Notatnik niespiesznego cyklisty czyli…

Mal Content

Z dziennika tetryka 8

Wirują, wirują, tysiące szprych w kole fortuny matuli…, a rower dzielnie niesie przez las mnie samego i moje znienawidzone nadmiarowe kilogramy. Przez las lub przez pola. Czasem leśnym duktem, nieraz drożyną polną. A niekiedy – rzadziej – asfaltową szosą. Zależnie od tego, jaką trasę wybiorę. Wszak zmieniam szlaki, aby uniknąć monotonii.
Ot, choćby ten trakt bitumiczny: meandruje od wioski do wioski, to łąkę minie, to pole przetnie, to bór sosnowy trawersuje. Pejzaże różnorodne, wymagania kondycyjne umiarkowanie wysokie. Ideał. Toteż często zeń korzystam. Ale teraz, w okolicach października, ciągnie mnie tu szczególnie. Nie dla piękna krajobrazu. Bynajmniej. Raczej po to, aby trochę podrapać duszę, pamięć, emocje. By, jak rzekł Klasyk, nie zarosły błoną podłości.
O fakcie, że to malownicze miejsce ma złą historię, dowiedziałam się właściwie niedawno. Rok temu. Niby znam dzieje moich okolic dobrze; przed udaniem się na emigrację wewnętrzną udzielałem się jako dość nawet zaangażowany regionalista. Niby orientuję się, że region ma długą, bo wojen napoleońskich sięgającą, tradycję obozów jenieckich. Niby wiedziałem, że podczas ostatniej wojny było ich tu szczególnie wiele: jeden z nich, stalag, który tak naprawdę stalagiem nie był (w rzeczywistości bowiem spełniał wszelkie kryteria oflagu), ma światową – ba, hollywoodzką! – sławę. Ale istnienia tego tu oto obozu stałem się świadom dopiero poprzedniej jesieni. Gdy przy szosie zainstalowano mały drogowskaz, zaś odrobinę w głąb lasu pojawił się pamiątkowy kamień, a przed nim kilka wieńców świeżych kwiatów. Drogowskazu już nie ma, nie przetrwał. Wieńce dawno usunięto. Kamień trwa, na szczęście. Więc zjeżdżam z trasy.


Dulag Kunau. Powstał pod koniec września 1939 roku, gdy jeszcze gdzieniegdzie w Polsce (tu były Niemcy) toczyły się ostatnie walki. Istniał do stycznia roku następnego, kiedy jeńców rozlokowano po okolicznych stalagach, bo też, w rzeczy samej, byli to głównie szeregowcy i podoficerowie.
Stoję przed kamieniem, a pamięć podsuwa mi jeden z najcelniejszych fragmentów mojego ukochanego Abecadła Kisiela. Podsuwa, bo znam go na pamięć. Pod hasłem Kardynał Stefan Wyszyński stoi, między innymi, napisane:
Mnie się podobało, że on miał poczucie humoru. Nie robił z tego dużego użytku, ale pamiętam kiedyś, jak zaprosił posłów koła „Znak” do Lasek, urządził takie rekolekcje swojego rodzaju. Potem przemawiał i mówi, że Polska jest od kilkuset lat pod specjalną opieką Matki Bożej, a ja się nachylam do Stommy i szepczę, że coś nie bardzo Polska wyszła na tej opiece. A on patrzy na mnie, już wiedział, co ja mówię. Mówi: „Pan chce żebym ja pana wyklął, a ja nie. Ja wiem, co pan powiedział”.
Nie dla humoru purpurata cenię sobie ów passus, tym bardziej nie dla nadchodzącej beatyfikacji Kardynała. Nie jest to postać z mojej bajki. W przeciwieństwie do Kisiela. No bo, ostatecznie, który z nich celniej zdiagnozował rzeczywistość?
Mistyczne interpretacje historii już sobie pozwoliłem kiedyś z przekąsem skomentować. Na miejscu dawnego dulagu ogarniają mnie zgoła inne emocje. Skąd one się biorą? Sam w żaden sposób nie mam prawa pamiętać tamtego czasu. Moi rodzice urodzili się w drugiej połowie wojny, już pod jej koniec właściwie, przeto i oni mi tego nie przekazali. Więc skąd? Nie mam pojęcia. Ale stojąc przed kamieniem czuję dotkliwy smutek i złość. Na to, że tak wielu młodych chłopaków skazano, bez żadnej winy z ich strony, na rozpacz klęski. Na strach o przyszłość. Na prawie sześcioletnią rozłąkę z rodziną. Na poniewierkę, na głód, na chłód spania zimą pod namiotami.


Na niewolnictwo i traktowanie jak bydło robocze. Na niepowetowaną utratę najlepszych lat beztroskiej młodości. Bo komuś, kurwa, zachciało się być nadczłowiekiem!
A problem jest uniwersalny. Nie dotyczy jedynie dulagu Kunau i Września owego pamiętnego. Uzurpatorscy nadludzie, którzy uważają, że mają prawo dla swych korzyści rozpieprzyć innym życie, byli, są i będą. Sam znam kilku.
Ach, ulało mi się znowu żółci i goryczy… Tylko spokojnie, pamiętaj Malu Contencie o nadciśnieniu. Posłuchaj kojącego szumu sosen nad głowami.


Te sosny też nie pamiętają obozu, są zbyt młode. Nie słyszały stłumionego wstydliwie płaczu mężczyzn, którzy pierwszy raz w życiu być może, w brutalnych okolicznościach, spędzali Wigilię z daleka od najbliższych. Te sosny i tak mają szczęście. Piją, co najwyżej, łzy i pot, jakie wsiąkły w ziemię osiemdziesiąt lat temu. Ale nie wyrosły na masowych grobach.
I mknę dalej asfaltowym traktem, coraz bardziej utwierdzając się w przekonaniu, że określenie polityka historyczna zawiera truciznę: gloryfikuje wojny, co z tego, że nawet i dla nas zwycięskie. Wojna to wojna. Zawsze jest zła. Pamięć historyczna? Już lepiej – jeśli rzetelną jest i uczciwą. Pamięć ofiar? O tak! Wszystkich.

Barataria: wojna o wyspę (reblog+)

Znalazłam taki obrazek w internecie i przepraszam za błędy, informuję jednak tych, którzy mogliby tego nie wiedzieć, że błędy stanowią (chyba niezbędną) część internetowego folkloru i trzeba się z nimi pogodzić.

Myślałam, że to żarcik – i też by to było zabawne – ale nie, to nie żarcik, to prawda. Czytaj TU (po polsku), TU (po niemiecku) i TU (po angielsku). No i nie ma rady – TU po duńsku.

Jako córka polarnika dodam, że zostawianie alkoholu i pożywienia w stacjach, bacówkach, kolibach, szałasach i innych schronieniach bez obsługi, jest w krainach polarnych bezwzględną normą. A może zresztą jest tak wszędzie, gdzie ludzie mogą się znaleźć głodni i spragnieni. Przybysz zjada i wypija to, co znalazł w schronieniu, a – jeśli ma – zostawia dla następnych swoje napitki i jadło. Jeśli nie ma, to los mu sprzyjał…

A tu jeszcze dokładny kawałek mapy, z którego wyraźnie wynika, dlaczego dwie pozostałe wyspy nie są przedmiotem wojny, a ta – tak.

Ucieczka na Wyspy Szczęśliwe, ciąg dalszy

Przed zapoznaniem się z treścią i przesłaniem tego wpisu, warto sięgnąć do odcinka poprzedniego: TU

Wizja: Marek Włodarczak

reżyseria i scenariusz: Marek
w roli głównej: Marek
ponadto: Aguula Marzycielka / Ewa / Bosman / kot Bosman / Syrena
produkcja, kamera, montaż, postprodukcja: Aga
muzyka: internetowi producenci dźwięków
czas akcji: lato 2019
miejsce: Wdzydzki Kąt
łodzie: Marek
kraj i rok produkcji: Polska 2019
długość: 3:50
dźwięk: oryginalny, podpisy

tytuł:


A tu jeszcze komentarz wizjonera, który w pewnych kręgach ma ksywkę Innowacja:

Na Ziemi nie ma już Wysp Szczęśliwych, ale są w Kosmosie, miliony albo i więcej zielonych planet, nie tkniętych ludzką stopą i niedostępnych dla kolonizatorów, czekają na pierwszych absolwentów kursu, jak nie czynić Ziemi sobie poddaną. No to, na co czekamy? Przystąpmy do egzaminu i w drogę.

Tryptyk jesienny

Teresa Rudolf

Obcinanie serc

Codzienne,
pracowite obcinanie serc,
za dnia lub w nocy,
ktoś przestał kochać głośno
a zaczął zdradzać cicho….

Obcięte
kawałki serc,
leżące raz na psychiatrii,
a raz w kościele, a po nich
przechodzące, obce buty.

Obcięte
serca, szukające
swych części i chirurgów
do przyszywania, z modłami
zaklinającymi zrastanie.

Obcięte
serca, czekające
na powrót swych
zmarłych, bo odfrunęli
wiedząc przecież, że zaboli.

Obcięte
serca, nie rozumiejące
za co, dlaczego, po co,
ciągle ktoś je przycina,
nożycami bezwzględności.

Taniec ze sobą

Taniec ze sobą,
czasem deptanie sobie
po palcach, czasem po sercu…

Zawrót głowy,
życiem zachłyśnięcie,
miękkość muzyki zachwytu…

Taniec ze sobą ,
na dobre i na złe,
i “że Cię nie opuszczę”…

Zawrót głowy,
ciało węża wiotkie,
pozostań mi zdrowe…

Taniec ze sobą,
pod nogami ziemia,
a nade mną niebo…

Oby kiedyś też tak,
tylko tak, tylko tak…
a nade mną niebo!

Odpływanie, przypływanie…

Dziś czytam z białych chmur,
jak z nowych kart, jak z twej ręki,
jak i też z mej…
takie różne są…

Dziś czytam z morskich fal,
jak z oczu zdziwionych kotka,
z jego łapy…
z jego miny…

Dziś czytam z mego smutku,
co przypływa i odpływa,
jak łódeczka…
taka papierowa…

Dziś czytam wiersze
pisane w głowie mojej…
pelne kolorów,
szmaragdowych…

Czytam i jestem.


Wpis został w całości skomponowany przez autorkę!

Apel umarłych

Ewa Maria Slaska

W ciągu niespełna roku umarło osiem osób z mojego najbliższego otoczenia, a cztery inne są ciężko chore. Mam wrażenie, że płynę przez jezioro śmierci, takie, jakie opisałam kilka tygodni temu. O kilkorgu z tych pisaliśmy tu na blogu, pisali inni ludzie, pisałam ja.

Nie jest to jednak tak, że doszłam już do takiego wieku, że naokoło mnie coraz więcej ludzi umiera – to by było normalne. Ale nie – tylko jeden zmarły był naprawdę sędziwy, dwoje zmarłych było nieznacznie starszych niż ja, a pozostali, i ci chorzy, i ci, co odeszli byli lub są młodsi, niekiedy o pokolenie lub półtora. Dwoje z nich odeszło dobrowolnie, ale nie jest tak, że byli to ci najmłodsi, albo starzy i ciężko chorzy.

Ewa, dobra znajoma, 60 lat – TU o niej pisałyśmy – tłumaczka
Krzysztof, znajomy od wielu lat, 55 lat – TU – dziennikarz, zawsze niezależny i zawsze pod prąd
Maryla, bliska przyjaciółka od ponad 30 lat, 62 lata – TU – działaczka Solidarności, tłumaczka, autorka, dziennikarka, pobożny człowiek
Irena, bliska koleżanka, współpracownica, 40 lat – TU
Lonia, bliska osoba z rodziny, 76 lat – TU – artystka, człowiek rodziny, kuchni i ogrodu…
J., syn znajomych, 54 lata, smutny człowiek sukcesu, któremu się nie powiodło…
Jagoda, rzadko spotykana, ale serdeczna znajoma, młoda, chyba nawet bardzo młoda, wesoła, zaangażowana, maszerowała z nami w marszu dla Aleppo, urządzała z nami pikniki dla uciekinierek…
Witek, bliski znajomy od początku mojego pobytu w Berlinie, 72 lata; działacz społeczny, legenda Polonii berlińskiej…

Dlaczego odeszliście wszyscy razem?


Dopiero, gdy ten wpis się ukazał, dowiedziałam się, że przed tygodniem zmarł również prof. Stanislaw Karol Kubicki (Pseudonim: Peter Mantis, urodzony 5 lipca 1926 w Berlinie, zmarł w Berlinie 19 października 2019), ojciec malarza i poety polsko-niemieckiego Stanisława Kubickiego, profesor neurologii, założyciel Wolnego Uniwersytetu w Berlinie, gdzie studiował z indeksem numer 1, autor artykułów na tym blogu, np. TU

20191027_tsp_Todesanzeigen für KundK

Zaproszenie w Andy / Einladung in die Anden

Liebe Freunde der Kunst und art.endart,
 
wir freuen uns, euch für die farbenprächtige Herbstkolonie im Oktober eine
kleine Reise in die Anden zu präsentieren:
„Die Anden als kulturelle Grenzzone Perus”
Malerei, Grafik und Kunstobjekte von Maria Eleonora Herbisz
 
Die Vernissage findet am Freitag, dem 25.Oktober 2019 um 19:00 Uhr statt.
Die Ausstellung läuft bis zum 8.November 2019.
 
art.endart ist ein Ort für kulturelle Begegnung und Kunst.Mehr Infos unter:
 
Lucyna Viale
art.endart
Drontheimer Str.22/23
13359 Berlin

Zaproszenie do Szczecina / Einladung nach Stettin

Ich fahre heute um 9.32 Uhr vom Hauptbahnhof nach Stettin und lade Euch ein, spontan mit mir zu fahren. Wir sind um 11:39 Uhr in Stettin. Ich komme erst morgen zurück, man kann aber auch heute um 19:50 Uhr nach Berlin fahren und ist um 21:38 Uhr in Gesundbrunnen.

Wenn ihr zu fünft sein, kostet es pro Person einen Klacks (Brandenburg-Ticket für 28 Euro deckt die Reisekosten für 5 Leute hin und zurück).

Inzwischen kann man bummeln, einkaufen, Pierogi essen und um 18:00 Uhr in die Bibliothek ProMedia gehen, wo ich lesen werde. Ich lese auf Polnisch, aber was soll es? Es geht doch um die Gesellschaft, um Klang der Sprache, Athmosphäre, schöne Stadt, schöne Leute… Und wenn Ihr wirklich kommt, werde ich einen Text auch auf Deutsch lesen – versprochen…

 

Notatnik niespiesznego cyklisty czyli…

Mal Content

… Z dziennika tetryka 7

Wirują, wirują, tysiące szprych w kole fortuny matuli…, a rower dzielnie niesie przez las mnie samego i moje znienawidzone nadmiarowe kilogramy.

Zatrzymuję się w głębi tego lasu. To ważne, że właśnie w głębi. Obok krzaczek. Teraz niepozorny, ale co tu się działo na początku czerwca! Pośród zieloności różnych odcieni pysznił się kwitnący krzew dzikiej róży. Naprawdę dzikiej, bo w głębi lasu rosnącej, nie zaś udawanej, sadzonej w żywopłocie, odmiany hodowlanej. Kwitnął – to mało powiedziane. Gotował się. Kipiał wyzywającym i bezinteresownym (wszak w głębi lasu…) pięknem. A pośród, jak to fachowo określają, pręcikowia jego kwiatów, zanurzone w złotym pyłku tarzały się, turlały i kąpały pszczoły oraz trzmiele.

Było gorąco, duszno i wonnie. Było.

Na mojej emigracji wewnętrznej, odsunąwszy się od zaangażowania w pierdoły typu aktywność społeczna, mam wreszcie czas na to, o czym marzyłem od dawna, a czego nie udawało się osiągnąć. Chodzi o wtopienie w tok przemian przyrody. O spokojne, uważne uczestnictwo w jej cyklach. Moje rowerowe wyprawy dają ku temu asumpt wyborny. A informacje na wyciągnięcie ręki, dostępne dzięki internetowi w smartfonie zaklętemu, pozwalają wszystko sobie nazwać i określić.

Kiedy naprawdę dzikie leśne róże kwitły w najlepsze, kwiaty na krzakach janowca apogeum świetności miały już za sobą, choć jeszcze się trzymały. A na polach malowanych zbożem rozmaitem, wyzłacanych pszenicą, posrebrzanych żytem, właśnie zaczynały swe królowanie maki i chabry bławatki. Uwielbiam ich czerwono-błękitno-zielone kompozycje. Od dzieciństwa.

Przekwitły chabry i maki. Wśród łąk na kilka tygodni niepodzielnie zapanowała żółto-niebieska wspólnota dziurawca i wyki ptasiej. Nazwę dziurawca znałem od dziecka, ale że wyka jest wyką, ustaliłem dopiero teraz. Dzięki internetowi w smartfonie zaklętemu. Zszarzał dziurawiec, zwiędła wyka. Ich miejsce zajął pachnący kamforą wrotycz. TEN wrotycz. Z którym (mimo, że jego nazwy wówczas również nie znałem) takoż mam zabawne wspomnienie z dzieciństwa: zawsze myślałem, że to jakaś margerytka, czyli jastrun, z której opadły nie wiedzieć czemu płatki. I obiecywałem sobie, że w przyszłym roku przyjdę go zobaczyć, gdy płatki jeszcze będą. Co się nie udawało, bo wszak udać się nie mogło. Tych płatków nigdy nie ma.

Zbrązowiała i uschła intensywna żółć wrotycza. Godnym jego następcą okazała się nawłoć. TA nawłoć. Jednak i nawłoć zdążyła posiwieć dokumentnie, jakby spopielała. Ostatnią strażą, ariegardą lata, pozostały już tylko fioletowe gdzieniegdzie astry.

Po kilku miesiącach wracam w głąb lasu. Krzaczek dzikiej róży trwa niepozorny. Zważ Czytelniku, jak sprytnie przeskoczyłem przez kilkumiesięczny czas niepisania, by powrócić do tworzenia tych swoich małych drobnostek, czyli małostek: komu, jeśli nie „źle zadowolonemu”, przystoi małostka! Nie dość, że malkontent, to jeszcze leń i cynik. Słowem – swołocz.

A kwiat róży? Zapomnij o nim.

Dawna róża trwa w nazwie, nazwy jedynie mamy.
Pozostało imię róży.

I mknę dalej przez las, zażenowany tym, że znowu nadmierną uwagę poświęciłem takiemu banałowi, jak melancholia przemijania.

30 lat temu upadł Mur Berliński (9)

Joanna Trümner

Mur w literaturze

W kilka dni po postawieniu muru ruszył cały aparat propagandy, w enerdowskim radiu non stop grano propagandowe piosenki, gloryfikujące państwo wschodnioniemieckie. Jedną z najbardziej znanych skomponował 11.08.1961 roku, czyli na dwa dni przed postawieniem muru, Siegfried Matthus. Nazywała się Pieśń o pokoju 1961.

Im andren Teil des Landes gilt noch des Krieges Wort,
die Glut des Weltenbrandes klingt dort noch immer fort.
Geteilt sind Land und Leute, der Frieden ist geteilt.
Wenn wir den Frieden heilen, wird auch das Land geheilt.

(W tamtej części kraju wciąż jeszcze trwa wojna
A żar rozpętanego na świecie pożaru ciągle się tli
Kraj i ludzie podzieleni, podzielony jest pokój
Ratujmy pokój, by uzdrowić ten kraj)

Propagandą zajęły się wszystkie środki masowego przekazu, prasa, radio i telewizja. W kampanię włączyły się dobrowolnie teatry, również dobrowolnie wsparli ją pisarze. W Berliner Ensamble, teatrze, który do tej pory znany był z krytycznej refleksji, grano kilka scen w konwencji brechtowskich inscenizacji. Historie o trzynastym opowiadały o zbudowaniu muru jako gwarancji pokoju.

Słynne oświadczenie przewodniczącego państwa, Waltera Ulbrichta, wygłoszone podczas międzynarodowej konferencji prasowej 15 czerwca 1961 r. w Berlinie Wschodnim

Większość enerdowskich intelektualistów była zresztą zdania, że wydarzenia z 13 sierpnia 1961 były nieuniknione i że od tego „punktu zero” społeczeństwo NRD może dzięki zamkniętym granicom zacząć budować wolne i demokratyczne państwo. Duża część społeczeństwa przekonana była o tym, że po postawieniu muru i zniesieniu czarnego rynku (kurs marki zachodniej, tzw. D-Mark do marki NRD wynosił w kilka miesięcy przed postawieniem muru 1:6) gospodarka socjalistyczna zacznie kwitnąć i państwo osiągnie stabilizację gospodarczą, zaś w chwili jej osiągnięcia mur zniknie sam, ponieważ nie będzie dłużej politycznie potrzebny.

Ogólnie można powiedzieć, że zarówno na wschodzie Niemiec jak i na Zachodzie mur nie należał do priorytetowych tematów literatury. Na Zachodzie związane było to z faktem, że wielu pisarzy miało bardzo lewicowe poglądy. Z kolei twórcy z NRD, lojalni wobec władz, nie pisali o murze w ogóle lub też przedstawiali go zgodnie z panującą propagandą. W roku 1969 w Wydawnictwie Wojskowym ukazała się antologia Zielone race, zbiór opowiadań i wierszy członków “kolektywów literackich Wojsk Ochrony Pogranicza”. Ukazują one mieszkańców obsypujących kwiatami czołgi ryglujące granicę z Zachodem, a słupy podtrzymujące drut kolczasty “stoją wyprężone niczym żołnierze”.

Nie można zresztą powiedzieć, żeby postawienie muru pociągnęło za sobą wielką falę protestów – zarówno po wschodniej jak i zachodniej stronie. Na Zachodzie Amerykanie krótko zaprezentowali swoją siłę militarną, złożyli kilka not protestacyjnych i pogodzili się z faktami. Wieczorem, 13 sierpnia 1961 ówczesny Burmistrz Berlina Willy Brandt powiedział przed budynkiem Izby Poselskiej: „Senat Berlina wyraża wobec całego świata protest przeciwko niezgodnych z prawem i nieludzkim przedsięwzięciom ludzi dzielących Niemcy, opresorom Berlina Wschodniego i zagrażających Berlinowi Zachodniemu”.

Zachodnioniemieccy pisarze Günter Grass i trochę zapomniany Wolfdietrich Schnurre napisali list odtwarty do najbardziej znanej autorki enerdowskiej, laureatki wielu renomowanych nagród i wyróżnień, Anny Seghers, nawołując ją do protestu przeciwko postawieniu „antyfaszystowskiego muru ochronnego”. Na ten list odpowiedział pisarz Stephan Hermlin, oficjalnie negując zarzuty zachodnioniemieckich kolegów.

Literatura obydwu państw przedstawiała mur w odmienny sposób. Uwe Johnson opowiada w wydanej w Zachodnich Niemczech w 1965 r. powieści Zwei Ansichten (Dwa punkty widzenia) historię udanej ucieczki pary kochanków, nawiązując do historii Romea i Julii. Christa Wolf, jedna z najbardziej znanych enerdowskich pisarek, publikuje w 1963 roku opowiadanie Der geteilte Himmel (Podzielone niebo), w którym ani razu nie wspomina muru, jedynie na początku powieści napisze i „sierpniowych dniach roku 1961”. Również jej powieść jest historią miłości, miłości bez happy endu. Jej kochankowie rozstają się. Tak samo jak w polskim współczesnym filmie Zimna wojna – Manfred decyduje się na ucieczkę na Zachód, Rita zostaje w socjalistycznej ojczyźnie. Niebo staje się symbolem podziału obydwu państw niemieckich na Wschód i Zachód.

“Früher suchten sich Liebespaare vor der Trennung einen Stern, an dem sich abends ihre Blicke treffen konnten. Was sollen wir uns suchen?” “Den Himmel wenigstens können sie nicht zerteilen”, sagte Manfred spöttisch. “Den Himmel? Dieses ganze Gewölbe von Hoffnung und Sehnsucht, von Liebe und Trauer?” “Doch”, sagte sie leise. “Der Himmel teilt sich zuallererst.”

„Dawniej pary miłosne szukały gwiazdy, na której wieczorem mogłyby się spotkać ich spojrzenia. Czego my mamy sobie poszukać?” „Nieba nie mogą podzielić”, powiedział Manfred ironicznie. „Nieba? Całego tego firmamentu z nadziei i pragnień, miłości i smutku?“ „A jednak”, powiedziała cicho. „Niebo podzieli się jako pierwsze.”

Scena z filmu „Podzielone niebo”, 1964
Temat muru podejmowali autorzy, którzy prędzej lub później popadali w konflikt z reżimem i po długim czekaniu na paszport emigrowali na Zachód, bo tylko tam mogli publikować. O murze w literaturze enerdowskiej nie pisało się wcale lub też w sposób domyślny, zakamuflowany, tak by cenzura nie zabroniła wydania utworu. Do mistrzów kamuflażu należeli m. in. Günther Kunert, Klaus Schlesinger i Heiner Müller.

Ważnym zwrotem w literaturze NRD było pozbawienie obywatelstwa barda i poety Wolfa Biermanna w r. 1976, co pociągnęło za sobą falę protestów i opuszczenie państwa przez wielu wybitnych ludzi sztuki. Wolf Biermann urodził się w Hamburgu. Jako szesnastoletni chłopiec, wiosną 1953 r., kierowany idealizmem „emigrował” do NRD. Już w tydzień po przyjeździe miał pierwsze wątpliwości, co do słuszności swojej decyzji. Podczas zebrania uczniów w prowizorycznej auli w restauracji Fortschritt (Postęp) uczniowie jego szkoły zobowiązani zostali przez organizację młodzieżową do potępienia kościoła ewangelickiego. Biermann opowiada o tym, jak szczupła, blada dziewczynka oświadczyła po cichu: „Ja z kościoła nie wystąpię”. Pociągnęło to za sobą głośną krytykę i pogróżki sekretarki szkolnego oddziału FDJ. Biermann stanął w obronie dziewczyny i oświadczył: „Jestem komunnistą… jestem przeciwko kościołowi… religia jest opium dla ludu…, ale to, co się tutaj dzieje nie jest komunizmem… Mój ojciec nie po to umarł, by teraz upokarzać tę dziewczynę”. (Jego ojciec był komunistycznym robotnikiem w jednej ze stoczni w Hamburgu, ponadto był Żydem i walczył w ruchu oporu przeciwko narodowym socjalistom, zmarł w r. 1943 w obozie koncentracyjnym w Auschwitz).

Wolf Biermann

Biermann, podobnie zresztą jak wielu opozycjonistów, którzy wierzyli w socjalizm, ale chcieli pozbawić ten system niesprawiedliwości i nierówności społecznej, borykał się przez cały okres pobytu w NRD z zakazami wykonywania zawodu, stałą obserwacją przez agentów Stasi i cenzurą. Mimo to nie opuścił swojej nowej ojczyzny dobrowolnie. Jesienią 1976 został zaproszony przez zachodnioniemieckie związki zawodowe IG Metall na serię koncertów po Republice Federalnej Niemiec. Władze wyraziły na ten wyjazd zgodę. Podczas koncertu w Kolonii 13 listopada, podczas którego Biermann krytykuje stosunki panujące w NRD, piosenkarz otrzymuje informację, że został pozbawiony obywatelstwa tego państwa i że decyzję spowodował fakt, iż „rażąc nie wypełniał obowiązków obywatelskich”. W ten sposób władze SED pozbyły się problemu jakim był ten „wróg socjalizmu“.

Z biegiem lat temat muru przestał pojawiać się w literaturze, stał się niezmienną częścię rzeczywistości tego miasta. Na Zachodzie w latach 80 chętnie pokazywano koloryt Kreuzberga, jaki w dużej mierze tworzy jego położenie tuż przy murze. Kreuzberg był enklawą dla młodych ludzi z całego świata, żyjących z dnia na dzień, celebrujących jedną niekończącą się party. Dosyć typowa jest dla tej dzielnicy scena, która rozegrała się w zabawnej powieści Svena Regenera Pan Lehmann w noc 9 listopada 1989 r. Pan Lehmann spędza noc w barze, ulubionej knajpie na Kreuzbergu, kiedy dowiaduje się, że Mur został otwarty. „O, cholera“, mówi zwięźle, a kumpel stojący obok niego powtarza: „O, cholera“. Scena ta mówi więcej niż liczące kilka stron opisy radujących się tłumów przy Bramie Brandenburskiej.

Ciekawe aspekty pojawiają się w opowiadaniu Petera Schneidera Der Mauerspringer, (Muroskoczek) z roku 1982. Są to historie przekraczania muru z Zachodu na Wschód motywowane nudą lub chęcią przeżycia przygody. Nie była to jednak tylko fikcja literacka. W ciągu 28 lat istnienia muru odnotowano ponad 400 tego typu przypadków, wiele osób odniosło rany, co najmniej pięć poniosło śmierć i zostało tym samym uznanym przez historyków za ofiary muru. Bestseller Schneidera zawiera sentencję, która do dzisiaj nie straciła nic na swojej aktualności: „Zburzenie muru w głowie będzie trwało dłużej, niż jakakolwiek firma rozbiórkowa potrzebować będzie do wyburzenia realnego, widzialnego muru“.

Cdn.

Barataria w teatrze

Ewa Maria Slaska

Barataria nazywa się w teatrze po prostu Eiland – wyspa czy może Ostrów, bo Eiland to takie trochę archaiczne słowo, które chyba zresztą lepiej oddaje sens i intencje Cervantesa, który wprawdzie uczynił z wyspy przynętę, co to skusi Sancho Pansę, namówi do opuszczenia domu, żony i dzieci, by udać się na wędrówkę błędnych rycerzy, ale najpierw tej wyspy wcale nie wspomniał w swej opowieści, a gdy już wreszcie, w drugim tomie, który powstał wszak w dziesięć lat po pierwszym, wyspa się pojawiła, wcale nie była wyspą na morzach i oceanach, a przynajmniej rzekach lub jeziorach – nie, Barataria była wyspą na lądzie, ostrowem więc, który po polsku z rzadka jest prawdziwą wyspą i najczęściej oznacza miejscowość jak najbardziej lądową.

Ale ja tu wchodzę od razu głęboko w materię nierzecznej i nierzeczywistej rzeczy, jaką jest wyspa, a trzeba zacząć jednak od teatru. 12 października 2019 roku odbyła się w Teatrze Niemieckim (Deutsches Theater) w Berlinie premiera teatralnej wersji Don Kichota, w wersji stworzonej przez Jakoba Nolte na podstawie nowego tłumaczenia powieści z roku 2008, dokonanego przez Susanne Lange. Jest to też nowa wersja teatralna, jej premiera miała miejsce w czerwcu tego roku podczas  festiwalu teatralnego w Bregencji (Bregenze Festspielen), gdzie, jeśli dobrze pamiętam – wszystko odbywa się tak czy owak na wyspie.

Reżyseria Jan Bosse
Scenografia
Stéphane Laimé
Kostiumy
Kathrin Plath
Muzyka
Arno Kraehahn
Dramaturgia
David Heiligers

Po lewej: Ulrich Matthes jako Don Kichot
poniżej Wolfram Koch czyli 
Sancho Pansa

Nolte stworzył sztukę nowoczesną, ba – postmodernistyczną, a naszpikował ją cytatami, w czym zresztą dzielnie mu sekunduje reżyser (zresztą oczywiście mogło być na odwrót). Nawiązanie do słynnego autoportretu van Gogha z obciętym uchem, to tylko drobna próbka możliwości pary Jana Bosse i Jakoba Nolte. Już samo ucho oczywiście prowadzi nas dalej, głębiej, do Nowego Testamentu i ucha, które Piotr odciął żołdakowi na Golgocie, a Jezus mocą cudowną przymocował mu je z powrotem. Oczywiście w międzyczasie było jeszcze ucho Nietzschego, właściwy organ poznawania literatury, którym wcale nie jest oko – a to też nie jest bez znaczenia.

Jedynym elementem scenografii jest ogromny wóz w stylu Matki Courage Brechta, ale znowu – może to nie tak, może i Brecht, i Nolte cytują tu Tespisa i jego wózek. Tespisowy wóz czyli wędrowny teatr, który niczego nie potrzebuje oprócz człowieka, dwóch trzech symbolicznych rekwizytów i słowa. Słowa, słowa, słowa. Hamlet, a może Ewangelia wg św. Jana.

Na początku było Słowo, a Słowo było u Boga, i Bogiem było Słowo. Ono było na początku u Boga. Wszystko przez Nie się stało, a bez Niego nic się nie stało, co się stało.

Innym podstmodernistycznym cytatem jest na pewno ministerstwo śmiesznych kroków Monty Pythona. Ale może i tu jest właśnie na odwrót, bo przecież wiemy, że Monty Python jest współczesnym Don Kichotem (nawet bez produkowanego przez 20 lat filmu Człowiek, który zabił Don Kichota).

To jest w tej sztuce dobre, ciekawe, interesujące, zaskakujące, śmieszne, ale mimo to nie wystarczy – prasa niemiecka pieje zachwyty nad tym wystawieniem, które zredukowało wielką siedemnastowieczną powieść do dialogów w stylu Becketta. Don Kichot i Sancho Pansa przez dwa akty tylko rozmawiają i niestety klawiatura aż się prosi, żeby napisać w tym miejscu: gadają. Gadają. I to nie jest Słowo tylko słownik. Słownik Don Kichota, donkichotyzmu, idealizmu. Dyskusja prgmatyzmu z szaleństwem, w której przedstawiciel “normalnych ludzi” wciąż krytykuje swojego pana. Ale to nieprawda. Gdy dwóch ludzi, dwa systemy światopoglądowe obcują ze sobą przez długi czas, zaczynają nabierać cech tego drugiego. W pewnym momencie Don Kichot mówi do Sancho Pansy: Im bardziej ja poważnieję, tym bardziej ty stajesz się szalony. I tak jest, gdy w drugim akcie Don Kichot umiera, umiera stary zwykły człowiek, a Sancho Pansa płacze rzewnymi łzami i nie zdziwilibyśmy się, gdyby, jak to ma miejsce w filmie Człowiek, który zabił Don Kichota, po śmierci swego pana, to jego prosty nieuczony giermek ruszy w świat, walczyć z wiatrakami o dobre imię księżniczki…

Dlatego pod koniec zdejmie z siebie paskudny kostium ze sztucznym brzuszydłem w opiętych elastycznych dżinsach. Nota bene – identyczny brzuch /a może ten sam ;-)/ ma przez chwilę Kleopatra w Berlinie w Operze Komicznej Barry Koskiego. Ale to już zupełnie inna historia, choć przy okazji powiem – idźcie, naprawdę warto! Tu więcej: Perły Kleopatry.

Drugi akt Don Kichota, krótki, spokojny, pozbawiony większości wydziwiań i udziwnień, które przesiąknęły akt pierwszy, akt, w którym umiera Rycerz Smętnego Oblicza, wynagradza smętną nudę gadulstwa dla gadulstwa – jest piękny i wzruszający.

Idźcie do teatru, jak przetrwacie gadaninę I aktu, poczujecie Wielki Majestat Śmierci. I dla tego momentu naprawdę warto pójść.