Barataria 107 Honoré Daumier

Ewa Maria Slaska

Dla Danusi Starzyńskiej-Rosieckiej

Auf Deutsch hier

10 lutego Danusia zamieściła u siebie taką oto reprodukcję
i napisała takie oto zdanie:

W 140. rocznicę śmierci Honoré’a Daumiera … “Don Quichotte et Sancho Panza”, 1868 r., Neue Pinakothek, Monachium. Obraz inspirowany powieścią Miguela de Cervantesa; malarz podjął temat 28 razy (obrazy olejne i akwarele oraz wiele rysunków).

Począwszy od roku 1865 artysta podjął temat 28 razy, wykonując go różnych technikach.

Dziękuję Danusi za inspirację. Zobaczymy, ile znajdę. Uprzedzam, że jak raz wejdziemy na tę ścieżkę to czekają nas jeszcze co najmniej dwaj malarze – Pablo Picasso
i Salvador Dali, a ostatnio odkryłam następnych. Tym to sposobem, dzięki Danusi, inaugurujemy otwarcie nowej gałęzi baratarystyki – don Kichot jako leitmotiv dzieła malarskiego. A może się trafi i Barataria.

Honoré Daumier (1808 – 1879), pisze Wikipedia, francuski malarz, grafik, rysownik i rzeźbiarz. Jeden z wybitnych przedstawicieli realizmu XIX wieku. Należał do artystów, wykorzystujących z jak największą swobodą najróżniejsze techniki.
Z jednakowym mistrzostwem wypowiadał się w litografii, rzeźbie i rysunku. Dzieło Daumiera nie znalazło zrozumienia u współczesnych malarzy, bo nie pasowało do XIX-wiecznej wizji malarstwa. Obecnie krytycy zwracają uwagę na nowatorstwo dzieła, podkreślają mistrzostwo skrótu, syntetyczną formę i swobodę faktury, dopatrują się też elementów abstrakcji. Sposób nakładania farby i operowanie płaszczyznami odbierane jest jako zapowiedź fowizmu.

I gdy tak zbieram po świecie-internecie Don Kichoty namalowane, narysowane, naszkicowane, wygrawerowane i wylitografowane przez Daumiera, trafiam na niemiecki artykuł sprzed dziesięciu lat, którego autor nazywa Daumiera Don Kichotem malarstwa modernistycznego. Autor twierdzi, że Daumier zyskał niezwykłą sławę jako autor rysunków i litografii politycznych, natomiast jako malarz był właściwie nieznany, i w tym, jak malował, samotny. Olśniewa mnie to zdanie. Oczywiście, to on sam. To dlatego motyw narażonego na pośmiewisko szalonego chudzielca tak często powraca w twórczości Daumiera. To on, człowiek z nową wizją malarstwa, uwięzionego w malarskich i innych salonach XIX wieku. Byli inni, którzy też się burzyli, ale ci połączyli się w grupy, grupki, kierunki. A on nie, on był sam, osobny. Może czekał, aż oni się do niego odezwą?

Mantegna & Bellini

Ewa Maria Slaska

Dla Danusi

Deutsch & English in Text

1 marca otwarta została w Berlinie wystawa superlatyw. Podczas konferencji prasowej nazwano ją wprawdzie tylko wystawą roku, ale czuło się, że mówcy, rozpływając się nad wartością wystawy, a więc tego, co przygotowali bądź opłacili, wiedzą, że mówią o wystawie dekady, a może stulecia. Jest w każdym razie spektakularna, niezwykła, nadzwyczajna, sensacyjna. To słowo pojawia się wielokrotnie i nader skutecznie, bo recenzje też piszą o sensacji.

Nota bene pan drugi z prawej, przewodniczący Towarzystwa Ubezpieczeń Od Ognia (Feuer-Sozietät) poinformował zebranych, że jego instytucja wydaje rocznie 1,5 miliarda euro na sponsorowanie popularyzacji sztuki. Och!

Gościa zamierzającego udać się na wystawę informuję, że zanim tam dojdzie czeka go przedostanie się przez rozległy plac budowy. Z tyłu widać już zbawcze napisy, że owszem Mantegna i Bellini, ale przed nami droga przez mękę. Na pociechę dodam, że jakoś się dojdzie. Idźcie wzdłuż płotów.

Potem już będzie coraz lepiej.

Wystawa zajęła również reprezentacyjny holl wejściowy Nowej Galerii Narodowej (Neue National Galerie) z piękną instalacją wodną Waltera de Maria, a ja słysząc to wyobrażałam sobie, że będzie nam dane doświadczać przyjemności, jakie mieli bogacze, którzy zamawiając dzieło sztuki, nie wieszali go bezdusznie na ścianie, lecz umieszczali je pomiędzy drogimi kwiatami, w otoczeniu drogocennych przedmiotów  i wkomponowywali je w gry wodne i ogrody…

Dzieło Waltera de Maria zniknęło jednak całkowicie, wodę wyłączono, kamienne baseny przykryto podłogami i dywanami, jeśli w salach były kiedykolwiek jakiekolwiek okna, to wszystkie zostały pokryte gęstą, intensywnie kolorową materią spowijającą sufity, podłogi i ściany. Zielenie, szarości, czerwień. Wystawa jest zbiorem coraz mniejszych szkatułek, zamykających nas w czarodziejskim świecie. Gdy potem wyjdziemy z muzeum, ze zdumieniem stwierdzimy, że tam na zewnątrz nadal trwają prace budowlane, a niebo jest niebieskie.

Co naprawdę wzrusza na wystawie jest maleńka informacja – Fotografujcie (przepraszam za jakość zdjęcia) i jak chcecie, to wyślijcie swoje fotografię na stronę #mantegnabellini (oczywiście jak wam się uda – mnie się nie udało, ale cóż bym ja tam miała wysyłać :-).

Podczas konferencji zostaliśmy dobitnie poinformowani, że galeria ma teraz super nowoczesną stronę, ale może jestem zbyt archaiczna, żeby odkryć jakieś jej nieopisane uroki, a zdjęcia (choćbym chciała) nie udało mi się przesłać, więc chyba wszystko jest nie dla mnie. Ale inni wstawili tam zdjęcia i filmiki, co wygląda bardzo ładnie. Poniżej filmik z wystawy w londyńskiej National Gallery, która poprzedziła tę naszą, berlińską.

Und hier (endlich) eine richtige Kritik auf Deutsch.

A ja od siebie dodam na koniec – piękna wystawa, czarodziejska, pozwala zapomnieć o stresie i zmartwieniach :-). Wielcy artyści, wielkie obrazy.

Alle Infos hier

Dzień Kota w Rosji

Światowy (Międzynarodowy) Dzień Kota (ang. World Cat Day, National Cat-Day, International Cat Day, wł. Giornata mondiale del gatto) – święto obchodzone corocznie 17 lutego we Włoszech (od 1990) i Polsce (od 2006), mające podkreślić znaczenie kotów w życiu człowieka, niesienie pomocy wolno żyjącym i bezdomnym zwierzętom, które miały kiedyś dom, ale go straciły, a także uwrażliwienie ludzi na często trudny koci los.

Również ja, słynna miłośniczka kotów, przygotowałam koci wpis na 17 lutego. Ale…

Ale na świecie są też inne terminy świętowania dnia kota:

  • Rosja – 1 marca,
  • Stany Zjednoczone – 29 października,
  • Wielka Brytania – 8 sierpnia (dzień uważany również za Międzynarodowy Dzień Kota)
  • Włochy – Dzień Czarnego Kota (od 2007) – 17 listopada

Przypomniało mi się, że znam dwie wspaniałe rosyjskie piosenki o kotach. Obie już tu kiedyś przytaczałam, ale dobrego nigdy za dużo.  To wystarczający powód, byśmy dziś poświętowali dzień kota po rosyjsku.

Timor Szaow, Kocie życie.

I Bułat Okudżawa, Czarny kot.

Dzień kota jest świętem młodym. Так, в России его отмечают 1 марта. Впервые праздник в России был организован Московским музеем кошки и редакцией журнала и газеты «Кот и пёс» в 2004 году.

Moskiewskie Muzeum Kota. No to hop, zobaczmy, jak wygląda… A wygląda tak:

 

Mężczyźni na Starym Cmentarzu św. Mateusza

Ewa Maria Slaska

Wiosna w lutym wygoniła wszystkich na spacery, a w Berlinie spacer często prowadzi na cmentarz. W końcu miasto ma 270 cmentarzy o parkowym charakterze, z których 20 znajduje się w powolnej likwidacji, ale do spacerów nadal nadają się idealnie. Wielu z nas ma swoje ulubione cmentarze, dokąd chodzimy na spacer albo “spotkać się” z jakimś “ulubieńcem”.

W sobotę poszłam więc do braci Grimm i braci Scharwenków na stary Cmentarz św. Mateusza na Schönebergu. To słowo Berg w nazwie dzielnicy jest istotne, bo oznacza górę  – Piękną Górę (Jasna zresztą też jest, i Góra św. Krzyża też). Tędy miała przebiegać jedna z wielkich osi zaplanowanej przez Speera stolicy III Rzeszy – Germanii. Główna oś widokowo-komunikacyjna przechodzić miała przez groby braci Grimm. No ale Germania jednak nie powstała. Bracia Grimm, bajczarze, stoją jak stali, a z tyłu za nimi bracia Scharwenkowie, urodzeni w Szamotułach muzycy, autorzy słnnych polskich tańców. Założyli dwa konserwatoria muzyczne, jedno w Berlinie, jedno w Nowym Jorku. Po Berlinie nosili się z polska po szlachecku, chodzili w kolorowych kontuszach i aksamitnych biretach, czy tak też prezentowali się za oceanem – nie wiem.


Nieopodal polski grób. Piotr Grzegorz Kończak – spoczywaj w pokoju. Nie miał czterdziestki.

***
Ta część Schönebergu, gdzie leży cmentarz, od kilkudziesięciu lat wypracowała sobie renomę dzielnicy gejów. Część z aktywistów i użytkowników miejskiej infrastruktury gejowskiej umarła w międzyczasie i przeniosła się siłą rzeczy za mur cmentarny. W ostatnich 10 latach cmentarz św. Mateusza przekształcił się więc w centralę spraw LGTB “na zaświaty”. Nie wiedziałam o tym i ten wiosenny spacer w lutym pokazał mi całkiem nowe (za)światy.

Podobno leżą tu co najmniej trzy ważne osobistości z tęczowego świata i jest tu  około stu grobów tych, którzy deklarowali przynależność do tej grupy społecznej.

Ciotowaty kicz (przepraszam, ale chyba właśnie tak tłumaczy się użyte w niemieckiej gazecie online dla gejów słowo Tuntenkitsch) na grobie Ovo Maltine, słynnego homoseksualisty, politycznej cioty, aktora kabaretowego, który zmarł 8 lutego 2005 roku na Aids (zdjęcie: Robert Niedermeier).

Inne znane osobistości społeczności gejowskiej na cmentarzu św. Mateusza to fotograf Jürgen Baldiga, reżyser Manfred Salzgeber i muzyk z kultowego zespołu Ton Steine Scherben (Glina kamienie skorupy) – Rio Reiser (powyżej grób Rio Reisera), ten który śpiewał pieśni młodych niemieckich buntowników: Keine Macht für Niemand i Macht kaputt, was euch kaputt macht.

Co roku 17 maja Ludger Wekenborg i Wolfgang Schindler, założyciele stowarzyszenia Kreuz & Queer (W poprzek i na Krzyż), zapraszają na zwiedzanie “cmentarza dla gejów”, jak podobno potocznie nazywa się tę piękną nekropolię. Ta data nie jest przypadkowa, tak jak nie jest przypadkowy 4 maja (may the Force be with you) czy 14 marca (liczba π – 3, 14). 17 maja to przypomnienie § 175 niemieckiego kodeksu karnego, który przewidywał karę więzienia za stosunki homoseksualne między mężczyznami. Paragraf zniesiono dopiero w roku 1994.

Na razie chodzę sobie samopas.


Ci dwaj są niezwykle deklaratywni, a pochowano ich we wspólnym grobie z kotem imieniem Felix Felis. Przejedzeni życiem, przepici śmiercią oraz Używanie rozkoszy chciałoby nieśmiertelności, śmierć ją ma – głoszą napisy na tablicy stojącej nad grobem. Kolejne napisy znajdują się na kamieniach leżących na grobie. “Das Ende des Schweins, ist der Anfang der Wurst” (gdzie kończy się śwnia, tam zaczyna się kiełbasa), to tłumaczenie pewnego łacińskiego przysłowia, przypominające najważniejszą książkę Seyfartha: “Schweine müssen nackt sein” (Nagie świnie). Seyfarth (1953-2000) był jedną z wybitnych osobistości świata LGTB w Berlinie. Słynna była zwłaszcza jego błękitna, psychodeliczna trumna, która stała w jego mieszkaniu i w której go potem pochowano.

***
Jest ciepły dzień lutowy. To oczywiste, że cmentarz pełen jest kwitnących wiosennych kwiatów. Ale o dziwo są i grzyby.

***
Ciekawy zamysł urządzenia grobu znajduję przy murze cmentarnym, gdzie pochówków dokonuje się w obrębie starego grobowca. Dawny właściciel grobu, major armii niemieckiej, pozostał jako patron na głównej płycie, przed nim miejsce na osiem pochówków w urnach.


9 mężczyzn, 1 grób, 8 urn…

Grób majora Marcuse odnowiła grupa ośmiu przyjaciół, którzy postanowili, że po śmierci chcą leżeć we wspólnym grobie. Większość z nich jeszcze żyje, na kamieniach są ich imiona, czasem nazwiska, daty urodzenia. Pusty kamień też ma już właściciela, który jednak nie chce za życia przygotowywać sobie napisu na grobie.
To oni podczas odnawiania grobu majora Marcuse.

***

17 maja. Save this date.

Barataria 105 Don Kichot w każdej książce

Będzie to wpis rozrastający się samoistnie, zgodnie z tokiem lektur. Don Kichot i Sancho Pansa oraz donkichoteria pojawiają się wszędzie. Ponieważ o dziwo przez dwa lata nie podałam tu definicji donkichoterii, postanawiam to czym prędzej nadrobić.

Wikipedia podaje, że: donkiszoteria to postawa życiowa charakteryzująca się marzycielstwem, brakiem rozsądku w ocenianiu ludzi i sytuacji, pragnieniem walki o nierealne cele, nierozsądnym entuzjazmem w podejmowaniu nieosiągalnych zadań oraz walce z urojonymi przeciwnikami (walka z wiatrakami).

Inne tematy baratarystyczne, wyspy, utopie, szaleńcy, będą dalej przedmiotem osobnych wpisów. Tu po prostu będzie można wpisywać cytaty, by je ewentualnie kiedyś wykorzystać. Uwaga – moje lektury nie są niczym uporządkowane. Ze świata zewnętrznego docierają nowości, ze świata własnego – starocie, czytam jak popadnie, czasem kilka książek na raz. Często jedna z nich jest mała, żeby można ją było nosić ze sobą w torebce i czytać w metrze lub poczekalni. Oczywiście pojawi się tu również prasa, podobnie nieregularnie i nieskładnie jak książki. Czytam po polsku, niemiecku i angielsku.


TIP Berlin, 48. Jahrgang, Heft 01/2019 – der Heft mit der berühmten Liste der 100 peinlichster Berliner. Auf dem Platz 13 Andrea Nahles, SPD-Chefin bezeichnet als “Trauerspielerin”. Sie sitzt im Willy-Brandt-Haus in Kreuzberg ihren eigenen Führungsanspruch ab, wie eine Ritterin der traurigen Gestalt.


Lektüre vom Dezember 2018. Tschingis Aitmatow, Dshamilja, Bibliothek Suhrkamp 1973. Aus dem Russischen von Gisela Drohla. Seite 54.

Eines Tages führte Orsomat einen hochgewachsenen, leicht gebückt gehenden Soldaten, der das linke Bein etwas nachschleppte, zu uns aufs Feld. Er hatte den mantel über den Schulter geworfen und machte große Schritte, um nicht hinter Orsomats stämmiher, kleinen Stute zurückzubleiben, die in kurzem Trab ging. Neben den langen, dürren Danijar sah der kleine, lebhafte Orsomat  wie eine ruhelose Sumpfschnepfe aus. Wir lachten laut, als die beiden an uns zukamen.


Lektura z listopada 2018 roku.

Bogdan Rutha, Nasze ciekawe czasy, Wydawnictwo Literackie Kraków 1972. Opowiadania.

“Hotel pięknych kobiet”
Motto: Czujne dzwony strzegą złota.

Rafael Jimenez jak ów natchniony ingenioso hidalgo ujrzał światło dzienne na ponurych, spalonych słońcem, skalistych pustkowiach la Manchy. Po raz  pierwszy zobaczył błękit hiszpańskiego nieba, taki jak z plakatów zapraszających na Fiesta a Malaga, przez okopcone belki pasterskiej chaty w sercu Kastylii, w tej surowej krainie zamków rozsianych po całym jej obszarze, niegdyś dla obrony przed Arabami. Wychował się w kraju zamków, twierdz i licznych starych rodów szlacheckich, w kraju, który zrodził inkwizycję, do krórego nie dotarły dobrodziejstwa najazdu maurów, a który ominęły strumienie złota Inków i Azteków. (s. 13)

Znowu zerknąłem na księdza i Rafaela.
Przez moment wydali mi się dwoma donkiszotami, którzy nadziawszy się na skrzydła wiatraka obracają się razem z nimi i wygrażają sobie pięściami w nadzie, że wpłynie to w jakiejś mierze na bieg owych skrzydeł. (s. 35)


Lektura z grudnia 2018 roku

Jonathan Caroll, Białe jabłka. Magiczna opowieść o miłości na pograniczu życia i śmierci.  Przełożył Jacek Wietecki. Dom wydawniczy Rebis, Poznań 2003.

– Skoro odsyłają mnie tak szybko, to chyba znaczy, że Vincent dowiedział się czegoś ważnego i że nic mu nie grozi. Musiał nauczyć się z nimi walczyć.
Babka skrzyżowała ramiona na piersi i odwróciła wzrok.
– Nie. To znaczy, że ty musisz wracać, bo nie można dłużej czekać. On cię potrzebuje, jesteś jego podporą i nadzieją. Wczoraj ruszyła nagle lawina zdarzeń, którą trzeba powstrzymać, zanim będzie za późno. – Przypomniała sobie, jak na początku drugiej wojny światowej polska kawaleria rzuciła się do bohaterskiej, donkiszotowskiej obrony kraju przed nadciągającymi czołgami Wehrmachtu. Choć Vincent Ettrich nie będzie zmagał się z chaosem sam, to jednak siedział na koniu, podczas gdy jego przeciwnik jechał na bitwę uzbrojony w najnowocześniejszy sprzęt bojowy, jaki kiedykolwiek wmyślono. (s. 242)


Dezember 2018 / Januar 2019 (ein Weihnachtsgeschenk)

Maria Stepanowa, Nach dem Gedächtnis. Aus dem Russischen von Olga Radetzkaja. Suhrkamp 2018.

Kapitel 3. Einige Fotos.

Foto 8. Die beiden Männern stehen etwas näher zum Betrachter. Der großere hat ein Bein vor das andere gestellt und die Händen in den Hosentaschen; sein über die Hose fallendes Hemd wird von einem schmalen Gürtel zusammengehalten, die Locken sind zerzaust. Das ist Sanka, auch Sancho-Pansa genannt, ein Freund und Vrehrer meiner Urgroßmutter Sarra. Der andere Mann ist etwas älter, er trägt einen Kneifer und ein Arbeitshemd aus grobem Stoff, er wirkt bedrückt. Plötzlich geht mir auf, dass ich sein Gesicht kenne: Der Mann heißt Jakow Swerdlow. Zehn jahre später wird er als Vorsitzender des Zentralen Exekutivkomitees das Dekret über den Roten Terror und die “Verwandlung der Sowjetrepublik in ein geschlossenes Militärlager” unterzeichnen. (S. 58)


Januar 2019
Czytam poświęcony Borgesowi numer szczecińskiego eleWatora z drugiego kwartału 2013 roku.

Od razu w pierwszym artykule – Niewierność oryginału – tłumaczka i autorka Marta Natalia Wróblewska trzykrotnie przywołuje Don Kichota, przy czym dwa razy jest to odwołanie do opowiadania Borgesa Pierre Menard, autor Don Kichota.

Podejście Borgesa do sztuki przekładu było pionierskie w stosunku do wielu nrtów dzisiejszej translatoryki, George Steiner, wpływowy teoretyk sztuki tłumaczenia, stwierdził, że opowiadanie Pierre Menard, autor Don Kichota, to “spośród dotychczas powstałych najbardziej przenikliwy, najbardziej zwarty komentarz omawiający zjawisko przekładu”. (…)

W latach 20 Borges oświadczał z pełnym przekonaniem, że wszelka literatura jest autobiograficzna. Zgodnie z tą koncepcją tłumacz powinien starać się maksymalnie zbliżyć do autora, poznać jego biografię i przeżyć jego emocje. Figurę takiego tłumacza zdaje się ucieleśniać właśnie Pierre Menard, autor Don Kichota, który próbuje na nowo stworzyć napisany przez wielkiego mistrza tekst.

Uświadamiam sobie, że znam przecież  to opowiadanie, przypominam sobie nawet, kiedy i w jakich okolicznościach je czytałam, a przecież, mimo iż od ponad dwóch lat zajmuję się Don Kichotem, wcale sobie tego opowiadania nie przypomniałam. Do tego potrzebna mi była przypadkowa lektura, wyciągnięta na chybił trafił z półki pewnego mokrego styczniowego wieczora.

Kilka akapitów dalej autorka pisze, że

Borges był zwolennikiem analizowania przekładu nie jako “dalekiego krewnego” oryginalnego tekstu, jego skażonej lub niedoskonałej wersji, lecz jako pełnoprawnego tekstu literackiego. Może się zdarzyć, że będzie on gorszy od oryginału, może jednak okazać się lepszy. Co ciekawe i kontrowersyjne, tłumacz winien w tej koncepcji być wierny nie autorowi, czy też oryginalnemu tekstowi, lecz niejako jego idei – ma więc prawo korygować pisarza i poprawiać niedociągnięcia jego stylu. O ile pisarz “wymyśla” swoich poprzedników, ofiarowując nowy klucz do interpretacji ich tekstów (vide Kafka i jego poprzednicy), o tyle złumacz może “wymyślać” swojego autora. Dzieło jest bowiem ważniejsze od pisarza, tłumacza czy czytelnika. Tłumacz winien je potraktować jako szkic, który w przekładzie można udoskonalić. Przykładowo Borges przedkładał hiszpański przekład poematu Paula Valery’ego Cmentarz morski, niemiecki przekład Kwiatów zła i angielskie tłumaczenie Don Kichota nad teksty oryginalne.

Nadal styczeń 2019

Postmodernistyczny żarcik. W filmie Björna Runge Żona grają Glenn Close i Jonathan Pryce. Johnathan grał przedtem rolę Don Kichota w słynnym filmie Terry’ego Gilliama Człowiek, który zabił don Kichota – w filmie Rungego odwołuje się więc do cytatu na temat Don Kichota. Ja, mówi główny bohater, pisarz, który się właśnie dowiedział, że został noblistą, ja… nie mam innego wyjścia, jak powołać się na myśl śródziemnomorską i zacytować medytacje na temat Don Kichota. I am I plus my surroundings, and if I do not preserve the latter, I do not preserve myself.
To fragment pierwszej książki José Ortegi y Gasseta, a jednocześnie temat filmu, ale reżyser nie wyjaśnia tego widzowi.
Ortega y Gasset urodził się 9 maja 1883, zmarł 18 października 1955. Był hiszpańskim filozofem i eseistą. Jego dorosłe życie przypada na ciężki okres w historii Hiszpanii, czas upadku monarchii, powstania republiki, wojny domowej i dyktatury. Stworzył tzw. “filozofię życia” (po polsku nazywa się ją witalną, ale mi się nie podoba ta nazwa). Ortega y Gasset nie krył swoich republikańskich przekonań, zwalczał faszyzm, wykorzystując swój wielki autorytet. Został członkiem Kortezów, ale po wojnie domowej wyjechał na emigrację. Przebywał w Holandii, Argentynie, Francji i Portugalii. W 1946 r. powrócił do Hiszpanii, ale nie skorzystał z propozycji objęcia katedry uniwersyteckiej i poświęcił się całkowicie twórczości naukowej. Wiele rozpraw powstałych w tym czasie ukazało się dopiero po jego śmierci. Jego pierwszą książką, wydaną w roku 1914, były Meditaciones del Quijote. Wydawnictwo pisze, że dla wielu badaczy Medytacje to najważniejsza filozoficznie książka Ortegi, który, wychodząc od lektury powieści Cervantesa, buduje cały przyszły system myślowy i aparat pojęciowy i stawia jednocześnie szereg tez (np. o istocie kultury), które wciąż inspirują.

A pani Bovary to Don Kichot w spódnicy.

Luty 2019

Niemożliwe mi się wydaje, że dopiero teraz, po ponad dwóch latach baratarystki, zajrzałam ponownie do Prousta. Gdzie te czasy, że czytałam go co roku? No ale teraz znowu go czytam i zaczynam, czego już od dziesiątków lat nie robiłam – od wstępu Boya-Żeleńskiego, a tam już od razu na stronie 14 ważny cytat:

Snobizm dostępuje w ujęciu Prousta filozoficznej konsekracji. Nie tylko snobizm towarzyski w tradycyjnym znaczeniu tego słowa: Proust jest prawdziwym mistrzem w kombinowaniu jego odcieni; ale snobizm właściwy wszystkim klasom, wszystkim stanom, będący nie czym innym, jak tylko aurą złudy, w jakiej porusza się każdy człowiek. Nieśmiertelną monografią takiej złudy jest Don Kichot Cervantesa; otóż wyobraźmy sobie stu Kiszotów – każdy odmiennego typu – współżyjących ze sobą, a zrozumiemy intencję Prousta.


To tyle, ale, wiemy, wpis będzie rósł. Nie na darmo Don Kichot jest najpoczytniejszą książką na świecie. Na zakończenie ballada Andrzeja Waligórskiego o Zenobim Dreptaku, bo Dreptak to też Don Kichot:

BŁĘDNY RYCERZ

Rycerz Zenobi Dreptak w szmelcowanej zbroi
Stanął zbrojnie i konno u zamku podwoi,
Miał pancerz, hełm i kopię, jak zwykle rycerze,
I miecz, którym uderzył o zamkowe dźwierze!

Hej, odegrzmiało echo o gotyckie blanki!
Skoczył na nogi książę, spojrzał zza firanki,
Skoczył, spojrzał, oniemiał i zadrżał ze strachu;
Stoi pod drzwiami rycerz Dreptak na wałachu!!!

Stoi Dreptak wśród blasków, szczęków oraz zgrzytań
I zasuwa monolog, co się składa z pytań,
O taki: – Hej, kto mężny, odpowiedzieć musi,
Która z pań jest piękniejsza od mojej Magdusi?

Która ma liczko bielsze, mniej zepsute ząbki?
Czyj biuścik przypomina dwa młode gołąbki
Z ryżem? Która jest taka miła, kochana i ładna?
Tutaj struchlały książę wymamrotał: – Żadna!!!

Wówczas rycerz się zachwiał na swoim bachmacie
I rzekł: – Żadna? To szkoda, o kurtka na wacie,
Bo z Magdą już nie mogę! Jestem u sił kresu…
Tu spiął konia i ruszył w dal, szukać adresów…

Don Quijote überall

Don Kichot begleitet mich überall. Ich gehe in die U-bahn Station und was sehe ich dort – ein Konzert, der heute statt findet. Und ich kann nicht hin, bin schon verplant… Vielleicht wird aber eine(r) von Euch gehen können und mir / uns demnächst darüber berichten?

Gautier Capuçon
Berlin, Konzerthaus
Konzerthausorchester Berlin
Pablo González Dirigent
Gautier Capuçon Violoncello

Amalia Arnoldt Viola

Richard Strauss, „Don Quixote“ – Phantastische Variationen über ein ritterliches Thema op. 35

Zur Stimme von Miguel de Cervantes’ tragikomischem „Ritter von der traurigen Gestalt“ wird das vom französischen Star-Cellisten Gautier Capuçon gespielte Solo-Cello, das Richard Strauss in seinem „Don Quixote“ durch diverse halluzinierte Abenteuer schickt.

Karten vom 25 bis 66 €.


In Wikipedia findet man viel darüber, mehr als ich je erwartet hätte:

Don Quixote, Phantastische Variationen über ein Thema ritterlichen Charakters op. 35, ist eine Tondichtung von Richard Strauss für Solocello, Solobratsche und großes Orchester. Sie basiert auf dem Roman Don Quijote de la Mancha des spanischen Autors Miguel de Cervantes. Sie ist in Form einer Sinfonia concertante komponiert, mit einem Solocello, das die Figur des Don Quijote repräsentiert, sowie Bratschen-, Tenortuben- und Bassklarinetten-Solisten, die Sancho Pansa darstellen.

Strauss komponierte das Werk 1897 in München.

Die Uraufführung fand am 8. März 1898 im Kölner Gürzenich statt. Es dirigierte Franz Wüllner.

Die Partitur enthält ursprünglich kein Programm, doch hat der Komponist zu den einzelnen Abschnitten des Werks nachträglich kurze programmatische Erläuterungen zum besseren Verständnis verfasst.

Die zweite Variation schildert eine Episode, in der Don Quijote einer Schafherde begegnet und sie für eine herannahende Armee hält. Strauss setzt dissonantes Flatterzungenspiel ein, um das Blöken der Schafe nachzuahmen. Dies ist eines der ersten Vorkommen dieser Spieltechnik.

Instrumentation

Das Werk ist wie folgt besetzt: Piccoloflöte, 2 Flöten, 2 Oboen, Englischhorn, 2 Klarinetten in B (2. auch in Es), Bassklarinette, 3 Fagotte, Kontrafagott, 6 Hörner in F, 3 Trompeten in D, 3 Posaunen, Tenortuba (Euphonium) in B, Basstuba, Pauken, Triangel, große Trommel, Becken, kleine Trommel, Tamburin, Windmaschine, Harfe und Streicher.

Sätze

  1. Introduktion: Mäßiges Zeitmaß – Don Quichotte verliert über der Lektüre der Ritterromane seinen Verstand und beschließt, selbst fahrender Ritter zu werden
  2. Thema. Mäßig – Don Quichotte, der Ritter von der traurigen Gestalt
  3. Maggiore – Sancho Pansa
  4. Variation I: Gemächlich – Abenteuer an den Windmühlen
  5. Variation II: Kriegerisch – Der siegreiche Kampf gegen das Heer des großen Kaisers Alifanfaron
  6. Variation III: Mäßiges Zeitmaß – Gespräch zwischen Ritter und Knappen
  7. Variation IV: Etwas breiter – Unglückliches Abenteuer mit einer Prozession von Büßern
  8. Variation V: Sehr langsam – Die Waffenwache
  9. Variation VI: Schnell – Begegnung mit Dulzinea
  10. Variation VII: Ein wenig ruhiger als vorher – Der Ritt durch die Luft
  11. Variation VIII: Gemächlich – Die unglückliche Fahrt auf dem venezianischen Nachen
  12. Variation IX: Schnell und stürmisch – Kampf gegen vermeintliche Zauberer
  13. Variation X: Viel breiter – Zweikampf mit dem Ritter vom blanken Mond
  14. Finale: Sehr ruhig – Wieder zur Besinnung gekommen

An Cello Mischa Maisky, conductor Wolfgang Sawallisch. Man muss sagen bei diesem Konzert sieht der Cellist eigentlich genau so, wie man sich Don Quijote vorstellt.

Schönen Tag für euch alle – mit wunderbarer Musik!

Wyrzucone zdjęcia

Ewa Maria Slaska

Duży i znany magazyn miejski w Berlinie przeprowadził się właśnie do nowej siedziby. Przeprowadzka jest zawsze okazją do usunięcia zwałów rzeczy, które się nam nagromadziły w ciągu ostatnich kilkunastu lub kilkudziesięciu lat. Gazeta postanowiła usunąć swoje, nikomu, jak rozumiem, niepotrzebne, archiwum fotograficzne.

Groza.

Groza, że usunąć. Groza, że niepotrzebne. Groza, że wyrzucamy materialny zapis naszych czasów, bo myślimy, że wszystko zostało zdigitalizowane i już niczego nie potrzebujemy, a kiedyś, gdy jakaś kometa nie wiadomo skąd przeleci koło ziemi, wszystkie zapisy cyfrowe znikną i nikt nie będzie wiedział, ani jak się nazywamy, ani na co choruje nasze serce… Groza, że tacy byliśmy młodzi (niektórzy nawet byli w tym czasie dziećmi, a niektórych na świecie nie było), a już nie jesteśmy.

Ale też groza, że nic się nie zmieniło, że wciąż nam chodzi o to samo, o to, żeby być szczęśliwym i biec po łące pełnej kwiatów, śpiewać, grać na gitarze i protestować przeciw niesprawiedliwości świata. A świat jaki jest, każdy widzi.

Z ogromnego archiwum ktoś ocalił kilkanaście teczek zdjęć. Z tych kilkunastu teczek dostałam dwa zdjęcia (te na samym dole) wybrane specjalnie dla mnie, a potem jeszcze, na chybił trafił, kilkanaście.

Zdjęcia, jakie dostałam, dotyczą filmów, muzyki i demonstracji, a pochodzą (oprócz Janis Joplin) z lat 80 i 90 w Berlinie. Ciekawe, że moje zainteresowania się od tego czasu właściwie nie zmieniły. Na zdjęciach nie ma książek i pisarzy, ale to pewnie wynika z charakteru archiwum gazety miejskiej.

1980. Czas Solidarności.

Na zdjęciu bójka między policją z Berlina Zachodniego i mieszkańcami nielegalnie zajętych kamienic.

“Spacer wielkanocny” (demonstracja na głównej ulicy Berlina Zachodniego)

1981. Zima, pada śnieg. Demonstranci rzucają śnieżkami w wieżyczkę więzienia Na Moabicie. Kilka domów dalej mieszkają Wirpszowie. Gdy przyjadę do Berlina Zachodniego zamieszkam w domu naprzeciwko więzienia.

Lato. Pani Minister ma kostium, okulary słoneczne, krótko ostrzyżone włosy. Na przyklejonej do zdjęcia kartce ktoś nabazgrolił: Plötzlich geht die Ministerin in die Demo – Nagle Pani Minister wchodzi w demonstrację. Na zdjęciu nie ma demonstracji, jest tylko kilku dużych facetów. To jej obstawa. Szukam takiej pani minister w sieci, ale nie umiem odkryć, kim jest ta kobieta.

1983.

Wir trauen um Kemal Altun. Opłakujemy Kemala Altuna.
I od razu na kolejnym zdjęciu wyjaśnienie, kto to był Kemal Altun i co się z nim stało: Auch jemanden dazu zu treiben aus dem Fenster zu springen ist MORD! Wir klagen die Deutschen Behörden zum Mord an. – Jeśli pastwisz się nad kimś, aż wyskoczy przez okno, to też jest MORD. Oskarżamy niemieckie urzędy.

1984 Menschenkette der Freidenbewegung gegen Hoch-, Nach- und Weiterrüstung – Łańcuch ludzi przeciwko zbrojeniom.

Też rok 1984. Piękne hasło, choć zapewne na potrzeby przekazu stanowczo za długie:

Das grosse Karthago führte 3 Kriege. Es war noch mächtig nach dem 1. Es war noch bewohnbar nach dem 2. Es war nicht mehr auffindbar nach dem 3.
Wielka Kartagina prowadziła trzy wojny. Po pierwszej wciąż jeszcze była potężna. Po drugiej dało się tam jeszcze żyć. Po trzeciej nie dało się jej znaleźć.

1984. Jubelparade der Friedensbewegung. Ruch pokojowy świętuje. No ale jeżeli tak, to skąd następne hasło?: Achtung! der letzte Baum. Uwaga! Ostatnie drzewo!

Tierversuch ist Folter. Doświadczenia na zwierzętach to tortura.

Verzichten Sie auf Ihren Urlaub in einem Land, wo Blutvergießen an der Tagesordnung ist! Zrezygnuj z urlopu w kraju, gdzie na porządku dzienny jest przelewanie krwi.

Styczeń 1985. Za dwa tygodnie przyjedziemy do Berlina.

Gegen Isolation – Für Selbstbestimmung / Solidarität mit den Gefangenen im Hungerstreik. Nie zgadzamy się na izolację. Solidaryzujemy się z więźniami. Chodziło o więźniów RAF-u.

1993

Frauenrecht ist Menschenrecht. Prawa kobiece to prawa człowieka. I § 218 (przekreślony)

Kiedyś.

Schluß mit der Ausländerhetze. Koniec nagonki na cudzoziemców!

Taki był Berlin Zachodni, gdy tu przyjechaliśmy 29 stycznia 1985 roku.

Tekst, który “chodzi za mną” od prawie 30 lat

Ewa Maria Slaska i reblog

Był rok 1991. Byłam młoda, szczupła, z szopą kręconych włosów na głowie. Nosiłam obcisłe dżinsy i jedwabne podkoszulki z niewielkim dekoltem, ale wystarczającym, by koleżanki szeptały mi czasem do ucha, że podczas wieczoru auorskiego faceci w ogóle nie słuchali, co czytam, tylko gapili mi się w dekolt. To było prawie 30 lat temu. Kobiety nie pokazywały jeszcze tyle ciała, co teraz, czyli mało było więcej.
Pojechaliśmy do Ameryki, wynajęliśmy samochód w Los Angeles i jechaliśmy, aż dojechaliśmy do Nowego Jorku. Zapamiętałam z tej podróży piękną przyrodę, wspaniałe muzea w każdej byle wiosce z kilkoma milionami mieszkańców oraz nowoczesną architekturę. Właściwie nie mieliśmy żadnych kontaktów z ludźmi. Sypialiśmy na kampingach, gdzie nie było nikogo i nikt się z nami nie chciał z amerykańską wylewnością zaprzyjaźnić. Pamiętam tylko kilka osób. Czarnoskórego przystojnego urzędnika w banku z krawatem nonszalancko zarzuconym na prawe ramię. Jakąś panią na kampingu w Kosciuszko County, która mnie poinfomowała, że Kościuszko był Amerykaninem, a jego nazwisko wymawia się Coscijasko. Młodego Indianina spotkanego nocą na stacji benzynowej w drodze przez kolorowe góry Colorado. Trasy wybieraliśmy mało uczęszczane. Miał dżinsową bluzę z frędzlami i warkocze.
– Skąd jesteś? – zapytał, co jest oczywiście pierwszym pytaniem, z jakim styka się podróżnik na całym świecie.
– Z Europy.
– Skąd z Europy? Pytanie było dziwne, bo w Idaho Minnesotta jest zagranicą, ale nie zraziłam się.
– Z Polski.
– Skąd z Polski? Uznałam, że facet nieźle się upiera, ale odpowiedziałam.
– Z Gdańska.
– O, ożywił się chłopak. – Znasz Wałęsę?
– Tak.
Pokiwał głową, zadowolony, świat był dokładnie taki, jaki miał być, taki, o jakim on wiedział na swojej małej stacji benzynowej w Colorado. Wydał mi resztę, wyszłam, pojechaliśmy dalej.
Nocowaliśmy w rezerwacie, a rano pojechaliśmy do Junktion na sprawunki, bo w rezerwacie były tylko pamiątki, chipsy i cola. Junktion była rzeczywiście miejscem, w którym spotykali się Indianie z rezerwatu i biali z okolicznych wiosek i miasteczek. Turystów nie było. Na wielkim placu parkingowym stały trzy terenowe jeepy z odkrytymi platformami. Nasz biały samochód rzucał się w oczy z daleka. Był tylko jeden ogromny sklep, w którym było wszystko, od kosiarek po naklejki z supermanem. W lokalnej gazecie przy kasie na okładce było zdjęcie cielęcia z dwoma głowami. W gazecie stanowej Gorbaczow stał na czołgu i tryumfował, bo pokonał pucz komunistycznej jaczejki.

Mąż i syn gdzieś zniknęli w czeluściach sklepu, szłam z wielkim wózkiem między półkami i pakowałam chleb, mleko, brokuły i donaty. Zza regału wysunęła się strasznie blada dziewczyna w spranej sukienczynie z jakiejś bladej wzorzystej bawełny. Sukienczyna była wysmotruchana na brzuchu, a wyglądała tak, jak sukienki Ani z Zielonego Wzgórza, zanim jeszcze Mateusz zainterweniował i stroje dziewczynki zaczęły być kolorowe, bufiaste i ozdobne. Dziewczynina w sklepie miała na czole blade jak ona sama loczki, przyklejone plastrem. Uśmiechnęłam się do niej, ale ona tylko stała i patrzyła na mnie poważnym wzrokiem. Po chwili pojawiła się druga, tak samo ubrana i też młoda. Nie stały obok siebie, każda zatrzymała się tam, gdzie wyszły z przejścia między półkami. Stały i patrzyły, a ich patrzenie było nie tyle poważne co surowe i zimne. Poczułam się, jakbym miała plamę na policzku. Pojawiły się dwie następne kobiety, starsze, grubsze, siwoblond. Na sukienkach miały zawiązane fartuchy w paseczki. Były z innej epoki, z innego świata, może z jakiejś sekty jak amishe czy shakerzy. Było ich coraz więcej i przysuwały się do mnie coraz bliżej. Wciąż nic nie mówiły. Patrzyły na rudą lokowatą kobietę w obcisłych dżinsach zielonych jak wiosenna trawa i jasnoróżowej bluzce bez rękawów i z (małym!) dekoltem. Zanim dotarłam do kasy i zdołałam telepatycznie przywołać mężczyzn, przeżyłam momenty prawdziwej grozy, takiej z filmów. Myślałam o tym, że półki w sklepie poręcznie zawierają wszystko, czym cicho i szybko można zakłuć czarownicę. Jestem zdania, że uratował mnie tylko fakt, że te kobiety po prostu nie miały powodu, żeby to zrobić. Gdyby jednak tej nocy w ich miasteczku na prerii umarło dziecko, na przykład na ospę, a one przecież nie szczepiły dzieci, to było oczywiste, gdyby więc to dziecko umarło, to na pewno ja, ruda wyuzdana przybłęda, musiałabym za to zapłacić.

Nie zapomnę tej sceny póki żyję. Trwa, a my wciąż patrzymy na siebie – nowoczesna Europejka i przeniesione z innej epoki i z innych norm Amerykanki. Nic się nie zmienia. Ich loczki wciąż są przyczepione plastrem do czoła, wciąż mają na sobie sukienki z wzorzystej bawełny.

Te sukienki nazywają się “sukienki z prerii”. Dowiedziałam się tego wczoraj i dlatego przygotowałam ten wpis. Nowojorska gazeta The Cut w artykule o modzie na nadchodzącą wiosnę pisze o sukienkach z prerii.

spring 2019 fashion issue /

The Pleasure of Sitting Out a Trend

Designerka nazywa się Bashewa Hay, a jej sukienki mogą się okazać hitem nadchodzącego sezonu.

These dresses: They look like Laura Ashley exposed to just a touch of nuclear radiation, and, per the Washington Post, they’re “the most provocative thing in fashion right now.” Vogue: “Vintage Laura Ashley, Betsey Johnson’s Alley Cat, and Gunne Sax.” Women’s Wear Daily: “Anne of Green Gables, Laura Ashley, and Eighties neo-Victoriana.” Haaretz: “Amish Meets Laura Ashley With a Bit of Hasidic Chic.” Indeed, the Batsheva line (launched in 2016) began with a beloved and beat-up Laura Ashley dress that Hay had remade. But her specifications made the details more eccentric, extreme. (…) Hay has described finding inspiration in both her mother’s style in the ’70s and the dress codes of religious fundamentalism, from Mennonites and the Amish to Hasidim. A former corporate lawyer educated at Stanford and Georgetown, Hay grew up in a secular family; her husband, a successful fashion photographer, was beginning to embrace Orthodox Judaism around the time they met. Her designs found her grappling with the confines of his faith. During their courtship, the couple staged Hasidic-cosplay photo shoots in South Williamsburg, complete with wig.

Cały tekst TU.

Algorithmus des Facebooks

czyli Algorytm Facebooka

Jest chłodny, niczym nie wyróżniający się poranek, 5 lutego 2019 roku. Wtorek. Nie mamy się dziś obżerać jak np w Tłusty Czwartek, nie mamy się ściskać, nie mamy głodować. Nie strajkujemy. Dzień jak co dzień. Wstajemy, idziemy do pracy. Wracamy. No może niektórzy dotrą na Berlinale, ale może nie. Berlińczyków aż tak to nie bierze, to rozrywka dla przybyszów. Postanawiam sprawdzić, co zjedliśmy tego dnia na śniadanie i co na ten temat przekazaliśmy potomności (bo przecież przechowujemy zdjęcia naszego jedzenia dla potomności). Nie wybieram, nie szukam, patrzę, co przychodzi czyli co podsuwa algorytm.

Es ist ein kühler, unauffälliger Morgen am 5. Februar 2019. Kein Tag an dem das Grosse Fressen angesagt wäre, wie zB am Weiber Donnerstag, wir müssen uns nicht umarmen, auch nicht hungern. Es ist nichs Besonderes für heute vorgeschlagen. Ein Tag wie immer. Dienstag. Wir stehen auf, wir gehen zur Arbeit. Wir kommen zurück. Nun, vielleicht gehen einige zur Berlinale, aber vielleicht auch nicht. Berliner nehmen das nicht so, es ist eh etwas für Ankömmlinge, Kulturturis oder so. Ich beschließe, zu überprüfen, wie wir heute gefrühstück haben und was wir an die Nachwelt weitergegeben haben (weil das tun wir schließlich, oder? Wir halten Bilder unserer Nahrung für die Nachwelt). Ich wähle nicht, ich schaue, was kommt oder was der berühmte Algorithmus vorschlägt.

1. Rosyjskie śniadanie Russisches Frühstück (Aleksij Tichonsson)

DAS 1. RUSSISCHE FASTFOOD IN BERLIN🍗🍛🥟🥧:
https://bit.ly/2sSSwUo
PS: auch mit vegetarischen & veganen Optionen

2. Nowy Rok / Chinesisches Neujahr

No i proszę, od razu się okazuje, że dzień wcale nie taki zwykły. Bo dziś wietnamski i chiński Nowy Rok czyli święto Wiosny.  Zaczął się wczoraj i potrwa do 9 lutego. Skończył się rok psa, zaczyna się rok ziemskiej świni czyli dzika! Ich hasło brzmi: ciężką pracą można osiągnąć każdy cel. Świnia (Dzik) reprezentuje beztroską zabawę, szczęście i bogactwo. No to hop, Biedroń, zaczynamy! Chyba jedzą tę bedną świnię, ale na FB nikt się niczym nie chwali.

Sofort erfahre ich, dass der heutige Tag gar nicht so gewönlich ist – gestern begann der Chinesische Neujahr, Feierlichkeiten werden bis 9. Februar dauern. Auch in Berlin. Es beginnt das Jahr der Erde-Schwein oder des Ebers. Und es beginnt der Frühling, Gestern in Polen hat Robert Biedroń neue Partei gegründet, deren Name Frühling lautet. Alles Gute zum Neujahr Frühling!

3. Wyjedź do Ameryki Południowej i zjedz owocki / Fahr’ nach Südamerika und esse (diese) Früchte

4. Anna Sikora, zdjęcie z cyklu Polska (ale raczej niejadalna) / Foto aus dem Zyklus Polen (eh nicht essbar)

5. Keto dieta

Nie interesuje mnie, ważę 10 kilo mniej i podobno mam BMI super normalny, ale nawet jeśli nie, to właśnie przeczytałam na FB, że grubi żyją lepiej i dłużej… Nota bene ci, co czytają książki też żyją o dwa lata dłużej, a ci co się opiekują wnukami – mniej chorują…

Nix für mich. Zuerst bin ich 10 Kg “leichter” als die Person mit dem Ausgangsgewicht 73; zweitens (und daher) ist mein BMI super normal, aber auch wenn es nicht so wäre, habe ich grade im FB Folgendes gelesen: Die Übergewichtigen leben länger und besser! Die, die lesen, leben auch zwei Jahre länger. Und die Grosseltern, die sich um Enkelkindern kümmern, sind weniger krank… na also!

6. Kolejna firma z algorytmu – sprawdź florę bakteryjną i dowiedz się, co jeść i na pewno okaże się, że mam sobie kupić jakieś suplementy / die Nächste Firma, die für mich mein FB-Algorithmus ausgesuht hat: Hab nachtzuprüfen wie meine Darmflora ist und sicher danach irgendwelche Diäts-Suplements kaufen!

7. Ale Algorytm jest wielostronny, zaraz potem czekolada… / Na ja, der Algorithmus kann auch anders: 7 Sorten feinster belgischer Schokolade warten auf mich…

8. I pierwsze prawdziwe jedzenie prawdziwych ludzi – Kamila Sng w Lizbonie w Baixa-Chiado. Nie widzę dokładnie – bułki, wino, makaron, a w patelni? Może muszle. / Das erste richtige Essen – in Lisabon: Brötchen, Nuddeln, Wein und vielleicht Meeresfrüchte oder Muschel, irgendwas in der Pfanne…


9. Dwie piękne martwe – żywe natury z przeszłości (Wydawnictwo Wielka Izera) / Zwei schöne Stilllebens aus der Vergangenheit (Verlag Wielka Izera)

10. I znowu firma z algorytmu – Pyszności. / Und wieder eine Firma, diesmal polnische Leckereien.

Po kilku godzinach walki z algorytmem mam dość. Nasz świat tonie w obrazach jedzenia,
a NIKT tak naprawdę nic nie ugotował i nikt tak naprawdę nie zjadł śniadania ani nie przygotował prawdziwego lunchu.

Nach ein paar Stunden des Kampfens mit dem Algorithmus höre ich auf. Niemand hat tatsächlich etwas gekocht und nur eine Peson hat überhaupt vor, etwas zu essen. Ich habe fertig und gehe kochen. Smoothie, Champignons mit Blaukäse und Tostada.

Jest godzina 12. Koniec zabawy z Facebookiem. Pora na realne jedzenie. Pójdę sobie ugotować coś smacznego na brunch. Smoothie, pieczarki zapiekane z serem pleśniowym
i tostada.

Smacznego!

PS. Na śniadanie algorytm nic nie dał porządnego do zjedzenia, ale na podwieczorek
– z okazji imienin Agaty (najlepszego, Agato!) – i owszem:

Nudne spotkanie

Rozmawiamy sobie ostatnio z moim nowym przyjacielem Arkiem o naszych ulubionych pisarzach. On jest bezwzględnym zwolennikiem Joyce’a, ja – Prousta i wiadomo, że jest to nieprzyjaźń jak między wężem i Panną – przez Boga położona, jak opisana u Prousta nieprzyjaźń pomiędzy zacofanym wielbicielami Chopina a nowoczesnymi wyznawcami Wagnera.

Podczas jednej z tych rozmów przypomniało mi się, że obaj pisarze spotkać się raz w życiu mieli – zaproszono ich na obiad i… nie mieli sobie nic do powiedzenia. Czyli jak w tytule – nudne spotkanie.

Postanowiłam więc poszukać w sieci czegoś na temat tego spotkania. I oczywiście znalazłam.

Jednym z najsłynniejszych spotkań dwóch znanych pisarzy było spotkanie Orsona Wellesa i H.G. Wellsa. Jeden z nich kojarzy się nam natychmiast z filmem Citizen Kane i, oczywiście, War of the Worlds, drugi z The Time Machine i, no tak,… War of the Words. Artyści spotkali się po raz pierwszy w roku 1940, mimo że znali się już od lat z audycji radiowej, która ich na wieki połączyła, i okazało się, że mają sobie masę do powiedzenia, mogą rozmawiać bez końca, a ich konwersacja iskrzy się od historii, anegdot i wzajemnego podziwu. Zachowały się też informacje o interesującym spotkaniu Dickensa i Dostojewskiego. Choć z kolei spotkanie Sartre’a i Simone de Beauvoire z Foucaultem nie zapisało się dla potomności jako szczególnie udane.

Tak też było ze spotkaniem Jamesa Joyce’a (autora Ulissesa) i Marcela Prousta (autora W poszukiwaniu straconego czasu), na przyjęciu wydanym przez Sydneya i Violet Schiffów 18 maja 1922 roku. Było to przyjęcie na cześć Igora Strawińskiego i Siergieja Diagileva w Majestic Hotel. Nie przyniosło nic wspaniałego i było, dokładnie tak, jak to zapamiętałam – po prostu nudne. Irlandzki krytyk, Arthur Power, zauważył: “i oto proszę, dwie wielkie postaci literatury współczesnej, a najważniejszym tematem ich potkania było pytanie, czy lubią trufle.”

Był maj 1922 roku, życie Prousta dobiegało końca, ale oczywiście nie można było tego wiedzieć. Jak pisze autor znalezionego przeze mnie wpisu: obaj pisarze w swych największych dziełach opuścili zainteresowanie sobą samym na rzecz ekstrapolacji ja pisarskiego w ogromne przestrzenie obejmująca całe miasta, narody i strefy społeczne. obaj byli niestrudzonymi czytelnikami i, tyle przynajmniej wiemy na temat Prousta, mieli znakomitą pamięć i zdolność zobaczenia w pojedynczym zdarzeniu kulturalnych mechanizmów współczesności. Można więc było oczekiwać…

Niestety było raczej śmiesznie.

Joyce przybył pijany i źle ubrany, Proust, jak zawsze zmarznięty, objawił się wspaniale owinięty w futra. Siedzieli naprzeciwko siebie i czekali, czy między nimi nie zaiskrzy. Nie zaiskrzyło, oddali się więc small talkom na temat pogody i sportu.  Joyce’a bolała głowa, Proustowi jak zwykle dokuczała niedyspozycja żołądka, o czym ponoć panowie nie omieszkali się nawzajem poinformować. Ale może to tylko złe języki sprowadzaję tę konwersację aż na tak beznadziejny poziom. Są bowiem inni świadkowie, którzy pamiętają, że Joyce zapytał Prousta, czy podobał mu się Ulisses. (Odpowiedź brzmiała: Nie!)

I podobno, ale czyż może to być?, Joyceowi było gorąco i otworzył okno (otworzenie okna w obecności Prousta to co najmniej bluźnierstwo), na co Proust kazał zawołać taksówkę i wyprawił Joyce’a po prostu do domu? Naprawdę?

A może to wszystko, i trufle, i sport, i pogoda, i niedyspozycje, i okno, i taksówka są konfabulacją, bo tak naprawdę obaj Wielcy nie mieli sobie nic do powiedzenia, a zatem nic też sobie nie powiedzieli, co można by było zapamiętać.

Spotkanie Joyce-Proust widziane oczyma Davida Lasky’ego.


Taka to historia, ale co my wiemy o spotkaniach Wielkich? Ba, co zostanie w pamięci innych o naszych spotkaniach? Co powiedzieli sobie Tokarczuk i Witkowski? Albo Twardoch i Tulli?  Może Dehnel by się obronił, bo on akurat jest i pisarzem, i eseistą i krytykiem literackim, zakładam więc, że jego rozmowa z Nikiem Hornby lub Danielem Kehlmannem (obaj też piszą o książkach) miałaby sens. Ale, czy nie jest tak, że zgodziliby się na temat książek innych pisarzy, swoje taktownie pozostawiając na uboczu?