Barataria 37 Sualouiga 1 Ze świata podręcznych 7

Z przyczyn od autorki niezależnych, które zwykło się nazywać siłą wyższą, a która to siła przybrała postać Zbyszka Milewicza jako wielbiciela Che Guevary, ubiegły poniedziałek został przeniesiony na dzisiejszy piątek.

Ewa Maria Slaska

Podróże po czarnej półce do krainy przemocy

O czarnej półce już pisałam kilkakrotnie. Gomolicki wziął się z czarnej półki, i Konwicki, i  Varga. Dziś kolejny, zapomniany, nieczytany, może nawet zaginiony, polski pisarz lat minionych, którego przeczytałam ponownie, bo stał na czarnej półce. Zwróciłam na tę książkę baczną uwagę wprawionej w poszukiwaniach baratarystki, z uwagi na to jedno piękne i szalone zdanie: pracuje we Francuskich Indiach Zachodnich nad projektem teatralnym Krzysztof Kolumb (… który) można będzie obejrzeć tylko raz, a mianowicie 31 grudnia 1999 roku w krainie soli Sualouiga (na wyspie St. Martin). Uprzedzam jednak, że sporo czasu upłynie, zanim dotrzemy na wyspę St. Martin, bo błędne ku niej prowadzą ścieżki.

Książka została wydana w roku 1998 roku przez Stowarzyszenie Teatr Cogitatur w Katowicach, które jednak, zanim zdołałam się z nim porozumieć, zniknęło bez reszty z internetu, z książki telefonicznej i z mapy świata. Gdy zaczęłam pisać o Baratarii instytucja jeszcze istniała, zniknęła jednak wkrótce potem.

Nie, proszę państwa, w rzeczywistości nie miałam z tym nic wspólnego, ale myślę, że istnieje rodzaj surrealistycznej odpowiedzialności pisarza za to, że coś zrobił lub czegoś zaniechał, podobnie jak istnieje odpowiedzialność naukowca, za to że od lat szukał wielkiej myszy ogoniastej, a jak ją wreszcie znalazł i zbadał – to mysz zdechła… Bo gdy nauka puści na coś snop światła, zdarza się, że owo światło ów obiekt zniszczy. Wiem coś o tym, jestem archeolożką i to wykształconą w czasach, gdy archeolog chroniąc zabytek przed zniszczeniem, niszczył go bezpowrotnie. Jak to było na przykład w…

Abu Simbel. Dwie najpiękniejsze świątynie egipskie, zagrożone zniszczeniem przez budowę Tamy Asuańskiej i utworzenie Jeziora Nasera; w latach 1964-1968 świątynie zostały przeniesione ponad lustro wody, na miejsce położone o około 65 m wyżej. Kierownikiem prac z ramienia UNESCO był polski archeolog Kazimierz Michałowski. I to przez niego wszystko się stało, bo każdy z nas, dorastających do matury w drugiej połowie lat 60, chciał zostać archeologiem. By zachować naturę świątyń, pierwotnie wbudowanych w skalne zbocza, wybudowano sztuczne wzgórza, otaczające świątynie, a groty pod świątaniami zalano żelbetonem. Zrobiono to z wielką starannością. Uratowano nawet występujące w świątyniach zjawisko astronomiczne – dwa razy w roku, 19 lutego i 21 października, wschodzące słońce oświetlało wizerunki Amona-Ra, Ramzesa i Re-Horachte. Po przeniesieniu świątyni zjawisko zostało przesunięte o jeden dzień.

Wszystko wciąż jeszcze jest, a przecież nic w nowym Abu Simbel nie jest prawdziwe. Nie ma tego, co najważniejsze – magii miejsca i magii wiary. A wtedy wszystko się może zdarzyć. Popatrzmy, co się stało w bojkowskiej wiosce po odsłonięciu jednego tylko grobu, dziewczynki-wróżki…

Zresztą nawet jeśli nie naruszyliśmy magii, to i tak sama obecność nauki i podążających za nią trop w trop turystów, sieje spustoszenia. Grot w Lascaux i Altamirze nie można oglądać, Pieta Michała Anioła stoi w klatce z pancernego szkła, kolumnę mistrza Mateo w katedrze św. Jakuba w Santiago de Compostela otoczono barierką, a przecież trzeba jej było dotknąć czołem, żeby Mateusz, Mistrz Architektów, pomógł nam podjąć decyzję, dokonać zmian i od nowa wznieść solidny gmach naszego życia… Dotykamy, poprawiamy, oglądamy, niszczymy. I wcale nie zawsze przy tym wyjaśniamy, co by przynajmniej wyjaśniało, dlaczego do diabła w ogóle używamy latarki…

Zmora archeologii, tak jak ją zobaczył Fellini w Romie. Zniszczenie fresków i rzeźb w podziemiach Rzymu.


A więc Teatr Cogitatur przestał istnieć.

A mimo to, sądząc z wpisu w Wikipedii w październiku 2017, świat wciąż jeszcze jest w porządku:

Teatr Cogitatur w Katowicach, założony przez Witolda i Katarzynę Izdebskich. Teatr występuje w Polsce i poza jej granicami, w tym w Niemczech podczas Wystawy Światowej EXPO 2000 w Hanowerze. W Teatrze Cogitatur odbywały się też pierwsze edycje powołanego do życia w roku 1994 Międzynarodowego Festiwalu Teatrów Alternatywnych „A Part”.
Adres: Katowice, ulica Gliwicka 9a.

Potem jednak świat przestaje być taki prosty. Nie ma strony internetowej teatru, ani własnej, ani w zbiorowych zestawieniach, choć wszędzie Tetar się wymienia. Np. na portalu kulturaonline.pl czy slaskie.travel.pl. Ale i na wielu innych. Nie odpowiada też telefon, nie przychodzą odpowiedzi na maile. Jeden z adresów automatycznie odsyła mi mojego własnego maila. Jako cogitatur.pl strona została przejęta (sprzedana) przez agencję organizującą ewenty i tu przekierowuje się niektóre linki. Inne kończą się znaną wszystkim gołą stroną:


W szczegółowym opisie ulicy pod numerem 9 wspomina się tylko mieszkającego tu w latach 1946−1980 Bolesława Mierzejewskigo. O teatrze i klubie Cogitatur ani słowa. Ani o tym, że był, ani że go nie ma.

I tak jest wszędzie. Jest, choć go nie ma, nie ma też informacji o likwidacji…

Na stronie katowice.naszemiasto.pl  po razu pierwszy i jedyny i znaleźć można informację z roku 2006, że teatr ma kłopoty finansowe.

Koniec teatru Cogitatur? …w budynku wyłączono prąd, a w Urzędzie Miasta czeka wyrok …

Teatr Cogitatur to jedna z ważniejszych scen alternatywnych w Europie, choć – szczerze mówiąc – niespecjalnie znana w rodzinnym mieście. A dokładniej: słabo egzystująca w powszechnej świadomości mieszkańców Katowic, bo wśród młodzieży akademickiej i w środowisku artystycznym, Cogitaur “od zawsze” był sceną kultową. Przed dwudziestu laty była to pierwsza w naszym mieście nieformalna grupa teatralna o tak ambitnym repertuarze. Nawet w przedstawieniach bez słów, źródłem reżyserskiej inspiracji Witolda Izdebskiego pozostawały najwyższej próby źródła literackie, filozoficzne i kulturowe. Wystarczy przypomnieć “Il fondo d’oro”, “Cztery sny Hölderlina” czy “W hołdzie ekspresjonistom”. Spektakle podbijały jurorów na świecie, teatr wygrywał bowiem w cuglach festiwale i występował z powodzeniem od Ameryki Południowej po Azję, triumfu w USA nie wyłączając. Zawarte w czasie tych podróży przyjaźnie owocowały zaproszeniem do Katowic znakomitych zespołów z obu półkul, występujących na firmowanym przez Cogitatur festiwalu “a part”. Na maleńkiej scenie przy ul. Gliwickiej odbywały się też warsztaty, z udziałem artystów Teatru Ósmego Dnia czy Poznańskiego Teatru Tańca. Słowem: artystyczny import i eksport najwyższej próby.

No dobrze. Był teatr, miał problemy finansowe, przestał być. Rozumiem. Ale dlaczego do dziś widnieje wszędzie, skoro od ponad 10 lat go nie ma? A jak już naprawdę nie wiem, co o tym wszystkim myśleć, w komentarzu na pełnym hejtów forum gazety pojawia się nagle taki wpis:

Gość: Katarzyna IP: *.dynamic.gprs.plus.pl 04.11.13, 12:58
Teatr Cogitatur zniknął z Katowic – to jest już faktem. Ponieważ włożyłam weń CAŁE SWOJE ŻYCIE to…bardzo boli. ALe jeszcze bardziej boli zachowanie WItolda Izdebskiego – mojego BYŁEGO męża, który prawdopodobnie w obliczu swoich kłopotów WYPCHNĄŁ mnie z 3-go piętra na beton i zdradziecko uciekł. Teraz szukam go WSZELKIMI MOŻLIWYMI ŚRODKAMI do UKRADŁ WSZYSTKIE PIENIĄDZE!!!nie płaci alimentów, a ja nie mam z czego żyć bo straaciłam NIE MAJĄC PIENIĘDZY mieszkanie. Może Państwo będziecie mogli pomóc proszę?
Katarzyna Mrozińska-Izdebska

Nic nie rozumiem. Jeśli tak było, to przecież internet, przynajmniej w lokalnych wydaniach, powinien huczeć. Wszędzie cisza. Nikt nic nie wie. Dlaczego jest cisza? Czy to żart? Przemoc? Oszustwo? Czyje? Pisarza Izdebskiego? Jest na liście poszukiwanych policji w Katowicach. Ale nie, nie za przemoc, za niepłacenie akcyzy!

Gdzie jest Sancho Pansa, gdzie jest gubernator, gdzie są granice żartu, gdzie zaczynają się schody…?!


 

Reblog: Rozmyślania w samolocie

Jacek Pałasiński

CHAOTYCZNE PRZEMYŚLENIA STARSZEGO MĘŻCZYZNY FRUWAJĄCEGO W DNIU SWOICH URODZIN

LOT
Z góry… Z góry wszystko wygląda inaczej. Relatywnie. Trudno sobie nawet wyobrazić, patrząc, przez okienko samolotu, że istoty, których z tej wysokości nie widać, mogą emanować złe emocje w ilościach zdolnych zniszczyć ich samych i tę piękna planetę…

DOM
Z okien samolotu za Rzymem dostrzegłem górę. Z drugiej jej strony stoi budynek, który długo nazywałem „moim domem”. Moje dorosłe, bardzo dorosłe Dzieci, nadal uważają to miejsce za swój „dom rodzinny”. A przecież wszelkie związki między tamtym domem a nami ustały.
W domu nie ma śladu po nas; to w nas jest ślad po nim.

LOS KOLIBRA
K. też jest w Rzymie, a właściwie ponad nim. Nie chodzi, lecz unosi się nad jego ulicami w zachwyconej euforii. Mówi, że chce się tu natychmiast przenieść i mam wrażenie, że to miejsce daje jej namacalne poczucie szczęścia, gdzieindziej nie zaznanego. Ciesz się tym szczęściem, bo ulotne.
I co: mówić jej, jak to się kończy dla kolibra, kiedy nie oderwie wzroku od magnetycznych oczu kobry i zginie, pożarty? Czy pozwolić, by odkryła, że najbardziej dewastujące rozczarowania dotyczą obiektów naszej miłości? O, bo Rzym rozczaruje każdego kto zechce się przebić przez jego magiczną powierzchowność, gdy zajrzy do jego czarnej i zepsutej duszy.

ŚLAD
Jak wygląda ślad po domu, który zwykliśmy nazywać „naszym domem”? Jest niematerialny, zapisany, zapewne wyłącznie jako mikroładunki elektryczne w jakiejś, nie wiadomo jakiej, mgławicy neuronów wewnątrz tej wstrętnawej galaretki, jaką nosimy w głowie?
Ile jest wart ten prąd? Da się wycenić coś tak nieskończenie małego? Nie? To czemu przywiązuję do tego tak dużą wagę?
Czemu ją przywiązuję do tak wielu mikroprądów w zwojach mego mózgu, skoro zsumowane nie dadzą razem jednego miliwata, a ileż może być wart jeden miliwat i jak się on ma do wielkiego świata widzianego z okna samolotu?

PROBIERZ
I jeżeli są one, choć nie wiem dlaczego, coś warte dla mnie, to ile mogą być warte dla innych? Nic, kompletnie nic? Czy tylko w zakresie, w jakim moje mikroładunki pokrywają się z mikroładunkami bliźnich mojej epoki?
Jak się o ich wartości dla bliźnich przekonać?
Po ilości komplementów? Pozytywnych uczuć? Po liczbie ludzi na moim pogrzebie?
Ilu ich będzie? Czy przyjdą znaczni, czy przyjdą sławni? Zechcą coś powiedzieć? Czy będą to nieznośnie banalne, puste słowa, ubrane w pozór emocji? Próba wylansowania siebie przed wdzięczną, bo cichą widownią?
Czy będą smutni, czy będą płakać szczerymi łzami, czy przyjdą z poczucia obowiązku, bo w gruncie rzeczy, cóż zanik mikroprądów może obchodzić kogoś innego poza ich posiadaczem? Czy naprawdę poczują w sercu przykry brak, kiedy zejdą się na cmentarzu, albo kiedy wpadnie im w oko mój nekrolog? Bo ponoć jesteśmy w stanie znieść nawet najgorsze cierpienie. Bliźniego…

CAPSTRZYK
Chciałbym, żeby nad moją trumną odegrano ukochaną przeze mnie muzykę, ale wszak to ja ją kochałem, a nie zebrani w kondukcie: męczyć ich czymś, czego zapewne nie zrozumieją? I, na dodatek, ktoś przyśle wdowie po mnie rachunek za nieopłacone prawa autorskie od publicznego wykonania tej muzyki. Nawet dzwon nie jest za darmo, bo dzwonniczemu trzeba za targanie sznurem zapłacić. Milczenie zatem?

DOBRE ŻYCIE
Jak powinno wyglądać tzw. „dobre życie”, takie, po którym twój pogrzeb będzie tłumny i pełen łez? Wszak największe kondukty chadzały często za trumnami największych potworów, jakich wydał rodzaj ludzki. Za władcami, a przecież władza demoralizuje, demoralizuje wszystkich bez wyjątku. A Giulio Andreotti, przy którymś wywiadzie nie wytrzymał i na powtórzoną mu sentencję „władza demoralizuje” odpalił: „władza demoralizuje tych, którzy jej nie mają”. Więc wszyscy jesteśmy zdemoralizowani?
Tłumne kondukty chodzą za aktorami, politykami, osobami powszechnie znanymi; ich odejście wydaje się znaczyć dla bliźnich więcej niż odejście osób mniej znanych, choćby najlepszych, choćby najuczciwszych, choćby najbardziej altruistycznych.
Jeśli pogrzeb to ukoronowanie, podsumowanie istoty czyjegoś życia, jego wagi dla społeczności, to trzeba za życia dać się poznać możliwie szerokiemu gronu; to daje, w chwili śmierci pocieszenie, że twój pogrzeb będzie innych zasmuci, a smutek innych będzie naszą satysfakcją i nagrodą.

A MOŻNA BYŁO INACZEJ
A gdybym coś był zrobił inaczej? Gdybym nie był taki pryncypialny? Gdybym nie uważał, że dziejące się właśnie wydarzenie potrzebuje mojego, w gruncie rzeczy mało znaczącego i nic nie zmieniającego udziału? Gdybym zapisał się, gdzie chcieli, a potem, w sprzyjającym czasie nawrócił? Gdybym czytał w dzieciństwie inne książki i miał średnio-krajowe poczucie honoru? Średnio-krajową ideę patriotyzmu? I gdybym w końcu porzucił ten szkodliwy zwyczaj stawiania się przełożonym, tego poczucia, że skoro więcej się przygotowywałem, to wiem więcej i lepiej? Gdybym, nie bacząc, że są irytujący i nieciekawi, kultywował znajomości z możnymi i znanymi:czy wtedy na mój pogrzeb przyszłoby więcej ludzi, byli by smutniejsi?

ŚMIECH
A może jestem jednak znacznie przeciętniejszy, niż mi powtarzano od pierwszej klasy, może zbyt łatwo w to uwierzyłem, bo chciałem wierzyć, nie zbadawszy, jak to jest naprawdę? Może najzwyczajniej w świecie nie zasługuję na uwagę bliźnich, na ich zainteresowanie, na ich ewentualny żal, gdy zniknę?
„Chciałem dobrze” – napiszę sobie na nagrobku.
Przechodnie będą parskać śmiechem. Dobre i to: przynajmniej przeczytają nazwisko, choć im nic nie powie, a na dodatek śmiech rzecz nieczęsta (zwłaszcza na cmentarzu), a dla zdrowia ważna.
A może lepiej zabrzmi „Chciałem mieć dobre słowo dla każdego”?

JASKINIA I WIEŻA
Tłumy na pogrzebach sław mogą prowadzić do wniosku, że „dobre życie” uwieńczone dobrym pogrzebem oznacza dać się poznać jak największej liczbie bliźnich. Nieważne, czy cię polubią, czy będą się ciebie bali, tłum przyjdzie oglądać popularnych piechurów w kondukcie. Bo powodem ich obecności prawie na pewno nie będzie konsekwencja zmarłego w postepowaniu skromnym, „moralnym” i społeczności przydatnym…
Mimo to są tacy, którzy nie oczekując nagrody w postaci tłumnego pogrzebu, wybierają inną drogę niż popularność.
Są ludzie, którzy chcą żyć bez reszty moralnie; zamykają się wtedy w grotach i tam żyją w łachmanach i o misce strawy – i wtedy nazywamy ich pustelnikami.
Są też i tacy, którzy zamykają się w wieży z kości słoniowej, żyją tam w pogardzie grzechu – i wtedy nazywamy ich mizantropami.
Ich śmierć bywa cicha, pogrzeby samotne.

ŚREDNIA AMORALNOŚCI
Mało jednak mnichów, mało mizantropów; cnotą jest sztuka surfingu po okolicznościach bez moralnego wartościowania czynów. Świat tego nie ma za złe. Nawet Kościoły, powołane do wydawania ocen moralnych. Ba, czyny kapłanów, zdarza się, wykraczają poza „średnią amoralności” ogólnie w społeczeństwach przyjętą, więc ich oceny uwagi nie warte.
Czy ma zatem sens życie anachronicznie moralne, jeśli społeczności tego nie dostrzegają, jeśli tego nie potrzebują, jeśli traktują to, jako irytujące dziwactwo?

ŻAL I MIŁOŚĆ
A jeśli na moim pogrzebie ludzie będą i poczują żal – przykre mikroprądy w którymś z mózgowych zwojów – to jak długo on trwać będzie?
Ja je czuję, gdy zniknie ktoś dla mnie ważny; czyjeś zniknięcie jest dla mnie bólem, lecz ból z czasem się zmniejsza, jest absorbowany przez mój organizm jak guz czy krwiak.
O niektórych żywych jeszcze – myślę z rzewną czułością: to musi być właśnie miłość, bezinteresowna, irracjonalna, nie wywołana żadnym hormonem, żadnym popędem, żadnym interesem – miłość.

POKORA
Takie wzloty powinny być obowiązkowe, obowiązkowe okresowe wyglądanie przez bulaj samolotu.
Obowiązkowe powinny być też wyprawy w strefy sejsmiczne. Bo gdy się z góry nie dojrzy proporcji – człowiek-świat, gdy nie poczuje się potęgi ziemskiej skorupy, wtedy będzie się miało wypaczone spojrzenie na wszystko: na siebie samego i na rzeczy naszego Życia, zawartego w kilku miliardach mikroprądów, tak nikłych, że nie wynaleźliśmy jeszcze instrumentu zdolnego zmierzyć ich nieskończenie małą wartość.

Tylko wtedy, świadomi naszej istoty, będziemy zdolni z pokorą przyjmować nasze życie i naszą śmierć. Niepomni liczby tych, którzy pójdą za nasza trumną.

Bild könnte enthalten: 1 Person, lächelnd

Rok reformacji

Elżbieta Kargol

Luter i luteranie w Szczecinie

W tym roku mija 500 lat od wydarzenia, które zapoczątkowało reformację. Zakonnik zgromadzenia świętego Augustyna, wtedy już doktor Pisma Świętego, Martin Luter ogłosił 95 tez, krytykujących naganne praktyki części ówczesnego kleru. Tezy te, jak głosi podanie, miały zostać przybite do drzwi Katedry Zamkowej w Wittenberdze.

W konsekwencji odważnego wystąpienia Martina Lutra powstaje kościół ewangelicki, niezależny od Stolicy Apostolskiej. Święto reformacji obchodzone jest w tym roku szczególnie uroczyście ze względu na tę doniosłą rocznicę.

Również ewangelicy w Polsce dołączają się aktywnie do obchodów. W porównaniu do katolików jest ich stosunkowo mało, mogą jednak z dumą spoglądać na bogatą tradycję.

W Księstwie Pomorskim protestantyzm wprowadzono oficjalnie w 1534 roku, podczas sejmu w Trzebiatowie. Mieszczanie Księstwa, a zwłaszcza Szczecina na przełomie XV i XVI wieku byli nieufni wobec duchowieństwa. Dlatego z uwagą śledzili wieści o rozpowszechniającej się w Niemczech reformacji.

Luter w Szczecinie nigdy nie był, ale wysłał na teren ówczesnego Księstwa Pomorskiego swoich kaznodziei.

Na czele Kościoła luterańskiego stanął panujący książę, Jerzy I Pomorski, potem jego syn Filip I – w myśli ówczesnej zasady „cuius regio, eius religio”. W początkach reformacji administracją kościoła w Szczecinie zajmowali się jego twórcy: Paweł von Rode, Jan Bugenhagen, Amandus i inni. Von Rode głosił nową religię często w porcie, pod gołym niebem, niedaleko kościoła przyszpitalnego św. Gertrudy.

Właśnie ten kościół, dzisiaj już pod wezwaniem Świętej Trójcy, z okazji obchodów roku reformacji zaoferował zainteresowanym dni otwarte – 16 i 17 września.

Neogotycki kościół zbudowany został w 1896 na Łasztowni w Szczecinie na miejscu istniejącego tu już od XIII wieku gotyckiego kościoła przyszpitalnego, wtedy jeszcze pod wezwaniem Świętej Gertrudy. Zaprojektowany został przez Wilhelma Meyera-Szwartau, przedwojennego architekta miejskiego, tego samego, który zaprojektował słynny szczeciński Cmentarz Centralny.

Po wojnie kościół kilkakrotnie zmieniał właścicieli. Budynek został przekazany w 1959 roku parafii ewangelicko-augsburskiej, choć już zaraz po roku 1945 był miejscem, gdzie – nie zawsze za zgodą ówczesnych władz – odbywały się nabożeństwa protestanckie. W 1960 roku kościół otrzymał nazwę Świętej Trójcy.

Główny ołtarz w prezbiterium zdobi obraz Henryka Osten Ostachiewicza (powstańca warszawskiego) – „Chrystus w Getsemane“

Przy kościele dobudowano w roku 1995 dom parafialny im. Dietricha Bonhoeffera.

Pastor Bonhoeffer był ewangelickim pastorem, wybitnym teologiem, zaangażowanym przeciwnikiem reżimu hitlerowskiego. W podszczecińskim wówczas Finkenwalde (obecnie Szczecin-Zdroje) prowadził półlegalne seminarium kształcące duchownych dla Kościoła Wyznającego (Bekennende Kirche), wspólnoty opozycyjnej w stosunku do oficjalnego Niemieckiego Kościoła Ewangelickiego.

W tej chwili znajduje sie tam Międzynarodowe Centrum Spotkań i Studiów im. Dietricha Bonhoeffera, któremu, podobnie jak Domowi jego imienia w Szczecinie, z braku funduszy grozi zamknięcie.

Proboszczem Parafii Ewangelicko-Augsburskiej Świętej Trójcy w Szczecinie jest obecnie pastor Sławomir Sikora, przyjaciel naszego Stowarzyszenia, który wraz ze swoją żoną Izabelą, diakonką, jest bardzo zaangażowany w codzienne życie parafii. Pełni funkcję przewodniczącego Szczecińskiego Oddziału Polskiej Rady Ekumenicznej oraz jest organizatorem Biegów Charytatywnych w Szczecinie. Maratończyk z rekordem życiowym 3:26:51.

Oto maratończyk
Na mecie triumfalnie podnosi ręce.
Nieważne z jakim czasem, zwyciężył.
Medal na szyję. Gratulacje.
Czas wracać do domu.
Jakiś nieznajomy uśmiecha się,
życzliwie i z szacunkiem.
Oto maratończyk…

Tak zaczyna się jeden z wierszy pastora poety zamieszczonego w tomiku Myśli w biegu.

17 września nabożeństwo, na które docieramy z kilkuminutowym opóźnieniem, jest bardzo uroczyste, pastor nawiązuje w kazaniu do przypowieści z Ewangelii św. Marka o trędowatym, a tym samym do historii kościoła, który wtedy w XIII wieku był za murami miasta przy porcie i jako kościół przyszpitalny był miejscem skupiającym wielu chorych, i tych wszystkich przybyszów, których obowiązywała kwarantanna. Nabożeństwu towarzyszą podniosłe pieśni ewangelickie w wykonaniu chóru Concordia ze Zgierza.

Luter powiedział: „muzyce wyznaczam najwyższe miejsce i najwyższe zaszczyty – tuż za teologią. Nie zmieniłbym tej odrobiny wiedzy o muzyce na żadne wspaniałości.”

A Magdalena Cieślar solistka i kameralistka w rozmowie o muzycznym credo reformacji mówi o Lutrze jako o prekursorze feminizmu:

Dzięki reformatorowi, możliwość uczestniczenia w kościelnym życiu muzycznym zrewolucjonizowała wszystko. Śpiewać mogli wszyscy bez względu na płeć. Pokusiłabym się o żartobliwe stwierdzenie, że Luter był prekursorem feminizmu, a nawet tak modnego i dziś wszystkich emocjonującego gender. Powstawały pieśni wielogłosowe, wzbogacone ze skarbca muzyki ludowej. Śpiewano w języku ojczystym, przez co intensywniej uczono się czytać, aby potem swobodnie wspólnie muzykować. To właśnie Marcin Luter sprawił, że obecny chrześcijański świat chyba już nie wyobraża sobie egzystencji bez czynnego udziału w kościelnym muzykowaniu.

Po nabożeństwie i krótkim zwiedzeniu kościoła (to bardziej szczegółowe było dzień wcześniej) wyruszamy w kierunku portu.

Mamy podwójne szczęście, jest piękna pogoda, a towarzyszy nam bardzo kompetentny i zaangażowany w życie społeczne Szczecina przewodnik Ryszard Kotla autor monografii o szczecińskim porcie.

Port jeden z najstarszych w Europie, według słów przewodnika działa nieprzerwanie od VIII wieku, oddalony wprawdzie od morza około 70 km, ale mogą do niego zawijać statki transatlantyckie o dużej pojemności.

Jest z nami pastorka pani Izabela Sikora – pytam ją o kościół i o ewangelików szczecińskich.

Przed wojną parafia liczyła ok. 10 000 osób, była jedną z 15 parafii ewangelickich w Szczecinie. Teraz liczy 430 osób. Posiada filiały w Trzebiatowie oraz w Kłodzinie, dwa razy w miesiącu organizuje nabożeństwa w języku niemieckim. Jest jedną z dwóch parafii ewangelickich w Województwie Zachodniopomorskim.

Dwa lata temu na Święto Reformacji ks. Sławomir Sikora w swoim kazaniu mówił:

Reformacja jest początkiem. Początkiem czegoś wielkiego i ważnego, sięgającego krańce ziemi, początkiem tego, co trwa do dziś. Luteranie i inni protestanci odwołujący się do wystąpień Lutra to ludzie, którzy zmieniają oblicze ziemi… Reformacja to nie tylko Luter, choć to jego tezy przyjęto za początek. Byli poruszeni Słowem i przed Lutrem, jak chociażby Jan Hus, którego 600 rocznicę męczeńskiej śmierci w tym roku obchodzimy. Również w XVI wieku za Lutrem poszło wielu, to był ruch pobudzonych Słowem serc, a nie dzieło czynione przez jednego człowieka.
Reformacja – tworzenie, kształtowanie czegoś od nowa, metanoia (łac. conversio) odnowienie umysłu jest początkiem…

OMG! (Reblogs)

But also: thank you, God! – they were only 150 tousands and not 7 millions, what was previously announced!

Notes from Poland

Poles have last saturday been gathering along their borders holding rosaries in order to ‘surround the country with prayer’ and appeal to God ‘to save Poland and the world’. (Initially the stated aim was to protect from ‘Islamisation’, although that aspect has since been downplayed. More detail here: goo.gl/QWFyXu.)

Wprost

Sukces akcji „Różaniec do granic”. Cała Polska modliła się o pokój.

W ramach inicjatywy „Różaniec do granic”, w sobotę 7 października w 320 kościołach na terenie 22 diecezji na obrzeżach kraju ludzie modlili się o pokój dla Polski i całego świata. W wydarzeniu wzięły setki osób. Do akcji dołączyli również politycy. Polska granica liczy 3,5 tys. kilometrów, więc liczyliśmy, że potrzeba milion – półtora miliona ludzi żeby rzeczywiście otoczyć ten kraj dosłownie modlitwą – tłumaczył Maciej Bodasiński z Fundacji Solo Dios Basta (Bóg i nic więcej), która organizowała wydarzenie.

Zula na twitterze

Ja na miejscu. W Kodniu. Mnóstwo ludzi a jest bardzo wcześnie

Sylwester na twitterze

Siekierki nad Odrą

Found on Koalicja Białych Róż


On Facebook by Anna Alboth


And we… virtually and really on the other side of the border

We do not protest against God. We do not protest again prayer and also a rosary prayer. But we do protest against pushing our country back in to the darkness age of not knowing, not thinking and not loving, where the rules of democracy are replaced by prayer and obedience and politic becomes a faith.

And we protest against Poland’s heartless politic against refugees!!!! Yes, I know… Oficially nobody says anymore, rosary on the boarder was protest against Islam, Muslims or refugees. But it was the primary intention and it exists unoficially all the time.

And we protest!

Foto – Anna Alboth

Anna Alboth on facebook:

Today I feel like praying. Praying to some god to protect Poland from protecting Poland.  Yes. Because otherways they will protect us and then… OMG!

Kommentar von Mehmet Daimagüler:

“Ok, liebe Polen, Euer Land wurde dreimal geteilt, von drei Mächten: dem orthodoxen Russland, dem protestantischen Preußen und den katholischen Habsburgern. Alles Christen. Nach dem polnischen Novemberaufstand von 1830/1831 gegen die Herrschaft der Zaren nahm hingegen das Osmanische Reich zahlreiche polnische Emigranten auf. Noch heute leben Nachfahren dieser Flüchtlinge in dem Ort Polonezköy (“Polendorf”) bei Istanbul. Im Zweiten Weltkrieg versuchten Nazi-Deutschland und Stalin Polen auszulöschen. Nach dem Krieg blieb das Land 40 Jahre unter der Knute der UdSSR. Und heute fürchtet Ihr Euch davor, dass Muslime Polen zerstören könnten?”

Die Welt:

An Polens Grenzen haben sich am Samstag mindestens 150.000 Katholiken für ein Rosenkranzgebet getroffen. Nach Angaben der Warschauer Stiftung Solo Dios Basta (zu Deutsch: Gott allein genügt) waren 4000 Orte in die Aktion „Rosenkranz an der Grenze“ involviert. Gebetet wurde nach Angaben der Stiftung für die „Rettung Polens und der Welt“.

Von Gegnern wurde die Aktion als islamophob verurteilt. Sie sahen das Massengebet wegen verschiedener Äußerungen von Teilnehmern und Geistlichen als explizit gegen Muslime gerichtet.

Zu dieser Einschätzung hatte unter anderem Krakaus Erzbischof Marek Jedraszewski beigetragen, der sagte, die westlichen Nationen müssten zu ihren christlichen Wurzeln zurückkehren, „damit Europa Europa bleibt“. Eine Teilnehmerin der Aktion sagte zur Nachrichtenagentur AP: „Der Islam will Europa zerstören und uns vom Christentum abkehren.“

ksiądz Wojciech Lemański auf dem twitter

Znamy z niedalekiej przecież historii wiece masowego poparcia dla ludzi, których dziś chcielibyśmy zapomnieć. Wypełnione place, tłumy wzdłuż ulic. Po dzisiejszym dniu do tamtych obrazów historia dołączy zdjęcia setek tysięcy Polaków modlących się na plażach, lotniskach, ulicach, wzdłuż granic. Co ich wyprowadziło z ich kościołów, kapliczek przydrożnych, z ich katedr i bazylik? Czyżby jakaś zaraza, nawałnica, horda zbrojna zagrażała ich domom, warsztatom pracy, szkołom czy przedszkolom? Zapytajcie tych ludzi, po co poszli na te granice. Poszli przyzywać Imienia bożego, wzywać orędownictwa Matki Jezusa przeciw… uchodźcom, szukającym pomocy, schronienia, dachu nad głową. Gdy papież Franciszek poprosił o przygotowanie w ich parafiach domu dla jednej choćby rodziny uchodźców – udawali że nie słyszą. Gdy ostatnio prosił, by modlili się za tych biednych ludzi, to w katolickiej Polsce można było te rozmodlone kościoły policzyć na palcach. A dziś, jak Polska długa i szeroka idą z różańcem w ręku pokazać światu – ile jest warta wiara Polaków. Ale przyjdzie dzień. I powiedzą w ów dzień – Panie, Panie, czyż nie modliliśmy się na różańcu z naszymi księżmi, z naszymi biskupami na granicach? A Pan im odpowie – Idźcie przecz, bo byłem przybyszem, a nie przyjęliście Mnie. I będzie płacz i zgrzytanie zębów.

Che

Z przyczyn rocznicowych dzisiejszy poniedziałek z tekstem o Baratarii został przeniesiony na piątek 13  i połączył się z wypisem o świecie podręcznych

Zbigniew Milewicz

Zamordowano go dokładnie 50 lat temu. Mojego Che, który był idolem kontestującej młodzieży lat 60 w Polsce. Jego portret do dziś wisi na poczesnym miejscu na ścianie mojego tyskiego mieszkania; w dzisiejszej Polsce Che Guevara, na równi ze Stalinem i Leninem jest wykluczony z publicznej prezentacji, ponieważ był komunistą i za nią można zostać pociągniętym do odpowiedzialności prawnej. Ale ponieważ blog Ewy Marii Slaskiej ukazuje się na berlińskiej stronie internetowej, “odważam” się przytoczyć, co polska Wikipedia pisze o Che, chociaż z zakończeniem tej informacji kompletnie się nie zgadzam, ponieważ On był człowiekiem prawym. Paradoks tej relacji polega na tym, że Che – komunista był idolem m. in. polskiej młodzieży, co istniejący, komunistyczny ustrój próbowała naprawić, a dzisiaj, kiedy udało się go przeflancować na kapitalistyczny, w którym nadal rządzą stare układy, jest wrogiem. A więc cytuję:

Che Guevara, właśc. Ernesto Rafael Guevara de la Serna, pseudonim Fernando Sacamuelas (ur. 14 czerwca 1928 w Rosario, zm. 9 października 1967 w La Higuera) – latynoamerykański rewolucjonista, pisarz, z zawodu lekarz.

Urodził się w Argentynie. W latach 50 jeden z przywódców rewolucji kubańskiej. Po jej sukcesie wstąpił w skład rewolucyjnego rządu. W 1965 roku brał udział w walkach partyzanckich w Kongu. Od 1966 roku organizował oddziały partyzanckie w Boliwii. Tam został schwytany i zabity. Jako ideolog i pisarz stworzył własną oryginalną wersję wojny partyzanckiej (foco guerrillero) prowadzonej przez chłopów. Jego poglądy określa się mianem guevaryzmu. Przeszedł do historii jako idol zrewoltowanej młodzieży. Odpowiedzialny za liczne egzekucje, tortury i uwięzienia.


PS. od adminki. Autor poprosił, bym wstawiła do wpisu jakiś portret Che. Pomyślałam, że poszukam polskich memów. Che, jak każda postać, która zapisała się na trwałe w annałach popkultury, jest tematem wielu memów i oczywiście nie myliłam się, sądząc, że znajdę również polskie. Te pro…

… i te kontra (nota bene oba – i te pro i te kontra na tym samym portalu, który zasadniczo jest przeciw):

Wśród przyjaciół Moskali – 2

Lech Milewski

Rok 1983. Australia. W mojej pierwszej pracy spotkałem świeżego imigranta ze Związku Radzieckiego. Arkady wspominał czasy młodości.

Pochodzę z niedużego miasta. Żeby kupić bilet kolejowy do innej miejscowości, Moskwy czy Leningradu, trzeba było mieć zgodę komendanta milicji. Ileż to było nerwów. Na przykład pojechać na egzamin wstępny na uniwersytet. Jak komendant nie da ci zgody, to zapomnij o studiach. Na szczęście można było dać łapówkę.
– W Polsce nie było takich problemów?
– Nie było.
– Powiedz mi – czy to prawda, że w Polsce są prywatni lekarze, że można dostać paszport, że są prywatne gospodarstwa rolne?
– Prawda. Z tymi paszportami nie tak łatwo, ale można dostać.
– A poza tym normalnie – gwarantowana praca, urlopy, wczasy, emerytury?
– Normalnie.
– Lech, to co wam strzeliło do głowy żeby taki system zmieniać?

Kolejne spotkania – znowu na nartach.

Narty w Australii?
Czemu nie? Podobno powierzchnia terenów pokrytych tutaj śniegiem w zimie jest większa niż terytorium Szwajcarii. Jednak po kilku wizytach na tutejszych stokach narciarskich stwierdziłem, że niezbyt nadają się do zjazdów i odkryłem narciarstwo biegowe. I w tym momencie odżyły rosyjskie koneksje.

W dawnych czasach nie każdego w Polsce było stać na odbiornik radiowy. Komuna, realizując swoje szczytne hasło – każdemu według potrzeb – oferowała głośniki zwane popularnie kołchoźnikami, cena abonamentu 2 zł na miesiąc.
Co to był głośnik?
Jakby tu wytłumaczyć we współczesnych kategoriach? Radio kablowe!

Wkrótce po zainstalowaniu tego wynalazku w naszym mieszkaniu słuchałem transmisji radiowych z mistrzostw świata w narciarstwie – Falun 1954. Biegi narciarskie na 15 km i 30 km wygrał zawodnik radziecki Kuzin.
W tym miejscu wspomnę, że od dziecka byłem pod urokiem opowieści o wyprawach podbiegunowych. Nansen, Amundsen to byli moi bohaterowie.
Niespodziewanie dołączyli do nich bezimienni Rosjanie. Przypomnę, że Roald Amundsen zginął podczas próby ratowania rozbitków katastrofy włoskiego sterowca Italia, który rozbił się podczas propagandowego lotu do bieguna północnego.
Większość rozbitków zginęła, kilku uratowała załoga radzieckiego lodołamacza Krasin.
Nic więc dziwnego, że gdy ruszyłem na narciarskie trasy biegowe w Australii, to napotkałem tam Rosjan.

Jednak najpierw było USA, rok 1995, stan Wisconsin. Odbywa się tam co roku maraton narciarski American Birkebeiner – KLIK – naprawdę zachęcam do obejrzenia tego filmiku. Wyścig nazwany tak na pamiątkę najpopularniejszego biegu narciarskiego w Norwegii.
W 1995 roku postanowiono zorganizować ceremonię otwarcia wzorowaną na ceremonii  Igrzysk Olimpijskich w Lillehammer, które odbyły się rok wcześniej.
Na zawody przybyłem z grupą kilku Australijczyków. Organizatorzy ogromnie się ucieszyli – jeden kraj więcej w paradzie otwarcia.
– A dlaczego ty masz inny akcent niż twoi koledzy? – zapytała mnie podejrzliwie pani w biurze zawodów.
– Bo ja jestem z Polski.
– Doskonale, jeszcze jeden kraj w paradzie.

Mój sąsiad pochodził z Petersburga, był bardzo dobrym narciarzem, niestety Australia była dla niego zbyt daleko.

Dla innych Rosjan była jednak bliżej.

W ostatnią sobotę sierpnia odbywa się w Falls Creek maraton narciarski Kangaroo Hoppet – KLIK.
Co roku biwezw qnim udział grupka zagranicznych narciarzy. Większość przyjeżdżała tydzień wcześniej i mieszkała tak jak ja w schronisku YMCA.

Jewgenij, on przyjechał tylko z Sydney. Wyścig wygrał Czech – Vanek.
– Też dobrze – skomentował Jewgenij – nasz wygrał!
– Nasz?
– No tak, Słowianin.
Spytałem go czy zna legendę o trzech słowiańskich braciach – Lechu, Czechu i Rusie. Nie znał. Już to było dla mnie pewnym zaskoczeniem. Opowiedziałem – pokręcił głową bez przekonania, jakoś nie w smak była mu ta legenda.

Rok 1998 – Finlandia. Na tamtejszy maraton narciarski w Lahti przyjeżdża wielu Rosjan z niezbyt odległego Petersburga.
Podczas jazdy pociągiem do Helsinek miałem okazję, by porozmawiać z jednym z nich. Wspomniałem, że chętnie wziąłbym udział w jakims maratonie narciarskim w Rosji.
– Powiem ci szczerze Liech, wolałbym żebyś nie przyjeżdżał.
– ???
– Kultura u nas nie taka. Tutaj w Lahti, taki piękny bieg. A u nas można kijkiem po głowie dostać. Może kiedyś, ale teraz lepiej nie przyjeżdżaj.
To kiedyś, nigdy nie nastapiło. Nie chodziło o to, że bałem się, iż dostanę kijkiem w głowę, ale logistyka dojazdu z Australii na rosyjskie maratony narciarskie była zbyt skomplikowana.
Witalij – ścisła czołówka, w 1999 roku wygrał wyścig.
Mieszkał we Władywostoku, ale wspomniał, że pochodzi z Sachalina. Poprosiłem żeby opowiedział coś o tej tajemniczej wyspie.
Cóż tu opowiadać. Główną instytucją na wyspie jest ogromne więzienie. Wolni mieszkańcy wyspy są marginesem. Jednak raz wydarzyło się coś ciekawego. Z jakichś biurokratycznych powodów wystąpiły poważne zakłócenia w zaopatrzeniu, a wyspa jest całkowicie uzależniona od dostaw z kontynentu. Nieliczne warsztaty i zakłady przemysłowe wstrzymały produkcję z powodu braku materiałów, ludzie nie dostawali zarobków, brakowało jedzenia.
Tylko jedna instytucja pracowała bez problemów. Więzienie. Więźniowie pracowali w kilku zakładach produkcyjnych, materiały przychodziły bez zakłoceń, priorytet jak dla armii. Podobnie jedzenie.
Więźniowie szybko dowiedzieli się o krytycznej sytuacji w sąsiedztwie i postanowili podzielić się swoimi racjami żywnościowymi z okoliczną ludnością.
Codziennie, wieczorem, gdy więźniowie już zjedli obiad, pod więzieniem ustawiała się ogromna kolejka, więcej niż tysiąc osób. Więźniowie sprawnie podawali racje żywnościowe.
Wystarczyło dla każdego, wszak więźniów było wiele tysięcy.
Tiurma żywitiel – mówili z czułością wolni mieszkańcy.

W 2008 roku spotkałem w Falls Creek Dymitra, narciarza z Kamczatki. Przyjechał na wyścig wraz z żoną, Natalią.
– Pochodzisz z Kamczatki? – spytałem.
– Nie, z centralnej Rosji. Służyłem w wojsku. Szkoliłem się na oficera politycznego. Jak się miało szczęście, to były duże szanse, by dostać pracę w rosyjskim konsulacie. Mnie się niezbyt poszczęściło. Wylądowałem na Kamczatce.
Dymitr posiadał sporą wiedzę ogólną.
– Czy ty wiesz, Liech, że Lew Nikołajewicz (Tołstoj) nazywał wszystkich muzułmanów Tatarami? Arab czy Turek to u niego Tatar.
Sierpień 2008 – to był gorący czas – 8 sierpnia rozpoczęły się Igrzyska Olimpijskie w Pekinie, w tym samym dniu rozpoczęły się walki na granicy Gruzji i Osetii. Kilka dni później przyjechał do Gruzji prezydent Lech Kaczyński.
Wojna i olimpiada … i Gruzja – wspominał Dymitr.
– Liech, a ty wiesz, że Polska wybudowała serię statków królewskich. Batory – znasz?
– Znam, ale innych statków z tej serii nie znam.
– Sobieski. Był u was taki król?
– Oczywiście że był, pobił “Tatarów” pod Wiedniem. – Dymitr pokiwał głową z aprobatą.
– A wiesz co się z nim, znaczy statkiem, stało?
– Nie znaju – rozłożyłem bezradnie ręce.
– Związek Radziecki odkupił go od Polski i zmienił nazwę na Gruzja. I na tej Gruzji popłynęli w 1956 roku sportowcy na Olimpiadę w Melbourne.
Rok 1956, tak jak teraz – kontynuował Dymitr – Olimpiada i wojna (Kanał Sueski) i Gruzja. Na tej Gruzji płynęli nie tylko sportowcy radzieccy. Byli tam również Czesi i Węgrzy. Gdy statek był już na pełnym morzu, rozpoczęła się rewolucja na Węgrzech. Telegrafiści dostali rozkaz zachowania tego w tajemnicy, ale były przecieki. Sportowcy węgierscy byli bliscy buntu.

Następnego dnia rano wsiadaliśmy do autobusu, który miał nas podwieźć na trasy narciarskie. Dymitr szedł zrelaksowany, a za nim jego żona niosła dwie pary nart.
– Dzień dobry – pozdrowiłem go – Dymitr, a ty to chyba Tatar?
– W jaki sposób Tatar? – zdumiał się.
– Ty sobie idziesz jak król, a żona za tobą narty niesie.
– Bezsensowny żart. Przecież Tatarzy nie jeżdżą na nartach.

Na zakończenie zachęcam do obejrzenia narciarskiej migawki z Nowej Zelandii – przyjaźń amerykańsko-rosyjska w rytmie rosyjskiego rap – TUTAJ. Rosjanie w czarnych kombinezonach.

Ciekawość oka i przyjemność patrzenia (6)

Dariusz Kacprzak

Lovis Corinth, Portret pisarza Georga Hirschfelda i jego żony Elli, 1903

Prezentowany w polsko-niemieckiej galerii wyobraźni obraz Lovisa Corintha jest dobrze znany w literaturze fachowej – odnotowała go pod pozycją 261 w wydanym w 1958 roku katalogu dorobku malarza jego żona Charlotte Berend-Corinth (1880 Berlin – 1967 Nowy Jork), także malarka, zaliczana do Berlińskiej Secesji.

Dzieło ze zbiorów szczecińskich znalazło się także w drugim tomie monumentalnego czterotomowego opracowania (2011), poświęconego działalności Salonu sztuki Paula Cassirera, autorstwa Bernharda Echtego i Waltera Feilchenfeldta, a ostatnio zreprodukowane zostało również w wydanym w roku 2013 katalogu wystawy o bawarskiej kolonii artystycznej Künstlerkolonie Dachau. Blütezeit 1880 bis 1920.

By zobaczyć pracę Lovisa Corintha, docenić urodę oryginalnych rozwiązań barwnych i wyjatkowy nastrój płótna, należy się jednak wybrać do Szczecina. Obraz pierwotnie stanowił własność sportretowanej Elli Hirschfeld-Petersen, później Paula Cassirera, a następnie został zakupiony przez Wilhelma oraz Fridę Döringów i zdobił wnętrze ich szczecińskiej willi przy Falkenwalderstrasse, dziś ul. Wojska Polskiego. Na przełomie lat 1925 i 1926 obraz Corintha wraz z 35 innymi dziełami malarzy niemieckich XIX–XX w. został podarowany Muzeum Miejskiemu. Obecnie stanowi własność Muzeum Narodowego w Szczecinie.

Będący świadectwem kształtowania się w Berlinie dojrzałego stylu Corintha szczeciński obraz z 1903 roku przedstawia małżonków Georga i Elli Hirschfeldów, należących do berlińskiej bohemy przełomu XIX i XX wieku. Georg Hirschfeld (1873 Berlin – 1942 Monachium), syn berlińskiego przemysłowca żydowskiego pochodzenia, był uznanym prozaikiem i dramaturgiem, reprezentował nurt naturalizmu w niemieckiej literaturze. Mieszkał i tworzył w Berlinie, Monachium i Wiedniu. Jest autorem cenionych utworów, m.in.: Die Mütter (1896), Zu Hause (1896) czy Agnes Jordan (1898). W latach 1895–1905 należał do stowarzyszenia kulturalno-historycznego Friedrichshagener Dichterkreis, zrzeszającego m.in. Gerharta Hauptmanna, Arno Holza, Waltera Leistikowa, Edvarda Muncha, Reinera Marię Rilkego, Augusta Strindberga oraz Stanisława Przybyszewskiego.

Wkrótce po namalowaniu, w końcu 1903 roku, obraz wraz z kilkoma innymi dziełami Corintha oraz pracami Josefa Isräelsa, Franza Skarbiny i Waltera Leistikowa oraz współczesnymi małymi rzeźbami artystów niemieckich, wystawiono w Salonie sztuki Paula Cassirera przy Victoriastr. 35, nieopodal placu Poczdamskiego w Berlinie.

Przedstawieni we wnętrzu pokoju małżonkowie: ona – wytwornie ubrana, z lekkim uśmiechem, pełna emocji, on – zatopiony we własnych myślach, z nieobecnym spojrzeniem, oboje stanowią interesującą ilustrację poglądu Lovisa Corintha sformułowanego w jego podręczniku sztuki malarskiej „Das Erlernen der Malerei” (wydanej podobnie, jak autobiografia „Legenden aus dem Künstlerleben” w oficynie Paula i Bruna Cassirera): „W przypadku mężczyzny zainteresowanie skupia się na opracowaniu cech duchowych, jego rąk, właściwej mu postawy, u kobiety bardziej na oddziaływaniu barw. Mężczyznę ujmuje się bardziej od strony duchowej, kobietę dekoracyjnie. Także tło jest bardzo ważne. (…) Dzisiaj preferuje się prostotę. Albo stosuje się jeden prosty ton, taki, jaki rzeczywiście widzi się za modelem, albo całe wnętrze, które stanowi tło”.

Na początku XX w. Corinth przeniósł się z Królewca do Monachium. Po niezbyt udanych początkach kariery w Bawarii, przyłączył się do Berlińskiej Secesji, protestując przeciwko rutynie akademickiej i jesienią 1901 roku przeniósł się do Berlina. W pracowni przy Klopstockstraße założył własną szkołę malarską dla kobiet. Pierwszą uczennicą artysty była Charlotte Berend, która w 1903 roku została jego żoną. W Berlinie szybko osiągnął sukces, stając się malarzem znanym i cenionym zarówno przez znawców sztuki, jak i szerokie kręgi publiczności.

Pełne ekspresji portrety oraz motywy pejzażowe, świadczące o jego wyjątkowym podejściu do natury, wykonywane w technikach akwaforty, suchej igły, litografii, prezentują wysoki poziom artystyczny, świadczą o biegłości warsztatowej w dziedzinie grafiki. Obok malarstwa sztalugowego, grafiki, rysunków, zajmował się także projektowaniem kostiumów oraz scenografii dla berlińskich teatrów, współpracował m.in. z Maksem Reinhardtem i Maksem Krusem. W 1918 roku otrzymał tytuł profesora, a rok później został członkiem Królewsko-Pruskiej Akademii Sztuk Pięknych w Berlinie, a na krótko przed śmiercią także członkiem honorowym Królewsko-Bawarskiej Akademii Sztuk Pięknych w Monachium.

Lovis Corinth (1858 Tapiau w Prusach Wschodnich, obecnie Gwardiejsk – 1925 Zandvoort), Portret pisarza Georga Hirschfelda i jego żony Elli, 1903, olej, płótno, 100 x 120, Muzeum Narodowe w Szczecinie, fot. Grzegorz Solecki, Arkadiusz Piętak

Jesienne wypominki

Roman Brodowski

Smak polskich jesieni

Jesień od jakiegoś już czasu rodzi we mnie dziwny, nostalgiczny niepokój. Czas przemijania w przyrodzie przygotowującej się do letargu, czy (jak kto woli) zimowego odpoczynku przed kolejną płodną wiosną, oddziałowuje również i na moje samopoczucie psychofizyczne. Czuję się wyjątkowo ospały, bardziej skłonny do melancholijnych nastrojów, i jakby bardziej zestresowany.

Ktoś może powiedzieć – Nostalgia i owszem, ale dlaczego niepokój? –
No właśnie. Dlaczego niepokój?

Spoglądając wstecz, w naszą historyczną rzeczywistość, zawsze dochodzę do tego samego wniosku, a mianowicie, że to właśnie jesień, owa szara, ale brunatno-krwisto-czerwona jesień, obfituje w jakże tragiczne dla naszego kraju, wydarzenia.

To jesienią 24 października 1795 roku Rosja, Prusy i Austria podpisały akt trzeciego (i całkowitego) rozbioru Polski. To 25 listopada tegoż roku ostatni król Polski, Stanisław August Poniatowski, abdykował na Nowym Zamku w Grodnie, na rzecz Rosji, po czym został deportowany do Petersburga.

Także jesienią 29 listopada 1830 roku w Warszawie rozpoczęło się wielkie powstanie przeciwko imperium rosyjskiemu oraz wielkiemu księciu Konstantemu, który był bratem cesarza Rosji i króla Polski Mikołaja I. Konstanty był powszechnie znienawidzony za stworzenie systemu tajnej policji i donosicielstwa, a także za gnębienie i poniżanie Polaków, za niszczenie wszelkich przejawów prawdziwego polskiego patriotyzmu.

Co prawda jesień dla Polski miała także i odcienie nadziei oraz radośc, jak na przykład zwiastun wolności, jakim było podpisanie 5.11.1916 przez cesarzy Niemiec i Austro-Węgier dokumentu, w którym ogłosili powstanie niezależnego Królestwa Polskiego. Władzę w państwie oddano Tymczasowej Radzie Stanu, później zaś, w roku 1917, Radzie Regencyjnej.  Szefem Komisji Wojskowej został mianowany Józef Piłsudski. To ten właśnie człowiek, także jesienią, 11 listopada 1918 roku, dzień po powrocie z więzienia w Magdeburgu, proklamował ponowne utworzenie z wyzwolonych spod zaborów ziem, państwa polskiego.

Niestety takich jesiennych radości w naszej historii było zbyt mało, by uważać ją szczęśliwą dla nas porę roku
Omijając kilkanaście mniej lub bardziej udanych dla naszego nowonarodzonego państwa, a więc okresu sanacyjnej, międzywojennej Polski, dochodzę do kolejnych tragicznych dla kraju, wydarzeń, które niestety także zaserwowała nam jesień,
Wrzesień 1939, zarówno jego pierwszy jak też siedemnasty dzień, po niespełna dwudziestu i jeden latach stał się prologiem kolejnego dramatu i niebytu naszej Ojczyzny, Ojczyzny która to rękoma faszystowskiej niemieckiej III Rzeszy jak też komunistycznego Związku Republik Radzieckich, została, zbrojnie zaatakowana i zgodnie podzielona, tak jak to postanowił pakt Ribentrop-Mołotow, podpisany 23 sierpnia tegoż roku, podzielona przez kolejnych (acz w rzeczywistości – tych samych) zaborców.
Ten długi, ponad pięcioletni okres okupacji naszego kraju, jak nigdy wcześniej obfitował w terror i zbrodnie dokonywane przez najeźdźców.
Zabijanie niewinnej polskiej ludności oraz eksterminacja polskich Żydów, zarówno przez Niemców i ich kolaborantów, jak też Rosjan, wysyłki do wybudowanych na terenie Polski fabryk śmierci zwnych obozami koncentacyjnymi, jak też na powolną, katorżniczą śmierć w do gułagów znajdujących na terenie dalekiej północy jak i Syberii, było na nadwiślańskiej ziemi, codziennością. Polska poraz kolejny płynęła nie „mlekiem i miodem”, a krwią, a spowijał ją zapach rozkładających się ciał.

Z pewnością, ale i premedytacją opuszczam wiele jesiennych wydarzeń, zasługujących również na uwagę nie tylko historyków, by sprowokować czytelnika do przemyśleń dotyczących nie tylko naszej smutnej jesiennej rzeczywistości, ale i innych epizodów, jakie wydarzyły się w pozostałych „ojczyźnianych porach roku”.

Wracając do mojego „kalendarium” – to koleją jesienną datą
jest wczesna jesień 1980 roku.

Historycznie, dla mnie i mojego pokolenia jest to okres najbardziej bliski, a to dlatego że ten nieodległy jeszcze czas nie zdołał wymazać z mojej pamięci i pamięci milionów rodaków tego, co się wówczas wydarzyło. Żyłem niejako w środku tamtych wydarzeń…, więc (wydaje mi się) przy odrobinie szczerości i woli uczciwego podejścia do analizy ówczesnej rzeczywistości, jestem w stanie niejako obiektywnie przekazać obraz niezafałszowanej prawdy historycznej.

Kiedy wydawało się, że w wolnej od przemocy i wojennych działań, socjalistycznej Polsce, w kraju którego symbol stracił koronę a naród suwerenność na rzecz Moskwy, nic się nie może wydarzyć, tenże naród poraz pierwszy od zamierzchłych czasów stał się jednością i wystąpił przeciwko niesprawiedliwości społecznej, przeciwko systemowi socjalistycznego prawa i przeciwko radzieckiej hegemonii w sferze politycznej, wojskowej i gospodarczej nad naszym państwem. To wówczas nasi chłopi, robotnicy i inteligencja, ręka w rękę, wyszli na ulice, ogłosili w całej Polsce okres strajkowy, domagali się demokratyzacji państwa, sprawiedliwego podziału władzy, wyprowadzenia wojsk sowieckich z Polski. Tak – mam na myśli ogólnonarodowy (prawie że) bezkrwawy, sierpniowy protest, i powstanie w dniu 30.08.1980 pierwszych po wojnie nielegalnych jeszcze, ale już Niezależnych Związków Zawodowych „ Solidarność”, których legalizacja nastąpiła 10.11. 1980 Niestety tamten polityczny sukces (jak dzisiaj widać) nie utrzymał na stałe tamtej narodowej jedności.

Dzisiaj ponownie stoimy na rozdrożu, zagrożeni kolejnym w historii rozłamem w narodzie, dobrowolnym spychaniem nas samych do jakiegoś zaścianka na arenie międzynarodowej. Rządzi nami indoktrynacja i to we wszystkich jej aspektach: społecznym, etyczno-chrześcijańskim i historycznym, poddano nas przekazom nieprawdziwej wiedzy, co zagraża naszej młodzieży i może doprowadzić do stworzenia społeczeństwa bezideowego, zdolnego do wszystkiego, tylko nie do współistnienia z innymi narodami.

Faszyzacja i nacjonalistyczna propaganda, jaką prowadzi dzisiejsza dyktatorska władza, ma na celu wywołanie w społeczeństwie fobii i pobudzenie ducha emocjonalnej nienawiści, negatywnego nastawienia narodu względem „obcych”. A to nie wróży niczego dobrego.

I właśnie do tej ostatniej w moich wypominkach jesieni, w naszej dzisiejszej sytuacji społeczno-politycznej powinniśmy myślami szczególnie często powracać, a młodemu pokoleniu przekazywać prawdę tamtego czasu, bez konfabulacji, indoktrynacji czy kłamstwa, tak dziś chętnie używanego dla celów propagandy politycznej.

Dziwi mnie fakt że tysiące, a nawet miliony rodaków mojego pokolenia tak szybko zapomniały, co znaczy uczciwość, prawda i obowiązek wpajania naszym dzieciom znanej greckiej maksymy że, „prawdą prawd jest wiedza naszych własnych doświadczeń”. A więc przekazujmy im rzeczywistość zgodną z faktami, sprzeciwiajmy się historycznej konfabulacji potrzebnej dla nadbudowy ideologiczno-propagandowej aktualnych systemów politycznych.
Amnezja, zwłaszcza ta ogólnospołeczna, podyktowana chęcią bezgranicznego (bezmyślnego) podporządkowania się władzy dyktatorskiej, zawsze prowadziła narody do krwawych, tragicznych wydarzeń.

Epilog:

Mamy jesień. Niech tych kilka przypomnianych przeze mnie dat i wydarzeń
będzie przestrogą i nauką dla nas wszystkich. Oby ta kolejna jesień była jesienią rozsądku i spokoju dla naszego (niestety podzielonego) narodu.

Jesień

Wiatr w porywie poezji
Układa mozaikę z liści
Odzianych w jesieniobarwną
Szatę błogiego spokoju.

Nadwiślane, matczyne pola
Oddając ostatnie płody
Brzemiennej ziemi
Czekają zimowego snu.

Orły – nie tylko te białe
Szukają schroniena
Przed nadchodzącą porą
Głodowego trwania.

I tylko my –zagubieni w czasie
Nie zwracamy uwagi
Na nadchodzącą niepewność
Jesiennej zawieruchy.

A jesień? – jesień ma się dobrze.
Deszcz, nostalgia, nadzieja
Nadchodzi, trwa i odchodzi.
Pozostaje po niej … historia.

01.10.2017

Nowa polska proza z Berlina

Krzysztof Pukański

Jeden z ostatnich

Angua aż się skuliła – Jezus, jaki on wkurwiony.
Poczuła, jak ogarnia ją Mrok. Jak brodzi w lepkiej, chłodnej mazi zmęczenia i rezygnacji, zalatującej starym potem. Czuła paniczny, zwierzęcy strach przed śmiercią. Wił się drgającym, brudnym oparem wokół kolan. Śmierdział palonym mięsem i zgniłymi gaciami z obozów koncentracyjnych. Było tu czarno od przygnębienia. Nie wiedzieć czemu, było ono bezwonne. Unosiło się drobniutką, tłustą sadzą w powietrzu i osiadało na wszystkim dookoła. Miała tego pełno na skórze, na twarzy, a pewnie i w płucach. W ustach było jej coraz bardziej gorzko. Musiała zwymiotować.
Poczuła mrowienie z tyłu głowy. Powietrze zaczęło drgać i lśnić. Ale nie tak równomiernie, chaotycznie. Nie! TO lśnienie układało się w delikatne pasemka. Jakby rozsiane w powietrzu drobinki złota zebrały się w rządki, nanizały na nici pajęcze i teraz te złote pajęczyny małymi grupkami skakały tu i tam, i z powrotem, i znowu. O! Jak w kuli wyładowczej!
Angua usiadła z wrażenia!
– Ależ ja jestem gupia cipa! Również też całkowicie bez koszyczka…
Dopiero teraz dotarło do niej co się dzieje. Trzecie Oko! Na wszystkich Bogów Jednego Wyznawcy! Do Stu Tysięcy Miliardów i Jeszcze Parę Kroćset Om‘ów! W Jedynej Prawdziwej Żółwiej Postaci! Przecież to Trzecie Oko! Uaktywnił mi Trzecie Oko!
Krążyły o nim legendy. Nigdy nie umiała Go używać. Jako wilkołak wyczuwała znakomicie ziemskie pole magnetyczne, tak odmienne od dyskowego, potrzebne do orientacji w obcym terenie, ale nigdy jeszcze nie mogła go widzieć! Skrzyło się teraz przed nią i nad głową i zbiegało gdzieś tam, gdzie zaczyna Aurora Coriolis…
– Jasna dupa, Angua, weź się w garść! Nie jesteś na Dysku! – oczywiście, że Borealis.

Mimo że nie dokonała przemiany, mogła to wszystko widzieć, wąchać, smakować. Pewnie to właśnie ludzkiej postaci i wycieńczeniu smoka zawdzięczała, że jeszcze żyje. Smok się przed nią nie bronił. Przeciwnie – pozwolił jej wejść. Świadomie ją wpuścił. Być może zrozumiał, że jest jego ostatnią szansą. Inaczej byłoby z nią marnie. Słyszała dawno temu relacje wilkołaków, którzy tylko lekko otarli się o Smocze Myśli. Spalona sierść dymiła jeszcze miesiącami. Jakby rana była zupełnie świeża, sprzed chwili. Takie rany długo uniemożliwiały też dzienną przemianę w człowieka. Gdy w końcu przemiana była możliwa, na ludzkiej skórze nie było śladu, ale wyłeś z bólu. Dlatego wielu pozostawało w wilczej postaci, mimo że inne, nawet znajome wilki, warczały teraz na ich widok. I odpędzały od stada. Kilku znaleziono zagryzionych. Za innymi z kolei łaziły psy. Im dłużej, tym więcej. Uciekały od ludzi. Nic szczególnego nie robiły, nie żarły, nie polowały, leżały tylko i trwały w takim tępym, nabożnym odrętwieniu. Jak zahipnotyzowane. I chudły. Marły z wycieńczenia.

Nagle doszedł ją hałas. Daleki szczęk metalu, ludzkie głosy, konie.
– Nosz, kurwa, mówiłam, żeby mi dali czas. Marchewa miał ich pilnować!

Wszystko zniknęło. Smok zwinął myśli. Odsunęły się z sykiem. Lepka maź pod stopami cofała się wydając ciche bulgoty. Została naga jaskinia.
Zdumiona stwierdziła, że słońce jest już bardzo nisko.
– Patafiany, chcą się tutaj chybcikiem oprawić i jeszcze zdążyć na wieczerzę do obozowiska. Albo do dziwek, co to choć niepiękne, jednak tłumnie ciągną z taborem. Naiwni idioci.
Choć smok był niemalże u kresu sił, to na tę bandę spokojnie wystarczy. Nie mógł już zionąć ani latać, od tygodni nic nie jadł, ale został mu jeszcze Czas. Oczywiście smoki nie potrafiły go zatrzymać ani zmienić biegu, ale potrafiły tak zmanipulować poczucie czasu, czyli jednak zmysł, tak zakręcić ten ludzki czas, że mózg robił fikołka, dostawał stupora, usztywniał na wszelki wypadek wszystkie mięśnie, wysyłał komunikat „Error”*, przechodził na stand by i tak pozostawał do momentu eliminacji zakłóceń. Rycerz europejski, z całym swoim rynsztunkiem, z rumakiem i uzbrojeniem, miał w starciu ze smokiem szanse mniej więcej takie, jak wykałaczka z mieczem Lorda Vadera. A jeśli któryś wracał, to tylko z litości smoczej lub niemocy. Batalion uzbrojonych po zęby marines z Quirmu nawet by nie zauważył, że coś się dzieje. Tylko łby by ich potem okrutnie napierdalały. Miesiącami. Ot taka mała pamiątka. Nawet nie celowa. Po prostu zakręcenie czasu pozostawiało w mózgu mnóstwo paskudnie gojących się mikrourazów. A tu plastra nie przykleisz.

Szare, wyblakłe cielsko w kącie patrzyło na nią zmęczonym, przygasłym wzrokiem. Jakby pytał: Mogę ci ufać?

– Żałować tych debili nie będę – mruknęła do siebie.

Spojrzał jakby uważniej.

– No, bym przysięgła, że mnie rozumie – wymruczała jeszcze ciszej.

Podniósł lekko głowę. Pokiwał.

Nie miała już wątpliwości. One rozumieją ludzki!

Przed oczami mignął jej wieloryb.
Teraz delfin.
Kruk.
Słoń.

– Do jasnej anielki! Haluny? Przecież nie jestem już w Myślach.

Zachodziła w głowę, skąd te wizje, a smok najwyraźniej wydawał się być rozbawiony. Mrugał oczami, uderzył łapą kilka razy w skałę i wydawał bulgotliwy, perlisty odgłos. Z nozdrzy umknęła smużka siwego dymu.
– Inteligentne gatunki! – Nie mogła powstrzymać okrzyku. – Nabija się ze mnie i ze mną rozmawia! Tylko, kto mi w to uwierzy?
Teraz już zupełnie przestała się bać.

Popatrzył na nią jakby z wyrzutem.

Teraz człowiek.

Jej też zrobiło się niedobrze.

Wstał z wysiłkiem. Myśli znowu wypełzły, ale inne. Srebrzyste, pokryte lekką łuską. Pachnące jabłkami i babim latem, lenistwem, wygrzewaniem na słońcu. Miejscami zamiast łuski były porośnięte rudawą rzadką sierścią. Jakby kocią. Tutaj pachniało pośpiechem, spalinami, przędzą. I słychać było turkot kołowrotka.

Obok niej, a właściwie wokół, wyrosła kłębiąca się ściana z gęstej, ceglastej mgły. Biegały po niej niebieskawe iskry, lecz mogła swobodnie wszystko widzieć. Tak jakby jej oczy znajdowały się jednocześnie przed i za ścianą. Wolała nie myśleć, co się stanie, jeśli będzie musiała przez nią przejść.
– To stąd ta sierść! – uśmiechnęła się lekko. Kotka Schroedingera live. Ma bestia talent.

Smok szykował się do walki.
Jedno wiedziała na pewno. Tanio skóry nie sprzeda.

* Najczęstszy komunikat we wszystkich typach urządzeń przetwarzania danych oraz bezapelacyjnie najbardziej ulubiony komunikat wszelkich, mniej lub bardziej sztucznych Inteligencji. W wolnym tłumaczeniu znaczy mniej więcej tyle co: „Zostaw mnie w spokoju. Nie mam ochoty już dzisiaj pracować. A po za tym jestem umówiona na herbatkę u Cioci Heni.” Objawy ustępują zazwyczaj natychmiastowo na widok pracownika serwisu. Czasami również śrubokręta.

Stuart słucha muzyki 8

Ewa Maria Slaska i Joanna Trümner
słuchają muzyki, której słucha Stuart

Skończyłyśmy, dawno temu, na rozdziale 20, wiele przed nami…

Aha, nigdy chyba tego przedtem nie napisałam – wszystkie tłumaczenia tekstów piosenek w opowieści o Stuarcie wykonała autorka…

Rozdział 21

Meg jest w szpitalu po dramatycznie ciężkim wypadku samochodowym. Ktoś ją potrącił i uciekł z miejsca wypadku. My, czytelnicy, wiemy kto, ale ani Stuart, ani Meg nigdy się nie dowiedzą, jest to więc całkowicie nieistotne. Stuart umiera z rozpaczy, podczas gdy w szpitalu lekarze próbują wyrwać Meg śmierci…

My face above the water, my feet can’t touch the ground,
Touch the ground, and it feels like
I can see the sands on the horizon
Everytime you are not around
I’m slowly drifting away, drifting away
Wave after wave, wave after wave
I’m slowly drifting, drifting away
And it feels like I’m drowning
Pulling against the stream

Moja twarz jest nad taflą wody, stopy nie mogą dotknąć dna
I wydaje mi się, jakbym widział na horyzoncie ziemię
Za każdym razem, kiedy ciebie nie ma w pobliżu
Powoli odpływam, odpływam

Fala za falą
Powoli odpływam, odpływam
Czuję się, jakbym tonął
Ciągnięty pod prąd

Mr. Probz Waves

Autorka całkowicie mnie zaskoczyła. Nigdy w życiu nie słyszałam o Mr. Probz Waves. Nawet nie wiem, czy to nazwisko muzyka, czy tytuł jego piosenki. To “z” na końcu mogłoby świadczyć o związkach z hip-hopem, ale i tak o niczym nie mam pojęcia… Z ulgą uświadamiam sobie, że tę sprawę da się uporządkować jednym przecinkiem. Mr. Probz, Waves.

Youtube podaje wszystkie podstawowe informacje:
Artysta: Mr. Probz (Dennis Princewell Stehr)
Album: The Treatment
Data wydania: 16 września 2013
Gatunek: Hip-Hop/Rap

Chłopak ma nawet stronę po polsku:

Mr. Probz, właściwie Dennis Princewell Stehr (ur. 15 maja 1984 w Zoetermeer) – holenderski raper, wokalista, producent muzyczny i autor tekstów; pochodzenia holendersko-antylskiego. Stał się popularny w 2014 roku, kiedy remiks jego utworu Waves w wykonaniu niemieckiego DJ’a Robina Schulza wszedł na I miejsce list przebojów w Austrii, Niemczech, Szwajcarii, Norwegii i Szwecji.

***

Rozdział 22 toczy się cały w szpitalu. Stuart podejmuje ważną życiową decyzję. Ożeni się z Meg, wszystko będzie dobrze – To będzie jasny, słoneczny dzień.

I can see clearly now the rain is gone
I can see all obstacles in my way
Gone are the dark clouds that had me down
It’s gonna be a bright bright bright bright sunshiny day
It’s gonna be a bright bright bright bright sunshiny day

Teraz, kiedy przestał padać deszcz widzę wszystko wyraźnie,
Widzę jak zniknęły wszystkie przeszkody na mojej drodze
I rozeszły się jak ciemne chmury, które mnie przedtem otaczały
To będzie jasny, słoneczny dzień
To będzie jasny, słoneczny dzień

Johnny Nash, I can see clearly now

Piosenkarz uwolnił się od nałogu heroiny i naprawdę mógł o sobie powiedzieć i zaśpiewać I can see clearly now. Urodził się w roku 1940 w USA. Jego fani piszą na youtubie, że był przez 25 lat zależny od heroiny. Jeżeli można się uwolnić od nałogu po ćwierć wieku, to można naprawdę wszystko! Oficjalny życiorys piosenkarza  w ogóle o tym nie wspomina.

Piosenka powstała w roku 1972 i była największym przebojem Nasha.

Nash przyjaźnił się z Bobem Marleyem.

W rozdziale 23 Stuart oświadcza się Meg. Tak jak to sobie każdy wyobraża – na klęczkach, z pierścionkiem i bukietem kwiatów… Ukochana wraca do zdrowia, piękny świat stoi otworem… Będziemy żyli długo i szczęśliwie, kochając każdą zmarszczkę na naszych twarzach, bo opowiadają dzieje naszej miłości i naszego wspólnego życia:

All of these lines across my face
Tell you the story of who I am
So many stories of where I’ve been
And how I got to where I am
But these stories don’t mean anything
When you’ve got no one to tell them to

Wszystkie te zmarszczki na mojej twarzy
Opowiadają ci historię tego, kim jestem
To opowieści o tym, gdzie byłam
I jak tam dotarłam
Ale te historie nic nie znaczą
Jeżeli nie masz nikogo, komu możesz je opowiedzieć

Brandi Carlile, The Story

Ale… Ale jeśli myślisz… Ale jeśli myślisz, że minął zły czas… Ale jeśli myślisz, że minął zły czas i narszcie… Ale…