Ogłoszenia drobne

Za czasów gdy z siostrą i dwoma kuzynkami prowadziłam bloga “Jak udusić kurę” (blog był na bloxie.pl, a kilka lat temu blox zlikwidował bez problemu miliony swoich blogów, w tym również nasz), miałyśmy zwyczaj zadawania Czytelnikom zagadek. Zwyczaj się przeżył, ale tym razem nasza Autorka, Lidia Głuchowska znalazła, przeglądając w bibliotece pewne czasopismo, interesujące “ogłoszenia drobne”. Publikujemy je tu, zadając pytanie – czy ktoś wie, co to (mogło być) za czasopismo? – Odpowiedział Pharlap: Zwrotnica.  Wyślemy mu w nagrodę książki o Kubickim (kto to jest Kubicki, to już chyba nie trzeba naszych Czytelników pouczać, bo Kubicki na blogu już był i jeszcze będzie, o tak, na pewno). No i może jeszcze zapytamy, a któż to, ów paseista? Też odpowiedział Pharlap: człowiek hołdujący przeszłości.

paseista
pieknyzmarl

Listy czyli rejestry

Martyna Starosta
mieszkała w Nowym Jorku, gdzie zajmowała się dziennikarstwem, wideo i filmem dokumentalnym, gdzie mieszka i co robi teraz – nie wiem.

“Listy 1- 1000”

zostały wiele lat temu napisane po niemiecku i tyleż samo lat temu przetłumaczone przeze mnie na polski.
Poszukałam Martyny w internecie, bo bardzo lubię ten tekst…

Dookoła roi się od list. Ułożenie listy wszystkich list, od Sumeru po Rabelaise lub od Biblii po Julesa Verne byłoby zadaniem niemożliwym (…)
Jacqueline Pigeot, Die explodierte Liste: Die Tradition der heterogenen Liste in der alten japanischen Literatur

01/ Miejsca odpowiednie do popełnienia samobójstwa (przeze mnie) (podzielone na 2 kategorie: 1. rzeki, 2. budynki)
02/ Ludzie kiedyś mi bliscy, a którzy odmawiają rozmowy ze mną
03/ Muzyka, którą otrzymałam w podarunku (od kogo, kiedy, ile płyt / kaset)
04/ Nieobecni, z którymi (jestem przekonana) mogę utrzymywać kontakt
05/ Najdłuższe rozmowy telefoniczne, w tym miesiącu (uszeregowane według stopnia rozpaczy)
06/ Komplementy / nieoczekiwane
07/ Książki, które chciałabym posiadać
08/ Książki, do których wracam
09/ Książki, których nigdy nie przeczytam (podzielone na 2 kategorie: 1. niezdolność, 2. ograniczona długość życia)
10/ Zdania podkreślone w książkach, z których korzystam
11/ Ludzie, których mogę poprosić, by coś dla mnie ukradli
12/ Mężczyźni, którzy jednak to zrobią
13/ Bliskość, którą skutecznie zdołałam oddalić (posegregowana chronologicznie wstecz, od dnia dzisiejszego do dnia, kiedy skończyłam 15 lat)
14/ Fragmenty piosenek, co do których jestem przekonana, że potrafię je zaśpiewać
15/ Wiadomości na sekretarce automatycznej, które mnie rozśmieszyły
16/ Chwile, kiedy nie udało mi się doprowadzić sprawy „do końca“
17/ Chwile, kiedy myślałam, że coś dobiegło końca
18/ Ludzie, do których zawsze wracam
19/ Przeczytane
20/ Pożegnane (uszeregowane według stopnia ostateczności)
21/ Przepisane
22/ Zgubione
23/ Ukryte
24/ Usunięte
25/ Skreślone
26/ Ilość zjedzonych awokado (do dziś; zestawienie na podstawie ilości pestek)
27/ Języki, których chcę się nauczyć
28/ Łóżka, w których nocowałam
29/ Ilość wersji mojego imienia i nazwiska, zapisanych obcą ręką w notatkach, listach i pamiętnikach tych, którzy mnie kochają lub nienawidzą
30/ Spacery obarczone kompleksem szalonej wyższości (podzielone na 2 kategorie: 1. samotne, 2. w towarzystwie)
31/ Listy, które otrzymałam i których treści nie umiem sobie przypomnieć
32/ Listy, które otrzymałam wbrew woli
33/ Jak często nie byłam w stanie napisać listu, bo każde zdanie przeczyło poprzedniemu
34/ Chwile, kiedy byłam przekonana, że coś zdarza się po raz pierwszy
35/ Jak często nie napisałam listu, bo wcale mnie to nie interesowało
36/ Dedykacje w książkach, które otrzymałam w prezencie
37/ Przyczyny wyrzutów sumienia (usystematyzowane według stopnia sensowności)
38/ Imiona dla mojej córki
39/ Listy, które przechowuję wbrew woli
40/ Listy, które wieszam na ścianie (usystematyzowane według trwałości)
41/ Zaskakujące rozmowy z samą sobą (dwie kategorie: 1. zabawne, 2. patetyczne)
42/ Listy, na które nie odpowiedziałam (podzielone na 2 kategorie: 1. byłam nadawcą, 2. byłam adresatem)
43/ Co bym chętnie zrobiła za pieniądze
44/ Listy czyli rejestry, pielęgnowane przez bliskie mi osoby, jakby to były rośliny
45/ Najbardziej obiecujące tytuły książek / rozczarowujące
46/ Pytania
47/ Możliwości wymowy mojego nazwiska
48/ Wieczory, kiedy tańczyłam wyłącznie dla innych
49/ Dni, kiedy innych nie było
50/ Niemożności, których nie wypuszczam z rąk
(…)
487/ Geologiczne nazwy kamieni, które moi rodzice skądś przynieśli, aby położyć je na parapecie okna
488/ Gdzie leżą kamienie w moim mieszkaniu
489/ Listy elektroniczne, które wydrukuję i skataloguję, bo są częścią mojego życia
(…)
999/ Milczenie zapowiadające milczenie
1000/ Siostry bliźniaczki, które wspólnie robią na drutach jeden i ten sam szal, z dwóch przeciwległych końców

Tłumaczyła Ewa Maria Slaska

Kombajn mowy

Dorota Cygan

Kombajn mowy po Castorfie, czyli co zrobić, by poznać Krystynę Jandę

czechowjandacastorf

Foto Castorf: Ulf Mauder /Janda i Czechow – Wikipedia Commons

Ewa – nasza blogowiczka, niestrudzona i pełna poświęcenia  – wybrała się tydzień temu do berlińskiej Volksbühne, aby się bez reszty poświecić recepcji Czechowa Das Duell (czyli Pojedynek) w inscenizacji Franka Castorfa. Raczej nie było to poświęcenie w tym drugim, dosłownym, znaczeniu (Ewa się nie skarżyła, o nie!), i to dobrze, bo wolimy zapełniać blog myślami dobrymi, konstruktywnymi lub w najgorszym razie subwersywnymi, a nie wymownym milczeniem. No, spokojnie, nie mam intencji  wyręczać  Ewy  i pisać recenzji ze sztuki, której nie widziałam (wiem, lekceważę w ten sposób praktyki recenzenckie wielu gazet) – choć jest to myśl kusząca, przyznam, i przy okazji niezła wprawka stylistyczna. Chcę tu wystąpić ze sprawą bardziej osobistą.

Otóż Ewa była w teatrze z  panią dyrektor jednego z większych teatrów polskich, zaprzyjaźnioną, jak mi kiedyś wspomniała mimochodem, z Krystyną Jandą. Od kiedy to wiem, próbuję sobie odmalować, co należy zrobić, żeby poznać Krystynę Jandę – ale nie w Wawie, gdzie nigdy nie ma czasu, lecz w Berlinie, gdzie czas płynie inaczej. Czy nie mogłyby obie panie dyrektorki za którymś razem przyjechać do Berlina we dwie? To przecież takie oczywiste. Niestety, nic z tego. Kiedy usłyszałam od Ewy, że inscenizacja Castorfa trwała 4 (słownie cztery) godziny, pomyślałam, że  prędzej się stanie nie wiem co, niż ten cud, żeby wcielenie energii i dynamiki dało się przykuć do fotela na wieczność, nawet dla Czechowa. Swoją drogą cztery godziny to iście epicki rozmach, może tylko trochę usprawiedliwiony faktem, że chodziło o inscenizację bodajże jedynej POWIEŚCI wielkiego mistrza dramatu (eee tam, zaraz powieść, co najwyżej powieściątko – 60 stron – na szaro przypisy EMS). Można by pomyśleć, że reżyser chciał pokazać, co się stanie, kiedy z braku dramatów przyjdzie kolej na wystawianie prozy (a w dalszej kolejności artykułów gazetowych i reklamowych), ale jednak nie – ostatnio w Oldenburgu widziałam na scenie opowiadanie Kafki Die Verwandlung (Przemiana) – porównywalna ilość stron, a trwało tylko półtorej godziny (!). Musiało Castorfowi chodzić o coś innego. Ale niestety, jak by nie patrzeć, zużył na przesłanie artystyczne te prawie cztery godziny (no ale jednak dali nam 15 minut przerwy).

Mój zadaniowy charakter nie daje jednak za wygraną, kombinuje i podsuwa mi proste rozwiązania techniczne. Takie na przykład. Jeżeli prawdą jest, że teksty polskie są z reguły o jakieś  10 procent krótsze od niemieckich (jak zapewnia mój kolega tłumacz), to może … nie, nie, proszę nie myśleć  w tę stronę, nie będziemy oczekiwać od widza berlińskiego, żeby w teatrze w tym mieście na stałe obowiązywał język polski (tym bardziej, że nie mamy się co uskarżać, było już sporo gościnnych występów polskich w Berlinie, choćby w HAU). Ale można by skorzystać np. z wypróbowanego w polszczyźnie środka retorycznego, jakim jest elipsa. W niemieckim znacznie trudniejsza do zastosowania, jak się przekonałam, czytając opowiadania Czechowa w wersji dwujęzycznej  – też wychodzi na to, że tekst rosyjski, operujący  elipsą, jest o jakieś 20 procent krótszy od niemieckiego. Elipsa – owszem, niełatwa, ale przecież nie niemożliwa! Zyskalibyśmy ostrożnie licząc jakieś 20 minut z okładem. Po drugie, można by wyciąć trochę pauz – tych retorycznych i językowych, mówić z pominięciem akapitów i spacji, zatrudnić aktorów wyłącznie z północy Niemiec (mówią znacznie szybciej niż np. Bawarczycy) albo obcokrajowców (którzy i tak wolą z zasady równoważniki zdań), poopuszczać rodzajniki (to lubię!!), zrezygnować z (jakże „nienaturalnego”, jak wiemy)  wymawiania długich niemieckich samogłosek, zastępując je polskimi jasnymi „o, e, u”, po czym, przepuściwszy taki kombajn po tekście, otrzymalibyśmy produkt przynajmniej  zbliżony do tego, co statystyczny Polak uważa za poprawny akcent niemiecki (wiem, co mówię, walczą we mnie takie same upodobania melodyczne). A zbliżywszy szczęśliwie prozodię zdania niemieckiego do polskiego, zyskamy dalsze cenne minuty, marnowane na nabieranie powietrza i pracę organów artykulacyjnych w języku naszych zachodnich sąsiadów.

(Castorf, zapewne przewidując ten tekst, zrobił już pierwszy gest tego rodzaju –  zaczął od tego, że nad sceną umieścił napis po rosyjsku – cytat z Czechowa – nie tłumacząc go NIGDZIE!)

Wolno nam uczynić taki krok tym bardziej, że jest już w literaturze niemieckiej – ba,  w tekście niemieckiego noblisty! – pierwowzór takiej operacji językowej: W opowiadaniu Heinricha Bölla Doktor Murkes gesammeltes Schweigen (Zebrane milczenie doktora Murke, ale nie wiadomo tak naprawdę, bo rzecz nie została przetłumaczona na polski) bohaterowi wywiadu radiowego wycinają wszystkie przerwy w speechu na antenie – wychodzi im z jednego tylko wywiadu jakieś 15 minut – po czym bezlitośnie każą mu tego odsłuchać, prezentując mu jego „milczenie zebrane” – zamiast podziękowania. To znaczy, kulturze niemieckiej i takie radykalne eksperymenty nie są obce. (Ciekawe swoją drogą, jak by się miało ‚milczenie zebrane’ Krystyny Jandy z całego roku do jednorazowego milczenia böllowskiego bohatera. Wyszłoby pewnie po równo).

No więc takim sposobem uzyskalibyśmy jakieś dalsze 20 minut. Czy nie ucierpiało by na tym rozumienie spektaklu Castorfa? Niekoniecznie, skoro nawet recenzenci niektórych niemieckich gazet piszą wprost, że ten, kto mówi, że zrozumiał jego treść, zwyczajnie kłamie.  (To nieprawda, to po prostu oni nie zrozumieli, bo nie przeczytali uprzednio Czechowa, najlepiej po rosyjsku. Jakby przeczytali, to by zrozumieli) I przyznają jednocześnie, że mistrz i tym razem zaserwował niełatwą strawę intelektualną, z której widzowie mogą co prawda wyłuszczać pojedyncze aluzje do aktualnych spraw i bieżących produkcji artystycznych – i mieć podobno z tego uciechę, jednak o głównej idei tej wielkiej improwizacji w sumie mając pojęcie niewielkie. Nie szkodzi. Myślę, że wychodząc z teatru może on mieć poczucie, że otrzymał za cenę kupionego biletu rozrywkę odpowiedniej długości, niezależnie od tego, jak się zapatruje na genderowski dyskurs obecny w konsekwentnym obsadzeniu  ról męskich przez kobiety. Widz niemiecki to zna (ja to przynajmniej od Hamleta granego przez Angelę Winkler w Schaubühne ponad 10 lat temu) (Sarah Bernhardt też grała Hamleta, czego?) (Czy doceniacie, drodzy Czytelnicy/czki, zdania poboczne i wtrącone w nawiasach, jedne za drugimi, jak tramwaj? a będą jeszcze jedne w drugich), nie sposób go tym sprowokować – i NIE będziemy namawiać na wycięcie tych scen, bo nie chcemy zwiększać  poparcia dla aktywnych ostatnio polskich środowisk konserwatywnych, używających sobie na „gejowskim i takim tam” podejrzanym teatrze, ile wlezie. Te rzeczy zostawiamy, i tak wojująca prawica ma się nieźle.

Ale cóż właściwie będzie miał z kolei polski widz do przeciwstawienia zadowoleniu niemieckiego widza z zasady „płacę i dostaję odpowiednio długi spektakl”? Przypomnimy mu oto, że on za to dostaje trzy w jednym! Bo też 32 omdlenia według Czechowa w Teatrze Polonia (2011) składały się aż z trzech jednoaktówek. W jeden wieczór! To dopiero jest efektywna gospodarka czasem. Polski widz może więc powiedzieć „idę do teatru i poznaję od razu trzy teksty”, i to nie bynajmniej skróty à la Reader’s Digest, tylko aktorstwo z najwyższej półki (Janda – Stuhr – Gogolewski), oczywiście w stosownym tempie, bez dłużyzn, milczenia itd.  (Wszystko, co koleżanka autorka proponuje Castorfowi, ten już przerobił – w roku 2010 wystawił bowiem Trzy siostry łącząc je z Chłopami (Czechowa, nie Reymonta) i nazwał to Do Moskwy! Do Moskwy!)

No więc jest 1:1, możemy  przystąpić do dalszej racjonalizacji gospodarki czasem i energią w teatrze berlińskim. Skoro już wiadomo, że należy wziąć Polkę Krystynę Jandę, aby było szybciej z tym Czechowem, to ruszmy to, wnieśmy sensowny wkład w bilateralne projekty, które można sprawnie  sfinansować (a skróty i cięcia zawsze można dobrze uzasadnić, no nie?). Nie bądźmy tacy sceptyczni. W życiu, jak  w teatrze, liczy się także tempo podejmowania decyzji. Działajmy od razu. Niech kulturę niemiecką wzbogaci piękna mowa nadwiślańska. Skądinąd zarzut kumoterstwa nie powinien się pojawić, skoro grają już w tej sztuce niegdysiejsza towarzyszka życia Castorfa oraz przyjaciel Heinera Müllera. Nie mam racji?

A wówczas będę mogła poznać w Berlinie Krystynę Jandę, usadzę ją przy stole i poczęstuję bigosem i pierogami mojej mamy – bo będzie na to jakieś dwie godziny czasu więcej niż w wersji pierwotnej, gdzie liczy się tylko strawa intelektualna. A gdyby kolacja się miała przedłużyć, to proponuje jeszcze odzyskać parę sekund zmieniając pisownię z Tschechow na Czechow. (No Чехов przecież! Jeszcze o dwie litery krócej. I tak to Dorota napisała tekst, a ja mam ostatnie słowo!)

Sztuka pisania jest sztuką skracania, a zwięzłość jest siostrą talentu.
Czechow, “Pojedynek”

Zobaczyłem Mojżesza…

Kilka tygodni temu pojawił się tu już tekst i wiersze Romana Brodowskiego – zob. post Syberia. Wpis spotkał się z bardzo dobrym odbiorem Czytelników, postanowiłam więc, że zaproponuję autorowi, aby zajął w naszym terminarzu pierwsze piątki miesiąca. Czas wydał mi się stosowny do tego, co pisze Roman Brodowski. To termin kiedyś powszechnie znany, teraz – nie wiem… Może przyszła pora na nowe konotacje. Z przyjemnością odnotowałam też kolejną piękną koincydencję, które zdarzają się nam przy redakcji tego blogu – we wtorek był tu wiersz Stanisława Kubickiego o Mojżeszu. Dziś nie tylko Mojżesz się tu znowu pojawia, ale nawet znowu w tym samym poetyckim stylu inwokacji.
Ewa Maria Slaska

Roman Brodowski

Od sacrum do profanum
czyli
czy jestem człowiekiem wierzącym?

Moje dzieciństwo (tak jak przystało na tradycyjną polską rodzinę) przebiegało w atmosferze chrześcijańskiej harmonii i porządku oraz w obrządku kościoła katolickiego.

Od najmłodszych lat, w każdą niedzielę, nie wliczając w to oczywiście wszelkich świąt kościelnych, najpierw z mamą (tata nie zawsze praktykował), a potem samodzielnie uczęszczałem na mszę świętą, by czynnie uczestniczyć w liturgii, by doznawać wewnętrznego oczyszczenia oraz odnawiać kontakt z Bogiem poprzez „wyznanie wiary“.

Pomimo tego, że nie potrafiłem w okresie dzieciństwa pojąć sensu uczestnictwa w tych zrytualizowanych czynnościach sakralnych i nie rozumiałem istoty wielkiej tajemnicy, o której za każdym razem była mowa, to jednak zarówno architektura wnętrza kościoła jak i atmosfera tam panująca wywarły na mnie ogromny wpływ, do tego stopnia, że kiedy ukończyłem dziesięć lat, zostałem ministrantem.

Jako że dom mój znajdował się na przysłowiowy „rzut beretem“ od kościoła, przypadło mi w udziale otwieranie drzwi do świątyni, a co za tym idzie częste usługiwanie do mszy porannej, która rozpoczynała się codziennie o godz. 7°°.

Z czasem rola „klucznika“ stała sie dla mnie codziennym obowiązkiem, tak jak poranne mycie zębów czy chodzenie do szkoły. Ale czy taki stan rzeczy kształtował moją osobowość, czy miał wpływ na późniejsze moje życie?

Z pewnością pobudzało mnie to do samodzielnego pojmowania rzeczywistości.

Wraz z dorastaniem zaczęły się pojawiać klasyczne filozoficzne pytania typu: Czym jest wiara? Co lub kto jest praprzyczyną tego, że w takiej a nie innej formie istniejemy, po co żyjemy? Co oznacza żyć prawidłowo? I na koniec najważniejsze z tych pytań, a mianowicie: co się dzieje z nami po śmierci?

W wieku 18 lat, pod wpływem silnych emocji związanych z pierwszym rozczarowaniem miłosnym (co było i pozostało we mnie traumą), podjąłem decyzję całkowitego oddania się Bogu. Poprzez medytację, czytanie pism kanonicznych, poznawanie historii oraz genezy kościoła katolickiego, zacząłem przygotowywać się do posługi kapłańskiej.

Jak wielkie było moje zdziwienie i przerażenie, kiedy po przeczytaniu po raz pierwszy Biblii, a trwało to ponad cztery miesiące, doszedłem do wniosku, że tak naprawdę niczego z tekstów w niej zawartych nie zrozumiałem, a to co pamiętałem z okresu mojej ministrantury, było niezgodne z tekstami w niej zawartymi.

Nie mniej zaskakujące było dla mnie to, o czym informowały źródła historyczne, ukazujące kulisy rozwoju instytucji kościoła zarówno w sensie fizycznym, jak też stricte teologicznym, począwszy od pierwszego wieku, poprzez pierwszy Sobór Nicejski w 325 roku, a na ostatnim drugim Watykańskim skończywszy.

Dzięki wiedzy jaką otrzymałem z pism w tym okresie, mogłem podjąć (jak mi się wydaje) prawidłową decyzję związaną z wyborem mojej drogi w dorosłe życie i to bez pobudek emocjonalnych, a opartą na zdrowym racjonalizmie.

Z jednej strony wiedziałem, że błędem było by wiązanie mojej przyszłości z seminarium duchownym, a co za tym idzie duchowa służba ludziom bez wewnętrznego powołania, z drugiej zaś strony czułem potrzebę dalszych poszukiwań odpowiedzi na już postawione pytania.

Księdzem zatem nie zostałem, jednakże potrzeba dalszego poznania religii, w której wzrastałem, była tak wielka, że z czasem stała się  dla mnie sposobem na życie, moim hobby, moją misją i… jest nią do dnia dzisiejszego.

Lat, które poświęciłem na indywidualne studiowanie pism kanonicznych największych wspólnot wyznaniowych w obrębie monoteizmu czyli Biblii, Tory i Koranu, nie uważam za stracone, a wprost przeciwnie. Zarówno ogrom analogii w nich zawartych, jak i podobieństw w sferze nauk etyczno-moralnych oraz praw teologicznych, potwierdza, że te religie mają jeden i ten sam początek a wiara jest najważniejszą częścią naszych emocji, jest częścią nas. Wiara, ukształtowana na bazie duchowej potrzeby przekonania o tym, że jest Ktoś, dzięki komu istniejemy, Ktoś, kto stworzył porządek świata, ktoś, dla Kogo człowiek to nie element przemijania lecz trwały sensowny twór, podobny swemu Stwórcy. Ktoś, Kogo utożsamiamy z wiecznością.

Skoro wiara jest częścią mnie, a ja nie powstałem z próżni czy chaosu, o czym jako osobnik rozumny jestem przekonany, to i pewność istnienia Początku Wszechrzeczy (Boga) jest dla mnie bezsporna, o czym głośno mówię w  wierszach.

Czy jestem człowiekiem wierzącym – na tak zadane pytanie, bez najmniejszych oporów, ze spokojem sumienia odpowiem – jestem!

***

A wiara idzie obok

„…wiara, nadzieja, miłość…“
(1 Kor. 13-13)

Pytasz przyjacielu gdzie moja wiara?
Idzie cierpliwie jak towarzysz obok mnie,
Prowadzi po ciernistej, wąskiej ścieżce
Do nie odkrytej jeszcze prawdy.

Choć nie ma jej we mnie, to czuje jej żar.
Języki ognia trawią matczyne słowa.
A z popiołu wyłania się zwątpienie,
Zakwita jałowym smakiem beznadzieja.

Czasami słyszę łopotanie gołębich skrzydeł.
Widzę śnieżnobiałą, pierzastą niewinność…,
I wówczas przypominam sobie przymierze
Powraca zarośnięte chaszczami dzieciństwo.

Tak! – dzieciństwo. Nasze wspólne doznania,
Mury kościelne, codzienna poranna modlitwa
Powtarzana jak mantra… do pustych naw.
I my pośrodku w nieco przydługich komżach.

To prawda, że nie składam dłoni w pokorę
Zmęczone, pachną nazbyt potnym chlebem.
Czasami dotykają cierpkich jak kiście
Niedojrzałych winogron, dziwnych dogmatów.

Już dawno wypuściłem listę pytań na wolność
Posłałem treść bezsensu mojego bytu ku niebiosom,
A rozum zwróciłem przeciwko wizji ponadczasu,
Tworząc portret niepojętej zmysłom adoracji.

Czasami przechodzą obok mnie ludzkie cienie.
Każdy niesie inny symbol swojego wyznania,
A w ich ustach relikwie świętych proszą o wsparcie,
Nakazując walczyć o czystość – tylko czego?!

Popatrz! Na panteonie nasi Bogowie
Jahwe, Chrystus, Mahomet, Budda
I wielu innych znanych tylko wybranym.
Oni nie walczą o prymat przy stole wiary,

Oni nie muszą pytać się o sens istnienia
Spokojnie odbierają sobie półwierne dusze
Wiedząc, że wiara nie potrzebuje dowodów,
Że wiara jawi się owczym posłuszeństwem.

A dla mnie przyjacielu jest tylko jedna prawda.
Ukryta w labiryncie czeka mojego odkrycia,
„Szukajcie, a odnajdziecie, proście a będzie“…,
No właśnie – Ty sam to powtarzasz codziennie.

Lecz czy Ciebie słuchają, czy rozumieją?
W twojej sieci jest coraz mniej ryb rybaku.
Nadchodzi kolejny czas długiego nieurodzaju,
Lawa miłości powoli zastyga, budząc w nas grozę.

Spójrz, tu na ziemi ludzie umierają z bezwiny.
Giną jak mrówki, pod butami dyktatów.
Humanitarne wojny dają coraz obfitsze plony,
A pieniądz wyrywa pozytywy z ludzkich serc.

Ty nie bój się o mnie, ja nie utonę w iluzji.
Obarczony balastem mych przodków.
Spokojnie dotykam granic ludzkiej upadłości
Dzieląc moje jestestwo miedzy rożne światy.

I chociaż podziwiam bezkres jasnego nieba
Chociaż w falach morskich czuję Stwórczą siłę,
W skałach czytam idee Bożego dostojeństwa,
To jednak nie pojmuje Jego istnienia.

Więc otwieram królestwo zbawienia,
Przenikam wyrwane z kontekstu obrazy
I jak ślepiec błądzę przyjacielu po kartach
Od wieków zapisanej tajemnej wyroczni.

A tam?! – tam strojne w złoto i cierpienie
Proroctwa zapraszają do swoich wnętrz
Niby przekupki, sprzedające kwiaty
Symbol próżności wyrwanej z ziemi.

Zobaczyłem Mojżesza wiodącego swoich braci
Ku urodzajnym w pokarm pastwiskom
Ku ciasnym wrotom Bogowładnej krainy
Mojżesza niosącego brzemię swojego narodu.

Widziałem wyrytą upadłość na kamiennej płycie
Testament dla obdartych, nagich w pokorę.
Objawiony na Synaju dla wybrańców Dekalog
Przepustkę do wiecznej szczęśliwości.

Widziałem dobroć płynącą rynsztokiem.
Etykę owiniętą w pusty, wytarty slogan.
Butwiejącą w pomieszczeniach katedr
Niby zapomniane dzieło marnego poety.

Spójrz na te wierzchołki przyjacielu?
To świątynie górują nad upadłym ludem
Kościoły, cerkwie, synagogi, meczety,
Miejsca spotkań dla niewtajemniczonych.

Może w każdej religii jest ziarno prawdy,
Lecz ile ziaren potrzeba, by zaspokoić głód?
Nie każde nadaje się na powszedni chleb
A i nie każda gleba brzemienna pokarmem.

Z wielu stołów jadłem natchnioną strawę.
Na wielu ucztach poznawałem człowieka,
Lecz nigdzie nie spotkałem Pana wieczności
Dlatego szukam, nadal szukam, – Przyjacielu.

Wędruję bezdrożami zmęczonego sumienia
Gaszę pragnienie wiedzy doświadczeniem,
I nadal nie wiem w jakim kierunku podążać
Więc wracam do miejsca mojego zwątpienia

A wiara, pytasz? – a wiara jak wierny towarzysz idzie obok.

Część pierwsza poematu poświęconego towarzyszowi mojego dzieciństwa, zmarłemu przedwcześnie ks. prof. Januszowi Dylowi, wykładowcy na KUL-u.

Przyjdź mój…?

Moja dusza jest jak larwa,
Czekająca wolności.
W szczelnym kokonie.
Jak majowy Motyl
Gotujący skrzydła
Do krótkiego lotu
Ku wieczności,
Jak ofiara złożona
Na ołtarzu pokory
Czekająca samopalenia

Moje usta są jak skrzypce
Wypełnione tęsknotą
Na cienkich strunach
Pajęczej doskonałości.
Jak słowa psalmu,
Unoszone zapachem
Palonego mirtu o zmroku
Jak poranne przebudzenie
W ramionach Kaliope.

Moje dłonie są jak matka
Tuląca w przypływie uczuć,
Dar bożego miłosierdzia.
W krótkim akcie oddania.
Jak chleb pszenny
Pieczony prostotą uczuć
Na kolejny już dzień
Ciernistej drogi w jutro
Jak pokłon oddany
Na cześć przymierza.

A życie? jakie ono jest?
Komu potrzebne poświęcenie?
Jak bezdomne zwierze
Czekam czyjejś dobroci
Słowa, spojrzenia, dotyku.
I tylko chłód obok mnie
Przechadza niby przyjaciel.
I tylko Miłość umiera samotna
Lampy oliwne dawno zgasły.
Ludzie walczą o lepsze jutro.
A ja powtarzam słowa
„Przyjdź mój…“ no właśnie.

Berlin, 21.06.2012

 

Mężczyzna. Der Mann.

zieloni2004. Plakat wyborczy Partii Zielonych / Wahlposter der Grünen (Liebe ist Liebe. In die EU, damit sich etwas ändert)

Lidia Głuchowska

Mężczyzna. Zmiany obrazu

„Nikt nie rodzi się jako kobieta”, to stwierdzenie Simone de Beauvoir analizuje się często w odniesieniu do polskiej sztuki współczesnej także w związku z opresyjnymi, konotowanymi kulturowo i politycznie konstrukcjami męskości. Działania i strategie społeczno-kulturalnej interakcji obnażają „niebezpieczne związki sztuki z ciałem”, by przywołać tytuł książki Izabeli Kowalczyk (…). Demaskacja ta dokonuje się poprzez przeniesienie w nowy, nietypowy kontekst określonych gestów, póz, sformułowań i reguł etykiety. Dekontekstualizacja wywołuje efekt obcości, choćby w takich pracach jak Archiwum gestów Zofii Kulik, Krzesło 2 (2000) Katarzyny Kozyry czy Kompania Reprezentacyjna Wojska Polskiego (2000) Artura Żmijewskiego, w którym artysta zestawia schematycznie upozowane umundurowane i nagie ciała.

Nagi człowiek jest bezbronny. Jak komentuje Artur Żmijewski w wywiadzie z Izabelą Kowalczyk, mężczyźni też są słabi: „(…) My słabi eksponujemy nasze różowe pupy i (…) zaświadczamy nimi o własnej miękkości, o własnej słabości. Nasze pośladki i nasze majtające się fiutki, są ambasadorami naszej delikatności”. Artyści wskazują więc na to, iż poza mówcy, mężczyzny w garniturze bądź w mundurze oddziałuje często jak konwencjonalna zbroja, oddzielająca sferę prywatną od intymnej.

Interesujące jest, iż to samo w odniesieniu do pozornie równouprawnionych społecznie kobiet udokumentowała w sztuce polskiej już przed laty choćby Ewa Partum w pracy Autoidentyfikacja (1980), w której na zdjęciu sceny ulicznej naprzeciw siebie pokazane zostały: kierująca ruchem policjantka w mundurze i naga kobieta w szpilkach.

Przemoc, którą instytucje totalitarne bądź działające na zasadzie surowego rygoru i hierarchii – takie jak armia, szkoła czy szpital – wywierają na sferę prywatną jednostki, ukazana tu zostaje jako oczywistość. Ponadto krytycznej analizie poddana zostaje także natura prywatnych związków heteroseksualnych. Ich charakter demaskuje np. Dorota Nieznalska w pracy Bez tytułu (1999), ukazując problem rodzinnej, nierzadko psychicznej przemocy mężczyzny nad partnerką, która w omawianym dziele utożsamiona i traktowana jest jak pies.

Cały tekst po polsku
z ilustracjami i przypisami w czasopiśmie Pro Libris 2009

Der Mann. Änderungen der Abbildung.

„Niemand wird als Frau geboren“. Diese Feststellung von Simone de Beauvoir wird in der polnischen gegenwärtigen Kunst auch in Bezug auf oppressive, kulturell und politisch bedingte Konstruktionen von Männlichkeit analysiert. Solche Verfahren und Strategien der interaktiven sozial-künstlerischen Koexistenz entblößen die „gefährlichen Beziehungen der Kunst und des Leibes“ (…). Dies geschieht, indem bestimmte Verhaltensmuster, Gesten, Posen und verbale Zeichen des traditionellen maskulinen Codes in neue Kontexte gesetzt werden. Häufig erzeugt dies einen Aufmerksamkeit erregenden Verfremdungseffekt, wie z. B. in den Werken Archiwum gestów von Zofia Kulik (Archiv der Geste, 1987-1991), Krzesło 2 (Der Stuhl 2, 2000) von Katarzyna Kozyra und Kompania Reprezentacyjna Wojska Polskiego (Die Repräsentationskompanie der Polnischen Armee, 2000) von Artur Żmijewski, in dem wirklich oder metaphorisch uniformierte und nackte Körper zusammengestellt sind.

Nackt ist der Mensch wehrlos: „Wir, die Schwachen, Männer, stellen unseren rosa Po zur Schau und verwenden ihn als unseren Stempel. Damit bezeugen wir unsere Weichheit und Schwäche. Unsere Hinterbacken und unsere schwingenden Schwänzchen sind Botschafter unserer Zartheit“, kommentiert der Künstler Artur Żmijewski selbst. Die Pose des Redners, der Anzug oder die Uniform erscheinen dadurch als eine Art konventionelle Rüstung, welche die Sphären des offiziellen und des privaten Männerbildes voneinander trennt.

Interessanterweise dokumentierte die polnische Kunst Offenbarungen solcher Art in Bezug auf die angeblich sozial gleichgesetzte Frau bereits von vielenJahren, so z. B. in der Autoidentyfikacja (Selbstidentifikation, 1980) von Ewa Partum, wo auf einem mitten auf der Straße aufgenommenen Foto einer uniformierten Polizistin eine nackte Frau in Pumps gegenübergestellt wird.

Die Gewalt, die besonders in den totalitären Institutionen – wie etwa Armee, Schule oder Krankenhaus – auf die Privatsphäre ausgeübt wird, erscheint somit als offensichtlich. Doch auch die Natur privater heterosexueller Beziehungen wird in der Kunst der kritischen Analyse unterzogen. So entblößt z. B. Dorota Nieznalska in ihrem Werk Bez tytułu (Ohne Titel, 1999) die familiäre, nicht selten auch psychische Gewalt des Mannes über seine Partnerin, die hier, wie auch in vielen anderen Werken, als Hündin bezeichnet und behandelt wird.

Der ganze Text auf Deutsch mit Fußnoten und Abbildungen: Endfassung_Gluchowska_autoris

Związki partnerskie

Aleksandra Puciłowska

Niekonstytucyjność miłości, co za murem siedzieć powinna

Głośno się o nas ostatnimi czasy w Polsce zrobiło. Nie, żeby od razu o nas – osobiście, ale jednak – w pewnym sensie – o nas właśnie. Wcale nie trzeba było się o to jakoś specjalnie starać nawet. Wystarczy być sobą, a pewnego ranka – z całą pewnością – przeczyta człowiek o sobie różne odkrywcze rzeczy w prasie. Tak było, przynajmniej, w naszym wypadku.

A i filmików w dobie współczesnej globalizacji można naoglądać się mnóstwo – a w roli, choć jedynie domyślnej, to jednak jednej z głównych – my same. Rzeczy działy się w Polsce, ale śledzić można je było z różnych zakątków świata. My śledziłyśmy z Berlina.

A zaczęło się od projektu, który zdezaktualizować miał mój fejsbukowy opis o tym, iż jestem wraz ze swoją dziewczyną niekonstytucyjna. Ot, zwykłe głosowanie w Sejmie nad ustawą, która – w swym zamyśle – ułatwi życie pewnej grupie osób: głosowanie nad przepuszczeniem do prac komisji sejmowych ustawy o związkach partnerskich.

Choć dotyczyć miała, jak podkreślają do dziś, z zamiłowaniem, przeciwnicy tegoż rozwiązania, jedynie mniejszości, to zainteresowaniem cieszyła się wręcz niebywałym. Czasem przyprawiało ono o nieodparte wrażenie, że losy tych ustaw bardziej emocjonują tych, których one w rzeczywistości wcale nie dotyczą. Tfu, nie dotyczyły. Czas przeszły jak najbardziej wskazany, bo koniec końców, okazało się, że – Polska to Polska, a nie żadna liberalna Europa zachodnia, a tak w ogóle, to jednak jesteśmy niekonstytucyjni, bo nie ma to jak mąż i żona.

Finał smutny, acz łatwy do przewidzenia. Choć przyznam szczerze – liczyłam na coś więcej. Tego, że wszystkie trzy projekty ustawy trafią do kosza przy pierwszym czytaniu, się nie spodziewałam. Bo chyba tylko w Polsce rządząca partia wyrzuca swój własny projekt ustawy do kosza. I tylko w takiej krainie absurdów, jaką jest Polska, zdarzyć się może sytuacja, w której podczas czytania ustawy, za którą oponuje sam premier rządu, o jej niekonstytucyjności przekonuje minister sprawiedliwości – gwoli ścisłości – tego samego rządu.

W każdym razie mój fejsbukowy status nadal pozostaje w pełni aktualny. Nie o tym chciałam, jednak pisać. Projekty ustaw o związkach partnerskich już dawno temu zostały zarchiwizowane w czeluściach Sejmu zapewne, ale dyskusja nad nimi nadal żywa. Na jej pierwszy plan niespodziewanie wysunęła się, między innymi, posłanka zajmująca się dotychczas publicznym prawem gospodarczym – posłanka PiS-u, pani Krystyna Pawłowicz. Powiedziała wiele rzeczy, których większość nie zasługiwałaby nawet na cytowanie, gdyby nie jeden znaczący fakt – iż wypowiadała je z mównicy Sejmu RP. Mównicy, która – zdawać by się mogło – do czegoś zobowiązuje. Nie siedziałam wtedy na balkonie sejmowym, tak jak siedziały tam inne lesbijki i geje. Ba, nie śledziłam nawet przemówienia pani Pawłowicz online. Ale – z opóźnieniem i za pośrednictwem mediów – uderzyło ono we mnie, z podobną zapewne, mocą.

Pani Pawłowicz mówiła o jałowości, o bezużyteczności i użytkowaniu drugiego człowieka jako przedmiotu. Słuchałam, a oczy samoczynnie wędrowały ku kalendarzowi na ścianie, by upewnić się, czy aby na pewno mamy rok 2013, a nie lata 40 ubiegłego wieku. Pani Pawłowicz nie kazała zresztą długo czekać, by podobne wątpliwości, co do czasoprzestrzeni, w której obecnie żyjemy, pojawiły się ponownie. Za swoje obraźliwe słowa na temat homoseksualistów pociągnięta miała zostać niedawno do odpowiedzialności przez Sejmową Komisję Etyki. Nie przyszła na jej posiedzenie, zasłaniając się wyrokiem sądu niemieckiego z lat 50 XX wieku, który podtrzymywał przepis o karalności czynów homoseksualnych – wydany nota bene w roku 1935. Kto był wówczas u władzy w Niemczech, przypominać raczej nie trzeba.

Krystyna Pawłowicz na mównicy sejmowej nie poprzestała. Swój wywód kontynuowała dalej w mediach. I kontynuuje dalej. Do dyskusji włączyła się cała masa znawców tematu: psychologów, psychiatrów, prawników, konstytucjonalistów, polityków, co ciekawe – księży, dziennikarzy i różnej maści innych ekspertów. Polemika toczy się na wielu płaszczyznach – od pseudonaukowego bełkotu, przez rzeczowe argumenty, po poziom zwykłej pyskówki.

Pani Pawłowicz mówi o tym, że związki homoseksualne to to samo co prostytucja, by chwilę potem chcieć otoczyć nas troską i wysłać na terapię, która zrobi z nas prawych ludzi. Może i nie staniemy się hetero, ale będziemy żyć w czystości – tak mówi posłanka PiSu. No tak, lepsza stara panna i wieczny kawaler samotnie i nieszczęśliwie, niż dwie lesby lub dwóch pedałów razem a radośnie. Ci pierwsi zajmą się  przynajmniej czymś pożytecznym, a nie będą dzieci bałamucić i mówić im, nie daj Boże, że życie w zgodzie ze sobą jest ok.

Poseł Żalek w kółko stawia to samo pytanie, czy my aby na pewno chcemy takiej sytuacji, by dwóch facetów mogło adoptować dziewczynkę? Z uporem maniaka pytanie stawia wiecznie w tej samej konstelacji. Nie wiem, czy to oznacza, iż sytuacja w której płeć dziecka adoptowanego jest zgodna z płcią rodziców byłaby czymś lepszym? Jeśli tak, to pod znakiem zapytania należałoby podstawić etyczne podstawy adopcji dzieci przez pary heteroseksualne. Bo w końcu w każdej parze hetero jest jeden facet. Skoro dwóch facetów to zło, to jeden facet pozostaje nadal połówką tego zła. Najlepiej niech każda samotna kobieta adoptuje jedną dziewczynkę, a każdy samotny mężczyzna jednego chłopca. Nie będzie jakichś podejrzanych, koedukacyjnych konstelacji, które to sprowadzą biedne dzieci z domu dziecka na złą drogę. Albo najlepiej zostawmy je w domu dziecka. Nie ma to jak solidna opieka państwa, które to najlepiej zadba o prawidłowe wzorce rodzinne.

Oliwy do ognia dolał ostatnio złotousty od zawsze i na zawsze, a prezydent już były – Lech Wałęsa. Zgodnie ze swoją miłością do demokracji, widziałby homoseksualistów najchętniej w ostatnich ławkach sejmu, a najlepiej – w ogóle za murem. Bo jest nas mało. To że kończyłam szkołę w innych czasach, niż Lech Wałęsa jest dla mnie raczej jasne. Całkiem możliwe więc, iż w jego czasach, w szkole wykładano dziwne idee na temat demokracji. Wydawało mi się jednak, że najpóźniej po odebraniu pokojowej Nagrody Nobla pan prezydent załapał już, o co w tej demokracji chodzi. Złudne me nadzieje: okazuje się, że jak jesteś w mniejszości, to i praw możesz mieć mniej. Ciekawa jestem, czy kiedy Wałęsa przeskakiwał niegdyś przez pewien pamiętny mur, o taką właśnie demokrację chciał walczyć? Strach się bać, kiedy człowiek zacznie zastanawiać się nad odpowiedzią.

Dyskusja toczy się nadal i pewnie nie zakończy się szybko. Ustawa o związkach partnerskich odleciała nam znowu o lata świetlne w przyszłość, chyba więc nie pozostaje mi nic innego, jak się pogodzić z tą moją niekonstytucyjnością. Kto to może zresztą wiedzieć, może taka niekonstytucyjna miłość prawdziwsza od tej ustawowej? W razie czego piszę oficjalnie – jak umrę, to wszelkie decyzje o pochówku i spadek dla Kingi. A jak umrze tylko mózg, to o sercu niech i ona zdecyduje, w końcu i tak jej je oddałam. Skoro żadna z trzech władz nam nie załatwiła prawa do zapięczetowania powyższego urzędowym papierkiem, to próbuję tu medialnie. Ponoć media to czwarta władza. Mam nadzieję, że skuteczniejsza.

Der brennende Dornbusch / Krzew gorejący

Stanisław Kubicki 

Der brennende Dornbusch.
Die Berufung
Krzew gorejący.
Wezwanie
Wer rief?
Um mich die brennende Wüste
der gelbe sengende Sand
ein strahlendes Meer
ohne Küste
endlos gewelltes Land – –
Kto wzywał?
Wokół płonąca pustynia
piach spalony od słońca
oślepiające morze
bez wybrzeży
grzbiety wydm bez końca – –
Und doch ist als riefe wer
in diesen unendlichen Stillen!
als schrie’ es in meinem Herzen,
so daß ich wider willen
vergaß den Palmenhain
und das schattige kühle Zelt,
und eilte in diese Welt
und horchte hier
im öden Revier
weiß nicht, auf wessen Stimme. .
A przecież jakby ktoś wzywał
w tej bez kresu ciszy!
jakby w sercu mym wołał,
i choć nie chcę słyszę
zapomniałem o palmach,
o cienistym namiotów chłodzie,
tak w świat uchodzić mi pora
gdy słucham nikt nie odpowie
poprzez jałowe pustkowie
i nie wiem czyjżeż to głos. .
Tönen die Schmerzen
und dieses ferne Rufen
aus meinem eigenen Herzen?
Hat meine Seele solche Wüsten und Winde
und tödlichen Durst?
Ich hör in mir einen Widerhall
jetzt sehnend wie Schrei in Lebensnot
jetzt sanft und gelinde,
als weinte das All
um einen jungen allzufrühen Tod!
A może mój to ból
i moja rozterka
co z mego płynie serca?
W duszy padół pusty
wysączony suchymi usty?
A we mnie jakby echo grało
ongiś krzyk w ostatniej potrzebie
dziś łagodny bez grozy odwiecznej,
jest jakby wszechświat łkał
z powodu śmierci przedwczesnej!
Denn:
hier muß ich vergessen und lassen hinter mir
all meine jungen Tage
und meine Liebe
und Haus
und Tier . . .
Die stillen sanften Herden –
alles muß so vergessen werden,
daß nicht einmal die stillste Frage
– zaghaft und sacht –
“Wo” und “Warum”
in mir erwacht – – –
Bo:
zapomnieć mi trzeba zostawić
dni młodości
i miłość
i dom
i zwierzę . . .
i spokojne łagodne stada –
wszystko w niepamięć zapada,
nie obudzi
bo nie ma we mnie
nawet pytania
– nieśmiało wyjąkanego –
“gdzie” czy “dlaczego” – – –
O!
Meines Weibes stilles Weinen
seinen schmerzlichen Widerhall
darf ich nicht hören,
er könnt mich betören,
und reißt mir doch das Herz
entzwei – – –
O!
Cichy płacz mej kobiety
bolesnym powraca echem
już nie mnie go słuchać,
bo wszak może oszukać,
a rozdziera mi serce
na pół – – –
In meinen Ohren
ist nur noch dieser Schrei,
von dem ich nicht weiß:
kommt er von ferne
oder ist er in mir geboren?
W mych uszach daremnie
tylko ów krzyk,
i nawet nie wiem:
nadbiegł-że z daleka
czy zrodził się we mnie?
MojzeszOlej
O! ewige Qual!
denn ich bin wie ein Dornbusch, der brennt,
und werde doch nicht verzehrt,
denn mein Herz es lodert und glüht
und bleibt doch unversehrt! – – –
O! Bólu odwieczny!
I jestem jak gorejący krzew
nie zgorzeję jednak do trzew,
serce me żarzy się i płonie
a nie tknięte trwa! – – –
Und
durch dieses schmerzliche Tal
durch der Zeiten Endlosigkeit
durch diese Wüste,
die so öd’ und breit
über allem liegt auf Erden,
muß ein Weg gefunden werden . . .
Patrz
poprzez dolinę łez
przez nieskończony czasów zew
przez pustynię,
szeroką, daleką
jak ziemia bezkresna,
droga mnie wiedzie bolesna . . .
Und meine Seele,
in der es weint,
in der es ruft und spricht . . .
ich kenne sie nicht:
sie ist vielleicht wie die Welt
und voller Widerhall,
darinnen Durst und Hunger bellt
wie nachts Hyäne und Schakal . .
I dusza moja,
w której łkanie tkwi,
w której coś woła i mówi . . .
nie znam jej:
lecz wiem, pełna jest ech
po dech ostatni, po brzeg,
pragnienie i głód tu szczekają
jak hieny wtórują szakalom. .
Es gibt wohl stille Oasen
irgendwo
mit Palmen und kühlendem Quell,
da schöne Herden grasen
beschützt von der Hunde Gebell – –
Wiem są tu oazy ciche
gdzieś tu są wśród drzew
chłodne źródła, gdzie
stada się piękne pasą
co psi ich strzeże zew – –
Doch die sind klein
und vergessen –
es ist, als dürft’ es nicht sein,
als wär’ es frech
und vermessen,
hier vor Gottes Zorn
vor giftigen Winden
und Tod
vor zehrendem Hunger
vor des Durstes Not
zu hüten einen Born,
da heimlich und stille
vor der Wüsten Zorn
eine schattige Fülle
mit grünenden Ernten
und sanften Tieren
und einfachem Glück
vor der Qual der Welt
und der Not der Menschen
sich zog zurück . . .
Małe są
zapomniane –
tak jakby być nie mogły,
jakby to chytre było
i na wyrost,
tu się chronić, gdy tam
Boży gniew, wichru jad
i zgon,
głód nienażarty
i pragnienia grad
tu się chronić przy źródle,
szyto kryto ukradkiem
przed gniewem pustyni
w cienistej obfitości
w plonów zieleni
gdzie zwierz łagodny
a szczęście proste
przed bólem świata
i ludzką nędzą
się schronić tak . . .
Herr!
Wer machte mich zu diesem qualvoll brennenden Strauch
zu diesem Gewirre
aus Holz und Flammen,
das da ächzt unter Qualm und Rauch
und kann nicht in Asche fallen zusammen?
Herr!
ich fürchte mein Weg geht irre! . . .
Panie!
Któż uczynił ze mnie ten krzew gorejący
ten żmut
korzenia, dymu, płomienia,
ten jęk w oparach dymu
co się spopielić nie może?
Panie!
boję się, że się zbłąkam! . . .
Von meiner Brüder engen rauchigen Hütten
von ihrer Not und ihrem Weh’
bin ich so weit und fort geschritten
daß ich sie nicht mehr seh’ – – –
Daleko odszedłem precz
od biednych sadyb brata
mego w bólu daleko
jego biedy i męki nie moja już rzecz– – –
Herr!
und ich muß noch sagen
ein böses schmerzendes Wort:
nicht nur, von seinen Plagen
auch von meines Bruders Liebe
ging ich fort!
aus seinem ärmlichen Leben
aus seiner engen Welt
und seinem kleinen Streben,
in die du mich gestellt,
ging ich schon lange einen fernen Weg
einsam
weinend
ein verlachter Tor,
der stumm und dumm
das Beste verlor – – –
Panie!
pozwól, że jeszcze jedno
słowo powiem, tak złe,
bom nie tylko plagi jego porzucił
lecz i braterską miłość jego
i poszedłem, precz!
Obróciłem się od jego biedy
i ciasnego świata
małych potrzeb,
które i mnie przeznaczyłeś,
lecz ja dawno odszedłem daleko
sam
płacząc
wyśmiewany szaleniec,
błędny i zbędny
pogubiwszy to co najlepsze – – –
Denn:
ich liebe sie nicht,
die ich lieben wollte.
Bo wszak:
Nie kocham tych,
których kochać chciałem.
Und doch:
ich weiß um der Liebe Glanz
über allem irdischen Leben, –
ich weiß um den milden Strahlenkranz,
den sie um uns kann weben,
daß sie der helle Weg zum Paradies.
A jednak:
Wiem co miłości blask
na tym ziemskim padole, –
wiem jaki wieniec łask,
nam położy na czole,
i wiem, że drogą jest jasną do raju.
Ich weiß auch dies:
und hab’ es gefunden
in den stillsten Stunden,
wenn man die Arme um alles, was ist,
ausbreiten mag:
um Mensch und Tier und Pflanze und Stein,
um Jahr und Mond und Tag,
daß man nur dann kann glücklich sein,
wenn man sich selber verloren:
es zittert das Herz
und Lust ist wie Schmerz
und wir sind wie Kinder und Toren!
I to też wiem:
bo znalazłem ten jasny kwiat
w godzinie najgłębszej ciszy,
gdy człowiek wziąłby w ramiona,
cały swój świat:
człeka i zwierzę, roślinę i kamień,
na rok, na miesiąc lub dzień,
wiem, żem tylko szczęśliwy,
gdy się zapomnę:
gdy serce w radości i bólu
drży siebie niepomne,
a my jak dzieci i głupcy!
Und schau’ ich in solchen Stunden
meinem Bruder ins Angesicht,
dann ist mir der Glanz erloschen
und das Glück mit verschwunden – – –
A spojrzałbym w tę godzinę
w twarz brata mego,
na zawsze zniknął by blask
szczęścia słodkiego – – –
Und ich höre, wie mein Bruder spricht:
von seines armen Alltags Sorgen
von seiner tägliche Fron
von Weib
und Sohn
und daß er morgen
den Zins muß zahlen – und nicht kann.
I słyszę jak brat mój woła:
to troski mego powszedniego dnia
to znój mój w pocie czoła
to kobieta moja
i syn
a jutro
poradlne mi płacić – lecz jak.
Den Reichtum aber und himmlischen Glanz
den schaut er nicht an
und lacht
und spottet ob solcher inneren Pracht.
Nie spojrzy w oblicze niebios
w jego blask i obfitości zdrój
naigrywa się
i drwi ze mnie brat mój.
O! Herr!
ich weiß:
ich sollte lieben seine ganze Jämmerlichkeit
und seine Armut
und seinen Schmutz
sein armes tägliches Leid.
O! Panie!
wiem:
kochać mi trzeba jego biedną małość
jego mizerię
i brud
i znojny codzienny trud.
Doch schau ich ihn an
und seinen Tag
und sein Gebet,
kommt Mitleid mich an
und ich mag
ihn nicht sehn, wie er da steht
kurzsichtig eifrig
weinerlich und voller Klage
um seine kargen Tage . . .
Lecz gdy myślę
że to jego dzień
i to modlitwa jego,
choć litość mnie ogarnia
nie chcę widzieć wcale
tej pokory stania
ni krzątania ślepego
ani słyszeć jak jęczy
i skargi woła, i żale . . .
Dann ängstet mich die Frage:
warum ist die L I E B E so schwer –
so voller Qual?
Es geschiehet mir,
daß ich einem Tier
– einer garstigen Spinne –
eher meine Minne
meine volle Seele mag geben,
das Geschöpf an meinen Busen zu heben,
als diesem deinem Ebenbild – – –
Lecz pojawi się w tym pytaniu udręka:
czy M I Ł O Ś Ć musi być tak ciężka
i czy w niej jeno troska i męka?
Jakbym mą duszę oddał
nie tej, którą kocham
na podobieństwo Twe stworzoną
– lecz podłym zwierzom jakimś –
pająkom, pluskwom,
skorpionom – – –
Herr!
warum ist die L I E B E so schwer
und voller Qual?
woher die Not,
daß Mitleid wird der Liebe Tod? – – –
Panie!
czy M I Ł O Ś Ć musi być tak ciężka
i czy w niej jeno troska i męka?
skąd ta udręka,
i dlaczego litość śmierć miłości znaczy? – – –
Das Schlimmste aber ist mir mein Herz,
meine feige und gesunde Seele,
die alles schaut und um jeden Schmerz
zittert und schluchzt . . .
wie ich ihr befehle.
Bo serce me to najgorsza męka,
i moja zdrowa dusza tchórza,
co najmniejszego bólu się lęka
i płacze i jęczy . . .
tak jak jej każę.
Wer machte mich zu diesem qualvoll brennenden Strauch
zu diesem Gewirr
aus Holz und Flammen,
das da ächzt unter Qualm und Rauch
und kann nicht in Asche fallen zusammen?
Któż uczynił ze mnie ten krzew gorejący
ten żmut
korzenia, dymu i płomienia,
ten jęk w oparach dymu
co się spopielić nie może?
Denn ich bin wie ein Dornbusch, der brennt,
und wird doch nicht verzehrt,
mein Herz es schreit
und am End’
bleibt es doch unversehrt! . . .
I jestem jak gorejący krzew
nie zgorzeję jednak do trzew,
serce me żarzy się i płonie
lecz przecież
nie tknięte trwa! – – –
21.III.34 Tłumaczyła Ewa Maria Slaska, Berlin, marzec 2013

Mojżesz

Rok temu, po Wielkanocy spędzonej w Poznaniu, miałam kilka godzin do pociągu i poszłam własnymi śladami (studiowałam byłam w Poznaniu) – do Biblioteki Uniwersyteckiej i do Muzeum. Myślałam, że idę oglądać Malczewskich, ojca i syna, ale okazało się, że naprawdę zajął mnie “Mojżesz” Stanisława Kubickiego. Oczywiście, wiedziałam, kim był Kubicki, w końcu wydawałam kiedyś książki jego i o nim, znałam też ten obraz, podobnie jak wiszący obok Autoportret VII (1922). Wiedziałam również, że oba obrazy są w Poznaniu. Ale teraz je zobaczyłam. I o ile sposób ekspozycji autoportretu tylko mnie zdenerwował, o tyle widok sali awangardy polskiej zorganizowanej w całości wokół i w relacji do Mojżesza zrobił wrażenie.

Minął rok, nadeszła kolejna Wielkanoc, chrześcijańska wersja żydowskiej Paschy, ta zaś jest świętem Mojżesza.  Zwróciłam się zatem do Lidy Głuchowskiej z prośbą o przygotowanie na tegoroczne święta wpisu o Mojżeszu.

Dostałam…

1_mojzesz_dobryXLidia Głuchowska

Ostatni obraz
Mojżesz przed krzewem gorejącym Stanisława Kubickiego

Po licznych międzynarodowych wystawach, na których w ostatnich latach ‘prezentowano prace Stanisława Kubickiego, nastąpił swoisty renesans recepcji jego dorobku. Obrazem Mojżesz przed krzewem gorejącym zainteresowały się Muzea Watykańskie, ostatecznie jednak dzieło to, podejmujące tematycznie wątki z okresu współpracy Kubickiego z ekspresjonistyczną grupą Bunt, trafiło do Poznania, jednego z dwóch – obok Berlina – najważniejszych centrów jego działalności.

W tamtejszym Muzeum Narodowym obraz eksponowany jest na jednej z głównych osi w galerii malarstwa współczesnego, w bezpośrednim sąsiedztwie dzieł takich twórców jak Stażewski czy Heyden, a wyróżnia się dużym formatem, intensywnym kolorytem, konsekwentną geometryzacją kubo-konstruktywistycznej kompozycji i wreszcie – zaakcentowaną także w tytule – tematyką religijną. Staje się tym samym  przyczynkiem do rozważań o polifoniczności i wielonurtowości sztuki polskiej w okresie międzywojennym.

Mojżesz przed krzewem gorejącym to ostatni obraz Kubickiego, interesujący w kontekście dyskusji o fenomenie późnych dzieł, ale również dlatego, że różni się wyraźnie od znanych dotychczas w Polsce, najczęściej wczesnych – graficznych dzieł tego artysty (…). Mojżesz jest również zjawiskiem szczególnym na tle dojrzałej twórczości Kubickiego z lat dwudziestych i trzydziestych XX wieku, dla której charakterystyczne są kompozycje konstruktywistyczne (…). Większość z nich jest plastyczną analizą elementów natury i rządzących nią procesów, wpisującą się w nurt teozoficzno-geometrycznych poszukiwań awangardy.

Mojżesz, jeden z największych pod względem rozmiarów i najistotniejszych ideowo obrazów Kubickiego, nietypowy jest również na tle dzieł innych artystów jego pokolenia. Jego forma – z pogranicza geometrycznej abstrakcji i figuracji –  różni się zarówno od twórczości awangardowej tego czasu (…), jak i od dzieł powstałych w obrębie niemieckiej Neue Sachlichkeit, ale też nurtów klasycyzujących bądź dekoracyjnych.

Nietypowa jest też jego treść, zasugerowana tytułem i aluzyjnym wyobrażeniem realnych obiektów. Biblijne odwołania obce są milczącej metafizyce czystej mondrianowsko-malewiczowskiej geometrii (…). Mojżesz przed krzewem gorejącym to rzadki na tle dokonań awangardy przypadek aktualizacji treści starotestamentowych. (…)

Narratywny charakter ostatniego obrazu Kubickiego, jeszcze silniej niż jego tytuł, ewokuje rozbudowany, powszechnie znany kontekst biblijnej opowieści o proroku, prawodawcy i przywódcy narodu żydowskiego. Uniesione ramiona Mojżesza są być może nie tylko aluzją do modlitwy na górze Nebo, lecz również do historii zwycięskiej walki Izraelitów z Amalekitami, w której gest ten miał mieć znaczenie magiczne. Wskazywać na to mógłby swoisty apokryf na temat roli Mojżesza – obszerny poemat Krzew gorejący, ideowo korespondujący z obrazem, powstały niemal w tym samym czasie, w 1934 roku. Składa się on z trzech części: Powołanie, Synaj i Skarga Mojżesza na górze Nebo. Tu z kolei artysta analizuje wątki złotego cielca, buntu, hedonizmu gawiedzi, dylematu przywódcy i wreszcie wyprowadzenia narodu żydowskiego do Ziemi Obiecanej. W obu dziełach Mojżesz pojawia się jako figura silnego przywódcy, który zamienił naród niewolników w naród wolnych ludzi, przeprowadzając go przez pustynię na znak zerwania z przeszłością oraz początku nowej kultury i cywilizacji.

W twórczości Kubickiego postacie ze Starego Testamentu – Noe i Mojżesz – były wprawdzie rzadkie, ale, jeśli się pojawiły – ważne jako wypowiedzi o idealnym modelu społeczeństwa. Noe – bohater dwujęzycznych Psalmów z lat 20 – symbolizował awangardową utopię „nowego człowieka” i „nowej wspólnoty”, społeczność anarchistyczną, wolną od hierarchii i represji (…). W 10 lat później pojawi się prawodawca – Mojżesz, a wraz z nim następuje zmiana paradygmatu. Czym była ona podyktowana? Co wydarzyło się w ciągu minionych lat?

Amorficzny anarchizm nie sprawdził się w konfrontacji z rzeczywistością, a w Europie zapanował kult autorytarnej władzy. W Niemczech doszedł do władzy Hitler, co oznaczało śmierć bądź emigrację przyjaciół Kubickiego, a w efekcie również jego własną. (…)

Mojżesz przed krzewem gorejącym  to praca nieukończona, choć  (…) niewiele na to wskazuje. Jednak porównanie tego monumentalnego dzieła (201 x 145)  ze studiami wstępnymi – akwarelą i pastelem – pozwala dostrzec, iż płomień, który przesłania tam złotą łuną horyzont, na obrazie ledwie zarysowuje się na tle nocnego nieba. Niedawna konserwacja płótna wrażenie to jeszcze spotęgowała – wydobywając niuanse barwne i finezję krystalicznej struktury kompozycji w centralnej partii obrazu, przytłumiła zarazem jaskrawsze pierwotnie żółcienie. Przy wnikliwszym oglądzie dostrzec można także zalążki trójfiguralnej sceny. Po lewej i prawej stronie Mojżesza pojawić się miały najwyraźniej jeszcze dwie tańczące postacie. Ten niezrealizowany zamysł zdradzają nieregularne, symetrycznie rozmieszczone czarne plamy po obu stronach centralnej postaci. Kubicki w czasie II wojny światowej, podczas swych pobytów w Berlinie, dokąd wyjeżdżał jako kurier polskiego ruchu oporu, próbował dokończyć obraz. Śmierć z rąk gestapo przyszła jednak wcześniej.

Jednak nawet wówczas, gdy malarz pierwotnie zarzucił pracę nad Mojżeszem, w 1934 roku, obraz ten był w zaawansowanym stadium realizacji. Jego precyzyjna kompozycja świadczy o wyciągnięciu konsekwencji formalnych z kubistyczno-konstruktywistycznych eksperymentów awangardy. Zarys tytułowej postaci wpisany jest w mozaikowo-krystaliczny układ plam intensywnego fioletu, szmaragdowej zieleni, oranżu, czerni i żółcieni. (…) Margarete Kubicka, żona artysty, interpretowała wybór takiej kolorystyki, zwłaszcza akcentowanie fioletów, jako deklarację skrywanego, może nawet nieuświadomionego, głębokiego katolicyzmu Kubickiego, mimo iż wyobrażenie ma przecież charakter starotestamentowy, a więc niekoniecznie katolicki. (…).  Kubicki zawarł tu wyraźne odniesienia do sztuki początków chrześcijaństwa, gdy jeszcze przesycone było ono duchem asymilacji dokonań starszych od niego religii. (…)

Te ideowo-formalne odniesienia pozwalają sytuować obraz z jednej strony w kontekście nurtu bizantynizującego, który w sztuce polskiej pierwszej połowy XX wieku miał rozmaite oblicza, z drugiej – w obrębie awangardowego dyskursu o fragmentaryzacji i nieobecności ciała – symbolu braku spójnej wizji świata.

Mojżesz przed krzewem gorejącym nawiązuje ideowo do zainspirowanych tematyką religijną wczesnych prac artysty (…). Powstał na krótko przed tym, jak artysta, po sukcesach w kręgu międzynarodowej awangardy artystycznej Berlina, w obliczu kryzysu politycznego i artystycznego powrócił do Poznania. Wobec umacniania się faszyzmu zamilkł jako malarz. Czy gest ten oznaczał świadomość bezsilności artystycznego protestu? A może raczej deklarację twórczego wypalenia, kres malarskich poszukiwań, uzasadniony przecież w obliczu gasnącego impetu awangardy i rozproszenia środowisk twórczych w Niemczech? W 1939 roku Kubicki opublikował jeszcze tom Poezje, którego niemal cały nakład spłonął w drukarni w Poznaniu wraz z wybuchem wojny. On sam – romantyczny rewolucjonista – zginął w 1942 roku z rąk gestapo jako działacz polskiego ruchu oporu.

Ostatni obraz Kubickiego – Mojżesz przed krzewem gorejącym (…) to artystyczna (…) koncepcja Boga karzącego, odsyłająca do aktualnej wówczas dyskusji na temat związku władzy, religii i sztuki. (…)

***
Obraz: Stanisław Kubicki Mojżesz przed krzewem gorejącym III, 1933/1934, olej na płótnie, 201 x 145 cm. Poznań, Wojewódzka Biblioteka Publiczna (depozyt w Muzeum Narodowym w Poznaniu)

FILM We, the Berliners – the avant-garde section – the history of the Polish-German neighborhood, Obieg.TV, 25.06.2009 (film ma tematykę szerszą niż ten wpis, ale ukazuje kontekst)

Publikacja (pełna wersja z przypisami): Lidia Głuchowska, Ostatni obraz. Mojżesz przed krzewem gorejącym Stanisława Kubickiego/ In: Poprzęcka, Maria (ed.): Wielkie dzieła – wielkie interpretacje. Warszawa/Stowarzyszenie Historyków Sztuki, 2007, pp. 215-228
Informacje po niemiecku: Lidia Głuchowska, Avantgarde und Liebe, Margarete und Stanislaw Kubicki 1910-1945, Gebr. Mann Verlag, Berlin 2007, s. 73, 155, 156, 197, 198, 243, 260, 263, 361, 425, 499

Jutro: wiersz Kubickiego z cyklu “Moses” Krzew gorejący / Der brennende Dornbusch. Die Berufung

Praska Wiosna

Zbigniew Milewicz

Pechowy marzec

Niby nie jestem przesądny, ale… Kiedy wstaję rano z łóżka, na tzw. wszelki wypadek staram się najpierw prawą nogą dotykać  podłogi (co łatwe nie jest, bo akurat lewa strona wyrka jest u mnie manewrowa), przed wyjazdem w podróż przysiadam „na dorożku”, nigdy torby z kluczami nie stawiam na podłodze, nazbierałoby się trochę tych wyjątków. Za to lubię datę 13, zwłaszcza, kiedy przypada w piątek. Wtedy staram się załatwiać wszystkie zaległe, trudne sprawy i na ogół dopinam swego. Najbardziej ze wszystkiego nie znoszę natomiast marca. W marcu 1968 roku za politykę wsadzono mnie za kratki. Kilka lat później, w tym samym miesiącu zaczęło się sypać moje pierwsze małżeństwo, następnie również w marcu połamałem się paskudnie na nartach. Doszło do tego, że każdego roku pod koniec lutego oczekiwałem już tylko najgorszego i oczywiście dostawałem to z nawiązką. Książek na temat pozytywnego myślenia nie było wtedy jeszcze na półkach polskich księgarń, nikt nie twierdził, że życie człowieka jest takie, jak jego myśli.

W „Babalu”  vel „Prager Frühling” życie toczyło się według swoich prawideł, jak w każdej dyskotece. Były to proste zasady dżungli, gdzie rządził ten, kto miał kasę, silniejsze mięśnie, lepsze ciuchy i bajer. W każdym dniu tygodnia balowało inne towarzystwo, przy swojej muzyce, Polacy mieli niedziele. W pozostałe schodzili się miłośnicy rocka, clubbingu, hip hopu i czego tylko dusza zapragnie, bez względu na nację. Tylko Polacy mieli zaszczyt bawić się we własnym, narodowym sosie, do którego trafiały wszak i obce dodatki, rzadziej z kuchni niemieckiej, częściej tureckiej, kurdyjskiej, rosyjskiej, ormiańskiej i innych egzotycznych nacji.  Magnesem były polskie dziewczęta i kobiety, znane w świecie z urody tudzież temperamentu – głównie z sektora „ w tygodniu sprzątam, w niedzielę wymagam”, pielęgniarki, studentki i „turystki”, które jeszcze nie zakotwiczyły na dobre w Monachium i szukały pracy, mieszkania, kontaktów. Męską populację stanowili przeważnie słynni polscy rzemieślnicy, od młokosów po mężczyzn w sile wieku, choć czasem pojawiała się również tak zwana inteligencja.

Jednych i drugich  można było rozpoznać wstępnie po dłoniach, te były spracowane, tamte wydelikacone. Jedni wyrażali się bardziej, drudzy mniej wykwintnie, ubierali się różnie, ale jak sobie popili, to często prosty budowlaniec zachowywał się kulturalniej od naukowca z Max Planck Institut. Miękkie łapki mogły także należeć do złodzieja; po północy, w naszym piekiełku, za sprawą DJ-a Waldiego i wypitych trunków, robiło się gorąco, goście zajęci już byli przede wszystkim zabawą na parkiecie, albo oblegali bar i wtedy bywało, że ze stolików ginęły beztrosko pozostawione komórki i torebki damskie, wraz z zawartością. Sprawcy pozostawali niestety nieznani, co innego, kiedy goście brali się za łby. Wtedy zwykle wiadomo było, kto komu i za co nabił guza, choć też nie zawsze. W takich wypadkach szczególnie krewkich klientów ochraniarze wyprowadzali z lokalu, a recydywiści dostawali  tzw. Hausverbot czyli zakaz wstępu. O tym decydowała jednak przeważnie Hadassa, która dzierżawiła „Babalu”, okazała, elegancka kobieta w zaawansowanym już wieku, o rasowych, semickich rysach twarzy. Mądra  negocjatorka, krótko trzymająca swój personel i łaskawa fundatorka kolejek wódki dla bawiącego się towarzystwa. Lubiła siadywać przy barze nad szklanką ginu z tonikiem, gawędziła miło z ludźmi i kontrolowała, jak kręci się impreza. Nie należałem do jej teamu, organizowałem niedzielną publikę, kasowałem za wstęp, z tego opłacałem reklamę, DJ-a i ochroniarzy, za gastronomię i lokal odpowiadała Hadassa.

Niespiesznie ferowała swe wyroki i jeżeli delikwent okazywał skruchę oraz rokował poprawę, za parę tygodni znów pojawiał się w „Babalu”, ale wtedy już wszyscy mieliśmy na niego oko. Każdy klient był dla niej na wagę złota. Zanim ruszyły tutaj polskie imprezy, lokal był zamknięty w niedziele, a czynsze w branży rozrywkowej na kultowym Schwabingu należały do najwyższych w mieście. Poza tym Polak przy barze nie oszczędzał. Co drugi kombinował, jak wejść na krzywy ryj do lokalu, ale wlewał w siebie dużo więcej od przeciętnego Niemca. Tradycyjnie próbowano przemycać „na dyskotekę” tańsze trunki z Aldika, ochrona je wyłapywała, ale przecież nie wszystkie i czasami dochodziło po pijanemu do grubszych awantur.

Zapamiętałem dwie. Jedną, w Wielkanoc chyba 2001 roku, kiedy do „Babalu” przyszła rekordowa liczba ponad 300 gości, a lokal mieścił z biedą ledwo połowę. Wtedy Piotrek-Ukrainiec dostał amoku i kiedy rzucili się na niego ochroniarze, okazało się, że ma przy sobie nóż. Poskutkował dopiero kubeł z lodem do szampana, który mu Hadassa własnoręcznie wsadziła na głowę. Ktoś w międzyczasie zdążył jednak zadzwonić po policję, Piotrka schowano w kanciapie na śmieci na zapleczu, bo na trzeźwo był to dusza człowiek i powstał problem: gdzie jest nożownik? Poszkodowanych było kilku, na szczęście niegroźnie, jednak sprawca miał broń i trzeba było spisać protokół. Hadassa wylegitymowała się swoim izraelskim paszportem, funkcjonariusz bez zapału zerknął do środka, skrobnął coś w  notesie i powiedział, że gdyby znowu coś się działo, to mamy policji dać znać. Instytucja ta nie była tutaj mile widziana; dyskoteka jest miejscem, w którym ludzie nie tylko się bawią, ale i załatwiają różne interesy, nie zawsze  do końca przejrzyste. Nie interesowało mnie, jakie. Sylwia, moja ówczesna przyjaciółka, która stała w drzwiach wejściowych przy kasie, wiedziała dużo więcej, kobiety są ciekawskie.

Bywają także często skuteczniejsze w negocjacjach od mężczyzn. Tam gdzie ochraniarze ani ja nie mogliśmy sobie poradzić, Hadassa z Sylwią potrafiły załagodzić spór o wypite na sępa czyjeś piwo, obraźliwy epitet, klepniętą w pupę narzeczoną, albo niezapłacony przy barze rachunek. Wybuchowi wojny polsko-kurdyjskiej nikt jednak nie potrafił zapobiec. Tamtego wieczoru mieliśmy wśród gości kilku południowców, którzy czasami przychodzili na drinka i podryw. Zawsze grzeczni, markowo ubrani, wypachnieni, z obowiązkowymi złotymi łańcuszkami na szyi, bez ociągania płacili swoje 5 Euro za wstęp, wiedzieli jak się zakręcić wokół płci pięknej, więc rzadko sami wychodzili z imprezy. Pech chciał, że wtedy bawiła  się również w „Babalu” spora grupa górali z podrabczańskiej Sieniawki, ze swoimi dziewczynami. To znaczy chłopy głównie piły gorzałę na zmianę z piwem (wodka bez piwa, eto kak diengi na wietier – mawiają poetycznie nasi bracia Rosjanie), a dziewczyny same tańczyły na parkiecie. Doszlusował do nich najpierw jeden, potem drugi elegancik, postawili dziewczynom po drinku, na jedną i drugą nogę, no i zapomniały, z kim przyszły. A tu raptem chłopy się obudziły i armia dżinsowo-adidasowa runęła na dwóch pohańców. DJ Waldi, który w Polsce w swoim czasie pracował w milicji, wyłączył muzykę i rzucił się na pomoc naszym dwóm ochraniarzom, w jego ślady pospieszył barman Teddy i Piotrek-Ukrainiec, który spłacał dług za Wielkanoc, a prywatnie nie lubił sieniawczan. Z największą trudnością zakapiorów wypchnięto z lokalu, Kurdowie zostali, póki co żywi.

Po chwili jeden z górali wrócił pod drzwi i grzecznie poprosił, żeby wpuścić go na chwilę do środka, bo zapomniał w lokalu kurtki. Wiedziałem, czym to grozi, ale gdzieś tak po godzinie nieustannego marudzenia zmiękłem. Delikwent miał może metr sześćdziesiąt wzrostu, był mikrej postury, nieustannie przepraszał, że narozrabiał, dałem się przechytrzyć. Dostał obstawę Lucka-ochraniarza, zeszli po schodach do sali i w sekundę później znowu się zakotłowało, jeden z Kurdów miał rozkwaszony nos, drugi podbite oko. Dali się wyciągnąć na dwór, a tam cała grupa sprawiedliwych chrześcijan z Podhala już na nich czekała. To, że uszli z życiem, zawdzięczają młodej, chyba  siedemnastoletniej siostrzenicy Danii, naszej barmanki, która czasami do nas wpadała. Pół Greczynka, pół Niemka, uprawiała taek-wan-do i nie bała się stanąć w obronie ofiar. Pięknie chłopów rozkładała na ulicy, ale dali nogi za pas dopiero wtedy, gdy w pobliżu zawyła policyjna syrena.

Szowinizm często wyłaził z narodu. Raz ciemnoskóry, profesjonalny ochroniarz stanął na bramce, ileż ja się później nasłuchałem o asfalcie… Dziwne, że Etiopczyka Tadka tolerowano w barze, ale miał kiedyś przyjaciółkę z Łodzi i dobrze mówił po polsku. Rosjanie i Ukraińcy nie byli pod tym względem gorsi od nas, do tego czasem żarli się między sobą. Niełatwo było także dogodzić publiczności pod względem repertuaru muzycznego. Jak już wspomniałem, przychodził głównie – jak to się kiedyś ładnie mówiło – lud pracujący  miast i wsi, ale wiekowo zróżnicowany i z różnych stron Polski. Powszechnej zgody na disco polo w związku tym jednak nie było, goście domagali się kawałków z wyższych półek, polskich i międzynarodowych hitów i DJ Waldi dobrze sobie z tymi różnymi zamówieniami radził. Kiedy zaś przychodziła pełnia księżyca i nikomu nic się nie podobało, puszczał w odpowiednim momencie:  „Bania u cygana”, „Rudy się żeni” albo najulubieńsze „Sokoły”, Hadassa stawiała następną, darmową kolejkę i znowu wszyscy byli szczęśliwi.

praska-wiosna„Babalu” przy Ainmillerstrasse było w latach 50 nocnym lokalem ze strip teasem. Później – klubem muzycznym, w którym występowali światowej sławy jazzmani, a w latach 80. jednym z najpiękniejszych barów w Monachium. Tej urody już nie uświadczyłem. Na początku nowego wieku kolejny dzierżawca zmienił szyld lokalu na „Prager Frühling”, tak go przejęła Hadassa, ale nadal używało się starej nazwy. Zapytałem ją, czy wie, dlaczego wybrał Praską Wiosnę, może był Czechem i chciał upamiętnić rewolucję 68 roku? Nie miała pojęcia, albo nie chciała mi powiedzieć, a mnie pytanie korciło, bo z tamtym okresem byłem emocjonalnie związany i pewnego dnia, przez Praską Wiosnę znowu mnie pokarało.

Ulotki reklamowe o organizowanych imprezach rozdawałem osobiście co niedzielę pod polskim kościołem na Josephsplatz, który był i nadal jest największą giełdą informacyjną naszych rodaków w Monachium. Czasami pomagali mi znajomi albo młodzież z dyskoteki, a feralnego dnia były to dwie studentki, Magda i Ania. Nie zauważyłem, kiedy zniknęły z placu. W domu odezwał się telefon – dzwoniła policja, że obydwie zatrzymano w związku z podejrzeniem o pracę na czarno u mnie, więc powinienem się zgłosić na komisariat. Pojechałem. Obejrzeli dowód i zezwolenie na prowadzenie działalności, spisali dane, po czym padło pytanie:
– Ile pan płacił swoim pracownicom?
– Po pierwsze, nie były u mnie zatrudnione, po drugie nic im nie płaciłem, wchodziły za darmo, czasami dostawały po szklance coli.

Dla przesłuchującego funkcjonariusza było to ewidentne przyznanie się do winy. Otrzymywały ode mnie wynagrodzenie w ekwiwalencie. Polska nie była jeszcze w Unii, na Josephsplatzu roiło się od kripowców w cywilu, a w osławionym Stadelheim oraz kobiecym zakładzie karnym na Neudeck – od aresztantów i więźniów z Polski, którzy mieli na sumieniu pracę na czarno. Teraz  może jednych i drugich jest mniej, ale kto to wie… Magdę i Anię po złożeniu zeznań, bez konfrontacji ze mną, puszczono z komisariatu do domu. Mnie przewieziono natomiast do prezydium policji na Ettstrasse, sfotografowano, zmierzono, zważono, wzięto odciski palców i próbki pisma, a później też zwolniono. Wcześniej dowiedziałem się jednak, że jestem kropka w kropkę podobny do pewnego sutenera i za bardzo nie wiedziałem, czy powinienem się z tego powodu obrazić czy też cieszyć. O dalszym ciągu postępowania miałem zostać poinformowany pisemnie, ale wolałem nie czekać i nazajutrz rano poszedłem najpierw do adwokata, a dopiero później po bułeczki do piekarni. Uprzednio jednak odbyły się coniedzielne tańce w „Babalu” vel „Prager Frühling”, które rozpoczynały się zwykle około godziny 18, a kończyły nad ranem.

Opisana historia nie miała prawnie dalszego ciągu, natomiast wpisała się w zakończenie naszych tanecznych niedziel. Po trudnych początkach i frekwencyjnie  przyzwoitym półmetku, po okresie dużej popularności lokalu wśród monachijskiej Polonii, interes zaczął podupadać. Ainmillerstrasse przestała być jedynym adresem w Monachium, gdzie regularnie odbywały się polskie dyskoteki, a konkurencja w środkach nie przebierała. Jakoś tak po śmierci Jana Pawła II nasza frekwencja w lokalu spadła do zera, nie miałem ochoty dalej o nią walczyć  i wycofałem się z branży. Wziąłem się za czytanie książek o pozytywnym myśleniu i dziś wiem, że opłaca się dobrze myśleć o swoim życiu, ale… na wyjazd do Pragi w marcu nikt mnie nie namówi.

Bajka o rybach

Sigil of Scream

Ostatnio natknąłem się w moim wszechświecie na bajkę o Rybach. I w sumie chciałem ją zachować jedynie dla siebie, ewentualnie tego kogoś, komu opowiedziałem ją po raz pierwszy. Ale z czasem historia ta stała się dla mnie w jakiś sposób ważna i dziwnie przejmująca. Zastanowiło mnie to na tyle, iż zdecydowałem się przedstawić ją większej liczbie czytelników. Uważam, że ryby też ucieszyłyby się z tego, gdyby o tym wiedziały…

BAJKA O RYBACH

Gdzieś na bezkresnej, spalonej słońcem pustyni, znajduje się Rybia Wioska. Pustynia nie jest piaszczysta i płowa, jak większość pustyń w takich opowieściach – lecz pomarańczowa, prawie ruda. Spalona słońcem, płaska, spękana glina ciągnie się aż po lekko falisty horyzont, tworząc mozaikę sześciokątnych rys. Twardą powierzchnię porastają tu i ówdzie kolczaste kaktusy w kolorze bezczelnej, jasnej zieleni. Rybia Wioska znajduje się w zagajniku takich kaktusów. I mieszkają w niej oczywiście ryby. Wielkie, kolorowe ryby o psychodelicznych wzorach na łuskach, pasach, gwiazdach, strukturach fraktalnych i rozlanych barwach, z których wielu mistyków świata mogłoby odczytać imiona boga, albo klucz do tajemnicy Świętego Graala. Ale na pustyni nie ma żadnych mistyków, są tylko ryby… Niebo ponad nimi jest obłędnie błękitne. Intensywne błękitem i soczyste obłędem. Widzisz to?

Ryby jeżdżą w wózeczkach, odpychając się płetwami, bo trudno jest pływać po wysuszonej glinie. Jak dotąd zdarza się to tylko tym nielicznym rybom, które najedzą się za dużo sfermentowanych kaktusów. I tylko przez kilka chwil. Więc ryby mają wózeczki, które malują w różne wzorki i czasami wieszają na nich dzwonki albo coś, co akurat mają ochotę powiesić. Kółka tych wózeczków wydają piskliwy i przeciągły dźwięk, jeśli nie są naoliwione. Zawsze z daleka można po tym rozpoznać zbliżającą się karawanę ryb. Jakieś kółko zawsze będzie nienaoliwione.

Gdyby wziąć w rękę odrobinę tej rudej gleby i rozkruszyć ją w dłoni, ujrzałoby się pomarańczowy pył i miniaturowe, zwapniałe muszelki mięczaków… Spiralnych mięczaków… One też kiedyś zamieszkiwały tę pustynię, trzy tysiące lat przed rybią wioską ich cywilizacja stworzyła wysoką kulturę, pełną teorii naukowych, cudów architektury, skomplikowanych potraw, melodii i innych tego typu rzeczy. Niestety, po kilkunastu stuleciach zniknęła całkowicie, zniszczona przez nalot Opiekaczy Do Grzanek z kosmosu. Pozostały po niej tylko muszelki i małe tabliczki klinowe z napisem „przepraszamy, winda nieczynna”. Opiekacze nie pojawiły się od tego czasu ponownie, dowodząc, iż był to jedyny taki przypadek w historii…

Ryby mieszkają w szałasach. Te szałasy są dość zróżnicowane – od całkiem niewielkich, po duże i wielokątne. Właściwie, nikt nigdy nie zastanawiał się, skąd ryby biorą na pustyni chrust, aby je zbudować. Gdyby się jednak zastanowił, chyba niewiele by mu z tego przyszło, nie istnieje bowiem żadna racjonalna odpowiedź na to pytanie. Faktem jest jednak, iż ryby wznoszą szałasy.

Ryby odżywiają się naleśnikami. Te naleśniki są czasami bardzo dziwne, a czasami niekoniecznie. Potrafią zakwitnąć na patelni na wiele różnych sposobów i niekiedy śpiewają. Niedobrze jest pochylać się nad nimi w czasie smażenia, gdyż zdarza się, że naleśniki wykształcają plazmatyczne i ciastopodobne macki wciągając tych, którzy nie mieli się na baczności. Właściwie nikt nie wie, gdzie trafiają wciągnięci, ale jest to z pewnością jedno z takich miejsc, o których lepiej jest nie wiedzieć. No i oczywiście nie zdarza się to dość często. Właściwie dwa-trzy wciągnięcia w skali roku. Jednak lepiej zachować ostrożność, czyż nie?

Kaktusy kwitną raz do roku, w porze deszczowej, na którą przypada wielkie święto ryb. I jest to dla nich jedyne święto w roku, ale za to trwa aż 8 dni. W jego trakcie pustynia zamienia się w ogromne jezioro, a ryby nie potrzebują już wózeczków, i mogą pływać swobodnie. Później kwiaty kaktusów opadają na ziemię deszczem fioletowych płatków, a jezioro wysycha, pozostawiając suchą, spękaną glebę. Pokryta tu i ówdzie resztkami miniaturowych pozostałości po metropoliach spiralnych mięczaków. Ale nikt nie zwraca na nie uwagi.

Kiedy słońce zachodzi, na wschodzie pojawia się jasna i duża grupa gwiazd. To konstelacja „Wielkiej Ryby”, która powoli i majestatycznie przepływa przez całe niebo, aby zniknąć nad ranem na zachodzie, rozmywając się w blasku nowego dnia. Rybom jest bardzo smutno, kiedy patrzą na tę konstelację, choć wiele z nich lubi na nią patrzyć. Ten smutek jest przejmujący i dziwny, zwłaszcza gdy obserwuje się ją zupełnie samotnie. „Wielka Ryba” nie potrzebuje wózeczka, żeby przepłynąć przez noc. I żadne filozoficzne refleksje nie łagodzą tego faktu.

Ryby nie znają filozofii. Jednym z największych osiągnięć ich kultury jest całkowita ignorancja w dziedzinie filozofii. Co prawda był kiedyś pewien filozof, ale wpadł do studni, zanim jeszcze nauczył się wykładać swoje doktryny. Odtąd słuch po nim zaginął, niektórzy podejrzewają, że został pożarty przez prymitywne plemiona czarno-zielonych glonów zamieszkujących podziemne czeluście.

Gdyby ryby wysyłały do siebie kartki, wizerunek konstelacji „Wielkiej Ryby”, pojawiałby się na nich częściej, niż cokolwiek innego. Jednak one nie wysyłają kartek, bo nie miałyby do kogo ich wysyłać. Nie ma innych Rybich Wiosek, oprócz tej jednej. Jednak to Rybom zupełnie nie przeszkadza. Nie muszą jeździć daleko wózeczkami i to jest całkowicie w porządku. A nawet gdyby gdzieś pojechały i tak nie poznałyby nic, czego nie znają. Pustynia była tu zawsze. Ciągnie się dookoła w bardzo wielu kierunkach i nikt nie sugerował nawet, iż gdziekolwiek się kończy…

Wielki Czwartek. Gründonnerstag. Holy Thursday. Passover. Last Supper for Jesus and his pupils. What they ate? Bread and wine for sure. But Passover lamb? Some biblical scholars believe that the “lamb” is actually a symbol for Jesus, who the next day would become the sacrificial “Lamb of God.” Therefore they think, it could be fish and suggest that in Last Supper of Leonardo DiVinci you can see plates of grilled eel with orange slices. Of course fish is also Jesus. Ichthys.
ΙΗΣΟΥΣ (Iēsoûs) – Jesus
ΧΡΙΣΤΟΣ (Christós) – Christ
ΘΕΟΥ (Theoû) – of God
ΥΙΟΣ (Hyiós) – Son
ΣΩΤΗΡ (Sōtér) – Saviour
XXX
But whatever! It is so good, that today we have a story about fishes.