Pastor, pastorowa, syn

Ewa Maria Slaska (tekst), Dorota Cygan (pomysł – kiedyś pojawi się też tekst, ach!)

Poszłyśmy z Dorotą na wystawę. Nie możemy Wam jej polecić w ramach porad kulturalnych, bo obejrzałyśmy ją na dwa dni przed zamknięciem. Czy warto dodawać, że również danego dnia dotarłyśmy do muzeum na dwie godziny przed zamknięciem? No! Ale obejrzałyśmy i byłyśmy pod wrażeniem. Wystawa nazywała się „Leben nach Luther. Eine Kulturgeschichte des evangelischen Pfarrhauses” i zorganizowało ją berlińskie Muzeum Historyczne, to złożone z dwóch budynków – od frontu barokowy Arsenał (Zeughaus), z tyłu – budynek Ieoh Ming Pei.

taipei-ZeughausTematem wystawy jest dom pastora. Dom pastora, a w nim żona, pastorowa, kojarzy mi się od dzieciństwa nadzwyczaj dobrze, a to dzięki lekturze trzech pierwszych tomów Ani z Zielonego Wzgórza. I to jest porada kulturalna zawarta w tym wpisie. Przypomnijmy sobie tę lekturę. Ileż tam jest achów i ochów na temat pastorów, a jeszcze więcej na temat pastorowych. Ania piecze ciasto i dolewa waleriany zamiast wanilii, Ania przyznaje się do tego, że w sosie utopiła się mysz, Ania wreszcie jest zachwycona nową pastorową, bo ta ma sukienkę z… bufami. Marzenie małej dziewczynki.

Pastor jest tam gdzieś, ale prawdziwą osobą jest w powieściach Lucy Maud Montgomery pastorowa. Kobieta – model do naśladowania, piękna, cierpliwa, wyrozumiała, kochająca. To ona ustanawia słodycz praw rządzących w domu pastora.

Dopiero, gdy już wyrosłam z panieńskich lektur, zobaczyłam, że istnieje odwrotna strona prześwietlonego słońcem domu pastora, gdzie pastorowa na werandzie podaje podwieczorek ślicznym dziewczynkom w muślinowych sukienkach. Istnieje bowiem również Dom Pastora, ciężki, ciemny, ponury, w którym Prawo jest bezwzględne, a nie ma Boga Ojca, bo zamiast niego jest Pastor Ojciec. Ten dom znamy chyba najlepiej z filmu Fanny i Aleksander Ingmara Bergmanna (1918-2007). Bergmann był synem luterańskiego pastora z Uppsali. W Fanny i Aleksander dzieci znoszą okrutne cierpienia w domu ojczyma – biskupa.

johann-peter-hasenclever-um-1847Dzieci pastora wychodzą do kościoła albo wcześnie musi zacząć ćwiczyć ten, kto chce służyć przykładem – obraz Johanna Petera Hasenclevera © Sammlung Vollmer, Wuppertal

W kulturze niemieckiej istnieje pojęcie syna lub dzieci pastorów. Ten obraz, namalowany w roku 1847 przez Johanna Petera Hasenclevera „Die Pfarrerskinder“  znalazł się na plakatach wystawy, na katalogu i na książce z tekstami literackimi. Tu jeszcze jest zabawnie, małe dzieci, małe miasteczko u stóp, mały kościółek, napuszony jak paw syn-pastor, pobożna i skromniutka siostra-pastorowa. Ale bycie dzieckiem pastora to powinność i zadanie. Bo i dom pastora był nie tylko domem rodzinnym, ale i obowiązkiem. Miał świecić przykładem, łącząc powinność wobec Boga z powinnością wobec władzy i obowiązkiem pracy w służbie społeczeństwa. Posłuszeństwo było najwyższą cnotą, a jego egzekwowanie usprawiedliwiało niewyobrażalną już dziś surowość. Dzieci pastorów miały być same pastorami, bądź prawnikami i nauczycielami. Już w roku 1697 pastor Johann Samuel Adami opublikował książkę Das exemplarische Priesterkind – Przykładowe dziecko pastora, o tym, jakie powinny być dzieci ewangelickich księży.

Podobnie jak ojciec i jego żona, również dzieci musiały być wzorcowe. Po to, by to uzyskać ojciec pastor nakazywał,  by je bito, głodzono, zamykano w ciemnych komórkach. Nie były szczęśliwe, buntowały się, cierpiały, ale… Rachunek społeczny się najwyraźniej opłacił. Ktoś zbadał już, że ilość sławnych i zasłużonych osobistości kultury niemieckiej, wywodzących się z domów pastorów przekracza w znacznym stopniu średnią statystyczną. Ponad połowa sławnych osobistości w kulturze niemieckiej od XVI do końca XIX wieku pochodziła z domów pastorskich! 26% niemieckich poetów! Encyklopedie wymieniają tu między innymi Friedricha Nietzschego, Gottfrieda Benna, Hermanna Hessego (ten jako młody chłopak uciekł z domu przed okrucieństwem ojca), Carla Gustava Junga, Alberta Schweitzera. Na wystawie przypomniano też Horsta Wessela, człowieka, który w czasie nazizmu odegrał taką samą symboliczną rolę, jak powiedzmy Hanka Sawicka w życiu wczesnego PRL. W póżniejszych latach nikt już nie wiedział, kim była ta dziewczyna, podobnie jak nikt nie myślał o tym, jakie są zasługi czy losy Horsta Wessela i że to on jest autorem słów partyjnego hymnu. Była po prostu pieśń Horsta Wessela (Horst-Wessel-Lied) i żarciki głosiły, że nazistą może zostać tylko ten, kto jest w stanie utrzymać ramię w hitlerowskim pozdrowieniu przez co najmniej trzy minuty i 20 sekund, a więc tak długo, jak długo śpiewa się tę pieśń. Die Fahne hoch! Die Reihen fest geschlossen! / Sztandar w górze, szeregi zwarte! Pieśń cieszyła się ogromną popularnością, a po śmierci autora, zastrzelonego w roku 1930 przez komunistę Albrechta Höhlera, stała się świętością ruchu. Dziś jest oficjalnie zakazana, ale w Wikipedii można jej odsłuchać:

http://de.wikipedia.org/wiki/Horst-Wessel-Lied

Bergmann i Hesse, idole mojej młodości, urodzili się w pastorskich domach i potrafili okrucieństwo wychowania przesublimować w wielkie dzieła humanizmu. I tak widziałam rolę domu pastora w kulturze niemieckiej czy szerzej – protestanckiej. Tymczasem Horst Wessel, tak jak oni, syn pastora, pokazuje mi, zbieraczce ciekawostek i anegdot, że dziedzictwem pastorskiego wychowania może też być zapiekły nacjonalizm i konserwatyzm. I że to być może tacy właśnie synowie pastorów stworzyli podwaliny tego, co zdarzyło się w Europie i sto lat temu i przed 75 laty.

Mówię Wam, to ciężka praca, sprawdzać, jaki sens ma to, w co chcielibyśmy wierzyć.

Zabawy i święta w Bystrzanowicach. Książki

Zofia Slaska

wywiad przeprowadzony w roku 2009 przez wnuka Jacka Slaskiego, ciąg dalszy wspomnień, których pierwszą część opublikowałam TU tydzień temu.

bystrz-zosiaJakie mieliście rozrywki?

Ja przed wojną byłam na dwóch wielkich imprezach rodzinnych. Jedna to był ślub mojej kuzynki, siostrzenicy mojego ojca, Teresy Wielowiejskiej, która wyszła za mąż za pana Jelskiego. Byłyśmy druhnami, trzy małe dziewczynki – dwie córki jej starszej siostry Jaskółowskie i ja. Niosłyśmy jej welon czy tren. Miałyśmy różowe sukienki i ślicznie wyglądałyśmy. A drużbami było dwóch chłopców Wielowiejskich w kontuszach. Świetnie pamiętam, że był taki osobny stół dla dzieci. To był czerwiec 1938 roku, a pierwszy syn Jelskich, Andrzej rodził się w 1939 roku pod bombami. To było w Lubczy, to był wielki dwór rodziców panny młodej. W tym samym roku żeniło się też dwóch braci Teresy, ale to były śluby w Warszawie – tam nie byłam, moi rodzice jeździli.
A druga impreza to było 25-lecie moich wujostwa Adamostwa Grabkowskich, stryjecznego brata mojego ojca. To też była wielka impreza, srebrne wesele w Michałowie, to był chyba 1937 rok. Mój stryj Adam był plenipotentem Zamojskich w Klemensowie, w pałacu pod Zamościem. A stryjostwo mieszkali w wielkim dworze w Michałowie i tam właśnie wyprawiali swoje srebrne gody. Zamojscy też byli. Ja tam byłam najmłodsza i w dwa dni po przyjęciu zostałam do nich zaproszona, bo ich najmłodsza córka była niewiele starsza ode mnie. Pamiętam, że przyjechała po mnie powozikiem i pojechałyśmy do pałacu. Ja miałam 10 lat, a ona mogła mieć 12 lat. Miła dla mnie była, bardzo gościnna. Pamiętam, że pierwszy raz w życiu zobaczyłam żywe drzewka cytrynowe. To było lato i te drzewka stały w takich wielkich donicach. Zamojscy to była arystokracja, mieli wielkie posiadłości i to był bardzo uprzemysłowiony majątek, były cukrownie i gorzelnie, bo to było Lubelskie. Tam się tańczyło, ale ja po prawdzie to niewiele mogłam skorzystać z lekcji tańca, których udzielał mi ojciec, bo zanim bal się na dobre rozpoczął, mama wysłała mnie do łóżka.

W czasie wojny bywały podwieczorki tańcujące u państwa Grabowskich. Pan Grabowski to był nadleśniczym w Złotym Potoku. Państwo Grabowscy mieli trzy córki, dwie starsze ode mnie i Alinę – młodszą. A ja byłam przyzwyczajona do tego, że jestem najmłodsza w prawie każdym towarzystwie, bo byłam najmłodsza w całej rodzinie. Obracałam się wśród starszych i byłam „mała stara”.

Najwyraźniej pamiętam z Michałowa dwie rzeczy. Myśmy zajmowali pokój na piętrze, wchodziło się na piętro, wokół holu były pokoje gościnne, a po środku było WC. Tak im było pewnie najwygodniej poprowadzić kanalizację. A druga rzecz, że mnie ogromna krzywda spotkała. To był wielki bal, zaczynał się po kolacji i mnie mama o północy zapakowała do łóżka, a lody były o pierwszej. Nie pamiętam, czy grała orkiestra, ale te lody to pamiętam.

Często jedliście lody?

Oczywiście u nas w domu też bywały lody, robiło się lody, to była cała ceremonia. Lodówka była skrzynią, a w środku była mniejsza skrzynia. Wokół sypało się pokruszony lód. Lód przywoziło się zimą ze stawów, musiał być tęgi mróz. Lód składało się w lodowni – to był dół w ziemi, taka wykopana piwnica, wyłożona słomą. Tam się ten lód sypało, przekładało też słomą, przykrywało i grubo obsypywało ziemią. I to do lata trzymało. Latem wybierało się ten lód dołem. Tam się też latem przechowywało bańki z mlekiem z wieczornego udoju. Rano, po porannym udoju, gdy mleczarek wywoził mleko na stację, to zabierał też bańki z wieczornego udoju. I to mleko dojeżdżało do mleczarni świeże.

Słuchało się muzyki?

Był gramofon w dziecinnym pokoju. Taki na korbkę. I słuchało się płyt. Kiepury, ale były też melodie taneczne, bo uczyli nas tańca, walca, tango, lambeth walk. To mój ojciec tak zadecydował i on nas uczył tańca. Gramofon zaginął już na początku wojny, jak wyjechaliśmy na ucieczkę. Kiedy wyjechaliśmy, to w powozie był gramofon i jak nocowaliśmy w Kurozwękach, to wszystko wyjęliśmy z powozu i zanieśliśmy do przedpokoju, a rano zapomnieliśmy go wziąć. Rodzice nie bardzo się tym przejęli, ale my, dzieci, bardzo nad tym ubolewaliśmy.

A chodziło się do kina?

Byłam przed wojną w kinie. W Krakowie. Jechało się na egzamin po skończeniu piątej, a później szóstej klasy i u Urszulanek przez jeden czy dwa dni zdawało się egzaminy. To był 1937, 38 rok. W kinie byłam na filmie pt. „Ben Hur”, klasyk. To był film czarno-biały, ale z dźwiękiem. I na pewno widziałam jeszcze jakiś film z Shirley Temple. Może w Częstochowie? Byłam z mamą i z nauczycielką. I byłam w Krakowie w teatrze, na „Balladynie”. Bo to było tak, że najpierw jechaliśmy do Krakowa, a potem my jechaliśmy dalej, np. do Nadowa do Bocheńskich, a nauczycielka jechała na wakacje do swojej rodziny.

Jak obchodziło się święta?

Na święta w Bystrzanowicach bywali goście, bliźniacy Morawscy, ci z Warszawy, i przyjeżdżała siostra mojego ojca. Bardzo pobożnie spędzaliśmy święta. Była duża choinka i w drugie święto była duża impreza dla dzieci z czworaków, u nas w pralni, we dworze. Ja byłam w stroju aniołka, a któryś z moich kuzynów był przebrany za św. Mikołaja i rozdawał prezenty. Na wigilię jadło się karpia, zupę grzybową i kluski z makiem. Nie pamiętam, czy było 12 potraw, ale na pewno były same niedobre rzeczy. Karp miał ości, zupa grzybowa niedobra, kluski z makiem bardzo niedobre. Kompot z suszeniny też niedobry. Lodów nie było. Ale prezenty były. Tylko prezenty to były bardzo skromne. Jakąś książkę się dostawało. Na imieniny też prezenty były bardzo skromne. Większy prezent dostawałam od mojej matki chrzestnej, siostry mojego ojca. Ładną sukienkę jakąś. Nie było wspólnego muzykowania ani instrumentów, ale ojciec miał dobry głos i ładnie śpiewał. Ciocia Mimi też ładnie śpiewała, więc jak było śpiewanie kolęd, to bardzo ładnie wychodziło. Kolędy również były na płytach.

bystrz-zimaA Wielkanoc?

Na Wielkanoc też było bardzo pobożnie i więcej było z tym zachodu, bo większe były przygotowania. Najgorsze było to, że się w Wielki Piątek piekło mazurki. I to było tak, że na stół w jadalni przynoszono wszystkie produkty potrzebne do mazurków. Mamusia miała przepisy. I my dzieci wszystko przygotowywałyśmy do kolejnych mazurków, według przepisów. Ale to był Wielki Piątek i nie wolno było łasować. Pamiętam, że się wszystko do kolejnego mazurka układało na talerzach, ale nie mąkę i cukier, tylko migdały, rodzynki. Jajek się nie malowało w obrazki, tylko były gotowane w cebuli i w czymś, co dawało zielony kolor. Jedzenie na Wielkanoc było smaczne. I Wielkanoc była wspaniała. W sobotę przyjeżdżał ksiądz święcić, ale nie jakiś tam koszyczek, tylko dwa zastawione stoły w jadalni. Na tych stołach było wszystko – baby, mazurki, wieńce kiełbas, a raz był nawet cały pieczony prosiak. Przed domem stała służba folwarczna ze swoimi koszykami i im ksiądz to też święcił. I na Wielkanoc było inaczej niż w normalne dni, bo w normalne dni nie wolno było nic podjadać, były ustalone godziny posiłków – tylko wtedy się jadło, a po obiedzie się dostawało dwa cukierki, chyba że czasem czekoladkę. A w Wielkanoc nie było obiekcji, można było między posiłkami ukroić sobie coś i zjeść.
Na imieniny mojego ojca fornale przychodzili, z bata strzelali i później ojciec z wódką wychodził. Ale imieniny to nie były wielkie uroczystości.
W lecie zawsze było mnóstwo gości. Czasem i na Wielkanoc było dużo gości. Pamiętam taką Wielkanoc, ostatnią przed wojną. Była śliczna pogoda i byli Morawscy, Stanisław August ze swoimi braćmi. I graliśmy w krykieta przed domem. Zachowały się takie fotografie. Ja byłam w mundurku szkolnym. Bo od święta i niedzieli wyjściowym strojem był mundurek – granatowa spódniczka i bluza z marynarskim kołnierzem. To było moje odświętne ubranie.
Dożynki były wspaniałe, bo na dożynki fornale przychodzili przed dom, a dziewczyny przynosiły wieńce, i śpiewali „A ta pani nasza…“ Dziewczyny miały zapaski, takie pelerynki w paski. Ja też miałam taką zapaskę i chodziłam w niej później, jak byłam w ciąży. Służba podchodziła pod dwór, a myśmy stali na ganku, odbieraliśmy wieńce, a potem roznosiliśmy poczęstunek. Ja już też chodziłam i częstowałam, chlebem, ogórkami kiszonymi, kiełbasą. Ojciec chodził z wódką. A potem była zabawa wiejska, ale nie przed domem, tylko jakoś dalej. Grało się na harmonii i były tańce. Ale tam już myśmy nie chodzili.

bystrz-balJednak główną rozrywką było czytanie. Bardzo wcześnie zaczęłam czytać sama, ale mimo to długo jeszcze nam czytano, na przykład całą „Trylogię”. Do wojny pożyczało się książki dla młodzieży z biblioteki Macierzy Szkolnej w Janowie. Na przykład siedem tomów powieści Jadwigi Łuszczewskiej (Deotymy) z epoki Bolesława Wstydliwego pt. „Branki w jasyrze”, o tym jak na Podolu Tatarzy porwali dziedziczkę i jej siostrę i wywieźli. Całe jakieś niesamowite historie, jak te kobiety zostały zarażone trądem, zostały wyrzucone przez Tatarów, wędrowały z dzwoneczkiem, żeby ludzie je omijali, i jak dotarły do Polski.
W czasie wojny przywoziło się z Wierbki (majatek krewnych – rodziny Moesów) mnóstwo powieści, a ja też w czasie wojny zaczęłam czytać książki dla dorosłych z biblioteczki moich rodziców. A mieli oni – jak na dwór – całkiem sporą bibliotekę. Czytałam „Noce i dnie”, „Chłopów”, ale też „Lato leśnych ludzi”. Pożyczało się też książki z pałacu. Stamtąd była powieść Gastona Leroux, którą czytałam po francusku „Le Fantôme de l’Opéra” („Upiór w operze”). A przed wojną dorośli mieli taką „latającą bibliotekę”, to była organizacja, którą zresztą zajmowała się ciotka mojego ojca. Dwór należał do grupy bibliotecznej i wpłacało się raz na rok jakąś określoną kwotę na zakup książek. W grupie było 12 dworów, które przekazywały sobie kolejno co miesiąc 5 książek – w obrocie było więc na rok 60 książek. I to jakoś tak było, że to, co dany dwór miał w grudniu, to już zostawało na własność.
Rodzice abonowali też czasopisma, też francuskie, „Illustration“. Na pewno jakaś gazeta i był „Bluszcz”, takie damskie pismo, były tam jakieś powieści były w odcinkach, artykuły, przepisy, ja mam do dziś dnia przepisy z „Bluszczu” na mazurki. Dostawałam książki na gwiazdkę i na imieniny. Strasznie kochałam książkę Joanny Szczepańskiej „Córka kapitana okrętu” i powieści Marii Buyno-Arctowej, np. „Nasza maleńka”, jakaś jej powieść działa się w lesie, jakaś na Helu. I czytałam „Płomyczek”, takie czasopismo dla dzieci, i „Młody las”. Czytałam ten „Płomyczek” lata całe, aż później się okazało, że tam jakieś infiltracje bolszewickie są i przestano kupować.
Rodzice mieli bardzo określone poglądy polityczne – w Bystrzanowicach lubiło się Piłsudskiego. Miałam lalki i jedna miała na imię Jagódka, a druga Wandzia. Sama im nadałam takie imiona, bo wciąż o nich słyszałam. Nie traktowałam tego jak poglądów politycznych, tylko jako sprawy ważne. W końcu jak Piłsudski umarł w 1935 roku to ja miałam 6 lat. Ale pamiętam z dzieciństwa, że Rosjan się nie lubiło. Chyba Austriaków bardziej się lubiło niż Rosjan i niż Prusy, oni tak nie prześladowali Polaków.
A wracając jeszcze do książek. W Złotym Potoku w administracji pracowali i mieszkali państwo Milewscy, którzy mieli trzy córki. Najstarsza była Jagoda, a druga była Hania – to jest dzisiaj pani Anna Milewska, która napisała książkę „Życie z Zawadą” – to ja ją pamiętam jako taką pięcioletnią dziewczynkę. Kiedy dziewczynki dostały wietrznej ospy czy odry, państwo Milewscy pożyczyli ode mnie dwa roczniki „Płomyczka” dla dziewczynek, bo one długo leżały i musiały coś czytać. Ale ponieważ to była choroba zakaźna, to te gazety później chyba spalono, a ja dostałam za to bardzo dużo różnych książek. I miałam też takie francuskie książki dla dzieci, które się abonowało – „Bibliotheque rose” i „Bibliotheque bleu”.

Ciąg dalszy za tydzień

Dziewczynka i kobieta

Katarzyna Kulikowska

Wiersze z tomiku „Świat zawieszony na drzewie” – wydawnictwo ORGANON, Zielona Góra 2005

zawieszonyMój świat zawieszony na drzewie
Spada na ziemię
Pęka na pół niczym zielony kasztan
Tam jestem ja
Wypadam z wnętrza kolczastego
Świata
Teraz każdy może mnie wcisnąć
W ziemię

Impresja

Patrzę na żółte liście dębu
Widzę tam jezioro przeszłości
Spadają żołędzie i moje uśmiechy
Których wciąż nie mogę pozbierać

Femme fatale

Naznaczę cię tatuażem pocałunku
Skuję kajdanami pokus
Będziesz moim więźniem
Zagryzę słowa jak wargi do krwi
Wytrysną czerwoną plamą na kartce papieru

Erotyk

W twoich ustach pełnia
W twoich oczach oczekiwanie
Chcę być twoim snem
w który wchodzisz napiętą ciszą
Moje ciało jest muzyką
Pod skórą śpią nuty
Zbudź je
Dotknij pożądaniem
Niech zabrzmi pasja

Pocałunki- bezbarwne motyle odlatują
Dotyk – delikatna siatka babiego lata
już mnie nie oplata
Oddech – zefir już mnie nie oplata
Zanurzam się w ciszę jak w wodę
Płynę
Szukam lądu utkanego z babiego lata
Malowanego skrzydłem motyla
Gdzie zefir jak jedwabna apaszka opada
płynąc w powietrzu
Nigdzie nie znajduję lądu
Wokół tylko woda
Zaczynam tonąć
Zapadam się w trójkącie bermudzkim samotności

Atakujesz mnie armią słów
Ustami pełnymi grzechu podpalasz mój spokój
Rzucasz we mnie granatami dłoni
Uzbrojona w sople obojętności wyruszam na wojnę
Walczę z twoimi słowami, ustami i dłońmi
Mój spokój płonie
Granaty dłoni eksplodują na moim ciele

Znów zmarzłam
Okryta jesiennym liściem
Jeszcze wczoraj tańczyłam z latem
Dziś stoję oszroniona
Czekam aż Twoje słowa zaczną się uśmiechać
Powietrze między nami stopnieje
Pęknie szyba lodu
Chcę być blisko Ciebie
Zbliżam się
Kolejny raz odmrażam sobie palce

On

Ciszą wypełnia
oddech
Rodzą się motyle
pachną niesłyszalnym szeptem
Słowa liściaste
dławią gardło

Znał ją jak tabliczkę
mnożenia
słowa niby cyfry
były kluczem do
banku ego
Łamał szyfry
lakowane różą
Ona
otwierała się jak skrzynia
by przytrzasnąć
grzęzawisko myśli

Chwila

W zawirowaniach dnia
chwila spada do szkatułki pamięci
przepełnia szkatułkę blaskiem
niczym zorza zza światów
gdzie stoję jeszcze nie widząc
granicy powrotu

W podwórku mojej wyobraźni

Wśród dziurawych drzew
Z zielonymi kwiatami
Piszę list przydrożnym kamieniem
I wrzucam go do strumyka
Jak do skrzynki pocztowej
Wdycham dorosłość
I znowu jestem

Mój pokój

Mój pokój
Szklany kubek na stole
W kubku marzenia
Dźwięk rozbitego szkła
Krzyk spłoszonych marzeń
I już nie ma czym ogrzać rąk
Ani zziębniętych myśli.

Moja głowa to kosmos przestrzenny
W nim myśli – planety wirują.
Jak trąba powietrzna,
która niszczy moje ja.

Na tapecie marzeń
rozwieszam barwne
nici muzyki
Wybarwiła je cisza
została tylko
zielona plama
i marsz
żołnierzy zamkniętych
w zegarze

Ona ściele sobie sen
zapinając chmury na guziki jak poduszki
napełnia je płatkami łagodności
unoszą ją przez otwarte oczy
wyobraźni ku niebu.
Usiadła pośród jego błękitu
niczym na perskim dywanie.
Znużona puszystością chwil
zasnęła.

Urodziła się 11 października 1975 r. Mieszka w Droszkowie koło Zielonej Góry.
Wiersze publikowała w czasopismach i gazetach: „Lubuskie Nadodrze”, „Gazeta Lubuska” a także w antologiach: Dojrzewanie wierszy (Zielona Góra 1988), Strofy z szuflady (Choszczno 2000), Wokół haiku (Zielona Góra 2002), Przestrzeń ciemnieje od słów niewypowiedzianych (Zielona Góra 2013) oraz w almanachach: Prezentacje (Zgorzelec 2000 i 2002) i w zeszytach poetyckich: Sztambuch (Zielona Góra 2002), Pięciokrotność (Zielona Góra 2003), Sześciopak (Zielona Góra 2004), Stacja siedem (Zielona Góra 2005), Próba koloru (Zielona Góra 2008).
Jest laureatką konkursów poetyckich.
Wydała tomiki wierszy: „Świat zawieszony na drzewie” (Zielona Góra 2005) oraz „Bomba emocji” (Zielona Góra 2008).

Napisy. Psy

Kolejny wpis  z cyklu napisy. Poprzedni, przypominam, był TU.

Powsinoga

Chicagowskie psy wielojęzyczne

Chicago to, jak wiadomo, niemal wieża Babel. Różne ważne informacje i instrukcje – dla wyborców, pasażerów czy pacjentów – publikowane są często oprócz angielskiego w kilku innych językach – po hiszpańsku, chińsku, polsku, koreańsku…

Bakery PiesAle psy? Od dawna bawił mnie napis PIES nad pobliską bakery, czyli sklepem sprzedającym pieczywo i ciasta. “Pie” to wiadomo – placek z czymś.

Clinica de los piesKtóregoś dnia zobaczyłam wielki szyld nowo otwartego gabinetu ortopedycznego, a na nim… PIES. Ooo – pies latynoski! Pstryk, już go mam. I oczywiście – mówimy po polsku, nawet z kreską nad “o”.

A potem ta tabliczka “ZLY PIES”. To już był komplet. Bo po chińsku ani koreańsku i tak bym nie przeczytała.

Ukoronowaniem zbioru stała się tablica samochodowa z napisem PSY. Więc mam te psy. Wielojęzyczne. Chicagowskie.

PSY 61ZLY PIES!Pozdrowienia i uściski,

Powsinoga

PS. A ja dodam nazwę miasteczka pod Berlinem, do którego jeździmy czasem z przyjaciółkami, kąpać się w gorących termach.

fachwerk-bahnhof-von-bad-saarow-pieskowTrochę słabo widać, pod spodem więc jeszcze porządna tabliczka.

Bad+Saarow-PieskowI jeszcze o psach i piesach i o tym, co nie dla piesków (znalezione na Facebooku) https://scontent-a-fra.xx.fbcdn.net/hphotos-frc3/t1.0-9/1978612_684217151620606_986873640_n.jpg

W oparach zielonej miłości

Wszyscy byliśmy kiedyś tacy naiwni i sentymentalni, ale nie wszyscy chcemy sobie o tym przypominać. Roman Brodowski już kilka tygodni temu zaczął tu opowieść o zielonej miłości. Dziś ciąg dalszy.

… Za oknem, w oddali majaczyły kontury kopalnianych szybów i szaroczarne, podobne do pagórków nagie hałdy, a tuż za betonowym ogrodzeniem internatu znajdował się nieduży, ale bardzo zadbany stadion klubu sportowego „Czarni”, po którym biegała gromadka rozwrzeszczonych dzieciaków, uganiających się za czymś, co przypominało piłkę.

Zmęczony wyczerpującą podróżą, spędziłem resztę dnia na kontemplacji pustego jak mnisia pustelnia pokoju, a wreszcie usnąłem.

Obudziłem się bardzo wczesnym porankiem. Pierwsza przespana na nowym miejscu noc minęła spokojnie. Usiadłem na miękkim, wygodnym łóżku. Obok mnie, na nocnej szafce, przy otwartej książce leżała uśmiechająca się do mnie z fotografii, Maria.
– Witaj kochanie – powiedziałem, przykładając fotkę do ust. – Jaka szkoda, że nie ma Ciebie przy mnie – dodałem, kładąc ją niby sacrum, delikatnie na pustym stole.
Nagle usłyszałem pukanie do drzwi. Spojrzałem na zegarek. Dochodziła piąta.
– Kto tam? – zapytałem zdziwiony tym, że o tak wczesnej jeszcze porze ktoś „buszuje” po internacie.
Do pokoju wszedł wysoki chłopak, o wiernych, nieco psich rysach twarzy.
– Dzień dobry, jestem Mietek – rzekł nieśmiało, melodyjnym, zabarwionym wschodnim akcentem, głosem. – Przyjechałem z Białegostoku, a właściwie z jego okolic by rozpocząć naukę w tej szkole. W sekretariacie powiedziano mi, że mam mieszkać z kolegą w tym pokoju.
– To znaczy, że przyjdzie jeszcze kolega? – zażartowałem – rozbawiony jego przypominającym Kargulowy, dialektem. – A tutaj jak widzisz są tylko dwa miejsca do spania – dodałem.
– Niiie! Źle mnie zrozumiałeś – zaczął tłumaczyć, wierząc w powagę moich słów, wyraźnie zmieszany – rozmówca. Kolega to ty. To z tobą, ma się rozumieć, mam dzielić pokój.
– Jak tak to zapraszam. Nazywam się Roman i przyjechałem z Gdańska, a właściwie z jego okolic i tak jak ty zamierzam zacumować w tym porcie na kilka lat – powiedziałem podając mu na powitanie rękę.
Mietek usiadł na krześle, przy stole i trzymając kurczowo w dłoniach wypchaną po brzegi wielką podróżną torbę, rozglądał się dookoła.
– Czuj się jak u siebie – zaproponowałem. – To łóżko i ta szafka przy nim, są wolne – wskazałem na meble stojące po prawej stronie okna. W szafie na ubrania, cała lewa strona należy do Ciebie. Mam nadzieję, że dojdziemy do porozumienia – dodałem i usiadłem obok niego, po drugiej stronie stołu.
– To twoja dziewczyna? – zapytał Mietek, wskazując na leżące nadal na stole zdjęcie. – Bardzo ładna. Ja też pozostawiłem moją Iwonkę na Fermie – dodał z nieukrywanym żalem, podając wyjętą z portfela, nieco pogniecioną fotografię przyjaciółki. – Ferma to moja mała wioska, z której pochodzę, a ściślej mówiąc sioło, w którym moi rodzice gospodarzą.
– Tak, to jest moja dziewczyna, mój poranny kwiatuszek, moje słoneczko – odpowiedziałem, podobnie jak on nieco przygaszony faktem rozłąki.
Potem długo jeszcze opowiadaliśmy sobie o nas, o naszych rodzinach, przyjaciołach, marzeniach… I im bardziej zwierzaliśmy się sobie, tym bardziej rodziła się między nami cieniutka nić przyjaźni, zaufania i zrozumienia.

Inauguracja roku szkolnego miała się rozpocząć o godzinie ósmej rano. Ciekawi tego, jak wygląda nasze przyszłe miejsce edukacji, wyszliśmy z Mietkiem nieco wcześniej, by spokojnie obejrzeć sobie szkołę.
Przed drzwiami witała nas prawdziwa górnicza orkiestra dęta. Wszyscy członkowie zespołu ubrani byli w czarne galowe mundury. Na głowach mieli czapy z czarnymi piórami, takie same, jakie widziałem czasami w telewizji. Wyglądali imponująco.
Przyjechać w takim mundurze do domu, to by była nie lada atrakcja – pomyślałem. Wyobrażam sobie moich sąsiadów, wybiegających na ulicę, by mnie zobaczyć. Wszystkie dziewczyny z pewnością zazdrościłyby Marysi takiego faceta.
Szkoła była imponująca dla kogoś takiego jak ja, młodego przybysza z małej miejscowości.
W czteropiętrowym budynku znajdowało się mnóstwo sal lekcyjnych z pełnym wyposażeniem w sprzęt dydaktyczny do nauki zawodu górnika.
Po oficjalnym rozpoczęciu roku szkolnego wszyscy uczniowie pierwszych roczników pozostali w auli. Starsi udali się do swoich klas na pierwsze w nowym roku zajęcia.
Do pierwszej klasy zgłosiło sie nas ponad dwieście osób i trzeba było przydzielić wszystkich do poszczególnych grup kierunkowych.
Mnie zakwalifikowano do klasy o profilu mechanicznym, Mietka do klasy elektrycznej.
Dopiero po interwencji przydzielono nas do jednej i tej samej klasy. Zostaliśmy adeptami sztuki, której absolwent nazywać się będzie „mechanik maszyn górniczych”.
Mijały dni, tygodnie, miesiące. Czas płynął nieubłagalnie wolno. Rzucony na głęboką wodę oceanu mojej nowej rzeczywistości pracowałem ciężko nad sobą, by, gdy już znajdę port, w pełni gotowy do samodzielności zbudować dom marzeń, dom, w którym wraz z moją Marią moglibyśmy wspólnie spędzić szczęśliwe i dostatnie życie.

Listy od Marii otrzymywałem regularnie, zawsze w środę lub w czwartek. Były to najpiękniejsze dni podczas mojego pobytu poza domem. Pisała o wszystkim. Informowała o tym, co porabia, co nowego wydarzyło się w naszej rodzinnej miejscowości, o pogodzie, ale przede wszystkim o tym, że czeka na mnie, że o mnie myśli i liczy dni do naszego ponownego spotkania.
Nie byłem jej w tej korespondencji dłużny. Też pisałem o wszystkim, co mi na myśl przyszło, opisywałem szarą prozę życia, ale nie skąpiłem też ważnych pełnych ciepła wyznań. Oczywiście, za każdym razem tworzyłem dla niej nowy, czasami bardzo naiwny, wiersz. Wiedziałem, że to, czego nie potrafiłem powiedzieć słowami, zwłaszcza to wszystko, co dotyczyło sfery uczuć i intymności, przekazane w formie wiersza zostanie zrozumiane. Gdyby nie te listy, nie wiem jak poradziłbym sobie z problemem rozłąki, tęsknoty, brakiem kontaktu z tymi wszystkimi, którzy byli przy mnie w niedalekiej jeszcze przeszłości.

Jesień odeszła w zapomnienie, zima rozłożyła się poszarzałym śniegiem (jaki można zobaczyć tylko na terytorium dymiącego Śląska), a w oddali, na horyzoncie widać już było zbliżający się czas zimowych ferii, świąt Bożego Narodzenia, które miałem wszak spędzić z najbliższymi, no i oczywiście z Marią.

gornikNie wiem jak to się stało, ale zarówno Mietek jak i ja w pierwszym semestrze roku szkolnego otrzymaliśmy średnią ocen cztery i osiem dziesiątych, co dało nam miejsca w pierwszej dziesiątce najlepiej uczących się uczniów w całej szkole.
Nie bez powodu o tym wspominam i nie dlatego, aby się tym faktem chwalić, ale dlatego, że pierwszych dziesięciu uczniów otrzymywało zgodnie z tradycją (oczywiście nie na zawsze) galowy mundur górniczy, który mieli prawo nosić przez najbliższe trzy miesiące, czyli do kolejnego semestru. Oczywiście nie codziennie, ale jednak zawsze, gdy tylko sytuacja tego wymagała.
Dla wyjaśnienia powiem, że galowy mundur górniczy otrzymywali w nagrodę (na zawsze) najlepsi absolwenci zasadniczych szkół zawodowych. Dodatkiem do takiego munduru było czako, czyli czapka górnicza z czarnymi piórami. Natomiast prymusi techników otrzymywali w nagrodę szpadę górniczą i czako z białymi piórami. Innymi słowami noszenie takiego munduru było przywilejem i wyróżnieniem dla najlepszych adeptów sztuki górniczej.

Wizja wyjazdu do domu w takim mundurze sprawiła i mi, i Mietkowi ogromną przyjemność.
Tym bardziej dzisiaj, bo właśnie dzisiaj dostarczono nam do internatu przygotowaną na nasze rozmiary odzież, która na co dzień znajduje się w magazynach kopalni Dymitrow, w której odbywamy praktyki zawodowe.
– Co powiedzą moi sąsiedzi, widząc mnie w tym mundurze? Przecież oni nigdy nie widzieli prawdziwego górnika, co powiedzą rodzice, Maria, znajomi? – zadawałem sobie w myślach pytanie, dotykając wiszącego na wieszaku, okrytego foliowym workiem czarnego jak węgiel stroju ze złotymi kneflami*. Mundur był wyczyszczony i odprasowany, i wyglądał, jakby dopiero co wyszedł spod igły krawca.
Wyobrażałem sobie, jak wielką niespodziankę sprawię im wszystkim, jak wielką będę dla nich atrakcją. Te ich spojrzenia, gdy będę z moją dziewczyną przechodził pod ich oknami, ta zazdrość moich dawnych kolegów, i ten podziw wszystkich, którzy mnie zobaczą. Im bardziej o tym myślałem, tym bardziej byłem z siebie dumny. Bo przecież to ja, prosty, niczym nie wyróżniający się chłopak z małego pomorskiego miasteczka, będę paradował w takim szykownym (jak mawiają Ślązacy) mundurze.

Do wyjazdu pozostały już tylko trzy dni, nic więc dziwnego, że ogarnął nas obu szał
zakupów. A to Mietek chciał kupić rękawiczki na prezent dla Iwonki, a to ja dla mamy pantofle pod choinkę, on przypominał sobie, że jeszcze nie kupił dla ojca krawatu, ja, że nie mam podarunku dla mojego taty. Im bardziej myśleliśmy o naszych bliskich, tym nasze walizki stawały się grubsze i cięższe, a my zmęczeni biegaliśmy po sklepach, w tę i z powrotem, dokupując coraz to coś nowego.
Jak na prawdziwych, połączonych wspólnym pokojem, tą samą klasą i podobnymi zainteresowaniami przyjaciół przystało, wszystkie świąteczne sprawunki robiliśmy razem. Przecież nikt inny jak tylko przyjaciel może doradzić, co dla kogo wypada kupić, w jakim sklepie i za ile. Nawiasem mówiąc, to Mietek pomógł mi przy wyborze broszki, którą kupiłem w podarunku dla Marysi. Broszka w kształcie otwartej róży z górskim kryształem w środku. Mam nadzieję, że tym prezentem sprawię przyjemność mojej ślicznej panience.

cdn.

* Knefle – w śląskiej gwarze, ozdobne guziki.

Do M… – list IV

Jesień do okien już zagląda,
W treści wiersza się kryje,
A ja, wciąż myślę o Tobie
Wciąż tobą, najdroższa, żyję.

Niby na strunach skrzypiec
Wiatr gra piosenkę jesienną.
A ja w nim słyszę Ciebie
Twoją melodię codzienną.

Podnoszę liście kasztanu
W porannej rosie skąpane
A na nich czerwień i brokat
Jak twoje usta kochane.

Każda kropelka deszczu
Płynąca na ziemię z nieba
Mówi o tym, Kwiatuszku,
Jak bardzo mi Ciebie trzeba.

Gdy głowę ku chmurom kieruję
Szukając w nich przyszłości
Widzę w nich twoje odbicie,
Odbicie prawdziwej miłości.

Tak bardzo tęsknota mnie boli,
Tak bardzo cierpi me serce
Ja wiem, Kochanie ty moje…,
Oboje jesteśmy w rozterce.

Bytom 13.11. 1976

Wciąż do ciebie

Pociąg już czeka na peronie,
Para gorąca spod kół bucha.
I ja, siedzący tuż przy oknie
Na dworze tańczy zawierucha.

Przede mną tylko ciemna nocka.
I podróż, długa, nieprzespana
A po niej czas na powitanie
A po niej…, tylko ty, Kochana.

Będziemy znowu miła z sobą.
Będę dotykał twoich włosów.
Będę powtarzał, że cię kocham
Szczerze, normalnie, bez patosu.

Mamy dla siebie dwa tygodnie
Wiem, że to bardzo mało, Myszko.
Tak bardzo pragnę Ci poświęcić
To, co posiadam, czyli wszystko.

Moją młodzieńczą, dziką miłość,
Moje marzenia, moje dłonie,
I serce, które od lat wiele
Tylko dla Ciebie, Mario, płonie.

Pociąg powoli ruszył w drogę
Koła stukają szybciej, głośniej
A tam Ty tam czekasz, moja miła,
I coraz bliżej nam ku wiośnie.

Bytom 19.12.1975

Raport z wizyty w zakładzie dla starców i niewidomych dzieci – 1

Od dziś będę tu w poniedziałki publikowała wiersze Katarzyny Krenz

z cyklu

Raport z wizyty w zakładzie dla starców i niewidomych dzieci

Castelo de Vide, Convento de São Francisco

zdjęcia Jacek Dominiczak

RaportJD (8)1.

W imię Ojca i Syna i Ducha Jego

My, zakon braci bosych i ubogich, przyszliśmy tu
i uczyniliśmy, jak postanowiono:

Oto w sercu urodzajnej krainy, w dolinie
słońca, na wzgórzu oliwnego drzewa
zbudowaliśmy dom, by modlić się
o łaskę nieba na ziemi i snu wiecznego.

I daliśmy chleb, i dach nad głową
dzieciom, co nie widziały, i starcom gasnącym
co żyć już bez nas nie potrafili. Tak było,
jak powiadamy, aż do dnia, gdy w cieniu czasu,
który przeminął, umarła dusza domu, a wszyscy
odeszli do Pana lub do innego domu.

Inwentarz pozostawionych ruchomości obejmuje:
szafy biblioteczne pełne druków wypukłym pismem
z przeznaczeniem dla czułych opuszków palców,
w tym opisanie podróży Vasco da Gamy do Nowego
Świata. Oraz sztućce z aluminium i emaliowane kubki
i stoły z nadpalonymi nogami, dowód po dniach,
gdy nawet miednica rozżarzonych węgli nie dawała
wiotkim ciałom dość ciepła. Wannę i połamany
fotel fryzjerski sztuk jeden, i korytarze długie,
niegdyś szorowane w każdy piątek, a między nimi
stopnie schodów, ruchome w kilku miejscach
i niebezpieczne z braku poręczy. A także spróchniałe
podłogi, które nie zaskrzypiały pod naszymi butami
przypuszczalnie z powodu utraty poczucia bliskości.

W opuszczonej kuchni z kranu kapała woda.
Na pustym patio panowała cisza, tylko pod drzewkiem
pomarańczowym, w szarym piasku kąpały się wróble
oszalałe od woni kwiatów i zgniłych owoców.

W kącie bezpłodnego sadu stary ogrodnik
uśmiechał się do nas łagodnie, ale dość wesoło,
ścinając kosą perz, kąkol i pokrzywy.

RaportJD (2)
Wersja angielska, tłum. Zuzanna Ananiew

1.
Report from a visit at a home for the elderly and for blind children

In the name of the Father, and the Son, and the Holy Spirit

We the brotherhood of the barefoot and poor monks
have come here and acted, as it was decided:

Here in the heart of a fertile land with a view
on the valley of sunshine and the olive tree hill
we have built a house in which to pray for the grace
of the Heavens on Earth and of eternal sleep.

Here we gave bread and shelter to children
who did not see and to waning elders
who could no longer without us live.
It was thus, as we recount, until the day
when in the shadow of time passed
did die the soul of this house, and everyone
did go to the Lord or to another home.

The inventory of chattels left behind includes:
library shelves filled with prints written in raised dots
meant for sensitive fingertips, with an account
of Vasco da Gama’s journey to the New World
among them. Nickel cutlery, and enameled cups,
and tables with charred legs, proof of days
when not even a basin of burning hot coals
could give enfeebled bodies enough warmth.
A bathtub and one broken barber’s chair, and
long corridors, once scrubbed every Friday, and
between them steps of stairs, loose in some places
and dangerous for lack of handrail. And there are
worm-eaten floors which did not squeak under our shoes,
probably from the loss of a sense of proximity.

In the abandoned kitchen water dripped from the tap.
Silence reigned on the empty patio, only under the lean
orange tree, in the grey sand, did bathe sparrows
delirious from the smell of flowers and rotting fruit.

In the corner of the barren orchard the old gardener
smiled at us mildly, yet rather joyfully as he cut
the couch grass, corncockles and nettle with a scythe.

Koty przyjaciółek-artystek i przyjaciół-artystów

Ewa Maria Slaska
O kotach
a wszystko przez
Marynę Over

Wszystkie mamy przyjaciół-artystów i przyjaciółki-artystki, myślę, że w naszym kręgu nie może się zdarzyć inaczej, zdarza się natomiast, że ci artyści i artystki te też lubią to, co i my lubimy, czyli, żeby pozostać przy aktualnych upodobaniach – koty. Kobiety, jak mi się wydaje, czynią to częściej.

Pierwsze koty naszych przyjaciół nadesłała moja siostra Kasia do blogu “Jak udusić kurę…” Były to dwa rysunki Marioli Landowskiej przedstawiające kota Papuę. Użyłam ich do zilustrowania dwóch wpisów: W piętkę gonię (tam jest też piękne zdjęcie mojego kota czyli Schyzi) oraz Na pociechę dla chorych, smutnych i przepracowanych.

Minęły dwa lata i okazało się, że Maryna Over też zna Mariolę Landowską czyli, jak wszyscy dobrze wiemy, świat jest mały. Mariola jest, jak się okazało, na stronie Maryny o kobietach i sztuce No women no cry, a mnie Maryna podrzuciła jeszcze Romans:

MariolaLandowska-romansRomans wakacyjny, wszystko o tym świadczy, rower, łódka, piłka, namiot, palma. List, strzała amora. Kot jako jeden z elementów sytuacji życiowej. Taki bezczelny kocur, co to łazi własnymi drogami i wszedł na drogi kochanków. Ale jak się dokładniej przyjrzeć, to znajdzie się w tym romansie nie tylko kocura w błękitach, ale i maleńkiego kociaka w barwach skorupki jajka. Nowonarodzony kotek. Wszedł jeszcze w skład romansu, ale pewnie już go kończy. Kotki rodzą się w sierpniu. Pod koniec wakacji. Pojawił się sam dla siebie, czy jest zapowiedzią zmian w życiu kobiety? Jeszcze nikłą, niemal niewidoczną…

Więcej o Marioli Landowskiej TU. Tu natomiast Janusz Bersz, artysta, ukochany Dziadek Maryny, bliski przyjaciel mojej Teściowej. Mówię przecież, świat jest mały. Ja też znałam Janusza Bersza, Dziadka Maryny.

janusz-bersz
Kotka doszukałam się z pewnym trudem, Maryna jest chyba zdania, że wcale go tu nie ma (jest jest, też niebieski! wygląda trochę jak żaba), uważa natomiast i chyba nie bez racji, że ten krajobraz z dworkiem i zamkiem to Bystrzanowice, dwór dziadków mojego męża, gdzie Janusz Bersz jako młody chłopak często bywał. Jeśli tak, to ten zamek u góry to Złoty Potok Raczyńskich, pan i pani koło drzewa to mogą być Dziadek Stanisław i Babcia Konstancja, a dziewczyna w niebieskiej sukience to moja Teściowa.

bystrzanowice-berszTa akwarela, namalowana przez Dziadka Maryny, znajduje się w zbiorach mojej Teściowej. I pomyśleć, że poznałyśmy się z Maryną dzięki Facebookowi.

O Bystrzanowicach było już na blogu – wiele miesięcy temu zamieściłam fragment wspomnień mojej Teściowej o aresztowaniu jej Ojca, Stanisława Grabkowskiego i utracie Bystrzanowic w roku 1945, a dwa dni temu, na rzecz tego wpisu, opublikowałam TU rozdział o życiu codziennym w Bystrzanowicach i przez najbliższych kilka tygodni będę publikowała dalsze fragmenty tej rodzinnej książeczki.

basia-kotDo zbioru zatytułowanego roboczo “Koty stworzone przez naszych przyjaciół” koniecznie trzeba dodać drewnianego kota Barbary Ur. O niej też już tu pisałam, dziś – kot! Kiedyś było tych kotów 50, ostał się tylko jeden. Zostały przygotowane na jakąś wystawę w galerii i klienci rozchwytali je jak ciepłe bułki. Kot należy do kolekcji wysokich smukłych rzeźb Barbary jak Sandra i Kosandra, jak Madonna dźwigająca dziecko na plecach, jak portrety, totemy i demony z całego świata. Przypomnijmy je sobie – są TU.

kotpionwolf

Jest jeszcze kot Wolfa Howarda, który wisi u mnie w kuchni. Howard nie jest moim przyjacielem, ale wystawiał kiedyś w Galerii Zero, prowadzonej przez moją synową i mojego syna, i to z nimi się zaprzyjaźnił. Ciekawe, że jak powiesiłam kota w kuchni, jedna z moich przyjaciółek rzuciła na niego okiem i powiedziała, o, Howard! Okazuje się, że to postać dobrze znana, również z konszachtów z kotami. Namalował między innymi kota ze statkiem w tle. To słynny obraz – Mrs Chippy – i słynny statek, dużo o nim wiem z okresu, gdy redagowałam książkę mojego Ojca, Dariusza Boguckiego, o żeglowaniu w lodach. Sam Howard tak napisał o tym obrazie, broniąc niejako swego pozornie naiwnego sposobu malowania:

Wolf_Howard._Mrs_Chippy“People have said do me, ‘What’s the point in painting a cat? My five-year-old daughter could do that.’ Yes, she could, but would it be a cat that had the look in its eyes that conveyed to you that it was about to be shot? That’s the fate that befell Mrs. Chippy during one of the greatest survival adventures ever—Ernest Shackleton’s voyage to the Antarctic in 1914 on the ship Endurance—shown in the background of the painting , stuck in the ice, as the crew drag the small open boat which later accomplished an 850-mile rescue journey through sixty-foot waves.That’s the difference between my cat and a five-year-old’s.”

Moja synowa Ania podarowała mi kiedyś niebieskiego kota. Podobnie jak kot Howarda – niebieski kot z ogonem w kształcie serca mieszka w kuchni.

kotanikrenzA tu dwoje przyjaciół Maryny Over: Jolanta Pilimon

jola-pilimon-kobiety-i-kotyi Krzysztof Figielski

Krzysztof Figielski kotek

oraz przyjaciółka Doroty Cygan – Edyta Purzycka

edyta-purzycka

Książka o Mamie

Ewa Maria Slaska o Irenie Kuran-Boguckiej

wystawaKończę dziś wpisy o Mamie. To nie znaczy, że nie mogłabym jeszcze napisać wielu historii o niej, ale moim zdaniem nie wniosłyby one już nic nowego, ani do tego, czego Czytelnik może dowiedzieć się o niej, ale i do tego, czego przy okazji może dowiedzieć się o mnie. Każdy już wie, że Mama była niezwykłą, nadzwyczaj wrażliwą i utalentowaną artystką i to w dwóch dziedzinach: w grafice i tłumaczeniach poezji, głównie hiszpańskiej. Była nieprzeciętnie inteligentna, miała ogromną erudycję i wybitny talent narratorski. Otaczały ją tłumy przyjaciół i wielbicieli, ale właściwie była nadzwyczaj samotna. Zamknięta w sobie i w swoim pokoju, osłonięta wielokrotnym murem milczenia, rezerwy, muzyki i opowieści, w których było wiele, ale nie ujawniało się nic, w każdym razie nie o niej samej. Zawsze skryta za maską, za milczącą grafiką i pozornie cudzym tekstem. Bo te teksty wcale nie były cudze, to były jej teksty, to ona je wybierała i to ona je dla nas wyrażała w słowach. Uważni Czytelnicy doczytali się zapewne, że nie była najlepszą gospodynią domową, ale wiedzą również, że w ogóle się tym nie przejmowała. Domyślą się też, że teraz, gdy już jesteśmy dorosłe, moja siostra i ja (choć nie wiem, czy mam prawo mówić w imieniu mojej siostry) wspominamy ją jako niezwykłego człowieka, ale gdy byłyśmy małe, nie było nam łatwo.

Nie było łatwo. Ale kto powiedział, że mamy mieć w życiu łatwo? Nie było to  sprawiedliwe, bo życie nie jest sprawiedliwe. Ale na pewno było ciekawie. I na pewno wyposażyło nas na przyszłość w zupełnie już dziś nieistotne przymioty, jak erudycja, uprzejmość i uczciwość, tego jednak, że dziś te cechy już się na nic nie przydadzą, Mama nie mogła przewidzieć, bo chyba nikt nie mógł tego przewidzieć. Nauczyła nas, że trzeba pracować, bo jest to ważne, trzeba więc pracować, jak trzeba, to ponad siły i nie oglądając się na własne korzyści. Nie należy o nic zabiegać, bo nagrodą jest dobrze wykonana praca, a nie masa towarowa.

No i tak właśnie zrealizowałam swoje życie.

Bez sensu, ale, Mama powinna być ze mnie naprawdę zadowolona, bez najmniejszych osobistych korzyści. Wszyscy mnie przegonili w wyścigu, a jeśli biegnąc mogli mi coś zabrać, to zabrali.

Z tego co przez ostatnie miesiące i lata napisałam o Mamie, zamierzam ułożyć książkę. Również i dlatego nie mogę już tu więcej pisać, bo blog może trwać choćby wiecznie, ale książkę kiedyś trzeba skończyć.

Nie wiem, jaka ona naprawdę będzie, ale na razie ustanowiłam kilka obowiązujących w niej praw:

Moją Mamą była Irena Kuran-Bogucka. Każdy, kto chce, może ją sobie znaleźć w Internecie, nie będę tu więc pisała tego, co każdy może znaleźć.

To tylko jedna z reguł, którymi obwarowałam to pisanie. Będę tu pisała o tym, co wynika z poszukiwań w jej papierach i, rzadziej, rzeczach, i, jeszcze rzadziej, obiektach. Rzeczy mam mało, papierów dużo, ale daleko nie wszystkie, pojawi się więc tu tylko to, co mam, a nie to, co wiem. Ta zasada znakomicie mi ułatwi życie, bo wiem dużo i w tym „dużo” mieszczą się też tajemnice, ale nie będę ich ujawniać bez zgody Mamy. Ona sama już nie żyje, ale jeśli jej papiery, rzeczy, obiekty gdzieś objawią jedną z tych tajemnic, to znajdzie się ona i w książce. Na razie nic takiego się nie zdarzyło.

Rozumiem, że czytelnik może być niezadowolony z takiej mojej autorskiej decyzji, lecz cóż, może szukać sam, próbując odsłonić te sekrety. Gdzieś się ujawniają. Dociekliwy część z nich znajdzie nawet w miarę szybko, wszystkich na pewno nie. I myślę nawet, że nigdy. No i ostatni „ob-warunek”: rozdziały tej książki najpierw były, są lub będą wpisami na blogu i/lub na blogach. Różnych, bo…

I tu tekst się zakręca jak wąż Ouroburos. Po “bo” proszę przeczytać pierwszy wpis na tym blogu, zatytułowany, jakżeby inaczej, “Blog”.

Bystrzanowice

Zofia Slaska
wspomnienia spisane zostały w roku 2009 przez wnuka Jacka Slaskiego i wydane w postaci rodzinnej broszurki w nakładzie kilkudziesięciu egzemplarzy. Fragment tych wspomnień, o roku 1945, już tu publikowałam.

W roku 1933 mój ojciec wziął w dzierżawę majątek Bystrzanowice, który należał do majątku Raczyńskich w Złotym Potoku. Bystrzanowice leżały 8 kilometrów jazdy lasem od Złotego Potoku, w powiecie częstochowskim. Ojciec prowadził tam gospodarkę rolną i hodował konie.

Prawdziwy dom…

dwor-bystrzanowiceW Bystrzanowicach był prawdzwy dom, rodzice byli u siebie, mama była panią domu, zarządzała też ogrodem. Ciekawe, że ogrodnikiem w Bystrzanowicach był stary Piotr Mizgała, który był ogrodniczkiem w pałacu, gdy moja mama jako dziewczynka tam mieszkała. Został potem ogrodnikiem w pałacu, ale miał sentyment do mojej mamy i przeszedł do pracy u niej. Ogród był ogromny, miał 8 hektarów, był sad, szparagarnia, duża plantacja truskawek.

stanislaw-konstancjaDwór w Bystrzanowicach wciąż jeszcze stoi, byłam tam kiedyś z dziećmi, a kilka lat temu twój tata, Marek, też tam pojechał ze swoimi dziećmi. Był to duży dom murowany, który miał dziewięcioro drzwi zewnętrznych. Mieszkaliśmy tam my we troje, nauczycielka jedna, druga, a w czasie wojny mieszkała u nas masa osób: wysiedleni z Warszawy, rodzina, Hulewicze i tacy państwo Zwolińscy, których ojciec znał jeszcze z czasów jak pracował na Wołyniu. Był pan Zwoliński, wuj Leon, z synem, co córkę, Danusię, stracił w powstaniu, a ciotkę wywieźli na roboty do Niemiec, ale zostało to jakoś tak załatwione, że już na Boże Narodzenie 1944 roku wróciła.

Przed wojną rodzice prowadzili duże gospodarstwo, w samej kuchni było pięć osób służby, ale we dworze mieszkały tylko dwie. Z tego Mszczonowa, gdzie ojciec przedtem pracował, przyjechała za ojcem do Bystrzanowic jedna rodzina – Jędrzejowscy. On był inwalidą, nie miał nogi, tylko protezę. Jędrzejowski był stróżem nocnym, jego żona zajmowała się świniami i drobiem, zięć był fornalem, jeździł wozem drabiniastym, Jadzia nie pracowała, a młodsza ich córka Stefka przychodziła się bawić ze mną i Rozmarynką. Pamiętam, że urządzałyśmy przedstawienia. I cała ta rodzina przyjechała za moim ojcem, bo mój ojciec był dobrym pracodawcą, uczciwym, dobrze gospodarował, był sumienny, akuratny.

Gospodarstwo…

Gospodarstwo było dobrze prowadzone, przynosiło dochody, ale nie były to kokosy. Zresztą też nie było zbyt wiele czasu. Mój ojciec objął Bystrzanowice w 1933 roku, a w 1939 roku wybuchła wojna. Ojciec hodował konie, a to jest przedsięwzięcie gospodarcze, które się planuje na wiele lat i w pierwszych latach nie przynosi dochodów. Majątek, który miał rozpłodowego ogiera, tak jak to było w Bystrzanowicach, podpisywał umowę, że będzie hodował konie dla wojska. Wojsko dawało pieniądze, był ogier, który pokrywał klacze.
Ten pierwszy wyhodowany przez mojego ojca trzylatek, tzw. prymus, stawał do remontu – to były takie egzaminy dla koni trzylatków, czy się nadają do służby – dopiero tuż przed wojną. I był jeden, potem było ich więcej, nawet pięć w roku, ale to już była wojna, dużo koni zabierała partyzantka, a konie musiały też pracować w polu. Ja też miałam klaczkę, Łunę. Jeździłam konno przez całe dzieciństwo – ostatni raz rok przed ślubem, w 1948 roku. Byłam na obozie harcerskim na Ziemi Lubuskiej, w okolicach Rzepina, kawałek dalej była granica z Niemcami. Mieliśmy obóz na terenie PGR-u i tam miałam okazję jeździć, nie miałam butów z cholewami, nie miałam bryczesów, miałam czyjeś spodnie od dresu i własne zwykłe buty, ale jeździć się dało bardzo dobrze.

Jak wyglądał dzień powszedni w Bystrzanowicach?

W Bystrzanowicach był rządca, który wstawał najwcześniej ze wszystkich, bo musiał dopilnować dojenia krów i transportu mleka pociągiem do Częstochowy. W międzyczasie fornale zadawali obrok koniom i wyruszali na roboty. Nas budzono o 7.00 rano, bo o 8.00 się zaczynały lekcje. Lekcje były oczywiście w domu, a uczyłam się czy to z Tomkiem Bocheńskim, czy to z innymi dziećmi w moim wieku, na przykład z Rozmarynką Wolską. Tomek przyjeżdżał po Bożym Narodzeniu i zostawał do końca roku szkolnego. Tak więc wstawaliśmy i jedliśmy śniadanie razem z nauczycielką. Rodzice jedli osobno, ojciec wcześniej, bo o 8.00 już albo urzędował w kancelarii albo wyjeżdżał w pole. A mama może z nami jadała, tego nie pamiętam. Na pewno mama też wstawała wcześnie. Wszyscy wstawali wcześnie. I zawsze się wstawało o 7.00. Nawet w niedziele. Bo lekcje były od poniedziałku do soboty, a w niedzielę się jechało do kościoła na 9.00, a żeby dojechać na 9.00, trzeba było wyjechać o 8.00 rano. No chyba, że była nadzwyczajna sprawa i ktoś był przeziębiony, to nie musiał jechać w niedzielę do kościoła. W dzień normalny po śniadaniu były lekcje, a obiad był o pierwszej, albo nawet o w pół do pierwszej. Na stodole był dzwon i o 12.00 jakiś podwórzowy dzwonił, a wtedy wszyscy schodzili z pola na posiłek. Robotnicy mieszkali w czworakach i tam jedli z rodzinami, a we dworze obiad był o tej samej porze. Rządca też żywił się we dworze, ale nie jadał z nami, tylko jedna ze służących niosła mu obiad w menażkach do jego mieszkania, w takim domku, już poza podwórzem. W tym domku z jednej strony mieszkał ogrodnik z żoną i czwórką dzieci. Te dzieci to już wszystko byli dorośli ludzie. Jeden z synów ogrodnika to był stolarz i ja wciąż mam tu meble, które on wykonał. I w tym domku ogrodnika było z drugiej strony osobne wejście do mieszkania rządcy. Rządca był kawaler, dlatego miał tylko pokój i kuchnię. Nie wiem, jak ze sławojką było. W moich wspomnieniach wraca często „chatka bliźniaków”. To było właśnie tam, taki pokój, do którego się wchodziło z tej samej sionki, co do mieszkania rządcy. W tym domku często mieszkali ojciec Stanisława Augusta i jego brat. Oni uwielbiali tam mieszkać. I tam im się nosiło śniadanie, ale już na obiad i kolację to przychodzili do dworu.

To kto siedział przy stole podczas obiadu we dworze?

Moi rodzice, nauczycielka i my. A jak byli goście, to goście.

A po obiedzie?

zosia-rozmarynkaPo obiedzie to myśmy się kładły, Rozmarynka i ja, leżałyśmy na podłodze na dywaniku, a mamusia nam czytała. Po polsku. Mamusia uczyła nas francuskiego i religii. Reszty uczyła nas nauczycielka, cały normalny kurs szkolny. Wszystko, łącznie ze śpiewem. Po obiedzie szło się z nauczycielką na spacer, zawsze, obowiązkowo, niezależnie od pogody. Czasem, ale to już było wielkie święto, mama szła z nami na spacer, ojciec nigdy. Ja już wtedy umiałam jeździć konno, ale to nie zastępowało spaceru. Konno się jeździło w czasie wakacji. Ze spaceru wracało się na podwieczorek, a od podwieczorku do kolacji, najprzód się odrabiało lekcje, a jak się odrobiło zadania, to można było się pobawić. To był czas wolny, taka rekreacja. I kolacja była o w pół do ósmej.
Gdy miałam 8 lat, czyli jak już mieszkaliśmy w Bystrzanowicach. Niania Cicia wciąż z nami mieszkała, ale przyjechała też nauczycielka, która miała mnie uczyć. Była też jeszcze guwernantka, Francuzka. Rodzina uznała, że trzy panie do jednej małej dziewczynki to za dużo szczęścia, i Cicia pojechała opiekować się w Karminie najmłodszą siostrą wuja Kajetana Morawskiego, Anusią, która się właśnie urodziła. Okropnie to przeżywałam, bo kochałam Cicię miłością wielką.

Jakie były twoje nauczycielki i guwernantki?

zosia-guwernantkaTe nauczycielki, Francuzki i Angielki, załatwiało się przez specjalne biuro. Często nie mówiły po polsku, np. moja Angielka mówiła po francusku, ale to starannie ukryto przede mną, żebym się uczyła angielskiego, a nie mówiła po francusku. Bo przedtem przez trzy lata była u nas mademoiselle de la Bord, która nas, mnie i taką dziewczynkę Lidzię, uczyła francuskiego, i ja w tym wieku miałam pewnie większy zasób słów po francusku niż po polsku.

Opowiedz trochę o samych Bystrzanowicach.

Bystrzanowice to była wieś i duży majątek, liczył 300 hektarów i zaliczał się do kategorii tzw. małych folwarków. Niestety ziemia była marna, same piaski, i dobrze rosły tylko kartofle. Ale już w latach 20 w Złotym Potoku, koło stacji kolejowej, bardzo rozumnie została zbudowana syropiarnia – produkowało się syrop z ziemniaków, z którego wytwarzano cukierki i mączkę ziemniaczaną czyli krochmal. Właściwie stacja i syropiarnia znajdowały się w wiosce, która się nazywała Julianka, ale ponieważ ziemię pod stację dał majątek Złoty Potok, to stacja też się tak nazywała.

Te ziemniaki…

Ziemniaki się kopie w październiku i zawsze była cała wielka akcja. Zwoziło się ziemniaki na pole na tyłach obory i stodół, i tam się budowało kopce. Sypanie kopców to bardzo specjalna technika. Trzeba było wykopać rowy, wyłożyć słomą, ułożyć ziemniaki, też je okryć słomą i obsypać ziemią na tyle grubo, żeby nie przemarzły. I w styczniu, ale tu już nie sklecę, musiała być temperatura poniżej 10 stopni, mój ojciec najmował z sąsiednich wiosek gospodarzy z wozami, to były takie specjalne wozy, jakby skrzynie, i przez trzy dni wywoziło się ziemniaki do syropiarni oddalonej o 13 kilometrów, czy nawet 15 km, bo 13 km było do stacji kolejowej, a syropiarnia była dalej jeszcze niż stacja. W syropiarni podnosiło się z tyłu klapę wozu, osadzoną w łożyskach i wysypywało się ziemniaki.

Jakie było najbliższe miasto w okolicy?

Częstochowa, ale to było daleko, 30 kilometrów, dlatego wcale się tam często nie jeździło. W ogóle do dużych miast jeździło się rzadko. W 1939 roku byłam pierwszy raz w Warszawie. Mamusia zabrała tam nas, mnie i Tomka Bocheńskiego, mojego kuzyna, syna siostry mojej mamy, Zofii Bocheńskiej, z domu Morawskiej. Oni mieszkali pod Krakowem, ale jak siostra Tomka umarła, on został sam i wtedy za drogo było wujostwu mieć nauczycielkę tylko dla Tomka, żeby się uczył w domu, więc Tomek mieszkał w Bystrzanowicach i tu się uczył. Przyjeżdżał do Bystrzanowic po Bożym Narodzeniu i zostawał do czerwca. Przerabiał tu swoją klasę, ale nie uczyliśmy się we dwójkę, bo ja byłam młodsza od niego. Przez pewien czas mieszkała też u nas moja kuzynka Rozmarynka Wolska, córka kuzynki mojego ojca, wnuczka poetki Maryli Wolskiej, której syn ożenił się z cioteczną siostrą mojego ojca. Mieli szóstkę dzieci, najpierw jeszcze piątkę, bo Piotruś się urodził dopiero na początku wojny. I Rozmarynka była  chyba ze trzy lata w Bystrzanowicach.

Dlaczego wujek Tomek i Rozmarynka mieszkali w Bystrzanowicach?

Bo ja bym wyrosła na okropną egoistkę i rozpuszczoną – mój ojciec mnie bardzo rozpuszczał. Ale mama trzymała mnie w ryzach i dbała o to, żebym miała wokół siebie rówieśników. W moim pokoleniu niemal nie było jedynaków, nawet dwójka była dość rzadka. W rodzinach miało się dużo dzieci, troje i więcej.

Czy jeździliście w tamtym czasie?

tomekbochMama zabrała mnie i Tomka do Warszawy. Ale tylko raz. Za granicę, do Paryża czy Wiednia nie wyjeżdżało się w ogóle. A morze zobaczyłam chyba dopiero po I roku uniwersytetu. Takie wyjazdy były za drogie. Mama obiecała mi, że chyba po 6 klasie pojadę nad morze, ale zdążyłam przed wojną skończyć tylko 5 klas. Ale jeździło się co roku. Do rodziny. Jeździło się do Planty, dopóki żyli moi dziadkowie – mama zabierała mnie, jak jechała odwiedzić rodziców. Podróżowało się pociągiem. Najpierw jechało się końmi do stacji Złoty Potok, która leżała na linii Częstochowa – Kielce, a potem koleją, do Kielc, do Krakowa. W Kielcach mieszkała siostra mojego ojca, tak że tam też się jeździło w odwiedziny. I w Kielcach trzeba się też było przesiąść, żeby pojechać do Krakowa. O, a zimą 1938 roku dostaliśmy oboje z Tomkiem od babci Morawskiej, dziadek już nie żył, wyjazd na 2 tygodnie na narty. Mieszkaliśmy na Bukowinie, w pensjonacie. Z Tomkiem pojechała ciocia Zosia czyli jego mama, a ze mną panna Ala, moja nauczycielka. Moja Mama przyjechała na jeden dzień, jak kończył się nasz pobyt i zabrała mnie do Zakopanego, żeby się spotkać z bratową i synami Pawłem, Andrzejem i Tadziem. Panna Ala już pojechała do domu, bo przez nasz wyjazd nie miała urlopu i nie była u rodziny na święta. My z mamą z Zakopanego pojechałyśmy do Krakowa i dalej też do domu. W Krakowie było wspaniale. Mieszkało się w hotelu, chodziło do restauracji i można było samemu zamawiać. Ja zawsze zamawiałam to samo – kotlet mielony, bo to była jedyna rzecz, o której wiedziałam, że zjem. W domu też bywały kotlety mielone, ale bywały też różne niedobre rzeczy, na przykład wątróbki. Takie rzeczy, które trzeba było zjeść i nie wolno było nawet mrugnąć, ale to nie było dobre. A tam mogłam zamówić sama – kotlet mielony i lody. W Krakowie była rodzina i tam się chodziło z wizytą. Do Górskich się chodziło, do cioci Bisi Sapieżanki się chodziło i do takiej pani, panny Butrym, która była guwernantką mojej mamy, jeszcze w Złotym Potoku.
Ale po sąsiedztwie niewiele się jeździło.

Ciąg dalszy za tydzień

Z cyklu: moja ulica – Dorota

Następną osobą, która się zgłosiła w sprawie “mojej ulicy” jest Dorota Cygan. Napisała w mailu krótko, a treściwie:

Tak tak, Ewuś, ale Wissmann był zdaje się nazistą, ach nie, no w każdym razie nacjonalistą, hehe, jakimś niemieckim generałem w Afryce. Ale może to powinien byłby być tekst o późnej karze pośmiertnej: dostał ulicę, na której kłębią się obcokrajowcy i nie uświadczysz ducha niemieckiego, tylko dilerkę, hehe. Wyjdzie mi  Moralitet Ironiczny. Czyli gatunek paradoksalny. Jak chcesz, to proszę.
papa
Cygan

wissmannstrHermann von Wissmann (1853-1905) był badaczem Afryki – w latach 80 XIX wieku kilkakrotnie przeszedł Afrykę w poprzek, głównie wzdłuż rzeki Kongo, ale był też pruskim oficerem, który w roku 1889 dostał za zadanie sformowanie korpusu ekspedycyjnego, który zlikwiduje powstanie w Tanzanii. Zadanie wykonał znakomicie, korzystając z zaciężnych żołnierzy z plemienia Zulu oraz Somalijczyków i Sudańczyków. W roku 1895 został mianowany gubernatorem Afryki Wschodniej. Był zwolennikiem pruskiego kolonializmu, ale na jego chwałę trzeba powiedzieć, że angażował się też w działalność Towarzystwa Zwalczania Niewolnictwa.

Dorota ma oczywiście rację. Współczesna Historia ironicznie nieźle dokuczyła Wissmannowi. Ulica jego imienia przylega do wielkiego parku Hasenheide, w którym dosłownie co pięć kroków człowiek natyka się na “czarnoskórych mieszkańców Afryki” (to poprawna politycznie nazwa, która pozwala odróżnić Araba od Mu…, nie, no właśnie, czarnoskórego mie…), szepczących słowo haszysz, ale sprzedających marihuanę. W parku tym powstaje świątynia Ganesha, a choć świątyni jeszcze nie ma, codziennie obywa się tu puja czyli nabożeństwo ku czci tego przemiłego boskiego słonia, symbolu szczęścia i inteligencji.

Przy ulicy Wissmanna na granicy z parkiem, w starym pięknym budynku browaru, mieści się Werkstatt der Kulturen (warsztat kultur), jedyny w Berlinie ośrodek kulturalny nastawiony wyłącznie na wspieranie kultur 190 narodów i ludów, zamieszkujących wspólnie i właściwie przyjaźnie stolicę Niemiec. To tu mieści się między innymi biuro Karnawału Kultur, który od prawie 20 lat znakomitą rozrywką i dla nas, berlińczyków, i dla turystów. Karnawał odbywa się zawsze w Zielone Świątki, a jego główna atrakcja, przejazd wspaniale udekorowanych wozów i parada grup muzycznych i tanecznych, ma miejsce w niedzielę – w roku 2015 są to dni 22 do 25 maja. Zapraszamy!

640px-Kar_Kult_2006_1http://volksfeste.kleiner-kalender.de/event/karneval-der-kulturen/41942.html