godzinę i wykupywał; potem urządzaliśmy przyjęcie towarzyskie. Był to mój własny system: wtedy nauczyłem się myśleć dramatycznie.
Któregoś dnia przyszła jakaś starsza baba i wezwał mnie kierownik bazy.
– Do partii należysz?
– Nie.
– Do TPPR?
– Nie.
– Do Związków Zawodowych?
– Nie.
– To będziesz korespondentem robotniczym.
Ta straszna baba była z Trybuny Ludu. Trybuna Ludu miała swoich tak zwanych „korespondentów terenowych”, którzy pisali o tym, że brakuje części zamiennych, że
samochody mają zbyt długie przestoje, ponieważ jest zbyt mało pomp benzynowych, które w dodatku nie są automatyczne, i o tego rodzaju sprawach. Pewnego dnia wezwano mnie do Trybuny Ludu. Dostałem nagrodę; była to powieść Anatola Rybakowa pt. Kierowcy. Tej nie zapomnę. Była to pierwsza socrealistyczna książka, jaką przeczytałem; muszę przyznać, że wpadłem w osłupienie. Tak głupio i ja potrafię, powiedziałem sobie. I zacząłem.
Z „Metrobudowy” wyrzucono mnie. Nie mogłem znaleźć pracy; za dużo było kierowców, za mało wozów. Trybuna Ludu wsadziła mnie do Warszawskiej Spółdzielni Spożywców; kiedy zorientowałem się, że jestem konfidentem policji, było już za późno.
Praca w WSS była bardzo ciężka; baza mieściła się przy ulicy Sokołowskiej – ja mieszkałem tuż przy Marymoncie. O czwartej rano musiałem już być „na bazie”, jak to się mówiło; wstawałem często o drugiej i maszerowałem przez Powązki. Szedłem śpiąc: można nawet i tak. Potem zaczynał się koszmar; silnik nie chciał zaskoczyć; trzeba się było kłaść pod karterem z zapaloną lampą benzynową, gdyż gorąca woda grzana dla nas przez nocnych
kierowców pomagała tyleż, co wyskakującemu bez spadochronu odmawianie pacierza.
Wreszcie jechało się na „Zieleniak” – tam już czekali chłopi-badylarze, którzy jechali
przez noc; Warszawa musiała mieć o siódmej rano warzywa. Jechaliśmy zawsze w czterech: ja, mój pomocnik, konwojent i ładowacz. Konwojent płacił chłopu gotówką, warzywa dzielono na trzy kategorie.

Kategoria pierwsza była płatna najwyżej: konwojent wypisywał chłopu kwit na pierwszą i płacił za trzecią. Chłop nie miał wyboru; nasi konwojenci mieli z WSS umowę z
konwojentami MHD. Jeśli chłop nie chciał sprzedać – nie kupił nikt i musiał wracać do domu i wyrzucić warzywa. Zmowy tej nikt nie złamał: ani nasi z WSS, ani tamci z MHD; za to groziła, jak to nazywają gazety, „rozprawa nożowa”. Bardzo słuszna nazwa.
W ten sposób dorabiało się nieco na bloku; kiedy wracaliśmy około godziny siódmej
na bazę – czekała tam zawsze policja i sprawdzała, czy nie jesteśmy pijani; to już punkt
zahaczenia. Zajęcie ich o tyle pozbawione było sensu, że kierowca WSS – jak powiadają
chłopi – „nie mieli prawa” być trzeźwi. W tym celu zakupowano wódkę, którą wręczało się
policjantom czekającym „na bramie”. Tak robiliśmy my, kierowcy z Zieleniaka. Kierowcy z
Ząbkowskiej, czyli monopolowi, dawali sobie radę na swój sposób. Wódkę ciężko jest ukraść, w wypadku stłuczenia butelki należy pokazać szyjkę z zalakowaną główką i załączyć
protokół zniszczenia; ale na to szkoda było czasu. Nabywało się więc strzykawkę lekarską z igłą do zastrzyków domięśniowych; wyciągało z każdej butelki setkę wódki i uzupełniało wodą.
Potem przeniesiono mnie z Zieleniaka na „rzeźnię”. Tam najciężej było kraść; ale
kradło się i tam. Po wjeździe na wagę kierownik wpisywał wagę wozu, potem jechało się na
halę okrężną drogą. Ja stawałem i mówiłem do pomocnika: „Zdzisiek, spuszczaj wachę”.
Pomocnik kładł się pod wóz i otwierał kurek chłodnicy: w ten sposób wóz kładł się lżejszy o
dwadzieścia kilo – tę różnicę inkasowaliśmy w mięsie. Potem, tuż za bramą rzeźni, nalewało się znów wody. Wreszcie ci z rzeźni się skapowali’ wtedy spuszczało się benzynę. Gdzie „odpalało” się mięso – dwadzieścia kilo – pozostanie moją tajemnicą.
Przekleństwem naszym, kierowców z WSS, była tak zwana „akcja ziemniaczana”.
Jechało się wtedy po kartofle na wieś; ale kartofli sprzedać nie było komu. My, warszawscy
kierowcy, i tu znaleźli kolorowego ptaka. Jechało się „na akcję” w kilkanaście wozów; lepsze wozy ciągnęły słabsze; licznik wybijał kilometry, a potem benzynę sprzedawało się taksówkarzom prywatnym. Miałem wtedy osiemnaście lat; pisząc o tym dzisiaj, nie wstydzę się tego. Niech się wstydzą ci, którzy mnie do tego zmusili. Pracując po czternaście godzin dziennie, włącznie z niedzielami i świętami, zarabiałem około siedmiuset złotych miesięcznie. Nie miałem mieszkania, mieszkałem na korytarzu. Pierwsze ubranie sprawiłem sobie mając dwadzieścia dwa lata. Dzisiaj niepotrzebne mi nawet i ubranie, i tak nie mam dokąd iść.
Siła commies polega na tandecie ich ideologii; robotnik niemiecki oblicza sobie, że z chwilą kiedy majątek Thyssenów czy Kruppów zostanie upaństwowiony – jego dochody
wzrosną o tysiąc procent. Siała commies polega na fantastyczności zjawiska. Gdybym powiedział robotnikowi niemieckiemu, że pracując czterysta dwadzieścia godzin w miesiącu mogłem sobie kupić za to kiepską parę butów – wzruszyłby ramionami i odszedł. I teraz, gdybym powiedział swojemu pomocnikowi: „Zdzisiek – niemiecki kierowca może w ciągu roku kupić sobie samochód; za swoją miesięczną pracę cztery ubrania; może pojechać do Włoch na urlop” – dostałbym w zęby tak, jak nigdy jeszcze nie dostałem. Dziennikarze niemieccy zawsze mówili do mnie: „Niech pan nie zapomina o tym, że to oni pierwsi weszli na niebo”. Nie jestem inżynierem; ale wydaje mi się, że o sukcesie technicznym można mówić tylko wtedy, jeśli zna się koszty inwestycji. Jeśli kosztem tysięcy drzew wyprodukuje się tysiąc wykałaczek, to wtedy jest tylko zabawa. Kennedy czy Johnson musi się wykłócać z Kongresem o każdy grosz, który idzie na space-action; naród amerykański zna te cyfry z
prasy i telewizji; przez lata śmieli się siedząc przy telewizorach i obserwując pociski
spadające po trzech sekundach lotu.
Nie wiem, ilu ludzi zamęczono i zlikwidowano, zanim Gagarin ukazał światu swoją twarz; i nie wiem, ile było nieudanych prób. Dopóki nie dowiem się tego, nie będę umiał się cieszyć sukcesem moich kapryśnych braci.
A wtedy, w roku tysiąc dziewięćset pięćdziesiątym drugim, nie myślałem jeszcze o tym. Myślałem o zupełnie innych rzeczach tego dnia, kiedy stałem w Pałacu Mostowskich, a dyżurny milicjant powiedział do mnie:
– Paseczek. Sznurowadełka. I krawat.
– Nie noszę krawatu – powiedziałem i podpisałem kwit.
Mistrzem mojej młodości nie był Hemingway ani Jerzy Andrzejewski. Był nim Tadeusz Barwiński, oficer Urzędu Bezpieczeństwa Publicznego. Jak powiedziałem, pracowałem w Warszawskiej Spółdzielni Spożywców jako kierowca skierowany tam przez kierownika wydziału korespondentów terenowych Trybuny Ludu. Był to rok tysiąc dziewięćset pięćdziesiąty drugi. W owych czasach, w każdym dużym przedsiębiorstwie, był tak zwany „Samodzielny Wydział Wojskowy”; kiedy indziej nazywało się to: „Samodzielny Wywiad Ochrony”; i jeszcze inaczej. Była to komórka Urzędu Bezpieczeństwa; referent – taki
był tytuł tego bezpieczniaka – miał swoich kapusi wśród pracowników odnośnego urzędu,
którzy dostarczali mu informacji o ludziach; a on już wiedział, co z tym robić dalej.
Pewnego dnia około godziny siódmej po południu kiedy – jak to się mówiło – „zjechałem” na bazę, dyspozytor powiedział do mnie:
– Masz iść do „samodzielnego”.

– Pracujesz dziś na noc? – zapytałem go.
– Tak. Do szóstej.
– Jeśli nie wrócę, powiedz mojej matce.
– Gdybyś miał nie wrócić, zgarnęliby cię z domu – powiedział.
Gdybym w owych czasach czytał Hemingawaya, odpowiedziałbym mu: To jedna z tych rzeczy, których się nigdy nie wie. Powiedziałem jednak tylko: „Bóg to jedyny wie”.
Poszedłem. Siedział tam mały facet w okularach; drzwi były obite skórą; chodziło pewnie o to, aby w przesłuchaniu wywołać nastrój grozy. Wszystko jak w kiepskich filmach.
Kiedyś widziałem taki film, czy może czytałem książkę:
– Czy wiesz, co to jest – zapytał Sean, biorąc ze stołu leżącą tam łyżeczkę do herbaty.
– Srebro – powiedział Jack. – Kupiłeś to od Hary-Konia. To z tej roboty na 77 Street. Można tym mieszać herbatę. Dajesz bardzo kiepską herbatę, Sean. Czy taką pijają u was w
Dublinie?
– Nie tylko taką – rzekł Sean uśmiechnąwszy się krzywo. – Dostaniesz dobrą w takiej jednej, która nazywa się „Dirty Dick”. A co do łyżeczki, to można nią także wyłupać oko.
Tego krzyku Treppengelander już nie zapomni.
Albo inaczej:
Strzał z czterdziestki piątki szczeknął krótko, a ja strzeliłem jej prosto w brzuch, myśląc: Micky, tam przecież siedzi twoje dziecko. Ale nie mogłem inaczej; Chryste Panie – naprawdę nie mogłem inaczej. Pomyślałem o tym, jak Nick szedł na fotel, i o jego wystrzyżonej głowie, którą mu ostrzygli, aby lepiej przylegała elektroda. Gdyby nie Nick,
może mógłbym inaczej. Ale nie mogłem; przechyliłem się na nią i widziałem konające
światło w jej oczach.
– Jak mogłeś – szepnęła.
Milczałem przez chwilę, potem rzekłem:
– To nie było wcale takie trudne.
Może zresztą nie cytuję dokładnie. Nie o to jednak chodzi. Ze mną nie było aż tak zabawnie. „Samodzielny” kazał mi usiąść.
– Jak się nazywacie?
– Marek Hłasko.
– Urodzony?
– Czternasty, pierwszy, trzydziesty czwarty.
– Gdzie?

– W Warszawie.
– Ojciec.
– Maciej.
– Zawód.
– Adwokat.
„Samodzielny” zdziwił się.
– Adwokat?
– Adwokat.
– Żyje?
– Nie.
– Matka?
I tak dalej i tak dalej. Wreszcie powiedział:
– Wy zostaliście tutaj skierowani przez Trybunę Ludu?
– Tak.
– Jako korespondent terenowy?
– Tak.
– Dlaczego przestaliście pisać?
– Pracuję po czternaście godzin na dobę. Nie mam kiedy.
– Nie potrzebujecie więcej pisać – powiedział „Samodzielny”. – O wszystkim będziecie
mówić mnie.
– O czym?
Teraz zaczyna się Mike Hammer. Może zresztą Lord Lister, czyli tajemniczy
nieznajomy. We wszystkich tych książeczkach zawsze było: „czyli”. Lord Lister – czyli
tajemniczy nieznajomy. Ken Manyard – czyli mściciel prerii. Jerzy Rolkicz – czyli szesnastoletni chłopiec wśród Tbugów. Ale najlepszy był Lister.
Moja matka, która kazała mi czytać, wepchnęła mi kiedyś Żeromskiego: miałem wtedy
dziesięć lat. Przeczytałem zdanie: „Śnica zapuścił sępie spojrzenie swoich źrenic na jej
duszę.” Poczułem się zwolniony na zawsze od obowiązku czytania Żeromskiego; wziąłem
pełne wydanie Mortkowicza i zaniosłem na ulicę Ciepłą, gdzie był warsztat naprawy lalek i
jednocześnie antykwariat; zamieniłem komplet Żeromskiego na Lorda Listera i o tym drugim który zawsze mówił: „Już nie pamiętam jak się nazywał ten szybkoręki”. Dostałem od matki pasem, który został jeszcze po moim dziadku, dziadek był komendantem Straży Pożarnej Miasta Stołecznego Warszawy, a wszyscy wiemy, że pasy strażackie są najszersze i mają najwięcej miedzianych sprzączek.

Mike wyjął pistolet.
– Wiecie, co to jest?
– Wiem.
– Co?
– Radziecki pistolet TT.
– A skąd to wiecie?
– Widziałem to na filmie z Pawłem Kadożnikowem. Paweł Kadożnikow był radzieckim wywiadowcą i musiał zabić niemieckiego szpiega. Wyciągnął pistolet i powiedział: „Mocą i prawem danym mi przez ojczyznę…”
„Samodzielny” przerwał mi:
– Macie narzeczoną?
– Mam.
– Jak się nazywa?
Powiedziałem. I tak bredziliśmy przez dwie godziny; a on wychodził i zostawiał pistolet na stole; wracał i znów wychodził: to było śledztwo psychologiczne. W końcu podpisałem protokół, że mam narzeczoną Wandę, i że pistolet typu TT jest mi znany tylko z
filmu; że byłem napastnikiem w klubie; i tak dalej, i tak dalej. Kiedy dzisiaj to piszę, samemu nie wydaje mi się to zbyt prawdopodobne. Ale wtedy, przy podpisywaniu protokołu, pomyślałem sobie: Poczekaj synu. Niech ja się przynajmniej dowiem, jak cię ochrzcili.
Protokół musi być podpisany przez przesłuchiwanego i przez prowadzącego śledztwo.
Nazywał się Tadeusz Barwiński.
Aresztowano mnie w parę dni później za odmowę współpracy. Argumentacja oficera
policji – tym razem odbywało się to w Pałacu Mostowskich – była prosta: ponieważ pracuję w firmie powszechnie znanej ze złodziejstwa, muszę wiedzieć, co się tam dzieje; ponieważ
odmawiając współpracy zapobiegam tym samym wykryciu faktów sabotażu gospodarczego, podlegam karze z artykułu i tak dalej i tak dalej. Wtedy właśnie zdjąłem paseczek, krawacik i sznurowadełka; Polacy lubią eufemizmy. Nic nie mogę na to poradzić; nie pytano mnie o radę przy urządzaniu Państwa Polskiego.
W więzieniu zawsze jest wesoło, jeśli się do tego podejdzie w sposób właściwy. Wszyscy są zawsze niewinni; wszystko to jest omyłką, która się niedługo wyjaśni. W więzieniu w Palermo spotkałem człowieka, który zabił narzeczoną i jej matkę; spodziewał się
zwolnienia za parę dni. W więzieniu w Monachium siedziałem z facetem, który dokonał
siedemnastu rabunków; spodziewał się zwolnienia za parę dni. W więzieniu w Jaffie

zaprzyjaźniłem się z człowiekiem trudniącym się przemytnictwem narkotyków od czasu
powstania państwa Izrael; spodziewał się zwolnienia za parę dni.
W ogóle nie jest tak źle, jeśli tylko zaufa się szaleństwu. Mieszkając w Warszawie,
byłem stałym gościem komisariatu przy ulicy Bednarskiej za opilstwo i bójki towarzyskie. Po jakimś czasie miałem już tam przyjaciół wśród milicjantów i sypiałem nie „na deskach”, lecz w dyżurce, a rano odwozili mnie do domu. Był to najprzyjemniejszy komisariat w
Warszawie, tam lądowali wszyscy wychodzący z „Kameralnej” i z „Krokodyla”.
W roku tysiąc dziewięćset pięćdziesiątym piątym odbywał się Festiwal Młodzieży; przyjechał wtedy teatr Bim-Bom ze Zbyszkiem Cybulskim. Spotkałem Romka Polańskiego
przed wejściem do teatru; Romek miał bilet, ale nie chciano go wpuścić, ponieważ
naładowało się mnóstwo publiki bez biletów i sala była przepełniona. Polański tak długo
upierał się, żeby wejść i pokazywał przy tym swój bilecik, aż wreszcie zabrali go dwaj
policjanci z „jedynki”. Byli to jednak policjanci nowi i nie znali mnie. Polańskiego prowadzili między sobą, a ja szedłem za nimi. Romka zamknięto, a ja poszedłem do mojego sierżanta, który mnie zwykle pozbawiał paseczka.
– Puść go – powiedziałem.
– To twój kumpel?
– Tak.
Polańskiego wypuścili; nabyliśmy litr wódki i razem z Romkiem, jego dziewczyną i
tymi samymi policjantami, którzy go przed dziesięcioma minutami aresztowali, udaliśmy się w pobliskie gruzy celem konsumpcji.
Potem nabyliśmy jeszcze dwie butelki; nie wiem dlaczego przyszła mi ochota, aby deklamować Apokalipsę. Milicjanci patrzyli na mnie, mówiąc od czasu do czasu:
– Panie Mareczku – ostrożnie, ostrożnie…
Miotały nimi sprzeczne uczucia: z jednej strony chcieli bawić się dalej, z drugiej – nie
wiedzieli, czy Apokalipsa jest tekstem wrogim czy też nie. Ta sytuacja, że człowieka zupełnie niewinnego wypuszczają za poręczeniem alkoholika – wydaje mi się świeża, dlatego o tym piszę.
Jak powiedziałem: szaleństwo jest jedyną rzeczą, której można zaufać. We Włoszech
zaaresztowano mnie za strzelaninę; chciałem w przystępie szaleństwa zabić jednego pana,
który mi powiedział, że nie zabija się sześciu milionów ludzi bez powodu – rozmawialiśmy o Żydach. Na drugi dzień sędzia śledczy zapytał mnie:
– Pan go chciał zabić?

– Tak – powiedziałem. – I chciałem zobaczyć włoskiego sędziego, który skaże mnie za
to, że chciałem obronić pamięć sześciu milionów zamęczonych ludzi.
Popatrzył na mnie przeciągle; oddał mi moje rzeczy; znów popatrzył na mnie i oddał
mi broń. Lektura faktów z życia Napoleona może się przydać nawet w sprawach bagatelnych.
Nie wiem, czy mój włoski sędzia nie był odpowiednikiem naszego Rzeckiego; wiem tylko, że zniszczył akta sprawy.
W Pałacu Mostowskim nie siedziałem długo. Pomyślałem sobie: potrzymają cię do
śledztwa, a potem dostaniesz swojego piątaka. To nieważne, że nikt nie będzie wiedział
dlaczego: wymiar sprawiedliwości nie polega na pytaniu, kto jest winien a kto nie; chodzi o
to, aby mieć winnego.
Nie czytałem wtedy jeszcze Koestlera, gdzie sędzia śledczy prowadzi długie, serdeczne rozmowy z gościem, którego chce zlikwidować. Nie czytałem jeszcze wtedy Orwella, gdzie Wielki Brat ma zeza widlastego; nie czytałem nawet Krywickiego. Książki warto pisać tylko wtedy, jeśli przekroczy się ostatnią granicę wstydu; pisanie jest rzeczą bardziej intymną od łóżka; przynajmniej dla mnie. Commies przekroczyli tą granicę: kiedy Jeżow likwidował Jagodę, powiedział zebranym członkom GPU, że znany jest mu fakt, iż Jagoda pracował dla Ochrany. Nikt nie zaprotestował; w czasie kiedy istniała Ochrana, Jagoda miał dwanaście lat. Pomiędzy tymi, tam z GPU byli na pewno ludzie, którzy walczyli przeciw Kołczakowi, Denikinowi i Piłsudskiemu. Kiedyś byli odważni; ale nikt nie wstał i nie
powiedział, że dzieci mając do wyboru jazdę na hulajnodze albo rozmowy z urzędnikami –
wolą jednak hulajnogę. Commies przekroczyli tę granicę: stworzyli świat fantastyczny, w
który nie można uwierzyć. To ich siła.
Ja wtedy, w Pałacu Mostowskich, powiedziałem sobie: Balzak ci nie pomoże. Żeromski też nie; ale pomoże ci Lord Lister. W ten sposób zostałem konfidentem policji pracującym pod kryptonimem „Wanda”. Wanda to imię mojej dziewczyny; uważałem, że tak będzie zabawniej.
Poszedłem do mojego dyspozytora na bazę.
– Przenieś mnie z Zieleniaka – powiedziałem.
– Dlaczego?
– Nie chcę nic wiedzieć.
– Chcesz iść na rzeźnię?
– Nie. Znam rzeźnię.
– Na monopol?

– Znam i monopol.
Byliśmy sami.
– Zrobili cię za psa? – zapytał.
– Tak.
– Poczekaj – powiedział. Przeniosę cię na opla-blitza 167. To taki wóz, że się go codziennie ściąga z miasta. A ja powiem chłopakom, że jesteś lewy.
– Powiedz im.
Mój opel-blitz nie zawiódł mnie nigdy; już za bramą wysiadało mi sprzęgło; drugiego
dnia – karburator. Pojechałem do warsztatu; majster wiedział o wszystkim – oddaliśmy
karburator do naprawy. Trwało miesiąc; potem było delko; potem sprzęgło; potem spalał trzy razy tyle benzyny, ile powinien – odstawialiśmy go do eksepertyzy. Ja chodziłem po „bazie” i nie wiedziałem nic.
Od czasu do czasu zjawiało się u mnie dwóch facetów wyglądających jak łapsy z filmu. Już nigdy chyba nie dowiem się, czy ci w filmach wyglądają tak jak ci w życiu, czy też ci w życiu wyglądają jak ci z filmu.
Kiedy w Londynie chodziłem na body-bulding, widziałem treningi zawodowych średnich. Było tam dwóch managerów, którzy wyglądali tak jak ci z „The Champ” i ci z „The
Golden Boy”. Nosili meloniki i kamizelki; palili cygara, od czasu do czasu jeden do drugiego mówił: Harry is over the bill. Potem pluł; potem to samo mówił drugi.
Ci moi dwaj mówili: „Oj, bo się pogniewamy”. Nigdy nie dodawali niczego więcej, a
potem zaczęła się największa zabawa w moim życiu.
Trzeba było przekroczyć tę granicę wstydu. Mój pomocnik zaprosił mnie kiedyś na imieniny do swojej siostry. Było nudno: w samym centrum zabawy ukradliśmy patefon,
wynieśliśmy go na schody, a potem wróciliśmy i wraz z innymi gośćmi czyniliśmy
bezskuteczne poszukiwania. Milicjanci przenieśli mnie z WSS do MHD i tam rozpocząłem
swoją działalność pisarską uskrzydlony myślą, że jestem jedynym na świecie konfidentem a’rebours. O partyjnych pisałem, że są dwulicowi i że pragną powrotu ustroju kapitalistycznego; o ludziach, którzy mówili źle o Gospodarzu – pisałem, że są szczerymi
demokratami kochającymi Ziutka Słoneczko i tak dalej. Donosy pisałem regularnie;
dzwoniłem w tym celu do komendy głównej i podając swój kryptonim prosiłem, aby połączyć mnie z porucznikiem Jankiem – to jeden z moich łapsów. Narobiłem im strasznego burdelu; nie połapali się nigdy. Nie moja wina: sami tego chcieli.
W tym czasie zacząłem już pisać; kiedyś spotkałem Tadka Mazura, który przypadkowo znajdował się na wolności, i powiedziałem mu, że zacząłem pisać. Tadek
powiedział, abym mu pokazał. Wziął i poszedł do swojej cioty; ta ciota powiedziała mu, abym spróbował napisać coś dłuższego. Nie miałem jednak gdzie; poprosiłem moją matkę, aby posprzątała kuchnię i w trzy noce napisałem dwustronicową powieść. Tę powieść przeczytał Bogdan Czeszko: napisał do mnie list. Napisał, że książka do niczego, ale że jego zdaniem powinienem próbować dalej; zwrócił mi uwagę na wiele rzeczy. Bogdan był mądrym i kochanym człowiekiem – przynajmniej dla mnie. List ten mam do dzisiaj. Bogdan zwracał mi uwagę, że niepotrzebnie nadużywam słów ordynarnych i bardzo mi to odradzał; potem poznałem Bogdana osobiście.
Wyglądał jak niedźwiedź; poruszał się jak silne zwierzę. Kiedy mówił, to z trudem
udawało mu się wtrącić słowo. Pamiętam, jak kiedyś powiedział do kelnerki: „Niech pani da mi tej w d… j.. wody. Jestem sp.. jak k…”. To najkrótsze, co mu się udało powiedzieć, mnie gani. Nikt z nas, jeszcze jako młodych, nie potrafił pisać tak pięknym językiem jak ten miś; jego Tren mogę czytać, kończyć i zaczynać. Jest jedynym pisarzem młodego pokolenia, który od początku znalazł swój własny głos i pozostał sobie samemu wierny.
Tego nie potrafił ani Brycht, ani Nowakowski ani ja.
W tym czasie przepisałem książkę Rybakowa pod tytułem Kierowcy, podpisałem ją pod swoim nazwiskiem, nazwałem „Baza Sokołowska” i zaniosłem do Związku Literatów. Po jakimś czasie Newerly – będący wówczas opiekunem Koła Młodych – zawezwał mnie na
rozmowę. Newerly pomógł mi bardzo; pytał mnie o moje warunki, powiedział mi o usterkach „Bazy” i dał mi jedną radę – najmądrzejszą radę, jaką słyszałem od człowieka piszącego: „Jeśli pan chce coś napisać, niech pan o tym opowiada. Wszystkim. To nieważne, czy pana ludzie rozumieją, czy nie. Niech pan mówi; za każdym razem opowiadając, musi pan budować swoją historię od początku do końca; po jakimś czasie zrozumie pan, które elementy są ważne, a które nie. Chodzi o to, aby pan sam to umiał sobie opowiedzieć.” I tak zacząłem opowiadać; mówiłem o tym ludziom w Polsce, w Izraelu; mówiłem o tym poważnym Niemcom; i Arturowi Sandauerowi, który co chwila mi przerywał, mówiąc: „Do czego pan zmierza?”
Nie wiem: o to właśnie chodzi, że nie wiem. Wiem tylko, że będę biegł przez całą drogę; i że będę mówił przez cały czas.

Reblog: Wyspy nieszczęśliwe (Barataria 48)

Magda Bębenek

Reblog: 7 lekcji z tragedii, która nie wydarzyła się (przed)wczoraj na Hawajach

Miałam napisać dla Was w ten weekend tekst o historii Hawajów, coby uczcić przypadającą na wtorek i środę 125 rocznicę obalenia ostatniej hawajskiej królowej i rozpoczęcie okupacji amerykańskiej1. Jednak od rana nie mogłam przestać płakać z przerażenia, czytając wpisy znajomych Hawajczyków.

Nie wiem, czy śledzicie konflikt na linii Trump i USA – Kim i Korea Płn., a jeśli tak, to czy słyszeliście o tym, że pod koniec 2017 r. – po raz pierwszy od ponad trzydziestu lat – zaczęto testować na Hawajach syreny ostrzegające przed atakiem nuklearnym. Comiesięczna praktyka kreująca atmosferę strachu oraz poczucie nadchodzącej katastrofy wśród mieszkańców wysp. Jest ona jednak niczym w porównaniu z tym, co wydarzyło się wczoraj.

Blisko milion mieszkańców archipelagu dostało SMS, że w ich kierunku wystrzelono pocisk (potencjalnie nuklearny). Oznaczało to, że mają 20 min, a potem rozpęta się piekło.

Gdy czytam kolejne posty znajomych czy oglądam ich filmiki, nieustannie przechodzą mnie dreszcze i łzy cisną mi się do oczu. Podobnie jest, gdy piszę Wam o tym teraz. Czy jesteście sobie w stanie wyobrazić sytuację, w której dostajecie SMS, że za 20 min Wy, Wasze rodziny, wszyscy znajomi oraz wyspy, które nazywacie domem, potencjalnie przestaną istnieć? Dokładnie to przeżyli wczoraj Hawajczycy.

W wiadomości napisane było „seek shelter”: szukajcie schronienia.

Gdzie? Jak?

Hawaje to archipelag małych wulkanicznych wysepek leżących pośrodku niczego, 3 000 km od najbliższego lądu. Większość ludzi żyje w domkach z cienkich desek, bez piwnic, w otoczeniu lawy. Aby mieć bieżącą wodę, potrzebny jest prąd, chyba że ktoś żyje na deszczówce (wbrew pozorom, przynajmniej na Big Island, takich osób jest sporo). Ponad 90% produktów jest importowane, co oznacza, że na wyspie znajduje się zapas wody i jedzenia na około tydzień. A potem? W przypadku ataku nuklearnego? Game over.

Podobna historia zmroziłaby mi krew w żyłach niezależnie od tego, gdzie miałaby się wydarzyć. A jednak jest coś, co sprawia, że jeszcze bardziej mną to wstrząsnęło: miałam tam teraz być i ja. Od dwóch tygodni mieliśmy z Piotrkiem być na Big Island i zbierać dla Was materiały o kulturze i tradycji rdzennych Hawajczyków2. Płakałam myśląc o tym, że wczoraj byśmy tam byli, tysiące kilometrów od domu, przez 38 minut przekonani, że zaraz zginiemy. Do kogo byśmy dzwonili? Czy przy dwunastogodzinnej różnicy czasu zdążylibyśmy się pożegnać z rodzicami, rodzeństwem, przyjaciółmi?

38 minut w oczekiwaniu na masową zagładę. Tyle bowiem zajęło odpowiedzialnym za to ludziom wysłanie korekty błędnej wiadomości. Przez 38 minut wielu ludzi żegnało się z życiem, nie wiedząc, gdzie pocisk uderzy ani jak się w tej sytuacji zachować.

Początkowa panika przerodziła się w złość. „Jak mogło do tego dojść?!” – pytają wszyscy.

Okazało się, że cała sytuacja miała miejsce, ponieważ ktoś przypadkowo wcisnął nie ten przycisk. Zamiast na „test alarm”, palec poszedł na „live alarm”. Odpowiedzialna osoba publicznie przeprosiła za swój błąd. Zrozumiałe oburzenie budzi fakt, że doszło do takiego zdarzenia. Jednak jeszcze większym błędem byłoby kierowanie swojej złości na człowieka, który się pomylił, a nie na to, przez co zagrożenie atakiem nuklearnym jest w ogóle możliwe.

Tym razem alarm był pomyłką. Ale co będzie w przyszłości?

To, na co pozwolimy.

Być może nie mamy wpływu na Trumpa czy Kima, ale mamy wpływ na to, co się dzieje na naszym podwórku. Na to, jak zachowujemy się w czasach konfliktów napędzanych przez media, polityków i grupy interesów. Na to, czy stajemy po którejkolwiek ze stron i czy to rzeczywiście robi komukolwiek dobrze. Na to, czy uczestniczymy lub w milczeniu przyglądamy się wzajemnemu wyzywaniu się, obrażaniu i zwalaniu winy jedni na drugich. Na to, czego wymagamy od polityków, ale i co tworzymy własnym życiem i relacjami. Być może w nas nikt nie wyśle w najbliższym czasie pocisku nuklearnego, ale jego odpowiedników, w mikroskali, doświadczamy na co dzień.

Musimy uczyć się łączyć, rozmawiać i szukać wspólnych rozwiązań oraz wspólnych płaszczyzn do działania.

Nigdy nie będziemy się z nikim zgadzać w każdej kwestii. Nauczmy się szukać tych płaszczyzn, na których wspólne działanie jest możliwe. Niezależnie od tego, co nas dzieli, zawsze są rzeczy, które są nam wspólne. I musimy nauczyć się je dostrzegać. Przestać polaryzować, a zacząć słuchać i spotykać się z innymi – z wszystkimi! – tam, gdzie to tylko możliwe.

I wiem, że nie jest to łatwe.

Sama wielokrotnie nie potrafię rozmawiać, współpracować, szukać kompromisów. Zamiast w spokoju wysłuchać, przyjąć, spojrzeć na coś oczami drugiej osoby, krzyczę, płaczę, oskarżam. Nikt nigdy nie nauczył mnie, jak się komunikować w sposób zdrowy, empatyczny, szanujący granice siebie i drugiego – bez agresji, wpędzania w poczucie winy, wypominania. Ale pracuję nad tym, tak w związku, jak i w kontaktach z ludźmi, którzy na pierwszy rzut oka wydają się być zupełnie „nie z mojej bajki”.

Klnę na Trumpa jak tylko mogę, krytykuję go i wiele na niego zwalam, ale gdy się zatrzymam i chwilę pomyślę, każdorazowo łapię perspektywę i wiem, że Trump, jak i podobni mu politycy czy biznesmeni, są jedynie produktem kultury i społeczeństwa, które współtworzę. Mało tego, czy i ja nie zachowuję się czasem tak jak ci, których tak bardzo krytykuję? Czy i ja nie bywam dziecinna, zawistna, megalomańska? Czy i ja nie oskarżam, nie przerzucam swoich emocji na innych, nie powielam stereotypów? Czy i ja nie zaogniam konfliktów, nie przyklejam innym łatek, nie wyśmiewam?

Gdybyśmy my, jako jednostki i społeczności, inaczej funkcjonowali:

  • transformowali konflikty, zamiast eskalować je do punktu, z którego nie ma już powrotu
  • nie ulegali komfortowi kreowania obrazu wroga i sprawcy naszych nieszczęść
    (niezależnie od tego, czy obraz ten namalujemy na podobieństwo kogoś z PiSu, PO, Syrii, Rosji, kościoła, meczetu, w spodniach, czy spódnicy)
  • nie wchodzili w pozycję „my” kontra „oni”
  • umieli być z naszym bólem, strachem i niepewnością
  • częściej mówili Nie wiem i Nie rozumiem
  • wybaczali błędy, sobie i innym
  • szanowali granice, swoje i innych

milion ludzi nie czekałby wczoraj na Hawajach na uderzenie koreańskiego pocisku. Podobnie jak miliony ludzi nie żyłyby codziennie w strefach wojen. Miliony ludzi nie należałyby do gangów i nie zagrażały milionom innych, a przemysł zbrojeniowy nie byłby najszybszą ścieżką do zarobienia fortuny. Nie dalibyśmy się oszukać, że lekarstwem na walkę z terroryzmem jest bycie terrorystą w stosunku do innych. Nikt więcej nie wmówiłby nam, że „zabija w imię pokoju”.

Jakie lekcje wyciągam z tragedii, która nie wydarzyła się (przed)wczoraj na Hawajach?

  1. Uważnie uczyć się komunikacji.
  2. Gdy będę chciała po kimś pojechać lub kogoś obwinić za to, że jest produktem końcowym uwarunkowań, w których żyjemy, postaram się zatrzymać i pomyśleć: Co jest prawdziwym źródłem problemu? I co z tym mogę zrobić?
  3. Dostrzegać siebie w innych. Nie tylko wtedy, kiedy mi się to podoba i nie tylko w tych, do których aspiruję.
  4. Dążyć do tego, by nie uciekać od emocji, nie zagłuszać ich i nie przelewać na innych tych emocji, które wywołują mój dyskomfort, których nie rozumiem, których nie lubię doświadczać.
  5. Mówić Nie wiem i Nie rozumiem, zamiast robić z siebie specjalistę w kwestiach, na których się nie znam, a w których niejednokrotnie w zdecydowany sposób opowiadam się za stronami trawiących Polskę konfliktów.
  6. Pozwalać sobie i innym na popełnianie błędów.
  7. Słuchać tego, co jest ok, a co nie jest w relacji ze sobą i z innymi.

Jakie wyciągasz Ty?

Zdjęcie tytułowe: Anthony Quintano/Civil Beat
  1. O tym, dlaczego z wyjazdu zrezygnowaliśmy przeczytasz tu.