Bełżec zaczęli budować w listopadzie

Już w marcu tego roku przez trzy dni Wielkiego Tygodnia cytowałam tu fragmenty powieści Stasiuka. Dziś w dzień Wszystkich Świętych wracam jeszcze raz do tej książki.

Andrzej Stasiuk, Wschód

A teraz ten zimowy chłód w listopadzie. Grodzką wychodzę na zamek, by patrzeć z góry na ciemną wyrwę w środku miasta. Na resztki ognia, na kebab, na czarny wiatr i na niewidzialne igły lodu razem z tym wiatrem gdzieś od Dorohuska. Od Sobiboru wiatr i od Bełżca. Po to się zjeżdża do miasta Lublin – by patrzeć na Sobibór i na Bełżec i wietrzyć jak pies pod wiatr. Wąchać powietrze. Bełżec zaczęli budować w listopadzie. We Wszystkich Świętych zaczęli. Proboszcz wyznaczał robotników. Niemcy kazali i proboszcz wyznaczał razem z Wójtem. Wiedzieli tylko, że budowa, ale nie wiedzieli czego. Globocnik w białej willi przy Bocznej Lubomelskiej stukał palcem w mapę: tu, tu i tu ma być zbudowane. Bełżec zaczęty we Wszystkich Świętych. Do połowy grudnia stały już baraki rozbieralni i komór. „Obok tego baraku budowaliśmy trzeci barak, o wymiarach dwanaście metrów długości, a osiem metrów szerokości. Barak ten był podzielony na trzy części drewnianą ścianą, wobec czego każda część miała po cztery metry szerokości, osiem długości. Wysokość tych części była dwa metry. Wewnątrz ściany tego baraku zrobione były w ten sposób, że zbijaliśmy deski, a próżnię między nimi zapełnialiśmy piaskiem. Sciany wewnątrz baraku były Objfe papą, nadto podłogi i ściany do wysokości metra dziesięciu centymetrów obite blachą cynkową”. Zupełnie jakby budowalo się dom. Stukot młolków, Wizg pił, zapach żywicy W jesiennym powietrzu. Ludzie idą na cmentarz palić ognie. „Każda część tegoż baraku w północnej swej części miała drzwi o wymiarach metr osiemdziesiąt wysokości i metr dziesięć szerokości. Drzwi te, jak również drzwi od korytarza, były szczelnie obite gumą. Wszystkie drzwi w tym baraku otwierały się na zewnątrz. Drzwi były bardzo silnie zbudowane z trzech calowych brusów i zabezpieczone przed wyważeniem od wewnątrz baraku drewnianą zasuwą, którą wciskało się w dwa żelazne haki, gspecjalnie w tym celu zamontowane”. W listopadzie, jak budowa domu i żywiczny zapach trocin. Żeby zdążyć ze schronieniem przed mrozami. Pierwszy raz byłem tam w zimie. Na wszystkim leżał mokry śnieg. W Tomaszowie Lubelskim kupiłem sobie kawę na stacji benzynowej przy siedemnastce już na samym wylocie. Wypiłem ją przez te osiem kilometrów. Minąłem osiemset sześćdziesiątkę piątkę wiodącą do domu i przejechałem tory kolejowe. Skręciłem w lewo na parking. Wysiadłemi od razu zobaczyłem ten czerwono-czarny napis: „Środki czystości import z Niemiec”. Był wymalowany pędzlem, może sprejem na piętrowym budynku z wielkim ceglanym kominem. Zaraz za płotem obozu. Chodziłem z pół godziny i zgarniałem mokry śnieg z napisów po polsku i hebrajsku. Odnajdowałem miejsca, w których byłem: Dukla, Złoczów, Rymanów, Delatyn. Po polsku i po hebrajsku. Ale trzeba było zgarniać śnieg z kamiennych płyt, by odsłonić litery. Cały czas z tym napisem za plecami, że higiena z Niemiec.

Więc co? Mówimy „Lublin”, a myślimy „Bełżec”? (…) Że to się tak splata, że potem nie rozplączesz? Że trzeba by rozciąć, ale wtedy nic nie zostanie, wszystko wycieknie jak krew z żywego ciała? Ciemność i jasność? Wątek i osnowa? Niewinność dzieciństwa i przeklenstwo doświadczenia? Po to tu przyjechałeś? Miałeś po prostu opisać miasto, a się wikłasz i widzisz Bełżec zamiast kaplicy na zamku na przykład, czyli glorii i chwały niegdysiejszej? Widzę jedno i drugie, i trzecie. Kupiłem bilet i poszedłem. Wszyscy szli, cała kolejka, a w środku ciasnawo. Odczekałem, aż trochę się już naoglądało i wyszło. No więc ciasnota i niebo, i świętość z tym światłem gdzieś u samego szczytu. Jak za tamtych czasów, gdy święte i niebieskie napierało ze wszystkich stron. Świat był wielki i groźny i się można było skryć w bożej opatrzności, zawinąć w bożą łaskę, otulić w ten złocisty płaszcz nadprzyrodzoności, która tutaj, w kaplicy, stawała się ciepła i miękka jak jedwab na Słońcu. Żeby groza diabelskiego świata nie miała dostępu. Groza materii strasznej i rozległej aż po Chabarowsk i Właclywostok, po krawędź ziemi, za którą jest ogniste piekło, gdzie diabli palą ludzkie ciała. (…)

Wyszedłem z przegrzanego wnętrza. Czekała już wiejska wycieczka starszych ludzi. Wchodzili jak do prawdziwego kościoła. Może chcieli nawet przyklękać, tak jak ja chciałem zakręcić się i ulecieć. Pochodziłem trochę po salach. Było to, co wszędzie: ubrania, obrazy, stare karabiny, skorupy. W ciemnej sali mieli wystawę o ludowych strachach. Diabły i czarownice świeciły na czerwono. A w największej wisiały obrazy. Usiadłem na chwilę przez Matejką: Przyjęcie Żydów do Polski. Jak to u Matejki – kłąb, wir ludzi i materiałów. Kolory, draperie, załamania, fałdy, opony i opończe. Bardzo bławatny to był malarz, bardzo bławamy. Żydzi wyglądają jak Cyganie na starych rycinach. Trudno powiedzieć, czy obdarci,czy malowniczy. Tworzą rozgestykulowaną, dziką gromadę. Stoją, klęczą, półleżą, wznoszą ręce do nieba i nie wiadomo, czy chcą do tej naszej Polski, czy raczej rwą sobie włosy z głowy. Władysław Herman patrzy na nich w zadumie i jakby sceptycznie. Wpuścić? Nie wpuścić? Jakaś dwuznaczność jest po jednej i po drugiej stronie. No ale jednak wpuścił, a Żydzi weszli.

Wyszedłem przed bramę królewskiego zamku. Był środek jasnego dnia. Solidarności, Tysiąclecia płynęła rzeka aut. Na placu Targowym, na dworcu roił się tłum. Ale ludzie, samochody, smutne kramy, taryfiarze, autobusy, łyse chłopaki stojące na przystankach, czekające na swoją Bychawę, Piaski i Źółkiewkę, to wszystko ślizgało się po powierzchni, po czarnej tafli jak ze ślepego szkła, pod którym ziała otchłań. Żyli,chodzili, sprzedawali, ale jakby na niby. Ponieważ życie nigdy tu nie powróciło. I nie była to wina taksówkarzy ani łysych chłopaków. Po prostu mieli zbyt mało siły, by przemoc pustkę piekieł. Nikt nie miał dość siły. Tego samego dnia, który był zimny, ale jasny, poszedłem w górę Lubartowskiej. Na rogu Unickiej, przy dawnej jesziwie, zawróciłem i zacząłem iść w dół. Prawa strona. Zaglądałem w podwórka. Tam było jak wtedy o świcie, gdy przyjechałem pierwszy raz. Grzyb, wilgoć, szary mur, piwnica, coś gniło, pleśniało bez światła. Komórki, próchno przybudówek, strupiały, wieczny zmierzch. Wyglądało jak niczyje. Jakby wtedy, tamtą wiosną czterdziestego drugiego, straciło oddech i przez dziesięciolecia się dusiło. Siniało. Rozkładało się. Nie było na to siły. Więc szedłem i zaglądałem. Spadziste podwórka. Okienka w cudze życie. Blade dzieci. Psy samopas. Skuleni w kapturach tym swoim szybkim, czujnym krokiem. Brama za bramą. Bury fotoplastykon. Żadnej pamięci poza niejasnym wspomnieniem, że było coś innego. Że to ani już cudze, ani jeszcze własne. I nie wiadomo, czy kiedykolwiek będzie. Bo jak można wziąć coś, co zastało spalone i rozwiane. Zostają resztki, domy przesiąknięte śmiercią, rzeczy przesiąknięte tłustym dymem. Życie w tym ledwo się może tlić. Jak płomień bez tlenu.

Na Lubartowskiej, na dworcu, spacerując z wózkami po błoniu u stóp zamku, biegając w dresach. Czy to się tak bardzo różni od noszenia ubrań po nich? Wsuwać ręce w rękawy, wsuwać ciało w miejsce ich ciał w przestrzeni. Gdzie jest granica między szabrem, koniecznością a oczywístością? Nie do rozstrzygnięcia. Cudze, niczyje, moje. „A co? Miało tak leżeć? A co? Miało tak stać?” Więc weszliśmy w ich życie, nie dzieląc ich losu, bo któż by chciał albo śmiał. Żyjemy na zgliszczach, mamy zwęgloną, martwą pamięć. Pustą. Więc Lubartowskąw dół i potem znów na dworzec. W kółko. Żeby patrzeć na ludzi, którzy wypełniają tę przestrzeń nie do wypełnienia. Są zziębníęci i cisi. Stoją oddzielnie. Młodzi czasem razem. Nie piszę o Żydach. Piszę o nas. O tych, którzy zostali. O tym, że wypełniliśmy przestrzeń, z której zniknęli. Że swoim życiem próbujemy wypełnić miejsce po ich życiu. O moich rodzicach na przykład, którzy mogli przybyć ze wsi do wielkiego miasta, ponieważ w tym mieście zwolniło się miejsce. I mogłem się tam urodzić, by potem pielęgnować naiwną wschodnią nostalgię, zanim pojąłem, że Wschód to też grób. Że im dalej w tamtą stronę, tym mniejsze jest nasze znaczenie, tym łatwiej się nas pozbyć i zamienić w proch albo lód. To kwestia przestrzeni, której jest tu nadmiar. „Wschód należy do ss”, powiedział Himmler i wysłał Globocnika, który w białej willi przy Bocznej Lubomelskiej stukał palcem w mapę i mówił: „Zbudujemy tu, tu i tu”. Ponieważ trzeba było zrobić miejsce, bo do nich miał należeć Wschód. Bo o Wschód nikt się nie upormni. Bo Wschód był zawsze wysypiskiem ciał. I można było je palić, aż tłuszcz osiadał na szybach domów pięć kilometrów dalej. Lecz nikt nie śmiał się upomnieć, tylko kobiety bez słowa myły okna. Tak było w Bełżcu od jesieni czterdziestego drugiego do wiosny czterdziestego trzeciego. Ponieważ trzeba było zrobić miejsce, bo Wschód miał należeć do nich. Ale miejsce zostało dla nas, a nie dla ss. Weszliśmy do cudzych domów i w szafach rozkładaliśmy nasze rzeczy. Mówiliśmy: „To są niczyje domy, niczyje szafy” i układaliśmy nasze rzeczy. Patrzyliśmy przez cudze okna, myśląc, że to jest nasz widok. Nie mieliśmy pojęcia, co skrywa. A skrywał miliony cudzych spojrzeń, które zostały zwęglone i niewidzialny popiół spadł na nasze dni.

No to co w końcu z tą kraina, której bramą był i jest Lublin? Co tam takiego było, że ciągnęło? jaka obietnica? Pustki? Z tym krajobrazem, w który cywilizacja wsiąka jak woda w piasek? Bo co? Miałeś nadzieję, że w końcu znajdziesz się sam i staniesz naprzeciw przedwiecznego jak pierwszy człowiek? Tak? Wyruszając przez Lublin, dalej i dalej na sam skraj ziem? (…) Zostałbym dłużej, ale wyjeżdżałem. Wilgotnawo tam było, ciemnawo, listopadowo. Pachniało węglowym dymem. W każdej bramie urzędował adwokat. Miasto pieniaczy sądowych, można by pomyśleć. Ale potem się dopatrzyłem, że zaraz obok dwie prokuratury oraz urząd skarbowy, więc po prostu obrona konieczna. No więc adwokactwo, mieszczaństwo i ten szary cień kamieni. Trochę jak w Peszcie, ale takie mniejsze, przykoślawione, niższe. Literacko to ulica Krokodyli. Widać Galicję rozcieńczoną Kongresówką, wszystko zanurzone w tym wiecznym zmierzchu listopada, w tym nieco bezbarwnym półśnie strefy rozpostartej między jesienią a przedwiośniem. Pogranicze kultur, języków, religii i pogody. Z okna miałem piękny widok na blaszane dachy i plątaninę staroświeckich anten telewizyjnych. No ale trzeba było się zbierać. Wyjeżdżałem przed świtem. Ruszały pierwsze auto- busy. Jak zwykle chciałem bocznymi. Chciałem bez przeszkód patrzeć, jak wstaje dzień, jak z mroku wynurza się kraj. Najpierw na Bełżyce, potem na Kraśnik. W głąb ojczyzny. W głąb jej ciemnego ciała. I potem, gdy kształty dnieją, w tę szarawość, w te wysmużone dale, na które ktoś ponalepiał domy, płoty, ludzkie
rzeczy, całą tę historię istnienia w listopadzie płaską jak wycinanka. Iak wylepianka. Bełżyce, Kraśnik, Zaklików, gdzie już zaczynało się podkarpackie, ale wolałem myśleć, że to wciąż lubelskie. Nie miałem nic przeciwko. Nie miałem nic przeciwko, żeby Lublin został stolicą całego kraju. Ale nie tak jak w czterdziestym czwartym, tylko naprawdę. Bardziej przypominał Polskę niż Warszawa. Z tymi jej wieżowcami z importu i fontannami, które miały na wieki zetrzeć hańbę prowincjonalizmu, nie dającą jej spać po nocach. Lublin był lepszy. Niczego nie udawał. Lodowaty wiatr ze wschodu o dziesiątej wieczór wymiatał ulice z ludzi. Tylko w sobotę Krakowskim szła młodzież. Nikogo starszego. Szli skuleni i mówili głośno. Klęli i mieli pospolite głosy. Dziewczyny tak samo jak faceci. Przyjechali ze swoich miasteczek i próbowali wypełnić niewypełnialną pustkę tego miasta. Dlatego Lublin bardziej przypominał Polskę z jej nieciągłością, przerwami w zabudowie, z jej zwielokrotnioną, nieoczywistą tożsamością. Na Wyszyńskiego pod czwórką widziałem czarny szyld: „Flagi narodowe, kościelne, unijne”. Więc Lublin walczył. Próbował pozszywać to, co się rozłaziło w palcach. Lublin był bohaterski i pozbawiony ostentacji. I handlował na lodowatym asfalcie w ciemnej dolinie czasu i głosami młodych próbował wypełnić śmiertelną ciszę. Tak myślałem, zostawiając miasto za sobą. Wyobrażałem sobie, że powracam do niego w maju, o zielonym zmierzchu,w gasnącym świetle, w powietrzu pachnącym dzieciństwem, gdy zapadający mrok był obietnicą cudu i tajemnicy. Że powracam do Lublina niczym w jnajdalsze dni, gdy dana nam była łaska niewinności. Tak jak do tamtej wsi nad Bugiem, gdzie w blasku poranka, w wiejskiej izbie wirował złocisty pył. Wjechałem w to Podkarpackie i od razu zaczął się lód. Czterdzieści na godzinę i naprawdę nie dało się więcej. Ci, co próbowali, stali teraz z nosami w rowach i czekali na traktor. To tu, to tam. Wyprzedziła mnie straż na sygnale. Patrzyłem za nimi z podziwem. Była może ósma. Szary, poranny lud stał na przystankach. Faceci palili. Miałem zamknięte okna, ale czułem ten zapach w zimnym, szklistym powietrzu poranka. Tak, było po ósmej, bo w Radiu Maryja leciały godzinki. Ilekroć rano jadę gdzieś poprzez kraj, to słucham i śpiewam na cały głos:

Zacznijcie, wargi nasze, chwalić pannę świętą,
Zacznijcie opiewać cześć jej niepojętą,
Przybądź nam, Miłościwa Pani, ku pomocy,
A wyrwij nas z potężnych nieprzyjaciół mocy.

Śpiewam, by przywołać pamięć swoich babek i dziadków. Tak robiłem i teraz, na tej gołoledzi. Przpominałem sobie ich twarze. Były podobne do tych na przystankach. Ich domy były podobne do tych przy drodze. Zwyczajne, bez ostentacji, kiedy spuściło się z nich wzrok, po prostu przepadały. Ale zapamiętałem z dzieciństwa tę dziwną przemianę, tajemne przeistoczenie, gdy o poranku z ust dziadków zaczynały płynąć słowa pieśni. Zazwyczaj mówili ludową prozą, a raptem, nieoczekiwanie spływał na nich dar poezji. Ich twarze jaśniały, a wzrok sięgał poza codzienność, wysoko, daleko, gdzie okrucieństwo życia nie miało dostępu.

Tyś krzak Mojżeszów boskim ogniem gorejąca,
Tyś różdżka Aronowa śliczny kwiat rodząca,
Bramo rajska zamkniona, różo Gedeona,
Tyś niezwyciężonego plastr miodu Samsona.

Dlatego gdy jadę przez kraj, rano, daleko od domu, zawsze tego słucham. Wyobrażam sobie swoich dziadków kiedyś i tych wszystkich ludzi o szarej godzinie poranka, teraz, w domach, które mijam, wsłuchanych w pieśń, która zdaje się nie mieć końca. W murowanych, starych z drewna, z krzywymi kalenicami, pod eternitem, w nowszych, jak z jakiegoś obcego, odległego snu, z wygonami, zagonami, polami zaraz za ścianą, z tymi wstęgami roli albo już ugoru ciągnącymi się hen pod las, pod zagajnik, po tutejszy horyzont wyniebieszczony, wysiwiały od mgły. Wyobrażam sobie, jak siedzą przy swoich radiach i kołyszą się lekko w tył, w przód, a ich usta bezwiednie podążają za modlitwą. W tył i w przód. W głąb czasu, poza jego wyobrażalne granice nad Jeziora Gorzkie, nad Morze Trzcin, na pustynię Szur, na pustynię Sin, w cień Horebu i dalej aż na górę Nebo, z której otwierał się widok na Kanaan. W tył i w przód, szepcząc, powtarzając, śpiewając o Mojżeszu, Aronie, Gedeonie w polowie listopada minionego roku w Woli Rzeczyckiej, w Musikowie, Bąkowie, Chłopskiej Woli i w Podborku. Śpiewałem razem z nimi. W Stalowej Woli skończyła się gołoledź.

Reblog: Najładniejsze dekoracje halloweenowe w Nowym Jorku

Z blogu:

Little Town Shoes

zapiski o życiu w Nowym Jorku

Filmik nagrała i blog prowadzi Magdalena Muszyńska, która tak pisze o sobie:

O mnie

Przeniosłam się do Nowego Jorku osiem lat temu. Jak większość osób, które mieszkają tutaj jestem zakochana w tym mieście. Czasami trudno uwierzyć dlaczego, bo głośno, bo brudno, bo drogo:) Ale Nowy Jork jest niezwykłym miejscem. Energia, koloryt i tempo tego miasta uzależnia. Jest też jednym z tych niewielu miejs, gdzie każdy, bez względu kim jest i skąd pochodzi, może tu być sobą.

Obecnie pracuję w firmie social media w Soho, Trzy lata temu zostawiłam pracę w Agencji, a moja pasja czyli “opowiadanie o Nowym Jorku”, stała się moją pracą. Zdałam egzamin na przewodnika po NYC i oprowadzam po moim ukochanym mieście.

Jeżeli planujesz wyjazd do Nowego Jorku i szukasz prywatnego przewodnika i pomocy w organizacji wyjazdu tu znajdziesz więcej informacji.

Obecnie jako jedyny polskojęzyczny przewodnik otrzymałam „złotą gwiazdę” od miasta jako dowód uznania wiedzy o NJ.

W marcu została opublikowana moja książka “Z Nowym Jorkiem na NY”, która jest na pierwszym miejscu pod względem sprzedazy w Empiku w kategorii turystyka i przewodniki w 2016 roku.

Moj blog o Nowym Jorku, a życiu w Ameryce, o życiu na emigracji. To trochę subiektywny przewodnik po Nowym Jorku, to trochę zbiór notek o codziennym życiu w Nowym Jorku, to trochę „insiderskich” porad, od kogoś kto tu już kilka lat mieszka.

Moje opowiadania, nowojorskie historie i zdjęcia zostały pokazane między innymi w TVN, Radio Zet, Radio ZET Chilli, Magazynie Gazety Wyborczej, Elle Polska, Twoj Styl, wp.pl. i wielu innych publikacjach prasowych.

Mieszkam na Brooklynie z mężem, psem i dwoma kotami.

Do zobaczenia w Nowym Jorku!

Magda

Travel Channel & LittleTownShoes

Barataria 89 Peru 5

W elitarnym klubie baratarystów pojawia się oto nowa autorka! Na blogu znana od dawna, ale w klubie – nie. 🙂

Joanna Trümner

Wyspy na jeziorze Titicaca

Opuszczamy kanion Colca. Zanim wyruszymy w dalszą podróż do Puno, największego miasta nad jeziorem Titicaca, mamy trochę wolnego czasu na wypicie pysznej herbaty z liśćmi koki i mięty andyjskiej (muña) i zwiedzenie kościoła na głównym placu w Chivay. Obrazy i rzeźby sakralne diametralnie różnią się od europejskich. „To wygląda jak maskarada”, myślę patrząc na niosącego krzyż Jezusa w przepięknym, zdobionym srebrem niebieskim ornacie. Święta rodzina w jednej z bocznych naw kościoła nosi równie bogate stroje. Obok rzeźba popularnego w Peru świętego Izydora  z Madrytu (Św. Izydor Oracz, patron Madrytu i rolników, żył w XI wieku w Hiszpanii, pochodził z bardzo bogobojnej i ubogiej rodziny, a bieda zmusiła go do ciężkiej pracy na roli w charakterze parobka u zamożnych sąsiadów. Według legendy podczas ciężkiej pracy pomagał mu anioł). Na rzeźbie w kościele w Chivay Izydor wygląda na zamożnego i pełnego elegancji mężczyznę.

Podobne dzieła widzę w wielu kościołach w Peru, z każdym dniem spędzonym w podróży po tym kraju coraz bardziej rozumiem tajemnicę „przerobienia” historii Jezusa i życiorysów świętych na potrzeby lokalnej kultury. Nauczeni przez tysiąclecia życia w hierarchicznych strukturach członkowie kultur preinkaskich oraz sami Inkowie, wychowani w systemie, w którym symbolem władzy, mądrości i siły było złoto i bogate stroje, nie potrafiliby się modlić do leżącego w żłobku w stajence u pasterzy Jezusa lub obrabiającego w skwarze cudze pole Izydora. Nie bez powodu Inkowie nazywali swojego głównego boga, stwórcę świata Wirakoczę Wielkim, Wszechwiedzącym i Potężnym. Na wszystkich obrazach sakralnych w Peru Maria nie ukazuje stóp, co oznacza, że jest częścią ziemi, podobnie jak preinkaska Pachamama, matka wszechświata i Ziemi.

Kiedy patrzę na obrazy w kościele w Chivay, przypominam sobie rozmowę sprzed lat, spotkanie z Michaelem, bawarskim dominikaninem, który podjął się prowadzenia parafii w Imbassai (małe miasteczko nad Atlantykiem w Brazylii). Michael opowiadał mi, jak po kilku miesiącach pracy w Imbassai zrezygnował z walki z małym ołtarzem, który wierni z jego parafii ustawili z tyłu kościoła i na którym regularnie znajdował ofiary z ryżu i innych posiłków, wypieków, mlecznych zębów dzieci i kosmyków włosów. „Najważniejsze, że przychodzą na msze”, powiedział z rezygnacją w głosie.

Po godzinnej przerwie ruszamy w dalszą drogę do Puno, która po raz kolejny prowadzi przez Przełęcz Wiatrów (4.910 m). Tym razem nie mam problemów z wysokością, wysiadam z autokaru i rozprostowuję nogi patrząc na dymiący wulkan Sabancaya. Na ostatnim etapie drogi do Puno dużo czasu tracimy na korkach w dużym, kompletnie pozbawionym uroku mieście Juliaca, którego mieszkańcy dorobili się fortun na szmuglowaniu towarów z o wiele tańszej Boliwii.Pod okiem, a prawdopodobnie przy udziale policji, kwitnie tam nielegalny handel podróbkami podróbek, głównie sprzętów elektronicznych i ubrań.

Po noclegu w Puno wyruszamy w podróż statkiem po jeziorze Titicaca. Pierwszym postojem na jeziorze jest archipelag wysp Uros. Jest to 65 małych wysepek, na których mieszka około 2 tysięcy mieszkańców. Wyspy zbudowane są w całości z trzciny tortora, otaczającej Uros, a zakotwiczono je w dno jeziora za pomocą palików i kamieni.

Zwiedzamy jedną z wysp. Jej prezydentką jest Maria, która oprowadza nas po maleńkiej wyspie i opowiada o tym, jakie ma obowiązki. Maria odpowiada za porządek i konserwację wyspy (trzeba regularnie nawarstwiać ją świeżą tortorą). Na wyspie spotykamy tylko kobiety i małe dzieci, mężczyźni za dnia pracują w oddalonym o pięć kilometrów Puno lub zajmują się połowem ryb na jeziorze, a większe dzieci są w szkole na jednej z sąsiednich wysp lub w mieście. Na archipelagu Uros nie ma policji, konflikty wewnętrzne załatwia się porzez odłączenie części wyspy wraz z osobami, które te konflikty wywołały. Każda z wysp sama zadecydowała o wyznawanej przez siebie wierze. Nasza „wyspa kobiet” składa się w 97% z Mormonów, ponieważ przed laty dotarł tutaj misjonarz Mormonów, który do dzisiaj za darmo uczy indiańskie dzieci angielskiego. W duchu myślę, że zaznajomił tę społeczność również z zasadami działania wolnego rynku, ponieważ kobiety dosyć nachalnie próbują sprzedać nam swoje wyroby.

Kolejnym postojem jest wyspa Taquile. Mieszkańcy tej wyspy (około 2.500 osób) zachowali do dzisiaj stare tradycje i żyją w zgodzie z inkaskim kodeksem moralnym: „nie kradnij, nie kłam, nie leń się”. Mężczyźni zajmują się rolnictwem, rybołóstwem oraz wyrobem tekstyliów i produktów tkackich znanych w całym Peru z najwyższej jakości. UNESCO doceniło tę wyspę, nazywaną „Wyspą mężczyzn robiących na drutach”, wpisując ją w  2005 roku na listę niematerialnego dziedzictwa kulturowego. Jeden z mieszkańców Taquile opowiada nam, jak działają rosnące tu zioła. Mnie najbardziej zafascynował szampon z chujo (lokalny kaktus), który zapobiega siwieniu włosów i przywraca pofarbowanym tekstyliom ich naturalny kolor. Na zakończenie oglądamy jeszcze taniec rytualny wykonany przez mężczyzn.

Zarówno archipelag Uros jak i Taquile zostawiły u mnie mieszane uczucia, sposób prezentowania kultury przez mieszkańców miał charakter wyraźnie komercyjny i nie jestem do końca przekonana, że jest to ich tradycyjny sposób życia.

Mile zaskoczyło mnie natomiast docelowe miejsce naszego pobytu – jedyna prywatna wyspa na jeziorze Titicaca Suasi. Tutaj wszystko było autentyczne. Zbudowany z naturalnych materiałów, przypominający hiszpańską haciendę budynek bardzo różnił się od ofert dużych sieci hotelowych. Właścicielka wyspy, Marta, realizowała tutaj swoje ekologiczne wizje – to pierwsze miejsce w Peru, jakie widziałam, gdzie sortowało się śmieci i wykorzystywało energię słoneczną. Suasi jest w czwartym pokoleniu w posiadaniu rodziny Marty, energicznej, nigdy nie uśmiechającej się siedemdziesięciolatki. Wyspa jest zielona (a jesteśmy przecież na wysokości ponad 3.800 m), panuje tu absolutna cisza, a widok na jezioro jest niesamowity. Wieczorem patrzę na niebo pełne gwiazd i myślę o tym, że gdyby nie to przenikliwe, mokre zimno, to wyspa byłaby rajem. W nocy temperatura spada do zera i kiedy kładę się szczękając zębami z zimna do łóżka i odkrywam w nim nagrzaną gorącą wodą butelkę – przypomina mi się dzieciństwo i babcia Weronika.

Rano wstaję szczękając zębami z zimna i myślę: „Marta przesadziła z tą ekologią”.

Cdn.

Lili Marleen

Dla Iwonki

Ewa Maria Slaska

Jedna z opowieści, której nie zdążyłyśmy sobie opowiedzieć, bo trzy tygodnie to stanowczo za mało czasu na dwie opowieści o życiu i tysiąc i jedną opowieść o wszystkim i o niczym.

***
Lili Marleen to niemiecka piosenka z okresu wojny śpiewana przez Lale Andersen.
Pierwotny tytuł piosenki: Lied eines jungen Wachtpostens (Piosenka młodego wartownika).
Lale Andersen, naprawdę Liese-Lotte Helena Berta Bunnenberg (1905 – 1972), była niemiecką piosenkarką, autorką piosenek i aktorką. Na całym świecie znana jest przede wszystkim właśnie jako wykonawczyni piosenki Lili Marleen.

Vor der Kaserne vor dem großen Tor
Stand eine Laterne
Und steht sie noch davor
So wollen wir uns da wiedersehn
Bei der Laterne wollen wir stehen
Wie einst
Lili Marleen
Wie einst
Lili Marleen
XXX
Unsre beiden Schatten sahen wie einer aus;
Dass wir so lieb uns hatten
Das sah man gleich daraus
Und alle Leute sollen es sehen
Wenn wir bei der Laterne stehen
Wie einst
Lili Marleen
Wie einst
Lili Marleen
XXX
Schon rief der Posten: Sie bliesen Zapfenstreich;
Es kann drei Tage kosten!
Kam’rad, ich komm ja gleich
Da sagten wir auf Wiedersehn
Wie gerne würd’ ich mit dir gehn
Mit dir
Lili Marleen
Mit dir
Lili Marleen
XXX
Deine Schritte kennt sie
Deinen schönen Gang
Aller Abend brennt sie
Doch mich vergaß sie lang
Und sollte mir eine Leids geschehn
Wer wird bei der Laterne stehn
Mit dir
Lili Marleen?
Mit dir
Lili Marleen?
XXX
Aus dem stillen Raume
Aus der Erde Grund
Hebt mich wie im Traume dein verliebter Mund
Wenn sich die späten Nebel drehen
Werd’ ich bei der Laterne stehen
Wie einst
Lili Marleen
Wie einst
Lili Marleen
XXX
(Wenn sich die späten Nebel drehen
Werd’ ich bei der Laterne stehen)
Wie einst
Lili Marleen
Wie einst
Lili Marleen
Outside the barracks, by the corner light
I’ll always stand and wait for you at night
We will create a world for two
I’ll wait for you the whole night through
For you, Lili Marlene
For you, Lili Marlene
XXX
Bugler tonight don’t play the call to arms
I want another evening with her charms
Then we will say goodbye and part
I’ll always keep you in my heart
With me, Lili Marlene
With me, Lili Marlene
XXX
Give me a rose to show how much you care
Tie to the stem a lock of golden hair
Surely tomorrow, you’ll feel blue
But then will come a love that’s new
For you, Lili Marlene
For you, Lili Marlene
XXXWhen we are marching in the mud and cold
And when my pack seems more than I can hold
My love for you renews my might
I’m warm again, my pack is light
It’s you, Lili Marlene
It’s you, Lili Marlene
XXXMy love for you renews my might
I’m warm again, my pack is light
It’s you, Lili Marlene
It’s you, Lili Marlene

Tekst piosenki został napisany przez Hansa Leipa już w roku 1915, muzykę ułożył w roku 1939 Norbert Schultze i wtedy też piosenka została zaśpiewana i nagrana przez Lale Andersen (Electrola EG 6993). Podczas II wojny światowej piosenkę spopularyzowało radio dla żołnierzy niemieckich w Belgradzie, które nadawało ją zawsze na zakończenie audycji. Nagranie było ogromnym sukcesem finansowym – Lili Marleen była pierwszym utworem w historii dyskografii niemieckiej, który przekroczył sprzedaż miliona egzemplarzy. Piosenka była tak popularna, że przez jakiś czas śpiewali ja żołnierze po obu stronach frontu, co było jedynym takim wypadkiem w historii (ale nie wiem czy wojen, czy muzyki). To się oczywiście nie spodobało władzom hitlerowskim, które zakazały jej wykonywania – oficjalnie uznana została za utwór deprymujący i podkopujący morale żołnierza niemieckiego. Pod koniec wojny Lili Marleen śpiewali więc przede wszystkim żołnierze wojsk walczących z Niemcami. Wśród żołnierzy amerykańskich piosenkę spopularyzowla Marlene Dietrich.

Popularność piosenki wśród żołnierzy amerykańskich spowodowała, że Lale Andersen, przedtem uważana za ulubienicę Hitlera, popadła w niełaskę. Przez jakiś czas w ogóle nie wolno jej było występować, a gdy już przwrócono jej prawo występów – nie wolno jej było wykonywać Lili Marleen. Piosenka została usunięta z archiwów niemieckich. Lale Andersen wycofała się do końca wojny z życia publicznego. W podziemiu niemieckim i europejskim krążyły legendy o jej aresztowaniu, o tym że była więźniarką obozu koncentracyjnego, że została uwięziona za romans z żydowskimi twórcą. Do tych legend nawiązuje niemiecki film wojenny Lili Marleen z roku 1981 w reżyserii Rainera Wernera Fassbindera. Główne role w filmie zagrali Hanna Schygulla jako piosenkarka Lale Andersen i Giancarlo Giannini jako jej ukochany, żydowski piosenkarz i kompozytor Rolf Liebermann (w filmie Robert Mendelsson). Scenariusz filmu powstał wprawdzie w oparciu o autobiografię piosenkarki pt. Der Himmel hat viele Farben (The Heavens Have Many Colors), ale mąż artystki wielokrotnie podkreślał, że film Fassbindera niewiele ma wspólnego z prawdą.

Lili Marleen po polsku w wykonaniu Kazika.

Barataria 88 Pitcairn

Lech Milewski

Barataria Pacyfiku

Kilka tygodni temu pisałem tu o Wyspach Kokosowych, swoistej Baratarii oceanu Indyjskiego. Myślę zresztą, że nie jedynej.
Logiczne więc, że zerknąłem również na wschodnią stronę Australii, Ocean Spokojny i znalazłem – Pitcairn.

Historia buntu na statku Bounty jest dość szeroko znana. Temat ten wykorzystano w wielu filmach, w których wystąpili tacy aktorzy jak: Errol Flynn, Clark Gable, Marlon Brando, Anthony Hopkins, Mel Gibson.

A więc posłuchajmy od początku…
W październiku 1787 roku statek Bounty pod dowództwem kapitana Wiliama Bligh’a – załoga 43 marynarzy plus 2 botaników – został wysłany na Tahiti z zadaniem zaopatrzenia się w sadzonki chlebowca i przewiezienia ich do Indii Zachodnich. Wyprawa została zorganizowana przez Royal Society – Królewskie Towarzystwo Naukowe. Towarzystwo spodziewało się, że chlebowiec przyjmie się w Zachodnich Indiach, a jego owoce będą doskonałym pokarmem dla niewolników.

Żegluga na Tahiti trwała nieco ponad rok. To była dłuższa trasa, dookoła Afryki. Długość – ponad 50,000 km.
Mieszkańcy Tahiti przyjęli brytyjski statek przyjaźnie, niektórzy pamiętali jeszcze wizytę kapitana Cooka sprzed 15 lat. Kapitan Bligh przywiózł prezenty dla wodza plemienia i z łatwością ustalili miejsce i warunki pobrania sadzonek.
Pobyt na Tahiti trwał aż 5 miesięcy, załoga nie miała zbyt wiele pracy i zadomowiła się na uroczej wyspie. Wielu marynarzy nawiązało bliskie kontakty z miejscowymi kobietami.
Nic dziwnego, że dyscyplina zaczęła się rozluźniać. Kapitan Bligh reagował na takie przypadki ostro – surowa kara, często chłosta.

Bunt.
Wreszcie, w lutym 1789 roku, zakończono załadunek i statek był gotowy do powrotu. Ze względu na charakter towaru większe kabiny na statku zostały przekształcone w inspekty, ludzie musieli się ścieśnić na dużo mniejszej powierzchni. To, połączone z niezadowoleniem z powodu opuszczenia wyspy, spowodowało wiele sarkań załogi i przyczyniło się do niedbałego wykonywania obowiązków. Kapitan Bligh reagował na wszelkie uchybienia paranoidalnym gniewem. Szczególnie upatrzył sobie Fletchera Christiana.

27 kwietnia 1789 roku miarka się przebrała. W nocy Christian z pomocą dwóch marynarzy opanował pokład, a następnie zyskał dostęp do skrzyni z bronią i wdarł się do kabiny kapitana. Kapitanowi związano ręce. Christian zamierzał wysłać kapitana i dwóch jego najbliższych współpracowników w małej łodzi. Ku jego zaskoczeniu okazało się, że wiekszość załogi woli dryfować z kapitanem w łódce niż pozostać na statku pod dowództwem rebeliantów. W tej sytuacji przydzielono uchodźcom największą, 7-metrową, łódź. Ostatecznie na łodzi zmieściło się 19 lojalistów – grubo powyżej jej pojemności, burty łodzi były zaledwie 17 cm nad wodą.

Bunt

Kilku lojalistów musiało zostać na zbuntowanym statku. Kapitan Bligh obiecał, że będzie o nich pamiętać, gdy przyjdzie pora wymierzenia sprawiedliwości.
Wygnańcy otrzymali kompas, sekstant, tablice nawigacyjne oraz zapasy żywności i wody na 5 dni. Kapitan Bligh doprowadził łódź do pobliskiej, wyspy mając nadzieję na lepsze przygotowanie łodzi do dalekiej żeglugi. Jednak po 3 dniach stosunki z mieszkańcami wyspy zaogniły się i wygnańcy musieli pospiesznie uciekać. Kapitan Bligh postanowił nie ponawiać takich prób lecz żeglować 6,600 km do holenderskiej kolonii na wyspie Timor. Załoga jednomyślnie zgodziła się na nowe normy wyżywienia: 1 uncja (28.35 grama) chleba i 1/4 pinty (118 ml) wody dziennie.

28 maja czyli po miesiącu żeglugi łódź dopłynęła do Wielkiej Rafy Koralowej u wybrzeży Australii. Kapitan Bligh zaryzykował lądowanie na niewielkim atolu koralowym, gdzie załoga mogła się nieco odżywić jagodami i ostrygami. Atolowi nadano nazwę Restoration Island i pożeglowano dalej.
14 czerwca wygnańcy zobaczyli brzegi wyspy Timor. Na maszt wciągnięto prowizoryczną flagę brytyjską i dumnie przybito do brzegu.
Po czterech miesiącach kapitan Bligh z dwiema osobami pożeglował na statku handlowym do Anglii, jego towarzysze pozostali w Batawii (obecnie Dżakarta).

Tymczasem na Bounty…
Fletcher Christian słusznie przewidywał, że Tahiti nie jest bezpiecznym miejscem na osiedlenie się. Wcześniej czy później na wyspy przybędzie statek z Wielkiej Brytanii, jeśli nie ekspedycja karna, to misja poszukiwawcza zaginionego statku Bounty.
Gospodarzom, przyjaznym mieszkańcom Tahiti, opowiedziano bajeczkę, że kapitan Bligh spotkał się z kapitanem Cookiem i razem zakładają angielską kolonię na wyspie Aitutaki. Ta opowieść zaowocowała szczodrymi darami ze strony Tahitańczyków i serdecznym pożegnaniem. Około 30 mieszkańców Tahiti, w tym sporo kobiet, dołączyło do załogi Bounty.
Bounty pożeglował zaś na dużo bliższą wyspę Tubuai (650 km na południe od Tahiti). Przyjęcie przez tutejszych mieszkańców nie było przyjazne i wkrótce zamieniło się we wzajemną wrogość. Nowoprzybyli wybudowali sobie obronną twierdzę. To zaostrzyło konflikt. W jednej z bitew 66 tubylców zostało zabitych. Christian czuł, że władza wymyka mu się z rąk – zarządził głosowanie. 8 osób zadeklarowało lojalność, pozostałych 16 głosowało za powrotem na Tahiti. Vox populi, vox dei – Christian posłuchał głosu suwerena.

Jednak na Tahiti czekała ich niemiła niespodzianka. Tubylcy dowiedzieli się, że zostali okłamani, że kapitan Cook od dawna nie żyje, statek Bounty został przywitany z wrogością.
Christian pozwolił 16 członkom załogi opuścić statek. Jednocześnie zwabił na Bounty grupę tubylców, głównie kobiet, i korzystając z ciemności nocy, odpłynął.

Pandora.
Kapitan Bligh dotarł do Anglii w marcu 1790 roku i został powitany jak bohater. Złożył raport z wyprawy przed sądem wojennym, który uwlonił go od odpowiedzialności. Na Tahiti wysłano statek HMS Pandora z zadaniem schwytania buntowników i dostarczenie ich do Anglii na proces.
Pandora dotarła na Tahiti w marcu 1791 roku (och te odległości) i wszyscy byli członkowie załogi Bounty, bez różnicy czy uczestniczyli w buncie, czy nie, zostali schwytani i aresztowani. Na pokładzie statku wybudowano dla nich więzienie, które nazwano Puszką Pandory.
Pandora próbowała początkowo odszukać statek Bounty i główną grupę buntowników, ale wkrótce zrezygnowano z tej misji i statek skierował się w stronę wyspy Timor. Na obrzeżu Wielkiej Rafy Koralowej HMS Pandora rozbił się o rafy. 31 osób utonęło, w tym kilku więźniów. Kilku buntowników uciekło. Pozostali rozbitkowie, podobnie jak 2 lata wcześniej kapitan Bligh, wsiedli do łodzi i pożeglowali na wyspę Timor.
Ostatecznie 10 buntowników stanęło przed sądem w Londynie. Proces był skomplikowany, zeznania oskarżonych trudne do zweryfikowania. Ostatecznie sześciu zostało skazanych na śmierć przez powieszenie. Wyrok wykonano na 3 osobach.

Podczas procesu oceniono bardzo negatywnie postępowanie kapitana Bligh’a: wpadł w niełaskę władz i w 1806 roku został mianowany gubernatorem stanu New South Wales czyli praktycznie całej Australii.
Tutaj też nie akceptowano jego bezwzględnego zachowania i po dwóch latach został obalony podczas Rebelii Rumowej – KLIK. Było to jedyne w historii Australii przejęcie władzy siłą.
Po powrocie do Anglii kapitan Bligh nie wypłynął już na morze, po kilku latach emerytury zmarł.

Pitcairn.
Bounty żeglowało kilka miesięcy po Pacyfiku zanim znalazło bezpieczne miejsce osiedlenia. Pitcairn – KLIK – niewielka wyspa odkryta w 1767 roku przez Anglików. Nazwa wyspy to nazwisko członka załogi, który ją pierwszy zauważył.

Istotne było, że wyspa została błędnie naniesiona na mapy, co zmniejszało szanse znalezienia jej przez angielskie statki. Rozumowanie okazało się słuszne, pierwszy statek (amerykański zresztą) dotarł na Pitcairn dopiero w 1808 roku.
Dygresja: powodem błędu była niedokładność zegarka, używanego do określenia długości geograficznej. Był to istotny problem dla ówczesnych nawigatorów. Rzeczywista pozycja wyspy Pitcairn była prawie 350 km na wschód od pozycji zanotowanej przez odkrywców. Brytyjski parlament wydał specjalną ustawę – Longitude Act – obiecującą nagrodę osobie, która rozwiąże ten problem. Nagrodę otrzymał John Harrison, twórca chronometru pokładowego. Było to jednak rozwiązanie dość drogie i niewiele statków z niego korzystało

Wyspa Pitcairn okazała się bardzo przyjazna dla osadników, jedzenia w bród, żyzna gleba. Odcięli więc sobie drogę powrotu – rozłożyli statek Bounty na czynniki pierwsze. Co się dało wykorzystać przenieśli na ląd, resztę spalili.
Już po kilku miesiącach urodziło się pierwsze dziecko. Ojcem był przywódca rebeliantów Christian, matką kobieta przywieziona z Tahiti. Ponieważ dziecko, chłopiec, urodziło się w czwartek, 14 października, nadano mu imiona Thursday October, gdyż ojciec nie chciał żeby cokolwiek przypominało mu Anglię.
Jednak sielanka nie trwała długo. Wkrótce doszło do konfliktu między angielskimi rebeliantami a Tahitańczykami. Ci ostatni stwiedzili, że są wykorzystywani, traktowani jak własność. W rezultacie Tahitańczycy zabili 5 Anglików, w tym Christiana.

Jak trwoga to do Boga.
Spirala gwałtów kręciła się, w 1799 roku pozostało przy życiu tylko 2 rebeliantów – John Adams i Ned Young. Na dłoniach mieli świeżo przelaną krew swojego towarzysza.
Co robić?
Odpowiedź znaleźli w uratowanej ze statku biblii. Bardzo szybko przemienili się we wzorowych chrześcijan. Po kilku latach cała społeczność wyspy ( 9 Tahitanek i 19 urodzonych na Pitcairn dzieci ) przyjęła chrześcijaństwo.
W 1808 roku na wyspę przez przypadek trafił amerykański statek Topaz i zastał tam wzorcową, kwitnącą społeczność. O swoim odkryciu Topaz powiadomił angielską admiralicję, ale ta nie zwróciła na to uwagi, gdyż była zajęta wojną (z Francją Napoleona).
W 1814 roku, wyspę odwiedziły, również przez przypadek, dwa angielskie statki. Na wyspie zastali 46 mieszkańców żyjących zgodnie pod niekwestionowanym panowaniem Johna Adamsa. Tym razem admiralicja przeczytała raport i zdecydowała pozostawić Johna Adamsa w spokoju.
W 1828 roku na wyspę przybył poszukiwacz przygód – George Hunn Nobbs. John Adams mianował go nauczycielem i pastorem.

W tym czasie liczba mieszkańców wzrosła do 66, zaczęło brakować żywności i materiałów. John Adams wysłał do rządu w Londynie oficjalną prośbę o przeniesienie społeczności do Australii.

Exodus.
John Adams nie doczekał się spełnienia swej prośby, zmarł w 1829 roku, ale biurokratyczna machina działała. Mimo pozytywnych raportów o sytuacji na wyspie, w lutym 1831 roku przybyły z Sydney dwa statki z zadaniem ewakuacji mieszkańców Pitcairn na Tahiti.
Królowa Tahiti – Pomare IV – i jej podwładni przyjęli przybyszy bardzo życzliwie, zaopatrzyli ich w artykuły pierwszej potrzeby, przydzielili tereny na osiedlenie się. Jednak “Pitcairnczycy” nie czuli się jak u siebie w domu. Raziła ich rozwiązłość miejscowej ludności, do tego dołączyły się choroby zakaźne. W ciągu pierwszych 3 miesięcy pobytu zmarło 10 przesiedleńców. Tego było za wiele, zaczęto poszukiwać możliwości powrotu na Pitcairn. W sierpniu 1831 roku trafiła się okazja. Za przejazd trzeba było zapłacić £500, sprzedali więc wszystko co posiadali i wrócili.

Konstytucja.
Byli więc z powrotem w domu. Jednak po nieudanej przeprowadzce na Tahiti czuli się jak owce bez pasterza. Nie mogli się zdecydować na wybór nowego przywódcy, szerzyła się anarchia i pijaństwo.
Natura nie znosi jednak próżni. W październiku 1832 roku na wyspę przybył purytański aktywista, Joshua Hill, oświadczył, że jest wysłannikiem rządu brytyjskiego i mianował się prezydentem wspólnoty Pitcairn.
Jego pierwszym posunięciem był zakaz domowej produkcji alkoholu. Następnie wprowadził surowe kary za najdrobniejsze wykroczenia i doprowadził do usunięcia George’a Nobbsa z wyspy. Te posunięcia wywołały niezadowolenie, które stopniowo rosło. Miarka przebrała się, gdy na wyspę dotarła wiadomość, że Joshua Hill skłamał i nie reprezentuje żadnych instytucji rządowych. W 1838 roku został zmuszony do opuszczenia wyspy. Z wygnania powrócił George Nobbs.
Uwaga: historia Joshua Hill’a prawdopodobnie zainspirowała Marka Twaina do napisania opowiadania – Rewolucja w Pitcairn. W tym opowiadaniu na wyspie pojawia się Amerykanin i proponuje mieszkańcom swoisty Brexit – oderwanie się od Wielkiej Brytanii. Skutki są fatalne.

Te siedem chudych lat uświadomiło mieszkańcom wyspy potrzebę formalnej regulacji stosunków na wyspie. Z pomocą kapitana brytyjskiego statku HMS Fly, który właśnie odwiedził wyspę, opracowali lokalną “konstytucję”. Dokument został zawieziony do Londynu i zatwierdzony przez brytyjski parlament. Z dniem 30 listopada 1838 roku wyspy Pitcairn stały się częścią Imperium Brytyjskiego.
Opracowana lokalnie i zatwierdzona przez brytyjski parlament konstytucja Pitcairn dawała kobietom prawo głosu i wprowadzała obowiązkowe nauczanie.
Uwaga! To był pierwszy w historii przypadek przyznania kobietom powszechnego prawa głosu.

Mając taką konstytucję społeczność Pitcairn funkcjonowała wzorowo. Wyspa była odwiedzana okresowo przez wielorybników, którzy wykonywali tu drobne naprawy sprzętu i zaopatrywali się w żywność. To zachęciło mieszkańców do bardziej systematycznej pracy na roli i do rozwoju drobnego rzemiosła.

I znowu sukces doprowadził do kryzysu. Liczba mieszkańców przekroczyła 190 osób i na wyspie o powierzchni 4.6 km2 zrobiło się ciasno. Przyjaciele w Anglii i Australii radzili ewakuację.
Mając w pamięci doświadczenie sprzed 25 lat mieszkańcy wyspy postawili jeden warunek – przeprowadzą się na jakąś większą wyspę, ale musi być bezludna.

Norfolk Island.
Los zrządził, że kilka miesięcy wcześniej została zlikwidowana kolonia karna na Norfolk Island. Ostatni przebywajacy tam skazańcy zostali przeniesieni na Tasmanię.
Norfolk Island ma powierzchnię 36 km2 . Zamieszkujący ją przez 60 lat skazańcy zostawili po sobie budynki, drogi, dobrze utrzymane pola. Na wyspie pozostało sporo bydła i innych zwierząt domowych.
8 czerwca 1856 roku 194 mieszkańców Pitcairn przybyło na Norfolk Island.
Wydawało się, że to już koniec historii, ale nie. Kilkanaście osób nie mogło wyleczyć się z tęsknoty. Pod koniec 1858 roku trafiła się okazja powrotu i skorzystało z niej 16 osób.
Swoją byłą ojczyznę zastali w ruinie. Okazało się, że przez pewien czas na wyspie zamieszkiwali rozbitkowie ze statku, który rozbił się na pobliskich rafach. Zdewastowali oni zastane budynki.
Z drugiej strony jednak, przybyli tu w bardzo ważnym momencie, gdyż wyspę właśnie odwiedził francuski statek i sadząc, że jest bezludna i niczyja zamierzał zaanektować ją dla Francji.

Zaczęła się praca od podstaw. Po 6 latach, niespodziewanie, na wyspę powróciła kolejna grupa niezadowolona z życia na Norfolk Island. Ludność Pitcairn liczyła 46 osób.

Sytuacja ekonomiczna jednak pogorszyła się. Złote lata wielorybnictwa minęły. Zamiast jak poprzednio 40, wyspę odwiedzało rocznie niewiele ponad 10 statków. Istotną pozycją stały się pobyty rozbitków, którzy czekali na wyspie na okazję zabrania się na jakiś statek, a po powrocie do domu nie omieszkali odwdzięczyć się gościnnym mieszkańcom wyspy. Na wyspę wysyłano sprzęt kuchenny i domowy, ubrania, książki. Przysłano nawet organy.
I tak minęło prawie 30 lat.

Nowe oblicze Boga.
Przez te wszystkie lata społeczność wyspy nie miała silnego przywódcy. Istniejące prawa zapewniały spokojną egzystencję, ale ludzie szukali czegoś więcej.
W roku 1876 na wyspę dotarły z USA publikacje religijne kościoła adwentystów.
Przez prawie 80 lat mieszkańcy wyspy byli gorliwymi wyznawcami religii anglikańskiej. Publikacje adwentystów zachwiały ich wiarą. W październiku 1886 roku zgodzili się na przybycie na Pitcairn misjonarza adwentystów, aby przedstawił swoje argumenty.
Argumenty okazały się przekonujące. W wyniku głosowania przyjęto zasady nowej wiary. Wydarzenie to wzbudziło entuzjazm w centrali Adwentystów w USA, które wysłało na wyspę suto wyposażony statek misyjny.

Nowonawróceni zostali ponownie ochrzczeni (pełne zanurzenie), zabito wszystkie znajdujace sie na wyspie świnie, aby nie wiodły na pokuszenie. Poza tym żadne zmiany fizyczne nie były potrzebne. Mieszkańcy Pitairn nie pili alkoholu, nie palili.
Misjonarze Adwentystów zabrali się za intensywną prace z młodzieżą – nauka historii, gramatyki, gotowanie, pierwsza pomoc. Założyli gazetę i przedszkole.
Ten przykład dodał energii mieszkańcom, którzy wprowadzili poważne zmiany w konstytucji – 7-osobowy parlament, oraz w kodeksie karnym – dodano surowe kary za cudzołóstwo, bicie żony, okrucieństwo, podglądanie sąsiadów.

XX wiek.
W 1904 roku rozbudowno nieco aparat administracyjny wyspy i wprowadzono pierwszy podatek – od posiadania broni palnej.
Istotne dla mieszkańców wyspy było otwarcie Kanału Panamskiego w 1914 roku. Wyspa leży w połowie drogi z Panamy do Australii, więc nieomal co tydzień w okolicy pojawiał się statek pasażerski.
W 1936 roku ilość mieszkańców wyspy osiągnęła szczyt – 260 osób. Od tego czasu zmalała do około 50 osób.

Mee too.
W roku 2004 na wyspie wybuchł skandal – 1/3 mieszkańców płci męskiej została oskarżona o molestowanie i gwałty nieletnich dziewcząt.
Mieszkańcy, popierani przez sporą ilość kobiet, argumentowali, że było to zgodne z polinezyjską tradycją. Sąd nie uznał tych argumentów i prawie wszyscy zostali skazani.

Pozytywną informacją może być to, że od 2015 roku na wyspie dozwolone są małżeństwa osób tej samej płci. Jak dotychczas nikt nie skorzystał z tej możliwości.

Informacje praktyczne.
Na wyspie nie ma lotniska ani portu. Przypływające tu statki muszą zakotwiczyć w bezpiecznym miejscu, ludzie i towary transportowane są na łodziach.
Osoby, które chcą odwiedzić wyspę na ogół na noc wracają na statek, chociaż ostatnio wprowadzono możliwość kilkudniowego pobytu przy tutejszej rodzinie.
Elektryczność – generator zapewnia elektrycznośc w godzinach 8-13 i 17-22. Niepokojący jest fakt, że jedyny elektryk na wyspie ma 68 lat.
Internet – istnieje połączenie satelitarne. Miesięczny abonament kosztuje $100 za 2 GB.

Źródła.
Wikipedia – Bounty Mutiny – KLIK.
Mark Twain – Rewolucja w Pitcairn – zbiór Bajeczki dla starych dzieci – PIW 1950 rok.
Pitcairn Islands Study Center – KLIK.

Peru 4

Joanna Trümner

W kanionie Colca, coraz dalej od Nazca

Kolejnym etapem naszej podróży jest kanion Colca, drugi pod względem głębokości kanion świata (dwa razy głębszy od Wielkiego Kanionu Colorado). Czeka nas wielogodzinna podróż autobusem. Co prawda Arequipę i miasto Chivay, do którego mamy dotrzeć, w linii prostej dzieli tylko ponad sto kilometrów, ale droga prowadzi przez tak wysokie góry (startujemy z wysokości 2.300 metrów w Arequipie, a najwyższe wzniesienie na trasie to Przełęcz Wiatrów na wysokości 4.910 metrów), że na ich pokonanie potrzeba co najmniej sześciu godzin. Na pierwszym postoju nasza przewodniczka, Milagros, namawia pasażerów do kupienia suszonych liści koki i cukierków z koki. Tłumaczy, że liście koki są częścią peruwiańskiej kultury i najskuteczniejszym na świecie naturalnym środkiem na chorobę wysokościową. Kojarzenie liści koki z kokainą (zwaną w Peru „diabłem”) jest, jak twierdzi, kompletnym nieporozumieniem. Do produkcji tego narkotyku potrzebne są odpowiednie procesy chemiczne i mieszanki z innymi składnikami. Milagros robi z naszego pierwszego kontaktu z koką fajną zabawę, radząc nam żuć te niezbyt smaczne suche liście w takt melodii przeboju Despacito (Powoli, powoli). Po pół godzinie żucia przerzucam się na cukierki z koką, które w przeciwieństwie do liści są smaczne i nie mają nieprzyjemnego ziemistego smaku.

Autobus pnie się coraz wyżej, ubywa roślinności, a za oknem coraz częściej widać zaśnieżone wierzchołki gór (granica śniegu leży w Peru na wysokości 5.000 metrów).

Dziwię się, że od czasu do czasu mijamy przypominające stepy polany, na których pasą się stada wikunii.  Te śliczne dzikie lamy żyją na wysokości powyżej 3.500 metrów.

O wartościach zrobionej z ich sierści wełny dowiedziałam jeszcze zanim zobaczy wikunii w naturze. W jednym z eleganckich sklepów w arkadach na rynku w Arequipie wpadło mi w oko beżowe ponczo na wystawie.  Weszłam do sklepu i wzięłam do ręki. Było tak przyjemne w dotyku i miękkie, że od razu zorientowałam się, że trzymam w ręku bardzo dobry i z pewnością drogi gatunek wełny.  Ponczo kosztowało ponad dwa tysiące dolarów, więc z żalem oddałam je z powrotem do rąk sprzedawczyni, która w chwilę później uświadomiła mi (z nieukrywaną wyższością w głosie),  że wełna z wikunii jest najlepszą gatunkowo i najdroższą wełną na świecie. Garnitur z wełny wikunii kosztuje przeciętnie od 10.000 do 20.000 dolarów, a płaszcze wykonane z tego materiału nosił między innymi Al Capone i Aristoteles Onasis. Te dzikie zwierzęta objęte są całkowitą ochroną i tylko dwóm peruwiańskim firmom wolno jest raz do roku schwytać je i ostrzyc. Następnie pod okiem dyżurnych weterynarzy zostaną wypuszczone na wolność.

Po drodze robimy kilka przerw, wysiadamy z autokaru i rozprostowujemy nogi. Na każdym postoju widzimy wulkan Sabancaya (5976 m), z którego nieustannie wydobywa się dym. Po raz pierwszy w życiu widzę czynny wulkan i robi on na mnie tak niesamowite wrażenie, że przez chwilę zapominam o tym, że z godziny na godzinę czuję się coraz bardziej niewyraźnie.

Na najwyższym punkcie drogi, na Przełęczy Wiatrów, mój organizm buntuje się. Wyglądam jak trup, głowa mi pęka, mam poczucie nudności, a po wyjściu z autokaru nie mogę złapać oddechu. Po chwili za pomocą kierowcy wracam na swoje miejsce w autobusie i w duchu modlę się, żeby to się skończyło. Milagros bada mój puls i uspokaja, mówiąc, że w autokarze jest butla tlenowa i powinnam z niej skorzystać. „Poczekajmy dziesięć minut”, odpowiadam i koncentruję wszystkie siły na spokojnym, miarowym oddychaniu. Wiem, że jesteśmy na najwyższym punkcie drogi, że będziemy teraz zjeżdżać w dół i będzie, musi być coraz lepiej. W pół godziny później zaiste czuję się o wiele lepiej.

Któryś z pasażerów pyta przewodniczkę, jak mieszkańcy Andów, szczególnie ci starsi i dzieci radzą sobie z chorobą wysokościową. Jej odpowiedź jest zaskakująca – mieszkańcy Andów różnią się  budową ciała od mieszkańców nizin. Ich klatka piersiowa ma większą pojemność, serce jest o 20% większe od naszego, a co za tym idzie płuca są również większe, dzięki czemu są w stanie chłonąć z powietrza większe ilości tlenu. Mieszkaniec Andów ma dwa litry krwi więcej niż mieszkaniec nizin, struktura tej krwi jest odmienna, zawiera wiecej czerwonych ciałek i dwa razy więcej hemoglobiny. „Jeżeli zostaniecie na tej wysokości przez miesiąc, to też będziecie mieli taką krew”, komentuje Milagros, uśmiechając się do mnie.

Docieramy do miasteczka Chivay (3650 m n.p.m.), bramy do kanionu Colca.

Zatrzymuję się przy tablicy pamiątkowej na głównym placu miasteczka. Z dumą czytam „Z tego miejsca dnia 13 maja 1981 roku wyruszyła polska akademicka wyprawa kajakowa Canoandes 79, która zdobyła i odkryła dla świata najgłębszy na ziemi Kanion – Rio Colca”. Kanion ma długość 120 kilometrów, a różnica poziomów pomiędzy jego wlotem a wylotem wynosi 2.200 metrów. Nie wiedzałam o tym odkryciu Polaków, może dlatego że uczestnicy tej wyprawy po ogłoszeniu stanu wojennego wyemigrowali na stałe z Polski. Do dziś mieszkają w Stanach.

Przed zapadnięciem zmroku docieramy do hotelu położonego w środku kanionu. W drodze do naszego bungalowu szczękam zębami z zimna. Z przerażeniem widzę, że w pokoju nie ma żadnego ogrzewania. Mimo to jest tu ciepło, wszystkie domki w ośrodku ogrzewane są podłogowo przez gorące źródła w okolicy. Po kolacji widzę ludzi w szlafrokach (mamy około pięciu stopni plus) w drodze do gorących źródeł na terenie hotelu. O dziewiątej i my siedzimy w  gorących basenach i wpatrujemy się w pełne gwiazd niebo, w Krzyża Południa. Co mniej więcej półtorej godziny na niebie widać światła Międzynarodowej Stacji Kosmicznej. Atmosfera jest niesamowita – pełna ciemność wokół mnie, rozświetlana jedynie gwiazdami, szum potoku i przyjemne ciepło gorących źródeł.

Z samego rana wyruszamy w drogę do Cruz del Condor (Krzyż Kondora). Kanion ma tutaj głębokość ponad tysiąca metrów i kondory czekają na prądy powietrza, które uniosą je w górę wąwozu. Zatrzymujemy się w Mirador Cruz del Condor (Punkt Widokowy Krzyża Kondora) i  już podczas, gdy kierowcę autobusu parkuje, widzę, że nie jesteśmy jedynymi osobami na świecie, które w tym miejscu chcą zobaczyć kondory. Nie da się opisać ilości ludzi rozmawiających we wszystkich językach świata (słyszałam również polski), czekających na pierwszego kondora. Do hałasu turystów dochodzą odgłosy sprzedawców napoi i jedzenia, pamiątek i nieodzownych koców z sierści lamy. W duchu dziwię się, że te ptaki w ogóle się jeszcze tutaj pokazują. Kanion jest przecież na tyle długi, że mogłyby znaleźć sobie spokojniejsze miejsce.  W kilka minut po przybyciu na miejsce widzimy kondory, jestem zachwycona ich majestatycznym lotem bez poruszania skrzydłami. Cieszę się, że to zobaczyłam i wstydzę się równocześnie za ten punkt widowiskowy (jeden z wielu po drodze) i ludzki hałas, który zakłóca im życie. Kondory nie mają wrogów naturalnych i żyją ponad sześćdziesiąt lat. „Ile jeszcze „miradorów” powstanie tutaj w ciągu sześćdziesięciu lat?”, myślę z przerażeniem.  W kanionie Colca spędzamy trzy dni.

Cdn

 

Biblioteka jednego wiersza

Tibor Jagielski

… albo poczta butelkowa

płonące ptaki
(21 lipca 356 p.n.e.)

sukces
za wszelką cenę sukces
powtarza sobie herostrates
każdego dnia
i rozgląda się po okolicy

na rynku kupuje koguta
widziano go jak w bibliotece przglądał stare pergaminy
– bogobojny człowiek – mówi przekupka
– głodny wiedzy – kiwa głową pisarz
nie raz siedział w sali do zachodu słońca,
aż trzeba go było wypraszać –

wreszcie podejmuje decyzję
i podpala świątynię miłości
przypadkowo czy nie
tego samego dnia rodzi się wojna
która grzebie stary świat

ostatni dzień września
jeden po drugim zapalają się
klony
to wszystkie odcienie czerwieni maszerują na skraju lasu przed
zmrokiem
po raz ostatni biegnie chłopiec z latawcem
budzi
gwiazdy
septembers letzter tag
einer nach dem anderen fangen die ahorne zu glühen an
alle farbtöne der röte marschieren am rande des waldes vor der
dämmerung
ein letztes mal läuft ein junge mit dem drachen
er weckt
die sterne

11.10.

o duszy kobiety

ukryła się
w krysztale górskim
proroczo

Monika Maas

Kai liebste
schau mir zu
Ich schlüpfe grade in deine Rolle
erforsche so wie Du
ob Nächte wach sind
oder
wie man ohne Wissen fällt
oder
andere brückenlos mich
in ein Dunkel ohne Bilder
schicken
und in mein Inneres
mit Licht und Messer dringen
und mit Blicken
zutiefst ungehörig
Meine Seele
hatte sich
in Bergkristall verborgen
hellsichtig
Endoskopie
19.05.2010
Kai ukochany
spójrz na mnie
wskakuję właśnie w twoją rolę
badam jak ty
czy noce nie śpią
albo
jak upada się bezwiednie
albo
jak inni wysyłają mnie bezpośrednio
w ciemność bez obrazów
i wdzierają się w moje wnętrze
ze światłem i nożem
i spojrzeniami
najgłębiej bezwstydnie
Moja dusza
ukryła się
w krysztale górskim
proroczoendoskopia
19.05.2010


herbst 18

Reblog: Bizary i skurile w Szczecinie

Kochani czytelnicy/czki. Przepraszam, bo w tym wpisie nic już nie ma.  Minęły lata i zniknęły wszystkie zdjęcia, które tu kiedyś umieściłam. Gdzie są? 

Bizary… czy ktoś jeszcze pamięta w Polsce to słowo? My w Niemczech prędzej je zrozumiemy, nawet jeśli polskiego słowa wcale już nie znaliśmy, bo po niemiecku jak coś jest dziwaczne, to można o tym powiedzieć, że jest bizarr. A jak człowiek się zachowuje dziwacznie, to jego zachowanie może być określone jako skurril. Wydaje mi się, że tego słowa polszczyzna, również ta dawna, w ogóle nie miała, ale co tam. Byłam na wycieczce w Szczecinie i zobaczyłam taką ilość bizarów i skurili, że postanowiłam się z wami podzielić.

To Krzyżak ze Sztumu. W Szczecinie.

W restaracji “Na kuncu korytarza” w Zamku oferta obejmuje kacze biusty.

Ogłoszenie “Klubu śledziojadów”.  W tym Szczecinie oni wciąż tylko o jedzeniu.

Na zdjęciu (a raczej na plakacie) Anita, ongiś zakochana (“na zabój”) w Polaku ze Szczecina hinduska miss piękności, dziś dobrze prosperująca właścicielka kilku egzotycznych restauracji  w Szczecinie, które pozostają w rodzinnych rękach – bo syn poszedł w ślady rodziców.

O Anicie powstaje właśnie film w koprodukcji Film Polski – Bollywood. Rolę jej samej otrzyma siostra Anity, słynna aktorka bollywoodzka.

A jak nie o jedzeniu, to o piciu.Zanim Wyszak został piwowarem, był… piratem, ale – i teraz dopisek z kwietnia 2025 roku – umiał sobie załatwiać różne sprawy. Prawie 30 zdjęć zniknęło, a to jedno, jedyne zostało.

Pompy w Szczecinie nie są niestety czynne (w Berlinie są), ale za to mają zabójczy niebieski kolorek.

A tu święto dyni – i pomyśleć, że za czasów mojej młodości dynia znana była w Polsce tylko jako rodzaj pikli na słodko w occie (były paskudne).

Wszędzie można dojść, wszędzie blisko, i do podziemi i pod opiekę niebieską…

Artystyczny wyrzut śmieci

“Wkurw” – wersja rozbrajająco łagodna

Szklany sufit najpiękniejszej poczty na świecie. Przed wojną Szczecin miał więcej abonentów telefonicznych niż Berlin, choć był od stolicy Niemiec czterokrotnie mniejszy. Było 30 telefonistek i pracowały na dwie zmiany.

Orzech czarny, najstarsze drzewo w Szczecinie

W oddali para młoda, niestety więcej nie można było sfotografować. Panna młoda bacznie pilnowała RODO. A szkoda, bo miała ciekawą suknię, haftowaną złotem jak obrus na ołtarz.

Ciekawe ostro czerwone hydranty, aż się proszą, żeby nimi trochę poszarpać. No a jak się za mocno pociągnie, no to hydrant się rozpada – część ląduje na bruku, a część w kwiatkach

Na bruku lądują też serca, białe, być może niewinne

Bardzo ciekawe faktury

Ta firma ze Szczecina ma też swą filię w Berlinie na Kreuzbergu…

Idzie nowe…

Lub jedzie do pracy…

Plakat w Szczecinie zachęca Polki do pracy w Niemczech, ale coś się tłumaczowi pokręciło, nie zrozumiał co jest czym czego i teraz plakaty głoszą, iż w Niemczech zaopiekują się nami – szczecinianami – osoby starsze i godne zaufania. No to niech tam…

Peru 3

Joanna Trümner

Z Nazca dalej

Z Nazca ruszamy bardzo wcześnie rano. Nasz kierowca, Daniel, uprzedza nas, że podróż do drugiego co do wielkości miasta Peru, Arequipy, zajmie nam cały dzień. Na dłuższą rozmowę z Danielem nie pozwala nasza znajomość hiszpańskiego, w duchu wściekam się na siebie, że zabrakło mi cierpliwości na dalszą naukę tego języka. Mamy do pokonania prawie 600 km Panamericaną. Pierwsza część podróży jest dosyć monotonna, otacza nas pustynia Atacama, w tej części kraju deszcz spada raz na kilka lat. Czasami monotonię obrazów za oknami samochodu przerywa widok na wzburzony Pacyfik.

Z nudów wczytuję się w ustawione co kilka kilometrów plakaty i hasła wyborcze. Dla kogo te hasła ustawili, przecież tu nikt nie mieszka?”, zastanawiam się mijając kilometry drogi bez żadnych zabudowań (pomijając nieliczne kurze fermy). W październiku w Peru odbędą się wybory komunalne, do których startuje 16 partii. Większość z haseł jest dla nas, Europejczyków absurdem jak np. hasło „Un neuvo gallo por la region” („Nowy kogut dla regionu”) z mało sympatyczną twarzą kandydata jednej z partii lub też plakat, przekonujący wyborcę, że niejaki Hardin jest przyjacielem („Hardin, tu amigo”). Najwięcej kasy na kampanię wyborczą w tym regionie ma Alfredo Zegarra, jego nazwisko jest widoczne nie tylko na plakatach, lecz również na licznych przydrożnych kamieniach i słupach elektrycznych.

Daniel uśmiecha się pod nosem zza kierownicy „Tenemos Hitler tambien” („Mamy też Hitlera”). O tym Hitlerze przebąkowiał też coś nasz przewodnik w Limie, Percy. Nie daje mi to spokoju i jeszcze tego samego wieczoru w hotelu dowiaduję się z internetu, że w wiosce Yungar, w andyjskiej prowincji Carhuaz, w wyborach startuje jako kandydat na burmistrza miasteczka… Hitler Alba. W wywiadach przekonuje, że jest „dobrym Hitlerem”. Dodaje, że w międzyczasie pogodził się z nadanym mu przez ojca imieniem i nie zamierza go zmieniać. W sąsiednim dystrykcie do walki politycznej ruszył … Lenin Vladimir Rodriguez Valverde.

W Peru istnieje obowiązek udziału w wyborach, nie stawienie się przed urną wyborczą ponosi za sobą poważne, zależne od zarobków, konsekwencje finansowe. „Największym złodziejem był Kuczynski”, mówi Daniel w drodze do Arequipy patrząc na przydrożne plakat. Nie chwalę się tym, że Pedro Pablo Kuczyński ma korzenie w Wielkopolsce. To już czwarty prezydent tego państwa uwikłany w korupcję, Peruwiańczycy powoli przestają wierzyć w demokrację i od dawna odnoszą wrażenie, że ich bogate w zasoby naturalne państwo, które mogłoby należeć do przodujących przemysłowo państw świata, jest rozkradane przez polityków.

Po pięciu godzinach w drodze robimy się głodni i prosimy Daniela, żeby się zatrzymał, chcemy podzielić się z nim dużą paczką z suchym prowiantem, którą rano dostaliśmy w hotelu w Nazca. Widać, że i naszemu kierowcy ta przerwa jest na rękę. Wyjmujemy cztery duże plastikowe pojemniki z sałatką, kurczakiem z ryżem, kanapki i owoce. W chwilę później stwierdzamy, że hotel zapomniał nam dać plastikowe sztućce. „Estupendo”, mówię na głos, dumna, że coś jeszcze zostało mi w głowie z nauki hiszpańskiego. I chociaż chciałam powiedzieć coś zupełnie innego („estupendo” znaczy „wspaniale” a ja chciałam powiedzieć „estupido” czyli „idiotycznie”), Daniel jest na tyle inteligentny, że w pierwszym małym miasteczku po drodze zatrzymuje się i kupuje plastikowe sztućce.

Druga połowa drogi to wspinanie się serpentynami w górę („Białe Miasto” Arequipa leży na ponad 2.300 metrów), cieszę się, kiedy zapada zmrok i nie muszę już dłużej oglądać licznych krzyży po drodze i spadzistych, niczym nie zabezpieczonych krawędzi. Do miasta docieramy około siódmej. Po rozlokowaniu się w hotelu, idziemy na główny plac, Plaza de Armas, który o tej porze tętni życiem. Kończymy dzień popijając pisco na balkonie restauracji z widokiem na przepiękną olbrzymią katedrę (cała starówka Arequipy jest na liście światowego dziedzictwa UNESCO).

Dopiero następnego dnia zobaczę, jaki mamy widok z okna pokoju trzy wulkany w tym jeden czynny – ten czynny to Misti, 5822 m, pozostałe to Chachani 6057 m i Picchu Picchu, 5665 m. Okolice Arequipy często nawiedzane są przez trzęsienia ziemi. Tutaj nasuwają się na siebie w tempie 77 milimetrów rocznie południowoamerykańska płyta tektoniczna z płytą Nazca. Całe Peru jest zresztą miejscem, regularnie nawiedzanym przez trzęsienia ziemi.

Naszą przewodniczką po Białym Mieście jest Gloria. Podczas miesięcznego pobytu w Peru była to jedyna nasza wpadka z przewodnikami, Gloria, podobnie jak wszyscy oprowadzający nas przewodnicy mówiła bardzo dobrym angielskim, ale przez cztery godziny chodzenia z nami po mieście prowadziła z małymi przerwami na powiedzenie nam kilku słów nieustannie rozmowy przez komórkę. Nie wiem, co się w tym dniu stało w jej życiu i przy pożegnaniu widziałam, że zdaje sobie sprawę z tego, że przesadziła z tymi rozmowami, niemniej jednak myślę, że lepiej byłoby zrezygnować z Glorii, pogrzebać w internecie i zwiedzić to przepiękne, stare miasto na własną rękę. Rozstajemy się z nią w klasztorze Świętej Katarzyny, który na szczęście ma własnych przewodników z wyłączonymi komórkami.

Klasztor został zbudowany przez Hiszpanów niedługo po podboju Peru, w 1580 r. i przez wiele lat służył jako szkoła z internatem dla córek z bogatych hiszpańskich rodzin, prowadzona przez siostry zakonne z zakonu im. Św. Katarzyny z Sieny. W tamtych czasach tradycją było, że druga córka lub drugi syn w rodzinie wstępował do klasztoru (pierwsza córka miała zgodnie z tradycją bogato wyjść za mąż, a pierwszy syn zrobić karierę w wojsku).

Santa Catalina przyjmowała do klasztoru wyłącznie kobiety z najbogatszych hiszpańskich rodzin z Arequipy i okolic, które przed wstąpieniem musiały zapłacić „wiano” w wysokości około 2.400 srebrnych monet oraz przynieść ze sobą liczne przedmioty, spisane na specjalnej liście. Zakonnice miały prawo posiadać służbę – po wyposażeniu cel widać, jak były zamożne. W jednej z cel widzę klawesyn.

Klasztor jest przepiękny, bardzo przypomina hiszpańskie miasteczka, których nazwę noszą ulicę w klasztorze. Powierzchnia całego kompleksu przekracza 20 tysięcy metrów kwadratowych znajdują się tu cele zakonnic, kapela, ogród, pralnia, cmentarz, pomieszczenia gospodarcze. Obecnie w klasztorze mieszka kilkanaście sióstr.

Po wizycie w klasztorze mamy wolny czas. Zaglądamy do małego kościoła niedaleko głównego placu (Iglesia La Compania). Oglądamy obraz ostatniej wieczerzy, z którego znany jest kościół. Przed Chrystusem na półmisku leży świnka morska, pozostałe dania to nieznane jeszcze wtedy w Europie chili i ziemniaki. Patrzący nam prosto w oczy Judasz, z którego promieniuje zło, ma twarz Francisca Pizarra.

Cdn.

Otto Müller Ausstellung & Buch / Wystawa & książka

Tekst po polsku na dole

 

MALER. MENTOR. MAGIER.

Otto Mueller
und sein Netzwerk
in Breslau

Der Expressionist Otto Mueller (1874–1930) ist als Mitglied der Künstlergruppe Brücke international bekannt. Kaum jemand weiß jedoch um seine über zehn Jahre andauernde
Lehrtätigkeit an der Staatlichen Akademie für Kunst und Kunstgewerbe in Breslau.
Vor allem in den 20er-Jahren beflügelte diese – aufgrund ihrer liberalen und weltoffenen
Atmosphäre – innovative Ideen in der Malerei. Besonders Otto Mueller genoss
enormen Einfluss in einem weitgespannten Netzwerk aus befreundeten Kunst- und
Kulturschaffenden. Zu seinem Kreis zählten Künstler und Künstlerinnen, Architekten,
Kunstkritiker, Schriftstellerinnen und Schriftsteller, Sammlerinnen und Sammler
sowie seine Studierenden.
Das Buch macht es sich zur Aufgabe, Muellers dreifache Rolle als Maler, Mentor und Magier aus unterschiedlichen Perspektiven zu beleuchten. Es ist das Ergebnis eines
deutsch-polnischen Ausstellungs- und Forschungsprojektes.


Otto Mueller, Selbstbildnis mit Pentagramm, um 1924 (Detail) © Von der Heydt-Museum Wuppertal / Foto: Antje Zeis-Loi, Medienzentrum Wuppertal

MALER. MENTOR. MAGIER.
Otto Mueller und sein Netzwerk in Breslau

12.10.2018 bis 03.03.2019
Hamburger Bahnhof – Museum für Gegenwart – Berlin

Die Ausstellung „MALER. MENTOR. MAGIER.“ stellt erstmalig den enormen Einfluss des ehemaligen Brücke-Künstlers und Expressionisten Otto Mueller (1874–1930) in den Mittelpunkt: Der Maler lehrte länger als zehn Jahre an der Staatlichen Akademie für Kunst und Kunstgewerbe in Breslau, die seinerzeit zu den fortschrittlichsten Kunstschulen in Europa zählte. Vor allem seit den 1920er Jahren – durch die zahlreichen Neuberufungen des damaligen Direktors Oskar Moll – genoss die Breslauer Akademie den Ruf von Weltoffenheit und Liberalität. Hier standen gleichberechtigt die vielfältigen Strömungen der modernen Malerei nebeneinander: der Expressionismus mit Otto Mueller, die französische Peinture der Académie Matisse mit Oskar Moll, die Neue Sachlichkeit mit Alexander Kanoldt und Carlo Mense sowie das Bauhaus mit Oskar Schlemmer, Georg Muche oder Johannes Molzahn.

Das Hauptaugenmerk der Ausstellung gilt der Malerei der Moderne: Otto Mueller und sein Netzwerk erlebten in Breslau eine schöpferische Phase, die sie angeregt durch Austausch und gegenseitige Einflussnahme als höchst produktiv beschrieben. Ersichtlich wird diese Beeinflussung der Maler-Kollegen untereinander durch thematische Übereinstimmungen und andere Querverweise: in Gemälden, Arbeiten auf Papier, schriftlichen Äußerungen oder Fotografien. Vor allem der charismatische, von Sehnsucht und Freiheitsdrang getriebene Otto Mueller hatte maßgeblichen Einfluss auf die Breslauer Kunstszene. Ein „Romantiker“ und sogar ein „Magier“ soll Otto Mueller nach Aussagen seines unmittelbaren Umfeldes, darunter auch Kunstkritiker und Schriftsteller, gewesen sein. Carl Hauptmann setzte ihm bereits in der Künstlerbiografie „Einhart der Lächler“ (1907) ein Denkmal – damit leistete der Dichter seinen entscheidenden Beitrag für die Grundsteinlegung eines „Künstler-Mythos“.

Muellers auffällige Erscheinung und sein unbürgerlicher Lebenswandel übten eine enorme Faszination auf seine Schüler und Schülerinnen an der Akademie aus. Sie schätzten dessen vollkommene Hingabe an die Kunst, dessen unkonventionelle Lehrmethode und Humor. Einige seiner Schüler – wie Alexander Camaro oder Horst Strempel – gingen von Breslau aus nach Berlin und erlebten hier den Höhepunkt ihrer Maler-Karrieren.

Eine Besonderheit des kuratorischen Konzeptes von „MALER. MENTOR. MAGIER.“ ist das Prinzip des „Gastes“: gemeint sind hiermit ausgewählte Bilder, durch die spotlightartig, epochenübergreifend und interkulturell, insbesondere im deutsch-polnischen Kontext, auf Gemeinsamkeiten und Unterschiede verwiesen werden kann. Das Einbeziehen „Polnischer Expressionisten“ ermöglicht einmalige Sehvergleiche und neue Zusammenhänge, zugleich verschränken sie die deutsch-polnische Ausrichtung dieser Ausstellung.

Die immense Wertschätzung von Otto Muellers Wirken – aus der Perspektive seines Künstlernetzwerks – reicht bis in die Nachkriegsmoderne: Ein wichtiges Kapitel deutsch-polnischer Kunstgeschichte wird unter besonderer Berücksichtigung der Wechselbeziehung zwischen den Städten Berlin und Breslau/Wrocław neu erzählt.

Denn auch die Beziehungen zwischen der Nationalgalerie in Berlin und dem ehemaligen Schlesischen Museum der bildenden Künste in Breslau (heute Muzeum Narodowe in Wrocław) waren durch intensiven Austausch und Zusammenarbeit charakterisiert. Paradigmatisch ist die Otto-Mueller-Gedächtnisausstellung, die 1931 – kurz nach dem Tod des bedeutenden Expressionisten – durch Direktor Erich Wiese in Breslau initiiert und noch im gleichen Jahr von Ludwig Justi, Direktor der Nationalgalerie, als Gedenk-Ausstellung nach Berlin übernommen wurde.

Die aktuelle Schau „MALER. MENTOR. MAGIER.“ nimmt den umgekehrten Weg. Erarbeitet in Berlin, wird sie danach in modifizierter Form in Breslau/Wrocław zu sehen sein. In Berlin setzt die Ausstellung die Folge von Präsentationen zur Klassischen Moderne fort, die während der Sanierung der Neuen Nationalgalerie im Hamburger Bahnhof – Museum für Gegenwart – Berlin gezeigt wurden: „Die schwarzen Jahre. Geschichten einer Sammlung. 1933–1945“, „Ernst Ludwig Kirchner. Hieroglyphen“ und „Rudolf Belling. Skulpturen und Architekturen“.

Künstler*innenliste: Jankel Adler, Alexander Archipenko, Isidor Aschheim, Henryk Berlewi, Alexander Camaro, Johnny Friedlaender, Grete Jahr-Queißer, Alexander Kanoldt, Ernst Ludwig Kirchner, Ludwig Peter Kowalski, Margarete Kubicka, Stanisław Kubicki, Wilhelm Lehmbruck, Carlo Mense, Oskar Moll, Marg Moll, Johannes Molzahn, Georg Muche, Otto Mueller, Żdzisław Nitka, Oskar Schlemmer, Willy Schmidt, Horst Strempel, Heinrich Tischler, Witkacy, u.a.

Zur Ausstellung erscheint ein gleichnamiger, umfangreicher Katalog im Kehrer Verlag, der von deutschen und polnischen Wissenschaftler*innen erarbeitet wurde. Herausgegeben von Dagmar Schmengler, Agnes Kern und Lidia Głuchowska. Zwei separate Sprachausgaben (deutsch und polnisch) sind ab Oktober 2018 erhältlich. Der Katalog wird realisiert durch: ZEIT-Stiftung, Ernst von Siemens-Kunststiftung

1. Station
12.10.2018-3.3.2019, Hamburger Bahnhof – Museum für Gegenwart – Berlin
2. Station
8.4.2019-30.6.2019, Nationalmuseum Wrocław, Breslau

Eine Ausstellung der Nationalgalerie, Staatliche Museen zu Berlin, in Zusammenarbeit mit der Alexander und Renata Camaro Stiftung und dem Muzeum Narodowe we Wrocławiu.

Die Ausstellung wird gefördert durch: Freunde der Nationalgalerie, Hauptstadtkulturfonds, Kulturstiftung der Länder, Ernst von Siemens-Kunststiftung, Stiftung für deutsch-polnische Zusammenarbeit, Stiftung Preußische Seehandlung

Im Rahmen von 100 Jahre Bauhaus.
Neue Galerie

Die Neue Galerie im Hamburger Bahnhof fungiert als Dependance für die Neue Nationalgalerie während der Dauer ihrer Sanierung. In wechselnden Präsentationen werden hier Ausschnitte aus der Sammlung zur Kunst des frühen 20. Jahrhunderts vorgestellt. Ganz bewusst und vor dem Hintergrund der Planungen für einen Neubau am Kulturforum dient die Neue Galerie dabei der Erprobung neuartiger Sichtweisen auf die „klassisch” gewordene Moderne.

Inhalt-Otto-Mueller

Otto Mueller, Zwei Mädchen, um 1925, Leimfarbe auf Rupfen (Detail) © bpk / Staatliche Museen zu Berlin, Nationalgalerie / Jörg P. Anders

MALARZ. MENTOR. MAG.
Otto Mueller a środowisko artystyczne Wrocławia

Od 12 października 2018 do 13 marca 2019
Wystawa w Hamburger Bahnhof w Berlinie

Jest to pierwsza wystawa, która skupia się na ogromnej sile oddziaływania Ottona Muellera (1874–1930), ekspresjonisty i artysty grupy Die Brücke. Przez ponad dziesięć lat był on wykładowcą w Państwowej Akademii Sztuki i Rzemiosła Artystycznego we Wrocławiu, która za jego czasów należała do najbardziej postępowych uczelni artystycznych w Europie. Od lat 20 ubiegłego wieku ówczesny dyrektor szkoły, Oskar Moll, sprowadzał tu licznych wykładowców, co sprawiło, że Wrocławska Akademia Sztuki cieszyła się opinią uczelni liberalnej i otwartej na świat. Na równi stały tam ze sobą różnorodne prądy współczesnego malarstwa: ekspresjonizm, reprezentowany przez Ottona Muellera, francuskie malarstwo Académie Matisse – przez Oskara Molla, Nowa Rzeczowość – przez Alexandra Kanoldta i Carlo Mensego oraz Bauhaus – przez Oskara Schlemmera, Georga Muchego i Johannesa Molzahna.

Wystawa poświęcona jest przede wszystkim malarstwu modernistycznemu. Otto Mueller przeszedł we Wrocławiu wraz ze swoim środowiskiem przez etap twórczości opisywany przez nich jako niezwykle produktywny, zainspirowany wymianą i wzajemnym oddziaływaniem. To, jak pracujący ze sobą malarze wpływali na siebie nawzajem pod względem artystycznym, ujawnia się w obrazach, pracach na papierze, w wypowiedziach pisemnych i na fotografiach. To właśnie charyzmatyczna, przepełniona tęsknotą i pragnieniem wolności postać Ottona Muellera miała największy wpływ na wrocławską scenę artystyczną. Był on „romantykiem” a nawet „magiem”, jak wynika z przekazów jego najbliższego otoczenia, do którego należeli również krytycy sztuki i pisarze. Carl Hauptmann już w 1907 r. upamiętnił malarza w biografii artystycznej „Einhart der Lächler” – przyczyniając się w znacznym stopniu do powstania „mitu artysty”.

Niezwykła powierzchowność Muellera i jego wolny od konwenansów styl życia budziły ogromną fascynację w jego uczniach i uczennicach na Akademii. Cenili oni jego całkowite oddanie sztuce, niekonwencjonalne metody nauczania i poczucie humoru. Niektórzy spośród jego uczniów – tacy jak Alexander Camaro czy Horst Strempel – z Wrocławia udali się do Berlina, gdzie ich kariera malarska sięgnęła szczytu.

Cechą szczególną kuratorskiej koncepcji wystawy MALARZ. MENTOR. MAG. jest wybranie obrazów wiodących, pozwalających dostrzec istotne podobieństwa i różnice, a także kontekst ponadepokowy i międzykulturowy, w tym polsko-niemiecki. Włączenie „polskich ekspresjonistów” daje wyjątkową szansę dokonania porównań i odkrywania nowych związków, a jednocześnie pozwala połączyć ze sobą polskie i niemieckie motywy przewodnie wystawy.

Ogromne uznanie dla twórczości Ottona Muellera – z perspektywy jego środowiska artystycznego – sięga aż do modernizmu powojennego, gdy ten ważny rozdział w polsko-niemieckiej historii sztuki napisano na nowo z uwzględnieniem wzajemnych powiązań między Berlinem a Wrocławiem, niegdyś Breslau.

Stosunki między Nationalgalerie w Berlinie a dawnym Śląskim Muzeum Sztuk Pięknych w Breslau [obecnie Muzeum Narodowe we Wrocławiu] charakteryzowały się bowiem również intensywną wymianą i współpracą. Najlepszym przykładem jest retrospektywa Ottona Muellera, zorganizowana przez dyrektora Muzeum we Wrocławiu, Ericha Wiese, w 1931 r., tuż po śmierci wybitnego ekspresjonisty, która jeszcze w tym samym roku została przeniesiona przez Ludwiga Justiego, dyrektora Nationalgalerie do Berlina.

Obecna wystawa MALARZ. MENTOR. MAG. podąża w odwrotnym kierunku. Opracowana w Berlinie, zostanie następnie pokazana w zmodyfikowanej formie we Wrocławiu.
W Berlinie wystawa stanowi kontynuację serii prezentacji na temat klasycznego modernizmu, które podczas renowacji Neue Nationalgalerie zostały pokazane w Hamburger Bahnhof – Museum für Gegenwart: „Die schwarzen Jahre. Geschichten einer Sammlung. 1933–1945” [Mroczne lata. Opowieści z kolekcji. 1933–1945], „Ernst Ludwig Kirchner. Hieroglyphen” [Ernst Ludwig Kirchner. Hieroglify] i „Rudolf Belling. Skulpturen und Architekturen” [Rudolf Belling. Rzeźby i architektury].

Lista artystów: Jankel Adler, Alexander Archipenko, Isidor Aschheim, Henryk Berlewi, Alexander Camaro, Johnny Friedlaender, Grete Jahr-Queißer, Alexander Kanoldt, Ernst Ludwig Kirchner, Ludwig Peter Kowalski, Margarete Kubicka, Stanisław Kubicki, Wilhelm Lehmbruck, Carlo Mense, Oskar Moll, Marg Moll, Johannes Molzahn, Georg Muche, Otto Mueller, Zdzisław Nitka, Oskar Schlemmer, Willy Schmidt, Horst Strempel, Heinrich Tischler, Witkacy i inni.

Wystawie towarzyszy obszerny katalog pod tym samym tytułem, opracowany przez polskich i niemieckich naukowców, wydany przez wydawnictwo Kehrer Verlag pod redakcją Dagmar Schmengler, Agnes Kern i Lidii Głuchowskiej. Katalog zrealizowany dzięki wsparciu: ZEIT-Stiftung, Ernst von Siemens-Kunststiftung

Wystawa Nationalgalerie, Staatliche Museen zu Berlin we współpracy z Alexander und Renata Camaro Stiftung i Muzeum Narodowym we Wrocławiu.

Sponsorzy wystawy: Freunde der Nationalgalerie, Hauptstadtkulturfonds, Kulturstiftung der Länder, Ernst von Siemens-Kunststiftung, Fundacja Współpracy Polsko-Niemieckiej, Stiftung Preußische Seehandlung