Międzynarodowy Dzień Języka Ojczystego

Ela Kargol

Czy język ojczysty jest językiem ojca?

Języka ojczystego uczyła mnie babcia, mama, potem dopiero ojciec na równi z dziadkiem.

Język ojczysty, dlaczego nie matczyny? Babciny?

Polska to kraj ojców. Matki rodzą, tulą, do snu kołyszą, chcąc nie chcąc, uczą pierwszych słów. Ojcowie, jak jest wojna, idą na wojnę, w czasie pokoju chodzą do pracy. O ojcowiznę dbają żony, matki, dzieci.

A więc dlaczego ojczyzna? Dlaczego język ojczysty?

Ojcowie znaczyło kiedyś tyle co rodzice. Ale rodzic, to ten, co rodzi. Rodzicielką zawsze jest matka.

Dlaczego rada języka nie mogłaby zatwierdzić nowego słowa: “język matczyny”? Mógłby funkcjonować na równi z “językiem ojczystym”, z “językiem rodzimym”.

Dla moich wnuków językiem ojczystym jest język niemiecki, jak na ironię nazwany Muttersprache. Językiem pierwszym, matczynym, wyssanym z mlekiem matki jest język polski. A więc dwa języki ojczyste? Moim językiem matczyno – babcinym, ojczysto – dziadkowym stał się język polski i jest nim nadal z całym dobrodziejstwem słów i zwrotów regionalnych, przejętych i zasłyszanych u mamy, babci, taty, dziadka, cioć, wujków, kuzynostwa… Niski stołek moje wnuki nazywają “ryczką”, w “tytkę” pakuję im “sznytki” do szkoły. Ale na pytanie “kielo macie godzin?”, nie umìeją odpowiedzieć. I wcale nie dlatego że nie znają się na zegarku, ale dlatego że wpływy mojego ojca, górala z południa Polski na zasób mojego słownictwa były dużo mniejsze niż wpływy wielkopolskiej mamy, babci i dziadka.

Z kim przebywasz, takim się stajesz i takim językiem się posługujesz.

Krystyna Koziewicz

Bądź z serca pozdrowiona,
Ojczysta święta mowo!
Niby łańcuchem złotym
Wiąże nas twoje słowo.

W tobie ostoja nasza,
Wieczna odnowy siła,
Tyś znowu ziemię śląską
Ojczyźnie powróciła.

Twój dźwięk przez góry, morza
Łączy i w jedność splata.
Wychodźców polskich rzesze
We wszystkich częściach świata.

Tyś nasza twierdza, tarcza,
Opieka i obrona,
Ojczysta święta mowo,
Bądź z serca pozdrowiona!

Leopold Staff, Mowa ojczysta


Powiadają, że język ojczysty jest nie tylko składnikiem kultury, ale zarazem najlepszym odbiciem kultury danego narodu. Jestem Polką, mam zatem wielki szacunek do mowy polskiej zarówno w mowie, jak i piśmie. Oznacza to, że tym samym wyrażam szacunek do innych i siebie. Niestety, naszą mowę ojczystą traktuje się dziś lekceważąco, zwłaszcza urzędnicy, politycy, którzy w mediach, Sejmie, Senacie popisują językiem nie godnym stanowiska państwowego. Takie osoby nie zasługują na mój respekt i szacunek. Wielka szkoda, że jesteśmy obojętni na daleko posuniętą swobodę w posługiwaniu się mową nienawiści. Na szczęście piękną polszczyznę czerpiemy, czytając książki, poezje, chodząc do teatru, spotykając się ludźmi o bogatym wnętrzu i kulturze osobistej. Jedyne dobro, jakie każdy Polak ma, to język ojczysty. Nasza tożsamość, nasze ja!

Ewa Maria Slaska

Dla mojej Mamy, Ireny Kuran-Boguckiej, artystki graficzki i tłumaczki, od zawsze było jasne i mi również wpoiła to przekonanie, że język jest wprawdzie ojczysty, podobnie jak ziemia, na której się mieszka, ale port jest zawsze macierzysty.


Stąd się wypływa i tu się wraca.

Mieszkaliśmy w Gdańsku. Dla kogoś, kto nie mieszka nad morzem, pływanie na statku, to być może statek Białej Floty, prom z Gdańska do Szwecji, a może wielki statek wycieczkowy z basenami, dansingami i orkiestrą, ale dla ludzi, którzy tu mieszkają na morze się wypływa do pracy a nie dla rozrywki, a praca na morzu zawsze może być niebezpieczna. To praca dla mężczyzn. Jeśli jesteś rybakiem, marynarzem, odkrywcą, żeglarzem, czy piratem, zawsze możesz nie wrócić. A twoja rodzina będzie nadaremno czekała w porcie.

Kobiety czekające w porcie. Kobiety wypatrujące przez okno. Matki, żony, córki, siostry, narzeczone. Opowiadano mi o pewnym kaszubskim domu rybackim, w którym pokolenia kobiet wydeptały na polepie w kuchni koleiny od pieca do okna. Męska rzecz być daleko, a kobieca wiernie czekać, czytamy w Odysei.

Mama była żoną żeglarza, i to żeglarza polarnego, a żeglarstwo polarne to bardzo niebezpieczny sposób kontaktu z morzem lub oceanem.

Zawsze czekała. Ojca nie było, a ona czekała i tworzyła. Nasz dom był naszym portem macierzystym i tu uczyłyśmy się języka macierzystego, który był twórczy, a posługiwał się w równym stopniu obrazem, co słowem.

Gdy miałam siedem lat, po raz pierwszy przeczytałam Odyseję. Dał mi ją do czytania Ojciec. Oczywiście, wiem, Odyseję napisał Homer, ale dla mnie jej autorem był Jan Parandowski, tłumacz. Mniej więcej w tym samym czasie Mama dała mi do czytania inną publikację Parandowskiego, jego książkę o języku, takim jaki potrzebny jest pisarzowi i pisarce: Alchemia słowa.

Ojciec i Mama słowami tego samego pisarza ustalili topografię mojego dzieciństwa, tego świata, w którym ojciec płynie na morze, a matka tworzy sztukę, w którym miłość, język i port są macierzyste, a niepokój, lęk, czekanie i tęsknota – ojczyste.

Historia każdej literatury, napisał Parandowski, zaczyna się od poezji. To bowiem, co najpierw wyniosło się ponad potoczną mowę, to był wiersz i często zdobywał on już doskonałość, zanim postawiono pierwsze nieśmiałe zdania artystycznej prozy. Jej subtelny mechanizm składał się bardzo powoli i ten sam proces dojrzewania prozy – w ogromnym skrócie, oczywiście – powtarza się u wszystkich pisarzy. Prawie wszyscy zaczynają od poezji, jakby dla potwierdzenia prawa ewolucji, czasem długo nie uświadamiają sobie swego przeznaczenia i zanim zdecydują się na prozę, wydają tomiki wierszy (…) Pisarz wypełnia powszechną tęsknotę, by wyrazić siebie i swój świat, i w tym ulega przyrodzonemu impulsowi natury ludzkiej, lecz zarazem staje się niejako rzecznikiem tych, którzy nie mogą i nie umieją się wypowiedzieć. Kto wiele przeżył – pisze.

To robimy. Piszemy.

Mgiełki myśli

Teresa Rudolf

***

Na twej
ręce
pozostają 
linie
papilarne
mojej
bliskości.

***

Oczy;
czasem
flirtem
zagadką
zabawą
przygodą
żałobą.

***

Usta;
szepcą
kochają
śpiewają,
okłamują
manipulują
zdumiewają.

***

Miłość;
dar losu
szczęście,
szaleństwo
gorycz życia
doświadczenie
gorzkie winogrona.

***

Zdrada;
sprzedaż
miłości
nadziei
wiary…

…za 30
srebników.

***

Zdrowie;
luksus
wygoda
cielesna,
naiwność
stabilności
oczywistości.

Przyszłość Europy 8

Marek Włodarczak alias Tabor Regresywny

Dogrywka

9 maja 2022 roku zakończyła się Konferencja Przyszłość Europy. Uzgodniono, że celem nadrzędnym będzie przywracanie Zielonego Ładu a środkiem do jego osiągnięcia Zrównoważony Rozwój. Uważam, że idea Zrównoważonego Rozwoju jest spóźniona o dobre pięćdziesiąt lat – wtedy intelektualiści ostrzegali, że niepohamowany rozwój może się skończyć katastrofą -, a za sprawą wojny w Ukrainie, i sankcji gospodarczych z nią związanych, górę wzięła doktryna „ratuj się kto może”. Zamiast Zrównoważonego Rozwoju mamy widmo recesji, a przywracania Zielonego Ładu odłożono na później.

Powiedzmy sobie szczerze: główne ustalenia konferencji wzięły w łeb. Potrzebna jest dogrywka. Zarówno Parlament Europejski jak i Komisja Europejska zajęte są teraz wojną w Ukrainie oraz wojną gospodarczą jaka jej towarzyszy. Nie pozostają nam nic innego jak samemu zająć się dogrywką. Tak sobie myślę, że taka recesja, jak by się dobrze rozpędziła, to Zielony Ład sam by się przywrócił. Może zamiast bać się recesji, lepiej przygotować się do jej afirmacji.

Zobaczyć Przyszłość Europy w afirmacji recesji.

Afirmacja recesji

Latem spotkałem na mieście drugiego wicewojewodę dolnośląskiego. Powiedział, że mają problem z uchodźcami. Ja mu na to, że ten problem jest akurat najłatwiejszy do rozwiązania. Krzyknął: napisz to i mi podeślij – i pobiegł dalej. No to napisałem „Przyjmę każdą ilość uchodźców na czas niczym nieograniczony”. Nikt się nie zgłosił. Widocznie w Polsce nie ma uchodźców. Są uciekinierzy przed wojną, przed głodem i innymi nieszczęściami. Są emigranci, którzy szukają lepszego życia, ale nie ma uchodźców. Skoro nie ma uchodźców, to nie powinno być problemu z uchodźcami. Mamy mnóstwo problemów, które się spiętrzyły niczym węzeł gordyjski, nie da się ich rozwiązać, ale można z nich wyjść. Ujść. Uchodźstwo to najprostsze wyjście z problemów. Problem z uchodźcami polega na tym, że nie ma uchodźców, bo nie ma dokąd uchodzić. Tak jak trudno jest afirmować recesję, siedząc w domu przy zimnych kaloryferach, bez prądu i licząc ile zostało do pierwszego.



Treść powyższego listu została przepisana przez autora z wersji odręcznej na wersję zcyfryzowaną:

Wrocław 18 maja 2020

Regresywny Tabor
Cygański
w drodze

Wojewoda Dolnośląski
Pan Jarosław Obremski

Przyjmę każdą ilość uchodźców na czas niczym nie ograniczony

Nie jest to żart.

Jest to przedsięwzięcie w ramach Konferencji Przyszłość Europy w obliczu narastającego kryzysu energetycznego, żywnościowego, gdy za ich sprawą grożą nam kolejne fale uchodźców. Celem przedsięwzięcia jest pokazanie, że można nadać taką formę uchodźstwu, by nie było problemem a wyjściem z problemów. Prawdopodobnie jedynym.

Marek Włodarczak
tel. ……………………

Do wiadomości:
II Wicewojewoda Dolnośląski
Pan Bogusław Szpytman

Po czym autor dosłał jeszcze:

Jestem taka świnia, że pisma do urzędów najpierw piszę na komputerze, a potem przepisuję ręcznie.

Czyli powstały kolejno: wersja na komputerze, wersja przepisana ręcznie przez autora, zdjęcie nie dające się odczytać, wersja przepisana (znowu przez autora) z listu odręcznego na komputer.

***

Recesję najlepiej afirmować w drodze, na uchodźstwie. Pieniądze leżą na ziemi, prądu nam nie potrzeba, bo mamy ognisko, a kawę można ugotować nawet na trzech gwoździach. Problem braku uchodźców to też problem, którego nie trzeba rozwiązywać. Wystarczy wyjść. Ktoś musi być pierwszy. Kogoś trzeba przeciągnąć siłą.

PS:

No coś takiego? Wystarczy przeciągnąć jednego barana.

https://www.facebook.com/tabor.regresywny/posts/4126326490785823

Pytanie tylko kto ma przeciągać, a kto ma być przeciągany?
A może sposobem barona Munchhansena samemu trzeba się przeciągnąć?
Być baranem i bacą jednocześnie.

Wiersze z brodą i bez 12

Rose Ausländer (1901 -1988)

Plaster

Plaster czasu
Pijesz
ten słodki
i ten gorzki miód

Każda kropla
jeden dzień

heute linsensuppe mit pilzen, liebe hannelore, 
und wie wir es gefunden haben am liepnietzsee
habe ich auf polnisch beschrieben

straszny mam charakter,
jeszcze tydzień temu skakałem z radości na widok kurek,
a teraz zaczynają mi się nudzić:

– patrz – mówię do hannelore – to był prawdziwek…
– gdzie?
– tutaj – wskazuję na coś jasnobrunatnego, wielkości dębowego liścia, 
na którym siedzi metalicznieniebieskawy żuk – 
została tylko skóra z kapelusza…
– bierzemy – mówi hannelore nie mrugając okiem,
strzepuje żuczka na ziemię i wkłada resztkę grzyba do koszyka;

——————————————————-

prawdziwek – steinpilz

metalicznieniebieskawy – metalischblau

żuk – käfer

to był – es war (einmal)

Dzień Kota

i z tej okazji

Teresa Rudolf

Kocie migawki

***

***

Koci-Koci-Łapci;
rafinezja oczu,
miau dzienny,
mruk nocny,

…jak Cię nie 
kochać?

***

Tak wzruszasz;
kiedyś szybki
skok “na niebo”,
dziś z trudem
na mini stolik,

staruszek
…Moritz,
zostań
jeszcze,
proszę…
…

***

Ty, mruczadło
na kolanach,
Twoje 
i moje
ciepło, 
to wspólny
serca piecyk…

…jak Cię nie
kochać?

***

Tak patrzysz
dziwnie 
filozofie,
zgubiłeś 
ząbki
Drakulo
mój,

od myślenia, 
czy ze starości?

Dzień kobiet w nauce (reblog +)

Maria Gaetana Agnesi

Piotr Stanisławski w Gazecie Wyborczej

Maria Gaetana Agnesi, włoska lingwistka, matematyczka i filozofka, stała się 16.05.2014 bohaterką google doodle’a. Prawdę mówiąc, pisze Stanisławski, dziwne jest, że o tak niezwykłym człowieku tak rzadko pamiętamy.

Od tamtego dnia nie minęło nawet 10 lat, ale nasza świadomość uległa w tym czasie głębokim przemianom. Dziś napisalibyśmy tak: Była niezwykłą kobietą, a nikt o niej nie pamięta i nawet nas to nie dziwi.

Continue reading “Dzień kobiet w nauce (reblog +)” →

Wiersze z brodą i bez 11

Tibor Jagielski


RAPORT NURKA

Na chwilę przed ostateczną inwazją

Najeźdźcy z kosmosu przygladają się Ziemi

A kontynenty połyskują rubinowo 

Na ich błękitnych ekranach.

Rakokształtny dowódca sprawdza raz jeszcze

Punkt po punkcie

Wszystkie szczegóły planu

Który jest bezlitosny

Ale niezwykle humanitarny.

Umieszczony na orbicie satelita

Wprowadzi w atmosferę planety

Specjalny megawirus

Który w przeciągu kilku minut 

Opanuje każdy zakątek powietrznej przestrzeni.

Chochla wypadnie z ręki kucharki

Kielnia z ręki murarza

A pieczątka z dłoni urzednika

Mysz zesztywnieje w martwych pazurach kota

A trup pasterza legnie wśród martwych owiec.

Ocaleją tylko nieliczni

Jak nurkowie

Zanurzeni w głębinach

Z których nie ma odwrotu.

                                          Berlin, 1989

Pokolenie Solidarności 23

Ewa Maria Slaska

Berlin (1983)

Basia wyjechała do Berlina Zachodniego, a stamtąd po kilku miesiącach do Ameryki. Stefan odprowadził ją na dworzec, pocałował dzieci, poprzekomarzał się z nimi trochę, a potem ze ściśniętym sercem patrzył na odjeżdżający pociąg. Dostał paszport wtedy, ale dopiero wtedy, gdy Basia już poleciała do Ameryki i teraz z kolei on pojechał do Berlina Zachodniego. Zanim wyjechał, do Szarzyńskich przyszła pani Irena i dała Stefanowi list do Ewy. I tak to w Berlinie Stefan spotkał się z Ewą, która wyjechała z kraju wkrótce po Basi, tyle że Basia pojechała dalej, a Ewa wystąpiła w Berlinie o azyl polityczny, otrzymała go i zaczęła pracować jako opiekunka społeczna w ogromnym schronisku dla „azylantów” na Streitstrasse na zachodnim krańcu Berlina, w Spandau.

Przyjechał do Berlina w grudniu 1983 roku. Pojechał do Ewy, która powiedziała mu, co ma robić i dała mu nocleg na pierwszych kilka nocy. Potem, gdy już złożył papiery o przyznanie mu azylu politycznego, przeniósł się do schroniska dla uchodźców, czyli tak zwanego „heimu” (a może nawet „hajmu”). Jak było do przewidzenia, skierowano go do tego właśnie „hajmu”, w którym pracowała Ewa. Ewa powiedziała mu, że tak będzie, bo pracowała w tak zwanym „ośrodku przejściowym opieki nad uchodźcami”, dokąd kierowano ludzi, którzy właśnie złożyli podanie azylowe. Stąd po kilku tygodniach, najdalej miesiącach, wysyłano ich do innych ośrodków, niekiedy w Berlinie, a niekiedy w Niemczech Zachodnich. Pozostanie w Berlinie graniczyło z cudem i Ewa uprzedziła go, że ani ona, ani nikt inny pracujący w „hajmie” nie ma wpływu na to, dokąd zostanie skierowany ktoś, kto ubiega się o azyl. Dodała jednak, że rozpoczęcie starań o wyjazd do USA w biurze berlińskim, znacznie zwiększa szansę, na zostanie w Berlinie. I tak też się stało.
„Hajm” na Streitstrasse była to ogromna instytucja, w której mieszkało niekiedy około tysiąca osób. Ponieważ Stefan w międzyczasie miał już przyobiecaną zieloną kartę, uprawniającą do pobytu w USA, nie przeniesiono go do innego schroniska. Mieszkał jak wszyscy samotni mężczyźni w wieloosobowych pokojach i robił to, co wszyscy, załatwiał sprawy w urzędach niemieckich lub amerykańskich i podejmował się dorywczych prac „na czarno”, głównie na budowach. Miało mu się to potem przydać w Nowym Jorku, ale teraz jeszcze tego nie wiedział. Wieczorami starał się czytać albo pisać, ale nie było to łatwe, bo pięciu pozostałych lokatorów pokoju głośno rozmawiało, z reguły przy wódce. Rozmawiali wciąż o tym samym, o kobietach, które zostawili w Polsce i o niepokoju, bo przecież nie mogli być pewni, że są im wierne, a potem, bez najmniejszego problemu zaczynali pijackie wynurzenia na temat kobiet, które poznawali w Berlinie, często po prostu w „hajmie”, a które określali wspólnym imieniem „dupa”.
Stefan zaciskał zęby i zastanawiał się, jak długo wytrzyma, zanim zacznie gryźć ściany.

Continue reading “Pokolenie Solidarności 23” →