Zapytano założyciela Dubaju, Szejka Raszida, jak widzi przyszłość swojego kraju, a on odpowiedział:
– Mój dziadek jeździł na wielbłądzie, mój ojciec tak samo, ja jeżdżę mercedesem, mój syn land roverem, mój wnuk też będzie jeździł land roverem, ale mój prawnuk prawdopodobnie znowu pojedzie na wielbłądzie…
– Dlaczego?
– Jest kilka odwiecznych zasad, które rządzą wszystkim w życiu. Wiadomo, że trudne czasy kształtują silnych ludzi, silni mężczyźni tworzą dobre czasy, dobre czasy rodzą słabych, a słabi tworzą ciężkie czasy. Wielu nie zrozumie, ale dobrobyt w naszym kraju produkuje pasożyty, a nie bojowników życia…
***
Mądra myśl, która mnie od dawna zaprząta. Wreszcie pewnego czerwcowego poranka postanawiam przyjrzeć się bliżej temu zdjęciu i tej rozmowie.
I jakże prawdziwe okazuje się to przemyślenie.
Szejk Raschid bin Said Al Maktum (1912-1990) nie był wprawdzie jak podaje autor powyższej opowieści założycielem Dubaju, tylko ósmym jego władcą, słynnym myśliwym, którego specjalnością były polowania z sokołami. Wydawałoby się więc, że jest przykładem bajkowego wręcz władcy orientalnego, ale to właśnie on rozpoznał wyzwanie nowoczesności, to on zainicjował i umożliwił gospodarczy rozwój Dubaju i jest politycznym ojcem zarówno Zjednoczonych Emiratów Arabskich, jak i wspaniałego miasta, jakim stał się Dubai w ciągu sześciu ostatnich dziesięcioleci.
Szejk miał czterech synów, z których pierwszy już nie żyje, a trzeci rządzi obecnie Dubajem i jest wiceprzewodniczącym Zjednoczonych Emiratów.
To ten syn, jeden z synów, o których Rashid powiedział, że oni też będą jeździć land roverami. To ci, którzy żyją w dobrych czasach i są słabymi ludźmi.
Muhammad bin Raszid Al Maktum, urodzony w roku 1949, studiował w Cambridge, jest patronem fantastycznego projektu budowy najwyższego budynku na świecie – Burj Khalifa. Jest znanym dobroczyńcą i patronem wielu akcji kulturalnych. Ma sześć żon i 24 dzieci. Jedna z jego żon uciekła od niego z dziećmi, dwie córki też próbowały uciec, zostały złapane, zmuszone do powrotu do Dubaju i uwięzione w rodzinnym więzieniu.
Zza zasłon skrywających orientalną baśń o potędze i nieprzebranych bogactwach wyziera wykrzywiona maska okrutnika, prześladowcy kobiet i dzieci, człowieka odpowiedzialnego za uprowadzenia, tortury i śmierć członków swojej rodziny. W marcu 2021 roku szejk został przez sąd w Londynie zaocznie skazany, ale wypiera się wszystkiego i zapewne nigdy nie dosięgnie go sprawiedliwość.
Czy słyszeliście kiedyś, moi mili Czytelnicy, o syndromie jerozolimskim? Podobno część osób, gdy przyjedzie do tego miasta, traci rozum. Większości wydaje się wtedy, że jest Jezusem, ale szaleństwo może objawiać się różnie… Można na przykład zbudować wiatrak! Jerozolima położona jest na wzgórzach (na wysokości mniej więcej takiej jak Zakopane), na skraju pustyni judzkiej. Wszędzie czuć przyjemny wiaterek… Tylko na jednym ze wzgórz nie wieje wcale lub prawie wcale… i właśnie na tym wzgórzu pewien znany filantrop w XIX wieku postawił wiatrak, by można było mleć zboże.
Taką anegdotę opowiedziała kiedyś na jednym z poprzednich moich blogów Danusia Starzyńska-Rosiecka. Wtedy przyjęłam ją jak wiele innych anegdot: czego to ludzie nie wymyślą? Teraz, po wielu latach prywatnej wiatrakomanii, postanawiam zająć się sprawą wiatraka w Jerozolimie i to wiatraka, który jest niewątpliwym objawem szaleństwa jerozolimskiego.
Pisałam niedawno o szalonym Don Kichocie, który staje się własnym Sancho Pansą. Teraz z kolei objawił się szalony Don Kichot, który buduje sobie własny wiatrak.
Szaleniec nazywał się Mojżesz (Moses) Montefiore, a jego wiatrak został postawiony w 1857 roku na zboczu naprzeciw zachodniego muru Jerozolimy. Budowa wiatraka była częścią programu rozwoju dla nowo przybyłych żydowskich mieszkańców Jerozolimy, których później nazwano by syjonistami, ale w połowie XIX wieku ten termin jeszcze się nie pojawił.
Moses Montefiore był zwolennikiem emigracji ludności żydowskiej z Europy do Palestyny i był inicjatorem projektu pomocy dla osadników. Projekt obejmował założenie pierwszej dzielnicy żydowskiej, Mishkenot Sha’ananim, oraz powołanie do życia instytucji przemysłowych, takich jak drukarnia i zakład włókienniczy, a także ów wiatrak. Wiatrak okazał się jednak niezbyt istotną inwestycją, bo rzeczywiście brakowało mu… wiatru. Pracował do 1878 roku, kiedy to w Jerozolimie został zbudowany pierwszy młyn parowy. Z biegiem lat wiatrak popadł w ruinę i został odrestaurowany w 2012 roku. Dziś mieści się tu muzeum Montefiorego, gdzie znajduje się m.in. replika słynnego powozu, którym Mojżesz Montefiore jeździł po świecie.
Montefiore urodził się w Livorno, zamieszkał w Anglii, gdzie z wielkim zyskiem zajmował się handlem herbatą. Ożenił się z panną Rothschild i w roku 1838 otrzymał tytuł szlachecki z rąk królowej Victorii.
Ci, którzy (tak jak ja) lubią Sagę rodu Forsythe’ów Johna Galsworthy’ego, poczują w tym momencie, że dobrze wiedzą, jak było, bo wszak stary Joylon założył podwaliny swego rodu, handlując herbatą, którą drogą morską sprowadzał z Indii. Przy okazji przypomnę trochę może zapomnianą prawdę, że herbatę sprowadzano do Europy drogą lądową z Chin i była to herbata sucha. Anglicy z kolei sprowadzali herbatę statkami z Indii i była to herbata wilgotna i dojrzewająca. Herbatę suchą chętnie piło się w Rosji, a za pośrednictwem Rosji – również w Polsce, i trochę to dziwne, że po transformacji cała Polska przerzuciła się na picie herbaty Darjeling lub Assam, bo tak naprawdę ulubioną herbatą Polaków była, tak, proszę Państwa, sprowadzana przez PRL herbata Yunan lub Ulung.
Nasz syn urodził się we wrześniu 1993 roku. Pamiętam, że był to czas pięknej, słonecznej pogody. Moja ulubiona pora roku – kiedy lato powoli przechyla się ku jesieni. Nasz stary ogród zaścielały żółto-złote liście włoskich orzechów, opadłe wcześnie, bo lato było suche i upalne.
Maryla przysłała mi z Berlina kartkę przedstawiającą posążek egipskiej bogini Izydy z małym Horusem na kolanach. Poprosiła o fotografię syna, którą zrobiono mu w szpitalu, bezpośrednio po porodzie. Na tym zdjęciu leży na szpitalnej wadze dla noworodków, kilka minut po tym, jak wyszedł z otchłani mrocznych wód. Istota z pogranicza dwóch światów, ziemno-wodna, amfibialna, która w niepojęty sposób powtarzając kolejne etapy ewolucji, od komórki do organizmu ludzkiego, w ostatnim akcie wydobyła się na stały ląd, oznajmiając początek nowego istnienia przenikliwym krzykiem, zsynchronizowanym z pierwszym oddechem. Tę fotografię Maryla umieściła na początku albumu, który później gromadził wykonane przez nią samą zdjęcia rodzinne. Fotografowała nas, naszego syna, swoich i moich rodziców, wtedy, gdy przyjeżdżała do Warszawy. Na kilku z nich widać nas w ogrodzie. Janek bawi się w bujnej trawie, kwitną peonie lub hortensje. Na innym drzewa są jeszcze bez liści, schodzimy z ganku w płaszczach, dziecko w kurtce i czapeczce. Idziemy ze święconką do kościoła, to Wielka Sobota, wczesnowiosenna, chyba marcowa Wielkanoc.
Sporo jest tych rodzinnych świąt sfotografowanych przez Marylę. Bardzo je lubiła. W ogóle była bardzo rodzinna. Może to się wydawać paradoksalne, że sama siebie nie widziała w roli żony i matki, a jednocześnie rodzina była dla niej tak ważna.
O ile dobrze pamiętam, od czasu, gdy wyjechała do Berlina , może dwa albo trzy razy nie było jej w Polsce na Wielkanoc i chyba raz na Boże Narodzenie. Z widocznym entuzjazmem przystępowała do świątecznych przygotowań, zwłaszcza kulinarnych; uwielbiała piec ciasta, za każdym razem przywoziła jakiś nowy, wyszperany skądś przepis. Chętnie ubierała choinkę, angażowała do pomocy Jaśka. A kiedy wszystko było już gotowe, z równym zapałem przystępowała do świątecznego obżarstwa, które uwielbiała. Mimo to udawało jej się zachować szczupłą sylwetkę. Ważnym tematem było kupowanie prezentów. Zwykle ustalaliśmy to wcześniej, tworząc katalog potrzeb i życzeń, ale zdarzały się niespodzianki.
Pamiętam, jak Maryla przywiozła dla Jasia prezent od naszej niemieckiej znajomej, Gudrun Koch: pluszową, bardzo kolorową papugę, mającą w brzuszku pozytywkę, która wygrywała melodię kołysanki. Janek ma tę zabawkę do dziś, choć nie wiem, czy pozytywka jeszcze działa. Często na Boże Narodzenie Maryla kupowała mu słodycze, np. czekoladowe figurki Mikołajów lub zwierzątek, bynajmniej nie te seryjne z hipermarketu, zdecydowanie z wyższej półki, starannie wykonane, w ładnych opakowaniach, z dobrej jakości czekolady, co było ważne, gdyż mały miał alergię na mleko krowie. Niestety, walory estetyczne tych cudeniek docenialiśmy tylko my, dorośli. Nasz synek błyskawicznie rozwijał mieniące się kolorami sreberka a zawartość, kawałek po kawałku, znikała w jego buzi.
Może niektórych zaskoczyć, że święta miały dla Maryli wymiar nie tylko rodzinny, ale także religijny. Była wierząca, jej uczestnictwo w bożonarodzeniowej czy wielkanocnej liturgii wcale nie sprowadzało się do tradycyjnego zwyczaju. W naszych rozmowach z nią, nie tylko tych odświętnych, problemy wiary, religii, relacji z Bogiem a zwłaszcza – wadzenia się z Nim, to był stały temat. Maryla celebrowała nabożeństwa Maryjne, zwłaszcza Nabożeństwo Majowe. Biblijne postacie kobiet interesowały ją w oczywisty sposób. Wyraźnie fascynowała ją Maryja, Miriam, Matka Jezusa, kult, który łączy Jej postać z przyrodą, charakterystyczny dla naszej ludowej pobożności, widoczne pokrewieństwo wizerunków Matki Bożej z pogańskimi bóstwami żeńskimi.
Postać Izydy z Horusem przy piersi wg religioznawców jest pierwowzorem obrazów Madonny z Dzieciątkiem – hodegetria – najbardziej znany typ ikonograficzny przedstawiający święte macierzyństwo. Matka Boża, Bogurodzica, Theotokos.
Nasze ostatnie spotkanie, to święta Bożego Narodzenia 2018 roku. Maryla była po operacji, w trakcie leczenia, mimo wszystko przyjechała. Choroba mocno nadwątliła jej organizm, patrząc na nią widziałam jej kruchość, delikatność, ale była zadowolona , ożywiona, radosna.
Nawet, swoim zwyczajem, upiekła kilka ciast. Stwierdziła, że bez tego nie poczułaby w pełni atmosfery świąt.
Parlament Europejski, Rada i Komisja Europejska zobowiązały się w ramach konferencji „Przyszłość Europy” wysłuchać każdego, kto zechce się wypowiedzieć na ten temat. Chciałbym na swój sposób zabrać głos na tej konferencji.
Czarny scenariusz.
Dobra praktyka żeglarska nakazuje, by w trudnych sytuacjach bez lęku zakładać czarny scenariusz i się do niego przygotować. Niejednokrotnie takie założenie rozgoniło najczarniejsze chmury, a “jakoś to będzie” kończyło się fatalnie. Załóżmy zatem, że czwarta fala będzie większa od trzeciej, a największą będzie fala dziewiąta. Załóżmy, że gospodarka tego nie wytrzyma, a próba wprowadzenia kolejnego lockdownu skończy się internowaniem rządu na Stadionie Narodowym.
Co w tej sytuacji robić? Czy jest jakieś wyjście?
Huna
Cywilizacja Europejska wyrosła na racjonalnej wiedzy, opartej na odkryciach naukowych, szczególnie na dokonaniach fizyki. I wszystko byłoby w porządku, gdyby nie to, co zauważył pewien sławny myśliciel.
Człowiek dzisiejszy żyje rabując. I widzimy, jak coraz bardziej obraca się przeciwko nam, a wszelkie próby wyjścia z kryzysu przypominają przebieranie nogami w bagnie.
W sąsiedztwie domu w którym mieszkam jest antykwariat naukowy. Na jego wystawie zobaczyłem książkę poświęconą starożytnej wiedzy Kahunów pt. Huna w religiach świata. Kiedyś czytałem tę książkę ale ją zignorowałem, choć często z żoną żartobliwie „kahuniliśmy” (przypis od adminki: Autor i jego żona uprawiali magię bez hukus pokus i abrakadabry) i ku naszemu zdziwieniu często bardzo skutecznie. Może czas wrócić do starożytnej wiedzy Kahunów. Z tym jednak zastrzeżeniem, by nie chodzić po śladach starców, ale szukać tego, czego oni szukali. Może to jest wyjście?
Rejs
Gdy Leszek zaproponował mi rejs po Bałtyku, w pierwszej chwili chciałem odmówić. I wtedy Ewa, moja żona, powiedziała – płyń, popłynę z tobą. Takiej okazji nie mogłem przepuścić. No, ale pojawiły się wątpliwości – jak ona to zniesie, co z pogodą, co z chorobą morską? Prognozy były bardzo obiecujące, ale wiadomo, na prognozach nie można polegać, trzeba samemu zadbać, by wszystko było jak należy. Po cichu przygotowałem mój magiczny zestaw do parzenia kawy na wolnym ogniu, gorzej było z zabraniem wózka, tego nie dało się ukryć. Liczyłem na to, że sama każe mi go zabrać. Pomógł mi syn, pożyczając nam duży wór podróżny, który aż się prosił o wózek. Myślałem, że to wystarczy. Niestety. Ewa dostała choroby morskiej jeszcze w porcie, zanim wypłynęliśmy w morze. Wtedy nawinął mi się drucik. Taki krótki drucik w niebieskiej koszulce, który należało wyrzucić do kosza. To był materiał na silny amulet pogodowy, trzeba mu było tylko nadać drugie życie. I tu pomógł mi Leszek, zwracając uwagę na brak paska zabezpieczającego lornetkę. Od razu pomyślałem o druciku. Niestety był z krótki i trzeba mu było dodać kawałek linki do pomocy. Ten drucik z lornetką z jednej strony i kawałkiem linki z drugiej stał na straży właściwej pogody, właściwego przebiegu rejsu. Dobrze się spisał? Zdając sobie sprawę z tego, że są wśród nas niedowiarki, powiem, że drucik zafundował nam piękny wiatr z zawijasem w kierunku Helu, gdy gnaliśmy z Gdyni do kapitana Morgana.
Dalej nie wierzycie?
No dobra, na drugi dzień gdy opuszczaliśmy pokład s/y Barlovento II, zabierając ze sobą drucik, zastanawiałem się, co on wam wywinie?
Kiedy urodziła się moja mama, dziadek Erwin ubrał się odświętnie i poszedł do chorzowskiego magistratu, żeby to zgłosić. Niemiecki urzędnik zapisał w swojej księdze datę, dane rodziców i oczywiście zapytał o imię córki. – Janina – odparł petent. – Czyli Johanna – stwierdził człowiek za biurkiem i zanurzył pióro w kałamarzu. – Janina – powtórzył pogodnie Erwin, kładąc przed tamtym pistolet.
Dziadek Erwin lubił fotografować, ale sam niechętnie pozował do zdjęć.
Dziadek był na ogół spokojnym człowiekiem. Nie wiem natomiast, czy ten pistolet należał wcześniej do jego starszego brata Jorga, albo był zdobyczny, z powstania. Jorg czuł się Niemcem i służył w Grenzschutzu, kiedy dowiedział się, że Erwin idzie walczyć za polski Śląsk i ma na uzbrojeniu jakąś małokalibrową zabawkę, ironicznie to skomentował, ale dał mu dla pewności swoją broń. Pisałem o tym w czwartym odcinkuW górę rzeki. Mama Nina urodziła się 14 czerwca 1921 roku, wtedy losy III Powstania Śląskiego jeszcze się ważyły. Od dwóch dni trwało zawieszenie broni, dziadek mógł więc przyjechać do domu i powitać swoją pierworodną córkę, ale czy był przy tym, jak jego Jadka rodziła tego również nie wiem. Nie poznałem też nigdy szczegółów dotyczących jego udziału w powstaniu, które mógł spędzić w okopach pod Anabergiem, albo w obsłudze nielicznych dział, którymi dysponowali Polacy, czego się nauczył w Wielkiej Wojnie, jako pruski artylerzysta, lub siedział w jakimś sztabie, przy telefonie, czy pisaniu meldunków, bo ładnie kaligrafował. Oczywiście moja chłopięca wyobraźnia kreśliła zawsze sceny batalistyczne, bohaterskie, a mogło być różnie, skoro nikt w domu nigdy mi na ten temat niczego nie powiedział. Zawsze się tylko powtarzało: jak będziesz duży, to się dowiesz. A kiedy dorosłem, zajęło mnie własne życie.
Oddział powstańczy na ulicach Królewskiej Huty po powrocie z walk. 1921 r. Fot. CAW
III Powstanie Śląskie, o którym zwykło się mówić, że było zwycięskie, w przeciwieństwie do poprzednich dwóch, przegranych, wybuchło w nocy z 2 na 3 maja 1921 roku, walki trwały dwa miesiące. Poprzedził je marcowy plebiscyt w sprawie przynależności państwowej Górnego Śląska; w głosowaniu dopuszczono udział osób, które wcześniej wyemigrowały ze Śląska. W tym celu z Niemiec przyjechało 182 tys. emigrantów, z Polski – 10 tysięcy. Jak łatwo zatem odgadnąć, większość uprawnionych do głosowania, stanęła za pozostawieniem tego regionu w dotychczasowych granicach Niemiec, za przyłączeniem do Polski opowiedziała się mniejszość – 40,3% głosujących. W miastach większość obywateli stanęła za Niemcami, wieś była za Polską.
Międzysojusznicza Komisja Rządząca i Plebiscytowa z siedzibą w Opolu, w skład której wchodzili przedstawiciele Anglii, Francji i Włoch zdecydowała o przyznaniu prawie całego obszaru Niemcom – Polska miała otrzymać tylko powiaty pszczyński i rybnicki. Na to dictum dotychczasowe pojedyncze strajki niezadowolonych z materialnej biedy i bezrobocia mieszkańców regionu przekształciły się w strajk generalny, a następnie w zbrojny zryw. Znany śląski działacz społeczny, Wojciech Korfanty, który ogłosił się dyktatorem III Powstania Śląskiego napisał w odezwie do rodaków:
„Zwycięstwo osiągniemy za wszelka cenę i nie ma takiego mocarza na świecie, który by mógł nas okuć ponownie w kajdany germańskie”.
Wcześniej, jako komisarz plebiscytowy z nadania komendanta Józefa Piłsudskiego, był gorącym zwolennikiem rozwiązania konfliktu na drodze dyplomatycznej. Kiedy jednak przekonał się, że angielscy i włoscy rozjemcy nie są bezstronni i trzymają stronę Niemiec (z Polakami sympatyzowali jednak Francuzi) – zmienił zdanie. Przyznał rację swojemu oponentowi, hrabiemu Maciejowi Mielżyńskiemu – z którym w kwietniu 1921, w bytomskim hotelu „Lomnitz“, toczył burzliwe spory o to, jak odzyskać Śląsk – że trzeba chwycić za broń. Datę wybuchu powstania, z 2 na 3 maja, wybrano starannie. Duże grupy Ślązaków, szykujących się w nocy do wymarszu na powstańcze pozycje, tłumaczyły przypadające nazajutrz rocznicowe obchody Konstytucji 3 Maja, na które trzeba było zawczasu dotrzeć to tu, to tam. Zaczęto od świetnie przygotowanej akcji „Mosty”. Grupa Destrukcyjna „Wawelberga”, pod dowództwem Tadeusza Puszczyńskiego, zniszczyła w zsynchronizowany sposób około 50 przepraw na Odrze, aby uniemożliwić przeciwnikom komunikację kolejową z resztą Niemiec, czyli odciąć ich od dostaw broni, amunicji, żywności i nowych kontyngentów wojska. Zaskoczenie było totalne, dzięki temu udało się uniknąć większych strat po własnej stronie.
Grupy powstańców na pozycjach nad Olzą.
Do walki stanęli przede wszystkim Polacy z Górnego Śląska, jednak nie brakowało wsparcia i spoza kordonu. Wojskami dowodził ppłk. Maciej Mielżyński, z Wielkopolski; później zastąpił go ppłk. Kazimierz Zenkteller, również Wielkopolanin. W ciągu tygodnia, wykorzystując zaskoczenie przeciwnika, powstańcom udało się opanować cały teren plebiscytowy. Kiedy Niemcy się z grubsza pozbierali, rozpoczęli mobilizację sił samoobrony w rejonie Raciborza. Największą bitwą pierwszej fazy powstania były walki o Kędzierzyn oraz o pobliski port na Odrze, tzw. Przystań Kozielską. 10 maja 1921 roku Korfanty ogłosił zawieszenie broni, Niemcy zaś rozpoczęli mobilizację swych jednostek w rejonie Krapkowic i Kluczborka. Ich głównodowodzący, gen. Karl Hoefer, który wcześniej był komendantem straży granicznej na Górnym Śląsku, wydał rozkaz natarcia w kierunku Góry św. Anny. Ofensywa ruszyła w nocy z 20 na 21 maja. Po zaciętych walkach bataliony Freikorpsu „Oberland“ z Bawarii zajęły to ważne strategicznie wzgórze, skąd można było poprowadzić bezpośrednie natarcie w kierunku śląskiego rejonu przemysłowego.
Mimo kilkakrotnie podejmowanej kontrofensywy powstańcom nie udało się ponownie zdobyć Anabergu. Niemcy mieli przewagę w uzbrojeniu i wyszkoleniu bojowym, powstańcy rekompensowali to odwagą i sercem do walki, ale każda ofiara ma swoje granice. W maju i czerwcu toczyły się również walki o Kędzierzyn i Koźle, które ucichły po zawieszeniu broni 12 czerwca 1921 roku. Chociaż powstańcom udało się utrzymać ten strategiczny rejon, Korfanty wiedział, że Niemcy mają militarną przewagę i dalsza walka może pogorszyć sytuację jego wojsk na froncie. Rozpoczął więc negocjacje z przeciwnikiem. 26 czerwca Wojciech Korfanty i Karl Hoefer podpisali porozumienie o wycofaniu swoich wojsk z linii frontu, a 5 lipca zakończono ich ewakuację. Siły przeciwników rozdzielały oddziały alianckie. Zawarto rozejm z Niemcami, przy czym polska strona rządowa oficjalnie odcięła się od odpowiedzialności za powstanie. 12 października 1921 roku, po dyplomatycznych rozmowach, przeprowadzonych przez Korfantego z aliantami, Komisja Międzysojusznicza podjęła decyzję o korzystniejszym dla Polski podziale Górnego Śląska i to była główna wygrana tego powstania. Z obszaru plebiscytowego, czyli ponad 11 tys. km kw., zamieszkanego przez ponad 2 miliony ludzi, do Polski przyłączono 29% terenu i 46% ludności.
W Polsce znalazły się m.in. Katowice, Świętochłowice, Królewska Huta (obecny Chorzów), Rybnik, Lubliniec, Tarnowskie Góry i Pszczyna. Podział był też korzystny dla nas gospodarczo – na przyłączonym terenie znajdowały się 53 z 67 istniejących kopalni, 22 z 37 wielkich pieców oraz 9 z 14 stalowni.
„Cud nad Wisłą uratował Polskę od zguby, cud nad Odrą dał Polsce Śląsk. Cudu nad Wisłą i cudu nad Odrą nie stworzył żaden dyktator, żaden mocarz, który wziął odpowiedzialność za losy narodu, ale duch narodu, jego solidarność narodowa, duch obywatelski i poczucie odpowiedzialności każdego obywatela” – oceniał Korfanty efekty powstań.
W tym trzecim, według danych historycznych, wzięło udział około 60 tysięcy Polaków. 1218 spośród nich poległo a 794 odniosło rany. Niemieccy naziści nie darowali tym, którzy przeżyli. Kiedy we wrześniu 1939 roku Hitler napadł na Polskę, za udział w trzecim powstaniu i poprzednich karano śmiercią. Niemcy dysponowali spisami powstańców, sporządzonymi dla celów ewidencyjnych przez polską administrację i na ich podstawie docierali do kombatantów, których likwidowano później w obozach zagłady, albo zaraz po zatrzymaniu. Przykładem lista chorzowska, znajdująca się w zbiorach Muzeum Śląskiego. Widnieją na niej głównie ludzie, którzy należeli do Związku Powstańców Śląskich ; lista jest zdigitalizowana i dostępna w sieci, więc ją przeglądałem, szukając nazwiska mojego dziadka. Zrobiła na mnie ponure wrażenie, bo w rubrykach zapisanych odręcznie przez polskich urzędników, są późniejsze adnotacje ich niemieckich następców w magistracie. Pisali, kto zmienił miejsce zamieszkania, albo już zmarł śmiercią naturalną, przy niektórych nazwiskach stoją znaki zapytania, lub wykrzykniki. Na szczęście Seweryna Palucha nie znalazłem, bo w przeciwnym razie pewnie bym go nie poznał osobiście. Z tego co wiem, nigdy nie dał się namówić na oficjalne członkostwo w tym związku, bo mierziły go wewnętrzne spory między ludźmi Korfantego i zwolennikami jego największego wroga – Michała Grażyńskiego, który po powstaniu został wojewodą śląskim. Wolał nie mieć tych paru złotych dodatku kombatanckiego do emerytury, ale za to swój święty spokój. Poza tym zawsze był ostrożny, jak by znał rosyjski, to by pewnie mawiał: będziesz cichszy, to dalej pojedziesz…
Mama Nina (w kapelusiku – w wieku 19 lat)
Wczoraj minęło sto lat, jak urodziła mu się jego pierworodna córka, moja mama Nina. Może dlatego, że była powstańcza, zapamiętałem ją przede wszystkim, jako człowieka bez strachu, z wielkim sercem, zawsze gotowego spieszyć innym z pomocą. Zawsze pogodnie uśmiechnięta, miała piękny alt i lubiła śpiewać stare, harcerskie piosenki, albo te śląskie, powstańcze, a ja jej w tym chętnie towarzyszyłem. Na przykład : Już zachodzi czerwone słoneczko… Natomiast irytowało ją zawsze, jak jej siostra Irka, która bywała złośliwa, intonowała jako następny szlagier: Horst Wessel Lied. Po pierwsze bowiem była to pieśń SA, a po drugie ciocia okropnie fałszowała. Mama wykształciła się w dobrym, polskim liceum w Chorzowie, im. Marii Curie-Skłodowskiej a jej młodsza o siedem lat siostra, już w niemieckim, choć też dobrym. Mama była przedwojenną, polską harcerką, ciocia należała do Bund Deutscher Mädel i każda była przekonana, że to był najpiękniejszy czas w ich życiu. Nie pamiętam, żeby sprzeczały się między sobą o to, który był piękniejszy.
Siostry Janka i Irka, pewnie w ukochanej Bukowinie Tatrzańskiej
Kiedy ja znowu jadę z Monachium do tych swoich Tychów, wiem, że mój młodszy syn Mikołaj tylko się dziwi, bo to jest już czwarta, albo piąta podróż do Polski na przestrzeni roku, ale nic nie mówi. Tylko, żebym nie zasnął za kierownicą, bo już nie mam dwudziestu lat. Mikołaj, tak, jak ciotka Irka, lubi stare, niemieckie pieśni szturmowe i też mu tego nie mam za złe. Mieszka na bawarskiej wsi, niedaleko Glonn, gdzie po II wojnie żył ujek Jorg, starszy brat mojego dziadka, który za Hitlera służył w SA i pewnie nie raz sobie śpiewał: Die Fahne hoch… Zapamiętały to pewnie drzewa rosnące koło jego domu i kiedy mój syn pojechał tam, żeby zobaczyć, gdzie Jorg mieszkał, to mu pieśń powtórzyły i się młodemu spodobała. Taki jest pofyrtany ten Ślask i jego dzieci.
Pierwsza kawiarnia Hard Rock została otwarta w Londynie równo 50 lat temu. A ja to pamiętam. Czas to jednak straszna sprawa. Pamiętam przede wszystkim z uwagi na Doorsów, ale to przecież bez znaczenia. Pamięć to pamięć, czas to czas. Budzą grozę.
W tej chwili są w Polsce co najmniej cztery kawiarnie Hard Rock (Warszawa, Kraków, Gdsańsk, Wrocław) i ok. 160 na świecie. Są też kasyna, hotele, galeria, hala widowiskowa i inne rzeczy, które jego są, ale które mnie w ogóle nie interesują. Tak naprawdę interesuje mnie tylko kawiarnia, w której znajdują się eksponaty z historii muzyki pop, a jeszcze dokładniej – pytanie, jak to się stało? Dwóch chłopaków, Isaac Tigrett i Peter Morton, założyło w Londynie kawiarnię w dawnym sklepie z Rolls Roysami. Kawiarnia spodobała się kiedyś Erikowi Claptonowi, który zaznaczył swój stolik wieszając nad nim na ścianie swoją czerwoną gitarę i… już!
I już.
Nie, najpierw jeszcze Peter Townshend z The Who przysłał co kawiarni swoją czarną gitarę.
I tak to się zaczęło. Taki amerykański sen – w końcu Tigrett i Morton to byli Amerykanie. W ich kawiarniach znajduje się obecnie ponad 70 tysięcy eksponatów – kupionych na aukcjach lub podarowanych i podpisanych przez muzyków. W kawiarniach i sklepach można kupić koszulki i inne badziewie, miśki, pałeczki do gry na perkusji, zapalniczki, lalki i… szpilki, wypuszczane na rynek w ograniczonych ilościach, co sprawia że są nader pożądanymi obiektami kolekcjonerskimi.
Po co? Dlaczego? Naprawdę chcemy coś takiego posiadać? Po co? Dlaczego?
Ktoś odpowie, bo pamiątka, ktoś inny, że rzeczy zyskają na wartości. Ale pamiątki, jak nie masz zacięcia muzealnika, lądują w jakichś kątach, a jeśli pomyślimy o tym, że te dziwaczne przedmioty zyskają na wartości, do pytania po co i dlaczego narzucają się jeszcze przemożniej?
Dlaczego to robimy? Dlaczego te rzeczy zyskują na wartości, skoro tak naprawdę ich wartość jest żadna.
Oczywiście to zupełnie bez znaczenia, czy są to odznaki turystyczne PTTK z PRL z lat 60, przyczepiane do chlebaków, czy przypinki Hard Rock Cafe. Z jakiegoś antropologicznego powodu lubimy zbierać duperele. Jak sroki, jak wiewiórki.
Przypomina mi się tu słynna scena z Powiększenia Michalangelo Antonioniego. Jest rok 1966. Bohater filmu, fotograf, idzie do klubu, gdzie grają Yadbirds, grupa, która zyskała sporą popularność w latach 60 i potem praktycznie przestała się liczyć, choć jej założycielem był m.in. Eric Clapton. Dwaj muzycy, Jeff Beck i Jimmy Page, niszczą podczas koncertu gitarę i rzucają gryf w tłum tańczących. Widzowie staczają regularną bitwę, żeby zdobyć cenną relikwię, fotograf wygrywa, ucieka z kawałkiem instrumentu na ulice, gdzie go po prostu wyrzuca. W chwilę potem jakiś inny chłopak podnosi wyrzucony kawałek gitary, ogląda i też wyrzuca.
i Kotka na blaszanym dachu z Liz Tylor i Robertem Redfordem.
St. Mätthaus-Friedhof, Schöneberg & Tempelhofer Ufer, Berlin-Kreuzberg
Am Samstag 12. Juni 2021 dh. gestern sollte Heinrichplatz in Kreuzberg in Rio Reiser Platz umgenannt werden. “Ganz Berlin” hat sich für den “Tag und Stund” auf dem Heinrichplatz verabredet, um dabei zu sein.
Die Umbenennung des Heinrichplatzes in Berlin-Kreuzberg in Rio-Reiser-Platz ist jedoch vor ein paar Tagen kurzfristig abgesagt. Wegen der Beschwerden aus der Nachbarschaft. Das Bezirksamt Friedrichshain-Kreuzberg bestätigte, dass noch die juristische Klärung abgewartet werden müsse.Die Protestler, die Punk Musiker, sind selber fans von Rio Reiser, sie betrachten jedoch die Platz-Umbenennung als erster Schritt Richtung Gentrifizierung und behaupten gar, der Musiker wäre selber an ihrer Seite.
Vielleicht haben sie gar recht. Eins ist sicher, ihm selber wäre die ganze Sache Wurscht.
Rio Reiser: Ein Leben für die Musik
Mit Ton Steine Scherben hat Rio Reiser in den 70ern die Republik aufgerüttelt – mit seinem Solo-Debüt “König von Deutschland” landete er in den 80ern einen Hit. Er lebte für die Musik – ein schnelles, wildes Leben.
von Simone Glöckler (Radio NDR)
Ralph Christian Möbius, so der bürgerliche Name von Rio Reiser, wird am 9. Januar 1950 in Berlin als jüngstes von drei Kindern geboren. Mit seinen Eltern zieht er oft um, wächst unter anderem in Mannheim, Stuttgart und Nürnberg auf. Die Musik packt ihn früh: Klein-Möbius sieht 1961 den Film “Ben Hur” und ist von der Filmmusik begeistert. Er beginnt am Klavier die Melodien des Komponisten Miklós Rósza nach Gehör nachzuspielen. Als er die Beatles 1963 zum ersten Mal im Radio hört, ist er fasziniert. Mit 14 Jahren ist er “tödlicher Fan” der Jungs aus Liverpool und ihrer neuen Art der Musik. Für ihn steht fest: Er selbst will nichts anderes als Musik machen und Songs schreiben. Mehrere Instrumente bringt er sich selbst bei.
Schule und Lehre geschmissen
Während sich der Sohn lieber mit Musik als mit Schule beschäftigt, muss die Familie wieder umziehen: nach Nieder-Roden nahe Frankfurt. In der hessischen Kleinstadt wird Ralph von einem Freund in “Rio” umgetauft und nennt sich fortan auch selbst so. Die Schule schmeißt er schließlich, ebenso eine Fotografenlehre – um sich ganz der Musik zu widmen. 12 Bilder Rio Reiser – der “König von Deutschland”
Hymne einer Generation: “Macht kaputt, was euch kaputt macht”
Im Januar 1966 lernt Rio den gleichaltrigen Gitarristen Ralph Peter Steitz kennen und wird von ihm als Sänger seiner Band engagiert. Aus dieser Begegnung wird eine lebenslange Freundschaft. Ein Jahr später folgt Rio seinen Brüdern nach Berlin und gründet mit ihnen später die Theatergruppe Hoffmanns Comic Theater. Rio ist Hauskomponist. Eines der Lieder aus dieser Zeit – “Macht kaputt, was euch kaputt macht” – wird später zur Hymne einer Generation. Obwohl er sich dem Theater verbunden fühlt, bleibt es sein Traum, eine Band auf die Beine zu stellen und deutsche Rockmusik zu machen.
Sommer 1970: Geburtsstunde der Band Ton Steine Scherben
Die Band Ton Steine Scherben räumt mit kompromisslosem Rock ordentlich ab.
Mit seinem Freund Steitz, dem Bassisten Kai Sichtermann und dem Schlagzeuger Wolfgang Seidel gründet Rio im Sommer 1970 die Band Ton Steine Scherben. Die Jungs treten im September beim “Love and Peace”-Festival auf der Ostseeinsel Fehmarn zum ersten Mal auf – und werden schlagartig bekannt. Bei der legendären Veranstaltung gibt Jimi Hendrix sein letztes Konzert. Für die neue anarchische Band um Rio beginnt der Aufstieg.
“Keine Macht für niemand”
Die erste Schallplatte “Warum geht es mir so dreckig” wird produziert und veröffentlicht. Es folgt 1972 die zweite LP mit dem Titel “Keine Macht für niemand” – und spätestens nach dieser Veröffentlichung kennt die Musiker, die sich ins Herz der linken Szene gespielt haben, fast jeder in Deutschland. Ihre Lieder sind in einer Zeit, in der die Terror-Organisation Rote Armee Fraktion von sich reden macht, der gewaltfreie Gegenpol. Sie sprechen vor allem den Jugendlichen aus der Seele.
Aufs Land nach Schleswig-Holstein
Das Rio-Reiser-Haus in Fresenhagen – hierhin zieht Reiser sich mit Musikerkollegen Mitte der 70er-Jahre zurück.
Um den Einflüssen der kommerziellen Musikbranche zu entgehen, gründen die Musiker von Ton Steine Scherben das Plattenlabel David Volksmund Produktion und veröffentlichen darüber ihre Alben. Privat zieht Rio mit Freunden und Band 1975 von Berlin nach Fresenhagen in Schleswig-Holstein, wo sie sich ein altes Bauernhaus kaufen. Im eigens eingerichteten Tonstudio schreibt und komponiert er mit seinen Kollegen verschiedene Theaterstücke und Filmmusik.
Aus Ralph Möbius wird Rio Reiser
Deutsche Texte und klare Worte für die linke Sache: Mit seiner Band Ton Steine Scherben und später auch als Solo-Musiker krempelte Rio Reiser den deutschen Rock in den 70ern und 80ern um.
Ein Film ist es auch, der Möbius in Reiser verwandelt: Für die Rolle des Johnny West im gleichnamigen Fernsehfilm möchte Rio Möbius seinen “zu sehr nach Arztroman” klingenden Nachnamen ablegen. Den neuen Namen entnimmt er dem Roman “Anton Reiser” von Karl Philipp Moritz. Für sein darstellendes Spiel erhält Rio Reiser 1977 den Bundesfilmpreis in Gold. Es folgen mehrere Filmrollen. Mit Ton Steine Scherben bringt er zwei weitere Alben heraus: “Wenn die Nacht am tiefsten” und “IV”, auch bekannt als “Die Schwarze”.
Rio Reiser arbeitet nicht nur für seine Band, er textet und komponiert auch Lieder für andere Musiker und gibt Ende 1983 ein erstes Solo-Konzert. Auf Kampnagel in Hamburg sitzt Reiser allein am Flügel und singt Stücke von Marlene Dietrich, den Rolling Stones und eigene Kompositionen. Zwei Jahre später, 1985, trennen sich Ton Steine Scherben und Reiser beginnt seine Solo-Karriere.
Ein missverstandener König
Mit “König von Deutschland” landet Rio Reiser einen Riesenhit.
Das Jahr 1986 wird für ihn das musikalisch erfolgreichste seiner Solo-Karriere. Mit Liedern wie “Alles Lüge” und “Junimond” von seiner ersten Veröffentlichung “Rio I.” katapultiert er sich in die deutschen Charts. Sein erfolgreichster Song dieses Albums, “König von Deutschland”, wird von da an mit ihm in Verbindung stehen: Der von der Presse neu ernannte “Volkssänger” landet damit seinen größten Hit.
Ein Jahr später tritt Rio Reiser der Anti-AKW-Bewegung bei und lässt seinen Song “Alles Lüge” für die Grünen als Wahlkampflied zu. Der rastlose Künstler veröffentlicht zwei weitere Solo-Alben. Diese können kommerziell nicht an den Erfolg der ersten Platte anknüpfen, doch Reiser arbeitet unermüdlich weiter. Er komponiert wieder Filmmusik, unter anderem auch für einen “Tatort”, übernimmt kleinere Rollen in Fernsehfilmen und schreibt für die Stadt Unna 1989 eine Oper.
“König von Deutschland” als Wahlkampf-Song der PDS
Um kurz darauf seinem Unmut über die Art und Weise der Wiedervereinigung Ausdruck zu verleihen, tritt der Sänger 1990 in die PDS ein, da er sich schon “immer für Außenseiter eingesetzt habe”, und erlaubt der Partei, seinen “König von Deutschland” für den Wahlkampf zu benutzen. Für einige Zeit ist das Stück unbeliebt und wird von Radiosendern boykottiert. Der Sänger kann sich aber auch ohne Radio Gehör verschaffen. Es folgen weitere Konzerte mit seinen Freunden und ehemaligen Kollegen aus der Zeit der Ton Steine Scherben, alleine am Flügel in der “Mitternachtsshow” des Hamburger Schmidt Theaters oder als Gast in diversen Talk-Shows.
Gesundheitliche Probleme – Der König tritt ab
In den 90er-Jahren geht es Rio Reiser gesundheitlich nicht gut – trotzdem macht er weiter.
Sein unermüdlicher Arbeitseinsatz für die Musik und vermehrter Alkoholkonsum machen sich ab 1992 bemerkbar. Trotz beginnender körperlicher Schwäche veröffentlicht Rio Reiser weitere Platten. Als 1995 seine sechste und letzte erscheint, schreibt ein Musikjournalist des Magazins “Rolling Stone”: “Niemand in Deutschland schreibt so wahre, aufrichtig-radikale und nachzuempfindende Texte wie dieser melancholische Spielmann.” Dem letzten Album entstammt auch wieder ein “Tatort”-Song zur Folge “Im Herzen Eiszeit”, in der Reiser in einer Hauptrolle zu sehen ist.
Reiser stirbt mit 46 Jahren
Im Mai 1996 begibt sich der Musiker gegen ärztlichen Rat noch einmal auf Deutschland-Tour, doch die muss er abbrechen. Körperlich total ausgelaugt, kehrt er nach Fresenhagen zurück und stirbt dort am 20. August 1996 an Kreislaufversagen und inneren Blutungen. Unzählige trauernde Fans nehmen gemeinsam mit Musikerkollegen am 1. September 1996 im Berliner “Tempodrom” beim “Konzert der Freunde” Abschied.
Der Einfluss Reisers auf die heutige Musikwelt zeigt sich unter anderem in den erfolgreichen Interpretationen der Lieder durch Jan Plewka. Der Frontmann der Hamburger Band Selig ist immer wieder mit seinem Rio-Reiser-Programm unterwegs, “weil Rio Visionen bis über seinen Tod hinaus hatte. Seine Texte, Melodien und Utopien für Menschlichkeit und Gerechtigkeit werden diese Welt überleben.” Plewka trägt sie weiter. Zum 70. Geburtstag würdigt auch das Berliner Bezirksamt Friedrichshain-Kreuzberg den ehemaligen Hausbesetzer. Der Heinrichplatz wird demnächst in Rio-Reiser-Platz umbenannt.
Nun ja, er wird zuerst nicht umbenannt. Obwohl er schon umbenannt wurde. Junimond ist nun aber ein Junimond:
Maciej Robert (ur. 1977 w Łodzi) – polski poeta, krytyk literacki i filmowy, redaktor, dziennikarz. Doktor nauk humanistycznych, autor czterech książek poetyckich i jednej krytycznej. Jego wiersze tłumaczone były na wiele języków. Współpracuje z Polityką i Nowymi Książkami. Prowadzi poświęcony literaturze środkowoeuropejskiej blog Czytam Centralnie.
Spotkałam go w Berlinie, gdzie czytał swoje wiersze z tomu Nautilus i opowiadał, jak powstały, a powstały z chodzenia po mieście, chodzenia po mieście Łodzi.
Maciej szedł po mieście ruchem spiralnym, odtwarzającym skręty skorupy nautilusa, to ważne, bo nautilus, czyli żeglarek, to taka niezwykła muszla, która może płynąć samoistnie, nie zdaje się na wiatry, prądy i fale. Małż mieszkający w muszli wystawia część tułowia jak żagiel i potrafi sterować swoimi ruchami.
Ta właściwość nautilusa sprawiła, że pisarze i poeci wielokrotnie o nim pisali, gdyż był znakomitym wręcz symbolem wyższości woli ducha nad przeznaczeniem. Sam sobie sterem, żeglarzem, okrętem… Moje pokolenie pamięta to ze szkoły. Następne?
Młodości! ty nad poziomy Wylatuj, a okiem słońca Ludzkości całe ogromy Przeniknij z końca do końca!
Patrz na dół — kędy wieczna mgła zaciemia Obszar gnuśności zalany odmętem: To ziemia! Patrz, jak nad jej wody trupie Wzbił się jakiś płaz w skorupie. Sam sobie sterem, żeglarzem, okrętem; Goniąc za żywiołkami drobniejszego płazu, To się wzbija, to w głąb wali: Nie lgnie do niego fala, ani on do fali; A wtem jak bańka prysnął o szmat głazu! Nikt nie znał jego życia, nie zna jego zguby: To samoluby!
Mickiewicz, Oda do młodości. Czy ktoś to jeszcze czyta?
Nautilus zabiera nas w stronę dna, w głąb, do symbolicznych źródeł, zaś przechadzający się bohater zatacza spiralne łuki. Spirala organizuje tom Roberta również na poziomie układu wierszy: kolejne utwory rozrastają się, a każdy za tytuł przyjmuje właściwą mu liczbę dystychów („1”, „1”, „2”, „5”, „8”, „13”, „21”, „34”…). To oczywiście ciąg Fibonacciego, zasada wpisana ‒ w dużym uogólnieniu i przy pewnych nadużyciach, z których poeta zdaje zresztą relację ‒ w rozwój wielu organizmów żywych, w ogólną „strukturę życia”, ale też w muzykę i w pewne idealistyczne myślenie o uniwersalnym porządku, ukrytym pod chaosem świata. Robert chce „pisać miasto”, ale też „pisać miastem”, stworzyć ekwiwalent rytmu kroków na łódzkiej ulicy, raczej prozy życia niż wzniosłego liryku.
5
Małe różowe trumny w pogrzebowym orszaku sunącym spod murów fabryk na najpodlejsze
przedmieścia (film odebrał im kolor, pamięć zabrała zmysły). Mur cmentarza jest niski,
łatwy do przeskoczenia, z tyłu zaległa łąka. Na pokruszonych cegłach, znaczących środek
obejścia, mężczyzna ostrzy kosę. W obronie przed szpaczym nalotem ktoś omotał czereśnię
firanką, wygląda jak panna młoda. To są prawdziwe historie, o których nikt nie pisał.
Paulina Małochleb pisze, że poeta powraca w tym tomie do swoich ulubionych motywów: pamięci, dzieciństwa, melancholijnych prób zbliżenia się do przeszłości.
Robert swoim wyprawom w „miasto puste w środku jak wydrążony pień” nadaje bardzo misterną, porządkującą wszystko konstrukcję, a przez szereg odniesień literackich i filmowych buduje drugi i trzeci poziom skojarzeń, jednocześnie wyostrza realizm i wprowadza kulturowy kontekst. Tytułowy Nautilus to łodzik, skorupiak o regularnej budowie muszli, ale też odniesienie do statku podwodnego z powieści Juliusa Verne’a. Tak jak Nemo zgłębia oceany, tak Robert w swojej podróży penetruje rejony podmiejskiej zabudowy. Łódź-miasto jest też łodzią, która prowadzi przez pamięć, miejska wędrówka zamienia się w żeglugę, podróż w głąb, do dna pamięci, do kresu wspomnień.
Podróżowanie narzuca miastu fizycznemu cechy miasta zapisanego na mapie – jest jednocześnie czarno-białe, przetarte na rogach, z notatkami na marginesach. Poeta podąża tutaj przez strychy, piwnice, kina, dachy, podwórka, ulice. Porównuje Łódź do amonitu, skamieliny, ale też do składającej się z gruzów skorupy. „W nasze podmiejskie ulice nie warto inwestować, nasze podmiejskie ulice nie mają świetlanej przyszłości” – pisze przekornie, bo widać z tego tomu, że nie wyobraża sobie życia w jakiejkolwiek innej przestrzeni.
Świetna, gęsta książka. Doskonałe ćwiczenie z pamięci i utraty.
Nautilus, Nautilus! Miasto progów spowalniających
narrację, miasto inwestorów, którzy wzięli i poszli robić wałki gdzie indziej. Miasto hożych studentek
z międzynarodowej wymiany. Zaskorupiały w muszli, zapatrzony w siebie. Groza! Groza! Odcisk zalany
wapnem w muzeum osobliwości. Syk gaszonego diablego mięsa. Znamię, które się dopomina o pamięć.
Gdy wyszłam za Tadeusza, Maryla już działała jako feministka. Nasze pierwsze rozmowy na ten temat, nie licząc dyskusji o tym, kto właściwie powinien sprzątać, gotować lub pozmywać naczynia (tu poglądy zmieniały się zależnie od okoliczności), miały związek z literaturą. Zaczęło się od pewnej książki dla młodzieży, którą wygrzebaliśmy wśród szpargałów, zalegających w jakimś zakamarku naszego starego, mokotowskiego domu. Była to powieść z gatunku science fiction, autorstwa Andrzeja Janickiego, pt. Porwany w przestrzeń, wydana w 1959 roku w Londynie, przez katolickie wydawnictwo Veritas. Dość atrakcyjnie skonstruowana rzeczywistość fantastycznego świata przedstawionego tworzy w niej kostium dla dydaktyzmu i moralizatorskiego przesłania, w duchu katolickiego wychowania młodzieży. Rzecz dzieje się na planecie Wenus, co niewątpliwie ma znaczenie symboliczne, ponieważ tematem utworu są miłosne perypetie głównego bohatera, młodego ziemianina i atrakcyjnych mieszkanek drugiej planety Układu Słonecznego. Wenusjanie również są przedstawicielami gatunku homo sapiens, więc darmo szukać tu problematyki konfrontacji z Obcym, jaką znamy ze Star Treka. Nas interesowało przede wszystkim operowanie damsko-męskimi stereotypami obyczajowymi i ogranym schematem romansu, który dla autora stanowił pretekst do przekazania umoralniających pouczeń na temat przyzwoitości, czystości przedmałżeńskiej, a także rycerskości w stosunku mężczyzn do kobiet oraz niewinności i czułości tychże. Odkrywanie i demaskowanie tych schematów tak nas rozbawiło, że zabrałyśmy się do dalszych poszukiwań. Dobrałyśmy się do naszej narodowej klasyki. Maryla przyjęła rolę inspirującą, powiedzmy, ideowo, ja, z racji mojego zawodu nauczycielki języka polskiego, zajęłam się wyszukiwaniem przykładów literackich. W ten sposób odkryłyśmy temat: kobieta w literaturze polskiej. Uwagę skierowałyśmy przede wszystkim na twórczość romantyków i pozytywistów. No i się zaczęło! Po pierwsze dość szybko okazało się, że najtrafniej całą prawdę na ten temat wyraził Cyprian Kamil Norwid: „(…) literatura nasza nie określiła jeszcze ani jednego skończonego typu kobiety (…)”*. Po drugie, zaczęłyśmy odkrywać mizoginizm naszej dziewiętnastowiecznej literatury narodowej i tę prawdę, że, wbrew pozorom, „Polska nie jest kobietą”. Najbardziej chyba pastwiłyśmy się nad Sienkiewiczem. I świetnie się przy tym bawiliśmy, we trójkę, bo i Tadeusz dał się w to wciągnąć. W końcu Maryla podsunęła mi pomysł spisania naszych odkrywczych interpretacji.
Niedługo potem zajęła się sprawą wyjazdu do Berlina. Kiedy pojechałam do niej, zabrałam ze sobą wszystkie notatki. Właściwie nie bardzo wiedząc jeszcze po co i dla kogo, raczej „sobie a Muzom”, zaczęłam składać z nich jakąś całość. Traktowałam to jako rodzaj intelektualnego fitnessu po całodziennym trudzie pracy w „sprzątalnictwie”. Polskie książki pożyczałam od Romana, znajomego Szwajcara, studenta polonistyki. Kolejne fragmenty dawałam Maryli do przeczytania i oceny. Udało nam się wyodrębnić kilka typów, którym dałyśmy nazwy od bohaterek literackich: „dziewica-bohater”, „Matka Polka”, „niewinna Zosia”, „anielska Marynia”, „niezłomna Oleńka”, „Hajduczek”, „Siłaczka”. Najbardziej interesująca wydała mi się postać Matki Polki. Napisałam na ten temat rodzaj szkicu krytycznego; później powstał na jego podstawie tekst, z którym wystąpiłam na kilku spotkaniach poświęconych tematyce feministycznej, w Krakowie i w Berlinie. Mój udział w tych spotkaniach zawdzięczam Maryli, która nie tylko mnie tam ściągnęła, ale także tłumaczyła na żywo to, co czytałam i mówiłam.
W 1993 roku urodziłam syna. Sama zostałam Matką Polką. To był czas wielu przemian w Polsce; z postkomunistycznego śmietnika wyłaniała się nowa rzeczywistość państwa, które wracało do Europy. Feminizm odbierany był wtedy jak coś zupełnie nowego, dziwnego, choć przecież miał już swoje miejsce w naszej historii, w pismach warszawskich pozytywistów, w wystąpieniach kobiet, które po odzyskaniu niepodległości w 1918 roku upomniały się o swoje prawa. Ale w Polsce lat 90 budził często zdziwienie, obawy i niechęć, zwłaszcza ze strony kościoła katolickiego i środowisk z nim związanych. Przez same kobiety był postrzegany jako zjawisko niszowe, rodzaj dziwacznego hobby wielkomiejskich intelektualistek, niemających pojęcia, jak wyglądają prawdziwe problemy tzw. „zwykłych kobiet”. Coraz częściej w rozmowach z Marylą przyjmowałam też punkt widzenia takiej zwykłej kobiety. Stawałam się coraz bardziej krytyczna; irytowała mnie elitarność ruchu, który w trudnym czasie polskiej transformacji zdawał się reprezentować interesy tylko pewnej grupy kobiet, w dodatku tych, które już były samodzielne, wykształcone, miały dobrą pracę. Maryla, pryncypialna w swoich poglądach, starała się odpierać moje zarzuty. Później przekonałam się, że jednak uważnie słuchała.