O motylach i innych robalach

Aleksandra Puciłowska

O motylach i innych robalach

Wiesz, bo to nawet nie o to chodzi, że się czujesz jakoś specjalnie prześladowany, czy że boisz się, że cię będą chcieli spalić na stosie… To byłoby nawet i chyba znośne – człowiek, by się poczuł przynajmniej bohaterem i podreparował trochę swoje ego. Tu idzie jednak o coś zupełnie innego, co może i na co dzień ci nawet nie doskwiera, tylko czasem wyłazi spod szafy, jak jakiś cholerny karaluch, który niebezpiecznie zmierza w twoim kierunku, by zapaskudzić ci życie.

Bo jak człowiek tak żyje swoim zwykłym trybem i zamiast zajmować się pierdołami, skoncentruje uwagę na codziennych obowiązkach, czy nawet i jakiejś pierwszej lepszej książce z regału, to się czuje – w istocie rzeczy – całkiem normalnie. Jada się śniadania, jeśli się nie zaśpi. Chodzi się na uniwerek. Odwiedza znajomych. Czasem pójdzie już nawet i na ten sport, który się opłaciło z góry, bo miało to niby motywować do regularnych odwiedzin hali sportowej. Takie tam – zwykłe życie mieszczucha, który niespecjalnie lubi wyróżniać się z tłumu. I tak sobie żyjesz tym życiem całkiem zwyczajnym – dopóty dopóki nie przyjdzie ten cholerny karaluch, co siedział do tej pory pod szafą czy jakąś komodą, udając że ciebie nie ma. Ten stan wzajemnej ignorancji utrzymuje się jednak zawsze tylko przez jakiś czas. Człowiek pod szafę nie zagląda, bo i po co? A karaluch co jakiś czas lubi jednak wyleźć spod niej. Nie zadziera głowy do góry, bo mu matka natura tejże perspektywy poskąpiła, pełza więc tak tylko po tej podłodze i szuka. Szuka, aż znajdzie. Obiektem poszukiwań jesteś ty, ale może stać się też ktoś inny. Sęk w tym, by odróżniać się od z góry założonej miary karaluchowatości. Ja wpisuję się, jako odmieniec-motyl, że niby tęczowy.

Rodzajów i maści tychże karaluchów jest całe mnóstwo. Jedne są mniej inne bardziej natarczywe. Każdy ma jednak jedną cechę wspólną – on bardzo chciałby, byś i ty wlazł do niego pod tą szafę. A to, że człowiek się pod nią nie mieści, nie pozostaje dla niego żadnym argumentem – przecież głowę można ściachać, a nóżki podkurczyć – i już będzie się wzorowym obywatelem pierwszej kategorii karaluchowatości. Człowiek zazwyczaj stara się w spory i kłótnie nie wchodzić, tyle że kiedy karaluch zaczyna się panoszyć w twojej sypialni, to przechodzi ochota na chowanie głowy w piasek. Bo sypialnia to w końcu sypialnia. Człowiek różne rzeczy w niej robi i niekoniecznie lubi się tłumaczyć z tychże czynności przed karaluchem, czy innym robalem. Niechby i mnie rozliczali z tego, czy przechodzę na zielonym albo czy uiszczam stosowne opłaty na różnego rodzaju konta bankowe. Ba, mogę też udowodnić, że potrafię dzieciaka odebrać z przeszkola, a i nawet zmiana pieluch nie pozostaje dla mnie tajemnicą. Tyle, że oni swoje. Że skoro w sypialni nie jest po karaluchowatemu, to oznacza, że dziecku czapki na uszy naciągnąć nie potrafię, a choćbym i dzieło na miarę Szekspira napisała, to to i tak będzie zamach na tradycyjne wartości i kulturę Karaluchowatej Polski. Bo jak pisać epopeje, to tylko, jako karaluch. Albo choćby w pelerynie karaluchowej. A nie, żeby jakieś gombrowicze, czy inne konopnickie kolorowymi skrzydłami małe karaluchy bałamuciły. Epopeja to epopeja, a nie żadna tęcza po deszczu.

Są karaluchy-misjonarze. Mają boga zwanego Karaluchem Wszechmogącym, który im przekazał, że jedynie karaluchy czystej maści mogą dostąpić zaszczytu życia w robalowatym niebie. I one tak bardzo chcą tam zaciągnąć i siebie i ciebie, że pozostają głuche na to, że tobie dobrze i bez nieba, i bez boga. I że wolisz nie ciachać sobie głowy, by zmieścić się pod szafą, że tobie dobrze, że dziękujesz za troskę, ale naprawdę – tobie nie trzeba…

Są też karaluchy-wychowawcy. Boją się głównie o swoje małe karaluchy. Że skoro ty paradujesz po motylowemu, a nie karaluchowatemu, to te małe też wyjdą spod szafy i będą chciały latać, jak owe zaobserwowane motyle. Tyle że żaden motyl sam się pod szafę nie pcha. Był tam w końcu – jeszcze jako poczwarka z rodziny robalowatych. Jakoś nigdy nie czuł się dobrze, a kiedy wyrosły mu skrzydła, miał dwa wyjścia – podkulić je i pozwolić by zarosły kurzem, albo je rozwinąć i wylecieć spod szafy na wolność i powietrze. Żadnemu małemu karaluchowi skrzydła do latania zdatne w końcu nie wyrosną, więc i dlaczego miałby się wzbijać w powietrze, skoro na ziemi mu dobrze i bezpiecznie..?

Bywają karaluchy-bojówkarze. To rodzina karaluchowatych, którą najmniej rozumiem. Nie lubią kolorów czy skrzydeł – trudno powiedzieć. Próbują w każdym razie, wyrwać motylom skrzydła, a kolory zapaskudzić brunatną farbą.

Są i karaluchy-moralizatorzy. Opowiadają głównie o tym, że jak ich podszafowy świat karaluchowaty długi i szeroki, nie ma tam motyli. A jeśli są to podkulają skrzydła i grzecznie znoszą swą odmienność, próbując przybrać barwy ochronne. A skoro tak było tak za dziada i pradziada, to i teraz tak musi być. I już. Dyskusję z nimi prowadzić niezwykle trudno, niestety.

Wszystkie te robale spod szafy wywołać jest niezwykle łatwo. Wystarczy zbyt głośno odstawić szklankę, mocniej tupnąć nogą, albo spróbować wywietrzyć mieszkanie. Bo jak otwierasz okno, to im wieje pod szafą. A one lubią w kurzu i bez hałasu. Kompromisów szukać też nie jest łatwo, bo zawsze ktoś pozostaje niezadowolony. Pozostaje jakoś z tym żyć, czasem wietrzyć – pomimo wszystko – nie zważając na protesty karaluchowatych i mieć nadzieję, że i oni zaczerpną trochę tego świeżego i zdrowego powietrza. Dzielimy w końcu razem to mieszkanie, a każdy z nas – koniec końców – urodził się robalem. Jakoś przyjdzie się nam w końcu dogadać. Takową żywię nadzieję – ja – przedstawicielka motylowatych.

Poprzedni tekst Oli o motylach: https://ewamaria2013texts.wordpress.com/2013/04/03/zwiazki-partnerskie/

Volfee Reblogged: Czy bieda może się opłacać?

cropped-cropped-panorama-11-xxx

Posted on Czerwiec 4, 2013

Czy bieda może się opłacać?

Homeless man sits on side of a street in the port city of Aden

Fascynuje nas bieda, a to może być fatalne w skutkach…

Nie wiem czy słyszeliście, ale zarząd jednego z Łódzkich schronisk dla bezdomnych, wpadł na pomysł nietypowej akcji. Potrzebne jest 60tys. zł na remont dachu, jednak zwykłe zbieranie funduszy nie jest zbyt skuteczne. Żeby to zmienić, kilku mieszkających tam bezdomnych, zaoferowało swoje usługi jako przewodnicy po Łodzi.

Przewodnicy niezwykli, bo oprowadzają nie po tej ładnej Łodzi z przewodników (he he hex;)), tylko tej brzydkiej, brudnej i… „prawdziwej”. Dokładając cegiełkę do remontu i biorąc udział, zostajesz na 24h bezdomnym. Pod okiem prawdziwego bezdomnego, uczysz się jak przetrwać, gdzie spać, gdzie jeść i gdzie zarobić pieniądze. To wszystko bez komórki, portfela i pieniędzy. Ekstremalnie.

Podoba mi się ta akcja. Ciekawy pomysł, który w dzisiejszych czasach sprzeda się świetnie. Myślę, że potrzebne 60 tys. uzbiera się bardzo szybko. Szczególnie, że jak zapewniają władze schroniska, „pomysłem jest zainteresowanych już kilku biznesmenów i pracowników korporacji”.

Czytaj dalej bezpośrednio na stronie Volfee´go: http://volfee.wordpress.com/2013/06/04/czy-bieda-moze-sie-oplacac/ oraz – poniekąd też na temat – w artykule o Matce Teresie: http://kobieta.wp.pl/kat,65524,page,2,title,Matka-Teresa-z-Kalkuty-nie-taka-swieta,wid,15700947,wiadomosc.html

Irland

Ein Hirsch auf einem Hügel, dann Schwane, dann eine Landschaft, alles kitschige Bilder, die in vielen polnischen Dorfhäuser hängen. Unter den Bilder die Titelsequenz und der Titel:

Irland
Ein Kurzfilmdrehbuch von
Renata Borowczak-Nasseri

Die Kamera fährt von dem Bild mit dem Hirsch auf einem Brunftplatz zurück und eröffnet auf:

INT. WOHNZIMMER EINES POLNISCHEN DORFHAUSES. ABEND.

maryjkaHALINA (42), Lockenwickler im Haar, in einem billigen dekoltierten Kleid,  marschiert mit einem Lappen in der Hand ins Zimmer. Neben dem Blid mit dem Hirsch  hängt ein Bild mit Mutter Maria. Halina wischt Staub ab, dann geht sie zu der gegenüberliegenden Wand, die kein Fenster hat und wischt Staubt von einem TV-Flachbildschirm ab. Das Bildschirm ist gross, fast wie die Wand. Dann umkreist Halina einen altmodischen, wackeligen Tisch mit Strickserviette darauf, und Plastikblumen in einer Vase und kommt zu einem Komputer, der mit einer Kamera ausgestattet ist. Mit einer sehr zärtlichen Geste, noch zärtlicher als bei dem Bild der Mutter Maria, wischt sie von dem Bildschirm den Staub ab. Der Komputer ist an, Skype ist an, und Halina schaut sehnsüchtig den Bildschirm an. Sie schaut zu einer großen Wanduhr. Es ist 5 nach Acht. Halina merkt in einem Spiegel an der Wand die Lockenwickler in ihrem Haar. Noch mit dem Lappen in der Hand reisst sie ungeduldig die Lockenwickler vom Kopf, macht ihr Haar zurecht. Sie summt ein Lied, lächelt sich in dem Spiegel an. Plötzlich dreht sie sich hastig um und rennt zu einem verglastem Schrank in welchem eine riesige Stereoanlage und ein paar Parfümfläschen stehen. Sie holt ein Parfüm in einer billig wirkenden Flasche heraus und perfümiert sich hinter den Ohren, dann großzügiger in ihr Dekoltee. Sie springt zu dem Komputer, merkt den Lappen in der Hand und versteckt ihn hinter dem Komputer. Sie starrt den Bildschirm an. Niemand ist online. Sie wird unruhig, summt wieder das Lied. Schaut wieder zu der Uhr und hält es nicht aus. Sie greift zum Telefon, das neben dem Bildschirm steht. Sie wählt lange, es ist eine lange Telefonnummer. Sie wartet,  jemand meldet sich, er lässt Halina nicht zu Wort kommen.

HENRYK

Was rufst du denn an, aus dem teurem Telefon, ich dusche gerade, ich arbeite doch den ganzen Tag!

Henryk hat aufgelegt und Halina hat es nicht geschafft, etwas zu sagen. Sie sitzt vor dem Bildschirm und starrt das Telefon an. Sie fängt wieder zu summen an, aber ihre Stimme bricht ab. Zögernd wählt sie wieder, in dem Moment erscheint Henryk auf dem Bildschirm.

HENRYK
(redet sofort los)

Du machst mir so einen Druck, ich bin gerade von der Arbeit gekommen.

Halina starrt  benommen den Bildschirm an.

 HENRYK
(weiter)

Du kannst es kaum erwarten und ich bin müde, verdammt!

 HALINA

Aber du warst im Komputer immer um 7 Uhr und jetzt ist schon fast 9. Zwei Stunden habe ich gewartet, aber ich kenne mich damit nicht aus (zeigt auf den Komputer), und wahrscheinlich ist das meine Schuld, habe was verstellt,  entschuldige… wenn du willst, nehme ich Überstuden in der Küche und zahle das teure Telefon.

HENRYK
(beschämt)

Gut, gut, ist schon gut.

HALINA

Und du bist nicht sauer.

 Henryk schüttelt den Kopf.

Halina küsst erleichtert den Bildschirm, redet zuerst zögernd, dann immer schneller.

HALINA

Ich war heute in der Kirche, habe das rote Mäntelchen, was du geschickt hast Zosia angezogen und die Kaczmarska, du weisst, die über der Kneipe wohnt, hat sooo geglotzt. Und weisst du, was der Pfarrer bei der Predigt gesagt hat? Was für ne Schande, die Grzeszczyk, die mit zwei Kindern, die hatte was mit dem Lehrer, den Jungen, ja, und sie ist mit ihm abgehauen, in die Stadt, hat zwei Kinder allein gelassen. Der arme, alte Grzeszczyk. Was macht er bloss alleine mit den Kindern? Anständige Menschen würden so was nie tun, nicht wahr?

Henryk murmelt etwas unter der Nase, was man nicht verstehen kann.

HALINA
(weiter)

He…Wieso redest du so leise? Was ist los?

HENRYK

Ich habe Kopfweh Halina,…  wir müssen ernsthaft miteinander sprechen.

Halina wird auf einmal sehr traurig.

HALINA

Aber wir reden doch! … Ach so –  das Geld! Das ist nicht angekommen, seit drei Monaten nicht, wie ich dir gesagt habe. Aber ich habe alle Rechnungen bezahlt (stolz). Habe gespart. Warte mal!

Sie verschwindet aus dem Zimmer. Henryk dreht sich von dem Bildschirm weg, hinter ihm in einem ungemachten Bett liegt eine Gestalt. Die Gestalt erhebt sich, geht auf Henryk zu, schlingt die schlanken Arme um Henryks Rücken. Es ist Sara (29), schwarz und sehr hübsch. Henryk schaut ängstlich in die Kamera:

SARA

Are you going to tell her? You have to tell her, finally.

HENRYK
(küsst Sara schnell in den Nacken, leise mit polnischem Akzent)

Let me do it myself.

Sara verschwindet im Bett und in diesem Moment hört man Halinas Stimme.

HALINA

Schau mal, Strom, Gas, alles… (stolz zeigt sie die Rechnungen in die Kamera), habe gespart.

HENRYK

Es geht nicht darum, Halina…

HALINA
(spielerisch)

Warte, wir reden gleich. Weiss mein Bärchen noch, was er am meisten in der Welt, mag?

Halina springt wieder von ihrem Stuhl, nimmt eine Decke vom Bett, bekreuzigt sich schnell und verdeckt das Bild von Mutter Maria mit der Decke. Sie stellt sich vor dem Bildschirm und mit dem Eifer eines Leiens knöpft sie ihr Kleid auf, und führt eine Art Streptease vor. Henryk wendet den Blick ab, geniert. Halina entkleidet sich jedoch unbeiirt weiter. Man sieht ihren billigen weissen BH aus falscher Spitze. Man sieht, dass sie leichtes Übergewicht hat. Halina ist so in ihren Sexy-Tanz versunken, dass sie erst, als Henryk schreit, die Augen öffnet und aufhört.

HENRYK

Halina hör auf! Hör endlich auf!

Halina bedeckt sich verschämt mit ihrem Kleid.

HALINA

Das wolltest du doch immer, hast darum gebeten.

HENRYK
(senkt den Kopf)

Halina, das ist lächerlich, wir sind erwachsen.

Halina schaut jetzt aufmerksam in die Ecke des Bildschirms, sie sieht die Glut einer Zigarette, einen Frauenarm.

HENRYK

Ich komme nicht zum Osterfest aus Irland, (senkt den Blick) ich komme nicht… In Irland…

Man hört das Weinen eines Kindes.

HALINA
(lauscht)

Es ist Zosia…Warte mal.

Halina geht mit festen Schritten aus dem Zimmer, aber plötzlich bleibt sie im Türrahmen stehen. Das Kind weint noch lauter. Halina atmet schwer, knöpft ihr Kleid hastig zu. Sie stützt ihre Wange an den Türrahmen, die Augen weit aufgerissen…., atmet tief durch,  geht  entschieden in das Kinderzimmer. Nach einer Weile hört das Kind zu weinen auf und Halina erscheint wieder – mit einem Heft in der Hand. Unterwegs zum Bildschirm setzt sie ein Lächeln auf.

Sie setzt sich vor dem Bildschirm und zeigt das Bild, welches Zosia gemalt hat, ein Haus, eine Familie, wie es eine 5-jährige halt malt.

HALINA

In dem ganzen Kindergarten malt sie am Besten, siehst du? Die Erzieherin sagt es. Kannst du es sehen?

Sie nähert das Heft dem Bildschirm.

HENRYK
(nickt)

Küsse die Beiden von mir, Janek auch. Spielt er oft mit dem Komputer?

HALINA

Den ganzen Tag, wenn ich es erlaubt hätte. Er kennt sich gut aus.

HENRYK
(betroffen)

Lass uns morgen reden. Gute Nacht.

HALINA

Ja. Gute Nacht.

Henryk  verschwindet vom Bildschirm.  Halina sitzt noch eine Weile da, den Blick auf das Bildschirm geheftet, dann erhebt sie sich und geht auf das Bild der Mutter Maria zu, zieht die Bettdecke von dem Bild, schau zu ihr hoch..

HALINA

Liebe Mutter wirst du uns helfen?

ENDE

PS: Seitdem die große Arbeits-Emigration der polnischen, vor allem männlichen Arbeiter begann, spricht man von einer erhöhten Scheidungsquote in Polen. Statistiken zeigen, dass unter den 600.000 Paaren, die getrennt leben (meistens er – in England oder Irland, und sie, mit den Kindern, in Polen), nur 200.000 die harte Zeit der Trennung überstehen werden.

Poezja – Poesie – Poetry / Hölderlin

Wpis po niemiecku. Beitrag auf Deutsch. Post in German.

Rozpoczynam nowy cykl na niedzielę. Chciałabym przypominać tu wiersze, o których nie sposób zapomnieć, a których przecież nie pamiętamy. Na razie poprzestanę na naszych trzech głównych językach – angielskim, niemieckim i polskim. Główną część każdego wpisu będzie stanowił utwór w języku oryginału i jego recytacja, jako linki dodam – w miarę możności – teksty wierszy w dwóch pozostałych językach.

Hoelderlin_1792Zaczynam od Hölderlina czytanego przez Stéphane Hessela (1917 – 2013), autora manifestu Indignez-vous!  współczesnego patrona ruchu Occupy, ruchów protestu w Hiszpanii, Grecji, Francji i Portugalii i wszystkich Oburzonych.

Wpis ten dedykuję mieszkańcom Istambułu i Turcji, którzy zaczęli od protestu w obronie drzew, potem wydawało się, że chodzi im o zmianę polityczną, a dziś już wiadomo, że
walczą o godne ludzkie życie.

Wersja polska:        Hyperion-pol
Wersja angielska:   Hyperion-Engl

Stéphane Hessel spricht Hyperions Schicksalslied von Friedrich Hölderlin im Herbst 2010

Friedrich Hölderlin (1770 – 1843)

Hyperions Schicksalslied

Ihr wandelt droben im Licht
Auf weichem Boden, selige Genien!
Glänzende Götterlüfte
Rühren euch leicht,
Wie die Finger der Künstlerin
Heilige Saiten.

Schicksallos, wie der schlafende
Säugling, atmen die Himmlischen;
Keusch bewahrt
In bescheidener Knospe,
Blühet ewig
Ihnen der Geist,
Und die seligen Augen
Blicken in stiller
Ewiger Klarheit.

Doch uns ist gegeben,
Auf keiner Stätte zu ruhn,
Es schwinden, es fallen
Die leidenden Menschen
Blindlings von einer
Stunde zur andern,
Wie Wasser von Klippe
Zu Klippe geworfen,
Jahr lang ins Ungewisse hinab.

Dies wurde 1871 von Johannes Brahms vertont: Schicksalslied Op.54
Instrumente: zwei Flöten, zwei Oboen, zwei Klarinetten, zwei Fagotte, zwei Hörner, zwei Trompeten, drei Posaunen, Pauken, Streicher und ein SATB Chor (sopran, alt, tenor, bas).

Ich bin nicht tot – Nie umarłem

Ewa Maria Slaska
Lalka / In fremden Schuhen

groby-pocztowkaJuż kilka dni temu, zapowiadając dzisiejsze otwarcie wystawy, umieściłam tu wpis z wierszem Michała Anioła po polsku, niemiecku i włosku. Ich bin nicht tot – Nie umarłem.

Ta wystawa to zwieńczenie moich zainteresowań cmentarzami, które datują się chyba od… zawsze. Już jako dziecko… już starożytni Rzymianie… Groby i cmentarze.

Coś było kiedyś po raz pierwszy, ale co? Kiedy? Były spacery w Gdańsku, gdzie las łączył się z cmentarzem na Srebrzysku. Szliśmy do altany Gutenberga…

lasByły cmentarze niemieckie we Wrzeszczu, te o których potem pisał Günter Grass we “Wróżbach kumaka”, ale najpierw byłam ja. Ja! Opowiadanie nazywało się w zależności od okoliczności albo “Lalka” albo “W cudzych butach” i są tam cmentarze przy Alei Zwycięstwa. Już pod koniec XVIII wieku gdańskie parafie zaczęły zakładać cmentarze wzdłuż obsadzonej lipami Wielkiej Alei. Były to cmentarze katolickie św. Mikołaja, Kaplicy Królewskiej, św. Józefa i św. Brygidy oraz cmentarze ewangelickie św. Katarzyny i Najświętszej Marii Panny. Ich usuwanie rozpoczęło się w 1966. W latach 1970-1972 na miejscu czterech z tych cmentarzy został utworzony miejski park Akademicki o powierzchni około 9 ha. Zachowane zostały, bądź zaadaptowane ciągi komunikacyjne będące alejami cmentarnymi oraz pozostał starodrzew cmentarny.

politechnika-cmentarzeTu fragmenty tego opowiadania, całe jest tu: LALKA

Jest też wersja niemiecka (fremdschuh). Wszystkie zostały kiedyś gdzieś opublikowane, a wersja niemiecka była wielokrotnie czytana w radio. Był czas, że honoraria za opowiadanie o niemieckiej lalce i o tym, jak polska dziewczynka odkrywa niemiecką przeszłość swojego miasta, było moim podstawowym źródłem zarobków.

Ewa Maria Slaska
Lalka
(fragmenty)

Idziemy na cmentarz – Eleonora, Joanna i ja, i zabieramy zawiniętą w szalik Adolfę. Eleonora przysiadła na śmiesznej drewnianej ławeczce z żeliwnymi nóżkami, nam wolno zaś biegać dowoli. Na cmentarzu jest cicho i cieniście, rosną tu niezwykłe drzewa i krzaki, jakich nigdzie indziej nie widziałam. (…) Adolfa jest tylko niemiecką lalką znalezioną w schowku pod schodami, nie zasłużyła sobie na żadne wspaniałe drzewo, ale być może zmieni się w pęd bluszczu, ciemny, ponury, straszny, gdy o nim myśleć przed zaśnięciem.

Pochowałyśmy Adolfę w murowanym grobowcu rodziny Meier. To ja tak zadecydowałam. Grobowiec wygląda jak mały domek bez okien. Żelazne odrzwia przeżarte rdzą pozwalają zajrzeć do środka. W środku wprawdzie nic nie widać poza gęstym, czarnym, nieprzeniknionym mrokiem, ale z grobowca wydobywa się lekko tylko uchwytna, a przecież realna woń, mieszanina stęchlizny, chłodu i nieodwołalnej tajemnicy śmierci. Z trudem otwieram metalowe wrota.

– A jeśli siedzi tam upiór – mówię do Joanny. Przyciskam lalkę do piersi i wyobrażam sobie upiora z grobowca rodziny Meier – jest blady, przezroczysty, ma długie lodowatozimne palce. Zaraz wyciągnie ręce i dotknie nas. Wrzucam Adolfę niezbyt godnie do wnętrza ciemności. W imię Ojca, i Syna, i Ducha Świętego. Zgrzyt zatrzaskiwanych drzwi. Wieczny odpoczynek racz jej dać Panie, recytuję z namaszczeniem. Zamknąwszy upiora Meierów z powrotem w jego własnym mroku odzyskuję siłę modlitwy. Adolfa na zawsze spoczywa w grobie, a światłość wiekuista niechaj jej świeci, i wszystkim Niemcom też – dodaję pośpiesznie.

Nic jednak nie jest tak „na zawsze“ jak się to może wydawać sześcioletniej dziewczynce. Dziesięć lat później miasto zrównało z ziemią cmentarze niemieckie ciągnące się wzdłuż Alei zwanej kiedyś Hindenburga, potem Hitlera, potem Rokossowskiego, a wreszcie Zwycięstwa. Na miejscu cmentarzy założono park, niezwykłe drzewa niemieckie pozostawiono i teraz ocieniają piaskownice i zieleńce. Chciałabym zobaczyć w tym obrazku coś kojącego, ale mi się nie udaje. Wciąż widzę stary zacieniony cmentarz i lalkę, której wraz ze wszystkimi innymi Niemcami nie dane było zażywać spokoju wiekuistego. Ale nie warto o tym pisać, bo już Grass rozkumaczył się wróżebnie o losie niemieckich cmentarzy w Gdańsku, a grassowaska wizja ich restytucji jest jeszcze gorsza niż moja własna opowieść o pogrzebie Adolfy.

PS. Zdjęcia / Fotos  Anna Kuzio, Marianna Lorenz & Archiv (Archiwum)

Pierwszy piątek czerwca

Roman Brodowski

Cicho! – uspokajał mnie Mietek, dotykając palcem ust – oni jeszcze tam są, czekają na kogoś – dodał, puszczając delikatnie gałąź rozłożystego świerku, tajemnicę naszego schronienia.
Milicjanci stali spokojnie obok muru okalającego naszą starą kopalnię, rozmawiając o jakiejś przygotowywanej akcji. Szkoda, że nie słychać z tej odległości, o czym oni rozmawiają, pomyślałem. Kogo lub czego ma ta ich akcja dotyczyć. Można by było przestrzec tego, na kogo się szykują, przed niebezpieczeństwem.
Wiatr coraz bardziej dawał się we znaki, a późnowieczorny mróz przenikając niezbyt grube kurtki, bezlitośnie ziębił ciało.
– Kiedy w końcu te psy się stąd zabiorą? – pytałem szeptałem przestworza, zły na cały świat. Skostniałe od zimna dłonie z trudnością trzymały zwinięty w rulon nowy wiersz, napisany wczorajszego popołudnia, a przeznaczony do przyklejenia.
Mietek trząsł się jak osika. W oczach jego coraz bardziej malował się strach, a na czole widoczne były pojedyncze krople potu. – Czy to warto tak się narażać na nieprzyjemności czy więzienie za tą twoją konspiracyjną pisaninę, którą i tak w firmie przeczytają tylko nieliczni?
Spojrzałem, zaskoczony, bo przecież kto jak kto, ale on, mój wieloletni przyjaciel, z którym przez wszystkie lata nauki dzieliłem pokój w internacie, dla którego byłem i jestem niemalże jak brat, i kogo jak brata traktuję, właśnie on wątpi w sens naszych działań, mających przecież na celu ukazanie naszej niezgody na to, co się dzieje, na stan wojenny.
Tak, to prawda, przyjacielu. Ryzykujemy i możemy ponieść koszty tego ryzyka. Ale czy nie warto? Naprawdę nie widzisz w tym sensu? – odpowiedziałem. – Nawet jeżeli te wiersze, ta jak mówisz pisanina, którą wieszamy nielegalnie i pod osłoną nocy tam, gdzie rano łatwo będą je mogli przeczytać przechodzący na szychtę górnicy, nawet jeśli przeczyta je zaledwie kilka osób, a może nawet jedna, i będzie to dla nich pokrzepieniem w tym narodowym nieszczęściu, to bądź przekonany że czynimy dobro większe, niż możemy sobie wyobrazić. To przecież ty – kontynuowałem moją myśl – cierpliwie namawiasz mnie do uczestnictwa w niedzielnych nabożeństwach kościelnych, to ty starasz się wpajać we mnie wszelkie pozytywne wartości zawarte w biblii, którą tak dokładnie czytasz.  Więc przypomnij sobie, czego te twoje mądre księgi uczą. „Choćbyście pomogli tylko jednemu z moich maluczkich, to tak jakbyście pomogli mi samemu”. To słowa Jezusa.  A więc, jeżeli wierzysz w to wszystko, o czym ze mną tak często rozmawiasz, to masz dzisiaj okazję sprawdzić siłę twoich przekonań w praktyce, a nie tylko w teorii.
Mietek milczał, a ja dopiero wówczas, gdy opadły emocje, zrozumiałem w jak perfidny sposób użyłem jego poglądów religijnych, naruszając najważniejszą sferę intymności, jego wiarę i poczułem się z tego powodu bardzo podle.
Nagle usłyszeliśmy odgłos twardo stąpających po ubitym śniegu stóp, zbliżających się powoli w naszym kierunku.
To już po nas! – powiedziałem.  Uciekajmy! może nas nie dogonią – dodałem, podnosząc się energicznie z ziemi.
Leż spokojnie!  – odparł Mietek, chwyciwszy mnie za ramię.
Milicjant zbliżył sie do miejsca naszego azylu na około dziesięć kroków, po czym rozpiąwszy spodnie, wysikał się, ciężko przy tym wzdychając. Następnie, wyraźnie zadowolony, popatrzył w kierunku kolegów i zaczął przeklinać głośno swą ciężką i źle płatną służbę.
Leżeliśmy tak przez kilka minut, wtuleni w lepki śnieg, czekając na najgorsze.
Mietek blady ze strachu modlił się, całując co jakiś czas srebrny medalik, ja gryzłem palce, by nie daj Boże przypadkiem nie wydać jakiegoś mogącego nas zdekonspirować dźwięku.
Nagle do stojących funkcjonariuszy podjechał radiowóz czyli suka, z którego wysiadł porucznik w towarzystwie swojego rotweilera czyli ormowca.
– Plutonowy do wozu! – zawołał donośnym głosem w naszym kierunku.
Policjant dopiąwszy szczelnie mundur biegiem udał się do wozu i odjechał wraz z innymi, a my podnieśliśmy się z ziemi i, patrząc na siebie z niedowierzaniem, długo staliśmy w milczeniu.
Upewniwszy się, że nic nie stoi na przeszkodzie, aby wykonać nasze dzieło, przykleiliśmy butaprenem na murze trzy niepozorne kartki, zawierające mój gniew   przeciwko tym – między innymi – którzy jeszcze przed paroma minutami tu stali, przeciwko polsko-niepolskiej władzy.
Następnie oddaliliśmy się spokojnie, wiedząc, że nie był to nasz ostatni raz.
Po powrocie do „Domu Górnika“, gdzie mieszkaliśmy, Mietek poprosił mnie o wspólną modlitwę dziękczynną na intencję tego, że Pan Bóg otoczył nas opieką i pozwolił szczęśliwie powrócić z akcji. Zgodziłem się oczywiście, mimo wewnętrznego sporu.
Bo przecież…, może jednak istnieje.

Berlin  14.03.2013

Biały kruk

Ukryty pośród zakurzonych ksiąg.
Czekający swojej pory biały kruk
Śpi niemym pożądaniem objawienia.
Ideą ukrytą w iluzorycznych słowach.

Na czarnej oprawie znak cierpienia.
Błogosławione narzędzie słabości,
Symbol braterstwa zła i dobra,
Szepcący psalmy, oliwny krzyż.

Zapisane strony Bożego Testamentu
Wypełnia ginąca bezpowrotnie prawda
Karmiąc ostatek nadzieją odkupienia,
Ofiarą złożoną z trzydziestu srebrników.

Ta wielka tajemnica prostej wiary
Ten proroczy obraz rzeczywistości
Umiera w cierniowej koronie dogmatów,
Ubierając w światłość boga tego świata.

A ja błądząc po stronicach objawienia
Szukam mojej drogi do ziemi obiecanej
I odnajduję: odium, chorobę, śmierć.
Sąd, ostatni akt stwórczego dzieła.

Lecz ufny nadal trzymam płonącą lampę.

Przedsionek raju

Słońce bezlitośnie wypala
Resztki wysłużonej nadziei,
Pustynie modlą się o deszcz

Jednak nikt tego nie słyszy.

Dziewicze niegdyś puszcze
Pozbawione dostojeństwa
Wznoszą kikuty ku niebu

Jednak nikt tego nie widzi.

W umarłych korytach rzek
Woda przenosi bezpłodność,
Pachnąc ludzkim władaniem

Jednak nikt tego nie czuje.

Tworzymy własny Armagedon
W powietrzu unoszą sie fekalia,
A zmierzch kończy tragifarsę

Jednak nikt tego nie rozumie.

I nikt już nie czeka wybawienia.
I nikt nie prosi o ziemie obiecaną,
Pokora odeszła w pohańbieniu.

A my stoimy w kolejce do raju.

Żory, 14. 03. 1987

Obok Prawdy

Na odwiecznym wernisażu
Dziwnie sakralnej wyobraźni,
Jak gołąb, prosto ku niebu
Wyleciały z mej pamięci
Słowa wszystkich modlitw.

Dawidowe psalmy dziękczynne,
Sto pięćdziesiąt pieśni
Otuliła nieznośna cisza.
Zamilkły sterylnie zamknięte
W ukrytych nieszporach.

W kanonach kompozycji
Ujrzałem doskonałość formy.
Idealne proporcje postaci
Patrzące na mnie ze ścian
Jak na intruza
W galerii Bożego przybytku.

Wyszedłem zniewolony
W asymbiozie myśli.
Stojący przy drodze Krzyż
Objął mnie starym ramieniem,
A łzy poczęły płynąć po twarzy
I poszedłem przed siebie
Ad limina apostolorum
W poszukiwaniu prawdy.

Berlin 30.03. 1992

Międzynarodowy Dzień Seksu

Dzień Seksu dopiero jutro, ale u nas już dziś, bo jutro pierwszy piątek miesiąca i nie będziemy go przecież odbierać Romanowi Brodowskiemu tylko z tak błahej przyczyny, że dziesięć lat temu… Ale o tym pisze już nasz autor:

Zbigniew Milewicz

Bykowe…

No i znowu mamy najprzyjemniejszy dzień roku. Dziś, po raz dziesiąty już z kolei, obchodzimy Międzynarodowy Dzień Seksu, ustanowiony przez samą Radę Tradycji Unii Europejskiej, w trosce o podniesienie spadającej na łeb, na szyję populacji w krajach członkowskich. Dzisiaj więc naszym patriotycznym wręcz obowiązkiem jest  zaparcie się seksualnej frustracji i oziębłości, żadnych rozmów o bólu głowy, stresie cywilizacyjnym, cukrzycy i impotencji. Panie i panowie do dzieła… przynajmniej ten jeden raz w roku. A propos, taka anegdota: uniwersytecki wykład z seksuologii, pan profesor wylicza, jak często ludzie kopulują ze sobą, w zależności od rasy, kultury, temperamentu. Potrafią zbliżyć się – mówi – kilka, a nawet kilkanaście razy w ciągu dnia, inni tylko raz, przy zmniejszonym libido, raz albo dwa w tygodniu, miesiącu, kwartale, a w skrajnych przypadkach zaledwie raz, albo dwa w roku. A pan z czego się tak cieszy – pyta jednego ze studentów. Ach, bo to dziś będzie ten drugi raz! – pada euforyczna odpowiedź.

barabaraHanna Märker, polska pisarka, mieszkająca w Berlinie poświęca seksualności praktycznie całą swoją twórczość. Autorkę poznałem pod koniec marca b.r., na święcie Marzanny, w Lübars. W pękającej pod naporem kobiecości „małej czarnej” a la Coco Chanel  prezentowała swoją najnowszą powieść, pod znamiennym tytułem „Bara@Bara”. Nigdy nie uciekaj od miłości – nie warto… Ona i tak cię dogoni! – głosiło motto. Pisarka i jej książka miały jakiś magnetyzm w sobie, wokół stoiska  kręciło się sporo osób obojga płci i nie tylko ja miałem problem z koncentracją. Były to czary, albo dobry marketing, a może jedno i drugie, wzrok wędrował od głębokiego dekoltu poprzez kuszący, krwisty make up, niewinne spojrzenie błękitnych oczu, na obwolutę powieści. Oczywiście kupiłem, dostałem autograf, czytało się dobrze, choć za literaturą obyczajową nie przepadam. Nie była to książka miłości, bardziej o życiu i skomplikowanych relacjach międzyludzkich, ale miłość cały czas była przecież w tle.

Seks w czystej, fizjologicznej postaci, bez jakiegokolwiek pierwiastka uczuciowego, oddałbym robotom. Miałem kiedyś okazję rozmawiać ze znaną aktorką dochodowej branży pornograficznej. Powiedziała mi, że mimo iż posiada dużą rutynę, w trakcie kręcenia castingowych scen, które wielokrotnie trzeba powtarzać, cały czas myśli sobie o pierwszym mężu, albo o zaprzyjaźnionych facetach, jeżeli filmowy partner jest jej obojętny. Jeśli jest między nimi choć odrobina chemii, to gra się znacznie lepiej, naturalniej, zdjęcia trwają krócej i można dostać lepsze honorarium.

krupowkiJeżeli już mowa o materialnych korzyściach i seksie, to są one ze sobą od zawsze związane. Potwierdza to najstarszy zawód świata, o którym niedawno pisałem, ale też tzw. prostytucja małżeńska (nie dam, jak nie dostanę nowych butów) czy… kościół na bykowym w Zakopanem. Historia sięga XIX wieku i związana jest z postacią pierwszego zakopiańskiego proboszcza, ks. Józefa Stolarczyka, słynącego z niekonwencjonalnych metod duszpasterskich. Kiedy w trakcie budowy nowego, kamiennego kościoła przy ul. Krupówki zaczęło brakować budulca, cudzołożnicy w charakterze pokuty zobowiązani byli  dostarczać go na miejsce. Ilość tórebek  kamieni Ksiądz Jegomość wyznaczał grzesznikowi, w zależności od rozmiarów jego winy i ten rodzaj ekspiacji obowiązywał tylko mężczyzn. Wolno im było odpokutowywać swoje winy pod dyskretną osłoną nocy, ale na drugi dzień i tak wszyscy w gminie wiedzieli, o ile i dzięki komu kościół będzie wyższy. Krupówki nazywano wtedy drogą grzeszników. „Grzeszą” słowem od zarania dziejów poeci. Oddaję na zakończenie głos naszej noblistce Wisławie Szymborskiej, w jej limerykach:

limerykiRaz pewna dama w Lubomierzu
tarzała swego gacha w pierzu.
“Czemu to czynisz?”- jęczał gach,
A ona na to dictum: “Ach,
Zbyt goły jesteś, Kazimierzu”.

Raz Mozarta bawiącego w Pradze
Obsypały z komina sadze.
Fakt, że potem w ciągu godziny,
Wymorusał aż cztery hrabiny,
Jakoś uszedł biografów uwadze.

Jawnogrzesznica z miasta Kłaj
W swoim zawodzie była „naj“
Ale to zależało,
Czy jej się chciało, czy nie chciało –
Taki już miała obyczaj.

Sekscytacje, Antologia Polskiej Literatury Frywolnej, Rubasznej i Obscenicznej. Wyd. Interwers, 2009

PS.
Dla uzupełnienia i równowagi: jutro Międzynarodowy Dzeń Seksu, a dziś czyli 6 czerwca – Światowy Dzień Pocałunku

Blender

Od adminki: Niestety “Blender” to jeden z tych wpisów, z których po kilku latach praktycznie nic nie zostało. Wszystkie linki nieaktualne i nie ma filmu. A film był świetny.

Maria Magdalena Kozłowska & Remigiusz Pigłowski
vel
Heidi Koslowski & Remy Blassius

FILM pt. Blender

Niestety nie możemy umieścić w blogu bezpośredniego linka. Trzeba wejść na stronę Picassy, kliknąć w obrazek (taki sam jak ten poniżej) i jeszcze ustawić sobie full screen i głos. (Uwaga z roku 2020 – wszystko nieaktualne)
petra1
A co gorsza, co gorsza – jeśli macie starą wersję flesza, to może się zdarzyć, że nie uda się wam obejrzeć filmu. U mnie tak było, ale zrobiłam sobie update Adobe-Flash i gra przepięknie. A wszystko naprawdę warto zrobić, bo film genialny!

blender3

PS.
4 czerwca 1989 roku poszliśmy wybierać. Były to pierwsze wolne wybory w Bloku Wschodnim. Niesamowite przeżycie dla tych co byli w Polsce. Dlatego podoba mi się pomysł tego filmiku.

Międzynarodowy Dzień Prostytucji

O tym, że 2 czerwca obchodzimy Międzynarodowy Dzień Prostytucji poinformował mnie nasz blogowy autor Zbigniew Milewicz (pisał tu m.in. o wypadkach marcowych). Intencją tego dnia jest przypomnienie, że osoby wykonujące ten zawód są dyskryminowane, a większość z nich to terroryzowane niewolnice i niewolnicy. W tym kontekście opowieść o prostytutkach w PRL, którą na dziś przygotował Zbyszek, to historia o bajkowym świecie… Ale o tym za chwilę.  Na razie przypomnijmy, kto i dlaczego wybranł dzień 2 czerwca…

Eglise_Saint-Nizier_Lyon— tego dnia 1975 roku sto prostytutek zajęło kościόł Saint Nizier w Lyonie (Francja), aby zwrócić uwagę na swoją katastrofalną sytuację życiową i warunki pracy. Ilość strajkujących kobiet powiększyła się w czasie trwania protestu. Mieszkańcy miasta i władze kościoła przyjęły protest pozytywnie i okazały kobietom wsparcie. Strajk rozprzestrzenił się na inne miasta: Marsylię, Grenoble i Paryż. Żądania strajkujących zostały przekazane do najwyższych władz państwowych, ktόre niestety nie były gotowe zająć się poprawą sytuacji życiowej i zawodowej kobiet.
Międzynarodowa prasa dużo pisała na ten temat. Po raz pierwszy w historii prostytutki stały się widoczne dla innych, bez potwierdzania stereotypu na swόj temat. Wystąpiły jako kobiety pracujące, które walczą o godność i prawa człowieka.
W dniu 10 czerwca 1975 roku o godzinie 5 rano, policja brutalnie wtargnęła do kościoła. Strajkujące kobiety zostały brutalnie usunięte. Na pamiątkę tego wydarzenia nazwałyśmy ten dzień Międzynarodowym Dniem Prostytutek.
Tyle Joanna z niemieckiej organizacji Hydra dla portalu Seksualność kobieca.pl.

Zbigniew Milewicz

Nierządnicy żywot atłasowy

Życie dziennikarza w PRL-u nie było usłane różami. Na Śląsku chodziło się głównie po węglu, który wydobywała niestrudzona brać górnicza, po stali, płynącej szerokim strumieniem z hut, po rekordach produkcyjnych i czynach społecznych. Kiedy obywatele po trudzie pracy wypoczywali, to czynili to na ogół zgodnie z zasadami marksistowsk- leninowskiej moralności, żeby zdobyć siły do następnego tygodnia wytężonej pracy, ku chwale i rozwojowi socjalistycznej ojczyzny. Owszem, na poboczu tej jedynie słusznej drogi rosły różne chwasty, które władza wyrywała, żeby się nie rozprzestrzeniły i dziennikarze to opisywali. Nie były to jednak zbyt groźne przypadki, ot obywatel się upił zbyt mocno i pod tzw. wpływem zrobił żonie awanturę, czasami ją uderzył, a kiedy indziej zabił, bo np. przyprawiła mu rogi z sąsiadem. Za pieniądze kobiety w PRL-u się jednak nie oddawały. Tak przynajmniej twierdziła propaganda, potępiająca wyzysk człowieka przez człowieka, do którego kwalifikowano prostytucję. Ponieważ faktycznie kwitła ona w najlepsze, ktoś wymyślił słowo „cichodajki” na określenie dziewczyn, które lubią się puszczać, ale nie biorą za to pieniędzy, tylko najwyżej jakiś poczęstunek, albo prezent. Były też pamiętam, lawstorantki i „wirażki“ – pół k…., pół ptaszki, ale prostytutek, tych jasno zdefiniowanych oficjalnie było brak.

Sporą część dnia pracy spędzałem na wertowaniu akt sądowych, w poszukiwaniu tematów na reportaż lub felieton spod paragrafu i któregoś razu okazało się, że jednak SĄ. Zbieranie materiałów i pisanie zajęło mi kilka miesięcy, wreszcie tekst powstał, oddałem go Frankowi Dendorowi w macierzystym „Dzienniku Zachodnim” w Katowicach. Franek był sekretarzem redakcji. Przeczytał, posłał naczelnemu, Szmidtowi-Kowalskiemu, a ten pokręcił przecząco głową. Reportaż mu się podobał, ale wolał nie narażać się komitetowi wojewódzkiemu partii. Parę innych redakcji zareagowało podobnie. Wreszcie znalazł się jeden odważny, Wilhelm Szewczyk, znany literat i naczelny redaktor dwutygodnika społeczno-kulturalnego „Poglądy”, który 15.09. 1978 r. zamieścił u siebie mój pionierski tekst o prostytutkach w PRL. Był ilustrowany pikantnymi zdjęciami z jakichś zakazanych, zachodnich wydawnictw, więc nakład pisma, które miało wtedy pewne kłopoty ze sprzedażą rozszedł się w kioskach „Ruchu” błyskawicznie. Podobno można je było później jeszcze kupić na śląskich bazarach, ale za cenę dużo wyższą. Oczywiście dumny byłem z tego powodu niesłychanie. Oto ten materiał sprzed lat, z niewielkimi skrótami i uzupełnieniami:

Śliczna mówi, że jest jedną z dwudziestu paru dziewczyn wciągniętych w obyczajówce do kartoteki zatytułowanej „Silesia – nocny bar”. Ma tam zdjęcie en face, dwa z profilu i dane osobowe, takie jak: kiedy zaczęła chodzić na bizness, z jakiego powodu, ile ma lat, jaki zawód wyuczony, gdzie mieszka, itp. Śliczna mówi, że podobnie jak inne jej koleżanki często i regularnie odwiedza lekarza, licencję ma więc zawsze w porządku. Różne lawstorantki i cichodajki, które też schodzą do barku, oczywiście nie figurują w kartotece i Śliczna uważa, że to jest złe, bo jeżeli taka zaleje się, narozrabia, okradnie klienta, to afera zwykle idzie na konto środowiska notowanych i jest smród, a tamta dziewczyna dalej sobie hula.

Kiedy Śliczna siedzi na stołku przy barze, ma już leciutkiego rausza i akurat nic specjalnego do roboty to myśli. Lepsze to – uważa – niż rozglądanie się za klientami, co nigdy nie było w jej stylu. Myśli na przykład o tym, czy do twarzy byłoby jej z pięciorgiem dzieci, mężem górnikiem i wałkiem do ciasta w ręce. Albo zastanawia się, co by było, gdyby w Polsce zdecydowano się otworzyć domy publiczne i jak jej, Ślicznej, powodziłoby się w takim domu. Pewnie dużo gorzej, niż teraz. W ogóle o różnych sprawach sobie wtedy myśli, jeżeli oczywiście z kimś nie rozmawia. Z barmanką albo Anitą, z którą się przyjaźni.

Nad łóżkiem Anity, zwanej również Siódemką, ze względu na rozmiar biustu, wisi duża, kolorowa reprodukcja studolarowego banknotu. Aby nie było żadnych wątpliwości. Anita składa na własnościowe mieszkanie, które właściwie mogłaby mieć od dawna, gdyby nie szastała zarobkiem na prawo i lewo. Skończyła z tym jednak, zmądrzała i teraz nawet na kochanej Kuleczce oszczędza. Już nie karmi jej szynką z Pewexu, tylko zwykłą kiełbasą, której psina początkowo tknąć nawet nie chciała, ale kiedy pani zrobiła jej wykład na temat wyższego modelu konsumpcji, to przestała grymasić.

Mądra ta Kuleczka i pocieszna szalenie, jak to kundlica zresztą. Różne sztuki zna. Potrafi chodzić na przednich łapach i fikać w powietrzu koziołki, a jak który dżentelmen ma nieświeże gatki albo skarpetki, to cichcem wynosi je do składziku na węgiel, bo nie lubi brudasów. Tak jak jej pani. Dla Anity najlepszymi klientami są Japończycy. Czyści są aż do przesady, kulturalni, no i bardzo szybcy. A poza tym dobrze płacą. Anita nie pamięta takiego przypadku, żeby poszła z Japończykiem za najniższą stawkę, czyli za pięćdziesiąt dolarów. Dają po osiemdziesiąt, dziewięćdziesiąt, sto, a jak mają ochotę na repetę, to i więcej.

Gejsza najlepiej orientuje się w tym temacie, bawienie gości z Kraju Kwitnącej Wiśni to jej specjalność. Ciemnowłosa, jasnej karnacji i delikatnej postury jest bardzo w ich typie. Przyjeżdżają do Katowic w różnych służbowych sprawach, niektórzy już z jej adresem w kieszeni, przekazanym „w spadku” przez kolegów. Z jednym utrzymuje kontakty już chyba ze dwa lata. Pan reprezentuje w Warszawie interesy poważnego, tokijskiego koncernu i gości w Katowicach przynajmniej raz w miesiącu. Czasami przyjeżdża z własną połowicą, ale nawet wtedy daje Gejszy zarobić. Zresztą zawarła znajomość z panią Japończykową na jednym z oficjalnych bankietów w hotelu „Silesia”, wydanym na cześć jej klienta, na którym Gejsza pełniła niby rolę sekretarki jednego z polskich dyrektorów. Dama okazała się przemiła, zaś bankiet jak to bankiet, żadna nowość. Dzięki stałemu klientowi często bywa na takich imprezach, w sumie opłacalnych ze względu na kontakty.
Jest, mówi o sobie, dziewczyną biznesu i mężczyźni jako tacy nie interesują jej w ogóle, istotna jest dla niej jedynie zawartość ich portfeli. Część zarobionych pieniędzy przeznacza na bieżące utrzymanie i reprezentację, kosmetyki, ciuchy, zaopatrzenie domowego barku, taksówki, fryzjera i tym podobne rzeczy. Resztę odkłada, aby w odpowiednim momencie zainwestować w jakiś dobry interes. Może zdecyduje się na warsztat złotniczy, stację obsługi samochodów albo na jakąś kafejkę… W każdym razie, kiedy uzbiera już tyle pieniędzy, ile chciałaby, to wycofa się z zawodu. Zostawi siostrze tę kanciapę na poddaszu starej, brzydkiej kamienicy na peryferiach miasta, w której mieszkają razem i wyjedzie gdzieś, gdzie jej nikt nie zna i tam urządzi się po pańsku.

Pulchna, mocno umalowana Żaneta też nie zamierza w nieskończoność pracować. Ma już trochę pieniędzy na koncie, własny samochód i ładny domek, w którym mieszka wygodnie razem z mamą i dziesięcioletnim synem. Gdyby trafiła się jej dobra karta ślubna, to mogłaby spalić za sobą wszystkie mosty. Musiałby to być jednak odpowiedni mężczyzna, z prezencją, kulturalny, wyrozumiały i najważniejsze – nieobojętny uczuciowo. Ona, Żaneta jest bowiem przede wszystkim kobietą, nawet wtedy, kiedy idzie z mężczyzną za pieniądze. Żaneta nie potrafi znaleźć odpowiedniego określenia na to, kim nie jest i mówi, że zawsze zachowuje w pracy klasę. Tak jak inne jej koleżanki, te bardziej szanujące się, sama dobiera sobie partnerów, bo kasa to nie wszystko. Mężczyzna musi najpierw spodobać się Żanecie, zanim pójdzie z nim do łóżka.

Z Japończykiem na przykład nigdy by nie poszła. Nie jest rasistką, ale nie odpowiadają jej Azjaci. Z Polakiem? Owszem, czasami zabawi się z rodakiem. Jeżeli chłopak przypada jej do gustu, a ona akurat ma humor i fantazję, to wówczas zaprasza go do siebie na drinka. I oczywiście wtedy nie ma mowy o zapłacie, robi to dla przyjemności. Polacy jako źródło zarobku raczej odpadają, no może z wyjątkiem prywatnej inicjatywy, którą stać na urzędowanie z dziewczynami. Jest na przykład taki jeden, starszy prywaciarz, który za samo towarzyszenie przy stoliku daje Żanecie dziesięć, piętnaście tysięcy złotych. Bywa i tak, nie wszyscy mają ochotę na seks. Niektórzy potrzebują wyłącznie dam do towarzystwa. Wystarczy, że spędzą z nimi wieczór w barze, porozmawiają, zatańczą i za to płacą.

W ten sposób poznała swojego Belga, który jest teraz jej bliskim przyjacielem. Ilekroć przyjeżdża służbowo do Polski, zawsze poświęca Żanecie sporo czasu i często gości u niej w domu. Mama i syn bardzo go lubią, ponieważ jest dla nich miły i przywozi prezenty. Od przyjaciela nie chce brać pieniędzy i jeżeli w dowód sympatii dostaje np. jakiś drobiazg ze złota, ładny kamień albo coś w tym guście, to również jest zadowolona. W kabale wyszło Żanecie, że oświadczy się jej starszy, zagraniczny blondyn. Pasowałoby jak ulał do jej Belga. Naturalnie ona traktuje karty jak najbardziej zabawowo, ale myśli, że gdyby przypadkiem ta wróżba się spełniła, to przyjęłaby oświadczyny i raz na zawsze skończyła z chodzeniem na biznes.

nierzadnica-atlasowaSonia sceptycznie odnosi się do takich gadek. Z własnego doświadczenia i paru innych życiorysów wie, że kiedy dziewczyna przywyknie do sypiania z facetami za pieniądze, to zupełnie tak, jakby przyzwyczaiła się do zażywania narkotyków. Diablo trudno skończyć z tym później, znacznie łatwiej zacząć. Przyznaje, że przekroczyła ten próg bez większych zahamowań psychicznych. Pochodzi z małej miejscowości w województwie bielskim, ma średnie wykształcenie i dwa lata studiów na Akademii Ekonomicznej w Katowicach. Na III roku poznała chłopaka, nie uważali, zaszła w ciążę. Chciała zataić ten fakt przed swoimi rodzicami, chłopak namówił ją na skrobankę, ale były kłopoty z pieniędzmi. Do szpitala pójść nie chciała, a stypendium i forsa z domu ledwo wystarczały jej na życie i opłacenie stancji. Wtedy przyszła jej z pomocą koleżanka z roku, dziewczyna zawsze super ubrana i z gotówką. Pewnego popołudnia zaprosiła Sonię do „Silesii”, raz dwa namotały jakichś Niemców, wypiły z nimi drinka, a później Sonia z jednym z nich poszła do numeru. Kiedy opuszczała hotel, była bogatsza o pięćdziesiąt marek. Dzisiaj za taką sumę nawet nie spojrzałaby na takiego ausländera, ale wtedy była to dla niej szokująco zawrotna suma. Zaraz następnego dnia poszła do ginekologa, zbadał ją, ustalił czwarty miesiąc, na zabieg było już za późno.

Chłopak się momentalnie zmył. Przerwała studia, wróciła do rodzinnego miasteczka, oczywiście nie obeszło się bez piekła w domu i złośliwych docinków ze strony miejscowej publiki. Tam urodziła córkę, podchowała ją trochę, po czym wróciła do Katowic, a mała została pod opieką rodziców. Powiedziała im, że jedzie za pracą i rzeczywiście tak było. Do dziś nie wiedzą, z czego faktycznie się utrzymuje, nie ich sprawa. Oczywiście dba o nich i o dziecko, regularnie co miesiąc zawozi im pieniądze i różne prezenty, małą ubiera jak laleczkę, wycałuje, wypieści, przy żniwach pomoże, nie mogą narzekać.

Ciepłe, słoneczne południe. Siedzę w garsonierze Soni, w centrum nowoczesnej dzielnicy Katowic, popijam dobrze przyrządzone martini i słucham tego, co mówi mi ta przeciętnie ładna, bezpretensjonalna dziewczyna w dżinsach, podobna do tysięcy innych dziewczyn w dżinsowych ciuchach. Mówi, że dziś, po sześciu latach pracy w zawodzie, rozporządza już wystarczająco sporym i dobrze ulokowanym kapitałem, aby móc zamknąć sklepik. Próbowała, ale nie wyszło. Góra po trzech, czterech tygodniach przerwy wracała do „Silesii”. Brakowało jej różnojęzycznego gwaru, miło nadskakujących bojków z wypchanymi portfelami, koleżanek, „służbowego” stołka barowego, świateł, dźwięków, parkietu, widoku zręcznie miksowanych koktajli, nastroju zabawy na pełnym luzie, całej tej specyficznej atmosfery.

Zresztą taka Księżniczka, wyszła za mąż za Austriaka, byt miała niby zapewniony, a dalej balowała w „Silesii”. Mówił, że nie chodzi już tam dla zarobku, tylko dla przyjemności, ale kto wie, jak było naprawdę. Mówić można różnie, Księżniczka opowiadała dziewczynom w barze, jak to będzie, kiedy już wyjedzie na stałe do Wiednia i wygodnie urządzi się u swojego mężusia, prezesa dużej firmy reklamowej, który nawet palcem nie pozwoli jej kiwnąć i da wszystko, czego tylko szanowna małżonka zapragnie. Trudno zaprzeczyć, urządziła się. Zaraz, jak przyjechała do Wiednia, to wysłał ją na biznes do jednej tancbudy, bo okazało się, że nie jest żadnym prezesem, tylko zwyczajnym alfonsem. Tu była panią dla siebie, tam musi tyrać dla niego. Śle teraz smutne listy do dziewczyn i pisze, że ma już zachodniego życia po dziurki w nosie i chyba wróci do kraju, co Sonia uznałaby za najrozsądniejsze. Na Zachodzie życie jest drogie, a tutaj nawet jeśli zarobi codziennie tylko te 50 dolarów, może sobie żyć jak pani, a za granicę wyjeżdżać turystycznie. Sonia podaje mi plik kolorowych zdjęć ze światowych wojaży: Neapol, Paryż, Lazurowe Wybrzeże, Pireus, Amsterdam, Sztokholm, zwiedziła prawie całą zachodnią Europę.

Dopijam drinka, Sonia idzie do łazienki, zrobić się na roboczo i po chwili wraca, gotowa do wyjścia. Gładko uczesana, bez żadnego makijażu i w prostej, sportowo skrojonej sukience, wypisz, wymaluj – skromna gimnazjalistka. Na odchodnym zerkam na półkę z książkami: tomik fraszek Sztaudyngera, seria Srebrnego Kluczyka, powieści Chmielewskiej, Kuchnia Polska, Nierządnicy żywot atłasowy, pióra Ziółkowskiego. Książki stanowią jej własność, tę ostatnią kupiła ze względu na tytuł, z ciekawości, jak żyło się jej koleżankom po fachu w dawnych wiekach. Lektura była niezła, ale sama napisałaby coś lepszego. Taką prawdziwą opowieść z życia współczesnych dziewczyn biznesu, gdyby oczywiście umiała pisać. Zresztą, kto wie, może spróbuje, miałaby już nawet tytuł: „Krowa”. Dlaczego akurat „Krowa”? W odpowiedzi uśmiecha się tajemniczo i mówi, że to dłuższa historia.

Przed blokiem łapiemy wolną taryfę. Sonia wysiada przed „Silesią”, gdzie umówiona jest na obiad z pewnym Holendrem, a mnie kierowca zawozi przed gmach Sądu Wojewódzkiego. Chcę jeszcze raz rzucić okiem na akta sprawy Henryka M. i innych, w których jest mowa między innymi, że: Śliczna, Anita, Gejsza, Żaneta, Księżniczka, Sonia i inne dziewczyny, trudniące się uprawianiem nierządu, płaciły haracz pracownikom hotelu „Orbis Silesia” w Katowicach za możliwość uczęszczania do tamtejszego baru nocnego, gdzie zawierały znajomości z szukającymi rozrywek obcokrajowcami. Haracz ten uiszczały gotówką lub drinkami – Marianowi W., noszącemu pseudonim Węgier i Henrykowi M., zwanemu Cukiernikiem, którzy na zmianę pełnili w barze funkcje kierowników sali. Pieniężna taryfa za jednorazowe wejście do lokalu wynosiła średnio 500 złotych. Z trunków, sprzedawanych w barze z około 400 procentową marżą, panowie pijali najchętniej gin i whisky. Proceder trwał od września 1973 r. do stycznia 1977 r., ale najwięcej zgarnęli od stycznia do marca 1975, kiedy to obowiązywał w „Silesii” zakaz wpuszczania prostytutek, całkowicie pozbawiony mocy prawnej. Wydał go – w oparciu o własne w tej kwestii widzimisię – dyrektor hotelu, Marian P., towarzystwu temu niechętny. Na sali sądowej, gdzie wystąpił w roli świadka, umotywował swoją decyzję często niewłaściwym zachowaniem panienek, kiedy były pod wpływem alkoholu i podejrzeniami o okradanie gości. Identycznie zdecydował w stosunku do cinkciarzy oraz taksówkarzy, którzy zajmowali się stręczycielstwem oraz pośredniczyli w nielegalnym handlu obcą walutą. Powodowała nim zaś tylko troska o dobrą markę hotelu. Absolutnie nie wiedział o tym, że jego personel na owej trosce nielegalnie się bogaci, dopiero w śledztwie poznał ich machlojki. Cóż, lepiej późno, niż wcale.

Ośmiu pracowników hotelu uchodzącego za najbardziej ekskluzywny w Katowicach zasiadło na ławie oskarżonych, pod zarzutem wymuszania korzyści materialnych od klientów. Wyroki przed sądem zapadły skazujące i stosowne do stopnia dowiedzionej winy, bardziej brzemienne w konsekwencje finansowe niż więzienne. Śliczna i jej koleżanki, które przedefilowały przed obliczem Temidy w charakterze świadków oskarżenia, powiedziały mi prywatnie, że od czasu całej tej afery nikt im już w „Silesii” nie utrudnia pracy. Jeżeli zaś nadal płacą portierowi za otwarcie drzwi albo czasem zapomną zabrać ze sobą do baru wykupioną kartę wstępu ( i cieć po staremu sprzedaje ją komuś innemu, po raz drugi, a czasami trzeci i czwarty) to robią tak tylko z przyzwyczajenia. W końcu kosmetyczce za zabieg, a taksówkarzowi za kurs do hotelu lub powrotny do domu też płacą podwójną stawkę.

***

Na zakończenie Autor pisze: Z okazji dzisiejszego święta życzę wszystkim pracownicom i pracownikom sektora, o transwestytach nie zapominając, wszystkiego najlepszego, przede wszystkim zdrowia, bo na tym i klientela skorzysta. W postaci laurki, wierszyk, już bardziej współczesny.

Od Redakcji: Wpis jest już i tak długi, wrzucam więc wierszyk do sieci: Pochwala nierzadu

Zagadka: Koronacja odbyła się 60 lat temu, 2 czerwca 1953 roku. Czy ktoś wie – czyja? Dodajmy, że ten ktoś w roku 1946 uzyskał stopień podporucznika i został przeszkolony na kierowcę i mechanika, uzyskując ostatecznie stopień kapitana.
Zagadkę rozwiązała Julita: królowa Elżbieta II.

Na Dzień Dziecka

Kilka dni temu Krystyna Koziewicz pisała o Dniu Matki i było to dalekie od laurki. Dziś Roman Brodowski publikuje teksty na Dzień Dziecka, też odległe od banalnych słodkich obrazków, jakie na ten dzień uczynnie podsuwa nam komercja.

Z pamiętnika matki i ojca
~  Dzień dziecka  ~

Dzieci! – zawołałem, proszę umyć ręce i przyjść na kolację, bo już od dziesięciu minut czekam – dodałem, stawiając na stole świeżo zaparzoną herbatę.
Po kilku minutach siedzieliśmy całą trójką, to znaczy ja i moi bliźniaczo do siebie niepodobni bliźniacy przy wieczornym stole, spożywając ostatni dzisiejszego dnia posiłek.
– Tatusiu – przerwał nagle ciszę Amos, zbliża się dzień dziecka, więc czy mógłbym dostać 100 Euro na spływ kajakowy, który organizują koledzy ze starszych klas naszej szkoły?
– 100 euro?  – powtórzyłem jego słowa z niedowierzaniem, nieco zaskoczony tą propozycją. – Czy ty zdajesz sobie sprawę, że byłoby to bardzo  nierozumne z mojej pozwolić ci na taką wycieczkę bez fachowej opieki, tylko z kolegami. Przecież ty masz do… Nie dokończyłem zaczętej myśli, gdyż w tym momencie uświadomiłem sobie, że za półtora miesiąca moje jeszcze nie tak dawno bezbronne małe istoty ukończą szesnasty rok życia.

– Mój Boże! – pomyślałem, to już od szesnastu lat spełniam misję jaką mnie obarczyłeś, od szesnastu lat gram główną rolę w spektaklu, jaki dla mnie napisałeś. Od szesnastu lat wypełniam  twój scenariusz, poświęcając wszystko inne, co sprawiało mi wcześniej przyjemność i, co najciekawsze, czynię to z radością i bez najmniejszego żalu do Ciebie, pomimo tego (co chyba sam przyznasz), że rola matki i ojca w jednej osobie nie zawsze jest łatwa.

– Ja też wolałbym pieniądze, odezwał się Martin, sprowadzając mnie ze świata na ziemię.  Chciałbym  sobie kupić nową komórkę oraz spodnie…, takie jakie się dzisiaj nosi –  dodał po namyśle.

Ok, niech będzie. W dniu waszego święta dostaniecie to, o co prosicie, i będziecie mogli  wykorzystać zgodnie z waszymi potrzebami. Muszę jednak zaznaczyć, że tego, o co mnie prosicie, nie mogę potraktować w kategoriach sercem podyktowanego prezentu dla was, a raczej jako spełnienie mojego obowiązku dotyczącego zapewnienia wam podstawowych warunków do, prawidłowego funkcjonowania w  środowisku w jakim  się obracacie, abyśmy jednak mieli wspólną przyjemność w dniu waszego święta, zapraszam was na  wycieczkę do Pergamonu, a potem na lody. Co wy na to?
– Zgoda – jesteś taki kochany! – wykrzyknęli prawie  jednocześnie, obejmując mnie i całując po okrytych szarzyzną czasu skroniach. Jakaś nieproszona łza zabłąkała się na oku, a ja słuchałem  wewnętrznego głosu, który jak górskie echo powtarzał – „tak, to są i pozostaną dla ciebie, na zawsze, małe, kochane dzieci“

Po kolacji chłopcy położyli się do łòżek, ja zaś długo siedziałem słuchając ulubionego, Pierwszego Koncertu fortepianowego b-moll Piotra Czajkowskiego, mimowolnie błądząc myślami po niedalekiej przyszłości, widząc zbliżający się dzień, gdy moje ptaszęta wyfruną z gniazda, by nigdy już do niego na stałe nie powrócić, dzień gdy ja zostanę sam, ze swoimi wspomnieniami o czasie, kiedy były jeszcze małymi, bezradnymi istotami, ukrytymi pod moimi ciepłymi skrzydłami domowego ogniska, obiektami najpiękniejszej z odmian miłości, jaką jest miłość matczyna (a w moim przypadku matczyno-ojcowska) do dziecka.

Po raz pierwszy poczułem dziwny niepokój, przed nadchodzącymi szybkimi krokami zmianami w moim ułożonym życiu. Zacząłem bać się tego co nieuniknione, co jest naturalną koleją rzeczy, z czym z pewnością trudno będzie mi się kiedykolwiek pogodzić – oddaniem moich dorastających, nie całkiem jeszcze opierzonych, a już prawnie pełnoletnich pisklaków, światu.

Przecież ja, który ich przez wiele lat pielęgnowałem, chroniłem i cierpliwie przygotowywałem do pierwszego lotu, uczyłem wszystkiego co powinni wiedzieć i umieć, by sobie w tej dorosłości poradzić. Nie wiem, na ile dobrze spełniłem swoją rolę i na ile gotowi są do tego, by samodzielnie funkcjonować w zmaterializowanym, gotowym na wszystko (nawet kosztem własnej godności)  społeczeństwie. Przecież oni są jedyną radością i sensem mojego życia!

Wizja dalszego życia w czterech ścianach, bez nich, wydała mi się nonsensem. I chociaż pojmuję, że tak jak ja przed laty, oni również zapragną kiedyś odejść, by budować fundamenty własnej egzystencji z wszelkimi konsekwencjami wynikającymi z dorosłości, że upomną się o prawo do własnej interpretacji bytu, czyli życia na własny rachunek, to emocjonalnie nie potrafię jeszcze (i chyba długo nie będę) tego do siebie przyjąć.

Chociaż stwierdzenie Heraklita, iż wszystko płynie, przemija, jest prawdą, to jednak to co pozostaje w naszej pamięci, to czego nie chcemy zapomnieć, pomimo tego że nie jest wieczne, to dla nas jest wiecznością. Idąc niejako torem myślowym Heraklita, można powiedzieć że statek, w którym my stoimy w bezruchu, płynie, a my razem z nim. Ale można przyjąć inną (również prawdziwą) interpretację, bo może statek płynie, a my stoimy w nim w bezruchu…

Tylko do czego ja zmierzam? – No właśnie –  pojęcie wieczności jest uniwersalne i dla nas ludzi mieści się w określonym przedziale doświadczenia zmysłowego, a więc zaczyna w momencie urodzin, a kończy śmiercią, lub (jak znakomita większość naszej populacji wierzy) przejściem w świat niepojętej idei.

A więc, wracając do mojego problemu, logicznie rzecz ujmując, moi synowie mimo że kiedyś odejdą, założą rodziny, podarują mi wnuki, to wiecznie pozostaną ze mną, we mnie i dla mnie – odetchnąłem z ulgą.

A swoją drogą, nie ważne jest, ile nasze dzieci mają lat, ważne jest, że jest taki dzień,  który możemy wspólnie z nimi spędzić, bawić się, sprawiać im radość i cieszyć się tym, że one po prostu są. Bo to ich dzień, Dzień Dziecka.

Berlin  29.05.2012

Ich rejs

Statek od dawna
Gotowy do rejsu
Stoi przy nabrzeżu.

Załoga jeszcze
Niepewna drogi
Cierpliwie czeka.

A na horyzoncie
Bezkres oceanu
Jeszcze spokojny.

Nadszedł czas,
Powiedziałem
Drżącym głosem.

I poszli bez słowa
Wyuczeni prawdy
W nieznany świat.

Ja zaś wpatrzony
W pustą przestrzeń
Całuję marzenia.

Skostniałe dłonie
Żegnają przeszłość
Dziwnym znakiem…

Statek powoli odpływa
Syreny wyją płaczem
A ja?
A ja jestem Ojcem.

Moim synom   Berlin dn. 18.05.2013

PS.
Issued in Britain on June 1st, 1967, Sgt. Pepper’s Lonely Hearts Club Band is the most important rock & roll album ever made, an unsurpassed adventure in concept, sound, songwriting, cover art and studio technology by the greatest rock & roll group of all time. John Lennon, Paul McCartney, George Harrison and Ringo Starr were never more fearless and unified in their pursuit of magic and transcendence.