Wehikuł czasu a niezbędnik patrioty        

Konrad Sałagan     

Sekcja zwłok na Polsce 

Na początku wyjaśnię tytuł. Ponieważ sami widzicie trzy obrazy w tytule i oko Was nie myli. Wehikuł czasu to książka i film – Herberta George’a Wellsa, The Time Machine, 1895 (pierwsze wyd. polskie, 1899), a film, The Time Machine, reż. George Pal, 1960 (dwie następne ekranizacje, TV 1978, film, reż. Simon Wells, 2002).

Niezbędnik patrioty odnosi się do artystycznych instalacji performace Jerzego Kosałki, współzałożyciela legendarnej, awangardowej grupy wrocławskiej Luxus (o nazwie Legendarny Luxus, 1983-1987), np. do Przybornika prawdziwego Polaka 2010.

Sekcja zwłok powinna przywoływać obraz Rembrandta Harmenszoon van Rijn (1606-1669) pt. Lekcja anatomii doktora Tulpa (1632).

Oto mamy odpowiednie „narzędzia”, by opisać, a zarazem zrozumieć sytuację Polski 2016, po politycznym przewrocie 2015 roku.

Niezbędnik patrioty

Rzeczywiście w Polsce toczy się walka o „rząd dusz”. Np. 28 czerwca 2016 w Poznaniu, w 60 rocznicę Poznańskiego Czerwca, chciano do apelu poległych dołączyć ludzi, którzy zginęli w wyniku Tragedii Smoleńskiej 2010, ponoć Katynia 2. A gdy to się nie udało, podniósł się wrzask i ryk tłumu, bodaj spontanicznie. Władze Poznania okrzyknięto profanami pamięci narodowej – to tylko jedno z określeń, powiedzmy, jeszcze w miarę literackich. O co poszło naprawdę, ukryto w medialnym przekazie. W Radomiu, 25 czerwca 2016 roku, w 40 rocznicę Radomskiego Czerwca, sprawy rozegrały się gładko. Stawiając przed faktami dokonanymi, na podstawie planu pisanego na kolanie, jak sądzę, PiS i nowe państwowe władze (właściwie, identyczne środowisko) wjechali do Radomia, dali medale komu trzeba, oszołomili tłum mitem Tragedii Smoleńskiej itd. Przypuszczam, iż obiecali również realizację planu przyszłość+ (nie ma takiego planu, Kotku, Kotku, wątpisz?) Poszło jak po maśle. Tyle, że Radom ma przetrącony kręgosłup od 1976 (patrz geneza i problemy z tzw. budynkami na Dalekiej). W Radomiu więc na każdym zakręcie, zbiegu ulic lub skrzyżowaniu, dostrzeżesz plafon wprost „straszliwych” działaczy antykomunistycznych, oczywiście, tych aktywnych po 1989. Radom jest miastem (wprost) nadmiaru kombatantów Solidarności. W tym więc kontekście Poznań, jego władze, a przede wszystkim Prezydent Poznania zachowali jeszcze twarz, wykorzystując błędy procedury administracyjnej lub dyplomatycznej. Zatem oprócz „wciskanego” nam z uporem maniakaPrzybornika prawdziwego Polaka 2010, okazało się, iż egzystują inne, alternatywne przyborniki. Byłby to w zasadzie pierwszy wyłom, jakby prolegomena do niezbędnika obywatela –  by na sytuację w Polsce patrzeć racjonalnie, poza sferą emocji, poza humbugiem, poza uproszczonym schematem patriotyzmu.

Wehikuł czasu

Polityka historyczna jako wymyślony trend, by zarządzać świadomością polskiego społeczeństwa i narodu w pewnym sensie przypomina działalność Ministerstwa Prawdy, idei George Orwella (z książki, Rok 1984). W zasadzie taka prezentacja tradycji i dziejów określonej nacji (Kotku, Polacy z urzędu muszą już teraz wybić się na dumny naród) nie jest nowym zabiegiem. Władcy, despoci, autorytarne systemy polityczne, oligarchie udające demokrację, wynajmowali historyków, by ugruntować „prawdziwą” wersję historii. A w efekcie powstawały opracowania przeszłości, tej bliskiej lub odległej, z klarownie wytyczoną trasą po liniowym „suwaku” czasu. Czytelnik miał wprost niezwykłe wrażenie swobody poznania; niekończącej się podróży w czasie; dostępu do wiedzy, jeszcze niedawno zakrytej, ba, tajemnej (Kotku, specjalnie zakrytej, w naszym wypadku przez SB. A po 2015? Kotku, odwróć kota ogonem); a nawet do objawienia prawd uniwersalnych. Na co to wszystko? Oto hybris. Maska tłumu, która zasłania rzeczywiste potrzeby i rzeczywiste tendencje.

Sekcja zwłok

Nie obawiajmy się zagrożenia biologicznej egzystencji, ponieważ proceder rozgrywa się w przepastnych głębiach archiwum IPN, w wojskowych archiwach lub rozrzuconych po prywatnych pomieszczeniach byłych notabli. Na razie jeszcze nie obawiajmy się. Ot, dopiero zawiązują się połączenia przegubów pajacyka, korpusu, kończyn, głowy, myśli i sfery emocjonalnej (Kotku, pajacyk również myśli i emocjonuje się, np. gdy pociągający za sznurek tak zechce, Kotku, nie wierzysz?) Może jednak trochę obawiajmy się, bo na naszych oczach powstają: konstrukcja Polaka, zakres działalności tak sprokurowanej istoty i wewnętrzny system odniesień. Nowy lub nowoczesny system wartości, u podstaw którego m.in. leżą ekshumacje, genetyczne badania nad ofiarami stalinizmu, poszukiwanie super bandyty i super złodzieja – a do tego, jakby było jeszcze za mało, budowa pomnika znanego wizjonera politycznego w każdym mieście, miasteczku i na wsi (Kotku, ponoć ten pomnik nieuchronnie zbliża się do pomnika marszałka Józefa Piłsudskiego w Krakowie). Przydało by się wznieść wszędzie ten domyślny pomnik, by świadomość Polaków rozpuściła się w marzeniu sennym, czy raczej fantasmagorii, by powstał mit założycielski zbiorowej psyche. Oczywiście mit dynamiczny i efektywny dla prawdziwych patriotów. Powiedzmy wprost, politycznie korzystny. Takie sprawy oto wychodzą na plan pierwszy w medialnym strumieniu informacji. Ściągają uwagę i organizują przestrzeń publiczną. Zasłaniają rzeczywiste problemy. Zatem nihil novi sub sole (nic nowego pod słońcem) – czyli stara/nowa socjotechnika, lecz obecnie w postaci jakże „prawdziwej i słusznej”. Rzecz, która, w intencji twórców, ma otwierać świetlaną przyszłość Polski, społeczeństwa, narodu, cywilizacji, reindustrializacji, mocarstwa, wyprostowanych Wisły i Odry, reaktora, perpetuum mobile. Rzecz, która nosi imię „dobra zmiana”. Oto przed nami otwiera się cudowna epoka.

Rzutnik przyszłości

Zakładam, że przyszłość już wymyślono – stąd pojawił się w artykule rzutnik przyszłości, który klatka po klatce, kadr po kadrze, wyświetli na białej ścianie przed nami efekty teraźniejszych prac i „dalekosiężnych” inicjatyw. Lub prześwietli białą ścianę i wykryje oczekiwane idee. Wręcz zmusi idee, by wyszły z ukrycia – w konwencji projektu przyszłość+. Nadal wątpiącym i sceptykom sugeruję przejażdżkę wehikułem czasu (Kotku, bingo! Tak, to jest figura retoryczna). Laxigen w tym szczególnym przypadku byłby uzupełnieniem terapii antywstrząsowej. Inną nazwą rzutnika jest słowo „projektor”. I tu zbliżamy się do sedna aktualnej nowomowy. Projekcja bowiem wyłącznie dotyczy naszego umysłu – uznania czarno-białej interpretacji (Kotku, nie postawisz pomnika we własnym ogródku, to lepiej nie myśl o przyszłości – marna przyszłość, wypadłeś z obiegu). Projekcja, jak będzie wyglądała przyszłość, gdy Polacy utrzymają PiS u władzy, ma ukryć mankamenty codzienności Polski tu i teraz.

Zegar tyka miarowo. Wahadło wychyla się w jedną stronę, a potem w drugą. Zbliża się moment, jak trzęsienie ziemi, w polskim parlamencie, Sejmie RP, gdy opozycja wreszcie wypracuje skuteczną metodę – karty na stół, a rzutnik zadławi się od nadmiaru projekcji.                                                                                                                                                                                                           Warszawa, 5 lipca 2016

Uzupełnienie

1. „Kotku” – to również odniesienie do Witkacego, Stanisława Ignacego Witkiewicza (1885-1939), do jego intelektualno-satyrycznej publicystyki.


Przypis Adminki:

Ten wpis ukazał się cztery lata temu, potem Siła Wyższa zadecydowała, że trzeba go zdjąć, a teraz wraca. Zapewne… powinien wrócić na swoje stare miejsce, ale to taki świetny tekst, i taki wciąż aktualny, a poza tym wraca w nieco zmienionej postaci, że postanowiłam skorzystać z okazji i jeszcze raz zaprezentować go Szanownym Czytelnikom 🙂

Kartofle – Erdäpfel – Potatos

W Niemczech zaczynają się właśnie wakacje jesienne, niekiedy zwane Kartoffelferien – wakacje ziemniaczane; nazwa pochodzi z czasów, gdy uczniowie pomagali dorosłym na roli. Po wprowadzeniu obowiązku szkolnego praca odbywała się przed szkołą i po lekcjach, ale w takie dni, kiedy miały miejsce wykopki, rodzice po prostu nie posyłali dzieci w ogóle do szkoły. Nie mogąc temu zapobiec, władze szkolne po prostu wprowadziły wakacje szkolne na okres zbiorów ziemniaków.

Kartofle to w sztuce piękny temat.

Pablo Neruda

Oda do frytek

We wrzącej
oliwie
pryska
radość
świata,
ziemniaczane
strugi
wędrują
na patelnię
jak śnieżnobiałe
pióra
porannych
łabędzi,
a wyskakują
na wpół złote od
płynnego bursztynu oliwek.

Czosnek
dodaj do tego
jego ziemisty zapach,
pieprz
przywiany znad zrębu gór
i tak
modnie ubrane
w kostiumy koloru kości słoniowej
lądują na  talerzu
zawsze powracająca pełnia

i wyborna prostota ziemi.

Tłumaczył Tibor Jagielski

De aardappeleters, schilderij van Vincent van Gogh, gemaakt in 1885 in Nuenen (Museum Otterlo)

Seamus Heaney
He received the Nobel Prize for Literature in 1995. 2011 he died in age of 74. I published already that poem, but it was so many years ago…

Digging

Between my finger and my thumb
The squat pen rests; snug as a gun.

Under my window, a clean rasping sound
When the spade sinks into gravelly ground:
My father, digging. I look down

Till his straining rump among the flowerbeds
Bends low, comes up twenty years away
Stooping in rhythm through potato drills
Where he was digging.

The coarse boot nestled on the lug, the shaft
Against the inside knee was levered firmly.
He rooted out tall tops, buried the bright edge deep
To scatter new potatoes that we picked,
Loving their cool hardness in our hands.

By God, the old man could handle a spade.
Just like his old man.

My grandfather cut more turf in a day
Than any other man on Toner’s bog.
Once I carried him milk in a bottle
Corked sloppily with paper. He straightened up
To drink it, then fell to right away
Nicking and slicing neatly, heaving sods
Over his shoulder, going down and down
For the good turf. Digging.

The cold smell of potato mould, the squelch and slap
Of soggy peat, the curt cuts of an edge
Through living roots awaken in my head.
But I’ve no spade to follow men like them.

Between my finger and my thumb
The squat pen rests.
I’ll dig with it.

Übersetzung ins Deutsche & Tłumaczenie na polski: HIER / TU

Jean-Francois Millet, La Récolte des pommes de terre, 1855 (Museum Baltimore)
 
O ziemniakach było już u mnie na blogu kilka wpisów, nie tylko cytowany powyżej wiersz Heaneya. Joanna Trümner, opowiadając o podróży do Peru, pisała w jednym z wpisów o ziemniakach. Pokazywałam w zeszłym roku choinki z ziemniaków. Publikowałam tekst o wielkiej innowacji agrarnej, jaką była uprawa ziemniaków, zainicjowana i wspierana na wielką skalę przez króla Prus, Fryderyka Wielkiego. Był opis wojennej wyprawy po ziemniaki autorstwa mojej ciotecznej babki. Napisałam też kiedyś wpis o Mamie i ziemniakach, a właściwie o obieraniu ziemniaków. Danusia czyli Danuta Starzyńska-Rosiecka podawała kilkakrotnie przepisy na ziemniaki (tu sałatka), a poza tym, tak jak ja, hodowała ziemniaka na balkonie (ja miałam w tym roku dwa). Ale chyba najdziwniejszym wpisem o ziemniakach jest historia o ziemniaku jako… pieniądzu. Czy muszę dodawać, że przygotowując ten wpis, obierałam jednocześnie ziemniaki, gotowałam je, kroiłam na plasterki i ubijałam jajka na hiszpański omlet z ziemniakami, zwany tortillą? Mniam…

***
Jaka smutna wiadomość. Wczoraj wieczorem umarła Joanna Trümner, tłumaczka i autorka, o której tu właśnie piszę, dosłownie w poprzednim akapicie.

Pisała dla nas o podróżach, do Peru, do Australii, pisały z Elą Kargol o Murze Berlińskim, ale na pewno wielu z nas zapamiętało ją przede wszystkim jako autorkę Stuarta, długiej opowieści o losach pewnego angielskiego nieudacznika, któremu się tak nie wiodło z kobietami i który wciąż nie mógł się zdecydować, czy woli bezpieczne i nudne życie nauczyciela matematyki, czy niepewne peregrynacje jako muzyk po trzeciorzędnych klubach i scenach muzycznych Australii. Opowieści Joanny o Stuarcie bardzo nas wszystkich zajmowały, a ponieważ historia posuwała się naprzód powoli, jako administratorka cieszyłam się na wiele lat opowieści i zawsze mówiłam, że Stuart to tacy moi Matysiakowie. W pewnym momencie przed kilku laty, niemal z dnia na dzień, Joanna przestała pisać o Stuarcie. Męczyłam ją, bo twierdziłam, że Czytelnicy (i ja) chcą się jednak dowiedzieć, co było dalej? Po jakimś czasie i z pewnymi oporami Joanna przyznała, że jej też brakuje tego Smutnego Pana. Była już chora, ale obie liczyłyśmy na to, że za chwilę podejmie przerwany wątek.
Niestety, nigdy już nie dowiemy się, co było dalej.

Żegnaj, Joasiu!

Louise Glück (czyli Szczęście)

Literacka nagroda Nobla 2020

Nagroda dla Louise Glück, amerykańskiej poetki i eseistki. Wybór Akademii Szwedzkiej oceniają z Wrocławia prof. Inga Iwasiów, Justyna Sobolewska, Michał Nogaś i Michał Rusinek.

 

Louise Glück was born in New York City in 1943 and grew up on Long Island. She attended Sarah Lawrence College and Columbia University. Considered by many to be one of America’s most talented contemporary poets, Glück is known for her poetry’s technical precision, sensitivity, and insight into loneliness, family relationships, divorce, and death. The poet Robert Hass has called her “one of the purest and most accomplished lyric poets now writing.” In 2020 she was awarded the Nobel Prize in Literature “for her unmistakable poetic voice that with austere beauty makes individual existence universal.”

Glück is the author of 12 books of poetry, including the recent collections Faithful and Virtuous Night (2014), winner of the National Book Award, and Poems 1962-2012 (2012), which won the Los Angeles Times Book Prize, as well as the essay collection American Originality (2017). Glück’s early books feature personae grappling with the aftermaths of failed love affairs, disastrous family encounters, and existential despair, and her later work continues to explore the agony of the self. Her first book of poetry, Firstborn (1968), was recognized for its technical control as well as its collection of disaffected, isolated narratives. Helen Vendler commented on Glück’s use of story in her New Republic review of The House on Marshland (1975). “Glück’s cryptic narratives invite our participation: we must, according to the case, fill out the story, substitute ourselves for the fictive personages, invent a scenario from which the speaker can utter her lines, decode the import, ‘solve’ the allegory,” Vendler maintained. But she added that “later, I think … we read the poem, instead, as a truth complete within its own terms, reflecting some one of the innumerable configurations into which experience falls.” According to poet-critic Rosanna Warren, Glück’s “power [is] to distance the lyric ‘I’ as subject and object of attention” and to “impose a discipline of detachment upon urgently subjective material.”

Glück’s poems in books such as Firstborn, The House on Marshland, The Garden (1976), Descending Figure (1980), The Triumph of Achilles (1985), Ararat (1990), and the Pulitzer Prize-winning The Wild Iris (1992) take readers on an inner journey by exploring their deepest, most intimate feelings. Glück’s ability to create poetry that many people can understand, relate to, and experience intensely and completely stems from her deceptively straightforward language and poetic voice. In a review of Glück’s The Triumph of Achilles, Wendy Lesser noted in the Washington Post Book World that “‘direct’ is the operative word here: Glück’s language is staunchly straightforward, remarkably close to the diction of ordinary speech. Yet her careful selection for rhythm and repetition, and the specificity of even her idiomatically vague phrases, give her poems a weight that is far from colloquial.” Lesser went on to remark that “the strength of that voice derives in large part from its self-centeredness—literally, for the words in Glück’s poems seem to come directly from the center of herself.”

Because Glück writes so effectively about disappointment, rejection, loss, and isolation, reviewers frequently refer to her poetry as “bleak” or “dark.” The Nation’s Don Bogen felt that Glück’s “basic concerns” were “betrayal, mortality, love and the sense of loss that accompanies it… She is at heart the poet of a fallen world.” Stephen Burt, reviewing her collection Averno (2006), noted that “few poets save [Sylvia] Plath have sounded so alienated, so depressed, so often, and rendered that alienation aesthetically interesting.” Readers and reviewers have also marveled at Glück’s gift for creating poetry with a dreamlike quality that at the same time deals with the realities of passionate and emotional subjects. Holly Prado declared in a Los Angeles Times Book Review piece on The Triumph of Achilles (1985) that Glück’s poetry works “because she has an unmistakable voice that resonates and brings into our contemporary world the old notion that poetry and the visionary are intertwined.” Glück’s Pulitzer prize-winning collection, The Wild Iris (1992), clearly demonstrates her visionary poetics. The book, written in three segments, is set in a garden and imagines three voices: flowers speaking to the gardener-poet, the gardener-poet, and an omniscient god figure. In the New Republic, Helen Vendler described how “Glück’s language revived the possibilities of high assertion, assertion as from the Delphic tripod. The words of the assertions, though, were often humble, plain, usual; it was their hierarchic and unearthly tone that distinguished them. It was not a voice of social prophecy but of spiritual prophecy—a tone that not many women had the courage to claim.

Meadowlands (1996), Glück’s first new work after The Wild Iris, takes its impetus from Greek and Roman mythology. The book uses the voices of Odysseus and Penelope to create “a kind of high-low rhetorical experiment in marriage studies,” according to Deborah Garrison in the New York Times Book Review. Garrison added that, through the “suburban banter” between the ancient wanderer and his wife, Meadowlands “captures the way that a marriage itself has a tone, a set of shared vocal grooves inseparable from the particular personalities involved and the partial truces they’ve made along the way.”

Vita Nova (1999) earned Glück the prestigious Bollingen Prize from Yale University. In an interview with Brian Phillips of the Harvard Advocate, Glück stated: “This book was written very, very rapidly… Once it started, I thought, this is a roll, and if it means you’re not going to sleep, okay, you’re not going to sleep.” Although the ostensible subject matter of the collection is the examination of the aftermath of a broken marriage, Vita Nova is suffused with symbols drawn from both personal dreams and classic mythological archetypes. Glück’s next collection, The Seven Ages (2001) similarly takes up both myth and the personal in forty-four poems whose subject matter ranges throughout the author’s life, from her earliest memories to the contemplation of death. Glück’s next book, Averno (2006) takes the myth of Persephone as its touchstone. The book’s poems circle around the bonds between mothers and daughters, the poet’s own fears of ageing, and a narrative concerning a modern-day Persephone. In the New York Times, Nicholas Christopher noted Glück’s unique interest in “tapping the wellsprings of myth, collective and personal, to fuel [her] imagination and, with hard-earned clarity and subtle music, to struggle with some of our oldest, most intractable fears—isolation and oblivion, the dissolution of love, the failure of memory, the breakdown of the body and destruction of the spirit.”

William Logan called Glück’s A Village Life (2009), “a subversive departure for a poet used to meaning more than she can say.” The book is a marked formal departure for Glück, relying on long lines to achieve novelistic or short-story effects. Logan saw A Village Life as a latter-day Spoon River Anthology in its use of “the village as a convenient lens to examine the lives within, which counterpoint the memories of her [Glück’s] life without.” Dana Goodyear, reviewing the book for the Los Angeles Times found A Village Life “electrifying,” even as it presumed to tell its “polite” story of a “dying agriculture community, probably in Italy, probably some time between the 1950s and today.” Goodyear added: “Ordinariness is part of the risk of these poems; in them, Glück hazards, and dodges, sentimentality. The near miss makes us shiver.” Glück’s selected Poems 1962-2012 (2012) was published to great acclaim. While highlighting her work’s fierceness and “raking moral intensity,” in the words of New York Times reviewer Dwight Garner, the collection also allowed readers to see the arc of Glück’s formal and thematic development. According to Adam Plunkett, reviewing the collected poems in the New Republic, “Very few writers share her talent for turning water into blood. But what emerges from this new, comprehensive collection—spanning the entirety of her career—is a portrait of a poet who has issued forth a good deal of venom but is now writing, excellently, in a softer vein.”

In 2003 Glück was named the 12th US Poet Laureate. That same year, she was named the judge for the Yale Series of Younger Poets, a position she held until 2010. Her book of essays Proofs and Theories (1994) was awarded the PEN/Martha Albrand Award for Nonfiction. In addition to the Pulitzer and Bollingen Prizes, she has received many awards and honors for her work, including the Lannan Literary Award for Poetry, a Sara Teasdale Memorial Prize, the MIT Anniversary Medal, the Wallace Stevens Award, a National Humanities Medal, and a Gold Medal for Poetry from the American Academy of Arts and Letters. She has received fellowships from the Guggenheim and Rockefeller Foundations, and from the National Endowment for the Arts. In 2020 she was awarded the Nobel Prize in Literature.

Glück is currently writer-in-residence at Yale University and lives in Cambridge, Massachusetts.

October (section I)
 
Is it winter again, is it cold again,
didn’t Frank just slip on the ice,
didn’t he heal, weren’t the spring seeds planted

didn’t the night end,
didn’t the melting ice
flood the narrow gutters

wasn’t my body
rescued, wasn’t it safe

didn’t the scar form, invisible
above the injury

terror and cold,
didn’t they just end, wasn’t the back garden
harrowed and planted—

I remember how the earth felt, red and dense,
in stiff rows, weren’t the seeds planted,
didn’t vines climb the south wall

I can’t hear your voice
for the wind’s cries, whistling over the bare ground

I no longer care
what sound it makes

when was I silenced, when did it first seem
pointless to describe that sound

what it sounds like can’t change what it is—

didn’t the night end, wasn’t the earth
safe when it was planted

didn’t we plant the seeds,
weren’t we necessary to the earth,

the vines, were they harvested?

Dwa zdjęcia

Ewa Maria Slaska

 mojej siostrze, która kiedyś wydała tomik wierszy, zatytułowany Z nieznajomą w podróży

Na obu zdjęciach jestem ja, oba zostały zrobione 30 września 2020 roku w trakcie kręcenia filmu, a ich autorem jest kamerzysta Krzysztof Honowski. Drugie z tych zdjęć Krzysztof umieścił na swojej osi kilka dni później i dodał do niego taki opis:

Delighted to have finished principal photography on #theriseandfallofzygmuntblask me and @jemek_jemowit experimental documentary about polish glam rock and it’s impossibility. Thank you Jemek and the incredible interview subjects #ewamariaslaska @leondziemaszkiewicz and #rolandowsnitzki

(…)

Picture description: Ewa sits at a table in Rauschgold on Mehringdamm in Berlin. Behind her hangs a silver lametta curtain lit by disco lights. Ewa is wearing a light dress and a leather jacket, with her arm propped up on the back of the chair. Her face is tranquil…

Coś już można z tego opisu wydedukować na temat samego filmu, ja sama wiem odrobinę więcej, ale nie będę o tym pisać, bo to nie mój projekt tylko Jemka Jemowita i nie zamierzam niczego psuć. Zresztą, jak to wynika z tytułu wpisu, zajmuje mnie nie tyle film, i nie tyle moja w nim rola i praca (choć była fascynująca i chyba teraz dopiero żałuję, że nigdy nie wpadło mi na myśl, że chciałabym zostać aktorką), co właśnie te dwa zdjęcia.

Pierwsze umieściłam na Facebooku jeszcze tego samego dnia, zaraz po nagrywaniu sceny na scenie w Ufa Fabrik. Zebrało ponad 220 lajków i 75 komentarzy, trzy razy zostało zszerowane, i tam, tak mi powiedziano, też zebrało masę reakcji. Oczywiście słowo “masa” jest względne. Gdybym była szafiarką albo haulerką, gdybym zajmowała się włosingiem, albo była Koreanką, która odkrywa Polskę, słowo “masa” oznaczałoby na przykład 500 tysięcy reakcji, ale ja mam 71 lat, na co dzień piszę nieciekawe rzeczy o nieciekawych sprawach, zamieszczam zdjęcia nieciekawych osób (w tym, rzadko, własne) i z reguły zbieram 10, może 20, może 50 reakcji. Deszcz lajków i emojek, które zebrało to “czerwone” zdjęcie przeszedł normalne oczekiwania normalnej starszej pani.

Zostałam bardzo starannie przygotowana do roli, którą odgrywam na tym “czerwonym” zdjęciu. Jemek zabrał mnie do szalonego designera, Juana, który ma boutique Exit z odjechaną modą na Wiener Straße na Kreuzbergu. Zmierzyłam kilkanaście strojów, większość z głową meduzy Caravaggia. Były białe, fioletowe, zielone, ale tak naprawdę chyba z góry było wiadomo, że mam się ubrać na czerwono. Może dlatego, że w wynajętej sali teatralnej była czerwona kurtyna.

W dniu kręcenia przyszła z wielką walizą, torbą i siatką wizażystka/fryzjerka, Magda. Jej manatki były pełne kosmetyków. Magda malowała mnie i czesała przez prawie dwie godziny. Efekt był niezwykły, a zdjęcie oddaje to w niewielkim stopniu.

Tylko, że to nie byłam ja. Te lajki zbierał manekin z lekka tylko podobny do mnie

Po południu kręciliśmy zupełnie inną scenę. Miałam się ubrać w swoje własne stroje i sama zadecydować, jakie (choć wysłałam przedtem Jemkowi zdjęcie wybranej przeze mnie stylizacji, a on ją zaakceptował, ale to by było na tyle). Miałam się też sama uczesać i umalować tak, jak się normalnie czeszę i maluję. Przyszłam już ubrana, umalowana, uczesana. Miałam na sobie długą seledynową koronkową sukienkę z lumpeksu, tenisówki i czarną kurtkę skórzaną, którą kilka lat temu za 80 złotych kupiłam w sklepiku z używanymi strojami rockowymi we Wrzeszczu. Tylko tenisówki były kupione normalnie w sklepie, ale i one miały już swoje lata, a tego lata musiały nawet wysiąść z jachtu prosto do wody. Na Kreuzbergu taki outfit nie jest niczym specjalnym. Nie takie stroje tu widzieliśmy.

Usiadłam na krzesełku na scenie, Krzysztof sprawdził, czy urządzenia są sprawne i zaczęliśmy nagranie. Po godzinie, kiedy niemal bez przerwy opowiadałam, czy raczej improwizowałam opowiadanie, skończyliśmy kręcenie. Usiedliśmy przy stoliku. Mieliśmy za sobą dzień ciężkiej, ekscytującej pracy. Jemek i Krzysztof pili chyba piwo, ja gorącą wodę… Nie obejrzeliśmy nagrania, nie miałam zdjęcia z setu, właściwie nie wiedziałam, jak wyglądam. Dopiero po kilku dniach Krzysztof umieścił na FB zdjęcie z tego nagrania. Dostało 67 lajków, normalne – tyle dostaję, jeśli ktoś wstawi na fejsbuka jakieś w miarę dobre moje zdjęcie.

Tymczasem to zdjęcie nie jest “w miarę dobre”, to zdjęcie jest nadzwyczajne, niezwykłe, niesamowite. Jakby było ikoną starości, takiej, jaką może być starość w roku 2020. Być może każda stara kobieta chciałaby tak wyglądać. To “czerwone” zdjęcie nie jest ikoną, jest wydumane, wymalowane, przesadzone, ale to, zrobione w pubie dla queerów, zdjęcie, na którym miałam wyglądać jak ja, ikoną jest. Wyglądam na tym zdjęciu jak ja, a przecież nie wyglądam. Podobnie jak na “czerwonym” zdjęciu, tak i na tym – z trudem siebie poznaję, wiem, że to ja, ale to jakaś inna istota. Tamta inna, ta pierwsza to czerwona lalka, a ta – to zjawisko. Jestem nierealna, jakbym nie miała wieku, zmarszczek, krzywo niepatrzącego oka. Krzysztof odcedził wszystko, co jest zbędnym ciężarem codzienności. Wydestylował jakąś starszą spokojną pogodną kobietę, kobietę, która uśmiecha się, bo jej życie było szczęśliwe, a ona jest spełniona i zadowolona. I która pięknie wygląda. Nigdy w życiu nie użyłam tego słowa w stosunku do siebie, czasem wydawało mi się, że nienajgorzej się prezentuję, ale nigdy nie czułam się piękna. A nieznajoma na tym zdjęciu jest piękna.

Co za doświadczenie!

PS. odpowiem na pytanie, które wszyscy będziecie chcieli zadać: nie wiem, kiedy film będzie gotowy, ani gdzie go będzie można zobaczyć? Jak się dowiem, to (może) dam Wam znać. Może, bo jeśli będę wyglądała marnie, to schowam głowę pod poduszką i przeczekam, modląc się, by nikt z Was nigdy tego nie obejrzał.

Z wolnej stopy 15

Zbigniew Milewicz

Uśmiechnij się i trwaj…

Jednak nie mogę książki o Mordechaju Gebirtigu tak zostawić, jak to zrobiłem dwa wpisy wstecz. Krakowski bard śpiewał z rozpaczy nad ginącym, żydowskim światem, bo kochał swój ubogi sztetl, jego życie i ludzi. Poświęcił im tomik Majne lider, wydany w Wilnie, w 1936 roku, staraniem przyjaciół poety, którego nie było stać na samodzielne opublikowanie swoich wierszy. Miał na utrzymaniu żonę Blumę i trzy córki, i zupełnie nie dbał o sławę, ani o pozyskiwanie mecenasów dla swojej twórczości. Ukochana żona często strofowała go, że za mało zajmuje się domem i poświęca czas na błahostki i ten wątek poeta również wykorzystał w kilku humorystycznych wierszach. Tomik zawierał ponad pięćdziesiąt piosenek wraz z załączonymi nutami, opowiadających o dzieciństwie poety, jego rówieśnikach, chederze, czasach kawalerskich. Są w nim zakochani, klezmerzy, zatroskane matki i rozbrykane dzieci, świetne dialogi i puenty*.

Oto próbka talentu Gebirtiga z tomiku Majne lider, pieśni Motl, Rejzele i Trzy córki:

W późniejszej, okupacyjnej twórczości autora te jaśniejsze nutki giną, rodzi się dramat. Jak dla mnie najsmutniejsza, ale jednocześnie najbardziej przepełniona miłością jest kołysanka – Hungerik dajn kecele, Głodny kotek, do której muzykę napisał Juliusz Hoffman. Nie wiadomo, kiedy powstała ta piosenka, autor na ogół nie datował swoich utworów, ale myślę, że już w ostatnim okresie życia Mordechaja Gebirtiga, między jego pobytem w podkrakowskich Łagiewnikach i murach getta w Podgórzu.

Na koniec tego krótkiego przeglądu twórczości krakowskiego poety, mocne Minuten fun bitochn, Minuty otuchy:


* Za Wstępem Marleny Pacześ do książki Bądź mi zdrów Krakowie, Wydawnictwo Austeria Kraków – Budapeszt 2012

Autor napisał: To zdjęcie z okładki książki, widać, że jeszcze z przedwojnia, bo tchnie pogodą ducha.

Babie lato ze słońcem

Teresa Rudolf

Babie lato…

Babie lato jakichś snów,
oplątało me serce,
gdzie już jesienne
liście odpoczywają.

Jeszcze czuję podmuch
leciutkiego zwątpienia
w porządek rzeczy,
wielce nieporządnych.

Tęsknota za przestrzenią
zagraconą dziś lękiem,
kiedyś pełną oczekiwań
na  błyskotki życia.

Czuję już srebrzysty chłód,
przedsmak niewiadomej,
tuż za białymi drzwiami
zimy, w błękitnej masce.

Kobieta i słońce…

Kiedyś czereśnie
inaczej smakowały,
pachniały, wyglądały
mówiła elegancka kobieta.

Kiedyś pomidory,
bardziej aromatyczne
były, delikatniejsze,
prawdziwe delikatesy.

Kiedyś przepiękne
jabłka wisiały zdobiąc
drzewa jak choinki
świąteczne, mówiła.

Kiedyś moje słońce,
było mniej złośliwe,
kiedy parzyło, szukałam
cienia, dziś spala wszystko!

Ot tak…
Bez ostrzeżenia,
Piroman!
Spaliło moje KIEDYŚ.

Dożynki, sukkot i 3 października

Ewa Maria Slaska

A poza tym nic na działkach się nie dzieje,
śpiewała Barbara Kraftówna.
Co niedziela działkowiczów barwny tłum,
Pośród kwiatów głośno dziecię się zaśmieje,
Bo wesoło, bo beztrosko jemu tu.
Nam też było beztrosko. Przyszliśmy na ekumeniczne święto dziękczynienia “na działkach”. Był przepiękny jesienny dzień. Wszędzie kwitły przepiękne kwiaty, dalie wielkie jak talerze, aksamitki, kosmee, cynie, róże, późne jesienne malwy i rodowa roślina rodu Slaskich czyli ślaz.
Nad jednym z sąsiednich ogródków powiewała flaga niemiecka – był 3 października i, niejako przy okazji, obchodziliśmy 30 rocznicę zjednoczenia Niemiec.

W rogu ogrodu ustawiono ołtarz dziękczynienia, pełen kwiatów, jarzyn i owoców. Każdy, kto przychodził, coś tam dostawiał. A to słoik miodu, a to konfitury, a to wspaniały ogromny chleb. Z boku na grillu ktoś smażył kiełbaski, a w budynku administracji, działkowiczki sprzedawały pyszne domowe ciasta.
Na trawie bawiły się dzieci, a pilnowali ich ojcowie. Matki siedziały przy stołach, piły kawę i rozmawiały. Dość często się to obserwuje w młodych rodzinach niemieckich. Rodzice umawiają się, kto kiedy ma dyżur przy dziecku i ojcowie bardzo poważnie traktują swoje obowiązki. Matka, nawet jeśli akurat nie wyszła na piwo albo na wykłady na uniwersytecie, nie wtrąca się w to, jak tata zajmuje się dziećmi.

 

Pastor, który odprawia nabożeństwo, nazwane jednak Andacht, czyli złączenie się w modlitwie, a nie Gottesdienst, czyli nabożeństwo sensu stricte, swoje krótkie wystąpienie poświęca życiu, bo życie to wdzięczność, życie to tragedia, życie to ciągłe zaskoczenie. W ostatnich dniach autorzy blogowych wpisów, Ela Kargol i Mietek Węglewicz, napisali, że życie to wolność, co mi bardzo odpowiada, ale nie sposób nie zgodzić się z miłym pastorem, że jest to (również) coś wspaniałego, za co musimy być wdzięczni, że życie wciąż nas zaskakuje i że, oczywiście, życie to też dramat. Dramat śmierci, niesprawiedliwości, kataklizmów, wojny, epidemii, ale też samotności, braku zrozumienia i porozumienia. Zapewne, przyznaję, dużo tu “dopisałam” do myśli pastora, ale to dlatego że jego wystąpienie “dało mi”, jak to mówiliśmy w szkole, “do myślenia”. Mottem kazania był cytat z książki Alberta Schweitzera, który, jako ewangelik, nie może zostać uznany za świętego, ale, powiedział pastor, gdyby ewangelicy uznawali świętych, to Schweitzer na pewno by nim został. „Jestem życiem, które pragnie żyć, pośród życia, które pragnie żyć”. To najsłynniejsze zdanie Schweitzera oznacza, że cześć dla życia wymaga szacunku dla ludzi, zwierząt i roślin. A może i dla Ziemi, myślę, przypominając sobie niedawne rozmowy z moimi bardzo młodymi przyjaciółmi o teorii Jamesa Lovelocka. Ziemia, czyli Gaja, też jest żywym organizmem.

I też nie możemy jej krzywdzić.

Dyskretnie sprawdzam w komórce, co każdy z nas powinien wiedzieć Schweitzerze. Urodził się w roku 1875 w Niemczech, zmarł w Gabonie w roku 1965. Był filozofem, teologiem, lekarzem, organistą, jednym z najlepszych znawców Bacha na świecie. Pacyfista, działacz społeczny, prekursor ekologii, laureat nagrody Nobla, jeden z najważniejszych myślicieli XX wieku.

Po chwili namysłu oceniam, że Lovelock, choć pastor o nim nie wspomniał, też jednak zasługuje na wspomnienie tu. Z głowy pamiętam, że ma 101 lat, wciąż jeszcze żyje, jest Anglikiem, stworzył teorię żywej Ziemi, jego wynalazki znajdują zastosowanie w rakietach kosmicznych, a obecnie zajmuje się sztuczną inteligencją.

Niezwykli faceci. Jak się o nich myśli, to może fakt, że w historii liczą się tylko biali starzy faceci, przestaje aż tak uwierać. Polski zespół Łąki Łan nagrał piosenkę o Lovelocku,

a tu Albert Schweitzer gra Jana Sebastiana Bacha.

I na zakończenie – 2 października 2020 roku się zaczęło, 7 się skończy – radosne żydowskie święto zbiorów, Sukkot.

ARU

AutonomeRepublikUtopia

Ewa Maria Slaska

Kurz bevor die Deutsche Demokratische Republik Geschichte sein würde, wurde am 2. Oktober um 23.53 Uhr am Kollwitzplatz die Autonome Republik Utopia ins Leben gerufen. „Das war für uns ein symbolischer Akt“, sagt eine der Initiatoren, Julia Dimitroff heute. „Wir traten aus der DDR aus, aber wir traten nicht der Bundesrepublik bei. (…) Wir haben das Klettergerüst erklommen, ein weißes Bettlaken mit einem Loch in der Mitte gehisst und die Unabhängigkeitserklärung verlesen“.

Für eine Nacht gab es weder Zeit noch Raum. Utopia halt.

In der Erklärung der ARU (Autonome Republik UTOPIA) hieß es: „Wir sind unabhängig von Staaten und Staatsbürgerschaften, unabhängig von der Politik der Parlamente und Parteien. Die Unabhängigkeit aber fängt im Inneren jedes Kindes, jeder Frau und jedes Mannes an. So wie die Freiheit und so wie der Widerstand. In jedem Herzen steckt eine revolutionäre Zelle.“

So begann der Tag, den viele willkomen hießen, viele aber zutiefst ablehnten. Nicht umsonst hiess damals der Tag der Deutschen Einheit auch der Tag der deutschen Gemeinheit oder der deutschen Depression. Es gab einen Riesenfeier vor dem Brandenburger Tor, aber viele von uns wollten nicht hin. „Alle Hoffnung auf Veränderung wurde an diesem Tag eingefroren, die Aufbruchstimmung, die das Land im Herbst 1989 erfasst hatte, war schon lange hin.” sagte Uwe Rada, dem taz-Publizist, einer der damaligen Oppositionellen aus der DDR.
Die Zeit der Utopie ist sehr kurz gewesen. Symbolisch dauerte sie nur eine Nacht. Wie lange dauerte sie praktisch? Na ja, nicht viel länger als der Sancho Pansa auf seiner Insel Barataria regierte. Bei ihm dauerte es zehn Tage. Und bei uns? Für viele war es, obwohl doch nicht symbolisch, auch nur eine Nacht, allerdings nicht die der Vereinigung, sondern für die aus der DDR wahrscheinlich nur diese eine Nacht als sie am 9. November ungehindert an Kontrollpunkte der DDR in die freie Welt kamen. Für uns, Leute aus Westberlin, war es die Nacht, als der erste Teil Mauer runterfiel (gefallen von den DDR-Grenzsoldaten! – man muß es vollschmecken). Es war ein Freitag mit unglaublich großen Vollmond, es war fürchterlich kalt, aber die Stimmung auf den beiden Seiten der Mauer war unglaublich!

Das Beste, was die deutsche Literatur bis heute über diese Zeit hervorgebracht hat, ist, meine Meinung nach, der langatmiger, langweiliger, grandiöser Roman von Günther Grass – Das weite Feld. Grass äußere sich darin vehement gegen die deutsche Wiedervereinigung und dies hat vielen uns damals sehr gut gefallen. Wir glaubten nicht daran. Wir sehnten uns auf unsere Westberliner-Insel zurück. Der Rausch war vorbei, der Sommer der Anarchie, die Zeit zwischen Noch und Schon – endgültig vorbei.

Ganz im Sinne von Grass gingen wir an dem Tag Pilze sammeln, um sie am Abend gemeinsam zu braten und essen, und Scrabble spielen. Bloss nicht darüber zu denken, was jetzt beginnen wird.

In der Stadt ging aber interessant vor sich, was wir, Parasole essend, nicht wahr nahmen (und nicht wahr nehmen wollten). Am Alexanderplatz sammelten sich 15.000 Leute zur großen Anti-Wiedervereinigungs-Demo. Es flogen Steine, die West-Polizei, die das erste Mal den Ostdeutschen-Boden betrat, knüppelte, die Demo wurde aufgelöst. Es war die erste gesamtdeutsche Straßenschlacht in Berlin. Schaufenster wurden geschlagen, 200 Leute festgenommen. Die taz, schrieb Rada, titelte: „Glassplitter auf deutscher Einheitstorte“.

Die ARU – Autonome Republik UTOPIA – ist zerstört worden, bevor sie überhaupt entstehen konnte.

Kot, Don Kichot i pociąg do kultury

Ja, heute ist der 3. Oktober. Ja, vor 30 Jahren begann eine neue Zeitrechnung. In Kollwitzplatz wurde eine Utopia gegründet. Darüber aber erst morgen mehr…

Ela Kargol

Czując pociąg do kultury, wsiedliśmy w pewien upalny sierpniowy weekend w pociąg do kultury i pojechaliśmy do Wrocławia.

Zamieszkaliśmy na Szewskiej, tam gdzie kiedyś szewcy mieli swoje kramy, warsztaty, sklepiki, chociaż może nie, bo kiedyś ta ulica nazywała się Schuhbrücke i przecinała dawny teren książęcy, a więc może była tylko pomostem, dla szewców, którzy dostarczali swój towar księciu. Dopiero niedawno zamówiłam książkę Wolfa Kampmanna Schuhbrücke: Ein Breslau-Roman, wcześniej jej nawet nie znałam. Zamieszkaliśmy, to za dużo powiedziane. To było mieszkanie Airbnb na jedną noc. Blok socjalistyczny z ciekawym podwórkiem, tak mi się wydawało, do czasu, gdy rano w dzień wyjazdu nie spotkałam pana sikającego w bramie. Blok, który zajął miejsce zburzonego podczas wojny starego budynku. Tuż obok nas, w kamienicy, która miała więcej szczęścia, może dlatego, że jeszcze przed wojną nazywała się, jak się nazywała, a mianowicie Kamienica pod Błogosławieństwem Bożym na dole jest Antykwariat Naukowy, dość znany w mieście, dla mnie odkrycie. W antykwariacie mieszka kot. Wygrzewa się w witrynie sklepowej wśród książek. Podobno biblię Lutra upodobał sobie najbardziej. Jest następcą Dantego, upamiętnionego na zewnętrznym parapecie, myślę, zamiast krasnala, a może to jest koci krasnal.

A naprzeciwko, już po drugiej stronie ulicy, zardzewiały jeździec na koniu. Pomyślałam od razu o Don Kichocie. Nie, Tomek powiedział do mnie, spoglądając na jeźdźca bez rąk, patrz Don Kichot! To nie był Don Kichot, choć mógłby nim być, po potyczce z kotem. Bo co to za nazwa Koń 87, tym bardziej, ze najbliższa rzeźba Don Kichota stoi sobie w Jeleniej Górze (proszę zobaczyć – TU).
Z rzeźbą Koń 87, jeśli to prawda, co piszą w internecie, wiąże się bardzo smutna historia. Koń, ten prawdziwy, który pozował artyście (Zbigniew Frączkiewicz) nagle przestraszony, uciekł, a uciekając złamał nogę. Nie było w pobliżu zaklinacza koni, ani nikogo, kto by się podjął leczenia rumaka, a że rzeźba była na ukończeniu i koń nie był już potrzebny, nikt się nie zastanawiał. Został uśmiercony.
Niefart prześladował konia nawet śmierci, już tego konia z brązu.

Przy ustawianiu rzeźby operator dźwigu opuścił zwierzę z dość dużej wysokości. Koń ponownie połamał nogi. Artysta uczynił z tego sztukę i na rdzawym postumencie stąpa koń, niecały jeździec i konia nogi. Wypisz wymaluj Don Kichot, niecały. Również niecały Don Kichot, bo tylko sam Kichot bez Dona pojawił się we wrocławskim teatrze lalkowym. Widziałam na rynku plakaty.

***
Wystarczyłaby ulica Szewska, żeby zaspokoić nasz pociąg do kultury, ze swoją historią i tym co po niej pozostało.

Jednak kulturę i historię oferuje Wrocław na najwyższym poziomie i na każdym kroku. Wszędzie o niej głośno, wszędzie ją widać i wszędzie można o niej przeczytać, można jej dotknąć.

Oprócz kota i Don Kichota, i tych wszystkich miejsc pięknych i oczywistych, warto pójść na wrocławskie Nadodrze. Gdy się popatrzy na mapę, widać, że jest to wyspa otoczona zewsząd Odrą, a więc w pojęciu szerszym i węższym jest Baratarią Wrocławia. Wystarczy wejść do jednej z bram przy ulicy Roosvelta, a tym samym do świata malowanych podwórek.

Nadodrze to dzielnica, w którą mniej inwestują krasnale, dlatego postanowiły inaczej ją upiększyć. W byłej stolarni powstał Okap, Ośrodek Kulturalnej Animacji Podwórkowej, no i się zaczęło. Prawdziwi artyści i ci prawdziwsi zaczęli rzeźbić malować, projektować ku uciesze własnej i z zaangażowaniem mieszkańców. Że każdy jest artystą, mówił już Joseph Beuys. Jakim? Każdy innym, ale w każdym z nas kryje się potrzeba wyrażania swojej twórczości, bo sztuka to wolność. Podwórka tętnią życiem i sztuką, są autentyczne ze swoimi mieszkańcami, którzy w ciepły sierpniowy dzień wyszli z kamienic, usiedli na ławkach i murkach, przy garażach, trzepaku. Dzieci dokazują, mniejsze śpią w wózkach. Ci co nie wyszli, otworzyli okna na oścież i rozmawiają z tymi na podwórku. Samochody parkują, zasłaniają sztukę. Ale o to przecież chodzi. Te malunki nie nadają się do klasycznych galerii. One wraz z podwórkowym życiem są “galerią”, czasem zasłonięte, czasem ukryte, mniej wyeksponowane, ale wszystkie piękne, a gdy liście drżą na wietrze, a słońce próbuje się przez nie przedostać, malowidła ożywają i biorą udział w podwórkowym życiu. Dzieła tych wielkich, których zna wikipedia, takich jak van Gogh, Wyspiański, Chagall, Frida Kahlo, Mondrian i wielu innych, na nowo namalowanych, są tak samo ważne jak portrety mieszkańców, ich prace, jak malowidła ich dzieci.

Nas patrzących, zwiedzajacych, zachwycających się jest jeszcze stosunkowo mało, choć pani w oknie, którą zagaduję, mówi, że czasem przychodzą wycieczki i wtedy nie wie, co oglądać, czy telewizję, czy ludzi spacerujacych pod oknem.

Chciałabym tam wrócić, bo nie zobaczyłam wszystkiego, bo oprócz pani w oknie, nie rozmawiałam z nikim, chciałabym wejść do tych domów z ażurowymi schodami, chciałabym jeszcze raz się zachwycić.

Narażę się na pewno niejednemu, gdy powiem, co tam Aula Leopoldina, co tam Panorama Racławicka, co tam Stary Ratusz we Wrocławiu lub Sky Tower, dopiero te malowane podwórka oczarowały mnie tak samo jak widok śpiącego kota wśród baśni braci Grimm, wierszy Barańczaka, Listów Jamesa Joyce’a i innych książek w oknie antykwariatu na Szewskiej we Wrocławiu.


Przypisek Adminki: To ciekawe, jak niekiedy pewna myśl pojawia się na blogu dzień po dniu, tak jak ta, że sztuka i wolność… Wczoraj pisał TU o tym Mietek Węglewicz, dziś – Ela Kargol i umieszcza zdjęcie kartki (a może obrazu, który wygląda jak kartka), gdzie jakiś artysta uliczny to samo obwieszcza wszem i wobec…

Reblog: Wrześniowe wiersze

Mietek Węglewicz

napisał:

Cześć Ewo Mario, Koleżanko, Pielgrzymko,
sztuka to wolność, życie to sztuka, prawo do życia to prawo do wolności, do sztuki. Ani sztuka, ani wolność nie mogą odbierać prawa do życia. Nie mogą! Inaczej same sobie odbierają prawo…

z blogu morze żywe

Z pamiętnika jesiennej dziewczyny

Wrzesień przez miesiąc był wierny
Odszedł…
Przyszedł Październik..
Świt późniejszy,
zmierzch śmielszy
Ręce takie chłodne…
Ponad cztery tygodnie
złotem liści mamił
welon z mgły mi zakładał
A w końcu zostawił
Potem był Listopad
Bardzo smutny chłopak
Odszedł zimny jak szkło
…z taką jedną … Mgłą

Apel

Czytelniku
nie czytaj krytyków
U nich każdy przecinek się liczy
Wiadomo jak
to krytycy
i każdy zwróci drab
uwagę na każdy brak
Brodacze w okularach
nad wierszem pochyleni
na brak przecinka zaraz
uwagę zwrócą
jak Lenin
Pochylą się badacze
rozgadają gadacze
Rozpiszą się pismaki
że on taki a taki
Czytelniku
nie czytaj krytyków

Dzień Aptekarza

Rzadko się zdarza
Dzień Aptekarza
no może raz do roku
całymi dniami
mierzy, odważa
a w pracy musi mieć spokój
Dlatego rząd rozważa
świętować Noc Aptekarza
Ale aptekarz w nocy
też ma zajęty czas
bo w świetle księżyca wytwarza
azotan srebra
z gwiazd

26.09.2020

O wojskowych piosenkach

Na polach bitew świata
Żołnierz strzela i ginie
Trata tatata, trata tatata
Od Amazonki po Łydynię
Płynie też pieśń
Dopomóż Bóg
i chciej
w opiece mieć
Ty nasze kule wrogom nieś
a nad duszami świeć
Tu wróg,
tu wróg,
a z nami
Bóg
Broń ciężka
i ta pieśń
Ty nas w opiekę weź
i nasze
kule nieś
Słysząc to Bóg
zawołał
Bo miał otwarte okno
czy wreszcie ktoś by mógł
zmienić tę pieśń okropną!!

Ostrzeżenie

Gdy palą owocowe skrzynki
to noc ma zapach mandarynki
Gdy dla ogrzania palą zbożem
to jest za dobrze
będzie gorzej
Gdy teczki z policyjnych szaf
noc pachnie zdradą, cuchnie strach
ale gdy książki idą w ogień
to nic już nie rób
tylko w nogi

mój kot

mój kot jest zawsze niewinny
bo nawet jak coś zrzuci
to na innych

Tyle dróg

byłem na mieście
o mieście nie śnię
byłem w lesie
w lesie już jesień
leciałem lotnią
w lotni samotność
byłem u Ciebie
u Ciebie… w niebie

Teatr

Pięknie się bawi
jesień światłem
Zamienia się
miejscami
z cieniem
bo dla jesieni
to jest łatwe
co roku
na tej samej
scenie
akt pierwszy
mgły
w drugim
natchnienie
w trzecim powszechne zaziębienie
czwarty zaklęty
Wszystkich Świętych
między aktami
aspiryna
i różne smutki
że dzień krótki
i co? – i…zima
już na scenie
akt…
Boże Narodzenie