Reblog: Wrześniowe wiersze

Mietek Węglewicz

napisał:

Cześć Ewo Mario, Koleżanko, Pielgrzymko,
sztuka to wolność, życie to sztuka, prawo do życia to prawo do wolności, do sztuki. Ani sztuka, ani wolność nie mogą odbierać prawa do życia. Nie mogą! Inaczej same sobie odbierają prawo…

z blogu morze żywe

Z pamiętnika jesiennej dziewczyny

Wrzesień przez miesiąc był wierny
Odszedł…
Przyszedł Październik..
Świt późniejszy,
zmierzch śmielszy
Ręce takie chłodne…
Ponad cztery tygodnie
złotem liści mamił
welon z mgły mi zakładał
A w końcu zostawił
Potem był Listopad
Bardzo smutny chłopak
Odszedł zimny jak szkło
…z taką jedną … Mgłą

Apel

Czytelniku
nie czytaj krytyków
U nich każdy przecinek się liczy
Wiadomo jak
to krytycy
i każdy zwróci drab
uwagę na każdy brak
Brodacze w okularach
nad wierszem pochyleni
na brak przecinka zaraz
uwagę zwrócą
jak Lenin
Pochylą się badacze
rozgadają gadacze
Rozpiszą się pismaki
że on taki a taki
Czytelniku
nie czytaj krytyków

Dzień Aptekarza

Rzadko się zdarza
Dzień Aptekarza
no może raz do roku
całymi dniami
mierzy, odważa
a w pracy musi mieć spokój
Dlatego rząd rozważa
świętować Noc Aptekarza
Ale aptekarz w nocy
też ma zajęty czas
bo w świetle księżyca wytwarza
azotan srebra
z gwiazd

26.09.2020

O wojskowych piosenkach

Na polach bitew świata
Żołnierz strzela i ginie
Trata tatata, trata tatata
Od Amazonki po Łydynię
Płynie też pieśń
Dopomóż Bóg
i chciej
w opiece mieć
Ty nasze kule wrogom nieś
a nad duszami świeć
Tu wróg,
tu wróg,
a z nami
Bóg
Broń ciężka
i ta pieśń
Ty nas w opiekę weź
i nasze
kule nieś
Słysząc to Bóg
zawołał
Bo miał otwarte okno
czy wreszcie ktoś by mógł
zmienić tę pieśń okropną!!

Ostrzeżenie

Gdy palą owocowe skrzynki
to noc ma zapach mandarynki
Gdy dla ogrzania palą zbożem
to jest za dobrze
będzie gorzej
Gdy teczki z policyjnych szaf
noc pachnie zdradą, cuchnie strach
ale gdy książki idą w ogień
to nic już nie rób
tylko w nogi

mój kot

mój kot jest zawsze niewinny
bo nawet jak coś zrzuci
to na innych

Tyle dróg

byłem na mieście
o mieście nie śnię
byłem w lesie
w lesie już jesień
leciałem lotnią
w lotni samotność
byłem u Ciebie
u Ciebie… w niebie

Teatr

Pięknie się bawi
jesień światłem
Zamienia się
miejscami
z cieniem
bo dla jesieni
to jest łatwe
co roku
na tej samej
scenie
akt pierwszy
mgły
w drugim
natchnienie
w trzecim powszechne zaziębienie
czwarty zaklęty
Wszystkich Świętych
między aktami
aspiryna
i różne smutki
że dzień krótki
i co? – i…zima
już na scenie
akt…
Boże Narodzenie

 

Z wolnej stopy 14

Zbigniew Milewicz

Pan Zbyszek

Ile mógł mieć lat, kiedy przyszły dowódca Luftwaffe posadził go sobie na kolanach i coś do niego powiedział po niemiecku? Chyba pięć, albo sześć. Hermann Göring przyjechał do Białowieży prywatnie, na polowanie, to była jego namiętność. Później też tam bywał, już jako dygnitarz III Rzeszy, na zaproszenie polskiego rządu. Hitlerowi zależało na tym, aby znaleźć w Polsce sojusznika przeciwko Rosji, dochodziło więc do różnych spotkań i rozmów na wysokim szczeblu, m.in. przy okazji polowań na wilki i rysie w Puszczy Białowieskiej. Tata pana Zbyszka zarządzał w Białowieży pałacykiem myśliwskim, zbudowanym jeszcze za czasów carycy Katarzyny II, dla dworskich polowań, i tam Göring się zatrzymał, a że syn wszędzie ojcu towarzyszył, to znał wszystkich gości.

Zbigniew Michał Kowalczyk był urodzonym warszawianinem. Kiedy 30 sierpnia 1939 roku wrócił z obozu harcerskiego w Rumunii do rodzinnego domu, czekało już na niego powołanie do wojska. Otrzymał przydział do ochrony starostwa w Prużanie, stamtąd wraz z oddziałem ruszył dalej na wschód, aż doszły go wieści, że do Polski wkroczyła Armia Czerwona. Wtedy, wspólnie z wycofującym się ze wschodu oddziałem płk. Antoniego Kamińskiego i grupą nadleśniczych, żołnierze Kowalczyka schronili się w Puszczy Białowieskiej. Nie spodziewali się, że tam znienacka zaatakuje ich białoruska partyzantka, sojusznik wroga, liczebnie znacznie silniejsza od nich. Złożyli broń. Chłopi oddali ich w ręce NKWD i ponad 30 żołnierzy, wraz z dowódcami zamknięto w tzw. „więzieniu Białym“ w Słonimiu.

Warunki były trudne. W celach tłoczyło się po 50 – 80 osób, co kilka dni Kowalczyka wzywano na nocne przesłuchania i bito, dopóki się nie przyznał do przynależności do Ligi Obrony Powietrznej i Przeciwgazowej. To śledczym wystarczyło, aby odpowiedział za antysowiecką działalność. W ostatniej dekadzie czerwca 1941, po wkroczeniu Wehrmachtu do ZSRR, NKWD rozpoczęło w więzieniu masowe rozstrzeliwania. Oto relacja Kowalczyka na temat tamtych, dramatycznych wydarzeń:

„Byliśmy zupełnie otępiali, niewrażliwi na nic, tacy jacyś zupełnie myślowo mało działający, opóźnieni jakoś w sposobie myślenia. Potem wychodziliśmy na dwór, stawaliśmy pod murem naprzeciw wejścia. Pierwszy był pułkownik, drugi byłem ja, trzeci był Karol Kamiński, potem był kapitan nadleśniczy Urban z Białowieży – razem 32 osoby. Przypuszczam, że innym, tak jak i mnie odczytano wyrok śmierci. Po kolei przychodzili pod ścianę, pod mur więzienny. Potem przyszedł eszelon do rozstrzelania nas. Do tego momentu nie mieliśmy nic ogłoszonego, żadnego wyroku. Było to przygotowane do normalnej likwidacji, tak jak zostało wykonane w Katyniu.” *

Kiedy stał przed plutonem egzekucyjnym, niemieckie samoloty akurat bombardowały okolicę i jedna z bomb spadła na więzienie, burząc mur. To był dobry prezent od „wujka” Hermanna, tym bardziej, że nieoczekiwany. Gdy później, w 1944 roku, to samo lotnictwo obracało w zgliszcza i ruiny jego ukochaną stolicę, życzył mu dla odmiany pewnie wszystkiego najgorszego. O losach Zbigniewa Kowalczyka między 1941 rokiem i Powstaniem Warszawskim niewiele wiadomo. Tyle tylko, że w 1943 roku ukończył szkołę podchorążych Związku Jaszczurczego, a z początkiem 1944 roku otrzymał awans na stopień podporucznika Narodowych Sił Zbrojnych. Aresztowany przez Niemców, wylądował na Pawiaku. Nie wiadomo, w jakich okolicznościach opuścił więzienie.

W czasie powstania posługiwał się pseudonimami „Żbik”, „Żbikowski” i walczył na Starówce, w zgrupowaniu „Róg”, pod dowództwem kpt. Lucjana Giżyńskiego, ps. „Gozdawa“. W czasie walk awansuje do stopnia porucznika, jest trzykrotnie ranny. Po upadku powstania został wzięty do niewoli i wywieziony do obozu w Ożarowie, później do Lamsdorf i wreszcie do Murnau w Bawarii. Tam doczekał wyzwolenia przez Amerykanów. Kolejne etapy życia Zbigniewa Kowalczyka przypominają sensacyjny serial: wstępuje do Brygady Świętokrzyskiej, która stacjonuje w Bernardovicach, koło Pilzna, w strefie amerykańskiej, przechodzi szkolenie wywiadowcze, przybiera na stałe nazwisko Dziakoński i jedzie do Polski. Celem jego misji jest dostarczenie kryształków do budowy radiostacji szpiegowskiej. W drodze powrotnej ma pomóc przedostać się na Zachód ze strefy okupowanej przez zieloną granicę, grupie prominentnych osób, którym grożą aresztowania i śmierć ze strony funkcjonariuszy UB oraz NKWD. Wśród nich są żony czterech byłych ministrów Słowacji i osoby z polskiego establishmentu. Porucznik Dziakoński ma wspólnika – to oficer Sławomir Modzelewski „Lanc“ – którego zadaniem jest przemycenie do kraju książki szyfrów do nadawania meldunków przez radiostację. A w drodze powrotnej – wywiezienie z Polski na Zachód najbliższej rodziny gen. Władysława Andersa. Inicjatorem tych zadań jest dowództwo amerykańskie.

„Z końcem sierpnia 1945 roku Dziakoński, jako repatriant, przedostał się drogą Jerzego Kozarzewskiego „Konrada“ do Dziedzic na Śląsku – czytamy w pracy historyka i dokumentalisty, dr Łukasza Wolaka, “Ochotnik do Polski”**. Z tego samego kanału w tamtym czasie korzystali również żołnierze Zrzeszenia „Wolność i Niezawisłość“ (WIN) a także wywiadowcy 2 Korpusu Polskiego, w tym rtm. Witold Pilecki. W kraju Dziakoński otrzymał komplet dokumentów, które umożliwiły mu swobodne poruszanie się po Polsce.” Z dalszej treści materiału wynika, że w międzyczasie nastąpiły pewne zmiany w planach. Prominenci, którym porucznik miał pomóc wydostać się z Polski, skorzystali wcześniej z innych możliwości wyjazdu, natomiast „Lanc” niedługo po przekroczeniu granicy został aresztowany przez bezpiekę i Dziakoński musiał dodatkowo przejąć jego powrotne zadanie. Mianowicie – przeprowadzenie przez granicę żony, córki i zięcia gen. Andersa.

Spisał się na medal, choć był na krawędzi dekonspiracji. Za eksfiltrację rodziny generała Andersa został w Polsce zaocznie skazany na karę śmierci. Była to więc jego pierwsza i ostatnia polska misja.

Pisze o niej Adam Dyrko z Monachium, w swojej książce “Wygnańcze szlaki”***, traktującej losach polskich emigrantów i uchodźców w Niemczech. Narratorami poszczególnych rozdziałów są ich bohaterowie, m.in. Zbigniew Kowalczyk vel Dziakoński. Kontynuuje, co stało się później w jego życiu, jak znalazł się w oddziałach wartowniczych**** armii amerykańskiej w Dachau. W sumie jest to bardzo ciekawa opowieść, warta lektury, nie będę więc zdradzał jej wszystkich szczegółów. Wspomnę tylko, że miałem wielki zaszczyt i przyjemność osobiście poznać mojego imiennika i panią Renię, jego małżonkę, dzięki kochanej Marysi Mayerhöfer-Trzeciak, która od lat była z nimi rodzinnie zaprzyjaźniona.
Do spotkania doszło podczas ogniska świętojańskiego nad Isarą, zorganizowanego przez pana Zbyszka dla monachijskiej Polonii, parę tygodni po moim przyjeździe do Niemiec w 1988 roku. Nie zapomnę późniejszej, wspólnej wycieczki jego starym camperem do Kolonii, na jakieś polonijne święto, kiedy złapaliśmy gumę; jego spotkań z harcerzami ze szczepu Białe Orły, którym dowodził druh Waldek Nowakowski, jak w prostych słowach tłumaczył moim synom i innym dzieciakom, co to jest ojczyzna; ciepłej atmosfery mieszkania państwa Dziakońskich, przy Warngauerstrasse, w którym często gościliśmy z moją byłą żoną i dziećmi, pogody ducha gospodarzy, tego, z jaką klasą tańczyli walca na polonijnych balach oraz faktu, że zawsze każdemu i w każdej sprawie gotowi byli bezinteresownie pomóc; wreszcie tej naszej ostatniej, kilkuosobowej, wyprawy na biegówki nad Spitzingsee, gdzie nadal gibki w ruchach senior w pewnym momencie oświadczył, że chyba pora mu już skończyć z czynną karierą sportową i przejść na szkolenie młodzieży, zwłaszcza żeńskiej…

W lutym 2004 roku Zbigniew Dziakoński został awansowany do stopnia podpułkownika rezerwy WP. Zmarł 9 sierpnia 2006 roku w Polsce i spoczywa na warszawskich Powązkach, w Alei Zasłużonych. Wczoraj minęło właśnie stulecie Jego urodzin, z tej okazji o panu Zbyszku napisałem.

Panstwo Dziakońscy z wizytą u Marysi Mayerhöfer, na Blumenau, w 1971 roku. Najmłodszy to Jaś, syn gospodyni.
P.S. Nie lubił pozować do zdjęć. Mama Marysi lubiła natomiast komentować fotki różnymi uwagami…

Państwo Dziakońscy na wycieczce Polskiego Klubu Katolickiego w Monachium do polonijnego ośrodka harcerskiego w Alzacji, w okolicach Colmar, 2000 rok. Tutaj – w Strassburgu.


* Archiwum Ośrodka „Karta“, sygn.AW I/ 0148, Relacja Zbigniewa Dziakońskiego z listopada 1989 r.oku

** “Polska Zbrojna”, Historia, nr.1/2020

*** Oficyna Wydawnicza Volumen, 2007. Niestety nakład jest już wyczerpany, tylko autorowi książki zostało jeszcze nieco egzemplarzy; zamówienia proszę kierować na adres: adyrko@gmail.com

I jeszcze przypis od Adminki:

**** Akurat niedawno Tadeusz Rogala napisał dla Czytelników bloga wspaniały wpis właśnie o amerykańskich oddziałach wartowniczych, trzeba TAM koniecznie zajrzeć.

Rozmowy polskie jesienią 2020 roku

Ela Kargol i Ewa Maria Slaska

Rozmowa facebookowa 24 sierpnia po wycieczce do Szczecina. Urywany charakter rozmowy, powtarzanie się zdań i nieprzystawalność argumentów w dyskusji, bo w międzyczasie pojawiają się inne uwagi, należą do symptomów aktualnego stanu komunikacji międzyludzkiej, więc nie próbowałam tego zmienić tak, by nasza debata z Elą była jasna i czytelna. Proszę Czytelników o wyrozumiałość i podążanie za meandrowym sposobem komunikacji.

Ela: Byłyśmy z siostrą na placu Solidarności, obejrzałyśmy mural wykonany na 40 lecie sierpnia.

Ela: Byłyśmy też przy przygotowaniach do ponownego odsłonięcia muralu Iwaszkiewicza. Odsłonięty w czerwcu, po kilku dniach zamalowany czerwoną farbą, miał być odsłonięty dzisiaj i był (tylko w innej formie), bo w przeddzień został znowu potraktowany, tym razem czarną, farbą.
Ela: Mural z cytatem Iwaszkiewicza w Szczecinie zniszczony
Ela: https://images.app.goo.gl/fbVetjEsCeQrob5y8

Ela: To był ten oryginalny:

Ela: Inna sztuka pod trasą zamkową trzyma się dobrze.

Ewa: Gejowski list miłosny… oburzające akty wandalizmu i agresji anty wiadomo co. Ale z drugiej strony jest też pytanie o szacunek dla intymnych spraw innych ludzi. Ciekawe, czy Iwaszkiewicz by chciał, żeby ten list (i inne) w ogóle został opublikowany, a co dopiero z nazwiskiem jego i jego kochanka znalazł się na muralu…?
Ewa: On był dyskretny, ukrywał się ze swoim homoseksualizmem. Jak Tomasz Mann. Obaj mieli żony, dzieci, pozory normalnego życia.

Ela: O tym samym myślałam w czerwcu, ale potem było mi bardziej przykro, że go zniszczyli. Teraz to będzie już taka przepychanka.
Ela: Każda z nas pisała (chyba) listy miłosne.

Podwórko koło Café Berlin w Szczecinie

Ewa: No, ale nie wiem, czy bym chciała obejrzeć cytaty z moich listów na muralu.
Ewa: Z naszymi nazwiskami i zdjęciami i informacją, że mój kochanek był o kilkanaście lat młodszym gejem.
Ewa: Oboje się tego do dziś nie wstydzimy, ale czy to ma iść na mural?

Ela: No i trochę masz rację, że to prywatne sprawy, ale one były już publikowane.
Ela: Te sprawy nie wyszły na jaw na tym muralu.
Ewa: Dla naukowców nie, ale dla zwykłych ludzi na pewno.
Ewa: Rozumiem, że to jest element walki o tolerancję, ale czuję się z tą sprawą niedobrze.

Ela: Ale to wyznanie miłosne jest piękne, mnie się w sumie pomysł podobał.
Ela: Cytujemy cały czas, że ich tak nazwę, “wipów”

Ewa: Każde prawdziwe wyznanie miłosne jest piękne, ale jako mural wydaje mi się nadużyciem.
Ewa: Trzeba było zapytać np. “Michaśkę” Witkowskiego i jego kochanka, czy by dali wyznanie, nazwiska i zdjęcia na mural!?
Ewa: Albo Dehnela i jego męża

Ela: Do moich chłopaków (dużo ich nie było) pisałam: “a gdy będę zakochana, wyślę panu list i klucz”, może teraz cytowałabym Iwaszkiewicza.

Ewa: Dla naukowców nie było to nic nowego, ale dla zwykłych ludzi na pewno.
Ela: Zwykli ludzie nie będą szukać malunków pod trasą zamkową, choć teraz po tych kolejnych zamalowywaniach media nagłośniły sprawę.

Ewa: On był dyskretny, ukrywał się ze swoim homoseksualizmem. Jak Tomasz Mann, jak Marcel Proust, jak Federico Garcia Lorca.
Ela: Masz racje, tę dyskretność należałoby uszanować. Z tym szanowaniem pewnych zasad młodzi mają problem. Jest przyzwolenie na przekraczanie pewnych zasad, ale w tym przypadku nie widzę niczego złego. W dzisiejszych czasach on nie musiałby się ukrywać.

Ewa: Ale mógłby chcieć. Mam kilku znajomych, którzy to robią… Nawet w Berlinie.
Ewa: Oni nie mogą w tej sprawie sami o sobie zadecydować
Ewa: A my naruszamy ich intymność.
Ewa: Poza tym w Polsce jednak ludzie nadal się ukrywają.

Ela: Tak.

Ewa: Czy mogę zrobić wpis z tej naszej dyskusji o Iwaszkiewiczu?
Ela: Pewnie, że tak, podeślę Ci zdjęcia
Ewa: Super. Mogę napisać, że ty to ty?
Ela: Napisz, że ja to ja i że jestem za. Teraz przez to wszystko, co się stało i stanie, i jakie wipy mają w tym udział, cała rzecz się inaczej potoczy. Pomysł z chatem na komórce jest super. I tak jak chyba pisałam: sztuka, czyli te inne malunki pod trasą zamkową mają się dobrze. A jest ich dużo.

Ela: Otwarcie było w czerwcu i ja w ten dzień byłam w Szczecinie, ale o tym nie wiedziałam, no więc jak przeczytałam, że jest drugie otwarcie, chciałam zobaczyć. Do otwarcia nie dotrwałyśmy, bo siostra już nie chciała.
Ela: Jak o tym piszesz, że to zbyt osobiste… To wyobrażam sobie, że to ręka z zaświatów, albo ręce zamalowują chat, no bo inaczej nie mogą usunąć.
Ela: Ale spójrz na fb czy innego instagrama, ile tam jest treści osobistych, nie tylko naszych, wstawiamy zdjęcia dziadków, którzy nie żyją. Ja opowiadam o miłostkach moich rodziców, o tym, że za Niemca ojcu było lepiej, że dziadek budował Oświęcim… Nie wiemy, jak by Iwaszkiewicz postąpił w naszych czasach. Ten odstęp tylu lat pozwala nam inaczej na wszystko spojrzeć.
Ela: Teraz doczytałam, że wnuczka Iwaszkiewicza była też potem w Trafo (galeria, która zainicjowała namalowanie muralu o Iwaszkiewiczu – przyp. EMS). Z małej chmury duży deszcz. Teraz to już cały świat się dowiedział.

Ewa: Ale przecież o to chodziło!
Ela: Tak, tak, ale nie wiem, czy od początku o to chodziło, rozmawiałam krótko z Moniką Tichy (aktywistką LGBT w Szczecinie – przyp. EMS), pytając, co dalej. Jakoś tak krótko odpowiedziała, że sama nie wie, że wszystko potoczy się samo dalej i że to na pewno nie koniec całej akcji.

Zdjęcia: Ela Kargol

Tęsknoty młodości

Teresa Rudolf

Marzenie dziewczyny…

Tak marzy mi się tango,
mówiła do siebie,
przecież to żałosne,
skąd mam to?

Tango bez maski,
bez dystansu,
a ręce?…

A ręce mnie obejmują,
przytulają, przyciskają,
nienachalnie tańcząc
ze mną tango.

Tango zabronione
świata Coroną,
bez sensu.

Tango, właśnie z tobą,
tym facetem z pociągu,
w masce, oczy ciekawskie,
mówiłeś, że tańczysz.

Tango wymarzone,
nie tańczyłam,
nie umiem.

Tango, takie z filmów,
takie jakieś nagle moje,
dla mnie, jak nic innego,
… jestem młoda!

Proszę, proszę proszę,
póki jestem jeszcze
taka młoda…

Odczep się…

Napadasz na mnie tymi pomysłami!
Napadasz na mnie tymi
marzeniami…

Odczep się!

Napadasz ma mnie tymi
ideami!
Napadasz na mnie tymi
snami…

Odczep się!

Napadasz na mnie tymi
kaprysami!
Napadasz na mnie tymi
wyrzutami…

Odczep się!

Zostaw mnie w spokoju,
jestem młody,
chcę wreszcie żyć
przestać tylko marzyć…

… o normalności!
Więc się odczep!
Mrzonko o przyszłości!
Proszę…

Nauki przyrodnicze a nauki humanistyczne

Tabor Regresywny

Przepaść między humanistyką a naukami przyrodniczymi wyznaczają dwa rodzaje znaków – ślady i komunikaty. Śladem jest plamka na kliszy w miejscu, gdzie padł promień światła, odcisk kopyt końskich na miękkiej ziemi czy guz po uderzeniu głową w ścianę. Oczywiście śladami zajmują się nauki przyrodnicze. Jerzy Kmita, logik, ślady określał jako znaki autonomiczne. Z kolei komunikatami nazywam znaki, które, jak mówił prof. Kmita, są nastawione na interpretacje. Są to znaki kulturowe – dzieło pisarza, obraz czy gest wykonany na powitanie. Komunikaty nie są znakami autonomicznymi, wymagają nadawcy i odbiorcy. Proszę nie mylić komunikatów z informacjami np. klepnięcie szablą w ramię, którym mianuje się na stopień oficerski jest komunikatem, czyni kadeta oficerem, gwiazdki na pagonach informują stopniu oficerskim.

No, ale do rzeczy.

Zbliżał się wieczór. Wiatr powoli przygasał. Pakowaliśmy nasz dobytek na jedyną łódź, jaka została w porcie. Była to szalupa okrętowa, znaleziona przez jakiś statek na pełnym morzu, prawdopodobnie zgubiona przez inny statek. Trafiła do Gdańska, a stamtąd zbiegiem okoliczności – do mariny „Wdzydzki Kąt”. Jako masztu użyliśmy żerdki sosnowej leżącej za śmietnikiem, żagiel lugrowy zrobiłem z resztek podartego foka. Wiedząc, że w tych warunkach pogodowych nie mamy szans dopłynąć do naszego ulubionego miejsca na wyspie, poprosiłem Ewę Marię by czuwała nad wiatrami i w razie czego czyniła, co do niej należy. Z portu wypłynęliśmy „na śrubkę”, a jak w końcu chwyciliśmy wiatr, zaczęła się ruletka – dopłyniemy czy nie. I prawie się udało, gdyby nie to, że na drodze do naszej zatoczki stanęło przewrócone drzewo wystające z brzegu. Widać było, że tego drzewa nie ominiemy, zabrakło wiatru, choć niewiele brakowało. I wtedy przyszedł niespodziewany lekki powiew wiatru, takie muśnięcie, które delikatnie przeniosło nas do naszej cichej zatoczki. Czy Ewa Maria miała z tym coś wspólnego czy też był to szczęśliwy zbieg okoliczności?

Wieczorem przy ognisku Kol Nze spytał o antynaturalizm Kmity i jak się on miał do fizykalizmu. Wyjaśniłem, że antynaturalizm to pogląd, że przepaści między humanistyką a naukami przyrodniczymi nie da się zasypać ze względu na odmienne rodzaje znaków, będące przedmiotem zainteresowań obu tych dziedzin. Jerzy Kmita był antynaturalistą i przeciwnikiem fizykalizmu czyli przekonania, że tę przepaść można zasypać od strony fizyki, co dobitnie wskazywałoby na wyższość nauk przyrodniczych nad humanistyką i usprawiedliwiało lekceważący stosunek fizyków do literatów.

W pewnym sensie fizykalistą był Ezaw, gdy sprzedawał swoje pierworództwo Jakubowi za miskę soczewicy. Śmiał się w duchu, bo myślał, że pierworództwa nie można sprzedać. Albo się jest pierworodnym albo nie i nic tego nie zmieni. Jakub też był świadomy, że w wyniku transakcji nie stał się pierworodnym, natomiast nabył prawo do błogosławieństwa Izaaka czyli czynności nastawionej na interpretację – komunikat. Nie pierworództwo czyli fakt należący do przyrodoznawstwa, a błogosławieństwo ojcowskie czyli znak kulturowy, zadecydowały o ich dalszych losach.

Nie lekceważyłbym literatów.

No ale do rzeczy, czyli Kursu Sztuki Żeglowania (KSŻ), przypowieść druga, choć chronologicznie pierwsza.

Przypadkowa uczestniczka KSŻ miała 12 lat i znalazła się u mnie na jachcie wraz z rodzicami w ramach krótkiej wycieczki wokół wyspy Glonek. Druga rodzina płynęła z Jackiem. Wyszli z portu wcześniej i mieli silnik na wypadek. gdyby zabrakło wiatru. Nie miałem szans, by ich dogonić, nawet po to, by w razie ciszy przyholowali nas do portu. Powiedziałem tej małej 12-letniej czarodziejce, jak może mi pomóc, sprowadzając wiatr. I sprowadziła. Jak wyjaśniłem Jackowi, co się stało, napisał mi: „Miała taką moc, że zostaliśmy daleko w tyle”.

Przypadek, czy jest coś na rzeczy?

Uczyłem fizyki w klasie kucharzy małej gastronomii. Na pierwszej lekcji powiedzieli mi – nas nikt niczego nie nauczył, panu też się nie uda. Pomyślałem sobie – to świetnie. W tym samym czasie czytałem „Część i całość” Heisenberga. Opowiadał, jak to Niels Bohr skarżył się po wykładzie z mechaniki kwantowej dla filozofów z Koła Wiedeńskiego. Bohr uznał, że źle tłumaczył, bo nie było żadnych pytań, wszyscy zachowywali się tak, jakby wszystko rozumieli, a tego nie da się zrozumieć. Opowiedziałem o tym kucharzom małej gastronomii i zaproponowałem wykład z mechaniki kwantowej. Jak nic z tego nie zrozumieją, to będzie znaczyło, że dobrze tłumaczę. Wydawało się, że zrozumieli, o co mi chodzi i się zgodzili. Po lekcji poszli do wychowawczyni i się poskarżyli, że źle tłumaczę, bo oni nic nie rozumieją. Tylko Krystian zorientował się, o co chodzi i stanął w mojej obronie. Lilka, ich wychowawczyni, powiedziała mi, że rozumie, że w tej lekcji właśnie chodziło o to, by nie rozumieli i poprosiła mnie, bym powtórzył tę lekcję, ale tak, by zrozumieli. Próbowałem jej wytłumaczyć, że nikt tego nie rozumie. Ale tłumacz to kobiecie, w dodatku polonistce. Ja swoje, a ona swoje – ty sobie poradzisz, wytłumacz im. I tak powstała lekcja pt. “Optyka kwantowa w klasie kucharzy małej gastronomii”.

Jeśli moje rozumowanie jest poprawne, zarówno Ewa Maria, jak i mała czarownica mają władzę nad zjawiskami pogodowymi. Jeśli moje rozumowanie jest poprawne, to przepaść między przyrodoznawstwem a humanistyką można zasypać od strony humanistyki i przejąć władzę nad pogodą i nie tylko.


Komentarz Adminki: O!

Wiersze o miłości inaczej…

Teresa Rudolf

Tyle chcę ci powiedzieć… 

Tyle chcę ci wciąż jeszcze
powiedzieć, wytłumaczyć,
wymilczeć, wyśpiewać.

Patrz, to jest ptak,
lata, śpiewa swe pieśni
o odlocie, odejdzie daleko.

Patrz, to twoje uszka
a to twoje pazurki,
na razie takie niewinne.

Patrz, to twoje oczy,
w nocy będą bystre
w ciemności wszelkiej.

Patrz, to jest nora,
zawsze możesz wskoczyć
do niej, szybko uciekając.

Patrz, to jest twoje
rude futerko, uważaj,
bo ktoś może ci je zabrać.

Patrz i teraz uciekaj,
to czlowiek, on chce się
w ciebie lub we mnie ubrać.

Mama szeptała coś szybko
małemu dziecku liskowi,
i wtedy padł strzał…

Już czuł,  i już wiedział,
mamę zabrał czlowiek,
najgorszy wróg zwierząt…

To człowiek, a ja lisek…
cichutko po lisiemu płakał,
z żalu i ze strachu.

 

Patrz i ucz się…

Patrz i ucz się mówiła
matka swemu dziecku,
tak się sznuruje buciki.

Patrz i ucz się, to jezdnia
auta są zawsze mocniejsze
od ludzi, przechodź uważnie.

Patrz, w zimie szalik
okręć, przeziębisz się,
ostatni raz mówię.

Patrz, dzieci się uczą,
masz wyrosnąć na kogoś,
obijasz się, ja się staram.

Patrz, masz znów
szlaban na wszystko,
po co ci to mówiłam.

Inne mamy są inne,
i ona kiedyś też była…
zamknął się w szafie.

I już wiedział, tam jest
życie, szkoła, a tu mama,
płakał z żalu i ze strachu…

Z wolnej stopy 13

Zbigniew Milewicz

Bądź mi zdrów, Krakowie
Blajb gezunt mir, Kroke

Diabeł czasu Holocaustu pracował ściśle według planu, jak to typowy Niemiec. „Problem żydowski“ rozwiązywał  skrupulatnie odmierzonymi  krokami, daty lubiły się powtarzać. Dokładnie 79 lat temu wykonano pierwsze egzekucje w komorach gazowych Auschwitz. Rok później, również 23 września, zlikwidowano getto żydowskie w Szydłowcu, a w 1943 roku, w ten sam dzień, zaczęła się zagłada getta w Wilnie. Mordechaj Gebirtig – znakomity, żydowski poeta z Krakowa, świadek i ofiara Holocaustu, pisał z rozpaczą:

 

 

 

 

Tworzył w jidysz, języku żydowskiego proletariatu, jego sztetli i naprawdę nazywał się Markus Bertig. Mieszkał na Kazimierzu, w znanej żydowskiej dzielnicy, miał podobno zaledwie elementarne wykształcenie i materialnie wiódł bardzo ubogie życie, a należał do najważniejszych postaci międzywojennej elity intelektualnej tej diaspory miasta Krakowa. Kiedy zdecydował się przyjąć nowe nazwisko, użył niemieckiej pisowni Gebürtig, od słowa Geburt – narodziny, jakby sugerując, że oto narodzi się ktoś nowy:

Tłumaczem utworów Mordechaja Gebirtiga na język polski i autorem wyżej zamieszczonego wiersza jest poeta i autor tekstów piosenek, Jacek Cygan. Jest on również jednym z autorów wstępu do książki o żydowskim bardzie z dawnego Krakowa, która od kilku dni leży u mnie stole. Oprawę muzyczną do swoich wierszy Gebirtig układał głównie sam, ale często przyciągały one również uznanych kompozytorów. Na przykład Manfreda Lemma, niemieckiego kompozytora, który napisał muzykę do tytułowego wiersza Blajb gezunt mir Kroke, czyli Bądź mi zdrów Krakowie:

Jego pieśni znane były nie tylko na Kazimierzu, śpiewała je ulica we wszystkich galicyjskich osiedlach i miasteczkach żydowskich. Były dowcipne, romantyczne i lekkie, opowiadały o zwyczajnym życiu, ale były też pełne zadumy, smutku. Najbardziej znana jest ekspresyjna S`brent, Pali się, skomponowana jako odzew na pogrom w Przytyku, który miał miejsce w 1936 roku. Uznaje się ją za pieśń proroczą, zapowiadającą nadejście Zagłady. Była ona hymnem gett na okupowanych ziemiach polskich, dzisiaj dalej śpiewanym przy okazji rocznic związanych z Holocaustem:

Es brennt… Pali się nasz sztetl

Czytamy / Wir lesen

IMMER BARATARIA

In Frühling 2014 publizierte Ewa Maria Slaska auf ihrem Blog
ewamaria.blog
zehn Gedichte ihrer Schwester, Katarzyna Krenz,
über alten Dichter, der stirbt, und sein Leben rekapituliert.

Am morgen endete der Storm.
Der A
lte Dichter lag lang auf dem Ufer, umgespült
von den Wogen, gut wissend, was geschah.
Seine Schiff ging runter, verloren, ohne Wiederkehr,
und mit der Schiff auch seine ganze Ladung.
(…)
In der Luft zitterte grünes Jungelrauschen, die Insel jedoch
schwieg. Unbekannte. Ungenannte. Niemandem gehörend.

Seit Januar 2017 publizierte Ewa Maria Slaska dreiundhalb Jahre lang auf ihrem Blog Texte (meistens eigene, manchmal aber auch von ihren Friends) über alten Rebell (und Ritter) Don Kichot, und seinem Friend (und Knappe) Sancho Pansa. Die beiden sind unzertrennlich, schon im Roman von Cervantes, seit dem aber auch in unserem Kulturerbe. Es sind nur zehn Tage, dass der Herr und sein Knappe ihren Abenteuer getrennt den Stirn bieten – das ist die Zeit Sancho Pansas als Gubernator auf einer vermeintlichen Insel Barataria.
Der alte Dichter stirbt. Er stirbt allein. Aber obwohl Don Kichote immer in Begleitung kommt und sein treuer Sancho Pansa auch im Moment des Todes bei im weilt,
sind sie doch eine und diesselbe Person.

Der alte Dichter – Don Kichote.

Wie der Zufall es eigenhandig bestimmte, wurden sowohl die Gedichte von Katarzyna als auch fast alle Texte von Ewa Maria immer Montags veröffentlicht.

Jetzt lesen beide ihre Texte in der Regenbogenfabrik.
Am Dienstag.


Katarzyna ist nicht gekommen. Christina las ihre Gedichte. Und ich erzählte über Barataria.

Foto Ela Kargol

Zdjęcia i kolaż: Aleksandra vel Ola Puciłowska i Kasia Kalin

Znalezione w pudełku sprzed dziesięciu lat

Ewa Maria Slaska

Miłość wyżera trzustkę

Jestem po ciężkiej operacji. Rzeźnickiej jak określił jeden z moich lekarzy, który grzecznie zapytał, czy mógłby obejrzeć bliznę. Mam w brzuchu węzeł, który nie chce się rozpuścić. Wściekle boli. Nie mogę się ruszać, cierpię. Lekarze (niemieccy) mówią, że przejdzie, a jak do jesieni nie przejdzie (jest wiosna!), to będzie trzeba zoperować bliznę. Dopiero polski doktor w sanatorium aplikuje mi zastrzyki, sprawia, że ból mija niemal natychmiast, a ja jak ciemna baba z ludu, gotowa jestem paść na klęczki i wielbić lekarza cudotwórcę boga. Ale to później. Na razie leżę w szpitalu po operacji i oświadczam: Nie dam się już więcej operować. Jeden zabieg za drugim. Nie chcę. Żyć a potem umrzeć. Żółta krowa uratowała mi życie.

Informuję Czytelników, że nie wiem, o co mi chodziło z tą krową. O Kandinsky’ego? Reprodukuję tu jednak nie Kandinsky’ego, lecz inną krowę: Lena Róża Wawrzyńczak. Ta krowa była już na blogu dwa lata temu, ale dopiero widzę, że to jednak byk, ale nie ten, co porwał Europę, tylko taki bardziej swojski, bo w domku w środku byka mieszka kot, Europa jest żydowskim (chyba) Wodnikiem, komin jest grzybem (a dokładniej kanią, czyli sową) i przypomina, że właśnie zaczyna się jesień (podpis z roku 2020)

Dopiero jak przestaje boleć, jestem w stanie zacząć normalnie myśleć. Sęp wyżera mi nie wątrobę jak Prometeuszowi, lecz trzustkę. Porobił w niej dziury i trzeba ją było wyciąć. Za karę. Nie wolno kochać aż do samozatraty. Za to bogowie ukarali Prometeusza. Nie za to, że zabrał im ogień, lecz za to, że kochał jak bogowie bez oglądania się na konsekwencje. Oni mogli, byli w końcu bogami. On nie. Był człowiekiem (a tak naprawdę – był człowiekiem?) I został ukarany. Gdzie jest ta skała, do której go przykuto? Kaukaz, prawda? Czy można ją obejrzeć, jak się jedzie koleją transsyberyjską?

Potrójny celtycki Biały Jeleń w Trzech Koronach urodzony pod znakiem Trzech Króli wyżarł mi trzustkę i zostawił brzuchu węzeł. Mógł być królem i symbolem, a był tylko głodnym facetem. Wiedziałam to, a przecież nie mogłam się ruszyć, nie mogłam odejść. Nie mogłam się oderwać od spektaklu, jaki mi zafundowali bogowie. Patrzeć, jak królewicz z bajki w swej prawdziwej postaci węszy po mrocznych zakamarkach, szukając żeru. Nie powinno mnie to było dotykać. Oficjalnie byliśmy tylko zaprzyjaźnieni.

Z książek sączą się wzniosłe mądrości. Na przykład – przyjaźń to miłość dwóch niezależnych duchów. To się naprawdę Mallarmemu udało. Facetowi, który zakochał się w otyłej, utlenionej utrzymance (skąd ja to wiem?) w guście dzisiejszej polskiej fryzjerki na emigracji.

W każdym razie, dopiero, gdy doktor R. rozbił węzeł, uświadomiłam sobie, że to wróci. Jak nie dziurami w trzustce, która się sama wyżera, to węzłem nierozsupłanych nici w brzuchu lub guzem w gardle. Wróci zawsze i będzie wracało, dopóki się go nie pozbędę.

Doktor R. twierdzi, że jestem wojowniczką i że z trzustką w garści wygrałam walkę ze śmiercią. Ale ja wiem, że po kilku latach beznadziejnych zmagań wreszcie wygrałam walkę z królewiczem z bajki, który przecież był tylko głodną zmorą. On był królewiczem, ja królową elfów, która się zakochała w głowie osła.


Lena Róża Wawrzyńczak, Kobieta z kotem (dopisek Adminki: czyli kobieta wyzwolona). Zaczyna się jesień, życie jest piękne. Jak to dobrze, że wszystko minęło i nie potrzebuję już królewicza z bajki.
Poniżej: tańce na łące podczas festynu w Lübars 13 września 2020 roku
(filmik Ela Kargol) – TU

Trees & drzewa

Anna Nacher wrote on FB:

Plants never cease to amaze me. This juniper was rescued from the place, where someone threatened to burn it down or otherwise destroy. So upon hearing this, Marek Styczyński decided to uproot the already fully grown bush, then asked Marcin Sarota to transport it to Biotop Lechnica.
It was already too big to fit in the car, Marcin had at the disposal, so they were driving with this bush that took up all the inside space, sticking a bit through the window – luckily they didn’t meet the police (I’m sure the officers would’ve been sure the bush is driving a car). We immediately fell for each other when I saw it for the first time and sensed its marvellous, rich and strong smell. So we placed it in the soil again, with no guarantee it would survive. The first three years were difficult. It apparently was struggling, a lot. It was changing its shape, lost most of his leaves, then grew another set (of a completely different kind), then lost some more. I was afraid we’re losing it. But deep inside I knew it was still transforming and not giving up. And there He is, five years later, His Majesty Almighty Juniperus, with all his glorious smell again, giving shelter to so many other beings, uplifting my mood and coaching me on coping with transformation.

***
Adam Węglowski
napisał (albo został zacytowany) w kalendarzu Przekroju w sobotę 29 sierpnia 2020 roku, w Dzień Sprzeciwu wobec Prób Jądrowych

Drzewa, które pamiętają historię: Ocalone z blasku tysiąca słońc.

Hibakujumoku to po japońsku „drzewa, które przeżyły” wybuchy bomb atomowych w Hiroszimie i Nagasaki. Według naukowców fala uderzeniowa natychmiast unicestwiła co najmniej połowę drzewostanu w promieniu 2 km od epicentrum wybuchu. Większość pozostałych drzew zniszczyło promieniowanie. Przetrwało od kilkudziesięciu do stu kilkudziesięciu sztuk, np. wierzba i eukaliptus przy ruinach zamku w Hiroszimie czy kilkusetletnie cynamonowce w świątyni Sanno Shinto w Nagasaki.

***
To mi przypomniało, że pierwszym drzewem, które odrosło w Hiroszimie był miłorząb japoński. Drzewo rośnie w ogrodzie Shukkei-en w centrum miasta, założonym w roku 1620. Ogród został całkowicie zniszczony w ataku nuklearnym, po miłorzębie pozostał pień, z którego już następnej wiosny odrosły nowe gałęzie.

Napis na tablicy głosi (Wikipedia):

Ten miłorząb jako jedyne drzewo w tym ogrodzie przetrwał burzę ogniową po bombardowaniu atomowym w dniu 6 sierpnia 1945 roku. Obwód pnia: około 4 m, wysokość: około 17 m, wiek drzewa: szacowany na ponad 200 lat. Jest przechylony przez podmuch, przycinanie gałęzi zapobiega jego upadkowi

***

Ale magia miłorzębu to nie tylko Hiroszima. To jedyne drzewo liściaste, które jest jednocześnie drzewem iglastym. Jego igły zrosły się w liście.

Czasami używana nazwa miłorząb japoński jest myląca, gdyż gatunek ten nie występuje naturalnie w Japonii, a jedynie z tego kraju drzewo to po raz pierwszy trafiło do Europy. Gatunek endemiczny i reliktowy, występujący na stanowiskach naturalnych wyłącznie w południowo-wschodniej części Chin, w prowincji Anhui, gdzie rośnie 167 drzew. Przez długi czas utrzymywało się przekonanie, że ani w Chinach ani w Japonii miłorząb nie występuje już w stanie dzikim, a jego osobniki rosnące m.in. przy wielu świątyniach i klasztorach zawdzięczają swe istnienie jedynie opiece kapłanów i mnichów. Miłorzęby mogą żyć nawet 4000 lat i osiągać wysokość 40 m.