Nowoczesna kobieta

Ewa Maria Slaska

nowoczesneJATen obraz powinien być zagadką, ale gdyby był zagadką, to nie mogłabym o nim dziś napisać.

Ale może popatrzmy przez chwilę na tę kobietę, tak jakby jej portret był jednak  zagadką. Co to za obraz? Kiedy został namalowany? Kto go namalował?

Zobaczyłam go na wystawie w Inselgalerie, gdzie poszłam obejrzeć nigdzie nie wystawiane obrazy Julie Wolfthorn. O Julii pisałyśmy na blogu w zeszłym tygodniu:

https://ewamaria2013texts.wordpress.com/2013/04/15/wilczyca-z-torunia/
https://ewamaria2013texts.wordpress.com/2013/04/16/julia-ii-glosy-z-umarlego-miasta/
https://ewamaria2013texts.wordpress.com/2013/04/17/julia-iii-madonna-muncha-i-dagny-juel/

w-galeriiZastanowiła mnie ta wystawa, bo zrazu wydała mi się zupełnie niepotrzebna. To wystawa miałkich i nieważnych prac, jakichś resztek, odrzutów…  Nawet obejrzenie obrazów Julie nie pomogło. Też były w większości pozbawione jakiegokolwiek znaczenia. Choć oczywiście dwustronny portret kobiecy powieszony w oknie robił wrażenie.

podwojnaJuliePrzepraszam, marna ze mnie fotografka – jakość tych zdjęć pozostawia dużo do życzenia, ale, hmmm, oświetlenie było słabe…

Obrazy były nieważne i marginalne, oświetlenie słabe, a ludzie patetycznie smutni… Oczywiście nie mogło być inaczej, skoro na wystawie pokazano prace ośmiu znanych przed wojną, a potem niemal całkowicie zapomnianych malarek – niektóre z nich były Żydówkami, większość objął nazistowski zakaz pracy twórczej, Julie Wolfthorn nie przeżyła wojny. Nie złamały pędzli, malowały uparcie dalej, ale zapomnienie i tak otuliło je, jak chusta utkana z nocy i mgły. Można by to interpretować złowrogo, jako przejaw siły ideologii nazistowskiej, która nie była przecież dziełem Hitlera, lecz własnością narodu, a on ją tylko wypolerował i umocnił. Ale można też spojrzeć na to prościej, lżej, mniej ponuro. Nieobecni nie mają racji. Ktoś, kto zniknął ze sceny, z trudem na nią wraca, a często nie wraca już nigdy. Na to, by wrócił trzeba cudu.

obrazyJulie                                                          Obrazy Julie Wolfthorn.

Fakt zapominania o kobietach (ale bez wgłębiania się w materię żydowską i nazistowską) został już sklasyfikowany naukowo – mamy tu do czynienia z efektem Matyldy. Jak pisze Wikipedia: “jest to zjawisko systematycznego pomijania udziału kobiet naukowców w pracy badawczo-naukowej i przypisywania ich osiągnięć naukowcom-mężczyznom. (…) Nazwa pochodzi od imienia amerykańskiej działaczki na rzecz praw kobiet Mathildy Gage, która jako pierwsza w końcu XIX wieku zwróciła uwagę na zjawisko dyskryminacji osiągnięć naukowych kobiet.”

Zapewne w sztuce musi się to odbywać tak samo.

Ale smutek i nabożne skupienie publiczności wernisażowej nie wynika z tak abstrakcyjnych przemyśleń. To raczej automatycznie przybierany stan ducha. Przeszłość, jeśli już trzeba o niej pamiętać, to w Niemczech rzecz poważna, ale sprawa  żydowska jest po prostu śmiertelnym zadaniem, o którym myśleć wolno tylko na klęczkach, a mówić głosem przyciszonym i nasyconym uczuciem głębokiej melancholii. Gdy rzecz tyczy Żydówek natężenie smutku wzrasta wielokrotnie. Mnie też to przejmuje, ale jak moja siostra pisze niezwykły wpis o śmierci Julie Wolfthorn w Terezinie, wierzę jej bez zastanowienia, gdy jednak tłum zamożnie przyodzianych kobiet w towarzystwie kilku intelektualnych mężczyzn w Berlinie oddaje się czci zabitych, bez reszty i bez myśli, mam ochotę na nie nawrzeszczeć.

Oczywiście, czepiam się. Oczywiście, powinniśmy być szczęśliwi, że pojawiło się pokolenie ludzi (kobiet), zdolne do żałoby. Oczywiście, wiemy, że nawet najgłębsze i najbardziej autentyczne poczucie winy zbiorowej za śmierć tych ludzi (kobiet) nie może się skupić na milionach. Zera matematyczne są bezwzględne – odbierają żałobie jakikolwiek sens. Trzeba więc wybrać przystępny i dający się przełknąć fragment śmierci.

Artystka żydowska jest najłatwiej w Berlinie przełykanym fragmentem żałoby.

mamaA poza tym wszystko co tu powyżej napisałam jest nieważne i w ogóle zapomnijcie, że to przeczytaliście. Idźcie koniecznie na tę wystawę, to będziecie mogli na żywo obejrzeć portret, od którego rozpoczynam dzisiejszy wpis. Został namalowany w roku 1933  przez Kate Diehn-Bitt, niemiecką malarkę, urodzoną w roku 1900 w Berlinie. A więc ta nowoczesna kobieta w wąskiej spódnicy przed kolana, kozakach i z geometryczną fryzurą nie jest moją ani Waszą rówieśnicą, tylko jest równolatką MOJEJ babki. A przecież głowę bym dała, że to nasza młoda współczesna autorka, Ola Puciłowska.
Kate na obrazie jest już od 14 lat żoną i od 13 – matką, jest też doświadczoną malarką, która, po latach terminowania u mistrzów, przygotowuje się do pierwszej wystawy. Będzie to też na długi czas jej ostatnia wystawa.
Kate nie była Żydówką, ale jej ojczymem był żydowski aptekarz i to wystarczyło, by w roku 1935 władze zastosowały wobec niej zakaz pracy twórczej. A to oznaczało niemożność kupienia w sklepie farb, kredek, ołówków, nawet papieru. Gdy to piszę, nie mogę nie pamiętać o Klempererze, naukowcu, który nie miał prawa posiadać ołówka, żeby zapisać jakąkolwiek myśl, ba, listę spraw do załatwienia. Bo jakie Żyd miał sprawy do załatwienia?

Grafika Ireny Kuran-Boguckiej (na wystawie jej nie ma!)

kobietazgolabkiemMalowała, bo koledzy przynosili jej ukradkiem farby, zeszyty, kredki…
Po wojnie mieszkała w NRD i to umożliwiło jej powrót do pracy twórczej, i uchroniło od zapomnienia. Na zdjęciu obok jej obraz “Portret kobiety walczącej o pokój” z roku 1952. To socrealizm, zapewne, ale jaki… Gdy patrzę na jej prace (oglądam je w dawno wydanym katalogu, na wystawie chyba nic nie ma poza tym Autoportretem, ale może nie zauważyłam), myślę o grafikach mojej matki. Jest w nich ta sama precyzyjna czystość linii. Ani jednej zbędnej kreski.
Chciałoby się tak pisać.

źródło: http://www.deutschefotothek.de/obj30121608.html

Dagny Juel. Ducha. Madonna?

Edvard_Munch_-_Madonna_-_Google_Art_ProjectLidia Głuchowska
Tekst po polsku:

Dagny Juel Madonna

Dagny Juel – Madonna von Munch?

… Auch wenn Munch diese schon zu seiner Lebenszeit verbreitete Deutung geleugnet hat, gestand er trotzdem: “Es hat eine gewisse Ähnlichkeit mit Dagny (…), es gibt eine definitive Ähnlichkeit (…)” und war bereit, auf Wunsch von ihr und ihres Vaters, dieses wie auch andere ihr gewidmeten Bilder aus der Ausstellung in Christiania zu entfernen. Später schrieb er auch: “Ich habe einige Bilder von diesen Leuten gemalt, unter anderen eines, das ich ‘Eifersucht’ nannte (…). Diese Frauenzimmergeschichte hat mir vieles verdorben.” Zahlreiche Metamorphosen von Dagny und Stachu füllen Munchs Bilderwelt als Einkörperungen des psychischen Dramas, welches sich in Folge von Dreieck-Beziehungen ergibt. Munch und Dagny kannten dieses noch aus der Zeit der Christiania-Boheme. Mit seinem Holzschnitt Im Gehirn des Mannes (1897), welcher die Qual der Leidenschaft veranschaulicht, reimt sich ein Fragment Przybyszewskis Romans Über Bord (1896): “War dies Liebe? Er empfand Angst. Wie war es möglich, daß eine Frau im Laufe einer Stunde wie ein Fremdkörper in sein Gehirn glitt?”

Munch, Dagny und Stachu gehörten zu den bekanntesten Figuren des Berliner Kreises um den Schwarzen Ferkel, welcher teils mit der Friedrichshagener Bohème identisch war. Stachu galt dort als “vielleicht der legitimste König der Bohème”, “der letzten Bohème des großen Stils”. Julius Meier-Graefe erinnerte sich an seinen “Kopf eines slawischen Christus, den man sich am Kreuz vorstellen konnte” und meinte : “Stachu machte uns eine Tür auf. (…). [Seine] Lebensweise deckte sich nicht mit dem üblichen Begriff der Boheme. Dafür tändelte er zu wenig. Seine Verluderung übertraf Pariser und Berliner Maß. Wir anderen taten, was wir konnten, aber unsere wildesten Exzesse blieben knabenhaft”.  Er, der “vampyrblasser Stachu” war der “dekadenteste der Dekadenten” unter den deutschsprachigen Schriftstellern der Jahrhundertwende. Munch selbst hebt seine Rolle als “die Seele der breit angelegten aber leider gar zu früh hinschlafenden Zeitschrift Pan” hervor. Dieser markante, polnisch-griechische Titel, geht auf Dagny zurück : “Pan sollte das neue Unternehmen heißen, weil die geheimnisvolle dämonische Urkraft des alten Heidengottes Natur und Kunst miteinander zu verbinden schien. Eine schlaue Norwegerin hatte das Wort gefunden, und sie dachte dabei an ihren polnischen Gatten und daß ‘Pan’ im polnischen Herr bedeutet. Zugleich aber war das Wort eine geschickte Huldigung an Bierbaum, in dessen Gedichten der alte Pan eine so große Rolle spielte (…).”

In seinem berühmter Nachruf an den alten Freund beschrieb Munch noch Stachus Chopinspiel:  “So konnte er (…) auf einmal in Ekstase aufspringen und zum Klavier hinlaufen und in solcher Eile als ob er inneren Stimmen folgte, die ihn riefen. Und während der Totenstille, die nach dem ersten Akkord folgte, die unsterbliche Musik Chopins durch den engen Raum und verwandelte ihn plötzlich zu einem strahlenden Festsaale, zu einer Festhalle der Kunst. Und so tief war seine eigene Benommenheit und mit solcher Meisterschaft gab er die wunderschönen Malereien seines großen Landsmannes wieder, daß er uns im atemlosen Lauschen, fasziniert, Zeit und Stelle vergessend hielt, bis der letzte Ton hinstarb.” Andere Teilnehmer der Ferkeleien waren von seinem charismatischen Seil nicht weniger begeistert, so auch Max Dauthendey: “Das sonst öde Klavier wurde dann zu einer Hölle, die er mit wild tastenden Händen öffnete. Und die Töne fraßen Ordnung und Gesetze aus den Hirnen aller Zuhörer fort, und Töne, Menschen und Zeiten wurden zum Chaos. Kein Leben behielt mehr seine Form und seinen Sinn. Nur der Einsturz alles Lebens und die Vernichtungsfreude schien in den Tönen zu funkeln. Stachu selbst sah Musik – und nicht Literatur – als seine eigentliche Leidenschaft. Dies war wohl der Grund seiner Seelenverwandtschaft mit Ducha (Polnisch: die Seele, ein Kosename, den er Dagny gab). Sie war ja, als sie Munch am 9. März 1893 in den Ferkel-Kreis eingeführt hat, Absolventin des Klavierkonservatoriums, leidenschaftliche Beethoveninterpretin. Sein satanischer Spiel und ihr Salome-Tanz gehörten zu Legenden dieser Zeit. “Das Zusammensein Stachus und Duchas […] war Improvisation von ersichtlicher Willkür”. Als “Zwei-Einheit” galten sie als Verwirklichung des von Przybyszewski gepredigten androgynischen Liebesmythos. Vereinigt im Walztanz hat sie der norwegische Bildhauer Gustav Vigeland dargestellt. Er gestaltete auch eine Büste Stachus und zwei andere, von Dagny und Munch, die er im Eifersuchtsanfall vernichtet haben sollte – so die Geschichte, die ihm zu vielen zählt, die Przybyszewskis Frau verfallen waren. Das berühmte Paar haben auch Julia Wolfthorn, Fidus, Anna Costenoble sowie zahlreiche polnische Künstler verewigt. Ducha und er, “als Außenseiter unter den Außenseitern”, inspirierten auch unzählige Erinnerungen, Gedichte, Romane und Dramen, um nur auf Inferno Strindbergs, wohl das markanteste davon, hinzuweisen.

Der ganze Text mit Fußnoten veröffentlicht:
Lidia Głuchowska, Totenmesse, Lebensfries und Die Hölle. Przybyszewski, Munch, Vigeland und die protoexpressionistische Kunsttheorie. Deshima 1 (2009), S. 93-130.

23.04.2013 – Welttag des Buches / Światowy Dzień Książki

znak dany nam z nieba

Przyjechała z miasta spalonej czarownicy. Miała 14 lat. Trzeba ją było odprowadzać do domu, gdy inni poeci debatowali, palili papierosy i pili piwo w Berlinie. Niektórzy twierdzili, że nie mogłaby napisać takich wierszy, jak pisze.
A jednak mogła…

To jej nowe wiersze.

Agnieszka Wesołowska

***
Mam taką werandę na którą często wychodzę
żeby popatrzeć na wszechobecną drogę
ludzi zwierząt i kamieni
na drogę o której słyszałam od zawsze

mówili o niej że jest taka owaka
że można wejść na zejść z
ale ja widzę kurz jaszczurkę
słońce w październiku drzewa
to typowe dla poetów

zwłaszcza dla poetek
one nie rozróżniają
dobra i zła
noszą kapelusze w fabryce codzienności
dziesięć poniedziałków obiadokolacje
zestaw do manicure zestaw sztućców

i jeszcze obowiązkowa mityczna histeria
poza tym cały ten cyrk nienawiści
wmyślanie kotom
wymyślanie mężom
wymyślanie wierszy

więc widzisz muszę być silna
żeby zasłabnąć wtedy
gdy jest najprościej
rozumiesz muszę być głucha
żeby wreszcie usłyszeć
jak śmieje się koń

na tej werandzie o której ci mówiłam
są sznurki rozwieszam na nich
wszystkie welony moich najczystszych miłości

dam ci jeden
jak krzyżyk na drogę
na tą drogę z jaszczurką

***

Van Gogh i jego ucho
przysporzyli historii sztuki
nie lada kłopotów

Jeszcze długi czas potem
po czystych kartach malarstwa
które uczyło się przedstawiać
jako imię kwiatu i miejsce przeznaczenia
krążyły głosy o artystach
głuchych na wołanie
matek żon i opuszczonych dzieci

Ale zbyli milczeniem
de profundis clamavi
zapomnieli tak jakby
łacina nie istniała

Gdyby po prostu
wydrapał sobie oczy
poodcinał palce
zmasakrował ciało
które piękno pozwala
czuć przez skórę

Wtedy byłby męczennikiem sztuki
zdolnym do przetrwania
i do przemilczenia
ściętym słonecznikiem

***

I

Obracam lekko cień kuli
moimi ziemskimi palcami.
Przyturlał się sam, odszedł
od wazonu na wystawie za rogiem –
z miejsca w którym nigdy
się nie pojawiłeś.

Po latach napisałeś list
wielkimi dziecinnymi literami,
bez wiary bez polotu.

Tak zostałeś moim aniołem
jak zostaje się notariuszem lub sprzedawcą,
z udawaną radością że wreszcie
można robić coś prawdziwego.

II

Świat przebrał miarę.
Z ludzkich rzeczy
została tylko piłka o zbyt wielkich oczach
chłopca, którego też może już nie ma.
A przecież zgaduję ciągle to dziwne istnienie,
jego cień chowa się w świetle
zlęknionego ciała.

Skąd się biorą kaniony wodospady
gołębie i antylopy

i dlaczego
chciałabym zgrzeszyć tak mocno
żeby zbawić świat
dać mu świerszcze źródła
mannę i opał na zimę.

III

Traktaty mistrza Eckharta
Psalm czterdziesty drugi
i Cztery pory roku
są o tym, że w naszej sypialni
pod oknem jest szafka z bielizną,
w kredensie kilka filiżanek,
w biurku zszywacze, notesy,
słowniki języków obcych.

Całe nasze życie jest podręczne
galilejsko-oświęcimskie
niezrozumiałe do końca
więc i nieprzekładalne
na inne żywota.

Język to najpewniejszy znak
dany nam z nieba.

Całą resztę opowiem ci
kiedy już odejdziesz.

Nasze tajemnice są niewysłowione
dlatego musimy umierać –
to przywraca nam wiarę
że nie ma słów żadnych
nie tylko właściwych.

Mimo to moja powieść o Marii Magdalenie
(której nie zdążyłam napisać)
istnieje tak samo jak powieść o Jeszui Ha-Nocri
Mistrza który nie istnieje.

Ta historia składa się ze świata
jak świat z tej historii
dlatego jesteśmy sobie
przeznaczeni i sobie wydarci.

Nie możemy milczeć
xxxxxxxxxxxwszystkim naraz
nie możemy nie istnieć
xxxxxxxxxxxtylko jakąś cząstką.

Niech nasze rękopisy
przeprowadzą nas
przez dzieło stworzenia.

„Coming from Reality” czy “Going into Fiction”?

Chciałam, żebyśmy miały na blogu co jakiś czas sugestie, co czytać, co obejrzeć, dokąd pójść? Ale to trudno się tak regularnie mobilizować do regularnych zadań doradczych, a tu tymczasem Dorota Cygan już nas wysłała do teatru na Castorfa, a teraz poleca nam pójście do kina. Niniejszym mianuję ją więc naszym doradcą kulturalnym, choć oczywiście to Lidia wysyła nas na wystawy, a ja się staram od czasu do czasu polecić dobrą książkę lub film.

Dorota Cygan

„Coming from Reality” czy “Going into Fiction”? Refleksje po wyjściu z „Searching for Sugar Man”

Po co opowiadać prawdę?

Pozyskać widza, zawładnąć jego emocjami i przykuć do fotela kinowego coraz trudniej. Wszystko już było. Niejeden fikcyjny chwyt scenarzystów i kamerzystów na tyle się zużył, że jest w obrębie schematu fabularnego doskonale rozpoznawalny, czyli przewidywalny, zwłaszcza od kiedy karierę robią fabryki kreatywnego pisania, czyli szkoły kreatywnego istnienia (na rynku pracy). Furorę robi wiec ostatnio chwyt bardziej wyrafinowany: dokument – lub fikcja stylizowana na dokument.

Gatunek to trudny – przykładamy bowiem do prawdy miarę absolutną: Prawda musi być czysta, niebanalna – i w dodatku …  prawdziwa. Już z każda z tych cech osobno jest problemem, ale wszystkie razem to już nie lada wyzwanie dla twórcy.

Po co ją ubierać w narracje? By dać ludziom szczyptę konkretnej treści  w miałkiej papce produkowanej na tony w wytwórniach rozrywki. A widz się popsuł –  potrzebuje silnego bodźcowania zamiast subtelnego światłocienia i wyważonych racji. Bodźcowania na przemian ostrym światłem i najczarniejsza ciemnością. Wszak na koniec mają go unieść emocje – najlepiej pozytywne. „Bo ludzie potrzebują pozytywnych historii”  – taka jest konkluzja jednej z narratorek filmu, komentujących życie jej ojca – bohatera „Searching for Sugar Man”.  Udany, jak najbardziej udany. Powiedzmy więcej: Tak udany, że ma swoje (rosnące!) grono fanów. Tak udany, że aż budzi niepokój w sceptykach.

Jak opowiadać  prawdę?

Film rekonstruuje detektywistyczne poszukiwania śladów muzyka rockowo-bluesowego, który jakby zapadł się pod ziemię. W zasadzie przestał istnieć w jednym miejscu, by stać się legendą w innym. Nie wiedząc o niczym, rzecz jasna. Elementy legendy są doskonale synkretyczne: Są tu cechy niepokornego rockmana popełniającego rzekomo śmierć samobójczą na scenie, rysy jednostki wykluczonej, latynoski background, przedmieścia Detroit, mit zapoznanego geniusza w muzycznym świecie  twardych reguł  konsumpcyjnych, męski Kopciuszek przed i po balu, nawet Jezus rozdający honorarium rodzinie i przyjaciołom. Sporo tych elementów mitu jak na jednego bohatera – ale jakże dyskretnie opowiedziane! Jak zgrabnie poprowadzony wielogłos narracji! Na tyle przekonująco, ze widz na wszelkie padające na ekranie porównania z Hendrixem, Dylanem i duetem Simon&Garfunkel tylko wzrusza ramionami. Bo jednak mimo że życzyłby mu medialnego sukcesu na miarę tu wymienionych, głównie emocjonuje go coś odwrotnego niż sukces – właśnie antysystemowość bohatera, jego pogarda dla establishmentu, wreszcie  bluesowy Lebensgefühl pełen dystansu i stoickiej zgody na to, co jest – i jak jest. A także sugestia, że to człowiek wolny, wyzwolony dzięki sobie – potrafiący mimo zewnętrznego zniewolenia ciężką harówką „być ponad”.

Jak opowiedzieć taką prawdę? Sięgając obficie po sprawdzone Stimmungsmacher – dymy nad Detroit, czarny romantyzm upadłych siedlisk ludzkich w epoce postindustrialnej, zdjęcia na przemian czarno-białe i kolorowe, miasto o świcie, miasto w czasie burzy, miasto-trup, aura tajemnicy (i dymu) wokół bohatera na scenach piwnicznych klubów, no i teksty, no i ten magiczny głos…  Wszystko razem wzięte daje kompletny wzorzec identyfikacyjny dla wykluczonych, którzy w filmie dostrzegą „soundtrack do swojego życia”, jak mówi jedna z bohaterek, albo też „symbol tego, do czego jest zdolny ludzki umysł”, jak komentuje ten spóźniony o 20 lat i krótkotrwały sukces inna z postaci. Lub stanowi też marzenie każdego z nas, by za połową życia  jednak nadal „pozostać sobą”, być mądrym, mieć bogate wnętrze, nie dać się życiu stłamsić lub wyhamować. Porywające to wszystko: understatement, tajemniczość,  zgoda na świat „mimo wszystko”,  a na koniec misterium, które się dokonuje w czasie tych kilku koncertów po latach artystycznego niebytu – misterium, od którego widzowi przechodzą ciarki po plecach. Bajka? A miał być przecież dokument? Dwa gatunki, wobec których mamy wszak  inne oczekiwania estetyczne – czyż nie?

Jak wykreować prawdę?

Ale może te dwa gatunki się zbliżają? Może rekonstrukcja detektywistycznych poszukiwań dzisiaj musi nabierać cech bajki, żeby nie serwować mdłej strawy znanej każdemu z własnej codzienności,  niespektakularnego wycinka zdarzeń podobnych do siebie i pozbawionych puenty? Baśnie to w końcu szczyt dyscypliny konstrukcyjnej – mają początek i koniec, pośrodku jakieś perypetie, a na zakończenie morał. Czy podobałaby się nam historia całkiem niezmanipulowana? Bez podkręconych puent pośrednich, polityki odkrywania i zarzucania fałszywych śladów, bez dozowania napięcia, bez całej  tej subtelnej poetyki przypadku? Z pewnością na rozum tak, ale emocjonalnie to już mniej – idę o zakład, że wyszlibyśmy z kina bardziej przygarbieni – a wychodzicie, wychodzimy uniesieni pozytywnymi emocjami. Czemu wiec produkt jest taki świetny – mimo tego całego „ no tak, ale…”?

Bo tło społeczne się zgadza. Pokrywa się z tym, co tworzy nasze uniwersalne i pokoleniowe doświadczenia. Pokoleniowe zwłaszcza w Polsce, gdzie wiemy, jaką siłę może mieć muzyka obecna w kanałach nieoficjalnych. Doskonale potrafimy sobie wyobrazić duszną atmosferę RPA z czasów apartheidu – autokontrola, zachowawczość, potulny konformizm życia artystycznego, tzw. emigracja wewnętrzna sporej części społeczeństwa, estradowość oficjalnej kultury – a zatem jej miałkość. A na tle tego subwersywny potencjał dźwięków pojedynczej gitary. Dźwięków tym donośniejszych, im bardziej odbijały się od estradowej kakofonii nurtu oficjalnego. Znamy to – i to nas potrafi unieść. To film dla nas.

Czyli działa zarazem dlatego, że jest trochę konstrukcją i trochę autentykiem. Bajką i dokumentem. Czymś jednostkowym i uniwersalnym. Prawdą i fikcją.

Jak uznać to za prawdę?

Pierwsze wątpliwości mamy już wychodząc z kina – zbyt dobre, żeby było prawdą, no nie? A potem życzliwi sceptycy sączą  nam dalej do ucha truciznę podsuwając drobne dowody na nierzetelność dziennikarską. Wyczytali w internecie. Zgoda, popsuje mi to odbiór, jeśli uznam, że dokument jest zawsze czysty, tylko w tym przypadku nie. Ale czy właściwie chcę wiedzieć, ile retuszu jest choćby w reportażach Kapuścińskiego, Mularczyka, Jagielskiego? Może taka kontaminacja gatunków, czyli  dokument spaprany fikcją, jest bardziej prawdziwą informacją o naszych czasach niż absolutna, nieprzefiltrowana, dokumentalna prawda? A czy ja w ogóle jeszcze jestem w stanie poczuć jakość takiej prawdy – po latach obróbki mentalnej przez media? Chyba nie. Dlatego mogę pójść na film jeszcze raz, znowu obejrzeć go naiwnie i na wszelkie zaczepki sceptyków odpowiedzieć słowami bodajże Goethego (poeta pytany, czy nie widzi, ze pewien pan na jego oczach dopuszcza się czynów niegodnych, miał odpowiedzieć: „ależ widzę, oczywiście – ale nie wierzę”). Nie wierzcie i mnie, blogowcy. Ktoś, kto ma taki stosunek do prawdy, sprzedał Wam właśnie fikcję. Czyli bujdę. Ale na film i tak  idźcie.

A ja dodam od siebie – o tak, idźcie na ten film, nawet jeśli jest przesłodzony i podrasowany. Co w nim przerasowano i dosłodzono zostało opisane po niemiecku i angielsku (choć po angielsku zaledwie w dwóch linijkach):
http://de.wikipedia.org/wiki/Searching_for_Sugar_Man
http://en.wikipedia.org/wiki/Searching_for_Sugar_Man
a tu już na przykład – nic o tym nie napisano, no ale przyznajmy, że w ogóle napisano skromnie i niewiele:
http://pl.wikipedia.org/wiki/Sugar_Man

Bruno Schulz reloaded

PRAPREMIERA!

18 kwietnia 2013 o godz. 17.00
w Dolnośląskim Centrum Fotografii ‘Domek Romański’
odbędzie się wernisaż wystawy „Bruno Schulz – Klisza Werk – Transgresiones”.

02uniesienie

Jest to prezentacja eksperymentalnego projektu fotograficznego Mariusza Kubielasa i Jakuba Grzywaka, dla których inspiracją była twórczość literacka i plastyczna Brunona Schulza.

Z tej okazji publikujemy skróconą wersję eseju zamieszczonego w katalogu tej ekspozycji. Redaktorem publikacji i kuratorem wystawy jest Lidia Głuchowska.

Wystawa ukazuje unikalny eksperyment twórczy zapoczątkowany przez Mariusza Kubielasa, a kontynuowany wspólnie z założoną przez niego grupą Klisza Werk, do której, prócz Jakuba Grzywaka, zalicza się często także liczny zespół modeli-aktorów. Od 2009 r. inscenizują i utrwalają oni na kliszy fotograficznej parateatralne działania inspirowane twórczością Brunona Schulza.

08murplci

(…) Analizując dokładniej parateatralność cyklu U Schulza, za najadekwatniejsze dla niego porównanie uznać należy [jednak] nie teatr, lecz raczej zatrzymane kadry filmu niemego, a może utrwaloną na zdjęciu pantomimę. Prezentowane sceny nie rozwijają się bowiem w czasie i nie ukazują poszczególnych stadiów ruchu czy słynnych Schulzowskich metamorfoz, lecz stany momentalne, które oglądane w wertowanym pospiesznie katalogu czy na wystawie, zmieniają się raczej jak w kalejdoskopie czy izolującym od codzienności magicznym fotoplastikonie.

Tekst po polsku: Gluchowska-Schulz-KliszaPol

Cały tekst (wraz z przypisami) właśnie ukazał się jako:

Lidia Głuchowska, W magicznym fotoplastikonie. Transgresje, transformacje, reintegracje. Bruno Schulz, Klisza Werk i multimedia, w: Bruno Schulz – Klisza Werk – Transgresiones, red./ed. Lidia Głuchowska, Wrocław:  Ośrodek Kultury i Sztuki we Wrocławiu / Miesięcznik  „Odra”, 2013, s. 5-13. ISBN: 978-83-62290-41-3

***

03wojna

OPENING NIGHT!

April 18, 2013 at 5 pm
Roman House/Domek Romański, the Lower Silesian Photography Centre, is opening the exhibition called “Bruno Schulz – Klisza Werk – Transgresiones”

The show features a photographic experiment by Mariusz Kubielas and Jakub Grzywak inspired by the work of Bruno Schulz, a Polish-Jewish writer, graphic artist and painter.

On this occasion, we are publishing an abbreviated version of the essay published in the exhibition catalogue. The catalogue was edited by Lidia Głuchowska, who is also a curator of this exhibition.

The exhibition shows a unique artistic experiment initiated by Mariusz Kubielas, continued by him along with his group Klisza Werk. The group, apart from Jakub Grzywak, often includes a large amount of actors-models. Starting in 2009, to date they have staged and recorded on photographic film quasi-theatrical activities inspired by Bruno Schulz’s work.

09magia markownika

(…) analyzing the quasi-theatrical character of the At Schulz’s cycle more precisely one can conclude that the most adequate comparison for this art is not theater but rather frozen frames of a silent film or a pantomime registered by a photograph. The scenes presented in these photographs do not develop in time and do not present particular stages of movement or famous metamorphoses described by Schulz but instantaneous states which, when watched in the catalogue by turning the pages quickly or at the exhibition one after another, step by step appear to us consecutively like in the kaleidoscope or in the magical Kaiser Panorama which isolates them from daily life.

Full English text: Gluchowska-Schulz-KliszaAng

The full version of this essay (with footnotes) has been just published as:

Lidia Głuchowska, In the Magical Kaiser Panorama. Transgressions, Transformations, Re-integrations. Bruno Schulz, Klisza Werk and Multimedia, in: Bruno Schulz – Klisza Werk – Transgresiones, red. / ed. Lidia Głuchowska, Wrocław:  Ośrodek Kultury i Sztuki we Wrocławiu / Miesięcznik  „Odra”, 2013, pp. 13-20.  ISBN: 978-83-62290-41-3

***

Mieliśmy już na blogu informacje o tym projekcie – we had here already informations about this project:

OKIS & DOMEK ROMAŃSKI

05smiercnaraty

Julie III – Julie & Dagny

Dagny

Aleksandra Sawicka

Rozdział drugi – Wizerunki plastyczne Dagny

Miano muzy artystów, które przylgnęło do Dagny Przybyszewskiej, wzięło się prawdopodobnie stąd, że powstało dosyć dużo jej portretów nie tylko słowem malowanych. Autorami ich byli malarze i rzeźbiarze, których spotykała, obracając się w środowisku ludzi sztuki. To właśnie tym codziennym kontaktom w wąskim  gronie artystów można chyba przypisać mnogość plastycznych przedstawień tej atrakcyjnej kobiety. Wydaje się bowiem, że młodzi członkowie stosunkowo niewielkiego kręgu berlińskiej czy krakowskiej cyganerii artystycznej, świadczyli sobie wzajemnie „usługi portretowe”. Stąd tak wiele mniej lub bardziej udanych wizerunków autorstwa uznanych później w świecie sztuki malarzy czy rzeźbiarzy.

Dagny Juel Przybyszewska była niewątpliwie atrakcyjną modelką. Ze wspomnień jej współczesnych wyłania się obraz kobiety pełnej fizycznego i duchowego uroku. Bardzo plastycznie przedstawił ją w swoim opisie m.in. Adolf Paul: „Klasycznie czysty profil – gęsta masa jasnych loków, opadających aż po brwi, pozostawiała fantazji widza ocenę wysokości czoła. Uśmiech, który kusił do pocałunków, a do tego spoza wąskich warg dwa rzędy ostrych, perłowych zębów, które czekały tylko na sposobność, by znienacka ukąsić. A do tego wężowe ruchy znużenia i niedbałości, gotowe jednakże do błyskawicznie szybkiego ataku”.

Anonimowy autor nekrologu Dagny, opublikowanego po jej śmierci w prasie skandynawskiej, pisał: „Wysoka, szczupła, gibka i zwinna, z czarnymi brwiami i jasnymi oczami pod przymkniętymi, zmrużonymi powiekami. Duże, trochę za duże usta, z nieco zbyt wąskimi wargami, wargami purpurowo czerwonymi, lśniącymi nad śnieżnobiałymi nordyckimi zębami tak, iż każdy, kto jej  nie znał, przysiągłby, że były malowane, choć rzecz miała się przeciwnie.”

We wspomnieniach wiele miejsca poświęcono lekkiej jak obłok fryzurze Dagny Przybyszewskiej. Alfred Wysocki tak opisywał pierwsze spotkanie z żoną pisarza. „Zwróciły od razu moją uwagę jej włosy puszyste, okalające jej szczupłą twarzyczkę (…), tworzyły jakby złotą ramę, spoza której wysuwały się delikatne pasemka, wijące się wokół głowy niby zwiewny puch.” Nic zatem dziwnego, że wielu malarzy proponowały Dagny Przybyszewskiej pozowanie do portretu. Warto zatem przypomnieć jej plastyczne wizerunki i naszkicować sylwetki tych artystów (…), (które omówię) chronologicznie.

Za pierwszy portret Dagny Juel należy uznać powstały latem w roku 1892 w Åsgårdstrand obraz  Muncha, Muzykujące siostry. Osobliwy to portret, na którym nie widać twarzy jednej z modelek. Była to właśnie D przedstawiona jako pianistka, akompaniująca swej siostrze śpiewaczce Ragnhild Juel. Półtora roku później, na przełomie grudnia 1893 i stycznia 1894, powstał najsłynniejszy portret Dagny pędzla Muncha, znany jako Portret Dagny Przybyszewskiej. Jest on utrzymany w ciemnych barwach granatu i fioletu, a jedyną jasną plamę stanowi twarz modelki.  Portret ten do dziś zachwyca i intryguje publiczność (…) – znajduje się w zbiorach Munch-Museet w Oslo.

W styczniu 1994, prawdopodobnie podczas jednego ze spotkań bohemy, powstał ulotny szkic ołówkowy Hugona Höppenera. Höppener, który przyszedł na świat w Lipsku w 1868 roku,  znany był bardziej jako Fidus. Zanim w roku 1892 przeniósł się do Berlina, studiował w Monachium. W Berlinie przyłączył się do grona młodych artystów. Zafascynowany pięknem ludzkiego ciała i mitologią germańską, bardzo często w swoich pracach wykorzystywał motyw nagości. Żywo współuczestniczył w ruchu Secesji Berlińskiej. Rysunki rozpowszechniał w postaci tak cenionych dziś przez kolekcjonerów kart pocztowych. Narysowany przez Höppenera delikatny portret ołówkiem Dagny Przybyszewska (…) został opublikowany po raz pierwszy w książce Erika Vendelfelta, Den unge Bengt Lingforss. Nie udało mi się ustalić, czy oryginał przetrwał do czasów współczesnych.

Na przełomie lutego i marca 1895 powstało popiersie Dagny dłuta Gustava Vigelanda. Niestety, z nieznanych powodów rzeźbiarz zniszczył je, tak jak i popiersie Edwarda Muncha. Wbrew obiegowej opinii była to jedyna podobizna Dagny stworzona przez Vigelanda. Dopatrywanie się rysów obojga Przybyszewskich w rzeźbie Walc nie znajduje potwierdzenia w materiałach archiwalnych.

Tej samej zimy powstał w Berlinie kolejny portret Dagny. Państwo Przybyszewscy mieli wtedy okazję poznać niemiecką malarkę Annę Costenoble. Anna Costenoble, która dziś jest artystką całkowicie zapomnianą, urodziła się w Gdańsku w roku 1866. W roku 1894 rozpoczęła prace nad cyklem Tragedia kobiety,  mającym jej przynieść wkrótce wielki rozgłos. Malując portrety, pejzaże, kompozycje włączyła się w nurt Secesji Berlińskiej. Stanisław wyrażał się o malarce w superlatywach, pisząc do Franza Servaesa: „Nie znam chyba człowieka, który byłby tak absolutnie, tak zupełnie artystą, silnym, produktywnym artystą jak ona. I przy tym to silne dążenie do całości,  do nadzwyczajności, ta odwaga, z jaką odrzuca ona wszystko, co przypadkowe. A to jest – według mnie – kryterium wielkiego artysty.”

Zimą 1895 Costenoble stworzyła kilka portretów Stanisława Przybyszewskiego – wiadomo nam o dwóch miedziorytach, obrazie olejnym i sztychu, ale chyba było ich więcej – oraz portret Dagny Przybyszewskiej. Portret Przybyszewskiego podarowała artystka Marcie i Franzowi Servaesom.  Pozostałe grafiki i portret Dagny znalazły się w styczniu 1903 roku w Salonie Krywulta w czasie wystawy obrazów Anny Costenoble. Tam prawdopodobnie kupili je prywatni kolekcjonerzy.  Do roku 1939 znajdowały się w zbiorach Wandy Skoczyńskiej w Poznaniu. Nieznane są późniejsze losy tych obrazów – najprawdopodobniej zaginionych w zawierusze wojennej. Portret Dagny przetrwał zatem jedynie w postaci reprodukcji publikowanej w opracowaniu listów SP. Alfred Wysocki, który widział ten portret w naturze, twierdził, że był on malowany z pewną kobiecą złośliwością, a modelka ma na nim złe i wulgarne oczy. (…)

Najprawdopodobniej zimą 1897/1898 powstały dwa następne wizerunki Dagny Przybyszewska.  Kolejną malarką, która zdecydowała się sportretować Dagny, była Julie Wolfthorn. W jednym z niedatowanych listów z tamtego okresu artystka informowała Idę Auerbach, że Ducha teraz właśnie jej pozuje. (…) Swoimi wrażeniami po obejrzeniu portretu dzieliła się z modelką Margarethe Ansorge: „W końcu zobaczyłam u panny Wolf Twój portret.  Jest bardzo podobny, ale Ducho, Ciebie nie należy malować, Ciebie można tylko (podziwiać w naturze)”. Portret został wystawiony w roku 1899 w salonie Kellera i Reinera i tam sprzedany za pół ceny. Nie wiadomo, kto został jego właścicielem, ale kilka lat później reprodukcję portretu opublikowała redakcja pisma „Ost und West” w artykule poświęconym twórczości Julie Wolfthorn. Powstałe w ostatnich latach Koło Miłośników Julie Wolfthorn (Julie Wolfthorn Freundeskreis) ustaliło, że około roku 1998 portret nabył w Berlinie od handlarza dzieł sztuki prywatny kolekcjoner, którego tożsamości nie udało się ustalić, tak jak i miejsca przechowywania. Przy okazji sprzedaży zrobiono zdjęcie obrazu, będące dziś jedyną jego kolorową reprodukcją. (…)

ksiazka-julia-dagny

Rozdział piąty – W kręgu kobiet

Przyjęło się uważać Dagny za inspiratorkę geniuszów, otoczoną wianuszkiem artystów z kręgu bohemy, kristiańskiej, berlińskiej czy krakowskiej. Zwłaszcza jej życie w Berlinie kojarzy się głównie z nazwiskami towarzyszących jej wielkich Skandynawów – Muncha i Strindberga. Alfred Wysocki wspominał kameraderię, z jaką Dagny Przybyszewska i jej podobne bywalczynie berlińskich winiarni odnosiły się do mężczyzn. „Dagny P. i Sigrid L. była dla mnie niezwykle interesującymi, a nieznanymi dotąd typami nowej kobiety.  Wychowane w szkołach razem z chłopcami, uważały mężczyzn za towarzyszy. Opierały się poufale na ich ramieniu, opowiadały im dość swobodne historyjki, zmieniały przy nich pończochy, gdy przemokły, piły z nimi >>bruderschaft<<, ale to wszystko razem wzięte nie miało żadnego znaczenia.”

Znamy więc portret Dagny wśród mężczyzn i malowany przez mężczyzn, większość wspomnień jej dotyczących wyszło właśnie spod ich pióra. Wydawać by się mogło, że Dagny Przybyszewska obracała się wyłącznie w męskim gronie. Okazuje się jednak, że wokół niej było wiele interesujących pań, które również uległy urokowi egzotycznej Norweżki i które ona sama darzyła przyjaźnią. Zauważyć jednak można w opiniach tych kobiet pewną nutę dystansu do Dagny. Ich oczarowanie nie było tak bezkrytyczne jak w wypadku mężczyzn. Panie zdawały się oceniać ją bardziej surowo, choć miały dla niej wciąż wiele sympatii.

Jedną z najbardziej interesujących kobiet, które los zetknął z Dagny Przybyszewska była dzisiaj niemal zapomniana Hedwig Lachmann-Landauer. Ta pochodząca z rodziny niemieckich Żydów poetka i tłumaczka stała się na długi czas najlepszą przyjaciółką i powiernicą Richarda Dehmla. Urodziła się w Słupsku w roku 1865, była więc starsza od Dagny o zaledwie dwa lata. Osiedliwszy się w roku 1899 w Berlinie, w trzy lata później spotkała Richarda Dehmla. W tym czasie mogła się już poszczycić pierwszymi przekładami utworów Edgara Allana Poe. W późniejszym czasie tłumaczyła jeszcze wiele innych dzieł autorów anglojęzycznych, między innymi sztuki Oskara Wilde’a. W roku 1901 związała się z Gustavem Landauerem, a w dwa lata później oficjalnie została jego żoną.

Dagny i Stanisława Przybyszewskich Hedwig Lachmann najprawdopodobniej poznała przez Richarda Dehmla. Nie bywała pod „Czarnym Prosiakiem”, ale często gościła w domu Dehmlów w Pankow. Niewiele wiadomo na temat jej znajomości z Dagny. Zachował się tylko jeden list, w którym sformułowała – dość surowy zresztą – sąd na temat duchowości pani Przybyszewskiej. W roku 1896 – odpisując Idzie Auerbach – kwestionowała w nim opinię o Dagny wyrażoną przez Idę.

„Ta opinia o Dusze jest pozornie słuszna. Jako typ jest ona istotą zupełnie prerafaelicką, ale jako osobowość – nie za bardzo. Nie jest to wyłącznie moje zdanie o niej. Ma ona jedynie pewną cudowną zwinność i grację, pewnego rodzaju swobodę członków, która wydaje się duchowym przywiązaniem. Poza tym nie wiedziałabym, jak w jej wypadku potraktować tę aureolę. W każdym razie jako kobieta jest ona zupełną inkarnacją tego, czym Stachu jest jako mężczyzna. Ja również uważam ją za czarującą i nawet bardzo ją lubię, na tyle, na ile ją znam.”

Zachowała się również niedatowana kartka przesłana Dagny Przybyszewska przez Hedwig Lachmann. Lakoniczna treść niewiele mówi o rodzaju znajomości łączącej obie panie. „Szanowna Pani Ducho! Załączone ogłoszenie wycięłam dla Pani w Vossische Zeitung. Może się przyda. Jeśli tylko będę mogła, przyjdę jutro po południu.  Serdeczne pozdrowienia.”

Być może poza znajomością czysto towarzyskiej natury obie panie łączyły sprawy zawodowe. Zimą 1894 roku Dagny przygotowywała niemieckie tłumaczenie utworu Sigbjørna Obstfeldera Liv. Ponieważ jest ono napisane bardzo piękną niemczyzną, należy przypuszczać, że przy pracy translatorskiej służyć pomocą mógł ktoś, dla kogo niemiecki był językiem ojczystym. O ile wzajemna niechęć Richarda Dehmla i Dagny Przybyszewska wyklucza raczej poetę jako współpracownika tłumaczki, o tyle dość prawdopodobna wydaje się pomoc  posiadającej translatorskie szlify Hedwig Lachmann.

Przyjaciółką Hedwig Lachmann była urodzona w 1864 roku, pochodząca również z żydowskiej rodziny malarka  rodem z Torunia Julie Wolff, która ze względu na miejsce pochodzenia używała później nazwiska Wolfthorn. Hedwig Lachmann  i Julie Wolfthorn poznały się u Dehmlów, gdyż Julie była koleżanką ze szkolnej ławy Pauli Oppenheimer, pierwszej żony poety. Nie wiadomo, czy Dagny spotkała po raz pierwszy malarkę w Pankow czy późniejszym okresie, w salonie Idy Auerbach.  Panna Wolfthorn była świetną portrecistką, namalowała między innymi portret Idy Auerbach, Richarda Dehmla, Hedwig Lachmann i jej męża Gustava Landauera. Julie Wolfthorn wykonała też portret Dagny Przybyszewska.  Siostrą Julie była starsza o cztery lata Luise Wolf (podpisująca się także Louise Wolff). Siostry były bardzo ze sobą zżyte, przez wiele lat mieszkały razem.  Razem też zginęły w roku 1942 w obozie koncentracyjnym w Terezinie. Luise Wolf podobnie jak Hedwig Lachmann również była tłumaczką. Tłumaczyła autorów angielskich, francuskich i skandynawskich. Spod jej pióra wyszły niemieckie wersje dwóch książek Sigbjørna Obstfeldera – En præsts dagbog (Tagebuch eines Priesters) i Pilgerfahrten. Zatem prawdopodobne jest, że to Luise Wolf pomagała Dagny w pracy nad jej tłumaczeniem Liv Obstfeldera. (…)

Julie II – Głosy z umarłego miasta

Katarzyna Krenz, Głosy z umarłego miasta

Głos I: Theresienstadt
Inwokacja

Ja jestem Miasto Upokorzone
któremu zmieniono kod genetyczny

by zamiast domu stało się trumną
a zamiast schronienia, by dało
pozór życia, prawdę śmierci
a smak ciepłej strawy zastąpiło
pustym garnkiem i garścią zimnego
popiołu.

Nie wierzcie mi, gdy ofiarowuję wam
dach nad głowami.

Odkąd mężczyźni w czarnych płaszczach
nauczyli mnie zdrady zimnego serca

nie ufam nikomu.

*
Terezin (czes. Terezín, niem. Theresienstadt) – miasto i twierdza w Czechach, w kraju Ujskim, nad rzeką Ochrza, na południowy wschód od Litomierzyc. W 1939 roku miasto znalazło się na terenach okupowanego przez III Rzeszę Protektoratu Czech i Moraw. W 1941 roku w tamtejszej twierdzy założono obóz koncentracyjny Theresienstadt, nazywany „modelowym ghettem”. Przeznaczony było głównie dla ludności żydowskiej z terenów niemieckich, czeskich, austriackich i holenderskich oraz dla więźniów politycznych. W obozie przebywało ok. 140 tysięcy osób, z czego zginęło ok. 60 tysięcy; wiele tysięcy wywieziono do innych obozów.

Głos II: Julie

wolfthorn_gNiemiecka malarka, pochodzenia żydowskiego, znakomita portrecistka, graficzka. Studiowała malarstwo w Berlinie, dokąd z czasem przeprowadziła się na stałe. Współzałożycielka (w 1898 r.) „Berlińskiej Secesji” i „Verein der Künstlerinnen und Kunstfreunde Berlin“, w 1905 roku, wraz z 200 innymi artystkami podpisała petycję, żądającą prawa wstępowania do „Preußisch-Königliche Kunstakademie“, która została jednak odrzucona. Wraz z Käthe Kollwitz założyła kooperatywę wystawienniczą „Verbindung Bildender Künstlerinnen“. W 1912 roku powołana (wraz Kollwitz) na dyrektorkę „Secesji“, w 1933 roku przymusowo usunięta. Pozostała jednak w Berlinie, współpracując z „Kulturbund Deutscher Juden“, mimo nacisków ze strony nazistów, którzy ostatecznie  zdelegalizowali tę organizację w 1941 roku, przejmując jej stan posiadania i aresztując członków. W październiku 1942 roku razem z siostrą Louise została deportowana do obozu Theresienstadt, gdzie zmarła dwa lata później, 29 grudnia 1944 roku, w wieku 80 lat.

HedwigLachmann

Portret Hedwig Lachmann namalowany przez Julie Wolfthorn – Hedwig była niemiecką pisarką, poetką i tłumaczką z żydowskiej rodziny (1865 – 1918)

Za zasłoną

Pod cienką warstwą werniksu
ukrywałam nową jakość,
scalając obrazy ponad i poza mną
aby tworzyły osobne światy.

Odgrodzone od siebie –
ja od nich, kobiety z portretów
ode mnie – żegnałyśmy się,
by nigdy więcej się nie spotkać.

A może to tylko ja odeszłam,
a one pozostały w świecie
przedstawionym? Naturalnie,
jeśli nie strawiły ich żywioły –

ognia, wody i nienawiści.

Niebo ginęło za zasłoną dymu i mgły,
gdy stanęłam u wrót miasta-twierdzy.
Spojrzałam na słońce, jakże było
obojętne, płynne jak stal –

I takie już pozostało do końca.

Słońce – martwe. Nieme niebo, nieme
oczy i niemi świadkowie z moich obrazów.
Nikt nie okazał lęku, gdy odchodziłam –
przyjęto spokojnie moją śmierć

ze starości.

Głos III: Friedl

Frederika „Friedl” Dicker-Brandeis urodziła się 30 lipca 1898 roku. Austriacka malarka, projektantka, absolwentka i wykładowczyni w szkole Bauhaus w Weimarze. W grudniu 1942 deportowana wraz z mężem do Terezina, gdzie potajemnie uczyła dzieci rysunku, wierząc, że dzięki sztuce łatwiej im będzie zrozumieć własne uczucia i otaczający świat. We wrześniu 1944 roku jej męża wysłano do Oświęcimia; aby się z nim nie rozłączać, Friedl zgłosiła się na ochotnika do następnego transportu. Przed odjazdem przekazała przełożonej z Domu dla Dziewcząt L 410, Rai Engländerovej, dwie walizki zawierające 4500 rysunków swoich uczniów. Zginęła w obozie 9 października 1944 roku; jej mąż, Pavel Brandeis, przeżył wojnę.

Dotyk koloru

Na przekór czynom i słowom okrutnym
do końca widziała świat w kolorach –
by zgodzić się na rzeczywistość,
by nie godzić się na rzeczywistość

Z małego okna na poddaszu w T.
rozciągał się widok na obce choć piękne
pole z jednym drzewem pośrodku,
które samo w sobie stanowiło
rzeczywistość wbrew rzeczywistości.

Któregoś dnia meteor wojny uderzył
w zieleń trawy na polu i w białą chmurę
nieba i jabłoni. To był znak, meteory i komety
zazwyczaj odczytujemy jako znaki. Wtedy
Friedl zaczęła malować swój ostatni obraz:
ziemię rozdartą, spaloną. I drzewo całe we krwi.

Do obozu w A., oprócz walizki z podręcznymi
rzeczami i pudełka kredek zabrała tamten widok z okna
kolorowy, zapamiętany. Tylko obrazki dzieci,
ukryte na strychu – tylko one przetrwały.

Głos IV: Post Scriptum

(Szeptem)

W czasach pokoju może wystarczyłoby powiedzieć: jestem.

Starą kobietą. Malarką. Osobą. Wojnie to nie wystarczyło. Dopatrzyła się słabości waszego prawa do wolności sztuki, do ucieczki w obraz daleki i wyzwolony, dokąd tylko wybrańcy mogą wejść i zanurzyć się w tęczy. Wojnie niewiele trzeba, by złamać prawo i zabić starą kobietę, która mówi szeptem albo nie mówi już nic. I nawet już nie maluje, tylko szkicuje cienkim grafitem na skrawku nieba.

Bracia Snu

I powiedzieliśmy: bracia, nastał świt,
porzućmy tarczę naszej zemsty, oto
zakopany gniewny miecz Odyna –

tylko cmentarze będą pamiętać.

Siostry, zaśpiewajcie protest-song!
Odtąd wonne przetwory z pigwy
niech warzą się w jasnym ogniu spokoju –

bo nasze wiosło z kości słoniowej*,
a sztandar nie z krwi, lecz z jedwabiu
i w sadach owoc dojrzewa.

Bracia i siostry! I trwać będziemy
w porządku sumienia, poddani
dyktaturze nowego dnia i czystych

sformułowań rozumu.

Trwajmy.

* Parafraza z poematu Théophile Gautier, z cyklu L’Île Inconnue, do którego Hector Berlioz skomponował muzykę w 1841 roku. Dokładnie 100 lat później, w 1941 roku, powstał obóz koncentracyjny Theresienstadt.

Co to za miasto? Co to za tekst?

Was für eine Stadt ist es? Was für ein Text?
What the town is it? And the text?
Co to za miasto? Co to za tekst?

Photos: Krzysztof Pukański

Odpowiedź na pytanie zadane w tytule pojawiła się już po opublikowaniu tego wpisu. Teraz, dla ułatwienia czytania i słuchania, wpisuję ją tu:

Loreena McKennit: Marrakesh Night Market

Der Händler in seiner Kapuze hält mich fest.
Mit dem Spiegel kannst Du Dich selbst sehen,
mit der Maske die anderen,
oder das Gesicht Deines Gottes.

cries the man in the shadowing hood
you can look at yourself
you can look at each other
or you can look at the face of your god

Krzyczy zamaskowany kapturem mężczyzna
Możesz spojrzeć na siebie
Możesz spojrzeć na kogoś innego
Lub możesz spojrzeć w twarz swojego Boga

DSCF6666

DSCF5906

DSCF5926

DSCF5979

DSCF6025

DSCF6115

DSCF6122

DSCF6136

DSCF6154

DSCF6158

DSCF6229

DSCF6242

DSCF6292

DSCF6573

DSCF6665

Jeszcze trochę śniegu…

Oto tekst z klasycznej kategorii salon odrzuconych. Dawno nic takiego tu nie było, a przecież to był, że się tak wyrażę, prymarny powód powołania tego blogu do życia. Jak szybko się to zmieniło…

Zbigniew Milewicz

Reportaż ten napisałem trzydzieści parę lat temu, nie udało mi się go wówczas nigdzie opublikować, ale w nodze na zmianę pogody nadal strzyka. Z wiekiem, coraz bardziej i zawsze przypomina mi się wtedy tamten dzień w Karkonoszach. Śnieg jeszcze zalega na górskich stokach, narciarzy na nich nie brakuje, może sobie apres ski poczytają, jak się w 1977 roku szusowało. Bogu dzięki, nie wszyscy uprawiali ten sport tak lekkomyślnie, jak ja.

Raport z buta (gipsowego)

Szklarska Poręba, 2 marca. Tamtego dnia wszystkie szlaki na zboczach Szrenicy były przejezdne. Z treści komunikatów Górskiego Ochotniczego Pogotowia Ratunkowego wynikało jednak, iż warunki zjazdowe są trudne, a miejscami nawet bardzo trudne. Informowano sumiennie m.in. o oblodzonym „Puchatku”, muldach na „Śnieżynce” i korzeniach, tudzież głazach, wystających tam spod śniegu oraz o tych wszystkich przypadłościach pospołu – gdy chodziło o zjazd trasą „Lolobrygidy”.

Za sumienność płaci się sumiennością. Tamtego dnia około godziny 16.30 załoga placówki GOPR na Hali Szrenickiej poinformowana została telefonicznie, że uległem wypadkowi na dwutysięcznym metrze „Loli” i nie potrafię o własnych siłach się stamtąd ruszyć. Wiadomość przekazała ratownikom pracownica dolnej stacji wyciągu krzesełkowego na Szrenicę, już 10 minut po kraksie. Dowiedziała się o tym od Pawła, który mi towarzyszył na trasie i widział wypadek, zjechał więc do stacji po pomoc. Przyjechała dopiero po godzinie z hakiem, po kolejnej, osobistej interwencji kierownika wyciągu, ale o tym opowiedziano mi później. Tkwiąc na trasie zjazdu nic nie wiedziałem o przebiegu akcji. Kiedy tak poleżałem godzinkę na śniegu, ogarnęła mnie otucha, mówiąc mi:

Nie bój się, nie jesteś sam. Jako narciarz amator poruszasz się wolno, zjazd z Hali Szrenickiej do tego miejsca zajął ci około 15 minut, średniej klasy wyczynowiec robi ten dystans dwa razy szybciej. Leżysz o rzut kamieniem od placówki GOPR, wcale więc nie jesteś w krytycznej sytuacji. Prawda, uziemia cię kontuzja prawej nogi, ale lewa i pozostałe części ciała są w porządku. Gdybyś miał wstrząs mózgu, albo połamany kręgosłup, to mógłbyś narzekać. Na upartego, bo niektórzy giną na miejscu wypadku i mimo to  czekają cierpliwie, aż GOPR się nimi zajmie. Różnie giną, niektórzy np. z zimna, ale tobie to nie grozi. Fakt, nie masz na sobie modnego kombinezonu, tylko przetarte levisy, ale w południe na szczycie Szrenicy było tylko minus 15 stopni. Wiadomo zaś, że w górach im niżej, tym cieplej i wieczorem bliżej ci do wiosny, niż miałeś w południe. Poza tym od czego męska wyobraźnia? Niech cię rozgrzeje, leżysz na łonie Lolobrygidy, niejeden by chciał.
lolka
Następnie odezwało się sumienie, czy aby nadaremnie nie wzywam imienia GOPR… Dzielni, górscy ratownicy, potrafiący z poświęceniem forsować groźne żleby, ściany i granie, aby przyjść z pomocą ofiarom lawin, karkołomnych wspinaczek i zjazdów, mogą poczuć się ambicjonalnie urażeni, że zaprzątam ich uwagę tak banalnym przypadkiem, jak mój. Tego oczywiście nie chciałem, więc dopaliwszy ostatniego „sporta”, zatrąbiłem wsiadanego.
Jurek, mój drugi kompan nartowy, który zgodził się trwać ze mną dopóki nie przyjadą, puknął się znacząco palcem w czoło.
– Jakim cudem chcesz zjechać? – zapytał życzliwie.
– Żurnaliści nie pękają – odparłem wymijająco.
– No dobrze – zgodził się. Załóżmy, że jakoś poradzimy sobie sami, ale co zrobisz, kiedy oni w międzyczasie przyjadą tutaj i nie zastaną cię? Ty wiesz, ile patoli kosztuje taka akcja? Zgłoszą w centrali, że wpuściłeś ich w maliny i będziesz miał kupę smrodu. Góry są niebezpieczne, skoro już strąciłeś kamień, to musisz poczekać na lawinę.

Jakby na potwierdzenie tych słów, coś w górze grzmotnęło, zaszumiało i nim zdałem sobie sprawę, że to pusty tobogan grzmotnął o muldę, że to krótkofalówki tak szumią, zjawili się przy nas, chrupiąc miętówki. Dwaj młodzi ludzie, z ratowniczymi  emblematami  na czerwonych skafandrach. Dochodziła 17.45.
– Urwanie głowy macie dziś zapewne – zagaiłem.
– Dzisiaj raczej spokojnie, w południe połamały się dwie Niemki, pan jest trzeci – odparli.
Po czym raźnie zabrali się do roboty. Jeden z przybyszów – rosły i gładkolicy – poprosił Jurka, aby pomógł mu kijkiem odbezpieczyć „Markery”. Drugi – skromniejszej postury, ale za to wąsaty – nadał  krótkofalówką do centrali, że właśnie przybyli na miejsce. Czerwony skafander wypięty z wiązań stracił równowagę i poleciał do przodu, wprost na moją prawą nogę, usztywnioną prowizorycznie przez Jurka przy pomocy bandaża i kijków narciarskich. Wydałem z siebie jakiś nieartykułowany dźwięk. Wymamrotał przeprosiny, był pewien, że to lewą nogę mam złamaną. Uspokoiłem go, że jestem ubezpieczony w PZU. Za pomocą kilku wprawnych chwytów przeistoczony zostałem w brezentowy tobołek na płozach, przed drogą ratownicy obejrzeli mój sprzęt narciarski i miejsce wypadku. Sprawa była dla nich prosta: na tych deskach nie powinienem był w ogóle jeździć. Słabo trzymał spód prawej, odpadła końcówka i do płozy przymarzł śnieg. Nie wyrobiłem więc ostatniego zatrzymania skokiem, nartę na jej oblodzonym kawałku wykręciło na zewnątrz i wtedy oczywiście powinno było puścić wiązanie. Niestety zablokowało się, za to puściła noga w kostce.

Stare wiązania marki Kadry powinny były pójść już na szmelc, razem z tymi wysłużonymi Rysami…, jeździłem na nich cały tydzień. Były własnością Wypożyczalni Sprzętu Sportowego FWP w Szklarskiej Porębie, przy ul. 1 Maja, której kierownik zapewnił mnie, że otrzymałem jego najlepszą parę nart, „zarezerwowaną w zasadzie dla kogoś bardzo ważnego”. Chyba za bardzo za tym ważniakiem nie przepadał, skoro mi je pożyczył. GOPR-owcy przytroczyli sprzęt do toboganu i w towarzystwie Jurka, na krechę, zwieźli cały majdan pod stację wyciągu, gdzie od kwadransa czekała już karetka Pogotowia Ratunkowego, przybyła z odległej o 19 kilometrów Jeleniej Góry.

W stacji pogotowia stwierdzono, że mam złamane podudzie i kwalifikuję się prawdopodobnie do umieszczenia na szpitalnej urazówce. Zawieziono mnie więc do jeleniogórskiego Szpitala Miejskiego, który pełnił ostry dyżur. Miejscowy chirurg (ortopedy nie było) rzucił w przelocie okiem na przywiezione zdjęcie RTG, obmacał złamane podudzie i znalazłem się w gipsowni. W dwadzieścia minut złożył to, co uznał za złamane i ulepił ładny, gipsowy but do kolana. Po czym zrobiono mi kolejnego rentgena i zlecono leżenie na korytarzu, pod kaloryferem.
– Przyjedzie karetka, to pana odstawi do Szklarskiej – powiedział lekarz.
Poinformował mnie też, że mam tylko proste złamanie kości strzałkowo-piszczelowej, która w zasadzie nie jest taka ważna jak inne kości i za parę dni będę mógł chodzić, stąd ten obcasik w moim gipsowym bucie. Słowem nie ma potrzeby, abym pozostał w szpitalu. Zresztą nawet gdyby istniała taka konieczność, to on nie miałby mnie gdzie położyć, dysponuje tylko kilkoma wolnymi łóżkami, a jest dopiero ósma wieczorem. Przy ostrym dyżurze, do rana może mieć zatrzęsienie różnych, poważnych stanów.
– Ile jest kilometrów stąd do Tychów? – zainteresował się.
– Około trzystu – odpowiedziałem.
– Śmiało pociągiem można jechać – orzekł. Nie sądzę, żeby pogotowie dało panu karetkę na taką trasę, to jest inne województwo, a nasz szpital zrobił swoje. Pan jest w gruncie rzeczy zdrowy.

Podbudowany tą szczerą, męską rozmową późnym wieczorem wróciłem do Szklarskiej, do DW „Belweder”, w którym przebywałem na dwutygodniowych wczasach. Nudy w nich nie zaznałem do końca. Najpierw okazało się, że jestem winien trochę gotówki panu od nart, bo je podniszczyłem w czasie kraksy. Później zjawiła się pokojowa z „Belwederu”, aby wysprzątać moją kwaterę i podzieliła się wiadomością, że dopiero co chwalili w telewizji karkonoski GOPR i pokazali na żywo, jak chłopcy zgrabnie przeprowadzają akcję ratunkową. Pani pokojowa ciekawa była, czy o mój wypadek chodziło… Duże poczucie humoru wykazało również kierownictwo jeleniogórskiej Stacji Pogotowia Ratunkowego, radząc mi wziąć taksówkę do Tychów. W tej sytuacji zrezygnowałem z przedterminowego zakończenia wczasów i oparłszy sprawę o bufet z pewnym zmotoryzowanym wczasowiczem z Katowic, pojechałem do domu 7 marca.

Największą niespodziankę sprawił mi jednak doktor M. z przychodni ortopedycznej przy Wojewódzkim Szpitalu Specjalistycznym w Tychach, do którego zgłosiłem się po powrocie, aby pokazać mu dokumentację z jeleniogórskiego szpitala i załatwić sobie zwolnienie lekarskie, a przy okazji ustalić termin zdjęcia gipsu. Zbadał mnie, zrobił kolejnego rentgena i okazało się, że faktycznie mam „złamaną kostkę boczną, z podwichnięciem stawu skokowego i rozerwany więzozrost strzałkowo-piszczelowy”, nie wolno mi więc obciążać chorej nogi. Proste złamanie kości strzałkowej z buta z obcasikiem nagle zabrzmiało groźniej, bo w uszkodzonych kościach rozpoczęły się zmiany. Zabieg operacyjny wykonano następnego dnia, trwał ponad trzy godziny, uszkodzone tkanki trzeba było skręcić śrubą. Wzbogaciłem się, bo metal zawiera platynę. Pod koniec marca wypisano mnie do domu, do nowego gipsowego buta dostałem gratis dwie kule. Mówią, że w sierpniu, jak dobrze pójdzie wzbogacę się po raz kolejny, tym razem o cenny dar chodzenia na obydwu nogach. Wtedy też (może) wyjdę na swoje.

Porażająca farsa błędnej percepcji

Był już Jacek Slaski, była Zofia Slaska, no i Ewa Maria Slaska czyli ja. Dziś kolejny Slaski.

Adam Slaski

napisał do mnie maila. Mail mi się spodobał, już chociażby dlatego, że traktuje o książce, którą też czytałam, nawet w oryginale, i która mnie tylko zezłościła. A tymczasem…

Siedzę na kanapie, czytam książkę, fabuła rozwija się z wolna, rzecz o przygodach pisarza-staruszka, czuję się w pełni bezpieczny. Aż tu raptem przewracam stronę i widzę długi fragment zakreślony ołówkiem i opatrzony uwagą: przepisać. Prycham śmiechem, bo denerwują mnie ludzie bazgrzący po bibliotecznych książkach, przepisywacze zaś mnie śmieszą. Czytam ten fragment i czuję, jak z wolna wbija mnie w kanapę. Zanim dotarłem do końca wiedziałem, że sam także będę musiał go przepisać.

Człowiek zwalcza w sobie powierzchowność, płytkość, żeby wyjść do ludzi bez wygórowanych oczekiwań, bez balastu nadziei i buty, nie jak czołg, bez armat i karabinów maszynowych, bez trzydziestocentymetrowej stalowej osłony; człowiek wychodzi do ludzi w zamiarach pokojowych, boso, nie rwie darni pancernymi gąsienicami, odnosi się do ludzi bez uprzedzeń, jak do równych sobie, jak człowiek do człowieka, jak to u nas mawiali – a i tak zawsze się co do ludzi pomyli. Człowiek jest jak czołg wyposażony w mózg. Myli się co do ludzi jeszcze zanim ich spotka, jeszcze kiedy planuje spotkanie; potem myli się w trakcie spotkania; a na koniec wraca do domu, opowiada o spotkaniu osobie trzeciej i myli się po raz kolejny. Ponieważ inni z reguły mylą się tak samo co do nas, cały proces komunikacji jest jedną wielką fatamorganą, wypraną z realizmu, porażającą farsą błędnej percepcji. Cóż jednak mamy począć z tym paląco ważkim problemem innych ludzi, który wykrwawia się z przypisywanego mu przez nas znaczenia, nabierając w zamian znaczeń groteskowych, ponieważ tak marnie jesteśmy wyposażeni w zdolność wzajemnego postrzegania swoich wnętrz i niewidzialnych motywacji. Czy wobec tego każdy powinien zamknąć się w domu, jak
to czynią pisarze-samotnicy, zasiąść w dźwiękoszczelnej celi, aby tam wskrzeszać ludzi ze słów i udawać, że ci ludzie ze słów
są bliżsi prawdy niż prawdziwi ludzie, których na co dzień kaleczymy swoją ignorancją? Przecież celem życia człowieka nie jest prawidłowe zrozumienie innych ludzi. Życie polega na rozumieniu ludzi opacznie, nie raz, i nie dwa, i nie sto, aż w końcu, po głębokim namyśle, znów zrozumiemy ich opacznie. Po tym właśnie poznajemy, że żyjemy: że się mylimy. Może najlepiej byłoby machnąć ręką na słuszne i nie słuszne rozumienie innych ludzi i spokojnie dryfować z prądem życia. Jeżeli ktoś to potrafi – ma szczęście.

Philip Roth, Amerykańska sielanka, tł. Jolanta Kozak, Czytelnik, Warszawa 2001, s. 60.

Może po tym poznaje się wielkiego pisarza, że usypia naszą czujność spokojną narracją, by uderzyć czytelnika ze zdwojoną siłą tak ogłuszająco trafnym fragmentem. Wciąż nie mogę wyjść z podziwu. Odnalazłem nawet ten tekst w oryginale. Co zabawne, tłumaczenie odbiega od oryginału w jednym miejscu w raczej niespodziewany sposób.

You fight your superficiality, your shallowness, so as to try to come at people without unreal expectations, without an overload of bias or hope or arrogance, as untank like as you can be, sans cannon and machine guns and steel plating half a foot thick; you come at them unmenacingly on your own ten toes instead of tearing up the turf with your caterpillar treads, take them on with an open mind, as equals, man to man, as we used to say, and yet you never fail to get them wrong. You might as well have the brain of a tank. You get them wrong before you meet them, while you’re anticipating meeting them; you get them wrong while you’re with them; and then you go home to tell somebody else about the meeting and you get them all wrong again. Since the same generally goes for them with you the whole thing is really a dazzling illusion empty of all perception, an astonishing farce of misperception. And yet what are we to do about this terribly significant business of other people, which gets bled of the significance we think it has and takes on instead a significance that is ludicrous, so ill-equipped are we all to envision one another’s interior workings and invisible aims? Is everyone to go off and lock the door and sit secluded like the lonely writers do, in a soundproof cell, summoning people out of words and then proposing that these word people are closer to the real thing than the real people that we mangle with our ignorance every day? The fact remains that getting people right is not what living is all about anyway. It’s getting them wrong that is living, getting them wrong and wrong and wrong and then, on careful reconsideration, getting them wrong again. That’s how we know we’re alive: we’re wrong. Maybe the best thing would be to forget being right or wrong about people and just go along for the ride. But if you can do that—well, lucky you.

Nie wiem, czy w ogóle czytałaś American pastoral. To piękna książka, w całości godna uwagi. Nie tylko świetnie napisana, lecz także zawiera wiele mało znanych w Polsce wiadomości o Ameryce. Przepisuję jednak tylko ten fragment, który mnie tak szalenie poruszył. Będzie moim nowym credo.

PS: różnicę pomiędzy tekstem polskim a angielskim znalazła Powsinoga – odpowiednie zdania zostały wytłuszczone.

Dziś była rocznica Smoleńska, ale była też rocznica śmierci Jacka Kaczmarskiego.
Obława