Peru 7

Joanna Trümner

Machu Picchu

Szkoda, że tak leje”, myślę patrząc na krople deszczu spływające strugami po panoramicznym dachu pociągu do Aguas Calientes (miejscowości, z której odjeżdżają autobusy do ruin Machu Picchu). W wagonie jest tak ciasno, że nie mogę nawet rozprostować nóg, nie mówiąc już o wyjęciu książki z plecaka, przytulam więc policzek do trzymanej kurczowo w rękach zimowej kurtki i próbuję się zdrzemnąć. Ze stanu półsnu wyrywa mnie gwizd lokomotywy za oknem. Na sąsiednim torze mija nas „Belmond Hiram Bingham Train”, luksusowy pociąg w kolonialnym stylu, wiozący pasażerów z Cuzco do Aguas Calientes. Pociąg jedzie na tyle wolno, że mam okazję przyjrzeć się utrzymanym w stylu eleganckich pulmanowskich wagonów z lat dwudziestych ubiegłego wieku wagonom, przytulnie oświetlonej restauracji, wagonowi-kuchni, w którym cała armia kucharzy przygotowuje posiłek, barowi i wagonowi-obserwatorium. Po zobaczeniu tego przepychu, luksusu, który nie pozostawia nic do życzenia, ciasnota mojego turystycznego pociągu jeszcze mocniej działa mi na nerwy.

Rano z hotelu odbiera nas Wiktor, nasz przewodnik po Machu Picchu. Przyglądam się temu jak na Peruwiańczyka dosyć wysokiemu i przystojnemu starszemu mężczyźnie i myślę o tym, że podobnie mogli wyglądać królowie Inków. Podczas godzinnego czekania na autobus do ruin Machu Picchu obserwuję czekających w kolejce turystów i przysłuchuję się ich rozmowom. Stojący o kilka kroków przed nami Kanadyjczyk opowiada o swojej pierwszej wizycie w tajemniczym mieście, podczas której padał tak mocny deszcz, że ruiny widoczne były tylko w zarysie. Pogoda i teraz nie jest rewelacyjna, lekko mży. Wiktor próbuje nas uspokoić: „Za godzinę pojawi się słońce”. Co chwila podchodzą do niego inni przewodnicy, ze strzępków ich rozmów domyślam się, że Wiktor cieszy się wielkim autorytetem wśród kolegów. Niebawem dowiadujemy się od niego, że przed kilkoma dniami wrócił z Cuzco, gdzie w imieniu przewodników przedstawił lokalnym władzom turystycznym regionu żądania kolegów oprowadzających turystów po Machu Picchu.

Dla nas oprowadzanie po ruinach miasta i prowadzenie grup przez Szlak Inków to jedyne źródła utrzymania”, mówi, dodając, że wykonywanie tej pracy jest ze względu na porę deszczową możliwe tylko przez kilka miesięcy w roku. Agencje turystyczne próbują wykorzystać przewodników w sposób bezwzględny, z roku na rok pogarszają się ich warunki pracy, poza tym od kilku lat powstaje silna konkurencja w postaci przewodników przyjeżdżających tutaj z innych części kraju. W szczycie sezonu Machu Picchu odwiedza dziennie do pięciu tysięcy ludzi. „Dzięki naszej interwencji zredukowano ilość turystów z siedmiu do pięciu tysięcy”, opowiada Wiktor. „Bilety wstępu kosztują 70 dolarów, do tego dochodzi 18 dolarów za autobus w obie strony, czyli każdy turysta zostawia w Machu Picchu co najmniej 90 dolarów. Te pieniądze przepadają w nieznanych nikomu kanałach, tylko część z nich wykorzystywana jest do utrzymania jednego z siedmiu cudów świata, nie mówiąc już o poprawie warunków pracy lokalnych przewodników”, dodaje.


Po dwudziestominutowej jeździe autobusem serpentynami wśród gór docieramy na miejsce. Przepowiednia Wiktora się spełniła i na niebie pokazało się słońce. U wejścia do tajemniczego miasta stoi pomnik Hirama Binghama, amerykańskiego archeologa i polityka, który 24 lipca 1911 r. odnalazł to opustoszałe miejsce pośród gór i dżungli, podczas wyprawy w poszukiwaniu ostatniej stolicy Inków, Vilcabamby. Machu Picchu oznacza w języku keczua „stary szczyt”. To najbardziej tajemnicze miasto świata, do dzisiaj naukowcy nie potrafią odpowiedzieć na pytanie, kto tam mieszkał i dlaczego tak nagle miasto opustoszało. Wiadomo, że wybudowane zostało w XV wieku, a opuszczone zaledwie 100 lat później, około 1535 roku. Jego władcą był Pachacuti, dziewiąty z kolei król Inków. W Machu Picchu mieszkało prawdopodobnie około 1000 mieszkańców, chociaż i to nie jest zupełnie pewne, bo Wiktor operuje liczbą od 700 do 1200 mieszkańców. Miasto składało się z dwóch części, wiejskiej i miejskiej. W wiejskiej znajdowały się pola uprawne, nawadniane specjalnym systemem kanałów, w miejskiej mieściły się pałace, świątynie i domy mieszkalne. Różne poziomy miasta połączone były ze sobą schodami liczącymi 1200 stopni, wszystkie budowle idealnie wkomponowano w górskie otoczenie. Trudno dostępne położenie Machu Picchu sprawiło, że hiszpańscy kolonizatorzy nigdy nie zdobyli, a prawdopodobnie po prostu nie znaleźli tego ukrytego wśród gór miasta. Gdyby je znaleźli, to na pewno zniszczyliby je tak samo bezwzględnie i bezmyślnie jak tysiące innych inkaskich i prekolumbijskich miast, świątyń i warowni na terenie całego Peru i świat nie miałby możliwości poznania tego przepięknego miejsca.

Następnego dnia wybieramy się do Machu Picchu na własną rękę, z niezbędną do wejścia na teren ruin pieczątką na bilecie, poświadczającą że zwiedzanie z przewodnikiem mamy za sobą. Spędzamy pięć godzin na oglądaniu miejsc, które wczoraj pokazywał nam Wiktor, odkrywamy również nowe miejsca. Dzisiaj jest tu więcej turystów. Ze zdumieniem patrzę na dwóch strażników niosących na jeden z najniższych poziomów ruin starszą kobietę na wózku inwalidzkim, cieszę się, że i ona ma możliwość zobaczenia jednego z najbardziej znanych i bez wątpienia najpiękniejszych miejsc na świecie. Po powrocie do hotelu nogi odmawiają mi posłuszeństwa, popołudnie spędzam w pozycji półleżącej na balkonie. Przy okazji sprawdzam koszt podróży pociągiem „Belmond Hiram Bingham Train”, który zrobił na mnie tak wielkie wrażenie. Podróż w obydwie strony i bilet wejścia na teren riuin Machu Picchu kosztuje od ośmiuset do tysiąca dolarów.

Następnego dnia wracamy pociągiem do Ollantaytambo, gdzie czeka na nas Martin z kierowcą. Ruszamy w dalszą podróż po Świętej Dolinie Inków. Pierwszym przystankiem na naszej drodze są Salineras de Maras, kompleks ponad 5000 salin na stromych zboczach doliny rzeki Urubamby, niedaleko miasta Maras. Zbudowane w formie tarasów saliny powstały w początkowym okresie rozwoju imperium Inków i produkują sól do dzisiaj. Możliwe jest to dzięki sieci otwartych kanałów, które rozprowadzają wodę mineralną z podziemnego strumienia. Pod wpływem słońca woda odparowuje, a sól się krystalizuje. Właścicielami salin są rodziny pochodzące z Maras i okolicy. W porze suchej z jednego poletka można uzyskać dziesięciocentymetrową warstwę soli w ciągu miesiąca. Na licznych straganach można kupić oryginalne pamiątki z soli, Martin twierdzi, że mieszkańcy sąsiedniego miasta i okolic w międzyczasie więcej zarabiają na sprzedaży pamiątek niż na produkcji soli, co jest możliwe tylko podczas pory suchej.

Kolejnym naszym postojem są tarasy rolnicze w Moray. Mają one kształt pierścieni, które na mnie robią wrażenie amfiteatru, a wybudowane zostały w czasach imperium Inków i spełniały rolę laboratoriów rolniczych. W tych „laboratoriach” pod gołym niebem badano wpływ klimatu na wzrost roślin uprawnych, głównie kartofli i kukurydzy. Uprawy były nawadniane poprzez skomplikowany system doprowadzania wody, a różnica temperatur pomiędzy najniższym a najwyższym tarasem dochodziła do 10 stopni. Martin opowiada nam, że Inkowie zwozili do laboratoriów w Moray oraz podobnych miejsc na terenie imperium ziemię z całego kraju i przez mieszankę ziemi z różnych regionów testowali możliwości uprawiania konkretnych gatunków na innych terenach państwa. Objuczone workami z ziemią lamy musiały nieraz pokonać kilkaset kilometrów. Myślę, że te eksperymenty przyczyniły się w dużej mierze do tego, że Peru posiada tyle odmian ziemniaka, iloma nie może pochwalić się żadne inne państwo na świecie. Jest tu około 3800 odmian tej rośliny, a sprawami dla niej istotnymi zajmuje się założone w 1971 z siedzibą w Limie największe na świecie centrum badań naukowych nad ziemniakami, maniokiem i innymi bulwami i korzeniami jadalnymi.

Wieczorem w hotelu w Cuzco myślę o tym, że w Świętej Dolinie Inków można byłoby spędzić jeszcze co najmniej kilka tygodni.

Frida i inne wiersze

Teresa Rudolf twierdzi, że do napisania tego wiersza zainspirował ją autoportret Fridy Kahlo z czarnym kotem i małpką, znaleziony u mnie na blogu

Teresa Rudolf

Frida

Patrzę na nią, podpatruję,
siedzę  na jej ramieniu
zamieniona w kotkę Lili,

chcę coś powiedzieć,
ale nie mogę już
zamieniona w kotkę Lili,

mizdrzę się do niej
robię małpie miny,
zamieniona w małpkę.

Robię wszystko,
by ją bawić
zamieniona w małpkę,

nie chcę jej wzroku
i zamieniać się w nią,
patrzącą w pustkę…

Ten wiersz Teresa przysłała specjalnie, gdy dowiedziała się, że jej wiersze zostaną opublikowane w dniu pogrzebu Ewy Bielskiej

W obliczu czyjejś śmierci

W aspekcie czyjejś śmierci,
każde wypowiedziane zdanie
czyn, ruch,
ma inny wymiar.

Nie ma tam banalności
gdzie był czlowiek
nam bliski,
pozostawiając  ślady,

które bledną z czasem,
a my uczymy się ciągle
z nich czytać,
by nie zapomnieć…

Motyl lat 17

Nieraz myślę,
że byłam kiedyś
motylem w Twym życiu
żyłam tak jak one żyją
intensywnie i barwnie.

Siadałam
raz na Twojej głowie,
raz na Twoim sercu,
w silnej wierze
w pozagrobowe życie motyli.

Nie zauważyłam kiedy,
po prostu zmarłam
i dalej siadałam
raz na Twojej glowie
raz na Twoim sercu.

Nie wiedziałam, że jestem
już dawno
niepostrzegalna
niewyczuwalna
po prostu duch motyla.

A Ty zrobiłeś z siebie
łąkę dla innych motyli
które przemijały,
pozostawiając Ci
uczucie Twej nieprzemijalności.

A jak wyglada zazdrość motyla?…

W mgnieniu oka

Mgnienie oka jest kadrem
na teraz i tutaj…
przedtem i gdzie indziej.
Słucham
kubańskiej piosenkarki,
która tańcząc i śpiewając
przebiera się za mnie
w moją twarz i duszę.

Przetańczę
przestrzenie
tęsknoty za sobą samą
za niespełnieniem,
za niedoścignieniem,
za niedotańczeniem,
szalonego tańca zmysłów,
tęsknoty za tęsknotą.

I nagle jest znów to
tu i teraz
przedtem i gdzie indziej,
we mnie i poza mną,
wszędzie i nigdzie,
w niebie i w piekle
Czy tylko we mnie?
czy tylko?

Labirynty

Labirynty pokrętne
we mnie,
ciemne korytarze,
potykam się
jak w tym
życiu rzeczywistym

one właśnie
bardziej bliskie,
niż to wszystko inne.
A przecież
A właśnie
A przecież…

wychodzę na słońce,
by sie pogrzać
na gorących
kamieniach
lub w zieleni,
by nie pamiętać

kiedy nagle potknę się
pod błękitnym niebem,
plecami do słońca…

Groby

Byłam dziś na mym wewnętrznym cmentarzu,
dużo grobów małych,
większych, bardziej i mniej zadbanych.

O, ten na przyklad, grobik mnie siedmioletniej,
świat usunął się spod nóg,
zabiłam się wtedy wpadając w czarną otchłań.

Nikt nie zauważył, więc mnie nie szukano…

Albo ten, umarłam wtedy majac lat czternaście,
ze wstydu, kiedy moją tajemnicę,
wydarto i wyśmiano.

Albo ten malutki o tu, dwudniowa nadzieja
umarła ze słabości cielesnej i umysłowej
niezdolna do przeżycia..

Nikt nie zauważył, więc mnie nie szukano…

A ten mały, to śmierć przez wbicie
noża w plecy, a ten w serce,
a ten… a ten…

A wszystkie te…
zapaliłam swieczki, złożyłam chryzantemy,
postałam zamrożona, zdumiona.

Nikt nie zauważył, więc mnie nie szukano.

I boję się grobów tych nie moich,
w ludziach umarłych przeze mnie,
gdy ja żyję nie wiedząc nic o tym.

Więc zapalę świeczkę…
mówiąc, że gdybym tylko mogła,
jak nie mogłam,

choćbym chciała…

Nie zauważyłam, więc
nic nie wiedziałam.

O świętym Marcinie (ale nie “tym”)

Ewa Maria Slaska

Dla Joanny Trümner

11 listopada

Jego święto było tydzień temu, 3 listopada, ale z przyczyn właściwie wiadomych, a jak komuś niewiadomych, to wszystko jeszcze wyjaśnię, piszę o nim dziś. Bo dziś też jest dzień św. Marcina, a myślę o świętym Marcinie Peruwiańskim.

W Peru żył i działał najsympatyczniejszy święty, z jakim się kiedykolwiek spotkałam. Myślę, że Franciszek z Asyżu też był taki miły, ale tak go wszyscy cytujemy i interpretujemy od kilkuset lat, że w tym całym zamieszaniu całkiem zniknął człowiek. A Martin de Porres to przede wszystkim i tylko człowiek. Skromny i miły. Pisałam o nim już dwukrotnie, raz, gdy odkryłam, że jest patronem Uniwersytetu w Limie, i drugi raz 27 kwietnia 2014 roku (przypomnę, że był to dzień kanonizacji “naszego” papieża) w cyklu Ewa Maria Slaska i Maryna Over o kotach. Piszę o nim dziś, bo dziś święto świętego Marcina. Wprawdzie wcale nie Peruwiańczyka, Martina de Porres, tylko świętego Martina z Tours, Francuza, ale tego świętego wszyscy znają – dlatego postanowiłam dziś – w dniu świętego Marcina, gdy w Poznaniu obowiązkowo je się rogale, a w całej Polsce – szkoda gadać, wstyd i hańba, choć mogłoby być tak jak w Niemczech, gdzie dzieci chodzą w pochodach z lampionami – wspomnieć świętego Marcina z Peru. Kościół wspomina go wprawdzie 18 stycznia, ale kto z nas wtedy westchnie w intencji tego miłego i skromnego czarnoskórego braciszka z klasztoru św. Dominika w Limie? No kto?

Wzruszająca postać – żył w latach 1579-1639, był nieślubnym dzieckiem, mulatem, balwierzem, ogrodnikiem, mnichem z zakonu dominikanów, opiekunem chorych i sierot, dla których zakładał przytułki. Nazywano go świętym z miotłą i przedstawiano z kotem i psem. Został beatyfikowany w roku 1837 i kanonizowany przez Jana XXIII w roku 1962.
Z tej okazji Peru wydało specjalny znaczek pocztowy.

W czasach dzisiejszych uważany jest za świętego patrona tych, którzy walczą o sprawiedliwość społeczną, tolerancję i równe prawa dla wszystkich bez względu na okoliczności urodzenia.

Peru - św. Marcin de Porres
W Peru opowiada się o Marcinie wiele historii. Tak jak w każdym kraju ludzie opowiadają sobie historie o “swoich” świętych. Rozmawiał ze zwierzętami, a one z nim. Najbardziej lubił koty i psy.

Rzeźba w kościele parafialnym św. Józefa  w Limie (Miraflores). Foto: Josef Bordat

W dzisiejszych czasach otrzymał nowe zadanie: objawia się chirurgom, jeśli podczas operacji tracą pewność, co dalej można zrobić, żeby pomóc pacjentowi. W takich wypadkach Marcin pojawia się niekiedy i prowadzi rękę chirurga.

Marcin uratował życie pewnemu robotnikowi. Jako skromny braciszek nie miał prawa mieszać się w sprawy swojego zakonu, a już w żadnym wypadku nie wolno mu było czynić cudów. To był przywilej zastrzeżony dla ojców i to oczywiście  – białych (i nie chodzi mi tylko o kolor ich habitów). Marcin był posłuszny i zajmował się tym, czym miał się zajmować – czyli zamiataniem. Pewnego dnia był jednak świadkiem, że mężczyzna, który naprawiał coś w budynku klasztornym, zaczął spadać z drabiny. Zanim jednak roztrzaskał się na ziemi, Marcin zatrzymał go w powietrzu. Zostawił go tak w stanie hibernacji i pobiegł do przeora, żeby zapytać co ma zrobić – uratować mężczyznę, przekraczając przy tym reguły zakonu, czy pozwolić mu spaść na ziemię i zginąć. Przeor zezwolił na dokonanie cudu, Marcin biegiem wrócił na podwórze i uratował człowieka przed upadkiem.


Mam pomysł – zrobimy tak: zatrzymamy ten nieszczęsny pochód w Warszawie (św. Marcinie Peruwiański wspomagaj nas w tym dziele!), pójdziemy do domu na szarlotkę, a jak pozwolimy mu ruszyć, to będzie już 13 listopada (bo jutro też jeszcze jest święto) i wszyscy spokojnie wrócą do pracy, a tym jak Polska ma obchodzić święto odzyskania Niepodległości, będziemy się mogli zająć ponownie za rok.

100 zdjęć na 100 lat / 100 Fotos für 100 Jahre

Elżbieta Kargol

Białoczerwień

Wszystko zaczęło się na wernisażu wystawy w Klubie Polskich Nieudaczników w Berlinie, wystawie zorganizowanej z okazji 100-lecia odzyskania niepodległości przez Polskę.

Fotografowałam dzieła sztuki, artystów i zwiedzających, widok ogólny i szczególny, z przodu i z tyłu, wewnątrz i zewnątrz. Jedno zdjęcie zrobione na obrzeżach klubu, w zasadzie już w innym budynku, wzbudziło ogólne zainteresowanie. Pytano mnie, czyje to? Podejrzewano znaną berlińską artystkę, ale ona wyparła się dzieła. Dzieło było niczyje, niezamierzone, stworzyło się właściwie samo i wpasowalo w temat wystawy. Okno z białą firanką, od dołu zalepione do połowy czerwoną folią. W ten sposób powstał bialo-czerwony prostokąt, który mógłby, gdyby nie krata i wymiary, od biedy uchodzić za polską flagę.

Dziesiątki flag oprócz innych barw szczycą się białoczerwienią, a kilkanaście z nich samą białoczerwienią. We fladze Cesarstwa Niemieckiego oprócz czerni występowała też białoczerwień.

Rozejrzałam się wokół. Wszędzie białoczerwień, w naturze i nienaturze, jakby była ulubionym zestawem kolorów miasta, w moim przypadku Berlina, choć nie musiałaby to być wcale stolica Niemiec. Dowolne większe miasto dostarczyłoby tyle samo motywów białoczerwieni.

Biało-czerwone róże kwitną w parkach, na oknach pelargonie, dzikie wino w jesiennej bordowej barwie pnie się po białej ścianie, robię notatki biało-czerwonym długopisem i zajadam pomidory z mozzarellą.

Biały samochód zaparkował za czerwonym, albo odwrotnie, białe okna na tle czerwonej cegły, ktoś zapiął biały rower czerwonym łańcuchem, koło ratunkowe przy Teltowkanal, czerwona książka przy białej ścianie, czerwona maska na białej ścianie, czerwona zakładka w białych kartkach śpiewnika w kościele przy Bergheimer Platz.

Ścieżka rowerowa, którą podążam w poszukiwaniu białoczerwieni, też jest biało-czerwona, znaki zakazu, barierki i słupki ostrzegawcze, biało-czerwone jest logo napoju, który często piję. Biało-czerwony jest statek płynący po Szprewie, biało-czerwona antena na berlińskiej wieży telewizyjnej, najwyższym niemieckim budynku, biało-czerwony niedźwiedź na plakacie reklamującym berlińskie Berlinale, aż wreszcie biało-czerwony transparent znanej berlińskiej artystki na ulicach Berlina i biała tablica przy Reichstagu, upamiętniająca Solidarność, przytwierdzona do fragmentu czerwonego muru Stoczni Gdańskiej, muru przez który przeskoczył Lech Wałęsa.

Wymieniać można bez końca.

Białoczerwień jest wszechobecna, tak jak wszechobecni są Polacy na całym świecie.

Prawie wszystkie fotki zrobiłam w przeciągu dwóch dni, co świadczy o popularności obu barw. Częstotliwość i prawdopodobieństwo ich występowania przeogromne.

100 FOTEK NA STO LAT!

Einzeln sind all diese rot-weiße Fotos zu sehen: / pojedynczo wszystkie biało czerwone zdjęcia Eli są

HIER / TU

Peru 6

Joanna Trümner

Cuzco

Po zapadnięciu zmierzchu na wyspie Suasi robi się tak zimno i mokro, że nieliczni goście hotelu uciekają z nieogrzewanych pokoi i gromadzą się w jedynym pomieszczeniu z kominkiem, dużym lobby, będącym równocześnie i recepcją i jadalnią. Pierwszego wieczoru na wyspie wpadła mi tam w ręce gruba książka „Pintura Peruana contemporanea” (Współczesne malarstwo peruwiańskie). Ten pięknie wydany album poświęcony był prawie w całości najbardziej znanemu peruwiańskiemu malarzowi, rzeźbiarzowi i grafikowi Fernando de Szyszlo (1925-2017), synowi Peruwianki i polskiego geografa, podróżnika i konsula polskiego w Peru w latach 1918-1939, Witolda Szyszły. Nie mogłam oderwać oczu od jego pięknych, kolorowych i lirycznych obrazów, na których bez trudu rozpoznałam motywy z kultur prekolumbijskich. „Więc nawet na tym drugim końcu świata Polacy zostawili swój ślad”, myślę z dumą i odkładam książkę na bok. Pobyt na wyspie Suasi kończymy opłynięciem jej w ciągu niecałych dwóch godzin kajakiem. Silny wiatr znosił nas do oddalonej o kilka kilometrów Boliwii, wiosłownie na wysokości 3.800 metrów kosztowało mnie tyle siły, że w drodze powrotnej statkiem do Puno zapadam w kamienny sen.

Następnego dnia ruszamy miejscowym autobusem do Cuzco. Do legendarnej stolicy państwa Inków docieramy późnym popołudniem. Skąpane w promieniach zachodzącego słońca i położone w dolinie miasto wygląda pięknie. Po rozpakowaniu bagaży w (ku mojej wielkiej radości) przegrzanym pokoju hotelowym wyruszamy na zwiedzanie. Chodząc wąskimi uliczkami tego wpisanego na listę światowego dziedzictwa UNESCO miasta odnoszę wrażenie, że znalazłam się we Włoszech lub w Hiszpanii, a nie w centrum byłego wielkiego imperium Inków.

Po dwóch tygodniach podróżowania dojrzałam do tego, żeby zjeść narodową potrawę peruwiańską, cuy (świnkę morską), będącą dla mieszkańców tego państwa daniem na specjalne okazje. Do tej pory coś we mnie wzbraniało się przed zamówieniem talerza z przekrojoną na pół, rozpłaszczoną na talerzu i niemalże patrzącą mi w oczy świnką, proszę więc kelnerkę o radę. Z jej rozbawionej miny wnioskuję, że turyści bombardują ją pytaniami na temat tego specjału. Cuy, które wylądowało na moim talerzu, jest tak zakamuflowane, że nie można dopatrzyć się w nim żadnej analogii z małym, słodkim, włochatym zwierzątkiem. Potrawa jest przepyszna i smakuje jak mieszanka cielęciny z królikiem.

Następnego dnia z hotelu odbiera nas przewodnik po Cuzco i Świętej Dolinie Inków, Martin. Mój początkowy sceptycyzm na widok tego młodego, na mój gust zbyt bezpośredniego mężczyzny szybko przechodzi. Martin ma dużą wiedzę, którą przekazuje z wielkim entuzjazmem i dowcipem. Wspólne zwiedzanie zaczynamy od słynnej fortecy Inków za miastem, Sacsayhuamán. Przed wejściem na teren ruin zatrzymujemy się na chwilę na górze, skąd mamy piękny widok na Cuzco. „Cuzco znaczy w naszym języku ‘pępek świata’”, mówi Martin. „Nasz język” („język ludzi”) to keczua, język urzędowy imperium Inków, którym nadal posługuje się około 11 milionów ludzi (w Argentynie, Ekwadorze, Kolumbii, Peru oraz Boliwii). Gdyby nie inwazja konkwistadorów byłby on głównym językiem urzędowym w liczącym ponad 12 milionów mieszkańców państwie Inków.

Twierdza Sacsayhuamán powstała w miejscu, w którym za czasów preinkaskich znajdowała się świątynia. Zbudowano ją z głazów, których waga osiąga do 17 ton. Przy jej budowie pracowało w drugiej połowie XV wieku przez siedemdziesiąt lat 20 do 40 tysięcy ludzi. „Skąd Inkowie wzięli tylu niewolników?”, pytam. Dowiaduję się, że Inkowie, podobnie jak większość kultur preinkaskich nie mieli niewolników. Każdy dorosły mężczyzna, mieszkający na terenie imperium miał obowiązek przepracowania miesiąca w roku na rzecz króla jako rolnik lub budowniczy. Ta „dobrowolna” danina na rzecz króla była motorem inkaskiej gospodarki.

Martin opowiada mi o mszy, którą w tym miejscu celebrował papież Jan Paweł II. „To był najlepszy z papieży”, dodaje z entuzjazmem. W Sacsayhuamán papież zwrócił się do wiernych w języku keczua, a jego kazanie było prawie w całości poświęcone godności ludzkiej i obowiązkowi przechowywania tradycji.

Wracamy do Cuzco i zwiedzamy katedrę, a właściwie kompleks trzech kościołów, zbudowany w miejscu, w którym przed przybyciem konkwistadorów znajdowała się inkaska świątynia. Wyraźnie widać różnice w sposobie układania cegieł. Mur inkaski jest układany tak perfekcyjnie, że pomiędzy idealnie dopasowanymi bez użycia zaprawy cegłami nie ma prawie żadnej przerwy. „Hiszpanie nie mieli zielonego pojęcia o trzęsieniach ziemi, dlatego w całym kraju nasze ruiny przetrwały, a ich nie”, mówi Martin z wyraźną dumą i wyjaśnia nam zasady inkaskiej architektury: pochyłe ściany, przemiennie wypukłość i wklęsłość cegieł, okna i drzwi w kształcie trapezu.

W katedrze znajduję kolejne obrazy z tzw. kuzkeńskiej szkoły malarskiej. Myślałam, że po widzianym w Arequipie obrazie Ostatniej Wieczerzy ze świnką morską na półmisku przed Chrystusem nic mnie już nie może zaskoczyć, okazuje się, że się mylę. W katedrze widzę obraz Marii z Józefem – oboje mają policzki wypełnione liśćmi koki, nieco dalej obraz Marii ciężarnej i na koniec otoczonej aniołami Marii na łożu śmierci. Najważniejszym obrazem w katedrze jest obraz Pana Jezusa od Trzęsień Ziemi, obnoszony co roku po mieście w procesji wielkanocnej. Obraz ten w roku 1650 według legendy uchronił miasto przed zniszczeniem podczas powtarzających się trzęsień ziemi. „Jak tu nie wierzyć w cuda?”, zastanawiam się na wspomnienie legendy wokół obrazu Matki Boskiej Częstochowskiej.

Po południu rozstajemy się z Martinem i chodzimy po mieście na własną rękę. Pakujemy plecaki na trzydniową podróż do Machu Picchu (nie prowadzą tam żadne drogi, aby tam dotrzeć trzeba korzystać z usług kolei, która ogranicza bagaż do plecaka o wadze do 5 kg).

Po śniadaniu Martin zabiera nas do Świętej Doliny Inków. Zwiedzamy ruiny w Pisac i Chinchero, zatrzymujemy się, żeby zobaczyć tarasy uprawne w dolinie rzeki Urubamba. Święta Dolina jest tak piękna, że zastanawiam się, czy samo Machu Picchu jest w stanie mnie jeszcze czymkolwiek zaskoczyć.

Ostatnim miejscem, które wspólnie zwiedzamy, jest miasteczko Ollantaytambo. Stąd odchodzą pociągi do Machu Picchu (a właściwie do miejscowości Aguas Callientes).

Śliczne, zabytkowe miasteczko pełne jest turystów, głównie Amerykanów w koszulkach z napisem „I survived Inka trail” (przeżyłem szlak Inków). Martin nie może się powstrzymać od komentarza „To przeważnie ci, co przeszli trasę o długości czterech godzin”. Szlak Inków można zaczynać w kilku miejscach i w zależności od programu iść nim od czterech godzin do siedmiu dni. Trasa prowadzi przez wysokie góry systemem dróg, którzy stworzyli Inkowie (jest to około 5 tysięcy km dróg, które dzisiaj są wpisane na listę UNESCO). Rozstawieni w sztafety chasqui (posłańcy w czasach Inków) potrafili przebyć dzięki systemowi zbudowanych z lin i koszy mostów w ciągu dnia 200 km po górskich ścieżkach.

Wokół szlaku Inków powstał cały przemysł, turystom towarzyszą podczas drogi tragarze (każdy uczestnik ma swojego prywatnego tragarza), przewodnicy, kucharze, pomocnicy, niekiedy tłumacze itp. Martin pokazuje nam objuczonych ciężkimi ładunkami tragarzy, którzy niosą wąskimi górskimi ścieżkami na plecach do 30 kg. „Często dźwigają przez góry kompletnie niepotrzebne rzeczy”, dodaje i mówi o tym, że turyści, którzy „przeżyli” szlak Inków, mają na trasie co najmniej jedną zatrudnioną na swoje potrzeby osobę. Po południu wsiadamy do pociągu do Aguas Calliente. Po raz pierwszy od przyjazdu do Peru pogoda nam nie sprzyja. Deszcz miarowo stuka w okna panoramicznego pociągu. Podobno jedziemy piękną drogą przez góry.

Cdn.

Przychodzimy, odchodzimy 3

Przychodzimy, odchodzimy
leciuteńko na paluszkach
Szczotkujemy wycieramy
Buty nasze twarze nasze
Żeby śladów nie zostawić
Żeby śladów nie zostało
Miasta nasze domy nasze
Na uwięzi się kołyszą
Tuż nad ziemią ledwo ledwo
Jak wiatr mały to nie widać
A jak wielki wiatr się zdarzy
Wielka bieda puszczą cumy
Zatrzepocą się zatańczą
Miasta nasze domy nasze
I polecą w stratosferę
Przygarbionych w pustym polu
Bez oparcia bez osłony
Bez niteczki choćby coby
Przytwierdzała nas do ziemi
Wiatr nas porwie i poniesie
Za kołnierze podniesione
Porozrzuca gdzieś w przestrzeni
Nam to nic przeczekamy
A jak skończy jak ucichnie
To wstaniemy otrzepiemy
klapy nasze rączki nasze
Żeby śladu nie zostało
Od początku zbudujemy
Miasta nasze domy nasze
Sprzęty nasze lampy nasze
Żeby wiatr miał czym kołysać

Słowa J. Jęczmyk
Muzyka Z. Konieczny

Ewa Maria Slaska

4 listopada 2018 roku odeszła od nas, leciuteńko, na paluszkach, nasza wieloletnia przyjaciółka Ewa Bielska, germanistka, tłumaczka, nauczycielka. Współpracowała z nami od założenia Polsko-Niemieckiego Towarzystwa Literackiego WIR.

Od kilku lat ciężko chorowała, dlatego jesteśmy szczęśliwi, że możemy tu napisać, iż odeszła w spokoju, tak właśnie jak w tej piosence Piwnicy pod Baranami: leciuteńko na paluszkach…

Przedstawiała się światu powściągliwie – taka była jej strona internetowa – dalej na stronie były już tylko dane kontaktowe, dziś niepotrzebne.


Monika Wrzosek-Müller

Była gorliwą czytelniczką, czytała książki z niesamowitym zapałem i zaparciem, dyskutowała żarliwie; najczęściej miała własne oryginalne zdanie na większość tematów, czasami nie pozwalała mieć innego, jeśli była bardzo przekonana o słuszności swojego.

Była kochającą matką, która uwielbiała swojego syna-przyjaciela; wymagała też od niego bardzo dużo, ale i dawała mu całą swoją uwagę, poświęcenie i serce.

Była wspaniałą nauczycielką, którą uwielbiały generacje obcokrajowców przybywających do Berlina. Miała dla nich często więcej wyrozumiałości niż dla znajomych i przyjaciół, od których dużo wymagała ale też i wyjątkowo dużo im dawała.

Była towarzyska, lubiła życie codzienne, z kawą, papierosem i kieliszkiem czerwonego wina. Wspaniale gotowała i z wielkim poświęceniem przygotowywała uroczystości i małe spotkania, na których śmialiśmy się, gadaliśmy i dyskutowaliśmy do późnych godzin nocnych.

Była towarzyszką dla wielu osób, którym było dane ją spotkać. Potrafiła słuchać i próbowała pomagać w rozwiązaniu problemów, zapominając często o swoich własnych.

Choroba przyszła niespodziewanie, walczyła z nią przez kilka lat, nie poddając się pesmistycznym diagnozom większości lekarzy.

Dla mnie odeszła moja bardzo bliska przyjaciółka, osoba wielkiej kultury
i charyzmy.


Pogrzeb odbył się 13 listopada 2018 o godzinie 11
St. Simeon u. St. Lukas – Friedhof
Tempelhofer Weg 9
12347 Berlin

Barataria 90 Niezależna Republika Gemmy

Już dawno obiecałam Czytelniczce i Czytelnikowi, że jeszcze raz napiszę o książce Antonia Skarmety Wesele poety. Tym razem temat absolutnie baratarystyczny: marzenie o idealnym państwie na wyspie. 

Tekstu nie ma w sieci, nie mam pod ręką skannera, program OCR lekceważy moje zdjęcia. Przez dwa chłodne i słoneczne jesienne poranki w Ramsey koło Nowego Yorku przepisywałam dla Was, Czytelniczko i Czytelniku, ten tekst ręcznie na angielskiej klawiaturze, na której Y i y zamieniły się miejscmi z Z i z, a a,e,s,c i tak dalej w ogóle nie było, wstawiłam je zatem w kolejny poranek, korzystając z pomocy programu spolszcz.pl.

I

Był kiedyś czas obfitości na pewnej maleńkiej wyspie u brzegów Malicji, Winogrona pęczniały w słońcu, krągłe i połyskliwe niczym kocielne dzwony, deszczu oczekiwano jak wizyty krewniaka, którego witamy z radością i żegnamy z ulgą, a panny łagodnie lecz stanowczo wzbraniały swych względów ognistym zalotnikom, dopóki nie połączyły się z nimi świętym węzłem małżeńskim. Najpiękniejszą ze wszystkich była Marta Matarasso i powszechnie czyniono zakłady, komu odda rękę, gdy ukończy siedemnaście wiosen. Żyją jeszcze w owym odległym zakątku wnuki tych, którzy stawali o nią w szranki: tancerzy w lakierkach, rybaków o miedzianej skórze, studentów bardziej jurnych niż pilnych, wystrojonych w surduty urzędników o cudacznych wąsiskach i niezliczonej rzeszy wielbicieli nieokreślonego autoramentu.

Wprawdzie już poczciwy Kartezjusz obwieścił światu, iz zdrowy rozsądek to rzecz ze wszystkich na świecie najlepiej rozdzielona, jednak owa odległa wysepka stanowiła wyjątek od reguły. Wiosenne fluidy były tu tak silne, że mężczyźni doznawali ukojenia dopiero z nadejściem lata, kiedy statki przywoziły na sąsiednie plaże wyblakłe Angielki i mączyste Szwedki, które litościwie udzielały wieśniakom tego, czego miejscowe dziewczęta tak zazdrośnie strzegły, dziergając szydełkiem koronkowe serwetki w oczekiwaniu na chwilę, gdy “czerwona perła cnoty” uwieńczy triumfalnie noc poślubną. jak to lirycznie ujmuje weselna przyśpiewka, którą jeszcze i dziś można usłyszeć.

Chociaż nikomu nie brakło niczego, wszyscy mieli mało, chcąc zatem podbijać kobiece serca, wyspiarze dysponowali jedynie kapitałem własnej inwencji. Wiele się jednak zmieilo, gdy w miasteczku otwarto dom handlowy “Europa”, wzorowany na wielkich magazynach jak “Harrod’s”, “Gath and Chavez”, “Temperley” i “Thompson”. Zważywszy, że jedyne oszczędności mieszkańców wyspy stanowiły pryszcze na tyłku i łupież we włosach, klientela składała się głównie z roztragnionych mężów Szwedek i Angielek, którzy kupując tu “szkocką”, hawańskie cygara, szampana i koszulę z włoskiej popeliny, nie musieli płacić cła.

Tak więc korzyści z handlu czerpał tylko właściciel sklepu oraz władze centralne w odległej metropolii, co stało się zarzewiem buntu przeciwko imperium, inspirowanego przez miejscowych wywrotowców, którzy nabili sobie głowy separatystycznymi mrzonkami. Pod koniec XIX stulecia na wyspie działało kilka tajnych stowarzyszeń, liczących w czasach swej świetności nawet do tuzina bojowników. Przywódcą jednej z owych prężnych organizacji, José Coppeta, przyjęty został w rządowym pałacu, gdzie minister ziem i kolonizacji skwapliwie wręczył mu spisany na ozdobnym papierze dokument, zgodnie z którym przyznawał wyspie Gemmie autonomię oraz wszelkie swobody obywatelskie przysługujące wolnym narodom, w tym prawo do własnej falgi oraz używania lokalnego dialektu jako języka oficjalnego.

Naoczny świadek tej uroczystej sceny mówił potem, iż minister podszedł do wiszącej na ścianie gabinetu mapy, wykonanej w Paryżu, po czym zażądał, by Coppeta wskazał mu nowe państwo. Buntownik z dumą puknął palcem w mikroskopijną kropkę, oddaloną o jakieś dwa tysiące kilometrów od stolicy, na co dygnitarz miał wówczas powiedzieć: “Nie za blisko i nie za daleko” – zdanie sybillińskie i niejednoznaczne, skrywające jakieś niejasne intencje.

Następnie poprosił gościa o podanie dokładnych personaliów i podyktował sekretarzowi edykt, mocą którego mianował z owym dniem Coppete prezydentem rodzącego se państwa. Zapytany, jaką nazwę nosić będzie jego niepodległa ojczyzna, świeżo desugnowany prezydent bąknął nieśmiało , iż pozostanie przy dawnej nazwie, ale uzupełnionej o sformułowanie “Niezależna Republika”.

– Niezależna Republika Gemmy – powtórzył głośno minister, delektując się brzmieniem tych słów. – Nieźle.

Następnie zasugerował Coppecie, aby po upływie rozsądnego terminu pozwolił się wybrać w demokratycznych wyborach, jako że urzędy przyznawane w sposób arbitralny budzą wcześniej czy później niezrozumiały sprzeciw fanatyków demokracji, tej bandy rozwydrzonych ciemniaków, którzy mylą statystykę z inteligencją.

Nominat, uradowany niespodziewanie pomyślnym zakończeniem misji, docenił życzliwą radę i przyrzekłszy wziąć ją sobie do erca, złożył ministrowi wyrazy najgłębszej wdzięczności, płynące z “tellurycznych otchłani malicyjskiej ziemi”, po czym przepraszając za brak dyplomacji, oświadczył, iż musi się zaraz pożegnać, bo ucieknie mu statek, a chciałby jak najprędzej zanieść szczęsną nowinę swojemu ludowi. Dostojnik nie tylko wybaczył ekspodwładnemu zrozumiały pośpiech, ale nawet oddał mu do dyspozycji własny powóz, zapytawszy mimochodem, lecz z wielce obiecującą kurtuazją, jak też nazywa się ów statek. Coppeta wyjął bilet i odczytał na głos: “Charon”. Dygnitarz uśmiechnął się szeroko, prezentując nienaganne uzębienie, a następnie wyrzekł owe jakże enigmatyczne, lecz pamiętne słowa: “Bardzo ad hoc“.

Podczas niezobowiązującej, romatycznej pogawędki, jaką na pokładzie “Charona” odbył w blasku księżyca z Anną Dickmann, niemiecką turystka o roziskrzonych oczach, José Coppeta pochwalił się dokumentem proklamującym niepodległość ojczystej wyspy oraz własną nominacją.

Tymczasem nazajutrz rano, zaledwie kilka godzin po owej idyllicznej konferencji pod gwiazdami, kapitan “Charona” Piotre Heftanovic, ze skandalicznym brakiem taktu, wezwał na pokład wszystkich pasażerów i zademonstrował im głowę, odciętą, jak mniemał, ciosem tureckiej szabli. Niedbale złożywszy do kupy obie części nieboszczyka, zapytał zgromadzonych, czy znają tego człowieka i czy wiedzą, kto tak ostro się z nim rozprawił. Anna Dickmann, nie umiejąc ukryć przerażenia, wstrząśnięta nagłym i przedwczesnym wdowieństwem, że patrzą oto na śmiertelne szczątki prezydenta Niezależnej Republiki Gemmy. Nominację widziała na własne oczy, gdzie zatem podziały się owe dokumenty?

Admirał Piotre Heftanovic poprosił piękną damę, by zechciała podejść do bakburty i wskazując dwie papierowe łódeczki, nakłonił ją, żeby własnoręcznie puściła je na wodę.Kruche stateczki w kilka sekund zatonęły w odmętach morza, którego niezwykły błękit opiewał kiedyś Homer.

– Obawiam się, droga pani, że straciliśmy je bezpowrotnie. Jak zeznała potem Fraulein Dickmann, Heftanovic dorzucił wtedy kilka słów, których znaczenie pojęła tak dobrze, iż powyższe fakty zgodziła się ujawnić dziesięć lat później, już po śmierci admirała.

– Nie muszę chyba mówić, droga Fraulein – iż jej wielbiciele ponieśli by nieodżałowaną stratę, gdyby przez pani nedyskrecje ta śliczna główka odpadła od łabędziej szyi, niwecząc zachwycająca harmonię, opartą na nierozerwalnej jedności wszystkich części ciała.

Z twarzy Anny Dickmann znikł nagle ów miedziany odcień, jakiego jej cera nabrała w pierwszych dniach malicyjskiego lata, a bladą skórę w jednej chwili popstrzyły rude piegi, Poprzysięgłszy sobie w duchu trzymać się z daleka od całej sprawy, skwitowała powyższą wypowiedź jednym pragmatycznym germańskim słówkiem: Verstehe – rozumiem.

Incydent ów stał się dla buntowników pouczającym przykładem, gdy więc wybuchło kolejne powstanie, pertraktacji z metropolią podjął się niejaki José East, żydowski krawiec. któremu obca była wszelka chciwość i dlatego osiedlił się na Gemmie, gdzie przyjęto go z otwartymi ramionami jako wyznawcę anarchizmu i wielkiego erudytę. Od razu dołączył do grona zalotników, kręcących się wokół Marty Matarasso, którą miał nadzieję olśnić trzydziestostronicową broszurą na temat wywrotowych idei Starego Testamentu, publikowaną w odcinkach na łamach gazety “Republika”.

W głównym mieście portowym kontynentu przyjął go na audiencji ten sam minister ziem i kolonizacji, który zamiast nominacji wręczył mu czek in blanco oraz abonament do burdelu madame Gudizy. W murach owej świątyni East z miłosnym zapałem i nader gorliwie głosił rewolucyjne idee Pisma zachwyconym adeptkom, które urządziły mu pożegnanie godne maharadży, kiedy po miesiącu przekonały się, że czek nie był bez pokrycia.

Z wrodzoną swej rasie mądrością East przezornie powstrzymał się od powrotu na Gemmę, a towarzysze anarchiści zamieścili o nim w “Republice” artykuł zredukowany do wiele mówiącego nagłówka: “East wybrał West”.

Przekład Dorota Walasek-Elbanowska

Eli kwietnik jesienny i jabłka Tibora

Ela Kargol

1
Lawendzieją zagony
fioletem barwione,
jeszcze latem pachnące,
jeszcze słońca łaknące,
a już nić babiego lata
za sobą ciągnące.

2
Skąd się wzięła tak nagle
ta nawłoć wszędobylska?
Ozłociła pola, rowy i ugory
i urządza finisaż letniej roku pory.

3
Sloneczniki van Gogha rosną w moim ogrodzie.
Radowałby się Vincent,
gdyby je zobaczył
wziąłby pędzel do ręki,
usiadł przy sztaludze
i na płótnie zatrzymał
ostatnie lata tchnienie
i te słoneczniki ze starości zgarbione,
ku zachodowi slońca się chylące.
i te ostatnie
te za późno kwitnące,
które już nie zdążą,
ptakom ziarnem sypnąć
I te co już nie zakwitną,

4
Petunia jak unia,
ciągnie ku jesieni
i pnie się w prawą stronę.
Choć kwiaty jeszcze w rozkwicie,
liście już przysuszone.
Może na wiosnę,
zmieni zdanie,
i piąć się na prawo
w końcu przestanie.

5
Widzę dalie w oddali
za daliami daleko
też dalie,
Dal się w daliach przegląda,
z oddalenia ogląda
barwy, stroje,
nadobność i czar,
elegancję bez miar.
Jesień minie,
zima minie,
wiosna minie
i znów późnym latem zakwitną…..
georginie.

6
Dąbki zdębiały,
bo dęby takie wielkie,
i zamiast kwiatów żołędzie rozdają.
A dąbki kwiaty tylko mają,
zimna się nie boją,
cmentarze ozdobią,
w wazonie postoją
i podziwiać będą okazałość dęba,
którego korona
aż do nieba sięga.

7
Rdest Auberta
trelem wróbli wypełniony,
obserwowany przez gołębie w locie,
pod autostradą na Szczecin
z powodu ocieplenia klimatu
zakwitł drugi raz.
Był październik
i nie był to kwitnięcia rdestu czas.


Tibor Jagielski

voll der äpfel
der runden speicher der sonnenenergie
und keiner gleicht dem anderen
manche haben rotbäckchen
die in der hand lachen
bis es kitzelt  zwischen den fingern

ein tag
voll von stillen sonnentropfen
gesammelt ausgebreitet
wie gedichte eines buches
genannt
wink des himmels
………………………………………………………………….
mein schrebergarten ist jetzt auf winter bereit
apfelwein ist angesetzt

Reblog: jedno zdjęcie

Kontynuując tematykę święta zmarłych i naszej pamięci o tych, którzy odeszli…

Hanna Szurczak

Pamięci mojej praprababci, Justyny Stengert
i Jej córki, Wandy – kobietom,
którym wyzwolenie odebrało godność i życie

Historia jednego zdjęcia

Był 1 listopada 2017 roku. Jak co roku szłam odwiedzić groby bliskich, krewnych i znajomych, na cmentarzu legnickim. Tym razem do co roku większej liczby zniczy dodałam jeszcze jeden. Chociaż trudno w to uwierzyć, to ja – urodzona i mieszkająca w Legnicy ponad 50 lat – nie wiedziałam nic o murze okalającym cmentarz komunalny przy ulicy Wrocławskiej. Dopiero wywiad z Marcinem Makuchem, obecnym dyrektorem Muzeum Miedzi w Legnicy i założycielem Fundacji Liegnitz.pl uświadomił mi, z czego powstał. A powstał w latach 70 XX wieku z „niepotrzebnych” płyt nagrobnych dawnych mieszkańców Legnicy.

Liegnitz, bo taką nazwę nosiło nasze miasto do 1945 roku, było dużym i znaczącym miastem niemieckim. W 1933 roku miało 76 504 mieszkańców, a w kolejnych latach liczebność ta wzrastała. Szacuje się, że w chwili zakończenia wojny doszła do 85 000.

Idąc wspominać swoich zmarłych postanowiłam zapalić znicz tym zapomnianym przez historię, pozbawionym potomków, bezimiennym legniczanom i legniczankom. Ustawiłam znicz pod murem i jego światło przez kilka godzin przypominało o ich istnieniu. Zdjęcie umieściłam na profilu Ratując pamięć na Facebooku, skąd trafiło na profil Liegnitz.pl. Prawie natychmiast pojawił się pod nim komentarz: „To może być miejsce pochówku mojej prababci…” Serce zabiło mi mocniej, bo choć nazwisko komentującej brzmiało z polska, to tekst był angielski. Odezwałam się do niej i tak zaczęła się jedna z najpiękniejszych przygód w moim życiu.

Korespondencja mailowa, prowadzona moim niezdarnym angielskim, trwa nadal i przynosi wciąż nowe odkrycia. Pozwala na poznanie historii nie tylko rodziny, ale i miasta. Pani Barbara Siwik napisała książkę o historii swojej rodziny, która nierozerwalnie łączy się z historią Legnicy.

***

Barbara Siwik, urodzona w Liegnitz w 1939 roku, pochodzi z rodziny, której przeszłość dała się udokumentować o kilka wieków wstecz. W roku 1939 jednak jej rodzice, Gertruda i Franz Larisch, byli zwykłymi obywatelami swojego miasta. Zajmowali małe mieszkanie na ul. Gerichtstraße 35 (obecnej Żołnierzy II Armii Wojska Polskiego), gdzie mieli wieść spokojne życie. Wkrótce okazało się jednak, że spokojnie nie będzie – 1.09.1939 roku wybuchła wojna, która zmieniła wszystko. Chociaż Liegnitz leżało w granicach III Rzeszy, to i tutaj obowiązywały wojenne reguły. Najpierw z ulic miasta zniknęli młodzi mężczyźni, którzy pojawiali się w rodzinnych domach na krótko, ubrani w mundury. Potem zaczęli znikać dobrze znani sąsiedzi i oni już nie wracali. Tak jak Heinrich Goldmann…

Tylko wieczorem Trudl znajdowała czas, potrzebny do pisania codziennego listu do Franza.
O 10 wieczorem w końcu się położyła, ale przebudziła się o północy. Czy to zadzwonił dzwonek? Tak! Dzwonek się powtórzył – głośno, niecierpliwie.
Włączyła lampkę, włożyła pantofle, założyła podomkę i poszła przez ciemny salon. W korytarzu najpierw zapaliła światło, później otworzyła drzwi wejściowe. Przed nimi stało dwóch mężczyzn, ubranych z mundury SS.
“Żyd Heinrich Goldmann?” – zapytał jeden z nich ochryple.
“Tak, pan Goldmann tu mieszka”. Trudl wskazała na zasłonę za swoimi plecami. “Ale nie wiem, czy on…”
“Wracaj do pokoju i zamknij drzwi!” – Mężczyzna popchnął ją bezceremonialnie i odsunął zasłonę.
Drugi mężczyzna podążył za nim.
Trudl wróciła szybko do sypialni i przyłożyła ucho do okrytych tapetą drzwi do pokoju starego człowieka. Słyszała krzyki… z pewnością głos Goldmanna. Drugi głos wydawał ostre polecenia. Słychać było przewracające się przedmioty.
Czy mężczyźni szukali czegoś w pokoju starego człowieka? Czy miał coś skradzionego?
I Trudl nagle zrozumiała: SS-man powiedział “Żyd”! O Boże! Oni wezmą Goldmanna w środku nocy i gdzieś zabiorą! Co powinna o tym myśleć? Ludzie mówią o takich zdarzeniach tylko za zamkniętymi drzwiami. Ale jak ci dwaj weszli do środka? Od 10 wieczorem drzwi wejściowe są zamknięte. Ktoś ich wpuścił! Z pewnością nie Weigts! Starsi ludzie słabo słyszeli. Pomimo, że mężczyźni robili sporo hałasu na ulicy, nie obudziliby się. Schuster Pohl? Mało prawdopodobne. Rodzinna sypialnia wychodziła na podwórko. I nagle uderzyła ją myśl: to mógł być tylko Trieblich!
[…]
Kilka dni później Alfred poinformował córkę: “’Liegnitzer Tageblatt’ pisał dziś, że ostatni Żyd został usunięty z miasta. Co stało się z waszym Goldmannem? I wtedy Trudl opowiedziała…

Ojciec Barbary, wówczas Basi, włożył mundur Wehrmachtu. I w tym mundurze trafił na wschodni front. W domu pozostała Gertruda, jego młoda żona, z dwiema córeczkami: Basią urodzoną w 1939 i Moniką, urodzoną w 1941. Ostatni raz widzieli się podczas urlopu Franza, w 1942 roku. W styczniu 1943 roku przyszła wiadomość, że trafił do sowieckiej niewoli i kontakt się urwał. Los ojca pani Barbara poznała dopiero wiele lat po wojnie. Udało się ustalić, że zmarł z głodu i wycieńczenia w łagrze na Syberii.

Gdy stało się jasne, że losy wojny są przesądzone, że Niemcy ją przegrywają, nadzieją mieszkańców miasta były zapewnienia władz, że wojska radzieckie zatrzymają sie na granicy polsko-niemieckiej (mam na myśli granicę z roku 1939). Do ostatniej chwili podtrzymywano tę złudną wizję i nie pozwalano mieszkańcom na ewakuację. Aż przyszedł luty 1945 roku. Wojska sowieckie parły na Berlin i żadne stare granice ich nie powstrzymywały. Dopiero w przededniu wejścia Rosjan do miasta zarządzono ewakuację. Mieszkańcy Liegnitz mieli uciec do ówczesnego Sudetengau (obecnie Czechy). Zamierzali w ślad za wojskiem niemieckim przedostać się na linię frontu angielsko-amerykańskiego. Jednak nie zdążyli, bo w miejscowości Komotau (czeski Chomutov) doścignęła ich Armia Czerwona. Tam niemieckie kobiety dowiedziały się, co znaczy wojna… Kobiety w dobie wojny nigdy nie są bezpieczne. Przestają być godnymi szacunku i otoczonymi opieką siostrami, żonami, matkami i babkami. Stają się obiektami seksualnymi, które bierze się gwałtem, by ukarać naród, z którego się wywodzą. By pokazać, kto teraz dzierży władzę; by zabić w sobie człowieczeństwo i tak już nieistniejące od chwili, gdy odbieranie życia innym stało się codziennością. Wojna odczłowiecza, pozbawia hamulców, dopuszcza do głosu najbardziej prymitywne instynkty. A kobiety w tym morzu śmierci i gwałtu muszą przetrwać, by przetrwała nadzieja na odbudowę życia. I Gertruda przetrwała, a los sprowadził ją znowu do Liegnitz. Wróciła do domu pieszo, ze swoimi córeczkami i dwojgiem sąsiadów.

Do Liegnitz dotarli 20 maja w niedzielę Zielonych Świąt. Weszli od strony Goldbergerstraße (dzisiejsza ul. Złotoryjska). Mieli za sobą dwunastodniowy marsz na trasie ok. 300 km z dwójką dzieci, z których młodsze trzeba było przeważnie nieść.
Miasta, jakie zachowali jeszcze w pamięci, już nie było. Ring (Rynek) pokrywały sterty papierów tak gęsto, jakby to był śnieg zimą na rozległych brzegach Katzbach (Kaczawy). Wydawało się, że na placu rozsypano wszystkie dokumenty, jakie tylko były w ratuszu. Wiele budynków przy Frauenstraße (ul. Najświętszej Marii Panny) strawił pożar, wyglądający na skutek celowego podpalenia. Wyposażenie ocalałych jeszcze budynków poniewierało się na ulicy i przeważnie nie nadawało się do użytku. Wszędzie uderzał w nozdrza zapach dymu i odór zgnilizny. Nie było widać żywej duszy.
Wreszcie znaleźli się na Nepomukbrücke (most św. Nepomucena na ul. Wrocławskiej) i trwożnie spojrzeli przed siebie… Boże, nieduży dom przy Gerichtstraße (wówczas ul. Sądowa, obecnie Żołnierzy II Armii Wojska Polskiego) stał na swoim miejscu! Powlekli się więc w jego stronę, mając nad sobą dźwięk dzwonów Dreifaltigkeitskirche (kościoła Świętej Trójcy).
Drzwi wejściowe do ich domostwa były otwarte na oścież. W sieni poniewierał się bezładnie porozrzucany i poniszczony dobytek dozorcy. Zewsząd roznosił się duszący fetor, jakby znaleźli się w jakiejś kloace. W rzeczy samej tak było.
Mieszkania na piętrze także stały otworem. Gertruda z drżeniem serca rozejrzała się po swoim gospodarstwie: wszędzie poniewierała się bielizna, ubrania, książki, potłuczone naczynia i sprzęty. Pierzyny porozrywano, a ich pokrywająca podłogę zawartość była wymieszana z fekaliami. Odór był wręcz nie do zniesienia.

Koniec wojny oznaczał zmianę mapy Europy. Zanim się to jednak stało, nastąpiła kolejna rodzinna tragedia…

Tej nocy Gertruda nie zmrużyła oka, a rano okazało się, że dzieci nie były tylko osłabione: obie córeczki miały wysoką gorączkę i leżały bez przytomności.
Po południu Basia oprzytomniała. Skręcały ją bóle brzucha. Wśród jęków i krzyku wydostawała się z niej krew i śluz. Chociaż wyglądało to strasznie, Gertruda wiele by dała, aby i Monika tak samo odzyskała przytomność. Ale mała leżąc cichutko, słabo oddychała pod mizerną kołderką.
Basi wróciły skurcze. Gertruda położyła ją na ceracie i czekała na rozwój wypadków. Dziecko miało 40° gorączki i nie reagowało nawet na bolesny ucisk.
Pod wieczór zjawił się w końcu weterynarz, który w tym czasie leczył i ludzi. Starszy pan przysiadł na posłaniu Moniki, wziął jej małą, ciepłą jeszcze dłoń w swoją rękę i pogłaskał ją po główce. „Ona nie żyje” – szepnął. „Obie mają tyfus. Prawdopodobnie zaraziły się dopiero tutaj. Wiem, że mieszkania służyły za wychodki, a w sowieckiej armii też grasuje czerwonka i tyfus. Ekskrementy to podstępne wylęgarnie chorób. Mała zmarła tak szybko, bo jej układ krwionośny był niewydolny. Starszej udało się przeżyć.”
Gertruda i sąsiadka owinęły Monikę prześcieradłem, a sąsiad zniósł malutkie zwłoki do piwnicy, gdzie było chłodniej.

Maj 1945 roku był niebezpieczny. Szczególnie dla Niemców. Pojawienie się na ulicy było dużym ryzykiem. Jednak Monikę należało pochować. Udało się to dzięki pomocy stacjonującej w tym samym budynku rosyjskiej żołnierki. Sama zaproponowała, że będzie towarzyszyć konduktowi żałobnemu w osobie matki i sąsiadów, odprowadzającemu dziewczynkę na miejscowy cmentarz. Monika spoczęła w wykopanym naprędce dole, okryta jedynie całunem. Miejsce nie zostało oznaczone, śmierć nie została nigdzie zapisana. Znikła ledwie dostrzegalnie dla świata – boleśnie dla najbliższych.

Podczas konferencji alianckich ministrów spraw zagranicznych na Malcie w lutym 1945 r. była mowa między innymi o przyszłym kształcie granicy niemiecko-polskiej, który miał zacząć obowiązywać od sierpnia 1945 r. po Układzie Poczdamskim. Jednak już w czerwcu od strony polskiej uzbrojeni milicjanci zaczęli wypędzać ludność, zamieszkującą ponad stukilometrowy pas na wschód od Odry i Nysy. Także Liegnitz leżało na tym terenie.

Rankiem 20. czerwca 1945 roku Gertruda otrzymała nakaz wysiedlenia.

Polski rząd nakazuje

Dnia 21 czerwca 1945 r. w godzinach od 6 do 9 odbędzie się wysiedlenie ludności niemieckiej.
Ludność niemiecka zostanie przesiedlona na zachód od rzeki Nysy. Każdy Niemiec może wziąć ze sobą nie więcej niż 20 kg bagażu. Cały inwentarz nieuszkodzony ma pozostać jako własność Rządu Polskiego. Niewykonanie rozkazu będzie najsurowiej karane, do użycia broni włącznie. Wszystkie mieszkania w mieście muszą pozostać otwarte, a klucze od mieszkań i domów pozostawione w zamkach od zewnątrz. Wszyscy mają się zebrać na rynku w kolumnie marszowej. Ci Niemcy, którzy posiadają zaświadczenie o nieobjęciu ewakuacją, nie mogą wraz z rodziną opuszczać mieszkań od godziny 5 do 14.

Następnego dnia około dziewiątej Gertruda z córką i sąsiadami znaleźli się w rynku, który ledwie mieścił wszystkich zgromadzonych. Około dziesiątej kolumna marszowa pod okiem polskiej straży konnej ruszyła wzdłuż Haynauerstraße (ul. Chojnowskiej). W większości szły w niej kobiety i dzieci w różnym wieku oraz nieliczni mężczyźni, starzy i niedołężni. Młody wiek oznaczał niebezpieczeństwo nie tylko dla kobiet, lecz także i mężczyzn, chociaż z innych powodów. Odstawiano ich do obozów albo byli rozstrzeliwani.

Konna milicja była wyposażona w karabiny i w baty, z których nie wahano się robić użytku, kiedy kolumna przystawała albo starcy poruszali się zbyt wolno.

Do Haynau (Chojnowa) było około dwadzieścia kilometrów. Pogodny letni dzień przykro kontrastował z szarym strumieniem ludzi, sunącym mozolnie drogą.
Wielu z idących miało nadzieję, że w Haynau nastąpi odpoczynek, ale konni kazali im ciągnąć dalej. Dopiero pod wieczór zatrzymali się w szczerym polu, gdzie przypadkowo pozostało po zimie sporo płotów przeciwśniegowych. Niejedna z kobiet zaraz rzuciła się na te zapory, aby robić z nich prowizoryczne szałasy. Już po samym sposobie poruszania się można było poznać, że to przebrani mężczyźni. Na szczęście polscy strażnicy nie zwrócili na to uwagi, bo póki było jeszcze jasno, rzucili się na bagaże: wysypywali i przetrząsali zawartość toreb i plecaków, zabierając to, co im przypadło do gustu. Powtórzyła się sytuacja z Chomutowa, tylko teraz nie byli to Rosjanie…

Rewizji nie uniknęli także ani Vogtowie, ani Gertruda, jednak jej wynik rozczarował rabusiów – nie znaleźli niczego godnego uwagi. Basia tymczasem spała niezauważona na porośniętej chwastami ziemi, zawinięta w kołdrę. Przykrywała sobą jak kwoczka na gnieździe kuferek, obrączkę ślubną matki i wyciągniętą z domowej kryjówki biżuterię Vogtówien.

Nazajutrz wczesnym rankiem ruszyli dalej. Kto nie miał ze sobą prowiantu, cierpiał z głodu i pragnienia. Gertruda podała dziecku kilka łyków przegotowanej wody z butelki, po czym towarzysze drogi przytroczyli jej Basię z powrotem do pleców. Niebawem zobaczyli na skraju drogi pierwszych zmarłych – starców i małe dzieci. Widok jak na trasie z Chomutowa do Liegnitz! Lato było gorące, więc zwłoki zaczynały już cuchnąć. Tego dnia kolumna zatrzymała się kilka kilometrów przed miejscowością Bunzlau (Bolesławiec).

„Szliśmy już tędy w lutym”, mruknął Georg Vogt. „Tylko teraz nie ma w mieście nic do jedzenia. Musimy oddalić się od kolumny. Na wsi może szybciej znajdziemy po piwnicach coś do jedzenia.” Wieczorem tak manewrowali w tłumie, aby się znaleźć na skraju obozowiska w miejscu, gdzie dwa pola dzielił wyschnięty strumień. Około północy wykorzystali dogodny moment i niezauważeni przez polską milicję uciekli jego korytem.

[…]

Wreszcie dotarli pieszo do Görlitz i przeszli przez Neiße (Nysę). Most wydawał się drżeć pod ich stopami, ale było to tylko złudzenie, spowodowane wyczerpaniem. Basia od czasu do czasu dreptała znowu na własnych nóżkach, co wydawało się być cudem, bo po drodze nie znajdowali prawie żadnego jedzenia. Marta Vogt i jej córki zbierały po łąkach szczaw, a potem wszyscy żuli gorzkawe liście, walcząc w ten sposób z uczuciem głodu.

Z niejasnego powodu Vogtowie i Gertruda jak i tysiące innych Niemców spodziewali się, że po drugiej stronie rzeki wszystko odzyska jakiś porządek. Jednak w Görlitz nie było żadnej administracji – ani niemieckiej, ani sowieckiej. Nikt nie wiedział, co zrobić z wysiedleńcami, panował jeden wielki chaos. W pobliżu rzeki znaleźli przynajmniej jakieś miejsce na nocleg.

Lato roku 1945 pokazało się na szczęście ze swojej najcieplejszej strony, co było wprawdzie trudne do zniesienia w dzień, ale pomocne w przypadku konieczności spania pod gołym niebem. Gertruda dalej niosła Basię na plecach i puszczała ją na ziemię tylko, kiedy córeczka wyraźnie się tego domagała. Po drodze jedli głównie leśne jagody, które żuli jedną po drugiej, jak chleb, żeby na dłużej starczało. I tak miało trwać jeszcze wiele tygodni…

***

Granica pomiędzy starym i nowym życiem została zamknięta. Uchyliła się dopiero w latach 70 XX wieku i wówczas dorosła już Barbara odwiedziła rodzinne miasto. W 1974 roku z mamą oraz znajomymi znającymi język polski, wybrała się w podróż sentymentalną. Nowa Legnica nie przypominała tej z 1945 roku – na szczęście! Nie przypominała też jednak tej zapisanej w dziecięcej pamięci. O tę pamięć zadbały matka i babka Barbary. Na ich wspomnieniach oparła się pisząc później swoją książkę.

W 1974 roku odwiedziły swoje dawne mieszkanie…

Przyspieszyli kroku, bo ich oczom ukazała się niewielka kamienica. Stała obok dwupiętrowego, świeżo odremontowanego domu i wyglądała na niezamieszkaną. Najprościej było wejść do środka przez podwórze. Zmurszałe drzwi stały otworem, te same co przed trzydziestoma laty…
Korytarz był brudny. Barbara przyglądała się nieufnie schodom na piętro. Między pozostałościami prętów poręczy, z których już dawno zeszła farba, wisiały pajęczyny, ale na zakurzonych schodach widniały ślady czyichś butów. Wreszcie stanęli przed drzwiami, za którymi spędziła pierwsze lata swojego dzieciństwa…
Barbara zapukała z lekkim wahaniem. Cisza. Zapukała znowu, głośniej. Ktoś ostrożnie uchylił drzwi. Ukazała się w nich stara kobieta. Patrzyła na nich nieufnie i spytała o coś po polsku.
Fred zrobił krok naprzód, wskazał Gertrudę i Barbarę a potem wyjaśnił, że mieszkały tu przed trzydziestoma laty, i że bardzo by chciały jeszcze raz popatrzeć na swoje dawne mieszkanie. „Czy można?”
W oczach kobiety zamigotało coś na kształt lęku, lecz otworzyła drzwi, i wskazała gestem, by weszli do salonu po lewej stronie. Gertruda i Barbara nie wierzyły własnym oczom: od pamiętnego czerwca 45 roku zatrzymał się tutaj czas! Wszystkie meble stały na swoich dawnych miejscach. Również w sypialni, do której drzwi były otwarte, zobaczyły oprócz małżeńskiego łóżka także dziecięce łóżeczko Barbary, nad którym wisiał święty obrazek z Jezusem błogosławiącym dzieci. W trzyczęściowym, ślepym lustrze toaletki ujrzały swoje zamglone odbicia. Wyglądały jak duchy.
Barbara zmusiła się, by odwrócić wzrok i wejść do salonu, gdzie wzór na tapecie dawno się wytarł. Dawniej brązowy, teraz raczej czarny, sfatygowany dywan świecił dziurami w miejscach, w których często po nim stąpano. (…) W kredensie za szkłem stało pięć kieliszków do wina i dwie kryształowe miseczki, które oparły się pasji niszczenia radzieckich żołnierzy. Obicie kanapy było mocno sfatygowane. Teraźniejszość ukazywała im przeszłość pod zasłoną z kurzu. Gertruda schowała twarz w dłoniach i rozpłakała się. Tyle zostało z ich rodzinnego życia, które rozpoczęli przed wojną pełni nadziei i planów…
Barbara również walczyła z cisnącymi się do oczu łzami, bo nagle jej wzrok zatrzymał się na dwóch żelaznych hakach przymocowanych do futryny drzwi sypialni. Zobaczyła powieszoną na nich huśtawkę, a w niej małą dziewczynkę…
Nagle poczuła, że ktoś kładzie jej rękę na ramieniu. Stara kobieta mówiła coś do niej cichym głosem. Po jej policzkach także spływały łzy, jakby dobrze wiedziała, co czują jej niespodziewani goście…

Po tej wizycie przyszła kolej na cmentarz. Pani Gertruda chciała jeszcze raz pochylić się nad miejscem spoczynku swojej córeczki, westchnąć przy grobie prababki Barbary. Okazało się to jednak niemożliwe.

„Na cmentarzu matka ruszyła pewnym krokiem i nagle nieoczekiwanie stanęła przed murem. Za nim znajdował się lichy trawnik, na którym kilku chłopców grało w piłkę nożną. „To niemożliwe!”, wymamrotała. „Przecież dziadek Larisch pochował tutaj prababcię Luisę. (Luise Antonia Gocke, urodzona 9.04.1853 w Brzenczkowitz, zmarła 5.09.1945 w Legnicy) Gdzie są te groby?”
„Mamo, Polacy przenieśli po prostu tamte prowizoryczne groby w inne miejsce”, pocieszała matkę. „Chyba nie myślisz, że ci chłopcy grają w piłkę na mogiłach?”
Nie, oczywiście! Tego Gertruda nie była sobie w stanie wyobrazić. Ale gdzie było jej dziecko? „Monika nie żyje od prawie 30 lat. Nawet gdyby jeszcze nadal leżała na tym kawałku ziemi, nic by już po niej nie zostało”, powiedziała tym razem nieco ostrzej Barbara. „Co chciałaś zrobić? Odkopać szczątki?” Udało jej się skłonić matkę do powrotu.

Pani Barbara i jej matka zapragnęły wrócić do domu. Od tej chwili stała się nim ostatecznie Braunsbedra. Śladów pochówków ich bliskich nigdy nie udało się odnaleźć.

***

Legnica, wbrew tym wszystkim wydarzeniom, nigdy nie znikła z serca Barbary Siwik z domu Larisch. Dlatego starsza pani stała się, jako użytkowniczka Facebooka, wierną czytelniczką profilu Fundacji Liegnitz.pl. I to tam w początkach listopada 2017 znalazła zdjęcie znicza płonącego pod murem legnickiego cmentarza…

Kontakt z panią Barbarą od początku dotyczył książki, w której zawarła spory kawałek historii mieszkańców Legnicy. Opowiedziała o powojennym losie jednej rodziny, który był jednak udziałem dziesiątków tysięcy innych Niemców. Szacuje się, że 3,5 mln Niemców opuściło swoje miejsce zamieszkania lub zostało przymusowo wysiedlonych, 200 tys. z nich zginęło podczas deportacji do Związku Socjalistycznych Republik Radzieckich, 40 tys. umarło w obozach radzieckich, a 60 tys. w polskich, 120 tys. osób padło natomiast ofiarą aktów przemocy, najczęściej z rąk czerwonoarmistów (za: Interakcje. Leksykon komunikowania polsko-niemieckiego). Los wielu z tych ofiar nie jest znany. Miejsce ich pochówku – również. Pozostają wciąż żywi w przekazach rodzinnych, opłakiwani przez kolejne pokolenia. Przez wiele lat milczano o tych wydarzeniach, o ich skali. Dopiero pod koniec XX wieku polscy historycy coraz bardziej otwarcie przyznawali, że miały miejsce. Rozpoczęły się badania archiwów, przesłuchania świadków. Zaczęto pisać książki, artykuły prasowe, kręcić filmy fabularne. Po całych dekadach przemilczeń wreszcie dano głos tym, którzy swoimi pojedynczymi losami zapłacili za przynależność do narodu niemieckiego.

Barbara Siwik nie nosi w sobie żalu. Na wszelkie możliwe sposoby przekonuje, że w wojnie nie ma wygranych. Opowiadając o dramatycznych wydarzeniach powojennych daje tego świadectwo.

Książka “Unwegsame Pfad der Zeit” (“Ciernista ścieżka czasu”) miała premierę w marcu 2018 roku. Choć wyszła w języku niemieckim, jej fragmenty, przetłumaczone przez Marię Bubrzycką, trafiły nieomalże równocześnie za pośrednictwem strony Wiejskie cmentarze ewangelickie województwa łódzkiego do polskiego czytelnika. Ciepłe przyjęcie przez legniczan, którzy dotarli do tych fragmentów za pośrednictwem Facebooka Liegnitz.pl, podsunęło pomysł na zaproszenie autorki do rodzinnego miasta. Zajęło się tym Muzeum Miedzi oraz Fundacja Liegnitz.pl, połączone osobą dyrektora Marcina Makucha.

Spotkanie autorskie odbyło się 6.10.18 w siedzibie Muzeum. Prowadziła je pani Karolina Kuszyk, autorka i tłumaczka literatury niemieckiej. Odpowiedzi pani Barbary tłumaczyła na język polski pani Aleksandra Kuśnierz. Dzięki nim opowieść o książce oraz wywiad z autorką dotarły bez jakichkolwiek
problemów do licznie zgromadzonej publiczności. Niestety chętnych do kupienia niemieckiego wydania nie było. Może warto podjąć starania, by wydać tę pozycję w języku polskim?

W tekście wykorzystałam fragmenty powieści “Unwegsame Pfad der Zeit” w tłumaczeniu Marii Bubrzyckiej, Magdaleny Jakowczyk-Styrc oraz Karoliny Kuszyk. Zdjęcia rodzinne pochodzą z archiwum Barbary Siwik.

Tekst i zdjęcia współczesne: Hanna Szurczak, 12 października 2018

Uwaga od adminki: Mały jest ten nasz świat, mały, maleńki. Karolina Kuszyk jest moją koleżanką w Berlinie, autorką, której teksty  o pani Irence ukazywały się kilkakrotnie na tym blogu. Jeden z nich poruszał tę właśnie tematykę… Zaduszki, groby, poszukiwania (zobacz).

Halloween, Wszystkich Świętych, Zaduszki…

Ewa Maria Slaska

Poszłyśmy wczoraj z Krysią “na groby”, Krysia zrobiła piękne zdjęcia polskich grobów – publikuję je dzisiaj, myśląc, że “Wciąż umieramy” i że taki pewnie będzie tytuł mojej drugiej książki o polskich grobach w Berlinie (pierwszą prezentuję np. TU) .
1 listopada jest dobrym dniem, żeby zobaczyć, gdzie są te nasze groby – stoją przy nich ludzie, leżą kwiaty, płoną znicze.
Piękna ta seria świąt, kiedy myślimy o zmarłych – najpierw Halloween, nie wiadomo dlaczego spostponowany przez wszystkich jako amerykańska komercja, skoro to stare piękne celtyckie święto przodków. Potem nasze europejskie ale i nasze własne, rodzime święto Wszystkich Świętych – też powoli postponowane przez nowoczesną lewicę jako masowy objaw płytkiego polskiego katolicyzmu, a ja, niby też lewaczka, przyznaję się wszem i wobec oficjalnie, że lubię i że wcale nie chcę go ukrócić. Pewnie, lepiej by było żeby te nasze polskie światła 1 listopada – widoczne ponoć nawet z Kosmosu jak Wielki Chiński Mur i autostrady w Belgii – powtarzam zatem, że lepiej by było, żeby nie były z plastiku i może jest to nisza, i można zrobić jakieś badania, i zdobyć pieniądze, i pomysł na biznes, i na start up, może nawet w Berlinie, żeby wymyślić eko-znicze, które się same całkowicie spalą, nie zostawiając śladów i nie szkodząc atmosferze, a może nawet ją oczyszczając (a co tam – jak marzyć, to na całego!)
No i wreszcie dzisiejsze Zaduszki czyli Wspomnienie Wszystkich Wiernych Zmarłych (Commemoratio Omnium Fidelium Defunctorum), które przypominają o ludowych uroczystościach ku czci zmarłych, o ich pogańskich tradycjach i o tym, że na całym świecie przed chrześcijaństwem ludzie wierzyli w swoich bogów i inne siły wyższe, i pamiętali o swoich zmarłych.

Krystyna Koziewicz

Zdjęcia z cmentarza św. Jadwigi na Lissenstrasse i św. Jadwigi na Olenhauer Strasse (ten ostatni nazywany jest czasem “polskim cmentarzem”).

A wieczorem poszliśmy tradycyjnie, na grób profesora Brücknera.