Zielona miłość zimą

Roman Brodowski, zapowiadał miesiąc temu, że dziś ostatnia część opowieści o zielonej sztubackiej miłości. Ale okazuje się, że nie, bo pod tekstem znowu znalazły się trzy literki – cdn.

Obiad, śniadanie, wyjazd do Gdańska

Dochodziła czwarta po południu, kiedy do pogrążonego w ciemności pokoju weszła moja rodzicielka, moja kochana mateńka.
– Pora wstawać syneczku – powiedziała łagodnym, jak zawsze, głosem.
– Już od godziny ktoś czeka na ciebie w kuchni – dodała, zapalając światło .
– Ktoś czeka? Czy to ona? Mamo czy to Ona? – podniecony, zacząłem zadawać pytania, wyskakując z ciepłej puchowej pościeli.
– Tego nie mogę ci powiedzieć. To niespoodzianka – usłyszałem odpowiedź.
Mama zamknęła za sobą drzwi, a ja jak szalony zacząłem ubierać się w przygotowaną, pachnącą świeżością odzież. Spodnie, skarpetki, biała jak śnieg koszula… , a im bardziej byłem gotowy do spotkania z tajemniczym przybyszem, tym szybciej biło mi serce.
– To Ona, to na pewno Ona! Boże, nareszcie Ją zobaczę, nareszcie będę przy Niej!
Myśli tańczyły po podnieconej głowie niby w narkotycznym transie.
Zapiąłem ostatni guzik, uczesałem nieco przydługie włosy, popryskałem się męskim zapachem „Old Spice” kupionym przed kilku dniami w Peweksie, otworzyłem drzwi i ukazałem się, (jak mawiają w warszawskim żargonie) w pełnej galanterii, siedzącym przy kuchennym stole rodzicom, rodzeństwu, no i oczywiście tej najważniejszej teraz dla mnie w tym towarzystwie osobie.

Tak, to była Maria. Uśmiechnięta niby majowe słoneczko o wczesnym poranku, podeszła do mnie bez słowa i podając mi dłoń, dotknęła delikatnie ustami mojego tryskającego radością policzka.
Bojąc się, by zbyt szybko nie odeszła, schwyciłem ją oburącz i przytuliwszy do siebie, szeptałem do jej ucha – że jestem szczęśliwy, że długo na ten dzień czekałem i że te wszystkie dni bez niej były dla mnie jedną, wielką męczarnią.
Ona stojąc przy mnie w bezruchu, nie wiedząc czemu, drgała niby źdźbło trawy na wietrze. Czułem jej oddech, jej niespokojne bicie serca. Ustami muskałem spływające po aksamitnej szyi długie kasztanowe włosy.
Było mi tak lekko, tak przyjemnie, pragnęłem by ta chwila nigdy się nie skończyła. Niestety, to co piękne szybko się kończy.
Przywołani z powrotem na ziemię usiedliśmy do wspólnego obiadu, przy którym omówiliśmy harmonogram mojego pobytu. Zapowiadał się wspaniale!
Jutro, razem z moim Słoneczkiem jedziemy do Gdańska, by dokonać ostatnich przedświątecznych zakupów, pospacerować po nadmotławskim bulwarze, a wieczór wspólnie spędzić w znanej gdańskiej restauracji „Pod Łososiem”.
W wigilijny wieczór Maria po wieczerzy w rodzinnym gronie, tradycyjnie przyjdzie do nas. Od lat mój ojciec kładzie dla niej upominek pod choinką, jak dla swojej przybranej córeczki. Nic w tym dziwnego. Rodziny nasze, w przeciwieństwie do tych z „Romeo i Juli”, żyją w sąsiedzkiej przyjaźni, a Marię ojciec lubi szczególnie.
Krótko przed pasterką, pójdziemy do rodziny Marii, aby wraz z jej tatą wyruszyć do kościoła, by tam pomodlić się za duszę zmarłej przed dwoma laty „cioci Helenki” czyli mamy Marysi.
A potem Sylwester. Nowy rok, 1977, powitamy w naszej remizie. Marysia zorganizowała stolik dla sześciu osób, to znaczy dla nas i naszych wspólnych przyjaciół. Cieszę się ze spotkania z Jolą, Jarkiem, Małgosią, no i oczywiście Zbyszkiem, bez którego moje dzieciństwo było by z pewnością nudne.
Tak, mój pobyt zapowiada się naprawdę obiecująco.
Wypiliśmy przygotowaną przez mamę herbatę, skosztowaliśmy świeżo upieczonego makowca i odprowadziłem moją kochaną przyjaciółkę do domu.

Obudziłem się bardzo wcześnie, a właściwie obudził mnie budzik, ustawiony na godzinę szóstą, bo przecież punktualnie o siódmej przyjdzie po mnie Maria i jedziemy do odległego o piętnaście kilometrów Gdańska.
Moje siostry spały jeszcze, pochrapując na przemian, by ich więc nie obudzić, prawie że po omacku, zabrałem ze sobą ubranie i wyszedłem z pokoju do sieni.
Jak się okazało, nie byłem jedynym domownikiem, który o tej porze już nie spał. W kuchni krzątała się mama.
– Widzę że już wstałeś – przywitała mnie tym oczywistym stwierdzeniem, nalewając do szklanki moją ulubioną, pachnącą, świeżo zaparzoną, zbożową kawę.
– Witaj mamo. Przecież wiesz, że za chwilę wyjeżdżam – opowiedziałem ubierają się w pośpiechu.
– Wiem, wiem. Ale chyba nie myślisz, że wypuściłabym cię bez śniadania z domu, zwłaszcza, że nie będzie cię do wieczora.
Na stole stała przygotowana, gorąca, jeszcze parująca jajecznica na cebulce, i przekrojona na połowę bułka z masłem. Zazwyczaj jajecznicę smaży mama na wędzonym boczku, ale nie dzisiaj. Dzisiaj jest post, a postu, dzięki mamie, zawsze w naszej rodzinie przestrzegamy, zwłaszcza tych dwóch najważniejszych, na Boże Narodzenie i na Wielkanoc.
Siedzieliśmy na przeciw siebie, spożywając w milczeniu poranny posiłek, gdy
nagle usłyszeliśmy delikatne pukanie do drzwi. Oczywiście, to była Marysia. Przyszła dokładnie o siódmej. Zawsze była punktualna i zawsze, pryncypialnie, wymagała punktualności od innych. Dawniej zdarzało mi się spóźnić na spotkanie z nią, ale dzisiaj? Dzisiaj nie pozwoliłbym sobie na to, bo wiem, że nie czekałaby na mnie nawet minuty.
Dzień dobry – powiedziała, wchodząc do kuchni. – Jest bardzo zimno, więc ubierz się grubo, najlepiej na bardzo dużą cebulę.
Odwróciłem głowę w stronę drzwi. Stała odziana w długi brązowy płaszcz, czapkę z króliczego futerka, a na nogach modne zamszowe kozaczki. W rękach trzymała skórzane rękawiczki, a przewieszona przez ramię torebka, uzupełniała całość. Wyglądała imponująco. Zresztą, nic w tym dziwnego, przecież jest najpiękniejszą dziewczyną, jaką znam.
– Cześć poranny kwiatuszku – odpowiedziałem. – Siadaj proszę do stołu. Napij się gorącej herbaty z cytryną, a ja w tym czasie przygotuję się do drogi – zaproponowałem, podnosząc się leniwie z krzesła.
Marysia przyjęła zaproszenie. Usiadła na moim miejscu i popijając złotobrązowy nektar, rozmawiała o czymś szeptem z mamą, a ja w tym czasie, zgodnie z zaleceniem ubrałem się ciepło. Pożegnaliśmy się i ruszyliśmy na dworzec.

Zima pokazała nam swoją potęgę. Sam mróz nie byłby tak dokuczliwy, gdyby nie suchy porywisty wiatr, unoszący tumany śniegu, wpadające do oczu i ust, budujący na drodze wysokie, śnieżne zaspy.
Trzymając się za ręce, przedzieraliśmy się przez te zaspy, i chociaż do dworca było tylko trzysta metrów, z trudnością tam dotarliśmy. Gdyby nie to, że pociąg wyjeżdżający z odległego o osiem kilometrów Tczewa, przyjechał z kilkuminutowym opóźnieniem, prawdopodobnie wcale byśmy nie zdążyli.
Zziębnięci, z ulgą weszliśmy do pustego jeszcze o tej porze wagonu.
Po długim męczącym staniu w kolejkach i kupieniu wszystkiego, o co nas poproszono, poszliśmy na bulwar, biegnący nabrzeżem zamarzniętej Motławy.
Zakupy, aby nam nie ciążyły, oddaliśmy w dworcowej przechowalni bagażu.

450px-Middle_Ages_defensive_walls_of_Gdansk_3Wydawało nam się, że w Gdańsku jest o wiele cieplej, aniżeli w Pszczółkach.
Co prawda śnieg skrzypiał pod nogami, ale nie było tego nieznośnego wiatru,
Jaskrawo świecące słońce i bezchmurne niebo, sprawiły, że była to wymarzona pogoda, właśnie na taki romantyczny spacer, sam na sam z przyrodą, we dwoje.
Przytuleni do siebie, podziwialiśmy stojące na nadbrzeżu, skute lodem statki.
Nad naszymi głowami kołowały dziesiątki, rybitw i rozkrzyczanych, szukających pożywienia mew.
– Musimy tu przyjechać latem – przerwałem trwające od pewnego czasu milczenie. – Latem jest tu z pewnością bardzo przyjemnie. Można popłynąć statkiem na Hel, albo
posiedzieć w jednej z tych małych nadbrzeżnych kawiarenek, opychając się lodami. Można pospacerować pomiędzy straganami, podziwiać rękodzieło, sprzedawane przez chwalących swoje towary, artystów. Tak latem jest o wiele ładniej, aniżeli zimą. – starałem się sprowokować Marię do rozmowy.
Lecz ona, nie wiedzieć czemu, nagle, nieoczekiwanie pogrążyła się w myślach. Była zagubiona, nieobecna. Wydawało mi się, że ją coś dręczy.
– Czy coś się stało, Marysiu? – zapytałem, widząc dziwne zatroskanie na jej twarzy.
– Nie, nie, nie, nic – odpowiedziała i przytuliła się do mnie jeszcze mocniej.

Nagle, usłyszeliśmy dobiegający zza pleców, dobrze nam znany, wołający nas głos.
– Co za licho, zakłóca nasz spokój – pomyślałem, niezadowolony z tego faktu.
Odwróciliśmy się do tyłu. Przed nami stała nasza szkolna koleżanka Jolka.
– Ledwo was poznałam – zagadnęła – Obserwowałam was od kilkanastu minut,
ale nie byłam pewna, czy to na pewno wy. Dopiero kiedy podeszłam bliżej, po głosie poznałam Romka. Co za zbieg okoliczności, bo właśnie dzisiaj… ,
– Dlaczego zbieg okoliczności – wtrąciłem, przerywając dopiero co rozpoczętą przez nią myśl. – Po prostu spotkaliśmy się, i nie ma w tym nic dziwnego. A swoją drogą, to muszę przyznać, że od czasu naszego ostatniego widzenia bardzo wyładniałaś – wysiliłem się na tani, niczym wyjęty z tandetnej sztuki, komplement.

Joli nie widziałem co najmniej od roku i szczerze mówiąc, rzeczywiście bardzo się zmieniła. Stała się bardziej kobieca, delikatna, a jej zgrabna, smukła figura z pewnością niejednemu chłopakowi spędzała sen z powiek.
– Ty też, niczego sobie. Widać śląskie powietrze dobrze ci służy – odrzekła, starając się swoim delikatnym uśmiechem ukryć zmieszanie – a zbieg okoliczności, dlatego że właśnie dzisiaj planowałam spotkać się z Wami pod wieczór, w celu omówienia Sylwestra – dodała.
Marysia, jakby ożyła. Widać było, że ucieszyła się z obecności koleżanki.
Ja natomiast poczułem jakiś niesmak. Wydawało mi się, że to moja skromna osoba była przyczyną jej, wyraźnie melancholijnego nastroju.

Kiedy okazało się, że Jola, wysłana przez jej mamę na zakupy, nie jest ograniczona w czasie i że postanowiła pozostać w Gdańsku do wieczora, Marysia zaproponowała, aby wspólnie z nami spędziła resztę dnia.
I tak, w tak zwanym trójkącie, udaliśmy się do przytulnej restauracji, gdzie przy ciepłych napojach, smacznych ciastkach i lampce słodkiego, czerwonego wina siedzieliśmy przy stoliku, wspominając niezbyt odległe jeszcze czasy szkoły. W lokalu pozostaliśmy do późnego wieczora.
Zmęczeni, ale pełni wrażeń, do Pszczółek powróciliśmy ostatnim pociągiem, krótko przed północą. Z Jolą roztaliśmy się na dworcu.

Szliśmy w milczeniu, trzymając się za ręce. Odprowadziłem ją pod same drzwi, przyjacielski pocałunek i tak rozstaliśmy się bez słowa.
Na bezchmurnym, pogodnym niebie migotały tysiące gwiazd, w oknach domów panowała ciemność, a ja, idąc opustoszałą o tej porze ulicą, myślałem tylko o jednym,
o tym, co zrobić, by Maria czuła się przy mnie bezpieczna i szczęśliwa, i im bardziej o tym myślałem, tym większy ogarniał mnie niepokój.

cdn

Tylko przy Tobie jestem kimś

Tysiącami srebrnych gwiazd
Niebo historię naszą znaczy
Nie wiem, czy tworzy dla nas czas
Szczęścia, miłości czy rozpaczy.

W ptasim śpiewaniu o poranku,
W poszumie wiatru przy ruczaju
Słyszę głos, jakże sercu bliski.
To Twój głos miła, to głos raju.

Tęsknię za Tobą, gdy cię nie ma
Płonę, gdy jesteś, tą miłością
Jakże mnie życie odmieniło
Ty poradziłaś mym słabościom.

Stworzyłaś dla mnie świat nadziei
Dodałaś blasku mej szarości.
Stałaś się dla mnie jednym celem
Drogą wiodącą do stałości.

Tyle kochanie Ci zawdzięczam,
Ile zawdzięcza ryba wodzie
Bez Ciebie byłbym tylko pyłkiem.
Małym robaczkiem, gdzieś w przyrodzie.

Bytom. 26.01.1977

Wykłady profesora Dąbrowskiego. IV. Szamanizm

Zbliżamy się już powoli do babki Autora, tatarskiej szamanki. Ale wciąż jeszcze nic o niej nie wiemy i dziś nadal się o niej niczego nie dowiemy.

Ja, jako redaktorka, dedykuję ten wpis Lili Karbowskiej

Uwaga tytuł dzisiejszego wykładu też wymyśliłam ja jako redaktorka, a zaczerpnęłam go z książki, której bez zachęty zapewne nigdy nie weźmiecie do ręki, a zatem zachęcam Was, żebyście wzięli: Gavin Extence, Wszechświat kontra Alex Woods (Wydawnictwo Literackie 2013)

Ryszard Dąbrowski

To nie bóg stworzył mózg, to mózg stworzył boga

Opiszę tu problematykę szamanizmu, nie starając się wartościować, rewidować i analizować przedstawionych tu faktów.

U podstaw najwcześniejszych religii w dziejach ludzkości leżał animizm. Pierwszymi religiami były kult płodności, szamanizm i religia megalityczna.
Animizm (łac. anima – dusza) to wiara w świat bytów dysponujących potężnymi mocami. To wiara w dusze przypisywane nie tylko ludziom, ale i zwierzętom oraz martwym przedmiotom, a także zjawiskom oraz wiara w duchy zaludniające świat. U Słowian święte było drzewo, dąb – siedziba duchów. W Indiach – rzeka Ganges, u australijskich Aborygenów – wysoki na 330 metrów czerwony monolit Ayers Rock, a u Żydów – góra Synaj. Animizm cechowała także wiara w istnienie życia pozagrobowego.

Nieodłącznymi elementami tych pierwszych religii był:
– kult przodków; wiara w dobroczynny lub szkodliwy wpływ dusz zmarłych na losy potomnych,
– fetyszyzm; kult przedmiotów: kamieni, muszli, figurek i wisiorków, które poprzez obrzędowe zabiegi nabierają magicznej mocy przynoszącej pomyślność i ochronę przed złem noszącej je osobie,
– totemizm; wiara w mityczną więź grupy społecznej lub jednostki z określonym zwierzęciem. Zwierzę totemiczne uważane jest za opiekuna grupy i otoczone jest czcią i ochroną. Pozostałością po totemach są herby szlacheckie, herby miast i regionów oraz godła państw, w których często występują orły, lwy, słonie, syreny, gryfy oraz inne zwierzęta,
– kanibalizm; przekonanie o magicznym przechodzeniu cech zjadanego na zjadającego. Był to też akt zniewagi w stosunku do wrogów i jeńców a także element uczty sakralnej (eucharystia chrześcijańska, spożywanie ciała i krwi Jezusa, jest przeniesieniem tego aktu do religijnej sfery symbolicznej),
– szamanizm – najważniejszy element pierwotnych wierzeń religijnych.

Szamanizm to jedna z najstarszych praktyk religijnych w dziejach ludzkości. Archeolodzy dopatrują się śladów szamanizmu już u naszych praprzodków z okresu starszej epoki kamienia czyli paleolitu środkowego, przed 100 tysiącami laty. W paleolicie górnym, 40-11 tysięcy lat p.n.e., szamanizm rozpowszechnił się na całym ówczesnym świecie.

Jeśli ktoś chciałby zgłębić ten temat, to TU znajdzie szczegółowy wykres geograficzno-chronologiczny wszystkich religii na świecie.

Słowo szaman pochodzi z języka tungusko-mandżurskiego.

Szamanizm to zespół wierzeń i praktyk religijnych, u których podstaw leży wiara w duchy i demony oraz życie pozagrobowe. Kosmos dzieli się na trzy światy: górny – siedzibę bogów i duchów, średni – ziemię z ludźmi, przyrodą i duchami na niej mieszkającymi oraz podziemny – zaludniony przez dusze zmarłych i duchy podziemne. Szamanizm nie jest jednolitym systemem i występuje w wielu odmianach. Centralną rolę pełni w niej szaman, stąd też nazwa tej religii.
Szaman to kapłan, łącznik między ludźmi a duchami i bogami, do których udaje się w zaświaty. O jego sile i mocy decyduje ilość pomocnych mu duchów, których przychylność tam sobie zdobył. Przywoływał on duchy i bogów, aby sprzyjali zdrowiu ludzi i zwierząt, gwarantowali pomyślność w łowach i połowach oraz zsyłali dobrą pogodę. Szaman stawiał diagnozy chorobowe, leczył ludzi i zwierzęta, odnajdywał zaginione osoby i rzeczy, przepowiadał przyszłość, tłumaczył i interpretował sny. Przy pomocy interpretacji snów chorego szamani kontrolowali i oceniali przebieg leczenia. Szaman był sędzią i pośrednikiem w sporach, a co najważniejsze – stażnikiem zwyczajów i tradycji, przez co gwarantował spójne istnienie swojej społeczności. Szamanów należało szanować, nie wolno było ich obrażać oraz negować ich wyroczni i decyzji.

Bardzo rzadko szamanem stawała się osoba, która go nie miała wśród swoich przodków. Szamanem nie można było zostać z własnej chęci. Cechy predystynujące do bycia szamanem i znachorem rozpoznawane były już w dzieciństwie, niemniej stawało się nim z powołania. Powoływania tego dokonywali bogowie i duchy. Nie można było bezkarnie im odmówić i wyrzec się tego przeznaczenia. Powołanie ugruntowywane było przy pomocy stosownej nauki oraz pokonywania poszczególnych stopni wtajemniczenia w trakcie edukacji pod kierunkiem rodziców lub dziadków. Wtajemniczanie trwało od jednego roku do dziewięciu lat i było zdobywaniem poszczególnych stopni (od siedmiu do dwunastu). Od długości stażu i ilości stopni zależała „moc” szamana.

Nauka polegała, między innymi, na umartwianiu i wprowadzaniu się w ekstazę w celu nawiązania kontaktu własnej duszy z duchami i bogami z zaświatów. Bardzo ważnym było opanowanie techniki powrotu duszy do ciała, aby nie pozostała ona w zaświatach. Adept na szamana uczył się też przy pomocy telepatii odczytywać, czy jego nauczyciel coś przed nim schował, a jeżeli tak, to musiał się nauczyć odnajdywać te przedmioty zarówno dniem i nocą. Poza nauką leczenia musiał opanować tak zwaną „złą medycynę”, czyli rzucanie uroków oraz zabijania ludzi przy pomocy siły woli i myśli.

Etnolodzy i lekarze twierdzą, że wśród szamanów istniał duży odsetek osób chorych na epilepsję oraz zaburzenia schizofreniczne i psychopatyczne. Choroby te potrafili oni w konstruktywny sposób kontrolować i wykorzystywać w swoich halucynogennych i ekstatycznych podróżach w zaświaty oraz do objawień i widzeń. Szamani mieli często labilną neuro-wegetatywną osobowość, silnie rozwiniętą psychikę oraz wrażliwy system nerwowy. Dzięki treningowi byli zdolni do opanowania podświadomości i osiągania na zawołanie stanów dysocjacji mentalnej.

Szamani odpowiedzialni byli w swojej społeczności za trzy ceremonie w życiu człowieka – narodziny, ślub i pogrzeb.
Po urodzeniu się dziecka szaman wprowadzał je do wspólnoty, zapoznawał je z duchami chroniącymi rodzinę i duszami zmarłych. Szaman ustalał, który z przodków dziecka się w nim zreinkarnował i odrodził i nadawał mu jego imię. W tym celu wymagana była znajomość protoplastów nowonarodzonego aż do siedmiu pokoleń wstecz. (Ciekawym, że my w odróżnieniu od tych „prymitywnych ludów” znamy zazwyczaj dwa, najwyżej trzy nasze pokolenia wstecz.)
Szaman odpowiedzialny był za przeprowadzenie rytuału i ceremoni zaślubin.
Najważniejszym i najtrudniejszym zadaniem szamana było przeprowadzenie ceremonii pogrzebowych. Zmarłego należało przebrać w specjalne ubranie i odpowiednio pogrzebać. Najniebezpieczniejszym elementem ceremoni pogrzebowej było wskazanie drogi duszy zmarłego do świata zmarłych i towarzyszenie jej w tej drodze. Jako lekarze oddziaływali szamani na chorych poprzez hipnotyczne i psychoterapeutyczne rytuały, które wzmacniały siły odpornościowe organizmu. Szaman oczyszczał przy pomocy dymu i zaklęć opanowaną przez duchy duszę chorego a organizm wzmacniał ziołami. Leczenie cięższych schorzeń, spowodowanych opuszczeniem przez duszę ciała chorego, polegało na odnalezieniu jej, błąkającej się w zaświatach, i sprowadzeniu z powrotem.

Najważniejszymi świętami w szamanizmie były dwa dni w roku – zimowe i letnie zrównanie dnia z nocą. Uroczystości te według utartego i organizowanego przez szamana schematu trwały od trzech do dziewięciu dni. Szaman zwracał się do bogów i duchów o zdrowie i pomyślność dla jego grupy jako całości oraz dla każdego jej członka z osobna. Przypuszcza się, że liczne malowidła i płaskorzeźby ścienne w świętych i sakralnych grotach sporządzane były przez szamanów podczas religijnych ceremonii i rytuałów składania ofiar, a rysunki powstawały w stanie zmienionej świadomości pod wpływem transu lub narkotycznego i halucynogennego działania grzybów i roślin. Najbardziej znanym przykładem tych malowideł są sceny polowań w grocie Lascaux, powstałe przed ponad 17 tysiącami laty oraz grocie Montignac sprzed 31,5 tysiąca lat.

Religie pierwotne przeżywają obecnie swój renesans. Wiele osób rozczarowanych zistytucjonalizowanymi kościołami, szuka i wskrzesza pradawne wierzenia swych społeczności i narodów. Ma to miejsce szczególnie w Azji, obu Amerykach, ale także w Afryce i w Europie gdzie odtwarza się dawne wierzenia Słowian, Bałtów, Celtów i Germanów oraz ich tysiącletnie tradycje. Obecnie religie pierwotne wyznaje na świecie prawie 250 milionów ludzi, co stawia je na 7 miejscu pod względem liczebności. Być może jest to przejściowa moda, tak jak moda na religie wschodnie, która przetoczyła się falą przez świat w latach sześćdziesiątych ubiegłego stulecia.

Kościół katolicki prowadził dwojaką politykę wobec dawnych zwyczajów i elementów „pogańskiej” i ludowej kultury. Część praktyk bezwzględnie zwalczono a część została przyswojona, przejęta czy zaadoptowana, szczególnie jeżeli towarzyszyła im modlitwa. Złe duchy i demony oraz dobre i pomocne duchy zostały zastąpione przez diabły i anioły. Osobiste amulety zamieniono na różańce, szkaplerze, medaliki. Funkcję amuletów plemiennych i totemów przejęły relikwie licznych świętych. Magiczne gesty przekształciły się w znak krzyża i przeżegnanie się, a modlitwa zastąpiła magiczne zaklęcia. Szamańskimi magicznymi przedmiotami takimi jak bębenek, wyroczne kości oraz laska szamańska stały się laska i pierścień biskupi, monstrancja, kadzidło, gromnica i woda święcona. Kościół katolicki wprowadził do kalendarza liturgicznego wiele obrzędów szamańskich i ludowych.

We wszystkich kulturach przedchrześcijańskich świętymi dniami były przesilenie zimowe i letnie oraz początek wiosny. Kościół katolicki zawłaszczył i przemienił je na „Boże Narodzenie”, „Boże Ciało” oraz „Wielkanoc”. W dniu przesilenia zimowego w grudniu, kiedy noce zaczynają być krótsze, a dni się wydłużają, kiedy zostaje przezwyciężona „ciemność”, dziwnym trafem, urodzili się prawie wszyscy bogowie – twórcy religii. W wielu religiach dzień ten był obchodzony jako święto urodzin słońca. Kościół katolicki dopiero w IV w. wprowadził w tym dniu święto urodzin Jezusa, który w rzeczywistości urodził się kiedy indziej. Miało to być też przeciwwagą do obchodzonych w tym dniu narodzin perskiego boga słońca Mitry. Kult boga Mitry był w Imperium Rzymskim traktowany przez kościół katolicki jako największy konkurent w walce o wiernych. Mithras czczony był od ponad stu lat przed narodzeniem Chrystusa do IV w., kiedy religię tę wyparło chrześcijaństwo.
Dzień przesilenia letniego w czerwcu, od którego zaczynają wydłużać się noce, zaczęto obchodzić jako „Boże Ciało” dopiero od XIII w. Święto to wprowadzono dla upamiętnienia widzeń (halucynacji?) belgijskich zakonnic Ewy i Julianny (1193 – 1258). Dla przeciwwagi do „pogańskiego” święta wiosny, na Soborze Nicejskim w 325 r., wprowadzono „Święto Wielkanocne”.

Elementy szamanizmu zachowały się długo także w zwyczajach Słowian. Były one jednak bezlitośnie zwalczane przez państwo i kościół. Przyjęcie chrześcijaństwa w 966 r. przez Mieszka I było doniosłym aktem politycznym państwa polskiego. Chodziło o zapewnienie chrystianizowanej Polsce statusu terytorium misyjnego podległego jurystrykcji rzymskiej a nie cesarza niemieckiego, która chciała przy okazji nawracania realizować program ekspansji wschodniej.
Mało mówi się i pisze jak wyglądała ta chrystianizacja. A wyglądała okrutnie. Niszczono i burzono słowiańskie świątynie stawiając na ich fundamentach kościoły katolickie. Za nieprzestrzeganie kościelnych nakazów i zakazów groziły drakońskie kary, np. złamanie postu karane było wybiciem zębów. Ludność nie potrafiła zrozumieć zakazu jedzenia mięsa oraz wstrzymywania się od pożycia seksualnego podczas licznych postów i odbierała to jako bezmyślny despotyzm. Zakaz palenia zwłok i nakaz ich zakopywania budziły strach przed odrodzeniem się zmarłego jako „żywego trupa” – upiora prześladującego żywych.
(…)

Oczywiście rodzą się pytania – skąd wzięły się religie, dlaczego człowiek wierzy w bogów i po co mu ta wiara?
Wydaje się, ża na te pytania, na które do tej pory starali się szukać odpowiedzi teolodzy, etnolodzy, filozofowie, socjologowie i psycholodzy, odpowie niedługo neurologia. W trakcie najnowszych badań tomograficznych elektrycznej aktywności mózgów ludzi chorych na lekkie stany epileptyczne, ludzi podczas medytowania czy głębokiej modlitwy, znaleziono w nim region odpowiedzialny za mistyczne przeżycia, który został nazwany „boskim modułem”. W regionie tym znajduje się mechanizm autocenzury, który filtruje masę docierających do mózgu sygnałów. Filtr działa w oparciu o zasadę, że to nie może być, ponieważ nie jest możliwym, aby się wydarzyło. U niektórych osób filtr ten nie działa lub działa słabiej. Efektem tego jest ich duża kreatywność, podatność na wizje i olśnienia. Własne fantazje odbierane są wtedy przez mózg jako rzeczywistość i tak rejestrowane przez świadomość i zapamiętywane. Mechanizm autocenzury daje się też wyłączyć przy pomocy narkotyków lub środków halucynogennych. Niekiedy w przypadku chorób mózgu, region ten zostaje trwale uszkodzony, tak, że osoby z tą wadą nawiedzane są nieustająco przez wizje religijne.

Dlaczego bogowie wszystkich religii posiadają moc nadprzyrodzoną, dlaczego wszystkie religie tłumaczą kosmos i istniejące życie przy pomocy podobnych mitów oraz dlaczego rdzeniem ich wszystkich jest wiara w życie pozagrobowe niezależnej od ziemskiego ciała „duszy”? Wszystkim religiom towarzyszą zdumiewająco podobne lub identyczne rytuały w których przy pomocy muzyki, medytacji lub modlitwy dąży się do osiągnięcia stanów ekstazy i podświadomości. Na ziemi nie istnieje jakakolwiek religia w której nie składałoby się bogu lub bóstwu ofiar i darów. We wszystich religiach wszystkich narodów, plemion i grup etnicznych istnieje rytuał inicjacji dzieci w świat dorosłych. Wszystkie religie mają w sobie jeden wspóly mianownik, przy pomocy religijnie motywowanych tabu trzymana jest w ryzach wspólność plemienna lub narodowa.

Skąd ta jednolitość ? Czyżbyśmy byli genetycznie zaprogramowani na wymyślenie sobie boga?

Gdzie narodził się pierwszy bóg? Czy u pawianów które z przestrachem obserwują zachodzące słońce? Czy i boga odziedziczyliśmy po małpach?
Już homo erectus przed 370.000 laty wzniósł dziewięciometrowy krąg ofiarny z umiejscowioną w środku specjalnie spreparowaną i noszącą ślady kanibalizmu czaszką. Neandertalczycy i homo sapiens chowali swoich zmarłych już przed 50 tysiącami lat. Kto chowa zmarłych, szczególnie składając im do grobu różne przedmioty, wierzy w życie pozagrobowe, gdzie mu one będą potrzebne. Naukowcy twierdzą, że motorem tego wszystkiego jest 1500 g szarej masy naszego mózgu. To nie bóg stworzył mózg, to mózg stworzył boga.

Religia byłaby więc wyrazem biologicznego fenomenu? Ale po co?

Da się to wytłumaczyć teorią ewolucji i adaptacji oraz wynikającymi z tego korzyściami dla małpy i homo. Natura selekcjonowała na drodze ewolucji jednostki z „boskim modułem”, zwiększając ich szanse na przeżycie. Teoria egzystencjonalna twierdzi natomiast, że gdy homo erectus, neandertalczyk oraz homo sapiens uświadomili sobie swoje istnienie, przerażeni perspektywą nicości po śmierci, stworzyli religię, dającą im nadzieję na życie pozagrobowe.

Tu rodzi się fundamentalne filozoficzne pytanie – jak istota poddana nieubłagalnym prawom natury może stworzyć teorię religijną, będącą totalną negacją tych praw. Na to pytanie odpowiedzią jest właśnie ten odkryty areał mózgu. Dlaczego jednak natura na drodze ewolucji wytworzyła u nas ten moduł i nagrodziła jego posiadaczy szansą przeżycia we wrogim nam środowisku?
Zwierzęta kierują się instynktami. Człowiek na drodze ewolucji utracił zdolność instynktownego funkcjonowania lub zredukowana ona została u niego do stanów szczątkowych. Grupa całkowicie pozbawionych instyktu indywidualistów skazana byłaby na rychłą zagładę. Aby przeżyć musiała kierować się pewnymi normami i zasadami. Instynkt musiał być czymś zastąpiony i tutaj funkcje te przejęła religia. W tym celu matka natura na drodze ewolucji stworzyła areały mózgu zdolne do przeżywania olśnień i przeżyć religijnych. Osoby szczególnie nimi obdarzone tworzyły religie, które swoimi tabu wykształcały systemy norm spajające grupę. Obecnie religijnie motywowane tabu przejęły kodeksy oraz zbiory różnych przepisów.

Czy życzymy sobie totalnego zwycięstwa nauki nad religią? Czy religia stała się zbędna?  Ci, u których pewne regiony w mózgu działają bez „filtra”, niech dalej będą prorokami, kapłanami, wierzącymi lub bigotami, innym, tym z „filtrem”, pozwólmy pozostać sceptykami lub ateistami.

Niebezpieczeństwo zagrozi nam dopiero wtedy, gdy, w przyszłości, na ziemi, władzę dyktatorską obejmie jedna z tych dwu frakcji i na drodze genetycznych manipulacji będzie starała się ujednolicić nasze mózgi lub całkowicie nas ich pozbawić.

Sjamanen_shamanic_teachingsShamans from several cultures at Shamanic Teachings in the Netherlands. Shamans are (from left to right): Ayako Goh from Singapore, Haka-teacher Klaus Wintersteller, Maori matakite Wai Turoa Morgan, Jewish Orna Ralston, Aztec indian Nopaltzin, Siberian shaman Ahamkara, Afro-Cuban sangoma Elliott Rivera, North-American chief and medicinman Dancing Thunder
Wikipedia Commons

***
Literatura:
– Basilov W. N. „Sibirische Schamanen, Auserwählte der Geister”, Berlin 2004
– Hoppál M. „Das Buch der Schamanen, Europa und Asien”, Luzern, Schweiz, 2002
– Novik E. S. „Ritual und Folklore im sibirischen Schamanismus”, Hamburg 1989
– Wikipedia.pl, 2006
– Grolle J. „Hotline zum Himmel”, „Der Spiegel”21/2002, Hamburg

W Buchałowie

Katarzyna Kulikowska

W Buchałowie

Na podwórku mojej babci pies Misiu
Maciek i Piotrek wchodzą po orzechu
Na dach szopy
Babcia w chustce na głowie idzie z
Koszem ziemniaków do domu
Dziadek w kapocie i gumofilcach zbiera
Drewno na opał
Agnieszka bawi się w piaskownicy
Ja stoję przy szopie i patrzę na braci
Idę do domu
Wracam
Maciek i Piotrek mają orzechy we włosach
Ziemniaki babci skaczą po podwórku
Drażniąc się z kurami
W gumofilcu dziadka zamieszkał gołąb
Agnieszka szuka w piasku dzieciństwa

szkic babci i dziadkaKatarzyna Kulikowska, Szkic Babci i Dziadka

Mama

Moja mama jest pełna kwitnącej łąki
Leci ważka wprost do kołyski
Biedronka huśta się na trawie
Konik polny skacze
Mama każdego dnia daje mi kawałek łąki
Siejąc we mnie wiosnę.

szkic mamy

 

Katarzyna Kulikowska, Szkic Mamy

Kołysanka dla babci

Dobranoc babciu
Patrz sen rozchyla się przed Tobą
Niczym lilia wodna
Połóż się na jej płatkach
Przepłyń przez batik światła
Tam gdzie drgają gałęzie cieni
Pośrodku nocy — stawu lilia rozkwita
Świt.

Natchnienie

Natchnienie wchodzi po schodach
do domu kultury
pyta: Czy tu piszą wiersze ?
rozmawia z poetami o
wiersza szeleście
zastanawia się chwile
i znika

Rozmowa

Jeż mówi do kota:
– Mam pancerz z kolców.
Na kolcach noszę jabłko niezgody.
Weź, podziel się ze mną niezgodą.
Niech będzie między nami wojna.
Bądźmy żołnierzami na dwóch półkulach tej samej ziemi.

Kot odpowiada:
– Nie, dziękuje, jabłek nie jadam.
Wyciągam łapę na zgodę.
Niech będzie między nami pokój.
Bądźmy braćmi na dwóch półkulach tej samej ziemi.

Przyjaciele

Przyjaciółka mówi do przyjaciela:
– Jesteś tak daleko, jakby po drugiej stronie przepaści.
Most z podanych sobie dłoni złamał się.
Za kruchy na naszą integrację.
Nie mogę zrobić kroku.
Przepaść niczym paszcza smoka chce mnie pożreć.
Przyjaciel odpowiada:
Jestem tak blisko.
Przekraczam swoją przestrzeń.
Nie chcę wchodzić na teren twojej niewinności
niczym człowiek na nieskażoną ziemię.
Podeptać trawę butem mojej obecności.
Przyjaciółka:
– Ta ziemia jest bezludna wyspą.
Zamieszkaj tu.
Niech będzie środkiem świata.
Przyjaciel:
– Smok śpi, zamyka przepaść.
Chodź do mnie.

Biały pokój

Postać w bieli pochyla się nad fotelem
Przerażony fotel krzyczy
zastygając w osłupieniu niczym rzeźba
z kamienia

Elf

Dziewczyna była pełna
zielonych słów i uśmiechów
Myśli dziewczyny były piórami
Lekko tańczyły spadając na
ziemię
Wokół unosił się zapach różanego
kłamstwa
Była elfem
Ktoś powiedział – To nie bajka
Została zielonym wiatrem

Dwa pomniki

Pojutrze, w czwartek 1 maja, otwarcie wystawy Kubickiego. Pisałam już o tym, teraz tylko drobna “przypominajka” i dwie nowe informacje, dostarczone przez Lidię Głuchowską.

Obie o pomnikach. I o Stanisławie Kubickim.

I.

Pomnik Józefa Piłsudskiego z tablicami pamiątkowymi ku czci poległych postańców, uczestników Powstania Wielkopolskiego. Pomnik został zaprojektowany i wzniesiony przez Stanisława Kubickiego w roku 1937. Znajdował się na terenie parku w majątku hrabiego Mycielskiego – Kobylepole. W czasie wojny zniszczony.

image004Więcej / Mehr: http://www.galerie-kubicki.de/galerie_kubicki/index.php?page=_15._Pilsudski-Denkmal

II.

Pomnik Polskiego Państwa Podziemnego z 2007 roku. Jest usytuowany w Poznaniu za Operą, przy al. Niepodległości, na przeciwko kościoła o.o. Dominikanów. Wikipedia dodaje:

Styl architektoniczny posmodernizm
dekonstruktywizm
Projektant Mariusz Kulpa
Odsłonięto 26 września 2007

KUBICKI poznan pomnik fragm 2Z Wikipedii: “Pomnik składa się z sześciu słupów pamięci z tablicami pamiątkowymi, oszklonej krypty, która symbolizuje zejście do podziemi i unoszących się nad całym założeniem sylwetek orłów. Dominuje faktura kamienia i rdzawa kolorystyka części metalowych. Napis na budowli głosi: Polskiemu Państwu Podziemnemu i jego sile zbrojnej Armii Krajowej – Wielkopolanie. Monument uzupełniają płyty z tabliczkami z żeliwa, informujące o Wielkopolanach, którzy stracili życie w wyniku agresji nazistowskiej od 1 września 1939 do 3 lipca 1945, czyli w okresie funkcjonowania Polskiego Państwa Podziemnego.”

KUBICKI POZNAN pomnik 1Wśród  nich znajduje się też tabliczka, poświęcona Kubickiemu.

KUBICKI poznan pomnik plyta 3Dodajmy do tego też berliński kamień pamięci poświęcony Kubickiemu, który pokazywałam we wpisie – zaproszeniu na otwarcie wystawy i imprezy towarzyszące. Zajrzyjcie tam, popatrzcie na kamień pamięci i przyjdźcie w czwartek na wystawę. Będziemy tam obie, i Lidia Głuchowska, i ja.

https://ewamaria2013texts.wordpress.com/2014/04/23/kubicki-und-hufeisensiedlung/

Raport z wizyty w zakładzie dla starców i niewidomych dzieci – 7

Poniedziałek.

Katarzyna Krenz

z cyklu

Raport z wizyty w zakładzie dla starców i niewidomych dzieci

Castelo de Vide, Convento de São Francisco

zdjęcia Jacek Dominiczak

RaportJD (12)7.

Emmanuel: In quatro

Tego dnia, roku pańskiego
tysiąc czterysta pięćdziesiątego piątego,
w celi klasztornej z widokiem na winnice
młody kopista przepisał cztery pierwsze karty
formatu in quatro. Dzień był pogodny.
Narzędzia, których użył: ptasie pióra i pilniczki
do ich ostrzenia, pumeks, kreda oraz dwa
kałamarze z koźlęcych rożków, atrament –
tylko czarny i czerwony (złoto w płatkach
miał nałożyć później mistrz pozłoty).

W południe kopista zjadł pajdę chleba i wypił kubek
chłodnej wody ze strumienia płynącego opodal.
Na stołku obok pulpitu leżały ponadto: nóż
do cięcia pergaminu na stronice i brzytwa
do równania powierzchni, by pióro nie natrafiło
na przeszkodę, która zniweczyłaby całą pracę.
I jeszcze ostry cierń tarniny, a może był to kolec
jeżozwierza (Hystrix cristata) do punktowania linii
przed ich wykreśleniem oraz tabliczki z woskiem
do zapisków, rysik i kamień do ucierania farb.

Wieczór już nastał, gdy młody brat przed święceniami
kończył pracę. Początkowo atrament wyrabiano
z soku kapusty, siarczanu miedzi i galasówek,
długo gotowanych z gumą arabską i piwem.
Czasami zamiast piwa stosowano czerwone wino.
Na skopiowanie całej Księgi nad Księgami wprawny
kopista potrzebował dwunastu miesięcy. (Życie
spędzone na kopiowaniu słów w owych czasach trwało
około czterdziestu ksiąg). Święci Wawrzyniec i Damazy,
a też Mistrz z Kęt wytykali błędy i liczyli przepisane strony.

*

Tego dnia, w Moguncji, spod prasy drukarskiej Johannesa
Gensfleischa zur Laden zum Gutenberga wyszły pierwsze cztery
welinowe karty Księgi Wszelkiej Mądrości, by wkrótce
zmienić się w przedmiot masowej produkcji. Faustus
z Haarlemu nie sprzedał duszy diabłu ani nie ukradł ognia
jak Prometeusz. Kruki nie wydziobały mu wątroby.
Wykradając sekret ruchomej czcionki, złamał jedynie serce mistrzowi Costerowi, swojemu pracodawcy.
Jak z tego wynika, postęp był nie tyle kwestią czasu,
ile sprytu i braku lojalności czeladników.

Pióro skrzypiało. W parnym powietrzu atrament
zasychał od razu, zmieniając się w czarny ślad –
katalog myśli i cieni przeszłości. W klasztornej winnicy,
pośród szpalerów róż, nabrzmiałe grona dojrzewały,
rozleniwione słońcem. Tego dnia, roku pańskiego
tysiąc czterysta pięćdziesiątego piątego młody kopista
przepisał cztery pierwsze karty formatu in quatro
być może po raz ostatni. Kradnąc sekret swojego mistrza,

Faustus z Haarlemu sprawił, że życie młodego kopisty
stało się wielką niewiadomą – niezapisaną księgą.

***

Wersja angielska, tłum. Zuzanna Ananiew

7.
Emmanuel: In quatro

On that day of the year of our Lord
fourteen hundred fifty and five in
a monk’s cell with a view onto the vineyards
a young scribe copied the first four pages
of in quarto format. The day was fair.
The tools he used: birds’ feathers and files
to sharpen them, pumice, chalk and two inkwells
made from billy goats’ horns, ink – only black and red
(gold leaf was to be applied later by the master gilder).

At noon the scribe ate a piece of bread and drank
a cup of cool water from the nearby stream.
On the stool next to the writing desk there lay also:
a knife for cutting parchment into pages and a straight
razor for evening the surface, so that the quill
would encounter no obstacle which could thwart
the entire work. And also a sharp sloe thorn, or maybe
it was the spine of a porcupine (Hystrix cristata), to mark
dots later bound into lines, and tablets of wax for making
notes, a slate pencil, and a slab for grinding pigments.

Night had already come when the young unordained brother
finished his work. Before, ink was made from cabbage juice,
copper sulphate and oak marble galls boiled at length with
gum arabic and ale. Sometimes red wine was used instead of ale.
To copy the entire Book of Books a skilled scribe needed
twelve months. (A life spent copying words in those times
lasted about forty books.) Saints Lawrence, and Damasus,
and John Cantius would point out errors and count copied pages.

*

That same day in Mainz, from the printing press of herr Johannes
Gensfleisch zur Laden zum Gutenberg, came the first four
vellum pages of the Book of Wisdom, only to soon become
an object of mass production. Faustus of Haarlem
did not sell his soul to the Devil and did not steal fire
like Prometheus. Vultures did not pick his liver out.
In stealing the secret of typesetting, he only broke
the heart of master Coster, his employer. Which leads
to the conclusion that progress was not so much a question
of time, as of the cunning and disloyalty of journeymen.

The quill scratched. The ink dried quickly in the steamy air,
turning into black traces – a catalog of thoughts and
shadows of the past. In the monastery vineyard,
amongst rows of roses, sweet bursting grapes languidly
ripened in the sun. On that day of the year of our Lord
fourteen hundred fifty and five the young scribe copied
the first four pages of in quarto format perhaps for the
last time. By stealing the secret from his master,

Faustus of Haarlem turned the life of the young scribe
into a great unknown – an unwritten book.

Koty i święci

Ewa Maria Slaska i Maryna Over o kotach

Nie ma wyjścia, dzisiejszy wpis o kotach trzeba poświęcić świętościom, taki dzień jak dziś jednak zobowiązuje, w końcu nie co dzień Polak zostaje świętym. I w końcu tak wielu tych świętych Polaków nie mamy – święty Jacek (z pierogami), święty Stanisław… Kto zna więcej? Wprawdzie Wikipedia podaje prawie 130 imion (osób jest znacznie więcej) świętych i błogosławionych związanych z Polską czy to poprzez narodowość, czy też miejsce urodzenia lub działalności, ale nawet nasz bardzo kochany święty Wojciech nie był przecież świętym polskim, pochodził z Pragi, działał w Niemczech i nawet umarł nie w Polsce, lecz w Prusiech.

No dobrze, ale koty i polscy święci, to już temat, który chyba nawet moją dociekliwość przerasta. Jak ktoś coś wie, to bardzo proszę, żeby się odezwał. Na razie jednak poprzestanę na klasyce sztuki europejskiej.

LeonardoDaVinciMadonnacon Mabibi a gattoCane-contro-gatto

 

 

 

 

 

 

 

 

X
X
Zacznę od Leonarda da Vinci, którego Madonna z Dzieciątkiem i kotem (rysunek piórkiem przechowywany w Londynie w Galerii Rycin British Museum), dała przed paru laty asumpt żarcikom na temat powieści Dana Browna “Kod Leonarda”, o której chętnie mawiano, że to książka o kocie Leonarda, a nawet o kotce.  Z kolei w internecie zestawia się ten rysunek z drugim, podobnym i pisze o tym, że Leonardo nie mógł się zdecydować, czy kot czy pies? Znawcy twierdzą, że oba rysunki są odmienne od innych szkiców Leonarda i charakteryzuje je szybkie następstwo kolejnych linii, które dopiero wspólnie zbudują sylwetkę postaci. Podobno jest to już zapowiedzią Madonny Benois (to nazwisko jednego z właścicieli) czyli Madonny z kwiatkiem. Ponieważ nie ma tam jednak kota, odsyłam ciekawych poza bloga, ale proszę wróćcie – to TU.

HieronimusBoschWadam-i-Ewa-Ogród rozkoszy ziemskich (1480-1490, detal)Następnym klasykiem, którego nie podejrzewalibyśmy o malowanie kota jest Hieronim Bosch. A jednak Maryna Over odkryła, że i u niego wśród ogromnych truskawek i skrzatów z nosami jak miecz w “Ogrodzie rozkoszy ziemskich” Adamowi i Ewie, których Bóg właśnie stworzył był, pojawia się kot i to zgoła taki, który właśnie upolował mysz a może szczura. Po drugiej stronie, u stóp Ewy widoczny jest z kolei ptak pożerający ogromnego żuka. Podejrzewam tu głęboką symbolikę marności życia ziemskiego, a nie kocie i ptasie portrety, ale czyż to ma znaczenie?

rubensRównież Rubens nie oparł się pokusie skontrastowania kota i świętości. Anioł zwiastował Pannie Maryi, Anioły grają i rzucają kwiaty, a kot… A kot śpi. Niby niewinnie, ale kto wie, kot jest symbolem zmysłowości, może więc jest to ukryta sugestia, że… no jednak… może się tam w alkowie jednak to i owo mogło wydarzyć.

Najbardziej jednak zdumiewającym połączeniem kota i świętości jest podrzucony oczywiście również przez Marynę “Kot – krucyfiks” Marka Szwarca. Artysta urodził się w rodzinie żydowskiej w Zgierzu w roku 1892, zmarł w Paryżu w roku 1958. Studiował w Paryżu, gdzie przyjaźnił się z Fernandem Léger, Amedeo Modiglianim, Chaimem Soutine i Chagallem. W roku 1912  założył z przyjaciółmi pierwsze żydowskie czasopismo artystyczne Makhmadim. W roku 1919 przeszedł na katolicyzm. marekszwarcMimo to pozostał Żydem i był – jak to sam określił – „Żydem wyznania katolickiego”. Zajmowała go problematyka tożsamości żydowskiej. Był jednym z założycieli grupy awangardowych artystów żydowskich w Łodzi – Jung Jidysz (1919-1921). Pisała o niej Lidia Głuchowska we wpisie Yddischland. Szwarc przyjaźnił się ze Stanisławem Kubickim, o którym już tak tu dużo pisałam, że nie będę się powtarzać i przypominać, kim był i co tworzył.

NorwichX

X

Na zakończenie wcale nie symbolicznie raczej pogodny obrazek, przedstawiający mniszkę z kotem. Maryna opatrzyła go jednym słowem – Norwich. Norwich to angielskie miasto średniej wielkości z piękną katedrą średniowieczną
i 35 innymi kościołami z tejżeż epoki. Dziś kilka z nich zostało zamkniętych, ale ich liczba nadal imponuje. Utrudnia jednak życie autorce tego wpisu. No bo dobrze, mniszka z Norwich. I co dalej?  Dziwnie wydaje mi się, że mimo tak wspaniałych średniowiecznych możliwości owa mniszka jest raczej neogotycka niż gotycka. Czytam dokładnie napisy otaczające ów portrecik, układające się w jedno zdanie, bardzo czytelne. Już sam ten fakt musi poddawać w wątpliwość średniowieczną proweniencję nie tyle kota i kobiety, ile ich portretu. All shall be well and all shall be well and all manner of things shall be well. Czytam dalej. U góry po lewej i po prawej odkrywam napis Julian of Norwich. Julian z Norwich. Sprawdzam – nie, to nie on, to ona. Juliana z Norwich, angielska mistyczka z XIV wieku. Pustelniczka, mieszkała w samotnej celi w jednym z kościołów w Norwich, a jej jedynym towarzyszem w samotni był kot. Samotnię i przylegający do niej ogródek otaczał mur, a zadaniem kota było tępić szczury i myszy. Już kiedyś zetknęłam się z takimi pustelnicami. Jedną z nich była Ewa od świętego Marcina w Liege. Wraz z drugą mniszką, Julianą z Liege, taką samą pustelnicą, doprowadziły do ustanowienia święta Bożego Ciała. Nie wychodziły ze swoich cel, jedzenie podowano im przez otwór w drzwiach. Relacje milczą, ale zapewne tak też usuwano nieczystości z celi.

St-Julian's-750218Tu mieszkała Juliana z Norwich i to tu w celi odciętej od świata murem przeżyła 16 objawień. Ze względu na treść trzynastej wizji, która rozmija się z nauką Kościoła, nigdy nie była oficjalnie czczona. Wspominana jest w Kościele anglikańskim oraz… Reformowanym Kościele Katolickim w Polsce 8 maja. Czyli w dniu polskiego świętego – Stanisława.

Swoje objawienia zapisała w kilku książkach, z których najważniejsze jest Revelations of Divine Love. To zdanie o tym, że wszystko będzie dobrze pochodzi właśnie z Objawienia Bożego Miłosierdzia… I myślę, że tak możemy zakończyć ten wpis. Dziś niedziela Miłosierdzia Bożego, ustanowiona przez Jana Pawła II.

Wszystko w tym wpisie, którego jak zwykle nie planowałam, pozwalając się wieść od jednej myśli do drugiej, splotło się wręcz wzruszająco precyzyjnie. Nie ma więc powodu, żeby nie wierzyć Julianie: All shall be well and all shall be well and all manner of things shall be well.

PS 1. Oczywiście znajduję tę ilustrację. Oczywiście to nie jest średniowiecze. Oczywiście jest to malarka współczesna, manierystyczna, religijna – Virginia Wieringa. Umieściła ten obrazek na swojej stronie internetowej z podpisem: Created for my friend Tom Schwanda who told me about Julian. Her story is fascinating.

PS 2. Tymczasem nasza kochana Powsinoga nadesłała z Chicago dwa obrazki, to znaczy jeden to znaczek, a drugi – tak, to taki obrazek czy też święty obrazek, jakie zbierałyśmy (-śmy my) w dzieciństwie i wkładałyśmy do książeczki do nabożeństwa. Te są z Peru ze świętym Marcinem de Porres. Wzruszająca postać – żył w latach 1579-1639, był nieślubnym dzieckiem, mulatem, balwierzem, ogrodnikiem, mnichem z zakonu dominikanów, opiekunem chorych i sierot, dla których zakładał przytułki. Nazywano go świętym z miotłą i przedstawiano z kotem i psem. Został kanonizowany przez Jana XXIII w roku 1962. Jego historia pasuje do wierszy Katarzyny Krenz, które od wielu tygodni publikuję w poniedziałki, które Kasia nazwała Raport z wizyty w zakładzie dla starców i niewidomych dzieci. Poczytajcie, najlepiej wszystkie, a nie tylko ten jeden tu zlinkowany.

Peru.Martin de Porres.1965 Peru - św. Marcin de Porres

Oooo… oburzeni

Krystyna Koziewicz rozmawia z Ewą Marią Slaską o ruchu oburzonych, jej tekście do szczecińskiego EleWatora i potrzebie protestu mimo wszystko – wywiad miał się ukazać w berlińskiej gazecie Kontakty, ale się nie ukazał. Jest to więc kolejny dowód na to, że instytucja Salonu odrzuconych jest nieustannie potrzebna.

W tym roku po raz 17 zostanie przyznana Polsko-Niemiecka Nagroda Dziennikarska. Od roku 2013 nosi ona imię Tadeusza Mazowieckiego, w uznaniu dla działalności dziennikarskiej tego zmarłego w październiku 2013 r. działacza na rzecz praw obywatelskich i pierwszego demokratycznego premiera Polski po roku 1989. Nagroda co roku przyznawana jest w kategoriach Prasa, Radio oraz Telewizja, a od tego roku również w kategorii: Dziennikarstwo na Pograniczu. Fundatorami są Fundacja Współpracy Polsko-Niemieckiej, Fundacja Roberta Boscha i sześć regionów partnerskich – kraje związkowe Brandenburgia, Meklemburgia-Pomorze Przednie i Wolne Państwo Saksonia oraz trzy województwa – zachodniopomorskie, lubuskie i dolnośląskie. Nagrodę Dziennikarstwo na Pograniczu ufundowała dodatkowo Brandenburgia. W każdej kategorii nominowano sześć prac, trzy ze strony polskiej i trzy niemieckie. W kategorii nagroda prasowa wytypowano między innymi tekst”Pies szczeka, Niemcy rządzą Europą” Ewy Marii Slaskiej, opublikowany zimą 2013 roku w czasopiśmie literackim EleWator ze Szczecina. Decyzja, kto z nominowanych rzeczywiście otrzyma nagrodę w swojej kategorii, zostanie ogłoszona na uroczystości w Landtagu kraju związkowego Brandenburgii w Poczdamie 8 maja 2014 roku.
Ewa Maria Slaska już raz otrzymała tę nagrodę, również w kategorii prasa, w roku 2003 za artykuł „Pochwała lumpenproletariatu”, opublikowany rok wcześniej w tygodniku „Newsweek Polska”.

Krystyna Koziewicz – Oburzajmy się i ruch oburzonych – to temat rozmowy z Ewą Marią Slaską

W środowisku berlińskim znana jest jako pisarka, dziennikarka, blogerka, wydawczyni, aktywistka, działaczka społeczna. Czyli, jak sama mówi, „coś w rodzaju szamponu – 17 w jednym”. Bardzo zaciekawił mnie nominowany do nagrody artykuł, w którym Slaska porusza problematykę niesprawiedliwości społecznej. To temat, o którym wciąż się ostatnio mówi, pisze, demonstruje. „Należy położyć kres, dość patologii systemu finansowego” – powtarza papież Franciszek i to samo, choć innymi słowami, powiedział w święta Lech Wałęsa, deklarując chęć powrotu do działalności związkowej w Solidarności.

To o tym mówi Twój konkursowy artykuł…

Tak, to jeden z ważnych tematów, do których wciąż wracam, można by nawet rzec, jeden z moich tematów „życiowych”. Cieszę się więc, że został zauważony przez szacowne gremium, przyznające nagrody. Napisałam ten artykuł dla miesięcznika literackiego EleWator ze Szczecina. Jego redaktorem naczelnym jest dziennikarz i pisarz Konrad Wojtyła. Konrad każde wydanie gazety poświęca się jakiemuś przewodniemu tematowi. Bywały różne, a zeszyt z lutego ubiegłego roku poświęcony został tematyce ruchu oburzonych w Europie i na świecie. Wówczas, gdy Konrad przygotowywał ten zeszyt, temat był palący i aktualny, dziś po dwóch latach, nikt go już chyba nie pamięta. Problem pozostał. Otóż, rok wcześniej, trzy lata temu, na rynku ukazała się bardzo mała książeczka „Czas oburzenia”, starego francuskiego intelektualisty Stephane Hessela, który nawoływał do buntu przeciwko niesprawiedliwości i władzy pieniądza. Broszurka jest oskarżeniem dzisiejszego świata i zarzuca rządzącym, że ulegają instytucjom pieniądza, które w gruncie rzeczy nie podlegają żadnej kontroli, ani państwowej, ani społecznej. Hessel wydał tę broszurką własnym sumptem, a nagle, nie stąd ni zowąd, książeczka stała się największym bestsellerem światowym z nakładem 3,5 mln egzemplarzy, a więc takim, jakim może się poszczycić Biblia. Otóż Hessel trafił dokładnie w aktualne odczucie społeczne, bo to, co się dzieje, jest oburzające! Enigmatycznie ONI robią, co chcą, a my nawet nie wiemy, kto to naprawdę jest? Nie możemy powiedzieć, że to Hitler, Stalin, albo Franko, Mussolinii czy Honecker. Po prostu dzieją się sprawy, które rządzą światem i doprowadzają na przykład do głębokiego kryzysu w Grecji, Hiszpanii czy Portugalii. Na ratowanie gospodarki krajów dotkniętych kryzysem rządy europejskie wydają kolosalne pieniądze, przy czym zwykły obywatel nie rozumie, ani na co, ani dlaczego i jak to ma pomóc. Wie tylko jedno – te ambicje kosztują nas, odbierając nam nasz dobrobyt, nasze emerytury, renty chorobowe. Hessel napisał piękny króciutki tekst z takim francuskim przesłaniem.Oburzajmy się, oburzajmy i zostało to bardzo dobrze odebrane na całym świecie. Trudno się zatem dziwić, że wydawca EleWatora, Konrad Wojtyła położył rękę na pulsie i zabrał się za temat oburzonych. Moim zadaniem było przedstawienie ruchu oburzonych w Niemczech. No to napisałam.

Jaki był rezonans?

Chyba dobry, ale to co napisałam jest chyba złe… Nie mam tu na myśli wartości tekstu, tylko jego wydźwięk. Napisałam, że w Niemczech pojawiła się grupa młodych ludzi oburzonych, którzy chcieli dać wyraz swemu oburzeniu, ale ponieważ nic strasznego się im w życiu nie przytrafiło, to nie było ich stać na wielkie demonstracje, jak w Nowym Jorku, tylko sobie po prostu poprotestowali. Spróbowałam dociec i ocenić, dlaczego tak jest? Napisałam o różnych zjawiskach, były tam nawet polskie akcenty, bo do ruchu oburzonych odwołał się Artur Żmijewski, który w roku 2012 był kuratorem wystawy sztuki 7. Berlin Biennale. Poświęcił przestrzeń wystawienniczą sprawom oburzonych zapraszając do demonstrowania niezadowolenia w obronie oburzających spraw. Było to Biennale zastępujące sztukę polityką i dyskusją społeczną, co jednak przeszło w społeczeństwie bez większego echa. Cóż, było to zbiorowisko gestów i retoryki protestu, z którego nic nie wynikało. Żmijewskiemu należała się ostra krytyka, ale Niemcy już dawno przestali krytykować kogokolwiek, więc nie skrytykowali. Było sobie Biennale i się zbyło, jak to mawiały dzieci za moich młodych lat.

Jesteśmy zdominowani przez świat finansów, mnie również oburza arogancja instytucji finansowych. Znam przypadki młodych ludzi w Polsce, którzy mają za sobą dwuletnie pielgrzymowanie od banku do banku w poszukiwaniu kredytu, w jednym przypadku na założenie, w drugim – na modernizację własnej firmy. Obaj potencjalni inwestorzy, zamierzający rozwinąć swą działalność w Polsce, wkurzyli się w końcu i wyemigrowali. Nie dziwię się też mojej sąsiadce, która jak tylko popłaci należności, całą resztę wyciąga z konta i nie zostawia ani centa do dyspozycji banku. Podobnych reakcji oburzenia przydałoby się więcej… Nie lękajcie się, zmieniajcie oblicze tej ziemi – powtarzał Jan Paweł II. A więc oburzajmy się. Dlaczego jednak akcje oburzonych są tak mało skuteczne?

Otóż to. Spróbowałam to w moim artykule zanalizować, zobaczyć, co się działo, zanim oburzeni w hipsterskich ubrankach sobie pokoczowali z namiocikami i pokrzyczeli. Opisałam między innymi akcje, i te już historyczne i te wcale nie tak dawne. Były to akcje, które się udawały. Zaczęłam od lat 60 i protestów przeciwko zbrojeniom, produkcji broni atomowej, przeciwko elektrowniom atomowym, od marszy wielkanocnych. Te protesty w perspektywie politycznej okazały się skuteczne, doprowadzając na przykład do powstania partii politycznych. Zieloni przeszli od protestów do rządzenia, a to zmusiło nawet partie konserwatywne do zmiany postaw. Ale to stare dzieje, tymczasem jeszcze całkiem niedawno miały miejsce protesty społeczne, w których społeczeństwo wygrało. Opisałam dwie takie akcje, jedna to Stuttgart 21 gdzie tzw. „wściekłe staruchy”, bo to był protest ludzi starszych, wygrały z władzami pieniądza, doprowadzając nie tylko do zastopowania projektu budowy nowego dworca, ale i do wygranej Zielonych w najbliższych wyborach. Hesja była pierwszym krajem związkowym w Niemczech, w którym Zieloni doszli do władzy samodzielnie a nie jako koalicjant. A mimo to w końcowym efekcie protestujący przegrali. Już po wyborach odbyło się referendum i większość głosujących opowiedziała się za wznowieniem budowy kontrowersyjnego dworca.

Drugi przykład to „walka o wodę” w Berlinie. Mniej więcej 10 lat temu władze miasta tajnie, nie informując społeczeństwa, sprywatyzowały wodę, co doprowadziło do tego, że woda zdrożała wielokrotnie. Kilka lat temu sprawa wyszła na jaw, a oburzona opinia publiczna podjęła akcją zmierzającą do anulowania umów i deprywatyzacji wody. Zrobiła się wielka afera, protestujący nie tylko jak w Stuttgarcie doprowadzili do referendum, ale jeszcze to referendum wygrali. Woda została z powrotem skomunalizowana: Było to wielkie zwycięstwo ruchu oburzonych! Woda nie staniała ani o grosz…

Oba te przypadki, a jest ich więcej, pokazują, że dobrze biegamy, rzucamy dzidą i kamieniem, a jak mamy w ręku maczugę, to sprawnie nią wywijamy… I co?

Czyli akcje nie mają już mocy sprawczej? Może brakuje lidera?

Myślę, że w każdym kraju, a w Niemczech szczególnie, wezwanie o lidera… to kojarzy się zapewne z führerem, byłabym więc ostrożna. Powiedziałabym tylko jedno, bo wniosek nasuwa się sam – skoro wygrana akcja jest fiaskiem, to po co mamy ją robić?

A jednak uważam, że ma sens, że każda gniewna reakcja jest potrzebna, że poruszamy przez to świat, wprawdzie małymi krokami, ale jednak poruszamy, nie odwracajmy więc wzroku, nie zamykajmy ust.

To jest właśnie to! Trzeba poruszać świat, bo nie wiadomo, co ONI, ci tajemniczy władcy bez społecznej legitymacji i kontroli, wymyślą, jeśli nie będziemy protestować. Na zakończenie mojego artykułu o oburzonych zacytowałam więc Sartre’a: jeśli w młodości nie będziesz się buntował to na starość będziesz potworem. Nie ma wyjścia – buntujmy się, by na starość nie być potworami…

Nominowanej, Ewie Marii Slaskiej życzymy zwycięstwa! Trzymajmy kciuki!
KK

Z Warszawy nad morze

Ewa Maria Slaska

Zdarzyło się ostatnio (albo nie tak całkiem ostatnio, ale pasuje do tego, co ostatnio), że kilkakrotnie trafiłam na opowieści ludzi z Warszawy (lub o ludziach z Warszawy), którym w niejasny i tajemniczy sposób objawiło się morze. Pojawiło się jako dzieło sztuki, architektoniczny detal, herb, czasopismo, i początkowo nie miało żadnego znaczenia. A jednak…

Adam Bogdanowicz, rocznik 1913, ojciec mojego znajomego i dziadek mojego siostrzeńca, również Adama, od lat gimnazjalnych mieszkał w Warszawie. W nieopublikowanych jeszcze (ale podobno właśnie mają się ukazać) wspomnieniach, zatytułowanych „Mój czas przeszły” napisał:
Ojciec był członkiem Towarzystwa “Zachęta”, sprawującego mecenat nad twórczością malarzy i rzeźbiarzy. Raz do roku rozlosowywane były między członków Towarzystwa obrazy znanych polskich malarzy. Jeden z obrazów nabytych tą drogą jest do dnia dzisiejszego moją własnością. Obraz ten, namalowany przez znanego pejzażystę Suchanka, dziwnym zbiegiem okoliczności przedstawia brzeg morza z widniejącą w dali wieżą kościelną i zabudowaniami miasta. Nikt z nas nie przypuszczał, że obrazek ten przetrwa burzę dziejową drugiej wojny światowej, zagładę Warszawy w czasie powstania i zawiśnie ostatecznie na ścianie mojego mieszkania – właśnie w Gdańsku.

Wikipedia pisze, że Antoni Suchanek (1901-1982) był jednym z najwybitniejszych polskich malarzy-marynistów. Poniżej ławeczka z rzeźbą, przedstawiającą artystę, ustawiona w pobliżu mola w Orłowie. Autorem zdjęcia jest Orem, niestety nigdzie nie znalazłam informacji, kto jest autorem pomnika.

640px-Monument_of_Antoni_Suchanek_Gdynia
Mój ojciec, Dariusz Bogucki, rocznik 1927, w swojej autobiografii „Śladami życia” też wspomina o takich przypadkach. Jeden z nich wiązał się z postacią Ojca mojego Ojca, a mojego Dziadka, Jana Feliksa Boguckiego, o którym już tu zresztą pisałem. Ożenił się on z Marią Krynicką…

W taki oto sposób, za namową cioci Krynickiej, zostałem gdańszczaninem. Nie mogłem tego wtedy wiedzieć, ale był to mój pierwszy dzień w mieście, z którym związałem się na całe życie. (…) naturalnie, siłę przyciągającą w marzeniach małego chłopca czy młodego człowieka miało przede wszystkim morze. Niewiele o nim wiedziałem, a jednak odnajdywałem w sobie jakieś niezrozumiałe przyciąganie, co może wydać się tym dziwniejsze, że, zważywszy na rodzinne korzenie, w moich komórkach tkwią raczej geny tatarskiego ludu stepowego, z którego wywodzi się ród mojej matki. A też rodowód ojca sięga równinnej, smętnej Białorusi i leśnego Podlasia, nie zaś morza czy w ogóle jakiejkolwiek wody. Pomimo braku udokumentowanych, zapisanych w historii pokoleń kontaktów z morzami i oceanami świata, najwyraźniej musiałem przenieść w swojej naturze jakieś sygnały z zamierzchłej przeszłości, wskazujące na ten atawistyczny związek. Bo w przeciwnym razie, skąd by się to we mnie wzięło?
Nie czytałem książek o piratach i morskich przygodach, nie mieszkałem nad morzem, więcej, nigdy w życiu nie widziałem morza. A jednak jako dziecko znacznie chętniej niż zamki z klocków czy indiańskie szałasy kleciłem nieporadne, po dziecięcemu wyobrażone – okręty.

Teraz przychodzi mi na myśl, iż był wszak jeden ślad, na który mogę wskazać, a którego siłą sprawczą, zapewne nieświadomie, stał się mój ojciec. Bodajże w połowie lat trzydziestych zaprenumerował dla mnie miesięcznik „Morze”, a ja przychodzące regularnie numery dosłownie połykałem, bezwiednie wchłaniając ten świat i budując w sobie poczucie więzi z morzem. A potem, już w czasie wojny, również od ojca otrzymałem książkę Londona “Żegluga na jachcie Snark”, z dedykacją: „Dla przyszłego budowniczego okrętów”. W żaden sposób nie mógł wtedy wydedukować czy przeczuć, że tym właśnie będę się w przyszłości zajmować. A przecież trafił celnie.
I oto teraz sprawy tak się miały, że splot losu, przypadku i okoliczności przywiódł mnie nad morze.

A ja dodam jeszcze, bo Ojciec pisze o tym gdzie indziej i nie przydaje temu żadnego znaczenia symbolicznego, ale rodzina Krynickich pieczętowała się herbem Korab. Myślę, że nie ma w tym żadnych sekretnych związków moich pradziadów z morzem, lecz że raczej zostali oni, gdy ich uszlachcano, przyjęci do herbu, ale jednak jakoś to do siebie pasuje – Dariusz Bogucki, budowniczy okrętów, słynny żeglarz polarny, autor książek o żegludze w lodach. Herbu, no wprawdzie nie Korab, bo Korab to jego mama, ale jednak ten Korab jest w rodzinie i wisi na rodzinnym drzewie genealogicznym.

Herb Korab pokazywałam tydzień temu w wykładzie profesora Dąbrowskiego, tu więc sięgnę do Wikipedii i napiszę o “Morzu”:

317px-Morze_sswilnoMorze – miesięcznik marynistyczny wydawany w latach 1924-2000, przez wydawnictwo Ligi Morskiej i Rzecznej, a następnie Ligi Morskiej i Kolonialnej. Pismo poruszało tematykę związaną z żeglugą, historią żeglugi, okrętownictwem, przemysłem stoczniowym, gospodarką morską, szkutnictwem, jachtingiem i kulturą morską. Wznowione po II wojnie światowej, w dużym stopniu kontynuowało profil przedwojenny, ale w nowej rzeczywistości politycznej, już bez elementów ideologii kolonialnej. Wydawane było przez warszawskie wydawnictwo Wiedza Powszechna.

Na ilustracji – drugi numer czasopisma.

Moja Teściowa, Zofia Slaska, rocznik 1928, w latach 70, a może nawet jeszcze 60, spotkała się w uzdrowisku w Wonieściu z pewną panią, której przyjaciel był grafikiem. Zanim obie panie opuściły sanatorium przyjaciel współkuracjuszki przysłał jej swą właśnie wydaną tekę z grafikami prezentującymi architekturę Warszawy. Była tam grafika przedstawiająca Dom pod Okrętem na warszawskim Starym Mieście. Teściowa (nie była zresztą wtedy moją Teściową) kupiła czy też dostała tę grafikę, a wybrała ją, ponieważ w dompodokretemtym domu po I wojnie światowej mieszkała Babcia Konstancja Morawska, matka mojej Teściowej, zanim wyszła z Dziadziusia czyli Stanisława Grabkowskiego. Gdy Marek i ja wzięliśmy ślub i przeprowadziliśmy się do Trójmiasta, Teściowa (wówczas już była moją Teściową) po kilku latach przywędrowała za nami do Sopotu. Dom pod Okrętem trafił nad morze. Wczoraj go sfotografowałam.

Również i tu Wikipedia ma coś do powiedzenia: Kamienica Pod Okrętem – przy ulicy Świętojańskiej 31 na warszawskim Starym Mieście. Nazwę zawdzięcza płaskorzeźbie okrętu, umieszczonej nad wejściem. Historia kamienicy sięga XV wieku, od roku 1645 była domem murowanym. Była bardzo dobrze znana wszystkim warszawiakom w czasach przedwojennych, a po odbudowie Starego Miasta na powrót stała się jedną z najbardziej rozpoznawalnych kamienic Starówki w Warszawie dzięki odrestaurowaniu charakterystycznej płaskorzeźby.
Eduteka dodaje, że przez krótki okres właścicielem kamienicy był Kallimach, wychowawca synów Kazimierza Jagiel­lończyka, a wyszukiwarka ulic informuje, że Wiktor Gomulicki (1848-1919) poeta, powieściopisarz, badacz dziejów Warszawy, wychowanek Szkoły Głównej stworzył m.in. poemat “W kamienicy Pod Okrętem”.

Podpisu pod drzeworytem nie umiem odcyfrować, rozpoznaję jednak podwójne ss oraz końcówkę ski. Udaję się po pomoc do wujaszka Googla, który strasznie się dławi i krztusi i próbuje mi sprzedać “ski pass”, ale w końcu dociera do niego, kogo szukam i wypluwa kolejne informacje. Stefan Rassalski, żył w latach 1910-1972. Malarz, grafik, historyk sztuki, publicysta. Studiował w Lublinie, dyplom uzyskał na warszawskiej ASP. Od 1932 r. uprawiał drzeworyt, początkowo pod silnym wpływem Tadeusza Kulisiewicza i sztuki ludowej. Z czasem w pracach rozwinął treści symboliczne i literackie. Jego dzieła odznaczają się oszczędnością faktury i dyscypliną kompozycji. Więcej informacji TU i radzę zajrzeć, bo nader ciekawe.

Okręt w herbie, morze na obrazie, morze w książce i gazecie, okręt w portalu mieszczańskiej warszawskiej kamieniczki. Kto mógł przypuszczać, że ludzie, którzy w tak pośredni i przecież niezbyt istotny sposób zetknęli się z morzem, kiedyś zabiorą ze sobą pamięć tych nieistotnych zdarzeń lub pierwotnie pozbawione znaczenia przedmioty i na zawsze przeprowadzą się nad morze?

Wykłady profesora Dąbrowskiego III – Nazwisko

Myślałam, że już możemy przejść do Tatarów i Babci-Szamanki, ale okazuje się, że nie. Dziś tekst, który najlepiej udowadnia prawdziwość twierdzenia filozofii buddyzmu zen – nieważne gdzie zaczniesz swoją opowieść, w końcu obejmie ona po prostu cały świat.

Ryszard Dąbrowski

Etymologia i znaczenie nazwiska Dąbrowski

– nazwisko to występuje w polskich źródłach pisanych po raz pierwszy w 1386 roku, inne jego formy to: Dombrowski, Dabrowski, Dambrowski,
– nazwisko pochodzi od geograficznych nazw wiosek i miasteczek „Dąbrowa”, jest to najczęściej występująca w Polsce nazwa topograficzna,
-„dąbrowa” to przerzedzony las na użytek pasterski z pozostawionymi starymi dębami, które trudno wykarczować i najpożyteczniej było pozostawić je dla żołędzi służących na karmę dla bydła. Slowo „dąb” jest nazwą botaniczną drzewa. Reliktowo miało ono brzmieć „dąbrow”. Zanik starej formy objaśnia się semantycznym tabu związanym z kultem tego drzewa u Słowian. Samo słowo ma pochodzić ze staroindyjskiego i oznaczać dymno-szarą barwę drzewa dębowego. „Dąbrowa” to także ciemna niwa.
– w roku 1990 mieszkało w Polsce 92.945 osób o nazwisku Dąbrowski, 2.786 – Dombrowski, 131 – Dabrowski oraz 11 – Dambrowski.

U Słowian dąb a także wiąz, klon lub jesion, jako znaczniejsze drzewo, był nieodzowną częścią świętego gaju. Gaj był siedliskiem bogów i bóstw. Znajdował się w głębi lasów okalających wieś. Gdy zakładano nową osadę i wyłaniała się potrzeba obrania uroczyska na święty gaj, szaman dosiadał wtedy młodego pozbawionego uzdy konia i pozwalał się nieść w las nie kierując wierzchowcem. Tam gdzie się koń zatrzymał, powstawał święty gaj. Odbywały się tam modły oraz ceremonie religijne i ofiarne. Nie wolno było bez potrzeby wchodzić do świętego gaju, nie wolno było w nim zbędnie rozmawiać ani krzyczeć. Nie wolo było tam polować, zrywać liści, zbierać ziół i jagód oraz chrustu. Wykroczenie przeciwko tym tabu, miało ściągać zemstę bogów i powodować choroby, utratę wzroku a nawet śmierć.
Były gaje większe dla kilku wsi, mniejsze dla tylko jednej wsi, jednego rodu a nawet rodziny. Naczelnemu drzewu, a inaczej zamieszkującemu je bóstwu, przypisywano właściwości lecznicze. Zawieszano na nim podłużne szmatki, kawałki odzieży, zapaski, chustki oraz koszule. Zniszczenie zawieszonej części ubioru, w miarę upływu czasu, miało pociągnąć za sobą zniszczenie choroby. Powszechnie wierzono w apotropeiczną (ochronną) moc dębu.
Wiarę w mityczny związek dębu z gromowładnymi bóstwami daje się wytłumaczyć tym, że w dęby biją częściej pioruny niż w inne drzewa. Naukowcy twierdzą, że pioruny uderzają częściej w drzewa, które latem zawierają więcej skrobi (dąb, jawor, wiąz) niż np. lipa, która zawiera mniej skrobi a więcej tłuszczów.
Święte drzewo, które przeżyło swój wiek i padało na ziemię, musiało bezużytecznie rozsypać się w proch. Miejsce takie uważano także za święte i przypisywano mu własności lecznicze. Często wznoszono na nim później kościoły, cerkwie i klasztory. Ciekawym jest los świętych gajów po narzuceniu ludności chrześcijaństwa. Gaj pozostawał nadal miejscem zabronionym z obawy przed wystąpieniem nieszczęść. Hierarchia kościelna budowała często w jego obrębie kościół anektując jego świętość i nietykalność.
Interesującymi są inne wierzenia związane z drzewami na niektórych terenach Słowiańszczyzny. Wierzono, że tam gdzie zostanie pochowany człowiek wyrośnie wierzba, jawor lub jarzębina. Gdy zetnie się takie drzewo, wypłynie z niego krew i dobędzie się ludzki głos. Na środkowym Polesiu istniał całkowity zakaz rąbania jarzębiny umotywowany ich ludzkim pochodzeniem. Zrębując jakieś inne drzewo, należało złożyć ofiarę, aby uniknąć zemsty demona, który ewentualnie mógłby na nim lub w nim zamieszkiwać. Użycie lipy na opał było grzechem
W niektórych rejonach praktykowano metodę leczenia chorych, przeważnie dzieci, polegającą na przeciąganiu ich przez szczeliny umyślnie rozszczepione w żywym i zdrowym drzewie, najczęściej dębie. Rozszczepione drzewo było później związywane linami i w załeżności od stanu jego regeneracji wyrokowano o dalszym przebiegu rekonwalescencji chorego. Podczas tej ceremonii chory miał przejąć cechy zdrowego drzewa, jego krzepkość i odporność a drzewo miało „zdjąć” z niego chorobę.

Udało mi się znaleźć informacje dotyczące wierzeń związanych z dębem u Litwinów. Podobnie musiało to równierz wyglądać u Słowian zamieszkujących tereny obecnej Polski.

modelswiatakosmolitewskaModel świata w kosmologii plemion litewskich.

W centrum świata jest drzewo (dąb?) podtrzymujące niebo oraz sięgające korzeniami do świata podziemnego.
Ziemię i jej sklepienie oblewają wody praoceanu.

modelswiatakosmolitewska2Święty dąb i jego otoczenie oraz rysunek przekroju świętej strefy wokół dębu.

Strefa ta podzielona była na trzy pola symbolizujące trzy strefy kosmosu:

– świat podziemny, władany przez boga śmierci Patollusa*, oznaczony czaszkami bydlęcymi lub ludzkimi,
– świat ziemski, władany przez boga płodności i życia Potrimpusa*, symbolizowany przez węża oraz
– świat nadziemny, władany przez boga strzegącego kosmicznego ładu Perkunasa*, symbolizowany przez ogień.

Patollus – (Patals, Patulas), bóg śmierci i zniszczenia, hipostaza boga magii. Symbolem jego była czaszka ludzka lub bydłęca. Ukazywał się nocą w postaci starca z długimi siwymi włosami.

Potrimpus – (Patrimpus), bóg płodności i wody oraz mądrości i zwycięstwa, władca życia. Symbolem jego był zaskroniec. Ukazywał sie w postaci węża lub młodego mężczyzny z wiankiem na głowie.

Perkunas – (Perkons, Perkun, Perun, słowiański Piorun), bóg nieba i sprawiedliwości, władca pór roku oraz piorunów. Najważniejszy bóg plemion litewskich. Jego świętym drzewem gdzie zamieszkiwał oraz symbolem było drzewo dąb. Jego nazwa wzięła sie od pierwotnej litewskiej nazwy dębu: „perky” oraz „perkus”. Z czsem zanikła nazwa kultowa boga stając sie określeniem zjawiska przyrodniczego – piorunów a drzewo zaczęto określać innym słowem („ążuolas”).
Później wierzono, że w dębie zamieszkiwał bożek dębowiec, który władał piorunami i często godził nimi właśnie w dęby.

***

Opracowano na podstawie:
– Bańkowski A. „Etymologiczny słownik języka polskiego”, Warszawa, 2000,
– Brückner A. „Słownik etymologiczny języka polskiego”, Warszawa, 1927,
– Moszyński K. „Kultura ludowa Słowian”,tom II – „Kultura duchowa”, Kraków, 1934,
– Rymut K. „Nazwiska Polaków”, Kraków, 1999,
– Tomczak L. „Słownik odapelatywnych nazwisk Polaków”, Wrocław, 2003,
– „Słownik nazw osobowych”, Tomy 1-6, Warszawa. 1965 – 1983,
– dane PESEL z końca 1990 roku.

Tybet Ewy W.

ewakol-A copyewawkol (3) ewawkol (2)ewawkol (4)ewawkolSiedzieliśmy w kilka osób we włoskiej restauracji, typowe zajęcie berlińczyków i ich gości ze świata. Idzie się “do Włocha” na kolację i plecie trzy po trzy, trochę o polityce (nie, no coś ty, żadnej wojny nie będzie), trochę o sztuce (widziałaś nowego Ai Weiwei, super!), trochę o pogodzie (zimno). To raczej MY, ludzie stąd, niż ONI, ludzie z Polski, mamy o czym opowiadać, choć i u nich zimna wiosna.

To gdzie Ty, byłaś? – pytam uprzejmie.
– W Tybecie. Jako nauczycielka angielskiego, w Domu Dziecka w małej wiosce w górach, kilkaset kilometrów od Lhasy. Zimą.

Szczęka opada mi z trzaskiem. Diabli wzięli aroganckie poczucie, że nic nas już w życiu nie zaskoczy, które jest tak typowe dla berlińczyka, jak przekonanie kota, że ludzie są po to, żeby mu dostarczać jedzenie. Wszystko widzieliśmy, o wszystkim słyszeliśmy, wszyscy prędzej czy później tu dotrą, z każdym się kiedyś spotkamy i o wszystkim wszystko wiemy lepiej. Jeśli ktoś coś opowiada, zawsze możemy opowiedzieć coś lepszego. Bo w Berlinie słucha się nie dlatego, żeby słuchać, tylko po to, żeby odpowiedzieć.

Siedzi przede mną nieduża młoda uśmiechnięta dziewczyna. Chyba nie wie, gdzie mówi te trzy zdania na krzyż. Tybet. Nauczycielka. Wioska. Zimą.

Pytam, pytam, pytam. Ewa spolegliwie odpowiada, a ja coraz bardziej jestem przekonana, że moje życie jest nudne, nieciekawe, monotonne, że nie mam za grosz odwagi i ani krzty inicjatywy. Ludzie robią w życiu wspaniałe rzeczy. Lila Karbowska, artystka polska z Berlina, wymyśliła projekt artystyczny, zrealizowała go i pojechała na Syberię. Dwa Krzysztofy, moi znajomi z Trójmiasta, starsi panowie dwaj, przeszli zimą po lodzie w poprzek przez Zatokę Botnicką. Pewna dziewczyna po studiach ekologicznych (ciekawe, co to?) przemieszkała rok w Indonezji, wędrując z jednej nawiedzonej plagą wyspy na drugą, sprawdzając (bez grantu i zlecenia!), jak najlepiej, najszybciej i najtrwalej można budować domy w miejscach dotkniętych klęską lub katastrofą. Ewa dwa razy, w roku 2005 i 2006, pojechała jako nauczycielka do Tybetu…

Gdy przed kilkoma dniami zapytałam Ewę, czy mogłabym o tym napisać na blogu, i czy może mi przypomnieć, jak się tam dostała? napisała: wysłała mnie Rokpa, oddział szkocki wtedy, bo polskiego jeszcze właściwie nie było i dopiero zaczynał się rozkręcać, a teraz już polski oddział też jest i nawet jest połączony z festiwalem Brave, z którego cały dochód idzie na Rokpę właśnie.

tybetcz-bdwa1 tybetcz-bdwaROKPA

Helping where Help is needed!
Pomagać tam gdzie pomoc jest potrzebna.

http://www.rokpa.org/sui/en/home/

ROKPA w Polsce

ROKPA Poland | ul. Purkyniego 1 | 50-155 Wroclaw | Poland
Phone +48 71 342 71 10 | Fax +48 71 342 71 10 | Mail: rokpapolska@gmail.com

Projekty w Polsce:
– zimowa darmowa jadłodajnia dla bezdomnych i potrzebujących
– “Dziadkowie-Wnukowie” – spotkania młodzieży z seniorami
– wszystkie przychody ze sprzedaży biletów na wydarzenia Brave Festival. Przeciw wypędzeniom z kultury jest przeznaczona na projekty edukacyjne ROKPY w Tybecie.

Brave festival odbędzie się 4 – 12 lipca 2015 we Wrocławiu

A tu jeszcze jeden link – przewodnik napisany przez tych, którym możemy ufać, bo polecany przez Marka Styczyńskiego, etnobotanika i muzyka, któremu w takich sprawach ja ufam bezgranicznie. Jak zwiedzać Tybet? Może się przyda.