Zielona miłość zimą

Roman Brodowski, zapowiadał miesiąc temu, że dziś ostatnia część opowieści o zielonej sztubackiej miłości. Ale okazuje się, że nie, bo pod tekstem znowu znalazły się trzy literki – cdn.

Obiad, śniadanie, wyjazd do Gdańska

Dochodziła czwarta po południu, kiedy do pogrążonego w ciemności pokoju weszła moja rodzicielka, moja kochana mateńka.
– Pora wstawać syneczku – powiedziała łagodnym, jak zawsze, głosem.
– Już od godziny ktoś czeka na ciebie w kuchni – dodała, zapalając światło .
– Ktoś czeka? Czy to ona? Mamo czy to Ona? – podniecony, zacząłem zadawać pytania, wyskakując z ciepłej puchowej pościeli.
– Tego nie mogę ci powiedzieć. To niespoodzianka – usłyszałem odpowiedź.
Mama zamknęła za sobą drzwi, a ja jak szalony zacząłem ubierać się w przygotowaną, pachnącą świeżością odzież. Spodnie, skarpetki, biała jak śnieg koszula… , a im bardziej byłem gotowy do spotkania z tajemniczym przybyszem, tym szybciej biło mi serce.
– To Ona, to na pewno Ona! Boże, nareszcie Ją zobaczę, nareszcie będę przy Niej!
Myśli tańczyły po podnieconej głowie niby w narkotycznym transie.
Zapiąłem ostatni guzik, uczesałem nieco przydługie włosy, popryskałem się męskim zapachem „Old Spice” kupionym przed kilku dniami w Peweksie, otworzyłem drzwi i ukazałem się, (jak mawiają w warszawskim żargonie) w pełnej galanterii, siedzącym przy kuchennym stole rodzicom, rodzeństwu, no i oczywiście tej najważniejszej teraz dla mnie w tym towarzystwie osobie.

Tak, to była Maria. Uśmiechnięta niby majowe słoneczko o wczesnym poranku, podeszła do mnie bez słowa i podając mi dłoń, dotknęła delikatnie ustami mojego tryskającego radością policzka.
Bojąc się, by zbyt szybko nie odeszła, schwyciłem ją oburącz i przytuliwszy do siebie, szeptałem do jej ucha – że jestem szczęśliwy, że długo na ten dzień czekałem i że te wszystkie dni bez niej były dla mnie jedną, wielką męczarnią.
Ona stojąc przy mnie w bezruchu, nie wiedząc czemu, drgała niby źdźbło trawy na wietrze. Czułem jej oddech, jej niespokojne bicie serca. Ustami muskałem spływające po aksamitnej szyi długie kasztanowe włosy.
Było mi tak lekko, tak przyjemnie, pragnęłem by ta chwila nigdy się nie skończyła. Niestety, to co piękne szybko się kończy.
Przywołani z powrotem na ziemię usiedliśmy do wspólnego obiadu, przy którym omówiliśmy harmonogram mojego pobytu. Zapowiadał się wspaniale!
Jutro, razem z moim Słoneczkiem jedziemy do Gdańska, by dokonać ostatnich przedświątecznych zakupów, pospacerować po nadmotławskim bulwarze, a wieczór wspólnie spędzić w znanej gdańskiej restauracji „Pod Łososiem”.
W wigilijny wieczór Maria po wieczerzy w rodzinnym gronie, tradycyjnie przyjdzie do nas. Od lat mój ojciec kładzie dla niej upominek pod choinką, jak dla swojej przybranej córeczki. Nic w tym dziwnego. Rodziny nasze, w przeciwieństwie do tych z „Romeo i Juli”, żyją w sąsiedzkiej przyjaźni, a Marię ojciec lubi szczególnie.
Krótko przed pasterką, pójdziemy do rodziny Marii, aby wraz z jej tatą wyruszyć do kościoła, by tam pomodlić się za duszę zmarłej przed dwoma laty „cioci Helenki” czyli mamy Marysi.
A potem Sylwester. Nowy rok, 1977, powitamy w naszej remizie. Marysia zorganizowała stolik dla sześciu osób, to znaczy dla nas i naszych wspólnych przyjaciół. Cieszę się ze spotkania z Jolą, Jarkiem, Małgosią, no i oczywiście Zbyszkiem, bez którego moje dzieciństwo było by z pewnością nudne.
Tak, mój pobyt zapowiada się naprawdę obiecująco.
Wypiliśmy przygotowaną przez mamę herbatę, skosztowaliśmy świeżo upieczonego makowca i odprowadziłem moją kochaną przyjaciółkę do domu.

Obudziłem się bardzo wcześnie, a właściwie obudził mnie budzik, ustawiony na godzinę szóstą, bo przecież punktualnie o siódmej przyjdzie po mnie Maria i jedziemy do odległego o piętnaście kilometrów Gdańska.
Moje siostry spały jeszcze, pochrapując na przemian, by ich więc nie obudzić, prawie że po omacku, zabrałem ze sobą ubranie i wyszedłem z pokoju do sieni.
Jak się okazało, nie byłem jedynym domownikiem, który o tej porze już nie spał. W kuchni krzątała się mama.
– Widzę że już wstałeś – przywitała mnie tym oczywistym stwierdzeniem, nalewając do szklanki moją ulubioną, pachnącą, świeżo zaparzoną, zbożową kawę.
– Witaj mamo. Przecież wiesz, że za chwilę wyjeżdżam – opowiedziałem ubierają się w pośpiechu.
– Wiem, wiem. Ale chyba nie myślisz, że wypuściłabym cię bez śniadania z domu, zwłaszcza, że nie będzie cię do wieczora.
Na stole stała przygotowana, gorąca, jeszcze parująca jajecznica na cebulce, i przekrojona na połowę bułka z masłem. Zazwyczaj jajecznicę smaży mama na wędzonym boczku, ale nie dzisiaj. Dzisiaj jest post, a postu, dzięki mamie, zawsze w naszej rodzinie przestrzegamy, zwłaszcza tych dwóch najważniejszych, na Boże Narodzenie i na Wielkanoc.
Siedzieliśmy na przeciw siebie, spożywając w milczeniu poranny posiłek, gdy
nagle usłyszeliśmy delikatne pukanie do drzwi. Oczywiście, to była Marysia. Przyszła dokładnie o siódmej. Zawsze była punktualna i zawsze, pryncypialnie, wymagała punktualności od innych. Dawniej zdarzało mi się spóźnić na spotkanie z nią, ale dzisiaj? Dzisiaj nie pozwoliłbym sobie na to, bo wiem, że nie czekałaby na mnie nawet minuty.
Dzień dobry – powiedziała, wchodząc do kuchni. – Jest bardzo zimno, więc ubierz się grubo, najlepiej na bardzo dużą cebulę.
Odwróciłem głowę w stronę drzwi. Stała odziana w długi brązowy płaszcz, czapkę z króliczego futerka, a na nogach modne zamszowe kozaczki. W rękach trzymała skórzane rękawiczki, a przewieszona przez ramię torebka, uzupełniała całość. Wyglądała imponująco. Zresztą, nic w tym dziwnego, przecież jest najpiękniejszą dziewczyną, jaką znam.
– Cześć poranny kwiatuszku – odpowiedziałem. – Siadaj proszę do stołu. Napij się gorącej herbaty z cytryną, a ja w tym czasie przygotuję się do drogi – zaproponowałem, podnosząc się leniwie z krzesła.
Marysia przyjęła zaproszenie. Usiadła na moim miejscu i popijając złotobrązowy nektar, rozmawiała o czymś szeptem z mamą, a ja w tym czasie, zgodnie z zaleceniem ubrałem się ciepło. Pożegnaliśmy się i ruszyliśmy na dworzec.

Zima pokazała nam swoją potęgę. Sam mróz nie byłby tak dokuczliwy, gdyby nie suchy porywisty wiatr, unoszący tumany śniegu, wpadające do oczu i ust, budujący na drodze wysokie, śnieżne zaspy.
Trzymając się za ręce, przedzieraliśmy się przez te zaspy, i chociaż do dworca było tylko trzysta metrów, z trudnością tam dotarliśmy. Gdyby nie to, że pociąg wyjeżdżający z odległego o osiem kilometrów Tczewa, przyjechał z kilkuminutowym opóźnieniem, prawdopodobnie wcale byśmy nie zdążyli.
Zziębnięci, z ulgą weszliśmy do pustego jeszcze o tej porze wagonu.
Po długim męczącym staniu w kolejkach i kupieniu wszystkiego, o co nas poproszono, poszliśmy na bulwar, biegnący nabrzeżem zamarzniętej Motławy.
Zakupy, aby nam nie ciążyły, oddaliśmy w dworcowej przechowalni bagażu.

450px-Middle_Ages_defensive_walls_of_Gdansk_3Wydawało nam się, że w Gdańsku jest o wiele cieplej, aniżeli w Pszczółkach.
Co prawda śnieg skrzypiał pod nogami, ale nie było tego nieznośnego wiatru,
Jaskrawo świecące słońce i bezchmurne niebo, sprawiły, że była to wymarzona pogoda, właśnie na taki romantyczny spacer, sam na sam z przyrodą, we dwoje.
Przytuleni do siebie, podziwialiśmy stojące na nadbrzeżu, skute lodem statki.
Nad naszymi głowami kołowały dziesiątki, rybitw i rozkrzyczanych, szukających pożywienia mew.
– Musimy tu przyjechać latem – przerwałem trwające od pewnego czasu milczenie. – Latem jest tu z pewnością bardzo przyjemnie. Można popłynąć statkiem na Hel, albo
posiedzieć w jednej z tych małych nadbrzeżnych kawiarenek, opychając się lodami. Można pospacerować pomiędzy straganami, podziwiać rękodzieło, sprzedawane przez chwalących swoje towary, artystów. Tak latem jest o wiele ładniej, aniżeli zimą. – starałem się sprowokować Marię do rozmowy.
Lecz ona, nie wiedzieć czemu, nagle, nieoczekiwanie pogrążyła się w myślach. Była zagubiona, nieobecna. Wydawało mi się, że ją coś dręczy.
– Czy coś się stało, Marysiu? – zapytałem, widząc dziwne zatroskanie na jej twarzy.
– Nie, nie, nie, nic – odpowiedziała i przytuliła się do mnie jeszcze mocniej.

Nagle, usłyszeliśmy dobiegający zza pleców, dobrze nam znany, wołający nas głos.
– Co za licho, zakłóca nasz spokój – pomyślałem, niezadowolony z tego faktu.
Odwróciliśmy się do tyłu. Przed nami stała nasza szkolna koleżanka Jolka.
– Ledwo was poznałam – zagadnęła – Obserwowałam was od kilkanastu minut,
ale nie byłam pewna, czy to na pewno wy. Dopiero kiedy podeszłam bliżej, po głosie poznałam Romka. Co za zbieg okoliczności, bo właśnie dzisiaj… ,
– Dlaczego zbieg okoliczności – wtrąciłem, przerywając dopiero co rozpoczętą przez nią myśl. – Po prostu spotkaliśmy się, i nie ma w tym nic dziwnego. A swoją drogą, to muszę przyznać, że od czasu naszego ostatniego widzenia bardzo wyładniałaś – wysiliłem się na tani, niczym wyjęty z tandetnej sztuki, komplement.

Joli nie widziałem co najmniej od roku i szczerze mówiąc, rzeczywiście bardzo się zmieniła. Stała się bardziej kobieca, delikatna, a jej zgrabna, smukła figura z pewnością niejednemu chłopakowi spędzała sen z powiek.
– Ty też, niczego sobie. Widać śląskie powietrze dobrze ci służy – odrzekła, starając się swoim delikatnym uśmiechem ukryć zmieszanie – a zbieg okoliczności, dlatego że właśnie dzisiaj planowałam spotkać się z Wami pod wieczór, w celu omówienia Sylwestra – dodała.
Marysia, jakby ożyła. Widać było, że ucieszyła się z obecności koleżanki.
Ja natomiast poczułem jakiś niesmak. Wydawało mi się, że to moja skromna osoba była przyczyną jej, wyraźnie melancholijnego nastroju.

Kiedy okazało się, że Jola, wysłana przez jej mamę na zakupy, nie jest ograniczona w czasie i że postanowiła pozostać w Gdańsku do wieczora, Marysia zaproponowała, aby wspólnie z nami spędziła resztę dnia.
I tak, w tak zwanym trójkącie, udaliśmy się do przytulnej restauracji, gdzie przy ciepłych napojach, smacznych ciastkach i lampce słodkiego, czerwonego wina siedzieliśmy przy stoliku, wspominając niezbyt odległe jeszcze czasy szkoły. W lokalu pozostaliśmy do późnego wieczora.
Zmęczeni, ale pełni wrażeń, do Pszczółek powróciliśmy ostatnim pociągiem, krótko przed północą. Z Jolą roztaliśmy się na dworcu.

Szliśmy w milczeniu, trzymając się za ręce. Odprowadziłem ją pod same drzwi, przyjacielski pocałunek i tak rozstaliśmy się bez słowa.
Na bezchmurnym, pogodnym niebie migotały tysiące gwiazd, w oknach domów panowała ciemność, a ja, idąc opustoszałą o tej porze ulicą, myślałem tylko o jednym,
o tym, co zrobić, by Maria czuła się przy mnie bezpieczna i szczęśliwa, i im bardziej o tym myślałem, tym większy ogarniał mnie niepokój.

cdn

Tylko przy Tobie jestem kimś

Tysiącami srebrnych gwiazd
Niebo historię naszą znaczy
Nie wiem, czy tworzy dla nas czas
Szczęścia, miłości czy rozpaczy.

W ptasim śpiewaniu o poranku,
W poszumie wiatru przy ruczaju
Słyszę głos, jakże sercu bliski.
To Twój głos miła, to głos raju.

Tęsknię za Tobą, gdy cię nie ma
Płonę, gdy jesteś, tą miłością
Jakże mnie życie odmieniło
Ty poradziłaś mym słabościom.

Stworzyłaś dla mnie świat nadziei
Dodałaś blasku mej szarości.
Stałaś się dla mnie jednym celem
Drogą wiodącą do stałości.

Tyle kochanie Ci zawdzięczam,
Ile zawdzięcza ryba wodzie
Bez Ciebie byłbym tylko pyłkiem.
Małym robaczkiem, gdzieś w przyrodzie.

Bytom. 26.01.1977

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out /  Change )

Google photo

You are commenting using your Google account. Log Out /  Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out /  Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out /  Change )

Connecting to %s

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.