Siada, chodzi, leży…

Teresa Rudolf

Zmęczenie

W głowie wata cukrowa,
gruba jak ta
z jarmarków,
oblepiająca mózg, rozciągliwa
pustka w głowie.

Ciało swoje, choć obce,
niosące i niesione
przez siebie samo,
jakoś ciężko idzie,
wzdychając cichutko.

Siada, chodzi, leży,
jak znów swoje,
choć nie swoje.
język nie chce
skladać się do mówienia.

Powoli cedzi
błahe zdania,
jak odkrycia
najważniejsze,
kolumbowe.

Wszystko w środku
zwija się
do spania
jak kot Moritz
przy piecu.

A piec, a ten piec,
cholera jasna,
nie chce przyjść
sam do czlowieka,
leniwy,

nie chce położyć
człowieka przy kocie,
który mruczy śniąc
o bieganiu,
w dzień po łąkach,

a w nocy po kocich
dyskotekach.

Samotność

Zagubienie w sobie,
wystawione czułki ludzkie,
by znaleść kogoś bliskiego,
uczucie dziecka zgubionego
w ogromnym supermarkecie,
które czeka, by ktoś glośno
krzyknał jego imię.
Chce mieć pewność,
że ktoś go szuka,
bez pewności,
że ktoś je znajdzie.

Panika psa,
wywiezionego do lasu
na pożarcie dzikich zwierząt,
niech się sam broni, bo nie uchodzi,
zastrzelić,niech przeżyje,
ale nie u mnie i nie ze mną,
myśli ten,
kto wyprowadza się z willi
do mieszkania w bloku,
gdzie nie wolno mieć psów,
a wolno mieć samotność.

Strach starej kobiety,
grzebiącej po koszach na śmieci,
w rękawiczkach,
by było higienicznie,
strach chorego człowieka,
bo nie wie co się stanie,
gdy zapomni kim jest,
kto należy do niego,
i gdzie zaczyna się on sam,
a gdzie kończy.
I inni też zapomną.

Samotność siedzi przed domem
i boi się wejść do środka,
bo tam cholernie samotnie.
Siedzi i wyje jak wilk,
wzywając stado,
które nie wiadomo kiedy,
rozpadło się już na kawałki
jak kometa.
W pełni ksieżyca wyją
samotne wilki
które o północy,

mają twarze
i łzy ludzkie.


Pustka w głowie

Przerażająca pustka
w głowie jakby
huragan przeleciał
przez nią,
wszystko zostało
wessane
przez jakiś odkurzacz,
wszystko.

To znaczy, co wszystko?
A co było i czego nie ma?
Wszystko,
a było tego dużo, czy mało?
Wszystko,
czy był to ogród myśli i kwiatów?
chwasty,
czy kamienie?

Było, to moje, czy czyjeś?
Kobieta trzyma się za głowę,
bezradnie szuka czegoś,
coraz szybciej…
Zaczyna się kręcić w kólko
szuka siebie, szuka siebie,
karuzela…
spada…

Budzi się z krzykiem,
przerażona,
zimnym potem zlana,
i nagle
czuje potworną
pustkę w głowie,
pustkę w głowie…
pustkę w głowie.

Niepokój

Zwierzę niespokojne,
nigdzie miejsca
nie zagrzeje,
miota się jak w klatce,
chociaż żadnej nie ma…

Szczerzy
bez potrzeby zęby,
patrzy z paniką,
za siebie
i przed siebie.

Nie może jeść
nie może spać,
nie może chodzić,
nie może usiąść,
nie może…

Nie zasypia,
chce snić o spokoju,
a w dzień marzyć
o nim też nie może.
ach, ten spokój.

Spokój, jak
kochanka,
za którą się tęskni
idzie, jak pies
na smyczy wszędzie.

Spokój, spokój
o, chciałoby się
tak mało,
bo nic więcej,
nic więcej.

Taka elegancja
bez trzęsienia rąk,
bicia serca,
ze spokojną twarzą
normalności.

Smutek

Obraz Madonny płaczącej,
trzymającej się za serce,
jej usta składają się do słów
milczących i martwych.

Oczy
jak ogromne jeziora,
z kłębowiskami
jakichś obcych roślin.

Bladość alabastru, twarzy
przykuwa wzrok,
który z zawstydzeniem
ucieka,

od tej ogromnej
intymności.
bez pojęcia, co to
za jedna.

Usta jej cienkie spadają
stromo w dół jak rzeki,
i nie wiadomo gdzie
mają swe ujścia do morza.

Staw zamarznięty,
po którym,
lepiej się nie poruszać,
nie wiadomo, czy uniesie,

ta zamaskowana,
zdradziecka kruchość
jego lustra,
która wciąga w głąb.

Radość

Nieustająca
złota kaskada,
porywcza i nieobliczalna
co zabierze ze sobą.

Infekcja
rozchodząca się
blyskawicznie, zataczając
coraz większe kręgi.

Nie potrzeba maski,
by się przed nią chronić.
każdy naraża się chętnie
na to zarażenie,

kąpiąc się całym sobą
w szaleństwie,
które jest najżywszym
żywym życiem…

Tęsknota

Wróżenie z fusów,
płatków margaretki,
wiara w białego kota,
który oby przeleciał nam drogę.

Malowanie
akwarelkami pastelowymi
wszystko, co powinno się
zdarzyć, jak tylko…

Retuszowanie rzeczywistości,
by nie miała
żadnej zmarszczki,
gdy tylko…

Pragnienie niespełnione,
głód nie zagłuszony,
pustynia, pustynia
ból serca,

na który się ciągle
na nowo zgadzamy,
gdy się na horyzoncie pokaże,
jak jakaś fatamorgana…

Bezsenna noc

Z jednej strony dźwięczy
tą swoją ciszą w przestrzeni,
a z drugiej tak naprawdę,
narzuca się człowiekowi,

by się nią zajmować.
i być niepodzielnie
w centrum uwagi,
jak próżna kobieta.

Nie godzi się by jej
nie zauważać
bez chaotycznych pytań,
nie czekając odpowiedzi.

Pędzi jakby wystraszona,
że czegoś zapomni, opuści…
bo wszystko to niby takie
strasznie ważne…

I jak w bajce o świcie znika,
zabierając swoje lalki i gałganki,
by znów następnym razem
biegać po mózgu i sercu.

Pytając,sycząc
perfidnie cicho,
by nikt nie uslyszał,
bawi się do łez…

Już jesień

Jesień…
deszcz z łez skazanych na śmierć letnich zwierząt,
przesunięte melancholijnie liście pod nogami,
chłodny wiatr niosący śnieg w plecaku.

Jesień…
tysiące twarzy kolorowych, liściastych plemion
uśmiechajacych się na wzgórzach, w lasach,
bez lęku że każdy jest inny…

Jesień…
Przedsmak nieuniknionego,
tego co musi przyjść, co stoi
tuż, tuż, za drzwiami liściastymi
życia.

Miss Świata, Jesień
piękna kobieta
w wykwintnej sukni,
bardzo gustownie
prze-kolorowej.

Wyszła z ukrycia
pokazała się
na polach, łakach
i w lasach.

W zadziwieniu
świat cały
ogląda się za nią,
zachwyca,

tą szatą zielono-
pomarańczowo-żółtą,
ustami czerwonymi
od dzikiego wina,

oplatającego drzewa,
mury, cmentarze,
ogrody, balkony,
po najwyzsze góry.

Szeleści ta suknia,
luciutkim podmuchem
wiatru, szeptem,
śpiewem liści.

Miss Urody,
będzie twarzą roku,
pobłyskujac
czerwoną szminką.

A gdy znów odda
koronę Zimie,
rozebrana do naga,
schowana w szarości,

będzie się leczyć z depresji
w przemijaniu,
licząc spadajace liście,
by usnąć spokojnie.

Barataria 93 Sgt. Pepper’s Lonely Hearts Club Band

Dziekuję Jackowi za inspirację

W Wikipedii czytamy: Sgt. Pepper’s Lonely Hearts Club Band (krótko nazywany Sgt. Pepper) to ósmy album studyjny grupy The Beatles, opublikowany 26 maja 1967 roku. 50 lat temu, ale o tym już pisałam. Zresztą wszyscy pisali.

Właśnie zdawałam maturę. Nie wiem, czy w ogóle dotarło do mnie, że Beatlesi wydali coś nowego. Dla mnie świat Beatlesów kończył się na filmie Help. Ale świat nie stoi w miejscu, nawet jeśli my siedzimy i kujemy do matury. Przypomnę nas tu, bo myślę, że nikt nigdy nie zrobił nam wspólnego zdjęcia.

Magda Dankiewicz, Mariusz Barański, Antek Szczepkowski i ja: Ewa Bogucka. Z Magdą spotkałyśmy się w zeszłym roku. Z okazji 50-lecia matury! Z Antkiem (mieszka w Teksasie) rozmawiałam przez telefon. “Nie zdałbym matury, gdyby nie ty”, powiedział Antek. “Nie paliłabym papierosów, gdyby nie ty”, odpowiedziałam. No ale już nie palę. Za słuchanie piosenek odpowiadała Baśka Owsiana (też się z nią spotkałam). Może ona będzie wiedziała, czy słuchałyśmy Sierżanta Pieprza tego lata 1967 roku. Pytam. Baśka twierdzi, że tak i że od tego nam skrzydła rosły.

Sierżant Pieprz był częścią Summer of Love, kiedy to ruch hippisów w USA osiągnął swój złoty szczyt. Zapowiadał przyszły rok i Festiwal Woodstock, ale na razie był maj 1967 i matura, a potem powtórne kucie, ale już osobno, do egzaminu wstępnego na studia. Nie chciałam studiować, chciałam zostać hippiską. Nie wiedziałam, co mogłabym zrobić. Miałam długie potargane włosy, nosiłam długie spódnice, opaski przez czoło i naszyjniki z łańcuchów kupionych w sklepie żelaznym (koło Mody Polskiej). Kosztowały 2 złote za metr. Moje ówczesne marzenia stały w jawnej sprzeczności z tym, jak nasze matki  i nasi ojcowie przygotowali nas do wejścia w dorosłość. Kilka dni temu, dzięki Facebookowej zabawie “w książki”, wymieniłam od ręki kilka pozycji, którymi mama-tata sterowali naszymi ambicjami. Lucy Maud Montgomery “Błękitny zamek”, “Jajko i ja” Betty MacDonald, “Serca Dalili”, co się po polsku zwało “Imitacja życia”, Fanny Hurst i “Tajemniczy opiekun” Jean Webster. Same amerykańskie powieści. Stara panna, panna na wydaniu, wdowa i sierota. Kobiety opisane przez kobiety. To dzięki tym książkom i ich autorkom, zdając maturę, byłyśmy obywatelkami świata, młodymi nowoczesnymi istotami płci żeńskiej, które wzięły życie w swoje ręce. I tak nam to zostało.

Nie pamiętam, żebyśmy ucząc się do matury złapali kiedykolwiek w radio Luxemburg Sierżanta Pieprza. Ale San Francisco (Be Sure to Wear Flowers in Your Hair), hymn tego lata, w wykonaniu Scotta McKenzie, puszczała Trójka, a może nawet przedziwny produkt Komuny – Muzyka i Aktualności. Aktualności były straszne, muzyka – świetna.

If you’re going to San Francisco,
be sure to wear some flowers in your hair.
If you come to San Francisco,
Summertime will be a love-in there.

Ale oczywiście Scott McKenzie to typowy dla naszej młodości wyciskacz nastrojów, tymczasem Sierżant Pieprz Beatlesów oznaczał rewolucję. Jak to ktoś napisał – piosenka i płyta przekroczyły możliwości ówczesnej techniki grania i nagrywania w studio. U szczytu powodzenia kultury hippisów narodził się psychodelic.

It was twenty years ago today,
Sgt. Pepper taught the band to play
They’ve been going in and out of style
But they’re guaranteed to raise a smile
So may I introduce to you
The act you’ve known for all these years
Sgt. Pepper’s Lonely Hearts Club Band
We’re Sgt. Pepper’s Lonely Hearts Club Band
We hope you will enjoy the show
Sgt. Pepper’s Lonely Hearts Club Band
Sit back and let the evening go
Sgt. Pepper’s lonely, Sgt. Pepper’s lonely
Sgt. Pepper’s Lonely Hearts Club Band
It’s wonderful to be here
It’s certainly a thrill
You’re such a lovely audience
We’d like to take you home with us
We’d love to take you home
I don’t really want to stop the show
But I thought that you might like to know
That the singer’s going to sing a song
And he wants you all to sing along
So let me introduce to you
The one and only Billy Shears
And Sgt. Pepper’s Lonely Hearts Club Band

Wszystko pięknie, ale to wciąż nie jest Barataria. Bo Barataria zacznie się zaraz za rogiem czyli w filmie Żółta łódź podwodna, który powstał w roku 1968. No i tam właśnie rozgrywa się typowa baśniowo-utopijna sytuacja.

Jacek Slaski, TIP Berlin

Yellow Submarine als Comic

Bissige Türken, Clowns und der furchtbare fliegende Handschuh, die Blaumiesen schrecken vor nichts zurück. Sie wollen Schrecken verbreiten und das freundliche Pepperland mit ihrer finsteren Blauheit überziehen. Ein mutiger Kapitän will das verhindern, er besteigt sein gelbes Unterseeboot und macht sich auf zu einer fantastischen Reise. Unterwegs trifft er die Fab Four und kehrt mit ihnen, über einige Umwege, zurück ins unterjochte Land. Mit der Kraft der Musik vertreiben sie die blauen Aggressoren und Pepperland wird wieder zum psychedelischen Paradies, das es einst war.

Czyli klasyczna sytuacja.  Jakiś kraj, tu Pepperland (chętnie kraj na wyspie) zostaje zaatakowany przez Złych (tym razem Sine Smutasy, który moim zdaniem mogłybby się nazywać Siniaki – Blue Meanies, Paskudni Turcy, Niebieska żarłoczna Rękawica). Bohaterski super hero (Kapitan) sprowadza pomoc (Beatlesi) – wspólnymi siłami udaje się pokonać zło. Wszyscy tańczą i śpiewają.

Szczęśliwy kraj (Pepperland)

Wrogowie

Narzędzie walki

Super Heros

Yellow Submarine
The Beatles

In the town where I was born
Lived a man who sailed to sea
And he told us of his life
In the land of submarines

So we sailed up to the sun
Till we found a sea of green
And we lived beneath the waves
In our yellow submarine

We all live in a yellow submarine
Yellow submarine, yellow submarine
We all live in a yellow submarine
Yellow submarine, yellow submarine

And our friends are all aboard
Many more of them live next door
And the band begins to play

We all live in a yellow submarine
Yellow submarine, yellow submarine
We all live in a yellow submarine
Yellow submarine, yellow submarine

(Full speed ahead Mr. Boatswain, full speed ahead
Full speed ahead it is, Sergeant.
Cut the cable, drop the cable
Aye, Sir, aye
Captain, captain)

 

Zakończenie. Wszyscy tańczą. All Together Now

Film był gotowy 17 lipca 1968. O godzinie 20 w Londynie w Pawilonie na Piccadilly Circus odbyła się prapremiera z udziałem Beatlesów. Byliśmy już po pierwszym roku studiów.
W marcu studenci Uniwersytetu Warszawskiego rozpoczęli rozruchy (zwane potem wydarzeniami marcowymi) w obronie Dziadów Mickiewicza, co dało asumpt do rozgrywek partyjnych, przekształciło się w propagandę skierowaną przeciwko intelektualistom i nagonkę antysemicką, a w końcu doprowadziło do masowej emigracji Żydów z Polski.
W Pradze od 5 stycznia 1968 roku trwała praska wiosna. Mogliśmy żywić nadzieje, że wreszcie coś się ruszy.
Ruszyło się (w miesiąc po prapremierze filmu) w nocy z 20 na 21 sierpnia tego roku, ale nie tak, jak myśleliśmy. Państwa członkowskie Układu Warszawskiego (ZSRR, Polska, Węgry, NRD i Bułgaria) dokonały inwazji, topiąc we krwi praskie nadzieje.

Na festiwalu w Sopocie w roku 1968 I miejsce zdobyła wykonana przez Urszulę Sipińską piosenka Po ten kwiat czerwony. Jej refren brzmiał:

Żołnierz dziewczynie nie skłamie,
Chociaż nie wszystko jej powie.
Żołnierz zarzuci broń na ramię,
Wróci, to resztę dopowie.

Taki to był rok. Beatlesi nie przybyli do Warszawy ani do Pragi, by wyrwać nas spod władzy Siniaków, polscy żołnierze poszli do Pragi i to o tym się w Polsce śpiewało. A w końcu Praga to też było jakieś nasze marzenie o Baratarii.

Professor Brückner – Ende einer Geschichte

Am 23. November (Thanksgiving Day!) bekomme ich per Mail folgendes Schreiben:

Sehr geehrte Frau Slaska, sehr geehrte Frau Kuzio-Weber,

heute möchte ich auf den im Jahr 2013 mit der damaligen Senatsverwaltung für Stadtentwicklung und Umwelt geführten Schriftwechsel zurückkommen und Ihnen die erfreuliche Mitteilung machen, dass der Senat von Berlin in seiner Sitzung am 6. November 2018 mit Senatsbeschluss Nr. S-1667/2018 unter anderem auch die Verlängerung der Grabstätte von Professor Aleksander Brückner (1856-1939) auf dem Parkfriedhof Tempelhof als Ehrengrabstätte des Landes Berlin für die Dauer von weiteren 20 Jahren beschlossen hat.

Die Presserklärung des Senats finden Sie hier:

https://www.berlin.de/…/pr…/2018/pressemitteilung.755287.php

Ich bedanke mich für Ihr Engagement in Bezug auf diese Ehrengrabstätte des Landes Berlin.

Mit freundlichen Grüßen
Christian Krüger

Senatskanzlei / Senate Chancellery

Also doch… Ich spüre ein Kribbel im Bauch. Die Sache mit dem Grab von Profesor Brückner beschäftigte mich schon lange. Es war mühsam, manchmal, wenn es um Kontakte mit den Obrigkeiten in Polen ging, recht unangenehm, in Deutschland dafür immer freundlich, aber, oje, wie langwierig und scheinbar ergebnisslos. Die Bürokratische Mühlen mahlen sehr sehr langsam. Die Senatssitzung, auf der es entschieden wurde fand am 14. August statt. Die zweite, die es bestättigte – am 6. November, zu mir kam die Mitteilung am 23. November.

Höhepunkt unserer Bemühungen ums Grab von Prof. Brückner. Am 14. März 2014 der Marschall des Polnischen Sejms, Bogdan Borusewicz, in Begleitung von den polnischen und deutschen Parlamentarier sowie des Generalkonsuls der RP in Berlin bei der Niederlegung der Blumen auf dem Grab. Anna Kuzio-Weber und ich waren dabei. Ich stehe ganz klein dahinten, Anna machte das Bild.

Irgendwie kann ich es nicht wahrnehmen, dass es jetzt erledigt idt.

Aber, o happy Thanksgiving Day!, es ist wahr, ein hohgestellter Beamter des Berliner Sentas wird sich doch keine kleine Scherze mit Frau Slaska und Frau Kuzio-Weber erlauben.

Ich studiere alle weiterführende links. Er ist da. Nach Hans Baluschek und Willy Brandt.

Auch der Arnold Słucki ist immer noch da, obwohl mathematisch-technisch gesehen, ist seine Zeit auch abgelaufen. Die Entscheidung über Ehrengrab fiel nämlich am 2.09.1997.  20 Jahre der Gültigkeit von Ehrengrab-Entscheidung sind somit schon mehr als ein Jahr hin. Wird sich jetzt jemand es zum Herz nehmen, sich demnächst auch um Słucki zu bemühen? Polnische Botschaft? Polnisches Institut in Berlin? Stowarzyszenie Pisarzy Polskich w Polsce? Polska Akademia Nauk w Berlinie? Polski Instytut Pamięci Narodowej? Uniwersytet Warszawski? Alles Institutionen, die wir wegen des Grabs von Prof. Brückner vergeblich “abgeklappert” haben.

Ich habe mehrere male hier auf dem Blog über das problem mit dem Grab vom Professor Brückner geschrieben, habe unseren Glanz und unseren Elend “besungen”. Jetzt ist es getan.

Ich rufe Anna Kuzio-Weber an. Es ist doch “unser Ding”.
– Wir haben es! schrie ich ins Handy.
Sie weiss noch vom nix.
– Schau in die Post, antworte ich.
Eine Minute Ruhe und nach dem schlichten Anerkennungsausdruck, kommt eine schlichte nüchterne Frage:
– 20 Jahre. Und was wird danach geschehen?
Shit. Sie hat Recht. Und was wird danach geschehen? Der Friedhof wird 2027 völlig aufgelöst. Ist eigentlich schon fast leer. Das Grab wird bis 2038 gepflegt. Dort? Umgebetet? Nach Polen übergebracht, wie während der Diskussion schon manche vorgeschlagen haben.
– Vielleicht, sage ich zögernd, vielleicht… werden sich die von uns damals angeschriebenen Institutionen doch rechtzeitig darum kümmern. Vielleich die Universitäten Halle und Jena, die doch seit 2012 gemeinsam ein Alexander-Brückner-Zentrum führen? Wer weiß.
– Wir werden es nicht mehr erleben, antwortet sie.
Da hat sie recht.


Andere Beiträge (auch die, wo das nur am Rande erwähnt ist) von diesem Blog über das Problem mit dem Grab von Professor Brücken (auf Deutsch und/oder Polnisch) habe ich hier aufgelistet:

https://ewamaria2013texts.wordpress.com/2012/12/30/bruckner/

https://ewamaria2013texts.wordpress.com/2014/11/01/profesor-bruckner-jak-co-roku/

https://ewamaria2013texts.wordpress.com/2015/10/31/bruckner-raz-jeszcze-wieder-prof-bruckner/

https://ewamaria2013texts.wordpress.com/2017/06/10/gron-na-cmentarzu-w-berlinie/

https://ewamaria2013texts.wordpress.com/2018/09/16/gesichter-berlins/

https://ewamaria2013texts.wordpress.com/2018/10/30/ich-bin-nicht-tot-nie-umarlem-ne-son-gia-morto/

https://ewamaria2013texts.wordpress.com/2018/11/02/halloween-wszystkich-swietych-zaduszki/

https://ewamaria2013texts.wordpress.com/2018/11/08/reblog-nachts-am-meer/


Und hier noch eine auf Polnisch für Facebook verfasste Liste von all denen, die uns auf dem Weg zum Erfolg tätlich unterstützt haben:

Ewa Maria Slaska Pięć lat walczyłyśmy – Anna Kuzio-Weber i ja – o przyznanie grobowi Profesora Brücknera statusu grobu honorowego. W tej walce wspierały nas przez te lata liczne osoby, a niekiedy również instytucje. Postaram się wymienić tu wszystkich, ale jeśli o kimś zapomniałam, to niech się nie obraża, tylko natychmiast sam siebie dopisze:
Ewa Maria Slaska Bzdurę napisałam powyżej. Zaczęłyśmy z Anią samotną walkę znacznie wcześniej, bo w roku 2011 – czyli 7 lat temu. Po tym, jak żadna z instytucji i żadna z ważnych osobistości, do których się zwróciłyśmy, nie zwróciły na nas uwagi, poskarżyłam się na FB, że tak jest – wtedy dopiero (dzięki Fejsbuczku kochany) zrobił się raban, znalazłyśmy osoby wspierające nasze wysiłki. I wtedy też postanowiłyśmy machnąć ręką na instytucje i osobiście we dwie, w imieniu WIR-u, który już przestał istnieć, i całej zaangażowanej Polonii, złożyłyśmy wniosek do Senatu o (najpierw) przedłużenie i (potem) przywrócenie grobowi profesora statusu grobu honorowego, pozostającego pod opieką władz Berlina. Było to 5 lat temu! I to na TEN LIST otrzymałyśmy właśnie tę fantastyczną odpowiedź… Tak było
Ewa Maria Slaska Dawid Jung poeta i Łukasz Narolski, rekonstruktor historii, którzy założyli stronę internetową Profesor Aleksander Brückner In Memoriam. Moi kochani, dziękuję!!! Ta strona poruszyła w Polsce niebo i ziemię!
Ewa Maria Slaska Jacek Tyblewski i Monika Stefanek z Radia Funkhaus Europa (dziś Cosmo) oraz Bogdan Twardochleb, z redakcji Kuriera Szczecińskiego!!!!
Ewa Maria Slaska Wiem, wszyscy mieliście i mieliśmy, masę problemów i nieprzyjemności z powody naszych starań. Ale uzyskaliśmy to, co chcieliśmy uzyskać, i to sami, my, powiem szumnie – obywatele! i nasze obywatelskie instytucje!
Ewa Maria Slaska Maria Gast-Ciechomska i (nie istniejące już) Stowarzyszenie Frauen Initiative Berlin-Warschau.
Ewa Maria Slaska Jeśli mowa o Stowarzyszeniach Już Nieistniejących, to muszę tu przypomnieć, że Anna Kuzio-Weber i ja reprezentowałyśmy w momencie rozpoczęcia starań Polsko-Niemieckie Towarzystwo Literackie WIR.

Ewa Maria Slaska Bardzo dziękujemy panu (wówczas) Marszałkowi Sejmu RP, Bogdanowi Borusewiczowi, który wraz z delegacją parlamentarzystów polskich i niemieckich odwiedził grób w marcu 2014 roku

Ewa Maria Slaska Od lat w staraniach o zachowanie grobu wspierało nas również Stowarzyszenie Städtepartner Stettin e.V., a zwłaszcza Wolfgang Hahn, Anne i Folker Schmidt oraz Dorota Kot
Ewa Maria Slaska Wielkie zasługi “dla sprawy” położyła też Szewczyk Maria prowadząca od lat program polski w Volkshochschule Wedding oraz jej liczni kursanci.
Ewa Maria Slaska I wreszcie (choć wcale nie na końcu) moi przyjaciele, znajomi i nieznajomi, którzy od lat chodzili z nami 1 listopada na grób profesora: Roman Brodowski, Krystyna Koziewicz, Krystyna Jesse, Andreas M. Völker, Tereska Michońska, Tibor Jagielski, Monika Wrzosek-Mueller… Och mój ty Boże, na pewno o kimś zapomniałam…        

Reblog o dwóch wojnach z komentarzem

Jacek Wesołowski

dzien-nik_fb.obrazy/teksty, 19 listopada 2018

D w i e   W o j n y

Wielkie wzburzenie w Niemczech wzbudziły onegdaj słowa p. Gaulanda, nestora-aktywisty Alternative für Deutschland (partia prawicowo-populistyczna jak PiS w Polsce), o uszanowaniu dla żołnierskiego trudu niemieckiego Wehrmachtu. Dlaczego? Ponieważ w niemieckiej pamięci historycznej pierwsza i druga wojny światowe inną mają pozycję. Poległych swoich w pierwszej wojnie Niemcy uczcili po niej niezliczoną liczbą rozmaitych denkmali i mahnmali (Denkmal – pomnik, Mahnmal – budowla ku pamięci). Były one rozsiane po całych Niemczech, od wielkich miast do najmniejszych wsi. (Mahnmal ku uczczeniu swych poległych w wojnie postawili i mieszkańcy mojej wsi Billendorf, dzisiejsze Białowice: stoi do dziś, tyle że Polacy zdjęli z cokołu orła Cesarza i postawili krzyż, zaś nazwiska poległych jego żołnierzy usunęli, umieszczając w zamian napis ku chwale bożej). Żołnierzy Reichswehry zatem czczono, a żołnierzy Wehrmachtu nie – takich pomników w Republice Federalnej nie znajdziesz. Dlaczego, odpowiedź jest prosta. Pierwsza wojna była rozprawą między państwami europejskimi, w której Niemcy uczestniczyły w składzie jednej ze stron obok Austro-Węgier i początkowo Włoch przeciw Francji, Anglii i Rosji. Do wojny przystąpiły w ramach prawa międzynarodowego, zgodnie z literą układu militarnego z k.u.k Oesterreich-Ungarn, które to państwo było pierwszej wojny inicjatorem. Inaczej w drugiej wojnie. Druga wojna nie wybuchła jak pierwsza jako rozprawa między państwami, które zdecydowały się na krok militarny, gdy nie potrafiły już rozwiązać swoich problemów politycznych i gospodarczych. Jeśli mówić o odpowiedzialności za pierwszą wojnę, to rozkłada się ona mniej lub bardziej równo na wszystkich jej uczestników. Drugą wojnę rozpoczęły Niemcy – by zapanować nad światem. Uciekły się do napaści (akcja militarna bez wypowiedzenia wojny) – najpierw na Polskę, następnie inne państwa w Europie. Różnicę między pozycją Niemiec w pierwszej a drugiej wojnie światowej stwarza również fakt, że w drugiej państwo niemieckie (III Rzesza) dopuściło się niesłychanego terroru wobec ludności cywilnej. Specjalne w nim miejsce zajmuje zagłada Zydów. W zbrodniach III Rzeszy Niemieckiej uczestniczył Wehrmacht – stąd w Republice Federalnej nie ma miejsca na honorowanie „trudu i znoju niemieckiego żołnierza” drugiej wojny. Można zadumać się nad tragicznym losem wielu zwykłych ludzi, wplątanych w pęta Historii, to tyle. Ich kości leżą w glebach Europy. Co powiedzieć na zakończenie refleksji o dwóch wojnach? Zacytuję z pamięci słowa pieśni Bułata Okudżawy:

Pierwsza wojna, mówisz: ech, to już tyle lat…
Druga wojna, jeszcze dziś winnych szuka świat.
A tej trzeciej, co chce przerwać nasze dni,
Winien będziesz ty, winien będziesz ty…


/Obraz: Pom-Niki, wybór ze zbioru 1988-2011. Strona katalogu wystawy„Jacek Wesolowski, Denk-Mal/Pom-Nik”, Zielona Góra-Dresden 2011. Moje Pom-Niki widz powinien sobie wyobrazić jako budowle, stojące w przestrzeni publicznej: na placach, ulicach, w parkach. Na wystawie pokazałem 44 obiekty wys. 20-50 cm plus aneks fotograficzny 44 zdjęć (10 x 15 cm) realnych pomników, fotografowanych przeze mnie w Polsce, w Niemczech i we Włoszech 2010-11./

Komentarz:

Krzysztof Bronowski Nie do końca mogę się z tym wywodem Pana Jacka zgodzić. Wina nie rozkłada się po równo. Niemiecki cesarz parł do wojny, bardzo chciał wojny, dawał gwarancje Austro-Węgrom i obiecywał, że obroni je przed Rosją. W pierwszej wojnie zwanej Wielką Wojną – Niemcy już dopuścili się kilku aktów barbarzyństwa (Kalisz, Belgia), już wtedy zaczęli tworzyć wzorem Brytyjczyków z wojny burskiej obozy. O jednym z takich obozów pisze Stefan Zweig w powieści Intronizacja. Dość dziwnym faktem jest też to, że Rosja i Austro-Węgry wypowiedziały sobie wojnę ostatnie, jak inni już wzięli się za łby. Rosja wtedy występowała jako obrońca prawosławnej Serbii (następcę tronu z żoną zastrzelił Serb), którą Habsburg upokorzył, a ona te warunki przyjęła, Habsburg uznał, że własne ultimatum to za mało. Rosja jako kraj prawosławny się za Serbią wstawiała, Francja była sojusznikiem Rosji, Wielka Brytania Francji, teoretycznie Rosji, ale jej nie kochała. A w tle mamy jeszcze sprzyjające Rzeszy Imperium Osmańskie…

Jacek Wesołowski jest polskim artystą, mieszka w Berlinie i na poniemieckiej wsi w Polsce (jest o niej mowa w tekście).

Peru 8

Wczoraj pisałam o tym, jak ciekawie dzięki Facebookowi układa się nam życie towarzyskie. Dziś nasza autorka w ostatnim akapicie też porusza ten temat…

Joanna Trümner

Dżungla Amazońska

W ostatnią noc w Cuzco długo nie mogę zasnąć. Myślę o ostatnim dniu spędzonym z Martinem w Świętej Dolinie Inków i o mojej porannej rozmowie z nim. Mijaliśmy właśnie kolejne małe miasteczko w Świętej Dolinie, kiedy z okna samochodu zobaczyłam korowód pogrzebowy, idący główną ulicą miejscowości. Tym razem nikt z żałobników nie kołysał trumny w rytm muzyki, a uczestnicy procesji ubrani byli na czarno. Opowiadam Martinowi o pogrzebie młodej dziewczyny, który widzieliśmy na drugim końcu Peru, w okolicy Nazca, i pytam go, czy rzeczywiście tradycje pogrzebowe w tym samym kraju tak bardzo się różnią. Po chwili namysłu Martin wyjaśnia, że różnica polega na innej interpretacji katolicyzmu w różnych regionach. „Zanim staliśmy się katolikami, mieliśmy w różnych regionach przez tysiące lat swoje własne kultury, religie i wartości”, mówi. „Potem przyszli Inkowie, w pewnym sensie pierwsi „konkwistadorzy”, którzy przywłaszczyli sobie osiągnięcia innych kultur, nieraz nazywając je swoimi”, dodaje. „Inkowie to kultura, która trwała tylko przez niecałe 300 lat, jej popularność wynika tylko z tego, że udało jej się podbić duże tereny i stworzyć Imperium Czterech Części. Panowali na tyle krótko, że zabrakło im czasu do zniesienia lokalnych wpływów i tradycji”. Od Martina dowiaduję się, że obrządki pogrzebowe na terenie całego kraju mają jeden wspólny mianownik, mianownik, który prawdopodobnie dotyczy też terenów innych państw, będących kiedyś częściami Imperium Inków, czyli Ekwadoru, Boliwii, Kolumbii, Chile i Argentyny. Tym mianownikiem jest przekonanie, że spalenie ciała zmarłego jest karą za niegodne życie, karą równoznaczną ze znalezieniem się w piekle. Dzięki temu przekonaniu Hiszpanom udało się podbić Imperium. Trzynasty władca Inków, Atahualpa, odmówił początkowo poddania się władzy hiszpańskiej i nawrócenia na chrześcijaństwo. Po wielomiesięcznym pobycie w areszcie domowym został, pomimo zgromadzenia obiecanego okupu (ponad 6 ton złota i 11 ton srebra), oskarżony przez Hiszpanów o brak współpracy, kazirodctwo i poligamię i skazany na karę śmierci przez spalenie na stosie. Była to dla niego tak niepojęta i najgorsza z wszystkich kar, że w jej obliczu Atahualpa zgodził się na przyjęcie przed śmiercią chrztu, a za nim podążyli jego poddani.To posłuszeństwo wobec Hiszpanów nie opłaciło się, Atahualpa i tak został niebawem uduszony. Martin opowiada mi o jeszcze innym zwyczaju pogrzebowym, typowym dla regionu And. W rok po pogrzebie rodzina wygrzebuje trumnę z ziemi i wyjmuje z niej czaszki zmarłych, które stają się częścią urządzenia domu wiszą na eksponowanym miejscu w jadalni i uczestniczą poniękąd dalej w życiu rodziny. Martin rozbraja mnie, dodając: „u mnie w domu też wis babcia z dziadkiem”. Nie wnikam już w to, jak można w biały dzień po prostu wygrzebać sobie trumny na cmentarzu i coś z nich wyjąć, gdzie są strażnicy, administracja cmentarza? „Co kraj to obyczaj”, myślę uśmiechając się do Martina.

Jestem pewna, że będzie mi brakowało jego poczucia humoru, podobnie jak bbędzie mi brakowało jego przepełnionego historią miasta i jego tęczowej flagi, która na początku wywołała u mnie zaskoczenie.

Rano ruszamy w podróż do Parku Narodowego Manu, na pograniczu Kordylierów Wschodnich i peruwiańskiej części dżungli amazońskiej. Tym razem jesteśmy częścią małej ekspedycji, w samochodzie oprócz nas jedzie kierowca, dwóch przewodników i dwie amerykańskie turystki. Przed wjazdem na teren parku zatrzymujemy się w małym, malowniczym miasteczku, Paucartambo. Zwiedzamy muzeum historii parku, gdzie znajdujemy też informacje o indygennej ludności tych terenów. Tu też natykam się na kolejny polski akcent. Rezerwat Biosfery Manu zawdzięcza wpisanie na listę UNESCO w r. 1987 Celestino Kalinowskiemu. Ojciec Celestina, Jan, pracował na zlecenie Konstantyna i Aleksandra Branickich przy tworzeniu w XIX wieku Muzeum Zoologicznego w Warszawie. Jeździł po świecie w poszukiwaniu interesujących okazów, dwa lata spędził w okolicach Władywostoku, skąd wyruszył w drogę po Korei i Japonii. W roku 1889 bracia Braniccy sfinansowali mu wyjazd do Ameryki Południowej. Tu ożenił się z Peruwianką, Marią Villamonte, i nigdy już nie wrócił do Polski. Zamieszkał w rejonie Manu, gdzie prowadził badania naukowe. W pracach często towarzyszył mu syn Celestino (jeden z czternaściorga dzieci!!), który niestety nie mówił już po polsku. Podobnie jak ojciec Celestino Kalinowski jako dorosły mężczyzna zarabiał na chleb zbierając i preparując rozmaite okazy roślin i zwierząt, które sprzedawał następnie do muzeów i placówek naukowych w różnych zakątkach świata.

Oglądamy jeszcze mały, piękny kościółek w Paucartambo, w którym widzę kolejną wersję Matki Boskiej. Tym razem jest to Matka Boska sprawująca pieczę nad dżunglą, otoczona papugami.

Za miasteczkiem droga staje się coraz gorsza, jedziemy po strasznych wertepach, przy każdym mijanym kilometrze coraz bardziej żałuję, że przed wyjazdem z Cuzco zjadłam wielkie śniadanie w hotelu. Cieszę się z piętnastominutowej przerwy przy tablicy informacyjnej przy wjeździe do parku, jednego z najbogatszych pod względem przyrodniczym rejonów Nowego Świata. Na terenie o powierzchni połowy Szwajcarii żyją tutaj dwa tysiące gatunków zwierząt, jak tapiry, mrówkojady, małpy i leniwce, oraz ponad tysiąc gatunków ptaków.

Według legendy na terenie parku znajdują się też pozostałości tajemniczego inkaskiego państwa-miasta Paititi. Miasta, do którego uciekli przed konkwistadorami członkowie klas panujących Inków, zabierając ze sobą wszystkie bogactwa (sztaby złota, biżuteria, monety, figurki oraz inne przedmioty ze szczerego złota). Wartość poszukiwanego od r. 1572 miasta szacuje się na 10 milardów dolarów.

Ruszamy w dalszą drogę. Przysypiam, marząc o znalezieniu tajemniczego miasta. Stan rozmarzenia przerywa nam niezapowiedziany postój. Przejeżdżamy przez miasteczko, w którym odbywa się czterodniowa fiesta z okazji dnia Świętej Róży z Limy, prekursorki służby społecznej w Peru i pierwszej świętej kościoła katolickiego pochodzącej z Ameryki. Droga wyjazdowa z miasteczka zablokowana jest dwoma ciężarówkami. Nasz przewodnik Ronaldo wraca do samochodu z niewyraźną miną. „Nie chcą nas przepuścić, a zanosi się na kilkudniowe świętowanie”. „Innej drogi nie ma”, dodaje po chwili. Wychodzimy z samochodu rozprostować nogi i popatrzeć na świętowanie. Na ulicy zebrali się chyba wszyscy mieszkańcy okolic, od małego dziecka do starych dziadków i babć. Są tu stoiska z jedzeniem, dewocjonaliami, piciem (mężczyźni kupują piwo skrzynkami). Nie zabrakło też miejscowych polityków, którzy walczą o ostatnie głosy (wybory lokalne tuż tuż). Jest głośno i kolorowo, jestem pewna, że podobnie wyglądają fiesty w całym byłym imperium Inków. „W sumie to by była niezła przygoda, gdybyśmy zostali tutaj na noc”, myślę. W tym samym momencie widzę przed nami wyraźnie spokojniejszego Ronaldo. „Udało się, możemy jechać dalej”, informuje.

Wsiadamy z powrotem do auta przy akopaniamencie gwizdów. Po kolejnej godzinie jazdy po wertepach drugi z przewodników, Cecile daje kierowcy ręką znak, żeby się zatrzymał. Wysiadamy i nie robiąc żadnego hałasu zbliżamy się do miejsca, w którym patrzy nam w oczy idealnie zielona żmija.

Przez kilka minut przyglądamy się sobie, każdy z naszej grupy ma szanse na zrobienie zdjęcia. „To tak, jakby chciała przywitać nas w parku”, komentuje Cecile. Zanim ruszymy dalej, mamy jeszcze szczęście zobaczyć narodowego ptaka Peru, cock-of-the-rock (rupicola), którego uroda jest moim zdaniem dosyć kontrowersyjna.

Mijamy różne rodzaje dżungli, las górki, las mglisty i las równikowy, zjeżdżamy samochodem coraz niżej (zaczęliśmy na 2.400 m). Zmieniamy środek lokomocji, żegnamy się z kierowcą, który tak brawurowo przewiózł nas przez te wszystkie wertepy, rowy i strumyki, aby wsiąść do łodzi, a właściwie dwóch łodzi. Nasze współtowarzyszki z Kaliforni, Myra i Helen jadą do innej „lodge”, spotkamy je ponownie dopiero za kilka dni. Kiedy docieramy do miejsca noclegu, dosyć szybko zapada zmrok. Na szczęście od razu udaje nam się znaleźć latarki. Mimo to nieznane mi odgłosy na zewnątrz domku trochę mnie na początku przerażają. Wieczorem siedzimy przy świeczkach w jadalni ośrodka. Nawiązujemy kontakt z pięcioosobową grupą Amerykanów, których spotkaliśmy już wcześniej w drodze do dżungli. Już wtedy wpadły mi w oko ich aparaty fotograficzne z niesamowicie długimi obiektywami. To grupa biologów, którzy wspólnie studiowali na University of Massachussets przed dwudziestu kilku laty. Następnie zgubili się z oczu i znaleźli przypadkowo przez Facebooka. Peru to ich wspólna, trzecia wyprawa. Wyjaśnia się też tajemnica długich obiektywów. Jeden z nich, Brian, pracuje jako fotograf dla National Geographic i stąd ten w pełni profesjonalny sprzęt. Wszyscy są bardzo sympatyczni, ale tak bardzo się między sobą różnią – w grupie jest emerytowany urzędnik państwowy, dwóch profesorów uniwersyteckich, jeden autor i fotograf – że zastanawiam się, czy byliby w stanie bez konfliktów spędzić więcej niż dwa wspólne tygodnie w roku. Po świetnej kolacji i kilku drinkach wracamy do naszego domku przy akompaniamencie tylu odgłosów, że mam wątpliwości, że uda mi się przespać noc.

Cdn

 

Ludzie z Facebooka

Ewa Maria Slaska

Spotkania w sieci

Nikt z nas nie zastanawia się już zapewne nad tym, co naprawdę znaczy angielska nazwa Facebook – twarzoksiążka. Facebook to Facebook. Tymczasem, podobnie jak w autentycznych twarzoksiążkach, tak i na facebooku tak naprawdę wcale (a w każdym razie mniej) nie chodzi o twarz osoby, a bardziej o to, co robi. Facebooki były spisem ludzi, których coś łączyło (praca, studia, klub, szkoła), spisem z imieniem, nazwiskiem, datą urodzenia, zdjęciem i krótką informacją o człowieku. Takie książki robili na przykład maturzyści lub absolwenci pewnego rocznika studiów. Ludzie z twarzoksiążek wiedzieli, że byli razem, a teraz się rozchodzą. I wiedzieli, że z czasem o sobie zapomną, a facebooki miały temu zapobiec. Mogły też posłużyć tym, którzy po latach chcieli się odnaleźć. Twarzoksiążki ułatwiały zatem pamiętanie i spotkanie. I pod tym względem Facebook spełnia swoją rolę fantastycznie, naprawdę pomaga się odnaleźć i naprawdę umożliwia nieoczekiwane spotkania, lepiej chyba nawet niż to kiedyś zapewniały pociągi i bary hotelowe.

Chciałabym od czasu do czasu napisać o takich ludziach, których spotkałam dzięki Facebookowi. Dziś jeden z nich. Mars Wawrzyn

marswawrzyn

Mars prowadzi stronę o starych drzewach i taki oto obrazek tytułowy ma na swoim profilu facebookowym. Uważam, że obraz jest zachwycający, ale ja chyba po prostu lubię obrazy przedstawiające zimę. Dopiero jak się człowiek dokładniej przyjrzy, to zobaczy, że facet po lewej stronie małą siekierką zamierza ściąć ścięte mrozem, a więc twarde, stare, grube drzewo.

Gijsbrecht_Leytens_-_A_winter_landscape_with_woodcutter

Zanim przejdę do opowieści o człowieku, który sam siebie nazywa Mars, nie mogę się oprzeć pokusie, by znaleźć autora obrazu. Zajmuje mi to pół godziny i wiem już, że obraz namalował Flamand Gijsbrecht Leytens (1586–1656), zwany malarzem zimowych krajobrazów. Artysta nazwał swe dzieło najprościej, jak to możliwe: Krajobraz zimowy z drwalem i wędrowcami.

A więc Mars, blog o drzewach, najlepiej starych, ale to właśnie tam jest też historia o kieliszku szklanym z obrazu Gerarda ter Borcha, z kolei na FB znajduję opowieść o Złotych Jamach. Ta zaczyna się tak:

Dawna leśniczówka w Górzyńcu, tu zapewne urzędował “stary Mannich”, co widział Złote Jamy, kiedy były jeszcze na dwadzieścia metrów głębokie.

A potem już na całego:

“W Grzbiecie Kamienickim Gór Izerskich, nad rzeką Małą Kamienną, około dwóch kilometrów na zachód od budki i krzyżówki kolejowej Kopaniec [Kreuz-Station Seifershau], strumień Wilcze Płuczki wpada do Małej Kamiennej. Na zachód stamtąd, w oddziale 16, na południowym zboczu Gaika [Hainchen], znajdziemy na mapach leśnych miejsce zwane „Złote Jamy”. W księdze Wenecjanina Johannesa Wale [Jana Wlacha, „walończyka”] czytamy: „Pomiędzy Małą Kamienną i Wilczymi Płuczkami jest w ziemi dziura, a w niej złoto”. Cogho [Robert Cogho, 1835-1902] dodaje: „Wyrobisko – stary, na wpół zawalony szyb – wciąż tam jest. Wypełniony wodą do poziomu dwóch metrów poniżej gruntu ma, jak wskazuje pion, około dziesięciu metrów głębokości, a za czasów starego Männicha, który był leśniczym w Górzyńcu czterdzieści lat temu, miał być głęboki na ponad dwadzieścia metrów. Otwór jest zabezpieczony. W głębi szybu, pod wodą, znajdują się pewnie stare drewniane mechanizmy. Oprócz tego w pobliżu widoczne są wyrobiska również wskazujące na roboty górnicze.” (1938)

No i jeszcze najważniejsze:

14 grudnia w siedzibie wydawnictwa Wielka Izera w Chromcu koło Jeleniej Góry odbędzie się premiera książki
Michelsbaude
To książka Marsa o jego rodzinie


Mars poleca mi też dwie strony na Facebooku, jedną z lalkami niejakiej Matyldy, drugą z rysunkami pewnej Leny. Matylda, jak się okaże, to żona. Lena – to córka. A omalże głowę bym dała, że jest na odwrót, że Lena jest poważna i surowa, Matylda młoda i niepoważna.

No bo proszę, to Matylda.

lalkamatyldaw

A to Lena

Bardzo jestem zadowolona z tych spotkań, z Marsem, z Matyldą, z Leną. Wiem, że FB bruździ, a jego metody pozostawiają, łagodnie mówiąc, wiele do życzenia. Ale to właśnie FB pozwolił mi spotkać ich troje. 🙂

Polska proza spoza Polski (Austria)

Teresa Rudolf

Podróż…

Jechał pociągiem.

I rozmyślał sobie, że siedzi się teraz pewnie dokładnie tak samo jak w XX wieku, ale te kulisy dzwiękowe…
Te najróżniejsze melodie, dźwięki, sygnały dochodzące z komórek, te różnorakie języki, najintymniejsze wyznania, najważniejsze sprawy ludzkie latajace w powietrzu nad głowami jak insekty, wlatujące do uszu…
Taki zbiorowy tinitus na czas jazdy, myślał, wychodzi również z tobą na ulicę, do kawiarni, ubikacji, wszędzie. Nie możesz nic zrobić, nie możesz wyłączyć, wyciszyć, uciec do wewnątrz.
Nawet kiedy zamykasz oczy jak drzwi do pokoju, bo chcesz być sam, wdzierają się różne penetrujące dźwięki, namolne, natrętne, borujące aż do duszy.
Mieszają się sprawy zawodowe, prywatne, intymne, wszystko…
Ludzkość pokazuje sobie nawzajem goły tyłek prywatności na trasie Wiedeń – St.Pölten, Kraków – Wiedeń, Paryż-Lasek Buloński, Nowy Jork – Waszyngton, Kraków – Wieliczka.
Bezwstydność gadających, brzęczących komórek, omotuje, bierze w niewolę, wbija się w mózg, serce.
Kiedy tak sobie rozmyślał, nagle wpadł zamaskowany człowiek z pistoletem w ręku, wściekłością w oczach, krzycząc w językach całego świata rownocześnie: „wszystkie komórki na ziemię, bo strzelam!“
Zaczął je deptać, skakał po nich, niektóre wyrzucił przez okno. Nagle rozległo się świergolenie jakiejś komórki, która uchowała się w czyjejś torbie.
Mężczyzna znów krzyknął w językach caąego świata rownocześnie: „powiedziałem, że strzelam!“
I strzelił.
Z pistoletu wydostał się dźwięk jak syrena alarmowa, coraz głośniejszy, tak głośny, że zamarł cały świat, zwierzęta zaczęły wygrzebywać nory w ziemi, by się schować, zdezorientowane ptaki latały w kółko, ryby wypłynęły, a dno morskie zaczęło się kotłować, przygotowując się do tsunami…
Ludzie naiwnie zatykali uszy…
Głos syreny osiągnął nie znane światu natężenie…
Teraz był to już tylko jeden ton.
Na wszystkich mózgach świata pokazała się prosta linia EEG.
Monitor niebieski pokazał światu wyznaczoną linię śmierci!
W drzwiach wagonu pojawił się młody człowiek. Zdziwił go wyraz twarzy podróżnych, którzy z otwartymi ustami i oczyma wyglądali jak w jakimś strasznym zbiorowym śnie.
Spojrzał na stojącego nieruchomo jak figura woskowa mężczyznę, trzymającego w jednym ręku kartkę z napisem: “terrorysta samobójca”, a w drugim pistolet.
Nieśmiało wyciagnął swoją tabliczkę: “jestem głuchoniemy, zbieram pieniądze na aparat słuchowy.”
Nikt nie wrzucił ani grosza.

Barataria 92 Królik po kanaryjsku

W poprzednim wpisie baratarystycznym podałam przepis na królika pieczonego, takiego, jakim być może z polecenia okrutnej księżnej uraczono nowo mianowanego gubernatora Baratarii – Sancho Pansę – po to tylko, aby mu tę pięknie pachnącą potrawę natychmiast sprzątnąć sprzed nosa. Dziś przepis na królika, o którym autor napisał w komentarzu pod poprzednim wpisem, że królika łatwo wykonać, brakuje niestety tylko jednego – wulkanicznego skwaru.

No cóż…

Do przyrządzenia słynnej carbonary czyli makaronu, jaki przygotowywali sobie włoscy partyzanci – karbonariusze – też są potrzebne wściekle gorące, nagrzane słońcem, kamienie, a jednak jakoś sobie radzimy…

Siddartha

Tibor Jagielski

Zaginiony notatnik z podróży do Afryki Zachodniej (1)

Większość podróży zapominam natychmiast, szkoda czasu, ale tamtej nie jestem w stanie, bo zostałem wtedy ochrzczony przez Neptuna, a tego się nie da zapomnieć.

Jak zwykle notowałem i malowałem to, co najważniejsze w pamiętniku: czas, miejsce, kurs statku, porty, dźwigi, statki, latające ryby, delfiny, twarz umierającego szympansa, rękę chorego na malarię oficera, przepisy kulinarne dla matki, znaczki dla brata, etc.
W każdym razie po opuszczeniu Zatoki Biskajskiej statek nasz wziął kurs na Wyspy Kanaryjskie. Wiatry były sprzyjające i już po pięciu dniach ujrzeliśmy największą wyspę archipelagu, Gran Canarię, i stanęliśmy na redzie portu w Las Palmas.

Tym razem zamiast czarnej brygady (jak w San Sebastian) przypłynął w motorówce czarny jak smoła pilot, uśmiechnięty szeroko wspiął się szybko po drabince na burcie i zawołał po polsku – Witamy! A wtedy, jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, obudziły się maszyny, kotwica ruszyła do góry, a bryła statku drgnęła i zaczęła poruszać się w kierunku portu, który niczym otwarta dłoń leżał przed nami.

Czarny masyw wulkanu przecinała formacja śnieżnobialych chmur, miało to wygląd fantazji rodem z filmu Disneya.

Tylko żebyś mi nie został człowiekiem!

Królik po kanaryjsku

Sprawionego i poćwiartowanego królika umieścić w naczyniu
z szałwią, tymiankiem, rozmarynem, oregano i liściem laurowym
dodać sok z jednej cytryny i 2 łyżki stołowe oliwy
lekko posolić, wymieszać, przykryć i odstawić na pół godziny w chłodne miejsce

Pół kilo ziemniaków obrać i pokroić w cząstki wielkości męskiego kciuka
2 duże cebule obrać i pokroić w grube plastry

Piekarnik rozgrzać do tempertury 180° C
na wysmarowanej masłem blasze położyć części królika
między nimi umieścić kawałki kartofli, a całość pokryć plastrami cebuli
piec ok. 30 –45 min (sprawdzić, czy mięso jest kruche i odchodzi od kości)
podlać kieliszkiem białego wina
i na ostatnie 7 minut podwyższyć temperaturę do 220° C

Hillsong… wejdźmy na wzgórze i śpiewajmy na chwałę Pana

Hillsong to kościół, tzw. “mega kościół”, który powstał w Australii, ale w międzyczasie rozprzestrzenił się po świecie. Kościół nie jest właściwie nowy – jeśli wierzyć danym, które znalazłam w sieci, to jest to “chrześcijański zespół muzyczny duszpasterstwa młodzieży” i jest przez niektórych traktowany jako “wolny kościół” (bez liturgii i komunii), przez innych jako część kościoła zielonoświątkowców, który w Polsce uważany jest, jak sądzę, za sektę. “Ludzie z Hillsong United zajmują się duszpasterstwem młodzieży i robią to bardzo interesująco”, pisze Gość Niedzielny, gazeta bezwzględnie katolicka, która uważa, że warto się zapoznać z ich działalnością, “bo teksty ich piosenek są mądre i przepełnione miłością do Boga”. Np piosenka I surrenderPoddaj się woli Bożej.

Na platformie jezuici.pl ktoś, zatroskany, pisze, że “ich piosenki są proste, a zarazem bardzo mocne, ale gdy oglądam klipy, mam nieodparte wrażenie, że ktoś na tym nieźle zarabia, a Jezus jest raczej traktowany jako gwiazda popkultury. Ludzie przychodzą tam pośpiewać, potańczyć, na zewnątrz może wydawać się to takie płytkie”, na co ktoś z platformy odpowiada: “Hilsong to tradycja protestancka i o tym należy pamiętać, słuchając i śpiewając piosenki promowane przez tę wspólnotę. Żadnych zakazów i nakazów. Warto jednak być ostrożnym i czujnym, pamiętając, że wyrastające jak grzyby po deszczu wolne Kościoły orientacji ‘ponaddominacyjnej’, stanowią swoistą formę Kościoła zredukowanego (np. brak sakramentów, sukcesji apostolskiej, magisterium nauczania)”. Spotkałam się też ze zdaniem, że Hillsong promuje “ewangelię sukcesu”, ale z kolei pozytywne wydaje mi się, że ich przywódca (“uwielbieniowy” – czyli co? taki, którego mamy uwielbiać?) jest gejem i zawarł (lub zamierza zawrzeć) małżeństwo homoseksualne.

Hillsong jest częścią ekumenicznego ruchu odnowy kościoła, któremu patronuje m.in. papież Franciszek. W nagraniu poniżej występuje m.in. uwielbiany w Polsce Andrea Bocelli.

Spotkałam ten kościół w Ameryce. Byłam na niedzielnym nabożeństwie. Było miło i wzruszająco, choć po prawdzie – wszędzie w Ameryce jest miło, bo (już to pisałam), Amerykanie są na ogół – choć może tylko na pozór – znacznie milsi niż Europejczycy; widomy efekt stosowanej od kilku pokoleń polityki “keep smiling”; to co się kiedyś wydawało sztuczne i wymuszone, stało się drugą naturą i to jak najbardziej autentyczną.

Postanowiłam zobaczyć, jaki jest kościół Hillsong w Berlinie. Nabożeństwa odbywają się o 11:00, 13:00 & 17:00 w kinie nr 3 w Kulturbrauerei na Schönhauser Allee. Nie zdziwiło mnie to zbytnio. W Ameryce spotkaliśmy się w teatrze, a kiedyś, dawno temu, byłam na afrykańskiej mszy ewangelickiej w nieużywanych magazynach sklepu Lidl w Berlinie. Kościoły bez własnych kościołów wszędzie korzystają z innych, często przypadkowych pomieszczeń.

Jak było?

Powiedziałabym, że tak jak w Ameryce – wspólnie i przyjemnie, ale była też wielka różnica. W Ameryce spotykają się na pewno ludzie dobrze sytuowani. W Berlinie – Hillsong jest schronieniem dla samotnych i najwyraźniej niezamożnych people of colors. Czyli – niby wszystko tak samo, a przecież zupełnie inaczej. Samotni. Smutni.

O tak, wejdźmy na wzgórze i śpiewajmy na chwałę Pana, niech nam da pracę, pieniądze i przyjaciół…

Jeszcze Ameryka…

Ewa Maria Slaska

Wilkojoty i marmolada

Wróciłam już wprawdzie ponad dwa tygodnie temu, ale głowę mam oczywiście wciąż pełną wrażeń, wspomnień i przemyśleń z Ameryki.

Wszyscy mnie pytają co mi się najbardziej podobało, a odpowiedź brzmi: Ameryka. (Nota bene na pytanie, co mi się NIE podobało, odpowiadam to samo: Ameryka).

Podobała mi się architektura, muzea, natura i ludzie. Architektura jest wspaniała, a już zwłaszcza to, co się teraz buduje – cieniutkie wysokie budynki błyszczące w słońcu, dokładnie  takie jak miasta przyszłości, które wyobrażaliśmy sobie, jak byliśmy mali, a opowieści SF nie były okrutne tylko obiecywały piękny świat bez wojen. Muzea są równie wspaniałe i za darmo, coś, co jeszcze w latach 80 było regułą i w Europie, ale niestety padło ofiarą globalizacji. Natura w Ameryce jest skarbem wręcz niewyobrażalnym. W Europie już chyba po prostu nigdzie nie ma takich ogromnych przestrzeni natury – nie wiem, może się mylę, może w Finlandii, może w Rosji. Nie byłam, nie wiem. W Ameryce nietknięta natura to nie jest jakaś kraina gdzieś daleko, w Ameryce natura jest pod ręką. Jedziesz 5 minut i wjeżdżasz w góry, porośnięte wspaniałym lasem, gdzie zaczyna się szlak dla pieszych wędrowców, którzy mogą tak iść przez trzy tysiące kilometrów!
No i ludzie. Ludzie są nadwyczajnie wręcz mili, grzeczni, uprzejmi, pomocni. Rozmawiają ze sobą, uśmiechają się.

Odwiedzamy w niedzielę mały lokalny targ na placu koło stacji kolejowej. Pierwszej niedzieli na targu śpiewają uczniowie lokalnej highschool. Po tygodniu ich nie ma, wdajemy się za to w rozmowę z Lynne, która produkuje marmolady i galaretki.

Wszystkiego możemy pokosztować. Każdy otwarty słoiczek z łyżeczką jednorazową do pokosztowania jest przykryty niebieskim plastikowym kubeczkiem. (To mi się w Ameryce NIE podoba – wszędzie mnóstwo plastiku).

Jednoosobowa firma produkcyjna Lynne nazywa się “kuchnia kojota”.

Ale zwierzę na zdjęciu to nie kojot. “Wilk?” pytamy. Nie, nie wilk. Lynne sama zrobiła to zdjęcie, które zdobi jej wizytówkę i naklejki na słoiczki. Akurat nikogo nie było w domu, gdy pod okno podeszła gromadka tych zwierzaków. Gdy były już blisko, Lynne stwierdziła ze zdumieniem, że nie są to wprawdzie wilki, ale jak na kojoty stworzenia są za duże i mają zbyt puszyste futro. Okazało się, że “upolowała” fotograficznie kojota wilkowatego / wilka kojota – który po angielsku nazywa się coywolf co ja osobiście przetłumaczyłam sobie na wilkojota. Rzadkie zwierzę i Lynne jest bardzo dumna, że tak się jej udało “strzelić” fotkę.
“No ale jednak jak zakładałaś firmę, to wzięłaś zdjęcie wilkojota, ale użyłaś nazwy kojot. Dlaczego?” “Bo nazwa była zbyt dziwna, a wilkojot jest zbyt rzadki.”

Lynne ma oczywiście stronę internetową i fanpage na Facebooku, gdzie podaje też przepisy. Kupiłam jeden słoiczek jej wyrobów. Pumpkin Spice Apple Butter, masło jabłkowo-dyniowe, wyprodukowane chyba bez… dyni! W każdym razie na etykietce są podane składniki i dyni wśród nich nie ma: jabłka, cytryny, cukier, z dodatkiem cynamonu, gałki muszkatołowej, ziela angielskiego i pektyn jabłkowych. Czy w środku jest dynia  czy też nie, okaże się dopiero po otwarciu słoiczka, ale to prezent i trzeba poczekać, aż “prezentobiorca” się zgłosi po odbiór.

Na fanpagu czytam:

Seasonal small batch, handmade jams, jellies, and marmalades.
Product is freshly kettled with the availability of local fruit.

Czyli – przetwory sezonowe w małych domowych ilościach z produktów lokalnych, aktualnie dostępnych. Po czym znajduję zaproszenie, że możemy się zgłosić i nauczyć od Lynn… szydełkowania.

Na stronie Coyote Kitchen nie ma przepisu na masło dyniowo-jabłkowe, ale znajduję go bez trudu po postu na innej stronie w internecie:

 

Ingredients / Składniki

  • 15 ounces preserved or fresh pumpkin (ok. 0,5 kilo dyni gotowanej lub konserwowej)
  • 1 medium apple, peeled and grated (1 średniej wielkości jabłko, obrane i utarte)
  • 1 cup apple juice (filiżanka soku jabłkowego)
  • 1/2 cup firmly packed brown sugar (pół filiżanki cukru brązowego)
  • 3/4 teaspoon pumpkin pie spice (3/4 łyżeczki przypraw do placka dyniowego – czyli to co podaje Lynn na etykietce: cynamon, gałka muszkatołowa, ziele angielskie)

How to prepare / Przygotowanie

Combine pumpkin, apple, apple juice, sugar and pumpkin pie spice in medium saucepan (Wrzuć wszystkie składniki do rondla). Bring to a boil; reduce heat to low (Zagotuj, po czym zmniejsz płomień). Cook, stirring occasionally, for 1,5 hours (Gotuj, od czasu do czasu mieszając, przez 1,5 godziny). Serve with buttermilk biscuits, breads, corn muffins or hot cereal (podawaj z krakersami, grzankami itp). Store in airtight container in refrigerator for up to 2 months (Zakonserwowane smarowidło dyniowe można przechowywać w lodówce do 2 miesięcy).

Recipe makes 3 cups. (Z podanej porcji otrzymamy 3 filiżanki smarowidła).

Tu jeszcze cookies z dynią i żurawiną z Coyote’s Kitchen (to inna firma – “nasza” jest bez apostrofu.) Nie będę tłumaczyć, sami sobie przetłumaczcie.

Smacznego!