Z podziękowaniem, mojej siostrze Kasi, która wybrała mi tak piękny prezent. Miłośnicy kotów: koniecznie kupcie sobie tę książkę, jest niezwykła. A wydawnictwo zapowiada, że jest to początek nowej serii – o kotach! O tak!
Champfleury, Koty. Historia, zwyczaje, obserwacje, anegdoty
Wydawnictwo słowo/obraz terytoria 2018 (wydanie oryginalne Paryż 1869)
Przełożyła Krystyna Belaid
Opracowanie i posłowie Tomasz Stróżyński

Ponieważ książkę wydało słynne wydawnictwo, a na portalu granice.pl ukazała się jej solidna recenzja, klawiatury (dawniej: pióra) Magdaleny Galiczek-Krempy, nie będę się powtarzała i recenzowała tej przemiłej książki, lecz zajmę się tylko jednym jej fragmentem, poświęconym pewnemu artyście, rozdział ten bowiem dowodzi, że autor, skrywający się za pseudonimem Kwietnego Pola (Champfleury), jest moją bratnią duszą nie tylko w sympatii do kotów, ale i w sposobie pracy i osobistym w nią zaangażowaniu. Ale “o tem potem”. Najpierw ów rozdział (tu i ówdzie leciuchno skrócony lub, och, poprawiony).
Apendyx
Rozdział XIV. Malarz Burbanck (s. 246-251)
Spotykamy czasem w muzeach na prowincji i w kolekcjach prywatnych zbijające z tropu dzieła sztuki, które nie należą do żadnej ze znanych szkół. (…) Przed paru laty widziałem u rzeźbiarza Dantana młodszego cudowną akwarelę przedstawiającą głowę kota naturalnej wielkości. W tym obrazie namalowanym wodnymi farbami stapiały się ze sobą zalety, które cechują kogoś takiego, jak Holbein, bądź też cierpliwy zegarmistrz (…).
Nie warto nawet próbować opisać oczu zwierzęcia zwróconych bezpośrednio w stronę widza. Pióro musiałoby skapitulować wobec magicznych barw tych oczu. A przecież znalazł się malarz, który potrafił oddać za pomocą pędzla niesamowitość tych spojrzeń. Gdyby dagerotyp wynaleziono w czasach, gdy artysta namalował tę głowę (zapewne w latach 1828-1830), oskarżono by go najpewniej o to, że posiłkował się tym mechanicznym środkiem, by wiernie odtworzyć tak osobliwe oblicze zwierzęcia; lecz maszyna nie byłaby w stanie dać odczuć miękkości sierści porastającej czaszkę, oddać grupy płowych cętek i pasiastych zygzaków, które (…) ciągną się od kącików oczu aż do uszu. Nie, kot nigdy nie raczył trwać w ten sposób nieruchomo i wlepiać oczu w jeden stały punkt przez tych kilka sekund, których słońce wymaga, by wykonać swą pracę.
Ten obraz wyniknął ze spojrzenia obserwatora (…). Malarz musiał pozostać chłodny, a przez chłód rozumiem nadmierną staranność, jaką zdradza jego dzieło. Chłodny, pewny swego i dokładny. Tymczasem antyzaletą dokładności jest to, że gasi płomień w artyście. Chłodny i poprawny, namiętny i niepoprawny. Tak mało jest ludzi wolnych od niedostatków! Mimo przesadnej poprawności, każde pociągnięcie pędzla zdradzało, że malarz wnikliwie studiował koty; musiał je mieć zapewne w swojej pracowni.
Na ramie niepodpisanej akwareli widniał napis: BURBANCK.
Nazwisko to utrwaliło mi się, zarówno przez pamięć o arcydziele (…), jak i ze względu na jego obce brzmienie.
Dwie duże litografie Marin-Lavigne’a, wg tegoż Burbancka i również przedstawiające koty, świadczą, że artysta upodobał sobie przedstawienie pięknych kotów dachowców, z których kastracja uczyniła zwierzęta salonowe i których głównym zajęciem jest nadawanie połysku swoim futerkom. Taki gatunek wybrał Anglik najdoskonalej przedstawiający istoty, z którymi pozostawał w nieustannej łączności. Jedna z tych litografii nosi tytuł Łakomczuch. Jest to kociak, który chłepce mleko. Druga zatytułowana jest Zabawa. Kotek baraszkuje na parkiecie w salonie, trzymając w łapkach splątany motek wełny. (…) Obie grafiki należy traktować tylko jako wskazówkę. Marin-Lavigne, jeden z pierwszych, aż nazbyt zdolnych litografów, daje jedynie mgliste wyobrażenie o obrazach mistrza i trzeba zobaczyć akwarelę z gabinetu Dantana, aby sobie wyobrazić, jak musiały wyglądać oryginały.Aby wyjaśnić, dlaczego przypisuję Burbanckowi tak wielkie znaczenie, dodam, że gdyby głowa kota znajdowała się pośród dawnych rysunków w Luwrze, to nie tylko zajmowałaby tam honorowe miejsce, lecz skupiałaby na sobie również spojrzenia tych, których fascynuje interpretowanie prawdy.
Dopiero, gdy Dantan w swej uprzejmości zgodził się rozstać na pewien czas ze swoim cackiem, po to, bym mógł zlecić sporządzenie jego kopii, ukazała mi się cała precyzja artysty. To, co zrazu wydawało się wyraźne, było w wykonaniu nadzwyczaj skomplikowane – nie ma w sztuce nic bardziej skomplikowanego niż prostota. Oczy kota ujawniały kopiście całe światy maźnięć pądzla. Sporządzenie kopii wymagało miesiąca; wzywany co chwilę, by ocenić doskonałość warsztatu imitatora, odczuwałem coraz większy zachwyt wobec tej przejmującej realności.
Niewdzięcznością byłoby z mojej strony, nie zainteresować się życiem Burbancka; kiedy traci się czas, bawiąc się w sędziego śledczego, nagrodą bywa jakieś drobne odkrycie.
Portret został podarowany Dantanowi młodszemu w roku 1833, jako rzadki obraz, przez słynnego marszanda rycin, Colnaghiego, w podzięce za popiersie Dantana ojca, które wykonał Dantan syn.
W tym samym czasie poprosiłem o zamieszczenie w piśmie “Notes and Queries” następujących pytań:
Kim jest angielski malarz Burbanck, znany jako autor dwóch ważnych studiów kotów, opublikowanych przez Marin-Lavigne’a u wydawcy Gihaut?
W jakim okresie żył Burbanck?
Czy angielskie słowniki biograficzne podają jakieś szczegóły dotyczące mistrza, który – jak się wydaje – uczynił z przedstawień kotów swoją specjalność?
Czy Burbanck zazwyczaj wykonywał swoje studia kotów techniką akwarelową?
Czy w angielskich muzeach i kolekcjach prywatnych znajdują się jakieś dzieła mistrza?
Choć zwyczajem Anglików jest odpowiadać na podobne pytania, ogłoszenie zamieszczone w “Notes and Queries” nie doczekało się żadnej odpowiedzi.Na szczęście dyrektor pisma “Art-Journal”, pan Dafforne, poznał Burbancka, który około roku 1839 udzielał w Londynie prywatnych lekcji rysunku i wystawiał w Akademii Królewskiej studia zwierząt, ptaków, psów etc.
Na tym kończą się informacje. Ich ubóstwo aż nadto świadczy o tym, że ów Burbanck, zmuszony udzielać lekcji, był biedny, że Anglicy postrzegali go (zapewne tak jak on postrzegał sam siebie) jako rysownika okazów historii naturalnej (ale jakże wspaniałego rysownika!), że znawcy sztuki ani trochę nie interesowali się jego pracami i że z tego powodu żaden biograf nie zajął się życiem i twórczością tego skromnego, nieznanego i ledwo wiążącego koniec z końcem artysty.
Co mnie w tym tekście wzruszyło, to jego niezwykła empatia autora, nie tylko do kotów, choć to właśnie o kotach jest jego książka, lecz do tego wielkiego, niedocenionego, przymierającego głodem artysty w, jak wiemy skąd inąd, zimnym i bezwzględnym Londynie.
Jestem wnuczką malarza, który, mam nadzieję, w swych peregrynacjach nie przymierał głodem, ale jednak wiąkszość swego dorosłego życia spędził wędrując z jednego prowincjonalnego kościoła do innego, gdzie malował a może tylko poprawiał malowidła ścienne. Nigdy nie wiedziałam o nim zbyt wiele, a chyba wszystko, co wiedziałam, zapisałam na tym blogu w poście Dziadek. Ale to zapewne przez to rodzinne dziedzictwo z takim wzruszeniem przeczytałam kilka lat temu piękną książkę Stefana Hertmansa Wojna i terpentyna, której jednym z bohaterów jest przymierający głodem malarz, wędrujący przed I wojną światową po flamandzkich kościołach. Wydaje mi się, że dopiero dzięki Hertmansowi zrozumiałam, jak ciężkie to było życie. A teraz, też dzięki niemu, umiem wczuć się w życie zapoznanego akwarelisty, malującego psy, koty i ptaki.
Z Champfleury łączy mnie też dociekliwość, którą on porównuje do zadań sędziego śledczego. Co chwila jakaś myśl, słowo, obraz, terytorium prowadzi mnie na nowe tereny. Pamiętam, jak jeszcze całkiem niedawno, bo nawet kilkanaście lat temu, podczas inteligentnej rozmowy z inteligentnym rozmówcą gromadziliśmy wokół foteli sterty książek, w których szukaliśmy potwierdzenia naszych tez, odpowiedzi na pytania lub po prostu ilustracji tego, o czym mówimy. Jeśli tego, czego potrzebowaliśmy nie dało się znaleźć w książkach z domowej biblioteki, trzeba było w najbliższych dniach udać się do instytucji publicznej. Jeśli i tam nie było tego, czego szukaliśmy, składaliśmy w bibliotece wnioski o sprowadzenie z innej biblioteki, czasem z innego miasta lub kraju, albo wręcz zakup potrzebnego nam dzieła.
Zdobywanie wiadomości było żmudnym zajęciem i pyszną zabawą. Teraz oczywiście poszukiwania zaczyna się od internetu, często nawet jeśli wiemy (lub nie wiemy), że mamy w domu potrzebną książkę. Poszukiwania po półkach trwało bowiem dłużej, niż wpisanie w google’a na przykład nazwiska Burbanck. Mniej więcej dziesięć lat temu ludzie o umyśle takim jak Przekrój (tak mnie kiedyś określił jeden z moich wykładowców na Uniwersytecie) poczuli, że świat doszedł do etapu, na którym spełniają się wszystkie ich marzenia o raju poszukiwaczy. Niestety, choć wciąż jeszcze wdzięczna jestem cioci Wikipedii i wujkowi Guglowi za pomoc, jakiej nam udzielają, stwierdzam, że złote czasy poszukiwaczy wiadomości przeminęły. Świat wirtualny został zalany taką masą informacji na każdy temat, że uniemożliwiły i bezpośrednie poszukiwanie, i zacieśnianie tematyki poszukiwań przy pomocy używanych dawniej instrumentów. Aktualne wiadomości, reklamy, plotki, pudelki, memy i selfies zdominowały przestrzenie, które jeszcze niedawno były kopalnią wiedzy. Tego się nie da już zmienić. I nawet nie wiem, czy uda się nam wrócić do bibliotek publicznych i domowych, bo w międzyczasie wszyscy pozbyli się książek, nawet biblioteki!
Ostatnio kilka razy nie udało mi się znaleźć tego, czego szukałam.
Nie znalazłam książki o chłopcu, który w Tel Avivie znalazł słonia. Nie ma informacji o tym, dlaczego Nana de Berlin, mała rzeźba Niki de Saint Phalle nazywa się “berlińska” (odpowiedzi udzieliła mi dopiero instytucja roztaczająca pieczę nad spuścizną artystki, do której napisałam), nie ma wyjaśnienia co to jest refraktura, jeśli wiem, że jest to coś innego niż zmiana podmiotu otrzymującego fakturę, ale nie wiem – co? Tego wszystkiego poszukiwałam, żeby stworzyć wpis o dwóch rzeźbach na cmentarzu Montparnasse, który ukaże się za dwa dni.
Nie znalazłam ilustracji pokazującej jak błękitna planeta Ziemia w ciągu najbliższych kilkudziesięciu lat zmieni się w brązowy, przypalony skwarek i musiałam użyć grafiki, która pokazuje to samo (ale wcale nie aż tak dramatycznie!) za lat… tysiąc! A wiem, że taki obrazek przetoczył się przez Facebooka zaledwie kilka tygodni temu. Przetoczył się i zniknął. Niemożność znalezienia tego obrazka osłabiła wymowę wpisu, jaki zamieściłam TU.
I nie znalazłam tego Burbancka. Znalazłam innych, ale TEGO nie.
To spis niepowodzeń z kilku ostatnich dni.
Może muszę napisać do czasopisma Notes and Queries.


August Bebel Institur lädt heute, am Di 15. Januar um 18–22 Uhr zu einem Film & Diskussion ein.
Adamowicz war von 1998 bis zu seinem Tod der Stadtpräsident von Danzig. Bis 2015 gehörte er der Bürgerplattform (Platforma Obywatelska) an, seitdem parteilos; gründete eine Wählervereinigung „Alles für Danzig“.











Nie im Leben habe ich mit so vielen Priestern geredet, wie jetzt, als ich den Text über Ulitzka schreibe. Nicht mal zwei Wochen nach meinem Besuch in Biesenthal fahre ich nach Templin, wo ich mich mit Pfarrer Beier treffe. “Haben Sie ihn gekannt?” stelle ich noch am Telefon meine übliche Frage. “Nein, das nicht, aber sein Wirken war in der Gemeinde immer wichtig“.
Solange er als Politiker in Berlin zu weilen hatte, wohnte er im Hospital der Grauenschwester in der Niederwallstr. 8-9 im Bezirk Stadtmitte. Die Schwestern führten ihr Krankenhaus bis 1993. Heute ist es Sitz des Erzbischöflichen Ordinariats Berlin.
Am 1. September zogen die Schwestern, die Kranken, die Ärzte und der Prälat in ihr neues Domizil: Ehemaliges Etablissement „Hotel Bellevue“ in Friedrichshagen, direkt am Müggelsee. Es war vor dem Kriege ein legendärer Ort für Reiche und Neureiche gewesen. Im Tanzsaal gab es eine Rosendiele, statt der es jetzt einen großen Hospitalsaal für 50 Mann gab. Ulitzka bekam ein kleines Zimmer zugewiesen, mit Blick auf den Müggelsee. Es sollte für die nächsten acht Jahre sein Zuhause werden. Eines änderte sich jedoch nicht: Schwester Bernhildis führte auch in Friedrichshagen seinen Haushalt und kümmerte sich um seinen Hund Frigga. Hitze hat noch 1994 mit Bernhildis über Ulitzka sprechen können. Sie starb 1999 und liegt auf dem Schwestergrabfeld auf dem katholischen Friedhof Tempelhof.

Das Krankenhaus am Müggelsee existierte bis 2001, 2013 wurden die Häuser abgerissen, jetzt sind da neue Wohnblocks in der Entstehung. Als ich dort war, um den Ort zu sehen, wo Ulitzka seine letzten Lebensjahre verbrachte, fotografierte ich die Baustelle und eine schöne Stadtvilla nebenan. Aus einer Baracke kam ein Wächter und sagte, ich dürfe erst fotografieren, wenn ich die Genehmigung vom Bauherren habe. Er zeigte mir die Bauinfotafel. “Ja, natürlich”, sagte ich. “Auf Wiedersehen”.
Schwester Walburga
Der Friedhof
Carl Ulitzka wurde hier am 19. Oktober 1953 zu Grabe getragen. Die Totenmesse zelebrierte man in der katholischen Pfarrkirche St. Marien der Unbefleckten Empfängnis in der Gundelfinger Straße in Karlshorst. Es ist ein denkmalgeschützter Kirchenbau, errichtet 1935-1937 im Stil der Neoromanik. Die Kirche diente nach 1945 vorübergehend als Depot und wurde erst seit 1949 wieder als Gotteshaus genutzt.






Die katholische Gemeinde in Bernau wurde 1849 gegründet. Ulitzka kam 1901 hierher. Jung, gerade erst 28 geworden, gutaussehend, groß. Ausdrucksvoller Profil, Gesicht mit prägnanter Knochenstruktur. Ein kluger Mensch, intelligent, charismatisch. Ein katholischer Seelsorger wie geschaffen fürs vorwiegend protestantische Umfeld. Die Gemeinde war arm, hatte keine Kirche und nutzte die Bonifatiuskapelle im Missionshaus in der Tuchmacherstraße als Gotteshaus. Dort bewahrte man das sog. Mariahilf-Bild auf, das später in die Kirche übernommen wurde.
Schon früh kam Ulitzka in den Sinn, dass man hier eine Kirche bauen muss. In jeder Stadt, wo die Katholiken und Protestanten miteinander oder nebeneinander wohnen, hat man mindestens zwei Kirche. So wollte es Ulitzka auch in Bernau haben und später überall, wo er als Priester tätig war. Dies ist jedoch nicht so einfach, eine Kirche zu bauen. Erst müssen bürokratische Hürden überwunden werden, oft, wie es der Fall in Bernau war, politische, und dann auch finanzielle. Man braucht viel Geld – und dieses muss vorerst gesammelt werden, bevor man mit der Grundsteinlegung beginnt. Der ehemalige Pfarrer der Herz-Jesu-Kirche, Peter Beier, der 33 Jahre Gemeindepfarrer in Bernau war, erzählte mir, dass er zwar Ulitzka persönlich nicht kannte, aber seinerzeit in Bernau Johannes Lipinski, einen Mitarbeiter von Ulitzka, getroffen habe. Seine Aufgabe war es, in der heißen Phase des Geldsammelns, die ‘Bettelbriefe’ per Hand zu kopieren. Er erinnerte sich, man habe sich dabei die Finger wundgeschrieben!
Pfarrer Kort organisierte 2007 Feierlichkeiten zum 100-jährigen Jubiläum des Kirchenbaus. Die Schulkinder spielten dabei ein Theaterstück über Ulitzka und seinen Vorhaben. Der Junge, der Ulitzka gespielt hatte, ist danach selber Priester geworden und bat darum, seine Primiz in Bernau feiern zu dürfen.
Kurz danach, am 20. August 1999 ging Pfarrer Beier in Ruhestand und somit nach Templin.
Ja, ich bin auch der Meinung, dass man mit dem, was gemacht wurde, nicht besonders glücklich sein kann. Die auseinandergenommenen Teile des alten Altars, 1968 von schon erwähnten Friedrich Schötschel neu gemacht, sind sehr schön, aber unvorteilhaft platziert. Das Tabernakel steht auf einem kleinen Tisch rechts vom Altar, der Lesepult – links. Vorne an der Apsis-Wand sind drei Altarteile in Form eines Tryptychons angebracht, schmucklose Spanplatten, auf der mittleren die alte Christus-Figur aus der Entstehungszeit. Merkwürdig. Originell, aber merkwürdig. Genauso merkwürdig scheint mir der kleine, irdene Weihwasserbehälter, der wie ein polnischer Gurkentopf aussieht. Oder gar einer ist. Bevor ich mit meinen Recherchen fertig werde, werde ich noch ein paar solche bescheidenen Behälter sehen. Wir sind in der Uckermark, es ist ein armes Land. Gewesen.
Eine wunderschöne Kirche, ruhig, schlicht, elegant. Auch sie ein Baudenkmal wie die Kirche in Bernau. Den Bau dieser Kirche begründete Ulitzka somit, dass in der Sommerzeit ca. 100 katholische Schnitter aus Polen in die Gemeinde kommen, um bei der Ernte zu arbeiten. Sie hatten Anspruch an einen würdigen Gottesdienst, den er, Ulitzka, ihnen doch auf Polnisch halten kann.
Pfarrer Horst Pietralla von Biesenthal erzählte mir, dass man Ulitzkas Spendenaufrufe für seine Kirchen nicht mehr hören wollte. Dann kam er auf eine erfolgreiche Idee. Ich werde, sagte er, eine barocke Kirche bauen. Dies hat geholfen, zumal seine Geldgeber und Spender aus dem Bayrischen stammten, wo man große Stücke von der barocken Kirchenarchitektur hielt. In Windeseile hat derselbe Architekt, Paul Überholz, der bereits in Bernau tätig war, eine neue Kirche entworfen und gebaut, eine der ganz wenigen barocken Kirchenbauten im Erzbistum Berlin. Pfarrer Beier sagte mir, dass die Salvator Kirche in Lichtenrade ebenfalls barocke Züge vorweist.
Die Biesenthaler Kirche wurde am 10. Oktober 1910 eingeweiht. Die Bänke, die Fußbodenplatten, die Farbgebung sind authentisch, aus der Bauzeit also. Dh. im Gegensatz zu der Kirche in Bernau ähnelt die Kirche sehr dem, wie sie zu Zeiten ihres Stifters ausgesehen hat. Sie ist auch sehr gepflegt und sehr gut besucht. Leider ist Pfarrer Pietralla, der kurz vor dem Kriege geboren ist und 1953 sein Abitur machte, der letzte Pfarrer in der Gemeinde. Ist er weg, wird die Kirche geschlossen. Schade, weil sie sehr gut besucht ist. Es kommen ca. 80 Personen zu Hochmessen, darunter etwa 20 Kinder. Es gibt 15 Ministranten (mehr Mädchen als Jungs!) und eine achtköpfige Blaskapelle, deren Chef Biesenthals Bürgermeister ist. Im wunderbar gepflegten Garten steht eine Campanile mit einer Glocke, die noch zu Ulitzkas Zeiten aus Hildesheim geliefert wurde, zuerst nach Bernau, dann nach Biesenthal. Da der Glockenturm aber für drei Glocken gebaut wurde, hat sich Pfarrer Pietralla um den Erwerb zwei weiterer Glocken bemüht. Mit Erfolg. Neue Glocken werden noch im Jahre 2015 eingesetzt. Sie waren nicht teuer, erklärt mir Pfarrer Pietralla, die kleinere kostete 3000 Euro, die größere – 5000. Mehr wird das Bestimmen der Glocken kosten, zumal sie auch mit den Glocken in der evangelischen Kirche abgestimmt werden. Pfarrer Pietralla betont dabei, dass die dafür ausgegebenen Gelder nicht für soziale Zwecke vorgesehen waren. Ich brauche diese Erklärung überhaupt nicht, sie ist für Kritiker gedacht.
In der Kirche gibt es einen wunderbaren Altartisch, der ebenfalls von Friedrich Schötschel angefertigt wurde. Seine Werke (u.a. Tabernakel und Taufbeckendeckel) hatte ich bereits in Bernau gesehen. In Biesenthal war er lange Zeit zwischen 1969 und 1986 tätig. Aus seiner Hand stammten nicht nur der Altartisch im schlichten Barockstil, der gut mit der Kirche harmoniert, sondern auch ein Vortragekreuz und das Kirchenportal. Auf der Innenseite des Portals sind Verse von Gertrud von le Fort und Rainer Maria Rilke in Kupfer eingearbeitet.
Pfarrer Pietralla stellt mir die Kirchenchronik zur Verfügung. Was wirklich rührt ist der erste Eintrag der Chronik: 25.3.1902: Am Fest Maria Verkündigung hält der Pfarrer von Bernau, Carl Ulitzka, den ersten katholischen Gottesdienst seit der Reformation in Biesenthal in einer Notkapelle. Als Notkapelle dient das Gartenhäuschen des Herrn Neumann in Biesenthal, Schulstraße 28. Die Laube bestand aus Stube und Küche. Der Trennwand wurde entfernt und so entstand ein Raum von 9 m Lange und 3 m Breite. Die Höhe betrug 1,9 m. Dies hat ein Maler festgehalten und das Motiv wurde als Postkarte und zugleich Bittbrief gedruckt: