Szopa w salonie 12

Łukasz Szopa

S.T.S.

Dziś będzie trochę krócej. Nie żebym już z góry wiedział, ile mi się zechce i przyjdzie napisać – ale krótcej będzie, gdyż będzie o skracaniu. A właściwie – o spiskowej teorii skracania. Czyli S.T.S. Czytelnik zna mnie dotąd z dwóch przynajmniej anty-zalet: autowania się czymś tam, i brakiem skromności. No więc wyautuję się tym razem stwierdzeniem, że jednak wierzę w teorie spiskowe. A przynajmniej jedną. Nie, nie tą o żydowsko-masońsko-kapitalistyczno-komunistyczno-wegańskim spisku progenderowskich fake-newsów rozsiewanych za pomocą szczepionek spadających na nas przez cam-trailsy – gdyż to przecież oczywistość, nie teoria spiskowa, i na tyle znane, że nie ma co o tym pisać. Aha, miałem się też chwalić, nie tylko autować. No więc pochwalę się, że wierzę tylko w jedną teorię spiskową – tą, którą sam odkryłem. Czyli M.S.T.S. – moją spiskową teorię skracania.

Rzecz dzieje się głównie w Niemczech, choć może powinienem prowadzić badania więcej i szerzej, i okazałoby się, że nie lepiej ma się sprawa w Serbii, Polsce, USA czy Rosji. Ale skoncentrujmy się na języku niemieckim. Czy też, ściśle mówiąc – medialnym przekazie języka niemieckiego w przypadku skrótów.

Nie wiem, czy winna wszystkiemu „prasa“, a na pewno nie użyję terminu „Lügenpresse“ (ojej, użyłem!…). Ale stąd czerpię główny zasób dowodów. Czytając. I zauważając, że z biegiem lat (a czytam prasę niemieckojęzyczną od gdzieś 1987 roku), coś znika. (A to dopiero syndorom pierwszy!) A mianowicie – kropki. Punkty. Między literkami. Chodzi o skróty, które jeszcze w latach 60 i 70 zaznaczane były nie tylko dużymi literami, ale i kropkami pomiędzy. I tak Niemcy były wtedy w „E.W.G.“, w „U.N.O.“, w „N.A.T.O“ i tak dalej. W latach 80 i 90 to się zmieniło – okazało się, że znalazły się w całkowicie nowych organizacjach: „EG“ (i wkrótce potem „EU“), w „UNO“ oraz w „NATO“. O ile pierwsza zmiana była rzeczywistą zmianą nazwy, o tyle inne zmiany to po prostu zaoszczędzenie sobie kropek podkreślających skróty – pewnie podrożała nie tylko nafta (nie mylić z NAFTA!), ale i tusz drukarski i papier. Z „R.A.F.“ zniknęły wpierw kropeczki, potem cała RAF (chodzi o grupę terorystów, nie o brytyjskie siły lotnicze). USA z kolei nie tylko nie zniknęło, ale przeżyło i następną „reformę skrótowania“. Ostatnim Mohikaninem była wspaniała „F.D.P.“, która do 1998 trzymała się kropek (cóż, mała partia, czuła, że może wkrótce całkiem zniknąć).

I to następny punkt (których nie ma!), nawet dużo bardziej podejrzany i godny krytyki, niemieckojęzycznego, potocznego skrótowania – zanikanie dużych liter. To prawda, „USA“ nadal tak się pisze, dobrze trzyma się również „EU“, „OSCE“, „BVG“ czy „NRW“. Różnie bywa to w przypadku „OPEC“/„Opec“ czy „ADAC“/„Adac“. A całkiem „zesłowiono“ już skróty jak „Fiat“,„Uno“, „Nato“ czy „Naftę“.

A problem według mnie podwójny. Po pierwsze, łatwo o konfuzję – nie tylko gdy „Uno“ pojawia się bez „Fiata“, ale i gdy pojawiają się wspólnie. Dużo większym problemem jest jednak fakt, że obydwa zabiegi – niby graficzne, niby typograficzne – to znaczy po pierwsze usunięcie kropek, po drugie robienie ze skrótów wielkoliterowych „słów“, mają jeden niszczycielski efekt: czytelnik/odbiorca z czasem zapomni o tym, że dane słowo to właściwie skrót, a następnie – przestanie się pytać, „a co ten skrót właściwie znaczy“? Dlatego uważam te zabiegi za spisek – a odpowiedź redakcji na moje interpelacje (jedynie „Süddeutsche Zeitung“ raczyło raz odpowiedzieć), że „nie ma tu reguł, że tak się z czasem i przyzwyczajeniem przyjęło, że niektóre skróty się przerabia w słowa“ – tylko moją teorię potwierdzają. Bo niby prawda, „Uno“ wypowiedziane po włosku brzmi piękniej niż „United Nations Organization“, i po co zastanawiać się, co ma „Nato“ wspólnego z akwenem atlantyckim (którego członkiem są nie-atlantyckie kraje jak Turcja, Australia czy Słowacja).

A ja uważam, że powinniśmy wiedzieć, „kto zacz“, że po pierwsze coś skrótem jest, a po drugie – co znaczy. Nie tylko, by nie mylić „R.A.F.“ z „RAF“ czy „FKK“ z „F.C.K.“ Ale dla edukacji i codziennej świadomości w odbiorze newsów. Tym bardziej w czasach, gdy wg. badań opinii publicznej, tylko 55% pracowników branży IT wie, co oznacza „IT“.

Ja wiem, i jako pracujący informatyk właśnie tu pozwolę innym na wyjątek, i nie tylko ominięcie kropeczek, ale i „zesłowienie“ tego skrótu. Ale tylko, jeśli zechcecie mnie od dziś nazwywać „It-boy“!

P.S. Zapomniałem o trzecim punkcie M.S.T.S., czyli konfuzjowaniu. Bo Niemcy czasem robią skróty, które skrótami nie są. By nie dłużyć, dam dwa przykłady, tym razem bez interpretacji „dlaczego“ i „kto za tym stoi“: „OP“ i „KZ“.

A że i Niemcy na moją teorię nie potrafią odpowiedzieć, widać tu:

https://www.freitag.de/autoren/lukasz-szopa/die-abkuerzungsverschleierungs-info-avi

Festiwal piosenki natrętnej XII

Ten wpis powienien się oczywiście ukazać 1 listopada, ale się nie ukaże, bo to środa, a środa (co druga, ale tym razem i tak ta) to dzień Stuarta, nie ma więc odwołania. Drodzy Czytelnicy, cykl Barataria ustępuje dziś miejsca mistrzowi Brassensowi.

Tomasz Fetzki

Le Testament, czyli natręctwo w tych okolicznościach dość banalne, ale co mi tam!

Chcecie posłuchać o tym, że fajnie jest żyć, mimo iż śmierć nieuchronnie nadejdzie? Viator nuci sobie zawzięcie takie banały już kilka dni.

Wbrew pozorom nie dlatego właśnie ta piosenka przyplątała mu się natrętnie akurat teraz, bo tematyka zbieżna, bo zaraz zacznie się listopad, Dziady, wszyscy święci balują w niebie i tak dalej… Powód był nieco inny, ale o tym za chwilę.

Zwierzył się Viator jakiś czas temu, iż jest pesymistą. To prawda. Ale nie malkontentem! Wie, że tłumaczenie, zwłaszcza poezji, to diabelsko trudna sztuka. A efekt bywa, powiadają, jako niewiasta: albo piękny, albo wierny. I, mimo, że zna dokładnie treść oryginału, nie wybrzydza na nieścisłości przekładu. Sam by tego na pewno nie zrobił lepiej. Nawet nie próbuje.

Toteż nie poda własnego tłumaczenia utworu Brassensa. Przywoła raczej dwa już gotowe przekłady. Dlaczego oba? Bo każdy z nich ma w sobie to coś. Wersja Zespołu Reprezentacyjnego jest literalnie bliższa treści francuskiej, ale tekst mistrza Młynarskiego ma chyba więcej wdzięku. No i, przy całej sympatii dla Filipa Łobodzińskiego oraz Jarosława Gugały, trzeba jednak przyznać, że Piotr Machalica to lepszy interpretator.

Z tych dwóch prób da się chyba złożyć spolszczenie niemal idealne. Ale najpierw TRZEBA posłuchać, jak swój Testament wyśpiewał sam Georges:

Łatwo zauważyć, iż największa rozbieżność tłumaczeń dotyczy przyczyny, dla której Autor przybędzie z zaświatów prześladować swego następcę u boku małżonki (Znamy to zresztą skądinąd: jakżeż to leciało? Pod okna przyjdę kiedyś Twe w żółciutkim mym kostiumie, by regularnie straszyć Cię, najlepiej tak jak umiem – zgadnij kotku, skąd to). Reprezentacyjni mówią o kotach, bo tak głosi oryginał. Ale nie sposób uwierzyć, by Młynarski coś pomylił. I w rzeczy samej tak nie jest. On sam wyjaśnia swój wybór następującemi słowy: w “Testamencie” – Brassens pi­sze – “już niedługo moja żona znajdzie sobie faceta, który ma numer garnituru i buta taki sam jak ja i będzie z nią spał”. Ale, “ja liryczne” stawia jeden warunek – niech ten facet robi co chce z moją żoną, moimi butami, ale niech nie do­tyka “mes chats”. czyli “moich kot­ków”, co w argot znaczy “moich rze­czy osobistych”. Nieznający argot tłu­maczy: “że jak dotknie moich kotków – to go będę straszył”. Zapewne to prawda, jednak Viator pozwoli sobie skromnie tym razem się nie zgodzić z Tytanem Translacji. Raz, że powszechnie znana jest miłość Brassensa do kotów – wszak na niemal co drugiej fotografii towarzyszy mu jakiś puszek. A dwa, Wędrowiec to zaprzysięgły pieskolub. I wie, że to nie on osieroci swą sunię, ale już niedługo ona jego – co jest równie przygnębiające, niestety. Dlatego pozostańmy przy zwierzątkach.

I jeszcze jedno: Młynarski zamierza skubać akację, która wyrośnie na jego grobie – bo też ma do akacji swoistą inklinację. Lecz w oryginale jest mowa, jak to ujęli Reprezentacyjni, o chryzantemie. Choć i oni nie oddali w pełni brassensowej frazy, magicznie (jak na gust Viatora) nazywającej ową chryzantemę margerytką umarłych.

Ale co się tak Pielgrzym uparł na chryzantemę? Przecież chyba faktycznie Polacy częściej sobie wróżą, skubiąc akację niż jastruna złocienia? Pora na wytłumaczenie źródeł natręctwa. Kilka dni temu szlaki życia przywiodły Viatora, dość przypadkowo zresztą, na plantację chryzantem. Kwiaty jak kwiaty – piękne. Ale to lato w środku jesieni!

Śmierć niechybnie nadejdzie. Jest potężniejsza – tak, Wędrowiec to pesymista. Lecz życie jest piękniejsze – nie, Pielgrzym to nie malkontent.

“Santa Barbara” (reblogs)

Prezentujemy tu wystawę Anny Krenz zorganizowaną w ramach projektu PBW w dniu 20 października 2017 roku w galerii Suedblock na Kreuzbergu, ponieważ wystawa trwała tylko jeden wieczór i już następnego dnia została zdjęta

Elżbieta Kargol

Polenbegeisterungswelle / Fala zachwytu Polską
Wystawa Anny Krenz

Doszukiwałam się nie wiadomo czego, święta Barbara patronka również architektów, przecież artystka Ania (może na drugie Barbara?) jest z wykształcenia architektką. Potem Ewa uświadomiła mi, że to droga krzyżowa, więc znowu szukałam asocjacji z kolejnymi stacjami Męki Pańskiej. Ukrzyżowanie znalazłyśmy. Zmartwychwstanie też, które już do biblijnej drogi krzyżowej nie należy.


Artystka, jak na prawdziwą Barbarę przystało z koroną na głowie, rozwiała wszelkie nasze wątpliwości.
Najzabawniejsze jest to, że wcale o świętą Barbarę nie chodzi. Sztukę można przeinterpretować. “Santa Barbara” to amerykański serial telewizyjny wątpliwej jakości, który artystka pilnie śledziła i to był jej chyba trzeci upadek pod krzyżem.
Dla mnie ostatnią stacją drogi krzyżowej jest rysunek Antosia: wieża z trzema oknami, czwarte to wyjście, którym Barbara próbuje wydostać się na wolność, dwie małe wieże są dla łotrów, pierwszy już złapany, drugi chyba nawrócony, bo wyciąga z pudła mały krzyżyk.
Jednym z atrybutów Barbary były strusie pióra, symbol męstwa a więc struś podtrzymuje platformę, na którą Barbara mogłaby wskoczyć, gdyby chciała.
Ale czy zechce?
Świetna wystawa, świetne miejsce!!!
 

Anna Krenz

Santa Barbara

„Santa Barbara“* is a personal story, a kind of a diary of a little girl, who wanted to be a saint and a martyr. It is a story of a childish fascination of katholic narration, symbols and aesthetics. Holy images, incenses, ribbons and white dresses; relics, stigmata and blood.
The artwork, however, shows also dark sides of this fascination, which slowly reveal themselves shedding layers – showing hypocrisy, false and superficiality of what should have been spiritual and from definition good. The girl grows up, slowly opens here eyes and sees through, as one by one curtains fall off and reveal the reality of adult world.
Awakening – seeing for herself and leaving the Church is mixed with fascination of the Western pop culture which appeared in Poland right before and after the fall of communism. Its accidental and maybe banal manifestations influence the girl’s choices. The girl has to decide: should she go to the Church for the Sunday mass or stay home and watch an American soap opera?
The girl grown up today she has to deal with consequences of her choices, she counts with the past.
What influence has religious ethics and aesthetics on the girl? What fascinates her? What scares her? What is the role of coincidence in decision making? What will she choose?
The artwork is a series of different situations shown in comic style. There are 14 scenes / stations – resembling katholic Way of the Cross. However, the comics is 3-dimensional and up-scaled and consists of various layers. Its form symbolises layers of superficial spirituality and religiousness, behind which there is a deeper meaning and different (real?) world.

*„Santa Barbara“ is an American soap opera which was aired on Polish TV in the end of the 80s. The series was aired Sundays at 11 AM.

„Santa Barbara“* to osobista opowieść, niejako z pamiętnika małej dziewczynki, która chciała być świętą i męczennicą. Opowieść o dziecięcej fascynacji religijną narracją, symbolami i estetyką. Święte obrazki, kadzidło, kokardy i biała sukienka; relikwie, stygmaty i krew.
Jednak praca pokazuje i ciemne strony tej fascynacji, które powoli jak wartstwy pozłotki opadają, ukazując hipokryzję, fałsz i powierzchowność tego, co powinno być duchowe i z definicji dobre. Dziewczynka dorasta, powoli otwiera oczy, opadają kolejne zasłony ukazują realizm dorosłego świata.
Przebudzenie i odejście z kościoła przeplata się też z fascynacją „zachodnią“ kulturą popularną pojawiającą się przed i po upadku komunizmu w Polsce, której przypadkowe i może banalne działanie wpływa na podjęcie decyzji. Dziewczynka bowiem staje przed wyborem: czy w niedzielę iść do kościoła czy oglądać amerykańską operę mydlaną?
Dziewczynka już dorosła i dziś mierzy się z konsekwencjami podjętych decyzji i rozlicza się z przeszłością.
Jaki wpływ ma estetyka i etyka religijna na dziewczynkę? Co ją fascynuje? Co ją przeraża? Jaka jest rola przypadku w podejmowaniu decyzji? Co wybierze?
Praca składa się z sekwencji komiksowo opowiedzianych scen – jest ich 14, tyle ile stacji w drodze krzyżowej. Jednak komiks jest przestrzenny, trójwymiarowy i przeskalowany, złożony z warstw, jego forma symbolizuje warstwy powierzchownej duchowości i religijności, za którymi kryje się zupełnie inny (prawdziwy?) świat.

*„Santa Barbara“ to tytuł amerykańskiej opery mydlanej, pokazywanej w polskiej telewizji pod koniec lat 80 w Polsce. Serial emitowany był w niedziele o godzinie 11.00.


Foto Martyna Bec, Wojciech Drozdek, Ela Kargol, Anna Krenz

Reblog: Minął sierpień, minął wrzesień

Piotr Beszczyński

    • To zdjęcie zrobiłem Wiesławowi Michnikowskiemu równo pół wieku temu, gdy podczas górskiej wędrówki spotkałem go na targu, w Krościenku bodajże. Artysta był wtedy u szczytu popularności, jako jedna z najjaśniejszych gwiazd Kabaretu Starszych Panów. Zdaje się, że chciał kupić pomidory. Umarł, gdy już prawie minął wrzesień.

Taka pora, że myśli się więcej niż zwykle o tych, co odeszli, jak też w ogóle o przemijaniu. Zachodzi się na cmentarze, które są różne: a to trwają setkami lat i pomnikami wysokiej rzeźbiarskiej próby, a to ledwie dają się rozpoznać wśród zarośli, lub też znikły w ogóle, czasem upamiętnione skromnym lapidarium.

  • Czynny przez zaledwie kilkanaście lat przed końcem II wojny światowej cmentarz krematoryjny we Wrzeszczu (niemal dokładnie w miejscu funkcjonującej przez kilka wieków gdańskiej szubienicy miejskiej) został ostatnio przez miasto nieco uporządkowany, jednak nagrobków zachowało się niewiele
    XXX
  • Po przeciwnej stronie Królewskiej Doliny tam, gdzie ulica Traugutta kończy się w lesie, dadzą się jeszcze z trudem rozpoznać resztki cmentarza żydowskiego który, jak czytamy w książce Ludwika Passarge’a, na pewno funkcjonował już w połowie XIX wieku
    XXX
  • Dla kontrastu – chyba najbardziej znany i największy cmentarz żydowski na Górze Oliwnej w Jerozolimie. Mimo bardzo wysokich cen pochówku cieszy się dużym wzięciem, bo ponoć jego lokatorzy mają być w pierwszej kolejności i szczególnie łaskawie potraktowani podczas Sądu Ostatecznego.
    XXX
  • Rejony dolnej Wisły, zwłaszcza Żuławy, zawdzięczają swój status najżyźniejszych i najlepiej zagospodarowanych rolniczo ziem wielowiekowej, uporczywej pracy ludu zwanego z polska Olędrami. Osiedlali się tu począwszy od XVI wieku, przybywając z Niderlandów w poszukiwaniu dogodnych włości, ale przede wszystkim – w ucieczce przed religijną nietolerancją, dotykającą tam chrześcijański odłam zwany mennonitami. Mennonitów nie ma już na Żuławach od dziesięcioleci (nie byli tu zbyt lubiani również za czasów pruskich), ale pozostałości ich cmentarzy można jeszcze gdzieniegdzie spotkać
    XXX


Innego rodzaju odczucia budzą stare, ciągle funkcjonujące cmentarze – galerie sztuki, jak choćby ten w Mediolanie:


  • Chwila zadumy nad sferą wiecznego odpoczywania jest o tej porze roku oczywista, jednak doczesność każe się z niej szybko otrząsnąć.
  • Dosyć niespodziewanie, wobec skutecznej – dla rosnącego ponoć elektoratu rządzącej partii – propagandy sukcesu, zbuntowali się młodzi lekarze. Poparli ich gremialnie przedstawiciele wszystkich fachów, trudniących się opóźnianiem procesu przechodzenia ludności na drugą stronę Styksu. Nie poparła ich znaczna część wzmiankowanego wyżej elektoratu dobrze pamiętająca, że wszystkim buntującym się przeciwko partii i rządowi należy się etykieta wichrzycieli i warchołów, będących na garnuszku amerykańskich imperialistów i zachodnioniemieckich rewizjonistów.
  • Jak się potoczą sprawy ochrony zdrowia – nie wiadomo, oczywiście. Pewne jest natomiast (i potwierdzają to ku mojemu żalowi największe medyczne autorytety), że koniec końców od dotknięcia kostuchy raczej się nie wywiniemy. A skoro tak, to próbujmy jak najmniej uprzykrzać życie sobie i innym!
    XXX

 

Bracia Mann (1)

Lech Milewski

Król i rywal

Rywal

“W liście datowanym 19 marca 1950 roku, Tomasz Mann donosił:

Ceremonia pogrzebowa była godna. Przemawiali pastor kościoła Unitarnego i Lion Feuchtwanger , kwartet grał pięknie powolny utwór Debussy’ego, kroczyłem za trumną po ciepłej trawie cmentarza w Santa Monica.

Na wstędze na żałobnym wieńcu był napis: Mojemu Wielkiemu Bratu z miłością.

Tomasz Mann.

Napis bardzo konwencjonalny, ale jednak warto poświęcić mu chwilę, a to nasuwa pytanie – czy Tomasz Mann rzeczywiście uważał swojego brata za wielkiego człowieka, za ważnego twórcę? Czy w ogóle go kochał?”

Marcel Reich-Ranicki – The King and his Rival.

Ludwig Heinrich Mann urodzil się 27 marca 1871 roku jako najstarsze dziecko w rodzinie zamożnego kupca, senatora miasta Lubeki.

“Lubeka… po której wędrując dzisiaj odnosi się wrażenie, że tkwi głęboko w gotyckim średniowieczu. (…) w jej atmosferze jest coś ze stanu umysłów w ostatnich dziesiątkach XV wieku, coś z histerii dogasającego już średniowiecza, coś z utajonej epidemii (…) można łatwo sobie wyobrazić, że nagle ni stąd ni zowąd będziemy świadkami jakiegoś tańca św Wita, że wyruszy skądś krucjata dzieci, że pojawią się stygmatycy…”

T.Mann – odczyt O Niemczech i Niemcach – 1949 rok.

Poniżej fragment Tańca Śmierci – 30-metrowego fresku w St Marien Kirche.

Todendanz

Przez cztery lata Henryk nie musiał z nikim dzielić czasu spędzanego ze swoją matką. Tym bardziej odczuwał chwile samotności, gdy matka poświęcała się grze na fortepianie czy zapadała w długie okresy melancholii.

W roku 1875 przybył brat Tomasz, w 1877 siostra Julia, w 1881 Carla.

Rodzeństwo

Na powyższym zdjęciu Henryk ma 16 lat. Pewnie jeszcze bierze udział w przedstawieniach domowego teatrzyku kukiełkowego, który jego brat opisał w opowiadaniu Pajac.
Może jeszcze słucha jak matka czyta dzieciom. Wiadomo, że czytała im wiele opowiadań E.T.A. Hoffmana. Największe wrażenie robiło opowiadanie Sandmann (polskie tłumaczenie nosi tytuł Piaskun), o Natanielu, którego gnębią wizje Piaskuna kradnącego oczy dzieciom, które nie idą grzecznie do łóżka.

Rok później 13-letni Tomasz przeżywał głęboko nieokreślone uczucie do kolegi szkolnego – Armina Martensa.
W opowiadaniu Toni Kroger, nosi on imię Hans Hansen. Tytułowy Toni – kocha fontannę, stary orzech, swoje skrzypce, morze w oddali i cierpi z tego powodu… gdyż im bardziej kochasz tym bardziej jesteś w niekorzystej sytuacji i musisz cierpieć.
W tym samym okresie cztery lata starszy Henryk odwiedzał Pension Knoop gdzie po raz pierwszy doświadczył “normalnej zmysłowej błogości”.

To co dla Henryka było normalne, dla Tomasza było źródłem metafizycznych rozważań. Nic dziwnego, że Tomasz oceniał pisarstwo brata jako przesadne, nieumiarkowane, czasem bezwstydnie erotyczne.

Już w 1887 roku Henryk opublikował swoje pierwsze opowiadania i wiersze. Dwa lata później zrezygnował z nauki w szkole i rozpoczął pracę w księgarni Von Zahn und Jaensch w Dreźnie.

Praca była nudna i męcząca. Wolny czas spędzał w lokalach kulturalnych i rozrywkowych. Równieżw domach publicznych. Stwierdził u siebie wybuch patologicznej zmysłowości. Interpretował miłość jako najwyższą formę szczęścia, które musi prowadzić do literackiego sukcesu. Nie bez powodu nazywał swoje próby literackie Erguss.
W roku 1890 opublikował pierwszą książkę Haltlos – Bezpodstawnie. Następnego roku przeniósł się do Berlina gdzie pracował w wydawnictwie Samuel Fischer.

Ojciec rodziny – Thomas Johann Heinrich Mann – nie miał złudzeń co do charakteru swego najstarszego syna. W testamencie napisał:

“Na kuratorów nakładam obowiązek oddziaływania na praktyczne wychowanie mych dzieci. Na ile to będzie leżało w ich mocy, przeciwdziałać skłonnościom mego najstarszego syna do tzw. działalności literackiej. (…) Podłożem jego skłonności jest marzycielski nieład i bezwzględność wobec drugich, biorąca się może z bezmyślności. Mój drugi syn podatny jest na spokojne wyobrażenia, ma dobry charakter i oswoi się z zawodem praktycznym. Po nim mogę się spodziewać, że będzie podporą dla swej matki.”

Tomasz również nie spełnił oczekiwań ojca. Podobnie jak Henryk miał duże kłopoty w szkole, musiał powtarzać dwie klasy, nie uzyskał świadectwa maturalnego. Ojciec sprzedał rodzinną firmę.
Być może przedwcześnie gdyż ostatni z rodzeństwa, urodzony w 1891 syn Wiktor, odziedziczył po przodkach zdolności kupieckie. Niestety ojciec rodziny zmarł kilka miesięcy po urodzinach trzeciego syna – w październiku 1891 roku.

Zaraz po świętach Bożego Narodzenia Henryk dostał krwotoku płuc. Dwa lata spędził w sanatoriach. W tym czasie rodzina przeniosła się do Monachium. Po dojściu do pełni sił Henryk wyjechał do Włoch.

Tomasz został wezwany do odbycia rocznej służby wojskowej. Po kilku tygodniach nadciągnął sobie ścięgna w łydce i po dłuższym pobycie w wojskowym szpitalu został uznany za niezdolnego do służby wojskowej.
Jego wrażenie z wojska: wrzask, marnotrawstwo czasu i sztywny regulamin dręczyły mnie ponad wszelką miarę.

Mógł więc dołączyć do starszego brata przebywającego we Włoszech. Bracia otrzymywali od matki pensję, po 160 marek miesięcznie.

Najmłodszy członek rodziny, Wiktor 5 lat, wspominał: Wujkowie Heini i Ommo byli we Włoszech (…) czasem przychodziły od nich listy, takie jak ten –

Szkaradnie w głowę stuknięci,
przyślijcie natychmiast tysiąc.
h oraz t.

Nie zapominali jednak o najmłodszym bracie – napisali dla niego wspólnie książkę z obrazkami.

Dyskutowali też projekt napisania wspólnie książki dla dorosłych, roboczy tytuł Upadek.
Tomasz zbierał już rodzinne wspomnienia i anegdoty. Henryk miał napisać rodziały dotyczące historii rodziny, Tomasz rozdziały o jej upadku. Według Henryka napisali wspólnie kilka rozdziałów.
Nie sposób w tym miejscu pominąć wzmianki o wkładzie jeszcze jednej osoby do tego projektu.
Wiktor Mann, który każdą wolną chwilę spedzał na ulicy w towarzystwie dzieci zamieszkałych w okolicy rzemieślników, wspomina: Pewnego dnia Tomasz wziął mnie na bok i zażądał żebym wyobraził sobie następującą sytuację: monachijski drobnomieszczanin ma dosyć wymówek swojej pretensjonalnej żony i chce odciąć jej się tak, żeby nie mogła z tym się pogodzić, żeby skończyło się rozwodem.
– No więc – powiedział Ommo pełen oczekiwania – co ten człowiek zawołał do swojej eleganckiej żony?
Krzyknąłem nie zawahawszy się ani na sekundę: idź do dziabła ty ścierwo parszywe”.

Literackim owocem pobytu we Włoszech dla Henryka była książka Im Schlaraffenland (polski tytuł – W krainie pieczonych gołąbków) – satyra na szerzącą się chciwość. Dla Tomasza była nim opublikowana w 1901 roku książka Buddenbrookowie – dzieje upadku rodziny. Przyniosła mu sławę.
Może ktoś z czytelników pamięta, że w tej książce znajdują się wspomniane przez Wiktora Manna słowa.
Trudno powiedzieć, czy publikacja Buddenbrooków miała jakiś wpływ na załamanie nerwowe Henryka, w wyniku którego musiał spędzić kilka tygodni w sanatorium.

Henrykowi w dojściu do normy pomogła praca nad książką Die Göttinnen – Boginie – trylogia o kobiecie, ktora odnajduje siebie – w poszukiwaniu wolności jako Diana, w pogoni za inspiracją jako Minerwa i w miłości jako Wenus. Oczekiwał, że książka, która mnie kojarzy się z Eat, Pray and Love, będzie wielkim sukcesem. Mocno się zawiódł.

W 1902 roku, najmłosza siostra, Carla, opuściła dom rodzinny, rozpoczynając karierę aktorską. Niezbyt fortunnie. Po przedstawieniu Hamleta, w którym z powodu choroby nie wystąpiła (w roli Ofelii), zabrała z teatru czaszkę i nazwała Nataniel, jak w bajce E.T.A. Hoffmanna.
Niepowodzenia kompensowała sobie ożywioną korespondencją z Henrykiem. Jej rezultatem była książka Die Jagd nach Liebie – Polowanie na miłość. Dla kulturalnego świata Monachium była to książka z kluczem, rozpoznano w niej wiele znanych osobistości.
Matka Henryka miała do niego wielkie pretensje za opisywanie ekstrawaganckich czynów i marzeń swojej siostry oraz za wzorowanie jednej z głównych postaci na osobie szwagra, męża starszej siostry Julii.
Tomasz Mann napisał do brata krótko: ...was Du machst, ist krank – to co robisz jest chore.

W tym okresie Carla zakochała się w Alfredzie Flechtheimie, agencie giełdowym. Miłość była wzajemna, ale rodzice Alfreda kategorycznie zabronili mu małżeństwa z osobą nieżydowskiego pochodzenia.
Carla w dalszym ciągu w listach zwierzała się Henrykowi ze swoich przeżyć a on ponownie napisał książkę opartą na scenicznych i życiowych doświadczeniach siostry – Aktorka.
To chyba zbieg okoliczności, że w tym samym czasie przetłumaczył na niemiecki książkę Choderlos de Laclos – Niebezpieczne związki.

Rok 1905, we Florencji, Henryk poznał i zakochał się w Inez Schmied. Urodzona w Buenos Aires przypominała mu matkę – niemiecko-południowoamerykańskie pochodzenie.
W tym samym okresie napisał książkę Profesor Unrat.

W lutym 1905 roku Tomasz ożenił się z Katią Pringsheim, pochodziła z bardzo zamożnej i szanowanej żydowskiej rodziny. Karnawał bracia wraz z najbliższymi i z Carlą spędzili w Wenecji. Inez nie zyskała sobie sympatii Carli ani Tomasza, który odwracał głowę, gdy mówiła.

Goście hotelu, w którym mieszkali skarżyli się dyrekcji, że ktoś umieścił na parapecie trupią czaszkę. Było to okno Carli.
Henryk sprawdził, w czaszce była mała paczka. Carla wyjaśniła żartobliwie, że to oszczędności jej życia. Po usilnych naleganiach brata wyjawiła, że to dawka cjanku wystarczająca “na uśmiercenie całego batalionu”. Uspokoiła Henryka, że świadomość posiadania takiego arsenału wyostrza jej umysł.

Związek Henryka i Inez przeżywał burzliwe dwa lata, gdyż Inez obawiała się, że małżeństwo odbierze jej niezależność. W rezultacie związek rozpadł się.

Carla przeżywała nową miłość – Leon Landau, syn rabina z Galicji. Jego rodzina absolutnie nie akceptowała aktorki. Zaręczyli się potajemnie. Rodzice straszyli syna wydziedziczeniem, wahał się. Dotarły do niego plotki o jej aferach miłosnych Carli.
30 czerwca 1910 Carla wzięła dawkę cjanku zdolną wytruć cały batalion.
Prawie 40 lat później Tomasz Mann opisał bardzo skrupulatnie tragedię siostry w Doktorze Faustusie – Klaryssa Rodde.

W 1911 – adaptacja książki Henryka – Aktorka – została wystawiona na scenie teatralnej. W tym samym czasie Tomasz kończył Śmierć w Wenecji – wydana w roku 1913 odniosła fenomenalny sukces.

Lata 1911-13 Henryk miał romans z aktorką i mężatką, Edith Kann. Literackim owocem znajomości była sztuka Die grosse Liebe – Wielka miłość.
Miłość nie była chyba zbyt wielka, gdyż w tym samym teatrze poznał Marię (Mimi) Kanovą – Żydówkę jak Katia żona Tomasza, ale z dużo niższych sfer. Pobrali się w sierpniu 1914 i osiedlili w Monachium.

Rok 1914 – Wielka Wojna zaskoczyła obu braci. Ze względu na słabe zdrowie obaj nie zostali powołani do wojska.

Źródła:
1. Evelym Juers – House of Exile.
2. Aleksander Rogalski – Tomasz Mann. Instytut Wydawniczy PAX 1975.
3. Marcel Reich-Ranicki – The King and his Rival.
4. Wiktor Mann – Wir waren Fünf – Było nas pięcioro. Czytelnik 1966.

Na przełomie

Andrzej Rejman

Dziś, na przełomie października i listopada, kilka wersów pełnych treści aktualnych o każdej porze roku. Ostatnio może nawet bardziej aktualnych – o każdej porze roku, każdego dnia, w każdej godzinie…

Tadeusz Sadowski

Droga

Dokąd prowadzisz nas, drogo błotnista?
Jaką przeszkodę kryjesz za zakrętem?
Czemu twe brzegi ostem porośnięte?
Czy kresem twoim jest bezpieczna przystań?

I jak daleko do kresu owego?
Jakie przed nami jary, bagna, strugi?
Jak poznać liczbę kilometrów długich
Z potłuczonego głazu milowego?

Chociaż nas zwodzą liczne mylne szlaki,
Brniemy przez gąszcze lepką mgłą zasnute
– Z obojętnością miażdżąc ciężkim butem
Konwalie białe i czerwone maki.

***
wersja muzyczna tego wiersza:

***

Mgły poranne – Józef Rapacki, Wydawnictwo “Galerja Polska” Kraków, przed r. 1938

Pole maków – Edmund Cieczkiewicz, Wydawnictwo Salonu Malarzy Polskich w Krakowie, przed r. 1938

Barataria 39 Gra o tron!

Ewa Maria Slaska

Ziemia obiecana

Game of Thrones (GOT) – amerykański serial fantasy autorstwa Davida Benioffa i D.B. Weissa, adaptacja sagi Pieśń lodu i ognia amerykańskiego pisarza George’a R.R. Martina. Wyświetlany od roku 2011. Najsłynniejszy serial na świecie. Ma kilkunastu reżyserów, scenarzystów i kamerzystów, ale tylko jednego autora muzyki – Ramina Djawadi, niemiecko-irańskiego muzyka z Duisburga.

Moi drodzy Czytelnicy, jeśli nie oglądacie Gry o tron, to oczywiście jesteście ubożsi o setki cytatów i memów współczesności, ale nie będę Was przekonywać, że tracicie, bo choć Grę oglądają wszyscy, od Albanii po Zimbabwe, jak dotąd nie ma światowego przymusu oglądania przygód Starków i Lannisterów.

Jak każda opowieść fantasy, również GOT jest zasadniczo opowieścią o wyspach. Niektóre są w ramach opowieści umownie prawdziwe, trzeba do nich płynąć na statkach lub lecieć na smokach, niektóre są umownie kontynentami, ale z uwagi na konstrukcję opowieści przygodowych każda historia fantasy i każda przygoda to baśniowa wyspa, niby nie mająca związku z naszą ziemską geografią. Ale oczywiście są one podobne do krajów rzeczywistych. Odyseusz krążył od wyspy do wyspy, na każdej walcząc z królami i romansując z księżniczkami, wróżkami i nimfami, a były to naprawdę brzegi Turcji, północne wybrzeże Afryki, Peloponez i Cyklady. U Leśmiana też każda przygoda Sinbada żeglarza to kolejna wyspa, Sindbad zawsze wypływa z Basry, którą obecnie nazywa się Balsorą, i płynie wśród tych samych wysp greckich, między którymi błąkał się Odyseusz. GOT to historia walki o tron królestwa Westeros, czyli na Zachodzie, na które składa się siedem królestw, a które wygląda jak Old Merry England, nawet mur na Północy jest ten sam – to przecież Mur Hadriana. Europa nazywa się Essos, leży oczywiście na Wschodzie i jest po prostu Azją. Essos to Wielki Step, skąd przybywają do Westeros smoki i Mongłowie Dżingis Chana. Dzieli je Wąskie Morze czyli Kanał La Manche. Autor serii, George R.R. Martin, uważa jednak, że Westeros jest większe niż Wielka Brytania i ma mieć mniej więcej wielkość Południowej Ameryki. Król Westeros zasiada na Żelaznym Tronie w Królewskiej Przystani. Do Westeros należą również wyspy: Niedźwiedzia, Skagos, Żelazne Wyspy, Tarth, Smocza Skała, Arbor.

Podobnie wygląda geografia Świata Dysku u Terry’ego Pratchetta czy świat, przez który wędruje Drużyna Pierścienia u Tolkiena. Gdy zwiedzałam wyspy greckie, zapisałam sobie taką notatkę:

Naxos ma niemal wszystkie elementy krajobrazu, które tworzą urozmaicony świat w miniaturze – ma góry, morze, zatoki, wyspy, są doliny, strumienie i wodospady, pola, gaje i pustkowia, słońce, wiatr i deszcz. Ma legendy i mity starożytności (Ariadna i Tezeusz, Dionizos) i ożywioną aktualną codzienność. A wszystkie te składniki rzeczywistości są skupione na niewielkiej przestrzeni, są niemal dotykalnie blisko siebie. Przeżyliśmy na Naxos upiorny wjazd (jechaliśmy na skuterze) po cieniutkiej serpentynie na szczyt góry Koronos, a podczas jazdy na krawędzi przepaści, nad nami i pod nami widzieliśmy ogrody na stokach pociętych tarasami – rosły figi i dynie, kobiety zbierały kwiaty, mężczyźni jechali na osiołkach. Zaglądaliśmy w oczy grozie, od zbocza odrywały się głazy, a myśl o tym, co się stanie, jeśli z góry zjedzie jakiekolwiek auto, a nawet rower, osioł czy motor, doprawdy nie była przyjemna. A mimo to jechaliśmy dalej i wyżej.
Tak wyobrażam sobie świat z książek Tolkiena, miniaturowy świat, w którym z Doliny Elfów do Mordoru droga jest straszna, groźna i daleka, gdy przemierza ją pieszo lub na kucu mały hobbit, a przecież cały ten świat musi mieć właśnie taki wymiar, skoro hobbit pokonuje jego drogi i bezdroża przez kilka miesięcy.


Bliskość grozy i normalności na małych przestrzeniach. Świat nieoswojony i świat uładzony. Chaos i Kosmos. Gdzieś w głębi obrazu Pietera Bruegla Ikar wpada do morza, a na pierwszym planie chłop odrywa ręce od pługa i ociera z potu czoło. Ten sam upał topi wosk na skrzydłach szaleńca i wyciska ostatnie krople potu na czole uznojonego oracza.
Mały świat. Ziemia obiecana, jej mlekiem i miodem płynące doliny, z których wyszły trzy ogromne religie i opanowały wielki świat, maleńki skrawek małego kraju, nie większy od tolkienowskiego Śródziemia, nie większy od Naxos.

Ziemia Obiecana. Bóg obiecał ją Izraelowi, Don Kichot swemu giermkowi. Wszędzie ktoś komuś obiecuje ziemię, władzę, wyspę… W czwartym sezonie Gry o tron Jaimie Lannister obiecuje swojemu giermkowi Zamek. W siódmym sezonie, po prawie 30 odcinkach, Bronn upomina się o realizację obietnicy. Uratował życie Jamiemu, wygrali bitwę i mijają zamek na szczycie góry.

– Mógłbyś mi dać wreszcie ten zamek – mówi Bronn.
– Właśnie dostałeś sakiewkę złota – broni się Lannister.
– Tak, ale złoto to nie zamek.
– Nie stać cię będzie na utrzymanie tego zamku – odpowiada  Jaimie. – Jak wygramy, dostaniesz i zamek, i pieniądze.

W siódmym sezonie obietnica się już na pewno nie spełni. Do przyszłego roku nie będziemy więc wiedzieli, czy Bronn jak Sancho Pansa, będzie musiał obejść się smakiem, czy jednak Lannisterowie, których mottem jest, że zawsze płacą swoje długi, dotrzymają obietnicy. Bronn jednak wie jedno: If Jaime dies, I don’t get my castle.

Cztery w jednej czyli Wymazane Witkowskiego

Ewa Maria Slaska

Wymazane Michała Witkowskiego to cztery powieści w jednej, całkiem byle jak ze sobą sklejone, po to by była to powieść, a nie opowiadania, bo opowiadań nikt nie czyta, jak powiedziała pani z wydawnictwa mojej siostrze, latem 2013 roku. W kilka miesięcy później Alice Munro, kobieta, która nigdy nie pisze nic innego, jak tylko opowiadania, miała dostać literacką nagrodę Nobla. No ale poniekąd to prawda, że opowiadań nikt nie czyta i pisarz musi umieć poskładać swoje dzieła mniejsze w jedno większe, co znowu nie musi być aż tak trudne, skoro powieść nie rządzi się już żadnymi prawami gatunku i można ją posklejać z byle czego, z kaczej łapy, oka muchy i skrzydła ważki, zamieszać w kotle czarownicy i już…

No więc tak to właśnie zrobił Witkowski i wydawnictwo nie mrugnęło nawet powieką muchy, wychodząc z założenia, że ważne, że to Witkowski, a nie to, że coś posklejał, a coś wymazał. Jego nazwisko jest jest tak na oko muchy pięć razy większe niż tytuł, choć ten tytuł jest akurat tym razem, po raz pierwszy od Lubiewa, naprawdę dobry. Choć może jestem niesprawiedliwa, bo w końcu Fynf und cwancyś jest jako tytuł jako żywo jako lizaczek, także udany.

A ta Miłość i śmierć na bagnach to oczywista parafraza Miłości i śmierci wśród lagun László Passutha. Ciekawe, czy tekściarz wydawnictwa Znak.Literanova to wie? Może wie, bo to jednak Znak, może nie, dziś z cytatami nigdy nic nie wiadomo. With the bees you can never tell, Cristopher Robin.

Ten Witkowski pojawia się zresztą w swojej własnej posklejanej powieści jako “ten Witkowski”, co to był w Wymazanym na wieczorze autorskim w bibliotece, czyli w obecnej dyskotece, bo biblioteki już nie ma, podobnie jak nie ma kina ani porządnej szkoły, tylko przystanek autobusowy, sklep Tesco i parking dla TIR-ów Tijuana.

Polska.Wymazane

Pierwsza powieść to owe bagna, na nich Las W Którym Rosną Same Trujaki, a obok lasu miasto Wymazane, złożone z dwóch miast, tego prawdziwego, w którym nie ma biblioteki, sklep nazywa się “Sklep”, a dyskoteka “Dyskoteka”, i tego wymazanego, które nazywa się Tijuana i jest jak z piosenek Manu Chao lub Tercetu Egzotycznego. Welcome to Tijuana, albo za tym pustym stepem miasto jest ogromne. Miasto, które bez trudu przekształca się w Argentynę lub tylko Buenos Aires albo Montevideo, gdzie grasuje przedwojenna banda żydowskich opryszków “Zwi Migdal”, sprowadzająca z Polski biedne dziewczęta żydowskie do południowoamerykańskich burdeli. Przyznaję, że gdyby nie opowieści jednego z moich autorów, niejakiego Viatora, myślałabym, że Witkowski sobie to wymyślił, podobnie jak Tijuanę na granicy polsko-litewsko-estońsko-łotewskiej i to tuż przy granicy z Konfederacją, ale okazuje się, że nie, że rzeczywiście… I że nawet sama osobiście poznałam człowieka, który napisał na ten temat doktorat, nazywa się Piotr Goldyn i zdążył się w międzyczasie habilitować…

Wymazane jest całą Polską nie B, nie C, nie D, tylko może K, L lub M, a najpewniej po prostu W jak Witkowski i jak Wymazane. To ta Polska, w której nic się nie dzieje, a i tak jest coraz gorzej, coraz beznadziejniej, coraz bardziej bez ucieczki donikąd. W tej Polsce nawet jak ktoś obok się dorabia, to i tak nic się nie zmienia, na nikogo nie skapnie ani odrobina złota, ani nawet złota pozłota, nowoczesność omija pole i zagrodę, na polu nic nie rośnie i już nigdy nie wyrośnie… To w tej Polsce W narodzili się i rozmnożyli wyborcy PiSu, aż było ich tylu, że zagarnęli wiele innych lepszych liter i osiągnęli 37,58% w wyborach, a w dwa lata później 47% w sondażach.

Prowincjonalny romans bogatej staruchy z młodzieńcem

W mieście Wymazane mieszka najpiękniejszy młody człowiek na świecie. Po prostu tak. Cud genetyczny. Najpiękniejszy. Sama znałam kiedyś takiego, był kolegą mojego syna z klasy, i w przeciwieństwie do biednego Damiana Pięknego z biednego miasteczka w biednej prowincji biednej Polski, najpiękniejszy młody człowiek na świecie, którego znałam w Berlinie, był jeszcze na dodatek zdolny, miły i bogaty.

Druga powieść należy do znanego gatunku “macronizmy wiecznie żywe” i jest opowieścią o romansie i małżeństwie pięknego Damiana Pięknego z “bogatą złą panią”, prowadzącą – jak w pigułce – wszystkie najbrudniejsze interesy wolnej Polski. Pani jest o 40 lat starsza od naszego bohatera, ma ksywkę Alexis, bo jest wredna jak jej pierwowzorka z serialu, choruje na raka i umiera, a piękny Damian Piękny marzy o tym, żeby wypuścić na wolność wszystkie lisy z jej wstrętnej zasranej lisim gównem lisiej farmy, wypuścić do Lasu W Którym Rosną Same Trujaki… Po śmierci żony Damian będzie jednym ze stu najbogatszych ludzi w Polsce…

Babcia

Trzecia powieść, to już w ogóle nie powieść, tylko seria opowiadań babci bohatera o jej młodości, o szkole, tęsknotach nastolatek z lat 30, wojnie, nędzy, komunie…

Alexis

I wreszcie powieść czwarta, historia Alexis, życie cwaniaczki z bazaru Rożyckiego i królowej praskiej Dintojry.

Wszystkie te powieści są dobrze napisane, każda w odmiennym stylu, każda trochę jak pastisz, a to ze Stojowskiego, a to z Tyrmanda. Najlepsza jest jednak Polska.Wymazane czyli powieść o Polsce W,  Polsce,  w której jak mucha tse tse z padliny, wylągł się PiS, choć słowo PiS nigdzie nie pada. Wymazane wyabstrahowane, oczyszczone z dodatków w postaci nierealnego i wymyślonego romansu, babci i Alexis, to surrealistyczny a przenikliwy opis tego, jak na naszych oczach świat zmieniał się w rozpacz. W związku z tym recenzent(ka) donosi uprzejmie, że Witkowski, dotychczas zdolny pisarz obyczajowy średniego pokolenia, stał się właśnie ostrym pisarzem politycznym, którego powieść bezwzględnie należy przeczytać, a autora zapamiętać, bo może pójdzie siedzieć, a może dostanie Nobla, a może jedno i drugie.


Zacytuję więc na zakończenie fragment z powieści Polska.Wymazane, bo po co mam pisać własnymi słowami, skoro autor sam to napisał doskonale:

Następna stacja na mojej drodze to był bar o wdzięcznej nazwie BAR. Ostatnia speluna w miasteczku. Kiedyś było ich więcej, ale teraz żule wolą kupić piwo w Tesco, a jeszcze lepiej wino w Dino (…). Na parterze starej, przedwojennej kamienicy, która się tu jakimś cudem uchowała i stoi jak fragment czegoś, co nie istnieje, bo zostało wymazane, lecz nie dokładnie, świeci i mruga jedna litera R. Wchodzi się od bramy. Jeśli nieopatrznie wszedłeś do środka, bucha ci w twarz zapach nawet nie tyle alkoholu, co barszczu w proszku podgrzewanego w plastikowym kubeczku w mikrofalówce, z wygiętym plastikowym mieszadełkiem, pierogów z mikrofalówki, kawy rozpuszczalnej w plastiku, hot dogów z mikrofalówki. Czas tego miejsca też jest jakiś tańszy, odmierzany przez plastikowy zegar z napisem Tchibo pokazujący niemal zawsze godzinę trzecią. Kwiatki w białych, plastikowych doniczkach też są tańsze, plastikowe i zakurzone, i na pewno co najmniej raz były w mikrofalówce. Czy chcesz, czy nie, jeśli byłeś na tyle nieostrożny, żeby coś zamówić, musisz w trakcie konsumpcji oglądać na dużym, plazmowym telewizorze Klan czy inny serial tak miałki i płaski, jak danie z mikrofalówki dokumentnie wygotowane i pozbawione jakichkolwiek przypraw. Nie da się tego nie widzieć, bo obraz przyciąga wzrok, a głupie dialogi atakują uszy.

Za barem stoi pani Aldona, ludzki rzęch. Jej twarz jest bezwstydnie pozbawiona jakichkolwiek złudzeń – porzućcie wszelką nadzieję, wy, którzy tu wchodzicie! Jej oczy otoczone niebieskimi rzęsami patrzą na ciebie tak trzeźwo, że pozostaje ci tylko siąść w kącie i wszystkie swoje plany uznać za kompletnie szalone iluzje. Pod wpływem tego wzroku od razu stawało się jasne, że nie zostanę nigdy żadną, nawet najmniejszą i najgłupszą gwiazdą, że nie potrafię śpiewać, że w ogóle najlepiej iść od razu poszukać sobie jakiejś pracy w stylu mycie kibli w Tesco, cała reszta to iluzje, zużyte i z seckend handu.

Wiersze ze Stavanger

SYLWESTER GOŁĄB

Wiersze (jeden niepublikowany)

Floryda

dozorcy sypią popiół
autobusy zostały w zajezdni
popołudniem ruszyły w teren piaskarki
i cały budżet gminy rozjechały prywatne samochody
więc odjechała

w tym dniu gmina miała jeszcze kilku zmarłych na głowie
rozpychających się bądź co bądź na niewielkim metrażu

Śmiertelność i pudel

W trzydziestym roku życia pojąłem
własną śmiertelność
w Wigilię stłukłem bombki
będące rodzinną pamiątką

ojciec umierając machnął ręką
myślę że na sanitariuszy by spierdalali
pamiętam mówił bym panował
nad językiem w którym nie myślę
że

każdy pudel ma panią która słucha arii
potrafi przewidzieć śnieżyce otulić róże w waciane onuce
swoich kochanków przenosić przez próg jedną ręką
dla pikantności nacierając piersi papryczkami
kicając jak zając w miłosnym uniesieniu

Hotel Robotniczy DG3

wjeżdżamy sobie
na ambicję
czekamy na rozwój wypadków
na sprężynowej wersalce

w sprężynowych nożach
w bazarowych uniformach
nie czytamy Dostojewskiego
nie piszemy wierszy
gromadzimy materiały
takie studium literackie

czekamy na rozwój wypadków
zwiastowanie
groźniejszych w obyciu
tych przy opisach których
pojawia się archaiczna blizna

wpadają
w rękach trzymają
kwiaty
skończył się świat
mówią
zostańmy kochankami

Jan

płatami odchodzić będziemy od stołu
mała Natasza podbiegnie
w jej oczach błyśnie księga Jana
Janka
Janeczka
który wywiódł nas z niewoli domowego miru
który rozdarł koszulę pod wiatr
który powierzył się ziemi

więc zrzucimy się na krówki dla ukojenia sumień
obmyślimy plan samozniszczenia w coraz lepszych wierszach
jak Jaś który wieszczy Armagedon w zakolu rzeki

Oczka Judei

a zęby będziesz miał jeszcze po śmierci
jak przeleci kometa uśmiechniesz się do niej
dzieci będą leczyć skaleczenia chlebem i śliną

przypną twoje zdjęcie do lodówki obok informacji
nakarm psa blado wygląda
a jak będą skubać kaczkę
archaniołowie zaniepokoją się takim stanem rzeczy
i przysłonią oczka Judei

Statham

czuję satysfakcję
akupunktura barbarzyńcy
przybrała formę totalną
mogę sobie wyobrazić jak
ze słodyczą papieskiej kremówki
mówisz

że przypominam ci Beckhama

przecież grywałem z kumplami
do późnych nocy
wracając poręczami
mimo działającej windy
mimo

miejsca zamieszkania
znacznie oddalonego od wypiętrzonych
kikutów socrealizmu

mogę sobie wyobrazić
jestem podobny do Stathama
przetrącając szczęki
w kaszlu chrząszcza
wybrzmiewa syrena po

chama

Těšín

zawiesina w gęstwinie
pościeli
testujemy

wytrzymałość ruchomych schodów
humanizm miśków Haribo
moc czeskiego spirytusu
w Polsce wydawał się słabszy
więc wracaliśmy przez pokój klatkę
klatkę stop
do otwarcia do pierwszego ziewnięcia
zza lady w Asia Večerka

nadrzecze sprowadziło tłumy
będzie śniło w niepokoju
stężenie w czarne płaty
wdech
targiem
strażą
rybi salatem
puzonem
Radegastem
wydech

co za kulturalne miasto

Granica

zbieraliśmy łuski
przekraczaliśmy granice
po jednej stronie komuniści znaczy się my
dumne dzieci Ojczyzny Ludowej
po drugiej Iluminaci
jak się miało okazać po wielu latach demokracji
w Republice Czeskiej
dowódca zdobywa najwyższą hałdę w okolicy
dobrze że nie jestem z tych stron
krew moja mniej czarna
mam własne inne góry
z żaróweczką na szczycie
z korytarzem powietrznym
Warszawa–Budapeszt

czerwony Szwejk
ma nas na muszce
odpali? przymknie na to jedyne oko?
przecież nie strzeli
skoro i tak mamy wejść do Schengen

w osiemdziesiątym siódmym mógł tego nie wiedzieć
i my chyba też tego nie wiedzieliśmy

w dziewięćdziesiątym siódmym
zostanie bohaterem sobotniego Peříčka
zdradziecko obwieściły to jego umięśnione wąsy

jedni zostali poetami
inni nie istnieli
las rośnie jakby wolniej
wysypisko rośnie jakby wolniej
na zasadach umowy o rozbrojeniu

Mark Zuckerberg

Deszcz obmywa ulice samochody
stertę złomu pozostawioną przez bezdomnego

Gdyby Pan Bóg był tak mądry jak
Mark Zuckerberg
Wymyśliłby portal
matkiboskie.pl
dla polskich Matek Boskich

I na przykład Matka Boska Licheńska
chwali się zdjęciami z Egiptu
a Matka Boska Częstochowska
jest nieco skromniejsza

Wiersze

wysłałem kilka wierszy
do redaktora naczelnego
Pisma Świętego

nadal czekam na odpowiedź

zuchwałe posunięcie
wiem

ale posunę się jeszcze dalej
jutro wysyłam do naczelnego
Twórczości

Struny

w teorii strun nie chodzi o zależność
chodzi o studnię plującą resztkami sójek wodę której nie było
całą historię nieporozumienia od wybuchu syczeń na przełęczy
pociągów dokądś

do których nie zdążyłem wsiąść przez które
przychodzi mi słowo na rękach
przez które przychodzi serce wielkie jak Boga
dyndające na włóknach jedwabników

jeszcze przyjeżdżam na pogrzeby
wyciszam kuchnię potencjometrem radia
składam ubrania w kostkę
ulegam rytuałom taktycznym strąceniom
święcę pola w chwili przesilenia kumulujących się

sprzeczności
wciskam w kieszeń pamiątki z prowincji wzgórz i szyldów
do momentu gdy groby przykryje śnieg i nikt nie upomni się o nie
tak jak w dziewiećdziesiątym piątym gdy oddychałem mroźnym powietrzem
tak jak w dziewiećdziesiątym piątym gdy sarny ginęły na torach

SYLWESTER GOŁĄB (ur. w 1980) – pedagog, animator kultury, redaguje magazyn literacko-emigracyjny „Obszary Przepisane”. Wiersze publikował m.in. w czasopismach: „Czas Kultury”, „Migotania”, „Cegła”, „Nowy BregArt”, „LiteRacje”, „Tekstualia”; na stronach internetowych czasopism: „Latarnia Morska”, „2Miesięcznik”, „Odra”, „Helikopter”; na stronie Fundacji na Rzecz Kultury i Edukacji im. Tymoteusza Karpowicza oraz w norweskich magazynach literackich. Jego wiersze ukazały się w antologii magazynu Helikopter „Przewodnik po zaminowanym terenie”. Autor tomiku poetyckiego Garda (wyd. MaMiKo 2016). Mieszka w Stavanger w Norwegii.

Kot. Ze świata podręcznych 8

Ewa Maria Slaska

Przez przypadek, którego jak wiadomo nie ma, w dniu, kiedy w internecie rozpoczęła się akcja #metoo, znalazłam na facebooku, taki oto plakat:

Plakat festiwalu Satyrykon Legnica 2005, zaprojektowany przez Józefa Wilkonia.

Zamyśliłam się, ale nie nad kotami, tylko nad sobą i światem. Graficznie znakomity plakat. Ciekawe, że natychmiast wiadomo było (mnie?), że ta biała to kotka, a ten czarny to kocur. Bo czarny robi to co robi, a biały nie robi nic. Jasne.

Gdy plakat powstał i posłużył informacji publicznej był jednak rok 2005, prawdopodobnie wtedy nikogo ani zgorszył ani zainspirował do myśli “pożytku publicznego” czyli, jak to się nazywało za moich czasów, “wyższej użyteczności publicznej”. Ja sama jednak przypominam sobie, że już wtedy, te kilkanaście lat temu, kiełkowały we mnie małe złości związane z publicznym sugerowaniem czy to chwytania za tyłek czy może pewnych obyczajów seksualnych, ongi bardzo jeszcze wyuzdanych, a i dziś w takiej np. powieści Witkowskiego Wymazane określanych jako “dziki seks analny”. Otóż kilkanaście lat temu rozpowszechnił się w Berlinie zwyczaj sięgania na powitanie do tyłka partnerki i sugerowania ruchem palca środkowego (znanego wszak jako fuck you finger), że się jej ten palec wtyka… Był to gest wcale nie skierowany do partnerki, która na pewno go nie widziała, a więc możliwe, że nawet nie wiedziała, iż tak się ją wita, nie, był to gest skierowany do świata zewnętrznego. Palec pod kobiecym tyłkiem miał, tak to rozumiałam, obwieszczać wulgarnie, że ten tyłek jest do mojej męskiej dyspozycji i to, ho ho, jak!, jak tylko chcę… Gest ów raził (mnie) i prowokował (też mnie), zastanawiałam się zatem, gdzie mogłabym o tym napisać (nie miałam jeszcze bloga, może zresztą wcale jeszcze nie było żadnych blogów), aż zobaczyłam parę, gdzie to dziewczyna na powitanie podetknęła facetowi palec pod tyłek. Co ten jej gest oznaczał? Jeśli był dosłowny, to była to sprawa ich obojga, ale nie wykluczone, iż głosił, że jak ty mnie tak ja tobie, czyli równouprawnienie. Niestety nie poczułam w tym momencie żadnej satysfakcji, wręcz przeciwnie, jeśli to możliwe, było mi jeszcze gorzej. Z przyczyn banalnych. Bo jestem po prostu staroświecka i uzależniona od norm obowiązujących w mojej młodości, a wpajanych mi przez dwie kobiety – jedną, która wyrastała w zamożnym mieszczańskim domu na początku XX wieku, i drugą – wychowaną w latach 30. I to one zatrzęsłyby się ze wstrętu na widok dziewczyny, która sugeruje wtykanie facetowi palca w dupę…

Z reguły próbuję w takich sytuacjach sama siebie przywoływać do porządku – nie gorsz się, to inne pokolenie i ich życie, twoje poczochrane włosy i mini spódniczki też gorszyły starsze panie, również te, które cię wychowywały… Zapomniałam o problemie, zresztą symboliczne wtykanie palca dość szybko zniknęło z życia codziennego i nawet kiedyś pomyślałam, że może dobrze, że z nikim nie kruszyłam kopii o taką błahostkę. Aż dopiero…

Jakub Zasada

Aż dopiero dziś, w październiku 2017 roku, pomyślałam, że trzeba było już wtedy jak ten kot drzeć mordę… Drzeć mordę o wszystko i o wszystkim. O tym co przyjaciele, szefowie, mężowie, narzeczeni, drzeć się… O zwykłe proste gesty też, a nie tylko o sprawy dramatyczne i straszne, bo te błahostki nie biorą się znikąd i są wierzchołkiem góry lodowej… A jak milczymy, przyzwalamy, wszyscy to wiemy. I potem, jak przerwiemy milczenie, usłyszymy straszną opowieść, opublikowaną w Wysokich obcasach, opowieść podręcznej, kobiety maltretowanej i gwałconej przez męża, który torturując ją, komentował: “możesz pójść i opowiedzieć wszystkim, i tak ci nikt nie uwierzy”.
I rzeczywiście – nikt jej nie uwierzył.


Przepraszam Józefa Wilkonia i przepraszam Polish Poster Gallery z Wrocławia. Chciałam napisać wpis o pięknych kotach na plakatach, a wyszło jak wyszło, wyszedł ogromny smutek i wiedza o tym, że wszyscy jesteśmy winni temu, co się przydarzyło Ewie z Wysokich obcasów.

Tu plakaty.

Leszek Żebrowski, Józef Wilkoń, Jakub Zasada
Ryszard Kaja, Ryszard Kaja, Leszek Żebrowski
Ryszard Kaja, Ryszard Kaja, Józefa Wilkoń
Ryszard Kaja, Jakub Erol, Leszek Wiśniewski