Wiersze opiekunki

Temat opiekunek w Niemczech został ostatnio “odkryty” przez media i polityków. Tymczasem Łucja Fice już od lat nie tylko pracuje jako opiekunka w Niemczech i w Wielkiej Brytanii, ale też od lat o tym pisze. Ukazało się już kilka jej książek na ten temat. Fragmenty publikowałam już wielokrotnie tu na blogu. Powieść Za kryształowym lustrem została właśnie przetłumaczona na niemiecki i ukaże się staraniem Goethe Institut. Zainteresowanych wydawców chętnie skontaktuję z autorką 🙂

Łucja Fice

Wiersze z tomiku Boska matryca,  ZLP oddział w Gorzowie 2016

XXX

W tym domu czuję się jak asceta – bezdomny pies
Uwiązany na łańcuchu przy nodze od stołu
Jestem cieniem przez który przechodzi rodzina
Otrzymuje jałmużnę za swoja pracę
Czuje w tym domu obojętność na wszystkie zjawiska
Jestem szalona że ciągle tu jestem
W moim umyśle dużo śmierci ale tez dużo złota

MĘŻCZYZNA NA WÓZKU

Choć za oknem słońce warzy ziemię
W pokoju za zasłoniętymi żaluzjami rozmarzony mrok
W cieniu telewizyjnych wydarzeń siedzi nieruchomo
Zdrętwiały jak moje spuchnięte po podróży stopy
Wokół śpiące powietrze na którym drga oddech staruszka
Oczy jak płynna rtęć pełne napięcia i zagadki
Widzę w nich doskonałość człowieka
Nogi gotowe do skoku Ręce jak skrzydła trzmiela
Czają się do lotu
Wiem że zgubił dziewięćdziesiąt lat co na cztery strony świata
Się rozbiegły
Szuka drogi do raju

NA SAKSACH

Jestem obca
Przecież przechodzimy na zielonym
Do tych samych marketów
W takich samych dżinsach
Oni nie widzą w witrynach przerażenia w oczach
Ich śmiech jest obcym śmiechem
Moje łzy obcego pochodzenia
Na saksach nie skrzypi łóżko
Przytulam do ściany wdzięczność
Za posiadanie pracy
Dotykam wspomnień o swoich

ROSE

Ma sztywne i bielutkie włosy
Głowa jak cukrowa wata
Grzywka jak ukrochmalone firanki
W żyłach krew w proszku
Siedzi na wózku
Cała jest sztywnym szkieletem
Zostały jej tylko kości i własne myśli
W szufladzie paszport do grobu.

UCIECZKA

Nie mogę pozbierać myśli
Rozłażą się ja niesforne dzieciaki
Pomiędzy nimi pustka jak w kosmosie
Zanurzam się w tę pustkę
Tam mi dobrze
Uciekłam od tęsknoty za polskim zachodem
Zwinięta w kłębek czuję się jak kropka
W oddali czają się kocie pazury
Taka wypalona dniem spoglądam na horyzont
Z babcinego sweterka wyskubuje smutek w kulkach
Oddycham i milczę Jednoczę się ze światem

Myśli rozpinam w łuku duszy Wyjrzała chmura
Ma twarz mężczyzny Słońce zachodzi
Rozchylam uda

SNY O EMIGRACJI

Spopielił się czas
Teraz krótkie noce bo zestarzały się wiedźmy
Sny tylko szalone płytkie
Syczą jak węże
Kiedy rano biją dzwony
Sny odchodzą
Nie zapisuję ich bo tylko
Tlą się w zaułku źrenicy

XXX

W tej trwożnej chwili przestał bić zegar
Ktoś rozmontował słońce a syty pies nie szczekał
Wynoszą trumnę Zabiły kościelne dzwony
Na niebie łkający samolot odwozi cierpienie

Tkaniny w labiryncie

Zapraszamy do lAbiRynTu sztuki!

Lubicie odkrywać nieznane? – pyta Anna Panek-Kusz, jedna z kuratorek Festiwalu Nowej Sztuki lAbiRynT, na który dwumiasto Słubice-Frankfurt zaprasza od 18 do 20 października. – To będą trzy dni wytyczania nowych dróg i przestrzeni, zarówno artystycznych jak i mentalnych. Przez dwie dekady nie wychodzimy z lAbiRynTu, bo nie chcemy. Poszerzamy go, rozbudowujemy, ulepszamy, zdobywamy. Błądzenie także może być nauką, drogą o wielu kierunkach, pełną zdarzeń i emocji – a taka właśnie jawi się nam sztuka współczesna – dodaje artystka.

Tegorocznej edycji festiwalu, który rozpocznie się 18 października o 15.15 w sali kinowej Słubickiego Miejskiego Ośrodka Kultury, towarzyszy hasło „lAbiRynT? lAbiRynT!” – Jest to szczególny rok, gdyż będziemy obchodzić jubileusz. Mija właśnie 20 lat od pierwszych edycji festiwalu, organizowanych na pograniczu polsko-czeskim. Od dziesięciu lat z sukcesem rozwijamy lAbiRynT w Słubicach i Frankfurcie nad Odrą, na pograniczu polsko-niemieckim – mówi Anna Panek-Kusz, która z Michaelem Kurzwellym i prof. Jerzym Olkiem, pomysłodawcą festiwalu, czuwa nad merytoryczną i wizualną stroną imprezy.

Hasło jubileuszowej edycji nie bez przyczyny dubluje nazwę festiwalu. – Chcieliśmy kolejny raz przemierzyć ścieżki labiryntu, powrócić do genezy, usystematyzować wspomnienia, ale także wytyczyć nowe drogi, przestrzenie: te artystyczne, jak również mentalne – podkreślają kuratorzy festiwalu.

W tym roku przez 3 festiwalowe dni zobaczymy blisko 40 wystaw, 3 performance, odbędą się wykłady i projekcje filmów artystycznych. Wysłuchamy koncertu. Zobaczymy realizacje artystów z wielu stron świata, biorących udział w wystawach indywidualnych i zbiorowych

Kuratorzy festiwalu zwracają uwagę, że kiedyś główny trzon artystycznych prezentacji wyznaczały malarstwo, rzeźba czy rysunek. Dziś nowe media, technologia, techniki eksperymentalne zawładnęły sztuką, choć wzorce, tematy, inspiracje bardzo często osadzone są w przeszłości i tradycji. Powracają w nowej odsłonie, w nowych wariantach interpretacyjnych i stylistycznych, odpowiadając na potrzeby czasu. Dialog z przeszłością trwa, budując pomosty, platformę z siatki powiązań, labiryntu skojarzeń.

Anna Panek-Kusz wspomina, że kiedy festiwal lAbiRynT obchodził dziesięciolecie, napisała we wstępie do katalogu, że jest on próbą, sprawdzianem, który wyznacza kierunek, pozwalając błądzić, szukać, odnajdywać lub przepaść. Że lAbiRynT staje się środkiem do osiągnięcia celu, możliwością, a nie przeszkodą. – Od tamtej pory pod tym względem nic się nie zmieniło. Cieszy fakt, że festiwal obchodzi dwudzieste urodziny, że tak wiele osób jest częścią tego sukcesu i każdemu chciałabym podziękować i pogratulować: artystom i krytykom, wykładowcom, prelegentom, uczestnikom akademii LAbiRynT, partnerom, sponsorom, władzom dwumiasta Słubice- Frankfurt – podkreśla kuratorka.

Głównymi organizatorami lAbiRynTu są: po stronie niemieckiej – stowarzyszenie non-profit Słubfurt e.V, po stronie polskiej Słubicki Miejski Ośrodek Kultury, galeria OKNO.

W ramach festiwalu w SMOKU pokazane zostaną między innymi tkaniny Longiny Poterek, niedawno zmarłej artystki z Poznania (i okolic) i Anny Krenz, jej córki i kuratorki. Na Facebooku Anna napisała:

Zapraszam na wernisaż 18.10.2019 do Słubic!

Nieuleczalnie żywa Longiny Poterek-Krenz to 9 wyszywanych techniką aplikacji prześcieradeł z wizerunkiem kobiety w 9 fazach rozwoju życia. Od młodej i zielonej dziewczyny, która dojrzewa i odkrywa w sobie kobietę, i swoją własną nieuleczalnie żywą naturę, przez fazę miłości aż ku kobiecie matce. Dziewięć etapów, jak dziewięć miesięcy ciąży, to pochwała kobiecości i (nie)zmiennej natury. Prześcieradło, ten najbardziej intymny kawałek materiału, a jednocześnie historia, z którą identyfikować by się mogła prawie każda dziewczyna, nadaje pracy żywotność i uniwersalność.

Praca, z 1988, podczas premierowej wystawy została uzupełniona lalką uszytą przez jej 12-letnią córkę Annę.

Prace Anny to transparenty polskich aktywistek w Berlinie z protestów dotyczących praw kobiet. Transparenty na koronkach i firanach, materiałach kobiecych, zasłaniających intymność, ale i ukazujących świat przez pryzmat kobiet. Jedyny kolor, jaki się pojawia, to czerwień, symbolizująca krew, ale i w zestawieniu z bielą tworzy polską flagę.

Dziś znów matka i córka tworzą dialog. Obie mówią o kobietach, ale w zupełnie inny sposób.

Autorzy | Autoren | authors: Longina Poterek-Krenz (1946-2019), Anna Krenz (1976)

miejsce | Ort | place: Sala kameralna Słubickiego Miejskiego Ośrodka Kultury SMOK | Kleiner Saal im Słubicer Kulturhaus SMOK | Small hall of Słubice Culture Center SMOK
http://www.labirynt.slubice.eu/da-capo-al-fine.html

Wiersze na jesień

Teresa Rudolf

Bogaczka

Mój kot przytulił się do mnie,
mój najdroższy kotek,
mój, taki zawsze ciepły,
mój, taki od lat piecyk.

Moją melodię słyszę
moją, chodzącą za mną
moje sekrety pamiętającą,
moje zawsze znów wzruszenie.

Mój kwiat znów zakwitł,
mój, pachnący po swojemu,
mój,  pełen niezwykłych kolorów,
mój, ciagłej troski wymagający.

Moje myśli kłębiące się w głowie,
moje słowa cisnące się na język
moje milczenie jednak szanując,
moją zagadką zostając.

Moja nadzieja zawsze złoto-zielona,
moja wdzięczność, bo wciąż się mam,
moje życzenia pokoju dla świata,
moje bogactwo, w tym
WSZYSTKIM
MOIM…

Czytelnicy zapewne to dobrze wiedzą, ale to autorka dobrała muzykę i również jej wykonanie do swojego wiersza

Sąsiad sąsiadowi Niemcem

Krystyna Koziewicz

Sąsiedztwo po niemiecku

Dawno temu mieszkaliśmy w Polsce w dwupiętrowej kamienicy i muszę przyznać, że  wzajemne kontakty były wtedy raczej chłodne. Niewątpliwie przyczyniały się do tego moje hałasujące dzieci, które, co tu dużo gadać, przeszkadzały. Ale były to w końcu dzieci, a bezustanne narzekania były nie do zniesienia. Dzieci też często słyszały obraźliwe komentarze. Jednak przyznaję, na klatce schodowej i na podwórku stale był gwar, a czasem wręcz hałas. Gdy teraz jadę do rodzinnego miasta i odwiedzam moje dorosłe dzieci, mieszkające nadal w tym samym domu, nie mogę się nadziwić, bo panuje tu grobowa cisza, tylko czasem słychać, jak gdzieś w oddali pies poszczekuje na nieznane mu odgłosy.

Sąsiedzi w PRL to nie tylko byli ludzie mieszkający drzwi w drzwi, to było całe życie z jego jasnymi i ciemnymi stronami. Nigdy nie zapomnę sąsiadki, która miała znajomości w sklepie mięsnym i na naszych oczach ostentacyjnie znosiła do domu pełne torby mięsiwa. Mając „trzech budrysów” do wykarmienia (mąż i dwóch chłopców), próbowałam czasami doprosić się, by odsprzedała kawałek ochłapa na zupę. Nie pomogła…
Ale oczywiście bywa też przyjemnie, a doświadczam tego ilekroć jestem u brata, mieszkającego w niedużym miasteczku w dzielnicy willowej. Nie ma tygodnia, by sąsiedzi nie spotykali się w ogródkach na kawie ze znakomitymi wypiekami. Wzajemne zapraszanie się, odwiedzanie czy dzielenie owocami, warzywami, grzybami, jajkami, ale też drobnymi usługami podczas malowania płotu czy przycinki drzew, to prawdziwa radość. Harmonia życia w dobrym sąsiedztwie to wielki skarb.

Najczęściej jednak polskie sąsiedztwo ogranicza się do wzajemnego pożyczania sobie w doraźnej potrzebie, a to garstki soli, a to szklanki mleka, mąki czy jajka. Wygodne, miłe, ale chyba niezbyt głębokie.

Od kiedy zamieszkałam w Niemczech niejednokrotnie mogłam się być może obawiać wielokulturowego sąsiedztwa, ale czas pokazał, że nie warto się było martwić. Był to jednak całkiem inny rodzaj sąsiedztwa, jakże różniący się od polskiego.

W Berlinie moimi sąsiadami byli Niemcy, Turcy, Kurdowie, Polka i Włoch. Polka, jak każda rodaczka, częstowała wypiekami, wzajemnie zapraszałyśmy się na pogaduszki przy kawie. Normalka. Dobrze było mieć kogoć, kto pomógł podczas nieobecności w domu, podlał kwiaty, przewietrzył mieszkanie, odebrał przesyłkę od listonosza.

Szczególną serdeczność sąsiedzką okazywali Niemcy, co mnie mile zaskoczyło. Strasznie się bałam sąsiedztwa z nimi, właściwie bez uzasadnionego powodu. Pewnie tak na zapas, oni jednak w żaden sposób nie dawali odczuć, że jestem obca. Bycie sąsiadem mieszkającym tuż obok, znaczy dla Niemców, że to nasz bliski człowiek, członek wspólnoty.
Było na przykład takie bezdzietne niemieckie małżeństwo, które obsypywało mnie rozmaitymi dobrociami, najczęściej wtedy, kiedy sąsiad wracał z zakupów. Bez pytania wręczał torebkę z pachnącymi bułkami, życząc smacznego. W klamce u drzwi zostawiał przeczytane dzienniki i gazety ilustrowane, co w Niemczech jest normalnym zwyczajem, podobnie jak wystawianie na parapecie lub skrzynce pocztowej drobnych użytecznych przedmiotów, które można sobie zabrać, bo my ich już nie potrzebujemy, a może komuś jeszcze się przydadzą. W czasach “zero waste” takie wpojone od dzieciństwa zachowanie – to skarb, jak tego nie umiesz, to się musisz żmudnie uczyć, że nigdy niczego od razu nie należy wyrzucać, że zawsze jeszcze trzeba spytać, kto tego może potrzebować. Nawet popsute rzeczy, których sami nie umiemy naprawić, mogą się innym przydać.

Największą hojność okazywano mi, kiedy gościły u mnie wnuczki, wtedy otrzymywałyśmy pełne torby słodyczy, lodów, jogurtów. Oczywiście dziękowałam, nie bardzo wiedząc czym się zrewanżować? Zapraszałam czasem na kawę, lampkę wina, co było przyjmowane z zadowoleniem. Często, wzbraniając się przed ilością podarków, wyciągałam portfel, chcąc zapłacić, ale reakcja zawsze była ta sama: ależ skąd, nie jesteśmy przecież handlarzami!
Inna sąsiadka zapraszała dziewczynki do kawiarni na lody, ciastka, a któregoś razu zafundowała im nawet rejs statkiem po Szprewie. Czasem przy przeprowadzce do nowego mieszkania dostaje się od niemieckich sąsiadów meble i to w bardzo dobrym stanie, czasem nawet z własnym transportem. Niekiedy hojność sąsiedzka sięga jeszcze dalej i może objąć nawet wakacje za granicą. Kiedyś dostałam takie zaproszenie na Sycylię. Dlaczego akurat ja?, zapytałam nieco skonsternowana. Odpowiedź brzmiała: bo potrzebuję towarzystwa!
Jakaż wewnętrzna kultura wypływa z tej odpowiedzi. Nie jest też tak, jak to mi początkowo przychodziło do głowy, że być może Niemcy mają w stosunku do Polaków poczucie moralnego długu i dlatego okazują wielkoduszność. Teraz już wiem, że są tacy sami w stosunku do innych nacji. Ba, kilka lat temu, podczas kryzysu uchodźców, naocznie wszyscy się przekonaliśmy jak to działa – przypomnijmy sobie te filmy i zdjęcia Niemców z kocami, termosami i torebkami kanapek, którzy stali na dworcu i czekali na przyjazd pociągu z granicy. Po prostu tak funkcjonują relacje dobrosąsiedzkie i międzyludzkie w Berlinie.

Osobiście miałam poczucie, że moim sąsiadom sprawia przyjemność dawanie.

Oczywiście takie sytuacje wymagają taktu z obu stron, trzeba umieć uniknąć poczucia, że ktoś inny traktuje nas jak biedaka a może nawet żebraka. Czasem wręcz jest tak, że dawanie jest łatwiejsze niż branie. Bo ofiarodawcą kieruje miła myśl: mam, a zatem mogę dać, a jeśli jest się tą stroną biorącą, to zawsze nasuwa się pytanie – a może widać po mnie, że mi gorzej idzie? A może mam w zachowaniu bądź sposobie ubierania się wpisany „kod biedaka”? Ale tak nie jest. Bywało, że świetnie radziłam sobie w życiu, myślę, że nadal świetnie sobie radzę, a jeśli nawet bywało inaczej, to surowo pilnowałam, by na zewnątrz nie było tego widać. Jestem wdzięczna moim niemieckim sąsiadom, za lekcję, jakiej mnie nauczyli: nie demonstruje się bogactwa, okazywanie pomocy dobrosąsiedzkiej to objaw życzliwości, a dzielenie się jest środkiem, ułatwiającym tworzenie przyjaznej wspólnoty.

Dotyczy to zresztą nie tylko Niemców. Turecki sąsiad mieszkający na parterze, właściciel piekarni, obdarowywał moje wnuczki słodkimi wypiekami, a były to ilości nie do przejedzenia. Niekiedy, jeśli nie miał w domu ciastek, sięgał do kieszeni i wkładał dziewczynkom do torebek po pięć euro na lody.

Inna moja sąsiadka, turecka alewitka, obdziela nas hojnie przysmakami kuchni tureckiej, a przecież jest samotną matką, wychowującą córkę. Dlaczego to robi? Bo jej wychowanie i religia nauczają, że okazywanie człowieczeństwa przejawia się w konkretnym działaniu, na przykład dzieleniu się dobrem. Często rozmawiamy przy herbacie o tym, jak wygląda dobroć w życiu codziennym alewitów. Dowiedziałam się, że w każdej rodzinie stan posiadania wszystkich ma być równy i nie może być tak, że jeden żyje skromnie, a drugi w przepychu. Komu wiedzie się lepiej, jest zobowiązany pomagać słabszym. Masz się, człowieku, wzajemnie wspierać, dbać o rodziców, o biednych, słabych, chorych.

Początkowo i ja, i moje wnuczki byłyśmy tymi gestami skrępowane, dziękowałyśmy, ale źle się z tym czułyśmy. Dziwczynki były tu tylko podczas wakacji, ja jednak musiałam sobie z tym radzić na stałe. Po jakimś czasie przyzwyczaiłam się wreszcie do tych drobnych podarunków. Gesty życzliwości moich sąsiadów zaczęły sprawiać radość, zakłopotanie i skrępowanie ustąpiły. Zauważyłam bowiem, że wszystko odbywa sią bardzo taktownie, rzadko się zdarza, by owe gesty były zbyt nachalne. Teraz już wiem, że trzeba się raczej nauczyć i samemu też coś dawać, a nie wzbraniać się przed przyjmowaniem. Dawanie to element jednoczący społeczność sąsiedzką, bo skoro tworzymy małą wspólnotę mieszkaniową, to drobne gesty dobrosąsiedzkie są czymś zwyczajnym. DOBRO jest we wszystkich drobnych zwyczajnych momentach naszego życia, ważne jest by umieć je dostrzec i samemu być dobrym sąsiadem.

Ewa Maria Slaska

Ciekawe, że ten wpis Krystyny dotarł do mnie tego dnia, kiedy właśnie skończyłam czytać książkę o małym idyllicznym świecie małej idyllicznej uliczki w moim małym idyllicznym światku, jakim jest Gartenstadt Tempelhof.

Książeczkę napisał i wydał własnym sumptem jeden z mieszkańców domu przy małej uliczce nieopodal mojego domu. Opisał swój dom, drzwi, podłogi i ściany, swój ogród, ulicę, placyk, którym się kończy, ogródki, drzewa, kwiaty, koty, psy, lisy, ptaki, sąsiadów… Kto jest miły, a kto nieznośny, z kim się człowiek zaprzyjaźnił, a z kim tylko wymienia ukłony. Wszystko przesiąknięte uprzejmością, życzliwością, serdecznym zainteresowaniem. I, co może najważniejsze, bez sporów politycznych, wzajemnych ataków, kłótni i oskarżeń… Znam takie uliczki i w Polsce, podobne maleńkie idylliczne światy, osłonięte drzewami przed zgiełkiem życia i polityki.

Rozmyślam o tym, jak aktualna sytuacja polityczna przeorała stosunki międzyludzkie w Polsce, ale i w ogóle, w Europie, w świecie i zastanawiam się, jak długo jeszcze uda nam się utrzymać te idylliczne sąsiedzkie oazy spokoju i bezpieczeństwa, skupione wzdłuż uliczki, wokół placyku, stawu lub fontanny? I błagam małe bóstwa, tych wszystkich bożków ciepła rodzinnego, by nam pozwoliły nadal tak żyć.

Księgi Jakubowe. Co napisaliśmy kilka lat temu?

Dwa nienowe, sprzed kilku lat, głosy o Księgach Jakubowych. Lecha Milewskiego i mój. Ciekawe, że oboje porównaliśmy tę powieść z inną, o dobre 130 lat starszą…

Lech Milewski

1 września 2016

Przeczytałem Księgi Jakubowe

– To jest nikwe detom rabe – droga do przepaści, ta Częstochowa, 
ta Jasna Góra. To jest Brama Rzymska, przy której, według innych 
słów Zoharu, siedzi Mesjasz, rozwiązując i zawiązując…
To jest ciemne miejsce, przedsionek do otchłani, 
w którą musimy my iść, żeby uwolnić uwięzioną tu Szechinę…
(…) bo tu więziona jest Szechina, na tej nowej górze Syjon, 
schowana pod malowaną deską, pod obrazem, jest Panna…

Olga Tokarczuk – Księgi Jakubowe

Tytuł wpisu brzmi nieco jak triumfalny anons.
Słusznie, zacząłem bowiem je czytać jeszcze w zeszłym roku.

To nie jest recenzja książki bo nie potrafię takowych pisać. Na ogół już po kilku stronach wiem, czy w opowieści jest dla mnie miejsce. Jeśli jest, to wchodzę i trudno mnie stamtąd wygonić. Jeśli nie ma to… czasami zmykam, czasami przyglądam się jak turysta.

W przypadku Ksiąg Jakubowych był to ten ostatni przypadek.

Z pozycji turysty oceniałem bardzo staranne wydanie książki. Przyjemnie na nią patrzeć, przyjemnie dotykać. Dwa detale nieco mnie zaskoczyły…


Zdjęcie górne z Blogu Poly Jazyk, dolne – z Allegro

Jak widać powyżej pod ostatnią linią każdej strony znajduje się, wydrukowane słabiej, pierwsze słowo strony następnej. I odwrotnie, przed pierwszą linią nowej strony, wydrukowane jest słabszym drukiem ostatnie słowo strony poprzedniej.

W pierwszej chwili wydało mi się to sympatycznym objawem troski o czytelnika. Na dłuższą metę wydało mi się pretensjonalne.

Druga sprawa to numeracja stron. Na pokazanym powyżej górnym lewym rogu strony widnieje numer 783-781.

Dlaczego najpierw większy numer? Ano dlatego – strony numerowane są “po żydowsku” Na pierwszej stronie numer 993, na ostatniej numer 1.

Autorka wyjaśnia, że miała na celu uświadomienie różnic językowych, strony książek w języku hebrajskim przewraca się od prawej do lewej.

To stwierdzenie dyskwalifikuje cały pomysł. Tak, strony książek w języku hebrajskim przewraca się od prawej do lewej i tak własnie, kolejno, sa ponumerowane. Strony książka Ksiąg Jakubowych przewraca się od lewej do prawej, więc taka numeracja nie ma sensu.

To znaczy, pewien sens jednak ma – czytelnik w każdej chwili zdaje sobie sprawę, ile jeszcze zostało mu do przeczytania. Dużo.

A co też turysta wyczytał?

Treści za dużo żeby o niej pisać. Wspomnę tylko gdzie byłem.

Bliski Wschód – Smyrna, Saloniki, Nikopol, Craiowa. Egzotyczne zapachy i smaki, barwne stroje i dekoracje. Tutaj wszystkie postacie i sytuacje mają w sobie coś z opowieści Szeherazady – tu mógłbym pozostać dłużej.

Kresy – Rohatyn i okolice – tu poczułem się jak wśród obrazów Marka Chagalla. Ciekawie, tajemniczo, trochę się w głowie kreci.

Polska Centralna – poczułem się obco. Tu warto było być tylko, żeby zarobić pieniądze.

Brno w Cesarstwie Austro-Węgierskim i Offenbach w Niemczech. Operetka i to raczej tandetna.

Mistyka judajska – w Salonikach i Rohatynie robiła wrażenie, ale już we Lwowie, Częstochowie czy Brnie, zupełnie nie, a może nawet odwrotnie.

Ludzie. Dużo ich. Najważniejszy Nachman z Buska, później Piotr Jakubowski. Zagubiony w książkach i magicznych formułach. To była bliska mi osoba.

Jeszcze Antoni Kossakowski – Moliwda – w Turcji, Grecji, Rumunii miał w sobie coś z Aladyna. We Lwowie zmienił się w dworskiego intryganta, w Warszawie w autora książki – Suplement “Przewodnikowi warszawskiemu” przez innego Autora wydany w tymże roku 1779 – będącej przewodnikiem po domach publicznych i salonach prostytutek.
Jakub Frank – obawa mieszana z obrzydzeniem.

Żeby jednak dostarczyć czytelnikom jakiejś pożywnej treści podaję linki do dwóch prawdziwych recenzji:

– eseisty Adama Lipszyca – KLIK. W tej recenzji znalazłem uwagi krytyczne bardzo podobne do moich.

– literaturoznawcy Przemysława Czaplińskiego – KLIK. Tu już drugie zdanie mnie “rewoltuje”.

Nie mogę się oprzeć przed kolejnym cytatem:
…optujesz Pani jak inne białogłowy, za tym, żeby się do polszczyzny w piśmie przyznawać więcej. Ja do polszczyzny nic nie mam, ale jak w niej mielibyśmy mówić, skoro słów nam nie starcza? Czyż nie lepiej powiedzieć Rhetoryka niż Krasomówstwo? Albo Philosophia niżeli Miłość mądrości? Astronomia niż Gwiazdarska nauka? I czasu się zaoszczędzi i języka nie łamie.
Według mnie ta recenzja zbytnio koncentruje się na sytuacji społeczno-ekonomiczej Żydów w Rzeczypospolitej obojga Narodów i po pierwsze – zbyt krytycznie ocenia te stosunki, a po drugie – umniejsza bajkowo-mistyczny aspekt całej historii, z czego można wyciągnąć wniosek, że cały frankizm była to finezyjna manipulacja, której jedynym celem było uzyskanie polskich nazwisk i możliwości bogacenia się.
Według mnie nie ma to pokrycia w treści książki.

Księgi Jakubowe nie powędrują jeszcze na półkę. Już się stęskniłem za niektórymi miejscami, osobami i sytuacjami.

Na zakończenie jeszcze jeden cytat:

Simon ben Jochai, wielki rabbi co żył okropnie dawno temu
i wiedział wszystko, co na niebie i na ziemi dzieje się, powiedział: ‘Talmud – to nikczemna niewolnica, a Kabała – to wielka królowa’.
Czym Talmud napełniony? On napełniony bardzo małymi,
podrzędnymi rzeczami. On uczy, co czyste jest, a co nieczyste,
co pozwolone, a co niepozwolone, co skromne, a co nieskromne.
A czym Zohar, święta księga blasku, księga Kabały, napełniony?
On napełniony wielką nauką: czym jest Bóg i jego sefiroty…
Wiem ja, że wielu Izraelitów mówi, że Talmud ważniejszy,
ale oni wszyscy, co tak mówią, głupi są i nie wiedzą o tym,
że póty ziemia trząść się będzie od wielkich boleści i póty Bóg i Izrael, Ojciec i Matrona, nie połączą się pocałunkiem miłości, dopóki niewolnica nie ustąpi przed królową, Talmud przed Kabałą.

Przepraszam, to z innej książki…

Komitet Upowszechnienia Książki – rok 1951 – tak, wtedy książkami zajmowały się komitety. Bardzo skromne wydanie, żółkniejący, zgrzebny papier. Brzegi kartek nieco nierówne, poszarpane. Bo tę książkę nabywca musiał sam sobie rozciąć. Czyta się dobrze. Do tego ten język, jakiś taki – bardziej żydowski.

P.S. 11 paździenika 2019.
Widzę, że zgubiło się ostatnie zdjęcie. Wyjaśniam więc, że to było  zdjecie okładki Meira Ezofowicza.
PS do PS – od Adminki. Wszystkie zdjęcia się pogubiły – dodałam. Meir Ezofowicz zaraz pojawił by się i tak, bo ja też o nim piszę.

*****
Ewa Maria Slaska

23 października 2015

Reblog: Meir Ezofowicz

Powieść Olgi Tokarczuk Księgi Jakubowe przeczytałam już dawno, zanim ktokolwiek z moich znajomych ją przeczytał, zanim mianowano ją do Nike, zanim ją jej przyznano i zanim w Polsce rozpętała się niebywała akcja nienawiści. Tak niebywała, że jej echa docierają do Europy, która nie może zrozumieć, o co właściwie tym Polakom chodzi? Prawdę mówiąc i mnie jako Polce trudno to pojąć. Oczywiście nikt z tej zgrai nienawistników, która zapluwa internet, nie przeczytał ani słowa z tej książki, nikt nie wie więc, jaką niebywałą historię opowiada. Zresztą w nagonce na Tokarczuk w ogóle nie chodzi o jej powieść, lecz o  jedno zdanie, jakie wygłosiła podczas wręczania nagród, a wręcz o kilka słów: zniewoliliśmy naszych poddanych, zabijaliśmy Żydów.

To oczywiście udowodniona historycznie prawda, ale prawda żadnego z plwaczy i szczwaczy nie interesuje.

Tokarczuk nie jest pierwszą polską autorką, która na temat Żydów napisała Dzieło.  Pierwszym takim Dziełem był Meir Ezofowicz. Wydany w 1878 roku Meir… został uznany przez wielu za „objawienie”. Pisarkę od dawna interesowało życie, kultura i religia Żydów i w tej powieści starała się je wiernie odtworzyć. Prace nad powieścią Orzeszkowa poprzedziła studiami kultury i religii judaistycznej oraz wyprawami do miasteczek żydowskich. Opowiedziana przez Orzeszkową historia małego miasteczka przekształca się powoli w parabolę, stając się przypowieścią o odwiecznym zmaganiu się dobra ze złem, mądrości z ciemnotą i miłości z nienawiścią…

Olgo, teraz też o to chodzi, o spór między ciemnotą a mądrością…

Eliza Orzeszkowa

Meir Ezofowicz

Raz na koniec przybyła z Warszawy do Szybowa kartka papieru zżółkłego i zmiętego w długiej podróży, a na niej wypisanymi były następujące wyrazy:
„Wszelkie różnice w ubiorze, języku i obyczajach pomiędzy Żydami a miejscową ludnością zachodzące znieść. Wszystko, co się religii tyczy, pozostawić nietykalnym. Sekty nawet tolerować, jeżeli te nie będą wpływać szkodliwie na moralność. Żadnego Żyda, zanim dojdzie dwudziestu lat życia, do chrztu nie przyjmować. Prawo do nabywania gruntów Żydom udzielić, a nawet tych, którzy by się rolnictwem zatrudniać chcieli, na pięć lat od podatków uwolnić i inwentarzem rolnym obdarzyć. Wzbronić zawierania małżeństw przed rokiem dwudziestym dla mężczyzn, a osiemnastym dla kobiet”.
Kartkę tę noszono po ulicach, placach i domach, czytano po setne razy, powiewano nią w powietrzu niby chorągwią triumfu lub żałoby dopóty, aż w tych tysiącach rąk niecierpliwych i drżących rozpadła się ona w drobne szmatki, ulotniła się w żółtawy pył i — zniknęła.
Zdania jednak o tym, co przeczytanym zostało, ludność Szybowa nie wyrażała zrazu. Część jej, znacznie mniejsza, pytające spojrzenia zwróciła ku Herszowi, inna, ogromnie większa, badała twarz reba Nochima.
Reb Nochim wyszedł przed próg swej lepianki i chude ręce swe w znak grozy i rozpaczy wznosząc nad głowę okrytą siwymi włosy, zawołał po razy kilka:
— Asybe! Asybe! Dajge!
— Nieszczęście! nieszczęście! biada! — powtórzył za nim tłum zalegający w dniu owym podwórzec świątyni. Ale w tej samej chwili Hersz Ezofowicz stojący u samych drzwi domu modlitwy założył białą rękę za szeroki pas atłasowego chałata, drugą powiódł po śniadej, rudawej bródce, podniósł wysoko głowę okrytą cenną bobrową czapką i nie mniej donośnie od rabina, innym tylko wcale głosem zawołał:
— Ofenung! Ofenung! Frajd!
— Nadzieja! Nadzieja! Radość! — nieśmiało trochę, z cicha i z ukośnym na rabina wejrzeniem powtórzyła za nim nieliczna gromadka jego przyjaciół.
Ale stary rabin słuch miał dobry. Usłyszał. Biała broda jego zatrzęsła się, czarne oczy rzuciły w stronę Hersza wejrzenie pełne błyskawic.
— Rozkażą nam brody golić i krótkie suknie nosić — zawołał żałośnie i gniewnie.
— Rozum nasz uczynią dłuższym i serca w piersiach naszych rozszerzą — odpowiedział mu od drzwi świątyni doniosły głos Hersza.
— Zaprzęgą nas do pługów i każą nam uprawiać krainę wygnania! — krzyczał reb Nochim.
— Otworzą przed nami skarby ziemi i rozkażą jej, aby ojczyzną nam była! — wołał Hersz.
— Zabronią nam koszery[ zachowywać i z Izraela uczynią lud chazarników!
— Dla dzieci naszych szkoły pobudują i z Izraela uczynią cedr libański miasto tarniny!
— Twarze synów naszych brodami porosną, zanim wolno im będzie żony pojąć sobie!
— Kiedy pojmą oni swe żony, rozum w ich głowach i siła w ich rękach będą już wyrosłe!
— Rozkażą nam grzać się przy obcych płomieniach i pić z sodomskiej winnicy!
— Przybliżą do nas Jobel-ha-Gadol, święto radości, w którym jagnię bezpiecznie spoczywać będzie obok tygrysa!
— Herszu Ezofowiczu! Herszu Ezofowiczu! Przez usta twoje mówi dusza pradziada twego, który wszystkich Żydów zaprowadzić chciał do cudzych płomieni!
— Reb Nochim! Reb Nochim! Przez oczy twoje patrzy dusza twego pradziada, który wszystkich Żydów zatopił w wielkich ciemnościach!
Tak wśród ogólnej głębokiej ciszy tłumu, z dala od siebie stojąc, rozmawiali ze sobą dwaj ci ludzie. Głos Nochima stawał się coraz cieńszy i ostrzejszy, Hersza brzmiał coraz silniejszymi, głębszymi tony. Żółte policzki starego rabina okryły się plamami ceglastych rumieńców, twarz młodego kupca zbladła. Rabin trząsł nad głową wyschłymi dłońmi, rzucał postać w tył i naprzód, a srebrna broda jego rozwiała mu się na oba ramiona; kupiec stał prosto i nieruchomo, w szarych oczach jego błyskało gniewne szyderstwo, a ręka za pasem tkwiąca odbijała białością od głębokiej czerni atłasu.
Parę tysięcy oczu szybkimi spojrzeniami biegało od twarzy jednego z dwóch przywódców ludu ku twarzy drugiego, parę tysięcy ust drżało, lecz — milczało.
Na koniec rozszedł się po podwórzu świątyni przeszywający powietrze, ostry, przeciągły krzyk reb Nochima:
— Asybe! Asybe! Dajge! — jęczał starzec z łkającą piersią i załamanymi nad głową rękami.
— Ofenung! Ofenung! Frajd! — podnosząc w górę białą rękę i głosem radością brzmiącym wykrzyknął Hersz.
Tłum milczał jeszcze chwilę i stał nieruchomy, potem głowy jego pochylać się zaczęły ku sobie na kształt fal kołysanych w przeciwne strony i na kształt wód szemrzących szemrać poczęły usta, aż nagle parę tysięcy rąk podniosło się w górę z gestem trwogi i bólu i parę tysięcy piersi wydało chóralny ogromny okrzyk.
— Asybe! Asybe! Dajge!
Reb Nochim zwyciężył.

Potem jednak wszystko przepadło. Tak Orzeszkowa zaznaczyła w powieści cezurę, jaką były zabory. Role się odwróciły. Teraz Hersz Ezofowicz, zwolennik asymilacji, płakał i wołał Asybe! Asybe! Dajge. A reb Nochim nie posiadał się z radości.

— Frajd! Frajd! Frajd! — wołał do ludu stary rabin, dowiedziawszy się, że „wszystko przepadło”, że zatem ci, którzy mieli rozkazywać Żydom, aby brody golili i krótkie suknie nosili, krajowym językiem mówili i w szkołach krajowych się uczyli, roli się imali i w dziecinnym wieku małżeństw nie zawierali — rozkazywać już prawa nie mają.
— Frajd! Frajd! Frajd! Zbawione są brody i długie chałaty; zbawione kahały, chajrymy, koszery, zbawione od zetknięcia się z nauką Edomu święte księgi Miszny, Gemary i Zohar! Zbawionymi od ciągnięcia pługu dłonie wybranego ludu! Zbawionym więc od zagłady lud Izraela!

Cała powieść dostępna jest bezpłatnie w serwisie Wolne Lektury.

Nazbierało się książek

Wczoraj Jacek Dehnel skarżył się tu, że nie czytamy, a Olga Tokarczuk dostała Nobla za wyobraźnię narracyjną, która z encyklopedyczną pasją reprezentuje przekraczanie granic jako formę życia. Komitetowi sztokholskiemu udało się stworzyć takie zdanie, które w żadnym języku nic nie znaczy, ale brzmi nader uczenie. Tym niemniej Tokarczuk jest powieściopisarką i pisze książki, a jej najważniejsza powieść, Księgi Jakubowe, jest niewątpliwie Dziełem, ale śmiem twierdzić, że wszyscy ją kupili, może nawet ci, którzy nie czytają, ale nikt nie przeczytał w całości, nawet ci, którzy czytają. Moi kochani Czytelnicy, z ręką na sercu…

Ewa Maria Slaska

Don Kichot, Wyspy Szczęśliwe i koty

Mnie tymczasem nazbierało się książek i nie nadążam z czytaniem. Nawet nie zamierzam się tłumaczyć. Książki leżą stertami w całym mieszkaniu, a ja tylko zmieniam układ tych stert – raz są czerwone, białe i niebieskie, raz stare i nowe, raz – te które trzeba przeczytać natychmiast i je tu od razu omówić, i te które mogą poczekać. We wszystkich są koty i Don Kichoty.

Zacznę od książki, która jest mała i lekka, łatwo więc można ją było zabrać w podróż – to zresztą też jest kryterium podziału: książki w sztywnych okładkach i paperbacki. Ukazała się w Ullstein Verlag już jakiś czas temu (rok 2006), a jej treść jest równie bezpretensjonalna i sympatyczna, jak owa skromna okładka. Historia życia młodej kobiety, Rosjanki, opowiedziana… kotami. Alle meine Katzen – Moje wszystkie koty to opowieść o niefrasobliwym dzieciństwie na Sachalinie, biednych studenckich czasach w Leningradzie (nie było to jeszcze Sankt Petersburg, o nie), z krótkimi wypadami do Moskwy. O pierestrojce i wyjeździe do Niemiec. O podróżach bez pieniędzy i o nadziejach. O przyjaciołach, chłopakach, osobistych narzeczonych, z których jeden zostaje mężem. Ten jest nawet bardzo znany (jest chyba najbardziej rozpoznawalnym pisarzem-imigrantem w Niemczech), ale w książce nie odgrywa żadnej pierwszoplanowej roli. Pierwszoplanowe są koty, własne i pożyczone. Między kotami biega banda dzieciaków, wpada do cioci Misi na obiad i wujka Włodka – pogłaskać kota. Był komunizm, ale dzieci na szczęście nie wiedzą, że gdzieś na świecie ich rówieśnicy żyją inaczej, po prostu żyją i jeśli tylko mogą, zbierają się w zgraje i hordy, biegając jak nieprzytomne. Sama tego nie przeżyłam – w naszym niewielkim domu jednorodzinnym we Wrzeszczu, podzielonym pomiędzy kilka rodzin, były cztery dziewczynki i chłopiec, u sąsiadów za płotem jeszcze dwie dziewczynki. Po lewej i prawej urzędy – nie było jak sformować zgrai. Ale opowiadała mi starsza ode mnie koleżanka, dorastająca w Berlinie, że wielkie podwórka pomiędzy zrujnowanymi kamienicami zaludniała horda dzieciaków, było ich co najmniej pięćdziesiąt. Biegały, tak jej zostało w pamięci. Kiedyś zniknęły wielkie podwórka, podzielono je płotami (teraz się je dzięki żmudnym staraniom – usuwa), zniknęły też biegające luzem rzesze dzieciaków. Usiadły w szkołach i na dodatkowych lekcjach angielskiego, przy pianinach i komputerach, czasem idą karnie ze szkoły na basen. Już nawet zapomniałam, że tak bywało, że biegały, ale zobaczyłam ostatnio taką kohortę tureckich dzieci, które pędziły z wrzaskiem przez ulicę. Dokąd się tak pędzi, jak jest się dzieckiem?

Nie miałam już tej książki ze sobą, w następną podróż zabrałam felietony Haralda Martensteina, gdy w kuluarach Kongresu Młodej Polonii w Bonn zobaczyłam maleńką wystawę tego, co, nie szukając specjalnie, można nazbierać w Niemczech, jak się szuka czegoś polskiego. Wieczorem wystawa wracała z powrotem do swojej walizki.


Foto EMS /Krystyna Koziewicz

Podobne prawda, ta walizka z okładki i walizka-wystawa?

Z kolei na okładce felietonów Haralda Martensteina, publikowanych swego czasu w Die Zeit i w Tagespieglu, grafik umieścił podobiznę kota podobnego do Hitlera, która jest wprawdzie podróbą, ale podobną i do kota i do Hitlera. Kiedyś już słyszałam o takim kocie, teraz dowiedziałam się, że istnieje nawet cała strona internetowa poświęcona tylko kotom podobnym do Hitlera. Cats that look like Hitler. Takie kotki zwą się kitlersy. Martenstein jest felietonistą mądrym i prowokującym. Przyjmuje jako autor możliwie najgorsze postawy, po to by zobaczyć, jak będzie wyglądało oburzenie czytelników. Czasem publikuje te głosy oburzenia pod tekstem kolejnego felietonu.
Felieton na stronie 102 został zatytułowany Ulica Karola Marksa, a zaczyna się zdaniem Karol Marks był wielkim myślicielem, nawet jeśli nie zawsze miał rację. Nie wiadomo, czy w ogóle żyli kiedyś jacyś myśliciele i myślicielki, którzy zawsze mieli rację. W roku 2009 ukazał się audiobook z listami, jakie pisali do siebie Marks i Engels. Z listów wynikało, że obaj Wielcy mieli paskudny charakter, byli zrzędni i nikt im się nie podobał. O własnych rodzinach wygłosili zdanie, że “najlepiej, jak już wszyscy wykitują”, a o robotnikach, że “nadają się tylko na mięso armatnie”. Szwajcarzy byli ich zdaniem “głupi”, Duńczycy to “kłamczuchy”, a “Polakom nie należy się Existenzberechtigung – prawo egzystencji”. Po lekturze tych epistoł recenzent z Die Zeit, ocenił, że ci smutni panowie dwaj reprezentują “nacjonalizm, seksizm, antysemityzm, rasizm i że obrażają własnych zwolenników”. To oczywiście prawda, pisze Martenstein, ale nie wolno jednak zapominać, że rasizm i nacjonalizm były w XIX wieku czymś absolutnie na porządku dziennym. Dlatego nie wolno ludzi z tamtej epoki oceniać, przykładając do nich nasze własne miary.

Pod tym felietonem autor cytuje pewien komentarz. Marks, ten pruski grabieżca z Trewiru, głosił w swym życiu retorycznym wiele poglądów, które się wzajemnie wykluczają. Odmówił Polakom Existenzberechtigung? No proszę, a w Londynie w roku 1867 na tzw. polskim mityngu wygłosił płomienną mowę wspierającą Polaków. Zakończył ją słowami: “Europa ma tylko jedną alternatywę – albo spadnia na nią lawina wschodniego barbarzyństwa rodem z Moskwy, albo musi pomóc odrodzić się Polsce, po to, by w razie potrzeby stanęły w jej obronie miliony polskich bohaterów”.

Podpisano donqichotte.

Książka Jadwigi Żylińskiej Kapłanki, amazonki, czarownice (opowieść z końca neolitu i epoki brązu, 6500-1150 lat p.n.e.) została wydana w roku 1972. W dzisiejszym pojęciu to staroć z lamusa, i być może nikt jej już nie czyta poza mną (wracam do niej regularnie raz na dziesięć lat) i Grażyną Plebanek, która poświęciła i tej książce, i jej autorce wiele przepięknych stron. Jeśli jesteście kobietami, koniecznie przeczytajcie. Jeśli nie – też Wam się przyda, ale pewnie nie będziecie chcieli.
We wpisie o kotach i Don Kichotach trzeba wspomnieć Kapłanki, amazonki, czarownice, bo dwukrotnie pojawiają się w niej Wysypy Szczęśliwe, które w baratarystyce zajmują ważne miejsce. To zawsze kobiety odpływają na Wyspy Szczęśliwe.
I zabierają ze sobą jabłka. (Pamiętacie? U Sapkowskiego Avalon, mglista kraina śmierci zawsze pachnie jabłkami).

Pozostały jeszcze dwa Don Kichoty niejako “właściwe” – Jose Ortega y Gasset, Medytacje o “Don Kichocie”, w tłumaczeniu Janusza Wojcieszaka, pierwsza książka Ortegi, opublikowana w roku 1914. Wydawca pisze na okładce, że książka:

…zawiera zręby całej późniejszej koncepcji autora. Odwołanie do genialnego dzieła Cervantesa stanowi pretekst nie tylko do rozważań o istocie hiszpańskości, ucieleśnionej w donkichotyzmie, lecz także o specyfice kultury śródziemnomorskiej w ogle, w zestawieniu z kulturą germańską…

Graham Greene, Monsignore Kichote – powieść, jak to zawsze u Greena – świetnie skonstrowana, dobrze napisana, pełna niespodzianek i zasadzek. Uczciwe pisanie, gwarantujące serdeczne czytanie.

Dobranoc. Zbliża się północ. Ten wpis się zaraz ukaże. Jeszcze w przyszłości napiszę o tych obu książkach, na razie więcej już nie mam siły, oczy mi się kleją. A przecież jeszcze trzeba poczytać…

 

 

 

Reblog o czytaniu

Jacek Dehnel

Co jakiś czas czytam fejsowe mądrości, że ludzie nie czytają książek, bo „książki są drogie” i dostaję cholery. Pomijam już, że mnóstwo książek jest dostępnych bezpłatnie (biblioteki, znajomi, wymiana sąsiedzka), a kolejne mnóstwo za półdarmo (Allegro zawalone jest ofertami znakomitej niekiedy literatury za parę złotych). Ale nawet nowości wydawnicze… serio, ile byście sobie życzyli płacić za przedmiot wielokrotnego użytku, którego – w przeciwieństwie do zużytego biletu na film czy wypitego drinka – można użyć ponownie, sprzedać, wymienić? No ile, żebyście przestali narzekać? 2 zł? 5 zł? Może tyle co kolorowy magazyn, czyli 8 zł? Poszalejmy!

Okładkowa cena nowej powieści wynosi średnio około 40 zł, w przecenie często taniej – na Bonito można kupić na ogół za jakieś 30 zł. To tyle, co jeden do dwóch drinków, dwa bilety do kina, jeden (lub pół) do teatru czy filharmonii, pięć tygodników, dwanaście gazet, dziesięć biletów autobusowych. Kiedy zaczynałem pracować w tym biznesie 15 lat temu, powieść kosztowała… no, ile? Tyle samo. Przez półtorej dekady średnie wynagrodzenie wzrosło ponad dwukrotnie, czyli książki staniały o połowę. Czyli przez te lata pisarze stracili połowę siły nabywczej, innymi słowy: zarabiamy na książkach o połowę mniej. Przypomnijcie sobie swoją pensję z 2004 roku i pomyślcie, że nadal tyle zarabiacie.

Ludzie mają różne przekonania o tym, z czego utrzymują się pisarze, więc może parę słów, żeby to wyjaśnić: poza pracami dodatkowymi, takimi jak pisanie do prasy, spotkania autorskie, jurorowanie w konkursach, pisarz utrzymuje się zasadniczo ze sprzedaży książek. Pisze, podpisuje umowę z wydawcą, wydawca publikuje i sprzedaje, autor otrzymuje procent. MAŁY.

W dużym uproszczeniu wygląda to tak, że podpisując umowę, pisarz otrzymuje od wydawcy zaliczkę na poczet tych procentów – nawet jeśli książka się w ogóle nie sprzeda, nie zarobi mniej, niż dostał w zaliczce. Procenty są liczone na ogół nie od ceny okładkowej, tylko ceny wydawcy – czyli tej, po której sprzedaje on książki hurtownikom, bo to dystrybucja pochłania najwięcej (około połowy) ceny, którą płacimy w księgarni. Z reguły, w zależności od gatunku, popularności pisarza, liczby sprzedanych egzemplarzy zamyka się to w widełkach 10-20% (od połowy ceny okładkowej), czyli jakieś 2-4 zł. Tak, to nie pomyłka: z książki, którą kupujecie w księgarni za 40 zł, pisarz dostaje średnio trzy złocisze. Te procenty są sumowane i wydawca rozlicza się z autorem w trybie na ogół półrocznym – sprawdza, czy uskładało się więcej, niż zaliczka i wypłaca procenty.

Łatwo policzyć, że jeśli autor miałby zarabiać średnią krajową na rękę (3600), to musi zarabiać jakieś 4000 miesięcznie (z tytułu praw autorskich płaci się podatek od połowy kwoty, druga połowa jest liczona ryczałtowo jako koszty uzyskania przychodu, przy czym oczywiście przyjmujemy, że autor nie ma żadnego ubezpieczenia zdrowotnego i emerytalnego), a zatem 48 tys. rocznie. Oznacza to, że rocznie musiałby sprzedać ok. 16 tys. książek (przy czym przy krótkim żywocie książki na rynku polskim sprzedaż obejmuje głównie pierwszy rok od wydania). Tymczasem autorów literatury niekomercyjnej, niegatunkowej, którzy sprzedają tych 16, 25 czy 50 tys. sztuk prawie nie ma, a nawet w literaturze komercyjnej o sukcesie mówi się przy sprzedaży 10 tys. nakładu. Przy poziomie czytelnictwa w Polsce większość książek wychodzi i sprzedaje się (lub nie) w nakładach 3-5 tys. egzemplarzy. A to oznacza – nawet u tych, którzy piszą i wydają powieść rocznie, czyli bardzo często – miesięczny zarobek poniżej polskiej płacy minimalnej.

Poza garstką szczęściarzy (do której szczęśliwie sam się zaliczam, więc mam czas na takie akcje uświadamiające na fejsie) polskich pisarzy po prostu nie stać na pracę we własnym zawodzie.

Więc jeśli nie żyjecie w faktycznej nędzy, która nie pozwala Wam na żadne przyjemności, tylko po prostu macie inne priorytety i wolicie wydać na drinka, kino, konsolę, lunch, kolczyki, nowszy telefon – to spoko, ale przestańcie wciskać kit, że nie czytacie dlatego, że książki są drogie. Nie czytacie, bo Wam się nie chce.

Idę na wybory

Ewa Maria Slaska

Uwaga: Agitacja przedwyborcza!

No więc tak – na pewno każdy, kto mnie zna i tak to wie, ale może trzeba to jednak powiedzieć głośno i wyraźnie: jestem lewaczką i będę głosowała na Lewicę. A ponieważ mieszkam w Berlinie i z przyczyn zawodowych nie mogę wyjechać do Polski i głosować w Gdańsku, będę głosowała na Joasię…

Joanna reprezentuje lewicę – to jest oczywiście powód.
Znam ją osobiście – to też jest powód.
Ma dobry program – to powód zapewne najważniejszy.
Ale przede wszystkim… – o tym “ale” za chwilę, bo najpierw może jednak trochę agitacji wyborczej.

Strona na FB 


Joanna Bronowicka – Kandydatka Lewicy do Sejmu i Antoni Komasa-Łazarkiewicz nakręcili wspólnie spot przedwyborczy Joanny. Jeśli chodzicie na demonstracje w Berlinie, to znacie ich oboje.
Antoni jest kompozytorem muzyki filmowej, stworzył między innymi muzykę do filmu “Pokot” Agnieszki Holland. Joanna i Antoni poznali się, organizując w Berlinie Łańcuch Światła w obronie niezależnych sądów. Razem protestowali przeciwko anty-demokratycznej polityce PiS. Angażują się na rzecz Polski otwartej i tolerancyjnej. Ich przesłanie:
Nadchodzące wybory to szansa, by znowu pokazać, że nasz głos się liczy.
13 października, wybierzmy Polskę, w której przestrzegane są prawa człowieka, a sądy, media i kultura są wolne od politycznych wpływów.
W Polsce i na całym świecie – zagłosujmy na Lewicę!

Ale przede wszystkim…

Joanna jest naszą polonijną kandydatką. Nie jestem polityko-znawczynią, nie wiem więc, czy dobrze myślę, ale wydaje mi się, że Joanna jest pierwszą w XXI wieku “naszą” kandydatką – naszą polonijną. Jest młodą, inteligentną, zaangażowaną, miłą kobietą, ma lewicowe poglądy – to wszystko za nią przemawia, ale  ja osobiście uważam, że najważniejsze jest, że reprezentuje Polonię! I – uwaga! – nawet jeśli Joanna przegra i nie wejdzie do Sejmu, to głosy, jakie na nią oddamy nie pójdą na marne. Myślę sobie, że jeżeli Joanna dostanie od nas, Polaków i Polaczek 🙂 z zagranicy, ogromne mnóstwo głosów, to przy następnych wyborach partie walczące o prawo i sprawiedliwość w Polsce będą wiedziały, że muszą uwzględnić również nas – 20 milionów Polaków mieszkających poza granicami Polski.

My wszyscy, Polacy głosujący poza Polską, jeśli nie pojedziemy do naszych własnych okręgów wyborczych, głosujemy na okręg 44 w Warszawie. Tam naszą kandydatką jest Małgorzata Kidawa-Błońska. Jest na pierwszym miejscu, na pewno wejdzie i głosując na nią wzmacniamy opozycję w Polsce. Myślenie strategiczne skłaniałoby więc nas do głosowania właśnie na nią. Dlatego tak ważne wydaje mi się, żeby powiedzieć – tak, dla wygranej opozycji w Polsce będzie się liczył każdy głos oddany na najważniejszą kandydatkę Koalicji Obywatelskiej, ale my, Polacy za granicą mamy też nasz dalekosiężny cel do osiągnięcia – powinniśmy pokazać, że jesteśmy mocni i trzeba się z nami liczyć, a to znaczy, że trzeba głosować na Joannę.

Co widziałam w kinie?

Bardzo dużo chodzę do kina, co zdaje się jest w przypadku pań w moim wieku już dość rzadkie, bo często jest tak, że jestem jedyną siwowłosą osobą na sali. Nie przeszkadza mi to. Lubię kino, lubię magię chodzenia do kina, a przede wszystkim lubię ten inny świat, który na dwie godziny zastępuje mi moje własne życie.

Filmy, które obejrzałam latem 2019 roku były, jak rzadko, prawie wszystkie świetne. Widziałam ich w tym roku tyle, że nawet nie wiem, czy wymienię je tu wszystkie.

Roma, film Alfonsa Cuarón (Meksyk), który wygrał w biegu do Oskara z Zimną wojną i chyba słusznie. Podobnie jak film Pawlikowskiego również Roma jest filmem, którego znaczenie rozumie się tylko wtedy, jeśli zna się tło polityczne filmu. W filmie Polaka – czasy stalinowskie, u Meksykańczyka – rok 1971 i masakrę rewolty studenckiej przez rządowe oddziały paramilitarne w dniu Bożego Ciała.

Ból i blask Pedro Almodovara (Hiszpania) z Penelopą Cruz i Banderasem.

Deszczowy dzień w Nowym Jorku Woody Allena, który nikomu się chyba nie podobał, tylko mnie, jak sądzę głównie z uwagi na wspaniałą rolę młodego aktora francusko-amerykańskiego Timothée Chalameta.

Wszystkie trzy filmy po części autobiograficzne, opowiadają o dzieciństwie i dorastaniu wrażliwych młodych ludzi.

Podobnie jak w Romie, również w nowym filmie Tarantino nie da się dobrze zrozumieć intencji reżysera bez znajomości historii. Pewnego razu w… Hollywood – Quentin Tarantino, znakomity jak za czasów Pulp Fiction, ze wspaniałymi kreacjami Brada Pitta i Leonarda di Caprio (obejrzałam dwa razy – raz po niemiecku z dubbingiem i raz po polsku z oryginalnym głosem i podpisami – dubbing to doprawdy kretyński wynalazek dla analfabetów). Film jest nową, tarantinowską wersją historii morderstw, jakich dopuściła się banda Mansona w willi Romana Polańskiego w Hollywood, ma więc mnóstwo polskich odniesień. Samego Polańskiego gra polski aktor Rafał Zawierucha.

Burning, koreański film Lee Chang-donga wg opowiadania Murakamiego. Również ten film był w tym roku typowany do Oskara jako najlepszy film nie-angielskojęzyczny.

Gdy go obejrzałam byłam zachwycona jakością wykonania, precyzją scenariusza, grą aktorów, ale zniechęcona do treści filmu i jego zapowiadającego się od pierwszych scen okrucieństwa.

Co ciekawe, dokładnie tak samo oceniłam drugi film koreański, który obejrzałam w tym roku – Parasite Bong Joon-ho’a.

Oba mi się nie podobały, ale oba obejrzałam z zainteresowaniem, ba – fascynacją. I przyznaję, że najbardziej w obu filmach interesowała mnie nie akcja, lecz po prostu Korea. Niezwykłe inne życie. Czułam się jak w czasach Komuny, gdy chodziliśmy do kina, żeby oglądać, jak się żyje na Zachodzie, tylko że teraz interesujący jest przeciwnie – Wschód. I to nie Japonia i nie Chiny, lecz właśnie Korea.

Film Bong Joon-ho’a zyskał w Korei niemal natychmiast status kina kultowego, nic więc dziwnego, że podczas projekcji w Berlinie sala była pełna Koreańczyków.

I jeszcze jedno zaskakujące podobieństwo – w filmie Parasite i oczywiście w Deszczowym dniu pada wściekły deszcz.

Cmentarz żydowski w Nicei

Cimetière juif

Uwaga – nie wszystkie motywy w tym filmiku naprawdę sfotografowano na cmentarzu żydowskim w Nicei.  I w ogóle w sieci jest okropny bałagan, niektóre groby pojawiają się wiele razy na różnych cmentarzach, innych nie ma, nie wiadomo – już nie ma, w ogóle nie ma,

Prochy z Auschwitz.


Mydło wyprodukowane w Auschwitz, Majdanku i Treblince.

Zmarli, którzy urodzili się wszędzie, w krajach arabskich, w północnej Afryce, we wszystkich trzech częściach Polski pod zaborami. W Rumunii, Armenii i na Ukrainie. W Beserabii i Erewaniu, Berlinie, Pradze, Lwowie i Trypolisie. Czasem cenotafy, jak ten Maurycego Łukowskiego, najczęściej groby tych, którzy urodzili się wszędzie, a umarli w tu, w ciepłym łagodnym klimacie Lazurowego Wybrzeża, w Nicei, w Eze, w Mentonie.

Najstarszy grób z roku 1540.

Leży tu kilka znanych osobistości, nicejski malarz, śpiewaczka operowa, matka Garibaldiego, Rosa, zmarła w roku 1852. Na wielu grobach stoją bardzo ekspresyjne rzeźby, przedstawiające postaci ludzkie – widać w odległym uzdrowisku można sobie było na więcej pozwolić niż w rodzinnej Łodzi czy Berlinie.

Leży tu też słynny René Goscinny (1926-1977), autor komiksów (Asterix & Obelisk, Lucky Luke) i słynnych książeczek o Mikołajku.

Polacy.

Fanny Moszkowicz, o której rodzina pisze po angielsku, tylko tyle, że była matką, ale zostawia jej w nazwisku sz i cz, choć inni członkowie rodziny używają już pisowni łatwiejszej do wymówienia dla cudzoziemców – np. Moskowitz. Anna Lichtenbaum z domu Eisenmann, rówieśniczka mojej praprababki, z nagrobkiem po polsku.

Ze wszystkich nagrobków wybieram jeden i próbuję dociec, kto tu leży. Wyobrażam sobie, że to pisarz, rzeczywistość mnie jednak surowo zawodzi.

Fortunato Liscia, urodzony w Tunezji w roku 1840, zmarł w Nicei w roku 1910. Wybrałam ten nagrobek, oczywiście z uwagi na książki, już w Nicei, ale nie studiowałam szczegółów. Dopiero teraz widzę, że Fortunato miał, jak ja, 70 lat.

Urodził się w Médina de Tunis. Był synem Moise Liscia i Scemamy Seroni, jego bratem był Vittorio Liscia. Fortunato ożenił się 20 marca 1861 roku Giulią Liscia (być może kuzynką, bo nazywała się Liscia Liscia – urodziła się w roku 1843 w Livorno); miał liczną rodzinę: córki Fanny, Fortunatę, Adelę i Matyldę oraz synów – Adolfo i Gustavo.
Liscia po włosku to “gładki, gładka”, ale także nazwa małego miasteczka w Abruzji (Abruzzo) we Włoszech i rzeki na wyspie Sardynii, niewykluczone więc, że Fortunato i Giulia mieli nazwiska pochodzące od nazwy miejscowości, tak jak polskie nazwiska Berliner, Lubliner, Warschauer lub Amsterdamski. Dziś w Liscii w Abruzji mieszka 700 osób, dawniej była to pewnie mała wioska. Sardyńska rzeka w latach 50 została przegrodzona tamą, która nazwa się Diga del Liscia.

Człowiek, który ma taki dostatni grób, był na pewno zamożny. Ale w jakiej dziedzinie działał? W sieci pojawiają się zdjęcia budynków podpisane Fortunato Liscia, informacja o hacjendzie i biżuteria. Jak by jednak nie było, wygląda na to, że Fortunato Liscia nie był pisarzem (a takie żywiłam złudzenia, fotografując jego grób w Nicei) i że księgi mają charakter symboliczny:

Księgi występują bardzo często i w różny sposób, pisze Monika Krajewska, w artykule nt. symboliki nagrobków żydowskich, pojedyncza — zamknięta lub otwarta, niekiedy w dłoni, rząd ksiąg zwróconych grzbietem do widza, całe szafy z książkami. Czasem na stronach otwartych książek lub grzbietach bywają wyryte tytuły modlitewni­ków lub dzieł rabinicznych, a na grobach uczonych można spotkać księgi z tytułami ich dzieł (…). Motyw księgi, zdobiący nieraz całe kwatery cmentarza, jest wyrazem uczoności, spełniania religijnego nakazu studiowania Tory i Talmudu, a więc cnót wysoko cenionych przez społeczność żydowską. Jego wszechobecność każe jednak sądzić, że chodzi często o uczoność przypisywaną zmarłemu raczej niż autentyczną.

W innym artykule Krajewska pisze, że…

w końcu XIX w. i w XX w. na wielkomiejskich cmentarzach żydowskich (…) powstały pomniki o motywach stylowych i symbolicznych zaczerpniętych z cmentarzy chrześcijańskich, np. obeliski, kolumny z urną lub draperią, rzeźbione sarkofagi (…)

I tak to nas, zwykłych ludzi, rzeczywistość ze snu budzi. Myślałam, że pisarz, a tu księga jest tylko symbolem. Myślałam, że mądry, a tu, metaforycznie, każdy zmarły jest mądry. Myślałam, że wrażliwy, a tu po prostu moda i jeszcze na dodatek naśladownictwo. Czego ja tu sobie nie myślałam…

Na zakończenie jeszcze jeden grób z cmentarza żydowskiego w Nicei – Sylwio Maurice Asseo, urodzony w roku 1923, zmarł w roku 1931. Miał jak na owe czasy nowoczesne zabawki – kolejkę, autko, samolocik…