A to koparka Marka…

Wstęp nr 1 (od Adminki): Autor o tym nie pisze, ale ja muszę (MUSZĘ) tu powiedzieć, że to, co zrobił było genialne, profetyczne, zdarzyło się na naszych oczach i nie musieliśmy czekać przez stulecia, aż się spełni. Otóż, gdy Marek dwa miesiące temu przeczytał na FB, że niestety (z przyczyn od nas niezależnych) nie odbędzie się  zapowiadany przez nas już od jesieni Festiwal Literatury Polskiej w Berlinie, podjął wyzwanie i ogłosił, że od teraz będziemy realizowali NIEISTNIEJĄCY FESTIWAL LITERATURY, w skrócie NFL. Magda Parys to ochoczo podchwyciła. Oboje okazali się w tym prekursorami, wytyczającymi nowe drogi. Wkrótce potem poszły za nim WSZYSTKIE Festiwale, Koncerty, Kongresy, Seminaria na świecie. Ale to MY byliśmy pierwsi. I, jak zauważył Marek, NFL to jedyny festiwal, którego nie trzeba odwoływać z powodu Corony!

Tabor Regresywny alias Marek

Wstęp nr 2 (od Autora): Walka z coronawirusem – podejście baratarystyczne. Coronawirusy, dalej nazywane CW, dzielą się na pierwotne, wtórne i pośrednie. CW pierwotne gnieżdżą się w koronach drzew, walają po ziemi i spływają rzekami do mórz. Walka z nimi jest beznadziejna, jeśli nie będziemy jednocześnie zwalczać CW pośrednich. CW pośrednie to te, które wymagają opakowania, a same podlegają konsumpcji np. piwo w puszce. Co do CW wtórnych, jak np Cov 19, to walkę z nimi pozostawiamy tym, którzy zostali do tego powołani. Drobne potyczki z CW pierwotnym i wtórnym z góry skazane są na porażkę (patrz Słowo na Nowy Rok). Tu trzeba pospolitego ruszenia, bo na armię nie ma co liczyć.

TRZECIA WYPRAWA DO SOKOŁOWSKA

Tak się złożyło, że Festiwal Sztuk Efemerycznych w Sokołowsku poprzedził w przestrzeni i czasie festiwal literacki Góry Literatury. I znów, “dr H”, wyruszyłem o świcie w stronę gór Włodzickich. Gdy przyszło mi oddalić się od głównego traktu, kupiłem w sklepie bochen chleba. W zasadzie wystarczyło kilka bułek, ale ich nie było. Zwykle zabieram na drogę trochę pieczywa i powidła, ale w tym przypadku nie było takiej potrzeby. Wiedziałem, że po drodze będzie dużo opuszczonych sadów, a w nich maliny, czereśnie i wiśnie.
Gdy dotarłem do domu Olgi T., zaparkowałem w ogrodzie, oczywiście za zgodą gospodarzy. Pamiętam, że Olga zaprosiła mnie na pyszne pierogi. Potem odbyły się spotkania z pisarzami i parę ciekawych rozmów, a wieczorem wszyscy rozjechali się do domów. Rano szykowałem wózek do wyjazdu, a tu Olga woła mnie na śniadanie. Czytelnicy już wiedzą, że nigdy nie odmawiam zaproszenia do stołu. Siadam razem z Olgą, jej synem, mężem, siostrą oraz jej koleżanką, Magdą P. Mówią, że mają wszystko, co potrzeba na śniadanie, oprócz chleba. Poprzedniego dnia uczestnicy festiwalu cały zjedli i że trudno, musimy sobie jakoś poradzić. Odpowiadam, że mam chleb, rozwiewając tym całe zakłopotanie współtowarzyszy. Rzucając na stół cały, nietknięty bochenek, zdobyłem prawo głosu. Zaczęły się pytania o moje wędrówki, o filozofię drogi. Widziałem, że Magda P. otwiera laptopa i zaczyna coś pisać. Raz po raz, przerywając, prosi mnie o powtórzenie. Na koniec zapytała, czy może to opublikować. Zrobiła mi zdjęcia z wózkiem i sama próbowała się do niego “zaprząc”.
Po śniadaniu skończyłem pakowanie i wyruszyłem w stronę Sokołowska. Olga T. zbierała się by odwieźć syna na pociąg, a Magda P. szykowała się do powrotu do domu, gdy wydarzyło się coś, co intryguje mnie do dziś. W obu samochodach, Olgi T. i Magdy P., rozładowały się akumulatory i auta zablokowały drogę. Nie mogłem przejechać, a nerwowe próby naładowania akumulatorów i odpalenia silników trwały, tak się zdawało, wieczność.
Werner Heisenberg w swojej książce opowiadał, jak to Niels Bohr żalił mu się, że tłumaczył podstawy mechaniki kwantowej ludziom z Koła Wiedeńskiego, a oni zachowywali się tak, jakby wszystko rozumieli. A tego nie da się zrozumieć.
Ja chyba miałem więcej szczęścia, bo przyszło mi uczyć fizyki w klasie kucharzy małej gastronomii. Na samym początku powiedzieli mi: „daj pan sobie spokój, nas nikt niczego nie nauczył, pan też nas nie nauczy”. Super, pomyślałem, spróbuję im wytłumaczyć istotę mechaniki kwantowej na przykładzie eksperymentu Wheelera. Jak nie zrozumieją, to to będzie to. Napisałem na tablicy temat lekcji: „Optyka kwantowa w klasie kucharzy małej gastronomii”. Powiedziałem im, że jest to taka lekcja, że jeśli ją zrozumieją, to znaczy, że ja źle tłumaczę. Nawet to ich zaciekawiło. Z uwagą i zrozumieniem słuchali wywodu, dopiero na końcu stwierdzili, że nic nie rozumieją. Poszli poskarżyć się wychowawczyni, która mi powiedziała: “Marek spróbuj im to jakoś wytłumaczyć, bo sa oburzeni”. Zacząłem szukać jakiegoś przykładu, żeby im to zilustrować.
Obserwując ludzi przechodzących między kasami sklepu samoobsługowego, zauważyłem, że kierują się tymi samymi prawami, co fotony w eksperymencie Wheelera. Wszystko wyglądało tak samo, jedyna różnica to paragon świadczący o zakupie, będący komunikatem, a plamka na kliszy fotograficznej świadczyła o śladzie fotonu. (O różnicy między śladem a komunikatem opowiedziałem we wpisie „Mars i Wenus”). Jeśli wynik obserwacji, foton, jest komunikatem, czyli znakiem nastawionym na interpretację, to powstaje pytanie, kto jest nadawcą i co chce przez to powiedzieć? Gdyby tak spojrzeć na przygodę z rozładowaniem akumulatorów, to podejrzewam, że winowajczyniami były Olga T i Magda P. Nie wiem tylko, co chciały przez to powiedzieć?

Alte und neue Amerika oder Amerika als Utopiemuster

Brigitte von Ungern-Sternberg

Slubfurt, die Hauptstadt von Nova Amerika (Nowa Ameryka)
Am 29. Februar habe ich in einer kleinen Galerie im Graefekiez Michael Kurzwellys Vortrag zu seiner ’sozialen Plastik’ in Slubfurt und Umgebung gehört.
Slubfurt? Was soll das sein? Es ist ein ‚realer Ort‘, der Name ist eine Schöpfung aus Slubice und Frankfurt und besagt, dass diese kleine Region zwischen den beiden Städten links und rechts der Oder  weder polnisch noch deutsch ist …  eine schöne Utopie! Diese  aber bleibt kein Traum, sondern wird konkret verwirklicht und das in einer östlichen Gegend, von der man hört und liest, dass sich des öfteren Nazis und Antifas feindlich konfrontieren und Asylsuchende und Migranten sehen müssen, wo sie bleiben.
Ich war sehr beeindruckt.
Im Video führt Kurzwelly anschaulich aus, wie man sich das vorzustellen hat, wer die Mitspieler in diesem real existierenden Territorium mit Nationalfahne, Währung, Regierung sind, das sich in der Grenzregion entlang der Oder ausweitet zu ’Nowa Amerika’.

Ewa Maria Slaska

Amerika als ein Utopie-Projekt

The Church of John F. Kennedy, Roman von Thomas Meinecke (Suhrkamp, 1997)

Der Verleger schrieb zu diesem merkwürdigen postmodernen Buch:

Auf der Suche nach den transatlantischen Luftwurzeln der europäi­schen – und vor allem auch: der deutschen – Kultur in Amerika bewahrheitet sich dem Reisenden Wenzel Assmann die These, daß die USA zwar imstande sind, die ganze Welt über den Einheitskamm ihres »Way of Life« zu scheren, dass sie nach innen jedoch eine bis heute äußerst heterogene Kulturlandschaft voller weißer Flecken und schwarzer Löcher aufweisen. Jene Kadenzen, die von den einzelnen ethnischen Gruppierungen der Salatschüssel U.S.A. auf die europäische Nationalstaatlichkeit, der sie einst entflohen sind, angestimmt werden, erscheinen dabei als nach wie vor utopischer Vielklang, der in krassem Gegensatz zu den engstirnigen Bestrebungen des während seines sogenannten Einigungsprozesses in lärmende National- und wütende Kleinstaaterei zerfallenden Europas steht.

Zugegeben, der obige Text scheint einfach geschrieben zu werden im Vergleich mit dem Roman, den er beschreibt. Ellenlange Sätze von Meinecke sind verschnörkelt, modern baroque und zum Teil vollkommen unverständlich. Dafür aber ist die Materie des Meineckes Buches unheimlich unbekannt und daher auch sehr interessant. Es ist Frühling 1990. In Deutschland wird alles durch die Vereinigung gewendet bzw durch die Wende vereinigt.  Wenzel Assman, einem jungen deutschen privat Forschern, gefällt das, was in seiner Heimat passiert, überhaupt nicht. Er ist einer an die Utopie glaubender Kommunist und glaubt zu wissen, dass die utopischen Gedanken, mit denen man sich an die Vereingung ranmachte, wie etwa die blühenden Landschaften von Helmut Kohl, von dem Kapitalismus locker verschluckt werden. Er flieht nach Amerika und hat es überhaupt nicht vor, zurück zu kommen. In Amerika sammelt Assman Informationen über die Deutschen ebendort, seine Studienreisen finanziert er mit Hilfe Deutscher Telefonbücher, die er in kleinen immer noch sehr deutschen Ortschaften in den Südstaaten zu kostenpflichtigen Durchblättern und Kopieren anbietet. Wenn er aber den Süden Richtung New York verlässt und über die blühende Landschaften der protestantischen Utopie Pennsylwania fährt, nutzen ihn seine Telefonbücher nicht mehr. Die Amische, in dessen Land er sich gerade bei dem beginnenden Winter begibt, sind an ihre europäischen Wurzel nicht interessiert. Sie haben auf dem alten Kontinent Verfolgungen erlitten, müssten fliehen und um ihr Leben bangen, dies unterstützt keine Nostalgie nach die alten guten Zeiten daheim.  Sie machten sich nach Übersee, um endlich so zu leben, wie es ihnen ihre strenge protestantische Religion oktroyiert hat. Dort gründeten sie Pennsylvanien, einen Paradies auf der Erde

Dieser Bundesstaat im Osten der Vereinigten Staaten von Amerika wurde von William Penn (1644 – 1718), einen wohlhabenden und einflussreichen Engländer, gegründet. Er war Theologe, Jurist und erfolgreicher Verwalter seiner zahlreichen Güter. Noch in England gesellte er sich der Sekte der Quaker und erarbeitete ein Modell für eine neue quakersche Siedlung in Nordamerika. Nach dem Tod von Penns Vater, berühmten Admiral, Sir William Penn, beglich König Karl II. im Jahre 1681 eine größere Geldschuld, indem er Penn Junior ein riesiges Gebiet in der nordamerikanischen Wildnis vermachte und ihn zum dortigen Gouverneur ernannte. Das neue Land wurde zuerst „Sylvania“ (Waldland) und dann Pennsylvania als Ehrung für Penn-Papa genannt. Noch im gleichen Jahr, 1681, gründete Penn die Hauptstadt Philadelphia, die damit zu den ältesten Städten der USA zählt.

Und jetzt endlich zum Buch! Zum Buch! Seite 196 und drei weitere.

Der Nachmittag begann bereits diesig zu werden, am Horizont tauchten weitere Schneefall verheißenden Wolken auf, Wenzel hatte bestimmt noch siebzig Meilen durch Pennsylvania vor sich, bis er endlich im gelobten Land der geheimnisvollen Amischen einrollen würde. Links eine Abzweigung nach East Berlin, dann eine nach Weigelstown, rechts ging es nach Hanover und dem Lake Marburg, dazwischen New Oxford, York, ein weiteres Manchester und, schließlich, Lancaster. Wo es dort links nach Mannheim abging, hielt er sich rechts, um wenige Meilen weiter südlich in den Highway 340 einzubiegen. Windige, überdachte Pferdewagen, deren dreieckig fluoreszierende Heckmarkierungen in Assmanns Scheinwerferkegeln aufleuchteten, trabten vor dem zerbeulten Chevrolet her, beachtliche Ackergaul-Gespanne zogen, zu beiden Seiten der Landstrasse, diverses, vorsintflutlich anmutendes Bauerngerät in die stattlichen Scheunen, und hinter den Fenstern der großen, weißgestrichenen Gutshäuser wurden die ersten Kerzen angezündet. Wenzel hielt den Atem an und war tatsächlich etwas erleichtert, als ihm, auf der verschneiten Gegenfahrbahn, eine Kolonne benzinbetriebener Kraftfahrzeuge begegnete, welche ihrerseits, wie Assmann, hinter einem Pferdebuggy klebte. Halleluja, dachte Wenzel, und schlug mit der flachen Hand auf das Lenkrad. Er war nunmehr ein paar Autostunden von New York City entfernt, wenn er sich hierbei nicht gerade um einen weißen Flecken der Karte handelte, so doch, ganz offensichtlich, auf ein weiteres schwarzes Loch in American Dream gestoßen!

Wenzel Assmann beschlos eine Reihe von Tagen im Landkreis der sogennanten utopischen Gemeinden zu verbringen, und bog zwischen den Dörfern Bird-in-Hand und Intercourse, auf deutsch hieß das Geschlechtsverkehr, in die südliche Harvest Straße Richtung Orchard View Motel ein.
Das hübsche Gasthaus wurde von einer Familie abgefallener Amischer betrieben; das hieß, sie waren lediglich noch die reguläre Mennoniten, durften mit der Welt verhandeln, zum Beispiel Gastgewerbe treiben und sogar schwarzlackierten Autos fahren, vorausgesetzt, dass sie an diesen auch alle Chromteile, Zeugen irdischer Eitelkeit, schwarz einfärbten. Ein solchermasse komplett schwarz geschwärzter Chevy Impala parkte dann auch im Hof des Orchard View Motel; dem gewöhnlichen Kinogänger wäre er wie Killer-Limousine aus einem Carpenter’schen Siebziger-Jahre Film vorgekommen, allein der Eingeweihte wußte von dem schicken Design tiefdemütiges Täufertum altdeutscher Zunge auszumachen. Gut nacht! Motelbesitzer Stauffer schlurfte in sein Haus zurück: wahrscheinlich legte er sich schon um acht zu Bett. Assmann dagegen machte sich putzmunter daran, sein Auto auszupacken. Neben ihm logierte ein älteres Ehepaar aus Manhattan, das seine eigenen, lange zurückliegende Hochzeitsreise, vom deutschen Pennsylvanien bis zu den beinahe kosmisch rauschenden Niagara-Fällen, noch einmal über die Weihnachtstage nachvollzog. Zwar waren die beiden extra ins abgelegene Orchard View Motel gegangen, aber daß dessen menonnitischer Besitzer absichtlich keine Fernsehgeräte in die Zimmer gestellt hatte, hielten sie doch für übertrieben und kaum erträglich. Zweiter Themenschwerpunkt der New Yorker, wann immer Assman einen neuen Karton Bücher in sein Zimmer schleppte: Die USA würden von Rechtsanwälten regiert und also ruiniert; auch diese durchaus einleuchtende Verschwörungstheorie hatte Assmann schon des öfteren gehört. Ihm war nun aber weder nach einer leichten Seifenoper noch nach gravierendenr Rechtsprechung zumute, also wunschte er den Yankees einen schönen Abend, holte, bei Stauffer war schon alles dunkel, seine Yuengling-Sechserpackung aus dem Kofferraum und schloß sich in der frommen Stubbe ein. Auf dem Kopfkissen des voluminösen Federbett, wie aus einem Wilhelm-Busch-Bogen, dachte Assmann, lag ein winziges Brustbild des täuferischen Theologen Menno Simons inklusiver rückwärtiger Kurzbiografie; der Mann war 1496 in Witmarsum geboren worden sowie Anfang 1561 bei Bad Oldesloe gestorben; und auf dem Nachtschrank lag, Wenzel hochwillkommen, ein buntes Büchlein mit dem vielversprechenden Titel 20 Most Asked Questions, verlegt in Lancaster im Jahre 1979 nach des Herren Geburt.

Naturgemäß drehten sich alle zwanzig Fragen um die verschiedenen Täufer Gruppen, welche sich in pennsylvania, Dutch Country, Dutch immer für Deutsch, niedergelassen hatten; mit unüberhörbar begünstiegender Betonung der Mennoniten-Sekte, in welche Stauffer gewissermaßen zurückgestoßen worden war. Da aber die Amischen mit der Wißbegirige weitgehend mit mennonitischen Abhandlungen über deren fundementalistischen Glaubensbrüder vorliebnahmen. Frage Nummer Eins hielt sich den auch gleich mit dem Unterschied zwischen Amischen und Mennoniten auf; wobei die ersteren, von denen sich einige Gruppen auch Mennoniter alter Verfassung nannten, als schrullig-archaische Ausgabe der letzten durchgingen. Wo der Mennonit in die Carpenter-Chaise stieg, schwang sich der Amische auf den harten Kutschbock, wo dieser den Lichtschalter drückte, machte jener eine Kerze an, wo Menno Simons’ Anhänger in ihrem kargen, pseudoprotestantischen Kirchenschiff beteten, blieb die Gefolgschaft Jacob Ammans gleich im Bauernstübchen, und so weiter. So etwas läßt sich merken, dachte Assmann und blätterte weiter. Punkt zwei: Zuerst mit Luther und Zwingli gegen die korrupten, alten Katholen, dann die wiedertäuferische Abspaltung in Deutschland, Holland und der Schweiz; anarchistische Anabaptisen-Kommunen kämpfen einen apokalyptischen Dreifrontenkrieg gegen Staat, Katholizismus und Reformation zugleich. Verdachtsmomente der Kriegskommunisten, nach denen Luther die Wucherer in erster Linie aus antisemitischen Beweggründen verurteilt hatte, erhärten sich; Assmann kannte diese geschichten aus seiner eigenen Anarchistenzeit. Frage Drei; Jawohl, die Amischen und Mennoniten sind Christen wie Sie, liebr Motelbesucher, oder wie Dirk Willems, der dem Büttel, welcher ihm nachsetzte und dabei durch die dünne Eisdecke des Dorftümpels gebrochen war, das Leben rettete und daraufhin trotzdem festgenommen sowie 1569 auf dem Scheiterhaufen verbrannt wurde.

Märtyrer, notierte Assmann, spielen offenbar eine zentrale Rolle in den utopischen Kommunen.

Nun ja…

Z lamusa

Tibor Jagielski

na razie internet znajduje się nadal w powijakach
ten oblepiony spamem bobasek wygraża nam piąstką hejtera
i oznajmia, że jak dorośnie, to nam dokopie,
bo nie ma większego filozofa niż google, a filozofki jak wikipedia
te dwie niańki to wektory w przyszłość kiedy to do okna zastuka drona,
uprzejmie ostrzeże, że w przypadku użycia fałszywej karty kredytowej zacznie natychmiast strzelać,
i uprzejmie zapyta
– kto zamówił pizzę, a kto fryty?

Wisława Szymborska

Der Hass

Schaut, wie er immer noch tüchtig,
wie gut er sich hält
in unserem Jahrhundert der Hass.
Wie leicht nimmt er die hohen Hindernisse.
Wie einfach für ihn – springen, zupacken.

Anders als die anderen Gefühle.
Gleichzeitig älter und jünger als sie.
Gebiert selbst Ursachen,
die ihn zum Leben erwecken.
Sein Schlaf wird nie Ewiger Schlaf.
Schlaflosigkeit nimmt ihm keine Kräfte,
sonern vermehrt sie.

Die Religion oder nicht
– in den Startlöchern zu knien, drauf kommt es an.
Die Heimat hin oder her
– Sturmlaufen, das ist es.
Und selbstgerecht von anfang an rennt er alleine.
Der Hass. Der Hass.
Sein Gesicht verzehrt durch Grimmase
einer Liebesekstaze.

Ah, diese anderen Gefühle
– schwächlich und lahmarschig.
Seit wann kann die Bruderschaft
auf die Menge rechnen?
Ist Mitleid jemals
als erstes ans Ziel angelangt?
Wieviele hat Zweifel mit sich gerissen?
Er reisst nur, der seins weiss.

Begabt, aufnahmefähig, emsig.
Braucht man darüber zu sprechen wieviele Lieder er schuf?
Wieviele Seiten der Geschichte er schrieb?
Wieviele Teppiche aus Menschen breitete er aus,
auf wievielen Plätzen und Stadien?

Belügen wir uns nicht:
er kann die Schönheit schaffen.
Prächtig sind seine Brände in der dunklen Nacht.
Ausgezeichnet das Gewimmel der Explosionen
in rostiger Morgendämmerung.
Es ist schwer den Trümmerrn das Pathos abzusprechen,
und den derben Witz, einer, ins Himmel ragenden, Kollonade.

Er ist ein Meister des Kontrasts
zwischen Lärm und Stille
zwischen rotem Blut und weissem Schnee.
Aber vor allem langweilt ihn nie
das Motiv der geplegten Häscher
mit seinen geschändeten Opfern.

Zu neuen Aufgaben immer bereit.
Wartet er mit Geduld.
Man sagt er sei Blind. Blind?
Er hat rege Augen eines Scharfschützen
und blickt brav in die Zukunft
– er allein.

aus dem Polnischen von Tibor Jagielski (1996)

 


Kongres owadów – W Francji nazywają nas Prusakami, w Prusach – Francuzami

naprawdę nie wiem, co mnie pozytywnie nastroi, może to, że żeby się zalogować tutaj, nie potrzebuję wieczności; może z tego powodu, że szelowska wieś (otoczona drutem z kolczastych bajkopisarzy – dorn 😉 ) pochrapuje nadal spokojnie (podczas gdy medialne haubice szeryfowej angeli po przeoraniu grecji, dobrały się do węgier), a jej prezydent czyta uśmiechając się łagodnie, a wręcz dziewiczo na tle zramolałej sceny politycznej zaścianka; polskiej lewicy nie pozostanie nic innego jak poprosić o azyl w chile

(chiny nie wchodzą w rachubę – nie ma gdzie się spowiadać), a najbardziej krewcy udadzą się, pod przywództwem millera, do boliwii, aby założyć tam rodziny z indiankami i plantacje koki

być moze dopiero tam, w cieniu andyjskich wulkanów i w słodkiej melodii fletów, narodzi się nowa lewica aby, najpóźniej za dwieście lat, obalić totalną dyktaturę happytalizmu; venceremos!

Mit Corona im Kopf

Autorin wohnt in der berühmten Berliner Regenbogenfabrik, wo sie z.Z. das Kulturprogramm verantwortet. Aber zu Regenbogenfabrik gehört so viel – Wohnhaus (vor 40 Jahren ein bestztes Haus), Hostel, Kantine, Kita, Fahrradwerkstatt, Tischlerei, Kino, Kiezcafè, Austellungen, Lesungen, Konzerte... Wie oft haben wir vom WIR e.V., aber auch von Städtepartner Stettin e.V. in der Fabrik Veranstaltungen und Workshops organisiert, Filme gezeigt, unsere Gäste übernachten lassen.

Christine Ziegler

Liebe Ewa

Es ist erst eine woche her, dass ich begriffen habe, wie sehr dieses virus in mein leben eingreift. Meine letzte renitenz ist die fahrt zur steglitzer arbeitsstelle mit dem rad, die mir persönlich vergnügen und viel nachdenklichkeit beschert hat.

Die entscheidungen, die jeden tag in neuem gewand auf einen zukommen, sind nicht immer einfach. Auf der hygienischen und medizinischen seite hab ich schon viel gelernt und für mich persönlich bin ich auch wenig ängstlich. In der gesamtverantwortung ist es dann schon anders. Und die spaltet sich dann auch auf in die verschiedenen teile. Schutz von menschen, die ein höheres risiko haben als ich, aber auch den zusammenhalt der menschen nicht endlos unterminieren. Und wir als regenbogenfamily sind sowieso nicht in den „little boxes on the hillside“ verpackt und unsere grenzen sind sehr fluid. Dazu kommt dann auch noch das tiefe finanzielle loch, dass sich nun schon wieder und in bisher nie gekanntem ausmaß auftut, nachdem alle gäste storniert und alle vier kitas, die von der kantine bekocht werden, nun kein mittagessen mehr brauchen. Und soll die kultur als lebensmittel und stimmungsaufheller aufhören, wenn bei uns sowieso in der regel weniger als 50 menschen kommen? aber wollen wir wirklich mit anwesenheitsliste dastehen und alle erfassen? Aber die künstlerinnen, die bei uns auftreten, leben ja auch oft von der hand in den mund, wie sollen die jetzt satt werden? Aber wer kommt überhaupt, wenn wir die tür auflassen?

Nun denn, das haben so viele andere auch, so wird es auch was gemeinsam rettendes geben.

Die morgendliche fahrt mit dem rad zur arbeit nach steglitz war dann ganz wunderbar. Es ist ein genuss, bei diesem schönen wetter durch die stadt zu fahren und alles ist so entspannt, denn das motorisierte verkehrsaufkommen ist unvergleichlich viel kleiner als sonst und da hat die rücksichtnahme deutlich mehr chancen.

Dabei gab es für mich noch einen erinnerungsflash: als das akw in tschernobyl hochging, da war die sonne auch so brilliant und wir standen auch einer ganz und gar unsichtbaren gefahr gegenüber. Und als wir sie langsam kapierten, da war es erst auch eine gefahr, „weit weg“ und „nur dort“ ganz akut tödlich. Hatte das wirklich was mit uns zu tun? Dies mal ist china viel weiter weg, doch ist heut alles noch viel näher. Der große unterschied: Wir werden in den heutigen zeiten so viel besser informiert, da haben wir einen echten fortschritt erlebt. Der sich aber manchmal auch in sein gegenteil verkehren kann, wenn ungesicherte fakten und undgebremste meinungen aufeinanderprallen.

Und ich denke viel darüber nach, was wir hoffentlich gelernt haben werden, wenn die krise vorbei ist. es sind die kleinen risse und feinheiten. Wenn sie erst die kitas ganz zumachen und dann merken, dass die „systemrelevanten“ menschen nun noch weniger arbeitsfähig sind, weil die kinder versorgt werden müssen. Da könnte dann für die zeit danach die liste der systemrelevanten berufe ein guter katalog sein, wenn es um die nächsten tarifverhandlungen geht. In der liste stehen einige berufe, die verdammt schlecht bezahlt werden. So hoffe ich, dass die welle der dankbarkeit, die sich zurzeit und erfreulicherweise in den sozialen medien breitmacht, dann später in konkrete solidarität umgemünzt wird. Und das muss ja mehr sein, als die unterstützung von beschäftigten und ihren gewerkschaften, da muss auch die politik umsteuern und dieses billig, billig nicht mehr unterstützen. In der taz gab es heute auch die erinnerung, wer alles dafür sorgt, dass informationen auch zirkulieren und das sind eben nicht nur die journalist*innen, sondern auch die zeitungsausträger*innen und systemadmins etc.

Und studien wie die von bertelsmann im letzten jahr, mit dem tenor, dass wir uns die hälfte der krankenhäuser sparen können, werden hoffentlich auch so schnell nicht wieder geschrieben.

Und vielleicht steigt auch die einsicht, dass privatisierung in der daseinsvorsorge nichts zu suchen hat.

Ja, das waren so meine gedanken auf dem weg von kreuzberg nach steglitz. Normalerweise mache ich nicht viel in den sozialen medien, doch diese gedanken will ich noch mal unterbringen. Die situation der geflüchten und die fragen zu rassismus habe ich da noch gar nicht mit ins spiel bringen können. Der rest der sorgen macht ja nicht halt, auch wenn nix anderes als corona mehr in der zeitung steht.“

Inzwischen haben wir in der regenbogenfabrik alle veranstaltungen bis zum 30.4. abgesagt, der betrieb in den anderen bereichen ist auf ein minimun reduziert und es gibt auch keine besucher*innen mehr. wir wenden uns nach innen und betreiben krisenmanagement. Und halten auf abstand, was sich komisch anfühlt, aber ohne abstand würde sich auch komisch anfühlen.

Liebe grüße

Christine

Spotkania z Księciem Ciemności 11

Ksawery Kopański

Jam jest Książę Ciemności! My tu czeźniemy na kwarantannie, a on jak zwykle przychodzi niezapowiedziany, od czasu do czasu. To posiedzi, to posnuje się bez celu. No dobrze, niech siedzi, niech się snuje. Czarnuch jeden… Czarny. Co on taki czarny? Jak to drzewiej gadali? Że w takie czarne najchętniej wcielał się szatan? No bzdura przecież, średniowiecze! Chociaż… Jak się tak dokładniej przyjrzeć… Kto wie? Wszak odwieczna mądrość ludowa… No i co mu się te oczy tak błyszczą?

Łazi tak jakoś podejrzanie, skrada się pod ścianami. Co on się tak skrada? Ma powody?

I czemu się kryje w zaroślach? Ma coś do ukrycia?

Oho! Jest i następny! Pomiot diabelski. Zbierają się, zwołują… Spiskują… Na pewno spiskują!

Dają sobie znaki ogonem. Mruczą. Jakie tajne rozkazy, jakie ciemne zadania roznoszą po okolicy? Mroczne, czarne jak one same!

Mnożą się. Są już wszędzie. Gdzie by się człowiek nie ruszył, tam łypią złowrogo zielone ślepia.

A wyłapać, do cholery, je wszystkie! A spalić, jako nasze prapradziady czyniły! Najwyraźniej, przepełnione odwieczną ludową mądrością, wiedziały prapradziady, co i dlaczego czynią. Najwyraźniej szatański przychówek i piekielna czeladka sama sobie była winna. Na pewno była!

I dalej jest. O, ten na przykład siedzi nad samą wodą. Wiadomo po co! Łapać go, na pal wbić! Niech zdycha w męczarniach.

A już ten i ów przynosi nowe wieści i gotów jest przysiąc, że widział żydów zatruwających studnie! Trwoga!! Sąd boży!!!

***

Tak. Upływ lat, wieki postępu o kant dupy rozbić. Gdy przychodzi, jak mówią, „co do czego”, wszystko jest po staremu. Słabe umysły tak mają i tak mieć będą.

Ale ty, Kotku, olej ich. Chodź tu do mnie. Połóż się wygodnie. Tutaj nic Ci nie grozi. Zamrucz mi swoją wieczorną kołysankę. Razem jakoś przeskoczymy przez noc.

A ja obiecuję, iż po raz pierwszy i ostatni w opowieści o Księciu Ciemności nawiązałem do aktualiów. Tak trzeba, bo każdy na tym blogu od kilku dni nawiązuje i stosowną daninę złożyć należało. Ale nigdy więcej! Nad publicystykę nieporównanie wyżej cenię bowiem głupiutkie gawędy o błahostkach. Mam powody…

Frauenblick, Prag und Corona

Monika Wrzosek-Müller

Weiterhin Prag, Prag und noch mal Prag

„Prag ist bis heute dank seiner Anlage und als Metropole eines recht kleinen Staates eine intime Großstadt. Es verkörpert die endlose Reihe unserer Träume und Wünsche, verwoben mit der bestehenden Wirklichkeit, für die wir jedoch mitverantwortlich sind.“ So Lenka Reinerova.

Prag als Anlage ist wirklich einmalig, auf wie vielen Hügeln die Stadt liegt, hat niemand gezählt. Doch es sind ganz viele und deshalb sind auch wunderbare Aussichtspunkte vorhanden. Fast alle Parks, die hier übrigens sady [Obstgärten] heißen und es oft auch sind, wie das Wort im polnischen gebraucht wird; sind mit Obstbäumen bepflanzt und liegen auf Anhöhen. Prag verpflichtet, ist vielleicht fast zu märchenhaft schön. Man fühlt sich mit eigenen Beschreibungen überfordert und gerät immer wieder in den Ton eines Fremdenführers, auch wenn man es vermeiden möchte.

In Zeiten der Coronavirus-Krise eignen sich gerade diese Hügel zu längeren Spaziergängen wunderbar; noch dürfen wir ausgehen und in der frischen Luft, im Wind die dunklen Gedanken lüften. Außerdem, auf solchen Spaziergängen hält man meistens 1,5 Meter Abstand von potenziellen Virusträgern, ganz automatisch, es sei denn alle anderen kommen genau auf denselben Gedanken. Den Italienern ist das auch untersagt, sie kommen nur um 18.00 Uhr auf die Balkone und singen zusammen, um sich etwas Mut zu machen. Man fragt sich schon, wo eigentlich der Europagedanke in so einer Krise geblieben ist, warum helfen wir uns nicht viel mehr gegenseitig und denken uns eine gemeinsame Vorgehensweise aus.

Zurück zu den Hügeln und Ausblicken; es gibt nicht nur den Hradschin mit den Schlössern, Palästen und dem Veitsdom und den Petrin mit einem Mini-Eifelturm, einer Seilbahn, Wald und Obstgärten, sondern man hat auch noch den sehr langgezogenen Letna-Park, von dem aus fast die schönsten Fotos der Prager Stadtlandschaft gelingen. Prag ist sehr fotogen, aus allen Blickwinkeln kann man schöne Aufnahmen machen. Der Letna-Park mit seinem riesigen Metronom, das als künstlerische Installation von K.V. Novak 1991 entstand und auf den Sockel des 1962 zerstörten Stalin-Denkmals gestellt wurde. Normalerweise gibt das Metronom den Takt an, jetzt steht es still. Im Moment steht alles still, wo vor drei Tagen noch Massen von Touristen die Wege kreuzten, ist alles leer und irgendwie unheimlich. Zwar kommt einem die Stadt jetzt viel freundlicher, sanfter und, ja klar, ruhiger vor. Doch es ist die Ruhe vor dem Sturm, niemand weiß, wie lange die Quarantäne dauern wird und wer wen besiegt.

Der Hund fordert seinen Tribut und das ist gut so, er zwingt zum Laufen, zum Rausgehen. Die nächsten Hügel sind auch nicht sehr weit: Vysehrad mit seiner barocken Festung hoch über der Moldau auf einem felsigen Vorsprung, auf dem rechten Flussufer gelegen. Das Gelände hat sehr viel zu bieten, aber vor allem einen einzigartigen, atemberaubenden Ausblick auf Prag. Man gelangt durch eines der vielen schweren, riesigen Tore (Chotek Tor, Spitzes Tor, Tábor Tor, Leopolds Tor) hinein und arbeitet sich weiter nach oben an der Martinsrotunde aus dem 11 Jh. vorbei, die aber sehr unecht und herausgeputzt wirkt. Es gibt dann verschiedene alte Gebäude und eine im neugotischen Still errichtete St. Peter und Paul-Kirche mit zwei riesigen Türmen. Es existiert hier auch der oft besuchte Vysehrader Friedhof, auf dem berühmte Künstler begraben liegen, wie z.B. die Komponisten A. Dvorak, B. Smetana und R. Kubelik, aber auch die Familie von Kafka und Jan Neruda und viele andere mehr. In den Kasematten der Festung stehen die Originale der Barockstatuen der Karlsbrücke. Natürlich gibt es viele Cafés und Bierkneipen und Restaurants. Der sorgfältig angelegte Park ist wunderschön und wird minuziös gepflegt; es wachsen ganz viele Rosen mit Lavendelbüschen und viel Spalierobst. Um die Festung herum führt ein Weg, von dem aus man diesen wunderbaren Blick mit sich immer verändernden Perspektiven genießen kann.

Jetzt sind wir gerade von der Insel Strelecky Ostrov zurück; es ist der zweite Tag der totalen Quarantäne wegen Coronavirus in Prag und die Stadt ist wie leergefegt und auf der Insel fehlen sogar die Schwäne und die dicken Nutrias, die hier immer von den Touristen gefüttert wurden. Oder sind sie wegen dem Coronavirus untergetaucht? Wir konnten keine Schutzmasken mehr kriegen, so laufen wir mit dem Schal über dem Gesicht, was sehr warm und unangenehm sein kann.

Einen anderen Hügel haben wir am Sonntag entdeckt, da war die Stadt noch nicht so entschleunigt und still, wie jetzt. Vinohrady – die königlichen Weinberge, eigentlich lange Zeit eine selbständige Stadt, die mit fast 100 000 Einwohnern, als drittgrößte Stadt zählte. Erst 1922 wurde sie nach Prag eingemeindet. Jetzt erheben sich um den Friedensplatz Namesti Miru die schönsten, sehr sorgfältig renovierte Jugendstil- und Art déco-Bürgerhäuser, die auch um den Riegrovy Sady Park stehen. Der Park breitet sich auf dem Hügel aus, viele kleine Wege führen rundherum, es gibt Sportanlagen, Cafés und Biergärten. Von einem bestimmten Punkt hat man eine gute Aussicht auf die unten liegende Stadt. Es ist offensichtlich ein sehr beliebtes Wohnviertel für schicke, junge und reiche Leute (mit vielen außergewöhnlichen Hunden).

Das beste Verkehrsmittel für mich, für uns sind die Straßenbahnen, sie durchziehen eigentlich die ganze Stadt. Klar, man ist mit der U-Bahn schneller, doch unterirdisch sieht man nichts und die Stationen gehen unheimlich steil nach unten, so dass es einem schwindlig wird.

Mit der Straßenbahn Nummer 22 kann man auch Bílá Hora (den Weiße Berg) erreichen. Mit seinen 381xm Höhe und seiner markanten Geschichte der Schlacht von 1620 ist der kleine Hügel auch eine Besichtigung wert. Es war die für Böhmen entscheidende Schlacht des Dreißigjährigen Krieges, bei der die Truppen der protestantischen böhmischen Stände der katholischen Liga unterlagen. Nach der Schlacht musste der sog. Winterkönig aus Böhmen fliehen, was eindrucksvoll in dem Buch von Daniel Kehlmann „Tyll“ beschrieben ist. 27 Standesherren wurden auf dem Altstädterring exekutiert und Tausende von Protestanten (90% der Bewohner waren Protestanten) mussten fliehen. Es war ein bedeutender Sieg für die katholische Kirche und Böhmen blieb für lange Zeit eine einfache Provinz der Habsburger Monarchie. Zwar kann man auf dem kleinen Hügel wenig von der Vergangenheit erkennen doch es existiert unweit des Ortes ein im Mittelalter angelegtes Gehege, in dem Wild gehalten wurde. Das Hvezda-Gehege ist mit einer hohen Mauer umgeben und wurde bis Anfang des 19. Jhs. als solches benutzt; in dem Gehege steht ein Renaissanceschloss mit einem sternförmigen Grundriss , Letohradek-Hvezda. Erst später wurde die Anlage in einen englischen Park umgestaltet.

Es gibt noch mehrere weitere Hügel und Erhebungen, die ja nach Bewegungsmöglichkeit zu besichtigen wären. Noch fahren Autos und man trifft einzelne Menschen, der Hund ist ein guter Vorwand!

Korona Królowej

Dziś dwie autorki, najpierw Maria z Florencji, a potem Teresa z Wiednia. Przy czym Florencja jest w tej zapowiedzi ważna, a Wiedeń nie, bo Teresa napisała wiersz o nas a nie o Wiedniu. Proszę wszystkich innych autorów o przysyłanie tekstów o życiu podczas zarazy. Jak żyjemy, co myślimy, co czujemy, co czytamy? Opublikuję wszystkie, nie bacząc na kolejność stałych wpisów…

Maria Marucelli

Florencja w czasach koronawirusa

Zaczęło się wszystko po cichu, powoli. Najpierw, jak zresztą wszyscy, śledziliśmy wydarzenia w dalekiej prowincji Chin, bez większego zainteresowania, bo to była epidemia daleko. Później zaczęliśmy omijać Chińczyków, których tłumy przyjeżdżają do Florencji (jak również do innych miast włoskich) podziwiać zabytki i dzieła sztuki. Czy wiecie, że w 2019 przewinęło się przez Włochy 94 miliony turystów wszystkich narodowości (źródło Wikipedia https://it.wikipedia.org/wiki/Turismo_in_Italia) na 60 milionów z kawałkiem ludzi którzy tu mieszkają? To jest jeden z powodów, dla którego Włochy są epicentrum europejskim tego wirusa. Ale dosyć dygresji statystycznych, o tym wszyscy wiedzą. Później wirus zaczął się rozwijać na północy Włoch, tam wprowadzono obostrzenia i pamiętam doskonale pewien piątek, kiedy spotkałam się z moja córką przed żłobkiem jej syna i czekając, aż nas wpuszczą do środka, rozmawiałyśmy z mamusiami i babciami, że to byłaby tragedia, gdyby zamknęli szkoły w całych Włoszech! W następny piątek już wszystko było zamknięte, od żłobka po wyższą uczelnie, i to w całym kraju! Jeszcze w poniedziałek poszłam opiekować się moim wnukiem, pogoda nie była najlepsza, byłam więc z nim całe przedpołudnie w domu, wymyślaliśmy różne gry, bo trzyletni maluch jest bardzo energiczną istotką, pomysłów ma masę i gada bez przerwy. Następnego dnia okazało się, że w dalszej rodzinie mojego zięcia jest pani, której zrobiono badanie i jest pozytywna na koronawirusa! Blady strach padł na nas wszystkich, dziadkowie zostali odstawieni do własnych domów, maluchem zajmują się tylko rodzice, którzy pracują na komputerach z domu, oczywiście na zmianę, bo praca z trzylatkiem wygląda tak jak tu na zdjęciu:

W następnych dniach zaczęto wysyłać ludzi do domów z laptopami i teraz głównie odbywa się „telepraca”. Otwarte są supermarkety, sklepy spożywcze i zieleniarskie, apteki, stacje benzynowe, mechanicy i różne inne usługi, bo pralka może się zepsuć, żarówka przepalić itp. Zasadę znacie wszyscy dobrze: trzeba być NA METR od drugiej osoby! bo izolacja to jedyna metoda walki z tym wirusem.

zdjęcie z sieci

W centrum Florencji jest pusto, nie ma turystów, są zamknięte kościoły, muzea, galerie, biblioteki i archiwa państwowe z bardzo starymi i bardzo cennymi dokumentami. Po takiej Florencji chciałoby się chodzić, jest cisza i spokój, można by się napawać pięknem starego miasta, podziwiać zaułki, domy, wieże i przepiękne parki; kontemplować ze spokojem dzieła sztuki, które w przewalającym się tłumie turystów dla stałych mieszkańców są zupełnie niedostępne.
Florentyńczycy odzyskali, ale tylko teoretycznie, swoje miasto. Chciałoby się podjechać kilka przystanków tramwajem pod stację Santa Maria Novella i dojść spokojnym spacerkiem przez via Panzani i dalej via de’Cerretani dojść do Baptysterium …. Niestety nie należy wychodzić z domów, chyba że w sprawach uzasadnionych. Zamknięte są również parki i place zabaw dla dzieci (jeżeli ogrodzone). Lista zamkniętych sklepów jest bardzo długa, są na przykład zamknięci fryzjerzy i salony kosmetyczne, restauracje i bary, co dla Włochów jest bardzo trudną sprawą, bo wielu z nich jada tam śniadanie (cappuccino albo caffé to wielka tradycja oczywiście z brioches).

Bardzo miłą akcję prowadzą panie właścicielki żłobka, z mamusiami maluchów, które teraz siedzą w domu i się nudzą. Utworzyły grupę na WhatsAppie i codziennie przysyłają dzieciom a to filmiki z piosenkami śpiewanymi przez nie, a to czytane książeczki. Któregoś dnia przyszło zadanie żeby dzieci z pomocą rodziców zrobiły tęczę. Matteo zrobił kolaż przy okazji wysmarowując dwie tubki kleju – zabawa była świetna. Maluch dobrze wie, że wychodzi się tylko na trawnik pod domem, bo jest dużo kaszlu i że dziadków i resztę rodziny widuje się przez Internet.

A Florencję zobaczymy kiedyś, nie traćmy nadziei!!!

Autorka przysłała też tekst polskiego dziennikarza, mieszkającego we Florencji: GoldkornFlorencja


Z Wiednia

Teresa Rudolf

Kimże jesteś Królowo???
X

Przychodzisz najpierw
ukradkiem, żarłoczna,
chciwa, schowana
za maską zmarłych,
chorych.

X
Kim jesteś???
X
Przychodzisz teraz już
jawnie, chichocząc,
strasząc, budując
kiedyś mury chińskie,
a teraz światowe.

X
Kim jesteś???
X
Przychodzisz,
przelatujesz jak
złowieszczy ptak,
przypływasz jak
zatruta ryba.

Kim jesteś???

Kimże ty jesteś,
co wykrzykujesz
coraz głośniej,
co pokazujesz
w twym języku???
X
Masz tłumacza?
Kimże on jest?
Gnębionym zwierzęciem?
Głodującym czlowiekiem?
Płaczącą Naturą???
X
Masz tłumacza?
Kiedy się ujawni?
Powie to, co wiemy?
“Chcieliśmy mieć wszystko,
nie zostanie nam nic”
????

Tibor, Marek, Ewa

Poeta pamięta

Tibor Jagielski

barbarzyńcy na lesbos

kije bejsbolowe
wchodzą do ogrodu poezji

harfa gra wrzask nędzników
miotanych w te i we wte
koncertem fal epoki plastyku

nie
nie dopadną sapho
nie poruszą nawet
niewdzialnego dla nich świata
tak zadecydowali bogowie

06/03/20

Ewa Maria Slaska

Dobrze, że poeta pamięta. Bo my zapomnieliśmy.

Wirus sprawił, że zapomnieliśmy o pożarach w Australii, więc informuję: skończyły się, za to są powodzie, które rozwlekły szlam ze spalenizną na tereny, które pożar łaskawie ominął. Na szczęście rośliny odrastają. Miliard spalonych zwierząt nie wstanie jednak z martwych.

Zapomnieliśmy o troskach o klimat i zrównoważoną gospodarkę, że nie wspomnę o zrównoważonym odżywianiu. Tłum w Polsce i w Niemczech wykupuje mąkę, makaron i ryż, a im bardziej wykupuje, tym bardziej my, ci, którzy nie wykupują, pytamy sami siebie, czy nie powinniśmy jednak czegoś kupić, bo albo nie będziemy mieli co jeść, albo, gdy w sklepach zabraknie jedzenia, okaże się, że w sklepikach i na straganach możemy jednak kupić to samo, tylko 5 albo 10 razy drożej. Na razie uciekamy się do jakichś drobnych zakupów, typu dwa kilo mąki więcej. Myślę, że wstydzilibyśmy się, gdybyśmy kupili 50 kilo na raz. Zastanawiam się, czy jesteśmy idiotami, czy zakłamani, a może jesteśmy zakłamanymi idiotami. No, ale może jesteśmy jedynymi rozumnymi ludźmi i do nas będzie należało zrównoważone królestwo niebieskie.

Zapomnieliśmy też o tym, co się dzieje na Lesbos. Pamiętają tylko poeci i aktywiści. Tibor już dziesięć dni temu przysłał wiersz, Ania Alboth, inicjatorka Marszu dla Aleppo, bierze udział w organizacji Walk of Shame.

Tabor Regresywny (czyli Marek)

Wszyscy myślą tylko, jak się uchronić przed wirusem, albo jak nad nim zapanować. Jako baratarysta sprobuję postawić inne pytanie. Czy ten wirus atakuje ludzi, a narastające problemy gospodarki są skutkiem ubocznym, czy odwrotnie? A może wirus atakuje gospodarkę, a ludzie są tylko narzędziem? Nie było by to głupie z jego strony, biorąc pod uwagę problemy z klimatem i ciągle nie rozwiązany problem śmieci. Załóżmy baratarystycznie, że tak jest. Co w tej sytuacji robić? Może spróbować wirusów, wyjść naprzeciw i przestawić się na gospodarkę regresywną? Może wtedy odpuści, wiedząc, że my to zrobimy rozsądniej. Może to nie jest taki głupi wirus, na jakiego wyglada?

EMS

Myślę, że dawno przestaliśmy być tym, co się w prasie szumnie nazywa Twierdzą Europa, i, wręcz przeciwnie, jesteśmy Oblężonym Miastem Europa, którego nie da się ocalić. Od Zachodu odgryzł nam spory kęs terytorium biały, paskudny, ujadający piesek, poszczuty przez rudego kundla. Hapnęli i nazwali to Brexit. Od Wschodu zimny drań, który fantastycznie gra w szachy, rozgrywa swoją partię biednym polskim staruszkiem-pionkiem w kapciach i jego dwoma srebrnymi wieżami, a z Chin nadciągnął ukoronowany wirus. Król Korona. Od Południa kolejny zimny drań spotęgował wirusa falą nieszczęsnych uchodźców napędzonych przez szmuglerów ludzi. Przywozi ich atobusami na granicę z Europą i im więcej wśród nich przerażonych dzieci i zgwałconych kobiet, tym dla niego lepiej. W obozach uchodźców wirus zapewne już zbiera śmiertelne żniwo, tylko nikt nie chce tego widzieć, bo jak zobaczy, to musiałby zareagować. To straszne ludzkie nieszczęście to broń Czarnego Króla, młot na Królową, jedyną, jaką jeszcze mamy.

TR

Przedstawiłaś wiele problemów do pilnego rozwiazania. Proponuję podejście baratarystyczne. Nie rozwiązywać. Spróbować je połączyć. Może zaczną się same rozwiązywać.
EMS

To nie jest lista problemów do rozwiązania. To ocena sytuacji.
TR
Fritjof Capra w ksiazce Punkt zwrotny opisuje praktyki pewnych plemion w sytuacji, gdy ktoś zachoruje. Nikt nie przejmuje sie chorym, natomiast plemię zbiera się i zaczyna dyskutować, co złego zdarzyło się w naszej społeczności, że pojawiła się choroba. Choroba jest traktowana jako symbol (ja bym powiedział: jako komunikat) jakiegoś zła czy naruszenia ładu kosmicznego.

EMS

Tak, na pewno naruszyliśmy ład kosmiczny.

TR

Odoradzałbym wejscia na drogę zrównoważonego rozwoju. Z dwojga złego lepszy jest ten niepohamowany. Mówię to w związku z eksperymentem z żabami. Żaby wrzucone do gorącej wody, natychmiast wyskakują, żaby wrzucone do chłodnej, którą następnie powoli się podgrzewać, dają się ugotować. Chrześcijaństwo nie do tego zostało powołane, byśmy kroczyli drogą zrównoważonego rozwoju. Zostało powołane po to, byśmy zaczęli wyskakiwać w związku z gwałtownym wzrostem temperatury.

EMS

Będę się upierała – na pewno naruszyliśmy ład kosmiczny i póki go nie przywrócimy, świat się nam będzie rozpadał w strzępy.

 

W téj kwarantannie…

Tibor Jagielski twierdzi, że trzeba czytać Hioba. To mi przypomniało, że jest przecież i taki wiersz o czasach zarazy… Chyba go nigdy nie lubiliśmy, choć w ogóle Słowacki, wiadomo, bardziej był “nasz” niż spiżowy Mickiewicz. Bądźmy szczęśliwi, że nasza kwarantanna to książki, filmy i planszówki…

Juliusz Słowacki

OJCIEC ZADŻUMIONYCH
W El-Arish

Trzy razy księżyc odmienił się złoty,
Jak na tym piasku rozbiłem namioty.
Maleńkie dziecko karmiła mi żona,
Prócz tego dziecka, trzech synów, trzy córki,
Cała rodzina, dzisiaj pogrzebiona,
Przybyła ze mną. Dziewięć dromaderów
Chodziło co dnia na piasku pagórki
Karmić się chwastem nadmorskich ajerów;
A wieczór – wszystkie tu się kładły wiankiem,
Tu, gdzie się ogień już dawno nie pali.
Córki po wodę chodziły ze dzbankiem,
Synowie moi ogień rozkładali,
Żona, z synaczkiem przy piersiach, warzyła.
Wszystko to dzisiaj tam – gdzie ta mogiła
Promienistemu słońcu się odśmiecha,
Wszystko tam leży pod kopułką Szecha.
A ja samotny wracam – o boleści!
Trzy razy wieków przeżywszy czterdzieści,
Odkąd do mego płóciennego dworu
W téj kwarantannie wszedł anioł pomoru.
O! niewiadoma ta boleść nikomu,
Jaka się w moim sercu dziś zamyka!
Wracam na Liban, do mojego domu –
W dziedzińcu moim pomarańcza dzika
Zapyta: “Starcze! gdzie są twoje dziatki?” –
W dziedzińcu moim córek moich kwiatki
Spytają: “Starcze! gdzie są twoje córki?”
Naprzód błękitne na Libanie chmurki
Pytać mię będą o synów, o żonę,
O dzieci moje, wszystkie pogrzebione
Tam, pod grobowcem tym okropnym Szecha –
I wszystkie będą mię pytały echa,
I wszyscy ludzie, czy wracam ze zdrowiem,
Pytać się będą. – Cóż ja im odpowiem?!

Przybyłem. Namiot rozbiłem na piasku.
Wielbłądy moje cicho się pokładły;
Dziecko, jak mały aniołek w obrazku,
Karmiło wróble, a ptaszęta jadły,
Aż do rąk prawie przychodząc dziecinie. –
Widzisz tę małą rzeczułkę w dolinie?
Od niéj wracała najmłodsza dziewczyna,
Z dzbankiem na głowie, prościutka jak trzcina.
Przyszła do ognia i wodą z potoku,
Śmiejąc się, lekko trysnęła na braci. –
Najstarszy – z ogniem zapalonym w oku
Wstał, dzbanek wody chwycił w drżące dłonie
I rzekł: “Sam Bóg ci za wodę zapłaci,
Bo chcę pić jak pies, bo ogień mam w łonie”.
To mówiąc, wodę wypiwszy ze dzbana,
Powalił się tu jak palma złamana.
Przybiegłem – nie czas już było ratować. –
Siostry go chciały martwego całować;
Krzyknąłem wściekły: “Niech się nikt nie waży!”
Porwałem trupa i rzuciłem straży,
Aby go wzięła na żelazne zgrzebła
I tam, gdzie grzebią zarażonych, grzebła.
A od téj nocy tak pełnéj boleści
Naznaczono mi nowych dni czterdzieści.

Téj saméj nocy Hafne i Amina
Umarły leżąc na łożu przy sobie.
A patrz! – tak cicho umierały obie!
Że choć po śmierci najstarszego syna
Oczy się moje do snu nie zawarły,
A nie słyszałem, jak obie umarły.
I nawet matka własna nie słyszała,
Choć wiem, że także téj nocy nie spała.
Rankiem obiedwie sine jak żelazo,
Dwie moje córki zabite zarazą,
Wywlec kazałem strażnikom z namiotu;
I porzuciły nas! – i bez powrotu!…
A jak dorosłym przystoi dziewicom,
Włosami ziemię zamiotły rodzicom.

Widzisz te słońce w niebie lazurowém?
Zawsze tam wschodzi za lasem palmowym,
Zawsze zachodzi za tą piasku górą;
Zawsze te niebo nie splamione chmurą:
A mnie się zdało wtenczas, nie wiém czemu,
Że słońce słońcu nie równe złotemu;
I już nie takie, jakie było wczora,
Ale podobne do słońca upiora.
A niebo, które patrzało na zgubę
Mego rodzeństwa, moich trojga dzieci:
Tak mi się mgliste zdawało i grube
Ziemi wyziewem i słońca purpurą,
Że nie wiedziałem, czy pacierz doleci
Do Pana Boga, co się zakrył chmurą.

I tak dni dziegieć przeszło, choć nieskoro.
Reszta mych dzieci żyła – wszystko czworo,
Małżonka moja serce miała lżéjsze,
I nawet moje dzieciątko najmniéjsze
Żyło i kwiatkiem nic chciało usychać –
Ja sam nareszcie zacząłem oddychać;
Bo nie wierzyłem, żeby wziąwszy troje
Bóg mi chciał zabrać wszystkie dzieci moje.

O! była to więc piekielna godzina!
Gdy patrząc na twarz najmłodszego syna
Śmierć zobaczyłem! – Ach, ja go tak strzegłem! –
Pierwszy na twarzy znak wystąpił drobny;
Nikt by nie dostrzegł – ja, ojciec, spostrzegłem.
On do tamtego stawał się podobny;
Stawał się jak mój trup pierworodzony
Z jasnego blady, z bladego czerwony.
Patrzę! – Na twarzy plam żelaznych krocie –
Więc zawołałem głośno: “Śmierć w namiocie!”
I pochwyciwszy go z takiémi trądy
Wyniosłem na step, pomiędzy wielbłądy,
Aby go tam śmierć zgryzła do ostatka;
I żeby na to nie patrzała – matka.

Przy konającym czuwaliśmy bliscy
Ja z wielbłądami – na kolanach wszyscy.
Łamałem ręce i wołałem głośno:
“Oby nie umarł! lub się był nie rodził!” –
A tam nad palmy, z twarzą nielitośną,
Gdy konał mój syn, blady miesiąc wschodził
I patrzał: – tego z pamięci nie zatrzéć!
I nie wiem, jak ten sam miesiąc mógł patrzéć?
Gdy skonał w moim ojcowskim uścisku,
Chciałem go spalić na popiół w ognisku;
Lecz ledwie ogień zaczął biec po szacie,
Wyrwałem trupa i rzuciłem straży –
Poniosło mi go czarnych dwóch grabarzy,
I lepiéj mu tam przy siostrach i bracie.
Od tego zgonu i od téj boleści
Naznaczono mi nowych dni czterdzieści.

Pod kręgiem słońca jako krew czerwonym
I pod namiotem tym zapowietrzonym
Żyliśmy, słowa nie mówiąc do siebie,
I śmierć przed samą śmiercią udawali
Myśląc, że Boga oszukamy w niebie,
Że się ten bałwan zarazy przewali. –
Powrócił! – Anioł powrócił morderca!
Ale mnie znalazł bez łez i bez serca,
Już omdlałego na boleści świeże,
Już mówiącego: “Niech Bóg wszystko bierze!”
Miałem na syna trzeciego cierpienia
Powieki bez łez i serce z kamienia.
Boleść już była jako chleb powszedni.
I pod oczyma mi konał mój średni,
Najmniéj kochany w mém rodzinném gronie
I najmniéj z dzieci płakany po zgonie.
Toteż Bóg jemu wynagrodził za to,
Bo mu dał cichą śmierć i lodowatą,
Bez żadnych bolów, bez żadnych omamień.
Skonał i skościał, i stał się jak kamień.
A tak okropnie po śmierci wyglądał,
Jakby już próżnych naszych łez nie żądał,
Ale chciał tylko lice swoje wrazić
W serca nieczułe, oczy nam przerazić
I wiecznie zostać w rodziców pamięci
Z twarzą, co woła: “Jesteście przeklęci!” –

Skonał. Myślałem wtenczas – o rozpaczy! –
Że jeśli reszcie Pan Bóg nie przebaczy,
Jeśli anioła śmierci przyszle po nie:
Dziecko mi weźmie – żonę – a po żonie
Mnie nieszczęsnego zawoła przed Stwórcę…
Córka! – Ja myśleć nie śmiałem o córce!
I trwoga o nią nie gryzła mię żadna.
Ach, ona była młoda! taka ładna!
Taka wesoła, kiedy moją głowę
Do lilijowych brała chłodzić rączek,
Kiedy zrobiwszy z jedwabiu osnowę,
Około cedru biegała po trawie,
Jak pracowity snując się pajączek.
Patrz! i ten pas mój błyszczący jaskrawie
Ona robiła – i te smutne oczy
Ona rąbkami złocistych warkoczy
Tak przesłaniała, że patrzałem na nią
Jako na róże przeze łzy i słońce.
Ach, ona była domu mego panią!
Ona jak jaśni anieli obrońcę
Najmniéjsze dziecko w kołyseczce strzegła.
I gdzie płacz jaki słyszała, tam biegła;
I wszystkie nasze opłakała ciosy,
I wszystkie nasze łzy – wzięła na włosy.

Dziesięć dni przeszło i nocy tak długich,
Że śmierć już mogła na gwiazdy odlecić.
Dziesięć dni przeszło, dziesięć nocy drugich
Przeszło – nadzieja zaczynała świecić…
Po dzieciach ustał wielki płacz niewieści
I naliczyliśmy ranków trzydzieści.
Nareszcie zbywszy pamięci i mocy,
Położyłem się i zasnąłem w nocy.
I we śnie, w lekkie owinięte chmury,
Ujrzałem moje dwie umarłe córy.
Przyszły za ręce trzymając się obie;
I pozdrowiwszy mię pokojem w grobie,
Poszły, oczyma cichymi błyszczące,
Nawiedzać inne, po namiocie śpiące.
Szły cicho, z wolna, schylały się nisko
Nad matki łożem, nad dziecka kołyską;
Potém na moją najmłódszą dziewczynę
Obiedwie – ręce położyły sine!
Budzę się z krzykiem i umarłą dziatwę
Klnąc wołam dziko: “Hatfe! moja Hatfe!”
Przyszła jak ptaszek cicho po kobiercu,
Rzuciła mi się rączkami na szyję;
I przekonałem się, że Hatfe żyje,
Słysząc jéj serce bijące na sercu,
Ale nazajutrz grom przyszedł uderzyć –
Córka!!! – Lecz na co z boleścią się szerzyć?
I te mi dziecko sroga śmierć wydarła!
I ta mi córka na rękach umarła!
A była jedna najstraszniejsza chwila –
Kiedy ją bole targały zabójcze,
Wołała: “Ratuj mię! ratuj, mój ojcze!”
I miała wtenczas czerwone usteczka
Jak młoda róża, kiedy się rozchyla. –
I tak umarła ta moja dzieweczka,
Że mi się serce rozdarło na ćwierci –
A piękna była jak anioł – po śmierci!

Przyszli nade mną płakać nieborakiem
Strażnicy; przyszli mi wydrzeć to ciało.
I nieostrożni zaczepili hakiem –
Hak padł na pierś jéj twardą, krągłą, białą…
I tu – bogdajby jak ja nie umarli! –
Tu ją pod mymi oczyma rozdarli. –
Ty im to, Boże niebieski, spamiętasz!
Wziąłem ją – i sam zaniosłem na cmentarz.
Z założonymi na piersiach rękoma
Siedziała trzy dni matka nieruchoma
W kącie namiotu, żółta, jakby z drewna.
Dziecina stała się blada i rzewna;
Bo mleko matki zaczęło wysychać,
I co dnia było płacz w kołysce słychać.
A ta pustynia – nie masz dzieci w grobie! –
Ona inaczéj wydaje się tobie,
Może złocista, jasna i weselna?
Lecz dla mnie jest to równina piekielna!
Przez tę równinę, przez te piasku kupy
Ciągnięto śniade moich dzieci trupy.
A tam na wzgórzu, kędy morze bije,
Dla ciebie szumi morze – dla mnie wyje;
A kiedy z wichrem na brzegi nie skacze,
Dla ciebie szemrze tylko – dla mnie płacze,
Co dnia, gdy przyszła wieczorna godzina,
Śpiewającegom słyszał muezina:
Jakby się nad mym ulitował losem,
Zaczął smutniejszym obwoływać głosem,
Krzycząc ze swego piaskowego stoga
Nieszczęśliwemu ojcu – wielkość Boga.
O! bądźże mi Ty pochwalony, Alla!
Szumem pożaru, co miasta zapala,
Trzęsieniem ziemi, co grody wywraca,
Zarazą, która dzieci mi wytraca
I bierze syny z łona rodzicielki.
O Allach! Akbar Allach! jesteś wielki!
Wszystko, co miało tylko twarz człowieka,
Zaczęło stronić ode mnie z daleka.
Namiotu mego – córki go uprzędły –
Płótna na rosie poczerniały, zwiędły
I podarły się, i lekko napięte,
Były jak próchna z ludzkich trumien zdjęte.
Zarazę było znać na tym namiocie –
I wiesz, że nawet tych wróbelków krocie,
Co zlatywały się tutaj o brzasku
Jeść okruszyny i kąpać się w piasku;
Odkąd mi dzieci zaczęło ubywać,
Po żer przestały się wszystkie zlatywać.
Czy odstraszyło je podarte płótno
Namiotu mego? czy twarz moja biedna? –
Nie przyleciała z ptaszyn ani jedna
I spostrzegłem to – i było mi smutno.

Po córce w pięć dni – o Boże mój! Boże!
Z wieczora huczeć już zaczęło morze
I słońca się krąg pochował ponury,
I niebo czarne zaciągnęły chmury.
Noc przyszła, dotąd w pamięci ohydna,
Ciemna, od gromów czerwoności widna.
Jeszcze dziś czuję i widzę, i słyszę,
Słyszę, jak namiot gęste sieką deszcze,
Jak się rozciąga, jak głucho szeleszcze,
Jak się nade mną w ciemności kołysze
I od piorunów się cały czerwieni,
Podobny grobom szatańskim z płomieni.
Zdawało mi się za burzy łoskotem,
Żem słyszał martwe dzieci, za namiotem,
Wszystkie jęczące przeraźliwie, głucho.
Więc natężałem wzrok, serce i ucho;
I z przerażeniem rozmyślałem w sobie,
Jak moim dzieciom takiéj nocy w grobie?

I nagle! – Czemuż ta Śmierć tak zdradziecko!
Tak cicho weszła pod namiotu żagle?! –
Grom spadał hucząc po gromie i nagle
W kołysce z cicha zapłakało dziecko –
A płacz ten musiał być strasznym wyrazem…
Bo zaraz – matka – ja – oboje razem –
Rzuciliśmy się, gdzie robaczek lichy…
A choć dziecięcia jęk był bardzo cichy,
To tak wydawał się obojgu głośny
I tak rozdarty, i taki żałosny,
I tak z głębokich wnętrzności wyjęty!
I tak rozumny! i taki przeklęty!!!
Żeśmy oboje biegli gromem tknięci,
I bez nadziei już! i bez pamięci!
I nie zawiodło przeczucie żałoby!
Umarło – z takiéj jak tamte choroby.
I poszło leżeć między trupy bratnie,
Moje najmilsze!… i moje ostatnie!!!
Śmierć mi go czarna wzięła nielitośnie.
I już nie wróci! ani mi urośnie!
Ani go kiedy mój dom już zobaczy! –
I już nie wróci nigdy!- o rozpaczy!!!

Noc przyszła druga, błyszcząca gwiazdami.
Byliśmy z matką w namiocie – przed nami
Leżało dziecko na stole, nieżywe,
Nieruchomością śmierci przeraźliwe.
Uczułem wtenczas, patrząc na tę postać,
Że gdyby mogło choć tak z nami zostać
Przez wszystkie lata – choć tak, nie inaczéj –
Ubyłoby mi z serca pół rozpaczy.
A te już – ani zarazy strażnicy,
Ani ja niosłem do Szecha kaplicy,
Gdzie się nam trupia otwierała brama,
Ale je matka tam zaniosła sama.

W namiocie pustym ja zostałem z żoną.
Ale czy pojmiesz? – zamiast nas połączyć,
Boleść, obojgu nam rozdarłszy łono,
Zaczęła jakieś jady w serca sączyć,
I teraz chyba je sam Bóg oczyści.
Smutek podobny był do nienawiści
I stanął czarny, wielki, między nami.
Więc rozłączeni byliśmy i sami.
I nie mówiliśmy do siebie słowa –
Bo powiedz, jakaż być mogła rozmowa
W pustym namiocie między mną i żoną?
Pomiędzy ojcem i matką tych dzieci?…
Słońce wschodziło w upały czerwono,
Co dnia tonęło tam, gdzie teraz świeci
Jak jaka skrawa pożaru pochodnia. –
Więc tak bezdzietnym było – i tak co dnia –
Cisza ogromna namiot nasz zaległa.
Chyba mysz jaka w księżycu przebiegła;
Zgoła innego jęku ni szelestu…
Doczekaliśmy więc tak dni czterdziestu.
I kwarantanny przybyli lekarze,
Głęboko patrząc w nasze smutne twarze.
Widziałem, jak się każdy z nich zadziwiał;
Bo nachyliłem się był i posiwiał.
A żona moja od niespań i troski
Była jak bursztyn albo żółte woski;
Na głowie miała z włosów siwych wieniec,
Jakiś okropny ceglany rumieniec,
A oczy pełne takiéj błyskawicy,
Jak ci, co wyjdą na słońce z ciemnicy.
Lekarz nam kazał w sustawy uderzyć,
Tam gdzie zaraza pierwsze rzuca strupy –
Zdrów byłem. – Ludzie! czy będziecie wierzyć?
Ja, co me wszystkie całowałem trupy,
Z téj kwarantanny wychodziłem zdrowy;
Żona, co nawet nie tknęła połowy,
Nad piersiami się uderzywszy zbladła
I zachwiała się z jękiem – i upadła.
A ja na ręce wziąłem trup niewieści,
Zaniosłem w namiot i rzuciwszy brzemię
Upadłem przy niéj jak martwy na ziemię.
I obudziłem się – na dni czterdzieści…

Przed samą śmiercią wyznała mi matka,
Że chciała z grobu swojego dzieciątka
Jakiéj pamiątki, kamienia lub kwiatka,
Włoska w złocistych na głowie obrączkach;
I ta po dziecku umarłym pamiątka –
Patrzaj! – obrazek ten, co trzymał w rączkach,
Te włoski złote i tak dzisiaj święte,
W mogiłce z główki maleńkiemu zdjęte –
Bo biedna matka miała tyle mocy,
Że odkopała dziecko o północy;
Znalazła jeszcze nie zepsutym wcale,
Pocałowała; w usteczek korale
I znów włożyła do trupich obsłónek –
Te upominki i ten pocałunek,
Zazdrosnéj ziemi Szecha ukradzione,
Zabiły matkę i wzięły mi żonę.

I znów się łono piaskowe otwarło,
Gdzie pochowałem matkę martwych zmarłą.
Potem wróciłem do płóciennéj nory
Schować się w cieniu jak nocne potwory.
Ani ja słońca na niebieskim sklepie,
Ani mnie ludzie widzieli na stepie.
Stałem się jako zdziecinniali – starzy –
W pamięci mojéj – żadnéj żywéj twarzy,
Tylko te sine i okropne Iica,
Które mi wzięła zarazy martwica.
I w dzień błękitny, i w noc każdą ciemną
Oni tu byli w tym namiocie ze mną;
Gadałem z nimi, zmyślałem rozmowy,
W których rozmawiał ze mną tłum grobowy;
I często dziwnym natrafiłem losem
Na głos, co moich był dzieciątek głosem.
Z obłąkanego budziły mię śnicia
Po nocy hyjen przeraźliwe wycia
Tam nad trumnami… i słuchałem blady,
Jak nad trupami płacze trupojady.
Stałem się wreszcie jak wąż, gdy ochłodnie.
I przechodziły mi dnie i tygodnie
Bez żadnych bolów, pamiątek, omamień.
Stałem się twardy i zimny jak kamień.
I raz – ach, boska nade mną opieka!
Patrzę, ktoś w namiot mój cicho zagląda –
I ach! – Nie była to już twarz człowieka,
Lecz głowa mego starego wielbłąda.
Spojrzał – i spojrzał z twarzą tak litośną,
Że rozpłakałem się jak dziecko głośno.

I tak przeżyłem smutnych dni czterdzieście;
Przyszli mię ludzie uwolnić nareszcie.
O gorżka wolność i chwila odlotu!
Jam do ciemnego już przywykł namiotu;
Z uczuciem smutku, boleści i zgrozy
Będę wyrywał koły i powrozy,
Które… (o Boże wiekuisty, świeć mi!…)
Do tego piasku zatykałem z dziećmi.
Ach, pomóż ty mi je zerwać – sam jestem!
A może tobie posępnym szelestem
Te płótna więcéj boleści powiedzą?
One widziały wszystko! wszystko wiedzą!
Czyż nie są teraz jak męki obrazy?
Patrz na nie, dotknij! Nie bój się zarazy,
Nie bój się śmierci, co dotknięciem sinem…
Wszak ty nie jesteś, synu moim synem.
Lecz nie – uciekaj! Ja wiem że te płótna
Straszne się muszą obcym ludziom zdawać.
Śmierć od zarazy? – ach! to śmierć okrutna!
Zaczynasz własnych braci nie poznawać,
Potem cię ogień pali, piersi gorą…
Ach! ja tak moich widziałem ośmioro!
I co dnia patrząc na tak konające,
Wysiedziałem tu całe trzy miesiące.
Dziś – oto dziewięć wielbłądów podróżnych,
A na nich – patrzaj, osiem juków próżnych,
I nie zostało mi nic – oprócz Boga;
I tam mój cmentarz – a tamtędy droga –

Myślałam, że korony noszą tylko królowie…

Od Adminki: 14 marca czyli wczoraj Ela pojechała do Polski i również wczoraj, ostatnim pociągiem, wróciła. Już poprzedniego dnia na Facebooku pojawiały się informacje, że Polska zaraz zamknie granice, długo jednak nie było wiadomo, kiedy i na jakich zasadach, a to sprawiło, że ci, którzy chcieli jechać do Polski, musieli się liczyć ze wszystkim, że ich nie wpuszczą, że ich nie wypuszczą, że ich odeślą z powrotem, że wylądują w miejscu odosobnienia, zwanym kwarantanną, choć zasadniczo kwarantanna to samo odosobnienie, a nie miejsce. No i zasadniczo, jak sama nazwa wskazuje – na 40 dni, choć na razie trwa ona “tylko” 14 dni, choć już słychać głosy, że powinna zostać wydłużona do trzech, a nawet czterech tygodni.

Ela Kargol

Bilety i plany zmieniałam kilkakrotnie. Najpierw miałam jechać w piątek 13 marca do Szczecina, by w sobotę uczestniczyć w wycieczce pt. “Bitwa o Szczecin” z Michałem Rembasem, który jako jedyny chyba nie odwołał wydarzenia. Jednak po namyśle wybrałam otwarcie wystawy Siegmara Jonasa w Cafe Berlin, też w Szczecinie. Ze Szczecina miałam zamiar udać się do Poznania do mamy i siostry, osób niepełnosprawnych, którymi się opiekuję, po części na odległość, a po części jeżdżąc do nich co dwa tygodnie z Berlina.


Wystawę Jonasa odwołano, a ja głupia, wierząc pisowskim wiadomościom, że granic nie zamkną, kupiłam bilet z Berlina do Poznania na sobotę wieczór. W piątek byłam już zdezorientowana, tym bardziej, że prawie wszystkie wiadomości były zaprzeczeniem tych poprzednich.
Jeszcze raz zawierzyłam pisowskiej jedynce. Trzy razy z rzędu wysluchalam “Aktualności dnia” i zrozumiałam, że w sobotę mogę wyjechać, ale w niedzielę mogę już nie wrócić, na pewno nie pociągiem.
Bilet powrotny miałam na niedzielę.
Kupiłam nowy bilet do Poznania, na 9:37 w sobotę, w sobotę też postanowiłam wracać.
Pełna niepewności, jakiegoś lęku, ale muszę się przyznać, też chęci przeżycia przygody, wyszłam z domu w Berlinie, czule pożegnana przez męża, wsiadłam do autobusu wejściem środkowym, bo przód, razem z kierowcą oddzielony był biało-czerwona taśmą.

W metrze ruch umiarkowany, niektórzy muszą do pracy. Kolejka świeci pustkami, oprócz mnie dwoje ludzi z walizkami. Dworzec Główny w Berlinie jak miasteczko w leniwą niedzielę. Ktoś przyjeżdża, ktoś wyjeżdża. A na środku, na poziomie chyba pierwszym, powstają zagony kolorowych kwiatów. Wiosna za kilka dni.

 

W pociągu jadącym do Warszawy Wars jeszcze był i pojawili się, jak to napisała autorka, kosmonauci mierzący temperaturę. Ona na szczęście miała temperaturę w normie: 36,9. W Warsie trzeba też było wypełnić formularz, ale jeszcze udało się zamówić żurek i smażonego camemberta. Autorka, jak wielu innych podróżujących, jest wielbicielką Warsu (zob. TU).

W pociągu wracającym do Berlina (ostatni taki pociąg, przynajmniej na jakiś czas) było…

… jak za dawnych czasów, radośnie i tłoczno! Bo wszystkie bilety były ważne. Cała Europa w tym pociągu, każdy dokądś chciał pojechać, ale musi wracać, albo inaczej kombinować.
Piwo w kubku do kawy, bo Wars się ewakuował.

Mimo zamknięcia granic, szkół, teatrów, wstrzymania lotów, przejazdów autobusowych i kolejowych wiosna przyjdzie na pewno, nie przyleci samolotem, ani pociągiem. Chociaż, gdy spojrzę przez okno, to muszę stwierdzić, że ona już jest. Udało jej się. Tak jak mnie, wrócić ostatnim pociągiem do Berlina.

Jest.

Tydzień temu powtarzałam z wnukiem wiersz: Jana Brzechwy o wiośnie:

A wiosna przyszła pieszo –
Już kwiaty z nią się śpieszą,
Już trawy przed nią rosną
I szumią: „Witaj wiosno!”


A ten wiersz powstał wczoraj, w pociągu z Berlina do Poznania, w dużej niepewności, w godzinach porannych.

Podróż w jedną stronę?

Jadę, żeby już nie wrócić.
Wracam, żeby nie wyjechać.
Dobrowolnie,
Z miłości,
Poczucia obowiązku,
I czegoś jeszcze,
Nie wiem czego?
Przekory?
Buntu?
Rewolucji?
Ze znakami zapytania.

Mama staruszka, niewidoma
Siostra schorowana
Co one zrobią beze mnie?
Co ja zrobię bez nich?
Znowu mury, znowu granice
I ta niepewność, która boli i straszy.
A na dworcu kwiaty, kolorowe, świeżo nasadzane, tylko dla mnie.

Myślałam, że korony noszą tylko królowie.


Po tygodniu Ela dopisała na FB taki tekst:

Czuję się tak, jak w latach 80, po przyjeździe do Berlina. Z tą różnicą, że wyjechałam wtedy z Polski dobrowolnie, licząc się z tym, że może nigdy już nie wrócę do domu, do rodziców, siostry.
Po dwóch latach kwarantanny w Berlinie wysłaliśmy w ramach „eksperymentu“ siedmioletnią wówczas córkę do Poznania do dziadków. Po wakacjach Marta wróciła do Berlina. Potem była kolej na mnie. Pojechałam i też wróciłam. Zaczęłam jeździć regularnie i regularnie wracałam. Raz miałam tylko nieprzyjemną rozmowę w biurze paszportowym. Zapytano mnie, co ja tam robię. Odpowiedziałam, że studiuję. „A co robią inni studenci?“ „Też studiują“. „To proszę się przypatrywać, co studiują.“
Czy była to próba zwerbowania mnie do współpracy tuż przed upadkiem muru? Jakiś czas nie jeździłam po tym zdarzeniu do Polski, nie pamiętam, jak długo. Wtedy dobrowolnie poddałam się kwarantannie.
Potem wszystko się zmieniło. Granice zniknęły, rodzice się zestarzeli. Potrzebowali mojej częstszej obecności.
Od trzech lat, po śmierci taty jeżdżę regularnie do schorowanej, starej, niewidomej matki i niepełnosprawnej siostry. Opłacam rachunki, robię zakupy, układam lekarstwa, umawiam lekarzy, sprzątam, ale przede wszystkim jestem, rozmawiam, kocham.
Tydzień temu stojąc na dworcu w Berlinie, przypomniałam sobie tamte czasy, tamte niepokoje. Tym bardziej, że konduktorzy niemieccy nie umieli powiedzieć, czy pociag dojedzie w ogóle do granicy. „Bleiben sie hier, sie kommen nicht zurück“. W pociągu każdy mówił coś innego. Najpierw, że do Poznania nie dojadę, a jak dojadę, to na pewno nie wrócę, bo ten ostatni pociąg już nie pojedzie. Dojechałam, czasu miałam dwie godziny na ułożenie lekarstw, wypicie kawy, przytulenie i zrobienie zdjęcia. Ostatnim pociągiem wróciłam do Berlina.

Tu opisuję dokładniej moją “podróż w jedną sronę?”

https://ewamaria.blog/2020/03/15/podroz-w-jedna-strone/

Od trzech lat stałym obrzędem pożegnania jest pstryknięcie zdjęcia mamie w oknie. Tych zdjęć są dziesiątki. Nigdy nie wiem, kiedy będzie następny “pstryk”.
Tydzień temu zrobiłam ostatnie zdjęcie i nie wiem, kiedy będę mogła zrobić następne i czy je zrobię.