Alfred Tennyson, Bijcie dzikie dzwony

Ciąg dalszy z wczoraj

Pisałam wczoraj o noworocznym poemacie Tennysona Dzikie dzwony, od wielu lat czytanym w Sylwestra w Szwecji w Muzeum Skansen. Chciałam znaleźć polskie tłumaczenie, ale mi się nie udało. Poprosiłam więc trzynaście osób, żeby zechciały go dla nas przetłumaczyć. Miała to być delikatna aluzja do tzw. Apostołów z Cambridge, elitarnego klubu dyskusyjnego, założonego w roku 1840, którego członkiem był swego czasu również Tennyson. A że Apostołów było trzynastu, nie muszę chyba nikomu przypominać. Zawsze miało ich być dwunastu, po samobójczej śmierci Judasza dokooptowano więc Macieja, który był ponoć nie tylko Apostołem, ale i Ewangelistą (jego Ewangelia, podobnie jak wiele innych, nie została uznana przez synod kartagiński w roku 397).

Wezwałam więc do zabawy trzynaścioro autorów bloga, wliczając w to siebie. Tylko dwóch z nich odpowiedziało na wezwanie. No i ja. Troje. Oto nasze tłmaczenia Dzikich dzwonów.

Lech Milewski

Dzwońcie dzikie dzwony, do dzikiego nieba,
Do płynącej chmury, do mroźnego światła:
Rok umiera tej nocy;
Oddzwońcie to i dajcie mu umrzeć.

Oddzwońcie precz stare, zadzwońcie na nowe,
Dzwońcie radośnie poprzez śnieg;
Rok odchodzi, dajcie mu odejść;
Oddzwońcie precz fałsz, zadzwońcie dla prawdy.

Oddzwońcie precz smutki, co zatruwają myśl
o tych, których już nie zobaczymy.
Oddzwońcie precz waśnie bogatych i biednych,
Zadzwońcie na naprawę całej ludzkości.

Oddzwońcie precz zbyt wolno umierające przyczyny
i stare formy plemiennych walk;
Zadzwońcie oznajmiając szlachetny styl życia
łagodniejsze obyczaje, czystsze prawa.

Odzwońcie precz biedę, troskę, grzech,
bezbożne zimno naszych czasów;
Oddzwońcie precz me żałobne rymy
Zadzwońcie na poetę wyższej próby.

Oddzwońcie precz fałszywą dumę i krew,
Ludzkie oszczerstwa i złośliwości;
Zadzwońcie na miłość prawdy i sprawiedliwości,
na powszechną miłość dobra.

Oddzwońcie precz złośliwe choroby,
Oddzwońcie precz żądzę złota,
Oddzwońcie precz tysiąc lat wojen.
Zadzwońcie na tysiąc lat pokoju.

Zadzwońcie na dzielnego, wolnego człowieka,
Na wielkie serce i łagodną dłoń;
Oddzwońcie precz ciemność świata,
Zadzwońcie na nadejście Chrystusa.

Tibor Jagielski

Bijcie dzikie dzwony, w dzikie niebo,
Mroźnego światła chmura mknie;
Tej nocy rok kończy swój ostani dzień;
Bijcie dzikie dzwony, na śmierc dzwońcie jego.

Bijcie w to stare,  na nowe dzwońcie,
Bijcie, szczęśliwe, poprzez śnieg
Pozwólcie mu odejść, rok kończy bieg;
Bijcie w fałsz a prawdę głoście.

Bijcie w zgryzoty siły niszczące
Tak aby nigdy nie powróciły,
Bijcie w walki bogatych z biednymi,
Na pomoc całej ludzkości dzwońcie.

Bijcie w umierające wolno spory
i walki partii starodawnych;
Głoście szlachetne formy życia,
Miłych idei, czystych praw.

Bijcie precz grzech, strapienie, nędzę,
Niewierny i zdradziecki naszych czasów los
I w moje smutne rymy uderzajcie, bijcie,
Obudźcie lepszą w nich poezję.

Bijcie w fałszywą dumę z pochodzenia,
Bijcie i w zawiść i w nikczemność;
Dzwońcie miłości prawa  z prawdą
Dzwońcie powszechnej wierze w dobro.

Bijcie w te kształty starych plag i znoju,
Bijcie w sknerstwo i w złota chuć;
Bijcie w tysiące zakończonych wojen,
Dzwońcie na tysiąc lat pokoju.

Dzwońcie odważnym, wolnym, prawym,
O większym sercu, czulszej dłoni.
Uderzcie w ciemność w kraju naszym,
A Chrystusowi dzwońcie, aby zstąpił.

Ewa Maria Slaska

Dzwońcie dzwońcie dzikie dzwony
Pędzą chmury mroźne światło
Rok umiera rok miniony
Dzwońcie, pozwólcie mu umrzeć

Dzwońcie rok stary dzwońcie nowy
Dzwońcie radośnie w śnieżną dal
Rok odszedł a my mu odejść zwolimy
Dzwońcie prawdę dzwońcie precz fałsz

Dzwońcie precz smutek co ducha zżera
I dla tych których nie ujrzeć nam
Dzwońcie bogatym i dzwońcie biednym
Dzwońcie bo nowy świat kładzie strój

Dzwońcie niech znikną więzy stare
By starych kajdan gorset szczezł
Dzwońcie na nowe szlachetne życie
Obyczaj czysty i prawości wiek

Dzwońcie precz troski pragnienia żądze
Bieg czasu bez wiary zimny jak lód
Dzwońcie na zgubę mych smutnych rymów
Dzwońcie by nowy narodził się bard

Dzwońcie na odwrót fałszywej dumy
Przeciwko kłamstwu mściwych szuj
Dzwońcie dla prawdy dzwońcie dla dobra
Dzwońcie w imię powszechnej miłości

Dzwońcie aż zgniła zemrze zaraza
Dzwońcie na przekór tym co złota chcą
Dzwońcie na wieczny wojny pohybel
Dzwońcie na pokój i spokój u wrót

Dzwońcie na wolność dzwońcie
Hart ducha co serca otwiera i dłonie
Dzwońcie by zginął na świecie mrok
Dzwońcie by nadszedł Chrystus król

Nowy Rok Wallandera / New Year with Tennyson

Ewa Maria Slaska

Wczorajszego sylwestra spędziliśmy z Wallanderem i jego ojcem. Wpis kończył się tymi zdaniami:

Złożyli sobie życzenia. Ojciec nalał sobie kolejny kieliszek koniaku. Rozlał przy tym trochę na podłogę. Był w świetnym humorze. Dla Wallandera to było najważniejsze.
O dwunastej zasiedli przed telewizorem i słuchali…

Zaczął się Nowy Rok. Wallander i jego ojciec zasiedli przed telewizorem i słuchali, jak Jarl Kulle recytuje noworoczny wiersz.*

Tłumaczka, Irena Kowadło-Przedmojska, dodaje w tym miejscu przypis:

A więc znany aktor tradycyjnie wita Nowy Rok w Szwecji wierszem Alfreda Tennysona.

Nie mogę nie pójść tym tropem. Zostawiam więc Wallandera, który wraca do domu, a rano budzi się z bólem gardła i głowy…


“Ring Out, Wild Bells” is a poem by Alfred, Lord Tennyson. Published in 1850, the year he was appointed Poet Laureate, it forms part of In Memoriam, Tennyson’s elegy to Arthur Henry Hallam, his sister’s fiancé who died at the age of twenty-two.

According to a story widely held in Waltham Abbey, and repeated on many websites, the ‘wild bells’ in question were the bells of the Abbey Church. According to the local story, Tennyson was staying at High Beach in the vicinity and heard the bells being rung on New Year’s Eve.

It is an accepted English custom to ring English Full circle bells to ring out the old year and ring in the new year over midnight on New Year’s Eve. Sometimes the bells are rung half-muffled for the death of the old year, then the muffles are removed to ring without muffling to mark the birth of the new year. In some versions of the story it was a particularly stormy night and the bells were being swung by the wind rather than by ringers, but this is highly unlikely given the method of ringing English full circle bells, which requires a considerable swinging arc before the clappers will strike the bell.

Ring out, wild bells, to the wild sky,
The flying cloud, the frosty light:
The year is dying in the night;
Ring out, wild bells, and let him die.
XXX
Ring out the old, ring in the new,
Ring, happy bells, across the snow:
The year is going, let him go;
Ring out the false, ring in the true.
XXX
Ring out the grief that saps the mind
For those that here we see no more;
Ring out the feud of rich and poor,
Ring in redress to all mankind.
XXX
Ring out a slowly dying cause,
And ancient forms of party strife;
Ring in the nobler modes of life,
With sweeter manners, purer laws
XXX
Ring out the want, the care, the sin,
The faithless coldness of the times;
Ring out, ring out my mournful rhymes
But ring the fuller minstrel in.
XXX
Ring out false pride in place and blood,
The civic slander and the spite;
Ring in the love of truth and right,
Ring in the common love of good.
XXX
Ring out old shapes of foul disease;
Ring out the narrowing lust of gold;
Ring out the thousand wars of old,
Ring in the thousand years of peace.
XXX
Ring in the valiant man and free,
The larger heart, the kindlier hand;
Ring out the darkness of the land,
Ring in the Christ that is to be.

A translation into Swedish by Edvard Fredin called ‘Nyårsklockan’ – ‘The New Year’s Bell’ – is recited just before the stroke of midnight at the annual New Year’s Eve festivities at Skansen in Stockholm, capital of Sweden. This tradition began in 1897 when the young Swedish actor Anders de Wahl was asked to recite the poem. De Wahl then performed the poem annually until his death in 1956. Since 1977 the Swedish national public TV broadcaster, SVT, has aired the event live, and the first to read the poem on television was the actor Georg Rydeberg. The show turned out to be a major success, and watching it on New Year’s Eve quickly became a nationwide tradition. Rydeberg recited the poem until his death in 1983. After that many famous Swedish actors and/or singers have recited the poem.

  • Georg Rydeberg 1977 – 1982
  • Jarl Kulle 1983 – 1996
  • Margaretha Krook 1997 – 2000
  • Jan Malmsjö 2001 – 2013
  • Loa Falkman –  2014
  • Malena Ernman – 2015
  • Pernilla August – 2016
  • Krister Henriksson – 2017

It should be noted that the Swedish translation differs significantly from the English original. Inspired by the Swedish tradition, auto manufacturer Volvo used the poem in a 2016 New Year’s Eve advertisement (TU).

Ciąg dalszy jutro / Follow us tomorrow

Sylwester Wallandera

Wszyscy Czytelnicy tego bloga wiedzą, że jestem wielbicielką prozy Mankella. Pisałam o tym kilkakrotnie, między innymi o rozważaniach Mankella na temat cerowania skarpetek, które uważam za głębokie, mądre i smutne opisanie naszej współczesnej kondycji ludzkiej.

Kilka miesięcy temu opowiedziałam Czytelnikom o 7 książkach, które wybrałam sobie na straganie w Szczecinie. Jedną z nich był Mankell.

Jak niemal zawsze u Mankella, jest zimno, policjanci grzęzną w błocie, zbliżają się święta, ale oprócz kalendarza nic ich nie zapowiada. Ważna jest pogoda. Książka rejestruje najdrobniejsze jej zmiany.

W Wigilię po południu padał deszcz. Pierwszy dzień świąt był zimny i słoneczny. Drugiego dnia świąt, tuż po siódmej, Wallander wyjrzał przez okno w kuchni. Padał deszcz ze śniegiem i był to przygnębiający widok. Stanął przy oknie. Śnieg robił się coraz gęstszy. Wstał i poszedł do kuchni. Śnieg wciąż padał. Uliczna latarnia kiwała się miarowo na wietrze. Potem biegł przez mokry śnieg i omal się nie przewrócił na schodach.
– Wpadnę w sylwestra – powiedział.
– Przywieź butelkę koniaku – odparł ojciec.
Następnego dnia wyjrzało słońce i temperatura wynosiła pięć stopni. Rankiem 30 grudnia w Ystad sypał gęsty śnieg. Jeżeli pogoda się nie poprawi, w sylwestra zapanuje kompletny chaos, pomyślał Wallander. Rydberg zapytał Wallandera o plany na sylwestra.
– Jadę do mojego starego do Löderup. Kupię mu koniak, coś przegryziemy, pogramy w karty, poziewamy i o północy wzniesiemy toast. Potem wrócę do domu.
– Staram się zawsze przespać ten wieczór – wyznał Rydberg. – Sylwester to dla mnie zmora. Jeden z niewielu dni, kiedy biorę poszek nasenny.
Uścisnęli sobie dłonie, jakby chcieli zaznaczyć, że ten dzień jest szczególny. Wallander poszedł do biura, wyjął kalendarz na 1990 rok i wypróżnił szuflady biurka. Zwyczaj, który przyswoił sobie kilka lat temu. Z nadejściem nowego roku czyścił szuflady i wyrzucał stare papiery. Ilość śmieci w szufladach wprawiła go w zdumienie. W jednej wyciekł klej.
O siódmej pojechał do domu, wziął prysznic i się przebrał. Krótko po ósmej był w Löderup. Ojciec przyrządził wyjątkowo smaczną zapiekankę z ryby. Wallander kupił ojcu koniak i ojciec pokiwał z zadowoleniem głową na widok butelki henessy. Włożyli do lodówki szampana. Kolację popijali piwem. Ojciec, chcąc uczcić ten wieczór, włożył swój stary garnitur i krawat. Wallander po raz pierwszy w życiu widział tak oryginalny węzeł.
Tuż po dziewiątej zasiedli do pokera. Wallander dostał dwukrotnie do ręki trójkę, ale wymienił jedną kartę, żeby pozwolić ojcu wygrać. Około jedenastej wyszedł się wysikać na podwórze. Było bezchmurnie i trochę chłodniej. Niebo iskrzyło się od gwiazd. Wszedł do domu. Ojciec wypił już sporo koniaku i był lekko wstawiony. Wallander zamoczył tylko usta. Chciał wrócić na noc do domu. Wprawdzie znał punkty kontroli drogowej, ale uważał, że nie wypada mu prowadzić po alkoholu. W każdym razie nie w sylwestra. Czasami mu się to zdarzało i za każdym razem obiecywał sobie, że to ostatni raz.
Około pół do dwunastej zadzwoniła Linda. Kolejno z nią rozmawiali. Wallander słyszał w tle głośną muzykę. Musieli ją przekrzykiwać.
– Z nami byś miała fajniej! – krzyczał do słuchawki.
– Skąd możesz wiedzieć?! – odkrzyknęła wesoło.
Złożyli sobie życzenia. Ojciec nalał sobie kolejny kieliszek koniaku. Rozlał przy tym trochę na podłogę. Był w świetnym humorze. Dla Wallandera to było najważniejsze. O dwunastej zasiedli przed telewizorem i słuchali…

…ciąg dalszy o tym, czego słuchali Wallander i jego Ojciec, a z nimi cała Szwecja – jutro… Szczęśliwego Nowego Roku! W minutę po północy historia potoczy się dalej. Uwaga – po angielsku! 🙂

Vergessene Texte 1

… und zwar so vergessen, als ob sie nie exitierten. Und dabei habe ich den honorarlosen Text gern geschrieben und ihm den ganzen Sommer 2015 gewidmet. Er erschien 2016 in einer Zeitschrif mit dem Datum 2014 und so vielen Fehlern, dass ich mich schämte die Autorenexemplare jemanden zu zeigen. Somit ist es offiziell ein Nachdruck und nicht Originaltext. Obwohl, ich habe es natürlich umgehend geändert und korrigiert. Durchgesehen, wie man es schön auf Deutsch sagt.

Hier die ofiziellen Angaben zu den Protagonisten: Carl Ulitzka Wikipedia

Ewa Maria Slaska, Berlin

Ach, unser Prälat Ulitzka“

Ich bedanke mich bei Frau Pastorin Elisabeth Kruse, Ehrwürdigen Schwester Walburga, Pfarrer Peter Beier, Herrn Diakon Andreas Buntrock, Pfarrer Eberhard Kort, Herrn Engelbert Kremser, Pfarrer Horst Pietralla, Herrn Bernd Thürling

Als ich – Schriftstellerin und Publizistin – damit beauftragt wurde, über Carl Ulitzka zu schreiben, war ich mir über das Ausmaß dieses Wagnisses nicht im Klaren. Ich wusste, wer er war und dass er zu den vielen Persönlichkeiten gehörte, die schon vor dem Kriege grenzübergreifend zwischen Deutschland und Polen tätig waren, als symbolische Figuren der deutsch-polnischen Verständigung einen wichtigen Rang verdienten und stattdessen mit der Zeit in Vergessenheit geraten sind. Was mich aber persönlich an seiner Biographie am tiefsten berührte, war die Tatsache, dass er von der Nazis als „Polenkönig“ verfolgt und von den Polen als „Scheiß-Deutscher“ beschimpft wurde. Und ich wusste noch, dass (und wo) er in Berlin beerdigt wurde. Mehr noch, ich war einmal bei seinem Grab. Aber das war auch schon alles. Daher dachte ich, als mir der Auftrag erteilt wurde, prima, ich kann dabei mehr über Ulitzka erfahren…

Jeder Journalist, der über etwas schreibt, prüft heutzutage nach, was sich über sein Thema im Internet finden lässt. Auch ich tat nichts anderes. Und dabei überkamen mich Zweifel. Zuerst fand ich Hunderte und Aberhunderte Texte über Ulitzka. Auf Deutsch und auf Polnisch.

Dann kam es aber noch schlimmer, als ich das Buch von Guido Hitze entdeckte – Carl Ulitzka (1873-1953): Oberschlesien zwischen den Weltkriegen. 1440 Seiten! Der Autor schrieb darin folgendes:

Seine Biografie spiegelt gleichsam die besondere Entwicklung dieser umkämpften Grenzregion, die Abstimmungskämpfe in Oberschlesien nach dem Versailler Friedensvertrag wieder. Deutlich werden die Positionen des Zentrums innerhalb des Parteienspektrums sowie des deutschen Katholizismus vor und während der nationalsozialistischen Gewaltherrschaft. Die umfassende Studie porträtiert erstmals die Geschichte Oberschlesiens bis 1945 und den Lebensweg Ulitzkas aufgrund neuester Forschungsergebnisse. Der Autor wertet bisher unbekanntes Quellenmaterial deutscher und polnischer Archive aus und kommt zu neuen Ergebnissen…

Wie kann ein Journalist, ein Laie, ein Unwissender wagen, über einen Mann zu schreiben, über den allein dieser Autor 1440 Seiten geschrieben hatte? Und erst recht all die anderen Forscher…!

Aber bei all diesen Zweifeln ob eigener Unzulänglichkeit wusste ich, dass ich doch etwas über Ulitzka zu sagen habe, dass ich einen persönlichen Zugang zu ihm habe. An einem Novembertag 2006 war ich auf dem Friedhof und versuchte sein Grab zu finden. Vergeblich. Am nächsten Tag rief ich bei der Friedhofsverwaltung an. „Ach,“ sagte meine Gesprächspartnerin, „unser Prälat Ulitzka“… der liegt dort und dort begraben. Es folgten genaue Hinweise…

Interessant, dachte ich, dass er für Menschen, die ihn nicht persönlich kannten, immer noch „ihr Prälat“ war. 60 Jahre und mehr nach seinem Tod bewahrt ihn die kollektive Erinnerung. Das wollte ich näher untersuchen. So begann die Spurensuche, deren Etappen Bernau bei Berlin, Biesenthal bei Bernau, Templin, Lobetal, Berlin-Karlshorst, Berlin-Friedrichshagen, Berlin-Lankwitz und Potsdam wurden. Ich wurde mit einer Empfehlung von einem Ort in den nächsten geschickt. Nur die erste Etappe bestimmte ich selber, ich ging dorthin, wo ich sicher war, etwas zu finden: Auf den Friedhof. Das heißt, mein Ausgangspunkt war das Ende – von da rollte ich seine Geschichte auf.

Ich kannte das Wort Prälat, wusste aber nicht, was es/er ist? Ulitzka ist 1926 Päpstlicher Hausprälat geworden. Wikipedia informiert, dass in der katholischen Kirche als Prälat der Inhaber ordentlicher Leitungsbefugnisse, Inhaber höherer kurialer Ämter oder ein verdienter Priester, der den Ehrentitel vom Papst erhalten hat, bezeichnet wird.

Fortsetzung folgt in ein paar Tage


Quellen:
Guido Hitze, Carl Ulitzka 1873-1953 oder Oberschlesien zwischen den Weltkriegen, Düsseldorf 2002

Puste dni

Ewa Maria Slaska

Pełnia i pustka

Wiem, puste dni mogą znaczyć po prostu dni bez treści, puste dni, pusty czas. Ale mnie chodzi o znaczące puste dni, odznaczające się wyraźnie na tle przebiegu całego roku. Wiele kalendarzy zna puste dni, dni które wypełniają czas wymuszony na matematyce przez astronomię, a zwłaszcza Księżyc. Rok to było 12 miesięcy słonecznych po 30 dni (o dwa dniwiącej niż miesiąc kalendarzowy) i pięć do zapachania dziury matematycznej.

W Europie pozostała jeszcze pamięć tych pustych dni, różnych rzeczy nie wolno, albo przeciwnie – koniecznie trzeba zrobić w okresie pomiędzy końcem Bożego Narodzenia a Nowym Rokiem, który przyjdzie i jak  miotła ustawi wszystko z powrotem w jak najlepszym porządku.

Tuż przed świętami była pełnia Książyca, pisała o niej Teresa Rudolf, a Tibor Jagielski przysłał reprodukcję obrazu. Gdy mija pełnia, dni ubywa, Księżyc się kurczy, kurczy się ostatni tydzień w kalendarzu. W puste dni rok jak żołnierz odcina czas na miarce krawieckiej.

Trzeba oddać długi. Trzeba przeprosić tych, wobec których zawiniliśmy. Wyrzucić śmieci nagromadzone po kątach. Kupić szczotkę i śmietniczkę. Nie prać. Jeśli znamy te przesądy, my, ludzie z miasta, wykonujemy je (jeżeli w ogóle) tylko mechanicznie. Nie pierzemy, zamiatamy, kupujemy szczotkę. Nie wiążemy z tym czasem żadnych prawdziwych ważnych decyzji i właściwie nie mają one najmniejszego znaczenia.Tak to zresztą oddaje najlepszy barometr zainteresować społecznych czyli google. Wpiszmy “puste dni” i  zobaczmy, co “nam wyjdzie”? Raperska piosenka QBKA, a poza tym zwykłe uwagi. Puste dni, to dni bez terminów i spotkań, ciężkie dni, kiedy nic nie ma znaczenia lub nic się nie chce. Gdy dorzucić do hasła słowo “kalendarz”, pojawią się puste kartki bez terminów i bez znaczenia. W książce Kalendarz Polski Józefa Szczypki nie ma nawet wzmianki o pustych dniach.

Tymczasem w kulturze ludowej przełom roku ma ogromne znaczenie. Pięć dni, które nie przynależą do żadnego miesiąca, ciemne dni, być może w ciągu tych dni objawi się smok i pożre świat i żaden miesiąc – bóg – patron go nie obroni. Mircea Eliade pisał, że tych bezpańskich dni było w kulturze rumuńskiej 12 – były to dni kalendarzowe, te które wynikały z różnicy między kalendarzem starej daty (juliańskim) a nowym, czyli naszym – gregoriańskim.

Jak każdy człowiek podmodernistyczny jestem kulturowym eklektykiem, czyli biorę z tego co mnie otacza i co wiem, to co mi akurat najlepiej pasuje. Pięć pustych dni między końcem świąt a nowym rokiem “akurat mi pasuje”. Roi mi się, że są to dni uwolnione z gorsetu, otwarte – owszem być może niebezpieczne, ale zapewniające większą niezależność myśli, swobodę przeskakiwania z tematu na temat, z książki do książki. Tak jakby świat myśli i wyobrażeń, nie znając granic ni kordonów, otaczał mnie jak wielki ocean, przenosząc zdania ze snu do książek, z książek do muzyki, z wody do filmu. Nad wielkim ciemnym morzem świeci wielki jasny księżyc, wielkie białe jabłko niebytu…

Projekt okładki Lucyna Talejko-Kwiatkowska, foto – Piotr Chojnacki

Bohaterka lubiła trzymać świeczki w sypialni. Inną dało się określić tylko jako morze, a jeszcze lepiej – ocean. Czytam w książce Myttinga o trumnie ozdobionej naręczem kwiatów kartofli, a ktoś, kto nic o tym nie wie, przynosi mi pocztówkę z kwiatem kartofli.

Leżę w szpitalu, mam ochotę przeczytać Cola Breugnon Romain Rolland – wieczorem przychodzi koleżanka i przynosi mi tę książkę.

Jadę taksówką. Taksówkarz ma bary jak byczek, łysy łeb, szeroki kark.
– Jest mi niedobrze, mówi. – I rzeczywiście widzę, jak na karku występują mu krople potu. – Zjadłem coś niedobrego.
– Niech pan zjedzie na bok – proponuję. Mam czas, sama dojdę stąd do dworca.
Nie zgadza się jednak. Boję się, że umrze.
Nigdy mi się to jeszcze nie przydarzyło. I nigdy o tym nie słyszałam.
Jadę do innego miasta. Myślę o oceanie i ośmiornicach, rozmawiamy o polityce. Kobieta, u której nocuję, pyta czy pamiętam aferę z ośmiorniczkami. Takie halo wokół tego zrobili, a teraz, szkoda gadać…
Kobieta, u której nocuję, lubi palić świeczki w sypialni. Ja nie. Przed zaśnięciem sięgam na półkę po cokolwiek, żeby przeczytać dwie strony i zasnąć jak kamień.
Trafiam na Białe jabłka. Lektura mnie wciąga, docieram do strony 42.
Bohater jedzie taksówką. Taksówkarz jest chudy, łysawy, ma wielkie oczy i wąski nos.
– Przepraszam, że przeszkadzam – mówi – ale mam okropną zgagę. Pozwoli pan, że staniemy na momencik przy aptece, żebym coś kupił…
Nie zdąży jednak, umrze zanim dojedzie do apteki.
Jego dziewczyna je kanapkę z pastrami, o której pisałam wczoraj. Idealną kanapkę. Tym razem tłumacz nazwał ją kanapką z wędzoną wołowiną.
Na stronie 208 mężczyźni w zakładzie fryzjerskim formują Franza, faceta, który rozmawia z Bogiem. Znam go, mój wnuk wymyślił go już kilka miesięcy temu. Też miał na imię Franz.

Co z tego wynika? Nic? Są puste dni. Przeczytajcie te trzy książki.

 

 

Katz salami

Ewa Maria Slaska

Wspomnienia z Nowego Jorku

Nie wiem, czy wiecie, ale są ludzie, którym nie sposób kupić prezentu, bo nic nie chcą i nic ich nie ucieszy. Mam takich również w rodzinie. Czasem próbuję obejść problem dookoła i, korzystając z nowoczesnych środków komunikacji, znienacka zadaję pytanie: Co przywieźć? Zadałam je pod koniec pobytu w NY. Odpowiedź była lakoniczna, co mnie nie dziwi, bo sama też jestem nader lakoniczna: Nie wiem. Katz salami?

Katz salami? Katzsalami… katzsalami…

Pytam przyjaciół. Nie wiedzą. Katzsalami. Katzsalami? No, salami.

Jedziemy do sklepu, przy okazji pytamy w dziale mięsnym. Katzsalami? No idea.
E tam, mówi przyjaciółka. Kup salami. Nie ma nic takiego, jak kacsalami…

O nie! Jeśli człowiek trudny do obdarowania udziela odpowiedzi, to znaczy, że dobrze wie, czego chce i po prostu muszę znaleźć Katz salami. Szkoda, że zapytałam tak późno, bo zotały mi już tylko dwa dni do wyjazdu.

Siadam do komputera i rozpoczynam research. To moje ulubione zajęcie, a internet jest niezwykłym narzędziem, wymyślonym na pewno tylko po to, żeby mi sprawić przyjemność, ułatwiając poszukiwania odpowiedzi na pytania, które zadają mi inni i które zadaję sobie sama. Taki odwrócony paragraf 22 (i to jest takie zdanko, absolutnie bez związku z czymkolwiek, które tu wam podrzucam, po to, żebyście teraz wy się pogłowili nad tym, co autorka miała na myśli? Jak odgadniecie, to dostaniecie nagrodę.)

Research potrafi człowieka zaprowadzić do niezwykłych światów. I tak też było z Katz salami.

Zacznę od końca. Pamiętacie taką słynną scenę filmową. Dziewczyna i chłopak, którzy nie są parą, idą do restauracji, rozmawiają o życiu, ona publicznie odgrywa orgazm, a pani przy sąsiednim stoliku mówi do kelnera – poproszę to samo, co ona.

No? No? No jasne, Kiedy Harry poznał Sally, choć wszyscy i tak znają ten film jako Harry i Sally. Grają Billy Crystal i Mag Ryan. Autor wpisu w polskiej Wikipedii był niewątpliwie smętnym idiotą. Opowiada beznadziejnie treść filmu i NIE zauważa tej jednej sceny, TEJ, którą wszyscy lepiej pamiętają, niż fakt, że film dostał oskara i całą furę złotych globów.

To szyld, który wisi w restauracji, gdzie miała miejsce TA scena.

Zdanie I’ll have what she’s having weszło do historii kina i na liście najsłynniejszych cytatów filmowych zajmuje 33 miejsce. Podobno na pokazie przedpremierowym wszystkie kobiety się śmiały, a mężczyźni skonsternowani milczeli.

No już dobrze, dobrze… Już wyjaśniam:

To ta restauracja. Ta, w której miała miejsce TA scena. Katz Delicatessen albo jak mówią mieszkańcy NY – Deli. Katz deli. Salami z delikatesów Katza. Ale tak naprawdę Katz słynie przede wszystkim z kanapek z pastrami.

Reszta jest historią, którą znaleźć można na polskiej stronie Pastrami Deli, bo, pastrami ma swoje miejsce w historii kultury i, jak się okazuje, kanapki z pastrami uważane są za najsłynniejszy sandwicz na świecie. Pastrami to marynowana wołowina. Zabrałam moją przyjaciółkę do delikatesów Katza i przyglądałam się z zainteresowaniem jak zjada pół takiej kanapki. Już ta połówka jest pokaźnych rozmiarów, a mięsa ma tyle, że wystarczyłoby na obiad dla sporej rodziny. Ale tak się to właśnie je w Katz’s Deli. Góra marynowanego czerwonego mięsa wołowego na kromkach chleba żytniego, dokładnie takiego, jaki jedliśmy codziennie w PRL-u i nigdy nam się nie znudził. Pewien niemiecki tłumacz (nie podam tu nazwiska, bo każdy z nas ma prawo się pomylić lub czegoś nie wiedzieć) przetłumaczył tę nazwę jako Pastrami auf Roggen, pastrami na życie (co po polsku brzmi już doprawdy najśmieszniej pod słońcem).

Katz`s Delicatessen to restauracja, bar szybkiej obsługi i sklep, który od momentu założenia w roku 1887, mieści się w tym samym miejscu – na rogu East Houston i Ludlow. Była to początkowo niewielka masarnia. Sussman Volk, żydowski rzeźnik z Litwy, sprzedawał tam między innymi pastrami, potrawę, na którą dostał przepis od przyjaciela, emigranta rumuńskiego. W rok później Volk przekształcił masarnię w niewielką resturację. W 1903 roku kolejny emigrant, tym razem Żyd rosyjski, Willy Katz, został wspólnikiem Volka, a potem właścicielem restauracji. Do roku 1988 lokal znajdował się w rękach rodziny, choć linia dziedziczenia nie zawsze przebiegała prosto z rodziców na dzieci i czasem przeskakiwała na szwagra czy zięcia. 30 lat temu restaurację odkupili od Katz’ów polscy Żydzi, bracia Fred Austin i Alan Dell.

Podczas drugiej wojny światowej Katz wprowadził zwyczaj wysyłania salami walczącym na wojnie żołnierzom. Pojawił się slogan „Send a salami to your boy in the army”, wymyślony przez żonę ówczesnego właściciela delikatesów. Ich dwóch synów przebywało na froncie. Zwyczaj się przyjął, po czym stał się tradycją. Delikatesy zaczęły produkować salami w wielkości dostosowanej do wielkości przesyłek na front. Tradycja, jak to tradycja, trwa do dziś. Salami Katza dociarało również  do Iraku i Afganistanu.

Salami produkuje się w trzech wielkościach i może ważyć dwa funty, trzy lub cztery. Firma do dziś nie stosuje żadnych środków przyspieszających produkcję. Kiełbasy powoli dojrzewają, wisząc w sklepie ponad głowami sprzedawców. Jeśli jeszcze nie dojrzały, nie będzie można ich kupić i już. Tak było, gdy dotarłam do Katza. Jedyne salami, jakie akurat było dojrzałe, ważyło cztery funty, i wiedziałam, że po prostu nie mogę zabrać ze sobą takiej ogromnej kiełbasy. Musiałam się zadowolić salami pokrojonym na plasterki, ucięte z wielkiej (dojrzałej) kiełbasy.

Są dwie odmiany salami Katza – miękka i twarda. Ale nie mam pojęcia, czym się różnią. Zapewne tym, że jedna jest miękka, a druga twarda :-).

PS. Dwie uwagi dla tych, którzy postanowią odwiedzić delikatesy Katza. Pierwsza – płaci się tylko gotówką! Druga – przy wejściu dostaniesz niepozorny świstek, na którym kelnerzy i sprzedawcy będą notowali, co kupujesz. Biada, jeśli ów bilecik zgubisz, bo wychodząc zapłacisz 50 dolarów kary.

Barataria 97&98 Władca much

Cara Nicoletti, Yummy books

Jackowi z podziękowaniem za to, że rok temu położył mi tę książkę pod choinką.
W międzyczasie przeczytałam ją dwa razy, kilka przepisów wypróbowałam, ale to taka publikacja, która nie daje spokoju. Nie tylko dlatego że świetnie się ją czyta.

Cara Nicoletti, Amerykanka włoskiego pochodzenia, jest wnuczką rzeźnika, ale sama też jest rzeźniczką, a ponadto kucharką, baristą, piekarką, autorką bloga o książkach i jedzeniu, autorką książek.

ciastka.jpgOstatki 2018 z donatami wg przepisu Cary Nicoletti. Produkcja ponadpokoleniowa. Donaty są krzywe, ale zaręczam, że były pyszne. Wykonaliśmy je, ponieważ jest to jedyny przepis, jaki znam, w którym piecze się również… dziury. Współpiekarz pożarł wszystkie dziury zanim zdążyłam je sfotografować.

Ewa Maria Slaska

Cara Nicoletti, Yummy books. In 50 Rezepten durch die Weltliteratur.
Pyszne książki. W 50 przepisów dookoła historii literatury światowej.

Cara Nicoletti nie jest zapewne ani pierwszą ani jedyną autorką książek kucharskich i kucharką, która podaje “okropne” przepisy kulinarne. Jest taki trend. Grafik, który przygotował do druku niemieckie wydanie tej książki użył na okładce zdjęcia, mające tę brutalność uwypuklić.

Młoda, piękna kobieta pozuje do fotografii z obciętym zwierzęcym łbem i uśmiecha się. Autorka prowokuje nas od pierwszej strony. I cała książka jest taka. Nicoletti “gwiżdże” na mdłą jedzeniową poprawność ostatniego dziesięciolecia. Wyzywa ją, wyśmiewa i prowokuje. W tym co pisze mnóstwo jest tłuszczu (i to często wieprzowego), mięsa, mąki, soli, cukru, alkoholu. Ale nie koniec na tym. Same przepisy też są prowokacją. Niekiedy są one dokładną ilustracją tego, co napisali autorzy, niekiedy są tylko inspirowane przez literaturę. Możemy się więc nauczyć, jak przygotować grzanki z wątróbką tak, jak przyrządził sobie ludzką wątrobę Hannibal Lecter w powieści Thomasa Harrisa Milczenie owiec, albo upiec zrolowaną i świńską twarz. Porchetta di testa. Przepis, który autorka wybrała, by zilustrować film i książkę Władca much.

Do Władcy much zaraz wrócimy, ale chciałabym zacząć jednak od tego, że to był niemiecki wybór zdjęcia na okładkę. Chociaż niewiele to zmienia, bo Nicoletta sfotografowała się z tym (świńskim?) łbem i umieściła to zdjęcie sieci. Oryginał jej książki nazywał się Żarłoczne książki z podtytułem – głodna czytelniczka “prze”-gotowuje się przez wielkie książki. Po polsku książki chyba nie ma, szukałam w internecie, ale jeśli jest, to, proszę, napiszcie mi o tym natychmiast. I może najlepiej przyślijcie zdjęcie okładki.

Gdy byłam w USA zetknęłam się zresztą z inną prowokującą książką o kuchni, autorstwa Anthony’ego Bourdaina, o którym ostatnio było bardzo głośno. Był nie tylko amerykańskim szefem kuchni, podróżnikiem, aktorem, działaczem społecznym i pisarzem, ale przede wszystkim osobowością telewizyjną. Sprawiał wrażenie szczęśliwego człowieka, któremu świat leży u stóp. Miał niewiele ponad 60 lat, bardzo dobrze wyglądał i był nadzwyczaj popularny. Niedawno ożenił się po raz drugi i miał dziesięcioletnią córeczkę. W czerwcu tego roku popełnił samobójstwo.
Podczas pobytu w Stanach spałam w pokoju, który był gabinetem do pracy mojej przyjaciółki. The Nasty Bits Bourdaina znalazłam na półce przy łóżku. I w tej książce chodzi (między innymi) o krew, pot, brud i inne okropieństwa ludzkiej egzystencji, od których oczywiście i sztuka ani nie jest wolna, ani wolna być nie może. A zatem również i literatura.

Zresztą od kilku już lat pojawił się w gastronomii trend, uważany zresztą za trybut spłacany ekologii i ochronie środowiska, żeby zjadać całe zabite zwierzę, od głowy po racice. W Berlinie jest już kilka restauracji gotujących zgodnie z zasadą no waste.

Mnie jednak w opowieści Cary Nicoletti zainteresowało nie tyle jedzenie, ile przypomnienie prostego faktu, iż nie ma społeczeństwa idealnego, nie ma utopii, a to co ma być utopią stanie się swoim własnym przeciwieństwem – antyutopią.

Władca much. Wiem o czym jest ta książka i ten film, tym niemniej opisując je, posłużę się tekstem Nicoletti (w moim tłumaczeniu z niemieckiego).

Byłam jeszcze mała, miałam nie więcej niż siedem lat, gdy pewnego wieczoru zobaczyłam w telewizji film Władca much z roku 1963. Było Boże Narodzenie, siedziałam z rodzicami na kanapie, tata skakał pilotem po programach i na chwilę zatrzymał się na tym filmie. Następne dwie godziny przetrwałam zmartwiała ze strachu. Byłam przerażona na śmierć, ale nie odważyłam się, powiedzieć o tym rodzicom.
Gdy leżałam już w łóżku i próbowałam zasnąć, wciąż widziałam przed oczami pokryty muchami świński łeb wbity na pal i nie mogłamy go usunąć z wyobraźni. A przecież wychowywałam się w rodzinie rzeźników i od dzieciństwa widziałam świńskie łby w rzeźni u dziadka. Ale tamte były różowe, nieowłosione, miały zamknięte oczy, a ich ryjki były tak ułożone, że wydawało się, iż są zadowolone. Nie było porównania z porośniętym szczeciną potwornym łbem o wyłupiastych oczach, jaki zobaczyłam na filmie. Tę noc i wiele następnych spędziłam skulona na podłodze w sypialni rodziców.
Wiele lat później, gdy chodziłam już do szkoły średniej, znalazłam tę książkę na liście lektur i znowu wstrząsnęła mną wizja Williama Goldinga, opisującego, co przydarzyło się grupie chłopców, którzy po wypadku samolotowym znaleźli się sami na bezludnej wyspie. Początkowo grupa stosuje się jeszcze do reguł cywilizacji, która ich ukształtowała. Zwołują zebrania, wybierają przywódcę, dzielą się pracą. Jednak im dłużej trwa ta sytuacja, tym widoczniejszy jest rozkład znanego porządku. Czytelnik musi, podobnie jak Ralf, stwierdzić, że “świat, który znał, ów uporządkowany świat zniknął”. Golding celowo wybrał jako bohaterów grupę chłopców w wieku od 6 do 12 lat, bo to grupa, która w rzeczywistości najbardziej się zmaga z rygorami porządku społecznego. Wybrał ich, żeby pokazać Czytelnikowi, jak szybko miniaturowa społeczność rozbitków pogrąży się w chaosie, podważając głębokie przekonanie cywilizowanego człowieka, że zachowania społeczne są nam przyrodzone.
Gdy chłopcy lądują na wyspie, są jeszcze bezsprzecznie grupą dobrze wychowanych angielskich dzieci. Początkowo Jack nie może się uporać z zabiciem świni. Wszyscy są głodni, Jack to wie, ale nie potrafi podołać zadaniu. “To coś potwornego – wbić nóż w żywe ciało – nie da się znieść krwi”. Trzy rozdziały później Jack podrzyna świni gardło i wraca dumny do obozu, wiedząc, że przechytrzył coś, co żyje, narzucił mu swą wolę, odebrał mu życie, wyssał je jak jeden potężny haust.
W pewnym momencie “maluchy” zaczynają się bać, twierdząc, że na wyspie ukrywa się groźne zwierzę, a ich lęki sprawiają, że wszystkich rozbitków ogarnia panika. Jack decyduje się na ofiarowanie łba zabitej świni tajemniczej bestii, po to by ją udobruchać. Łeb, nazwany przez chłopców Władcą Much, staje się symbolem rozprzężenia i chaosu, symbolem tego, co w człowieku brutalne, dzikie i nieposkromione. “Władca Much” to imię Belzebuba (בעל זבוב, Baal-Zevuv – pan much) – w filmie i w książce obraz świńskiego łba jest bardzo mocny. Tak mocny, że chociaż w The Meat Hook czyli zakładzie rzeźniczym, który prowadzę, sprawiłam już setki świńskich łbów, zawsze muszę przy tym myśleć o tej właśnie scenie z filmu.

Władca Much
Porchetta di testa – rolada z głowizny

Przepis streszczę (bo jest nader szczegółowy) i uzupełnię komentarzami. Otóż podobno głowę świni można kupić u lokalnego rzeźnika, jeśli nie – trzeba ją u niego zamówić i poprosić, by ją ogolił, usunął oczy oraz wszystkie chrząstki i gruczoły, a potem zdjął mięso w całości jako jeden plaster.

Nie wytrzymuję i sprawdzam, czy tak się to da zamówić w Berlinie. Brrr, jakie okropne zadanie. Ale co tam, avanti! Dzwonię po kolei do różnych sklepów rzeźnickich. Na zawołanie łbów świńskich nie ma. Niekiedy udaje mi się pogadać z mistrzem, który, i owszem, może zamówić pół łba (całych nie ma w ogóle, bo świnie po zabiciu sprawia się w połówkach, musiałabym zaordynować więc osobne, wykonane specjalnie dla mnie, zabicie całej świni, której podczas świniobicia nie będzie się kroić na pół…), ale na pewno nikt nie  zdejmie teraz tego mięsa z głowy, tak by uzyskać jeden plaster. Ma przed Bożym Narodzeniem za dużo roboty, a kiedy indziej, no, ok, ewentualnie mógłby to zrobić, ale będzie mnie to sporo kosztowało
Ilustracja jakby to miało wyglądać jest TU. Nie pokazuję jej, bo to nie jest widok dla osób o delikatniejszej naturze.

Przepis jest prosty: mięso (będzie go ze 3 kilo) posmarować od wewnętrznej strony pastą z przypraw, zrolować (uwaga uszy podwinąć do środka, tak, żeby zasłaniały oczy, ozór zwijać razem z mięsem), obwiązać sznurkiem. Włożyć do brytfanny i zostawić ją na noc w zimnym miejscu. Rano wyjąć brytfannę, pozwolić jej przez pół godziny powrócić do temperatury pokojowej. Natrzeć roladę oliwą z oliwek.
Nagrzać piec do 230 st. C. Wstawić brytfannę do piekarnika. Piec przez 20 minut w wysokiej temperaturze, a potem przez 2,5 godziny w temperaturze 130 stopni. Ostatnie 30 minut z powrotem podwyższyć temperaturę piekarnika, tym razem do 170 stopni, przez co uzyskamy chrupką skórkę. Po wyjęciu pieczeni z pieca, pozostawić ją na pół godziny, żeby wypoczęła i dopiero kroić.

Pasta z przypraw: sól, prażone nasiona kminu włoskiego, pieprz czarny, chili, posiekany rozmaryn i tymianek (oba bez gałązek!), 15 ząbków czosnku, drobno posiekanych, skórka cytryny, łyżka świeżego soku z cytryny. Wszystko utłuc w moździerzu i wymieszać z łyżką oliwy.

Podawać z soczewicą, ziemniakami i duszonymi zielonymi warzywami. Porcja starcza dla 8-10 osób.

Podobno pychota!


Władca much (ang. Lord of the Flies) – powieść angielskiego pisarza, laureata nagrody Nobla, Williama Goldinga, która w alegoryczny sposób mówi o upadku kultury stworzonej przez człowieka. Książka opisuje grupę chłopców, ocalałych z katastrofy samolotu na bezludnej wyspie, którzy próbują zorganizować na wyspie własne społeczeństwo. Początkowo dzieci pozostawione samym sobie zachowują się wzorowo, z czasem zmieniają się w żądnych krwi barbarzyńców, którym nie zależy na powrocie do cywilizacji. Powieść opisuje mechanizmy społeczne, pokazuje degradację wartości, umożliwiającą narodziny tyranii. Proces ten czytelnik obserwuje na przykładzie mikrokosmosu, jakim jest wyspa. Starsi chłopcy reprezentują tu klasę rządzącą, podzieloną na różne frakcje. Maluchy to społeczeństwo, które staje się kartą przetargową w sporach elit.

Władca much, wydany w 1954 roku, był pierwszą powieścią Goldinga i wszedł na stałe do kanonu najważniejszych powieści XX wieku, a w 2005 roku książka znalazła się na liście stu najlepszych anglojęzycznych powieści powstałych od 1923 roku, ogłoszonej przez tygodnik Time. Książka była dwukrotnie filmowana, w 1963 (reż. Peter Brook) i 1990 roku (reż. Harry Hook). Obecnie powstaje wersja filmu o grupie dziewcząt.

Włatcy Móch to polski serial animowany dla dorosłych autorstwa Bartka Kędzierskiego. ”Włatcy móch” są opowieścią o grupie uczniów II klasy, ośmiolatkach Czesiu, Konieczce, Maślanie i Anusiaku.

Wpis 2195

Ewa Maria Slaska

Sześć lat, 2195 wpisów

co daje średnią 365,83 wpisów rocznie. Oczywiście należy pamiętać, że rok 2016 był rokiem przestępnym, ale matematyka jest wiedzą nader dziwną, bo 5 lat po 365 dni plus 366 dni to 2191, a jest tych wpisów jednak 2195. Cztery wpisy więcej, choć nie wiem, jakim cudem, skoro przez te sześć lat przygotowuję jeden wpis dziennie, a dwie osoby kazały mi usunąć swój wpis. Jeden usunęłam całkowicie, drugi pozostawiłam jako pusty. Czyli właściwie powinno być 2190 wpisów. Mniejsza o to, dziwne. Podoba mi się natomiast, iż – jeśli dobrze liczę – 17 stycznia opublikuję numer 2222. Czy ktoś z Autorów lub Czytelników miałby ochotę coś na ten dzień przygotować? Równie ciekawe jest, że 14 stycznia, poniedziałek, to setny wpis o Baratarii, czyli ten cykl też już ma swoją całkiem długą historię… Nikt poza mną nie  miał aż tak długiego oddechu. Najdłuższy cykl po Baratarii to Stuart Joanny Trümner, który “dotarł” do numeru 51.

W ciągu tych sześciu lat do bloga pisało 233 autorów, niektórzy długo – np. Tomasz Fetzki, Andrzej Rejman i Zbigniew Milewicz przygotowali po 86 wpisów, zaraz po nich plasuje się Lech Milewski (81). Joanna Trümner jest autorką 76 wpisów (w tym oczywiście 51 numerów Stuarta i 9 świetnych wpisów o podróży do Peru), Roman Brodowski – 72, Lidia Głuchowska i Monika Wrzosek-Müller przygotowały po 49 wpisów, a ja, no cóż, 577. Ale to poniekąd wina faktu, że jak nikt nic nie przyśle i nie zaproponuje, to niestety to ja wypełniam dziury. Odrębną dużą pozycję zajmują reblogi i przedruki – 317, niekiedy też traktowane jako uzupełnianie luk w uzębieniu.

Zaciekawiło mnie też, ilu autorów znałam przedtem, ilu namówiłam do współpracy, a ilu pojawiło się, bo trafiło na ten blog, ale obliczenie tego przekroczyło moje możliwości. Na pewno wciągnęłam jako autorów większość osób z rodziny lub też wykorzystałam ich opublikowane gdzie indziej teksty. Bo popatrzmy:

Mama i  Ojciec, Ciocia i Wujek – 4
Moja siostra i jej mąż, dwie kuzynki, kuzyn i jego żona – 6
Moja cioteczna babka, moja odległa ciotka i jej syn – mój kuzyn w piątym pokoleniu – 3
Moja prababcia – 1
Muj wujeczny Dziadek – 1
Mój syn, synowa, wnuk – 3
Moja teściowa – 1
Dwóch moich siostrzeńców, siostrzenica i dziewczyna siostrzeńca – 4
23 osoby

Co najmniej dziesięć osób dzięki mnie zaczęło pisać czyli debiutowały na “łamach” tego blogu. Niektóre pisały do szuflady, niektóre pisały kiedyś, a potem przestały, a ja im udowodniłam, że warto zacząć znowu. Z blogowych inicjatyw (tej i poprzednich) powstało kilka audycji telewizyjnych i radiowych, kilka książek, w tym kilka debiutów.

Co z tego wynika? No cóż – i ty zostaniesz Indianinem! Czytelnicy – do pióra alibo klawiatury! piszcie i przysyłajcie…

A na okrasę do tej suchej statystyki dodam tu mały wywód Marka Włodarczyka czyli człowieka, który na co dzień używa pseudonimu Tabor Regresywny (nie zacofany, lecz samo-się-redukujący):

K – utopia. Gdyby nie koszmarny sen Bóg rozmieściłby ludzi równomiernie po całym wszechświecie. Ale stało się. Przyśniła mu się Droga Mleczna z zalegającymi po jej bokach puszkami po piwie, plastikowymi butelkami i wszelkim śmieciem. Mgławica Andromedy z wirującymi woreczkami jednorazowego użytku i wieloletniego wirowania. Peryferie układu Słonecznego pełne zardzewiałych wraków stacji kosmicznych. Nie był pewien, czy to proroczy sen czy też coś stanęło mu na żołądku. Na wszelki wypadek zaraz po przebudzeniu wyszukał najpiękniejszą planetę, doskonale skomponowaną z tropików i czap lodowych na jej biegunach, pełną wszelkiej roślinności rodzącej owoce, zamieszkałą przez życzliwe zwierzęta. Na pokuszenie umieścił w jej wnętrzu nieprzebrane dobra, złoto, diamenty, węgiel, ropę naftową, i na tej planecie, na próbę, umieścił ludzi. Na konferencji prasowej oświadczył “ jeśli zrobią z tego gotujący się śmietnik to nieskończenie będę co najwyżej cierpliwy, ale okażę zero miłosierdzia. Może raz na zawsze oduczą się rozwiązywania problemów.” Myślę, że jest to maksymalna utopia. Cały wszechświat jest Arkadią, tylko Ziemia jest ośrodkiem wszelkich nieszczęść i miejscem, gdzie odbywamy kwarantannę w celu zapoznania się ze skutkami opacznego rozumienia słowa „kabasz” . Tę opaczność najlepiej oddaje Biblia Poznańska, wydana przez Księgarnię św. Wojciecha w 2000 roku i tłumaczy je jako „ujarzmianie , deptanie ziemi, tzn. podporządkowywanie jej człowiekowi” (str. 6) . Już lepiej wypada inne tłumaczenie: „czyńcie ziemię sobie poddaną”. Pytanie, jak czynić, by czynienie nie okazało się ujarzmianiem z wiadomymi skutkami? Przychodzi mi do głowy jedna myśl. Czynić nie czyniąc. Niech się sama poddaje.
Z świątecznymi życzeniami
Marek Włodarczyk


A ja, Adminka, dołączę tu regresywne z ducha zdjęcia obiektów filologicznych, znalezionych zimą 2018 na ulicy w Berlinie. Filologia polska.

Stół z powyłamywanymi nogami

Najlepsze życzenia z okazji Przesilenia Zimowego!

Barataria 95 Santa Lucia

Ewa Maria Slaska

W mojej spontanicznej serii o grudniowych świętych – byli już święta Barbara i święty Mikołaj – musi się oczywiście znaleźć również święta Łucja. Ciekawe, że już dawno, kiedy wcale jeszcze nie wiedziałam, że zachce mi się (znowu) pisać o świętych, zapisałam w terminarzu wpisów na blogu, że dziś w cyklu Barataria znajdzie się święta Łucja. Rzecz tylko w tym, że nie zapisałam – dlaczego?

Jak już Czytelnikom zapewne wiadomo, są trzy podstawowe powody opisania jakiegoś zjawiska w aspekcie baratarystycznym. I są to:

  • związek z Don Kichotem, Sancho Pansą i ewentualnie Cervantesem
  • utopijne władztwa
  • wyspiarskość

Lub jakieś pochodne powyższych tematów.

Dotknięta niepamięcią, postanawiam, że najpierw opiszę świętą Łucję, żeby się trzymać serii o świętych, a potem sprawdzę, co z wyspami, bo jakoś mi majaczy, że powinny być takie wyspy. W końcu niemal wszyscy święci mają gdzieś jakieś wyspy.

Łucja czyli Lucia kojarzy się przede wszystkim ze Szwecją i dziewczętami, które ubrane w białe suknie przepasane czerwoną wstążką, przechodzą ulicami w wiankach ze świec. Jest to święto obchodzone dosłownie wszędzie i przez wszystkich, w domach prywatnych, szkołach i przedszkolach, biurach i urzędach. Je się różne smakołyki, np. bułeczki szafranowe.  TU podawałam przepis na ciasteczka świętej Łucji.

A TU Julita Bielak pisała o tym dniu, przypominając, że święta Łucja zaczyna obchody świąt Bożego Narodzenia, a według pogańskiej tradycji – Zimowego Przesilenia. Bo przypomnijmy: Boże Narodzenie to nie tylko Wigilia i dwa dni świąt, lecz 12 dni, od przesilenia zimowego do Nowego Roku, a czasem nawet jest ich 24 – od świętej Łucji do Trzech Króli. Do czasu reformy kalendarza dzień świętej Łucji był tożsamy z Przesileniem Zimowym, świętem Sol Invictus – Słońca Niezwyciężonego. Dnia przybywało, zwycięskie słońce trumfalnie wędrowało po nieboskłonie, codziennie o kilka chwil dłużej. Nic więc dziwnego, że w wielu krajach ze wspomnieniem o świętej Łucji łączą się wróżby i świąteczne obyczaje. W Chorwacji na przykład sieje się tego dnia pszenicę w doniczce i dobrze jest, jeśli się zazieleni do Bożego Narodzenia, co oczywiście przypomina, że gałązki wiśni włożone do wody na świętą Barbarę tego dnia mają zakwitnąć.


Sama święta Łucja była, podobnie jak święta Barbara, świętą dziewicą-męczennicą, zabitą zresztą w tym samym okresie krwawych prześladowań chrześcijan – w roku 304. Opowieści o śmierci tych dziewcząt tchną sadystycznym okrucieństwem i są tak przesadzone, że chciałoby się powiedzieć – zmyślone. Jednak często ich cierpienia brzmią jak współczesne opisy przemocy domowej, a zadają je ojcowie, bracia, oblubieńcy… Przypomina mi to jakiś okropny przypadek przemocy opisany niedawno w Wysokich obcasach. Mąż, który okrutnie latami pastwił się nad żoną, szydził: spróbuj pójść się poskarżyć – i tak ci nikt nie uwierzy.

Łucja urodziła się w zamożnej rzymskiej rodzinie w Syrakuzach. Ojciec wcześnie zmarł, matka, która początkowo chciała dziewczynę wydać za mąż, uleczona cudownie z ciężkiej choroby przy grobie świętej Agaty z Katanii, zezwoliła córce na złożenie ślubów czystości. O zgubie dziewczyny zadecydował odrzucony na rzecz Jezusa narzeczony. Zawlókł ją sędziego, a ten skazał Łucję na karę… burdelu. Jak chce legenda, ani sprzężaj wołów, ani tysiąc mężczyzn nie zdołało jej tam zaciągnąć. Poddano ją więc przeróżnym męczarniom, z których jednak zawsze cudownie się salwowała. W końcu została zabita ciosem miecza w szyję, być może również wyłupiono jej oczy.

Relikwie św. Łucji w srebrnej trumnie – kościół św. Jeremiasza w Wenecji

Łucja pomaga w chorobach oczu, układu krwionośnego, bólach gardła i przy biegunce. Nie wiem, co z tą biegunką, ale pozostałe choroby, które jej podlegają, są związane z jej męczeństwem. Wyłupiono jej oczy i dlatego zajmuje się chorobami oczu. Dziwna logika. Odpowiednio więc jest opiekunką ślepych (ale i biednych), nawróconych dziwek, chorych dzieci oraz Syrakuz i Wenecji, jej opiece podlegają też adwokaci, wieśniacy, elektrycy, szklarze, wozacy, nożownicy (rzemieślnicy a nie rzezimieszki), szwaczki, pedele, tapicerzy, siodlarze, krawcy, pisarczykowie i tkacze.


W Neapolu śpiewa się słynną piosenkę Santa Lucia. To utwór ludowy, spisany przez Teodoro Cottrau (1827–1879) w roku 1849.


A to już zupełnie inne morze i inne góry. Wyspa Saint Lucia i dwie wspaniałe wpadające do morza góry – Mały i Wielki Piton, wpisane na listę zabytków przyrody UNESCO.

Wyspa (jest tylko jedna), położona w Małych Antylach, została odkryta przez Krzysztofa Kolumba w 1502 roku. Początkowo była przedmiotem rywalizacji Francuzów i Anglików, w XIX wieku weszła w skład Korony Brytyjskiej, obecnie jest niezależnym państwem,  ale jej nominalną władczynią jest królowa Elżbieta. Dzień świętej Łucji jest tu świętem narodowym.

Na stronie turystyka.pl autor tekstu napisał, że wyspa jest kwintesencją Karaibów, tutejszego luzu, folkloru i atrakcji. A największą jej atrakcją jest wulkan, zapewne jedyny wulkan na świecie, do którego wnętrza można wjechać samochodem.

Mieszkają tu, jako to beztrosko podaje Wikipedia – Murzyni, w większości katolicy. Wyspa liczy zaledwie około 160 tys. mieszkańców (mniej niż Kreuzberg czy Mokotów), a mimo to wydała w XX wieku aż dwóch laureatów nagrody Nobla.

Sir William Arthur Lewis (1915 – 1991), ekonomista, otrzymał w roku 1963 tytuł szlachecki, a w roku 1979, wraz z Theodorem W. Schultzem nagrodę Nobla w dziedzinie nauk ekonomicznych.


Sir Derek Walcott (1930 – 2017) był poetą i pisarzem brytyjsko-santalucijskim; w roku 1972 otrzymał szlachectwo, w roku 1992 – literacką nagrodę Nobla.

Ludzie z Facebooka 2 Didi Stone Veron

Poznałam go wprawdzie na żywo na dworcu głównym w Berlinie kilka tygodni temu, w pewną jesienną niedzielę o poranku. Zwrócił moją uwagę, bo był super ubrany, podeszłam więc i zapytałam, czy mogę mu zrobić zdjęcie. W końcu okazało się, że zdjęcie zrobi nam wspólnie, jemu i mnie, jego kumpel. Zrobił ich chyba 40, wszystkie takie same i wszystkie nieostre. Wsiedliśmy razem do pociągu do Rathenow, oni wysiedli w trzy minuty później czyli na Spandau, my pojechałyśmy dalej. Teoretycznie na grzyby. Grzybów jednak nie było, za to spadł deszcz i w trzy dni później zaczął się wysyp.

Zamieniliśmy ze sobą co najwyżej pięć zdań, głównie się śmialiśmy. Była to ewidentnie tzw. znajomość nowojorska. Pamiętam, że gdzieś kiedyś taki termin przeczytałam u Vonneguta; jeśli zamieniłeś z kimś kilka słów i uścisnęliście sobie dłonie, to jesteście znajomymi nowojorskimi. I możecie się chwalić tą znajomością do końca życia.

No więc zostaliśmy znajomymi nowojorskimi, ale to dopiero twarzoksiążka mi uświadomiła, jaką niezwykłą osobę spotkałam i kto jest teraz moim “przyjacielem na Facebooku”.

Didi co weekend publikuje na FB różne komentarze na temat tego trzydniowego dnia, który jest w Berlinie dniem najlepszym pod słońcem, bo nie trzeba pracować i można się zajmować życiem (choć Bogiem a prawdą w Berlinie weekend jest przez cały tydzień). Teksty są bez znaczenia, chodzi raczej o podkreślenie radości:

All about the week End! Enjoy ur live And be in love with God. More blessings and happyness for all of US. Bonne fin de week End! Kaviar Diesel de Berlin

C moi veron kaviar Diesel de berlin! Bonne nuit à tous!

Juste une affaire à suivre.
Bon Week end à tous
Veron Diesel de berlin.

War sehr schön das Wochenende.
Ich wünsch euch allen einen guten rutsch ins neue.
Diesel de berlin!

Diesel – włoska firma designerska – ma w Berlinie 18 sklepów z modą. Didi przynosi zaszczyt wszystkim. Od czasu do czasu na FB pokazują się kolorowe jak rajskie ptaki zdjęcia mody dla mężczyzn, ale uważam, że Didi bije wszystkich…

Miłego adwentu, moi mili! Minęła Pierwsza Niedziela Adwentu nadchodzi Druga. Urządźcie przyjęcie, zaproście gości, otwórzcie kolejne drzwiczki w kalendarzu adwentowym, zapalcie pierwszą świeczkę, a potem drugą, a przy okazji pamiętajmy, że od 2 do 10 grudnia święcimy Hannukę. Albo jak to mówią Niemcy Weihnukka (Bożukka?) ugotujcie coś pysznego, ubierzcie się kolorowo, dajcie sobie jakiś drobiazg…