Chodzenie po mieście

Ela Kargol

Z Moabitu do Friedenau. Schoenholtz i jego rzeźby

Berlin, Moabit, dzielnica, którą odkrywam krok po kroku, kamienica po kamienicy, ulica po ulicy, zawsze z tego samego miejsca, czyli spod Zakładu Karnego Moabit.

Na rogu Rathenower Straße i Alt-Moabit, w miejscu, gdzie kiedyś znajdował się budynek sądu karnego, a przed jego budynkiem rozwścieczony lew odlany z brązu, autorstwa Alberta Wolfa, bronił zaciekle swoich lwiątek przed przebiegłym i równie potężnym wężem, stoi dzisiaj inny budynek i inna rzeźba, możliwe nawet, że dokładnie w tym samym miejscu. Ta inna rzeźba jest jedną z sześciu, które znajdują się na osiedlu Heinricha Zille’go i są odpowiedzią i przeciwwagą do Pomnika Ułanów Limburga.

Osiedle Zille’go (Heinrich-Zille-Siedlung) powstało na terenie dawnych koszar Drugiego Pułku Ułanów Gwardii w późnych latach 70 ubiegłego wieku.

Teren koszar, nie tylko drugiego pułku, ale też innych regimentów, rozciągał się między Perleberger Straße, Rathenower Straße, Invalidenstraße prawie aż do obecnego Dworca Głównego w Berlinie (Berlin Hauptbahnhof), zajmował obecny Fritz-Schloß-Park, graniczył ze słynnym więzieniem moabickim, Zellengefängnis Lehrter Straße, na którego miejscu znajduje się teraz park historyczny. Drugi Pułk Ułanów Gwardii został zdemobilizowany w 1918 roku. Budynki przejęła Reichswehra, potem Wehrmacht. W 1943 roku w koszarowych stajniach 2000 Żydów, uwięzionych podczas tzw. Fabrikaktion, czekało na transport do KZ Auschwitz. W czasie wojny część budynków została zniszczona, do nich dołączyły gruzy innych moabickich budowli, część budynków zajęła berlińska policja. Z koszarowych gruzów powstało wzniesienie, jakich jest w Berlinie kilka – są to tzw. Trümmerberg (góry z gruzów). Kubistyczny pomnik przy wejściu do parku o tym przypomina.

W 1923 r. ostatni dowódca pułku Ludwig Karl Maria Graf von Maldeghem odsłonił pomnik ku czci poległych ułanów w czasie I wojny światowej. Pomnik nie stoi w tym samym miejscu, w którym został pierwotnie postawiony, ale dość niedaleko, a mianowicie przy Claire-Waldoff-Promenade, prawie w środku Osiedla Zille’go. Zauważalny jest niemal od razu, czego nie mogę powiedzieć o jego sześciu przeciwstawnych odnośnikach, które giną wśród bloków. Architekt planując osiedle zadał sobie naprawdę wiele trudu angażując i rozpisując konkurs na zagospodarowanie i upiększenie osiedla sztuką, sztuką nawiązującą do historii miejsca.

Konkurs wygrał rzeźbiarz, profesor Berlińskiego Uniwersytetu Sztuki (UdK Berlin) Michael Schoenholtz. Schoenholtz zaprojektował sześć rzeźb nawiązując i przeciwstawiając je pomnikowi Limburga, gloryfikującemu wojnę i militarność, nawiązał do koloru pomnika ułanów, do dwustopniowego cokołu i elementów, które zawiera. I tak powstały: Broń (Waffen), Miłość (Liebe), Życie (Leben), Harmonia (Harmonie), Słońce (Sonne), Sny (Träume).

To są tytuły nadane przez architekta osiedla Volkera Theißena. Artysta Schoenholtz nazwał swoje dzieła trochę inaczej. Podaję je tutaj w tej samej kolejności jak wyżej: Przeciwko wojnie, Roślina, Grono, Zniszczona forma, Słońce, Nadające się do zamieszkania.

W cokołach rzeźb umieszczone są metalowe tabliczki z cytatami Nitzschego, Goethego, Blocha, Salomo, Camusa, Ponge’a. Pierwszą, którą zobaczyłam była Broń lub jak chciał rzeźbiarz – Przeciwko wojnie. Na metalowej tabliczce umieszczone są słowa Nitzschego:

Die eherne Notwendigkeit ist ein Ding, von dem die Menschen im Verlauf der Geschichte einsehen, dass es weder ehern noch notwendig ist.

“Bezwględna konieczność jest rzeczą, która – jak się w przebiegu dziejów okazuje – nie jest ani bezwzględna, ani konieczna.” (tłumaczenie Ela Jagiełło)

Gdybym nie zobaczyła przy Rathenower Straße pierwszej rzeźby, dla mnie pierwszej, nie dotarłabym nigdy do pozostałych tak starannie i szczegółowo zaprojektowanych, ustawionych na planie starych koszar, z przekazem antywojennym. Niektóre z nich zarosły zielenią osiedlową, niektóre stały się niewidoczne dla mieszkańców osiedla, przemykających między Słońcem, Życiem i Miłością. Bardziej widoczny jest ślimak lub rzeźba przedstawiająca jeden z rysunków Zille’go, są to rzeźby innych artystów. Osiedle aż tętni sztuką, szkoda, tylko, że za pierwszym, ani nawet za drugim razem nie jest ona widoczna i zrozumiała.

Wracając do artysty Schoenholtza, muszę się przenieść z Moabitu na Friedenau. Miał pracownię niedaleko miejsca, gdzie mieszkam, przy Görresstraße. Zmarł w roku 2019, pochowany jest na cmentarzu przy Stubenrauchstraße, wśród sławnych i mniej sławnych artystów. Gdy jeszcze żył, oferował kursy rzeźbiarskie w kamieniu dla dzieci. A ja wtedy bezskutecznie szukałam takich kursów dla wnuka. Dzisiaj weszłam na podwórko, gdzie Schoenholtz tworzył, jedyne podwórko z pracowniami rzeźbiarzy, które zostały na tej ulicy, dawnej Wilhelmstraße. Przeszło sto lat temu w prawie co drugim domu znajdowało się atelier rzeźbiarskie. Tu mieszkali i tworzyli tacy rzeźbiarze jak: Valentino Casal (1867-1951), Johannes Götz (1865-1934), Eberhard Encke (1881-1936), Paul Hubrich (1869-1948), Edmund Gomanski, (1854-1930), Ludwig Manzel (1858-1936, twórca szczecińskiej Sediny). Podobno cesarz Wilhelm II nazwał to miejsce Klein Carrara. To właśnie tu dostarczono wielki blok marmuru karraryjskiego, z którego miały powstać na zlecenie cesarza 32 pomniki ustawione później w Alei Zwycięstwa (Siegesallee).

Ale to będzie już inny spacer, z Friedenau do Tiergarten.

Niebo nad Berlinem

Krzysztof Pukański

Ballada na cztery tęcze

Zdjęcia “tęczowe” są wszystkie zrobione w ciągu jednego dnia, jedne wczesnym rankiem, inne późnym popołudniem. Tęcza za każdym razem była podwójna, niestety nie wszędzie to widać. Dwa razy w ciągu dnia podwójna tęcza. Tego to nawet najstarsi berlińscy górale nie widzieli. Pierwsza tęcza się objawiła, gdy właśnie miałem zamykać, a druga, gdy dopiero co otworzyłem me piękne oczęta. Aż się zacząłem podejrzliwie rozglądać, czy to nie jaka fotomorgana. Albo czy może Pani Bozia jaja sobie robi i z nieba do mnie mryga, albo, co gorsza, znaki jakie daje? A że zewsząd akurat oblewała mnie czarna kałuża beznadziejnej rozpaczy, uznałem, że to znak. Znak żeby zabierać d.pę w troki i łapać się za aparat. I nie blokować samolubnie kałuży, której Bozia zapewne potrzebuje dla kogoś innego. Biedaczyna!

Blutbrüder (6)

Anne Schmidt

9. Jahnke

Jahnke schiebt Kai die Banane zu. Er malt Spiralen in sein Heft und ist so vertieft in seine inneren Bilder von Drogenmissbrauch und dessen Wirkung auf Willenskraft und Skrupelabbau, dass Kai schon die halbe Banane gegessen hat, als Jahnke endlich fragt: “Hast Du Dich von Deinen Freunden verraten gefühlt?” Kais Kopf sinkt auf die Tischplatte und er beginnt mit einem dumpfen Laut, der aus seinem tiefsten Innern zu kommen scheint, zu weinen.

Jahnke schreckt zurück. Er hat noch nie einen Delinquenten zusammenbrechen sehen, auch nicht bei einer niederschmetternden Urteilsverkündung.

Hilflos streckt er eine Hand aus, um Kais freie Hand zu ergreifen, besinnt sich aber darauf, dass er ein Mann ist und jede Berührung von ihm unabsehbare Folgen haben könnte. Er beschränkt sich darauf, ein Taschentuch zu Kai hinüber zu schieben. Er versucht, sich vorzustellen, wie enttäuscht ein Mensch sein muss, wenn er sich mit seinem tiefsten Kummer an niemanden wenden kann, wenn er erkennen muss, dass auch seine angeblichen Freunde nichts von seinen Problemen wissen wollen. Vielleicht hat ihm sogar jemand zu verstehen gegeben, dass er selber an seinem Zustand schuld sei, dass er nur nach Hause zu gehen brauche, um seine Abhängigkeit zu beenden. Aber hätte Kai in seine unwohnliche Laube zurückkehren können, ohne die Erlaubnis des Jugendamtes?

Jahnke steht auf und klopft an die Tür. Kai schneuzt sich und wischt sich die Tränen ab. Er würdigt das letzte Stück Banane keines Blickes, sondern lässt sich willenlos von Rothers, der nach dem Klopfen eingetreten ist, die Hände ebenso willenlos auf dem Rücken fesseln.

Jahnke kramt in seiner Tasche und fördert ein Taschenbuch zutage; es ist ein Gedichtband mit tragisch-komischen Gedichten von Ringelnatz; Jahnke hatte lange überlegt, wieviel Intellekt oder Tragik er dem Jungen zutrauen könne, war von Hesse zu Trakl geschwankt, hatte “Der junge Törless” in die Hand genommen und die Erinnerungen eines Schülers aus der Odenwaldschule. Aber der Zweifel, dass ein Roman über Missbrauch seinen jungen Mandanten erleichtern könne, hatte ihn zu den Gedichten aus Ringelnatz’ Berliner Zeit greifen lassen.

Als Jahnke draussen in seinem Wagen sitzt, nimmt er sich vor, Kais frühere Freunde zu besuchen. Einer von ihnen hatte damals seiner Mutter von den Annäherungsversuchen seines Lehrers erzählt. Er war zum Prozess gekommen und Krause war zu einem Jahr auf Bewährung und zu einer Therapie verurteilt worden. Ausserdem wurde er an eine Schule in einem anderen Bezirk versetzt.

In Jahnkes Büro wartet nur seine Sekretärin auf ihn, sodass ihn nichts daran hindert, gleich die nötigen Anrufe zu tätigen, um  Akteneinsicht zu erhalten.

Im Archiv des Gerichtes sind schon die angeforderten Akten bereitgelegt, als Jahnke nach einem  frugalen Mittagessen dort ankommt. Er darf sie nicht mitnehmen, aber inzwischen gibt es eine lichtdurchflutete Leseecke mit bequemen Sesseln im Archiv. Er dankt kurz der freundlichen Archivarin und lässt sich gedankenverloren in einen der Sessel fallen. Die 1. Akte enthält hauptsächlich sachdienliche Hinweise zur Klägerin, ihrem minderjährigen Sohn Arne, dem Angeklagten und den zwei Freunden von Arne, Felix und Kai. Die Anklage, die auf sexuellen Missbrauch lautete, wurde vom Angeklagten vehement zurückgewiesen. Im Gegenteil: Der Anwalt des Angeklagten beschuldigte die Mutter von Arne, sich an Krause rächen zu wollen, da er ihrem Sohn nicht die gewünschte Zeugniszensur in Mathematik gegeben habe. Da Arne selbst nicht sehr gesprächig war, sich sogar in Widersprüche verstrickte, entschied der Richter, den Prozess zu unterbrechen und Arne von einem Psychologen befragen zu lassen. Bevor der Psychologe einen Bericht erstattet habe, wollte der Richter auch die zwei Zeugen nicht vernehmen. Herr Krause wurde, da keine Fluchtgefahr bestand, bis zur Fortsrtzung des Prozesses nach Hause entlassen.

Das Jugendamt wurde von dem Prozess unterrichtet und gebeten, Kai einen Platz in einer betreuten Wohngemeinschaft zu besorgen.

Da im Moment alle betreuten WGs voll waren, musste Kai zurück in Krauses Wohnung gehen, denn noch war Krauses Schuld nicht bewiesen.

10. Krauses Frau

Krauses Frau, die esoterische Kurse gab, sollte sich um Kai kümmern. Kai hätte beinahe laut gelacht, als er von dieser Scheinlösung hörte, denn bisher hatte diese Frau sich nie für das Treiben ihres Mannes in der gemeinsamen Wohnung interessiert. Kai roch immer die Haschischwolken, die aus ihrem Zimmer kamen und sah sie manchmal mit glasigem Blick in der Küche hantieren. Diese Frau als Schutzpatronin für ihn auszusuchen, dünkte ihn mehr als ein Treppenwitz. Als Krause mit Kai die Wohnung betrat, war sie gerade in der Küche. “Wie war`s?”, fragte sie mit unstetem Blick.

Krause erklärte ihr mit süffisantem Grinsen, welche Verantwortung nun auf ihr laste und fügte hinzu: “Keine Angst, ich mach das schon. Gib uns etwas von Deinem Haschisch ab, dann wird Kai ein bisschen entspannter.” Da Kai nicht rauchte, fing er nach dem ersten Zug heftig an zu husten. Krause amüsierte sich, klopfte ihm auf den Rücken und meinte: “Koks zu sniffen ist einfacher, aber im Moment habe ich keines da.”

Kai wollte heimlich in Carlas Zimmer schleichen, aber Krause hielt ihn schmerzhaft am Arm fest. “Wir zwei machen jetzt eine kurze Strategiebesprechung. Du willst doch sicher nicht, dass ich in den Knast komme, oder?” Kai schüttelte den Kopf. Er wollte auf keinen Fall vor Gericht aussagen und seine Willfährigkeit zugeben müssen. Er würde kein Sterbenswörtchen über den sexuellen Missbrauch sagen, aber die Aussage von Felix musste er beeinflussen.

Felix hatte die Annäherungen von Krause immer geduldet und Kai vermutete, dass er schwul war. Aber Felix durfte nichts von den Umarmungen und Küssen verraten, weil dann seine eigene Aussage unglaubwürdig sein würde. Mit der Ausrede, Felix instruieren zu müssen, verschwand Kai mit leichtem Gepäck aus der Wohnung.

Fortsetzung in einer Woche

§§§ Anegdoty prokuratora Ogórka 3

This image has an empty alt attribute; its file name is oratorwinieta-2.jpg

Wybrał i podał do publikacji Zbigniew Milewicz

Generał

Katowicki Oddział Zrzeszenia Prawników Polskich jest od wielu lat najaktywniejszym oddziałem w Polsce. Oprócz działalności wydawniczo-odczytowej i popularyzatorskiej prawa preferuje też różne formy działalności sportowej i turystycznej. Dobrą tradycją od wielu lat stały się organizowane kilka razy w roku – przez wspaniałego i niestrudzonego w tym względzie sędziego Janusza Kiercza – zbiorowe wycieczki w Alpy. Wśród wielu wytrawnych narciarzy, szczególną elegancją ruchów i perfekcyjną sylwetką na stoku wyróżnia się pan mecenas Henryk Tomera.

Ostatnio, na stokach szwajcarskiego Matterhornu zadziwił ponadto niecodziennym nakryciem głowy, a mianowicie wysoką futrzaną czapą a la Czapajew, z „bolszą“ czerwoną gwiazdą. To iście atamańskie nakrycie głowy wzbudziło autentyczną ciekawość turystów.

– Wer ist dieser Mann ? – pytali spokojni zazwyczaj Szwajcarzy.
– Ein russischer General – odpowiadali żartobliwie chórem nasi.

W ten sposób część generalskiej sławy spłynęła również na nas, jego towarzyszy.

Następne opowieści przeczytamy już z zeskanowanych stron – przypominam, że wystarczy kliknąć w kolejną stronę, żeby ją powiększyć i wygodnie przeczytać.

Następne historyjki za tydzień

Zaginiony wpis

Ewa Maria Slaska i Lidia Głuchowska

Dziś 17 maja, święto narodowe Norwegii. Wiem to “od zawsze”, bo piękny opis tego święta czytałam w dzieciństwie wielokrotnie w mojej ulubionej książce Nad dalekim cichym fiordem. Zaplanowałam na dziś reblog świetnego wpisu Lidii o święcie narodowym Norwegii, ale nie udało mi się go w ogóle znaleźć. Był na pewno, umieściłam go w roku 2012 na (nieistniejącym już) blogu zwanym Jak udusić kurę, ale szukałam i szukałam, i ja, i wyszukiwarka, wpisu nie ma. Zostały tylko zdjęcia.

Z załączonych zdjęć wynika, że dzień święta narodowego Norwegii jest patriotyczny, wesoły, kolorowy i ludowy, a ponadto jest na pewno smakowicie. Najbardziej podobają mi się zwykli ludzie w strojach ludowych. W Polsce bywa tak chyba tylko na Podhalu, że nosi się stroje ludowe czasem nawet nie tylko od święta. Nigdzie więcej tego nie widziałam. W każdym razie w Oslo to święto wygląda trochę inaczej od podobnego święta w Warszawie. Ale pewnie wszędzie święto narodowe wygląda lepiej niż to, jak się prezentuje Warszawa 11 listopada.

Zacznijmy od edukacji

Interview auf Deutsch:

Andrzej Grajewski rozmawia z profesorem Robertem Trabą o polsko-niemieckich podręcznikach do nauki historii

Andrzej Grajewski: Szefowa berlińskiego oddziału Instytutu Pileckiego Hanna Radziejowska zwróciła niedawno uwagę, że w ośmiu przeczytanych przez nią niemieckich podręcznikach do historii nie było słowa o terrorze i zbrodniach na polskiej inteligencji i ludności cywilnej, o powstaniu warszawskim, Polskim Państwie Podziemnym i rządzie na emigracji. Czy ten opis odpowiada prawdzie?

Prof. Robert Traba: Dziwi mnie, że zaczynamy rozmowę od wypowiedzi o faktach powszechnie znanych, pomijamy zaś milczeniem zamknięcie historycznego projektu pierwszego wspólnego polsko-niemieckiego podręcznika do nauczania historii. O mankamentach niemieckich podręczników publicznie mówiłem wielokrotnie, korzystając m.in. z analizy treści blisko 40 spośród nich. Wskazywaliśmy na brakujące w nich elementy opisu niemieckiej okupacji, eksterminacji polskich elit czy funkcjonowania Polskiego Państwa Podziemnego.

Wydarzeniem na skalę międzynarodową jest fakt, że wysiłkiem dwóch rządów przygotowywany był wspólny podręcznik. Zastanawiam się, dlaczego dzień po zakończeniu tego projektu PAP – główne medium informacyjne – wysyła do opinii publicznej wiadomość, że w sprawach podręcznikowych nic się nie zmieniło. Jakby komuś chodziło o sabotowanie naszej pracy, wykonanej, podkreślam, na zlecenie polskiego rządu.

Mówimy o podręczniku „Europa. Nasza historia/Europa – Unsere Geschichte”. W jakich okolicznościach powstał?

To wielki, realizowany od 12 lat projekt, którym kierowały ze strony państwa polskiego trzy ministerstwa oraz powołana do nadzoru merytorycznego Wspólna Polsko-Niemiecka Komisja Podręcznikowa. Żaden z kolejnych rządów tego projektu nie przerwał, zapewniając biorącym w nim udział ekspertom pełną wolność i niezależność. Dodam, że w 2012 r. opracowaliśmy „Zalecenia”, które w sposób zasadniczy zmieniają sposób opowiadania dziejów Polski i Niemiec. Wszystkie zostały zrealizowane w tym wspólnym, wspieranym przez oba rządy podręczniku.

Jaki jest status tego podręcznika?

Został zatwierdzony do użytku przez konferencję ministrów oświaty Niemiec. Nie ma federalnego ministerstwa oświaty, gdyż to kompetencja poszczególnych landów. Podręcznik został uznany w 15 landach, poza Bawarią, która stwierdziła, że za mało jest w nim elementów bawarskich. Pozostawię to bez komentarza. Ponieważ IV tom został zamknięty dopiero w czerwcu br., w Polsce trwa proces recenzyjny wszystkich czterech tomów, aby dopuścić go oficjalnie do nauki historii w polskich szkołach. Osobiście wierzę w pozytywne jego zakończenie. Mam nadzieję, że władze w obu krajach wesprą jego używanie. Akceptację dokonaną przez nauczycieli będziemy mogli ocenić dopiero za rok, kiedy będzie miał szansę jako całość wejść do użytku w szkołach. Żaden nauczyciel nie podejmie się używania podręcznika, jeśli nie ma kompletu, a ten stan osiągnęliśmy dopiero teraz.

Dalej: https://www.gosc.pl/doc/6655132

***
Robert Traba, historyk i politolog. Od roku 2007 do grudnia br. był współprzewodniczącym Wspólnej Polsko-Niemieckiej Komisji Podręcznikowej. W latach 2006–2018 kierował Centrum Badań Historycznych PAN w Berlinie. Obecnie profesor w Instytucie Studiów Politycznych PAN w Warszawie.

Wspólna Polsko-Niemiecka Komisja Podręcznikowa

Kommentarz profesora Michaela Müllera

Europa – unsere Geschichte. Ein Schulbuch für Deutsche, Polen und Europäer

Das in deutsch-polnischer Zusammenarbeit gerade fertiggestellte vierbändige Unterrichtswerk zur europäischen Geschichte ist das weltweit zweite in transnationaler Kooperation erarbeitete Schulbuch – und (hoffentlich!) das erste, das in der schulischen Unterrichtspraxis auch wirklich breit genutzt werden wird, in Polen, in Deutschland, vielleicht auch anderswo in Europa.

Das Projekt hat wiederum seine eigene Geschichte. Es geht zurück auf die langjährige Arbeit der Gemeinsamen Deutsch-Polnischen Schulbuchkommission der Historiker und Geographen. Im Blick auf deren Erfahrungen und Kompetenzen haben die Außenminister Polens und Deutschlands unserer Kommission 2007 den Auftrag erteilt, ein gemeinsames Schulbuch für Geschichte zu erarbeiten. Das geschah dann in mehreren Stufen. Bis 2012 untersuchten Expert*innengruppen, welche Anforderungen ein solches Schulbuch in beiden Ländern je erfüllen mussten, und sie erarbeiteten genaue Empfehlungen für die inhaltliche und didaktische Gestaltung. 2012 wurden aufgrund einer öffentlichen Ausschreibung zwei Verlage mit der Realisierung beauftragt – der deutsche Verlag Eduversum und der bekannte polnische Schulbuchverlag WSiP (Wydawnictwo Szkolne i Pedagogiczne). Dann begann die Arbeit der deutsch-polnischen Autor*innenteams, unterstützt vom Expertenrat unserer Kommission. So wurden zwischen 2016 und 2020 sukzessive die vier Bände fertiggestellt.

Unsere Ziele werden in der Ansprache an die Schülerinnen und Schüler auf der Auftaktseite zu Bd. 1 erklärt. Es geht darum, dass junge Menschen „die europäische Geschichte aus verschiedenen Blickwinkeln“ kennen lernen, Wichtiges über die Geschichte auch unserer Nachbarn erfahren – und dadurch eben ein Verständnis dafür entwickeln, dass die europäischen Gesellschaften sehr unterschiedliche historische Erfahrungen gemacht haben, diese Erfahrungen zugleich aber immer eng miteinander verflochten waren.

Geschichte ist nicht einfach ein Archiv gesicherten Wissens über die Vergangenheit, schon garnicht etwas, was man in einer authoritativen, „objektiven“ Erzählung über Europa darstellen könnte. Es gibt Tatsachen (Ereignisse, Strkturen, Wandlungsprozesse), die genau zu rekonstruieren und zu dokumentieren die Aufgabe der Historiker*innen ist; sie sind dabei dem Prinzip der Objektivität und Wahrhaftigkeit verpflichtet. Eine ganz andere Sache ist jedoch, wie einzelne europäische Gesellschaften/Nationen, einzelne regionale, kulturelle und soziale Gruppen, ja auch einzelne Menschen die „große“ Geschichte je erfahren haben bzw. sich daran erinnern.

Jene „große“ Geschichte stellte und stellt sich den Menschen in Europa in Erfahrung und Erinnerung auf sehr unterschiedliche Weise dar. Es macht zum Beispiel einen gewaltigen Unterschied aus, ob man den deutschen Eroberungs- und Vernichtungskrieg gegen Polen im Jahr 1939 aus der Perspektive der Tausende zählenden Opfer unter der polnischen Zivilbevölkerung und deren Nachkommen wahrnimmt oder aus der der damals noch kaum vom Krieg betroffenen deutschen Bevölkerung. Ebenso macht es aber einen gewaltigen Unterschied aus, ob man die Erfahrungen von Flucht, Vertreibung und Zwangsumsiedlung aus den ehemaligen deutschen Ostgebieten in den Jahren 1944/45 aus der Perspektive der betroffenen Deutschen oder aus der der polnischen Nachkriegsgesellschaft sieht. Dass Nationen, besondere Gruppen und auch Einzelne unterschiedliche historische Erinnerungen haben, ist legitim und sozusagen natürlich. Ebenso natürlich ist, dass sich an die jeweiligen kollektiven Erinnerungen sehr unterschiedliche Deutungen der Vergangenheit knüpfen – wenn auch nicht alle dieser Deutungen „legitim“ erscheinen mögen oder zumindest kontrovers sind.

Lernen über Geschichte muss in jedem Fall aber auf selbständiger, kritischer Urteilsbildung beruhen. Dem entspricht das Angebot verschiedener didaktischer Bausteine in dem Schulbuch. Neben der konventionellen Fakteninformation (Ereignisse, Strukturen, Begriffserklärungen) werden unter dem Stichwort „Blickwinkel“ unterschiedliche Deutungen der Vergangenheit miteinander konfrontiert. Sogenannte Methodenseiten geben Anleitung zum kritischen Umgang mit Quellen und Sekundärinformationen. Unter der Rubrik „Vergangenheit in der Gegenwart“ wird auf Spuren der Geschichte in unserer heutigen Lebenswelt aufmerksam gemacht und zu deren kritischer Wahrnehmung angeregt.

Die Initiator*innen und Verfasser*innen des vierbändigen Schulbuchs wünschen sich sich, dass es einen Beitrag zur Entwicklung einer Kultur der dialogischen Erinnerung in Europa leisten kann. Damit es dazu kommen kann, braucht es aber – wie Robert Traba (polnischer Ko-Vorsitzender der Deutsch-Polnischen Schulbuchkommission bzw. der Projektgruppe Schulbuch) zurecht angemerkt hat – nicht nur wechselseitige Empathie, sondern auch die Bereitschaft, die „Polyphonie der nationalen Erinnerungskulturen“ als „dialogbereichernd“ anzuerkennen.

***

Michael G. Müller, Professor für Geschichte an der Martin-Luther-Universität Halle, ehemaliger Ko-Vorsitzender der Gemeinsamen Deutsch-Polnischen Schulbuchkommission und Ko-Vorsitzender des Expertenrats für die Projektgruppe Deutsch-Polnisches Schulbuch

Die längste Sekunde meines Lebens (Erkundung der Stadt)

Christine Ziegler

Die längste Sekunde meines Lebens, sagt man so.

Jetzt weiß ich, dass das stimmt. Dieses subjektive Gefühl, das so gar nichts mit dem zu tun hat, was rings um dich abläuft. In stiller Verwunderung stellst du fest, dass du jetzt bremsen musst und realisierst, dass das nicht stattfindet.

Und nun? Werde ich wieder aufs Rad steigen können?

Na ja, erst mal lernen, wieder ordentlich zu schreiben, eines nach dem anderen, nicht zu ungeduldig sein.

Berlin, Ende November, ein trüber Tag. Ich bin auf dem Heimweg von Steglitz, mit dem Rad. Woher kommt plötzlich dieses Auto vor mir? Falsche Frage. Warum hab ich nicht gebremst? Weiß ich nicht. Handschuhe zu dick? Sicht behindert? Einfach geträumt?

Der Blinker splittert. Irgendein Instinkt hat mich bewogen, das Rad noch am Auto vorbei zu lenken. Nicht dass da noch Platz gewesen wäre, da stand ja noch ein Auto auf dem Parkstreifen.

Woran hatte ich gedacht? Wie schön der Winterabend ist? Wo ich heute noch Briefmarken herbekomme? Was ich am Abend noch machen will? Ist auch alles weg aus meinem Kopf.

Die Hand erhoben, ein Versuch, den Aufprall noch abzufangen. Sieht erst mal erfolgreich aus. Ich komme zum Stehen.

Was ist das jetzt? Weshalb kann ich mit der Linken mein Rad nicht halten? Wie komme ich jetzt runter vom Rad?

Ab sofort geht nichts mehr ohne Hilfe. Der Rettungswagen wird gerufen, Polizei kommt hinzu, ich sitze verstört neben der Trage im roten Auto, die Rettungssanitäter als Hüter um mich herum. Nach einer Weile fahren sie mich ins Krankenhaus.

Das Rad bleibt zurück, angeschlossen an ein Straßenschild, die Nachbarin wird es später abholen.

Sie fädeln mich ein ins Hilfesystem, Daten werden aufgenommen, der Blutdruck gemessen, von irgendwo her kommt ein Kühlpad. Wie groß sind die Schmerzen auf einer Skala von null bis zehn? Was kann ich da sagen?

Nun denn. Erfahrene Rettungsleute sehen meinem Handgelenk schon an, was passiert ist, doch die Röntgenaufnahme bringt dann endgültig die genaue Auskunft: Bruch der Speiche direkt am Handgelenk.

Der Körper ist ein Wunder! Gleich nach dem Bruch fängt die Gesamtheit der Zellen schon an, aufzuräumen. Die Chirurgen helfen „nur“, dem Umbau ein bisschen Struktur zur Seite zu stellen. Wieso weiß so ein Knochen, wie er wieder zusammen kommen soll? Da kommen die Fresszellen und hauen weg, was an Durcheinander entstanden ist. Großes Räumkommando. Dann kommen die Aufbauer und wuchern erst mal wild vor sich hin, um die beiden Teile zu verbinden, ein Kallus entsteht. Erst später kommt Struktur in die Sache. Druck und Zug erzeugen die wunderbare Architektur des Knochens. Wo braucht es noch Material, wo kann es wieder weg.

Das geht nicht von heute auf morgen, jetzt die richtige Balance finden. Nicht überfordern, doch auch nicht nur stillhalten.

Wann sitze ich wohl wieder auf dem Fahrrad?

Eigentlich wollte ich doch eine Jubelgeschichte schreiben auf das Radfahren. Ein Emanzipationsgerät viele mutige Frauen haben davon profitiert. Jetzt muss ich einen Neuanfang wagen, den ich mir jetzt noch nicht vorstellen kann.

Das Radfahren kam nicht so leicht zu mir. Die ersten Übungen auf einer Terrasse, immer direkt auf die Treppe nach unten zu. Ich hatte schon auch Angst. Und irgendwann der Triumph, die Balance funktioniert, es braucht keine Halter und keine Stützräder. Ich fahre, ich fliege!

Ein Können, das erst mal nicht zum Zuge kam. Bis ich die Fähigkeit als Möglichkeit erkannte, mich vom unzulänglichen Busverkehr in der niedersächsischen Pampa unabhängig zu machen. Kampf gegen den Wind, der im Norden immer von vorne kommt. Nächtliche Touren, um die Freiheit auszubauen. Große Ermöglichung.

In der großen Stadt war damit erst mal Ende. So viel Verkehr, wie abschreckend. Und außerdem eine U-Bahn, die einen überall hinbringt, wie bequem.

Dann der gute Weg nach Wilmersdorf, der Verkehr konnte mir egal sein. Und ich hatte wenigstens ein bisschen Ausgleichssport.

Studium, der weite Weg nach Zehlendorf, kein Gedanke dran, das mit dem Rad zu bewältigen. Und sowieso musste ich immer noch Lektüre nachholen.

Sheffield, die großen Steigungen haben mich erst entmutigt, doch dann war es das beste Mittel, um durch die Stadt zu kommen. Bis das Rad unter die Räder gekommen ist, zum Glück ohne mich. Der Landlord hat es repariert, wie großartig!

Am Ende des Jahres die Tour durchs Land nach Harwich, um dort die Fähre nach Hamburg zu erreichen. Die Straßen gehörten mir, was für eine Freiheit.

Fahrrad im Urlaub, die Flüsse entlang. Der wunderbare Wechsel von Natur und Stadt, Staunen an Ökologie und Kultur.

Fahrrad für die kleinen Wege im Alltag. Kreuzberg liegt so manchmal doch noch in der Sackgasse, die Nachbarbezirke sind oft nur mit Umwegen erreichbar.

Die BVG hat mir wieder aufs Rad geholfen! Eine Woche Streik und ich musste doch nach Siemensstadt. Wieder eine Schneise durch Berlin gefunden, der großartige Weg über Charlottenburg und immer entlang der Spree. Freiheit!

Ja und wieder ein Rückschlag. Die Operation am Magen hat mich ängstlich gemacht, vom Rad wollte ich lange nichts wissen. Dann keine Zeit, dauernd anderes zu tun.

Ausgerechnet Corona hat mir wieder in den Sattel geholfen. Die Abstände waren einzuhalten, die U-Bahn war ein spooky place geworden. Freiheit und Genuss, die Gedanken machten Luftsprünge, das lüftete durch.

Ja, da schließt sich der Kreis. Jetzt ich bin sicher, ich werde wieder auf den Sattel steigen. Ich habe so oft wieder angefangen. Und jetzt weiß ich, was es mir Gutes getan hat.

Filozofia praktyczna, odcinek kolejny

Tabor Regresywny

Kiedyś na Wdzydzach mieliśmy bardzo silny szkwał. Tak silny, że nawet Heniu, który dwa razy opłynął Horn, był wystraszony i mówił, że takiej wichury jeszcze nie widział.

Ciekawa dość sprawa.

Wtedy napisałem na facebooku, że po tej kolejnej odsłonie apokalipsy, organizuję ewakuację na Wyspy Szczęśliwe. Wyspy Szczęśliwe to moje przemyślenia o ewakuacji.

Oczywiście, że ewakuacja, ale DOKĄD?

Stwierdziłem, że najbardziej sensowne jest ewakuowanie się na Wyspy Szczęśliwe, bo wszelkie inne kierunki byłyby łatwe do skrytykowania.

Ale chyba nie ma Wysp Szczęśliwych. Może były, ale zostały zagospodarowane przez koncerny turystyczne; mnóstwo uciech kosztem wielu ludzkich nieszczęść.

Ale, za sprawą paru zbiegów okoliczności oraz Aguuli Marzycielki, która nadała zdjęciu mojego wozu tytuł: Kosmos, stwierdziłem, że jednak są Wyspy Szczęśliwe. Jest ich tysiące, może nawet miliony. Wystarczy wieczorem spojrzeć w rozgwieżdżone niebo, żeby je zobaczyć. Myślę, że tam są Wyspy Szczęśliwe. Na to, że tak może być, przytoczę argument z Biblii, który mi się bardzo podoba. Rzecz dzieje się na pustyni. Bóg mówi do Abrahama, żeby wyszedł przed namiot i popatrzył na niebo. Gdy Abraham zobaczył miliony gwiazd, usłyszał jak Bóg powiedział: zobacz tam rozmnożę twoje plemię. Ale najprawdopodobniej ten, kto spisywał biblię, coś pomieszał, albo Abraham był przygłuchawy, bo usłyszał: Tak rozmnożę twoje plemię.

Może tam jest ta ziemia obiecana (ta ziemia obiecana tu na Ziemi nigdy nie była taka obiecana, jak to było obiecane), przyjmijmy, że Wyspy Szczęśliwe są w kosmosie. Pytanie jakie się nasuwa to: Jak się Tam dostać? Ale to pytanie całkowicie zignoruję (odłożę). Postawię inne pytania, bardziej fundamentalne i ważniejsze: Dlaczego nas Tam jeszcze nie ma? Co my tutaj, na tym ziemskim padole jeszcze robimy? Jeżeli faktycznie są Wyspy Szczęśliwe i są nam pisane, to co my tu jeszcze robimy?

Moje doświadczenia z ostatnich lat i droga myślenia, na którą wszedłem, sugerują mi odpowiedź, na którą najłatwiej znowu odwołać się do tekstów biblijnych. Bo z tym jesteśmy obeznani. Otóż w zaleceniu, żebyśmy czynili ziemię sobie poddaną, zobaczyłem ciekawą sprawę. W Biblii tysiąclecia przetłumaczono to jako: ujarzmiajcie ziemię. Z kolei użyję drugiego motywu, w legendarnym ogrodzie, Edenie Bóg mówił do Adama: Będziesz sprawował ten ogród. Z moich doświadczeń wynika, że czynienie ziemi sobie poddaną można realizować na dwa zupełnie odmienne sposoby. Jeden to ujarzmianie i to jest to co ludzie robią z wiadomym skutkiem, a drugi to sprawowanie, które zostało zapomniane, zlekceważone, wyśmiane. Jeżeli w ogóle miało miejsce to zostało całkowicie zignorowane. Widzimy do czego doprowadziło ujarzmianie: wisi nad nami katastrofa klimatyczna, na każdym kroku toniemy w zwałach śmieci, szerzy się pandemia i grozi nam katastrofa gospodarcza.

Po co w to zostaliśmy wkręceni, na co nam to było? Tu pojawiła mi się taka hipoteza, (rozwinięcie tekstu pt. K-utopia), że zanim otworzy się nam droga na Wyspy Szczęśliwe, to mamy do bólu, do końca poznać skutki ujarzmiania, czyli takiego sposobu czynienia ziemi sobie poddanej, który jest bardzo niewłaściwy, ale jednocześnie niebywale kuszący i bardzo dobrze uzasadniony. Myślę, że teraz właśnie doświadczamy skutków tego ujarzmiania nazwanego Oświeceniem, które miało przynieść nam dobrobyt, a przyniosło nieszczęścia.

Teraz mam pytanie: czy jest ten inny sposób, czyli sprawowanie i wydaje mi się, że jest. Myślę, że teraz jest ostatni dzwonek, na spróbowanie tego sposobu. Skutki ujarzmiania ziemi poznaliśmy aż za dobrze. W świetle tego co powiedziałem, moja odpowiedź na pytanie, co my tu robimy, jest bardzo prosta. Przechodzimy tu na ziemi pewną kwarantannę, w czasie której mamy przechorować chorobę, o nazwie Oświecenie, by raz na zawsze zejść z drogi ujarzmiania, byśmy, ewakuując się na Wyspy Szczęśliwe, nie roznieśli tej zarazy po całym kosmosie.

Bronię się przed pokusą poprawiania, ale może powinienem ulec pokusie dedykowania. Dedykuję ten tekst czterem Kasiom, dwóm Jolom i jednej Basi.

O tęsknocie za polskim chlebem, pisaniu książek i morsowaniu

Aleksandra Puciłowska

Pandemia nie przyszła jakoś niespodziewanie. Pamiętam, jak wirus dopiero co pojawił się w Chinach, a u nas już mówiono – że prędzej czy później – przyjdzie do nas. I faktycznie stało się to dość szybko, by przyjąć potem formę lawiny, która powoli, ale bezustannie zaczęła zmieniać nasze życie na zupełnie inne, niż znaliśmy do tej pory. Całe to szaleństwo trwa już ponad rok, co skłoniło mnie do refleksji nad tym, co zmieniło się przez ten dziwny, trudny czas w moim życiu. Na ile koronawirus i to, że świat zmienił się nie do poznania, wpłynęło na mnie i moją codzienność? I czy negatywne doświadczenia można wykorzystać, przekuwając je w coś pozytywnego? Na ile mamy wpływ na to, co dzieje się wokół nas? Te i inne pytania pojawiają mi się w głowie już od jakiegoś czasu. Myślę, że odpowiedzi na nie są ważne, bo mogą sporo powiedzieć nam o nas samych.

Ja dowiedziałam się na przykład, że kocham Polskę. Nawet z tym całym syfem, który się tam obecnie dzieje na tak wielu płaszczyznach. Boli, gdy na to patrzę i nie zachęca do powrotu, ale jednocześnie nie zagłusza tęsknoty. Choćby – jakkolwiek patetycznie to nie zabrzmi – za chrupiącą skórką polskiego, białego chleba. On, cholera!, faktycznie smakuje najlepiej. Od wybuchu pandemii moje wizyty w Polsce ograniczyły się do minimum. To wiąże się między innymi z brakiem ważnego dowodu osobistego. Nie mogę, z jakichś dziwnych, nie do końca dla mnie zrozumiałych powodów (po odpowiedzi odsyłam do Państwa Przyłębskich), złożyć wniosku o jego wyrobienie w Ambasadzie w Berlinie. A do Polski też nie bardzo mam jak pojechać. Mam więc nieważny dowód i liczę, że do lata gdy ważność traci też mój paszport, będę miała w ręku już obywatelstwo niemieckie z jakimś ważnym dowodem tożsamości.

O ile za dowodem polskim nie tęsknię, to uczucie tęsknoty tkwi w moim sercu. Chciałabym pochodzić po polskich chodnikach, posłuchać wokół siebie ludzi mówiących po polsku. Brakuje mi tego. To ładowało w jakiś magiczny sposób moje akumulatory. Zawsze wracam do Berlina, ale Polką się nie bywa, Polką się jest. Nawet z nieważnym dowodem tożsamości.

Na początku pandemii straciłam pracę. Zwolnili mnie z dnia na dzień. Z firmy, dla której zrobiłam tyle nadgodzin za friko, jak nigdy w całym życiu. Wkurzyłam się, poszliśmy na noże. Ja – która zazwyczaj unika konfrontacji. Ostatecznie wygrałam, co pokazało mi, że jestem silna. I że, jeśli się uprę, to potrafię osiągnąć swój cel, nawet jeśli po drodze nie będzie łatwo. Muszę mieć po prostu odpowiednią motywację. A wypowiedzenie z pracy, gdy świat właśnie ogarnia pandemia i nikt nie wie, czy jego firma to przetrwa – okazało się właśnie tym, czego potrzebowałam.

Poszłam więc za ciosem. Nagle miałam bardzo dużo wolnego czasu. Wysyłałam mejle z podaniem o pracę każdego poranka, a potem dzień stał przede mną otworem. Zajęłam się zatem tym, co zawsze wychodziło mi najlepiej: pisaniem. Czasem siedziałam do 4 nad ranem, nie mogąc się oderwać od historii, która jakoś tak nagle pojawiła mi się w głowie. Nie zrobiłam żadnego planu, usiadłam i zaczęłam pisać, by po kilku zaledwie tygodniach postawić ostatnią kropkę. W ten sposób spełniłam swoje największe marzenie: napisałam książkę. Próbowałam to zrobić wcześniej już wielokrotnie i nigdy nie dotrwałam do końca. Ale nie tym razem – teraz już wiedziałam, że chodzi tylko o motywację.

Tej nie zabrakło mi także potem – premiera książki jeszcze w tym roku, a ja w międzyczasie znalazłam nową, lepiej płatną pracę.

Mam fajnych przyjaciół. Nawet coraz to większe ograniczanie kontaktów społecznych nie przeszkodziło nam w pozostaniu w kontakcie ze sobą. Wręcz przeciwnie – jeszcze bardziej doceniliśmy ten czas, który dany nam było spędzić ze sobą w realu. Powiem więcej – zaczęli odzywać się ludzie, z którymi kontakt wcześniej mi się urwał. Szukamy zatem, jako ludzie, kontaktu z drugim człowiekiem. To daje nadzieję na przyszłość. Poczucie wspólnoty – to może nas jedynie uratować.

Skończyłam w tym roku 34 lata. Dzień po moich urodzinach sprawiłam sobie sama prezent i poszłam morsować. Chciałam to zrobić od zawsze, ale wydawało mi się to absolutnie niemożliwe. Ale – sami wiecie – wszystko zależy od… motywacji. Mnie i Adrianowi, który mi towarzyszył, nie przeszkodził nawet lód na jeziorze. Było wspaniale.

Wnioski? Ten dziwny czas, który mamy namieszał sporo w moim życiu. Ale pokazał mi też, że otaczającą nas rzeczywistość, tworzymy my sami. I, że jeśli znajdziemy coś, co będzie nas napędzać, to w końcu osiągniemy to czego chcemy.

Dbajmy o siebie, pozostańcie zdrowi. I weźmy z tego trudnego czasu dla nas to, co najlepsze.