10 maja 1933 odbyło się pierwsze nazistowskie palenie książek w Berlinie i 20 innych miastach uniwersyteckich. Lista książek do spalenia została podzielona na literaturę piękną, historię, sztukę, politykę i naukę o państwie, historię literatury, religioznawstwo, filozofię i pedagogikę. Lista została przygotowana na życzenie Związku Studentów Niemieckich przez młodego bibliotekarza, doktora Wolfganga Hermanna. Z literatury pięknej Hermann wysłał na stos książki następujących autorów (uwaga wszystkie nazwiska się linkują do niemieckiej Wikipedii):
Z tej listy wybieram na chybił trafił jedno nazwisko. Alexander Lernet-Holenia (ur. 21 października 1897 w Wiedniu, zm. 3 lipca 1976 tamże) – austriacki pisarz, poeta, i historyk. Tyle pisze o nim polska Wikipedia.
Już się nauczyłam – jeśli polska Wikipedia pisze tak mało, to nie znaczy, że nie chce, to znaczy tylko, że jak dotąd NIKT nie chciał się zająć tym, żeby o nim coś napisać. Wiem, bo już raz udało mi się zmienić taki stan i wprowadzić do polskiej Wikipedii porządny wpis o szwajcarskim pisarzu Andre Kaminskim, a potem zrobiłam wpis dla Wikipedii: http://pl.wikipedia.org/wiki/Andr%C3%A9_Kaminski. Wpis porządny, nie ma się czego wstydzić, ale robota była żmudna i ciężka, nie tyle samo pisanie, ile przeprowadzanie procedury weryfikacji wpisu. Nie na darmo twierdzi się, że Wikipedię tworzą inteligentni renciści, żeby być autorem Wikipedii, trzeba mieć czas. Czas i cierpliwość. Czasu na pewno nie mam, cierpliwości może by i starczyło, no ale czas…
Tymczasem Alexander Lernet-Holenia był interesującym i płodnym pisarzem – autorem powieści fantastycznych, wierszy, komedii obyczajowych, dramatów i czego jeszcze. Trzy jego dzieła posłużyły jako scenariusze filmowe, w tym, no proszę – powieść z roku 1931 Die Abenteuer eines jungen Herrn in Polen – Przygody młodego człowieka w Polsce. Słyszeliście o tym? Widzieliście? Czytaliście?
Film wyreżyserował Gustav Fröhlich, ulubieniec publiczności, który też gra główną rolę męską. Rzecz rozpoczyna się dokładnie sto lat temu w Petersburgu, główna akcja toczy się tuż po wybuchu I wojny światowej w Lublinie, a tyczy tragicznej miłości, zdrady, bohaterstwa, wierności ojczyźnie…
Premiera filmu ma miejsce 4 października 1934 roku w Lipsku, a sam film zostaje zakwalifikowany przez odnośną komisję jako obraz o poważnych treściach, który można wyświetlać w kinach w dniach świąt kościelnych i narodowych. Rok wcześniej spalono na stosie książki Lerneta-Holeni. Czy ktoś umie to wytłumaczyć?
PS: Lernet-Holenia wcale nie jest tak nieznany w Polsce, jakby się mogło wydawać. Z obfitej twórczości pisarza kilka rzeczy zostało wydanych po polsku, przede wszystkim jego opowiadania i nowele fantastyczne, opublikowane w antologiach tematycznych. W roku 1967 ukazała się Mona Liza (opowiadania – tłumaczył Aleksander Stefanowski), w roku 2002 Mars w znaku Barana (słuchowisko – tłumaczył Jerzy Łukosz) i wreszcie w roku 2012 Germania (wiersze – tłumaczył Ryszard Wojnakowski). A w styczniu br. zorganizowano w Poznaniu wystawę poświęconą jego twórczości. Jedna z czytelniczek donosi też o audycji z wierszami poety w tłumaczeniu Wojnakowskiego i interpretacji Ferenca.
PS.
Książki zawsze były niebezpieczną bronią. W tragedii “Almanzor” Heine tak skomentował spalenie Koranu, jakie się odbyło, gdy Hiszpanie odbili Granadę z rąk muzułmanów.
Das war ein Vorspiel nur, dort wo man Bücher Verbrennt, verbrennt man auch am Ende Menschen.
Tam, gdzie książki palą, niebawem także ludzi palić będą.
Dawno nie widziana na blogu (wytęskniona zatem)Dorota Cygan, zaprasza, zachęca, a nawet można by rzec – zmusza do obejrzenia wystawy Europa Jagiellonica.
Były też w tekście dwie zagadki. Obie rozwiązała Julita.
Dorota Cygan
Europa Jagiellonica contra (in)docta ignorantia
Skoro nie ma to być tekst o niczym (co najbardziej lubię!), to aż kusi, żeby był chociaż o tym, czego na tej wystawie nie ma. Bo od kiedy wiem, że tego i owego brak, owe „to i owo” – biała plama – zaczyna zajmować coraz większą przestrzeń mojej i tak pustawej wyobraźni. Istna biała dziura! Grozi mi, że jeśli nie napiszę tego tekstu natychmiast, biała dziura w mojej zaanektowanej pamięci pochłonie wszystkie eksponaty wystawy, po niej zaś kasjerkę (a szkoda, bo okazała się NIEbezrobotną historyczką sztuki!) a następnie całe muzeum historii saksońsko-brandenburskiej – i wyjdzie na to, że to Jagiellonowie tak się posthum imperialnie rozpychają. Albo gorzej: z wrażeń z wystawy zniknie mi wszystko oprócz tytułu – zamiast Europa Jagiellonica będzie indocta ignorantia, czyli niejasne przekonanie, że była kiedyś taka dynastia i taki kraj, ale ani nie wiadomo jaki, ani gdzie leżał – czyli zostanie to, co statystyczny Polak wie o Jagiellonach: że Zygmunt August kochał Barbarę Radziwiłłównę a Bonę grała Aleksandra Śląska.
Aby zapobiec skandalom, wolę się pochylić nad tą białą plamą. Czego więc nie ma na wystawie i czemu? I przede wszystkim – kto tak twierdzi? Otóż dzięki słowiańskiej szczerości sprzedawczyni Czeszki nabyłyśmy z Lidą oprócz katalogu niemieckiego także ten dłuższy, w wersji angielskiej. No, serdeczna Czeszka miała prawo czuć radość, bo jednak najwięcej obejrzeli jej rodacy. Cieszymy się oczywiście, solidarne z mniejszymi. Mój antyklerykalizm od razu nasunął mi jedno paskudne przypuszczenie, którego po lekturze katalogu nie sposób zrewidować, bo katalog milczy na tematy trudne. Ale nie będę się narażać Watykanowi, wytykając mu małostkowość z powodu kwestii niedostatecznego ubezpieczenia eksponatów. Oni milczą, to i my milczymy, kto powiedział, że prawda jest bardziej pociągająca niż tajemnica. Nie wiedząc więc, czego nie ma, skazane byłyśmy na spekulację – przypuszczalnie mogło brakować kilku Witów Stwoszy lub głów wawelskich tudzież ważnych precjozów ze skarbca koronnego i kilku obrazów włoskich mistrzów. A i pewnie smoka wawelskiego raczej by nie wypożyczano, by Kraków nie stracił młodszych turystów.
Tak zwane twarde fakty są takie: W Kutnej Horze pokazano 350 dzieł (przy 60.000 odwiedzających), w Warszawie eksponatów było 230, czyli o 120 mniej (odwiedzających było zaś 20.000), natomiast do Poczdamu dotarło 90 dzieł (czy i Ty znajdziesz się wśród statystycznie prawdopodobnych 10.000 odwiedzających?), to jest JEDNA CZWARTA, ale wiedzieć trzeba, że część z pokazanych w Poczdamie nie była pokazywana ani w Kutnej Horze ani w Wawie. Wyobraźmy więc sobie rozmowę trzech osób, które widziały różne realizacje tej wystawy – mogą się one na dobrą sprawę zupełnie nie porozumieć rozmawiając niby o tym samym. Fajne ćwiczenie na konwersację. Jak rozmowa Polaka z Węgrem i Litwinem bez znajomości angielskiego i bez tłumacza. Ta statystyka to też jasna odpowiedź na niejasne poczucie zwiedzającego, że wybór eksponatów niekoniecznie miał ambicje reprezentatywności. Albo inaczej: ambicji tej pomysłodawca nie realizował pokazując największe perły ze skarbców rozległego imperium, lecz dobierając do składu coś, co miało reprezentować każdy odległy zakątek w obrębie jagiellońskich rubieży. Żeby uściślić, że spektrum jest szerokie jak od morza do morza, powiedzmy, że są tam pojedyncze dzieła z (w kolejności alfabetycznej) z Bautzen, Brünn, Elbląga, Gdańska, Gniezna, Görlitz, Krakowa, Pasawy, Poznania, Pragi, Torunia, Wenecji, Warszawy, Wittenbergi, Wrocławia itd., wyliczać można by długo.
Odpowiednio różne są i fizjonomie przedstawionych postaci – od lekko paskudnawych z cennego ołtarza Zdjęcie z Krzyża z Torunia, inspirowanych sztuką niderlandzką – aż po bardziej słodkie, czeskie. I tak tryptyk Jeruzalem z Gdańska przypomina nawet takiemu laikowi jak ja trochę Memlinga i cieszy dlatego, że człowiek jednak coś rozpoznał lub przynajmniej mu się zdaje, a już z kolei piękna Madonna Praska z dwoma aniołami i alabastrową twarzą wystarcza że jest – bo jest piękna. Podobnie jest z Madonną Primavesi z Ołomuńca – wystarczy stanąć i patrzeć. Albo popatrzeć choćby na relikwiarze – najładniejsze te z Bautzen czyli Budziszyna. Nic mi nie robi, że z Cranacha Starszego do obejrzenia jest jedynie fragment ołtarza (a dokładniej to pojedynczy portret, bo reszta zaginęła) – na wystawie dowiemy się np. co ma Cranach wspólnego z Wittenbergą a św. Christian z Jagiellonami, jak również to, że Albrecht Dürer przybył do Norymbergi z Górnych Węgier. Te i podobne informacje na wystawie i w katalogu są – ale nie narzucają się i można je zignorować. Także wyjaśnienie, że ołtarz Cranacha pocięto, by go uchronić przed protestantami ma smaczek – chronić przed zniszczeniem przez obcych, jak się okazuje, wolno niszcząc dzieła samemu.
W zasadzie największe zdziwienie bierze się stąd, że chodzi często o dziś nieznaczące miejscowości – i to jest może najważniejsza informacja, jakiej klasy mogły być małe dzieła w małych ośrodkach – nastawy ołtarzowe z prywatnych kaplic dają spojrzenie na polityczną i artystyczną spuściznę dynastii i świadczą o jej randze nie mniej niż najbardziej znane obiekty. A takie rzeźby jak Michał Archanioł ze smutną twarzą to już osobna jakość. Podobnie jak modlitewnik Królowej Bony. Są oczywiście pewne kurioza: Kilka zdjęć w katalogu odsyła do ołtarzy i rzeźb do obejrzenia … na miejscu, czyli np. w Görlitz lub Heilsbronn (o ile ktoś nie pomyli z Heilbronn).
Organizatorom współczuję, bo musiało ich boleć (kolektywne) serce, gdy z wystawy obwoźnej odczepiały się dyskretnie co bardziej strzeżone dzieła. Z kolei ze względów marketingowych pewnie faktycznie należało zachować nazwę wystawy, to zrozumiałe. Efekt uboczny jest, hehe, taki, że sztuka reprezentująca Jagiellonów skromniej się prezentuje niż zbiory muzeum historii saksońsko-brandenburskiej w tymże budynku. Ale może to taki elegancki słowiański understatement. Zachowanie proporcji? Ach, nie stoimy o to! Są inne powody, by obejrzeć tę wystawę (patrz wyżej) – zgoła inne niż prymitywne, imperialne zadęcie z racji świetności sprzed 600 lat.
Co się właściwie dzieje, gdy na wystawach nie dominuje historia i opis kontekstu, ale reflektor punktowy w postaci konkretnych dzieł? Pomysł już wypróbowany, nie do końca zadowalający wszystkich – ale może sztuka to w sumie najlepszy wspólny mianownik eliminujący konflikty idei historycznych, lepszy niż zwykła polityczna poprawność ogólnikowych opisów. Kuratorzy starali się podkreślić, że w różnorodności sztuki firmowanej marką Jagiellonów przeglądała się ich zdolność asymilacyjna – umiejętność aplikowania wzorców cudzoziemskich rodzimym, w efekcie czego inspiracje miały szansę dzięki mobilności wzorców docierać także w odwrotną stronę, z powrotem na Zachód. Sprawny konsument sztuki spodziewa się, że za chwilę padnie tu określenie „integracyjna funkcja sztuki europejskiej” – i się nie pomyli, dokładnie tak chcieli kuratorzy. Sztuka doskonale wygładziła tu temat konfliktów o władzę i wpływy, nikt nie wyjdzie z wystawy z lekkim nawet niepokojem (a pamiętamy, co mówił Woody Allen po wyjściu z opery Wagnera – i w jakim filmie? – “I can’t listen to that much Wagner. I start getting the urge to conquer Poland” w filmie “Manhattan Murder Mistery”) Nie mogę zawieść jednak oczekiwań historyków spośród blogowców i zdradzę, że dokument najważniejszego hołdu lennego (wiemy jakiego) w naszej historii też na wystawie jest (miał niedaleko, z Preußisches Staatsarchiv w Dahlem do Poczdamu jakieś 10 km). Jak również umowa przedwstępna dotycząca zawarcia małżeństw między Jagiellonami i Habsburgami (ta akurat przyjechała aż z Bratysławy). Generalnie przymiotnik „polski” nie pada jakoś przesadnie często (żeby nie powiedzieć „prawie wcale”), za to jest informacja – niby logiczna, ale jakoś często umykająca – że panny Jagiellonki, żenione potem z Wittelsbachami, Habsburgami, Wazami lub Hohenzollernami, wychowywane były dwujęzycznie.
Zanim do reszty wszystko zapomnę, dopowiem jeszcze, w których momentach moje ignoranckie serce zabiło mocniej. Nie, nie, moi drodzy, nie z przyczyn narodowych bynajmniej, jak już zaznaczyłam. Wiemy wszak, że najbardziej przez nas ukochane pojęcie narodu zrodziło się na dobre dopiero ponad trzysta lat później. Powód był inny – krótkowzroczność. Otóż obcowanie z rzeźbą średniowieczną na wysokości oczu i na długość nosa nie zdarza się codziennie. A jest wielkim przeżyciem. Nie namawiam Was na całowanie stóp rzeźby Michała Archanioła, ale daję głowę, że widok uduchowionych, przepięknych twarzy w dobrym oświetleniu da Wam typ wzruszenia, który nazwać trzeba mimowolnym przeżyciem estetycznym. To trudno wytłumaczyć, ale te rzeźby nie są zimne, obce i odległe. Albo inaczej: Przywykli do ekspozycji mocno rozstrzelonych w przestrzeni tu nagle stwierdzimy, że to kameralność nam się podoba. Można wręcz spojrzeć w oczy madonnie lub dostrzec szczegół rzeźbiarski typu żyłki na dłoniach lub rzeźba loków na głowie. To trochę takie wrażenie, jakie się ma zwiedzając muzea diecezjalne (patriotyzm lokalny każe mi tu koniecznie polecić wrocławskie). Dla znawców materii pewnie istotne jest, czy twarze są czeskie czy niderlandzkie czy niemieckie (albo wręcz szczegóły ikonografii Tronu Łaski) ale my laicy mamy prawo naiwnie się dziwić i przyglądać – bo od zdziwienia właśnie zaczyna się wszelkie aktywne obcowanie nie tylko ze sztuką. Właściwie wszelkie obcowanie z produktem artystycznym, nie polegające tylko na przyswajaniu i odtwarzaniu przeczytanych informacji.
Dla mnie osobiście ważne było jeszcze i to, że kurator – mimo oczywistych trudności, o których była mowa – zrobił wystawę z widoczną miłością do przedmiotu: niebanalna faktura tła eksponatów, kolorystyka dobrze eksponująca ich walory, a także w sumie ta kameralność.
Po to piszę do Was ten tekst względnie natychmiast i względnie nie za późno, żebyście nie mieli wymówki, że w dzień przed zamknięciem wystawy był ważny mecz, poprawiny po Dniu Dziecka, nerwówka przed rozdaniem świadectw, a pomiędzy tym Dzień Matki lub Ojca, Wniebowstąpienie, Wniebowzięcie, Boże Ciało albo Bóg wie co, choćby upomnienie z Urzędu Skarbowego, tak że podobno nie było wiadomo, w co ręce włożyć. Dumna Polska Elito na uchodźctwie, proszę ruszyć się z foteli i iść nie na festyn majowy, tylko – zwartym szykiem – kierunek Poczdam! To Wasz patriotyczny obowiązek (oprócz odprowadzania 1% podatku na cele kulturalne) – tak jak poinformowanie zaprzyjaźnionych innostrańców lub zabranie ich ze sobą. Bo w niedzielę po południu nie widziałam ani jednego rodaka na wystawie. I nie usprawiedliwia Was brak na niej „tego i owego“ – bo to, co jest, wystarcza, żeby się pokłonić i ucałować stópki figurce Jezuska (mhm, a do jakiego kultowego filmu polskiego jest to nawiązanie? – “Dzień Świra”) No, blogowcy, skoro kultowe filmy znacie, to pora na resztę. Jedna biała plama w pamięci mniej – mam tu na myśli głównie swoją, oczywiście, indocta ignorantia.
Dzisiejszy wpis jest osobistym uzupełnieniem do wczorajszego referatu napisanego przez historyka.
Maria Gast-Ciechomska
podobnie jak ja została poproszona o napisanie referatu na konferencję w Bydgoszczy o polskich odniesieniach do Muru Berlińskiego. Z całego tekstu wybieram tu fragment o pobycie Maryli w obozie dla internowanych kobiet w Gołdapi i Berlin Zachodni. Reszta w linkach:
W Gołdapi internowano działaczki “Solidarności”. Pierwsze z nich trafiły tu 6 stycznia 1982 roku. Przez obóz przewinęło się 397 (lub według innych rachunków 394) kobiet, reprezentujących 33 regiony “S“. Najwięcej, bo 116, z Dolnego Śląska, 67 z Mazowsza, 25 z Gdańska. Przywieziono je z 83 miast i 6 wsi: było wśród nich 51 przedstawicielek zawodów inżynieryjno-technicznych, 46 nauczycielek, 38 studentek, 33 etatowe działaczki “S“, 23 robotnice, 16 dziennikarek. Najstarsza internowana kobieta miała 63 lata, najmłodsza 19 lat.
W Gołdapi
Dla mnie osobiście stan wojenny był zaskoczeniem – podobnie jak i odkrycie, że byłam dla wojskowego rządu na tyle groźna, by objąć mnie postanowieniem o internowaniu. Najpierw trafiłam do więzienia w Olszynce Grochowskiej. Najbardziej brutalnych represji z lat 80, a już na pewno tego lekkiego w sumie aresztu nie można porównywać z tym, co było w czasach stalinowskiej dyktatury. Mimo to internowanie do przyjemności nie należało. Dlatego tak ważne były wszelkie oznaki wsparcia z zewnątrz. Pamiętam, że wkrótce przyjechała do nas do więzienia Kalina Jędrusik, która na bramie wykłócała się tak długo i tak głośno, aż została wpuszczona z paczkami zawierającymi jakże potrzebną ciepłą odzież i artykuły higieniczne. W Wigilię, gdy było nam szczególnie smutno, słyszałyśmy, jak maszyniści pociągów przejeżdżających przez Olszynkę Grochowską pozdrawiają nas specjalnym sygnałem. W Nowy Rok natomiast niespodzianką były odwiedziny prymasa Józefa Glempa.
W połowie stycznia przewieziono nas do ośrodka odosobnienia w Gołdapi. Najpierw była długa podróż milicyjnymi “sukami” i postoje na komendach w Ełku i Suwałkach. Potem znalazłyśmy się w okazałym budynku w środku ośnieżonego lasu: w domu wczasowym Komitetu Radia i Telewizji. W porownaniu z celami więziennymi pokoje były komfortowe. Te dobre warunki miały, rzecz jasna, cel propagandowy: do Gołdapi przywożono regularnie zagranicznych dziennikarzy i delegacje Czerwonego Krzyża, by pokazać im, jak żyją internowani. My podlegałyśmy jednak nadal regulaminowi więziennemu, byłyśmy nękane rewizjami i przesłuchaniami. Ale dla mnie osobiście najbardziej dołujące przeżycie z tego okresu miało miejsce poza ośrodkiem: gdy strażniczka zawiozła mnie do lekarza do Gołdapi. Było styczniowe popołudnie, robiło się ciemno, paliło się niewiele latarń – takim bardzo słabym, oszczędnościowym światłem. W tym półmroku widać było szare, ponure miasto, błoto na ulicach, upiornie puste sklepy, a w tym wszystkim przemykających jakby ukradkiem nielicznych ludzi. Widok ten był wyjątkowo przygnębiający, zwłaszcza gdy miało się jeszcze przed oczami ożywione ulice Warszawy podczas karnawału “Solidarności”.
W ogóle internowanie i stan wojenny wspominam jako wydarzenie z jednej strony dramatyczne, z drugiej zaś niebywale groteskowe. W pamięci mam iście surrealistyczne epizody: strażniczka w Olszynce Grochowskiej czytająca nam więzienny regulamin i z trudem zachowująca powagę; uwięzienie w domu wczasowym, znanym niektórym internowanym z wcześniejszych pobytów urlopowych; pilnujący nas uzbrojeni żołnierze, którym w mroźne noce spuszczałyśmy przez okna na sznurku słoiki z gorącą kawą. Było w tym coś nierealnego, poczucie, że żyjemy w jakiejś pomyłce, w fałszywej rzeczywistości, która lada chwila pęknie niczym bańka mydlana. I myślę, że to przeświadczenie pozwoliło mi przetrwać siedem miesięcy internowania w jako tako dobrym stanie.
Potem wielu z nas komunistyczne władze skutecznie przeszkadzały w powrocie do normalnego życia. Niektórym uniemożliwiono ukończenie studiów czy pracę zawodową. Trudno także pogodzić się z tym, że w czasach wywalczonej przez siebie wolności sporo tych zaangażowanych kobiet znalazło się poza głównym nurtem polityki. Ale były sprawy bardziej bolesne. W rozmaitych oficjalnych laudacjach dla kobiet zaangażowanych w opozycji czy w “Solidarności” podkreśla się stale, że wykonywały te same zadania co mężczyźni i płaciły podobną cenę. To niezupełnie tak, w przypadku kobiet cena bywała wyższa: rozpad małżeństwa lub rodziny. Bo o ile było jasne, że żona aresztowanego opozycjonisty ma do spełnienia rolę towarzyszki walki i pracy, dającej wsparcie, o tyle od mężów opozycjonistek nikt poświęceń nie oczekiwał i wydawało się niejako naturalne, że po pewnym czasie tracili cierpliwość i znajdowali sobie nowe partnerki, o odmiennych zainteresowaniach i mniej zdecydowanych poglądach. Temat tego – mówiąc współczesnym językiem feministycznym – nierównego statusu nie był jednak wtedy podejmowany. Bo też “Solidarność”, walcząc z zakłamaniem na poziomie politycznym, nie tykała wielu innych społecznych tabu, nader dotkliwych dla kobiet, jak np. przemoc domowa czy problemy życia rodzinnego, kłócące się z sielankową wizją.
W Berlinie Zachodnim
Pod koniec roku 1987 wyjechałam na studia do Berlina Zachodniego. Ten chwilowy wyjazd ostatecznie zmienił się w emigrację. Z drugiej strony bronię się przed tym określeniem, gdyż niezupełnie oddaje ono sytuację. Polska była stale blisko, na wyciągnięcie ręki, a odkąd znikły ograniczenia paszportowo-wizowe, spędzam tam mniej więcej jedną czwartą roku, tak z powodów prywatnych, jak i zawodowych.
Wtedy jednak, w grudniu 1987 roku, gdy znalazłam się w Berlinie Zachodnim, największym szokiem było nie upajające powietrze wolności, nie bogato zaopatrzone sklepy, lecz rzeczy jeszcze bardziej prozaiczne: chodniki bez dziur oraz punktualna i sprawna komunikacja. W tej sytuacji w środku zimy nawet mróz był łatwiejszy do zniesienia, a śnieg wydawał się bielszy. Mur stał jeszcze w najlepsze i nic nie zapowiadało, że wkrótce go nie będzie. Po obu jego stronach były dwa kompletne, samodzielne miasta. Tylko raz przemknęła mi przez głowę absurdalna myśl, jakiż to moloch by powstał, gdyby obie części kiedyś się połączyły.
Z pięter domów po zachodniej stronie, które z Murem sąsiadowały, widać było nocą łunę reflektorów, wieżyczki obserwacyjne, zasieki i uzbrojone patrole. Mur rozbijał naturalną rzeczywistość, fizyczna bliskość Berlina Wschodniego kontrastowała z jego politycznym oddaleniem. Zatelefonowanie do znajomej za Murem było przedsięwzięciem znacznie trudniejszym niż rozmowa z Ameryką. Jadąc metrem mijało się nieczynne stacje po stronie wschodniej: na peronach leżały porzucone bilety i zużyte opakowania, poza tym było pusto, zupełnie jak gdyby obecnych tam ludzi jakiś nagły kataklizm zaskoczył, wymiótł niczym bomba neutronowa. Na tych stacjach pociągi zawsze zwalniały – jak mówiono, by w razie czego mogły się zatrzymać, gdyby komuś udało się tam dostać. Pomnik w pobliżu lotniska Tempelhof dokumentował niezwykły i jedyny w swoim rodzaju akt solidarności Zachodu: most powietrzny, dzięki któremu podczas blokady miasta w roku 1961 skutecznie obroniono ten wyjątek w świecie radzieckiej dominacji. A przejście graniczne Checkpoint Charlie, gdzie w tym samym czasie stanęły naprzeciw siebie, lufa w lufę, czołgi niegdysiejszych aliantów, uświadamiało, jak cienka była w Berlinie granica między wojną zimną a gorącą. Nota bene właśnie na Checkpoint Charlie, na ścianie jednej z kamienic, doskonale widocznej po drugiej stronie Muru, przez całe lata drażnił wschodnioniemieckich strażników wielki napis „Solidarność’”.
W latach 60 Witold Gombrowicz pisał: “Berlin Zachodni to błyskotka o amerykańskim profilu z pulsującymi, mrugającymi i oślepiającymi neonami. Na wschód od Muru panują ciemności aż po Władywostok”. Nic dodać, nic ująć, miasto było witryną zachodniej prosperity najbliżej granicy z siermiężną Rosją. Było także – mimo swej wielkości – przejrzyste i na swój sposób przytulne. Bo też Mur nie tylko otaczał więzienie, jakim stało się NRD, lecz także, paradoksalnie, zdawał się chronić wyspę wolności przed tamtą rzeczywistością. Gdyby go porównać z innymi murami znanymi z historii, był tyleż Ścianą Płaczu co Murem Chińskim, broniącym cywilizacji przed zalewem barbarzyństwa. A gdy w końcu padł, to jak mur Jerycha – w ciągu jednego dnia.
W Berlinie Zachodnim żyło się nieźle dzięki hojnym subwencjom z Bonn. Mieszkańcy uchodzili za tolerancyjnych, przypisywano im otwartość na świat i przychylność dla indywidualizmu oraz bardziej wyostrzoną świadomość: że postrzegali więcej niż ich rodacy na Zachodzie. Toteż nie przypadkiem właśnie to miasto stało się najpierw centrum rewolty roku 1968, a potem alternatywnego stylu życia. W Berlinie Zachodnim noce zaczynały się szybko i kończyły późno, był europejskim Big Apple, które nigdy nie śpi. Był także potęgą kulturalną, zarówno w odniesieniu do sztuki klasycznej, jak i przede wszystkim awangardy. Ekscentryczne formacje artystyczne bowiem potrafiły wyjątkowo trafnie oddać atmosferę tej zamkniętej metropolii: miasta na wariackich papierach, odczuwającego stale niepokój o własne przetrwanie.
W czerwcu roku 1989 Polacy dali znać reszcie demoludów, że komunizm można obalić za pomocą kartki do głosowania. Ale w samym Berlinie forpoczta polskich przemian pojawiła się wcześniej, bo już w roku 1988: pod postacią ulicznych handlarzy. Po zniesieniu obowiązku wiz masowo handlowali oni na położonym nieopodal Filharmonii tzw. Polenmarkt, budując mozolnie podstawy nowej, kapitalistycznej już egzystencji. Ci handlarze byli często krytykowani, także przez ludzi opozycji. A przecież ich działalność to również był protest, wyraz niezgody na biedę i brak perspektyw. Tę atmosferę wokół Polenmarkt doskonale oddawała popularna wtedy piosenka zespołu Big Cyc:
Jakaś karafka, stary zegarek
Trzeba zarobić te parę marek
Renta, stypendium, wyżyć się nie da
Tu kupisz, tam sprzedasz, nie weźmie cię bieda.
Berlin Zachodni, Berlin Zachodni Tu Polak stoi co drugi chodnik Za każdym rogiem czai się Turek Sprzedasz mu wszystko, tylko nie skórę. Nasza bieda nas rozgrzesza Polski handel, Trzecia Rzesza /…/
Pilsnera wypić trzema łykami Opylić fajki, kupić salami Gdy Polizei, to dawać chodu Wrócisz do kraju, będziesz do przodu Bo tu w dzień jeden zarobisz tyle Co górnik w miesiąc w trudzie i pyle.
*
Pamiętnego 9 listopada obchodziliśmy urodziny koleżanki z akademika. Siedząc wieczorem w zacisznej włoskiej restauracji w dzielnicy Wannsee, nie mieliśmy pojęcia, co się stało. Po powrocie do akademika późną nocą wszyscy niezwłocznie udaliśmy się na spoczynek, ignorując sensacyjne opowieści sąsiadki z piętra. Dopiero rankiem okazało się, co przespaliśmy: oto berlińczycy zmienili świat nie ruszając się z miasta, a tylko robiąc dziurę w Murze. Tę dziurę zresztą wkrótce własnoręcznie powiększyłam, gdy udałam się pod Mur z młotkiem i odłupałam kawałek pomalowany na zielono. Tak więc również z moim skromnym udziałem rozpoczął się – najpierw amatorski, potem fachowy – demontaż Muru i zamknęła się lista jego ofiar. A co by było, gdyby wtedy Muru nie obalono, gdyby podczas owej konferencji prasowej włoski dziennikarz nie zadał słynnego pytania, a Günter Schabowski był bardziej powściągliwy w mowie? W ciągu Jesieni Ludów upadały po kolei, jeden po drugim, reżimy komunistyczne, ale jest możliwe, że NRD długo jeszcze opierałaby się przemianom, że przez lata byłaby politycznym skansenem – na podobieństwo Białorusi, ale nieporównanie bardziej groźnym.
Tak czy owak po tym 9 listopada i w ogóle po roku 1989 znaleźliśmy się w diametralnie odmiennej rzeczywistości, bardzo często niezgodnej z oczekiwaniami. Po 20 latach można już wyciągnąć wnioski i aż się prosi, by porównać lekcję polską i niemiecką.
Wystarcza tylko na zaspokojenie głodu
Z każdym oddechem mam zwiększony na życie apetyt
Jakbym była w ciąży
Pragnę od życia nieco więcej
Po kilku miesiącach wegetacji zamieniam się szczura
Kilkanaście tysięcy tych szczurów przemierza
Codziennie niemieckie autostrady
Kanały wchłaniają wędrujące gryzonie
Już czuję się jak szczurzyca
Daleko od swojego samca
Dostanę swój kąt
Gdzie będą mnie karmić trzy razy dziennie
Znowu będę stała na tylnych łapkach. Zadzierała nosa
Podświadomie uważała na rozsypane trutki i inne pułapki
Tym razem Stuttgart. Bogaty dom
Wszystko na tip top Ordnung
Ta cała przystosowalność
Zapominam kim jestem
No tak, ale nie wykluczone, że jest Aniołem.
Łucja Fice, Mary i Gabi
Koniec toalety. Marek zostawił Gabrysię przy łóżku chorej. Miała wpisany do grafiku jednogodzinny dyżur. We dnie, kiedy nie odwiedzał jej mąż, chora zostawała w pokoju pod opieką.
Przez chwilę Gabrysia słyszała głosy na korytarzu. Wszystkie radośnie świergotały, śmiały się, gruchały jak gołąbki, które po chwili odfrunęły do swoich obowiązków. Wydawało się jej, że w tym Domu Opieki pracowały panie obojętne na ból. Tylko miały ciepłe dłonie i głosy… Usiadła wygodnie przy łóżku Mary.
Nagle głowa chorej drgnęła, odskoczyła na bok, jakby nie należała do reszty ciała. I jeszcze jeden spazm szarpnął głową. Wiedziała, że nie ma dla niej żadnej nadziei. Nogi w pozycji płodu, głowa i ręce nienaturalnie skręcone, a twarz wykrzywiona wiecznym spazmem. Gabi, tak ją tu nazywają, Gabi. Gabi wiedziała, że chora widzi, słyszy, czuje. Ale te uczucia to miazga. Chora wydawała tylko dźwięki, wzdychała, jęczała lub wyła jak zranione zwierzę. Mogła przełykać, żuć. To wszystko.
To nie życie. To chaos, który jest jej ciałem. To chaos jest jej istotą człowieczeństwa. Ma wolę, rozum, serce, które wciąż bije i płuca, które oddychają, i ludzki mózg. Ale to wszystko za mało, tkwi więc w sieci pajęczej, którą rozpiął jej Bóg. Jest jak owad. Ta kobieta w wieku Gabrysi nie ma jedwabnej skóry i jędrnego ciała. Twarz zmęczona, rozrosłe brwi, worki pod oczyma.
Opiekunka nachyliła się. Sweterek spod jej kitla pachniał ezoterycznie. Zaczęła przesuwać dłonią po kocu. Próbowała pogłaskać ją po głowie, ale wtedy podnosiła się ręka i odganiała dłoń jak natrętną muchę. Zrozumiała – kobieta nie chce litości. Tylko chwilami pozwalała sobie na dotyk. Musiała wyczuć tę chwilę. Wówczas brała jej głowę w ramiona i przytulała. Rozumiały się bez słów. Tylko oczy były nicią porozumienia.
Gabrysia patrzyła na skórę jak przeźroczysta tkanina, która miała się zaraz rozpuścić, rozpłynąć i zniknąć do formy cząstek. Zastanawiała się nad formą ciała która składa się z cząstek, atomów, fal. Nie rozumiała praw natury, które pozwalają żyć tej biednej istocie. Miała wrażenie, że cała jej materia składa się z próżni, a odległości pomiędzy atomami, kwarkami, superstrunami są tak olbrzymie jak między gwiazdami i planetami. Kiedyś, zafascynowana Hellerem, wczytywała się w prawa rządzące światem. A przecież świat to również my. Co dwie godziny zmiana pozycji. Mimo to Mary ma wieczne odleżyny. Gabrysia patrzy na ścianę, gdzie wisi dyplom doktorski Uniwersytetu Cardiff.
Śmierć pachnie tak samo dla wszystkich. Dla tych co niewykształceni i dla tych co mają dyplomy doktorskie. Śmierć ma nieprzyjemny oddech, Gabrysia czuła ten kwaśny zapach, który wydobywał się z czeluści otwartych ust i rozkładał się na obrzękłych policzkach.
Dla zachowania pozorów poprawiła przykrycie, dotknęła suchych dłoni i kościstych palców.
Czuła jak bije jej serce i jak walczy z tym co nieuniknione. Po policzkach zaczęły spływać łzy.
Umieranie. Czym jest umieranie, zastanawiała się. Gdyby mogła coś zrobić, dołożyłaby starań, żeby Mary nie cierpiała. Widok chorej odbierał jej własny blask i chęć radości. Mogła tylko współczuć. Sama czuła się w tej chwili jak drzewo, które gubi liście podczas wichury – samotne drzewo. Gabrysia trzęsie tym drzewem, liście opadają. Powoli traci czucie w nogach. Umiera. Za oknem jesień. Na nowy spazm chorej ocknęła się i otrząsnęła z zadumy.
– Widzisz te Anioły?- zagadnęła. To Anioły od Boga.
Mary lekko uniosła głowę, wytrzeszczyła oczy.
– Spójrz na tego Anioła – wskazała dłonią. Prawda, że ładny? On kiedyś zaprowadzi cię do Boga, do prawdziwego domu. Na tym świecie nic nie jest prawdziwe.
Przerwała, brakowało jej słów w obcym języku Nie otwierając ust ciągnęła jednak ten monolog w myślach, jakby czuła, że Mary odbierze go telepatycznie. Postrzegamy ten świat zmysłami, ale one nas tylko zwodzą. Atomy twojego ciała są w ciągłym ruchu, drgają w świetle neonówek, pośród odrobinek kurzu w pokoju. Atomy są wieczne. Powstają i nie giną, nie podlegają zmianom. Zmienna jest tylko rzeczywistość.
Gabi patrzyła prosto w załzawione oczy chorej.
Z tego wniosek, że nie umrzesz tak naprawdę, tylko skurczysz się do atomów, superstrun, kwarków, które są odwieczne. Te atomy stworzą kiedyś nowe życie. Te najmniejsze cząstki są najdoskonalsze i z nich właśnie składają się nasze dusze. Osiągniesz stan wewnętrznej harmonii. Nie bój się, to tylko twoje ciało umiera, ale nie ty. Twoja myśl jest energią i falą, a one są wieczne. W tym momencie Mary uśmiechnęła się jakby naprawdę wszystko rozumiała. Gabi otarła jej chusteczką łzy i pocałowała w policzek. Mary nie cofnęła twarzy. Gabrysia czuła gdzieś w środku serca to emocjonalne zbliżenie, naprawdę poczuła się jak anioł, który niesie ulgę.
– Połóż swą dłoń na mojej, jeśli tylko chcesz – Gabrysia odezwała się nieśmiało. I wtedy ta kobieta z zaburzeniem mowy zaczęła swój własny monolog.
– Dżo, dża, je, je, dżi – na jej twarzy nie było już bólu. Uśmiechała się.
– Boże!- czyżbyś mnie rozumiała?
Mary kiwnęła głową.
Pierwszy piątek miesiąca. Już po raz drugi towarzyszy nam tego dnia…
Roman Brodowski
Gdzie żyje Pan Bóg?
moim synom
Obudziłem się dziwnie niespokojny w środku jesiennej nocy. Za oknem księżyc uśmiechał się pełnią do przemykających pomiędzy domami pojedynczych cieni, a deszcz płynął po świeżo umytych szybach niby łzy rozpaczy po odchodzącej w zapomnienie porze letniego wypoczynku.
Spojrzałem ukradkiem na wiszący w zamkniętej przestrzeni ścian zabytkowy zegar, wiernego świadka mego przemijania. Wskazówki na cyferblacie wskazywały trzecią po północy, a więc do normalności pozostały mi jeszcze trzy długie godziny.
Jak zawsze w takich sytuacjach, gdy bezsenność nie pozwalała mi na bezczynnie leżenie, podszedłem do stojącego w rogu pokoju wypełnionego po brzegi książkami banku mądrości i na chybił trafił, prawie że po omacku wyjąłem jedną z nich.
Była to Tora czyli Pięcioksiąg, spisany jak głosi tradycja żydowska, przez Mojżesza, uważany za najważniejsze pismo objawione Judaizmu.
Nie wiem już, ile razy czytałem Torę, lecz wiem na pewno, że za każdym razem odkrywałem w niej coś nowego, coś czego wcześniej nie zauważałem lub nie rozumiałem, a co w istotny sposób pomagało mi przybliżać się do prawdy o sensie bytu. Często w trakcie czytania rodziły się we mnie banalne pytania, – co powiedziałby rabbi, gdyby ujrzał nie najmłodszego już goja studiującego święte prawa ich religii, goja szukającego w ich przymierzu jakie zawarte zostało pomiędzy Bogiem, a narodem Izraela (za pośrednictwem tego który go „wyprowadził z niewoli egipskiej“), prawdy ponadczasu.
Albo, jak wyglądała by konfrontacja poglądów sensu stricto religijno-filozoficznych w sytuacji spotkania się przy przysłowiowym okrągłym stoliku: ksiądz, rabin, imam i ja, skromny zjadacz tajemnej wiedzy prowadzącej do uniwersalnego świata idei.
Pytania te od pewnego czasu stały się dla mnie stałym elementem rozmyślania o wszystkich kanonach pism objawionych monoteizmu, począwszy od Tory, poprzez Biblię, a na Koranie skończywszy. Były to pytania, na które odpowiedzi (gdyby takowe z ust znawców zagadnień teologicznych poszczególnych religii padły) byłyby całkowicie różne, a jednocześnie przecież w obliczu istnienia wiecznej substancji Boga – takie same.
Myślę, że podczas takiej konfrontacji zarówno ksiądz, rabbi i imam (który nie jest kapłanem lecz znawcą Koranu wybranym przez islamską społeczność do jego czytania) staraliby się wzbogacić moją marną duszę o wartości (w ich mniemaniu) najważniejsze dla potrzeb prawidłowego funkcjonowania, inaczej mówiąc poprzez wyuczone przez nich interpretacje pism, w oparciu o dogmatyzm, czy też teologie wypracowane na przestrzeni wieków, pragnęliby wzmocnić i ukierunkować moją nieokreśloną i jakże „wątłą wiarę“.
Otworzyłem pierwszą stronę pierwszej księgi, czyli księgę rodzaju (w języku hebrajskim Bereszit) i zacząłem (ponownie) poznawać pierwszy dzień stworzenia naszej ziemskiej rzeczywistości.
Po kilku minutach do pokoju wszedł mój syneczek. Podszedł sennym, chwiejnym krokiem i usiadł mi na twardych kolanach.
Dlaczego już wstałeś? zapytałem tę moją kochaną bezbronną istotę, przytulając mocno do siebie. Spójrz, na dworze wszystko jeszcze śpi, drzewa, kwiaty, zwierzęta, nawet słońce. Tylko księżyc i gwiazdy czuwają nad naszym spokojnym snem – powiedziałem – unosząc go w kierunku okna.
On objąwszy mnie mocno za szyję patrzył w bezruchu na świecący milionami bladych światełek nieboskłon, w oczekiwaniu na coś, co powinno było by się tam pojawić, a czego nie mógł dostrzec.
Tatusiu, czy to prawda że Pan Bóg mieszka wysoko w niebie? – niespodziewanie zapytał, wskazując palcem w kierunku ledwo widocznych jeszcze chmur.
Oczywiście, odpowiedziałem. Pan Bóg mieszka wszędzie, nawet tam, wysoko w niebie.
To dlaczego nie mogę go nigdzie zobaczyć?
Bo Pan Bóg, syneczku, jest osobą duchową, a więc widzimy Go tylko oczyma naszej wyobraźni, naszych serc, naszych pragnień. Czujemy, że jest zawsze obok nas. Wszędzie gdzie my jesteśmy, tam On jest z nami. Jest z tobą w przedszkolu, na ulicy, na placu zabaw lub w domu, a co najważniejsze – mieszka w twoim małym serduszku. Wierzymy w to, że nas bardzo kocha, pomaga i chroni przed złem, jakie nas otacza, i każdy kto Go szuka, prędzej czy później zawsze do Niego dotrze. Jeżeli chcesz to możemy razem rozpocząć poszukiwania – zaproponowałem. We dwójkę będzie nam raźniej i łatwiej Go odnaleźć.
Mały spojrzał na mnie – to przecież dziecko i to zmęczone nocną jeszcze porą – i wyszeptał, „chcę tatusiu“, po czym zasnął w ojcowskich ramionach. A ja ułożyłem go w łóżku i długo siedziałem obok, rozmyślając o naszej rozmowie.
Zamknąłem księgę Tory, zgasiłem światło i położyłem się przy dziecku.
Jak to dobrze, że owoc mojej miłości rośnie smakiem moich korzeni – pomyślałem – przymykając oczy…
Apokryfy – I
… „Gdzie jest ten narodzony król Żydów? Ujrzeliśmy bowiem jego gwiazdę, będąc na wschodzie, i przyszliśmy złożyć mu hołd“ – Mat 2, 2
Rzeka zmieniła swój pierwotny bieg
Wysuszona ziemia zrodziła nienawiść.
Bogobojni Żydzi dawno już odeszli
I nikt nie czeka kolejnego poranka.
A gwiazda wędruje wyznaczonym torem
Świecąc światłem Bożego majestatu.
Na dalekim wschodzie ciągle bez zmian.
Nawet mędrcy odeszli w niesławie.
Potomkowie Dawida wymieszani z ziemią
Jak nawòz na skalistej zwietrzałej roli
Wydają ostatnie plony na ołtarz ofiarny
Kainowy dar rzucony w pustą przestrzeń.
On zaś w nędznej stajence z dala od sfory,
Otulony lichą płachtą matczynej miłości,
Nadejdzie porą tajemnicy proroctwa
Niby ofiara złożona Bogiem dla człowieka,
Berlin, 12.04. 1988
Apokryfy – II
… „Kazał w Betlejem oraz w całej jego okolicy zgładzić wszystkich chłopców w wieku dwóch lat i poniżej” – Mat 2, 16
Zajęczały wiekowe cedry w półmroku
Jak chór niewiniątek ukryty w organach.
W domach żydowskich zapachniało ofiarą krwi
Jak w dzień przedpaschalnej dziękczynności.
Wieczorny chłód wypełnił przestrzeń sakralną
Gdy Baranek ubrany w dziecięcą niewinność
Leżał w bezruchu obok matczynej boleści.
Nawet kamienny ołtarz Najwyższego zapłakał.
A noc zbliżała się gwiezdnym pacierzem.
Wilki gotowe chronić swoje małe szczenięta
Wyły dziękczynnie do srebrnopełni księżyca
Szczęśliwe, że brak w nich człowieczeństwa.
Berlin, 13.05. 1988
Apokryfy – III
„… Ten, który przychodzi za mną, jest silniejszy ode mnie…“ – Mat 3, 11
Nad rzeką zaczęło się Twoje posłanie
Biały obłok niby gołąb rozłożył skrzydła.
I Cieniem okrył spocone od żaru ciało,
Ty zaś czekałeś na Chleb z nowego żniwa
Po raz kolejny proroctwo wypełniło usta
Ponad głowami ukazał się motyw strachu
Mozaika prawdy i wiary opadła niby deszcz
A była to pora pustynnowietrznej suszy.
Tylko my nadal stoimy pozbawieni pokory,
W oczekiwaniu na powtórny znak z nieba
Miód i piołun gasi nasze pragnienia.
Szarańcza wyjada ostatnie okruchy nadziei.
Berlin 21.07.1988
Apokryfy – IV
„Przyjacielu, po coś przyszedł“ – Mat 26; 50
Czy musiał być pocałunek?
Wystarczyło tylko, zwyczajnie
Wskazać palcem,
Wykorzystać, prostszy znak!
Wszystko było zapisane,
W księdze proroctw…,
Poza tym gestem.
Miłość równa zdradzie?
Dlaczego?
Na chwilę zmieniłeś
Scenariusz Boga.
Na przypadkowej stronie,
Otworzyła się inna możliwa,
Interpretacja wydarzeń.
Berlin, 15 08. 1988
Apokryfy – V
„Lisy mają nory i ptaki powietrzne – gniazda, lecz syn człowieczy nie ma miejsca, gdzie by głowę mógł oprzeć” – Mat 8 :20
Po Świątyni sługi Dawida
Pozostały śpiące kamienie,
Ruiny w których słychać
Ciche szlochanie wiary,
Niepewnej nowonarodzin.
W Labiryntach nagich ścian
Pamiętających czas wielbienia
Czas wielkiego przymierza
Przechadza się duch Jahwe
Szukając zagubionych owiec
A w wyrosłych ku niebu
Dla chwały Bożej potęgi
Wieżach nowego babilonu,
Z umarłej tradycji pogan
Powstała nowa jakość adoracji.
Po środku Kainowy ołtarz
Na nim złocony, próżny kielich
A obok Krzyż, narzędzie kary
Dla pospolitych przestępców
W dumnym niegdyś cesarstwie.
Za nim kapłan w pozie pokory
Wypełnia ciszę pustej przestrzeni.
Daleki od Bogobojnej skromności,
Zaprasza do wnętrza przybytku.
Na ucztę dogmatycznej prawdy.
Tam brak jednak miejsca na Arkę.
Na ofiarę prawdziwego wielbienia
„Na pewno nie pozostanie tu kamień
Na kamieniu, który by nie był zwalony“
…………………………………………………
Dziś noc Walpurgi, którą jednak po polsku z uporem maniaka pisze się “noc Walpurgii” – toć kobieta owa święta zwała się Walpurga, noc jest więc jako żywo Walpurgi. A zatem Noc Walpurgi. Wieczorem na Brocken zlecą się czarownice, a w parkach i lasach wokół Berlina zapłoną wiosenne ognie. Zacznie się “słodki miesiąc maj” i wszyscy będziemy tańczyć. Czyli, jak to ponuro stwierdził Kłapouchy: “Szaleństwo, radość, śpiew hop sasa. Radość. Jumpa – jumpa – jumpa-pa. Oto idziemy zbierając orzeszki i ciesząc się majem…”
Poprosiłam poetę o stosowny na tę okazję tekst.
Andrzej Pańta
… z mego subtelnego pokoju zrobiła się graciarnia niepotrzebnych nikomu rzeczy, niczego nie potrafię znaleźć albo znajduję rzeczy osobliwe, np. książkę z 1968 roku pt. Majster we własnym domu. Dzisiaj powtórzyłem, jak wstawić uszczelkę w kranie, jak szyć skórę albo jak pomalować mieszkanie. Itd. Co zrobić, aby uszczelnić okna przed hałasem. Zamiłowanie do pseudonimowania miałem od dziecka: podpisana Andrzej Rębowicz 1968. Czyli czytałem Arthura, pewnie gdzieś schowany leży mój ukryty ówczesny dorobek. Napisałem Łajbę, trzeźwą. Na ra: Pogodnie And
Cóż to za diabeł, co
poważnie traktuje własne założenia?!
Na tacy, lecz bez ognia
odpoczywa we mnie rząd ropuch:
przygniata mi to, za czym
tęskniły owe lata albo nawet zbrodnia,
gdy w zbroi wychodzi ukoić
trwanie bez ruchu
czy choćby skradzioną smugę zmór
tak łacnych jak tamte łatki,
jakie przekropiła
Alicja bez czasów złożonych
przedwcześnie lub jedynie
ich nieuzasadniony ersatz.
30. 03. 2010
_____
Jednocześnie poczta przyniosła cudne limeryki z Warszawy z ilustracją, razem tworzące zagadkę: ilustracja i wierszyk po lewej stronie podpowiedzą (tym, co wiedzą), kto może być Autorem obu limeryków i o kogo chodzi w tym po prawej stronie,który odnosi się do osoby dobrze znanej czytelnikom tego bloga, choć nie zawsze osobiście: o kim mowa? – chodzi o Ewę Marię, redaktorkę tego bloga, a limeryki napisała Ania Marczak, która w Berlinie przygotowywała kiedyś imprezę poetycką nazwaną jak serek “La vache, qui rit”, krowa, która się śmieje – zagadkę rozwiązała Kasia Krenz, która była najważniejszą poetką tej imprezy.
I wonderMiss Spring
I wonder why the cows are not blue. Berlin was the home of Miss Spring I wonder what makes them say “mooo”. whose father’s nautical king. I wonder why they Instead of the sea, Read Shakespeare all day. she liked cups of tea I wonder, I wonder, I do. And scrabble, her favorite thing.
Stanisława Kubickiego (1889-1942) nie trzeba na tym blogu przedstawiać. Nie wiadomo, czy wie już o nim cały świat, jak to mu się na pewno należy, ale nasi Czytelnicy znają go znakomicie.
Jeśli w solidnym, po mieszczańsku ustabilizowanym Poznaniu szukamy artystycznych cyganów, bulwersujących atmosferę sytości i zadowolenia z siebie, to Kuba powinien się znaleźć na jednym z pierwszych pomiędzy nimi miejsc, pisał przed laty poznański kronikarz Tadeusz Kraszewski.
Był spiritus rector grupy Bunt, a jego prace wyróżniały jednolity styl i precyzyjna kompozycja. Na łamach Zdroju właśnie w odniesieniu do jego twórczości po raz pierwszy programowo pojawił się termin ekspresjonizm. Z kolei wystawione w 1917 r., zaginione dziś obrazy – Kwiaty, Dom i Miasto – w Kurierze Poznańskim żartobliwie określono jako trzy kubiki Kubickiego.
Potem na lata słuch o Kubickim zaginął… Powrócił do świadomości społecznej dopiero na początku lat zerowych, kiedy to jego prace pojawiły się na wystawach w Brukseli, Los Angeles, Monachium, Berlinie, Wrocławiu… Charakteryzowano go jako najwybitniejszego przedstawiciela ekspresjonizmu i pierwszego konsekwentnego abstrakcjonistę w Polsce, a jego dokonania zaczęto zaliczać do najciekawszych zjawisk środkowoeuropejskiej awangardy. Andrzej Turowski widzi w nim prekursora generacji budowniczych świata, uwikłanych w społeczne i artystyczne utopie, zmuszonych do konfrontacji z systemami totalitarnymi.
Gdy w roku 2008 Autoportret VII Kubickiego z roku 1922trafił na ekspozycję Muzeum Narodowego w Poznaniu, Lidia Głuchowska napisała o nim artykuł. Uczony, jak to u naszej Lidii w zwyczaju.
Lidia Głuchowska
Artifex doctus – autoportret Stanisława Kubickiego a kod wizualny klasycznej awangardy
Stylistyczne i ikonograficzne metamorfozy autoportretu Stanisława Kubickiego dokumentują jego poglądy na temat statusu artysty i ambiwalentny dialog z awangardową utopią „nowego człowieka”.
Przebrania, pozy, autostylizacje – to echo artystycznych mitologii dwudziestolecia międzywojennego. W coraz to nowych rolach notorycznie przedstawiali siebie choćby Witkacy czy Bruno Schulz. Jest to tyleż wyrazem narcyzmu co obsesji autoanalizy i rozważań nad statusem artysty. Clown, święty, dandys, rewolucjonista czy konstruktor świata – to tylko niektóre z ówczesnych autodefinicji twórców, dokumentów raczej introspekcji niż rzeczywistej fizjonomii. Wizerunki własne Kubickiego – do dziś przetrwało ich dziewięć – wpisują się w tę tradycję.
Pierwszy z nich – elegancki, po Gauginowsku postimpresjonistyczny obraz z 1911 r., z wyrazistym czarnym konturem i niemal bezwalorowym modelunkiem to praca z czasów nauki w berlińskiej Königliche Kunstschule – udana, lecz daleka od rzeczowego, zdyscyplinowanego stylu artysty z pogranicza figuracji i abstrakcji, jaki w przyszłości będzie tak charakterystyczny dla Kubickiego. Młodzieńcze dzieło namalowane organiczną płaską plamą, zawiera jeszcze elementy dekoracyjności – kwiat w barwie indygo pojawiający się w tle kolorystycznie współbrzmi ze strojem w stylu dandy. Niebawem już ów dekoratywizm wyparty zostanie przez antyestetyzm. Drugi autoportret, rysunek piórkiem, stworzony około roku 1917, wykonany wyrazistą lecz oszczędną kreską, antycypuje już dojrzały konstruktywistyczny styl artysty, choć modelowana za pomocą łukowatych linii i szrafowań twarz emanuje liryzmem, a geometryzacja kompozycji nie jest jeszcze konsekwentna. Stylistycznie dzieło to utrzymane jest w duchu narcystycznych autoportretów z epoki.
Najczęściej reprodukowany Autoportret IV Kubickiego – znany już tylko z kart Zdroju i Die Aktion z 1918 r. – to jedno z najwybitniejszych osiągnięć polskiej grafiki ekspresjonistycznej. Chronologicznie poprzedza go dużo czytelniejsze ołówkowe studium. W samym linorycie rysy twarzy zaznaczone zostały sumarycznie, za pomocą ciężkich, kanciastych plam, akcentujących głębokie oczodoły, trójkątny zarys linii włosów i dłoń podpierającą głowę. Geometryzacja i wręcz abstrakcyjny charakter tego wizerunku decydują o jego wyjątkowości – inni Buntowcy i Formiści rzadko realizowali tak konsekwentnie koncepcję portretu ekspresjonistycznego, umieszczając zwykle realistycznie potraktowaną twarz na stylizowanym tle. (…) Czerń – szyfr transcendencji, nicości i pustki, oznacza transgresję w saturniczny wymiar egzystencji
Brak indywidualnych cech fizjonomicznychi naturalistycznie traktowanego wizerunku sugeruje świadomy odwrót od estetyzującej imitacji zewnętrznego świata. Kanciasty zarys twarzy przywodzi na myśl czaszkę czy może maskę w sztuce prymitywnej, inspirację awangardy, konotowaną jako obiekt magiczny.
Głowa i dłoń w schemacie ikonograficznym Melancholii rodem ze sztychu Dürera (…) są symbolem nobilitacji artysty. W przeciwieństwie do palety i pędzla – utensyliów malarskich z konwencjonalnego autoportretu, akcent pada tu na intelektualny, a nie rzemieślniczy aspekt procesu twórczego
Ów schemat Kubicki wykorzystał również w linorytach Autoportret VI i La pensée z 1919 r. opublikowanych w monachijskim piśmie Der Weg. Ręka i głowa – pars pro toto intelektualnej autodefinicji artysty – pojawiają się tym razem w osobnych pracach, jak hieroglify z przecinających się linii, eksponując dualizm kondycji twórcy – rzemiosło i intelekt, disegno i ingenio. W abstrahującej alienacji od zmysłowej, ludzkiej natury Kubicki nigdzie nie posunął się dalej niż tu. (…)
Uporczywie aktualizowany wzorzec obrazowy portretu artysty-myśliciela Kubicki wykorzystał też w drugiej wersji pracy La pensée z 1919 r, kolażu alternatywnie tytułowanym Czytający, znanym jedynie z relacji żony. Był on drugim stadium tzw. eksperymentu dadaistycznego, zainspirowanego twórczością Raoula Hausmanna i Georga Grosza oraz francuskich kubistów.
Poprzedzał go obraz Wchodzący, przedstawiający artystę wkraczającego do Café des Westens, zwanej kawiarnią Mania wielkości (Großenwahn). W tle dostrzec tu można tytuły wolnej prasy odbijające się na wprawionych w ruch szklanych drzwiach, symbole wymiany myśli i nerwowego rytmu życia metropolii. Wchodzący nieodzwierciedla rysów twarzy modela lecz milieu, które go determinuje (…). Nowoczesna metropolia staje się (…) częścią autocharakterystyki. To sygnał ryzykownej próby integracji obcych impulsów, stanowiących zagrożenie dla suwerenności jednostki, czego optyczną oznaką jest fragmentaryzacja ciała, rozpraszanego jakby w rytmie miasta.
Interesujące uzupełnienie obrazu stanowi autobiograficzny rysunek Dokąd? – punkt dojścia eksperymentu dadaistycznego – z odniesieniami do chaosu po upadku rewolucji listopadowej w Niemczech. Dezintegracji osobowości odpowiada tu rozpad świata. Wchodzący powstał rok po tym jak Kubicki wyjechał z Poznania do Berlina, by (daremnie) szukać realizacji awangardowej utopii „nowego człowieka“ i „nowej wspólnoty“, poprzez włączenie się w życie artystyczne i wir zdarzeń politycznych. Stąd też być może w centrum klarownej geometrycznej kompozycji, na przecięciu linii napięć, artysta umieścił głowę, a wokół niej napisy, sugerujące natłok piętrzących się wrażeń. (…)
Autoportret VII Kubickiego z 1922 roku to surowa linearna kompozycja, złożona ze statycznych, płaskich form, reprezentująca dojrzały, abstrakcyjno-konstruktywistyczny styl artysty. Ledwie rozpoznawalna, geometrycznie opracowana twarz niknie w mozaikowym tle. Geometria ludzkiego wizerunku wywołuje efekt obcości. (…)
Geometryczny raster to formalny wyznacznik międzynarodowego języka konstruktywistycznej awangardy. Na tle typowych prac w tym stylu, zwykle utrzymanych w kontrastowych barwach, dzieło Kubickiego wyróżnia jednak dyskretna gradacja tonów. Uderza „konkretność“, „rzeczowość“ wizerunku, pozbawionego niemal identyfikujących modela elementów i aury antropomorfizmu. (…)
Kubicki unikał narracyjnych formuł. (…) Dopiero przy wnikliwszym oglądzie Autoportretu VII, w tlezidentyfikować można lewitujące w próżni, pozornie izolowane formy jako wyobrażenie głowy i dłoni – kanoniczne składniki obrazowego kodu konotującego intelektualny potencjał artysty. (…)
…wymowa Autoportretu VII Kubickiego w jedyny właściwy sobie sposób wyraża napięcie pomiędzy wybujałym indywidualizmem twórcy a jego dążeniem do uniwersalizmu. To etykietka przynależności twórcy do awangardowej formacji (…). Nie wiadomo jaki tytuł nadał tej pracy sam autor. Inne swe kryptoportrety nazywał Samotnik, Czytający czy Wchodzący. Czy – w nawiązaniu do tej samej konwencji – tym razem wykonał wizerunek twórcy per se – jego rozdarcia między autodestrukcja i autodeifikacją? Czy znajdujący się za głową krzyż to sygnał autoironicznej identyfikacji artysty z Chrystusem – figurą outsidera? Co oznacza enigmatyczna forma przypominająca promień, a może raczej ostrze przecinające głowę? W czasie twórczego i osobistego kryzysu, już krótko po namalowaniu obrazu, Kubicki pociął go nożem. Zniszczone płótno żona nakleiła na deskę i starannie odrestaurowała, tak iż ślady łączeń trzech jego fragmentów są dziś ledwie widoczne. Niezależnie od aktu autoagresji wymierzonego właśnie w ten autoportret, Kubicki niewątpliwie go cenił. Dziesięć lat później uczynił go elementem jednej z najważniejszych swych kompozycji zatytułowanej Święty i zwierzęta z 1932 r.
Ów kryptoautoportret pod postacią świętego Franciszka to synteza koncepcji kosmologicznej Kubickiego wypracowana w obliczu kryzysu wartości cywilizacyjnych i narastającego faszyzmu. Ewokowana tu alternatywna rzeczywistość symbolizuje mit antycywilizacyjny i (niespełnione?) marzenie twórcy o samorealizacji i życiu w harmonii z naturą. On, który nigdy nie przedstawił siebie w otoczeniu innych ludzi, zdefiniował tu przeduchowione królestwo zwierząt jako preferowane otoczenie. Warunkiem adaptacji była rezygnacja z identyfikowalnej fizjonomii.
Brak ludzkiego wizerunku i brak ciała to typowe aspekty wizualnego kodu awangardy. Eskapizm wyraża kryzys utopii „nowego człowieka“ i „nowej wspólnoty“ oraz negację realnego otoczenia – wypalonej ideowo awangardy, rozproszonej zresztą wraz z objęciem władzy przez Hitlera.
***
Przed ledwo co ukończonym obrazem Święty i zwierzęta sfotografował Kubickiego w jego berlińskim atelier ex-dadaista Raoul Hausmann Podejmując rodzaj intertekstualnego dialogu z dorobkiem przyjaciela, za pomocą efektów światłocieniowych odtworzył jego linorytniczy autoportret z 1918 r. – ową posępną prymitywizującą maskę – ekspresjonistyczne memento mori.
Co jest wspólnym mianownikiem wizerunków własnych Kubickiego? Symptomatyczne jest, iż nigdy nie ukazał się w otoczeniu innych ludzi. Jednocześnie postępująca redukcja identyfikujących fizjonomię elementów jest tu wypadkową introspekcji, pasji zgłębiania absolutu i uniwersalizacji kodu wizualnego.
Tylko sporadycznie, jak choćby w obrazach Wchodzący czy Święty i zwierzęta, Kubicki w tle umieścił atrybuty stanowiące zalążek narracji. W tych wyjątkowych sytuacjach odniósł się do dwu determinant egzystencji i sztuki nowoczesnej – natury i kultury. O ile początkowo jego autocharakterystykę dopełniał obraz miasta, o tyle z czasem wraz z negacją kultury i cywilizacji oraz izolacją od naporu aktualności pojawia autoportret z idyllą natury w tle. Zwykle jednak siła jego prac tkwi w syntezie osoby, w redukcji wizerunku do przedstawień twarzy, i to ujętej zaledwie w ogólnych zarysach. Odniesienia do czasu i przestrzeni ograniczone są do absolutnego minimum.
Autoportrety Kubickiego nie ułatwiają wyśledzenia biograficznej anegdoty. Przeciwnie –cechuje je wyjątkowa rzeczowość i matematycznie koncypowana klarowność, która, niezależnie od ewolucji stylistycznej, pozostaje konstantą. Ów ład wizualny sugerować mógłby wewnętrzną harmonię artysty. Jego podszyte groteską i ironią teksty, jak choćby fragment wiersza Zwątpienie, przynoszą jednak odmienny komunikat:
…I stoję przed Tobą / pogardy pełen / dla siebie / (dzieła twojego)
koślawy / oplwany / śmieszny/ idiota
(człowiek który Twojej szukać / szedł prawdy).
Jak postrzegali go współcześni? Ich świadectwa mają charakter ambiwalentny. Gina Markowa, żona rzeźbiarza Marka Szwarca z łódzkiej ekspresjonistycznej grupy Jung Idysz, w książce Le Choix relacjonuje wizytę w atelier Kubickich z 1920 r.: Drzwi otworzyły się z hukiem ukazując ociężałe, lekko wygięte zjawisko. Spod wyrazistych brwi spoglądał zza mgły, jak ślepiec.
Z kolei August Sander na zdjęciu do słynnego cyklu Ludzie XX wieku – manifeście nowej rzeczowości ipanoramie nowoczesnego społeczeństwa z 1929 r. – uwiecznił Kubickiego na ogrodowych schodach. Kubicki – Malarz wygląda tu raczej jak arystokrata niż przedstawiciel bohemy czy filozof. Tadeusz Kraszewski, który spotkał artystę dziesięć lat później, zapamiętał go jako postać charyzmatyczną:…miał wygląd bardzo reprezentacyjny. Starszy pan o pięknej pociągłej twarzy, wyrazistych rysach, siwej czuprynie (nawet w największe mrozy nie nosił nakrycia głowy), trzymający się bardzo prosto – czasem zakładał monokl – budził respekt i poważanie.
***
Przebrania, pozy, stylizacje… – artefakty świadomie reżyserowanej strategii autokreacji. Spośród wizerunków własnych Kubickiego żaden nie jest sygnowany ani datowany, jakby artysta świadomie pozbawiał je osobistych odniesień, zacierając ślady biografii. Nie dokumentują one fizjonomii – natury ludzkiej – lecz poszczególne stadia krystalizacji stylistycznego profilu twórcy, jego intelektualnego uniwersum. Dzieło pojawia się zamiast artysty, jako pars pro toto jego istoty – abstrakcyjna aktualizacja tematu artifex doctus.
Tekst jest skróconą wersją fragmentów książki Lidii Głuchowskiej Avantgarde und Liebe. Margarete und Stanislaw Kubicki 1910-1945, Gebr. Mann-Verlag, Berlin 2007, nagrodzonej przez Stowarzyszenie Historyków Sztuki
Ten tekst został chyba opublikowany w Odrze w roku 1999, ale nie mogę tego sprawdzić. Jak wpiszę w google’a Odra, Slaska, Grecja, to pojawiają się jakieś krocie tekstów o śląskich krajobrazach nad Odrą i kryzysie w Grecji. Znalazłam to wczoraj w przepaściach komputera, gdy próbowałam z naszej Wszechmądrej w zakresie historii sztuki Lidii Głuchowskiej wyciągnąć, co wie o wędrówce motywu Meczetu Omara przez obiekty europejskiej sztuki średniowiecznej. Nic nie wiedziała i co gorsza, nikt nic nie wie. Może to wszystko wyssałam z palca. A piszę o tym, jakby to był fakt. No cóż, pisarze… ich fakty jakoś słabo przystają do tego, co jest faktem dla naukowca.
Ewa Maria Slaska
Santorini. Wtorek, 20.10.1998
Dziś miałaby imieniny. Moje ja nie akceptuje jej śmierci przed trzema laty, zachowuję się tak, jakby nadal żyła, dziś rano chciałam wysłać do niej kartkę, a jednocześnie jakby umarła już niewypowiedzianie dawno temu. Albo wyjechała na długo. W naszym wspólnym dorosłym czasie nie byłyśmy razem w podróży, raz tylko pojechaliśmy we trójkę z ojcem do Warszawy. Na jeden dzień. Omal nie przypłaciliśmy tego życiem, bo urwało się źle dokrącone koło malucha. Ale to już zupełnie inna historia. We wspólnym czasie mojej przeddorosłości też tylko raz spędziłyśmy z moją siostrą i z nią dwa tygodnie nad jeziorem. A może nawet zaledwie tydzień. Jej wakacje nie były naszymi wakacjami, jej podróże na Lewant, do Grecji, Włoch, Hiszpanii, Francji, zawsze na Południe, należały tylko do niej, czasem, z rzadka jeszcze do jakiejś koleżanki, ale z nami ich nie dzieliła, a i z ojcem rzadko. Właściwie nikt z nas niczego z nikim nie dzielił. Każdy jeździł sam dla siebie, zazdrośnie strzegąc swych tras i przystani. Tę prawidłowość przełamałyśmy dopiero my z siostrą, już jako dorosłe kobiety. Kiedy była już stara i schorowana, zaproponowałam, że pojadę z nią do Hiszpanii. Myślałam o walizkach, przesiadkach, hotelach bez wind. A także o przyjemności bycia z nią razem w podróży. O Prado. O widoku na Toledo z tego miejsca, z którego patrzył El Greco. O posłuchaniu lekko schrypniętych wersów Lorki o Kordobie, Granadzie, wieżach Sewilli. O wszystkim, co mogłaby mi opowiedzieć o tych miastach, gdyby tylko chciała. Nie chciała. Odmówiła, zła i zdecydowana. Mogła czasem, acz niechętnie, bywać u mnie w Berlinie, ale nie chciała ze mną podróżować. Gdy telefonowałam, zapowiadając przyjazd do domu, który do dzisiaj jest jedynym miejscem, nazywanym przeze mnie domem, mówiła grzecznie, możesz u nas nocować. Nie ma ani jej, ani domu, nie było i nie będzie wspólnej podróży. Chyba że spotkamy się tam. Czy będzie stara, gdy się tam spotkamy, czy młodsza ode mnie? Czy znowu wyjedzie na długo, zostawiając mi na głowie dom, pranie, gotowanie, a jak wróci, skomentuje moje trzymiesięczne wysiłki tym samym jednym zdaniem, które do dziś pozbawia mnie radości działania: nie ma zapasów cukru. Nobody is perfect. Nauczyłam się, dzięki jej podróżom, doprowadzonej do perfekcji samodzielności i zawsze kupuję na zapas kilo cukru. A i tak nic mi się nie udaje, tak jak bym chciała.
Wstajemy wcześnie, żeby zdążyć obejrzeć wykopaliska, otwarte, jak podaje przewodnik, tylko do 15.00. Już przed 10.00, po śniadaniu i kawie wsiadamy na motorek i ruszamy. Przedtem próbuję jeszcze dowiedzieć się czegoś w Muzeum Archeologicznym, ale bez skutku. W portierni siedzi kobieta o tępawej minie. Nie, nie ma żadnego archeologa. Nie, nikt nie mówi lepiej po angielsku. Do wykopalisk jedzie się na plac i w lewo. Nie, nie poda mi numeru telefonu, dojadę na miejsce, to zapytam. Po czwartym pytaniu, na które i tak znam odpowiedź, rezygnuję. Moja wina – nie znam greckiego. Albo znam za mało.
Na plac, w lewo, jak dojadę na miejsce, to się dowiem.
Do placu, w lewo, prosto, w prawo, długo prosto i w dół, w prawo, w lewo, w lewo, 25 kilometrów, jesteśmy na miejscu, w Akrotiri, mieście minojskim, zachowanym znacznie lepiej niż Knossos i Malia na Krecie. Akrotiri odkrył szalony archeolog Spiro Marinatos, który na pewno w dzieciństwie naczytał się i Platona, i życiorysów Schliemanna i Evansa. Od Platona dowiedział się o Atlantydzie, od Schliemanna, że bajki są prawdziwe, od Evansa, jak piękne są minojskie pałace-labirynty. Marinatos poświęcił całe życie na szukanie śladów Atlantydy, a jak je wreszcie znalazł – umarł. Akrotiri jest zresztą dalekie od platońskich ideałów, zapewne żyli tu i kapłani (a raczej kapłanki) i uczeni, ale dobrobyt zapewnił miastu nie tyle idealizm, ile zamożni rzemieślnicy i kupcy. Głównym ich zajęciem był eksport wina, zboża i oliwy, które transportowano w ogromnych glinianych naczyniach, malowanych w delfiny, mątwy, ryby, kwiaty i muszle. Świetne są te naczynia. Archeolodzy nazywają je, o ile dobrze pamiętam, Kamares, od pewnej jaskini na Krecie. Miasto robi wrażenie. Proste, brukowane ulice, równe ciągi schodów, a wewnątrz tej sieci, harmonijnej jak kryształ, kłębowiska domów, duże i małe izby, płaskie dachy, tarasy, piwnice, zakamarki. Ściany nośne z równych bloków kamiennych, reszta z gliny lub kamienistej drobnicy. Wiele domów zdobiły czarujące malowidła ścienne, przedstawiające ludzi zajętych połowem ryb, uprawą roli, zbiorami, brązowe postacie na jasnoniebieskim tle, wody, nieba. Miasto posiadało system kanalizacyjny i ciepłą wodę, osiągnięcia, którymi wiele greckich miasteczek i wsi do dzisiaj nie może się poszczycić. Wybuch wulkanu na Santorini nie zaskoczył mieszkańców znienacka, jak Wezuwiusz Pompeję. Mieszkańcy zdążyli opuścić wyspę, odpłynęli na sąsiednią Kretę. Akrotiri to wykopaliska a nie, jak w Knossos, skansen. Można dyskutować, co jest lepsze, bo żadne rozwiązanie nie jest idealne. Z punktu widzenia nauki rekonstrukcja pałacu w Knossos odzwierciedla raczej estetykę czasu odkryć, dziewiętnastowieczną fascynację archeologią, niż epoki zwanej okresem pałaców minojskich, jednakże Akrotiri w swej naukowej skromności także nie przypomina ludnego i barwnego miasta sprzed czterech tysięcy lat. Wykopaliska pokrywa dach z falistej blachy, domy otoczone są płotkami, w bocznych przejściach stoją potężne szafy, skrywające odkopany inwentarz, barwne freski zabrano do muzeum sztuki cykladzkiej w Atenach.
Vor einem Café in Akrotiri, Santorin 13.05.2007 Hans Bernhard (Schnobby) – Commons
Dość szybko opuszczamy Akrotiri, objeżdżamy potężną górę i skręcamy ku morzu. Musimy pędzić, bo, jak podaje przewodnik, drugie starożytne miasto, jakie chcemy jeszcze dziś zwiedzić, Aρχαία θίρα, Stara Thera też jest otwarte tylko do 15.00. Już i tak nie wiemy, czy można wierzyć przewodnikom, czy nie, bo Akrotiri było czynne do 19.00, no i mieliśmy rację, albowiem panta rei i panta metamorfo, Starą Therę można zwiedzać tylko do 14.00. Klniemy, bo przynajmniej tyle mogła nam powiedzieć owa kobieta w Muzeum Archeologicznym, ułożylibyśmy plan dnia na odwrót. Po raz kolejny przekonujemy się, że Grecja to kraj informacji zaledwie przybliżonych. Drogowskaz wskazujący odległość 100 metrów oznacza jedynie kierunek, a godziny otwarcia zapewniają tylko, że obiekt kiedyś można zwiedzać. Trudno. Przelecieliśmy przez Akrotiri w tempie godnym uczciwego turysty, a teraz jesteśmy u stóp Starej Thery i też musimy się spieszyć.
Miasto założyli Rzymianie, a ściślej biorąc, niejaki Ptolomeusz, w III wieku naszej ery, gdy wyspa ostygła po kolejnych wybuchach i ponownie nadawała się do zasiedlenia. Na wysokim, stromym skalnym cyplu powstało tu coś w rodzaju, jakbyśmy to dzisiaj powiedzieli, rzymskiej bazy wojskowej, pozwalającej kontrolować wschodnią część Morza Śródziemnego. Regularnymi, porządnie brukowanymi serpentynami wjeżdżamy na przełęcz między cyplem a masywem góry Proroka Eliasza. Prof. Ilia, podają mapy, a my, myśląc o naszym koledze, dumnym ze swego tytułu, przemianowaliśmy ją na Profesora Eliasza. Motorek pokonuje górę heroicznie i nieulękle, ja, przyczepiona na tylnym siodełku, nie patrzę w dół, ale i tak dostaje mi wyobraźni, by się bać. Zwiedzanie Starej Thery w ogóle wymaga pewnej dozy nieustraszonej odwagi, bo było to prawdziwe obronne gniazdo dzielnych wojowników, posadowione tak, by wrogom trudno było je podejść. Turystom też dech zapiera, a w każdym razie mnie, gdy kozią ścieżką idziemy od parkingu do twierdzy. A skoro jest trudno, i podejść, i dojechać, skoro nie ma restauracji ani sklepów z pamiątkami, to nie ma i turystów. Thera – pusta, przejrzysta, zawieszona w błękicie orgia kamieni. Kamienne miasto na kamiennej opoce, kamienne ulice wśród kamiennych murów. Radość kontaktu ze starożytnym miastem, może nie tak starym jak Akrotiri, nie tak owianym legendą jak Ateny, nie tak pełnym wspaniałych budowli jak Rzym. Ale Thera to nie miasto trwające nieprzerwanie i nie wykopaliska, zasypane przez wieki, a potem odgrzebane. Thera jest. Nic jej nie zakłóca. Kiedyś była miastem, dziś jest ruiną, jest może skromna, ale taka już była w chwili stawania się, mała faktoria wielkiego imperium, skromne lustro Rzymu. Zgodnie z rzymską zasadą wzniesiono tu wszystko, co obywatelowi Rzymu było niezbędne do kulturalnego życia: pałace, domy, agorę z kolumnadą, termy, teatr, gymnasion, stadion, a także burdel, do którego prowadzi drogowskaz w kształcie fallusa. Na skraju miasta znajdują się też ozdobione nieprzyzwoitymi malunkami groty, gdzie odbywały się orgiastyczne misteria. Nie wolno ich jednak zwiedzać. Otacza je niepozorny płotek, na pozór łatwy do pokonania, ale gdy tylko próbujemy, pojawia się niewidoczny dotąd strażnik i odgania ciekawskich. Brak wyjaśnień, dlaczego. Nie wolno. Względy przyzwoitości czy wymogi konserwatora?
Zjeżdżamy do wioski. Usiłuję załatwić sprawunki, kierując się wskazówkami tubylców, że super-market jest „tam”. Faktycznie jest, ale zamknięty na głucho. Rozmyślam leniwie o stosunku tubylca do turysty, który wie przecież, że jest po sezonie i sklep zamknięty, a przecież wszyscy odsyłali mnie „tam” jednomyślnie i uparcie. Ciekawe, gdzie oni sami kupują pieczywo i mleko? Wracam na promenadę, w sklepiku z pamiątkami dostaję czekoladę i fantę. W Berlinie, gdy w restauracji poprosiłam o chleb i wodę, przyniesiono mi grzanki z pomidorami i butelkę luksusowego perriera. Trudno jest praktykować skromność. Szlachetna prostota życia Ghandiego wymagała ciężkiej pracy dziesiątków ludzi. Nie będziemy już nikogo fatygować. Zjadamy lepką od upału czekoladę i jedziemy w głąb wyspy.
Winnice, góry, miasta i kościoły, mały świat, jak wyjęty z głębokiego planu renesansowych portretów. Renesansowy koloryt, słynna włoska perspektywa powietrzna, na pierwszym planie brązy i złote beże wysuszonej ziemi, w głębi zieleń winnic i gajów, daleko w tle błękit nieba, morza, oddalenia. Podobne jest też zagęszczenie życia. Z pozoru bezludny krajobraz, zaledwie tło ważnych, pierwszoplanowych zdarzeń, jest jednak pełen sztafażowych scenek rodzajowych. W zakamarkach gór, za zakrętem drogi wyłania się przyczepione do skały, otoczone murami miasto, zwieńczone nieodłączną ruiną fortecy, pasterz odpoczywa w cieniu, stara kobieta w czarnej sukni i chusteczce wiesza bieliznę na podwórku, w oknie krzywego domu koronkowa firanka, kot, dziecko, pelargonia. Wielkie drzewo, donice rozmarynu i bazylii, oleandry, żółty, brzydko otynkowany kościół. Podjeżdżamy pod bramę. Stara kobieta bez słowa porzuca pranie i prowadzi nas do wnętrza. Pisarz nie powinien używać przymiotników oceniających, jego rola w opisie świata winna się ograniczać do wskazania cech i związków, ale nie bardzo można bez przymiotnika opisać wnętrze wiejskiego kościoła na odległej cykladzkiej wyspie, wnętrze, które po prostu zwala z nóg.
Kościół zbudowano w XI, a może XII wieku, budulca dostarczyły ruiny Starej Thery, ale technika budowlana w średniowieczu była znacznie bardziej zacofana niż w czasach helleńskich, surowiec pocięto więc na kawałki i z wyrafinowanej rzeźby kamiennej sklejono nieporadnie grube kolumny romańskie, małe, krępe triforia, beczkowate sklepienia. Coś jednak rozsadza tę przysadzistość. Dawna baza zmienia się w głowicę, orientalna arabeska korynckich kapiteli układa się niespodziewanie w roślinne wici jak z francuskich katedr, pojawiają się nieświadome echa renesansu karolińskiego, helleńskie cytaty z architektury egipskiej i nagle kawałek portalu, który antycypuje już kunszt wysokiego średniowiecza. Bizantyjska zasada główna, plan w kształcie krzyża greckiego, zwieńczony płaską pseudokopułą, została wypełniona zaskakującym chaosem szczegółów o cechach architektury i orientalnej, i zachodnio-latyńskiej. W XIX wieku Panagia Episkopi byłaby eklektyczna, w XX postmodernistyczna, zbudowano ją jednak w wieku XI, na obrzeżach świata, na granicy chrześcijaństwa i jest przede wszystkim wzruszająca. Każdy detal architektoniczny naznaczony został niezwykłym wysiłkiem osiągnięcia pewnego ideału, który nie wiadomo w ogóle, jak wyglądał, ani skąd się tu wziął. Może to tylko antyczne dziedzictwo uwysmukliło tu i ówdzie, oderwało od ziemi ku niebu sylwetkę kościoła, ale jest w niej też wpływ Orientu, daleki, lekki.
Więc może zawieruszył się tu jakiś, wracający z Jerozolimy statek Krzyżowców, bo mieli chorych na pokładzie. Wyobraźmy sobie epidemię biegunki, bardzo powszechną chorobę. Statek dobija do brzegu gdzieś w okolicy Kamari, wysłannicy szukają przytułku i, co za szczęśliwy zbieg okoliczności, z „Profesora Eliasza” schodzi właśnie w dół niewielka karawana obładowanych kamieniami osłów. Do klasztoru dość jeszcze daleko, w końcu jednak jest i dach nad głową, i przysłowiowa łyżka ciepłej strawy. Pobyt przeciąga się. Nadchodzą jesienne sztormy, i tak nie da się przed wiosną ruszyć dalej. Ozdrowieńcy pomagają w budowie kościoła, takie zadanie przystoi i rycerzom. Od ponad stu lat, od czasu gdy chrześcijański Zachód przetrwał grozę końca świata, która mogła była nadejść wraz z rokiem tysięcznym, budowa wielkich i wspaniałych katedr stała się zadaniem i zarazem szaleństwem całej Europy. Księżniczki noszą kamienie, biskupi pchają taczki z wapnem, możni pokutnicy oddają złoto, zbrodniarzom zamienia się karę śmierci na muratorską pracę ad maiorem Dei gloria. Zawiązują się pierwsze europejskie tajne związki, Bauhütten, loże masońskie, baraki budowlańców, gdzie majster i architekt, murator i mason pospołu strzegą ogromnej tajemnicy: jak wznieść mur tak, by był smukły, piął się wysoko i otwierał w wielkie okna, przemieniające mroczne wnętrza budowli romańskich i zapowiadające już gotyckie świątynie pełne światła. Ta wiedza dopiero się rodzi, tajemnice dopiero można zacząć zbierać. Kościoły wciąż jeszcze są przyciężkawe, mury się walą, dachy zapadają, zdarza się, że na całe dziesiątki lat trzeba zaniechać podjętej budowy, bo nagle pojawia się jakiś jeszcze nie dający się rozwiązać problem techniczny. Wielkie belki potrzebne do dźwigania dachów i dzwonów nie mieszczą się na schodach wewnątrz wież kościelnych, wiotkich jak średniowieczne piękności. Cienkie mury trzeba podpierać od zewnątrz, rozsuwające się ściany spinać potężnymi kotwami lub owijać taśmami blachy. Wiek XI ogarnięty gorączką wznoszenia kościołów jawi się z daleka niby jakiś największy w historii cywilizacji zachodniej plac budowy, a jednocześnie pierwszy od czasu antyku wielki techniczny skok do przodu. Idea jako podnieta innowacji technicznych. Nowe pojęcie Boga jako światła nareszcie, po tysiącu lat, wydobywa chrześcijaństwo z ukrycia, z podziemia, z przytłaczającego mroku budynków wciąż jeszcze przypominających katakumby starożytnego Rzymu, w których chronili się prześladowani wyznawcy Chrystusa.
I jeszcze pełne zgrozy zachłyśnięcie się potępionym, diabelskim, ale uwodzicielskim pięknem orientalnego luksusu. Meczet Omara w Jerozolimie – żaden król, cesarz ani papież w Europie nie wznieśli jeszcze budowli tej miary, co inkrustowany tysiącami błękitnych i zielonych kafelków meczet na skale, gdzie Abraham miał złożyć w ofierze Izaaka, lecz Bóg, sprawdziwszy jego gotowość, powstrzymał wzniesioną już do ciosu ojcowską rękę.
Meczet Omara, Jerozolima, fot. David Baum 2010, Wikipedia Commons
W klasztorze jeden z rycerzy pokazuje zabrany z Jerozolimy puchar srebrny z wizerunkiem meczetu, zbudowanego w VII wieku. Opisuje mozaiki, opowiada, co to jest prawdziwa kopuła, wielka, lekka, lecąca ku niebu jak żagle czy skrzydła cherubinów. Rysuje na piasku. Zna się na budowlach. Rozmawia z mnichami o świątyni Salomona, którą zburzył Tytus przed tysiącem lat.
Więc czasem w trakcie prac murarskich zdarzyło mu się zauważyć, że w Jerozolimie, ale i w Reims, Lüneburgu, a może w jakiejś wiosce nieopodal Salisbury, odrzwia wyglądają inaczej. Rysował jakieś fragmenty, ot, okno, jakby wyższe, węższe i spiczasto zakończone, jakaś inna symetria, oparta nie na czworokątności niebiańskiej Jerozolimy i poczwórności greckiego krzyża, czterech Ewangelistów, czterech stron świata, lecz na jednej pionowej osi, na niewidzialnej linii łączącej trzy światy, podziemną domenę Zła, Ziemię zamieszkaną przez ludzi i wysoko boskie niebo. Poziom odchodzi, rodzi się pion. Coś z tych opowieści przeszło w materię budynku Panagia Episkopi, jest w niej wciąż Bizancjum, ale jest i Francja, i Jerozolima wyzwolona. Jest ciężki konkret kamienia, ale jest wzlot zachodniej katedry i wschodniej kopuły ku górze.
Wędrówka wzorów, motywów, obcy świat poznawany w niedokładności przekazu, w opowieści pielgrzyma, w śmiesznie nieudolnym rysunku. Gdy kamieniarz z Ulm przedstawia stworzenie świata na portalu katedry, wie już, że świat jest wielki i nieogarniony. Wie, że Bóg stworzył nie tylko i mnie, i wołu, i ciołka, lecz, że stworzył także słonia. I mały, zaaferowany Bóg z kamienia tworzy na portalu słonika z wieżą na grzbiecie, figurę szachową, jedyne znane i konkretne odniesienie twórcy do bajań podróżników. Dzięki Krzyżowcom, którzy wrócili ze Wschodu, słoń, lew, meczet Omara z czasz srebrnych pucharów stały się wspólną własnością Europy. Przez następnych kilkaset lat na obrazach przedstawiających Jerozolimę i sceny z życia Jezusa pojawia się w miejsce Świątyni, której już nie było, meczet Omara, najpiękniejsza budowla średniowiecznego świata.
Kościół Panagia Episkopi jest eklektyczny, zdobiące go freski natomiast wykonano w czystym, chciałoby się powiedzieć, nieskazitelnym stylu bizantyjskim. Chrystus spożywa ostatnią wieczerzę. Wie, że umrze, dlatego artysta namalował go z zamkniętymi oczami. Po drugiej stronie umierająca Matka Boska ma oczy otwarte, czarne i przepastne, bo nie umrze, lecz tylko zaśnie i żywa pójdzie do nieba. U jej łoża apostołowie, jeden z okutaną w powijaki laleczką w ręku – to dusza Panagii, Wszechświętej.
Staruszka w czarnej sukience wymownie informuje nas, co jeszcze musimy zobaczyć. Jeśli się opieramy lub nie rozumiemy, mocnym chwytem suchej kościstej ręki wpija się w ramię, prowadzi i rozkazująco wskazuje kolejny obiekt podziwu. Kyria Pantokratoria gestem palca stwarzająca świat.
Wychodząc dajemy jej 400 drachm w dwóch banknotach. Spogląda na nas podejrzliwie, upewnia się, że banknoty są jednak dwa i bez słowa znika w krzywym domku za koronkową zasłoną.
Pyrgos, wysoko w górach, średniowieczna stolica wyspy. Jej nazwa znaczy tyle co twierdza, samą twierdzę natomiast mieszkańcy pieszczotliwie nazwali Kasteli. Kasteli jest dość dobrze zachowane i puste. Grube mury, przejścia, bramy, pozamykane wnęki, zejścia do piwnic, nisze, komory, dwa czy trzy kościoły. Cisza. Cisza popołudnia, cisza po sezonie.
Poniżej w mieście jest jednak jakieś życie. Przed biało otynkowaną kafejką siedzą na ławeczce starzy mężczyźni, szeregiem, jakby pozowali do pocztówki. Wąsate twarze, fajka, beret albo kaszkiet, czarna marynarka, szare spodnie, pokręcone ręce mocno wsparte na wysłużonej lasce. Na kamienistym podwóreczku przed dużym oryginalnym domem, o fasadzie wyłożonej ciemnokrwistym marmurem, jakiś chłopak z łoskotem prostuje blaszaną rynnę. Uderzenia młotka przeplatają się z dźwiękiem niespiesznej rozmowy, prowadzonej po niemiecku. Grüß Gott. Grüß Gott, prześmiewcza Bawaria, nie wiadomo dlaczego, skoro my przyjeżdżamy z Berlina, właściciel pochodzi z Hamburga, a jego młody przyjaciel jest Grekiem. Lekarz na przyspieszonej emeryturze, młody jeszcze, rentier, powiedzieliby Francuzi. Dorobił się dość, by kupić ten dom, który nie był droższy niż samochód. Jaki samochód, dopytujemy się, wciąż w żartobliwym tonie, bo nasz kosztował sześć tysięcy. Bywają różne samochody, odpowiada gospodarz, niektóre są może droższe od waszego. Może. Jest piąta po południu, pora na herbatę, którą wypijamy na płaskim dachu willi. Elegancka porcelana w stylu art deco, nierealna atmosfera lat 20. Starannie wyszukana estetyka, daleka od powiązań z pocztówkowym wizerunkiem greckich wysp. Przyciszony głos, wytworny sposób wyrażania się, pełne umiaru poczucie humoru, dyskretna rezerwa. Najwyższe osiągnięcie europejskiej kultury homoseksualnej, pałac zbudowany na czarnej otchłani seksu, potępionej i boskiej. Greckiej.
Głęboko w dole na popielatosrebrzystym morzu, za czarnymi sylwetkami wysp Kameni pojawia się zwiewna sylwetka czteromasztowego żaglowca. Cisza, kot się łasi i stygnie herbata, w purpurowej łunie nad bladą wodą Caldery zachodzi pomarańczowe słońce. Nie ma w tym zachodzeniu chmurzastej feeri barw, znanej tak dobrze znad Bałtyku. W pogodnych krajach południa na tle bezchmurnego nieba kula Słońca zachodzi konkretna i samotna, pojedyncza i zarazem wyniosła, jakby mówiła – to ja, Słońce.
27 kwietnia 1810: Ludwig van Beethoven skomponował “Dla Elizy”.
Taki tekst przyszedł we wczorajszych mailach. Dostałam go od moich przyjaciół z Toronto, ale jak rozumiem, to nie oni są autorami, tylko tekst po prostu krąży. Salon odrzuconych – i to jak!
Dziwne “polskie obyczaje” czyli “kto nasz a kto obcy”?
Polskie źródła podają, że jest tylko sześciu polskich laureatów Nagrody Nobla: Henryk Sienkiewicz, Władysław Reymont, Maria Skłodowska-Curie (znana na świecie jako Marie Curie), Lech Wałęsa, Czesław Miłosz i Wisława Szymborska.
Bardzo dziwne! Polska zapomniała o… dziewięciu innych polskich laureatach Nagrody Nobla!
Chociaż oficjalny spis noblistów wymienia tych dziewięciu mężczyzn jako polskich noblistów, to Polska, która przecież wśród krajów europejskich ma najmniejszą liczbę noblistów w stosunku do liczby ludności, oficjalnie się do tych dziewięciu nie przyznaje.
Warto przypomnieć polskich noblistów, o których ich ojczyzna Polska nie pamięta:
1) Tadeusz Reichstein (1897-1996) urodzony we Włocławku chemik, w 1950 roku otrzymał nagrodę Nobla z medycyny i fizjologii za odkrycie kortyzonu.
2) Izaak Singer (Isaac Bashevis Singer) (1904-1991) urodzony w Leoncinie niedaleko Warszawy, w Polsce mieszkał do 1935 roku, w 1978 roku otrzymał nagrodę Nobla z literatury.
3) (Sir) Józef (Joseph) Rotblat (1908-2005) urodzony w Warszawie, w 1938 roku na Uniwersytecie Warszawskim otrzymał doktorat z fizyki, dwa lata później wyjechał do Wielkiej Brytanii, w 1995 roku otrzymał pokojową nagrodę Nobla za wysiłki w celu zredukowania broni jądrowej na świecie.
Józef Rotblat całe życie mówił po polsku i podkreślał, że jest Polakiem z brytyjskim paszportem. Protestował przeciwko zapisywaniu jego imienia jako “Joseph”.
4) Mieczysław Biegun (Menachem Begin) (1913-1992) urodzony w Brześciu nad Bugiem, opuścił Polskę w 1940 roku, został szóstym premierem Izraela, w 1979 roku otrzymał pokojową nagrodę Nobla za podpisanie traktatu z Egiptem.
5) Leonid Hurwicz, urodzony w 1917 roku, od 1919 roku mieszkał w Warszawie, gdzie ukończył studia prawnicze, w 1940 roku wyjechał do USA, w 2007 roku otrzymał Nagrodę Nobla z ekonomii.
6) Szymon Perski (Szimon Peres) urodzony w 1923 roku w Wiszniewie (województwo wileńskie), wyjechał z Polski w 1934 roku, został dziewiątym prezydentem Izraela, w 1994 roku otrzymał pokojową Nagrodę Nobla.
7) Jerzy Szarpak (Georges Charpak) urodzony w 1924 roku w Dąbrowicy (województwo wołyńskie), wyjechał do Francji w 1931 roku, otrzymał nagrodę Nobla z fizyki w 1992 roku.
8) Andrzej Wiktor Schally (Andrew Viktor Schally), urodzony w 1926 roku w Wilnie, syn generała Kazimierza Schally, szefa gabinetu prezydenta RP Mościckiego, po wybuchu II wojny świat. wyjechał z Polski, otrzymał nagrodę Nobla z medycyny w 1977 roku.
Schally pochodził z żydowsko-szwedzko-francusko-polskiej rodziny o nieokreślonej przynależności religijnej. Według rasowych kryteriów nazizmu był tzw. “mieszańcem” i groziła mu śmierć. Ocalał z masakry holokaustu ukrywając się w Rumunii w środowisku polskich Żydów.
9) Roald Hoffmann, urodzony w 1937 roku w Złoczowie (województwo lwowskie), wyemigrował do USA w 1949 roku, otrzymał nagrodę Nobla z chemii w 1981 roku, od 1965 roku do dzisiaj pracuje na Cornell University w USA.
Dlaczego Polska nie uważa tych noblistów za Polaków? Ośmiu z nich (z jedynym wyjątkiem Reichsteina) posiadało obywatelstwo polskie i zdobywało w Polsce wykształcenie. Język polski był dla nich językiem macierzystym lub drugim najważniejszym.
Trzeba pamiętać, że Skłodowska-Curie nigdy nie miała polskiego obywatelstwa (początkowo była obywatelką Rosji, potem Francji) a Polskę opuściła na zawsze w wieku 24 lat. Czesław Miłosz przez wiele lat posiadał tylko obywatelstwo litewskie, a pisał głównie w języku angielskim. Wiele jego wypowiedzi wskazuje, że uważał się za Litwina, mówiącego po polsku.
Dlaczego Polska przyznaje się do Skłodowskiej i Miłosza, a nie przyznaje się do Reichsteina, Singera, Rotblata, Szarpaka, Hurwicza, Perskiego, Bieguna, Schally’ego i Hoffmanna?
Powód jest, niestety, typowy: są to Żydzi, a więc według polskich kryteriów nie mogą być nazwani Polakami. Polska jest niechlubnym wyjątkiem, bo na przykład Niemcy szczycą się wszystkimi swoimi laureatami Nobla, z których wielu było niemieckimi
Żydami. Bardzo dużo laureatów Nobla jest zaliczanych jednocześnie do dwóch narodowości, na przykład Skłodowska – do francuskiej i polskiej. Oficjalny spis laureatów Nobla nie zawiera kategorii “Żydzi”, a nagrodzonych klasyfikuje według kraju pochodzenia lub / i zamieszkania. Dlaczego w takim razie Polska nie uznaje na przykład Perskiego i Bieguna za noblistów polsko-izraelskich?
Wstyd, że Polska wobec polskich laureatów nagrody Nobla wyraźnie stosuje kryteria religijne, a właściwie kryteria rasowe, a nie religijne, ponieważ wśród polskich noblistów pochodzenia żydowskiego są osoby nie praktykujące judaizmu.
Tych, którzy urodzili się jako katolicy, uznaje się za “swoich”, innych – urodzonych jako Żydzi – odrzuca. “Urodzili się jako katolicy”, ponieważ Skłodowska i Miłosz faktycznie stali się później ateistami. Miłosz nawet otwarcie krytykował tradycyjny polski katolicyzm, nazywając go “ciemnogrodem”. Jednak przed śmiercią oficjalnie powrócił “na łono Kościoła”. Wszyscy pamiętamy jakie problemy były z pogrzebem, prawda?
Wstyd tym większy, że pięciu z wymienionych, odtrąconych przez Polskę noblistów cudem uratowało się z holokaustu. Niestety wątpliwe, czy Polska kiedykolwiek się do nich przyzna. Propagowany przez Kościół mit głosi, że “Polak to tylko katolik”. Pewnie dlatego Polska woli mieć sześciu noblistów, zamiast piętnastu.
Achtung: unten Kultureller Ratschlag von Johanna und Tanja auf Deutsch.
To musiał być ciężki miesiąc, ten styczeń dwa lata temu. A jednak i z takich ciężkich miesięcy można się otrząsnąć…
Honti
point
8 stycznia 2011
chleb
do szczęścia
potrzebuje
ust,
nie masła.
są światy,
których
mi
nie
możesz
dać.
– – –
tęcza
zagasła.
mimo
11 stycznia 2011
opowiedz mi
czemu
myśli
jak ptaki
ruszają z dwóch
brzegów
by się
mgłami
rozminąć
opowiedz mi
czym się karmi
wspomnienia
puszczone
na
wolność
o, powiedz mi
jak daleko
do
twojej
miłości
ryss
12 stycznia 2011
rozbijam wzrok
o lustro
twej złości
patrząc wstecz
ścigam cię
zwielokrotniona
płaczem
zagryzam
kanapką
z
ciszą
ból
nieistnienia
Pomost
20 stycznia 2011
odwiedź mnie
odśnież
odczaruj
odczytaj
zdmuchnij pył,
co w płatkach smutku
zakwita
odwiedź mnie
choćby
we
śnie
pszpsz
21 stycznia 2011
zakochane duchy
tańczą w parku walca –
który wygra turniej
może zjeść padalca
i zanurzyć piętę
w migdałowym sosie
by rozśmieszyć muchy
harcujące w nosie
________________
Tanja und Johanna über den Film “Mitternachtskinder” (Spiegel: Die Regisseurin Deepa Mehta hat Salman Rushdies magischen Roman für das Kino adaptiert)
Geschichte Indiens, von 1917-1977, allerdings mit Verwebung von Fantasie-Geschichten, göttlichen Gleichnissen und Realität – im fliegenden Wechsel – durch und durch indische Erzählweise.Viele märchenhafte Elemente. Drei Schwestern, vertauschtes Kind, geisterhafte Begegnungen, eine Hexe, die zaubern kann. Indira Gandhi, die Kinder mit besonderen Fähigkeiten fürchtet, jagt und vernichtet. Und grünes Chutney bringt schließlich das Happyend. Schöne Farben, geschmeidige Bilder, auch im Slum. Gesangseinlagen fast a la Bollywood. Leute haben im Laufe des Films graue Haare gekriegt, sonderliche charakterliche, Veränderungen hat aber niemand durchgemacht. Nicht so schlimm wie die Verfilmung von “Die Liebe in den Zeiten der Cholera”, aber das Buch garantiert besser.
Today is full moon. So look! Marvellous full moon in New Zaeland – video made by Mark Gee.