Z powieści…

Łucja Fice

Po drugiej stronie grzechu: Bajka zamku Książ

Po pół wieku uciekam od szalonych czasów pełnych szalonych ludzi w głąb Wałbrzyskiego Parku Narodowego. Pobyt w zamku ma być próbą, czy pęknę pod ciężarem kłamstw tego świata, czy wrócę do domu zrelaksowana. Jestem już w Książu na dolnym Śląsku, niedaleko Świebodzic, gdzie jako mała dziewczynka i nastolatka spądzałam u stryjka wakacje i święta. Pragnę odszukać ślady tej miłości, którą zostawiłam w samym zamku Książ.

Życie to bajka, tak zwykłam mówić. Każdy żyje w swojej, wykreowanej przez własne myśli. Chowam się w zaciszu Natury, w lesie okalającym zamek. Powracam w miejsca, gdzie zostawiłam ślady dziewczęcych stóp. Podążam też śladami samotnej Daisy, Stokrotki, ostatniej pani tego zamku, która sto lat temu też samotnie uciekała w las, by nad dzikim strumieniem łowić pstrągi i rozmyślać. Daisy, mimo swego bogactwa, również była samotna. Mój powrót do zamku był szokiem. Odnowiony, z przygotowanymi komnatami i dziełami sztuki sprzed lat, przyciąga turystów z całego świata. Wynajmuję prywatnego przewodnika, który oprowadza mnie po zamku i opowiada jego historię. Biorę też udział w nocnej wyprawie po zamkowych lochach. Wracam w te same miejsca, po których kiedyś latały nietoperze i biegały szczury wielkie jak koty. Mieszkam w domku, jednym z wielu domków dla służby, a po których biegałam jako mała dziewczynka z grupą innych dzieciaków, bawiąc się w chowanego. Podziwiam piękne pałacowe ogrody. Nie chcę opisywać dziejów zamku i związanej z nim historii niemieckich laboratoriów śmierci w czasie drugiej wojny światowej, czy historii pięknej, bajecznie bogatej, dobrej księżniczki, która mieszkała tu do czasu wybuchu wojny. Można to znaleźć w literaturze faktu.

O Daisy TU. O dziejach zamku podczas II wojny TU. A tu jeszcze opowieść o tym, jak Daisy spędzała święta.

Późnym popołudniem tego samego dnia wybieram się na pierwszy spacer do „puszczy” okalającej zamek. Odnalazłam dziką dróżkę, nieznaną turystom, prowadzącą głęboko w dół lasu. Po kilkudziesięciu metrach zorientowałam się, że zapomniałam telefonu, a o kompasie w ogóle nie pomyślałam. Wszystkie moje życiowe wybory i kroki, jakie podejmuję, są na chybił trafił. I tak było tym razem. To był instynktowny moment zapuszczenia się w głąb tej „puszczy”. Ryzyko, nie czuję strachu, adrenalinę mam chyba we krwi. Inteligencji orientacji mam tyle, co szprotki w puszce, a jednak idę dalej. Moim celem jest wartki strumień, nad którym rozmyślała księżniczka, a później ruiny starego zamku. Idę tą samą dróżką, którą pokonywała Daisy. Po przejściu następnych kilkuset metrów zgubiłam się. Ani w tą, ani w tamtą. I wtedy mroczny las pokazał swoją nieokiełzaną siłę i moc. Przysiadam na zwalonych pniach drzew i myślę o księżniczce i inteligentnych drzewach. Opowieści o Pani zamku słyszałam już od stryjka. W głowie jak na ekranie komputera wyświetla się „film” i słyszę głos stryjka – „Księżniczkę do lasu prowadziły sarenki, dlatego nigdy nie zbłądziła”. Wstaję i nie mam innego wyjścia, jak podążyć się w jednym kierunku. Gdzieś przecież wyjdę. Jestem już nad urwiskiem. Głęboko w dole płynie strumień. Las wydaje się bajkowy, jakbym znalazła się w filmie Avatar. Nie mogę się zgubić, przecież drzewa też mają serca. Przez ich wiekowe konary, rozczapierzone jak tysiące ludzkich rąk, wpadają ostatnie promyki słońca. Jest godzina dwudziesta. Przysiadam na zwalonym pniu, który będę musiała pokonać, by iść dalej. Spoglądam na niższe piętro lasu. Nagle widzę gromadkę sarenek, a wśród nich jedną malutką. Pokonuję zwalony pień i idę w dół, śladem zwierząt. Jestem blisko, może dwadzieścia metrów. Płoszę je. Jedna z nich zostaje i mi się przygląda.

– Chodź do mnie, malutka, nie zrobię ci krzywdy, zgubiłam się – mówię głośno.

Inne już odbiegły, a ta mała zachowywała się irracjonalnie. Obserwowała mnie, jakby na mnie czekała. Jedna ze starszych saren co chwilę przystawała i na pewno wiadomymi sobie znakami dawała małej reprymendę. Szłam dalej, jakby sarenka mnie prowadziła i zapomniałam, że w ogóle się zgubiłam. I tak doszłam do strumienia. Dopiero wtedy zrozumiałam, że one szły do wodopoju, ale instynkt mnie nie zawiódł. A może znalazłam się w bajce, a sarenka to Daisy? Przykucnęłam i zobaczyłam szerokie kilkudziesięciostopniowe schody z kamieni, prowadzące do ruin zamku. Po raz drugi ogarnął mnie lęk i to uzasadniony. Jestem sama w puszczy. Pomyślałam: skoro Daisy się nie zgubiła, to i ja nie muszę. Nagle słyszę jakieś głosy. Teraz to mnie zamordują – takie myśli przebiegły przez głowę. Głosy były coraz bardziej słyszalne. „Ja tam nie idę”, „Zobacz, tam ktoś jest”. Głos kobiecy był przyjazny, więc się odwracam. Widzę parę młodych, którzy idą w moim kierunku.

– Co pani tu robi sama w tym ogromnym lesie? – pyta mężczyzna.
– Idę na stary zamek – odpowiadam spokojnie, jakbym była leśnikiem i znała tu każde drzewo.
– Jest późno, robi się szaro. Ma pani szczęście, tu można zabłądzić, tu nikt sam nie rusza w las.
– Za późno – odpowiadam.
– Idziemy do ruin?
– Pewnie, że idziemy, muszę zrealizować swój plan.

No i wchodzimy po szerokich i głębokich schodach. W czasie wspinaczki dziewczyna opowiada historię Daisy, jakiej jeszcze nie znałam. Uraczyła mnie prawdziwą opowieścią z życia jej babci, która pracowała w pałacowych ogrodach. Wracaliśmy już prawie po omacku, przy świetle latarki, którą miał ze sobą mężczyzna. Młody dobrze orientował się w terenie i bez problemu o godzinie dwudziestej drugiej trzydzieści wróciliśmy na zamek.

Dziewczyna o imieniu Grażynka opowiedziała legendę, która mówi o księżnej zamku, o jej duchu, błąkającym się wśród ścieżek, którymi za życia podążała i pomaga nie zgubić się osobom zapuszczającym się w głąb tego olbrzymiego lasu.

Tak sobie myślę, iż zdarzyły się dwa cuda. Jeden, że spotkałam ludzi, akurat tego dnia, akurat o tej porze, akurat dziewczę, które znało historię życia Daisy i związane z nią legendy. Czy to przypadek? Tego się już nie dowiem. Teraz zaczekam na moją sarenkę, która zaprowadzi mnie ponownie nad tę samą rzeczkę, ale w czasie snu.

Zaprosiłam młodych na piwo i tak do drugiej w nocy słuchałam opowieści związanych z zamkiem. Wszystko jest dla mnie takie dziwne. Tam jest magia. W końcu moje marzenie się spełnia. Wymądrzę się w tym momencie i dodam, że to intencje wpływają na procesy zachodzące w mózgu. Im więcej intencji, tym większa możliwość spełnienia marzeń. Z tym zamkiem łączy się moja platoniczna przygoda miłosna, której ślady tam zostawiłam.
W latach sześćdziesiątych był to dziki, opuszczony teren z pozostałościami zniszczeń po wojnie, zarówno po Niemcach jak i armii rosyjskiej. Okalający zamek las (ponad 200 ha) też był mi znany, jakby to była moja własna posiadłość. Do tej puszczy (tak nazywam dziki Wałbrzyski Park Krajoznawczy) nie prowadziła kiedyś droga, tylko piaszczysty dukt. Z innymi dzieciakami penetrowaliśmy opuszczone lochy. Jako zakochana szesnastolatka robiłam z moim chłopakiem całodzienne wypady. Przyjechałam do Świebodzic, gdzie moja pierwsza miłość nadal mieszka z rodziną. Umówiliśmy się w jednej z restauracji w zamku Książ. Poinformowałam go przez telefon, jak jestem ubrana. Pijąc kawę rozmarzyłam się. Czekam na młodego, przystojnego chłopaka, studenta trzeciego roku Politechniki Wrocławskiej. Jestem rozemocjonowana i chyba zaprogramowana w taki sposób, by utrwalać emocje chemiczne w pamięci długoterminowej. Taką zamyśloną wyrywa mnie głos, wypowiadający moje imię. Podnoszę głowę. Co po nas zostało? Tylko głos, który jest wizytówką niezmienną od lat, identyfikatorem. Na własnej skórze odczułam tę degradację czasu. Doznaję szoku, bo wracam. Skąd wracam? Jestem już Teraz i Tu.

Staje przede mną starszy pan w dżinsach i sportowej koszuli, odmawia wypicia kawy. Nie czuję radości ze spotkania ani w jego pozie ani w jego oczach, co najwyżej szklaną pustkę. Nie tak miało być, nie taki obraz zaplanowałam. Płacę w pośpiechu rachunek i ruszamy starym audi do Świebodzic, do domu, w którym pomieszkiwałam w czasie wakacji. Konsternacja odbiera zmysły, więc rozmowa nie klei się. Dojeżdżamy. Moim oczom ukazuje się może nie zdewastowany, ale bardzo zniszczony budynek, na którym ta sama co kiedyś, ale wyblakła reklama zakładu fotograficznego sąsiada z pierwszego piętra. Choć pozornie nic się nie zmieniło, tylko się zestarzało, to wspomnienia zakodowane w pamięci długotrwałej żyją starymi obrazami. Pomyślałam: Domy są jak ludzie, składają się z tych samych cząsteczek, atomów, elektronów, pozytonów i nawet emanują zapachem tamtych czasów, bo w dziwny sposób włączył mi się zmysł węchu z czasów dzieciństwa i młodości. Nie ma już ładnego ogródka, w którym rosły róże i pachnące konwalie. Nie ma naszej romantycznej altanki. To wspomnienie młodości niosło ślady cierpienia, a jego brzegi raniły mnie aż do molekuł. Pomyślałam, że przeszłość zostawiłam za sobą, a tu na własne życzenie jest obok. Poczułam się, jakby atomy moich rzęs drgały w świetle kosmicznego tańca światła, a ja byłam tylko ich wylęgarnią.

– Ależ jest! – nagle wybudzam się z zamyślenia. – Jest schowana za garażem.

Kolega prowadzi mnie tą samą dróżką, po której dawno, dawno temu dreptałam. W mózgu włączają się chyba antyatomy, antyelektrony, te wszystkie antycząstki, bo znowu na kilka sekund jestem w tamtym czasie, z grupą imponujących mi studentów. Pijemy alkohol i palimy fajki. Katalepsja mija i widzę obecny obraz. Stara nora, zarzucona wieloma szpargałami i brudnymi szmatami. Czyżby to jeszcze te koce, którymi kolega okrywał mnie w późne letnie, chłodne wieczory, kiedy czytaliśmy Mickiewicza, Tetmajera i innych wielkich poetów, a fraszek Sztaudyngera uczyliśmy się na pamięć? Znów mój umysł odebrał wrażenie zapachu altany z tamtych lat. To samo odczucie dopadło mnie, kiedy wchodzę do domu i witam się z panią w moim wieku. Siedziała na kanapie i cały czas coś żuła. Zdawała się być jak cicha, łagodna owieczka, która zjada trawę. To jego żona. Na spotkanie wychodzi i wyciąga szeroko ramiona stulatek, ojciec kolegi i przyjaciel mojego stryjka. Wygląda jak dobry, poczciwy batiuszka. Zaprasza. W mieszkaniu, które pięćdziesiąt lat temu było dla mnie „bogate”, nic się nie zmieniło, oprócz nowych setek książek upchanych, gdzie się da. No tak! „Dom bez książek, to dom bez okien”. Dziadek opowiada historie, które są dla mnie jakby nie z tej ziemi, historie wojny związane z zamkiem. Podziwiam jego rześkość i prawię komplementy. Choć nie. To, co mówię, to prawda. Dziadek otwiera stare zniszczone pudełko, które nawet dziwnie pachnie i wyciąga pożółkłe czarno białe zdjęcia z księżną Daisy.

– Zobacz, o tu, tu siedzi mój ojciec.

Staruszek wraca do przeszłości, nie tylko tej wojennej historii Książa. Opowiada o swoim ojcu, bywalcu na zamku w latach dwudziestych. Wchodzę w tamtą przestrzeń, która dla mnie jest tylko myślą, bo reszta, co otacza tę przestrzeń, to już chyba myślący Bóg, który tak zarządził. Słowa o Niemcach, o czasie drugiej wojny światowej i laboratoriach, w których poddawani byli okrutnym badaniom mieszkańcy okolic, są precyzyjne, zdania logiczne i sensowne, strzela nimi jak harpunami, a harpuny łatwo wbić, ale wyciągnąć, to już nie będzie jak. Na trwałe zostanie zapisany w moim umyśle i sercu odpowiednim kodem mój stosunek do Niemców. Nawet pani Merkel ze swoją polityczną poprawnością ratowania milionów emigrantów nie pomoże. Podziwiam piękny umysł tego staruszka i jego moc przebaczenia, o którą ja będę musiała prosić Boga. Niesamowitość potęguje wrażenie, kiedy ta pierwsza moja miłość kładzie na stole moje listy sprzed pół wieku, adresowanych kaligraficznie kopertach. Przypominam sobie, ile czasu poświęcałam pisaniu tych adresów, okłamując matkę, że to lekcje. Robię zdjęcia i zachłannie czytam. Rozpoznaję w nich siebie poprzez transformacje ideowe, duchowe, kulturowe. Choć czuję się „przestarzała”, to gdzieś w środku jestem tą samą osobą, te listy o tym świadczą. Zatrzymuję wzrok dłużej na jednym, gdzie odnajduję mój wiersz, który mogę dzisiaj uznać za dobry. Rozbraja mnie zapis: „[…] przepraszam, ale to z poetyckiego nawyku”. Boże! Pomyślałam: jakiż to poetycki nawyk mogłam mieć w wieku szesnastu lat? Chciało mi się śmiać, ale z moich wierszy już nie. Opuszczam Świebodzice i dom pełen wspomnień. Wyjeżdżamy. Po drodze robię ksero listów. Wysiadam tak po prostu, mówiąc „do widzenia”.
Gdzie ten dżentelmen sprzed lat? No cóż, do przeszłości się nie wraca. Życie zostało tak zaplanowane i zapisane w boskiej księdze, że nie jego żoną miałam być. Boski plan został zrealizowany. Wypełniły się nawet banalne cele, a teraz dostałam nowe zadania, bo chyba jestem kobietą zadaniową. Czy je zrealizuję? Nie wiem. Ale po latach dostałam odpowiedź. Do przeszłości się nie wraca. Jej już nie ma.

1 thought on “Z powieści…”

  1. Swietnie sie czyta te fragmenty powiesci Pani
    Lucji…
    Jest mi rowniez bliski ten fenomen przemijania ludzi dawno niewidzianych, bez tego uczucia do nas samych..
    Z samymi sobie jestem w jakiejs kontynuacji, jakby jest nam zaufana majmniejsza zmiana na nas, z wyglada, w wyniku stanu zdrowia, zmiana psychiczna w wyniku przezyc..
    To uwewnetrznie samyxh siebie pozwala nam szybko zorientowac w naszej psycho-socjalno-fizycznej sytuacji.
    Ktos inny, po latach, pojawia sie nagle w innej, obcej przestrzeni , chociaz wspomnienie przeszlosci jest i zostanie uwewnetrznione.
    Dlatego zgadzam sie z pania Lucja.
    Przeszlosc to inny wymiar nas, dlatego sie juz w niej nie znajdziemy. Odplynelismy juz…
    Jak to ja mowie, zostaja tylko albumy wewnetrzne.
    Panta rei,???

    Moja refleksjia nie ma na celu interpretacji tego co przezywa Autorka (jakimze prawem?), jedynie jest to moj oddzwiek, na to co zrobilo
    i jak, na mnie wrazenie.
    T.Ru.

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out /  Change )

Google photo

You are commenting using your Google account. Log Out /  Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out /  Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out /  Change )

Connecting to %s

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.