Raport z wizyty w zakładzie dla starców i niewidomych dzieci – 5

Poniedziałek.

Katarzyna Krenz

z cyklu

Raport z wizyty w zakładzie dla starców i niewidomych dzieci

Castelo de Vide, Convento de São Francisco

zdjęcia Jacek Dominiczak

RaportJD (5)

5.

Anselmo: 4’ 33’’ czyli niestała płynność wody

Po długiej zimie kamienna posadzka jest chłodna
i sprzęty, napęczniałe wilgocią, jeszcze milczą.
Dopiero, gdy słońce je osuszy, wtedy zaczną skrzypieć
same z siebie, w dzień i w nocy, zwłaszcza w nocy.

Od rana z kranu skapnęły 433 krople; to więcej
o dwadzieścia siedem niż wczoraj. Na szczęście,
kapanie szybko zlewa się w jednolity szum –
przypomina rzekę, zanim wyschła. Rwący nurt.

W kuchni na dole słychać brzęk miedzianych
garnków. Brat Anselmo nie musi patrzeć na zegar,
i bez tego wie, że do obiadu pozostały już tylko
cztery minuty i trzydzieści trzy sekundy.

Mówi o tym zapach mięsa albo ryby – woda
w glinianych dzbankach jest całkiem bezwonna,
podobnie jak kryształki morskiej soli nie pachną,
przynajmniej nie w tym domu. Woda i sól.

Gdy do obiadu pozostaną cztery minuty
bez trzydziestu trzech sekund, na piętro dotrze
zapach dyni i kapusty, nieco mdły, ale słodki i ciepły.
Bez masła i oliwy, które zwykle oddajemy biedakom.

Cztery minuty. Trzy. Dwie. Już czas. Wstając z klęcznika,
nasz brat strącił rękawem brewiarz, potem zachwiał się i
zakaszlał aż sześć razy, o trzy więcej niż wczoraj.
Ale to dlatego, że jest już o dzień starszy. Jak my wszyscy.

Kot i małpka

Ewa Maria Slaska o kotach i rewolucji

Wpis dedykuję Joli i Jurkowi

To oczywiście Maryna Over wstawiła mi na Facebooku ten portret.

frieda-kahlo-malpka-kotFrieda Kahlo,  Self-portrait with Thorn Necklace and Hummingbird, Nickolas Muray Collection, Harry Ransom Center, University of Texas at Austin.

Zawsze, jak przygotowuję te wpisy, dowiaduję się czegoś nowego i zastanawiającego. Tak było też w przypadku tego autoportretu Friedy Kahlo z kotem i małpką. Szukałam o nim jakichś informacji i Google bez zastanowienia wysłał mnie do angielskojęzycznej Wikipedii.  A tam…

Kahlo’s life began and ended in Mexico City, in her home known as the Blue House. She gave her birth date as July 7, 1910, but her birth certificate shows July 6, 1907. Kahlo had allegedly wanted the year of her birth to coincide with the year of the beginning of the Mexican Revolution, so that her life would begin with the birth of modern Mexico. Her work has been celebrated in Mexico as emblematic of national and indigenous tradition, and by feminists for its uncompromising depiction of the female experience and form.

W mojej pracy, a zajmuję się ostatnio cmentarzami, I wojną światową i żydowskimi biografiami, często stykam się z tym, że ludzie, i to wcale nie tylko kobiety, zmienili sobie datę urodzenia. W rodzinach żydowskich jest to chyba nawet regułą, że żadne dane się nie zgadzają, bo wszystko zostało sfałszowane w czasie wojny. Bez tego nikt by nie przeżył. A po wojnie tak pozostało. Ale nawet bez tak oczywistych przyczyn, ludzie ukrywają swój wiek. Najczęściej z kokieterii. W społeczeństwie młodych, pięknych i bogatych nie chce się być starym. Frieda jednak wykracza zdecydowanie poza stereotypy. Oczywiście jest tu przekonanie, że w nowoczesnym społeczeństwie trzeba być nowoczesnym, ale jest też wielkość artystki, która swobodnie wybiera dla siebie role. Być może każdy artysta chciałby być symbolem swojego czasu, a przynajmniej ikoną lub memem, ale Frieda chce więcej. Symbol to za mało. To ona JEST rewolucją.

frida-z-obrazem-z-malpka-kotemNie mam wyjścia, muszę przypomnieć sobie, co wiem o rewolucji meksykańskiej. Trwała od roku 1910 do 1920. Z jednej strony był dyktator Porfirio Diaz, z drugiej Zapata. Rewolucjoniści wygrali. Tyle wiem Ale czy na pewno? Trzeba sprawdzić. Jak to mawia Dorota Cygan – każdy wie, że Mickiewicz napisał Kordiana, ale jednak lepiej sprawdzić.

 

Czytam więc i oczom nie wierzę.

rewolucjameksykanskaRewolucja meksykańska zaczyna się jeszcze przed początkiem I wojny światowej, kończy dopiero w roku 1920. Dyktatora, określanego tu mianem dowódcy kontrrewolucji, wspierają Stany Zjednoczone i Wielka Brytania, a Niemcy cesarskie, już przecież w agonalnych konwulsjach, wspierają rewolucję! Tę samą rewolucję, która na domowym polu bitwy, w Berlinie, wbija im właśnie sztylet w plecy.  Przypominam sobie, że to Niemcy cesarskie wyciągnęły Lenina z więzienia, opłaciły jego pobyt w Szwajcarii, żeby nabrał sił i pozyskał agentów, po czym w zaplombowanym wagonie kolejowym odesłały go do Rosji, żeby tam bruździł i rewoluździł. Miało to ponoć przyczyny ekonomiczne, tak przemysł niemiecki bronił się przed konkurencją. Mniejsza o to, to zupełnia inna historia. Ważne jest co innego. Rewolucja meksykańska wcale nie zwycięża! Ta rewolucja to wojna, walka, zamaganie, przekonanie o słuszności, ale nie zwycięstwo.

Jednak coś musiało być inaczej, skoro artystka chce być rewolucją, przejmuje ją jako wyraz artystycznego ja, wolności, emancypacji kobiety, zwycięstwa jeśli nie nad wrogiem, to nad konwenansem, chorobą i śmiercią. Rewolucja to Frieda to JA. Nie darmo Frieda zasłynie przede wszystkim jako portrecistka samej siebie. Namalowała 143 obrazy, z tego 55 przedstawia ją samą.

friedaoncemore

Sami mężczyźni i Frieda z małpką. Kota nie widać. Ale oczywiście jest.

Kot i małpa. Hultajów dobrana para. Czy się mylę, czy jest tak, że ta poważna młoda kobieta na portrecie, portretując się z kotkiem i małpką, pokazuje nam język? Młoda kobieta. O tym też trzeba pomyśleć, bo Frieda nigdy nie była, w naszym dzisiejszym pojęciu, stara. Zmarła w roku 1954 i czy miała lat 44 czy 47, to po prostu była młoda.

Kot i małpa. Co Frieda miała na myśli, portretując się z tymi dwoma czarnymi zwierzakami? Wolność, niezależność i samodzielność. Może nawet czarownica. Na pewno kobieta poza konwenasem towarzystkim czy majątkowym. Wyzywające spojrzenie, kot i małpa na ramionach zamiast etoli z soboli.  Odwalcie się wszyscy ode mnie. Ja to ja.

Tak to interpretuję.

***
Wędrując po internecie po tropie tej hultajskiej pary – kota i małpy – trafiłam na informacje, które nie mają żadnego związku z Friedą i jej autoportretem, ale szkoda by o nich nie wspomnieć.

Po pierwsze ta bardzo klasyczna para pojawiła się już u Ezopa, a i La Fontaine o niej napisał. To od nich mamy powiedzenie o tym, że ktoś wyciągnął kasztany z ognia cudzymi rękoma. Pewnie nie wszyscy to pamiętają, ale te kasztany były częścią ulubionej retoryki partyjnej w okresie Marca 68. Ale, przyznaję, nie pamiętam kto był małpą. Izrael? Syjoniści? Może ktoś pamięta?

Jean de La Fontaine

Kot i małpa

Żyła po społu u jednego pana
Hultajów para dobrana,
Kot wszędobylski i małpa niecnota.
Te dwa łotry w całym domu
Nie dały spocząć nikomu:
Co chwila to nowa psota,
Nowa kradzież, figiel nowy.
Kot zjadł sery, zamiast iść na łowy,
A małpa kradła, co jej w ręce wpadło.
Pewnego razu, o szarej godzinie,
Grzało się złodziejskie stadło
Przy kominie; a w kominie
Piekła się dla sług i panów
Garść kasztanów.
Gdybyż je dostać! “Słuchaj no, kolego –
Ozwie się małpa – przyszedł mi do głowy
Figiel podwójny, figiel arcynowy:
Nasz zysk, a przy tym strata dla bliźniego.
Czujesz, jak pachną kasztany?
Pokaż, co umiesz, kotku mój kochany,
Dobądź je z ogniska swoimi łapkami.
Ach! Gdybym miała z natury
Takie jak twoje pazury,
Źle byłoby z kasztanami!”
Kotek, skory do posługi,
Wysunął łapkę, sparzył się raz, drugi,
Dmuchnął w pazurki – i znów do komina;
Zręcznie kasztany wybierać zaczyna,
A co wyciągnie, to małpa wnet zjada.
Wtem do kuchni dziewka wpada.
Małpa w nogi. Na kocie skrupiło się zatem:
Nic nie zjadł, sparzył łapę i oberwał butem.
Tak nieraz małe książątko się sparzy
Walcząc dla zysku mocarzy.

malpaczyli kotHultajska para. A ja tymczasem dowiaduję się, że istniała (istnieje? jak istnieje, skoro nie ma jej w Wikipedii!) małpka zwana kotem morskim (Cattus Marinus) albo kotawcem, przywożona w średniowieczu przez marynarzy, tak lubiane stworzenie, że weszło nawet do heraldyki. Ci którzy takiej istoty nigdy przedtem nie widzieli, myśleli, że to rodzaj kota. Stąd nazwa i bardziej koci niż małpi wizerunek. A zatem kot czyli małpa.

Herb Kot Morski w Heraldyce polskiej wieków średnich Piekosińskiego.

No to na zakończenie jeszcze kot morski z bestiariusza współczesnych gier fantasy. Czytam sobie, że:  Typowy morski kot mierzy 3,6 metra długości i waży 400 kilogramów. No! Ale też wygląda niczego sobie na te 400 kilo.

kotmorski400kiloI tak to jest z tym wpisami. Idą sobie po świecie, jak same chcą. Zaczęłam od Friedy Kahlo, skoczyłam do rewolucji meksykańskiej, Lenina i niemieckich zakusów gospodarczych, przeleciałam pędem od Ezopa przez heraldykę do współczesnej zabawy w fantasy i nagle okazuje się, że wpis się kończy (sam się kończy, uwierzcie mi) potworem morskim.

Do następnego razu! Idę święcić palmy.

 

Mój 1968 rok

Okrągła rocznica marca była w zeszłym roku, a teraz to nawet marzec już minął. Ale to chyba bez znaczenia, bo Marzec 68 to pojęcie bardzo szerokie, obejmujące co najmniej dwa lata. Nie bacząc więc na brak konkretnej okazji, publikuję tu tekst Tomasza Prota “Mój rok 1968…” Bardzo ciekawy. Ukazał się w V tomie publikacji “Dzieci Holocaustu mówią” na str. 240 – 256.

tomaszprot

Foto: To­masz Ozdo­ba / newspix.​pl w: http://www.fakt.pl/Tomasz-Prot-dla-Faktu-Ocalalem-dzieki-milczeniu-Polakow,artykuly,161076,1.html

Tomasz Prot
… czyli jak zostałem Żydem

Urodziłem się jako syn Jana Prota, który zmienił swoje rodowe nazwisko Berlinerblau na pseudonim, którego używał w Związku Strzeleckim i w Legionach, oraz matki z domu Deiches, z osiadłej od XVI wieku w Krakowie rodziny żydowskiej.
Rodzina Deiches już w XVI wieku osiągnęli poważną pozycję społeczną, skoro w 1608 roku Dawid Deiches jest jednym z seniorów kahału w Krakowie, a od sierpnia 1866 Salomon Deiches był radnym miejskim i w 1870 roku został wiceprzewodniczącym Rady Wyznaniowej Krakowa. Nazwisko Deiches jest hebrajskie i oznacza ”daj” – pod dostatkiem a „iches” – pochodzenie zobowiązujące do godnego zachowania się.
Tak więc już od urodzenia byłem i jestem Żydem, ale przez znaczną część mojego życia nie miało to dla mnie więk¬szego znaczenia. Obie rodziny, tak Deichesowie jak i Berlinerblau były od lat zasy¬milowane, nie przywiązujące większej wagi do spraw religijnych, a zatem ich kontakty z ortodoksyjnymi gru¬pami żydowskimi, zachowującymi obrzędowe obyczaje przodków, ich stroje i język, były luźne. Sądzę, że moja babka od strony ojca, Jadwiga z domu Chwat, znała jidysz, ale nigdy nie słyszałem jej mówiącej w tym języku, natomiast, kiedy chciała porozmawiać z ojcem tak, żeby dzieci czy służba ich nie rozumiały, przechodziła na francuski. Ojciec całe swoje życie był polskim patriotą, począwszy od strajku szkolnego w 1905 roku w obronie języka polskiego, za co został wydalony z „wilczym biletem” z gimnazjum w Warszawie, przez walkę o niepodległą Polskę w legionach i wojsku polskim w wojnie 1920 roku, gdzie dosłużył się rangi majora i krzyża virtuti militari, aż do budowy przemysłu obronnego w Niepodległej Polsce jako naczelny dyrektor Państwowej Wytwórni Prochu w Pionkach. Oboje rodzice przeszli na katolicyzm i w młodości moje życie religijne było zawsze związane z kościołem Rzymsko-Katolickim. A zatem, od urodzenia do października 1939 roku, byłem Polakiem i katolikiem. Wiedziałem oczywiście, że moi przodkowie byli Żydami, ale uważałem, że jest to nieistotne. Wprawdzie w szkole przed wojną spotykałem się z przykrościami ze strony moich szkolnych kolegów ze względu na mój semicki wygląd, ale uważałem to za nieprzyjemne wybryki, i nie przywiązywałem do tego większej wagi.
Moja rodzinna sytuacja zmieniła się po rozpoczęciu wojny w 1939 roku. Zostaliśmy przez okupanta zaszeregowani do społeczności żydowskiej i nasze dalsze okupacyjne losy zostały temu podporządkowane. Ja jednak nadal nie czułem się Żydem, tylko Polakiem żydowskiego pochodzenia. Wprawdzie represje stosowane przez okupanta wobec narodu żydowskiego dotyczyły również mnie i mojej rodziny, ale tak postanowił wróg, a jego decyzje nie obowiązywały ani nas, ani przyzwoitych Polaków. A zatem Niemiec mógł zadekretować każde głupstwo, co mogło stawiać ludzi w niebezpiecznych sytuacjach, ale zawsze było to bezprawie wymuszone przez okupanta. Na tej zasadzie, ukrywając się przez całą okupację po „aryjskiej” stronie, nie czułem się Żydem, czułem się Polakiem, którego wróg mój i wszystkich Polaków uznał za Żyda. Mój osąd sytuacji nie uległ zmianie po wojnie. Wprawdzie wtedy przyznanie się do swoich korzeni nie groziło już śmiercią, ale ani ja ani moi najbliżsi nie poczuwaliśmy się do wspólnoty z narodem żydowskim. Oczywiście, boleliśmy nad tym, że część naszej rodziny zginęła zamordowana przez okupanta, z odrazą dowiadywaliśmy się o działaniach „Ognia” na Podhalu, czy o pogromie w Kielcach, ale nadal czuliśmy się częścią narodu polskiego, a w każdym razie tą częścią, która tak w czasie okupacji jak i po niej nie splamiła się współpracą z Niemcami czy antysemityzmem. Stąd, jak sądzę, bierze się mój stosunek do tzw. „Sprawiedliwych”. Uważam, że obowiązkiem Polaków w czasie wojny, było zaangażowanie się w walkę z okupantem. W zależności od możliwości walka ta mogła być prowadzona w różny sposób, od bezpośredniej walki np. w oddziałach partyzanckich czy zamachach na gestapowców i konfidentów, do udziału w konspiracji przez przechowywanie broni, kolportaż „gazetek”, prowadzenie małego sabotażu czy chronienie ludzi poszukiwanych przez okupanta, w tym także obywateli polskich prześladowanych za to, że byli Żydami. Za każdy z tych czynów groziła kara śmierci, i rozumiem, że łatwiej jest przechować karabin niż Żyda, jednak tak jedno jak i drugie powinno być uważane za obowiązek patriotyczny, nie wymagający fanfar i odznaczeń, szczególnie ze strony Polski. I wyczuwam w tym często nutę polityczną, szczególnie prawicowi działacze pragną nierzadko podkreślić, że w czasie okupacji byli liczni, poza szmalcownikami i obojętnymi na los Żydów, Polacy niosący pomoc swoim żydowskim współobywatelom. Ale odszedłem od zasadniczego tematu.
Po Powstaniu Warszawskim koniec wojny spędziłem w internacie RGO (Rada Główna Opiekuńcza) w Bochni, a po wyzwoleniu, wraz z matką i siostrą zamieszkaliśmy od grudnia 1945 roku we Wrocławiu. W początkowym okresie było tu niewielu Żydów można podzielić na trzy grupy, mające ze sobą słabe kontakty.
Jedną z nich stanowili ludzie tacy jak moja rodzina, tj. zasymilowani, stanowiący przed wojną inteligencję polsko-żydowską. W większości spędzili oni okupację po „aryjskiej” stronie, bądź przybyli z „Zachodu” i nadal ukrywali swoje korzenie, albo, nie wypierając się swojego pochodzenia, nie uważali tego w obecnym ustroju za istotny problem. Chyba byliśmy naiwni, ale to inna sprawa. Z reguły byli to ludzie posiadający wyższe wykształcenie.
Drugą, dosyć liczną, grupę stanowili repatrianci żydowscy ze Wschodu. Ludzie, którzy przed wojną zamieszkiwali wschodnie rubieże Polski i którzy uratowali się przed eksterminacją w ZSRR. Przeżyli oni wojnę nie widząc niemieckiego żołnierza i znali okupację jedynie z opowiadań, często negatywnych, jeżeli chodzi o stosunek Polaków do Zagłady narodu żydowskiego. Trzymali się razem, nie asymilując się z napływową ludnością polską. Zakładali gminy żydowskie, domy modlitwy, a także szkoły i kluby sportowe. Nie czuli się związani z Polską i w większości uważali, że Polacy przyczynili się do Holocaustu. Byli to często ludzie prości, zarabiający na życie jako robotnicy czy rzemieślnicy. Praktycznie wszyscy oni opuścili Polskę pod koniec lat 40.
I na koniec trzecią grupę tworzyli komuniści żydowskiego pochodzenia, również przybyli ze Wschodu, w większości z I Armią, którzy zaliczyli szlak bojowy „od Lenino do Berlina”. Nie integrowali się z ortodoksyjnymi Żydami (byli z reguły bezwyznaniowi) i zajmowali wiele kierowniczych stanowisk w tworzącej się administracji rządowej i partyjnej.
Moja rodzina należała do pierwszej grupy. Nic nas nie łączyło ze strukturami administracyjnymi i kulturalnymi organizowanymi przez żydowskich ortodoksyjnych przybyszy ze Wschodu, natomiast nasze kontakty z grupą tworzącą podwaliny komunizmu w Polsce nie były związane z naszymi żydowskimi korzeniami, a raczej były to kontakty towarzyskie. Byliśmy zaabsorbowani nowymi, powojennymi warunkami egzystencji i musieliśmy z czegoś żyć. Głównym środkiem utrzymania była praca mamy w Bibliotece Głównej Politechniki Wrocławskiej, gdzie dostawała jakieś grosze, siostra studiowała, a ja chodziłem do szkoły. Żyliśmy bardzo skromnie. Nasza przeszłość wojenna tak żydowska jak akowska, nie miały, jak sądziliśmy, znaczenia. Oczywiście mieliśmy świadomość napływu Żydów ze Wschodu, ale tak ich przybycie na „ziemie odzyskane” jak ich późniejszy, masowy wyjazd do Palestyny, nie budził naszego zainteresowania. Również to, że szereg kierowniczych stanowisk w Partii i ZMP było obsadzonych przez żydowskich komunistów, uważaliśmy za naturalne, ale nie ze względu na ich pochodzenie, ale wyznawaną, przeniesioną ze Wschodu, ideologię. I tak np. I sekretarzem PPR na wrocławskiej Akademii Medycznej był Ignacy Wald, (oficer I armii WP), analogiczne stanowisko na Politechnice posiadał również człowiek o żydowskich korzeniach, kolega chemik – Paweł Rozdział, szefem miejskiego ZMP był tow. Goldberg (tak zwany powszechnie Złotogórski), a w mojej grupie ZMP na studiach także prym wiedli młodzi żydowscy komuniści. Ale to nie było istotne, naszych znajomych i przyjaciół nie dobieraliśmy według ich pochodzenia, odwrotnie, pewną niechęć budziły we mnie osoby, które uważały żydowską krew za sprawę pierwszej wagi, co było częste wśród przybyszy ze Wschodu.
Tak biegły lata, w szkole, na uczelni we Wrocławiu i Łodzi, potem w pracy w Warszawie, nie przynosząc większych zmian. Nadal nie rozróżniałem wśród moich kolegów i współpracowników, czy ich korzenie są polskie czy żydowskie, i uważałem, że to samo dotyczy i mnie. Oczywiście, jeżeli ktoś miał typowe niemiecko-żydowskie nazwisko jak np. Feigin, Wajnryb, Rubin itp, to wiedziałem, że są to Żydzi, jednak w 1956 roku ze zdziwieniem przyjmowałem wyjazd z Polski moich kolegów z pracy, o których pochodzeniu dopiero wtedy się dowiadywałem. Po prostu nie miało to dla mnie żadnego znaczenia. Oczywiście spotykałem się czasami z objawami antysemityzmu, ale były to sporadyczne wypadki, przykre, ale, w moim pojęciu, nie mające znaczenia. Takim incydentem był np. mój spór z konduktorem w autobusie, który na moje uwagi dotyczące jazdy powiedział: „W Palestynie będziesz się rządził, ty Żydzie”.
Po 1956 roku wstąpiłem do PZPR, wierząc, pod wpływem Klubu Krzywego Koła, którego zostałem członkiem, że przemiany demokratyczne są w tym ustroju możliwe i będą przez partię kontynuowane.
W 1963 roku, zaraz po doktoracie, jako świeżo upieczony adiunkt, rozpocząłem pracę na Politechnice Warszawskiej w Katedrze Fizyki Ogólnej A. Byłem dosyć zdziwiony, kiedy w parę miesięcy po rozpoczęciu pracy, zaproponowano mi żebym został sekretarzem OOP PZPR na Wydziale Elektrycznym. Katedra Fizyki A była wówczas powołana do obsługi dydaktycznej paru Wydziałów Politechniki, ale przypisana do Wydziału Elektrycznego. Stąd ta komórka partyjna obejmowała członków partii tego wydziału, jak również partyjnych mojej katedry fizyki, oraz Katedry Matematyki D, także przypisanej do Wydziału Elektrycznego. Wprowadzającą mnie do tej komórki partyjnej i proponującą zgodę kandydowania na jej sekretarza była Krystyna Bieńkowska z katedry matematyki. Oczywiście wybory były wtedy formalnością. Moja kandydatura musiała być uzgodniona z Komitetem Zakładowym PZPR i wyniki wyborów były z góry wiadome. I tak w 1964 roku zostałem sekretarzem OOP przy Wydziale Elektrycznym. Cała grupa liczyła 40 osób, zaś egzekutywa 7 osób.
Dziekanem Wydziału Elektrycznego w tym okresie był profesor Jan Podoski. Był to nadzwyczaj mądry i miły człowiek o barwnym życiorysie. Był synem Romana Podoskiego, znanego profesora, specjalisty od trakcji elektrycznej, który pracował na Wydziale Elektrycznym Politechniki Warszawskiej od roku akademickiego 1919/1920. Równocześnie z pracą na uczelni Roman Podoski zajmował się elektryfikacją polskich kolei. W roku 1918 wystąpił ze znacznie wybiegającym w przyszłość projektem elektryfikacji trzech magistrali: z Warszawy do Krakowa i Katowic, z Warszawy do Poznania i z Krakowa przez Przemyśl do Lwowa, a także zaprojektował trakcję elektryczną z Krakowa do Zakopanego. Z kolei jego syn – Jan Podoski w latach 1928-1933 kontynuując pracę ojca opracował projekt elektryfikacji warszawskiego węzła kolejowego. Od 1933 do 1939 roku był dyrektorem naczelnym Bydgoskich Zakładów Przemysłowych, jednocześnie pracując na pół etatu jako asystent na Wydziale Elektrycznym PW. W okresie wojny był oficerem, członkiem Polskich Sił Zbrojnych na Zachodzie, m.in. był szefem wydziału zajmującego się przerzutami „cichociemnych” do kraju, a następie walczył w 1 Dywizji Pancernej gen. Stanisława Maczka. Po powrocie do kraju w latach 1947-1949 wykładał w Szkole Inżynierskiej „Wawelberga” i był dyrektorem naukowym Instytutu Elektrotechniki. Aresztowany pod koniec 1949 roku, został oskarżony o szpiegostwo i skazany w 1951 roku na 8 lat więzienia oraz pozbawienia praw obywatelskich i honorowych na trzy lata. Uzyskał ułaskawienie w roku 1954 i podjął pracę na Wydziale Elektrycznym Politechniki Warszawskiej, a następnie został wybrany przez Radę Wydziału na stanowisko dziekana.
Będąc sekretarzem OOP przy Wydziale Elektrycznym, byłem członkiem Rady Wydziału i miałem zaszczyt kontaktować się często z Dziekanem w wielu bieżących sprawach. Wśród profesorów było paru członków partii. Współpraca układała się nam dobrze, profesorowie partyjni nie wtrącali się do bieżącej pracy OOP, a ja miałem na tyle rozumu, że na zebraniach szacownej Rady Wydziału nie zabierałem głosu, a jeżeli były jakieś sprawy do omówienia, to zgłaszałem się bezpośrednio do Dziekana.
Tymczasem w Polsce po „odwilży”, w pierwszej połowie lat 60 nastrój coraz bardziej się zmieniał i w wielu wypadkach dochodziło do inspirowanych przez partię działań antyinteligenckich i antykościelnych, często z podtekstem antysemickim. Okres ten jest opisany przez wielu historyków, dlatego pozwolę sobie przypomnieć tylko niektóre zdarzenia. Każde z nich, jak się wydawało, było tylko epizodem o małym znaczeniu i ani ja ani nikt z moich bliskich, nie przewidywał ogólnopolskiej nagonki antysemickiej. Tak więc można wymienić:
* Sprawa Wielkiej Encyklopedii wydanej przez PWN. Gdy ukazał się tom z hasłem “obozy hitlerowskie”, podającym zgodnie z prawdą, że dzieliły się na “obozy koncentracyjne” i “obozy zagłady” (Żydów), partia rozpętała nagonkę na PWN. Rozgłoszono, że większość redaktorów to Żydzi, oskarżono ich o spisek syjonistyczny, mający na celu “umniejszenie cierpienia narodu polskiego”.
* Gwałtowna i nieprzychylna reakcja partii na orędzie biskupów polskich do biskupów niemieckich z 18 listopada 1965 roku, „Przepraszamy i prosimy o przebaczenie”.
* Wyrzucenie z partii 27 X 1966 roku filozofa Leszka Kołakowskiego, byłego działacza komunistycznego, za krytykę władz i odchodzenie w nauczaniu studentów od oficjalnego kanonu marksizmu, a także ostra reakcja partii na list w jego obronie wysłany do KC, sygnowany przez piętnastu literatów i intelektualistów, w którym domagano się przywrócenia Kołakowskiego w prawach członka. Pod listem podpisali się czołowi intelektualiści, między innymi: Paweł Beylin, Marian Brandys, Jacek Bocheński, Tadeusz Konwicki, Igor Newerly, Julian Stryjkowski i Wiktor Woroszylski.
* Zezwolenie na granie w teatrach sztuk sugerujących, że UB stalinowskie to Żydzi, (np. „Pruski mur” wystawiony w 1966 roku przez Ireneusza Kanickiego w Teatrze Klasycznym), czy ośmieszających Żydów, jak to miało miejsce w „Lalce” w Teatrze Powszechnym, reżyserowanej przez Adama Hanuszkiewicza w 1966 roku, oraz spektakle jednoznacznie antysemickie wystawiane w teatrze „Eref”, założonym i kierowanym od 1966 roku przez Ryszarda Filipskiego.
* „Dziady” Adama Mickiewicza w reżyserii Kazimierza Dejmka, wystawione pod koniec 1967 roku w Teatrze Narodowym ze scenografią Andrzeja Stopki. Przedstawienie zyskało wymiar polityczny, zaniepokojone jego odbiorem społecznym i antyradziecką wymową władze komunistyczne nakazały zdjęcie spektaklu z afisza. Decyzja spowodowała protesty, które zapoczątkowały wydarzenia Marca 1968.
Można by wymieniać dalej różne wydarzenia stanowiące pierwsze sygnały nadchodzących wydarzeń marcowych. Ale pragnę wrócić do spraw związanych z moją działalnością partyjną. Konstatuję to teraz z pewnym zdziwieniem, ale nie odczuwałem tych wszystkich symptomów nadchodzącej burzy jako stanu zagrożenia.
Oczywiście zapłonem do wydarzeń marcowych nie były te, wymienione przeze mnie epizody, lecz napór zwolenników Moczara i jego poplecznika, generała Grzegorza Korczyńskiego na Gomułkę oraz, przede wszystkim, wygrana przez Izrael w dniach 5 do 11 czerwca 1967 roku tzw. Wojna Sześciodniowa. Izrael, sojusznik USA, pokonał kraje arabskie, popierane przez ZSRR. Wtedy dużą część żołnierzy Izraela, służących pod dowództwem Mosze Dajana, stanowili emigranci żydowscy z Polski, i wielu Polaków okazywało zadowolenie, że „nasi” Żydzi dali w dupę Arabom, co z kolei bardzo denerwowało Komitet Centralny z Gomułką na czele. Ale jednocześnie, po cichu wymawiano towarzyszowi Gomułce pochodzenie jego małżonki Liwy Szoken, polskiej komunistki z żydowskiej rodziny osiedlonej na warszawskiej Pelcowiźnie (nawiasem mówiąc – „Dziecka Holocaustu”). Próbę ratowania proarabskich nastrojów podjął Gomułka już 19 czerwca 1967 na kongresie Związków Zawodowych w Warszawie w Sali Kongresowe. Wygłosił tam przemówienie, w którym powiedział między innymi: W związku z tym, że agresja Izraela na kraje arabskie spotkała się z aplauzem w syjonistycznych środowiskach Żydów – obywateli polskich, którzy nawet z tej okazji urządzali libacje, pragnę oświadczyć, co następuje: nie czynimy przeszkód obywatelom polskim narodowości żydowskiej w przeniesieniu się do Izraela, jeżeli tego pragnęli. Stoimy na stanowisku, że każdy obywatel Polski powinien mieć tylko jedną ojczyznę – Polskę Ludową (oklaski). Podziela to olbrzymia większość obywateli polskich narodowości żydowskiej i służy wiernie naszemu krajowi. Władze państwowe traktują jednakowo wszystkich obywateli Polski Ludowej bez względu na ich narodowość. Każdy obywatel naszego kraju korzysta z równych praw i na każdym ciążą jednakowo obywatelskie obowiązki wobec Polski Ludowej. Ale nie chcemy, aby w naszym kraju powstała piąta kolumna (oklaski). Nie możemy pozostać obojętni wobec ludzi, którzy w obliczu zagrożenia pokoju światowego, a więc również bezpieczeństwa Polski i pokojowej pracy naszego narodu polskiego, opowiadają się za agresorem, za burzycielem pokoju i za imperializmem. Niech ci, którzy odczuwają, że słowa te skierowane są pod ich adresem – niezależnie od ich narodowości – wyciągną z nich właściwe dla siebie wnioski (oklaski).
Niewątpliwie meldunki przekazywane Gomułce celowo wyolbrzymiały problem żydowski, a często go zakłamywały, aby pokazać w jak najgorszym świetle polskich obywateli pochodzenia żydowskiego. Wykorzystywano każdy zamieszczony w prasie komentarz czy przejawy oburzenia z powodu tendencyjnej i kłamliwej propagandy antyizraelskiej. Cel, jaki przyświecał Mieczysławowi Moczarowi, ówczesnemu ministrowi spraw wewnętrznych, był prosty – chodziło o to, aby przekonać Gomułkę, że istnieje rzekome “zagrożenie wewnętrzne”, że konflikt bliskowschodni ma też polski wymiar. Dawało to pretekst do przeprowadzenia czystek kadrowych, na co mocno naciskała frakcja “partyzantów”. Zamiar Moczara przynajmniej częściowo powiódł się. Między innymi przeprowadzono czystkę w wojsku i w Ministerstwie Bezpieczeństwa Publicznego usuwając lub przenosząc na emeryturę oficerów pochodzenia żydowskiego. Tylko w 1967 roku zwolniono ponad 200 wysokich stopniem i funkcją oficerów Ludowego Wojska Polskiego, w tym 14 generałów.
Może zaskakiwać fakt, że wszystkie te sprawy nie znajdowały odzwierciedlenia tak w działalności mojej wydziałowej organizacji partyjnej jak i Komitetu Zakładowego PZPR Politechniki. Oczywiście przekazywano nam informacje o bieżących sprawach, jak np. o wyrzuceniu z partii Leszka Kołakowskiego i proteście partyjnych pisarzy i intelektualistów, czy akcenty „antysyjonistyczne” z cytowanego przeze mnie przemówienia Gomułki, ale nie było w tym objawów późniejszej agresji. Sytuację tę na terenie Politechniki zmieniły dwa zdarzenia – referat sekretarza KW PZPR Józefa Kępy na Plenum Komitetu Warszawskiego PZPR 25 września 1967 roku oraz manifestacja pod pomnikiem Mickiewicza po zakazie wystawiania w teatrze „Dziadów” Adama Mickiewicza. Ale do tego jeszcze wrócę.
W lutym, w przerwie semestralnej, wszyscy członkowie Komitetu Zakładowego wyjeżdżali na kursokonferencję do Zakopanego. Na tym spotkaniu omawialiśmy różne partyjne zadania, braliśmy udział w wycieczkach, jeździliśmy na nartach, a także integrowaliśmy się w czasie wspólnej zabawy. Zabawa ta, jeden raz w ciągu konferencji, odbywała się wieczorem i w nocy w restauracji, przy dużej ilości alkoholu.
Spotkanie w 1967 miało miejsce w orbisowskim domu „Świt”, natomiast wieczorna zabawa miała miejsce w restauracji „Janosik” parę kroków od Krupówek. Te szczegóły nie są istotne, ale doskonale pamiętam, że wtedy nie było żadnych ostrzegawczych znaków, dotyczących późniejszych wydarzeń, tylko typowe dla tamtych czasów rozmowy na temat wzrostu partii i pracy partyjnej z młodzieżą akademicką. Nawet z tego, co pamiętam nie było jakiejś dyskusji na temat wydalenia z partii Leszka Kołakowskiego. Po powrocie do Warszawy i rozpoczęciu nowego semestru panował spokój, zajęcia toczyły się normalnie i nie było żadnych specjalnych zaleceń ze strony partii. Może być, że egzekutywa KZ dostawała jakieś instrukcje, ale pracownicy Politechniki realizowali w spokoju swoje zajęcia, wykłady i ćwiczenia, sesję, egzaminy na I rok studiów itp. A potem zaraz rozpoczęły się wakacje i Uczelnia zamarła na prawie trzy miesiące.
Cała sprawa wystąpienia w czerwcu Gomułki, a następnie referatu o problemach ideologicznych i zadaniach warszawskiej organizacji partyjnej Józefa Kępy (sekretarza KW PZPR) i przemówienia na zakończenie Plenum KW PZPR I sekretarza Stanisława Kociołka powinna przygotować mnie na dalszy bieg spraw, jednak wydawało się, że są to w dużej mierze rozgrywki wewnątrzpartyjne. Wprawdzie mówiło się o czystkach w wojsku, a np. nasz daleki krewny, kapitan statku handlowego, który przepływał w czerwcu przez kanał Sueski i którego załoga zaopiekowała się rannymi na półwyspie Synaj – tak Żydami jak i Arabami – został pozbawiony stanowiska, ale ciągle myślałem, że są to pojedyncze incydenty, a nie jakaś zakrojona na szeroką skalę akcja. A przecież na tym Plenum padły sformułowania: W niektórych środowiskach usiłowano w miejsce problemu politycznego stosunku do imperialistycznej agresji postawić problem rzekomego antysemityzmu, insynuując instancjom partyjnym rzekome „rozpętywanie fali antysemityzmu”, kierowanie się w ocenie wystąpień niektórych członków partii kryteriami narodowościowymi, a nie jak to jest w rzeczywistości – politycznymi i klasowymi, a także: …należy z całą mocą podkreślić, że określenie „antysemityzm”, oskarżenia o antysemityzm podnoszone niekiedy w stosunku do organizacji partyjnych, instancji partyjnych – są nadużywane.
Można powiedzieć „uderz w stół – nożyce się odezwą”.
Jednak po wakacjach odczułem pewną zmianę stosunku moich towarzyszy partyjnych do mnie. Trudno, szczególnie po tylu latach, powiedzieć, na czym to polegało, ale wyczuwałem, że czekają oni na jakiś ruch z mojej strony, który pozwoliłby zakwalifikować mnie jako „syjonistę”. Z drugiej stronny inni, przede wszystkim I sekretarz KZ, Tadeusz Kalewski, akceptowali mnie, bo byłem wygodny jako „dobry Żyd”, członek KZ’tu, a zatem ewentualne zarzuty o antysemickim nastawieniu Komitetu można by uznać za bezpodstawne. Wszystko razem było dla mnie bardzo trudne. Mój szwagier, wieloletni działacz partyjny, milczał jak zaklęty, natomiast moja bezpartyjna siostra, pracownica Katedry i Kliniki Neurologii Akademii Medycznej prowadzonej przez prof. Hausmanową-Petrusewicz, była coraz bardziej zdenerwowana i przebąkiwała o emigracji, pomimo złożonej pracy habilitacyjnej. Tak, że z ich strony trudno było mi liczyć na jakąś radę. Z kolei nie wyobrażałem sobie wyjazdu z Polski, wiedziałem, że nie będę przyjęty na Zachodzie z otwartymi rękami, zaś wyjazd do Izraela w ogóle nie wchodził w grę.
Jeszcze jako tako wszystko przebiegało spokojnie do końca listopada 1967 roku, aż do zdjęcia przedstawień „Dziadów” w reżyserii Kazimierza Dejmka, wystawionych z okazji 50 rocznicy Rewolucji Październikowej, protestacyjnej manifestacji pod pomnikiem Mickiewicza dnia 30 stycznia 1968 r. i wreszcie pamiętnego nadzwyczajnego posiedzenia oddziału warszawskiego Związku Literatów Polskich pod koniec lutego 1968 roku.
Tymczasem w lutym, w czasie przerwy semestralnej, komitet Zakładowy PZPR Politechniki Warszawskiej wyjechał jak zwykle do Zakopanego na kursokonferencję. Tym razem mieszkaliśmy i obradowaliśmy w schronisku na Kalatówkach. To był dla mnie bardzo trudny okres. Na nasze spotkanie przyjechał z referatem tow. Tadeusz Walichnowski, uznawany ówcześnie za specjalistę od spraw syjonizmu. Jego wystąpienie można byłoby porównać do tekstów ze znanej antysemickiej publikacji „Protokoły Mędrców Syjonu”. Mówił, że w obecnych założeniach ruchu syjonistycznego miejsce państwa żydowskiego jako celu, wokół którego obraca się działalność organizacji syjonistycznych, zajął światowy naród żydowski, a celem ruchu syjonistycznego jest odtąd jego utrzymanie i umocnienie. Całość przemówienia była tak jawnie antysemicka, że byłem przerażony jej jednoznaczną wymową. Po prostu nie mieściło mi się w głowie, że można wygłosić tak ewidentnie antysemickie wystąpienie i że wszyscy moi partyjni koledzy spokojnie tego słuchają i nawet przytakują. Zdawałem sobie jednak sprawę, że gdybym wystąpił w dyskusji i powiedział, co o tym myślę, to nie tylko zostałbym usunięty z partii, ale z pewnością także z pracy na Politechnice. Więc milczałem, ale wstyd mi było, że spokojnie wysłuchuję tych bzdur. W kiepskim nastroju wróciłem do Warszawy i zająłem się swoją pracą – realizowałem badania mające stanowić podstawę mojej pracy habilitacyjnej. Ale nie opuszczała mnie obawa, co będzie dalej.
8 marca w południe wstąpiłem z jakąś sprawą do sekretarki KZ pani Barbary Kuszewskiej i spotkałem jednego z członków egzekutywy, który zapytał mnie z krzywym uśmiechem: „Ty tutaj, a nie na Uniwersytecie?” Zdziwiłem się i zapytałem, dlaczego miałbym tam być, ale nie otrzymałem odpowiedzi. Dopiero jak wróciłem do domu i żona opowiedziała mi, co widziała z okien Pałacu Staszica wychodzących na Krakowskie Przedmieście, zrozumiałem intencję pytania.
Następnego dnia – 9 marca – rozpoczęły się zebrania protestacyjne na wielu uczelniach, także na Politechnice, dotyczące brutalnej ingerencji milicji, ORMO (Ochotnicza Rezerwa Milicji Obywatelskiej) i tzw. „aktywu robotniczego” na wiecu studentów Uniwersytetu. Ciekawe, że tego dnia spotkałem w Komitecie Zakładowym syna naszych przyjaciół, aktywnego działacza ruchów młodzieżowych – Pawła Bąkowskiego, późniejszego znanego opozycjonistę i członka KOR. Próbował on jakoś dogadać się z T. Kalewskim w sprawie protestów studenckich, ale, o ile wiem, bezskutecznie. Na początku Komitet Zakładowy starał się uspokoić nastroje, wierząc, że można powstrzymać narastającą falę protestu. Ja nie wtrącałem się do działań na szczeblu Komitetu, a współdziałałem z Dziekanem, prof. Podoskim, starając się chronić studentów naszego Wydziału. Może to zobrazować jeden epizod. Do Dziekana, w mojej obecności, zwrócił się student, który brał udział w którejś z ulicznych manifestacji, został zagarnięty przez ZOMO (Zmotoryzowane Oddziały Milicji Obywatelskiej) i przewieziony do Pałacu Mostowskich. Tam go tak nastraszono, że zgodził się być donosicielem i podpisał jakiś cyrograf, a teraz prosi Dziekana i mnie o interwencję, żeby zwolnić go z tej funkcji. Mieliśmy dylemat, czy to jest prawda, ale też może prowokacja w celu skompromitowania dziekana, byłego politycznego więźnia i mnie, człowieka podejrzanego pochodzenia. Co robić? Studenta odesłaliśmy, mówiąc, że jest dorosły i jak coś podpisał, to jego sprawa. Ale jednocześnie zatelefonowałem do Kalewskiego i powiedziałem, że wiem, że wśród studentów są ludzie zwerbowani przez MO, ale ani dziekan ani ja nie chcemy wiedzieć, kto pełni te funkcje, a milicja musi tak sobie dobierać współpracowników, żeby nie przychodzili wypłakiwać się w mankiet dziekana. Na tym sprawa się skończyła, ale wierzę, że po tym telefonie MO zrezygnowało z werbunku nowego donosiciela. Moją postawę tak opisuje prof. Jacek Przygodzki, wówczas asystent i Przewodniczący Rady Oddziałowej ZNP (Miesięcznik Politechniki Warszawskiej, wydanie specjalne, marzec 2008, str.6) Pamiętam spotkanie w dziekanacie, na którym oprócz władz wydziału byli przedstawiciele organizacji młodzieżowych… Był oczywiście sekretarz wydziałowej komórki PZPR i, co ciekawe, jak na owe czasy, on także chciał chronić studentów, mimo wytycznych partyjnych i z pełną świadomością tego, że może ponieść konsekwencje takiego działania. Tak też się stało. Po wydarzeniach marcowych przestał być sekretarzem i wkrótce odszedł z uczelni. Tu drobna nieścisłość, z uczelni odszedłem nie zaraz, a dopiero w 1978 roku (po habilitacji), na skutek delikatnie mówiąc braku przychylności ówczesnego rektora PW, a w 1968 członka egzekutywy – Stanisława Pasynkiewicza (plotkowano o nim, że ma matkę Żydówkę i dlatego musi być bardziej papieski niż papież).
Nie będę opisywał po kolei historii marca 1968 roku na Politechnice Warszawskiej. Tzw. „wypadki marcowe” trwały przez wiele dni i trudno mi odtworzyć ich dokładną chronologię. Pamiętam, że po wiecu 9 marca, Zarząd Uczelniany ZMS w dniu 12 marca podjął na plenum uchwałę, w której na wstępie napisano: Na przestrzeni ostatnich kilku lat narastała na Uniwersytecie Warszawskim działalność zorganizowanej grupy antypartyjnych demagogów, których powiązania rodzinne i towarzyskie z ludźmi o ambicjach politycznych sprzecznych z interesami PRL, są w świetle ostatnich wydarzeń oczywiste. (Uchwała Plenum Zarządu Uczelnianego ZMS Politechniki Warszawskiej podjęta w dniu 12 marca 1968 r. ) I tak dalej w tym duchu.
Następnie 13 marca odbył się legalny wiec studentów PW, na którym podjęto trzynastopunktową rezolucję. Odpowiedzią było „Stanowisko Komitetu Zakładowego PZPR Politechniki Warszawskiej w sprawie ostatnich wydarzeń w środowisku studenckim zaprezentowane w dniu 17 III 1968 r. na zebraniu aktywu partyjnego Uczelni, zaś w dniu 18 III 1968 na zebraniach studenckich” oraz Uchwała Senatu PW z dnia 15 III, podpisana przez Rektora prof. Dionizego Smoleńskiego. W kilka dni potem, 19 III radio i telewizja transmitowały pięciogodzinne przemówienie Władysława Gomułki z wyraźnymi akcentami antyinteligenckimi i antysemickimi. Teraz już nic nie mogło zatrzymać popieranej przez partię hecy antysemickiej, a z drugiej strony strajków studenckich.
Strajk okupacyjny na Politechnice rozpoczął się 21 marca, na teren nie wpuszczano obcych, ale pracownicy mogli wchodzić i wychodzić bez kłopotu. Wszyscy członkowie partii pełnili całodobowe dyżury. Na Gmachu Głównym PW wisiał olbrzymi plakat, na którym były wypisane żądania studentów.
W trakcie strajku doszło do ataku ZOMO na Gmach Wydziału Elektroniki. Nie byłem przy tym, ponieważ parę godzin wcześniej poszedłem do domu chwilę się przespać, ale opowiedziano mi, że wywiązała się bijatyka i oddziały milicji zostały odparte. Gdy wróciłem, zobaczyłem zabarykadowane wejście do Gmachu Głównego i całkowicie pusty plac przed Politechniką, obstawiony milicją. Nie wiedziałem, czy dotrę bezpiecznie do Gmachu, ale jakoś nie zaczepiany zostałem wpuszczony przez dyżurujących studentów. Narastało poczucie zagrożenia, Politechnika była otoczona oddziałami ZOMO i było wiadomo, że jeżeli dojdzie do ataku, to wielu studentów zostanie ciężko pobitych. Rektor, zdając sobie sprawę z sytuacji, wydał 22 marca odezwę do studentów, żądając zakończenia strajku i przystąpienia do zajęć od rana 23 III. Sytuacja była trudna, z jednej strony wielu pracowników bezpartyjnych i partyjnych namawiało studentów do zakończenia strajku i opuszczenia terenu Politechniki, z drugiej strony studenci obawiali się, że gdy będą wychodzili z budynku, milicja będzie ich wyłapywać i bić. Typowa dla nastrojów wśród studentów może być moja rozmowa z jednym ze studentów wydziału Elektrycznego, który w drodze do domu musiał dojść do stacji kolejki. Kiedy namawiałem go do opuszczenia gmachu Politechniki, on zapytał, czy nie zostanie pobity? Na co odpowiedziałem, że nie mogę za to ręczyć, ale jeżeli chce, to mogę go odprowadzić na dworzec, ryzykując, że jeżeli przyjdzie co do czego, to zostaniemy obaj pobici. Zrezygnował z mojej propozycji i jak się potem dowiedziałem szczęśliwie dotarł do domu. Ale to oddaje atmosferę tych ostatnich godzin strajkowych.
Po 23 marca na Politechnice niby wszystko wróciło do normy, ale nadal trwała nagonka antysemicka i antyinteligencka. W prasie ukazywały się artykuły pisane przez „ludzi marca” takich jak Kazimierz Kąkol, Tadeusz Walichnowski, Ryszard Gontarz, Wiesław Mysłek, Tadeusz Kur i inni, piętnujących profesorów z Uniwersytetu Warszawskiego, „komandosów marcowych” i tzw. ‘encyklopedystów” i dających do zrozumienia, że wszystko razem jest wielkim spiskiem żydowskim. W tym tonie także odbywały się zebrania Komitetu Zakładowego. Z tego okresu utkwiły mi w pamięci pewne zdarzenia, które zaważyły na tym, że nagle poczułem się stuprocentowym Żydem. Nie pamiętam ich kolejności w czasie, ale miały one miejsce po marcu 1968 roku.
W kwietniu, szczególnie po sławetnym przemówieniu Gomułki w Sali Kongresowej w dniu 19 marca, w ramach kampanii antysemickiej zaczęto poszukiwać Żydów, których można zmusić do emigracji. Objęło to także Politechnikę, chociaż w znacznie mniejszym stopniu niż Uniwersytet. Wynikało to z faktu, że pracownicy Uniwersytetu to humaniści, mający dobre podstawy do dyskusji ideologicznych w odróżnieniu od inżynierów z Politechniki. Jednak i tu rozpoczęto sabat czarownic.
Nastrój jaki mnie wtedy otaczał dobrze oddaje następujące zdarzenie. Jak już wspomniałem pierwsza propozycja, żebym został sekretarzem OOP, wyszła od dr Krystyny Bieńkowskiej – adiunkta w Katedrze Matematyki D. Krystyna była żoną Edmunda Lipińskiego, pracownika na Wydziale Elektrycznym, który w 1966 roku zrobił habilitację, ale miał jakieś kłopoty z uzyskaniem etatu docenta. Państwo Lipińscy deklarowali mnie i mojej żonie swoją przyjaźń, bywali u nas na Saskiej Kępie i zapraszali do siebie. Ta sielanka trwała do marca 1968, kiedy pewnego dnia spotkałem Krystynę, która powiedziała mi wprost: „przykro mi Tomku, ale musisz zrozumieć, że nasza znajomość musi się skończyć, ponieważ dalsze jej trwanie może wpłynąć negatywnie na nasze kariery na Politechnice”. Takich sytuacji w owym czasie miałem więcej, tylko że w większości wypadków nikt nie stawiał sprawy tak otwarcie.
Jednak najważniejsze dla mnie znaczenie miał incydent na jednym z zebrań Komitetu Zakładowego. I sekretarz Tadeusz Kalewski, informując towarzyszy o tym jak to Żydzi szkalują naród polski, opowiedział, że jedna z Żydówek napisała w swoim pamiętniku, że getto warszawskie było obstawione nie tylko żandarmerią niemiecką, ale również polską granatową policją. Miało to być stwierdzenie oburzające i kłamliwe. Ja z kolei pamiętałem, że moją siostrę w czasie okupacji zaczepił na ulicy i odprowadził na posterunek przy getcie właśnie „granatowy” policjant, a moją kuzynkę również polski policjant przepytywał ze znajomości pacierza. I wtedy nie wytrzymałem i po głosach oburzenia moich kolegów z KZ, powiedziałem, że syjonizm syjonizmem, ale niektóre wypowiedzi są zwyczajnie antysemickie. Zapadło milczenie, po czym jeden z członków egzekutywy KZ powiedział, że widać, iż tow. Prot nie rozumie aspektów politycznych przemian dokonujących się w kraju i my towarzyszowi możemy to wytłumaczyć. I wtedy, wstyd się przyznać, tak się przestraszyłem, że mnie wyrzucą z Politechniki i zmuszą do emigracji, że zacząłem coś bredzić, o moim węgierskim pochodzeniu, o mamie z Kossuthów (zmienione, fałszywe okupacyjne nazwisko rodowe mamy) oraz o potrzebie właściwego przedstawienia partyjnych racji. Ale po tym zebraniu odczułem straszne upokorzenie, że dałem się tak zastraszyć, że wyparłem się moich przodków i moich bliskich, którzy ponieśli śmierć w czasie Zagłady i postanowiłem, że nigdy więcej tego nie zrobię, że odtąd na zawsze będę Żydem. I tak dla mnie zakończyły się dni marcowe.
Zresztą wkrótce odbyły się wybory i zostałem szeregowym członkiem partii. Wszyscy moi towarzysze z Komitetu Zakładowego PZPR z okresu marca 1968 zostali nagrodzeni za właściwą postawę. Adiunkci, którzy mieli jaki taki dorobek, zostali docentami, J. Buć został Dyrektorem Instytutu Mechaniki Precyzyjnej, S. Pasynkiewicz został Rektorem PW (kadencja 1973-1981), podobnie Z. Grabowski (kadencja 1985-1988 – po odwołaniu Władysława Findeisena), H. Frąckiewicz został rektorem Kielecko-Radomskiej WSI, przemianowanej później na Politechnikę Świętokrzyską itp.
A ja, zgodnie z tytułem tych wspomnień, zostałem już na zawsze Żydem!

Reblog: Drobnostka

Magdalena Parys o Marianie Stefanowskim
na blogu tygodnika “Zwierciadło”; kiedyś

Historia I. Człowiek z historią

BILLY_WILDER_-13Poznałam go kilka lat temu temu. Umówiliśmy się na zdjęcia. Potrzebne było mi chociaż jedno, jakiekolwiek. Wsiadł do mojego samochodu i od razu pomyślałam, że go lubię.
Ja gadałam. On milczał. Potem powiedział parę zdań. Zamilkłam, aż do końca naszej wspólnej drogi. Po tych paru zdaniach nie widziałam w nim fotografa, zdjęcie też już nie było ważne. Ciekawy był ON. Człowiek z historią.
W Polsce pracował dla różnych wydawnictw prasowych. Był fotoreporterem na etacie starszego fotoreportera.
Przyjechał do Berlina Zachodniego wiele lat temu na jeden dzień, aby zakupić lampę błyskową do aparatu fotograficznego. Kilka dni później umówiony był na reportaż z Catherine_Deneuvemłodymi gwiazdami jazdy figurowej na lodzie i mistrzyniami kraju w gimnastyce artystycznej. Bez lampy ani rusz.
W Berlinie zatrzymał się u znajomych dosłownie na jedną noc. W sobotę zakupił lampę METZ 45CT i chciał wracać do domu. Ale znajomi mówią: co będziesz tak zaraz wracał, chodź z nami do znajomych! Poszedł do tych znajomych. Zima stulecia, zimno jak diabli. Przespał się u nich, z nimi razem w dużym małżeńskim łóżku, młodzi studenci, mieszkanie na Kreuzbergu, samo życie.
Następnego dnia czas wyjeżdżać. Poszedł jeszcze na pchli targ, kupił parę płyt i szykuje się z powrotem do Polski. A tu znajomi mówią, że w Polsce wojna.
DANNY_DE_VITO_-6– Jaka wojna, czyja? – pyta.
– Wojna!
Dzwoni do Polski. Telefon głuchy. Na polskich falach radiowych – Chopin. Ktoś coś wie? Nikt nic nie wie. Może żart? Chyba żart. Trzeba przeczekać.
– I tak czekałem, męcząc siebie i innych. Wyszedłem z domu 11 grudnia 1981 roku w zimę stulecia i do dziś nie wróciłem. Jak ten facet z tego żartu, co wyszedł po papierosy.
Nie zaśmiał się, ja też nie.
Poszliśmy robić zdjęcia.

Historia II. Człowiek ze zdjęciem

Daniel_OlbrychskiNie umiem pozować do zdjęć. Poza tym nie mogłam się skoncentrować, ponieważ myślałam przez cały czas o historii byłego fotoreportera na stanowisku starszego fotoreportera. Marian nie tracił cierpliwości. Szukał odpowiedniego światła. Tyle zdjęć już zrobił, ja tysiąc póz, ale widzę, nic mu się nie podoba. Mijają godziny, ja już nie mogę, za chwilę ma przyjechać po niego przyjaciel i zawieźć ze sprzętem do domu, bo wiadomo, zdjęcia, to nie tylko aparat, to statywy, lampy i jakieś sztuczne światła w postaci wielkiego czegoś srebrnego i metrem się tego nie przewiezie.
Przyjechał nasz wspólny przyjaciel i czeka. Marian dalej robi zdjęcia. Przyjaciel wzdycha, zjada ciasto, wypija kawę i macha ręką.
– On tak zawsze!
Gregory_Peck_I teraz znajmy opowiada mi ciąg dalszy historii. Mariana.
Marian znalazł się w Berlinie Zachodnim bez szczoteczki do zębów za to z lampą błyskową. Obce miasto, obcy język. Rok 1981 i nie ma dokąd iść, co ze sobą zrobić. Odpowiadam temu przyjacielowi, że pewnie gdzieś tam w końcu zamieszkał, coś ze sobą robił. Jestem spocona, głodna i chyba naprawdę niefotogeniczna. Marian dalej szuka światła. Jaki miły – światła szuka.
– No zamieszkał. Przychodzę do niego, wieszam przy ścianie na haku kożuch, a kożuch przymarzł do ściany, wyobrażasz sobie?
Nie za bardzo.
Isabelle_Rossellini.1748– Jest! Mam to zdjęcie! To jest TO zdjęcie – przywołuje nas do siebie Marian. Wygląda naprawdę na szczęśliwego.
Potwierdzają się moje obawy. Trzeba blisko tysiąc zdjęć, żeby machnąć mi jedno dobre. Pakują, jadą.
Marian wysyła mi następnego dnia zdjęcia. Nie jedno. Kilkadziesiąt. Wszystkie są… niesamowite. To ja? Nie wiem, które wybrać na okładkę książki.
Po jakimś czasie spotykam Mariana. Chcę, żeby mi opowiedział, jak dalej się jego sprawy w Berlinie potoczyły. Mówi, że różnie bywało i pyta, kiedy zrobimy zdjęcia u niego w studio, bo przydałyby się inne. Pewnie, że zrobimy i pytam znów o to samo, więc mówi, że w Jodie_Foster_31982 roku pracował dla różnych wydawnictw emigracyjnych, a pięć lat później otrzymał propozycją z FDK Arsenal. Chodziło o naprawienie i przygotowywanie do pokazu filmów archiwalnych. Po roku zapytano go, czy nie zechciałby poprowadzić całego archiwum. Dowiaduję się, że rozpoczął od 750 filmów, dzisiaj archiwum posiada ich ponad 14 tysięcy. Większość to unikaty, jedyne takie kopie na świecie, w latach 60 i 70 kręciło się na tak zwanej odwrotkach, czyli na filmie pozytywowym. Film bez negatywu.
Pyta czy rozumiem. Nie rozumiem.
Rozumiem tylko, kiedy mówi, że to po USA drugie co do wielkości archiwum filmu eksperymentalnego na świecie. I to jeszcze, że dla niego najważniejszą sprawą jest doprowadzenie kopii do stanu projekcji. Pytam o ręce. Chowa je za siebie. Ręce KRZYSZTOF_KIESLOWSKI_-6zniszczone, bo wciąż kontakt z chemią. Alergie się porobiły. Zmienia temat. Jest najszczęśliwszy na świecie, kiedy może doprowadzić taki stary film do używalności. Pytam o zdjęcia. Odpowiada, że takie tam drobnostki jeszcze robi, wystawy na przykład.
Rozmawiam o tych „drobiazgach” ze znajomymi. Okazuje się, że Marian współpracuje na stałe z Niemieckim Muzeum Kinematografii Filmowej i Telewizyjnej w Berlinie. Wykonuje najróżniejsze prace do katalogów, wystaw, publikacji.
– W tym MUZEUM na Potsdamer Platz?
– W tym.
Liv_Ulmann_-Norwegen_1994Aha. To zapewne jedna z tych „drobnostek”, jak i ta, że pierwszą wystawę miał w Berlinie już w 1985 roku, a w roku 1988 zaczął wystawiać prace z tak zwanej „GUMY”. Dowiaduję się też zupełnie przypadkiem, że to jeden z najbardziej ulubionych fotografów Catherine Deneuve. No pewnie, cóż w tym dziwnego. Marian dalej mówi o tych swoich archiwach, o zdjęciach jakiegoś tam Billy Wildera czy Alana Delona ani słowa.
Marian ciekawi mnie coraz bardziej jako fotograf. Piszę do niego maila i pytam o te wystawy, odpowiada, że nic wielkiego, nic takiego i że Sophia_Loren_7kiedyś lubił kręcić, kiedyś dawno temu, reportaże kamerą 35 mm, ale to było tak dawno, że nie wie, czy to prawdziwe było, pamięta tylko kamerę. Prawdopodobnie powróci do tego, zbliża się bowiem nieuchronnie czas dojrzewania do niedosłyszenia, niedowidzenia, wypadania włosów i… to będą wspaniałe filmy, lekko nieostre, ale za to … O wystawach, zdjęciach i ciekawych ludziach, których spotyka ani słowa. Znów naciskam, ale widzę, że nie chce już o tym mówić, twierdzi że jest tylko dobrym fachowcem, tak jak inni w swoim zawodzie. W odpowiedzi pytam o zdjęcia z „gumy”. Specjalnie o tę technikę pytam, bo wiem, że to jego ulubiona. W ten sposób Daniel_Olbrychskiwywoływano zdjęcia 150 lat temu. Przesyła wreszcie… Zobaczcie sami….

***
Fotografie Marian Stefanowski. Z góry na dół: Billy Wilder, Catherine Denevue, Danny de Vito, Daniel Olbrychski, Gregory Peck, Isabelle Rossellini, Jodie Foster, Krzysztof Kieślowski, Liv Ullmann, Sophie Loren, Tom Hank. Zdjęcia wykonane techniką odbitek na gumie. Na swojej stronie internetowej Marian pisze:
Gum printing is an old photographic process which experienced its heyday at the turn of the century. The term ‘art photography’ is inseparable from the technique of gum printing. It was used because, unlike pure photographic printing, it opened up a number of creative possibilities. It allowed one to alter, deliberately emphasise or subdue shades of colour and creates pictures according to one’s own specifications.

Więcej o MarianieXXXXX Więcej o Magdzie

Wykłady profesora Dąbrowskiego. I. Szlachta. Prolegomena.

profdabrowskiKiedy przygotowywałam wpis o wystawie Ryszarda “Złota rybka i rower”, znalazłam w sieci informację, że pochodzi on z rodziny tatarskiej i że jeszcze jego babka była tatarską szamanką. Z tej krótkiej notatki prasowej wynikało, że Ryszard sporo wie o swych tatarskich korzeniach.  Zaciekawiło mnie to, bo my też jesteśmy potomkami polskiej rodziny tatarskiej, po stronie babki ojca nosimy nazwisko Kryniccy, a to są spolonizowani i uszlachceni Tatarzy, pieczętujący się herbem Korab. Ale prawdę mówiąc nikt z nas chyba nie wie nic więcej na ten temat, ja może odrobinkę więcej niż reszta rodziny, bo podczas zajęć z antropologii (archeolodzy i tego się uczą) dowiedziałam się o istnieniu plamy mongolskiej i za pomocą badań wizualnych, przeprowadzanych głównie na plażach i basenach, ustaliłam naocznie, że wszyscy ją mamy. Poza tym niektórzy faceci w naszej rodzinie mają “dzikie wejrzenie”, takie spode łba, które wydaje mi się nader tatarskie,

I to by było na tyle.

Tymczasem Ryszard Dąbrowski, zapytany, czy dałby mi na blog jakiś tekst o jego rodzinnych Tatarach, przysłał mi serię wykładów o szlachcie i Tatarach. Te tematy się łączą, a jak, to zobaczycie za kilka tygodni. Postanowiłam bowiem ponowić polskie zabawy z tytułem profesora i mianować Ryszarda profesorem mianowanym (przeze mnie). Byli już Profesor Mmaa, termit, z “Wykładu profesora Mmaa” Stefana Themersona, był Jan Tadeusz Stanisławski, profesor mniemanologii stosowanej,  Profesorek Nerwosolek z  Antresolki Tadeusza Baranowskiego czy profesor Gąbka, prowadzący ekspedycję do Krainy Deszczowców w powieściach Stanisława Pagaczewskiego. Był wreszcie Profesor Tutka Jerzego Szaniawskiego. Wydaje mi się jednak, że Ryszard Dąbrowski ze znanych polskich profesorów najbardziej przypomina…

filutek-kotOtóż, Proszę Państwa, Ryszard Dąbrowski będzie od dziś prowadził Czwartkowe Wykłady o różnych sprawach, w tym o szlachcie i Tatarach, a może, jak się rozpędzimy, i na inne tematy. I mimo mojego dowcipkującego wstępu, wykłady będą poważne.

Geneza polskiej szlachty, jej rozkwit i upadek

Na przełomie VI i VII wieku dokonuje się na terenach polskich eliminacja rodów jako czynnika ustrojowo-politycznego na rzecz organizacji państwowej. Zaczynają kształtować się struktury feudalne oraz monarchistyczne, które umacniają się w X i XI wieku. W XI i XII wieku indywidualizuje się własność ziemska oraz powstają nowe rody zawiązywane przez rycerstwo – posiadaczy ziemskich, zobowiązanych do służby wojskowej. W niektórych przypadkach rody te powstają na pniu starych, najczęściej są one jednak „świeże” i przywłaszczają sobie część „starej rodowej ziemi”. W celu powiększenia drużyn do obrony państwa, książęta masowo nadawali rycerstwu ziemię w zamian za obowiązek służby wojskowej. Początkowo, aby zostać przyjętym do rycerstwa, należało umieć władać bronią i być ochrzczonym. Rycerz powinien wykazywać się honorem, dumą, odwagą i męstwem, wiernością danemu słowu oraz hojnością. W miarę upływu czasu przyjęcie do rycerstwa ograniczono tylko dla potomków rodzin rycerskich mających majątek i posiadłości ziemskie. Zaczęło kształtować się pojęcie szlachty – ludzi pochodzących z rodzin rycerskich. Rycerstwo biedne nie weszło do rodów heraldycznych, praw do herbu nie otrzymało i znalazło się poza szlachtą.
W XII wieku posiadanie ziemi nabrało charakteru pełnej własności wraz z prawem jej dziedziczenia.

Szlachta otrzymała szereg praw i przywilejów: prawo do dziedziczenia ziemi, imunitet ekonomiczny i sądowy, zwolnienie od ciężarów prawa królewskigo, np. z cła od soli oraz na przywożone artykuły i wywożone płody rolne, prawo zapewniające szlachcie wyłączność kupna ziemi czy zobowiązanie króla do wykupywania szlachty z niewoli.
Szlachectwo można było także utracić poprzez otrzymanie wyroku śmierci, ciężkiego więzienia lub banicji, zamieszkanie w mieście lub zajęcie się handlem oraz oddaniu się szynkarstwu. Definicja szlachectwa i przynależność do tego stanu ewoluowały na przestrzeni wieków. Niekiedy, aby być szlachcicem należało mieć oboje rodziców stanu szlacheckiego, kiedy indziej tylko ojca.
Szlachta umacniała nieustająco swoje prawa i przywileje oraz pozycję, godząc się na przekazywanie monarsze środków finansowych lub na przyszłego następcę tronu tylko i wyłącznie w zamian za kolejne przywileje. Ważnym elementem rozwoju stanu szlacheckiego było powstanie w końcu XV wieku, wyłonionego z prowincjonalnych sejmików, szlacheckiego parlamentu. Teraz nie król nadawał szlachcie przywileje aby ją zjednać, lecz ona je sama sobie w kolejnych konstytucjach sejmowych nadawała. Jedną z pierwszych w 1505 roku była „nihil novi”, która ustanowiła, iż król bez zgody szlachty nie będzie mógł stanowić rozporządzeń naruszających jej praw i wolności.

Szlachta polska była jedyna w całej Europie równa i bez utytułowanej arystokracji, bez tytułów książęcych (poza kilkoma litewskimi) i bez orderów, które czyniłyby wyłom w demokracji i solidarno-ści szlacheckiej. Miało to i złe strony jak elekcja, lberum veto, próżność i anarchia, które potęgował fakt, iż w Polsce w stosunku do populacji ludności, szlachty było w porównaniu do innych krajach europejskich około 10 razy więcej. Czasy saskie były apogeum i karykaturą tej sytuacji.
Ekonomicznie różnice były ogromne; z jednej strony Radziwiłłowie, Potoccy, Czartoryscy i Sapiechowie, a z drugiej chmary szlachty zaściankowj żyjącej na poziomie chłopstwa lub nawet poniżej. Pomału szlachta bezrolna przemieniała się w bandy rabujące mieszczan. Margines społeczny powiększała grupa „szlacheckich” próżniaków, żebraków i pijaków.
Rozwarstwienie ekonomiczne szlachty powiększał duży przyrost naturalny i wynikające z niego dzielenie majątków. Z drugiej strony następowała kumulacja majątków ziemskich (latyfundiów) w rękach zamożnej szlachty (Zamojscy).
W XVII – XVIII wieku demokratyczna władza szlachty zaczęła przechodzić w ręce magnaterii, uzależniającej od siebie szlachtę średnią oraz drobniejszą. Do tej ostatniej grupy zaliczała sie szlachta cząstkowa – posiadająca ziemię i kilku chłopów pańszczyźnianych, szlachta zagonowa lub inaczej zagrodowa – posiadająca kawałek ziemi własnoręcznie uprawianej, szlachta czynszowa – uprawiająca ziemię cudzą, szlachta domowa – służebna u bogatych szlachciców oraz szlachta brukowa czyli gołota – nic nie posiadająca i żyjąca z żebraniny lub złodziejstwa oraz sprzedająca się każdemu, kto tylko jej usługi chciał kupić. Z czasem magnateria staje się potęgą polityczną, podporządkowując sobie miasta oraz ubezwłasnowalniając chłopstwo, które nie może już zmieniać pracodawcy.

Na mocy kolejnych konstytucji (1505, 1550, 1633 i 1677) szlachta nie mogąc osiedlać się w miastach i uprawiać rzemiosła lub handlu izolowała się i dystansowała od pozostałych grup społecznych. Od XVI wieku posiadała ona także wyłączność na piastowanie funkcji i godności kościelnych. Rozwój kapitalizmu następujący z opóźnieniem w Polsce, chronił szlachtę jako stan.
Możliwości awansu w jej szeregi i związanej z tym nobilizacji nie były jednak całkowicie zamknięte. Poprzez nadanie przez króla, rady rycerskie oraz sejm a także poprzez przekupstwo, pieniądze, adoptowanie lub samozwaństwo stawało się szlachcicem. Ułatwiał to fakt, iż w Polsce nie istniał urząd prowadzący rejestry szlachty rodowej. Od XVIII wieku, szlachectwo można było otrzymać także za pełnienie odpowiednich funkcji w administracji cywilnej lub wojskowej. Najprościej jednak było szlachectwo kupić, co wykorzystywały często bogate rodziny żydowskie.
Obalona została doktrtyna „błękitnej krwi” i szlacheckiego urodzenia. O szlachectwie zaczął decydować kapitał.

Dnia 3 maja 1791 r. sejm szlachecki uchwalił kolejną konstytucję. Była ona zaczątkiem rewolucji ideologicznej, zmierzającej do demokratyzacji Polski. Pierwszym krokiem w tym kierunku było zniesienie „liberum veto” i wprowadzenie decydowania większością głosów oraz ograniczenie praw publicznych drobnej nic nie posiadającej szlachty, kupowanej i sterowanej przez magnaterię. Konstytucja ta nie spowodowała niestety uwłaszczenia chłopstwa oraz uznawała katolicyzm za religię panującą, a odejście od niej za przestępstwo. Wzmacniała ona jednak procesy społeczno-polityczne, przyczyniające się do powstawania układu kapitalistycznego i różnicowała rozwarstwienie klasowe poprzez relegowanie drobnej szlachty ze stanu.
W okresie rozbiorów, zapoczątkowanych konfederacją targowicką (zawiązaną przez hetmanów F. K. Branickiego i S. Rzewuskiego oraz generała S. Sz. Potockiego) a także krótko po nich, drobna szlachta ulega dalszej deklasacji, a szlachta średnia tzw. sarmacka, ulegając tendencjom kapitalistycznym, osiąga awans ekonomiczny i intelektualny.

Polityka państw zaborczych, nie likwidując stanu szlacheckiego, dążyła do jego ograniczenia i osłabienia. Dotknięta tym została szlachta drobna i uboga. Magnateria i szlachta wielka zaraz po rozbiorach znalazła się w orszakach monarchów-zaborców.
Państwa zaborcze nie były tak jak Polska demokracjami szlacheckimi lecz monarchiami absolutnymi. W żadnym z tych państw nie było takiej ilości szlachty przyzwyczajonej przeciwstawiać się administracji państwowej. Opanowanie przyzwyczajonej do samopaństwa szlachty stało się dla zaborców koniecznością, a jedyną możliwością zrealizowania tego stanowiło zniszczenie jedności stanu szlacheckiego i jego rozwarstwienie.

W Cesarstwie Rosyjskim dawne bojarstwo, wyodrębnione w procesie historycznym i będące odpowiednikiem rycerstwa i europejskiej szlachty, zostało przez carów wytępione. Powołany został nowy stan urzędniczo-wojskowy, usłużny i posłuszny, nagradzany łatwymi do zniesienia „ukazami”. W zaborze rosyjskim, w systemie między chłopem-niewolnikiem a szlachcicem-ziemianinem nie było miejsca dla drobnej szlachty. W 1800 r. zażądano od polskiej szlachty wylegitymowania się ze szlachectwa i jego udowodnienia. Dla większości biednej szlachty było to niemożliwe do spełnienia. Stare patenty zaginęły lub zostały zniszczone podczas licznych pożarów spowodowanych wojnami i buntami chłopskimi. Powoływanie się na tradycję rodzinną nie wystarczało.
Ukazem carskim z 24.05.1818 r. z ksiąg szlachecko-genealogicznych zawiązanej Heroldii Królewstwa Polskiego wykreślona została cała szlachta, która nie wylegitymowała swego pochodzenia stanowego.
Po powstaniu listopadowym, będącym ruchem szlacheckim, „ukazem” carskim z 19.10.1831 r. z całej szlachty polskiej wyodrębniono „dworian” – nie skompromitowanych udziałem w powstaniu.
Z pozostałej jej części utworzono: „odnodworców” – niewylegitymowaną szlachtę wiejską i „grażdan” – niewylegitymowaną szlachtę miejską. Przy tej okazji w celu ograniczenia liczby szlachty wielu jej przedstawicieli zaliczono do stanu chłopskiego. W 1863 r. zniesiono stan odnodworców i grażdan, a szlachtę tę wcielono do gmin wiejskich i miejskich na zwykłych prawach.
Takie usunięcie ze stanu drobnej szlachty, która prawie w całości znalazła się w granicach zaboru rosyjskiego, przyspieszyło proces rozkładu szlachty polskiej.

Szlachta czynszowa i zagonowa o ile, za udział w powstaniach listopadowym i styczniowym, nie została karnie wywieziona w głąb Rosji, „schłopiała”. Szlachta brukowa – wtopiła się w środowisko miejskie a szlachta domowa, wobec likwidacji świt, zasiliła szeregi proletariatu wiejskiego i miejskiego, często cierpiąc biedę.
W szlachecko-demokratycznej Rzeczypospolitej wszelkiego rodzaju tytuły, poza kilkoma litewskimi wyjątkami, były prawnie zakazane. Zamożne rody szlacheckie, wzorem zachodnim, żądne były wszelkiego rodzaju tytułów arystokratycznych. Zaborca austriacki wypełnił te pożądania nadając za ogromne pieniądze tytuły hrabiowskie (2.400 dukatów) i baronów („tylko” 1.200 dukatów), zyskując przychylność i służebność możnych polskich rodów. Noworyszowska arystokracja zwabiona tytułami i możliwościami kariery dworskiej, odcięła się od pozostałej masy szlacheckiej, która, słabsza ekonomicznie i bez stosunków, stała się łatwiejsza do opanowania.
„Zwykłe” szlachectwo, zaliczające daną osobę do stanu rycerskiego, należało udowodnić przed specjalnymi komisjami. Stopień szlachecki otrzymywali także oficerowie, po trzydziestu latach służby wojskowej i udziału w co najmniej jednej wojnie oraz oficerowie, urzędnicy i ziemianie odznaczeni wysokimi odznaczeniami państwowymi. Tytuły barona nadawano komandorom wysokich orderów oraz szlachcicom odznaczonym orderem Marii Teresy za czyny bohaterskie.
W zaborze pruskim szlachta drobna była nieliczną grupą, a szlachta ziemiańska szybko i służalczo odnalazła się w strukturach zaborczych. Uznanie tytułów szlacheckich zależało od łaski monarchy. Członkowie polskich rodów szlacheckich będących na służbie u króla polskiego, po złożeniu lenna oraz hołdu królowi Prus, zaliczani byli do stanu szlacheckiego, co było równoznaczne z ochroną posiadłości. Również ci, którzy udowodnili, iż ich przodkowie od przynajmniej stu lat są szlachtą lub za taką ich uważano, otrzymywali w berlińskim „Heroldsamt” (urząd ten istniał do 1918 roku) certyfikat szlachectwa i prawo do używania przy nazwisku tytularnego członu „von”.
Do godności szlacheckiej wynoszone były także osoby pełniące przez długi czas wyższe funkcje państwowe lub wojskowe.

Można postawić tezę iż osoby, które podczas zaborów utraciły szlachectwo lub się o jego odnowienie nie starały, wykazały się starymi rycerskimi cechami: honorem, dumą, męstwem i wiernością. Jakże pogodzić udział w powstaniach listopadowym i styczniowym z usłużnym proszeniem okupanta o odnowienie i uznanie szlachectwa.

Uwłaszczenie chłopów (w Prusach zniesiono poddaństwo w 1807 roku, w Austrii w 1848, a w Rosji w 1861 roku) spowodowało ruinę wielu gospodarstw folwarcznych. Pozwoliło to szlachcie, bez szkody dla ich szlachectwa, na oddanie się zajęciom miejskim, handlowi i rzemiosłu, co kiedyś było zabronione. Szlachta zaczyna tracić swój dawny wymiar i charakter jednolitej kulturowo społeczności. Przyspiesza to rozkład tego stanu na klasy i jego upadek. Zaczyna się okres kultury poszlacheckiej. Szlachta istnieje już tylko formalnie, a w kapitalistycznym systemie społecznym wyznacznikiem staje się układ klasowy a nie stanowy.

Po odzyskaniu przez Polskę niepodległości, na mocy nowej konstytucji z 17.03.1921 r., w art. 96 zniesiono wszystkie szlacheckie przywileje stanowe, tytuły arystokratyczne i herby. Ani konstytucja Piłsudskiego z 25.04.1935 ani tym bardziej konstytucje powojenne nie przywróciły w Polsce stanu szlacheckiego i arystokracji.

Obecnie istnieje w Polsce kilka skłóconych ze sobą organizacji „monarchistycznych”, nadających (bezwartościowe) szlachectwo oraz przyznających swoim poplecznikom tytuły hrabiowskie. Działania te należy traktować pobłażliwie i z przymrużeniem oka i politowaniem. Dziwić należy się próżności osób gotowych za te „tytuły” płacić pieniądze.

Szlachta polska to zamknięty obszar historii polskiej, który już nigdy nie powróci.
Badając obecnie historię własnej rodziny możemy mówić jedynie o jej szlacheckim pochodzeniu. Analizując etymologię swego nazwiska można mówić o jego mniejszym lub większym historycznym znaczeniu i wywodzeniu go ze szlachty. Poznawanie tej historii i tradycji będącej jednym z elementów kultury narodowej jest naszym obowiązkiem, pozwalającym zgłębić dzieje naszych przodków, przybliżyć ich charaktery, a przez to także zrozumieć nam samych siebie, w znacznej części sterowanych otrzymanymi w spadku genami.

 Zdjęcie profesora – Krystyna Koziewicz

3003

Dorota Cygan

Kto mówi po polsku i jest z mojej generacji lub starszy, pomyśli może odruchowo, że chodzić będzie o dywizjon 303 i lektury naszej młodości, i jest o jedno zero za dużo (a że pisałam już kiedyś o zerach i było ich jakoś sporo, można pomyśleć, że to z obfitości dodałam jedno za wiele). Nie, o zera nie chodzi, o zerowatość tłumu tym razem też nie, ale o historię owszem. Od kilku dni do okrągłej liczby 3000 dodano trójkę – przybyły w Berlinie 3 nowe kamienie pamięci (Stolpersteine), o które mają się potykać nasze nogi (a tym samym myśli), czyli nasza berlińska pamięć zbiorowa. Na wypadek (na co dzień dość prawdopodobny), gdybyśmy zapomnieli, że z domów, w których dzisiaj mieszkamy, wywożono w okresie nazistowskim mieszkańców pochodzenia żydowskiego, najczęściej na zawsze.

stolpersteine1Niektóre Stolpersteine są nie kamieniem, ale belka pamięci  – jak tutaj, gdzie w jednym mieszkaniu zakwaterowano Żydów w tzw. pomieszczeniu do spania.

Kiedy kilka lat temu moja jedna znajoma napomknęła przy kawie, że właśnie umyła wodą i płynem kamień pamięci przed wejściem do kamienicy, w której mieszka, pomyślałam, że mogłabym myśleć sto lat, a i tak bym nie wpadła na taki pomysł, i że różnice mentalnościowe muszą być o wiele większe niż mi się na co dzień w tym mieście wydaje. Bo że dajemy pieniądze na jakieś akcje lub składamy tu i ówdzie podpis pod jakąś słuszną petycją, nie angażuje specjalnie naszej refleksji, dzieje się raczej automatycznie, w ramach jakiegoś minimalnego konsensusu i kropka. Ale wyobrażenie kobiety w statecznym wieku z wiadrem i wodą na chodniku, jak szoruje mosiężną oprawę kamienia ku zdziwieniu przechodniów, trochę mnie jednak przerosło – i pewnie dzięki temu to jeszcze pamiętam.

Co się działo od tej pory? Ludzkie zaangażowanie w zasadzie nigdy nie jest wielkością stałą, czyli albo rośnie albo maleje. Znajoma ta zainicjowała, oczywiście w ramach grupy roboczej w swojej dzielnicy, ileś kwerend archiwalnych dotyczących iluś osób deportowanych ze swoich mieszkań, zorganizowała ileś spacerów po mieście wiadomym szlakiem, napisała trzysta ileś stron doktoratu o ruchu społecznym, który wyniknął z pierwotnej idei artystycznej Guntera Demniga  – i usunęła ze swoich drzwi lub skrzynki na listy ileś kartek z pogróżkami lub obelgami pod swoim adresem. I właśnie tych kilka dni temu dała swoim czujnym oponentom, pragnącym zachować anonimowość, kolejny powód do interwencji, wygłaszając przemówienie przy okazji utworzenia (nie mogę wszak napisać „oddania do użytku”) trzech nowych kamieni pamięci. Mieszka bowiem bardzo w pobliżu.

stolpersteine2Takie listy znajduje aktywistka ruchu w swojej skrzynce na listy. Bywa gorzej, powiada.
Wczoraj naklejone – dziś już zerwane. W ciągu zaledwie 24 godzin, my, aktywiści Ruchu Przeciw Kamieniom pamięci, po raz kolejny uwolniliśmy ulice w dzielnicy Friedenau od waszej ohydnej propagandy, przygotowanej przez syjonistycznych “dobrych ludzików”. Będziemy czujni i w przyszłości i bądziemy rozszerzać nasze, skierowane przeciw wam, akcje. Dość kultu winy – uwolnić Friedenau od kamieni pamięci!

Nigdy dotąd nie byłam na takiej uroczystości, choć bywało, że przy różnych akcjach tzw. ‘Gutmenschen’(‚ludzi z definicji dobrych’) miałam z dystansu dość wyrazisty obraz, jak wyglądają, a nawet co mogą mówić. Zrobiłam więc tym razem kilka zdjęć dla siebie po to, żeby mi kiedyś własne stereotypy do końca nie przesłoniły rzeczywistości, a dla  czytelników blogu po to, żeby mieszkając w Polsce mieli jakiś kontekst obrazkowy, bo nasza kultura pamięci trochę ma inną dynamikę, inne grupy wsparcia i innymi się posługuje rekwizytami.

stolpersteine3Nowe kamienie pamięci umieszczone przed dawnym wejściem do nieistniejącego już domu. Dziś w tym miejscu stoi kościół. Uroczystości maja pełne poparcie kościoła, a nawet inicjatywa w wielu przypadkach pochodzi właśnie z kręgów kościelnych.

A dlaczego mi się wydaje warta opisania wiadomość z lokalnej gazety? (spokojnie, Czytelniku Berlińczyku, nie protestuj, tyle prawdy musisz znieść, Bundesrepublika oczywiście nie czyta publikatorów ze stolicy, bo generalnie wiadomo, że są prowincjonalne, więc powszechnie, nawet w Berlinie, kupuje się monachijską SZ lub frankfurcką FAZ). Czemu więc o tym? Bo zakładam prostą prawdę samozwańczego badacza historii życia społecznego, że jeśli u mnie samej co-kol-wiek po iluś latach życia w jednym mieście wywoła nieznaczne nawet „mhm”, to należy o tym napisać do Ewy polskiego odbiorcy. Powtórzę samokrytycznie „na-pi-sać”, nie tylko „pomyśleć do czytelnika“, bo jak tej uwagi nie zrobię, to administratorka blogu gotowa się okrutnie roześmiać. Ale nie schodźmy na cygańskie szlaki, tekst miał tym razem nie być „o niczym“, tylko o kamieniach pamięci.

Otóż mnie ten rodzaj pomnikowania wydarzeń minionych w ogóle bardzo przemawia do przekonania – przez rozproszenie, rezygnację z cokołu i nie tylko symboliczną oddolność inicjatywy. Ale zwłaszcza, że towarzyszy temu typowy element niemieckiej kultury dyskusji, czyli spieranie się o pryncypia, choćby o taką kwestię, na ile potykanie się o kamienie pamięci jest właściwą formą jej kultywowania, skoro chodzi jednak o deptanie po nich codziennie. I to jest dokładnie to, czego inicjatywy oddolne w tym kraju chcą zawsze i w każdej ilości, mianowicie dyskusji społecznej, która kanalizuje nastroje zbiorowe w bezpieczny sposób. Oraz tego, by wyjść z muzeów do ludzi, na ulicę.

Na pytanie, czego się można dowiedzieć śledząc kwerendę archiwalną, inicjatorzy odpowiadają, że można uświadomić sobie niby oczywiste rzeczy, np. że jeśli z jednego mieszkania deportowano 10 lub więcej osób, to były to po prostu tzw. Judenwohnungen, czyli mieszkania, w których masowo  zakwaterowywano osoby pochodzenia żydowskiego, wyłuskując potem jednostki do deportacji w różnych terminach; albo też np. informacje, z jakiego rzędu nakładem administracyjnym wiązała się wywózka, rozliczenie po fakcie rachunków za prąd, ponowne wynajęcie tych mieszkań, wycena pozostawionego majątku itp. A także, jakie trudności spotykały ofiary, jeśli jednak przeżyły wojnę i przyszło im akrybicznie dokumentować każdy najdrobniejszy etap tułaczki i stan posiadania przed wygnaniem. W kraju, gdzie dzięki skrupulatności aparatu urzędniczego zachowało się tak wiele danych, pozostało tez wiele śladów dokumentujących nader chłodny sposób obchodzenia się z ofiarami po wojnie. To właśnie ten element stosunkowo najbardziej porusza badających przeszłość, oswojonych przecież teoretycznie z okrucieństwami wojny, ale tym bardziej zszokowanych niespolegliwością powojennych instancji, zobowiązanych ustawowo do współpracy przy odkrywaniu prawdy.
Inicjatorzy mówią, że można wiele wyczytać z tych kamieni, jeśli się nad nimi pochylić. Stolpersteine – jak to kamienie – mówią do nas.

Wywiad z Petrą Fritsche:  http://youtu.be/tD4sLCpehRI

Raport z wizyty w zakładzie dla starców i niewidomych dzieci – 4

Poniedziałek.

Katarzyna Krenz

z cyklu

Raport z wizyty w zakładzie dla starców i niewidomych dzieci

Castelo de Vide, Convento de São Francisco

zdjęcie Jacek Dominiczak, malarstwo Jacek Krenz

J_Krenz_acryl_Ausencias3x4.

Bruno: na zielonych pastwiskach

Położyłem się i zasnąłem, i obudziłem się,
albowiem Pan mnie wspomaga.

Psalm 3 (tłum. Roman Brandstaetter)

Dach w naszym domu przeciekał od czasu
wielkiej wody, która wiosną roku 1911 zeszła
z nieba, napełniając gliną i płynnym szkłem
ogrody i doliny. Moje oczy ujrzały jeszcze wodę,
lecz potem całkiem przestały widzieć, o infekcję
i uszczerbek na zdrowiu nie było wtedy trudno.

W roku ognia pierwsze spłonęły nasze księgi –
kruche, podatne na dar płomienia. Niewierne.
Wraz z nimi porzuciły nas dalekie horyzonty.
Patio pokryło się popiołem, a ziemia spalona
nie służyła wtenczas nawet dla podkowy konia –
po pożarze w stajni zapanowała martwa cisza.

W roku wielkiej suszy nie mówiliśmy wiele;
spragnione gardła nie łaknęły słów. Słońce
umierało samotnie. Był to czas, gdy jedynie psalm
sześćdziesiąty trzeci koił nasze dusze. Wołaliśmy:
„Boże, Tyś jest ten, którego szukamy jak garści ziarna
i łyżki strawy na tej ziemi wyschniętej i bezwodnej”.

Człowiek wiele może znieść, lecz w taką porę
niebezpiecznie jest popaść w tęsknotę za chlebem i winem.
Nadzieja tliła się jeno w pestce i korzeniu. Resztką sił
chwaliliśmy imię Pana, wznosząc ręce do nieba, póki
nasze dusze nie nasyciły się jak sadłem i oliwą. Dzięki
wstawiennictwu aniołów o śmierć we śnie nie było trudno.

Nasza modlitwa o deszcz została wysłuchana i niebo
otworzyło śluzy na dni czterdzieści i tyleż nocy. Pleśń
pokryła ściany mojej celi, i wilgoć weszła w palce, aż
całkiem straciły czucie i przestały czytać. O śmierć przed
świtem z głodu i wychłodzenia było wtedy łatwiej niż o chleb
nasz powszedni. Tamtego roku ziarno zgniło w spichlerzach.

Dach przeciekał do końca. Martwa cisza w naszym domu
byłaby kompletna, gdyby nie to kapanie i jego echo –
wilgotne i uparte. Żwawe jak źrebak.
Prosiłem o łaskę snu wiecznego, i wyprosiłem, i zasnąłem,
bo wielkim królem jest Pan.
Zaświadczam, iż prawdę powiadał psalm dwudziesty trzeci:
tutaj na zielonych pastwiskach nie brak mi niczego.

RaportJD (16)

Koty i dzieci

Ewa Maria Slaska i Maryna Over o kotach

000Don Manuel Osorio de Zuniga - Francisco de GoyaFrancisco de Goya y Lucientes (1746–1828)
The Jules Bache Collection
Don Manuel Osorio Manrique de Zuñiga (1784–1792), possibly 1790s.

Zwróćmy uwagę, że ten namalowany przez Goyę chłopczyk, który tak młodo zmarł i nigdy naprawdę nie dorósł na tyle, żeby być panem, jest jednak panem, nie w sensie wieku lecz przynależności kastowej. Szlacheckie, arystokratyczne dziecko, bardzo ciche, bardzo spokojne, a obok niego ptaki i koty, też ciche i spokojne. Był synem księcia Altamiry. Współczesna krytyka sugeruje, że nic na tym obrazie nie jest prawdziwym portretem, są tu bowiem tylko symbole. Może dlatego wszystko jest tu takie ciche i spokojne. Don Manuel został być może namalowany już po śmierci, ptaszki w klatce są symbolem niewinności, a koty uosobieniem czyhającego na człowieka zła jakim jest nieokiełznana i dzika natura. A takie się wydają ciche i spokojne.
Sroka trzyma w dziobie wizytówkę artysty.

001Sarah Bushnell Perkins1790Również ten portret dziewczynki z kotem został namalowany w roku 1790. Stworzył go być może Beardsley Limner, który działał w latach 1785-1805, ale może być też inaczej i wtedy obraz ten namalowała kobieta, Sarah Bushnell Perkins (1771-1831). Nic nie jest tu pewne.  A ciocia Wikipedia, która zawsze i o wszystkim wszystko wie, w sprawie tego malarza i tej malarki milczy we wszystkich możliwych światowych językach. Barbara Wells Sarudy, autorka strony internetowej o sztuce “It is about a time”, którą już tu cytowałam, pisze: The Beardsley Limner (…) was an itinerant artist who executed several naive portraits along the old Boston Post Road, in Connecticut & Massachusetts, from about 1785 to 1805. This name is derived from portraits this artist made of Elizabeth & Hezekiah Beardsley. The Beardsley Limner may actually be a Connecticut pastelist Sarah Perkins. Some stylistic similarities exist between the two, but there are sufficient differences to raise questions about a definitive identification.

004Albert Anker Suisse 1831-1910-kotAlbert Anker (1831 – 1910), malarz szwajcarski, przywołał tym obrazem (Niedzielne popołudnie, 1861, Musée d’art et d’histoire, Neuchâtel) atmosferę niedzieli w rodzinie protestanckiej, choć po prawdzie nie wiem, co mi mówi, że to protestanci. Ale na pewno tak jest. Najstarsza córka (bądź młoda żona) czyta księgę, ojciec rodziny i córka przysłuchują się z uwagą, najmłodsze dziecko śpi, podobnie jak kot na piecu. Surowe, skromne życie, praca, powaga, wiara, szacunek dla Pisma. Piękne są tu te dzieci, ale też Anker był jednym z najważniejszych malarzy XIX-wiecznych, którzy ustalili kanon malowania dziecka jako dziecka, a nie – jak to przedtem miało miejsce – małego dorosłego. Anker namalował około 600 obrazów, z tego 250 to obrazy z dziećmi. Podobno, tak twierdzi Wikipedia, w jego przedstawianiu dzieci widoczne są wpływy pedagogów Jeana-Jacquesa Rousseau (1712–1778) i Johanna Heinricha Pestalozziego (1746–1827).

005Théophile-Alexandre_Steinlen_Chat_Noir1890 005atheophile-alexandre steinlen La Fillette au ChatTheophile Alexandre Steinlen (1859-1923) jest autorem wizerunku jednego z najsłynniejszych kotów europejskich, mianowicie secesyjnego, czarnego i paryskiego (1896), ale namalował też śliczną grubą dziewczynkę z czarnym kotem, który musiał być istotą niezwykłej wprost cierpliwości. W jego twórczości w ogóle jest dużo kotów, niemiecka Wikipedia nazywa go wręcz “niezmordowanym portrecistą kotów”, a w jego rzeźbie są właściwie tylko koty. Dziewczynka z kotkiem jest aktualnie wystawiona na sprzedaż i chyba nie wolno mi jej reprodukować. Ale w razie potrzeby będę się broniła tym, że zachęcam Was do kupna tego obrazu. Trzeba wejść na tę stronę i podać cenę. Napisałam, że zapłacę 100 euro, ale mail się nie wysłał.

003bRenoir Chlopiec z kotem 003aPierre-Auguste_Renoir_099Tych dwoje dzieci namalował Pierre Auguste Renoir (1841-1919). Niestety nie widziałam filmu Gillesa Bourdos z Michelem Bouquet i Christą Theret (2012) i w ogóle ze zdumieniem stwierdzam, że niewiele wiem o tym artyście, który jest chyba najsłynniejszym XIX-wiecznym malarzem europejskim, ale jeśli myślimy, że umiemy go z daleka rozpoznać, ostrzegam – Renoir w ciągu 60 lat czynnego życia namalował około sześciu tysięcy obrazów. Nie znamy ich, nie możemy ich znać i bardzo to przyjemne, bo zawsze nas coś nowego zaskoczy, tak jak mnie ostatnio ta dziewczynka w Musée d’Orsay.

002dziewczynkazkotkamiAndréeBosquet-1900LauraLaWasilewskaDresdenKatzen2012Andrée Bosquet (1900 – 1980) jest malarzem belgijskim, Laura La Wasilewska młodszą od niego o dwa pokolenia Polką. Czy mi się jednak zdaje, czy te dwie dziewczynki są do siebie podobne, mimo że jedna jest poważna, a druga się śmieje?
X
X
X
Poniżej dwóch chłopców z kotem, obaj zamyśleni, ale jak odmienni. Antoni Clavé (1913 – 2005), L’Enfant au Chat i Giuseppe Migneco. Jego chłopiec jest za duży i za dorosły, ale jednak artysta nazwał ten obraz Ragazzo con gatto (1970).

chlopcy-z-kotami

RomualdasPetrauskasX
Ten gruby żółty kot nadawałby się świetnie na partnera dla kota z podróbki obrazu Wodkina Wiosna, mógłby się więc znaleźć we wpisie sprzed tygodnia o żółtych kotach. Ale zasadniczo, oprócz ilustracji uzupełniających moje wywody, prezentuję tu obrazy nadesłane przez Marynę Over, a ten obraz Maryna przysłała dosłownie na ostatnią chwilę. To zresztą nadzwyczaj ciekawe, bo nie mogła wiedzieć, że tematem dzisiejszego wpisu są dzieci. Ale nie po raz pierwszy Maryna i ja myślimy o tym samym.
Romualdas Petrauskas, malarz kompletnie mi nieznany, podejrzewam oczywiście, że Litwin, ale żeby się czegoś dowiedzieć muszę sięgnąć do wiedzy Wujaszka Gugla. Informacji jest jednak niewiele, bo Petrauskas nie ma wpisu w Wikipedii. Jest jednak na Facebooku, skąd wiem, że to malarz współczesny, Litwin, mieszka w Panevėžys czyli Poniewieżu. Na Facebooku i w sieci jest dużo jego obrazów, czyli już wiem, że ten pucaty chłopiec z pucatym kotem to maniera artystyczna, a nie portret. Obraz zatytułowany jest Berniukas (a Google Translator podpowiada, że znaczy to Chłopak), a namalowany został w roku 2007.
I tak to, dzięki nowoczesnym metodom komunikacyjnym, w ciągu kilku minut dowiedziałam się czegoś o człowieku, o którym przedwczoraj w ogóle nie słyszałam.

Poza osadą Tczew

Kolejny tekst Romana Brodowskiego o zielonej miłości, a ode mnie – Redaktorki – postmodernistyczna zagadka – z nagrodą! Kogo i gdzie tu parafrazuję? Ja, nie Autor!
Rozwiązanie zagadki w komentarzach pod wpisem.

Roman Brodowski

Kiedy zimową nocą podróżny…

Nareszcie rozpoczęły się ferie. Długo oczekiwane, zimowe ferie. Spakowane walizki, od kilku dni stoją pod stołem, w oczekiwaniu na komendę wymarszu, na dzień naszego wyjazdu do rodzinnych domów, do naszych najbliższych, przyjaciół. Ja niecierpliwie liczę godziny dzielące mnie od spotkania z moją Marią, układając coraz to inny scenariusz tego wydarzenia.
Przed chwilą wrócił Mietek z dworca kolejowego z zakupionymi na wieczorne pociągi, biletami. Tak się złożyło, że obydwa wyjeżdżają, prawie równocześnie.
Pociąg do Gdańska o osiemnastej, a ten w kierunku na wschód, do Białegostoku dziesięć minut później. Jeszcze tylko wspólny, ostatni w tym roku obiad w stołówce, krótki odpoczynek przed podróżą, wkładamy mundury i… można powoli kierować kroki do dworca.

Pożegnaliśmy się kierownictwem internatu i z kolegami z klasy i wreszcie wyruszyliśmy. Na ulicach o tej porze mimo chłodnej, a ściślej mówiąc mroźnej pogody było jeszcze tłoczno i, wbrew naszym oczekiwaniom, nikt nie zwracał na nas szczególnej uwagi. Obładowani bagażami, zmarznięci i zmęczeni, dotarliśmy na dworzec pół godziny przed odjazdem pociągu.
Usiedliśmy w barze mlecznym i, popijając ciepłą herbatę z plasterkami świeżej cytryny, z uwagą wsłuchiwaliśmy się w skrzeczące zapowiedzi, wydobywające się z głośników. Tak usłyszeliśmy, że „pociąg osobowy z Krakowa do Gdyni, z powodu złych warunków atmosferycznych, jest opóźniony około czterdziestu minut”. Spojrzałem rozżalony na Mietka, który właśnie starał się wyłowić ze szklanki żółty, bogaty w witaminę C kawałek owocu.
– Cholera! – powiedziałem prawie krzykiem, przerywając panującą w poczekalni ciszę.
– Nie ekscytuj się, bo to ci tak czy tak, w niczym nie pomoże. Twoja Marylka czekała na Ciebie tyle czasu, że jedna godzina niczego nie zmieni – starał się mnie uspokoić Mietek.

Poczekalnia która jeszcze przed kilkunastoma minutami świeciła pustkami, teraz wypełniła się podróżnymi aż po brzegi, a my w obawie przed brakiem miejsc siedzących w pociągu i perspektywą wielogodzinnej jazdy na stojąco, obmyślaliśmy strategię działania takiej. Postanowiliśmy, że w momencie zatrzymania się pociągu, ja błyskawicznie wskoczę do wagonu, zarezerwuję miejsce i otworzę okno, a Mietek poda mi nasze bagaże, po czym zamienimy się miejscami. Mietek z natury jest spokojny i nieco ślamazarny, więc nic w tym dziwnego, że martwiłem się o komfort jego podróży.
Jak postanowiliśmy, tak też uczyniliśmy. Natychmiast po zapowiedzi pociągu, pośpiesznie udaliśmy się na peron, na którym stała już kilkusetosobowa grupa podróżnych.
Mietek pilnując naszych tobołków stał nieco z boku peronu, ja natomiast w chwili, kiedy pociąg zatrzymał się, przecisnąłem się przez najpierający tłum, otworzyłem drzwi wagonu i pod naporem „ludzkiej masy” wciśnięty zostałem do środka. Nie obyło się oczywiście bez inwektyw ciskanych w moim kierunku, ale czego się nie robi dla prawdziwych przyjaciół. Najważniejsze, że udało mi się zapewnić mu miejsce i to przy oknie, i w kierunku jazdy. Dalej poszło jak z przysłowiowego płatka. Mietek podał mi bagaże, wszedł do pociągu, usadowił się wygodnie na wskazanym przeze mnie miejscu. Ja natomiast, pożegnawszy się z nim serdecznie, opuściłem wypełniony już wagon, by stojąc na opustoszałym peronie, pomachać mu na pożegnanie.

Do odjazdu mojego pociągu pozostało jeszcze trzydzieści minut, które spędziłem w towarzystwie nieco starszej, dopiero co zapoznanej dziewczyny, która jak się okazało, tak jak ja, jechała na święta, tym samym pociągiem, w tym samym kierunku, tylko nieco dalej, bo do Gdańska. Zosia była studentką pierwszego roku pedagogiki i uczyła się na uniwersytecie śląskim.
Aby i nam udało się spędzić w godnych warunkach podróż, zastosowaliśmy ten sam fortel, co z Mietkiem. I tym razem wszyskto poszło zgodnie z planem. Zajęliśmy wygodne miejsca w przedziale, obok okna, na przeciwko siebie.
Zosia opowiadała mi o studenckim życiu, o planach na przyszłość, a ja w milczeniu patrzyłem na nią szukając w niej podobieństw do mojej Marii, i im bardziej ją obserwowałem, tym bardziej dochodziłem do wniosku, że nie ma nikogo, kto mógłby chociaż w najmniejszym stopniu jej dorównać.
Maria jest jak Nefretete, jak Mona Liza, tajemnicza, piękna, emanująca niebywałym i niewytłumaczalnym ciepłem. Jest jedynym egzemplarzem, jaki stworzył Pan Bóg i żadna, choćby nie wiem jak piękna kopia nie jest w stanie jej zastąpić – myślałem z dumą. Zosia mówiła, mówiła, mówiła, a ja oparty o rozkładany stolik, słuchałem jej cierpliwie, od czasu do czasu wtrącając jakieś słowo, aż w końcu, nie wiedząc kiedy, usnąłem.

Nagle poczułem delikatne szturchnięcie, oraz dobiegający z oddali głos.
– Obudź się! Zbliżamy się do Tczewa.
– Do jakiego Tczewa? – zapytałem zdziwiony – W Tczewie mamy być o czwartej rano, a my dopiero co wyjechaliśmy z Bytomia. Zosia roześmiała się dobrodusznie, podstawiając mi pod nos zegarek.
– O piątej rano? Dochodzi już piąta. Pociąg z powodu śnieżycy jest opóźniony o ponad pół godziny – powiedziała. – Całą noc spałeś, chrapiąc tak głośno, że zagłuszałeś ciągnącą nas lokomotywę – dodała, śmiejąc się jeszcze bardziej, a wraz z nią pozostali pasażerowie.
Czułem się bardzo głupio, i to nie z powodu chrapania, ale dlatego, że zasnąłem wówczas, gdy Zosia opowiadała mi o sobie. Bałem się, że mogła poczuć się z tego powodu urażona…, do czego miała pełne i słuszne prawo. Oczywiście, zacząłem przepraszać, prosić o wybaczenie, tłumaczyć się, a ona słuchając tego wszystkiego była wyraźnie zdziwiona i zażenowana moim szarmanckim zachowaniem. Pożegnaliśmy się ciepło, życząc sobie wzajemnie pięknych i szczęśliwych Świąt Bożego Narodzenia.

Na zaśnieżonym peronie, pośród wielu ludzi udających się do pracy, stała niewysoka, w szczelnie zapiętym, grubym płaszczu, czekająca na mnie, dobrze znana mi postać – moja dobra, kochana mateńka.

Uczę się Ciebie

Uczę się Ciebie Mario codziennie
Codziennie czytam twoje wyznania
I jest mi jakoś dziwnie przyjemnie
I coraz bardziej pragnę, kochania

Budze się ze snu wczesnym rankiem
Zły, że już muszę wstawać do szkoły.
We śnie byłem twoim kochankiem
To był czas dla nas bardzo wesoły

Gdy w siedzę w szkolnej, pustej ławce
Myślami pływam w marzeń świecie…,
Tam widzę Ciebie na huśtawce
I tam Cię obsypuję kwieciem.

Ty jesteś w moim sercu, we mnie
I będziesz po czas niezmierzony
Walczyć z tym faktem jest daremnie.
Kiedyś zagrają dla nas dzwony.

Uczę się Ciebie Mario codziennie
Noszę przy sobie fotografię.
I wiem, że pragnę Cię niezmiennie
Lecz tego wyznać nie potrafię

Bytom, 10.03.1977

A niech sobie mówi!

Ktoś powiedział, że jesień jest szara
Komuś smutno widocznie na świecie.
Dla mnie jesień jest porą poezji,
Którą tworzę kochanej kobiecie.

Ktoś powiedział, że nie lubi zimy,
Bo jest mroźna, bez koloru, biała,
Dla mnie zima to pora nadziei.
A nadzieja zawsze jest wspaniała.

Ktoś powiedział, że nie lubi lata
W lecie dużo słonecznych udarów
Dla mnie lato to pora szczególna
Czas miłości i miłosnych czarów.

Ktoś powiedział…, a niech sobie mówi,
Ja szczęśliwy jestem każdą, miła, porą
Zakochani przecież widzą tylko siebie,
Życie bardziej romantycznie biorą

Więc nie słuchaj moje Ty kochanie
Tych, co ciągle tylko narzekają
Widać, brak im tej mojej radości.
Oni Ciebie po prostu nie znają

Bytom, 23.11.1976

Po raz drugi

Katarzyna Kulikowska

Wiersze i rysunki z cyklu “Świat zawieszony na drzewie”

ilustracja do moich wierszy 5
Stary kalendarz

Otwieram stary kalendarz
Tam wyobraźnia śpi w obrazkach
Sny biegają po kartkach
Krajobrazy wierszy przenoszą mnie
Poza zasięg rzeczywistości
Dziecinna gra wije się niczym wąż
Marzec jest dziennikiem
Głos opowiadań mówi o codzienności
Staruszek kalendarz odczuwa
Każdym miesiącem moją obecność

Kwiaty z kalendarza

Kwiaty z kalendarza wyszły na ławeczkę
ukwieciły drewnianą deskę
mrużąc senne płatki
zamknęły się w szklanej pułapce

ilustracja do moich wierszy 1
Wenecja

W moim wnętrzu padał deszcz
Z ulewy wyłoniła się Wenecja
Spacerowałam weneckimi uliczkami
Poszukiwałam w kamieniczkach
horyzontów słońca
Znalazłam tylko mokre
ściany pokoju

Anioł

Pojawiam się w obłoku światła
Moje skrzydła falują
Mój uśmiech jaśnieje w ciemnościach
Moje oczy są pełne miłosierdzia
Gdy mówię gołębica nadlatuje
Rozpływam się w świetle
Gołębica odlatuje
Zostaje tylko słowo

ilustracja do moich wierszy 2
Wigilia

Śnieżne płatki niczym gwiazdki
rozświetlają noc
Jabłoń stroi się w białą sukienkę
Dom stoi zanurzony w śniegu
Za oknem lampka oświetla pokój
promieniując złotem
W kącie stoi choinka w bombkach,
dzwonkach, orzechach i piernikach
Rodzina siedzi przy świątecznym stole
Zapach choinki daje wrażenie
przebywania w lesie
Powietrze pachnie miłością
Dom śpiewa kolędę
Nagle rodzinie wyrastają skrzydła
Aureole świecą nad głowami
Bóg patrzy przez okno i uśmiecha się.

Niebo w szafce

Mężczyzna wymyśla sobie niebo
w szafce
Mieszka tam
Płaszcze są aniołami o skrzydłach
pachnących lawendą
Anioły w kieszeniach noszą małe
planety i papierowe ptaki
Mężczyzna słyszy nagle głos
kobiety
„Wyjdź, kochanie, z szafki”
Ziemia czeka na Ciebie

* cytat z Sylwii Plath

ilustracja do moich wierszy 3
Safona

Dziewczyna w turkusowym westchnieniu lata
całuje usta zachodzącego słońca
Wie że kocha swoje marzenia
lecz nie może odejść od siebie
Przechadza się promenadą i
rozpływa w morzu

Obłąkana słuchała
swoich głosów
jak skarg dzieci krzyczących jedno
przez drugie
Chciała je uspokoić jak morze w czasie
sztormu
ale tylko Bóg ma prawo rozkazywać
morzu a ono rozstąpi się
Walcząc ze sztormem umarła
przeszyta krzykiem dzieci
niczym włócznią

Mikroskop marzeń

Na strunach traw
jak na gitarze spokój gra
wachlarzem gałęzi chłodzi wiatr
Oryginalny patchwork
przysłania niebo
Zielone powietrze oddycha
Pozłacane nici na kontrabasie
kurza łapka prowadzi
do mikroskopu marzeń

Sen błyska i znika
Niczym świetlik
Tylko ciemność rozumie
Jego wieczną tułaczkę
Po ornamencie nocy.

ilustracja do moich wierszy 4


Skazany na ciszę

Głuchoniemy usiłuje przejść
przez próg własnej głuchoty
Otworzyć uszy zamknięte na kłódkę
Schwytać uciekające dźwięki
Nie może, więc poszukuje klucza
do jestem
i uczy się być

Introwertyk

Mam w sobie świat, który boli
Odczuwam każde słowo jak atak szpilek
Milczenie jak grad kamieni
Oddycham z bólem jakbym rodził krew
Zjadany przez węże myśli zmniejszam się
o istnienie

Kiedyś nastąpi ciąg dalszy