Zbigniew Milewicz
Mściwe niemowlę
Szperając w swoich starych publikacjach spod paragrafu, natrafiam przeważnie na historie cięższego kalibru – rozboje, oszustwa, tragiczne wypadki, ponure morderstwa w hotelach robotniczych, albo melinach, popełnione dla zdobycia pieniędzy na jeszcze jedną ćwiartkę… Nie mam ochoty do tych spraw wracać i ponownie się ładować ich złą energią, ale przecież były i lżejsze. Takie, jak Mściwe niemowlę, które napisałem jesienią, albo zimą 1975 r. Przytoczę je ze skrótami i poprawkami stylistycznymi, bo z perspektywy czasu dawny tekst aż prosi mi się o korektę:
Urodziło się planowo, w pierwszej połowie stycznia 1975 roku, w Gliwicach, zgodnie z obyczajem noworodków – rozwrzeszczane, zaborcze. Ile ważyło i mierzyło, nie wiem, ale spore chłopię to było i dano mu na imię Pawełek. Zaraz po przywiezieniu do domu, zażądał ten Pawełek całej masy rzeczy. Od rodziców – całodobowego czuwania nad kołyską, zawsze czynnego bufetu z błyskawiczną obsługą i takiej że wymiany brudnych pieluch na czyste. Od krewnych oczekiwał nieustannych wyrazów uwielbienia na swój widok, a od miejscowego proboszcza, że ochrzci go w stosownym czasie. Później miało się odbyć w domu wystawne przyjęcie z okazji chrztu i wręczenie dziecku okolicznościowych, godziwych prezentów.
Życzeniom Pawełka stało się zadość. Mama Maria i ojciec Marian nie liczyli bezsennych nocy, spędzonych nad kapryszącą zawartością becika, ani pieluch zmienianych w iście atomowym tempie. Nie milkły pełne zachwytu „ochy“ i „achy“, zgromadzonych wokół kołyski babć, cioć i wujów. Chrzest odbył się z iście królewską pompą, a o przyjęciu lepiej nie mówić, takie było udane. Z prezentów też był kontent, bogate były i ze szczodrego serca dane. Wszystkie, z wyjątkiem jednego… Chodziło o dar wujka Romka, brata mamy, tego co namiętnie palił fajkę. Otóż ten wujek Romek, w sposób nie licujący z bliskim pokrewieństwem, oszukał niemowlę, dając mu w prezencie podrobioną jednodolarówkę. Sądził, że Pawełek, z racji braku życiowego doświadczenia, weźmie ją za dobrą monetę, a raczej banknot, ale się pomylił i przyszło mu za to niebawem słono zapłacić.
W przeciwieństwie do swoich rodziców, cwany maluch od razu rozpoznał falsyfikat i żeby odegrać się na oszuście, wysłał ich do Pewexu po zachodnie kosmetyki dla niemowląt. Jak pamiętamy, choć pewnie nie wszyscy, w sieci tych sklepów, głównym środkiem płatniczym były dolary i tzw. bony dolarowe. Pan Marian dołożył jeszcze pięć swoich zielonych, które trzymał w szafie, w charakterze zaskórniaków i poszedł wraz z żoną do miejscowego Pewexu. Kasjerka rutynowo rozpoznała podróbę, dyskretnie wezwała milicję i tak, po nitce do kłębka, wyszło na jaw oszustwo wujka Romka. Wezwany na przesłuchanie do gliwickiej komendy milicji, przyznał się, że podrobiony dolar był przedtem jego własnością. Na temat okoliczności, w jakich wszedł w jego posiadanie, opowiedział następującą historię:
Gdzieś na początku stycznia zauważył, że kończy mu się Amphora, tytoń, którym zwykł był nabijać swą fajkę. W komisach go brakowało, więc od jakiegoś cinkciarza w mieście kupił 1 dolara, ale upłynęło trochę czasu zanim go upłynnił w sklepie PKO. Pracował jako technik w jednym z biur projektowych w Gliwicach i któregoś dnia dostał zlecenie, aby wykonać kserokopie pewnych dokumentów. Stojąc przy kserografie, przypomniał sobie o zakupionym dolarze i zastanowił się nad tym, jak też wyglądałaby jego kopia w stosunku do oryginału. Podkusiło go, żeby to sprawdzić. Koleżankę z pracy, która obsługiwała urządzenie również temat zaciekawił, więc zrobili kopię banknotu, ale ich rozczarowała. W domu porównał obydwa egzemplarze jeszcze raz i wpadł z kolei na pomysł, że można byłoby wyretuszować kopię kolorowymi kredkami, w kolorach oryginału. Był zdolnym rysownikiem, więc tym razem obydwa wizualnie prawie się nie różniły, ale papierem oczywiście – zdecydowanie tak. Powiedział śledczym, że wykonał tę kopię wyłącznie dla zabawy i kiedy wreszcie wydał oryginalnego dolara na swój ulubiony tytoń, o kopii niemal zapomniał.
Dopiero kiedy dowiedział się o chrzcinach siostrzeńca, na które został zaproszony wraz z małżonką, powstał problem prezentu. Wiedział, że ich krewni będą chcieli się postawić na forum rodzinnym i błysną kosztownymi podarkami, a im akurat wiodło się materialnie nienajlepiej. Byli młodym, startującym w życie małżeństwem, on zarabiał miesięcznie 1900 złotych, ona 2200. Spłacali raty za meble, ledwo radzili sobie z czynszem za ich M-3, coś trzeba było jeść, ciuchy kupić… W sumie nie stać ich było na wystawny prezent dla Pawełka. Poszli więc do sklepu z dewocjonaliami, kupili pamiątkowe serduszko w puzderku, a do środka włożyli tamtą podobiznę dolara, wykonaną dla zabawy.
W naszej rodzinie istnieje zwyczaj przechowywania prezentów, otrzymanych z okazji chrztu – stwierdził na sali sądowej wuj Pawełka, oskarżony o sfałszowanie zagranicznego środka płatniczego. – Nie przypuszczałem, że siostra będzie chciała puścić w obieg tę odbitkę i zamierzałem ją w późniejszym czasie wymienić na prawdziwego dolara. Gdybym wiedział, że sprawa przybierze tak fatalny obrót, nigdy nie odważyłbym się skopiować tego banknotu, nie miałem przecież zamiaru zostać fałszerzem pieniędzy – bronił się roztrzęsiony.
Pawełek otrzymał należytą satysfakcję. 23 czerwca 1975 roku Sąd Wojewódzki w Katowicach uznał jego wuja winnym popełnienia przestępstwa z art. 227 § 1 kk., ferując wyrok w postaci 1 roku i 6 miesięcy pozbawienia wolności, z zawieszeniem na 3 lata i 3 tysięcy złotych grzywny. Dodatkowo zasądzono od skazanego, tytułem opłat sądowych, kwotę 4.000 złotych na rzecz Skarbu Państwa i obciążono go wszystkimi kosztami postępowania w sprawie. Był to niewątpliwie najwyższy, światowy kurs amerykańskiego dolara, w historii tego środka płatniczego. Z czego nieszczęśnik zapłacił sądowe należności, tego się już nie dowiedziałem. Może zaczął kraść, albo zawodowo fałszować pieniądze, niejeden na jego miejscu by to zrobił. Nieznana mi jest również późniejsza droga życiowa Pawełka. Zapowiadał się dobrze na bezkompromisowego, mściwego człowieka władzy, jakich wielu po obydwu stronach polskiej sceny politycznej.

Meistens finde ich, irgendwo in der Stadt, Bücher oder Bücherseiten, diesmal war es eine alte Zeitung in einem Café, eine Seite vom Bild, auf die ich aufmerksam geworden bin, weil das, was man sofort sah, ein Selbstbildnis von van Gogh war. Die Buchstaben der Titel sind jedoch viel größer als das Bild. Ich, hmmm, entwand die Seite und erst später stellte ich fest, dass ich am 9. Oktober die Zeitung vom 1. September fand und entwand.
von Jacob van Ruisdael aus dem 17. Jahrhundert. Einige Experte hielten diese Kopie für “echt Vincent”. Das Amsterdamer Van-Gogh-Museum erkennt das Bild jedoch nicht als eigenhändig an, zumal auch die Unterschrift des Künstlers anders ist als sonst. Van Gogh unterschrieb seine Werke immer als Vincent, hier gibt es jedoch einen verschnörkelten van Gogh.



To było bardzo niezwykłe w moim życiu, bo normalnie się to nie zdarza, ale zwróciłam na nią uwagę podczas różnych spotkań polonijnych. Na przykład w Ambasadzie. Wtedy jeszcze „człowiek bywał w Ambasadzie”. Na tych spotkaniach zawsze był tłum i ledwie starczało czasu, żeby pogadać ze znajomymi, czy poznać jakieś VIPa. Niemal nie zdarzało się, by człowiek nawiązał kontakt z kimś nieznanym, nigdy nie wysuwającym się na pierwszy plan.
Niezbędnik patrioty


Jaka smutna wiadomość. Wczoraj wieczorem umarła Joanna Trümner, tłumaczka i autorka, o której tu właśnie piszę, dosłownie w poprzednim akapicie.













A poza tym nic na działkach się nie dzieje,
W rogu ogrodu ustawiono ołtarz dziękczynienia, pełen kwiatów, jarzyn i owoców. Każdy, kto przychodził, coś tam dostawiał. A to słoik miodu, a to konfitury, a to wspaniały ogromny chleb. Z boku na grillu ktoś smażył kiełbaski, a w budynku administracji, działkowiczki sprzedawały pyszne domowe ciasta.
Pastor, który odprawia nabożeństwo, nazwane jednak Andacht, czyli złączenie się w modlitwie, a nie Gottesdienst, czyli nabożeństwo sensu stricte, swoje krótkie wystąpienie poświęca życiu, bo życie to wdzięczność, życie to tragedia, życie to ciągłe zaskoczenie. W ostatnich dniach autorzy blogowych wpisów, Ela Kargol i Mietek Węglewicz, napisali, że życie to wolność, co mi bardzo odpowiada, ale nie sposób nie zgodzić się z miłym pastorem, że jest to (również) coś wspaniałego, za co musimy być wdzięczni, że życie wciąż nas zaskakuje i że, oczywiście, życie to też dramat. Dramat śmierci, niesprawiedliwości, kataklizmów, wojny, epidemii, ale też samotności, braku zrozumienia i porozumienia. Zapewne, przyznaję, dużo tu “dopisałam” do myśli pastora, ale to dlatego że jego wystąpienie “dało mi”, jak to mówiliśmy w szkole, “do myślenia”. Mottem kazania był cytat z książki Alberta Schweitzera, który, jako ewangelik, nie może zostać uznany za świętego, ale, powiedział pastor, gdyby ewangelicy uznawali świętych, to Schweitzer na pewno by nim został. „Jestem życiem, które pragnie żyć, pośród życia, które pragnie żyć”. To najsłynniejsze zdanie Schweitzera oznacza, że cześć dla życia wymaga szacunku dla ludzi, zwierząt i roślin. A może i dla Ziemi, myślę, przypominając sobie niedawne rozmowy z moimi bardzo młodymi przyjaciółmi o teorii Jamesa Lovelocka. Ziemia, czyli Gaja, też jest żywym organizmem.