… pierwiastki złota

Przyszła nie wiadomo skąd. Bardzo się cieszę, że przyszła. Tak właśnie chciałam, by funkcjonował ten blog, byście przychodziły i przychodzili bez zaproszenia, sami i same, nie wiadomo skąd.

Joanna Szubstarska

Czerń

Zawieszona przy krawędzi brzasku
Spoczęła na zwyczajnym legowisku
Nad kopułą dnia.
Blaski odpychają jej ciężar
I unoszą w górę.
Zasłona zaczerniona powłoką
Tajemnic światła
W zmrok zapada
Okrywa bezwiednie ciała niebieskie,
Czerpiąc z nich pierwiastki złota.
Uważny wędrowiec
Obserwuje ten moment,
Odtąd woli żyć obok,
Poza bezpiecznym kręgiem
Dnia i nocy,
Na granicy topnienia promieni,
Świadomy ceny
Klejnotów zakrytych w czerni.


Koński oddech
Wypycha ciężar mgły,
Której opary już dawno
Omotały mózg jeźdźca.
Zsiada powoli,
Zarysowując granicę obojętności
– zmieszanej z przymusem ruchu –
Z przygodą wpisaną w rżenie.
Dźwięk i zapach
Przenoszą w krajobraz świtu
Końską energię
Przedłużoną w ogonie dnia.


Kielich życia

Kielich nie zmienia formy,
Kształtowany według wzorca,
Kopia podobnych modeli.
Zawiera w strukturze
Lekkość ruchów ręki
Zatopioną w tkance nieożywionej.
Mieści brzemię uczty życia.


Cisza korytarzy

Brak dźwięku słów,
Milczenie mijanych oczu,
Pocałunek w ciszy.
Miarowy oddech
Zamieszkuje długie korytarze.
Schodzę krętymi schodami,
Z wyprostowanymi myślami,
Pragnieniem nakierowanym
Na spokój zastygłych korytarzy.


Upiorność miejsca
Skrzyżowanych kraterów ścian,
Z punktem świetlistym okna,
Wypukłość mebli
I martwa natura w kadrze,
Zamiast otępienia
Przywołują dreszcz,
Fontannę bodźców,
Spinających szarość atelier
W sensowne momenty.


Ona wyznacza granice dnia,
Wybrzusza wypychane powietrze płuc,
Przeskakuje bariery normalności
I przekupuje rozum;
Aby potem
– pijana z zachwytu
nad własnym sprytem –
wcisnąć cierń
w serce płonące miłością.
Ona, nostalgia…


Żyć na powierzchni
Przestrzenią
Lotem,
Nawet z połamanym skrzydłem.
Wkupić się w przestworza
Ocalać
Innych,
Otwierać klatki bez pardonu.

Oburzeni

zaproszenie_elewator3_aPrzyszła umowa o dzieło, a w niej paragraf taki oto: § 2 “Autor oświadcza, że przysługują mu niczym nieograniczone prawa autorskie do Utworu i udziela Zamawiającemu licencji niewyłącznej w zakresie korzystania z Utworu na wszelkich polach eksploatacji (…) Autor ma prawo do wykorzystania Utworu w okresie obowiązywania niniejszej licencji w innych publikacjach.”

A jak tak, to wykorzystuję, dziękując czasopismu “eleWator” za wielkoduszność, bo im większe mamy ostatnio możliwości dzielenia się tym, co zrobiliśmy, tym bardziej to wszystko obwarowujemy zakazami karami.

Osobiście przyznam, że bardzo mnie to oburza.

Ewa Maria Slaska
Pies szczeka, Niemcy rządzą Europą

„Respect Existence or Expect Resistance” – parafraza jednego z haseł ruchu Occupy, jaka pojawiła się na drzwiach metra w Berlinie w grudniu 2012 roku, nie bawi się w filozoficzne traktowanie życia. Jasno i otwarcie głosi, że trzeba się stawiać. Niestety celność napisu nie znajduje odbicia w grudniowej rzeczywistości 2012 roku w Berlinie.

Kryzys, jak wiadomo, jest sprawką białych bankierów o niebieskich oczach. Zrobili wszystko, by wyciągnąć pieniądze od polityków i pokazać światu, kto tu rządzi. Bo nie rządzą już królowie, posiadacze bogactw i broni, a nawet potentaci przemysłowi. Teraz rządzą systemy bankowe, a właściwie ich ukoronowanie – niewidzialne, bezkarne i wszechmocne firmy ratingowe, które mogą obalić rząd w Grecji, boleśnie szturchnąć Francję lub warczeć na Obamę. Wystarczy jedno warknięcie i mamy milionowe bezrobocie w Europie, zachwianą pozycję ekonomiczną Stanów Zjednoczonych i Chiny w roli lokomotywy gospodarczej świata. Kryzys został wymyślony, ale konsekwencje są jak najbardziej rzeczywiste – jest źle, ale żeby nie było jeszcze gorzej, trzeba płacić.

Dla przypomnienia – w światowym kryzysie bankowym nie chodzi o pieniądze banków, których nikt nie tknął. Nie chodzi nawet o procenty od tych pieniędzy. Tu chodzi o procenty od procentów. Wszyscy musieliśmy się uczyć ekonomii w liceum i na studiach, a przecież nigdy nie dowiedzieliśmy się, że istnieje coś takiego jak procent od procentu. Nikt nam nigdy nie powiedział, na czym naprawdę polega kapitalizm. Wydawało nam się, że chodzi o wyzysk, gdy naprawdę chodziło o to, że pieniądz robi pieniądz. Z tego nikt z nas NIC nie rozumie. Ja na pewno nie. Nie jestem ekonomistką, nie wiem, czy to prawda. Podobno najgorsze, co nas może spotkać, to rozpad strefy Euro. Europa zapomniała o szczytnych celach wspólnej konstytucji, o szczęściu szczęśliwych narodów we wspólnym europejskim domu. Jedynym zadaniem Europy jest zapchanie gardła bankom. No to zapychamy.

Ogólnoświatowe protesty społeczne to wyraz niezadowolenia z faktu, że zwykły obywatel musi własnymi pieniędzmi ratować światowy system finansowy. W Niemczech jest to broń. To ciekawe, że nie pieniądz jest bronią, lecz możliwość zabrania go. Wiadomo było, że pieniądze zabiorą nam Merkel z Sarkozym, jeśli ich plany się nie powiodą. Oboje rządzili kryzysową Europą bardzo zgodnie. Merkel i Hollande nie stworzyli (jeszcze) tak znakomitego tandemu. Ale idą do przodu. Śledziliśmy każdy krok na drodze, na końcu której Angela w kostiumiku i z fryzurką na pazia, postawiła nogę na gardle Europy. Wiedzieliśmy, że jeśli bleff kanclerki się nie powiedzie, będziemy płacić za jej politykę zaciskając pasa do końca życia. Wydawało się, że właśnie wtedy w Niemczech ruch oburzonych – Empört Euch! Oburzcie się! – wybuchnie jak wulkan i rozprzestrzeni się jak pożar stepu. Nic bardziej mylnego. Jest on tu wybitnie niemrawy i budzi niewielkie zainteresowanie. Dlaczego?

Odrobina historii

Niemcy mają już za sobą czasy świetności buntu społecznego. Zaczęło się w latach 60 od masowych marszy wielkanocnych organizowanych przeciwko zbrojeniom atomowym. Do eskalacji doszło w roku 1968. Był to światowy rok buntu, mówi się wręcz, że to wszystko spowodowały plamy na słońcu. Świat zawrzał. Bunty zaczęły się w Stanach Zjednoczonych protestem przeciw wojnie w Wietnamie, przeszły do Francji
i Niemiec, potem kontestowały campusy meksykańskie. Zbuntowali się Polacy i Czesi, doszło nawet do rozruchów w NRD. Wspólne było hasło: “Bądź realistą – żądaj niemożliwego”.

Zbuntowani studenci niemieccy urodzili się już po wojnie, dlatego mogli zażądać
od rodziców (prawdziwych i symbolicznych) rozliczenia nazizmu i zmiany paradygmatów etycznych, społecznych i politycznych. Nazwano ich potem, gdy już przejęli w Niemczech rząd dusz, „Pokoleniem 68”. Ich działanie przyniosło efekty, zbudowali więc na następne 40 lat etos protestu. Daniel Cohn-Bendit, przywódca rewolty studentów francuskich, na pytanie postawione przez Michnika, co zostało z tamtego czasu, odpowiedział: „Nic, ale zmieniliśmy świat”.

Protesty nigdy nie miały już takiej siły, jak w roku 1968, ale wciąż z jakiegoś powodu wrzało. W latach 1979-1983 przetoczyła się kolejna fala marszów wielkanocnych, tym razem przeciwko bombie neutronowej. W roku 1989 ruch obywatelski w NRD stosując dwie metody – ucieczki i demonstracji ulicznych – doprowadził do upadku Muru Berlińskiego i Zjednoczenia Niemiec. Na Zachodzie tymczasem nieprzerwanie od roku 1968 rozwijały się alternatywne ruchy społeczne, funkcjonujące jako opozycja pozaparlamentarna, głoszące hasła odnowy moralnej w duchu lewicowym. Były one krytyczne w stosunku do systemu politycznego i stanowiły propozycję alternatywnych form życia i gospodarki. Znanym na całym świecie symbolem alternatywnego fermentu społecznego była berlińska dzielnica Kreuzberg. Ruchom obywatelskim przyświecały hasła zaangażowania lokalnego z jednoczesnym uwzględnieniem zasad sprawiedliwego rozwoju na świecie: „Myśl globalnie, działaj lokalnie!“ To hasło pod koniec minionego tysiąclecia przyświecało procesowi globalizacji protestów. Silny ruch ekologiczny od końca lat 70 miał charakter międzynarodowy (Greenpeace), podobnie jak aktywny ruch antyatomowy, którego natężenie wzrastało z każdą wielką katastrofą atomową (Three Mile Island USA 1979,  Czernobyl 1986 i Fukushima 2011). Przełom tysiącleci to również ważne akcje pacyfistyczne: protesty przeciw interwencjom wojskowym w Zatoce Perskiej w roku 1991, Jugosławii i Kosowie w roku 1999, Afganistanie w roku 2001 i Iraku w roku 2003. Równie ważnym elementem buntów społecznych na przełomie tysiącleci był ruch antyglobalistyczny szczególnie aktywny podczas zebrań tzw. Ósemki (G-8) czyli liderów najważniejszych państw na świecie.

O ile międzynarodowe akcje wciąż odbywały się z silnym udziałem demonstrantów niemieckich, o tyle na płaszczyźnie lokalnej bunty znacznie osłabły. Dość wspomnieć protesty przeciwko likwidacji „państwa opieki społecznej” w roku 2003. Gdy koalicja SPD/Zielonych wprowadziła reformy drastycznie ograniczające pomoc dla najsłabszych grup społecznych, protestowały zaledwie garstki. Reforma zaś dotyczyła ogromnej części społeczeństwa: bezrobotnych, chorych, upośledzonych, a przede wszystkim osób, które zwalniano z pracy, po to, by je potem zatrudnić za grosze w tzw. „projektach”.

Charakterystyczne, że od lat 60 w Niemczech wciąż powstawały partie protestu. Jedne znikały po kilku latach, inne przez dziesięciolecia brały czynny udział w polityce lub biorą do dziś – były to m.in. partie Zielonych – Bündnis 90/Grünen, PDS – Partei des Demokratischen Sozialismus, Lewica Polityczna – Politische Linke, Partia zastępcza – Stattpartei, Piraci – Piratenpartei. Wiosną 2013 roku pojawiła się AFD – Alłternative für Deutschland. To niby pozytywne zjawisko odbiło się jednak negatywnie na sile protestu społecznego, gdy bowiem niezadowolenie przechodzi z ruchu obywatelskiego do partii, obywatel przestaje się angażować.

Wutbürger czyli Rozzłoszczeni i Stuttgart 21 (porażka nr 1)

Słowo „Oburzeni” czy też (jak we francuskim oryginale i po niemiecku) wezwanie Empört Euch! / Indignez-vous! użyte zostało w eseju Stephane Hessela w październiku 2010 roku. Ukazał się on w Niemczech w wydawnictwie Ullstein w lutym 2011 i podobnie jak we Francji bardzo szybko znalazł się na liście bestsellerów. W roku 2012 film „Oburzeni” Tony’ego Gatlifa, pokazany na festiwalu filmowym Berlinale, był jednym z najbardziej dyskutowanych obrazów, mimo że wcale nie był najlepszy. Jego teza zamyka się w zdaniu jednego z dyskutantów. Na internetowym forum napisał on, że „oburzeni są po prostu bardzo… oburzeni”.

W październiku 2010 roku, w związku z najsłynniejszym niemieckim protestem ostatnich lat, czyli w tzw. sprawie Stuttgart 21, pojawiło się w Niemczech słowo Wutbürger – wściekły obywatel – wymyślone przez publicystę Dirka Kurbjuweita i użyte właściwie jako opozycja do „Oburzonych”. Oznaczało człowieka zamożnego, starszego wiekiem, konserwatywnego, któremu rzeczywistość tak dokuczyła, że zdecydował się wreszcie na protest.  „Wściekły” to wyborca chrześcijańsko-demokratycznej partii CDU, często emeryt, człowiek, który dotychczas nigdy się niczemu nie sprzeciwiał, reprezentujący konserwatywne centrum społeczeństwa, będące zawsze i wszędzie ostoją istniejącego porządku, na którą liczyć może każde państwo, nawet najstraszniejsze.

Powodem wściekłości był projekt przebudowy dworca w Stuttgarcie, który miał
się stać nowoczesną wizytówką miasta. Projekt drogi, a jego realizacja paskudna – wielka dziura w środku miasta przez najbliższe 10 lat. Zdaniem Kurbjuweita dlatego właśnie spokojny dotychczas obywatel się rozzłościł. Nie o koszty mu chodziło, tylko o dekadę brudu, hałasu, niewygody i paskudztwa. Autor dowodzi, że projekt dworca został zatwierdzony demokratycznie, a Wutbürger jest stary, konserwatywny i głupi.

Ciekawe, że słowo wymyślone jako obelga, szybko zmieniło znaczenie, stając się symbolem niezadowolenia i obywatelskiego nieposłuszeństwa. Sprawa „wściekłych staruchów” i dworca w Stuttgarcie szybko wykroczyła poza ramy zwykłego lokalnego protestu, który pojawia się w Europie praktycznie rzecz biorąc wszędzie, gdy buduje się coś nowego – ulicę, lotnisko, dworzec, tamę, autostradę, linię kolejową. Walka przeciwko dworcowi nabrała niemal cech mitotwórczych. Poszło, jak w starożytności, o oko. Gdy Filip Macedoński obiecał bogom to, co ma najcenniejszego za zwycięstwo pod Metone, zwyciężył. Gdy zapytał, co ma bogom teraz ofiarować, usłyszał, że bogowie sami sobie wezmą, co będą chcieli. I wzięli oko. Przebiła je strzała wystrzelona z katapulty przez łucznika Astera.

Stary dworzec w Stuttgarcie wzniesiony w roku 1922 to znakomity przykład niemieckiej architektury modernistycznej. Teraz ten dworzec czołowy zostanie zastąpiony przez nowoczesny, podziemny dworzec przelotowy, zapewniający łączność z ogólnoeuropejską siecią szybkiej kolei. Koszty oszacowano wstępnie na 4 miliardy euro, choć dziś już wiadomo, że wyniosą co najmniej 11 miliardów. W roku 2010, gdy budowa dworca została zaakceptowana we wszystkich instancjach, niespodziewanie ujawniły się masowe protesty. Krytycy twierdzili, że koszty są sztucznie zaniżone, a dworzec nie przyniesie poprawy sytuacji komunikacyjnej w mieście, co więcej budowa zagraża wymogom ochrony środowiska. Usunięcie starego dworca oznacza zniszczenie zabytku kultury modernistycznej, a uwolniona w ten sposób przestrzeń 100 ha pod zabudowę w samym środku miasta przyniesie korzyści tylko spekulantom.

Od listopada 2009 roku Wutbürger organizowali w Stuttgarcie marsze protestacyjne
ze świecami. Były blokady ulic, przykuwanie się do drzew i ogromne manifestacje, w których uczestniczyło do 150 tysięcy ludzi. Początkowo przebiegały spokojnie, ale 30 września 2010 roku doszło do ostrych walk policji z demonstrantami. Użyto pałek, gazu pieprzowego i armatek wodnych. Niewątpliwie policja przesadziła. Za zgodą władzy zareagowała zbyt mocno i… władza przegrała. Dietrich WagnerInżynier Dietrich Wagner ranny podczas demonstracji 30 września 2010 roku stracił widzenie w jednym oku. Zdjęcie zakrwawionego mężczyzny obiegło cały świat i przechyliło szalę zwycięstwa na stronę demonstrantów. Inwestorzy wstrzymali budowę. Dalekosiężną konsekwencją protestów była radykalna zmiana polityczna w Badenii-Wirtenbergii. Wiosną następnego roku wybory wygrała wprawdzie CDU, która po 58 latach nieprzerwanych rządów, ustąpić musiała jednak koalicji Zielonych i SPD. Przywódca Zielonych, Winfried Kretschmann, był pierwszym politykiem tej partii, który został szefem rządu w niemieckim kraju związkowym.

O tym, czy i jak ma się zrealizować projekt przebudowy dworca, zadecydowało referendum 27 listopada 2011 roku. Od czasu pamiętnej demonstracji wszyscy sądzili,
że referendum raz na zawsze zastopuje sporny projekt. Stało się inaczej. Prawie 60% głosujących opowiedziało się za kontynuowaniem budowy. Demokracja zwyciężyła i zjadła własne dzieci. I tak się zakończył wielki bój.

Porażka numer 2 – woda w Berlinie

W polskim filmie „Poszukiwany poszukiwana” pada pytanie, czy oni (ONI!) tę wodę sprzedają na lewo? W Berlinie w roku 2010 okazało się, że dokładnie tak było. Już w roku 1999 tajnie sprywatyzowano prawie 50% berlińskiej wody. W ciągu 2 lat od podpisania umów woda zdrożała o 35%. Po dziesięciu latach, w czerwcu 2010 roku, tajne umowy przestały być tajne i rozpoczęła się wielka akcja społeczna o ich unieważnienie, czyli o zaniżenie cen wody. Walka zakończyła się w lutym 2011 roku. Berlińczycy poszli na referendum, żeby zmusić władze do ujawnienia machlojek z wodą – zwyciężyli, a woda i tak jest droga… Tak jak Stuttgarcie, w proteście obywatelskim, my, rozzłoszczeni obywatele (teraz to słowo miało już sens pozytywny), formalnie uzyskaliśmy wszystko, co chcieliśmy uzyskać, a i tak nie uzyskaliśmy nic. Berlińskie doświadczenie z wodą to apogeum zaangażowania obywatelskiego, apogeum, wygranej i apogeum przegranej, bo polityka ręka w rękę ze światem wielkich finansów pokazały nam, gdzie naprawdę jest nasze miejsce – w mrowisku, w którym buszują wielkie żuki!

Intermezzo czyli jak Artur Żmijewski zamienił Berlin Biennale 2012 w forum ruchu Occupy i dlaczego nic z tego nie wyniknęło oprócz politowania

Mieliśmy już za sobą doświadczenia Stuttgartu i Berlina, gdy kuratorzy 7. Berlin Biennale Artur Żmijewski, Joanna Warsza i grupa artystyczna Wojna zaprosili do udziału aktywistów ruchów protestu z całego świata Occupy/Echte Demokratie Jetzt! /Indignados/Movimiento 15-M, arabskiej wiosny oraz zaangażowanych artystów, w tym przedstawicieli środowiska polskiej „Krytyki Politycznej”. Biennale w dniach od  27 kwietnia do 1 lipca 2012 roku odbywało się pod hasłem „Forget Fear“ – „Zapomnij o strachu”. W KunstWerken politycznym protestantom oddano do dyspozycji 400 metrów kwadratowych po to, by mogli uprawiać politykę artystyczną. W akcji wzięło około 100 artystów i protestantów z Niemiec, Hiszpanii, Holandii i Stanów Zjednoczonych, Polski, Palestyny, Japonii i Izraela. W manifeście napisali, że chcą skorzystać z szansy, jaką im daje Biennale, aby nawiązać kontakty międzynarodowe, uczyć się od siebie nawzajem i móc w przyszłości jeszcze ściślej ze sobą współpracować. Chcą dyskutować o gospodarce zrównoważonej i alternatywnych formach życia. Podstawową formą pracy artystyczno-politycznej była Asamblea, czyli publiczne spotkanie. Uczestnicy przyjechali na Biennale z namiotami, co jest charakterystycznym wyróżnikiem całego ruchu Occupy. Założyli Camp, który pełnił funkcję „Arbeitszentrale”. Tu miały wziąć swój początek takie akcje jak Autonomous University, Livestream i Computer HackLab.

Żmijewski jeszcze przed Biennale opublikował manifest polityczny. Teraz go przetłumaczył: „Does contemporary art have any visible social impact? Can the effects of an artist’s work be seen and verified? Does art have any political significance – besides serving as a whipping boy for various populists? Is it possible to engage in a discussion with art – and is it worth doing so? Most of all, why are questions of this kind viewed as a blow against the very essence of art?” Autor zadaje pytania i sam na nie odpowiada: Polityka i kultura nie mogą być odseparowane, ponieważ tworzą wtedy ślepy świat niewidzących się wzajemnie dyskursów, debat i działań. Kultura nie jest dodatkiem, ornamentem, kremem poślizgowym, ale jednym z centrów polityki. Bo ludzie w kulturze mówią, a polityka powinna ich słuchać. A więc wszystko cudnie. Manifesty i protesty. Tyle, że do śmiechu. A może do płaczu.
Oto kilka dowolnie zestawionych opinii: „Spóźniona rewolucja kulturalna zrobiona przez Polaka dla Polaków: Kurator Biennale Żmijewski chciałby przy pomocy sztuki stworzyć pragmatyczną politykę. Powtarza w sztuce doświadczenia Pokolenia 68, tworząc groteskę pełną deja vu”. „Kurator Żmijewski używa faszystoidalnej symboliki, łącząc lewicowe poglądy z populistycznym antykapitalizmem”. „Krytyka cynicznego rozumu. Grass i Auschwitz to go i Occupy Camp dla gapiów: Berlin Biennale cynicznie pogrywa ze swym najważniejszym przesłaniem, zmieniając je w polityczny kicz”. Tygodnik “Der Spiegel” zatytułował artykuł o kuratorze Biennale „Kunstfeind” – wróg sztuki. “Artur Żmijewski odrzucił formułę wystawy, zamienił ją w platformę wymiany poglądów i badania tego, co sztuka może. Ale czy sztuka cokolwiek może?” Gdyby Żmijewski poprzestał na próbie ikonografii protestu, stał się archiwistą współczesnych ruchów społecznych, to wystawa byłaby ciekawa. Tymczasem polski artysta zapowiedział, że sztuka „dużo może” i że pod jego przewodnictwem to zrobi. A to już przesada. Przestrzeń sztuki, nawet ulicznej, nie jest tym samym, co przestrzeń buntu. Nie jest i być nie może. Sztuka nie zastąpi rewolucji, może jej co najwyżej towarzyszyć. To modernistyczna utopia, że Artysta jako Nowy Człowiek poprowadzi zbuntowany lud najpierw na barykady,
a po zwycięstwie na kwietne łąki Nowego Ładu i Nowego Społeczeństwa. Bo najpierw,
na przykład, trzeba by wiedzieć, jakie mają być te kwietne łąki. A jak na razie nikt tego nie wie. Demokracja zbratana z kapitalizmem zawiodła na całej linii, ale co miałoby być zamiast niej? Nikt nie wie, nie wiedział również Żmijewski.

(…)

Hasła bez pokrycia

zaczerpnięte są z nadzwyczaj słusznego filmu „Oburzeni” Tony’ego Gatlifa. Film wyprodukowano na zlecenie francusko-niemieckiego programu telewizyjnego „arte”. Czyli te same państwa, które mają dość pieniędzy, by bronić banków, spekulantów finansowych i strefy euro, mają zarazem dość pieniędzy, by sfinansować film
o proteście przeciw takim poczynaniom. System wchłania swoich wrogów zmieniając
ich akcje w kolejny dowód tolerancji. Znamy to dobrze, bo tak po okresie głupiej przemocy postępowała komuna, wchłaniając Gombrowicza czy Hłaskę. Podobnie jest zresztą i w drugą stronę. Kilka miesięcy temu oburzaliśmy się, gdy wyszło na jaw, że organizacja sprzeciwiająca się okupacji Tybetu, sprzedawała chińskie koszulki, tyle że ze stosownym hasłem. Również symbol ruchu Occupy – namiot – to tani, leciutki i łatwy w rozstawianiu „gadżet”, produkowany w Chinach i „okolicy”. Hasła, których używa ruch oburzonych są nad wyraz słuszne, a zaczerpnięte zostały z wystylizowanego na polityczną agitkę traktatu Hessela. Wszyscy mamy obowiązek ochrony dobra, jakim są ideały demokracji. Żądamy gospodarki szanującej wartości społeczne. Dobro ogółu jest ważniejsze od zysku. To nie kryzys, to błąd systemu. To nie kryzys, to oszustwo. To nie my jesteśmy przeciw systemowi, to system jest przeciw nam. Obojętność zabija. Idziemy powoli, bo chcemy zajść daleko. Nie będziemy płacić na wasz kryzys. Nie ratujcie banków, ratujcie demokrację. Politycy nie reprezentują naszych interesów. Solidarność nie jest przestępstwem. To ostatnie hasło 30 lat temu wzruszyłoby nas wszystkich do łez. Niestety, czasy się zmieniły. I wreszcie wezwanie każdego idealisty skierowane do wszystkich organizatorów życia politycznego i ekonomicznego: Schämt euch! Wstydźcie się!

Prognozy i wnioski

Każde pokolenie ma powód do buntu, każde na starość będzie konserwatywne. Mówi się, że ten, kto się za młodu nie buntował, jako starzec będzie potworem. Do niedawna każde pokolenie nie tylko miało powód do kontestacji, ale każde też z całym przekonaniem wierzyło, że zwycięstwo przyniesie zmianę na lepsze. To się zmieniło mniej więcej na początku nowego tysiąclecia. Straciły sens uniwersalne powody buntu, okazało się też, że bunt nie przynosi nawet przejściowej zmiany na lepsze. Globalizacja sprawiła, paradoksalnie, że sens zaczęły mieć tylko małe, pozornie nieważne, działania lokalne. Wierzyliśmy jednak, że sumują się one w powszechny ruch zmian pozytywnych. Niestety Stuttgart 21 i woda w Berlinie uświadomiły nam, że wcale tak nie jest, że lokalnie też nic nie możemy, mimo iż pozornie każdy wciąż nas pyta o zdanie. Kiedyś zatem powód i cel buntu miały sens, a potem, nagle, przestały. Będziemy się buntować, bo takie są prawidłowości rozwoju osobniczego i społecznego. Ale… Powód jest abstrakcyjny, cele nie do pojęcia, metody zawodzą, ofiary są bez znaczenia, wróg nie ma twarzy, a zwycięstwa nie będzie i to już z góry wiadomo. Walczymy o nic. O to tylko, by na starość nie być potworem, lecz jednak człowiekiem.

Moje muzea

Ewa Maria Slaska

Widziałam w moim życiu dziesiątki a może setki muzeów. I myślę, że przez długie lata uważałam muzeum za miejsce bliskiego obcowania z dziełem. Z reguły nie zwracałam uwagi na to, jak muzeum wygląda, ważne było, co można w nim zobaczyć. Dopiero na studiach (archeolodzy mają takie zajęcia, nazywają się “muzealnictwo”) dowiedziałam się, że muzeum nie musi być jak Watykan, Luwr albo Wilanów kawałkiem pałacu lub  średniowiecznego klasztoru, że mogą powstać i powstają specjalne budynki muzealne, np. Muzeum Narodowe w Warszawie albo British Museum.

muzeum-gdanskmuzeum-gdansk-obrazMuzeum Gdańskie było oczywiście pierwszym muzeum, jakie poznałam. Dziś nazywa się Muzeum Narodowe w Gdańsku. Na górnym zdjęciu  – wnętrze, na dolnym – najsłynniejszy eksponat, Sąd Ostateczny Hansa Memlinga, namalowany ok. roku 1470 na zamówienie fundatora z Florencji i zdobyty przez polskich piratów czyli tzw. kaprów. To nieco niewygodna karta z dziejów polskiego muzealnictwa i na stronie muzeum nie ma o tym mowy.

Ale to jednak największy skarb muzeum w Gdańsku.

Dwa następne muzea pokazała mi moja matka chrzestna czyli Ciotuchna – Wilanów i Łazienki, a moja ukochana cioteczna Babka, Karusia, zabrała mnie do Wieliczki, której tak jak myśmy ją zwiedzały, chyba już nie można zwiedzać. Płynęłyśmy łodzią po podziemnej rzece, obejrzałyśmy kaplicę i Groty Kryształowe, dziś ścisły rezerwat, do którego nie wpuszcza się zwiedzających.

Groty_KrysztaloweIndie zwiedzaliśmy z Jackiem w roku 1999. Muzeum Indyjskie w Kalkucie zostało założone w roku 1814 – to jedno z najstarszych muzeów na świecie i najstarsze w Azji. Gromadzi obiekty z różnych dziedzin. I jest najwspanialsze pod słońcem, staroświeckie i nierealne.

Indian Museum CalcuttaByło też mnóstwo muzeów w USA, właściwie codziennie jedno. I wspaniałe dzieła.

574px-Leonardo_da_Vinci,_Ginevra_de'_Benci,_1474-78Leonardo da Vinci, Ginevra de Benci, 1474 – 1478, Washington, National Gallery of Art.

A potem nagle pojawiły się zupełnie inne muzea. Projektowali je słynni architekci, miały niezwykłą bryłę, nadzwyczajne światło, ogromne przestrzenie i odjechane materiały. Eksponaty usunęły się na bok, często ich zresztą wcale nie było lub nie ma, a zastąpiły je wirtualne modele wszystkiego. Zwiedza się przede wszystkim budynek.

santiago sizaWnętrze Galicyjskiego Centrum Sztuki Nowoczesnej w Santiago de Compostela, projektant Alvaro Siza Vieira (1988-1993).

libeskind_jewish_museum_berlin_MF4_6933Jüdisches Museum Berlin, projektant Daniel Liebeskind, 2001 i wreszcie Muzeum Historii Żydów Polskich, otwarte 23 kwietnia 2013 roku, projektant Rainer Mahlamäki, Fin.

muyeumwarsyawaTo wszystko piękne wnętrza, piękne budynki, zapewne najwspanialsze dzieła współczesnej architektury. Lubię nowoczesną architekturę, jestem więc nimi zachwycona, nawet jeśli wydają mi się trochę do siebie podobne. W końcu Luwr, Wilanów i Pałac Charlottenburg też są do siebie podobne.

A jednak, gdy zasypiając nie myśląc myślę o muzeum, co zawsze działa na mnie uspokajająco, moja podświadomość sięga po portrety Ginevry de Benci, Mony Lizy czyli Lisy Gherardini, Damy z łasiczką czyli Cecylii Gallerani, widzi obrazy Vermeera i Rogiera van der Weydena, rozmyśla o pantofelkach koło łóżka Małżeństwa Arnolfini.

Dawno nikt z Czytelników niczego dla nas nie pisał. Zaczął się sezon więc chyba tylko z Australii mógłby napłynąć opis jakiegoś miasta poza sezonem. A skoro zaczął się sezon, to będziemy zwiedzać muzea. Napiszcie o tych, które lubicie najbardziej.

Lokomotive

Manfred Mack fragte mich auf dem Facebook: Liebe Ewa, darf man etwas verrücktes aus Hessen auf Schwäbisch nach Berlin schicken zusammen mit einem lieben Gruss? Ich versuchs mal.

Serdecznie

Manfred

Und ich: Klar!
Na dann, mal sehen:


xxxx
Also Lokomotive auf schwäbisch von Julian Tuwim (1938) auf Deutsch, Schwäbisch und in einer Paraphrase von unserem heutigen Autor.

Möchte man mehr von ihm wissen – siehe Manfred Mack.
***
Und hier noch in gelesener Form die Lokomotive auf Deutsch und Polnisch:

Polska Zielona Sieć

kupujodpowiedzialnie

Związek Stowarzyszeń Polska Zielona Sieć jest ogólnopolską organizacją pożytku publicznego zrzeszającą organizacje ekologiczne działające w największych miastach Polski. Naszym celem jest rozwój w zgodzie z naturą. Działamy poprzez budowanie obywatelskiego poparcia dla zrównoważonego rozwoju, tworzenie mechanizmów społecznej kontroli wydatkowania publicznych funduszy, zwiększenie wpływu konsumentów na jakość produktów oraz politykę globalnych korporacji, a także wspieranie ekorozwoju krajów Globalnego Południa oraz społeczeństwa obywatelskiego w Europie Wschodniej.

Wiele z naszych działań opiera się na aktywności organizacji regionalnych, które wspierają inicjatywy obywatelskie na rzecz ochrony środowiska. Współpracujemy również z organizacjami krajowymi i międzynarodowymi.

Aktywnie działamy dla natury, człowieka i rozwoju.

Główne programy PZS to:
Kampania Kupuj odpowiedzialnie!
Akcja dla Globalnego Południa
Program Dla klimatu
Fundusze dla zrównoważonego rozwoju

fabryka

Przypomnijmy
23 kwietnia 2013 zawaliła się fabryka odzieży w Dakce
zginęło 1100 osób.
Produkowano w niej ubrania dla
Primark, Bon Marché, Joe Fresh, El Corte Ingles, Mango, Benettona.
Mam sukienkę z Primarka. A inne, skąd są?
Skóra mnie boli.
HOME  BOOKS  ETHIC  CONTACT

Ikar

Pomyślcie, proszę, wraz ze mną o człowieku z lotnią, który w sobotę tak właśnie umarł. Było nas czworo i byliśmy jak ten oracz za pługiem i rybak z siecią. Mogliśmy tylko patrzeć. A on spadł i umarł.

Potrzebowałam dwóch dni, by móc napisać ten wpis.

Please, let us think about a paraglider, who died on saturday exactly like Icarus. We were four of us, looking at his fall, not able to do anything.

I needed two days for being able to prepare that post.

640px-Bruegel,_Pieter_de_Oude_-_De_val_van_icarus_-_hi_res

Pieter Brueghel the Elder (1526/1530–1569), Landscape with the Fall of Icarus,1558, oil on canvas mounted on wood, Royal Museums of Fine Arts of Belgium. Wikipedia commons. Photographer: manosuelta.files.wordpress.com.

William Carlos Wiliams

According to Brueghel
when Icarus fell
it was spring

a farmer was ploughing
his field
the whole pageantry

of the year was awake
tingling
near the edge
of the sea

concerned
with itself
sweating

in the sun
that melted
the wings’ wax

unsignificantly
off the coast
there was
a splash

quite unnoticed
this was
Icarus drowning

W. H. Auden

About suffering they were never wrong,
The Old Masters;
how well, they understood
Its human position;
how it takes place
While someone else is eating or opening a window or just walking dully along;
How, when the aged are reverently, passionately waiting
For the miraculous birth, there always must be
Children who did not specially want it to happen, skating
On a pond at the edge of the wood:
They never forgot
That even the dreadful martyrdom must run its course
Anyhow in a corner, some untidy spot
Where the dogs go on with their doggy life and the torturer’s horse
Scratches its innocent behind on a tree.In Breughel’s Icarus, for instance:
how everything turns away
Quite leisurely from the disaster;
the ploughman may
Have heard the splash, the forsaken cry,
But for him it was not an important failure; the sun shone
As it had to on the white legs disappearing into the green
Water; and the expensive delicate ship that must have seen
Something amazing, a boy falling out of the sky,
had somewhere to get to and sailed calmly on.

 

Arystokracja i moda

Przyszedł mail. Przeczytałam. Najpierw myślałam, że to śmieszne. Przepraszam, ale ten styl. Jednak gdy zobaczyłam pierwsze zdjęcie, pomyślałam, że pani Rapacz z Krakowskich Szkół Artystycznych, która przysłała mi tego maila, ma rację. To warto opublikować na blogu. Tekst jest nudny, sama dziewczyna też nie umie pisać o tym, co robi (rzeźbione ręcznie dłonie w butach???), ale za to na pewno umie projektować.  

mode0“Druga edycja Fashion Culture odbyła się 6 kwietnia 2013 roku w Londynie, w pałacu White House księcia Jana Żylińskiego (…) kolekcje pokazywały dwie absolwentki Szkoły Artystycznego Projektowania Ubioru – Anka Letycja Walicka i Marta Makary. Kolekcje (…) oceniało jury pod przewodnictwem polskiego arystokraty Jana Żylińskiego w skład którego weszli projektanci bings bungs bangs i bongs (nie chce mi się ich wszystkich wymieniać, ale są takie nazwiska jak Klimas i Zień) (…)
To oni zdecydowali, że główna nagroda, którą jest dwumiesięczny płatny staż w prestiżowej pracowni krawieckiej MEYER&MORTIMER. powędruje do Anki Letycji Walickiej (…) która pokonała konkurentów przeważającą ilością głosów. Warto wspomnieć, że  firma MEYER&MORTIMER istnieje od XVII wieku i szyje ubrania dla członków rodziny królewskiej i gwardii Królowej Elżbiety, co świadczy o tym, jak wysokiej rangi jest to wyróżnienie.

mode2Charakter nagrodzonej kolekcji najlepiej opisuje sama autorka:

Chciałam stworzyć surowy charakter kolekcji jak również efekt trójwymiarowości i złudzenia optycznego. Ogólnie – kontrastowe połączenia materiałów sztucznych i naturalnych, gładkich i fakturalnych, ciężkich i lekkich. Dzięki zamkom błyskawicznym, zapinanym i rozpinanym w różnych kombinacjach, można nadać ubraniom różne formy. Podeszwy – koturny, podobnie jak rzeźbione ręcznie dłonie w butach, zostały wykonane z drzewa lipowego, zaś cholewki z koziej skórki: futerka oraz bydlęcej. Dzięki szczególnym proporcjom butów, sylwetki zdają się unosić lekko nad ziemią – mimo warstw materiałów i nagromadzenia tkanin.  Drewniane dłonie występują nie tylko w rzeźbieniach koturn, ale i jako element akcesoriów, na przykładów postaci naramiennika. Odnalazłam też spójność pomiędzy liniami papilarnymi opuszków palców i… słojami w drewnie. Oba rodzaje linii zostały zgeometryzowane do formy trapezu. Stał się on figurą wyjściową nie tylko do samych druków, ale i do budowania kształtów i konstrukcji poszczególnych sylwetek.”

mode1

Wszystkie zdjęcia prezentują projekty Anki Letycji Walickiej. Fotografowała Michele Ardu. Wnętrza – White House, pałac księcia Żylińskiego w Londynie.

mode3

PS:

Tradycji nie pielęgnuje nikt prócz biedaków. Arystokracja hołduje modzie, nie tradycjom.
Gilbert Keith Chesterton

10 maja 1933

10 maja 1933 odbyło się pierwsze nazistowskie palenie książek w Berlinie i 20 innych miastach uniwersyteckich. Lista książek do spalenia została podzielona na literaturę piękną, historię, sztukę, politykę i naukę o państwie, historię literatury, religioznawstwo, filozofię i pedagogikę. Lista została przygotowana na życzenie Związku Studentów Niemieckich przez młodego bibliotekarza, doktora Wolfganga Hermanna. Z literatury pięknej Hermann wysłał na stos książki następujących autorów (uwaga wszystkie nazwiska się linkują do niemieckiej Wikipedii):

Z tej listy wybieram na chybił trafił jedno nazwisko. Alexander Lernet-Holenia (ur. 21 października 1897 w Wiedniu, zm. 3 lipca 1976 tamże) – austriacki pisarz, poeta, i historyk. Tyle pisze o nim polska Wikipedia.
Już się nauczyłam – jeśli polska Wikipedia pisze tak mało, to nie znaczy, że nie chce, to znaczy tylko, że jak dotąd NIKT nie chciał się zająć tym, żeby o nim coś napisać. Wiem, bo już raz udało mi się zmienić  taki stan i wprowadzić do polskiej Wikipedii porządny wpis o szwajcarskim pisarzu Andre Kaminskim, a potem zrobiłam wpis dla Wikipedii: http://pl.wikipedia.org/wiki/Andr%C3%A9_Kaminski. Wpis porządny, nie ma się czego wstydzić, ale robota była żmudna i ciężka, nie tyle samo pisanie, ile przeprowadzanie procedury weryfikacji wpisu. Nie na darmo twierdzi się, że Wikipedię tworzą inteligentni renciści, żeby być autorem Wikipedii, trzeba mieć czas. Czas i cierpliwość. Czasu na pewno nie mam, cierpliwości może by i starczyło, no ale czas…

plakatjungerHerrTymczasem Alexander Lernet-Holenia był interesującym i płodnym pisarzem – autorem powieści fantastycznych, wierszy, komedii obyczajowych, dramatów i czego jeszcze. Trzy jego dzieła posłużyły jako scenariusze filmowe, w tym, no proszę – powieść z roku 1931 Die Abenteuer eines jungen Herrn in Polen – Przygody młodego człowieka w Polsce. Słyszeliście o tym? Widzieliście? Czytaliście?

Film wyreżyserował Gustav Fröhlich, ulubieniec publiczności, który też gra główną rolę męską. Rzecz rozpoczyna się dokładnie sto lat temu w Petersburgu, główna akcja toczy się tuż po wybuchu I wojny światowej w Lublinie, a tyczy tragicznej miłości, zdrady, bohaterstwa, wierności ojczyźnie…
Premiera filmu ma miejsce 4 października 1934 roku w Lipsku, a sam film zostaje zakwalifikowany przez odnośną komisję jako obraz o poważnych treściach, który można wyświetlać w kinach w dniach świąt kościelnych i narodowych.
Rok wcześniej spalono na stosie książki Lerneta-Holeni.
Czy ktoś umie to wytłumaczyć?

lernet-holenia
plakatholeniaPS: Lernet-Holenia wcale nie jest tak nieznany w Polsce, jakby się mogło wydawać. Z obfitej twórczości pisarza kilka rzeczy zostało wydanych  po polsku, przede wszystkim jego opowiadania i nowele fantastyczne, opublikowane w antologiach tematycznych. W roku 1967 ukazała się Mona Liza (opowiadania – tłumaczył Aleksander Stefanowski), w roku 2002 Mars w znaku Barana (słuchowisko – tłumaczył Jerzy Łukosz) i wreszcie w roku 2012 Germania (wiersze – tłumaczył Ryszard Wojnakowski). A w styczniu br. zorganizowano w Poznaniu wystawę poświęconą jego twórczości. Jedna z czytelniczek donosi też o audycji z wierszami poety w tłumaczeniu Wojnakowskiego i interpretacji Ferenca.

PS.
Książki zawsze były niebezpieczną bronią. W tragedii “Almanzor” Heine tak skomentował spalenie Koranu, jakie się odbyło, gdy Hiszpanie odbili Granadę z rąk muzułmanów.
Das war ein Vorspiel nur, dort wo man Bücher
Verbrennt, verbrennt man auch am Ende Menschen.
Tam, gdzie książki palą, niebawem także ludzi palić będą.

Europa Jagiellonica contra (in)docta ignorantia

jagiellonowie-plakatDawno nie widziana na blogu (wytęskniona zatem) Dorota Cygan, zaprasza, zachęca, a nawet można by rzec – zmusza do obejrzenia wystawy Europa Jagiellonica.

Były też w tekście dwie zagadki. Obie rozwiązała Julita.

Dorota Cygan

Europa Jagiellonica contra (in)docta ignorantia

Skoro nie ma to być tekst o niczym (co najbardziej lubię!), to aż kusi, żeby był chociaż o tym, czego na tej wystawie nie ma. Bo od kiedy wiem, że tego i owego brak, owe „to i owo” – biała plama – zaczyna zajmować coraz większą przestrzeń mojej i tak pustawej wyobraźni. Istna biała dziura! Grozi mi, że jeśli nie napiszę tego tekstu natychmiast, biała dziura w mojej zaanektowanej pamięci pochłonie wszystkie eksponaty wystawy, po niej zaś kasjerkę (a szkoda, bo okazała się NIEbezrobotną historyczką sztuki!) a następnie całe muzeum historii saksońsko-brandenburskiej – i wyjdzie na to, że to Jagiellonowie tak się posthum imperialnie rozpychają. Albo gorzej: z wrażeń z wystawy zniknie mi wszystko oprócz tytułu – zamiast  Europa Jagiellonica będzie  indocta ignorantia, czyli niejasne przekonanie, że była kiedyś taka dynastia i taki kraj, ale ani nie wiadomo jaki, ani gdzie leżał – czyli zostanie to, co statystyczny Polak wie o Jagiellonach: że Zygmunt August kochał Barbarę Radziwiłłównę a Bonę grała Aleksandra Śląska.

Aby zapobiec skandalom, wolę się pochylić nad tą białą plamą.  Czego więc  nie ma na wystawie i czemu?  I przede wszystkim – kto tak twierdzi? Otóż dzięki słowiańskiej szczerości sprzedawczyni Czeszki nabyłyśmy z Lidą oprócz katalogu niemieckiego także ten dłuższy, w wersji angielskiej. No, serdeczna Czeszka miała prawo czuć radość, bo jednak najwięcej obejrzeli jej rodacy. Cieszymy się oczywiście,  solidarne z mniejszymi. Mój antyklerykalizm od razu nasunął mi jedno paskudne przypuszczenie, którego po lekturze katalogu nie sposób zrewidować, bo katalog milczy na tematy trudne. Ale nie będę się narażać Watykanowi, wytykając mu małostkowość z powodu kwestii niedostatecznego ubezpieczenia eksponatów. Oni milczą, to i my milczymy, kto powiedział, że prawda jest bardziej pociągająca niż  tajemnica. Nie wiedząc więc, czego nie ma, skazane byłyśmy na spekulację – przypuszczalnie mogło brakować kilku Witów Stwoszy lub głów wawelskich tudzież ważnych precjozów ze skarbca koronnego i kilku obrazów włoskich mistrzów. A i pewnie smoka wawelskiego raczej by nie wypożyczano, by Kraków nie stracił młodszych turystów.

Tak zwane twarde fakty są takie: W Kutnej Horze pokazano 350 dzieł (przy 60.000 odwiedzających), w Warszawie eksponatów było 230, czyli o 120 mniej (odwiedzających było  zaś 20.000), natomiast do Poczdamu dotarło 90 dzieł (czy i Ty znajdziesz się  wśród statystycznie prawdopodobnych 10.000 odwiedzających?), to jest JEDNA CZWARTA, ale wiedzieć trzeba, że część z pokazanych w Poczdamie  nie była pokazywana ani w Kutnej Horze ani w Wawie. Wyobraźmy więc sobie rozmowę trzech osób, które widziały różne realizacje tej wystawy – mogą się one na dobrą sprawę zupełnie nie porozumieć rozmawiając niby o tym samym. Fajne ćwiczenie na konwersację. Jak rozmowa Polaka z Węgrem i Litwinem bez znajomości angielskiego i bez tłumacza. Ta statystyka to też  jasna odpowiedź na niejasne poczucie zwiedzającego, że wybór eksponatów niekoniecznie miał ambicje reprezentatywności. Albo inaczej: ambicji tej pomysłodawca nie realizował pokazując największe perły ze skarbców rozległego imperium, lecz dobierając do składu coś, co miało reprezentować każdy odległy zakątek  w obrębie jagiellońskich rubieży. Żeby uściślić, że spektrum jest szerokie jak od morza do morza, powiedzmy, że są tam pojedyncze dzieła z (w kolejności alfabetycznej) z Bautzen, Brünn, Elbląga, Gdańska, Gniezna, Görlitz, Krakowa,  Pasawy, Poznania, Pragi, Torunia, Wenecji, Warszawy, Wittenbergi,  Wrocławia itd., wyliczać można by długo.

jagiellonowieOdpowiednio różne są i fizjonomie przedstawionych postaci – od lekko paskudnawych z  cennego ołtarza Zdjęcie z Krzyża z Torunia, inspirowanych sztuką niderlandzką – aż po bardziej słodkie, czeskie. I tak tryptyk Jeruzalem z Gdańska przypomina nawet takiemu laikowi jak ja trochę Memlinga i cieszy dlatego, że człowiek jednak coś rozpoznał lub przynajmniej mu się zdaje, a już z kolei piękna Madonna Praska z dwoma aniołami i alabastrową twarzą wystarcza że jest – bo jest piękna. Podobnie jest z Madonną Primavesi z Ołomuńca – wystarczy stanąć i patrzeć. Albo popatrzeć choćby na  relikwiarze – najładniejsze te z Bautzen czyli Budziszyna. Nic mi nie robi, że z Cranacha Starszego do obejrzenia  jest jedynie fragment ołtarza (a  dokładniej to pojedynczy portret, bo reszta zaginęła) – na wystawie dowiemy się np. co ma Cranach wspólnego z Wittenbergą a św. Christian z Jagiellonami, jak również to, że Albrecht Dürer przybył do Norymbergi z Górnych Węgier. Te i podobne informacje na wystawie i w katalogu są – ale nie narzucają się i można je zignorować. Także wyjaśnienie, że ołtarz Cranacha pocięto, by go uchronić przed protestantami ma smaczek – chronić przed zniszczeniem przez obcych, jak się okazuje, wolno niszcząc dzieła samemu.

W zasadzie największe zdziwienie bierze się stąd, że chodzi często o dziś nieznaczące miejscowości – i to jest może najważniejsza informacja, jakiej klasy mogły być małe dzieła w małych ośrodkach – nastawy ołtarzowe z prywatnych kaplic dają spojrzenie na polityczną i artystyczną spuściznę dynastii i świadczą o jej randze nie mniej niż najbardziej znane obiekty. A takie rzeźby jak Michał Archanioł ze smutną twarzą to już osobna jakość. Podobnie jak modlitewnik Królowej Bony. Są oczywiście pewne kurioza: Kilka zdjęć w katalogu odsyła do ołtarzy i rzeźb do obejrzenia … na miejscu, czyli np. w Görlitz lub Heilsbronn (o ile ktoś nie pomyli z Heilbronn).

Organizatorom współczuję, bo musiało ich boleć (kolektywne) serce, gdy z wystawy obwoźnej odczepiały się dyskretnie co bardziej strzeżone dzieła. Z kolei ze względów marketingowych pewnie faktycznie należało zachować nazwę wystawy, to zrozumiałe. Efekt uboczny jest, hehe, taki, że sztuka reprezentująca Jagiellonów skromniej się prezentuje niż zbiory  muzeum historii saksońsko-brandenburskiej w tymże budynku. Ale może to taki elegancki słowiański understatement. Zachowanie proporcji? Ach, nie stoimy o to! Są inne powody, by obejrzeć tę wystawę (patrz wyżej) – zgoła inne niż prymitywne, imperialne zadęcie z racji świetności sprzed 600 lat.

Co się właściwie dzieje, gdy na wystawach nie dominuje historia i opis kontekstu, ale reflektor punktowy w postaci konkretnych dzieł? Pomysł już wypróbowany, nie do końca zadowalający wszystkich – ale może sztuka to w sumie najlepszy wspólny mianownik eliminujący konflikty idei historycznych, lepszy niż zwykła polityczna poprawność ogólnikowych opisów. Kuratorzy starali się podkreślić, że w różnorodności sztuki firmowanej marką Jagiellonów przeglądała się ich zdolność asymilacyjna – umiejętność aplikowania wzorców cudzoziemskich rodzimym, w efekcie czego inspiracje miały szansę dzięki mobilności wzorców docierać także w odwrotną stronę, z powrotem na Zachód. Sprawny konsument sztuki spodziewa się, że za chwilę padnie tu określenie „integracyjna funkcja sztuki europejskiej” – i się nie pomyli, dokładnie tak chcieli kuratorzy. Sztuka doskonale wygładziła tu temat konfliktów o władzę i wpływy, nikt nie wyjdzie z wystawy z lekkim nawet niepokojem (a pamiętamy, co mówił Woody Allen po wyjściu z opery Wagnera – i w jakim filmie? –  “I can’t listen to that much Wagner. I start getting the urge to conquer Poland” w filmie “Manhattan Murder Mistery”) Nie mogę zawieść jednak oczekiwań historyków spośród blogowców i zdradzę, że dokument najważniejszego hołdu lennego (wiemy jakiego) w naszej historii też na wystawie jest (miał niedaleko, z Preußisches Staatsarchiv w Dahlem do Poczdamu jakieś 10 km). Jak również umowa przedwstępna dotycząca zawarcia małżeństw między Jagiellonami i Habsburgami (ta akurat przyjechała aż z Bratysławy). Generalnie przymiotnik „polski” nie pada jakoś przesadnie często (żeby nie powiedzieć „prawie wcale”), za to jest informacja – niby logiczna, ale jakoś często umykająca – że panny Jagiellonki, żenione potem z Wittelsbachami, Habsburgami, Wazami lub Hohenzollernami, wychowywane były dwujęzycznie.

Zanim do reszty wszystko zapomnę, dopowiem jeszcze, w których momentach moje ignoranckie serce zabiło mocniej. Nie, nie, moi drodzy, nie z przyczyn narodowych bynajmniej, jak już zaznaczyłam. Wiemy wszak, że najbardziej przez nas ukochane pojęcie narodu zrodziło się na dobre dopiero ponad trzysta lat później. Powód był inny – krótkowzroczność. Otóż obcowanie z rzeźbą średniowieczną na wysokości oczu i na długość nosa nie zdarza się codziennie. A jest wielkim przeżyciem. Nie namawiam Was na całowanie stóp rzeźby Michała Archanioła, ale daję głowę, że widok uduchowionych, przepięknych  twarzy w dobrym oświetleniu da Wam typ wzruszenia, który nazwać  trzeba mimowolnym przeżyciem estetycznym. To trudno wytłumaczyć, ale te rzeźby nie są zimne, obce i odległe. Albo inaczej: Przywykli do ekspozycji mocno rozstrzelonych w przestrzeni tu nagle stwierdzimy, że to kameralność nam się podoba. Można wręcz spojrzeć w oczy madonnie lub dostrzec szczegół rzeźbiarski typu żyłki na dłoniach lub rzeźba loków na głowie. To trochę takie wrażenie, jakie się ma zwiedzając muzea diecezjalne (patriotyzm lokalny każe mi tu koniecznie polecić wrocławskie). Dla znawców materii pewnie istotne jest, czy twarze są czeskie czy niderlandzkie czy niemieckie (albo wręcz szczegóły ikonografii Tronu Łaski) ale my laicy mamy prawo naiwnie się dziwić i przyglądać – bo od zdziwienia właśnie zaczyna się wszelkie aktywne obcowanie nie tylko ze sztuką. Właściwie wszelkie obcowanie z produktem artystycznym, nie polegające tylko na przyswajaniu i odtwarzaniu  przeczytanych informacji.

jagiellonowie2

Dla mnie osobiście ważne było jeszcze i to, że kurator – mimo oczywistych trudności, o których była mowa – zrobił wystawę z widoczną miłością do przedmiotu: niebanalna faktura tła eksponatów, kolorystyka dobrze eksponująca ich walory, a także w sumie ta kameralność.

Po to piszę do Was ten tekst względnie natychmiast i względnie nie za późno, żebyście nie mieli wymówki, że w dzień przed zamknięciem wystawy był ważny mecz, poprawiny po Dniu Dziecka, nerwówka przed rozdaniem świadectw, a pomiędzy tym Dzień Matki lub Ojca, Wniebowstąpienie, Wniebowzięcie, Boże Ciało albo Bóg wie co, choćby upomnienie z Urzędu Skarbowego, tak że podobno nie było wiadomo, w co ręce włożyć. Dumna Polska Elito na uchodźctwie, proszę ruszyć się z foteli i iść nie na festyn majowy, tylko – zwartym szykiem – kierunek Poczdam! To Wasz patriotyczny obowiązek (oprócz odprowadzania 1% podatku na cele kulturalne) – tak jak poinformowanie zaprzyjaźnionych innostrańców lub zabranie ich ze sobą. Bo w niedzielę po południu nie widziałam ani jednego rodaka na wystawie. I nie usprawiedliwia Was brak na niej „tego i owego“ – bo to, co jest, wystarcza, żeby się pokłonić i ucałować stópki figurce Jezuska (mhm, a do jakiego kultowego filmu polskiego jest to nawiązanie? – “Dzień Świra”) No, blogowcy, skoro kultowe filmy znacie, to pora na resztę. Jedna biała plama w pamięci mniej – mam tu na myśli głównie swoją, oczywiście, indocta ignorantia.

W Gołdapi i w Berlinie

Dzisiejszy wpis jest osobistym uzupełnieniem do wczorajszego referatu napisanego przez historyka.

Maria Gast-Ciechomska

podobnie jak ja została poproszona o napisanie referatu na konferencję w Bydgoszczy o polskich odniesieniach do Muru Berlińskiego. Z całego tekstu wybieram tu fragment o pobycie Maryli w obozie dla internowanych kobiet w Gołdapi i Berlin Zachodni. Reszta w linkach:

Cały referat po polsku          mury-maryla-pl
Text auf Deutsch                  mury-maryla-DE

goldapW Gołdapi internowano działaczki “Solidarności”. Pierwsze z nich trafiły tu 6 stycznia 1982 roku. Przez obóz przewinęło się 397 (lub według innych rachunków 394) kobiet, reprezentujących 33 regiony “S“. Najwięcej, bo 116, z Dolnego Śląska, 67 z Mazowsza, 25 z Gdańska. Przywieziono je z 83 miast i 6 wsi: było wśród nich 51 przedstawicielek zawodów inżynieryjno-technicznych, 46 nauczycielek, 38 studentek, 33 etatowe działaczki “S“, 23 robotnice, 16 dziennikarek. Najstarsza internowana kobieta miała 63 lata, najmłodsza 19 lat.

W Gołdapi

Dla mnie osobiście stan wojenny był zaskoczeniem – podobnie jak i odkrycie, że byłam dla wojskowego rządu na tyle groźna, by objąć mnie postanowieniem o internowaniu. Najpierw trafiłam do więzienia w Olszynce Grochowskiej. Najbardziej brutalnych represji z lat 80, a już na pewno tego lekkiego w sumie aresztu nie można porównywać z tym, co było w czasach stalinowskiej dyktatury. Mimo to internowanie do przyjemności nie należało. Dlatego tak ważne były wszelkie oznaki wsparcia z zewnątrz. Pamiętam, że wkrótce przyjechała do nas do więzienia Kalina Jędrusik, która na bramie wykłócała się tak długo i tak głośno, aż została wpuszczona z paczkami zawierającymi jakże potrzebną ciepłą odzież i artykuły higieniczne. W Wigilię, gdy było nam szczególnie smutno, słyszałyśmy, jak maszyniści pociągów przejeżdżających przez Olszynkę Grochowską pozdrawiają nas specjalnym sygnałem. W Nowy Rok natomiast niespodzianką były odwiedziny prymasa Józefa Glempa.

W połowie stycznia przewieziono nas do ośrodka odosobnienia w Gołdapi. Najpierw była długa podróż milicyjnymi “sukami” i postoje na komendach w Ełku i Suwałkach. Potem znalazłyśmy się w okazałym budynku w środku ośnieżonego lasu: w domu wczasowym Komitetu Radia i Telewizji. W porownaniu z celami więziennymi pokoje były komfortowe. Te dobre warunki miały, rzecz jasna, cel propagandowy: do Gołdapi przywożono regularnie zagranicznych dziennikarzy i delegacje Czerwonego Krzyża, by pokazać im, jak żyją internowani. My podlegałyśmy jednak nadal regulaminowi więziennemu, byłyśmy nękane rewizjami i przesłuchaniami. Ale dla mnie osobiście najbardziej dołujące przeżycie z tego okresu miało miejsce poza ośrodkiem: gdy strażniczka zawiozła mnie do lekarza do Gołdapi. Było styczniowe popołudnie, robiło się ciemno, paliło się niewiele latarń – takim bardzo słabym, oszczędnościowym światłem. W tym półmroku widać było szare, ponure miasto, błoto na ulicach, upiornie puste sklepy, a w tym wszystkim przemykających jakby ukradkiem nielicznych ludzi. Widok ten był wyjątkowo przygnębiający, zwłaszcza gdy miało się jeszcze przed oczami ożywione ulice Warszawy podczas karnawału “Solidarności”.

W ogóle internowanie i stan wojenny wspominam jako wydarzenie z jednej strony dramatyczne, z drugiej zaś niebywale groteskowe. W pamięci mam iście surrealistyczne epizody: strażniczka w Olszynce Grochowskiej czytająca nam więzienny regulamin i z trudem zachowująca powagę; uwięzienie w domu wczasowym, znanym niektórym internowanym z wcześniejszych pobytów urlopowych; pilnujący nas uzbrojeni żołnierze, którym w mroźne noce spuszczałyśmy przez okna na sznurku słoiki z gorącą kawą. Było w tym coś nierealnego, poczucie, że żyjemy w jakiejś pomyłce, w fałszywej rzeczywistości, która lada chwila pęknie niczym bańka mydlana. I myślę, że to przeświadczenie pozwoliło mi przetrwać siedem miesięcy internowania w jako tako dobrym stanie.

Potem wielu z nas komunistyczne władze skutecznie przeszkadzały w powrocie do normalnego życia. Niektórym uniemożliwiono ukończenie studiów czy pracę zawodową. Trudno także pogodzić się z tym, że w czasach wywalczonej przez siebie wolności sporo tych zaangażowanych kobiet znalazło się poza głównym nurtem polityki. Ale były sprawy bardziej bolesne. W rozmaitych oficjalnych laudacjach dla kobiet zaangażowanych w opozycji czy w “Solidarności” podkreśla się stale, że wykonywały te same zadania co mężczyźni i płaciły podobną cenę. To niezupełnie tak, w przypadku kobiet cena bywała wyższa: rozpad małżeństwa lub rodziny. Bo o ile było jasne, że żona aresztowanego opozycjonisty ma do spełnienia rolę towarzyszki walki i pracy, dającej wsparcie, o tyle od mężów opozycjonistek nikt poświęceń nie oczekiwał i wydawało się niejako naturalne, że po pewnym czasie tracili cierpliwość i znajdowali sobie nowe partnerki, o odmiennych zainteresowaniach i mniej zdecydowanych poglądach. Temat tego – mówiąc współczesnym językiem feministycznym – nierównego statusu nie był jednak wtedy podejmowany. Bo też “Solidarność”, walcząc z zakłamaniem na poziomie politycznym, nie tykała wielu innych społecznych tabu, nader dotkliwych dla kobiet, jak np. przemoc domowa czy problemy życia rodzinnego, kłócące się z sielankową wizją.

W Berlinie Zachodnim

Pod koniec roku 1987 wyjechałam na studia do Berlina Zachodniego. Ten chwilowy wyjazd ostatecznie zmienił się w emigrację. Z drugiej strony bronię się przed tym określeniem, gdyż niezupełnie oddaje ono sytuację. Polska była stale blisko, na wyciągnięcie ręki, a odkąd znikły ograniczenia paszportowo-wizowe, spędzam tam mniej więcej jedną czwartą roku, tak z powodów prywatnych, jak i zawodowych.

Wtedy jednak, w grudniu 1987 roku, gdy znalazłam się w Berlinie Zachodnim, największym szokiem było nie upajające powietrze wolności, nie bogato zaopatrzone sklepy, lecz rzeczy jeszcze bardziej prozaiczne: chodniki bez dziur oraz punktualna i sprawna komunikacja. W tej sytuacji w środku zimy nawet mróz był łatwiejszy do zniesienia, a śnieg wydawał się bielszy. Mur stał jeszcze w najlepsze i nic nie zapowiadało, że wkrótce go nie będzie. Po obu jego stronach były dwa kompletne, samodzielne miasta. Tylko raz przemknęła mi przez głowę absurdalna myśl, jakiż to moloch by powstał, gdyby obie części kiedyś się połączyły.

Z pięter domów po zachodniej stronie, które z Murem sąsiadowały, widać było nocą łunę reflektorów, wieżyczki obserwacyjne, zasieki i uzbrojone patrole. Mur rozbijał naturalną rzeczywistość, fizyczna bliskość Berlina Wschodniego kontrastowała z jego politycznym oddaleniem. Zatelefonowanie do znajomej za Murem było przedsięwzięciem znacznie trudniejszym niż rozmowa z Ameryką. Jadąc metrem mijało się nieczynne stacje po stronie wschodniej: na peronach leżały porzucone bilety i zużyte opakowania, poza tym było pusto, zupełnie jak gdyby obecnych tam ludzi jakiś nagły kataklizm zaskoczył, wymiótł niczym bomba neutronowa. Na tych stacjach pociągi zawsze zwalniały – jak mówiono, by w razie czego mogły się zatrzymać, gdyby komuś udało się tam dostać. Pomnik w pobliżu lotniska Tempelhof dokumentował niezwykły i jedyny w swoim rodzaju akt solidarności Zachodu: most powietrzny, dzięki któremu podczas blokady miasta w roku 1961 skutecznie obroniono ten wyjątek w świecie radzieckiej dominacji. A przejście graniczne Checkpoint Charlie, gdzie w tym samym czasie stanęły naprzeciw siebie, lufa w lufę, czołgi niegdysiejszych aliantów, uświadamiało, jak cienka była w Berlinie granica między wojną zimną a gorącą. Nota bene właśnie na Checkpoint Charlie, na ścianie jednej z kamienic, doskonale widocznej po drugiej stronie Muru, przez całe lata drażnił wschodnioniemieckich strażników wielki napis „Solidarność’”.

W latach 60 Witold Gombrowicz pisał: “Berlin Zachodni to błyskotka o amerykańskim profilu z pulsującymi, mrugającymi i oślepiającymi neonami. Na wschód od Muru panują ciemności aż po Władywostok”. Nic dodać, nic ująć, miasto było witryną zachodniej prosperity najbliżej granicy z siermiężną Rosją. Było także – mimo swej wielkości – przejrzyste i na swój sposób przytulne. Bo też Mur nie tylko otaczał więzienie, jakim stało się NRD, lecz także, paradoksalnie, zdawał się chronić wyspę wolności przed tamtą rzeczywistością. Gdyby go porównać z innymi murami znanymi z historii, był tyleż Ścianą Płaczu co Murem Chińskim, broniącym cywilizacji przed zalewem barbarzyństwa. A gdy w końcu padł, to jak mur Jerycha – w ciągu jednego dnia.

W Berlinie Zachodnim żyło się nieźle dzięki hojnym subwencjom z Bonn. Mieszkańcy uchodzili za tolerancyjnych, przypisywano im otwartość na świat i przychylność dla indywidualizmu oraz bardziej wyostrzoną świadomość: że postrzegali więcej niż ich rodacy na Zachodzie. Toteż nie przypadkiem właśnie to miasto stało się najpierw centrum rewolty roku 1968, a potem alternatywnego stylu życia. W Berlinie Zachodnim noce zaczynały się szybko i kończyły późno, był europejskim Big Apple, które nigdy nie śpi. Był także potęgą kulturalną, zarówno w odniesieniu do sztuki klasycznej, jak i przede wszystkim awangardy. Ekscentryczne formacje artystyczne bowiem potrafiły wyjątkowo trafnie oddać atmosferę tej zamkniętej metropolii: miasta na wariackich papierach, odczuwającego stale niepokój o własne przetrwanie.

W czerwcu roku 1989 Polacy dali znać reszcie demoludów, że komunizm można obalić za pomocą kartki do głosowania. Ale w samym Berlinie forpoczta polskich przemian pojawiła się wcześniej, bo już w roku 1988: pod postacią ulicznych handlarzy. Po zniesieniu obowiązku wiz masowo handlowali oni na położonym nieopodal Filharmonii tzw. Polenmarkt, budując mozolnie podstawy nowej, kapitalistycznej już egzystencji. Ci handlarze byli często krytykowani, także przez ludzi opozycji. A przecież ich działalność to również był protest, wyraz niezgody na biedę i brak perspektyw. Tę atmosferę wokół Polenmarkt doskonale oddawała popularna wtedy piosenka zespołu Big Cyc:

Jakaś karafka, stary zegarek
Trzeba zarobić te parę marek
Renta, stypendium, wyżyć się nie da
Tu kupisz, tam sprzedasz, nie weźmie cię bieda.

Berlin Zachodni, Berlin Zachodni
Tu Polak stoi co drugi chodnik
Za każdym rogiem czai się Turek
Sprzedasz mu wszystko, tylko nie skórę.
Nasza bieda nas rozgrzesza
Polski handel, Trzecia Rzesza /…/

Pilsnera wypić trzema łykami
Opylić fajki, kupić salami
Gdy Polizei, to dawać chodu
Wrócisz do kraju, będziesz do przodu
Bo tu w dzień jeden zarobisz tyle
Co górnik w miesiąc w trudzie i pyle.

*

Pamiętnego 9 listopada obchodziliśmy urodziny koleżanki z akademika. Siedząc wieczorem w zacisznej włoskiej restauracji w dzielnicy Wannsee, nie mieliśmy pojęcia, co się stało. Po powrocie do akademika późną nocą wszyscy niezwłocznie udaliśmy się na spoczynek, ignorując sensacyjne opowieści sąsiadki z piętra. Dopiero rankiem okazało się, co przespaliśmy: oto berlińczycy zmienili świat nie ruszając się z miasta, a tylko robiąc dziurę w Murze. Tę dziurę zresztą wkrótce własnoręcznie powiększyłam, gdy udałam się pod Mur z młotkiem i odłupałam kawałek pomalowany na zielono. Tak więc również z moim skromnym udziałem rozpoczął się – najpierw amatorski, potem fachowy – demontaż Muru i zamknęła się lista jego ofiar. A co by było, gdyby wtedy Muru nie obalono, gdyby podczas owej konferencji prasowej włoski dziennikarz nie zadał słynnego pytania, a Günter Schabowski był bardziej powściągliwy w mowie? W ciągu Jesieni Ludów upadały po kolei, jeden po drugim, reżimy komunistyczne, ale jest możliwe, że NRD długo jeszcze opierałaby się przemianom, że przez lata byłaby politycznym skansenem – na podobieństwo Białorusi, ale nieporównanie bardziej groźnym.

Tak czy owak po tym 9 listopada i w ogóle po roku 1989 znaleźliśmy się w diametralnie odmiennej rzeczywistości, bardzo często niezgodnej z oczekiwaniami. Po 20 latach można już wyciągnąć wnioski i aż się prosi, by porównać lekcję polską i niemiecką.